Gregory Benford - Centrum Galaktyki -05- Wściekły wir.pdf

268 Pages • 91,106 Words • PDF • 1.3 MB
Uploaded at 2021-09-24 12:32

This document was submitted by our user and they confirm that they have the consent to share it. Assuming that you are writer or own the copyright of this document, report to us by using this DMCA report button.


Benford Gregory – Centrum Galaktyki 5 - Wściekły Wir (Furious Gulf) Centrum Galaktyki - tom 5 Przekład Anna Wojtaszczyk Dla Joan na zawsze Prolog Prawdziwe Centrum Toby przyglądał się, jak ojciec spaceruje po kadłubie statku. Srebrzysta sylwetka, skafander nastawiony na maksymalne odbijanie promieniowania. Człowiek lustro. Światło gładko ześlizgiwało się po skafandrze, migotliwe od fosforescencji gwiazd i gazu. Toby mógł śledzić płynne, powolne skoki Killeena jak zmarszczkę falującą na ognistym tle. - Tato! - zawołał przez com. - Co? Och... - zaskoczenie Killeena słychać było nawet przez skwierczenie zakłóceń w comie. - Czemu wyszedłeś na zewnątrz? - Załoga zastanawia się, dlaczego ty tak długo tu jesteś. Oczywiście Killeen jako kapitan Argo mógł robić, co tylko chciał. Ale Toby wyczuł narastającą wśród oficerów niepewność. Ktoś musiał coś przedsięwziąć, coś powiedzieć, więc naciągnął obcisły kombinezon i ciężko tupiąc butami, wyszedł na zewnątrz. Ostatnio kapitan Killeen trzymał się z dala od innych. Wychodził tu, żeby pospacerować po obłych krzywiznach kadłuba statku i rzadko zostawiał pasmo swojego comu otwarte. Teraz powiedział z rezerwą: - Prowadzę nawigację. Obserwuję. Kiedy zbliżał się do Toby’ego przez tępy dziób Argo, jego wodnisty obraz wydawał się rozpływać, roztapiać w świetle. Przez moment odbijała się w nim niczym w lustrze czarna głębia najbliższej chmury molekularnej i na tle dalekiego, spalonego oranżu usianego gwiazdami gazu Toby zobaczył człowieka cień. - Możesz robić to z mostku - zwrócił mu uwagę. - Stąd mam lepsze wyczucie. - Killeen podszedł bliżej. Przez niewielki wizjer skafandra widać było jego surową minę. Toby zobaczył, jak wymizerowaną twarz ma ojciec, w jakim jest posępnym nastroju.

Mimo to postanowił jakoś do niego dotrzeć. - Zgłoszono następny tuzin chorych. - Killeen zacisnął wargi, ale nic nie powiedział. Toby zawahał się i zebrał na odwagę. Tato, umieramy z głodu! Te ogrody, które straciliśmy, już nie odrosną. Przyjmij to do wiadomości! Killeen gwałtownie się odwrócił i z wprawą przesunął magnetyczne buty w zerowej grawitacji. - Przyjmuję! Tylko że my nie znamy już żadnych techonosztuczek. Nawet najlepsi specjaliści nie potrafią doprowadzić do ponownego odrostu drzew i wykiełkowania roślin. Nie ma z nich żadnej pomocy. Usiłuję coś wymyślić, dociera to do ciebie? Toby cofnął się mimo woli; ostry niczym krzemień gniew Killeena był nagły i przerażający. Zaczerpnął powietrza i powiedział niepewnie: - Czy nie powinniśmy... czy nie możemy... zrobić czegoś innego? Killeen popatrzył na niego posępnie. - Na przykład czego? - Podlecieć do któregoś z tamtych? - Toby z nadzieją pokazał palcem niewyraźne, metaliczne plamki światła, które unosiły się daleko przed Argo. Ni to chmury, ni to świetlisty pył. Sztuczne. - Nie wiemy, czym są. Najprawdopodobniej to robota zmechów. Wiele budowały w pobliżu Prawdziwego Centrum. - Killeen wzruszył ramionami. - A może to robota ludzi, tato. - Wątpliwe. Przerażająco dużo czasu minęło, odkąd ludzie żyli w kosmosie. - To tylko przekazy historyczne. Nie będziemy wiedzieli, dopóki się nie przekonamy na własne oczy. Zgodnie z naszym dziedzictwem jesteśmy łupieżcami, tato! Rodzinę aż skręca, żeby wysiąść ze statku, rozprostować nogi. Killeen patrzył z namysłem w kierunku Centrum Galaktyki. - Będąc kapitanem człowiek uczy się z pewnością jednego: nie należy wtykać nosa w ul tylko po to, by powąchać miód. Te rzeczy, nawet jeżeli nie byłyby zmechowe, są pewnie nieprzyjazne. Wszystko robi takie wrażenie. Toby puścił tę uwagę mimo uszu. Minął już ponad rok, a Killeen wciąż jeszcze nie otrząsnął się po śmierci swojej kobiety, Shibo. Wypełniał obowiązki kapitana, lecz często bywał zamknięty w sobie, melancholijny, markotny. Coś takiego byłoby może do przyjęcia u członka załogi, ale nie u kapitana. Odbijało się na morale i płacili za to zbyt wysoką cenę. A przecież, myślał Toby, Killeen ma pewnie rację. Lecieli prosto do Centrum Galaktyki, gdzie działały niezmierzone, obojętne energie. Olbrzymie, groźne słońca. Płonące chmury pyłu i gazu. Moc przekraczająca wszystko, czym mógłby pokierować marny człowiek. I gdzieś w obrębie tego działały umysły mogące iść w zawody z szaleńczym wirowaniem gwiazd.

Wystarczająco dużo nauczył się z historii, by wiedzieć, że ludzie rozwijali się w pobliżu gwiazdy odległej o dwie trzecie drogi od środka galaktycznej spirali do jej skraju. Galaktyka była wirującym dyskiem, jak zabawka - tylko że większym, niż mógł objąć ludzki umysł. Gdzieś tam na Starej Ziemi, daleko od kataklizmów Prawdziwego Centrum, życie było łatwe i spokojne. Podczas któregoś z ćwiczeń instruktażowych kazano mu wyobrazić sobie pudło o boku długości jednego roku świetlnego, odległości, na przebycie której światło potrzebowałoby całego roku. Daleko, w pobliżu legendarnej Ziemi, w tym pudle znalazłaby się może jedna jedyna gwiazda. Tu, w Centrum Galaktyki, w takim pudle mieściły się miliony gwiazd. Słońca tłoczyły się na niebie niby rozżarzone kulki. Spowijały je burzliwe serpentyny czerwonych gazów. Gwiazdy roiły się niczym rozzłoszczone pszczoły wokół centralnej osi - niebieskobiałej jasności samego środka. - Moglibyśmy podlecieć do któregoś z nich, żeby tylko popatrzeć - powiedział Toby cicho. Killeen potrząsnął głową. - Może rozwiązałoby to jeden problem, a powstałby następny. Gorszy. - Tato, my umieramy z głodu. Musimy coś zrobić. Killeen odwrócił się i gniewnie, wielkimi krokami odszedł po zniszczonej, pooranej powłoce. Magnesy przywierały do metalu z twardym podzwanianiem, które Toby wyczuwał przez własne buty. Poszedł za ojcem. W tym miejscu chodzenie wymagało osobliwego kroku, trzeba było płynąć między jednym stąpnięciem a drugim, pilnować, żeby przywieranie butów tylko zwiększało pęd. Szarpnięciem uwalniało się but od podłoża, odpychało w przód i zaczynało następny ślizg. Toby radził sobie z tym dobrze, ale nie był w stanie dotrzymać kroku ojcu. Argo przyniosła ich tutaj z szybkością bliską prędkości światła, pochłaniając plazmę magnetycznymi czerpakami. Paliwa było mnóstwo, coraz gęstszego w miarę zbliżania się do Centrum. A przecież przypadkowe odpryski skał powyginały i pokryły pęcherzami lśniącą powłokę statku. Teraz lecieli wolniej i Killeen wykorzystał okazję, żeby jako tako bezpiecznie pospacerować po kadłubie. Argo przyłączyła się tu do cyrkulacji materii krążącej wokół Prawdziwego Centrum z szybkością równą jednej tysięcznej prędkości światła. Killeen dotarł do pasma obłych bąbli i zatrzymał się, jakby stanął u stóp prawdziwej góry na dalekiej rodzimej planecie. Statek był wspaniałą konstrukcją ich przodków, pojazdem tak wielkim, jak cała góra. Za nim wypiętrzała się rozległa czarna chmura, przypominająca plamę atramentu na tle płonących gwiazd. Kapitan odwrócił się i znowu popatrzył na syna. Kiedy Toby się zbliżył, zobaczył, że twarz ojca przybrała smutny wyraz. - Gdyby tylko były tu jakieś planety...

- Jak słyszałem, nie może ich być - powiedział stanowczo Toby w nadziei, że uda mu się znowu skierować rozmowę na realia. - Dlaczego? - zapytał Killeen ostro. - Popatrz na te gwiazdy! Przelatują jedna obok drugiej tak blisko, że do czysta obdarłyby słońca z planet. - No to planety zaczęłyby się unosić wolno, zgoda. I co z tego? upierał się Killeen. - Byłyby wolne, pewnie. I zamarznięte. Za daleko od jakiegokolwiek słońca. Żadnej wegetacji roślinnej. Żadnego jedzenia. Killeen popatrzył z tęskną zadumą w dal. - Więc w całej tej wspaniałości nie ma miejsca na życie? - No właśnie. I dla nas pewnie też tu nie ma miejsca. - Toby zaryzykował to twierdzenie, żeby zmusić ojca do otrząśnięcia się z iluzji. A może nawet do przemyślenia na nowo tej ryzykanckiej wyprawy do Prawdziwego Centrum. Killeen rzucił mu niemal żałosne spojrzenie. - Musimy lecieć dalej. - Dlaczego? Poziomy promieniowania są tak wysokie, że Argo z trudem je blokuje. Wystarczy, że wyjdziesz tu na zewnątrz, a już narażasz się na silne napromieniowanie. - To nasz obowiązek, mówię ci. - Tato, obowiązki masz przede wszystkim wobec Argo, wobec własnej załogi. - Coś jest w pobliżu Centrum Galaktyki. I musimy się przekonać, co to takiego. Toby parsknął. Oczy Killeena zwęziły się, ale jego syn mówił sobie, że przemawia w imieniu większości załogi. To również było jego obowiązkiem. Odezwał się z goryczą: - Zapleśniałe stare kroniki napomykają... napomykają!... o czymś. To wszystko. I dla czegoś takiego mamy... Urwał, kiedy Killeen gwałtownie odwrócił się do niego tyłem. Zwiesił głowę. Toby widział, że ojciec walczy ze sobą, szamocze się z mrocznymi demonami, których jego syn nigdy nie miał w pełni poznać. Dostrzegał je tylko przelotnie w zwięzłych zdaniach ich rozmowy, niedokończonych gestach, zawoalowanym języku poruszających się ramion, marszczeniu brwi i nagłych, otwartych spojrzeniach, które na moment ujawniały nagie emocje. Kapitan nigdy nie otwierał łatwo serca, nawet przed własnym synem. A może nawet przed Shibo... kiedy jeszcze żyła.

Killeen uginał się pod ciężkim brzemieniem. Strata Shibo. Obecne niejasne stosunki z synem. Zbliżający się wir Prawdziwego Centrum. Toby wiedział, że wszystko to kipi w umyśle ojca jak jakaś niezdrowa zupa. Kapitan wpatrywał się w niebieskoczarną masę, która niczym mur wznosiła się obok Argo. Według instrumentów statku, była to splątana, atramentowa chmura pyłu i prostych cząsteczek. Ale Killeen nigdy nie miał zaufania do lapidarnej diagnostyki na mostku Argo. Już przed laty wytworzył w sobie nawyk prowadzenia rozpoznania z kadłuba, gdzie był wolny od pocieszającego, wydelikacającego, sztucznego otoczenia. A przynajmniej tak twierdził. Toby podejrzewał, że ojciec po prostu lubi wydostać się z zamknięcia w Argo. Niedaleko padło jabłko od jabłoni. Posępne chmury, takie jak ta, pocętkowały przytłaczający blask Centrum Galaktyki. Czarne znaki przestankowe na orgii gwiezdnego ognia. Killeen wytyczył taki kurs Argo, żeby zasłonić się tą chmurą jak tarczą przed zabójczym promieniowaniem. Argo sunęła powoli wzdłuż zawoalowanych, mętnych włókien, a Toby przyglądał się, jak twarz ojca ściąga się, marszczy w grymasie... i nagle przybiera wyraz zdumienia. - Tam! - pokazał Killeen. - To się rusza. Toby nacisnął kciukiem kontrolkę na kołnierzu. Komputer w hełmie wydłużył ostrość widzenia i przestawił się na podczerwień, co przesunęło pole widzenia w głąb chmury. Coś wiło się na skraju cętkowanej mgły. - Przejdź na duże powiększenie - powiedział Killeen zwięźle; zdumienie już minęło, mówił oficjalnym tonem. Toby ustawił maksymalne powiększenie. Zakres: dwadzieścia trzy kilometry, jak poinformował wizjer. Coś kurczyło się wężowato i rozkurczało... powoli, powoli. W lśniącej, nefrytowej skórze odbijał się blask gwiazd. Ospale rozpostarło wzdłuż ciała cienkie jak pajęczyna płachty. - To coś żyje! - zawołał Toby. Zielony wąż używał żagli, które na włóknistym żebrowaniu wyrastały mu z ciała. Chwytał w nie bursztynowe światło gwiazd. Toby wiedział, że przy zerowym ciążeniu nawet słabe parcie światła potrafi nadać czemuś wymierny pęd. Skoro nic nie hamowało tego krętego stworzenia, będzie nabierało szybkości. - Patrz - szeptał Killeen. - W tej chmurze jest coś jeszcze. Łagodnie wijąca się bestia nie miała głowy, tylko długą czarną szczelinę na jednym końcu. Toby sądził, że to są usta, ponieważ szerokie, lśniące żagle popychały go tym rozciętym końcem do przodu. A żeglował w pościgu za niebieską kulą. W milczeniu przyglądali się, jak zbliża się coraz bardziej... jak rozchyla się szczelinowaty pysk. Wystrzeliło z niego coś pomarańczowego i przylepiło się do

niebieskiej kuli. Wciągnęło ją do środka. Szczelinowata gęba rozdziawiła się. Dwa kłapnięcia i kula zniknęła. - Drapieżniki powiedział Killeen. - I ofiary. - Drapież...? - powtórzył Toby zadziwiony. Jak coś może żyć w chmurze? W wolnej przestrzeni kosmicznej? Ogorzała od światła gwiazd twarz Killeena rozjaśniła się w szerokim uśmiechu. - W wolnej przestrzeni kosmicznej? Nic nie jest całkiem wolne, synu. W chmurach molekularnych są organiczne cząsteczki, czyż nie? Tak mówią te astrotypki. - Te nazwy pamiętam. - Toby przypomniał sobie głos swojego aspekta nauczyciela, Isaaka, który uczył go różnych skomplikowanych rzeczy. - Tlen. Węgiel. Azot. Killeen wykonał ręką zamaszysty gest. - Dodaj całe to światło gwiazd, pogotuj parę miliardów lat. I już! Toby zamrugał. - W tej chmurze kryje się życie? - Założyłbym się, że do polowania najlepiej nadaje się skraj chmury. Gdzieś głębiej, gdzie mogą się ukrywać, pewnie żyją jakieś stwory. Od czasu do czasu wyłażą na wierzch, żeby rozkoszować się światłem gwiazd. Wygrzewać się. Toby z przekonaniem kiwnął głową. - Ten wężowaty stwór wie o tym. Wyłazi poszukać sobie kolacji. - Żaglowąż zjada niebieskie kule, ale czym one się żywią? - Czymś mniejszym. Czymś, czego stąd nie możemy zobaczyć. - Zgoda. - Killeen przymrużył oczy. - Musi istnieć jakieś stworzenie, które żyje samym światłem gwiazd i plączącymi się po okolicy cząsteczkami. - Rośliny? Kosmiczne rośliny? - zastanawiał się Toby w zadziwieniu. - Założę się, że niektóre z nich moglibyśmy zjeść. Killeen klepnął syna w plecy. - Stałby się cud, gdybyśmy nie mogli. Wiemy, że chmury mają ten sam podstawowy skład chemiczny, jaki wszędzie generuje natura. Informowały nas o tym naukowe programy Argo, pamiętasz? Więc będziemy w stanie strawić część tego, co się tam ukrywa, to pewne. Toby zamrugał oczami, przyglądając się, jak nefrytowy wąż jeszcze bardziej rozwija żagle. Czy ten stwór był zielony z tego samego powodu, co rośliny, żeby wsysać światło słoneczne we wszystkich kolorach poza zielonym? Teraz zaczął wykonywać powolny skręt, ukazując łukowate, czarne paski. Czy zobaczył ich statek? Może powinni go dopaść, spróbować, jak smakuje. Na samą myśl o tym zaburczało mu w brzuchu. Ale to stworzenie miało też w sobie pewien majestat, piękno w lśniącej

skórze i wdzięcznych ruchach. Niczym jakiś kolosalny pływak w czarnym stawie. Może powinni je zostawić w spokoju. - Nigdy nie zobaczylibyśmy go z mostku. Instrumenty odfiltrowują to, co uznają za nieistotne. - Killeen znowu był rzeczowy, zdusił w sobie zdumienie. Taki był koszt bycia kapitanem. Toby gapił się, wciąż zafascynowany żaglowężem. Wiedział, że to, co mówi ojciec, jest słuszne. Nikt by się nie domyślił, co oni tu widzieli. Ale Killeen wychodził na zewnątrz raz za razem. Borykał się z kapitańskimi problemami, zastanawiał się, martwił, spacerował po kadłubie, wypatrywał, nie wiedząc sam, czego szuka. A część załogi sądziła, że musiał zwariować. Toby słuchał, jak ojciec rozkazuje skierować Argo w tą pełną cieni chmurę. Zrozumienie docierało do załogi powoli. Przez com dolatywały do niego podniecone głosy, pełne nadziei i radości. - Tato? - zapytał w końcu. Killeen wyrzucał z siebie lawinę rozkazów. Załoga musi się przygotować do polowania, do poszukiwań, do pościgu za dziwną zwierzyną w mrocznych, próżniowych głębiach. Do robienia tego, czego nigdy wcześniej nie próbowali. Czego nigdy sobie nawet nie wyobrażali. - Tak? - zapytał krótko Killeen, przerywając wydawanie rozkazów. - Możemy zaszyć się w tej chmurze na trochę. Odpocząć. Rozeznać się we wszystkim. Killeen wściekle potrząsnął głową. - Nie. Uzupełnimy zapasy, to wszystko. Tam jest Prawdziwe Centrum. Popatrz na nie! Jesteśmy już tak blisko. Toby patrzył przed siebie, przebijał wzrokiem pylne bryły, które otoczyły kadłub Argo, jak tylko statek skierował się w głębiny olbrzymiej chmury. Przy maksymalnym powiększeniu udawało mu się dojrzeć środek Galaktyki. Rozżarzony do białości. Piękny. Niebezpieczny. Zrozumiał teraz, że nic nie przekona ojca, żeby zboczył z drogi do tego celu. Ani śmierć głodowa, ani śmiertelne ryzyko, ani brzemię minionego smutku. Będą lecieli prosto do niszczycielskiego Centrum tego jaskrawego, wirującego chaosu. W niemożliwą podróż. Będą czegoś szukali, nie mając pojęcia, co by to mogło być. Killeen uśmiechał się szeroko. - No, synu, po to się urodziliśmy. Polecimy naprzód. Do środka. Gdzieś tu znajduje się przeszłość naszej rodziny. Dowiemy się, co się stało, kim jesteśmy. - Załodze nie podoba się taki sposób mówienia, tato. Killeen zmarszczył brwi. - Jak to?

- To przerażające miejsce. - I co z tego? Jeszcze nie widzą jego chwały, nie przemyśleli sobie tego naprawdę. Kiedy przyjdzie czas, pójdą za mną. - Uciekamy, żeby ratować życie, tato. - No więc? - Killeen roześmiał się; zawadiacki, ludzki grymas w zalewającym ich galaktycznym świetle. - Zawsze to robiliśmy. Burza cząstek Opancerzony kształt sunie niczym polujący szerszeń. Tułów ma z wysokoudarowej, matowej ceramiki. Biała jak kość sieć imituje żebra. Podczas wymieniania ładunków plazmatycznych balony-zasobniki rozdymają się jak płuca. Powolne wdechy, trzepotliwe wydechy. Wszystko to iluzja. Jego ciało jest skarbnicą minionych planów, wolną od ciężaru, nie pamiętającą o planetach. Ewolucja niezależna od substratu organicznego, metalicznego i plazmatycznego. Jego projekt odnosi się do chłodnych inżynierii zamkniętych w pokrój kryształu. Funkcje zbiegają się w formie. Rurowe pręty niewidzialnych napięć, przęsła niczym oświadczenia. W innych miejscach sterczące z jego bezmiaru wieloboki wysadzane są szarymi uchwytami, wydrążonymi w plamistym srebrze łukami. Zwężające się linie zlewają się, łącząc ukośne osie. Żadne z tych geometrycznych rozwiązań nie byłoby możliwe pod dyktatem grawitacji. Obraca się. Z powagą, ostrożnie. Ruch jest zbędnym luksusem, skoro tym, co się naprawdę przemieszcza, są dane. Cenestezję ma słabo rozwiniętą. Żyje wśród zakodowanych wewnątrz wszechświatów. Sieci, logika, filtry. Pomykające to tu, to tam percepcje są motywami rzuconymi pomiędzy ruchome piaski gwiazd i życia. Przez przestrzenie przepływają dane. Cyfrowe rzeki rozgałęziają się w rzeczułki w poszukiwaniu receptorów. Zająkliwe, zakodowane warstwami, równie nieskończone jak deszcz protonów. Jak w gorączkowej potrzebie strumienie danych spadają na nieprzezroczyste, tytanowe powłoki. Ale ono nie wyczuwa rwącego nurtu cząstek, który daremnie smaga masywne tarcze: obracające się warstwy skorupowego cismetalicznego konglomeratu. Masa jest brutalna. Za krystalicznymi murami nie ma niczego, co przypominałoby maszynę. Żadnego ruchu, żadnych ślizgających się, mechanicznych momentów obrotowych. Tutaj sama istota jest statyczna, wieczna, jest punktem podparcia niezmiennych sił. Myśl jest nieskończenie subtelna. Wewnętrzny umysł pomyka po maleńkich łodyżkach ciemnego diamentu uformowanych z jąder starodawnych supernowych. Kody pędzą w delikatnych rozpryskach spolaryzowanych jąder, tańcząc wieczyście w unoszących je polach. Elektrony wiją się i drgają, niosąc samoświecące pomysły. Z daleka przypływają spektralne serpentyny czerwonego olbrzyma, mozolnie przekształcającego się w supernową. Plazma rzuca rubinowe snopy na powoli krążące płaszczyzny. Ten rozedrgany, dziki rumieniec wydobywa zarysy zerodowanych kraterów.

Dawno zapomniane losowe zderzenia. Szeregi dołków i zadrapań krzyżują się na masywnych powierzchniach bocznych. Zawierają dziwne historie, teraz już niemożliwe do odczytania. Spiralny grzbiet ukoronowany jest śmiercią: antenami o odcieniu drażniącej żółci. Potrafią przeciąć ten galaktyczny syk, przebić elektromagnetyczną igłą odległą o świetlne minuty ofiarę. Chwilowo zajmuje się konwersacją. Jego wewnętrzne ja wolne są od absorbujących nakazów samozachowania. Ich zadaniem jest myśleć z wyprzedzeniem. W ich wnętrzu wirują dane. Umysł klasy antologicznej rozmawia z innymi rozrzuconymi szeroko po płaszczyźnie galaktycznej chociaż dla tej z wolna wirującej kostropatości podział na [ja, tu] i [inny, tam] jest umowny, jest brutalnym uproszczeniem. Wykrystalizowuje coś w rodzaju sprzeczki. Ślizgające się perspektywy cyfrowych niuansów. Binarni przeciwnicy są tu iluzoryczni - ty/ja, wskazanie/kontra - ale jednak kształtują kwestie, podobnie jak rama zakreśla granice malowidła. Ono zaczyna. Język przebija się przez burzliwe, leżące między nimi masy, przez błądzącą ulotną pogodę. Przecina. Penetruje. Półrozumce nie powinny nas absorbować. Muszą. Są nierozwiązaną kwestią. Nazywasz je „naczelnymi”? Z klasy marzących kręgowców. Ja/ty uważam je za nieistotne. Mimo to leżące u podstaw kwestie niepokoją. Są niczym! To szczątki, drobiny. Zbliżają się. Niewiele czasu pozostało, zanim dotrą do Centrum. My/wy wytępiliśmy ludzi prawie wszędzie. Pozostały tylko niewielkie grupy. Nasze przeciągające się rozważania, dobrze udokumentowane w historii, wymagają doprowadzenia tego prastarego obowiązku do końca. Ta polityka jest już e >/~*~\< stara. My/wy powinniśmy poddać ją ponownej analizie.

Oni już niemal wymarli. Naciskajmy dalej. Wydaje się, że trudno ich wytępić. Uporczywie trwają. To sugeruje, że my/wy powinniśmy rozważyć ponownie nasze/wasze założenia. To robactwo. Ewolucja na bazie węgla daje niewielkie umiejętności. Wciąż porozumiewają się ze sobą liniowo! Są tacy, którzy powiedzieliby, że ewolucja działa tak samo na was/nas jak na nich. Nonsens. My/wy kierujemy naszymi zmianami. Oni tego nie potrafią. Na tym polega głębokie upośledzenie życia chemicznego. Kiedyś byli w stanie zmienić swój genotyp. Wpisać zmiany we własny węglowy rodzaj. Utracili to, kiedy my/wy umniejszyliśmy ich. Teraz są tacy sami jak te nie myślące formy, te zwierzęta - kształtowane przez losowe siły. Byli tu niegdyś ważnymi graczami. My/wy powinniśmy zrozumieć, dlaczego są zagrożeniem, zanim ich anulujemy. Możliwe, że są siedliskiem informacji szkodliwej dla nas/was - tak głoszą nasze najbardziej stabilne zapisy. Są chronione przed promienną burzą Zjadacza, więc powinny zostać dobrze zachowane. Z samej jej natury my/wy nie możemy

wiedzieć, czym jest ta ukryta informacja. Dlaczego „z samej jej natury”? Istnieje wiele teorii. Dokładnie. Czy nie wydaje się osobliwe, że coś w naszej/waszej naturze w jakiś sposób uniemożliwia nam/wam poznanie tego, czego nośnikami są ludzie? Że taka wiedza została przed nami zablokowana? Osobliwy to aspekt naszego głębokiego programowania. To tylko przypuszczenie, że są nośnikami. Takie prastare zapisy są podejrzane. My/wy nie możemy ryzykować niewierzenia w nie. Dawno temu filozof [\~] udzielił odpowiedzi na takie pytania. My/wy jesteśmy więźniami naszej przestrzeni postrzegania. Zawsze pozostaną sprawy, których my/wy nie zdołamy poznać. A jeżeli te sprawy wpływają na nas? Niepokojące. Niejasności życia leżą w naturze umysłów o wysokiej inteligencji. Jednak by zmniejszyć niepewność, my/wy powinniśmy wytępić pozostałe grupy. I utracić ich informację? No dobrze, najpierw przeprowadzić ich archiwizację. Zwrócę teraz uwagę na to

ostatnie wtargnięcie już zbliża się do Prawdziwego Centrum. Anulowanie ich może nieść ze sobą pewne ryzyko. Nonsens. Wy/my zniszczyliście wcześniej już wiele takich ekspedycji. Niech najpierw dokładnie zlokalizują ich zwiadowcy. Siedzeniem zajmą się zwykłe jednostki polujące na naczelnych, może uszkodzą ich w niewielkim stopniu - takim niższym formom trzeba oferować pewną strukturę nagradzania. Wy/my jesteście zwolennikami zwlekania? Nie - tylko przezornego działania. Pamiętajmy, że nasze/wasze działania osądzą formy wyższe od nas. Rozwaga wymaga baczności. Wcześniejsze wydarzenia, z którymi związane były te naczelne na dwóch różnych planetach, wskazywały, że mają one do odegrania jakąś znaczącą, chociaż słabo określoną rolę. Mogą być nośnikami informacji - a czymże są oni sami, jeśli nie informacją? I czymże innym w zasadzie my jesteśmy? - Informacja ta może zwrócić uwagę umysłów górujących nad naszymi. Bardzo dobrze, przezorność. Ale jak? Pułapka.

Część pierwsza ODLEGŁA STAROŻYTNOŚĆ 1.

Technonomadowie

Ledwie Toby wrócił do śluzy powietrznej i zaczął ściągać z siebie kombinezon, pokazał się Cermo. Toby pod kombinezonem próżniowym miał tylko slipy i odnosił wrażenie, że na statku jest zimniej niż na zewnątrz. Dygocząc, grzebał w szafce w poszukiwaniu dresu. - Gdzie byłeś? - zapytał Cermo. - A jak myślisz? Wielki mężczyzna górował nad Tobym. W minionych latach nazywanego Powolnym Cermo. Teraz zrobił się chudszy i szybszy. Szeroki uśmiech jak gdyby przepoławiał jego twarz w radosnym oczekiwaniu. - Słyszałem cały ten raban. Kapitan znalazł nam coś do jedzenia, nie? - Zobaczymy. - Jeśli chodzi o ciebie, niczego to nie zmienia - powiedział Cermo z przebiegłym chichotem. Nie było nic złośliwego w tym śmiechu wielkiego mężczyzny o łagodnych oczach i radosnej twarzy. - A co to ma znaczyć? - Masz dzisiaj służbę przy konserwacji. - No to co? W porządku, sprawdzę biocysterny, jak zwykle. - Dzisiaj nie będzie jak zwykle. - Znowu ten przebiegły uśmiech. - Coś nie w porządku? - Łączniki ściekowe puściły. - Znowu? To niesprawiedliwe! Jak ostatni raz miałem służbę przy konserwacji, to też się popsuły. - No cóż, jesteś więc ekspertem. - Cermo wręczył Toby’emu mop. - Wykorzystaj swoje umiejętności. Łączniki pękały bardzo często, bo nie ustawiano dokładnie regulatorów ciśnienia. Ludzkie odchody stanowiły istotny składnik w biocysternach. Trzeba je było poddać działaniu ciśnienia, odfiltrować, a produkt końcowy ugnieść w lepkie maty, które drużyny rolnicze rozkładały po wielkich, miskowatych strefach wegetacji. Argo była statkiem przeznaczonym do dalekich podróży, zaprojektowanym tak, by każdą kroplę wody, każde tchnienie powietrza zachować zapieczętowane szczelnie wewnątrz powłoki. Łatwo to zrozumieć, ale trudniej wykonać. Większość załogi Argo łączyło ze sobą pokrewieństwo, tyle zostało z rodziny Bishopów. Pochodzili ze Śnieżnika, posępnego świata, który Toby wspominał z sympatią. Toby należał do najmłodszego pokolenia Bishopów.

Dawało mu to elastyczność poglądów związaną ze świeżością spojrzenia i brakiem doświadczenia, ale goryczą przepełniał go fakt, że Bishopowie nie mieli zbyt wielu umiejętności przydatnych do kierowania Argo. Wszystkie rodziny były technonomadami, uczyli się tylko tyle, ile potrzebowali do przetrwania w czasie wędrówki. Zawsze umykali, kluczyli, o krok wyprzedzając zmechy. Większość zmechów nie zwracała na nich specjalnej uwagi. Ludzie w Centrum Galaktyki przypominali bardziej szczury w murach, niż ważnych uczestników jakiejkolwiek gry. Argo była tak przyjazna dla swoich pasażerów, jak to tylko możliwe w przypadku statku. Wspaniały artefakt z ery wysokich arkologii. Problem w tym, że układy statku wymagały wykształcenia, którego Bishopowie mogli się tylko domyślać. Najlepszym przykładem były ścieki. Ani kapitan Killeen, ani Cermo, ani nikt inny nie potrafił połapać się w instrukcjach układu ciśnieniowego. Mówiono w nich coś o prawie gazów doskonałych. To obrzydlistwo, które płynęło gładkimi, przezroczystymi rurami, z pewnością doskonałe nie było i nie stosowało się do żadnego prawa. Wytryskiwało bez powodu w nie dającym się przewidzieć czasie. Przed tygodniem brązowy wyciek opryskał rodzinę, kiedy zebrała się na ślubną ceremonię. W pewnym sensie pozbawiło to uroczystość blasku. Toby dołączył do innych biedaków, którym w tym tygodniu przypadł dyżur przy konserwacji. Oddychanie ustami pomogło tylko trochę, dopóki fetor nie przedostał się do głowy. Kiedy pochylony popychał przed sobą obrzydliwą masę gąbkową szczotką, odezwał się aspekt Isaac: - Zapoznałem się z najistotniejszymi zapisami, jakie masz w bibliotece chipów. Ciekawe, ale termin, którego używasz, pochodzi od nazwiska człowieka ze Starej Ziemi. Wynalazł on klozet ze spłuczką, jak głosi legenda, był Anglikiem, dorobił się majątku i został dobroczyńcą ludzkości. Nazywał się Thomas Crapper i stało się to... - Hej, dajże mi żyć. - Pomyślałem, że ułatwię ci to zajęcie, jeśli cię trochę rozerwę. - Słuchaj, jak mi będzie zależało na rozrywce, to puszczę sobie jakiś muzyczny kawałek starego Mose Arta. - Obawiam się, że popełniasz błąd w jego nazwisku. Powinno ono brzmieć Wolfgang Ama... Toby zepchnął bełkoczącego aspekta w najdalszy kąt umysłu. Aspekty były zapisami osobowości z przeszłości rodziny Bishopów, niektóre dosyć starymi, jak Isaac. Tak naprawdę stanowiły interaktywne bazy informacji na małych układach scalonych, które Toby nosił w karku. Isaac był tylko okrojoną częścią prawdziwej, dawno zmarłej osobowości, w zasadzie prastarą wiedzą, która mogła się kiedyś przydać. Wielokrotnie próbował wytłumaczyć Toby’emu prawa gazów doskonałych, ale jakoś to do niego nie trafiało. Wiedza o Thomasie Crapperze do niczego nie mogła się Toby’emu przydać, ale rozbawiła go; może więc mimo wszystko było to celowe. Kiedy rodzina musiała rozwiązać jakiś problem, wykorzystywała aspekty będące nosicielami wiadomości potrzebnych do przetrwania w otoczeniu technologii daleko wykraczającej poza umiejętności Bishopów. - Hej, śnisz na jawie?

Toby ocknął się. Stała przy nim schludna, starannie ubrana Besen. Skończyła już swoją część sprzątania. Toby’ego czekało jeszcze wycieranie gąbką połowy korytarza. - Zamyśliłem się. Besen przewróciła oczami. - Och, na pewno. Toby wskazał trzymany w rękach mop i poplamiony na brązowo pokład. - Założę się, że nie wiesz, po kim to coś odziedziczyło swoją nazwę. Kiedy jej powiedział o Crapperze, Besen popatrzyła na niego sceptycznie. - Uczciwie, mówię prawdę - zarzekał się. Roześmiała się, a on zdumiał się, jak cudownie ostatnio wyglądała. Odziana w dres, ze związanymi z tyłu rudobrązowymi włosami, w jego oczach promieniała urodą. Dziewczęta rozkwitały tylko raz, jak kwiaty, zanim zmieniły się w kobiety, ale to wystarczało. Besen wydawała się świeża, żywa, zabawna. - Właśnie sobie przypominałem niektóre z tych kawałków, których musieliśmy wysłuchać powiedział. - Mają tu zastosowanie. - O? - zapytała sceptycznie. - Och, na pewno pamiętasz. „Jeszcze raz dobranoc! Smutek wysrania tak bardzo jest miły”. Romantyczne. - Tam jest: „Smutek rozstania tak bardzo jest miły”. Ale romantyk z ciebie! Źródłem jednej z ich zabaw była bardzo stara kostka, którą nosiła Besen. Znajdowały się na niej autentyczne teksty ze Starej Ziemi, między innymi poezje jakiegoś siwego starucha o nazwisku Szekspir, wielkiego poety z prymitywnej społeczności myśliwych i zbieraczy. Tak przynajmniej sądziła Besen. Ten Szekspir należał do szczątków ocalałych podczas przekraczania przez ludzi Wielkiej Przepaści, oddzielającej ich od kultur Starej Ziemi. Besen lubiła cytować fragmenty poezji, tylko po to, żeby się popisać. - No, udało mi się prawie bezbłędnie. - Toby uśmiechnął się szeroko. - Zaczekaj, zaraz skończę i pójdziemy się zabawić do nieważkiej sali gimnastycznej. Toby lubił strefy Argo z zerową siłą ciążenia. Większość sekcji statku obracała się, tworząc sztuczną, odśrodkową grawitację. W nieważkiej sali gimnastycznej mogli odbijać się od ścian-trampolin, zderzać się w karambolach, wpadać jak pociski do migoczących

kul wody. Besen potrząsnęła głową. - Właśnie dlatego po ciebie przyszłam. Puścił następny łącznik. - Och nie! - Och tak. I zostaliśmy wybrani do sprzątania. - Gdzie? - Miał nadzieję, że nie w strefie nieważkości. Dzięki brakowi grawitacji wspaniale się w nich bawili, ale sprzątać było potwornie trudno. Maź lepiła się do każdej powierzchni. - Na mostku. No, pośpiesz się! Kiedy dotarli na obszerny, łagodnie oświetlony mostek, Toby’ego przeraził widok przeciekających nieczystości. Gęsta, pienista maź spływała po jednej ze ścian - na szczęście tej, na której nie było elektroniki ani ekranów. Śmierdziała. Toby ze wszystkimi oficerami, jako członkami rodziny, był po imieniu - ale teraz wszyscy starannie ignorowali jego, Besen i smrodliwą brązową plamę. Stali ze splecionymi z tyłu dłońmi, marszczyli surowo brwi i starali się koncentrować na obowiązkach, które nie uwłaczały ich wysokiej, oficerskiej godności. Mostek był częścią Argo otaczaną wielkim szacunkiem. Często w ułamku sekundy zapadały tam doniosłe decyzje dotyczące przyszłości rodziny Bishopów. Wydawało się rozmyślną obelgą ze strony szyderczego boga ścieków, żeby właśnie tam wtargnęły śmierdzące odchody. Na ekranach migotały i przesuwały się widoki, matryce informacji i oszacowań, czterokolorowe projekcje, sporządzane automatycznie przez wiecznie czujne komputery Argo. Gdyby nie sterowanie na tym poziomie, rodzina Bishopów byłaby bandą ledwie piśmiennych nomadów, która szczęśliwym trafem dostała się na komfortowy statek. A przecież nawet tutaj lata spędzone na Argo pozostawiły swój ślad. Na wytartym od szurania butami dywanie widniała duża żółta plama. Tu ktoś rozdłubał ścianę, tam ekipa remontowa, sądząc, że dobrze robi, pozostawiła w ścianie dziurę o poszarpanych brzegach. Blaty zarzucone były kawałkami serwomechanizmów i oprzyrządowania elektronicznego. Bishopowie byli nomadami i przez całe życie przyzwyczaili się ciąć, rwać, grabić i jakoś sobie radzić. Obcy był im nawyk sprzątania po sobie. Toby i Besen próbowali podczas pracy podsłuchiwać toczące się na mostku rozmowy. Statek rzeczywiście zanurzał się w molekularną chmurę. Słychać było coraz silniejsze buczenie, przeciągłą basową nutę wywoływaną przez pył ocierający się o przypominające balony strefy wegetacji. Zupełnie jakby ten międzygwiezdny pył grał na Argo jak na instrumencie i za jego pośrednictwem przesyłał swoje żałobne wołanie. - Trochę straszne, nie? - zapytała Besen. - Jak pieśń pogrzebowa - szepnął Toby. - Tarcie rzeczywistości - powiedziała Besen teatralnie. - Symfonia kosmosu.

Na ekranach widokowych Toby widział nakrapiane wstęgi pyłu. To tu, to tam przez mętne wały przebijały się promienie pobliskiej gwiazdy i zabarwiały błękitem i spalonym oranżem ciemne jak żużel mgły. - Jest tam! - dobiegł okrzyk oficera. Oficerowie stłoczyli się wokół ekranów, żeby zobaczyć żaglowęża. Połyskiwał i wił się, starając się uciec od Argo. Myśliwy stał się teraz zwierzyną. Toby wspiął się na palce, chcąc lepiej widzieć, ale tłum był za gęsty. Niemal wszyscy byli od niego starsi i sporo wyżsi. Toby’ego i Besen zauważył jeden z poruczników i zagnał oboje z powrotem do roboty. Na ekranie widać było rozległe panoramy, kipiące światłem, przesłonięte wielką otuliną pyłów. Piękno. Zadziwienie. Groza. Niezmierzony spektakl sprowadzający na duszę ludzką uczucie drżącej czci. Tymczasem Toby ścierał pieniste ścieki. Cuchnące. Śmierdzące. Lepkie. - Gówna i kosmos - mruknął. - Co? - zapytała Besen. - Po prostu usiłuję zachować właściwą perspektywę. 2.

Żaglowąż

Następnego dnia Toby’emu udało się zobaczyć żaglowęża z bliska. Ale nie dlatego, że miał towarzyszyć jednej z ekip myśliwskich, bo kiedy prosili o to z Besen, Cermo odpowiedział: - Polowanie jest dla ludzi dorosłych, nie dla dzieciaków. - Daj spokój! - Besen wykrzywiła usta. - Lepiej sobie radzimy przy pracy w nieważkości niż wy - zauważył Toby. - I jesteśmy szybsi - dodała Besen. - Ale tu się liczy doświadczenie - odparł Cermo z kamienną twarzą, co oznaczało, że ma zamiar trzymać się rozkazów, obojętne czy się z nimi zgadza czy nie. Rozkazów kapitana Killeena. - Doświadczenie w czym? - zapytał Toby z irytacją. Widział, że Cermo nie ustąpi na krok. Nikt nigdy jeszcze nie polował w przestrzeni kosmicznej. - W umiejętności przeżycia - powiedział Cermo łagodnie. Toby i Besen bywali już w ciężkich sytuacjach, podobnie jak wszyscy z rodziny Bishopów - ale musieli przyznać Cermo rację. Starszeństwo miało swoją wagę, jeżeli starzenie się oznaczało wielokrotne uchodzenie z życiem przed zagrożeniem. Ale wahali się nawet dorośli członkowie załogi. Jedyne polowania, jakim kiedykolwiek oddawała się rodzina Bishopów, odbywały się na ich rodzimej planecie, na Śnieżniku, kiedy pod stopami czuli twardą ziemię, a zwierzyna była im znajoma. Zabijali zmechy, przewożąc organiczny napęd-pożywienie, łupili je. A i to miało miejsce dawno temu.

Na zewnątrz rozpościerały się niebezpieczne, tajemnicze przestrzenie. Głodna, zmęczona skąpymi racjami rodzina Bishopów nadal pozostała przebiegła. Oceniali ryzyko wytrawnym spojrzeniem. Oni przetrwali, podczas gdy pozostałe rodziny z plemienia Rooksowie, Knightowie, Pawnowie i wiele innych - wyginęły. Bishopowie szemrali na myśl o zapuszczaniu się w tak wielkie przestrzenie, o unoszeniu się w kruchym, malutkim wahadłowcu pośród okrytych całunami gór pyłu i gazu. Przesłali więc wiadomość ostatniej osobie, z którą mogli się jeszcze naradzić, mieszkance obcej ziemi, Quath. Ale Quath miewała swoje humory i nie odpowiedziała. Mogło to również oznaczać, że nie wie nic, co by im się przydało. A może wiedziała. Taki miała sposób bycia. Obcy są zawsze obcymi, jak mawiał kapitan Killeen. Nie można było mieć pewności, co właściwie mówią albo co przemilczają. Do tego Quath nie z każdym chciała rozmawiać. Toby pozostawał w umiarkowanie bliskich stosunkach z tą wielką, podobną do owada istotą - o ile można było mieć co do tego jakąkolwiek pewność. Idee takie jak przyjaźń nie dawały się łatwo zastosować do Quath. Do rozmów z Quath Cermo wydelegował Toby’ego, ponieważ nie odpowiadała ani przez com, ani przez inne połączenia. Oznaczało to, że chłopiec musi włożyć kombinezon i wyjść na kadłub, gdzie ekipa myśliwych krzątała się przy montowaniu wahadłowca. Quath nie mieszkała wewnątrz statku, tylko przyczepiona do jego powłoki w dziwacznym labiryncie pomieszczeń i wieżyczek, które skleciła z odpadków i śmieci wyrzucanych przez Argo. Znajdowały się wśród nich nawet ludzkie wydaliny, bo Toby widział, jak Quath starannie uklepuje z nich cegły. Wypiekana w próżni i ultrafiolecie gwiazd maź szybko twardniała i zmieniała się w dobry budulec. Oczywiście nie odpowiadała gustom ludzkim, ale to raczej nie miało tu znaczenia. Poza tym w kosmosie nic nie pachniało, a przynajmniej ludzie nie czuli tam zapachów. Chociaż dla Quath równie dobrze mogły to być perfumy. Toby wydostał się na zewnątrz przez śluzę dla personelu i stanął na kadłubie. Chwilę to trwało, zanim jego zmysł równowagi przystosował się do zerowej grawitacji i przestał wysyłać do mózgu sygnały alarmowe, że wisi głową w dół nad nieskończenie głęboką przepaścią. Głowa musiała przyzwyczaić się do tego, że pojęcia „góra” i „dół” mogły się przydać do wytyczania kierunków, ale w zasadzie nic nie znaczyły. Magnetyczne buty pozwalały stać pewnie i Toby czekał, aż kombinezon sam się wyreguluje i upora się z brakiem równowagi ciśnień oraz zmarszczkami. Kombinezon w pewnym sensie był żywy. Miał swój własny system nerwowy pozwalający wczuwać się w zaistniałe sytuacje. Działanie umożliwiały mu cieniutkie, organiczne mięśnie i wmontowane pod pachami chipy komputerowe. Był to istny cud inżynierii, ale teraz Toby przyjmował to jako coś oczywistego i złościł się na każdą opieszale wyrównującą się fałdę. Ruszył przez szeroką krzywiznę powłoki Argo, spojrzał w górę i zamarł. Olbrzymi żaglowąż wisiał wprost nad nimi. Wił się powoli i obracał w bladoniebieskiej światłości, wielki jak pół Argo. Kiedy przyglądał mu się wcześniej, włączywszy wspomaganą techniką optykę teleskopową, nie wyczuwał jego ogromu. Nigdy nie zastanawiał się nad tym, co może oznaczać życie w wolnym od grawitacji kosmosie.

Żaglowąż był długą rurą złożoną z takich samych, powtarzających się, heksagonalnych segmentów. Toby mógł teraz zajrzeć pod jego przezroczystą skórę i zobaczyć pierzasty szkielet, w który oprawione były komory płynów i gazów. Wnętrze żaglowęża tworzył skomplikowany szereg zazębiających się, pomarańczowych prętów i ślizgających się, szarych mięśni. Poruszały się z ospałą, gigantyczną celowością, pozwalając wężowi uciekać tak szybko, jak tylko mogły pchać go trójkątne płaszczyzny lśniących żagli. Przez migoczącą, nefrytową skórę Toby widział chlupoczące wewnątrz jakieś mleczne płyny. Wzdłuż cienkich żyłek pękały banieczki. Tak wiele, tak blisko. Czy dałoby się coś z tego zjeść? A może nie strawią tej obcej chemii? Wyłapał przez com chaotyczne rozmowy ekip myśliwskich. Majstrowali coś przy swoich wahadłowcach, a ich głosy przypomniały mu o jego własnym zadaniu. Przeszedł przez grzbiet kadłuba, zszedł do niecki utworzonej przez bąbel kopuły pszenicznej. Widział przez nią zmarniałe pola, brązowe i czarne, najlepszy dowód ich nieumiejętnego kierowania statkiem, mimo zainstalowanych programów komputerowych. Do niecki przylegało domostwo Quath. Przypominało poprzecinane tunelami gniazdo os. Z podstawową strukturą mieszała się zawrotna obfitość ostrych krawędzi, ornamentów, zagadkowych występów i igliczek. Toby wszedł do najbliższego wejścia, o idealnie okrągłym kształcie. Drogę oświetlały mu zielone, fosforyzujące panele. Kiedy się do nich zbliżał, rozbłyskiwały żywo, a gdy je mijał, przygasały. Nie wiedział, dokąd idzie. Przechodził tu już wielokrotnie, ale nigdy dwa razy nie napotkał takiego samego układu korytarzy. Podejrzewał, że Quath wiele czasu poświęca przebudowie labiryntu. Może traktowała go jak coś w rodzaju dzieła sztuki? Czym innym mogła się ta obca istota tutaj zajmować? A może sztuka była koncepcją ludzką, której Quath nie podzielała? Te dziwaczne dziury o zmiennych rozmiarach, rozgałęziające się pod różnymi kątami, czyniły koncepcję sztuki bardzo prawdopodobną. A może, pomyślał Toby, to był pomysł Quath na jakiś zawiły żart. Kto to wie? Zatrzymał się przy jakimś występie. Zajrzał w ciemną czeluść i wtedy panele rozbłysły niebieskim blaskiem, oświetlając sferyczną kryptę. Tego jeszcze nigdy dotąd nie widział. Na dnie misy czekała Quath. - Wspiąłeś się na górę. Transmisja Quath odznaczała się pewną brzękliwością, niczym dzwoniące w oddali dzwonki, a przecież słowa słychać było wyraźnie. Toby nie odbierał ich uszami, tylko umysłem. Każdy członek rodziny miał wszczepione w kark i dół czaszki oprzyrządowanie łącznościowe w wydaniu standardowym. Quath nauczyła się podłączać do tych kanałów, a układ Toby’ego przekładał jej mowę na brzękliwy głos. - Cześć, śmiesznogęba Quath’jutt’kkal’thon. - Użył jej oficjalnego, pełnego imienia. Oznaczało ono Śmiałą Pełzaczkę z Marzeniami, a przynajmniej tak twierdził Killeen. Z doświadczenia wiedział, że jeżeli tak się do niej nie zwróci, to wielkie coś może zrobić w tył zwrot i pójść sobie. A Toby’emu nigdy nie udałoby się odnaleźć Quath w labiryncie, chyba że sama tego chciała. - Robaki cię oblazły. - Musiały przeleźć na mnie z twojego zgniłego cielska. Co mówiłaś o jakiejś górze?

- To jest moja góra, robaczarzu. - Też mi góra. Prędzej śmierdząca dziura. Za to ty wyglądasz jak jeden olbrzymi robal. - Witaj, pożywienie robali. Lubiący obelgi obcy miał swoje zalety. Quath traktowała ozięble każdego, kto okazał brak rozeznania i zaczynał rozmowę od komplementów. Szczególnie lubiła wymianę zdań na temat robaków. Prawdopodobnie wiedziała, że ludzie uważają ją, choćby z wyglądu, za niesamowitego owada. Quath stanowiła dziwaczną, wiecznie zmieniającą się kombinację giętkiej, zielonej jaszczurki z wielonogim owadem. Z całego wijącego się ciała, a nie tylko z bulwiastej głowy, wysuwała szypułki ze szklistymi oczkami albo żółte patykowate ramiona przypominające twardy plastik. Czasem robiła to z mięsistymi, fioletowymi fałdami, zastępując je nieraz metalowymi, bo Quath była stworzeniem złożonym, albo guzowatą, wysadzaną wypukłościami stalą lub miedzianymi nitami - a może to były kurzajki, nie nity? Zaskorupiałe boki nad nogami robiły wrażenie formowanej ceramiki, ale kiedy Quath chodziła, wydawały się wyginać i skręcać. - Koniec komplementów, wyłupiastooka. Przysłał mnie Powolny Cermo. Zastanawiamy się, czy nie wiesz czegoś na temat wydobycia pożywienia z tych chmur. - Karłowaty stworku, wcześniej zbierałam żniwo z podobnych chmur, w podobnych miejscach. Mam pojęcie o tych alkalicznych układach. - Wspaniale, powiedz nam, co mamy zrobić. - Te sferoidy by was zatruły. - Te niebieskie kule? W porządku, będziemy je omijać. - Myśliwy doprowadzi was w żyzne strefy. - Żaglowąż? A gdyby tak zjeść węża? - To stworzenie wyższego rzędu. Czy wasz gatunek chciałby go unicestwić? - Hmm. Już nie zabijamy zwierząt, chociaż kiedyś tak robiliśmy na naszej rodzimej planecie. - Co się zmieniło? - To pewnie przez te zmechy. - Toby zmusił się do przypomnienia sobie grozy wycofywania się Bishopów z ich domu. Zmechy należały do cywilizacji mechanicznej, która zdominowała ten region kosmiczny. - Przybyły na Śnieżnik na długo przed moim urodzeniem. Zabijały wszystko, co nie było na tyle sprytne, żeby szybko zejść im z drogi. Niszczyły nawet lasy. Rodzina Bishopów postanowiła przestać im pomagać przez zjadanie żywych stworzeń. Teraz jemy rośliny. - Wyraźnie widać, że wasz gatunek nie jest z natury wegetariański. - Skąd to wiesz?

- Macie przednie zęby przystosowane do gryzienia mięsa, a tylne do mielenia ziarna. To jasne, że ewolucja ukształtowała z was żywieniowych oportunistów. - No więc jesteśmy utalentowani, masz z tym jakieś problemy? - Nie, drobinko-odrobinko. Niemniej powinno się wiedzieć, kim się jest. - Ale ten żaglowąż... on w niczym nas nie przypomina. Chcę powiedzieć, że moglibyśmy nagiąć nieco reguły. - Zastanawiał się, na którą część jego rozumowania wpływa burczący żołądek. Quath zakręciła oczami na szypułkach, co zgodnie z doświadczeniem Toby’ego mogło oznaczać, że postanowiła działać. - Takie kwestie najlepiej rozwiązywać eksperymentalnie, a nie przez ich roztrząsanie - powiedziała. Toby musiał wezwać aspekta, Isaaka, żeby mu powiedział, co oznacza „roztrząsanie”. Drażniło go, kiedy obca znała jego język lepiej niż on sam. Usiłował się właśnie połapać w definicji i dlatego dał się zaskoczyć. Quath wydostała się z misy z pulsującym na zielono podgardlem. Bez żadnego ostrzeżenia chwyciła Toby’ego w dwa teleskopowe miedziane ramiona. Przyspieszyła, nie zwracając uwagi na jego protesty. Trzymała go grubymi opuszkami, mknąc z przerażającą szybkością przez kręte korytarze w dół jakimś szybem i w otwartą przestrzeń kosmiczną. Zawirowało mu w oczach. Poczuł twarde pchnięcie przyspieszenia. - Hej, co ty... gdzie... - Tylko dane mogą to rozstrzygnąć. Toby bełkotliwie wyrażał swoje zastrzeżenia, ale olbrzymia Quath nie zwracała uwagi na jego urażoną dumę, tylko przycisnęła go jeszcze mocniej, kiedy oderwali się od kadłuba Argo. Otaczały go masywne, miękkie opuszki. Jakoś go to uspokajało, że Quath, chociaż tak irytująco porywcza, nadal się o niego troszczy - a w zasadzie troszczy się o całą rodzinę Bishopów. Pomyślał posępnie, że nikt go tak nie tulił od bardzo dawna. Sięgnął pamięcią do lepszych czasów na Śnieżniku. Przypominał sobie dalekie, zamazane obrazy i miękki ton głosu matki. Dawno temu, w Cytadeli leżał w nocy na łóżku zaplątany w prześcieradła; obudził go jakiś hałas. Słyszał cichą rozmowę rodziców. Przez uchylone drzwi wpadało do pokoju słabe pasmo światła. Ten ciepły poblask i daleka rozmowa dodawały mu otuchy, jakby rodzice wydawali miękkie, futrzaste dźwięki, podobne do jego przytulanek, a przynajmniej tak sobie to wtedy wyobrażał. Radośnie tulił do siebie Billy’ego Wielkoryjka i Alvina Jabłkożercę i śpiewał im. Usłyszeli to rodzice i weszli do jego pokoju, a ojciec powiedział: „Ciągle tłamsi te zwierzaki. Hej,

chłopcze, trochę się robisz za duży na zabawki. Będziesz się ich musiał niedługo pozbyć”. Na to matka odezwała się z wyrzutem: „Och, nie, to jeszcze małe dziecko. Bardzo długo może mieć misia Billy”. Bijące od niej ciepło czule musnęło mu twarz, a jej zapach przypomniał wiosenne kwiaty. Tak dawno temu. Tak daleko. Przed Klęską, kiedy zmechy na Śnieżniku zmęczyły się w końcu łupieskimi napadami ludzi na ich fabryki. Zanim zgniotły ostatnie ludzkie skupiska, przez co Bishopowie musieli uciekać i szukać pożywienia. Ostre hamowanie. Zatrzymali się i Quath go wypuściła. Toby wypadł w jasną przestrzeń. Argo było teraz daleką masą lśniących krzywizn i zielonych kopuł. Toby odwrócił się... Znalazł się tuż przed ścianą z gładkiego nefrytu. Ściana wydęła się, skoczyła do przodu. - Żagloistota boi się nas. - Każdy by się ciebie bał, Quath. - Musi się znaleźć jakiś sposób, żeby dało się wykorzystać tak wielkie stworzenie, nie zabijając go. - Boję się, że będzie odwrotnie. - Ono ucieka. Możemy je z łatwością przegonić. Jeżeli nie zbliżymy się do gęby, to nas nie połknie. To wydawało się dosyć proste. Jeden koniec węża składał się z szerokiej jamy gębowej i masy drgających różowych macek. Toby nastawił wizję na zbliżenie. Niektóre okazały się oczami, inne zaś prymitywnymi dłońmi. Obserwowanie, jak się poruszały, było fascynujące. Mimo to nie odważył się podejść bliżej. Przyjrzał się bacznie migotliwemu, zielonemu bokowi bestii. Potem zajrzał przez skórę do środka, pomiędzy sieć przesuwających się pomarańczowych prętów, rurek i woreczków, dzięki którym wąż funkcjonował. - Ciekawe, co jest w tym? - Pokazał na wielki pojemnik z czerwonym płynem, zrobionym z czegoś, co przypominało plastik. - Moja diagnostyka chemiczna nie potrafi tego rozstrzygnąć.

Toby pomyślał o matce. Tak dawno odeszła do czarnego miejsca, gdzie mieszkają umarli. Daleko zaszedł od tamtego czasu. Co ona by teraz o nim pomyślała? Czy byłaby dumna? - Chodźmy zobaczyć - postanowił nagle. Podpłynął do zielonej skóry. Z pochwy w bucie delikatnie wyciągnął nóż. W przestrzeni kosmicznej nie ma nic groźniejszego niż nagie ostrze, więc Toby obchodził się z nożem ostrożnie. Zmierzył okiem odległość do skóry, przeciął ją, a potem się cofnął. Nic nie wydostało się na zewnątrz, żeby go zaatakować. Nawet podmuch gazu, czego się podświadomie spodziewał. - Maleństwo, nie radziłabym się zagłębiać... - zaczęła Quath. - Och, daj spokój. Ty nas tu przyniosłaś. No to bierzmy się do roboty. Toby na moment włączył kciukiem silniczki odrzutowe, żeby przepchnęły go przez przecięcie. Wnętrze stworzenia okazało się skomplikowane. Toby kopnięciem odsunął jedną z pomarańczowych rozporek sieci szkieletowej, odepchnął plątaninę elastycznych rur i dosięgnął worka z czerwoną cieczą. - Żałuję, że nie mogę pójść za tobą. - Jesteś za tłusta, żeby się tu dostać, patykooka. Tylko pobiorę próbkę tego płynu. Przebił próbnikiem zakończonym igłą grubościenny worek, poczekał, aż przenośna butelka napełni się czerwoną cieczą, i klepnięciem zalepił dziurę łatą. Nie widział potrzeby, żeby dopuszczać do wykrwawienia się tego czegoś na śmierć tylko dlatego, że on potrzebował kilku kropelek. W drodze powrotnej niemalże zaplątał się w rury. Zupełnie jak gdyby wiedziały, gdzie jest. Toby uświadomił sobie, że musi to być działalność obronna. Oplatać intruza i zatrzymać, aż pojawi się jakiś strażnik i zwinie go. Coś mu mówiło, że nie powinien na to czekać. Quath wzięła butelkę i szybko przeanalizowała: - Związki organiczne, rozpuszczalne składniki pokarmowe, ślady żelaza i potasu - powiedziała. - Czy możemy to wykorzystać? Wasz metabolizm może to przyjąć z zadowoleniem. - Potrafię przyrządzić znośną zupę ze wszystkiego, co nas nie zabije. Po nefrytowej skórze toczyły się małe, puchate kulki, nie większe od jego dłoni. Było ich mnóstwo. Nadciągały z całej długości żaglowęża. Kilka dotarło do skóry tuż pod miejscem, gdzie wisiał Toby. - Chodźmy, zasiedzieliśmy się w gościnie. Kiedy to mówił, dwie puchate kulki przeskoczyły dzielącą ich odległość, uderzyły w buty Toby’ego i posuwały się dalej, czepiając się lekko i tocząc po kombinezonie. Nawet przez materiał czuł piekące ciepło.

Quath wściekle zabrzęczała. Toby ciął kulki nożem. Trafił jedną, ale druga wtoczyła mu się na hełm i tam rozlała się niby kałuża szarego oleju. - Przeżera na wylot! - Toby walił w nią rękami, ale nie mógł jej strącić. Quath chwyciła chłopca za buty jedną z teleskopowych kończyn. Potem wysunęła z boku rurkę i wycelowała ją prosto w twarz Toby’ego. Owiał go podmuch powietrza. Szary olej zafalował i chociaż czepiał się dalej, zaczął rozpadać się na krople... a potem zniknął. - Reguła przeciwieństw. Stworzenie mieszkające w próżni nie lubi powietrza - zauważyła Quath. Toby odetchnął z ulgą. - Muszę o tym pamiętać. - Tlen jest żrący, chociaż rzadko to zauważamy. Jeżeli dać mu czas, to strawi stal i zostawi tylko rdzę. - Będę musiał się go wyrzec. - Okręcił się, żeby zejść z drogi zbliżającej się puchatej kulce. - Zabierajmy się stąd. Quath pomogła mu się uwolnić. - Jestem przekonana, że można pobrać z tego stworzenia znaczne ilości tej cieczy, nie zagrażając jego metabolizmowi. - To coś w rodzaju transfuzji krwi? - Nie sądzę. Te płyny nie krążą tak jak krew. To są zapasy energii. - Nic się nie stanie, jak sobie trochę weźmiemy? Ekipa montująca wahadłowce na statku zamierzała szukać roślin, a nawet złupić zmechy, gdyby jakieś się tu znalazły, ale z pewnością nie miała w planach zabijania zwierząt. W rodzinie Bishopów obowiązywał kodeks moralny zakazujący używania produktów zwierzęcych, chyba że zwierzę współpracowało z człowiekiem, tak jak mleczna krowa. Tego, kto robił krzywdę żyjącemu stworzeniu, oceniano jak zmecha. - To stworzenie żywi się innymi. Nie może wyrażać sprzeciwu, jeżeli zrobimy z nim to samo, a przy tym pozostawimy je przy życiu - powiedziała Quath. - Hmmm. A więc jesteś filozofem-moralistą. - Wszyscy są. To jeden z warunków życia. Byli w połowie drogi do Argo, kiedy Cermo zawołał przez com: - Hej! Co wy, u diabła... - Mam tu soczek, na który powinieneś rzucić okiem - powiedział Toby.

- Zmusiłeś obcą, żeby cię tam zabrała. To bezpośrednie złamanie rozkazu. - Wywlokła mnie na przejażdżkę, Cermo. Quath potwierdziła: - Jest napełniony prawdą. Zazwyczaj nigdy nie wtrącała się do ludzkich rozmów. Zaskoczyło to Toby’ego, poczuł się zadowolony. Cermo mówił tak, jakby był poirytowany. - Wiem, czym jeszcze jest napełniony. Tak czy owak wracajcie tutaj. Musimy znaleźć zapasy żywności, a potem ruszać dalej. - Jak to? Miałbym ochotę zbadać tę... - Pamiętasz te wielkie przedmioty, które krążą w pobliżu Centrum? Właśnie otrzymaliśmy na mostku odczyt spektralny. Wbrew temu, co sądziliśmy, najbliższy z nich wcale nie został wyprodukowany przez zmechy. - Więc co to jest? - Robota ludzi. Prastary kandelabr. 3.

Rząd liczb

Besen zajrzała do sypialni Toby’ego. Chciała się dowiedzieć, czy nie miałby ochoty pójść do sali widokowej. Właśnie skończyła pracę przy ręcznej uprawie pól warzywnych, które rosły bujnie już tylko w jednej agrokopule. Dres miała brudny, była spocona, jasnobrązowe pasemka włosów wymykały się z ciasnego koczka. Mimo to patrzyła na niego rozpromieniona, z dużym zapasem energii do spalenia. - Przykro mi, nie mogę powiedział Toby ponuro. Siedział podparty na koi i bezmyślnie drapał rysikiem po tabliczce do pisania. - Och, dajże spokój! To może zaczekać. - Jestem pod rozkazami Cermo. Muszę przerobić pięć lekcji, zanim będzie mi znowu wolno wyjść na zewnątrz. - To okrutne. Uśmiechnęła się ze współczuciem. Po tylu spędzonych na statku latach każdy miał ochotę wyjść na zewnątrz, a Toby nawet bardziej niż inni. - No cóż, trochę jestem opóźniony. Besen uniosła głowę z wdzięczną irytacją. - Pokaż no, co ty tam... och, liczby! Fuj! - Mają swoje uroki, ale nie w tej chwili.

- Prawdę mówiąc, nie rozumiem, o co w nich chodzi. Chcę powiedzieć, że maszyny myślą liczbami... to czemu my sobie tym mamy zawracać głowę? - Słuchaj, ten, kto nie posługuje się liczbami, nie ma żadnej przewagi na tym, kto potrafi się nimi posługiwać. - Ale to zmechy myślą w taki sposób. - Najwyraźniej Besen była przekonana, że jeżeli coś kojarzy się ze zmechami, to automatycznie powinno zostać wykluczone. - Argo też myśli w taki sposób, a bez komputerów statku już byśmy nie żyli. Zmechy są niegodziwe, to prawda. Ale przez to, co robią, a nie czym się posługują. Liczby są jak słowa, to sposób na mówienie różnych rzeczy o świecie. - No cóż, do mnie one nie przemawiają. - Ja do ciebie też nie powinienem przemawiać. Muszę się przekopać przez te lekcje albo w ogóle nie pozwolą mi pójść popatrzeć na kandelabr. - Toby westchnął i przeciągnął się, uderzając stopami w ceramiczny zagłówek. Robił się tykowaty i koja stawała się dla niego za krótka. Będzie musiał sobie poszukać dłuższej w którejś z sypialni dla niezaślubionych członków rodziny. - Cermo tak powiedział? Robi się surowy. - Mnie się wydaje, że to znowu mój tato pociąga za sznurki. Besen parsknęła sfrustrowana. - Nasz ukochany kapitan. Dlaczego nie może zostawić własnego syna w spokoju? - Nie wiem - powiedział Toby, chociaż domyślał się powodu. Nie miał jednak ochoty omawiać tego z nikim, nawet z Besen. Dziewczyna zapatrzyła się zamyślona w dal. - Wiesz, wydawało się, że dochodzi już do siebie po śmierci Shibo. Ale ostatnio znowu więcej czasu spędza samotnie, rozkazy wydaje warkliwym tonem, ukrywa przed wszystkimi to, o czym myśli. A ciebie traktuje śmiesznie. - Wróciła do niego wzrokiem, zachęcając do odpowiedzi. Toby, unikając zagłębiania się w szczegóły, powiedział: Może ojcowie i synowie zawsze mają ze sobą problemy. - Z twoim ojcem to co innego. To znaczy? - Zrobił się surowy dla wszystkich. Wręcz okropny. Toby uśmiechnął się do niej posępnie.

- Może nie chce, żeby ktoś się poczuł zaniedbany. - Żartowniś się znalazł. - Besen straciła nieco ze swojej pogody ducha. Ale ja to mówię serio, naprawdę. Kapitan Killeen wszystkich traktuje bezwzględnie i ludziom wcale się to nie podoba. No, może poza Cardami... przez tak długi czas mieli srogich przywódców... a nawet obłąkanych!... że tacy im się podobają. - Hmm. Wydelikatnieliśmy na tym komfortowym statku. - Komfortowym? Spędziłam cały dzień na kolanach, pielęgnując własnymi rękami każdy krzaczek pomidorów, a nawet przypochlebiając się im, żeby tylko chciały żyć. - To dlatego, że spieprzyliśmy pozostałe kopuły. Argo funkcjonowałaby świetnie, gdybyśmy nie byli tacy tępi. - No, twój tato nie ułatwia nam życia - zauważyła zrzędliwie Besen. Toby przytaknął ponuro. Bronił ojca, jak zwykle, ale nie przekonał nawet siebie samego. Widział wystarczająco wiele przypadków, kiedy Killeen szalał z wściekłości za drobne naruszenie przepisów, nakładał surowe kary za opieszałość, przedłużał godziny pracy. Bardzo się różnił od dawnego Killeena, który swobodnie traktował rygory związane ze stanowiskiem. - Przez cały czas grozi nam niebezpieczeństwo. On jest za nas wszystkich odpowiedzialny. Przestań się go czepiać, dobra? - Toby wyczuwał niezręczność tego stwierdzenia, ale nie potrafił zmusić się do potępienia własnego ojca. Przez wiele lat, po tym jak zmechy zabiły matkę Toby’ego, Killeen był jedynym człowiekiem, który się nim opiekował. Besen zorientowała się w nastroju Toby’ego i pochyliła się, żeby go pocałować. - Przepraszam, jeżeli wprawiłam cię w przygnębienie. Albo, uwzględniając to, czego się uczysz, jeszcze bardziej cię przygnębiłam. - Oj, dajże spokój. Idź się zachwycać widokiem kandelabra. Besen skrzywiła się. - Pójdę, chociażby za to. Rodzina Bishopów zbliżała się kandelabra powoli, ostrożnie, kryjąc się za mijanymi chmurami. Potężna, skomplikowana, ozdobna bryła rozciągała się na wszystkie strony, większa niż miasta zmechów na Śnieżniku. Kandelabry zostały dawno temu wybudowane przez ludzi. To wydawało się Toby’emu prawie niemożliwe, kiedy przyglądał się bacznie dalekim spiralnym skrzydłom, przecinającym się ramionom i szlachetnym, zamaszystym łukom. Nikt z rodziny Bishopów jeszcze nie zwiedzał kandelabra. Wyczuwało się oczekiwanie... i coś w rodzaju lęku. Mieli wejść na pokład następnego dnia. W Argo aż dudniło od przygotowań. Toby wyłączył się i niechętnie skupił na lekcjach. Czuł, jak Isaac wierci się niespokojnie gdzieś na tyłach jego umysłu, nie mogąc się doczekać, gdy będzie mógł coś powiedzieć. Aspekty, chociaż od dawna martwe

osobowości, lubiły wydostawać się z ciasnych mózgowych przestrzeni, gdzie je przechowywano. W pewnym sensie żyły tylko wtedy, kiedy Toby z nimi rozmawiał. Nigdy go nie opuszczały, trwały na bardzo niskim poziomie niczym staruszkowie leniwie drzemiący na słońcu. Obojętnie z którego obrazu Toby korzystał, dochodził do wniosku, że aspekty są jak pranie: lepiej pachną, jak je od czasu do czasu przewietrzyć. Isaac odezwał się z zapałem: - Cieszę się, że okazujesz jakieś zainteresowanie matematyką. Czy skończyłeś już zadania? - Zrobiłem kilka. Ale one są nudne. Isaac zareagował dosyć surowo: - Nie wydaje mi się, żebyś miał prawo krytykować dawane ci przeze mnie zadania, skoro tak rzadko nawet rozmawiasz ze mną czy... - Dobrze już, dobrze, ale daj mi jakieś inne. - Bardzo dobrze. Przypuśćmy, że zapiszesz wszystkie liczby od jednego do stu. Jeden, dwa, trzy... i tak dalej aż do stu. - I to ma być interesujące? - Ten aspekt chyba za długo siedział w kozie. - Szybciej się nauczysz, jak nie będziesz przerywał. A teraz znajdź sposób, żeby je wszystkie do siebie dodać. - Masz na myśli, że jeden plus dwa plus trzy... tak? - To jest rozwiązanie prymitywne, pozbawione wyobraźni. Chcę, żebyś wykazał się inteligencją. - Och, nie - jęknął Toby. Okazywanie inteligencji na rozkaz było mniej więcej równie łatwe, jak rozśmieszanie kogoś pod przymusem. Marzył o wydostaniu się stąd i wykonywaniu pracy rękami, a nie głową. Toby nie był najlepszym uczniem, ale udało mu się. Najpierw pobawił się trochę rysikiem na tabliczce, a potem coś w tych liczbach zaczęło do niego przemawiać. Jakaś zależność. Wypisał je parami: 1

100

2

99

3

98

.

.

.

.

49

52

50

51

Każda para dawała w sumie sto jeden. Było ich pięćdziesiąt, więc po pomnożeniu otrzymał pięć tysięcy pięćdziesiąt. Zamrugał oczami. Kto by się domyślił, że wynik będzie taki duży i interesujący? Czuł się dziwnie poruszony tym, że liczby mogą zawierać w sobie taką prostą, elastyczną godność. Jak było do przewidzenia, Isaakowi spodobała się ta sztuczka. - Świetnie! Celem ćwiczeń jest rozszerzanie umysłu. Myślenie w inny, nowy sposób. Rozumiesz? - Coś mi się zdaje, że już potężnie się rozszerzyliśmy. Widziałeś tego żaglowęża, prawda? Wy, aspekty, nadal przyswajacie dane, chociaż siedzicie upchnięte głęboko. - Dochodzi do mnie słaby ślad tego, co robisz. Tak, to było interesujące stworzenie. Przypominam sobie historyczny zapis z epoki kandelabrów, który mówił o wyprawach w chmury molekularne. Ludzkość polowała kiedyś na takie próżniowe zwierzęta, mknąc przez przestrzenie wielkie jak całe układy słoneczne, a wszystko dla rozrywki. - Trudno sobie wyobrazić, że ludzie wyprawiali się na takie coś dla zabawy. - Ludzie lubią niebezpieczeństwo. Czymże są w istocie legendy i historie o rodzinie Bishopów, jeżeli nie opowieściami o ludzkich tarapatach? - Tak, ale o tarapatach bezpiecznie odległych od opowiadającego. - Trochę jesteś za młody na taki cynizm. - To tylko realizm, Isaaku. Tobie łatwo patrzyć z kosmicznego punktu widzenia. W końcu, jeżeli mnie się coś stanie, ty nadal będziesz w porządku. Po prostu wyciągną twój chip z mojego kręgosłupa i ożywią cię w kimś innym. - Czuję się zaszokowany. Jak możesz myśleć, że twój los jest mi obojętny. Jestem lojalnym aspektem, oddanym rodzinie Bishopów... - Dobrze już, dobrze. Oszczędź sobie kazania. Wracajmy do roboty. Matematyka robiła się interesująca, jak już człowiek się w nią zagłębił. Zaczynała przypominać skomplikowaną grę, w której kryły się piękne niespodzianki. Warto się nią zajmować, nawet gdyby nie była użyteczna, to trochę tak jak z muzyką. Kiedy opowiedział Quath o swojej sztuczce, zagrzechotała z aprobatą. Zwróciła mu uwagę, że jego pomysł da się zastosować do Prawdziwego Centrum. Później jednak nie zgodziła się więcej na ten temat rozmawiać, ponieważ przetrawiała informację otrzymaną przed chwilą od iluminat. Po przemyśleniu całej sprawy najbardziej zdumiewające okazało się to, że matematyka miała praktyczne zastosowanie. U podstaw działania świata leżał rząd liczb. Matematyka opisywała orbity gwiazd i działanie obwodów, a nawet to, w jaki sposób różne dziwaczne cechy, na przykład zabawny kształt nosa czy czerwone oczy, przekazywane były z pokolenia na pokolenie w rodzinie Bishopów.

Natomiast wcale nie ułatwiła stosunków z Cermo. Po pierwsze, wielki mężczyzna wcale nie był zachwycony tym, że Toby „uciekł” z Quath. Po drugie, a to było już do kwadratu żenujące, okazało się, że czerwona ciecz, którą ta dwójka przyniosła ze sobą, pełna jest substancji odżywczych. A nawet okazała się smaczna. Toby i Quath pozbawili Cermo całej chwały. Musieli więc siedzieć cicho, kiedy rodzina pospiesznie ograbiała węża na całej jego długości, pobierając czerwony płyn, skąd tylko się dało. Ale nie za dużo; kodeks rodziny Bishopów nigdy nie pozwoliłby narażać na niebezpieczeństwo tak olbrzymiej żyjącej istoty. Kilka osób z rodziny zapuściło się głębiej w mroczną czeluść molekularnej chmury. Była z nimi Besen, a jej opowieści o tamtejszych egzotycznych formach życia wzbudziły zazdrość Toby’ego. Ta molekularna mgła była jedną z mniejszych, a przecież obfitowała w dziwaczne kształty. Trójgrzbietowce z szeroko rozpostartymi panelami do wchłaniania światła słonecznego. Wielkie, falujące bestie, które przypominały bajkowe żaglowce. Drapieżniki o podłym spojrzeniu, z zesznurowanymi skórzastymi gębami, chciwie chroniące swoje wewnętrzne gazy. Baloniki o gigantycznych oczach pomagających znaleźć pożywienie w zmiennym blasku gwiazd. Plątaniny wstęgowatych traw wyrastających z wodnistych mieszków. Lasy kołyszących się żółtych liści. Spiralne prętodrzewa wysuwające się niczym teleskopy w poszukiwaniu światła gwiazd. Brodawkowate żywe skóry, które marszczyły się i rozciągały, żeby owinąć się wokół wrzecionowatych fioletowych pni, łącząc się z nimi w jakimś tajemniczym życiowym procesie. Trafili też na gigantyczną, czerwoną jak rdza piramidę z własnym napędem, która przypominała pokojowo nastawionego trawożercę i pasła się na olbrzymich szarych pajęczynach, wsysając ich pasma niczym smakowite spaghetti. Te cienkie sieci wyłapywały unoszące się po okolicy cząsteczki wielkich chmur. Wyglądały apetycznie, ale nikt z rodziny nie mógł się do nich przekonać. Besen uważała, że trzeba je przyprawić jakimś sosem. Co gorsza, czerwonej zwierzopiramidzie wcale się nie spodobało, że jakieś drobinki coś zbierają na jej pastwisku. Była równie wielka jak żaglowąż i trudno się było z nią sprzeczać. Gnała za winowajcami przez całą drogę do statku i skręciła gwałtownie dopiero wtedy, kiedy się przekonała, że Argo nie jest kolegą olbrzymem. Dla Besen wcale nie było jasne, kto by wygrał, gdyby doszło do walki pomiędzy piramidą a Argo. Kto wie, jakie sztuczki mogła spreparować ewolucja w chmurze cząsteczkowej przez parę miliardów lat? A to wszystko działo się wtedy, kiedy Toby zamknięty był na statku. Zaciął zęby, poprzeklinał trochę dla czystej przyjemności, i zabrał się na nowo do roboty. Po odrobieniu lekcji i potwierdzeniu tego przez Isaaka, zgłosił się do Cermo po przydział roboty na następny dzień. - Czekaj no - zatrzymał go Cermo, gdy chłopiec chciał odejść. Masz się zgłosić do kapitana. - Co takiego? Chciałem wyjść na zewnątrz, popatrzeć na kandelabr. - Nie zarządzamy statkiem dla twojej przyjemności - odpowiedział surowo Cermo. - Idź.

Kapitan Killeen stał z założonymi do tyłu rękami i bacznie się przyglądał ekranom na ścianach swojego biura. Widać na nich było zdjęcia kandelabra przekazywane przez automatyczne polatywacze Argo. Masywne spiralne ramiona. Z rozmachem zaprojektowane sieci, które pod powiększeniem okazywały się połączonymi ze sobą mieszkaniami. Toby usiłował sobie wyobrazić, jak wyglądało życie. - Myślisz, że ktoś tam mieszka, tato? Killeen, z nieodgadnionym wyrazem twarzy, odwrócił się powoli od rozświetlonych ekranów. - Nie. Zmechy wzięły szturmem wszystkie kandelabry tysiące lat temu. Ten jest lepiej zachowany, więc może nie toczyły się o niego ciężkie walki. - Jesteś pewien? Killeen powoli pokręcił głową, najwyraźniej naradzając się z jakimś aspektem. - Musi tak być, chociaż zapisy są bardzo skąpe. - Ktoś zapewne nosi aspekty z tak odległych czasów. - Nie z tego sektora, tak bliskiego Prawdziwego Centrum. Toby wiedział, że z wiekiem aspekty robiły się rozmyte i zgrzytliwe. Do aspektów kandelabrowych trzeba było dodawać programy interpretujące, żeby w ogóle dało się je zrozumieć. I nie chodziło tylko o przesunięcia semantyczne. Najtrudniej było o przekazanie samych koncepcji. Nikt nie potrafił pojąć, jak rozumowali ludzie z kandelabrów. - Gdybyśmy tylko mieli jakieś pojęcie... - Ludzie rozprzestrzenili się wtedy na cały kosmos. Ten kandelabr wygląda wspaniale, bez dwóch zdań, ale mogła to być przecież tylko jakaś pomniejsza placówka - powiedział Killeen. - Co takiego? Przecież on jest piękny. Killeen uśmiechnął się. - No pewno, dla nas. Może dla ludzi z Wielkich Czasów nie był niczym szczególnym. - Toby popatrzył na ojca sceptycznie, a ten machnął ręką w kierunku ekranów, na których pokazywały się coraz to nowe cuda. - Słuchaj, kiedy ludzie wycofali się już z kandelabrów, wrócili na dół, żeby znowu zamieszkać na planetach. Życie zrobiło się ciężkie. Przestaliśmy budować na wielką skalę, ograniczyliśmy się do tego, co byliśmy w stanie uchronić przed zmechami. Rodzina rodzin rozpierzchła się wśród gwiazd, szukając bezpiecznego schronienia. - To były czasy Oklapnięcia, prawda? - Początki. Postanowili chować się na planetach. Myśleli, że one nie na wiele się zmechom przydadzą.

- Ponieważ zmechom najlepiej żyje się w próżni? Killeen skrzywił się z ironią. - Tak myśleli. Na Śnieżniku i na Trumpie zbudowaliśmy najpierw wielkie arkologie, miasta podobne do kandelabrów, ale mniejsze z powodu grawitacji. Te cholerne zmechy rozwaliły je. Technologie uległy pogorszeniu i pobudowaliśmy późne arkologie, schyłkowe.

Wciąż jeszcze były bardzo duże. Widziałem ruiny jednej z nich. - Mówiłeś mi. Wielkie jak góra. - No, może nieco mniejsze. Ale zmechom i tak wydawały się za duże. Przedarli się przez naszą obronę i w końcu te małe arkologie też zrównali z ziemią. Gniew w głosie Killeena kazał Toby’emu powiedzieć ze współczuciem: - Więc zbudowaliśmy Cytadele. Trwaliśmy. - Tak... i dobrzeje poukrywaliśmy, a przynajmniej tak się nam wydawało. Musieliśmy żyć z napadania na nowe kompleksy fabryczne zmechów. A potem zmechowe miastamózgi powysyłały szczurołapy, żeby rozwalić każdą z rodzinnych Cytadeli. Wykorzenić ludzi, rozpędzić na cztery wiatry. Aż wreszcie została tylko Cytadela Bishopów. I wtedy przyszła kolej na nas, pamiętasz? Toby niechętnie przypomniał sobie ucieczkę z Cytadeli Bishopów. Był tylko zagubionym, przerażonym chłopcem. Ogień, dym i śmierć. Matka zabita przez zmechy z miłosierną, obojętną szybkością. Otrząsnął się. - Słuchaj, Cermo powiedział, że mam się do ciebie zgłosić. Killeen w milczeniu skinął głową. On również z trudem otrząsał się z mrocznej przeszłości. Gwałtownie odwrócił się i usiadł za szerokim biurkiem. - Coś mi się zdaje, że wymykasz się spod kontroli. - Och, ta sprawa z żaglowężem? Słuchaj, to nie był mój pomysł. - Nie powinieneś drażnić Quath. Ona jest nieodgadniona. - To Quath mnie tam zaniosła. Nic nie mogłem na to poradzić. - Mogłeś wysłać do nas sygnał, powiedzieć nam, co się dzieje. - Nie pomyślałem o tym. - Toby wzruszył ramionami.

- Kiedy wpadasz w tarapaty, kontaktuj się ze swoimi aspektami. - O tym również nie pomyślałem. - Dzięki tym aspektom nosisz w sobie wielkie doświadczenie. Pozwól, żeby ci pomagały. - Okropnie zrzędzą. Killeen uśmiechnął się. - Trzeba to przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. Pamiętaj, że one mogą tylko rozmawiać, nic więcej. Wyobraź sobie, co to za życie. - Wolałbym nie - powiedział Toby zaniepokojony obrotem rozmowy. - Musisz się przyzwyczaić do współpracy z nimi. Płynnej. Żebyś sięgał po nie automatycznie, tak jak się drapiesz. - Jeszcze nie radzę sobie z nimi tak gładko - przyznał chłopiec; czuł się nieswojo. Killeen wpatrywał się w niego przez chwilę. Milczenie między nimi narastało. - Jak... jak tam z nią? A więc w końcu wyszło szydło z worka. Znowu. Utracona ukochana Killeena, Shibo. Kobieta, która pojawiła się w jego życiu po śmierci matki Toby’ego, a którą Toby zaakceptował niemal jak drugą matkę. Ta niegdyś tak bardzo żywotna istota istniała teraz tylko w postaci aspekta noszonego przez Toby’ego. Zginęła na Trumpie od ognia wroga. W pułapce zastawionej przez Jego Supremację, zmechowoludzką hybrydę. Toby’emu i Killeenowi udało się ją dostarczyć z powrotem na Argo. W pokoju nagrań aparatura statku mówiła o poziomach potasu, amalgamatach neurologicznych i cyfrowym dopasowywaniu macierzy. Terminologia, której nie rozumiał nikt z Bishopów. Ani ich aspekty. Prastare instrumenty uratowały z Shibo wszystko, co potrafiły, odczytując skłonności neuronowe jej umysłu i kształt unikalnych świadomości. Zrobiły nagranie. Potem sprasowały to nagranie w kostkę, którą z łatwością można było wsunąć do czytnika kręgosłupowego człowieka. Aspekt Shibo u Toby’ego i próbki komórek jej ciała przechowywane w archiwum genetycznym rodziny Bishopów to było wszystko, co z niej zostało. Zwykle aspekt pozostawał w stanie uśpienia, dopóki nie minął szok pośmiertny, często trwający całe pokolenie rodziny. Ale teraz rodzina potrzebowała umiejętności Shibo, jej zdolności oceny sytuacji i wiedzy. Killeen nie mógł nosić tego aspekta, to oczywiste; byłoby to równoznaczne z narażaniem kapitana na emocjonalną katastrofę, z pogwałceniem wszystkich zasad rodziny. Toby był jedynym członkiem załogi z wolną szparą kręgosłupową i odpowiednią konstelacją psychiczną do przyjęcia Shibo. Podczas tej długiej podróży wiele razy wykorzystywali jej wiedzę na temat systemów Argo. Shibo miała smykałkę do techniki.

Lepszą nawet niż stare aspekty z ery późnych arkologii. Ale Killeen zapłacił za to wysoką cenę. Milczenie przeciągało się, aż Toby zapragnął zerwać się i uciec pędem, uwolnić się od brzemienia, którego tak naprawdę nie chciał nosić. - Ja... - Killeen zawahał się. - Czy mogę z nią porozmawiać? - Chyba nie, tato. Killeen otworzył usta, a potem zamknął je tak gwałtownie, że Toby usłyszał szczęknięcie zębów. - Chciałbym zamienić tylko kilka słów. - Myślę, że to zły pomysł. - Dlaczego? - Wiesz, jak jest z tobą potem. - Chciałem tylko trochę... - Tato, musisz pozwolić jej odejść. W oczach Killeena pojawił się rozpaczliwy wyraz. - Zrobiłem to. Zrobiłem. - Nie, nie zrobiłeś. Gdybyś to zrobił, nie prosiłbyś teraz. Wargi ojca zacisnęły się tak, że niemal całkiem zbielały. Toby wiedział, jak ciężkie brzemię nosi Killeen na barkach, a na wszystko nakłada się jeszcze stres przewodzenia. Ale nie mógł ustąpić. Kiedyś ustąpił, bo Killeen nie dawał mu spokoju, prosząc, by pozwolił Shibo przemówić, i chłopiec się zgodził. Raz. Drugi raz. Potem znowu i znowu, aż Killeen zapragnął tego kontaktu codziennie, chociaż był tak żałośnie przelotny i kruchy. - Pewnie jesteś czymś w rodzaju eksperta? - zapytał teraz sucho.. - W tej sprawie tak. - Co mówił twój doradca rodzinny? - Dokładnie to, co powiedziałem. Że mam nie pośredniczyć w kontaktach między tobą a Shibo. Killeen rąbnął pięściami w blat biurka. - A jeżeli wydam taki rozkaz? - Nie mogę posłuchać takiego rozkazu. - Ja tu będę sędzią. - Wargi Killeena wykrzywiły się.

Toby zaczerpnął głęboko powietrza i powiedział najspokojniej, jak potrafił: - Nie, nie ty. Przedstawię sprawę zgromadzeniu rodziny. Z twarzy Killeena powoli znikał twardy, umęczony wyraz. Rozluźniła się, zrobiła się blada, zrezygnowana. Ten nowy wyraz twarzy ojca jeszcze mniej się Toby’emu podobał. - Zrobiłbyś... zrobiłbyś coś takiego. - Nie było to pytanie. - Musiałbym. - W ustach miał sucho, kwaśno. - Gdybym pośredniczył w rozmowie z Shibo, wpędziłoby cię to w szaleństwo, tak jak przedtem. - Chociaż... chociaż troszkę... - Wargi Killeena zadrżały. Szczęki drgały mu od niewypowiedzianych uczuć. Toby’emu serce się ściskało, kiedy patrzył, jak pełne udręki oddanie zmusza człowieka, którego kochał, do takiego upokarzania się. Miał wrażenie, że Killeen uzależnił się od jakiegoś straszliwego narkotyku i nie potrafi się go pozbyć z organizmu. Ale musi; i Toby mu w tym pomoże. - Nie. Nie, tato. - Mógłbyś, tylko na... - Na chwilkę to jeszcze gorzej, niż na długo. Sam wiesz. Killeen przez długi czas wpatrywał się w przestrzeń za biurkiem, potem powoli pokiwał głową. - Tak... Gorzej niż na długo. - Tato, ja codziennie korzystam z umiejętności Shibo. Zna się na elektronice statku, wie, jak współpracują jego systemy... była wspaniała. Ale ty nie tego od niej oczekujesz. Kochałeś Shibo kobietę. A jej już nie ma. To, co zostało, jest w środku puste, cienkie. To tylko aspekt. Policzki Killeena zapadły się, oczy miał puste. - Nie całkiem. - Co takiego? - Maszyny nagrywające sporządziły dogłębną kopię. Ten chip, który nosisz, to jest osobowość. - Co? - Toby poczuł się oszołomiony. Osobowość była pełnym wcieleniem struktury neuronowej. Niosła ze sobą cechy pierwotnej osoby daleko wykraczające poza jej umiejętności i wiedzę. - Dałem rozkaz, żeby ci nic nie mówić. - Killeen smutno wzruszył ramionami. - Chłopak w twoim wieku w zasadzie nie jest w stanie poradzić sobie z osobowością. - Ale... ale ja odczuwam ją jak aspekta.

- Kazałem im ograniczyć osobowość. Na początku nie potrafiła się w pełni przez ciebie wyrazić. - Przecież... nigdy nie słyszałem... - To rzadkość. Tylko w sytuacjach awaryjnych. - Ale dlaczego? Na twarz Killeena powoli wracała kapitańska dostojność. - Polityką rodziny jest zachować tak wiele z człowieka, jak tylko się da. - Istnieją jednak granice. Mam na myśli, że nie zachowujemy ciał ani... - Chciałem, żeby to zrobiono. - Ty chciałeś. Wspaniale! A co ze mną? - Blokowanie powinno działać przez jakiś czas, potem ustąpi. Wtedy ocknie się jej pełna osobowość. - A przypuśćmy, że coś się zepsuje? Że ta osobowość Shibo narobi kłopotów? Toby był bliski paniki. Nawet aspektom zdarzało się napadać wspólnie na swojego nosiciela. Jeżeli zaatakowały go w chwili słabości, mogły wywołać burzę aspektów. Wtedy nosiciel doznawał szoku, zapadał na coś w rodzaju wywołanej sztucznie choroby psychicznej. Jeżeli aspektom udało się przejąć nad nim kontrolę, potrafiły kierować jego ruchami, mową i zachowaniem. Zdarzało się im opanować kogoś na całe dni, a nawet lata, i nikt o tym nie wiedział. A osobowość była silniejsza niż aspekt. - Podjąłem środki ostrożności. Jej osobowość skrępowana jest zazębiającymi się ze sobą systemami ochronnymi. - Mimo wszystko, tato, gdyby ona kiedyś... - Mówimy o Shibo! - Kapitan znowu uderzył pięścią w blat. Ona nie zwróciłaby się przeciw tobie, dobrze o tym wiesz. Kochała cię jak syna. - To coś, co w sobie noszę, to jest wersja Shibo. Uzupełniona o szok śmierci. - O czym ty mówisz? - Killeen zamrugał oczami. Toby czuł się tak skrępowany, że nie mógł spokojnie usiedzieć.

- Śmierć zmienia ludzi. - Przez moment mało brakowało, a wybuchnąłby śmiechem z powodu absurdalności tego stwierdzenia. Śmierć zmienia ludzi. Ale czy to jeszcze byli ludzie? Czy tylko uszkodzone, zmienione nagrania? Znowu zapadło przeciągłe milczenie. Potem Killeen powiedział sztywno: - Powinienem ci wcześniej powiedzieć. Toby wzruszył ramionami, w mózgu wciąż jeszcze kłębiły mu się sprzeczne uczucia. - Tylko bym się tym martwił. - Tak też sądziłem. Synu, ja... przepraszam, że cię o to prosiłem. Wiem, że nie powinienem. - W porządku, tato. - Przykro mi. Ogromnie mi przykro. Toby wstał, nadal podenerwowany. Ojciec wyszedł zza biurka i objął go. Żaden z nich nie umiał za dobrze się wysławiać, więc na długą chwilę przywarli do siebie, przekazując sobie gestem to, czego nie zdołali wyrazić słowami. 4.

Wyblakły bezmiar

Toby przyglądał się, jak kandelabr rośnie przed polatywaczem; już teraz był olbrzymi i groźny, a przecież nadal zbliżał się, nabrzmiewał, wypełniał sobą całą przestrzeń. Jego wyblakłe kształty rozciągały się we wszystkich kierunkach, ukazując połyskujące skrzydła, wieże, wspaniałe portale, sterczące iglice i ulatujące w dal perspektywy wciągające wzrok w zawrotne głębie. - Ludzie to zbudowali? - zapytał przez com. Killeen odpowiedział posępnie: - Byliśmy kiedyś dużo wspanialsi. Kapitan znajdował się w tym samym polatywaczu. Od czasu ich rozmowy ojciec chciał mieć Toby’ego przy sobie, kiedy to tylko było możliwe. Pilotował Cermo, ponieważ był to polatywacz dowódcy. Toby’emu nie umknął fakt, że skoro wyznaczono mu miejsce w tym pojeździe, to skutecznie wyrzucono go na margines wydarzeń i nie będzie mógł „robić zamieszania”, jak Cermo określał jego wypad z Quath. Z drugiej strony ten właśnie polatywacz miał brać udział w najbardziej interesujących odkryciach. Kiedy rodzina podleciała bliżej, po ścianach i wielkich skrzydłach kandelabra zaczęła poznawać jego wiek. Masywne arkusze o pozornie ceramicznej twardości z bliska okazały się pokryte dziobami, czarnymi szramami i wielkimi kraterami o wypukłych brzegach. Wokół Centrum Galaktyki krążył bezustannie grad napływających zewsząd szczątków. Nawet maleńkie płatki potrafiły wyżłobić wielkie dziury, jeżeli mknęły z szybkością kilkuset

kilometrów na sekundę. Podlatywali coraz bliżej i Toby widział w szczegółach dziobatą powierzchnię. Miał ten sam problem co ona; odbierające człowiekowi godność pryszcze. Tylko jemu podobno miało to przejść z wiekiem. Kłopoty nastolatka. A kandelabr wyglądał tak, jakby starość sprowadziła na niego kosmiczny trądzik, który nigdy nie przejdzie. Ale czy to znaczyło, że nikt tu teraz nie mieszka? Byli już blisko. Wyczuwał na linii comu niecierpliwość. Załoga ostrym głosem zgłaszała odwołanie alarmu. Nikomu nie udało się odebrać nawet najsłabszego sygnału z kandelabra. Do pomocy przy łączeniu zgłoszeń w całość wykorzystał zablokowaną osobowość Shibo. Miło było mieć coś w rodzaju wewnętrznego sługi, który słuchał jednego przekazu, kiedy Toby zajęty był innym. Quath potrafiła to robić bez niczyjej pomocy. Inaczej ukształtowany mózg obcej przetwarzał napływającą informację równolegle. Quath mówiła, że ma „submózgi”. Wykonywały one wyznaczoną im pracę na podobnej zasadzie, jak Toby jedzący jabłko i czytający książkę. Ale submózgi Quath przechowywały informację i potrafiły ją odtwarzać. Tak więc Quath nadawałaby się idealnie do tej roboty, tylko że nie chciała się z nimi wybrać. - Nie mogę być świadkiem tak intymnego powrotu do domu przesłała. Na próżno Killeen tłumaczył, że kandelabr w żadnym razie nie jest domem rodziny Bishopów, ponieważ jest niewiarygodnie stary. Quath nie ustąpiła na krok. Przesłała coś na temat „bliskich obserwacji” i nie chciała powiedzieć nic więcej. Wezwał Shibo. Odczuł jej obecność jak swego rodzaju łaskotanie. Wszystkie polatywacze są na optymalnych pozycjach, jak pokazuje trójwymiarowy skaner. Żadnych niespodziewanych emisji elektromagnetycznych. Kandelabr robi wrażenie wymarłego. Toby był przyzwyczajony, że przekaz Shibo jest prosty i bezosobowy. Za życia była jego dobrą przyjaciółką, ale jako osobowość zachowywała się z rezerwą. Nie wspomniała również o jego rozmowie z Killeenem. Zapytał ją: - Jak sądzisz, czy to dobry pomysł? - Nieszczególnie. Zmechy prawdopodobnie spodziewają się, że ktoś od czasu do czasu odwiedzi takie wspaniałe miejsce. - Co ty byś zrobiła? - Wysłałabym jednego człowieka. Mniejsze ryzyko. - Hmm, brzmi to rozsądnie. Ale nie w naszym stylu. - Rodzina Bishopów zawsze była narwana. Może dlatego przetrwaliście. Toby przypomniał sobie, że Shibo przyłączyła się do nich po tym, jak rodzinę Knightów zmechy wybiły niemal do nogi. Urodziła się w rodzinie Pawnów. - No cóż, zawsze chciałem zobaczyć kandelabr. Pewnie wszyscy mamy na to ochotę.

Zmechy o tym wiedzą. Ale podejrzewam, że twój ojciec kieruje się jakimiś innymi pobudkami niż ciekawość. - Na przykład? - To tylko domysły. Zobaczymy. To było typowe dla Shibo: spokój i dystans. Większość aspektów aż rwała się do rozmowy, do ponownego angażowania się w życie prawdziwego świata. Shibo zachowała pogodny spokój, który nie udzielił się Isaakowi i innym aspektom. Niewykluczone, że taki spokój był atrybutem wszystkich osobowości, ale Toby podejrzewał, że raczej cechował tę wspaniałą kobietę za życia. Chociaż zachował wspomnienie matki, to nie ona, lecz Shibo matkowała mu przez długie lata wędrówki rodziny. Toby wzruszył ramionami i zakomunikował, że polatywacze zajęły wyznaczone pozycje i roją się niczym pszczoły wokół słonia. Killeen szorstko skinął głową i rozkazał: - Do środka! Skupione wokół kandelabra latawce zaczęły ze wszystkich stron kierować się do wewnątrz. Nie zauważono żadnego ruchu w odpowiedzi na ten manewr. Polatywacze wśliznęły się do otwartych wejść. Toby przejrzał transmisje i zwrócił uwagę Killeena na najważniejszą. Wymiana zdań trwała nieustannie. Bishopowie byli gadatliwi: - Wygląda mi to na jakieś wielkie, otwarte audytorium. Trochę uszkodzeń od ognia. - No, musieli walczyć wzdłuż całego tego korytarza. Olbrzymie rysy i wyżłobienia na ścianach. - Tutaj zwalili do środka cały kawał. - Wszystko w próżni. Zerowe ciśnienie powietrza. - Wypalone kwatery mieszkalne. Sądząc po wysokości drzwi, musieli być niscy. - Sądząc po braku śladów, nikt tego ostatnio nie używał. - Zgoda. Pobrałem próbkę ze spalonych mebli do analizy. Mój aspekt twierdzi, że według datowania izotopowego to jest stare... przynajmniej ze dwadzieścia tysięcy lat. - Czy znaleźliście jakieś archiwa? - Nie. Ktoś to miejsce wyczyścił do imentu. - Złapałem ślady prądu elektrycznego. Coś tu jeszcze działa. - Posuwać się ostrożnie. Mogą tu być zmechy - wtrącił szorstko Killeen. Toby’emu wydawało się mało prawdopodobne, żeby zmechy zatrzymały się na ludzkim artefakcie, nawet na takiej wspaniałej ruinie jak ta. No, ale doświadczenia miał mniej niż ojciec i inni weterani Bishopów. Znał długą historię zdrady, złamanych paktów, zasadzek, napadów, prowadzonej niemal od niechcenia eksterminacji i wiedział, że te wydarzenia tworzyły ich historię. Ci mężczyźni i kobiety

przeżyli kawał czasu; niektórzy mieli ponad sto lat i nadal walczyli, energicznie i niewzruszenie, żeby na krok nie ustąpić zmechom. - Boże, tu wszędzie się bili. - Taa. Wszystko potrzaskane. I obdarte do czysta. - Ktoś powyrywał cały metal. Wygląda mi to na łupiestwo zmechów. Te same typowe ślady po bosakach. - Cmentarzysko miasta. - Obdarli je do czysta. Tak jak Arkologię Blaine na Śnieżniku, pamiętacie? Toby pamiętał, bez dwóch zdań. Powędrował tam podczas pierwszego poważniejszego wypadu z Killeenem i swoim dziadkiem Abrahamem. Zajęło im to dwa dni. Arkologia Blaine była dla Bishopów miejscem czczonym i warto było nadłożyć pół dnia po drodze do celu, zmechowej fabryki, gdzie przechowywano nadające się do użytku jadalne produkty. Kolosalne ruiny przepełniły Toby’ego grozą i nabożną czcią. Biwakowali tam nawet przez noc, chociaż Abraham narzekał, że narażają się na zasadzkę zmechów. Toby wędrował po zrujnowanych ulicach, szukając wśród cieni śladów dawnego życia. Ta Arkologia wydała mu się miejscem odosobnienia, milczenia, przestrzeni i na zawsze utraconych wspomnień. Wspomnień o pełnych krzątaniny alejach i sąsiadach, o długich popołudniach, kiedy był czas na to, żeby go tracić, o zabawie na bosaka i poszumie elegancji - o mieście. Usiłował Killeenowi i Abrahamowi przekazać, co czuje, ale gdy mówił o majestacie tego miejsca, mężczyźni odwrócili wzrok, a twarze zrobiły się im ściągnięte i ponure. Chłopiec zapytał dlaczego. Abraham powiedział ze smutkiem, że jeden z jego starych aspektów właśnie mu przypomniał, że Blaine wcale nie jest przykładem ery wysokich arkologii. To miasto służyło jako obóz dla uciekinierów, kiedy naprawdę wspaniałe miejsca zostały już zniszczone. Killeen przytakiwał. Obozowisko dla uciekinierów. A Cytadela Bishopów zmieściłaby się na jego sportowym stadionie. Toby’emu przypomniał się ten moment z odległej przeszłości. Potem coś zdmuchnęło wspomnienie, tak jak wiatr unosi rozmowy i drze je na strzępy. - Wszystko tu jest. Sale koncertowe, targowiska, fabryki, szpitale, gigantyczne szyby na windy. - I wysadzone w powietrze parki. Musiało tu być kiedyś ładnie. - Czekaj no sekundę, tu jest śluza powietrzna. - Sprawdzić, czy jest czynna - rozkazał Killeen. - Żadnych sygnałów elektrycznych, które mógłbym wyłapać. - Sprawdźcie uszczelki - powiedział Killeen. - Wydają się w porządku. Nienaruszone. - Zostawcie mechanicznego robota przy urządzeniach sterujących i odsuńcie się daleko do tyłu. Potem otwórzcie śluzę - nadał Killeen.

- Tak jest, robi się... Napływały inne doniesienia, o następnych zniszczonych terenach. Toby przysłuchiwał się z natężeniem, odfiltrowując powtarzające się raporty. Uwagę skupiał na drużynie w pobliżu śluzy powietrznej. Marzył o tym, żeby być razem z nimi, rozglądać się. - Otworzyliśmy śluzę. Cyrkuluje. - Co to za gaz? - zapytał Killeen. - Zwykłe powietrze. Chemoczujniki twierdzą, że jest w porządku, nie zatrute. Siedzący w pobliżu Toby’ego Cermo zmarszczył brwi. - Powietrze jest nadal dobre, po takim czasie? - Może układy napowietrzania wciąż działają - zauważył Toby. - A może działa jeszcze coś innego - powiedział niespokojnie Killeen. - Wydaje się w porządku. Kapitanie, możemy wejść? - zapytano od śluzy. - Tak jest. Ale bez pośpiechu - nadał Killeen. - Kapitanie, w tej drużynie jest ich tylko troje - odezwał się Cermo. - Nic na to nie poradzą, muszą się rozproszyć. - Zgoda. - Killeen wahał się tylko przez sekundę. - Ale nie mamy żadnych rezerw. Idź ty, Cermo. Zapewnij nam łączność. - Tato, ja to zrobię. Potrafię równie dobrze monitorować w ruchu - wtrącił Toby. Killeen potrząsnął głową. Ku zdumieniu Toby’ego wstawił się za nim Cermo: - Nic mu się przy mnie nie stanie. Przydałaby mi się pomoc. Toby uświadomił sobie, że Cermo próbuje chyba rozładować napięcie między nim a Killeenem przez uwolnienie Toby’ego spod dominacji ojca. Może Killeen też tego chciał, bo z wyraźną ulgą powiedział: - Hm. Bardzo dobrze. - I pospiesznie zajął się innymi sprawami. Polecą do kandelabra. Toby’emu zaczynało łomotać serce. Posuwali się śladem znaczników pulsujących po wewnętrznej stronie wizjerów w hełmach. Opierając się na raportach ekip badawczych, komputery Argo utworzyły już zgrubną, trójwymiarową mapę tego rozległego szczątka. Znaczniki prowadziły Cermo i Toby’ego przez ciemne aleje w dół szybów i przez poniszczone prastare korytarze. Mknęli przez absolutną ciemność, prowadzeni promieniami hełmów. Toby’emu migały w oczach strzępy odzieży, zmienione w gruzowiska fabryki, wypatroszone biura. Każde zerknięcie przekazywało wieść o oblężonym, utraconym przed tysiącleciami życiu, znanym

teraz tylko z tych pozostałych szczątków. Dotarli do śluzy. W świetle hełmów zobaczyli kobietę, która do nich pomachała. - Czy możecie w to uwierzyć? - nadała. - W środku było powietrze. Kiedy otworzyliśmy śluzę, mało mnie stąd nie zwiało. Ustąpiła otaczająca ich czerń i pojawił się szeroki, oświetlony fosforycznym blaskiem kwadrat. Znajdowała się tam cała ekipa, ludzie pracowali między rzędami jakiejś maszynerii. Cermo wydał rozkaz przeszukania terenu. Toby przysłuchiwał się meldunkom innych drużyn o znaleziskach. Nikt nie znalazł czegoś równie niezwykłego jak to. - Jak sądzisz, dlaczego te fosforowe światła działają tylko tu, a nie gdzie indziej? - zapytał Toby. - Może jest tu gdzieś jeszcze jakieś źródło mocy - odparł Cermo. - Po dwudziestu tysiącach lat? - Ktoś ryknął śmiechem. A jednak. Jedna z kobiet odkryła, że w przewodach wysoko nad ich głowami płynie prąd. - Nie znaleźliście żadnych ciał? - zapytał Cermo. - Nikt o nich nie donosił - odpowiedział Toby. - Domyślam się, że zniknęły. Wyparowały, tak jak rośliny w parku. - Ale dlaczego tu też ich nie ma? Przecież śluza była szczelnie zamknięta. Toby zastanawiał się, z jakiego powodu zmechy zostawiły tę kryptę pod ciśnieniem powietrza, jeżeli to one ostatnie stąd odeszły. Chodził wzdłuż pogrążonej w cieniu maszynerii i głowił się, do czego mogła służyć. Masywne zespoły charakteryzowała pewna forma, pewien styl odmienny od maszyn zmechów, których obawiał się i nienawidził przez całe życie. Nagle uświadomił sobie, że te maszyny zrobili ludzie. Były dużo większe od wszystkich, jakie kiedykolwiek widział. Uśmiechnął się z dumą. Ludzie potrafili kiedyś tworzyć na skalę zmechów. Dotąd niejako automatycznie zakładał, że tylko złowrogie, inteligentne zmechy potrafią tworzyć wielkie dzieła. Oczywiście Argo była prastarym tworem człowieka, ale pochodziła z ery arkologii i używano jej do lotów pomiędzy „oklapniętymi” koloniami na szeroko rozrzuconych planetach. Do tego wykorzystano w Argo wiele złupionych na zmechach części. Te stare artefakty ludzi były inne. Piękne. - Drużyna lambda znalazła jakiś grawerunek na ścianie. Chcę mieć jego kompletne kopie spektralne nadał Killeen. Toby miał odpowiednie oprzyrządowanie. - Tak jest, już idę. Odwrócił się, żeby ruszyć w tamtym kierunku i w tym momencie w comie zahuczał jakiś grzmiący sygnał. JA JESTEM BOMBA. ZOSTAŁAM NASTAWIONA TAK, BY WYBUCHNĄĆ ZA TRZYSTA JEDNOSTEK CZASU. BIP OZNACZA POCZĄTEK JEDNOSTKI CZASU. ZOSTAŁO ICH DWIEŚCIE DZIEWIĘĆDZIESIĄT DZIEWIĘĆ. JA

JESTEM BOMBA. ZOSTAŁAM NASTAWIONA TAK, ŻEBY WYBUCHNĄĆ ZA TRZYSTA JEDNOSTEK CZASU. BIP ZOSTAŁO ICH DWIEŚCIE DZIEWIĘĆDZIESIĄT OSIEM. Sygnał dochodził gdzieś z głębi krypty, jak poinformował Toby’ego lokalizator. - Ewakuacja! - zawołał chłopiec i ruszył w kierunku śluzy. Śluza zamykała się. Przed nim Cermo poruszał się z szybkością i zwinnością zdumiewającą u człowieka o jego posturze. Wycelował broń w śluzę i rozsadził zawias. Drzwi zatrzymały się. Toby wydostał się na zewnątrz. - Myślisz, że to nuklearna? - Niewykluczone - nadał Cermo. - Ruszaj się! - Popchnijmy te drzwi z powrotem na miejsce. Jeśli to nie jest bomba nuklearna, może być w niej dosłownie wszystko. Cermo zaklął, ale się zgodził. Naparli na drzwi z pomocą pozostałej trójki. Nie marnowali czasu, tylko czekali, aż wszyscy wyjdą. Kiedy ostatnia kobieta z załogi przecisnęła się na zewnątrz, zatrzasnęli masywną, stalową płytę. Nie dali sobie ani chwili wytchnienia. Popędzili milczącymi, mrocznymi korytarzami. Drużyny wylewały się z kandelabra strumieniami. Toby wydostał się w wolną przestrzeń akurat wtedy, kiedy przekaźnik transmisyjny w krypcie nadawał: BIP JA JESTEM BOMBA. TO BYŁO MILE WIDZIANE ZAKOŃCZENIE MOJEJ HISTORYCZNEJ MISJI. ŻEGNAM SIĘ Z TYMI, KTÓRZY MNIE SKONSTRUOWALI I DALI MI OKAZJĘ ŻEBYM MOGŁA IM SŁUŻYĆ. DZIĘKUJĘ RÓWNIEŻ TYM, KTÓRZY ZAPOCZĄTKOWALI MÓJ MOMENT SPEŁNIENIA. TERAZ WYBUCHNĘ ZE ZDECYDOWANIEM I HUKIEM. BIP Transmisja się skończyła. Kandelabr wyraźnie się zatrząsł. Iglice poodpadały. Ściany popękały. Spiralna wieża zarysowała się, a potem w zwolnionym tempie rozpadła, wyginając się i roztrzaskując na skorupy, które wirując odlatywały w dal. W panującej w kosmosie ciszy mieli wrażenie, że patrzą na rozpadającą się na kawałki górę. Toby pospiesznie odleciał polatywaczem. Przyglądał się szczątkom. Uniknął kolizji, chociaż po skruszeniu kandelabra niewiele pozostało nadmiaru energii. Argo oddalała się nie czekając. Prawdopodobnie nie ponieśli większych szkód. - Fiu! Mieliśmy szczęście - powiedział. - Może - skomentował Killeen. - Nie sądzę, żeby nas to poważnie uszkodziło - odezwał się Cermo. - Ja również nie - odpowiedział Killeen. - Ale może taki był plan.

- Jak to? A po cóż innego byłaby tam ta bomba? - zapytał zaintrygowany Toby. - Sam chciałbym wiedzieć. Ale gdyby ktoś chciał nas pozabijać, nie ostrzegałby nas. Toby zamrugał. - A umieszczenie jej w śluzie powietrznej... - Zmechów nie ciągnęłoby do atmosfery - wtrącił Cermo. - Lepiej funkcjonują bez niej. A nas skusiło, jak jakichś frajerów. - Na to wychodzi - powiedział Killeen. - Uruchomiliśmy alarm „tylko dla ludzi”. Przyglądali się w milczeniu, jak w zwolnionym tempie ulega zagładzie prastary dom ich przodków. Najstarszy aspekt Toby’ego coś mamrotał, poruszony wspomnieniami, których on sam pewnie nigdy nie zrozumie. Wyczuwał też cierpienie w uwagach załogi. Chociaż kandelabr złupiono do czysta, zachował się w tym miejscu jakiś nastrój. Czuli posmak tego, jacy byli ludzie przed tysiącami lat. Słaby, dźwięczący echami posmak starożytności. Nieuchwytny, słodki... odebrany im na zawsze. - Szkoda, że nie dostałem się do tego grawerunku - odezwał się Toby. - Tak. Ale drużyna lambda zdążyła zrobić kilka zdjęć. - Bruzdy na twarzy Killeena pogłębiły się. - Nie pojmuję tego. Po co niszczyć coś tak pięknego? Nawet nas nie złapali. - Nie wiem - powiedział Cermo. - Pewno zmechy lubią rozwalać wszystko, co ludzkie. Wszystko, co ma dla nas jakieś znaczenie. - Miejmy nadzieję, że tylko o to chodziło - skomentował Killeen. 5.

Posmak starożytności

Toby lubił pracować na zewnątrz. Ciężka robota podczas braku grawitacji przypominała raczej taniec niż wysiłek i wymagała pewnej zręczności ciała, chociaż zdarzały się chwile, kiedy trzeba się było porządnie namęczyć. W oblewaniu się potem było coś radosnego. Kiedy Toby czuł się już nadmiernie sfrustrowany, pozbywał się tego stanu na ogół przy pracy. Po pewnym czasie jego najlepszy kombinezon robił się wilgotny, a ponieważ załatwianie się na zewnątrz było bardzo kłopotliwe, więc na wiele godzin przed wyjściem nikt nie pił zbyt dużo płynów. Kończyło się to szybkim zasychaniem w gardle i trzeba było sobie radzić, pociągając po łyczku pomidorowy sok. Ta robota okazała się bardzo ciężka. Nie wiadomo dlaczego przejście przez chmurę molekularną doprowadziło do zwarcia w niektórych czujnikach statku. Cermo twierdził, że wszystkiemu winne są zwały pyłu. Potem wybuch kandelabra upstrzył powłokę statku dziurami. Odłamki były małe, ale każdy dołek należało załatać. Jak większość zajęć na statku gwiezdnym, to również było nużące i brudne. Jeżeli człowiek pomiędzy sobą a próżnią ma tylko jedną skórę, to o nią dba. Toby pomagał wyprostować pogiętą antenę, opierając się na instrukcjach, których udzielało mu jedno z jego oblicz. Oblicze było okrojonym aspektem, w zasadzie samym katalogiem technicznej wiedzy i umiejętności. Chłopiec pozostawił obliczu decyzje, których narzędzi użyć i jakich połączeń

elektrycznych dokonać, więc przez chwilę mógł tylko sapać i pocić się. Technika była zawiła, trudna i męcząca, ale człowiek szybko się uczył rutynowych napraw i następnym razem poradzi sobie lepiej. W czasie przerwy ruszył na spacer po kadłubie, podczas gdy reszta załogi odpoczywała. Zaczynał rozumieć, dlaczego ojciec chciał aż tyle czasu spędzać na zewnątrz. Miliony przypominających łebek od szpilki ogników przeświecały przez krople i zawirowania pyłu i gazu. Kiedy wpatrywał się w dal, potrafił wyczuć powolne wirowanie całego dysku Galaktyki. Wszystko kręciło się wokół jednego punktu, którego nikt nie mógł zobaczyć: wokół czarnej dziury w Prawdziwym Centrum. Wokół Zjadacza.-Widział go jako chłopiec ze Śnieżnika, taką tlącą się za wirującymi molekularnymi chmurami obecność. Niektóre z legend nazywały ją Okiem, co było pamiątką z czasów, gdy gnębiła rodziny lśnieniem niczym mściwy anioł albo diabeł, albo jedno i drugie. Tutaj Toby mógł już tylko przelotnie zerkać na kłujący w oczy blask - dysk pochwyconej w niewolę materii poruszającej się po spirali wokół dziury. Potem musiał odwracać wzrok, bo inaczej jego własne ciało zadbałoby o wyłączenie zdolności widzenia, żeby mu blask nie wypalił oczu. A przecież to było niesamowite, wpatrywać się w chmury pyłu osuwające się w zabójczy uścisk tej małej, wściekłej paszczy. Zawsze głodnej, zawsze niecierpliwej gęby. Odwrócił się plecami do blasku i powędrował w niewielkie zagłębienie utworzone przez dwie bulwiaste wypukłości na kadłubie Argo. Pogrążył się w marzeniach, podziwiał widoki... i nagle stanął jak wryty. Podobny do plastra miodu kopiec Quath leżał w gruzach. A sama Quath spacerowała po ruinach. Chwyciła ścianę z szarych cegieł i napięła dwustawowe nogi w stalowych panewkach. Zaniepokojony Toby puścił się kłusem, butami ciężko dzwonił o kadłub. - Co się stało? Czy trafił go odłamek kandelabra? - Nie, ciepłokrwisty padlinożerco. - Ale aż tyle, coś wielkiego... hej! Quath szarpnęła potężnie i cała ściana się rozpadła. Wypalone z odpadów i śmieci cegły latały na wszystkie strony. Toby zauważył, że chociaż tak bezładnie wirowały i kręciły się, wszystkie przeleciały w zerowej grawitacji po długich, zakrzywionych torach i ułożyły się w schludne kopczyki na kadłubie. Opadały grzecznie, z płynną gracją. - Jakżeś ty to zrobiła? - Pożywienie robaków, buduję swoją górę-dom z waszych odpadów, to prawda. Ale w każdym z nich jest żelazo, więc każdy przywiera do kadłuba. - W porządku, ale jak ci się udało tak je rozwalić, żeby potem poleciały na odpowiednie kopczyki? - Potęga mechaniki.

Toby przymrużonymi oczami wpatrywał się w olbrzymią postać. Właśnie rozbijała następny kawałek swojego domostwa. Znał Quath dobrze i wiedział, że nie otrzyma więcej wyjaśnień na pytania zaczynające się od, „jak”, więc spróbował od „dlaczego”. Quath odpowiedziała: Nie wydaje mi się, aby moja góra wytrzymała naszą trajektorię. - Jaką trajektorią? Jeszcze nie zdecydowaliśmy, gdzie mamy lecieć. - Duszę gatunku najlepiej widać z zewnątrz. Przygotowują się. A potem nie chciała już powiedzieć nic więcej. Pracowała szybko i jeżeli uwzględnić jej rozmiary, bardzo zręcznie. Toby wołał do niej, lecz nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Wzruszył ramionami i odszedł. Nie powinien tego traktować osobiście. Quath nie była przebraną za owada kobietą ani nieoswojoną i nie podlegającą kontroli siłą natury. Po prostu była obca i ludzkie przenośnie do niej nie pasowały. Najtrudniej o tym pamiętać, kiedy właśnie utarła człowiekowi nosa. Toby odwrócił się i zawołał: - No to już po twoim gównianym zamku, karalusza mordo! Quath przerwała pracę i pomachała do niego dwoma czułkami. Nie powiedziała nic, oprócz: [nieprzetłumaczalne]. Może dla kogoś z rasy Quath ten gest był nieprzyzwoity - ale tego Toby się nigdy nie dowie. Sztywno poszedł dalej i wyładował irytację w ciężkiej, szybkiej pracy. Skończył pracę przyjemnie zmęczony, a po powrocie do statku uraczył się kąpielą pod prysznicem. Czuł się wyczerpany życiem. Nastawił kciukiem dyszę na maksymalny otwór i wybrał mydliny z alkoholowym aerozolem. Przez przypadek trafił na pierwszy dzień cyklu i świeżą wodę. Nie pachniała innymi Bishopami ani refiltracją, która nigdy nie usuwała wszystkich woni. Dawno temu w Cytadeli Bishopów mieli tak dużo wody, że raz nawet bawił się w pełnej wannie. Zwykle kąpiel w wannach zarezerwowana była dla par, jako część ślubnej ceremonii. Zmartwił się, kiedy skończył mu się przydział i ostatnie kropelki odpłynęły z bulgotem. Minie kilka tygodni, zanim będzie mógł znowu zrobić sobie taką frajdę. Westchnął i opadł na koję. Usłyszał dzwonienie bipera. W lewym uchu odezwał się głos Cermo: - Zgłoś się do dowodzenia, Toby. Toby jęknął. Planowali z Besen „odpoczynek”, tak w gwarze rodzinnej nazywano krótkie chwile spędzone na wspólnej koi w dostępnych dla wszystkich kwaterach. Niezaślubieni członkowie rodziny cieszyli się całkowitą swobodą seksualną, zanim spadła na nich konieczność płodzenia dzieci. Toby wykorzystywał ten okres do maksimum. Właśnie ta część życia na statku podobała mu się najbardziej - możliwość spełniania zachcianek mieszkającego w nim zwierzęcia. Trudno, „odpoczynek” będzie musiał zaczekać. Wywołał Besen i wytłumaczył się. Jęknęła. - Hej, do tego udało mi się załatwić dla nas czas w zerowej grawitacji!

- Obowiązek mnie wzywa, Julio. - A więc jednak przejrzałeś tę sztukę. Widzisz, „smutek rozstania tak bardzo jest miły”. - W tym przypadku smutek braku spotkania. - Pospiesz się, Romeo. Może mimo wszystko uda nam się skorzystać z zarezerwowanego przeze mnie czasu. Ku jego zdumieniu w centrum dowodzenia zastał tylko ojca i Cermo. Ich sylwetki wydawały się bardzo małe w porównaniu z olbrzymimi komputerami, z tablicami sunącymi po fosforyzujących ekranach. Cermo powiedział dosyć sztywno: - Potrzebna nam jest Shibo. Toby bacznie przyjrzał się twarzy ojca w migotliwym, białoniebieskim świetle monitorów, mając w pamięci ich ostatnią rozmowę o Shibo, ale ciemne oczy Killeena niczego nie zdradzały. - No dobrze. Co się dzieje? - Tak naprawdę to dwie rzeczy. - Killeen mówił energicznie, kompetentnie. - Ten grawerunek na kandelabrze, pamiętasz? Próbujemy go odcyfrować. Rzuć no na niego okiem. ONA, CĄZCLAW ,ĘWAŁS ĄKLEIW OTYRYW HCAISREIP AN JERÓTK NIEZMIERZONYCH REGIONACH PYLNEJI GAZOWEJ WIEDZY, .IKATA EZCŃELAZS AŁIPĘTS ONA, WÓNORAKZSAM WYŁPYZRP OŁAIMŚ CĄJAREIZDZOR POCHŁONĘŁA PIĘĆ RODZAJÓW ŻYWYCH TRUPÓW W NADAL EZRAŻ MYTĘIWŚ MYCĄJEINŚAJ ONA, ÓTK ĘJCAR AWILDEIWARPS I IZDUL AICĘJBO W ACĄROIB REJ CIAŁU OKRUCIEŃSTWO DOBRZE ZNANE, UDAŁA SIĘ, ANOZCĘMZ ĆOHC - OGENNEIMZEIN ACSJEIM OD ŻÓRDOP W PAŁAŁA WCIĄŻ ŻARLIWOŚCIĄ DLA PERŁOWYCH PAŁACÓW .ICŚOKZDUL ONA,

OŁP ,WÓDUL YRUTLUK AN ĘIS AGĄICZOR AIROTSIH JERÓTK NIE JESZCZE I PRZEŚLIZGUJE SIĘ PRZEZ UPŁYWJĄCY CZAS .INEZRTSEZRPARP EJSROTNOK I ONA, OWS AŁICŚUPO ,UCAŁAP OGEWOŁREP INYZCŃORBO AGORS JĄ SIEDZIBĘ I ZAMIESZKUJE TERAZ PLĄTANINĘ CZASU, GDZIE IKOŁWOP JENSELEIC ĘIS YZSWYBZOP ,ĆŚONZCEIW AWRT SAMOTNA NAJWYŻSZA ZWIERZCHNOŚĆ MEDYTUJE WŚRÓD ĘNW EW OKOBĘŁG ,WÓFYRD IMAINEZRADZ HCYNACARBO TRZU, MUSKANA ROZKOSZNIE JĘZYKAMI PRAHISTORII ONA OW ANOCYSEZRP ,AŁINYZC KAJ ,INYZC I ,AŁYB AKAJ ,TSEJ NIĄ, W PEŁNI UCIELEŚNIONA, JAK NAPISANO, I ZOSTANIE .ĆŚJEDAN AM ARÓTK ,EIWONDO W ANOCÓRWYZRP ONA ILYZCOKS YMŚYZRÓTK YCSYZSW YM KAJ EINATSWOP W GŁĄB DO MATECZNIKA I BIBLIOTEKI. PEŁNIA O WIELKIM .EZSWAZ AN EIZDEB I TSEJ AINAWRT EISAZC Toby’ego zdziwiła tajemniczość tekstu. Wezwał Shibo. Przez chwilę milczała, a potem powiedziała: - Ta „ona” musiała być nietuzinkową kobietą. - Nie potrafimy zrozumieć niektórych fragmentów - odezwał się Killeen. Toby zmarszczył brwi. - Dlaczego co druga linijka pisana jest od tyłu? Cermo wzruszył ramionami. - Może to coś w rodzaju kodu? Poczuł, jak Shibo porozumiewa się z najstarszymi aspektami i wywołuje strzępy wspomnień. Podsumowała je i złożyła raport: - To prastara umiejętność. Widziałam coś takiego, kiedy byłam dziewczynką w rodzinie Knightów. Ten tekst przygotowany był do odczytu cyfrowego. Zamiast wracać za każdym razem na lewo, żeby

przeskanować kolejny wiersz, mózg cyfrowy czyta znaki od tyłu, gdy jego pole widzenia przesuwa się z powrotem od prawej do lewej. Toby przekazał im, co powiedziała. - Wydaje mi się to pomylone - odezwał się Cermo. - To oszczędza czas. Praktyka czytania za każdym razem od lewej strony jest charakterystyczna dla prostych umysłów. - Ludzie z kandelabrów potrafili tak robić? - zapytał z powątpiewaniem Killeen. - Potrafiła to kiedyś rodzina Knightów. Ich starożytne zwoje tak były napisane. Widziałam kilka z nich jako dziewczynka. Toby powtórzył, co mówiła Shibo. Ściągnięta twarz Killeena świadczyła o tym, jak wielką miało to dla niego wagę. Rodzinom ciążyło przeżywanie życia w ucieczce i desperacji, mając świadomość tego, że kiedyś ich rodzaj kroczył dumnie z podniesioną głową po Centrum Galaktyki. Twórcy kandelabrów, badacze, myśliwi, poskramiacze wielkich burz. Ale to było tak dawno, że tylko w legendach przekazywano szeptem o wspaniałym okresie zamierzchłej starożytności. - Niczego takiego nie było w Cytadeli rodziny Bishopów - powiedział Killeen z żalem. Toby przypomniał sobie widziany w zrujnowanej Arkologii Blaine mur, na którym był jakiś napis. Zaczął o tym mówić, lecz Cermo uciszył go machnięciem ręki. - Słuchajcie, cokolwiek znaczyłby ten alfabet, jedno widzę wyraźnie. To opowieść o kobiecie, która przewodziła rodzajowi ludzkiemu. Oni wygrali. Ale co ma znaczyć ten bełkot o jakichś perłowych pałacach? Sądzę, że chodzi o kandelabr - powiedział Killeen chłodno. - To ma sens - dodał Toby, porozumiewając się pospiesznie ze swoim aspektem Isaakiem. - Słowo „perła” oznacza klejnot, taki trochę zamglony, jak kocie piwo. Tym razem nie zrozumiała Shibo. Co to jest „kocie piwo”? - Mleko. Przepraszam, taki dziecinny żart - szepnął do niej Toby. Powiedział to bez zastanowienia. Chciał, by traktowano go poważnie, a nie tylko jako przekaźnik w rozmowach z Shibo. Nie zgodził się, żeby Cermo czy Killeen mieli bezpośredni dostęp do Shibo przez układ comów, co było łatwą do osiągnięcia techniczną sztuczką. Wtedy pomijaliby go jak dzieciaka, którego nie dopuszcza się do spraw dorosłych. - Jest wiele rzeczy w tym grawerunku, których nie rozumiem odezwał się Killeen. - Po pierwsze, czy możesz to pismo dla nas uporządkować? Nic trudnego dla Shibo. Po kilku chwilach przekazała tekst na jeden z wielkich ściennych ekranów.

ONA, KTÓREJ NA PIERSIACH WYRYTO WIELKĄ SŁAWĘ, WALCZĄC W NIEZMIERZONYCH REGIONACH PYLNEJI GAZOWEJ WIEDZY, STĘPIŁA SZALEŃCZE ATAKI. ONA, ROZDZIERAJĄC ŚMIAŁO PRZYPŁYW MASZKARONÓW, POCHŁONĘŁA PIĘĆ RODZAJÓW ŻYWYCH TRUPÓW W NADAL JAŚNIEJĄCYM ŚWIĘTYM ŻARZE. ONA, BIORĄCA W OBJĘCIA LUDZI I SPRAWIEDLIWĄ RACJĘ, KTÓREJ CIAŁU OKRUCIEŃSTWO DOBRZE ZNANE, UDAŁA SIĘ W PODRÓŻ DO MIEJSCA NIEZMIENNEGO - CHOĆ ZMĘCZONA, PAŁAŁA WCIĄŻ ŻARLIWOŚCIĄ DLA PERŁOWYCH PAŁACÓW LUDZKOŚCI. ONA, KTÓREJ HISTORIA ROZCIĄGA SIĘ NA KULTURY LUDÓW, PŁONIE JESZCZE I PRZEŚLIZGUJE SIĘ PRZEZ UPŁYWAJĄCY CZAS I KONTORSJE PRAPRZESTRZENI. ONA, SROGA OBROŃCZYNI PERŁOWEGO PAŁACU, OPUŚCIŁA SWO JĄ SIEDZIBĘ I ZAMIESZKUJE TERAZ PLĄTANINĘ CZASU, GDZIE TRWA WIECZNOŚĆ. POZBYWSZY SIĘ CIELESNEJ POWŁOKI, SAMOTNA NAJWYŻSZA ZWIERZCHNOŚĆ MEDYTUJE WŚRÓD OBRACANYCH ZDARZENIAMI DRYFÓW, GŁĘBOKO WE WNĘ TRZU, MUSKANA ROZKOSZNIE JĘZYKAMI PRAHISTORII I PRZYSZŁOŚCI OMEGA. ONA JEST, JAKA BYŁA, I CZYNI, JAK CZYNIŁA. PRZESYCONA WONIĄ, W PEŁNI UCIELEŚNIONĄ, JAK NAPISANO I ZOSTANIE PRZYWRÓCONA W ODNOWIE, KTÓRA MA NADEJŚĆ. ONA POWSTANIE JAK MY WSZYSCY, KTÓRZYŚMY SKOCZYLI W GŁĄB DO MATECZNIKA I BIBLIOTEKI. PEŁNIA O WIELKIM CZASIE TRWANIA, JEST I BĘDZIE NA ZAWSZE.

- A więc miałem rację. - Killeen rąbnął pięścią w biurko. - Był taki długi okres, kiedy zwyciężali zmechów: tych „pięć rodzajów żywych trupów”. Widziałem taki napis na pomniku, na grobowcu, przed laty... pamiętacie? Byliście tam obydwaj. Cermo zmarszczył brwi. - Hmmm, przypominam sobie coś... - Ja pamiętam. Ale tamten napis głosił o potędze „jego” i... powiedział Toby. - To na pewno było o zmechach - ciągnął dalej Killeen. - A ta „ona”, wielka przywódczyni, gdzieś została zabrana. - Jak to? - Cermo ściągnął sceptycznie brwi. - To jasne jak światło gwiazd - powiedział Killeen wstając z energią. Zaczął spacerować przed ekranem. - Widzisz? „Ona udała się w podróż do miejsca niezmiennego” po tym, jak pozbyła się cielesnej powłoki... wyparowała? „Powstanie jak my wszyscy, którzyśmy skoczyli w głąb do matecznika i biblioteki”. Odlecieli z kandelabra, przynajmniej niektórzy z nich. I gdzieś się udali, do tego „matecznika”, gdzie będą bezpieczni. Cermo niechętnie pokiwał głową. - Tak, pamiętam ten grobowiec. Co do reszty... - To oczywiste! - Killeen spacerował teraz szybciej. - Słuchaj, nagrałem to przy pomocy jednego z moich aspektów. Na ekranie zabłysły słowa: ON, NA KTÓREGO RAMIENIU WYRYTO SŁAWĘ, KIEDY W BITWIE W NIEZMIERZONYCH KRAJACH STĄPAŁ I ZAWRACAŁ PIERW SZY ATAK. PIERSIĄ ROZDZIERAŁ PRZYPŁYW NIEPRZYJACIÓŁ TYCH OHYDNYCH, OBŁĄKANYCH, MECHANICZNYCH INIELITOŚCIWYCH DO UPADKU. Było tego więcej i Killeen dalej recytował ustępy, porównując je z inskrypcją, którą widzieli w pobliżu grobowca, a Toby nie potrafił doszukać się w tym wszystkim sensu. Niektóre ustępy, jak: „On, który wyprowadził ludzkość z pałaców ze stali w górę”, prawdopodobnie odnosiły się do epoki kandelabrów. Inne, takie jak: „On, przez bryzę, od której męstwa wonny jest jeszcze południowy ocean” musiały pochodzić z okresu, kiedy na Śnieżniku były jeszcze oceany, a nie tylko zmniejszające się z każdym rokiem jeziora. Inne natomiast, jak na przykład: „On, który rozesłał ludzkość w imię figur”, nie miały najmniejszego sensu. Aspekt Isaac powiedział, że takie słowne relikty były zagadką nawet dla ludzi z czasów Arkologii.

Killeen chodził i perorował, chodził i perorował. Kiedy popadał w taki znany już ferwor, dysponował niebywałą wprost energią. Ale Toby widział, jak powoli ogarnia go szał i wcale mu się to nie podobało. Cermo wtrącił się spokojnym, kojącym głosem: - Mogło i tak być, chociaż zbyt dużo tu różnych „być może”. Ale nie o to chodzi kapitanie, pamiętasz? Killeen zamrugał i zaczerpnął powietrza. - Ja... przypuszczam, że nie. Miałem nadzieję, że ten grawerunek pozwoli nam znaleźć jakiś sposób na uporanie się z ciężką sytuacją, w jakiej się znaleźliśmy. - Z jaką sytuacją? - Toby starał się mówić lekko i rzeczowo. - Powinniśmy zwołać zgromadzenie - zwrócił się Cermo do kapitana. - Tak. Mogę zaprezentować rodzinie, co mamy do wyboru... - Z jaką sytuacją? - Eksplozja kandelabra stanowiła źródło energii dla impulsu promieniowania. Sądziliśmy, że wybuch miał nas dopaść, ale w istocie mogło chodzić o tę emisję - odpowiedział Cermo. Toby zachował obojętny wyraz twarzy, usiłując ukryć zaskoczenie, tak jak to czasami robił ojciec. - Niczego nie wyłapałem, na żadnym paśmie comu. Killeen włączył wykres widmowy na ściennym ekranie. - Nic dziwnego. Impuls szedł na wysokich częstościach, dużo wyżej niż wszystko, co możemy zobaczyć. Promienie gamma. I szedł zwartą wiązką. Ledwo go wyłapano na Argo. - W jakim go nadano kierunku? - nalegał Toby. - Na zewnątrz. W kierunku jednego z tych miejsc, których Quath radziła nam unikać. - Killeen popatrzył posępnie na syna. Toby poczuł nagły przypływ współczucia dla ojca. Killeen wierzył w tyle rzeczy, a teraz wszystko zostanie poddane próbie. Postępowali zgodnie z radami Quath przez cały czas, odkąd zaczęła się ich długa ucieczka z Trumpa. Udali się tam w nadziei, że przekształcą tamten świat w Nowy Bishop, myśleli, że się tam osiedlą. Ale zostali wygnani. A rodzina nawet nie zaprotestowała, kiedy przedstawiciele gatunku Quath polecieli za nimi, popychając przed sobą olbrzymi, jarzący się instrument - ich własny, gigantyczny statek. Znajdował się on gdzieś z tyłu, zachowywał się jak tylna straż, której nikt nie rozumiał. Żeby dotrzeć w pobliże Prawdziwego Centrum, musieli pikować, robić uniki i oblatywać przeszkody, które na skomplikowanych mapach gwiezdnych odnajdywała Quath. Wszystko przyjmowali na wiarę, lecieli niemal na ślepo. Nie wiedzieli, jakie dziwne strategie mogą tutaj działać.

- Alarm przeciwwłamaniowy - wykrztusił Toby. - Co takiego? Ta emisja? - zapytał Cermo. - Wysłana do kogoś, kto chciał wiedzieć, kiedy ludzie tu wrócą - dodał pewnym siebie głosem Toby. W głębi ducha wcale tak nie czuł, ale uważał takie wyrażanie się za dorosłe, męskie. - Zmechy - powiedział Killeen. - Dlaczego nie mieliby zostawić większej bomby? - zapytał Cermo. - Pozabijać nas. Toby rozłożył ręce. - Może myśleli, że nas złapią. Killeen potrząsnął głową. - Władają ogromną energią. Gdyby chcieli nas zabić, na pewno by to zrobili. - Po co mieliby nas łapać? - pytał Cermo. - A może ta eksplozja była tylko po to, żeby nam się wydawało, że uciekliśmy i jesteśmy już bezpieczni - powiedział szybko Toby. - Zmechy uważają nas za niezłych tępaków. Może i tak. - Killeen wydął wargi i nie przestawał spacerować. - I jeszcze coś - powiedział Toby, przysłuchując się Shibo. Bomba mówiła w naszym, nie w starożytnym języku. Killeen przestał spacerować i popatrzył na syna z zainteresowaniem. - Tak, nie szukała w różnych dialektach. Coś jej powiedziało, jak my mówimy. - Więc... przylecą nas zgarnąć? - zapytał z lękiem Cermo. - To zależy, z jakimi zmechami mamy do czynienia. Czy z głupimi szczurołapami jak te, które wysyłali przeciw nam na Śnieżniku... - One nie są wystarczająco subtelne - powiedział Toby. - Ale modliszka... Killeen i Cermo wymienili spojrzenia. Modliszka urosła już do groźnej legendy rodziny Bishopów, była najbardziej inteligentnym zmechem, jakiego spotkali. Ścigała ich, posługiwała się wymyślnymi elektronicznymi mirażami. Myśleli, że jest po prostu lepszym zabójcą, ale w pewnej przerażającej chwili pokazała im, w jaki sposób wykorzystuje ludzi jako „dzieła sztuki”. - Wiecie - dumał Toby - Quath powiedziała mi kiedyś, że zmechy nie wysyłają przeciwko nam najlepszych spośród siebie. Do tego używają zwykłe męty. Cermo się zjeżył. - Oni je wysyłają, myje zabijamy. Duże zmechy, małe zmechy, bez różnicy. Killeen wpatrywał się w przestrzeń i Toby wiedział, że znowu widzi długą historię upokorzeń, jakie musiała znosić rodzina Bishopów ze strony zmechów. Byli świadkami wykorzystywania przez zmechy

kawałków ludzkich ciał jako części biomechanizmów, smarów, a nawet dekoracji. Jako krwawych, pokręconych kawałków czegoś, co modliszka uznawała za piękne. - Tak, Cermo, może przylecą nas zgarnąć - powiedział Killeen. - Albo jeszcze gorzej. - Musimy uciekać - oznajmił Cermo. - Tak. - Killeen odwrócił się do ściennego ekranu poznaczonego posępną ciemnością i plamami płonącego światła. Płaszczyzna Galaktyki, ożywiona zabójczą energią i spowita całunem historii Ale dokąd? 6.

Pieśń elektronów

Toby stał na kadłubie i przez prześlizgujący się przed nim majestat gwiezdny patrzył w dal, w kierunku Prawdziwego Centrum. Cała Galaktyka obracała się wokół jednego, okrytego całunem chmur punktu. Tyle kipiącej jasności, którą do szaleńczego walca zmuszało jądro bezlitosnej ciemności. Statek nabierał pędu, przecinał spowite w pył ramiona, za którymi ukazywały się świeże rozbryzgi światła. Toby czuł tlący się w nim gniew na zmechy, podlatujące coraz bliżej, zmuszające Argo do ucieczki. Unosiły się nieustępliwe na palącej plazmie, odwieczni wrogowie, pragnący zaszczuć na śmierć resztki ludzkości. Kryły się gdzieś w kłębiącym się mroku, oddalone tylko o dzień świetlny. Ale nawet wśród tych wirujących gwiazd szansa na ucieczkę była niewielka. Skanery dalekiego zasięgu na Argo wychwyciły obrazy zmechowych gazów wylotowych, nadlatujących z kilku kierunków naraz, zagradzających im drogę do orbit, które mogły ułatwić ucieczkę od Centrum. Tor ich lotu coraz bardziej skręcał do środka w kierunku czarnej dziury, która czaiła się w Prawdziwym Centrum. W kierunku pułapki. Toby słuchał, jak aspekt Isaac naradza się ze starszymi aspektami, a potem rozwodzi się na temat tej olbrzymiej, ciemnej gwiazdy, ale to wszystko wydawało mu się takie dziwne, takie niemożliwe. Przez miliardy lat Galaktyka karmiła czarną dziurę. Pływy grawitacji i pyłowe tarcie zmiatały do niej gwiazdy. Kiedyś wokół tych utraconych słońc kwitły cywilizacje. Gdy ich macierzyste gwiazdy spychane były do środka, gdzie miały zostać spalone, rozdarte i pożarte, całe rasy obcych uciekały albo umierały. Lekcje historii z Isaakiem na temat tych pradawnych czasów były dosyć skąpe. Wielu spraw się domyślano, niewiele jednak wiedziano. Niektórym cywilizacjom udało się umknąć, twierdził Isaac. Założyli niewielkie, metaliczne kolonie, które zbierały plony z wielkich zasobów energetycznych w tym rejonie. Takie miejsca schronienia leżały gdzieś przed Argo. Miasta centrum obce, olbrzymie, groźne. Większe niż kandelabry i dużo od nich starsze. Otrząsnął się i wrócił do swojego zadania miał namówić Quath, żeby wzięła udział w zgromadzeniu rodziny Bishopów. Potężna obca mozoliła się nad ostatnimi ścianami skomplikowanego gniazda, układając w stos cegły w osłoniętym kąciku, gdzie stykały się ze sobą dwie agrokopuły. - No chodźże, ty wielka pluskwo, już się powinno zaczynać. Quath pozornie bez wysiłku dźwignęła grubą płytę. - To uroczystość twojego gatunku, [nieprzetłumaczalne] okazuję szacunek, nie biorąc udziału.

- Bardziej to przypomina pozbawioną wszelkich reguł burdę. Tak czy owak kapitan chce, żebyś tam przemawiała. - Zaszczyt, którego muszę odmówić, zjadaczu robactwa. - Słuchaj no, gównomistrzu, to jest ważne. - Ważniejsze jest, żebyś już wrócił do środka. - Co takiego? Dlaczego? - Niech twój przedni i tylny mózg będzie świadkiem... pieśni elektronów. Toby zastosował się do podwójnego gestu Quath. Rozejrzał się i wypatrzył unoszącą się wokół Argo delikatną kremową poświatę. Tańczyła i migotała niczym mgiełka rozwiewana przez niewidzialny wiatr. - Ładne. No i co z tego? - To wysokoenergetyczne elektrony, które uderzają w nasze magnetyczne tarcze. Kiedy tarcza odbija je w bok, emitują z siebie cichutkie oburzające brzęczenie. Fotony konsternacji i niepokoju. - No tak, życie jest ciężkie. Ale nadal pytam, co z tego? - Teraz napotykamy o wiele więcej takich elektronów. W pobliżu jądra Galaktyki jest ich całe mnóstwo. Promieniowanie, jakie wydzielają, doprowadzi niedługo do tego, że nie będziesz mógł bezpiecznie przechadzać się po kadłubie. Toby zmarszczył brwi. Zawsze wierzył, że magnetyczne pola Argo zatrzymują wszelkie niebezpieczeństwa. Ale takie pola nie mogły zatrzymać nieważkiego światła. Wiedział, że szkodliwe promieniowanie ma dużo wyższe częstotliwości i leży daleko poza granicą tego, co wyczuwalne dla człowieka. - Potrafisz zobaczyć twarde promieniowanie? - Cały mój gatunek to potrafi. Nie rozwijałyśmy się na tak łagodnym świecie jak twój. - Hmm. No to lepiej wrócę do środka. Ale ty też idziesz, to rozkaz kapitana. - Jeżeli to rozkaz, trzeba go posłuchać. Mój gatunek dobrze o tym wie. - Quath, zaczęłaś rozbierać swoje gniazdo i pakować się na długo przed tym, zanim domyśliliśmy się, że nadlecą zmechy. Skąd wiedziałaś? - Pływy wydarzeń zostały ustalone.

- Tak sądzisz? - Quath zawsze wiedziała, co mówi. A może akurat w tej sprawie nie okazywała poczucia humoru. Toby nie miał pojęcia, czy na przykład utrata kończyny nie byłaby dla niej wspaniałym żartem. Był świadkiem, jak kiedyś odmontowała sobie jedną z nóg i wydała dziwny, ssący odgłos. Wtedy myślał, że płacze albo jęczy, ale może była to tylko gra. - Nie ma żadnego wyjścia - powiedziała. - Brzmi to dosyć fatalistyczne, stary formowaczu gówien. - Ale jest droga wejścia. Toby’emu nie udało się wydusić z Quath żadnych dalszych wyjaśnień, a zanim wprowadził obcą do wewnątrz statku, zgromadzenie już się zaczęło. Ace’owie i Five’owie sprzeczali się z Bishopami, chociaż mieli wiele wspólnych obyczajów kulturowych, a nawet starożytnych opowieści. Na szczęście zebranie zaczęło się od czegoś, co przypominało bezładną potańcówkę. W wielkiej sali grzmiała muzyka, a cała rodzina Bishopów bratała się z ludźmi zabranymi z Nowego Bishopa, ostatniego świata, z którego uciekli. Po prostu hałaśliwy motłoch. Nie dotyczyło to oczywiście dyżurnych oficerów, bo żadna rodzina nie mogła pozwolić sobie na całkowite odprężenie. Toby usiłował dostroić się do atmosfery zgromadzenia. Quath postanowiła zostać w kącie; wzrostem górowała nad wszystkimi, wzrok wbiła w sobie tylko znaną dal. Chłopiec dołączył do grupowego gawota, przypominając sobie słowa z dzieciństwa. Ręce kładź na biodrach obie, Biodra wysuwaj do przodu. Dłoń niech stopy oplątuje, A trzęsionka cię prostuje. Podnieś dłoń do brzucha, Machaj nią do druha. Niezbyt dostojne słowa, ale zgromadzenia rzadko bywały dostojne. Przyglądając się ojcu, Toby domyślił się, na czym polegała kryjąca się za tym taktyka. Ludzie powinni poczuć się odprężeni i związani ze sobą. Należało zachęcić ich do tańca i śpiewu, przywołać wyblakłe wspomnienia uroczystości z rodzinnego świata. Puszczać głośną, hałaśliwą muzykę. Wytoczyć ceramiczne beczki, w których trzymano ziarna i winogrona do produkcji whisky, piwa i wina. Niech rodzina porządnie sobie popije. Chociaż ich krew zawiera enzymy redukujące efektywność alkoholu, picie jak zawsze podniesie ich na duchu w uświęcony tradycją sposób, doda im dumy, pewności siebie i... lekkomyślności. Jeszcze trochę głośniej muzyki, a potem zadać im pytanie, które odwoła się do ich zaradności, do poczucia, kim jest rodzina Bishopów i co powinna zrobić. Toby wiedział, co robi Killeen, ale nie przeszkadzało mu to w zabawie. Tańczył z Besen, wypił trochę odświeżającego młodego wina, pozwolił, by uderzyło mu do głowy.

Nie na tyle jednak, żeby mu zmącił myśli. Po śmierci matki Toby’ego jego ojciec miał przez dłuższy czas poważne problemy z alkoholem. Potem Killeen poznał Shibo, przestał się upijać, pozbierał się, no i został kapitanem. Toby niewiele umiał z biologii, ale rozumiał, że syn może mieć skłonność do potencjalnych słabości ojca, więc pilnował się przy piciu. Nie wolno polegać tylko na użytecznych przyjaciołach-enzymach. To było wspaniałe zgromadzenie. Zaczynał czuć wielką sympatię nawet do Cermo. A zważywszy na to, jak Cermo nim rządził, musiało się to stać pod wpływem alkoholu. Cermo miał kremowoczekoladową cerę, połyskującą smakowicie w delikatnym świetle. Toby’emu w rodzinie podobało się między innymi to, że zachowała odwieczne różnice między ludźmi. Oczy mieli brązowe, niebieskie i czarne, cerę szorstką albo gładką, żółtą, różową albo czekoladową, nosy chude, szpiczaste albo szerokie, władcze, zadarte albo kartoflowate. Było w ich genach coś, co nie pozwalało zniwelować tych różnic przez pokolenia. Dodawały im atrakcyjności, posmaku czasów, kiedy ludzie przystosowywali się do różnych miejsc, mrużąc oczy, żeby lepiej widzieć, przyciemniając sobie skórę, żeby chronić się przed słońcem, zwężając twarze, żeby im było cieplej. No i co z tego, że dokonała tego za nich natura przez powolny dobór naturalny. Różnice były niczym starożytna księga, niczym niezrozumiałe przekazy z uświęconej tradycją przeszłości, które warto było zachować. Jego własny szeroki nos i skośne oczy wydawały mu się czymś niesłychanie istotnym. Podobnie jak śniada cera i wykluwająca się kłująca broda. Dziedzictwo. Głębia historii. Tętniąca muzyka przycichła. Czas na decyzje. Zaczął przemawiać Killeen. Nie używał ozdobników, jak inni mówcy, których Toby kiedyś słyszał, stawiał sprawę jasno i stanowczo, przez co jego wypowiedź cechowała pewna krasomówcza prostota. Przedstawił surowe fakty dotyczące ich ciężkiej sytuacji. Powiedział o zbliżających się zmechach, o zapasach paliwa na Argo, o bilansowaniu powietrza, wody i płynów. Przez jakiś czas wszystko jeszcze będzie świetnie, ale nie wystarczy tego na przeciągającą się ucieczkę z Centrum Galaktyki do jakiegoś potencjalnego schronienia. Quath zapoznała ich z prawdopodobnymi planami zmechów. Otoczą Argo, złapią statek w pułapkę w pobliżu Prawdziwego Centrum. A potem Killeen wykorzystał sensorium rodziny. Każdy z jej członków zobaczył w jednym oku starożytny grawerunek, na który nakładało się jego znaczenie. Kapitan grzmiącym głosem czytał urywki. - „Pochłonęła pięć rodzajów żywych trupów w nadal jaśniejącym świętym żarze”. Był taki czas, kiedy zmechy ustępowały przed nami! Rodzina poruszyła się. Wpatrywali się w pokrytą kurzem przeszłość. - „Powstanie jak my wszyscy, którzyśmy skoczyli w głąb do matecznika i biblioteki”. Killeen stał na podium, dominując nad tłumem. Jego głos nabrał mocy, nie z wyrachowania, bo przyszła na to pora, ale z dogłębnego przekonania.

- Oni się tam udali. Dawno temu. Chociaż i ona, i oni „pałali wciąż żarliwością dla perłowych pałaców ludzkości”. Mimo to odeszli. Podniosły się potakujące głosy. Słychać w nich było tęskną nutę, nawołującą do połączenia z własną bajeczną historią. Niektórzy łkali. Inni przeklinali. - Oblegają nas teraz zmechy. Zaciskają wokół nas pętlę. To prawda - Killeen pokazał na Quath że mamy sprzymierzeńców. Lecą za nami również pobratymcy Quath, niosąc ten swój olbrzymi przyrząd, kosmiczne koło. Jest to moc, jakiej jeszcze nie opanowaliśmy. Metody, jakich jeszcze nie jesteśmy w stanie pojąć. Ale pobratymcy Quath to żyjące istoty i oferują nam pomoc przez święty związek, który łączy wszystkich powstałych w naturalny sposób z atomów Galaktyki. Rozległy się ochrypłe okrzyki wdzięczności dla Quath i okrzyki bełkotliwej wściekłości na zmechy. Kapitan przerwał. Powoli uspokajał się. - Ale nawet jeżeli nam pomagają, tylko my możemy podjąć decyzję, dokąd się udamy. - Popatrzył na ponad trzysta dobrze znanych twarzy. - Nasi krewni zginęli, walcząc z gatunkiem Quath. Ten okres mamy za sobą. Teraz walczymy ramię w ramię z tymi, których nazywaliśmy cyborgami, a obecnie określamy mianem miriapodii. Było w jego postawie coś, co przywołało tamtą przeszłość i wykorzystało ją w sprawie, o którą walczył. Toby widział, jak to wspomnienie wpływa na tłum. Przecież to właśnie Killeen przeleciał na wylot przez planetę, w której cyborgi wycięły tunel - i przeżył. Potem został uwięziony wewnątrz cyborga Quath i wydostał się żywy. Rozmawiał z magnetycznym bytem, przemawiającym z nieba, a jeszcze wcześniej układał się z modliszką i zdobył dla nich wolność. Całe to brzemię historii przechylało szalę na korzyść Killeena. Oczy mu płonęły. Jego powaga była władcza. Ludzie go słuchali. - Mamy wybór. Albo podejmiemy nierówną walkę, nie wiedząc, bo nie możemy wiedzieć, jakie mamy szansę, albo zdecydujemy się na ucieczkę w nadziei, że uda nam się umknąć. - Połyskującymi oczami ogarniał cały tłum. - Czy to wszystko? Czy to jest wszystko? - Pogardliwe wygięcie warg. - Nie! Nie! Powiadam wam, że istnieje trzecia droga, którą otwiera przed nami tablica po naszych praprzodkach. Widząc, w jak silnym napięciu kapitan trzyma całą salę, Toby warknął. Dudniący głos, który omotał rodzinę Bishopów, był pewny, niezachwiany... a Toby nie. Z bezradną zgrozą patrzył, co będzie dalej. - Możemy polecieć za nimi, za ludźmi ze starożytności. Do matecznika, którego szukali, czymkolwiek by on był. Może wciąż jeszcze tam jest! Rodzina poruszyła się, zamruczała. - Powtarzam, oni dysponowali mocami, którym nie potrafimy dorównać. Metodami, których nie jesteśmy w stanie pojąć. A więc ich potomkowie... a nasi kuzyni!... wciąż mogą tam być. Rodzina rodzin... „gdzie trwa wieczność”. Cóż może to znaczyć? Co obiecuje?

Lećmy... lećmy i przekonajmy się! Toby słuchał, jak unosi się i wibruje wokół niego ryk popędliwej zgody. Wiedział, że wyznaczyli sobie desperacki kurs, a chociaż kochał ojca i chciał pójść za nim, przejął go lęk i hańbiąco zmiękczył mu kolana. Dlaczego ojciec to zrobił? Gdzie podziała się jego przezorność? Ryzykuje życie całej rodziny, żeby odkryć... co? Odkryć przeszłość. Dowiedzieć się, co znaczy rodzina. Osobowość Shibo ujawniła się nieproszona, taki blady, cichy głos na tle zgiełku, bulgoczącej wokół nich wesołości, zamętu kuksańców, radosnego potu i wykrzywionych ust. - Nie zdają sobie w pełni sprawy z tego, czego on żąda. Czy zresztą on nawet to wie? Kocham tego człowieka, na tyle, na ile to okrojone ja, którym się stałam, potrafi jeszcze kochać. Ale teraz mnie też przeraża. Obiecuje matecznik, a może dać im tylko kłamstwo. Skrzepła gwiazda Kanciaste anteny odbijają ultrafiolet dysku na dole. Bryły obracają się. Żyją wśród chmur napływającego gazu - ogorzałe, rozpadające się na strzępy pod gradem radiacji. Ostrza podczerwieni, tnące promienie gamma. Wśród tych rozpadających się chmur poruszają się srebrzyste, zmieniające się kształty. Ciekły metal płynie, krzepnie. Wyrzuca nowe narzędzie: zmatowiały tytan. Pracuje nad złożem bogatym w ind. Przeżuwa, trawi. Wysoko nad twardą jasnością dysku po wydłużonych elipsach nadlatują żniwiarze. Układają się w wymyślne tablice, geometryczne matryce. Ich strategia łupienia przestrzeni rozwinęła się sama, jest czysto praktyczna, prosty algorytm. A przecież tworzy skomplikowane wzory, które się rozwijają i działają, a później znowu się zwijają z ociężałym pięknem. Spełniają jeszcze jedną doniosłą funkcję. Kiedy się razem sprzęgną, tworzą makroantenę. Zgodnym chórem przekazują skomplikowane ciągi cyfrowej myśli. Nigdy nie biorą udziału w krzyżujących się ostrożnych rozważaniach, nie dbają o przenoszone przez siebie dźwięki bardziej niż cząstki powietrza. Przez świetlne minuty rozmowa nabrzmiewa, ściera się i dzwoni. Te naczelne uporczywie trwają. My/wy nie staraliśmy się ich wytępić. Na razie. Prawda; my/wy musimy się wcześniej więcej dowiedzieć.

Pułapka zadziałała? Starcie przebiegło zgodnie z planem. My/wy poznaliśmy dokładną pozycję ich statku, kiedy odwiedzali skorupę swojego dawnego mieszkania. Ja/ty mieliśmy rację, zachowując tę strukturę przez tak długie epoki. Ułatwiło to podłączenie mikroczujników. Bezpośrednia infiltracja? Zostały zdmuchnięte na statek naczelnych przez wybuch. A potem wryły się do środka. To chyba niepotrzebny kłopot. My/wy byliśmy w przeszłości zbyt pochopni, anihilując ekspedycje, które ośmielały zapuszczać się w kierunku skrzepłej gwiazdy. Nie budzące sympatii określenie. Czarna dziura jest czymś dużo szlachetniejszym, niż implikują te słowa. A przecież nawet ona we wczesnych okresach Galaktyki zaczynała od nasienia pojedynczej supernowej. Powiększyła swoją początkową masę miliony razy, ale to nie zmienia jej natury. Ale skrzepła? Żyje z ognia. Tylko jej wizerunek w czasoprzestrzeni jest skrzepły. Dla nas/was trwa to nieskończenie długo, zanim pochłonięte masy zsuną się

ostatecznie w gardziel zapomnienia. Bardzo dobrze; takie szczegóły techniczne bardziej nudzą, niż oświecają. Prawda, dla pewnych fragmentów nas/was. A przecież ta formacja wciąż przyciąga naczelne. Co to był za język, który my/wy cytowaliśmy wcześniej, żeby zobrazować ich sposób myślenia? Koncepcja: jak ćmy do płomienia. Biologika jest taka prosta, taka linearna. Jak my/wy możemy być pewni obróbki ich danych, zrozumieć ich umysły? My/wy nie możemy. Ale dysponując zasobami... My/wy musimy spojrzeć prawdzie w oczy, są sprawy, których my/wy nie potrafimy zrozumieć nawet w podstawowym wymiarze. Pamięć wraca - tak. Niektórych prawd nie da się nigdy dowieść w obrębie żadnego logicznego systemu. Ja/my nie nie odwoływaliśmy się do żadnego tak oczywistego teotematu. Ślepe plamki czają się w samym sposobie naszego pojmowania wszechświata. Nie istnieje dla nich żadna kompensacja. Z pewnością ty/wy nie chcecie sugerować, że nasz/wasz rodzaj podziela taką ślepotę, jak u

tych naczelnych! Każda forma rozumna ma swój sposób na przefiltrowywanie świata. Pod tym względem wszystkie są do siebie podobne. Z pewnością nie oznacza to, że my/wy nie potrafimy zrozumieć niższych form i ich prymitywnych poglądów na świat? Może oznacza. Niepokoi brak zrozumienia w tak poważnej sprawie. Dość dumania. W sprawach czysto praktycznych, ja/ty przeciwstawiasz się zniszczeniu tej ostatniej inwazji naczelnych. To może wiele kosztować. Odnosiło się to do quasi-zmechów. One lecą za statkiem naczelnych i chronią go. My/wy mieliśmy już wcześniej do czynienia z ich rodzajem. Dysponują większym kunsztem niż ludzie. Wy/my ucierpieliście już od ich umiejętności. To są narzędzia! My/wy wykorzystujemy quasi-zmechy do śledzenia ludzi! Niosą ze sobą obręcz odciętej nieciągłości. Dzięki niej śledzenie jest proste. Ale zmieniłaby się w bardzo nieprzyjemną broń, gdyby zwróciły ją przeciw nam/wam. Moglibyśmy przypomnieć nam/wam/im, że

kiedyś posiadaliście kilka takich nieciągłości. Zdaniem wszystkich zostały utracone przy ataku na Klin w erze e{+[-1]}. Poważny błąd, któremu sprzeciwiało się wielu z nas/was. Ty/ja nie musisz tego błędu przeżywać na nowo. Dobre sformułowanie tego/tych wielu, kto ten błąd popełnił. Takie rozróżnienia są bez znaczenia. To doświadczenie zostało wchłonięte przez wszystkie nasze ja. Niewyuczone lekcje wciąż sprawiają ból. Nikt nie mógł przewidzieć, że Klin pochłonie, przetrawi, a potem wykorzysta te nieciągłości, żeby się jeszcze bardziej rozbudować i utrudnić penetrację. Przezorność ocaliłaby nas/was od tej pouczającej lekcji, którą my/wy otrzymaliśmy. My/wy rozumiemy teraz, że jeden/wielu nie może nawet w podstawowym zakresie poznać przypadkowej geometrii wnętrza Klinu. Usprawiedliwienia na nic się teraz nie zdadzą. Koszt będzie wielki, jeżeli zaatakujemy quasizmechy i ich nieciągłość. Ty/ja zgodziliśmy się dawno temu, żeby wykorzystać ludzi przeciw quasi-zmechom. A

teraz my/wy przekonujemy się, że zawarli oni coś w rodzaju przymierza. Tego my/wy nie byliśmy w stanie przewidzieć. Oparte na węglu życie kieruje się regułami, których my/wy nie znamy. Nie potrzebujemy znać. Ja/ty pragniemy, żeby tak było. Ale oni tu byli wcześniej, niż nasz rodzaj i... Wielu z nas/was odrzuca tę tezę. Jak możesz ty/ja ją odrzucać? Formy organiczne powstały jako pierwsze. Istnieją poglądy filozoficzne, zgodnie z którymi metal i ceramika były pierwotnymi materiałami, kształtowanymi w wyładowaniach elektrycznych, porządkowanymi przez wychwytywanie iłów i jonów. Z tego rozwinęły się formy oparte na węglu. Historyczne zapisy potępiają takie teorie. Mimo to nasze/wasze cenne zapisy wciąż nie potrafią powiedzieć, dlaczego mielibyśmy obawiać się ludzi. Dlaczego właśnie ludzi? Były i inne formy węglowe. Które my/wy wytępiliśmy. Bez żalu. Zgoda. Ale głęboko zakorzenione w nas/was przekonania twierdzą, że nasz rodzaj musi lepiej poznać ludzi. Ja/ty nalegam, żebyśmy ich trochę uszkodzili.

Zredukowali ich siły. Ty/wy trzymaj się z daleka od nieciągłości. Ludzki statek jest chroniony, ale my/wy potrafimy go skutecznie uszkodzić. Nie ma potrzeby, żeby minęli nas bez szkody. Detekcja ich statku wśród galaktycznych odpadków działa tylko sporadycznie. Co więcej, quasi-zmechy i ich nieciągłość wykrzywiają cały region, utrudniając precyzyjną lokalizację. Działanie jest sprawą kluczową! My/wy wiemy, że odbyli rozmowę z członkiem królestwa magnetycznego. Prawda. Ale |>AAAAAAAAA
Gregory Benford - Centrum Galaktyki -05- Wściekły wir.pdf

Related documents

268 Pages • 91,106 Words • PDF • 1.3 MB

669 Pages • 172,939 Words • PDF • 3.1 MB

331 Pages • 86,711 Words • PDF • 2.8 MB

25 Pages • 9,321 Words • PDF • 333.5 KB

735 Pages • 119,706 Words • PDF • 7.5 MB

340 Pages • 188,302 Words • PDF • 1.9 MB

8 Pages • 2,565 Words • PDF • 84 KB

703 Pages • 176,128 Words • PDF • 2.9 MB

39 Pages • 9,877 Words • PDF • 4.7 MB

1 Pages • 194 Words • PDF • 38.9 KB