Gwiazdy są w porządku 03 (listopad 2011)

46 Pages • 21,825 Words • PDF • 13 MB
Uploaded at 2021-09-24 17:35

This document was submitted by our user and they confirm that they have the consent to share it. Assuming that you are writer or own the copyright of this document, report to us by using this DMCA report button.


Drogi Czytelniku! Zapraszamy do lektury trzeciego numeru miesięcznika „Gwiazdy są w porządku”. Motywem przewodnim tego specjalnego wydania jest epoka Wiktoriańska. Zwiastuje on nadchodzącą premierę najnowszego dodatku do Zew Cthulhu: Gaslight – Cthulhu w świetle gazowych latarni. Wszystko wskazuje na to, że światowa premiera 3 Edycji odbędzie się w Polsce a nasze wydanie będzie pierwszym na świecie! Właśnie z tej okazji specjalnie dla Was postanowiliśmy wydać specjalny numer miesięcznika. Ponadto miło nam poinformować że do załogi Wydawnictwa GALMADRIN dołączył Piotrek „Neurocide” Haraszczak! Gorąco dziękujemy wszystkim tym, którzy wysłali do nas swoje teksty i pomogli nam stworzyć kolejny numer – czekamy na więcej! To właśnie dzięki Wam „Gwiazdy…” mogą regularnie się ukazywać! Co znajduje się w tym numerze? Gaslight okiem wydawcy - Dawid Pawlica rzuca nieco światła na temat najnowszego dodatku, który za niedługo pojawi się na sklepowych półkach. Ta bluźniercza epoka wiktoriańska… to świetny artykuł Michała Różyckiego, traktujący o prowadzeniu Zewu w epoce gazowych latarni. Zakorzenienie – potężne narzędzie dla Strażnika Tajemnic, tekst Michała Próchniaka ukazuje jak można osadzić Badaczy Tajemnic w dowolnej konwencji. Co słychać na dworze Azathotha? Część 2 - Maciej Banasik podpowiada Wam jaką muzykę dobrać do wiktoriańskich sesji w Zew Cthulhu. Nie było by „Gwiazd…” bez klimatycznych opowiadań. Tym razem trzy perełki osadzone w dziewiętnastym wieku: Latarnia i Ciemne zaułki autorstwa Andrzeja Olszewskiego, oraz Artefakt Cezarego Czyżewskiego. Na koniec garść materiałów źródłowych do wykorzystania na sesji: Doktor Jekyll i Pan Hyde prezentujemy wybranych bohaterów niezależnych wprost z podręcznika źródłowego Gaslight, całość opatrzona komentarzem Rathora. Ruch 10 stycznia Michała Próchniaka, opowiada o legendarnym oddziale „Psów Aleksandra” i Mieście Szaleńców. W tym numerze znajdziecie również scenariusz Złodziejka zębów autorstwa Kamila Sobierajskiego Życzymy niezapomnianych wrażeń lektury! 2

3

POMYSŁODAWCY I REDAKTORZY NACZELNI Dawid Pawlica i Artur Szulakowski AUTORZY: Maciej „Ammon” Banasik Cezary „Czeski” Czyżewski Andrzej Olszewski Dawid Pawlica Michał Próchniak Michał Różycki Kamil Sobierajski

6

Gaslight – okiem wydawcy

10

Ta bluźniercza epoka wiktoriańska…

18

Zakorzenienie

REDAKCJA I KOREKTA TEKSTÓW M.Cybowski, K.Sambor, J.Lenda, Dawid Pawlica.

22

Co słychać na dworze Azathotha? /część 2

OPRACOWANIE GRAFICZNE I SKŁAD ARTCONCEPT® Artur Szulakowski

26

Latarnia

ILUSTRACJA NA OKŁADCE Adrianna Macierzyńska

33

Ciemne zaułki

46

Artefakt

58

Doktor Jekyll i Pan Hyde

62

Ruch 10 stycznia

66

Złodziejka zębów

WYDAWCA Wydawnictwo Galmadrin 44-100 Gliwice, Ul. Harcerska 8A/3 Telefon: 696 961 513 [email protected] © 2011 Galmadrin Wszelkie prawa do materiałów publikowanych w „Gwiazdy są w porządku” są własnością ich autorów. Kopiowanie i rozpowszechnianie ich w jakiejkolwiek formie jest zabronione. 4

Dawid Pawlica

Michał Różycki

Michał Próchniak

Maciej „Ammon” Banasik Andrzej Olszewski Andrzej Olszewski

Cezary „Czeski” Czyżewski Dawid Pawlica

Michał Próchniak Kamil Sobierajski

5

Dawid Pawlica Kiedy piszę ten tekst, prace nad podręcznikiem źródłowym Gaslight – Cthulhu w świetle gazowych latarni dobiegają końca. Pierwszy rozdział jest już złożony, a dziewczyny kończą ostatnie ilustracje. Jaki będzie polski Gaslight? Naszym skromnym zdaniem – świetny! Na pewno będzie to pierwsze na świecie wydanie trzeciej edycji Cthulhu by Gaslight – Chaosium INC planuje wydać angielskojęzyczną wersję na początku 2012 roku. My obiecaliśmy ten dodatek w tym roku i słowa dotrzymamy. Kiedy tylko dowiedzieliśmy się, iż cały projekt podręcznika będzie od podstaw tworzony przez nas, zdaliśmy sobie sprawę z powagi sytuacji. Część grafik, a może nawet cały projekt, może zostać użytych przez Chaosium podczas tworzenia angielskojęzycznej wersji. To naprawdę potrafi zmotywować do ciężkiej pracy. Podręcznik źródłowy będzie wydrukowany w kolorze w technologii duotonalnej (podobnie jak podręcznik podstawowy do 6 edycji Zewu Cthulhu). Pierwotnie założyliśmy, że podręcznik zostanie utrzymany w kolorystyce zieleni i szarości, jednakże po wysłuchaniu uwag i sugestii naszych fanów zdecydowaliśmy się wybrać inne barwy – żółcie i brązowy Waszym zdaniem bardziej pasują do klimatu wiktoriańskiej epoki. Dla mnie i Artura najważniejsze jest zachowanie klimatu tego okresu na każdej stronie podręcznika. Dlatego cała oprawa graficzna (grafiki, ozdobniki, układ stron, mapy itd.) zostały przez nas stworzone od zera z najwyższą starannością. Każdy rysunek był tworzony według jasno określonych wytycznych, jakie dostarczyliśmy naszym grafikom. Wykorzystaliśmy tylko niewielką część grafik z poprzednich edycji Gaslighta, ponadto każda z nich została poddana zabiegom „upiększającym”, by dostosować ich styl do naszej koncepcji. W miarę możliwości przerobiliśmy też wszystkie mapy, dostosowując je do polskiej wersji podręcznika. Na potrzeby książki powstały też zupełnie nowe mapy lokacji, uzupełniające scenariusze. 6

Okładka Gaslighta będzie taka sama jak w planowanej wersji anglojęzycznej, front książki będzie zatem zdobiła grafika Paula Carricka. Nie planujemy wydania Gaslighta w miękkiej oprawie. Czuwamy osobiście nad całym projektem, gdyż chcemy mieć pewność, że fani Cthulhu w Polsce otrzymają świetny dodatek najwyższej jakości. Nie byłoby Gaslighta bez udziału pewnej grupy osób, które razem z nami pracują przy tym projekcie. Świetne tłumaczenie wykonał Jan Janiczek – to dzięki niemu będziecie mogli zrozumieć i zagłębić się w mgliste zaułki wiktoriańskiej Anglii. Za redakcję i korektę całości odpowiada Michał „Bazyl” Krupko, korzystający ze wsparcia Hani „Alfar” Bielerzewskiej. To oni dbają o merytorykę i poprawność polskiego wydania. Większość ilustracji została wykonana przez nasze ilustratorki: Tanyaporn Sangsnit i Adriannę Macierzyńską według naszych, ściśle określonych wytycznych. Mapy lokacji wykorzystane w scenariuszach są autorstwem Kamila Sobierajskiego. Za skład całości odpowiedzialny jest Piotrek „Neurocide” Haraszczak. Nad całością oprawy graficznej czuwa jak zwykle zaprzyjaźnione studio graficzne Artconcept® Co znajdziecie w środku? Postanowiliśmy podzielić podręcznik na cztery główne rozdziały. Pierwszy w całości poświecono Imperium Brytyjskiemu. To właśnie w nim znajdziecie informacje na temat monarchii, ówczesnej sytuacji politycznej i ekonomicznej oraz wszelkie materiały, jakie będą Wam potrzebne do poprowadzenia kampanii osadzonej w wiktoriańskich czasach. Zawarto tam też unikalny słownik slangu dziewiętnastowiecznych przestępców! Drugi rozdział zawiera zmiany mechaniczne, jakie wprowadza do rozgrywki Gaslight. Zawarto w nim informacje o tworzeniu postaci w epoce wiktoriańskiej, opisano nowe zawody, broń i przedmioty codziennego użytku właściwe dla tego okresu. Trzeci 7

rozdział zawiera informacje na temat mitologii Cthulhu i przejawów jej obecności w codziennym życiu Badaczy Tajemnic z XIX wieku. Gaslight wprowadza kilka nowych stworów m.in. mniejszą rasę niezależną, zwaną Małym Ludem, oraz wielkiego przedwiecznego, Rhogoga. Na czwarty rozdział składają się dwa scenariusze: „Noc Szakali” oraz „Spalony Człowiek”. Mimo że „Noc szakali” ma w zamierzeniu służyć za wstęp do rozgrywki w wiktoriańskim świecie, rozwiązanie jej zagadki jest tak nieuchwytne, że może zadziwić nawet doświadczonych graczy. To, co zaczyna się jako zagadkowe zabójstwo, szybko się zmienia, przez poznanie wojennego sekretu, w zabójczą intrygę z egipskim okultyzmem. Drugi scenariusz osadzony jest wśród ponurych wzgórz Dartmoor, dużego i słabo zaludnionego bagnistego obszaru w centrum Devon. Tutaj Badacze Tajemnic będą musieli stawić czoła m.in. Małemu Ludowi… Do podręcznika będzie też dołączona duża, kolorowa mapa Londynu, na której zaznaczono najważniejsze miejsca, które mogą wykorzystać Strażnicy Tajemnic w swoich kampaniach i przygodach.

Polskie wydanie Cthulhu By Gaslight Premiera już niebawem!

Udało nam się pozyskać liczną grupę patronów medialnych dla naszego podręcznika. Patronat nad książką objęły serwisy: EnklawaNetwork.pl; Bestiariusz; Pod grzechoczącymi kośćmi; Tawerna RPG; hplovecraft.pl; gry-fabularne.pl; Valkiria Network; zewcthulhu.pl; Insimilion; Esensja; GryFabularne.tv; Paradoks.

Premiera podręcznika Gaslight – Cthulhu w świetle gazowych latarni będzie miała miejsce jeszcze w tym roku. Dokładną datę ujawnimy w połowie listopada.

dowiedż się więcej na www.galmadrin.pl 8

9

Wiktoriański raj kultysty… Michał Różycki Czy Mity Cthulhu i wiek XIX do siebie pasują? Jaka właściwie była Brytania pod rządami królowej Wiktorii? Poniższy tekst pokrótce scharakteryzuje ten niezwykle bogaty okres, opisując te elementy, które mogą znaleźć zastosowanie w kampaniach „Zewu Cthulhu”. Anglia wiktoriańska pozornie nie wydaje się miejscem dla istot i motywów prozy H.P. Lovecrafta. Kraj ten w roku 1890 w niczym nie przypominał Europy lat dwudziestych XX wieku – targanej niepokojami finansowego krachu i koszmarem Wielkiej Wojny. Imperium Brytyjskie w ostatniej dekadzie XIX wieku wciąż stało u szczytu potęgi – gdy w 1897 roku królowa Wiktoria świętowała swój diamentowy jubileusz panowania, czyniła to również jako Cesarzowa Indii, władając również obecną Kanadą, Australią, częścią Oceanii oraz Afryki. Jej poddani podbijali inne kultury, tworzyli cuda inżynierii, rozpoczynając nową złotą erę nauki i rozumu. Sam Lovecraft idealizował tę epokę, widząc w niej na zawsze utraconą chwałę ludzkości, a Anglię nazywał „wyspą swoich ojców”. Jednak duszy Imperium wciąż czegoś brakowało. Próbujący uciec od duchoty miast trafiali na tereny pocięte liniami kolei oraz opływające czarnym deszczem kopalnie odkrywkowe. Odrzuceni przez mieszczan biedota i robotnicy tworzyli własne enklawy, a czasem planowali masowe demonstracje, rzecz wtedy nową i przerażającą. Nauka i racjonalizm nie dawały pociechy, gdy przedwcześnie umierali bliscy i dzieci – czy to na wojnie, czy od choroby. Ten sam racjonalizm stawiał rzekomych władców świata zaledwie jeden ewolucyjny stopień nad małpami, które zapełniały wiktoriańskie ogrody zoologiczne. Kościół anglikański przechodził kryzys wiarygodności. Pod koniec XIX wieku poddani Wiktorii, babki praktycznie wszystkich europejskich monarchów, obsesyjnie szukali właściwych odpowiedzi na trapiące ich wątpliwości. Odpowiedzi, których z chęcią mogły udzielić sługi istot z Mitów. 10

O ile u progu XXI wieku kultysta musi obejść nasz wrodzony sceptycyzm i polować na osoby słabe psychicznie lub po przejściach, problem ten właściwie wcześniej nie istniał. Jest to oczywiście duże uproszczenie, ale na potrzeby „Zewu Cthulhu” można je popełnić z czystym sumieniem. Przez swoje zainteresowania Badacze Tajemnic będą notorycznie natrafiać na (lub trafiać w buty) spirytystów czy teozofów, którzy obudzili siły z innych wymiarów; archeologów, których głód okazów muzealnych zagonił do niewłaściwych ruin; naukowców, którzy nieudolnie próbowali wpisać w ramy swych teorii to, co nie opisywalne. Będą spotykać też pozornie zwykłych ludzi, zarówno biedotę, która w desperacji oddała się bluźnierczym kultom, jak i burżuazję, której miłość do „ukochanych zmarłych” popchnęła w ręce szaleństwa. Poniższe akapity zawierają opis tych charakterystycznie wiktoriańskich aspektów kultury, które każdy Strażnik Tajemnic może wpleść do swoich kampanii, czy to jako detale wzmagające atmosferę grozy, czy też jako pomysły inspirujące konkretne przygody czy bohaterów niezależnych. Celowo nie ma tu bezpośrednich odniesień do istot z Mitów czy gotowych pomysłów; niech luki wypełnią sami grający. Śmierć to rodzinna impreza… Mówi się, że obsesją naszych czasów jest zmysłowość i cielesność, a wstydliwym tematem tabu - śmierć i starość. W epoce wiktoriańskiej było dokładnie na odwrót - śmierć, opłakiwanie i pogrzeby urosły do rangi wysoce sformalizowanego, publicznego spektaklu. Seksualność została stłamszona przez przysłowiową już wiktoriańską pruderię, dominowało jednak coś, co można by prawie nazwać kultem śmierci. Główny powód wspomniany został wyżej – żałoba była wspólnym do11

świadczeniem, podczas gdy życie pozagrobowe pozostawało tajemnicą. Rytuał wypełnił tę lukę. Opłakiwanie zmarłych miało kilka faz, podczas każdej z nich żałobę noszono w nieco inny sposób; ilość czerni i żałobnej biżuterii zależała też od stopnia spokrewnienia danej osoby ze zmarłym. Do ekstremum doprowadziła te zwyczaje sama królowa Wiktoria. Pozostała ona w żałobie po śmierci swojego małżonka, księcia Alberta, w 1861 roku do końca własnego życia w 1901 roku. Publicznie pokazała się dopiero po dziesięciu latach. Sam moment zgonu i pogrzeb stały się publicznymi spektaklami. Uchwycony na obrazach i rycinach moment śmierci najpopularniejszego wiktoriańskiego poety, lorda Alfreda Tennysona, był opisywany co do najmniejszego detalu, w tym tytułu i strony książki, którą trzymały jego słabnące palce. Kiedy czterdzieści lat wcześniej, w 1852 roku, zmarł diuk Wellington, pogromca Napoleona pod Waterloo, sam jego karawan kosztował jedenaście tysięcy funtów, a krzesła dla widowni, jak donosił dziennik Observer, około osiemdziesięciu tysięcy. Same cmentarze były również dobrze przemyślanymi konstrukcjami. Pod koniec XIX wieku już od dawna żywi przestali dzielić z martwymi miasta, a cmentarze trafiły na ich obrzeża. Projektowanie nekropolii stało się istotnym elementem urbanistyki, ale nie tylko. Otwarty w 1849 roku podlondyński cmentarz Brookwood liczył dwa kilometry kwadratowe powierzchni i był największym cmentarzem świata. Jako że był oddalony od miasta około czterdzieści kilometrów, wiodła do niego specjalnie wybudowana linia kolejowa. W tamtych czasach porywanie zwłok przestawało być problemem, jednak co jakiś czas do12

noszono o rozkopanych świeżych grobach, których zawartość trafiała na stoły uczelni medycznych. Prawdziwa plaga tak zwanych ressurection men opanowała Anglię na początku wieku, doprowadzając do budowania na cmentarzach tak kuriozalnych wynalazków, jak wieże strażnicze czy specjalne okratowane groby, uniemożliwiające ich rozkopanie (tzw. mortsafe). Te ostatnie często były wynajmowane za niewielką opłatą, aż ciało zgnije na tyle, by było nieprzydatne w nauce anatomii. Duchy i psychiczna ewolucja… Czasem jednak same ryty pogrzebowe nie starczały. Wtedy z pomocą przychodził spirytyzm, system wyznań opracowany przez Francuza Allana Kardeca, który błyskawicznie podbił wiktoriańskie salony. Wiara ta zdawała się idealnie dopasowana do potrzeb ówczesnych Brytyjczyków: obiecywała nie tylko życie po śmierci, ale również możliwość kontaktu z duszami zmarłych, które same mogły kontaktować się i pomagać żywym. Za pomocą medium całe rodziny mogły ponownie spotkać się z odebranymi przez śmierć krewnymi. Co ważniejsze, zasady spirytyzmu na pierwszy rzut oka nie wchodziły w konflikt z ideologią chrześcijańską. Odważniejsi mogli sięgnąć po bardziej rozbudowaną ideologię. W 1875 roku Helena Bławatska założyła w Nowym Jorku Towarzystwo Teozoficzne, które od początku lat osiemdziesiątych stało się ogólnoświatowym fenomenem. Wizja Bławatskiej i jej towarzyszy umiejscawiała ludzkość o krok od kolejnego stadium duchowej ewolucji, obiecując obywatelom słabnącego imperium jedność z duchowym absolutem. Popularności dziełom teozofki, takim jak „Izis odsłonięta” czy „Sekretna Doktryna”, przysporzyły również częste odwołania do Orientu, nieodmiennie modnego wśród 13

Brytyjczyków. W końcu to dzięki niej i jej naśladowcom do rodzącej się kultury popularnej weszły takie słowa, jak Lemuria, Hyperborea czy rasa aryjska. Bez teozofii nie byłoby powieści Roberta E. Howarda i całej literatury „pulp”. Teozofów od innych okultystów odróżniał również fakt, iż skupiali się oni na wyjaśnieniu parapsychicznych mocy metodą naukową czy też, jak sami ją nazywali, okultystyczną nauką. Zakładała ona, że nauka może opisać rzeczywistość nie tylko na poziomie fizycznym, ale i duchowym. W przekonaniu tym znamienny jest wpływ teorii Karola Darwina, jak i wiktoriańskiej obsesji katalogowania. Widać ją wyraźnie choćby w próbach opisania celtyckich wierzeń w istoty faerie czy też sidhe. Byty te, dalekich kuzynów tolkienowskich elfów, w folklorze opisywano jako niskie, często ciemnoskóre humanoidy, mieszkające pod ziemią w jaskiniach i kopcach, dla których żelazo było niczym trucizna, oraz które to miały władać magią i często porywać nowo narodzone dzieci. Wiktoriańskiego mędrca szkiełko i oko widziało to tak: lud ten to pierwotni mieszkańcy Wysp Brytyjskich, których do ucieczki w ostępy zmusiło nadejście jej obecnych, wojowniczych mieszkańców. Owi rzekomi potomkowie Anglików mieli dostęp do żelaznej broni, morderczej dla opierających się na kamieniu łupanym autochtonów. Ci z kolei porywali dzieci swoich najeźdźców, by wychować je jako własne i wzbogacić pulę genetyczną. Magia, głównie w formie iluzji i czarów wywołujących nagłą śmierć, została wyjaśniona partyzanckim sposobem walki lub zabobonnymi opisami chorób. Bliskie dalekie kraje… W przeciwieństwie do naszych czasów, wtedy podania nie były z góry odrzucane, ale włączane w naukowe teorie, do tego z pozytywnym wynikiem. Koronnym przykładem mariażu podań i nauki było odkrycie ruin Troi. Przed 1871 rokiem miasto opisane w „Iliadzie” było uznawane za mit równie wiarygodny jak fantastyczne przygody Odyseusza. Dopiero w latach siedemdziesiątych XIX wieku odkrycia niemieckiego archeologa Heinricha Schliemanna, którego do wyprawy namówił Anglik Frank Calvert, udowodniły, że miasto opisane przez Homera istniało naprawdę. 14

Opowieści archeologów i podróżników rozpalały wyobraźnię ówczesnych Brytyjczyków. Właściwie cały XIX wiek był świadkiem serii mód na rozmaite kraje Bliskiego i Dalekiego Wschodu, od Egiptu z jego zabytkami po wciąż jeszcze tajemniczą Japonię. Wielu kupców czy urzędników wysyłanych do pracy w koloniach wracało do domu z całą obstawą lokalnej służby i kucharzy, nabrawszy zwyczajów podbitego narodu. Stąd między innymi niezwykła na Wyspach popularność curry. Dużym wzięciem cieszyły się też przywożone z dalekich lądów przedmioty dekoracyjne, które z powszechnym w drugiej połowie XIX wieku neogotykiem tworzyły nieco dziwaczną z naszej perspektywy mieszankę. Często zdarzało się, że ociekające złotem hinduskie figurki Buddy stały obok wytartych piaskami Sahary egipskich rzeźb i minimalistycznych japońskich malunków na kominku, udającym wzornictwem gotycką katedrę. W strasznych mieszkaniach straszni mieszczanie... Na koniec warto wspomnieć o samych ludziach, którzy żyli w tych czasach. Kiedy myślimy o stereotypowym wiktoriańskim Brytyjczyku, jest właściwie pewne, że pochodzi on z klasy średniej. Była to grupa najliczniejsza i zarazem najbardziej podzielona. W pewnym sensie przypominała dzisiejszą klasę średnią, od tych mających własny dom, ale z trudem zarabiających na utrzymanie rodziny, po bogatych filantropów, którzy za cel postawili sobie reformowanie prostytutek. Niezależnie od zamożności, pieniądze zarabiał ojciec rodziny, a domem zajmowała się jego żona. Zajęcie to było absorbujące, zwłaszcza gdy rodziny nie było stać na służbę. Co ciekawe, matki często w minimalnym stopniu zajmowały 15

się własnymi dziećmi. Rola ta przypadała mamkom, niańkom tak obecnym w wiktoriańskich baśniach, a później guwernantkom, które odpowiadały za wykształcenie dzieci z dobrych rodzin. To właśnie w epoce wiktoriańskiej popularnością zaczęły cieszyć się wszelkie poradniki samopomocy oraz książki kucharskie, które oprócz przepisów zawierały porady jak prowadzić gospodarstwo domowe. A to Brytyjczycy doprowadzili wtedy do perfekcji – kupiona na niedzielny obiad pieczeń, odpowiednio konserwowana, dostarczała posiłku przez cały tydzień. Nawet kości, po ugotowaniu na nich rosołu, były sprzedawane producentom kleju; ponoć w wiktoriańskich kuchniach nie było śmietników, gdyż nic się nie marnowało. Pozostałe klasy społeczne – arystokracja i klasa niższa, zawierająca w sobie biedotę i robotników, miały mniejszy wpływ na kulturę, ale wciąż były w niej obecne. Szlachta brytyjska, choć podupadła na wpływach, stanowiła grupę bogatych ludzi, którzy jednak stanowili przedstawicieli starego porządku, swoisty anachronizm. Poeta Matthew Arnold odnosząc się do tego przekonania, nazwał ich w jednym ze swoich esejów „barbarzyńcami” – kimś obcym, niepasującym do ówczesnej rzeczywistości. Na klasę pracującą i biedotę bogatsi patrzyli zarówno ze wstydem, jak i pogardą. Z jednej strony chcieli im pomóc, z drugiej jednak gardzili tym, co postrzegali jako moralny upadek. Postawiona w takiej sytuacji biedota tworzyła własne enklawy, z własnymi prawami, rytuałami i własną wersją religii. „Ameryka bez Anglii traci znaczenie…” Czy więc Mity Cthulhu mają swoje miejsce w Brytanii ostatniej dekady XIX wieku? Z pewnością. W kulturze tego okresu znajdziemy wiele miejsc, gdzie nadnaturalny horror czułby się jak w domu. Na swój sposób ma się on lepiej niż w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Zderzony bowiem z wizją wszechświata prezentowaną w opowiadaniach Lovecrafta poddany królowej Wiktorii odpływałby w szaleństwo powoli i z godnością, świadom tego, że jego najgorsze wątpliwości i najczarniejsze przypuszczenia na temat natury rzeczywistości są prawdą. 16

dowiedż się więcej na www.galmadrin.pl/zewcthulhu 17

wych czy używaniu „smaczków” w postaci ówczesnych ciekawostek, warto nagrodzić go krzyżykiem do wiarygodności – w końcu to taki solidny, swojski chłop (lub przedsiębiorcza i niezależna Amerykanka) – sól tej ziemi. Michał Próchniak Specyfika świata przedstawionego w grze „Zew Cthulhu” oraz preferowanego jej bohatera – Badacza Tajemnic – pozwala Strażnikowi posłużyć się narzędziem, które trudniej zastosować w innych systemach. Nazywam je zakorzenieniem. Zakorzenienie to osadzenie Badacza w świecie, ma ono na celu ułatwienie graczowi wczucia się w postać i umiejętnego jej odgrywania. Na zakorzenienie składa się kilka elementów, podkreślanych w większości dodatków do gry. Po pierwsze - codzienność. Badacz rozpoczyna dzień od toalety – do wyboru ma umywalkę, wannę lub nowinkę z Europy – prysznic. Następnie śniadanie – tosty, dżem, kawa, jajecznica na bekonie itp., obowiązkowo równolegle z lekturą porannej gazety. Zmiana ubioru ze szlafroka i kapci na garnitur wyjściowy, jazda Fordem T…. Czy Badacz kazał zamontować sobie w domu bieżącą wodę? Śniadanie robi sobie sam, przygotowuje mu gosposia, a może mieszka w pensjonacie i zjada je ze współlokatorami albo stołuje się w tej samej od lat jadłodajni? Jaki jest jego ulubiony zestaw śniadaniowy? W który dzień tygodnia odbiera koszule od praczki? Czy korzysta z usług pucybuta? Skąd miał pieniądze na pierwszy samochód? Do jakich lokali chodzi wieczorami? Do jakich klubów należy?

Po drugie - historia i polityka. Przodkowie Badacza byli związani z różnymi ideologiami społecznymi, religijnymi, politycznymi. Strach przed komunistami, zasadność interwencji w Europie, prawa kobiet, mniejszości religijnych i etnicznych, Ku Klux Klan, prohibicja, powojenny upadek obyczajów (np. tańce gorszące czy interesujące?), nieprzyzwoite tematy – psychoanaliza, spirytyzm, rozszerzenie praw agencji federalnych w zwalczaniu przestępczości zorganizowanej, sens istnienia Ligi Narodów i wiele, wiele innych – polityka to temat do poruszenia w każdym miejscu i czasie. Dyskusja polityczna może zmienić milczącego, gburowatego strażnika przemysłowego w sprzymierzeńca – jeżeli okaże się, że BT podziela jego zdanie o komunistycznych korzeniach związków zawodowych. Psychiatra starej daty wyjątkowo pozwoli dziennikarzowi poznać kilka interesujących go faktów, jeżeli czytał kilka artykułów tegoż autora krytykujących nowomodną psychoanalizę. Warto „na zanętę” umieścić w historii życia Badacza kilka poglądów, których zwolennikami były osoby istotne w jego życiu i zapytać, co on o nich myśli. Jeżeli Badacze będą prowokować dyskusje na bieżące tematy i dyskutować na temat poglądów ich postaci, warto nagrodzić ich krzyżykiem w perswazji.

Im bardziej szczegółowa i realistyczna codzienność, tym większy kontrast z grozą Mitów Cthulhu. Poza tym, z codziennymi rytuałami Badacza wiążą się osoby, które w nich współuczestniczą lub je podzielają. Badacz walczy z Mitami nie tylko o ludzkość, ale także o styl życia, o określone, drobne przyjemności. Warto chociaż raz z graczami prześledzić poranek ich postaci, by poczuli, kim są Badacze. Jeżeli gracz będzie angażował się w uwzględnianie codzienności „z epoki” – w używaniu form grzecznościo18

19

Po trzecie - rodzina. Grając w inny system, zauważyłem, że gracze jak ognia unikają posiadania przez ich postaci rodziny. Wiedzą z bolesnego doświadczenia, że zanim zdołają wejść w jakąś relację z członkiem rodziny, zanim wycisną coś ze stwierdzenia MG „kochasz swoją żonę i zrobisz dla niej wszystko”, rzeczona małżonka zostanie już trzykrotnie porwana i siedmiokrotnie skrzywdzona, by jakoś zawiązać sesję. Dobry Strażnik Tajemnic nie pozwala sobie na taki brak szacunku wobec gracza – w końcu nie po to ślęczał on nad składem rodziny i różnymi informacjami na ich temat, by w ciągu trzech minut jej cześć lub całość zostały powitane w nicości przez Tawila At’Umr. Rodziny w Zewie Cthulhu służą do zakorzeniania Badacza w realiach. Boże Narodzenie, Wielkanoc, Dzień Niepodległości – nie można ich spędzić inaczej niż w domu. Odmówisz swoim bratankom pocztówek z egzotycznych miejsc, znaczków pocztowych, które uczynią ich królami szkoły? Nie wyślesz do matki lub żony listu, że praca jest nużąca, jedzenie niesmaczne (w domyśle ona gotuje najlepiej), ale sypiasz dobrze, jesteś zdrów jak rydz i bardzo tęsknisz? (uwaga, nie rozchlapuj swojej krwi na papeterię!). Kiedy dyrektor firmy, w której pracuje twoja młodsza siostra, jest wobec niej zbyt „przyjazny”, nie wezwiesz byakhee, by dał łotrowi lekcję moral…ekhm, zapędziłem się. Wyobraź sobie, Strażniku, taką sytuację: załamany Badacz postanawia uciec przed Bestią i zostawić świat na jej pastwę. Z portfela wypada mu ostatni list z domu – matka przesyła mu uściski i napomina, by nosił szalik, bo sam wie, jakie ma wrażliwe gardło, bratanek chwali się, że rada wujka poskutkowała – powiedział Dużemu Jimowi, że jak wróci jego wujek, to się z nim policzy i Jim się przestraszył, siostra dziękuje za pieniężne wsparcie (mąż łamistrajk leży w szpitalu), a siostrzenice dołączają swoje rysunki „Wujek w dzikich krajach”. Jaki wpływ ma taki list na decyzję o ucieczce?

niku „ghule w mundurach niemieckich”? To jakiś rodzaj jednostki wojskowej, te ghule? Historia rodzinna mówi, że podczas Wojny Secesyjnej prababcia została sama z siostrami na plantacji. Kiedy wpadł oddział unionistów, by się zabawić, lojalni służący rozdarli ich na strzępki. To na pewno bajki, wszyscy Murzyni uciekli z plantacji, tam nie było służących. Jak to, w zeznaniach uciekinierów jest, że napadły ich potwory? Pewnie kobiety spoiły ich whisky z bieluniem. Skąd prababka znała właściwości tej rośliny? Ponoć jej rodzina uciekła z Europy, bo byli oskarżeni o czarną magię. Mity mogły być obecne w przeszłości rodzin Badaczy (które używały ich w dobrym celu, w końcu budujemy pozytywny etos). Osoby z rodziny mogły być członkami tajemnych stowarzyszeń lub posiadać zagadkowych mentorów, mogły pracować dla Kościoła lub bogatego, ekscentrycznego kolekcjonera. Mity nie są jednak obecne w teraźniejszości rodziny, a na pewno jej nie zagrażają. Pomocnicy przodków lub ich potomkowie, mający styczność z Mitami, mogą udzielać pomocy Badaczom, gdy ci będą kontynuować rodzinną tradycję, na zasadzie „rodzina mojego przyjaciela…”. Niektórzy gracze nie lubią takich elementów w historii swojej postaci, za każdym razem trzeba ich spytać, czy się na to zgadzają. Ostatni już element zakorzenienia to rekwizyty. Mapy i plany, odbitki okładek starych książek, blankiety telegraficzne, kopie banknotów i paszportów z epoki („Horror w Orient Ekspresie”), stylizowane na epokę listy oraz wiele, wiele innych pomagają w przeniesieniu do czasów, gdy uważano, że ludzkość jest zbyt mądra, by powtórzyć koszmar wojny światowej.

Kolejny składnik zakorzenienia, który trzeba jednak dozować z umiarem, to martyrologia. Owszem, ojciec zmarł na służbie w Marynarce Wojennej. Skąd pomoc w dochodzeniach w sprawach mitycznych od jego kolegów? Dlaczego Marynarka milczy o okolicznościach jego śmierci? Wuj zmarł w okopach Wielkiej Wojny. Skąd w jego rzeczach order, o którym nigdy nie mówił? Co oznacza sformułowanie w jego dzien20

21

Charles-Valentin Alkan - Grande sonate ‚Les quatre âges’ Maciej „Ammon” Banasik Muzyka na sesjach Zewu może spełniać bardzo wiele różnych funkcji. Jedną z nich jest wprowadzanie graczy w „klimat” epoki. Nie ma z tym żadnego problemu jeżeli chodzi o lata dwudzieste ubiegłego wieku. Wystarczy zaopatrzyć się w zestaw jazzowych nagrań z tamtego okresu i już możemy poczuć się jak bohaterowie serialu Boardwalk Empire. Trochę więcej problemów może nastręczać przygotowanie odpowiedniego podkładu dla sesji rozgrywających się pod koniec XIX wieku. W tym odcinku postaram się przedstawić kilka propozycji, które powinny pomóc Strażnikom w budowie odpowiedniego klimatu dla tego okresu. Z oczywistych przyczyn punktem wyjścia będzie tutaj muzyka klasyczna. Na samym wstępie pojawia się kilka problemów. Dla niektórych muzyka klasyczna może okazać się całkowicie „niestrawna”, wręcz irytująca (z takimi osobnikami najlepiej zakończyć znajomość ;) ), inni z kolei mogą ją uznać za zbyt absorbującą i odciągającą od przebiegu sesji. Żeby zminimalizować ten problem proponuję wykorzystanie głównie utworów fortepianowych, które charakteryzują się pewnym „wyciszeniem”, umiarkowanym tempem i refleksyjnym nastrojem. Najważniejszą kwestią jest jednak to, kiedy należy takie utwory wykorzystywać. Ze swojej strony sugeruję ograniczenie się do wszelkich sytuacji „salonowych” i sesyjnych interludiów, które nie mają wyraźnie określonego charakteru (przeszukiwanie bibliotek, zbieranie wskazówek itd.). Pozwoli to z jednej strony na wprowadzenie graczy w odpowiedni klimat, a z drugiej na uniknięcie uczucia „przesytu”. Bądźmy szczerzy – muzyka klasyczna powinna spełniać na sesjach funkcję dodatku, ornamentu, który przypomina o specyfice epoki. Takie jest przynajmniej moje stanowisko w tej kwestii.

22

Wielka Sonata Alkana (1813-1888) to bez wątpienia jedno z najwybitniejszych dzieł fortepianowych okresu romantyzmu. Strukturalnie jest podzielona na cztery części, z których każda odpowiada innemu okresowi w życiu człowieka. Najciekawszą, z punktu widzenia użycia na sesji, jest ostatnia z nich, która ma ilustrować wiek 50 lat, a więc, zgodnie z ówczesnymi standardami, schyłek ludzkiego życia. Powolne tempo i ponury nastrój tego utworu może znacząco wzbogacić niejedną przygodę rozgrywaną w ciemnych zaułkach wiktoriańskiej Anglii. Polecane wydanie: Grande Sonate ‚Les quatre âges’, Op 33. Wykonanie: Marc-André Hamelin Hyperion 1995.

23

Fryderyk Chopin - Nokturny

Igor Strawinski – Święto wiosny

Polski kompozytor napisał w swoim życiu 21 nokturnów, a więc krótkich miniatur fortepianowych, które swoim charakterem starają się oddać specyficzny, „nocny” nastrój. Problemem z wykorzystaniem kompozycji Chopina na sesjach jest to, że praktycznie każdy mimowolnie kojarzy wiele z jego dzieł i ma z nimi określone skojarzenia. Najlepiej zaopatrzyć się w komplet nokturnów i wybrać z niego jedynie kilka, które wydadzą się nam najodpowiedniejsze.

Teraz coś z zupełnie innej beczki. Święto wiosny to balet, który miał swoją prapremierę w 1913 roku. Swoimi nowatorskimi rozwiązaniami muzycznymi nie współgra on nijak z dorobkiem kompozytorów romantycznych, ale w pewnym sensie wydaje się wprost stworzony do użycia na sesjach Zewu. Święto wiosny przedstawia bowiem „obrazy z życia dawnej Rusi”, a konkretniej wiosenny rytuał ofiarny, w którym młoda dziewczyna poświęca swoje życie dla zapewnienia obfitych plonów reszcie społeczności. Całość jest ilustrowana naprawdę wspaniała muzyką, pełną lekki dysonansów, które podkreślają „dzikość” całej sytuacji. Sporo tutaj muzycznych „zwrotów akcji”, ale warto pochylić się nad tą kompozycją i wykorzystać niektóre jej części dla potrzeb sesyjnych rytuałów.

Polecane wydanie: The Nocturnes. Wykonanie: Maria João Pires. Deutsche Grammophon 1996. Erik Satie – Gymnopédie, Gnossienne

Polecane wydanie: Igor Stravinsky Edition: Ballets, Vol.1. Sony 1991. Erik Satie (1866-1925) nie jest może twórcą wybitnym, ale bez wątpienia miał duży wpływ na muzykę fortepianową końca XIX i początku XX wieku. Był on jednym z prekursorów tego, co można nazwać „muzyką tła”, a więc muzyki, która nie absorbuje, ale zlewa się z otoczeniem, niejako go dopełniając. Choćby z tego powodu warto zastanowić się nad wykorzystaniem jego utworów na sesjach. Gymnopédie to cykl trzech kompozycji o bardzo delikatnym, trochę melancholijnym charakterze. Podobnie jest z cyklem Gnossienne, z tym że tutaj mamy do czynienia z trochę większą różnorodnością przekazywanych emocji. Podsumowując, powolne, jednostajne tempo i duży ładunek „nastrojowości” to cechy, które na pewno przydadzą się w wykorzystaniu tych kompozycji na sesjach. Warto jednak dodać, że utwory Satie są dość popularne, a tym samym mogą nastręczać niektórym różne skojarzenia. Momentami są też, przynajmniej moim zdaniem, wręcz przerysowane pod względem swojej „melancholijności”, co może nie współgrać zbyt dobrze z rozgrywaną przygodą. Polecane wydanie: Gnossiennes; Gymnopédies; Ogives; Trois Sarabandes; Petite ouverture à danser. Wykonawca: Reinbert de Leeuw. Philips 1996. 24

25

Andrzej Olszewski Od portu wionęło ciężkim, duszącym zapachem. Nabrzeże, niczym gangrena, zarażało wszystkie sąsiednie dzielnice rozsiewanym fetorem zepsutych ryb wraz z nieodzownym smrodem wilgotnego drewna i mokrych lin, wymieszanym z oparami pokostu i rozgrzanej smoły. Dwa drewniane pirsy, przy których cumowały barki rybackie były już mocno poczerniałe ze starości, a wspierające je, niegdyś potężne, pnie szkockich dębów pokryte były grubym kożuchem glonów i omułków. Nieliczne nowe deski zastępujące te, które uległy już słonej wodzie i starości, jakby na przekór wszechobecnemu brudowi i rozkładowi, jaśniały swoją nieoheblowaną nowością. Jednak nawet one zaczynały się na bokach okrywać cieniutkim zielonym woalem. Mimo zmierzchu wciąż jeszcze tętniło tu życie. Potężny brodacz kołyszącym krokiem schodził z pomostu na nabrzeże, gdzie przy starannie zawiązanych workach żeglarskich czekało na niego kilku mężczyzn o podobnie jak on zmęczonych twarzach. Nieopodal dwóch rudych, żylastych młodzieńców, po których od razu widać było silne rodzinne podobieństwo, smołowało dno niewielkiej łódki. Blask ognia rozpalonego pod zakopconym i pokrytym wiekową warstwą smoły kotłem odbijał się na ich spoconych ramionach i skrzył się na spływających po bokach gara ciemnych strumykach. Przechodzący obok, zakutany w zbyt obszerny płaszcz, latarnik przystanął na chwilę i sięgnął do złamanego daszka czapki w odpowiedzi na powitanie jednego ze smołujących łódkę chłopców: - Dobry wieczór panie Mycroft… 26

Przez chwilę patrzył jeszcze na ostatnie rozbłyski czerwieni słońca tonącego w ciemnej wodzie i ponownie podjął swą przerwaną wędrówkę wzdłuż Smugglers Row. Lekko powłócząc lewą nogą, ruszył w stronę najbliższej latarni ulicznej, później kolejnej i kolejnej, aż do Chappel Road. Chłopak, który pozdrowił go przed chwilą śledził wzrokiem oddalającą się z wolna sylwetkę. Jego brat również przelotnie rzucił za nim okiem. - Ojciec mówił, coby z nim nie gadać. - Tata i wujek Seamus tak mówią. Ale nigdy nie mówili dlaczego… - popatrzył na starszego brata z ciekawością. - A Ty wiesz może? Starszy chłopak nie wiedział. Ale jego kilkunastoletnia natura nie dopuszczała myśli, żeby przyznać się do tego młodszemu, wpatrzonemu w niego, jak w święty obraz. Musiał jednak czymś zastąpić swą niewiedzę, najlepiej czymś strasznym: - Jasne, że wiem… - zawiesił na chwilę głos - … bo ma pomieszane w głowie. Wiesz, że w nocy i jak jest mgła to psy łapie? I obdziera je ze skóry. Przez chwilę patrzył na efekt, jaki wywarły jego słowa, by wreszcie dorzucić z satysfakcją: - Żywcem! Stary szedł dalej udając, że nie usłyszał tej rozmowy. Mechanicznie zatrzymywał się przed każdą z lamp i hakiem umieszczonym na długiej tyczce otwierał jedną z szybek latarni, by włożyć tam na moment leciutko tlący się knot. Po chwili wnętrze wypełniał ciepły, żółtawy blask, a latarnik krótkim, wytrenowanym przez lata praktyki gestem zamykał szklane drzwiczki. Uśmiechając się za każdym razem z wyraźną satysfakcją, po chwili podejmował znów swą mozolną wędrówkę coraz bardziej stromo wznoszącą się drogą. Wolnym krokiem przemierzał brukowane metry oddzielające przystanie żeliwnych kolumn lamp. Lekkie szuranie chromej nogi odbijało się od rdzawoceglanego muru flankującego prawą stronę dawnej ścieżki przemytników, którą ojcowie Hobbs End już lata temu wyłożyli okrągłymi kamieniami i uczynili z niej główną drogę łączącą centrum miasteczka z portem. Minął kawałek wapiennej skałki, który ktoś wymyślił sobie połączyć ze ścianą z cegły, i 27

wpuszczoną weń niewielką kapliczkę. Ludzie w mieście opowiadali przyjezdnym, że pochodzi jeszcze z czasów, kiedy te ziemie okupowali rzymscy legioniści. Kiedy słyszał te bzdury, zawsze uśmiechał się z drwiną w cieniu swojego poplamionego kopciem kaszkietu. Durnie, nie mieli pojęcia, że powstała w czasach dużo bardziej zamierzchłych. Nie patrząc nawet w stronę niszy kryjącej obły kształt wczepiony pazurzastymi łapami w pięciograniasty czarny postument, splunął przez lewe ramię. „Nieznanym bogom” - mówiła łacińska sentencja wykuta w wapieniu. Nie musiał jej czytać, znał każdą z liter na pamięć, wiedział, w którym miejscu odskoczyło dłuto, przeciągając nadmiernie wysokość litery, podobnie jak to, które zgłoski objęły już w posiadanie żółtawe, rachityczne porosty. Zatrzymał się przed postawioną niemal na wprost niszy latarnią. Coś w jej wyglądzie mu nie pasowało, z zadartą głową cofnął się o kilka kroków, by właściwie ocenić przyczynę niepokoju. Po chwili dostrzegł usterkę - klosz był lekko przechylony, a jedna z szybek rozbita. - Próbuj dalej. – Rzucił półgębkiem w stronę pradawnego posążka i pogroził mu zwiniętą w pięść dłonią. – Ah fu’latagh ia’bthnk en arr’e. Przejeżdżający obok woźnica, transportujący już od kilku lat swoją furą beczki do portu, widywał latarnika co wieczór, ale dziś starzec wypowiadający się w dziwnym języku wydał mu się zupełnie inną istotą. Popatrzył na niego z przestrachem i szybkim ruchem wodzy zmusił leciwą kobyłkę do szybszego kroku. Metalowe okucia kół zaterkotały żwawiej na kocich łbach drogi, a puste beczki zaczęły obijać się o siebie z głuchym pogłosem. Mycroft zdawał się tego nie zauważać, sięgnął za pazuchę i wyciągnął stamtąd kilka kawałków ołowianego szkła przyciętego w jednolite czworokąty. Zważył je w ręce, rozglądając się dookoła i śledząc przez chwilę oddalającą się furmankę z dudniącym ładunkiem. Kiedy była już wystarczająco daleko, zwinnym, małpim ruchem wspiął się na latarnię. Lekkim gestem dłoni wyprostował ciężką żeliwną głowicę, następnie wymienił stłuczoną szybkę, by po chwili stać znów na kamieniach u stóp lampy. wRuszył ponownie i, minąwszy zakręt, wszedł na szeroką Chappels Road, od której wionął silny zapach końskiego nawozu i skórzanych uprzęży. Powoli znikały rozjeż28

dżające się ostatnie, spóźnione pudła powozów, których właściciele pewnie chcieli zdążyć do domu przed zmrokiem. Zamknięte na głucho okiennice sklepu kolonialnego i kompanii morskiej wyraźnie pokazywały, że miasteczko przygotowuje się już do spoczynku. Nad całym tym obrazem górowała, znajdująca się na końcu szerokiej ulicy biała w dzień, a zaróżowiona teraz od zachodzącego słońca - sylwetka kościółka świętego Brendana. Z witraża nad portykiem patrzyła gdzieś w dal, otoczona przez przerażony tłumek mnichów o twarzach założycieli Hobbs End, sylwetka w habicie. Brodata postać w brązowej szacie trzymała w ręku krótki kij i kielich, sprawując mszę na grzbiecie częściowo zanurzonego morskiego potwora. Latarnik zapatrzył się na nią, gdy niewielki kocz, którego woźnica wściekle zacinał krótkim batem dwa dorodne siwki, przemknął obok, ochlapując go przy okazji śmierdzącą breją z rynsztoka. Stary człowiek nie przejął się tym wcale, ot, kolejnych klika plam na i tak nie pierwszej czystości płaszczu. - Pochwalony. - Stojący przy niewielkim, białym płotku otaczającym kościółek pastor uśmiechnął się do niego znad kołnierza ciepłego tweedowego płaszcza. - Ano, pochwalony… - odpowiedział, przystając na chwilę. - Kawał drogi jeszcze przed tobą, synu. – Pastor popatrzył w stronę ciemnych jeszcze kloszy lamp przy Mayflower Alley - Może napijesz się czegoś? - Tak żem myślał, że do Paddy’ego zajdę na szklaneczkę. - Nie musisz, zaczekaj chwilę - pastor obrócił się w stronę uchylonych drzwi przybudówki. - Mary! Bądź tak dobra i podaj kubek wina. Pan Mycroft chciałby się napić. Latarnik liczył na to, że wyschnięte gardło przepłucze raczej jakąś whisky, ale kubek wina z rąk żony pastora również przyjął z wdzięcznością. Kiedy przechylał naczynie, duchowny próbując podtrzymać rozmowę zagaił: - Chłodno się robi, jak myślisz synu, będzie dziś w nocy padało? - Jesień idzie, to i chłodem wieje, ale deszczu nie bedzie. O, mgła dziś bedzie, ot co. Mgła, jak diabli… Kilka kropel wina osiadło na siwych, nastroszonych wąsach i brodzie, stary człowiek otarł je wierzchem dłoni i rzuciwszy na odchodne „Bóg zapłać”, ruszył dalej. Wędrował tak przez całe miasto, znacząc swą trasę małymi drobinami światła za29

mkniętymi w szklanych klatkach latarni. Pokonywał kolejne ulice aż do zmierzchu, który zastał go na końcu Fisherman Street. Ostatnia latarnia zapłonęła żółtym płomykiem, stuknęło zamykane szkiełko. Stary człowiek z satysfakcją z dobrze wypełnionego obowiązku zapatrzył się na światełka niknące między ostatnimi zabudowaniami Hobbs End i ciężko usiadł na wygładzonym przez morze wielkim głazie. Przymknął oczy i wystawił twarz na wilgotną bryzę nadciągającą od strony otwartego morza. Siedział tak, wydając się drzemać, aż do momentu, gdy w powietrzu pojawiła się jakaś obca woń. Miał rację, od morza nadchodziła mgła. Początkowo niewielkie jej kłębki pojawiły się nad pagórkami fal, jak szare baranki odcinające się kolorem od oleiście czarnej powierzchni. Stopniowo jednak zaczęły się zbierać w większe grupki, tworząc wielkie amorficzne stwory, dążące do siebie w jakimś szalonym pędzie, by zjednoczyć się i urosnąć w siłę. Zderzały się i rozpływały, przelewając się, na przemian gęstniejąc i rozmywając w rześkim, nocnym powietrzu. Ale oparu wciąż przybywało, podnosił się z wody, jak dymek unoszący się nad żarem w cybuchu fajki, by po paru chwilach objąć w posiadanie całą powierzchnię morza, zasłaniając owal widnokręgu. Tak jak mleko wlane do herbaty zmienia jej barwę i przejrzystość, tak mgła zmatowiła powietrze, lepiąc się swym gęstym całunem do wszystkiego. Okleiła już pokraczne sylwetki zacumowanych kutrów i łodzi i zaczęła docierać do niewielkiego pudła budynku kapitanatu portu. Mycroft z wysiłkiem powstał z kamienia i powłócząc chromą kończyną, ostrożnie wszedł na jeden z wysuniętych półwyspów na prawo od schowanych w zatoczce zabudowań i pirsów portu. Stanął na kawałku ostrej, nagiej skały wrzynającej się klinem w morze. Rozejrzał się uważnie dookoła. Nie widział już wody, nie widział bliskiego portu czy nieodległych zabudowań Hobbs End. Był tylko szary tuman wypełniający prawie cały świat. Jednolicie miękki zdawał się dusić, zabierać powietrze z płuc. W jego odmętach, zrazu nieprzeniknionych zaczęły malować się ciemniejsze kształty, które z klekocząco-mlaszczącym odgłosem zbliżały się do skalistej iglicy. Cienie we mgle poruszały się podobnie jak ludzie, było w ich gestach jednak coś karykaturalne30

go, jakiś ślad degeneracji i inności. Były jak zło, które wyganiamy ze swej duszy, a ono odchodzi tylko po to, by ukryć się gdzieś i przeczekać, a następnie uderzyć w najmniej spodziewanym momencie. Były diabłami i Tuetha deDannan i wszystkimi tymi stworami z koszmarów, które boimy się nazwać, kryjącymi się zawsze tam, gdzie nie mamy odwagi nawet zerknąć. Postać w zbyt dużym płaszczu nie czekała na nie bezradnie. Przygarbiona sylwetka wyprostowała się, potężniejąc gwałtownie. Wyglądała teraz jak tytaniczny posąg antycznego bóstwa, które ktoś przez pomyłkę odział w filcowy płaszcz. Spod poplamionego kaszkietu błysnęły zielone oczy, w których budziła się pradawna mądrość. Kosmyki siwych włosów i gęstej brody otaczające twarz zdawały się ją rozświetlać. Z ust wyrwały się słowa, których już od eonów nikt nie używał. - Syha’h orshagg sll’ha li’te. Tyczka służąca mu dotąd do zapalania lamp zaczęła się skręcać, jej drewno ożyło, pod gładką dotąd powierzchnią zarysowały się guzy przypominające napięte węzły mięśni i ścięgna, a wieńczący ją lekko tlący się knot rozpalił się gwałtownym złotawym płomieniem. Jakby w odpowiedzi na tę nagłą przemianę we mgle spowijającej już całe Hobbs End zapaliły się niewielkie, przypominające odległe iskierki, ogniki. Rozpalały się w równych odstępach przez całą długość Smugglers Row, później Chappels Road, jego prawą odnogę - Mayflower Alley, wreszcie Bakery i Fisherman Street. Płomyczki rosły w siłę, a dobywające się zza ołowiowego szkła ciepłe, żółtawe wachlarzyki odstraszały miękki tuman mgły, niemal było widać, jak szary opar w zetknięciu z aurą latarni rozsypuje się w drobny pył. W przeciągu kilku chwil całe Hobbs End było skąpane w jaśniejącej poświacie. Sylwetki w kłębiącej się mgle otaczającej półwysep zaklekotały wściekle. Kilka z nich, noszących bogato zdobione złote ryngrafy na piersiach i krótkie, toporne noże w zniekształconych łapach ruszyło w stronę człowieka. Mimo że ich kolebiący chód był pokraczny, poruszały się zadziwiająco szybko, ale jeden ruch laski z pełgającą miodowym blaskiem głownią wystarczył, by powstrzymać cały ich impet. Gwałtownie skarlały i skurczyły się, jakby smagnięte batem, pochylając swe wstrętne, nieomal rybie 31

pyski z wybałuszonymi oczami pozbawionymi powiek w parodii pokornego ukłonu. To wystarczyło, by potężny mężczyzna uśmiechnął się z dzikim wyrazem triumfu na twarzy i pełnym głosem zawołał: - Zhro goffn Dag’n bug a’shogg y’hah. Stwory, wciąż pochylone w służalczej pozie, poczęły cofać się w stronę morza. Wraz z nimi ustępował szary, duszący opar, odpływający w stronę otwartego morza i rzedniejący coraz bardziej. Lekki powiew wiatru od strony lądu zaczął kąsać i szarpać jego wiotczejące kłęby, rozganiając mgłę w stronę rysującego się coraz wyraźniej widnokręgu. Po chwili morze było czyste. Pozostała tylko samotna sylwetka człowieka na klinie półwyspu i trzy pokraczne postacie stojące tuż przy brzegu. Dwie z nich rosłe, odziane w podobne ryngrafy jak widziani wcześniej wojownicy i szkarłatne togi i złote tiary, podpierały, a właściwie podtrzymywały trzecią istotę. Była ona - nawet w stosunku do ich gadziej budowy - pokurczona i w jakiś straszliwy i równocześnie groteskowy sposób zniekształcona. Przypominała zarówno człowieka, jak i rybę, żabę i wszystkie te plugastwa, które lęgną się w stojącej wodzie. Jej skórę pokrywał zielony liszaj wodorostów, a na torsie malowała się szarawa plama pleśni. Zasnute bielmem rybie oczy patrzyły na człowieka, a na pysku malował się wyraz bezgranicznej wściekłości. To ostatnie wydawało się całkiem niemożliwe, gdyż stwory, jak dotychczas, były pozbawione jakiejkolwiek mimiki. Z szerokiego, pozbawionego warg pyska wydobyło się kilka charczących dźwięków, jakby postać próbowała przypomnieć sobie dawno już zapomnianą umiejętność. - N’gha te hlirgh.. - udało jej się wreszcie wyskrzeczeć. Mycroft popatrzył na stwora z drwiną i podnosząc swój kij, rzucił krótkie: - N’hai grah’n. N’hai.. Akolici próbowali przez chwilę walczyć z imperatywem, który ten gest w nich wywołał, lecz pokonani schylili kornie obłe łby zwieńczone tiarami i posłusznie ruszyli w kierunku morskich głębin. Tylko ich prastary władca patrzył z niegasnącą furią na człowieka poprawiającego wyświechtany kaszkiet ze złamanym daszkiem. Ostatnim obrazem, jaki odbił się w zbielałych źrenicach był utykający krok staruszka w zbyt dużym brudnym płaszczu kierującego się w stronę Hobbs End. Świtało i stary Mycroft musiał zgasić lampy. 32

Andrzej Olszewski Mdłe, żółtawe światełko lampy patrolowej z wyraźnym trudem omiatało ogrodzenie fabryki cygar Rowlinga. Odbicie zamkniętego w jej wnętrzu płomyka pląsało na kształtach poszarzałych desek i widocznych na nich słojach, nie potrafiąc wydobyć z ciemności większej powierzchni płotu. Przez chwilę zamigotało na jaśniejszej plamie, by wreszcie oświetlić prawie nieczytelny arkusz papieru. Kiedy przyjrzałem się dokładniej, bez trudu rozpoznałem pozostałości charakterystycznego symbolu czarnej kuli na czerwonym tle, świadczącego o tym, że był to kiedyś plakat linii Black Ball, z którym słońce i deszcz kończyły właśnie walkę. Już dziesięć lat z górką ich klipry nie pokonują Atlantyku, a jednak ten afisz wciąż jeszcze się ostał. Zwisał na trzech zardzewiałych gwoździach jak wspomnienie dawnych, zacnych czasów, szeleszcząc poszarpaną powierzchnią przy najmniejszym podmuchu. Czwarty narożnik ktoś oderwał już dawno temu, ostała się po nim tylko jaśniejsza smuga na drewnie oraz rana po gwoździu. Tuż obok, pod niewielkim daszkiem, płowiał stary rozkład jazdy tramwajów konnych, kursujących stąd do East Endu. Od kiedy zamknięto fabrykę, tramwaj nie był tu już potrzebny i linię zlikwidowano. Wkrótce zresztą te zacne konne tramwaje przejdą już chyba do historii, zastąpione przez elektryczne, jak w Blackpool, czy te podziemne, jak między Śródmieściem a Południowym Londynem. Zostaną tylko nieliczne papierowe artefakty, w podobnych temu tutaj miejscach nieomal zapomnianych przez Boga. Ale niestety, ludzie o nich nie zapomnieli, zwłaszcza jedna osoba… Na moje nieszczęście ten człowiek to mój pryncypał. Inspektor Connely. Kiedy dziś polecił mi sprawdzić całą długość Merchands Row, zastanawiałem się, czym też mogłem się mu narazić. Gdyby nie to, że pochodzi tak jak ja z Zielonej Wyspy, mógłbym mniemać, że jak wielu tutaj nie przepada za moimi irlandzkimi korzeniami. Ale Connely nie był taki, na równi traktował naszych, Szkotów i Walijczyków. Przyczyna musiała być inna. Przypuszczam, że ktoś musiał 33

mu szepnąć, jak podczas tej bitki z Bengalskimi Tygrysami puściłem wolno chłopaka od Gilbertów. Szkoda mi go było, niby niegłupi, a dał się omamić tym nierobom i awanturnikom. Tylko kto mógł donieść? Simmons… Jak nic ta gnida z zazdrości, że już skończyłem staż i zostałem pełnoprawnym konstablem, a jemu się to nie udało... W sumie to nie wina Connely’ego, kogoś musiał wyznaczyć. Jego też ktoś naciska… A wszystko dlatego, że od pół roku do Scotland Yardu docierały zgłoszenia, że jakieś indywidua wynoszą coś z tej opuszczonej fabryczki i Connely jakieś dwa miesiące temu kazał sprawdzić tę okolicę... Tylko czego tu szukać? Płot otaczający ustawione w podkowę ciemne, garbate pudła hal produkcyjnych, próchniejące drewniane szkielety konstrukcji żurawia i rozpadające się skrzynie na centralnym placu. Pamiętałem czasy świetności fabryki, kiedy to cygara stąd przewyższały smakiem i aromatem te sprowadzane z Nowego Świata. Zakład żywił wtedy kilkadziesiąt osób, każda z nich pracowała przez siedem dni w tygodniu za kilka pensów, ale chwaliła sobie, że ma jakąkolwiek pracę. Niebotyczny majątek Rowlinga natomiast wciąż rósł. Stać go było na wszystko: powozy, spore posiadłości na prowincji, mówili nawet, że miał swoją drużynę polo i zamierzał zainwestować w stocznię. Ale pewnego dnia robotnicy zastali bramy zakładu zamknięte i odeszli z kwitkiem, następnego również… Gruchnęła plotka, że właściciel zostawił wszystko, co miał, i po prostu odpłynął gdzieś w świat. Wtedy też pojawili się ludzie z wekslami i okazało się, że jego fortuna była jak balon, wielki i kolorowy, ale pusty w środku. Teraz potężne budynki powoli niszczały, obłaziły z szarej farby, smagane przez deszcz i śnieg. Interesowały już tylko złodziei, którzy próbowali wynieść fanty, które da się później spieniężyć. A tak swoją drogą, ciekawe co jeszcze mogą stąd wywieźć? Wszystko, co miało jakąś większą wartość, zabrali już jakiś rok temu wierzyciele Rowlinga... Moim zdaniem to nie żadni złodzieje, mniemam, że to raczej któraś z komun „wewnętrznego miasta” się tu ulokowała, kieszonkowcy albo żebracy. Puste budynki to dla nich idealna przystań, dająca dach nad głową, suchą podłogę do spania i miejsce, gdzie mogą wymienić łupy zgromadzone w ciągu całego dnia. W sumie nie dziwię się im, widziałem kilka takich nor, w jakich gnieździ się biedota. Kiedyś z Wilkesem 34

szukaliśmy robotnika, który skuszony chorymi mrzonkami Kropotkina ośmielił się podnieść rękę na zarządcę tkalni. Do dziś pamiętam ruinę, do której musieliśmy się zapuścić. Niewielka - zdawałoby się, że zapadnięta - kamienica, jakich wiele stało na East Endzie. Przez okna wylewał się gęsty smród gotowanej kapusty i niemytych ciał ludzkich, brudne dzieciaki biegające jak je pan Bóg stworzył po niewielkim placyku między balią wypełnioną mydlinami, rozwieszonym na sznurze świeżym, ale poszarzałym już praniem i zrzuconymi na niedbały stos kłodami drewna. Wnętrze było jeszcze gorsze, w niewielkich izbach gnieździli się ludzie, jak szczury w kanałach. Stoły i ławy z desek przerzuconych przez puste skrzynki, sienniki rozłożone na podłodze. Ktoś jadł obiad, nie zważając na współżyjącą tuż za jego plecami parę. Ktoś krzyczał, ktoś nam wygrażał. Ale najbardziej wrył mi się w pamięć wyraz oczu żony tego robotnika, przypomniała mi moją Harriett… Patrzyła na mnie i Wilkesa ze łzami w oczach i składając ręce jak do modlitwy, prosiła tylko o jedno: - Nie zabijajcie go panowie. Błagam… Co ja bez niego zrobię? Otrząsnąłem się z tych wspomnień. Nie czas teraz na rozczulanie się nad sobą, to mogę zrobić po służbie, przy pincie ciemnego Ale. Teraz miałem inne obowiązki. Ponownie podniosłem latarnię i oświetliłem płot opuszczonej fabryki. Dziwna ta trawa, taka żółta i sucha, ciekawe dlaczego? Może to prawda, że palenie cygar nie jest tak zdrowe, jak twierdzą lekarze? Na placu za płotem stoi kilkanaście skrzyń z najprzedniejszym niegdyś tytoniem z Virginii. Ciekawe, co deszcz i śnieg mogły z nim zrobić przez cały ten czas? Spleśniał? Zgnił? Wyobraźnia usłużnie podsunęła mi obraz metamorfozy, jakiej mogło ulec to szeleszczące złoto: gruby, biały kożuch pokrywający od góry powiązane w pęczki brązowe liście i zbutwiałą obrzydliwą papkę, w którą zmieniła się drogocenna roślina leżąca na dnie drewnianej paki. Sącząca się z niej gęsta, oleista ciecz, jak jad cadavera, przesiąka przez mokre deski i wsiąka prosto w ziemię, by przeniknąć do korzeni roślin. Coś trzasnęło za płotem. Cicho, jak łamiąca się gałązka, na którą ktoś nieopatrznie 35

nastąpił. Wstrzymałem oddech i przykręciłem knot lampki patrolowej. Jedna z desek ogrodzenia odsunęła się, następnie pojawiła się na niej niewielka, umorusana do granic przyzwoitości dłoń. Odczekałem jeszcze chwilę, by wreszcie szybkim ruchem złapać szorstki kołnierz surduta gramolącego się przez dziurę wyrostka. Kiedy poczuł uścisk zaczął się wić jak piskorz, próbując się wyrwać i wpełznąć z powrotem na teren fabryki, ale wąskie przejście skutecznie mu to uniemożliwiło. Szarpnąłem mocniej i przy wtórze trzasku pękającego materiału przeciągnąłem chłopaka na swoją stronę płotu. Gdy był już na otwartej przestrzeni i uwolnione spomiędzy desek nogi wsparły się na bruku, natarł na mnie niespodziewanie barkiem. Nie był rosły, ale gwałtowność tej czynności sprawiła, że straciłem równowagę i cofnąłem się kilka kroków, by się zatrzymać, gdy plecy znalazły oparcie w słupie jednej z ciemnych latarni. Przez ten czas opryszek nie próżnował, oswobodził się ze zbyt obszernego surduta i zaczął uciekać w dół drogi, prosto między ciemne budynki magazynów. Zanim odzyskałem równowagę, był już daleko, odwrócił się na chwilę i włożywszy do ust dwa palce, przeraźliwie zagwizdał. W odpowiedzi wydarzyły się dwie rzeczy. Natychmiast po sygnale, za ogrodzeniem coś głucho stuknęło i dał się słyszeć dźwięk oddalających się lekkich kroków. Opryszków było więc dwóch… Nie dano mi jednak się nad tym długo zastanawiać, bo chwilę później ulicę za mną wypełnił tętent końskich kopyt i tuż obok, ocierając się niemal o rękaw mojego płaszcza, z jękiem skórzanych resorów przemknęła czarna bryła dorożki. Nie widziałem twarzy powożącego nią fiakra, udało mi się tylko dostrzec na koźle jego ciemną, pochyloną sylwetkę zwieńczoną błyszczącym walcem cylindra. Kołysząc się na nierównościach drogi, czarne pudło zrównało się z wyrostkiem, który wciąż wydawał się nie pojmować, co się wokół niego dzieje. Wyraźnie dostrzegłem jego profil, na którym nie zdążyła jeszcze zgasnąć radość z udanej ucieczki, a już zaczynała budzić się groza. Na moment uchyliły się drzwi powozu i czyjaś ręka wciągnęła mojego Oliviera Twista do środka. Woźnica strzelił z bicza, poganiając ciemne konie o i tak już mocno spienionych bokach, by chwilę później pojazd przy wtórze wściekłego wizgu naglonych zwierząt zniknął za zakrętem między halami magazynów. Wszystko 36

wydarzyło się w mgnieniu oka, nie zdążyłem nawet dostrzec szczegółów błyszczącego emblematu z boku dorożki, który mógł być jej numerem bądź herbem właściciela. Stojąc na środku pustej ulicy, z brudnym, podartym surdutem młodego złodziejaszka w ręce, wciąż nie mogłem pojąć, co się wydarzyło. Sięgnąłem po gwizdek i biegnąc w stronę zakrętu prowadzącego do Cotton Road, za którym zniknął powóz, zacząłem dąć w niego z całych sił. Chwilę trwało aż z okolicznych kwartałów przybiegło dwóch funkcjonariuszy: konstabl, jak ja, znałem go zresztą z widzenia, oraz sierżant, którego twarzy za żadne skarby nie potrafiłem sobie przypomnieć. Po niedawnej przeprowadzce Yardu na Victoria Street nie było to niczym dziwnym, na ulicach pojawiło się sporo nowych twarzy. - Co się stało konstablu? - zimne oczy podoficera zdawały się zaglądać głęboko do wnętrza mojej głowy. Nie wiedziałem, jak opisać to, co miało miejsce. - Schwytałem szabrownika... - odparłem, łapiąc oddech i potrząsając surdutem opryszka, z którego rozdartej kieszeni wysypało się na ziemię kilka pokrytych szarawym nalotem cygar - ...ale mi się wyrwał. - I po to zdejmujecie ludzi z miejsc, gdzie mogą być bardziej potrzebni? - sierżant podniósł z ziemi mocno zwinięty liść tytoniu i przyglądając się mu, uniósł brwi – Do licha! Bo nie potraficie dogonić jakiegoś smarkacza z paczką zapleśniałych cygar? - Powóz go zabrał… Taki czarny. Surowy podoficer przyglądał mi się z coraz większą ciekawością. - Zatem mówicie, że uciekł powozem? - Nie uciekł. Ktoś go wciągnął do środka i wyglądało, że zrobił to wbrew woli dzieciaka. Jeden z konstablów, Perkins chyba miał na nazwisko, nim zaczął mówić, uśmiechnął się krzywo w cieniu wąsa. - Cotton Road na pewno nie pojechali, stamtąd ja przybiegłem, a po drodze nic nie widziałem. Tam nie ma bocznych uliczek aż do Salisbury Road, no i przed twoim 37

gwizdkiem nic nie słyszałem, żadnych koni czy powozu. A między tymi budynkami dźwięk się niesie jak diabli… Nie patrzył mi w oczy i domyślałem się, co pomyślał… Głośno powiedział to jednak sierżant. - Ech, wy Irlandczycy i te wasze głupie bajki. Co, wypiło się za dużo? - Na Boga, ja… - chciałem wyjaśnić, że nie piłem dziś nic, ale nie dał mi dojść do głosu. - Jeszcze dziś napiszę na was raport. I Bóg mi świadkiem, że nie spocznę dopóki nie poniesiecie odpowiedzialności za to, co uczyniliście. Też coś, nie chciało się za dzieciakiem pobiec, to zwołał wszystkich funkcjonariuszy z okolicy. - Mówiąc, to robił się coraz bardziej czerwony na twarzy - I to tylko po to, by opowiedzieć im jakąś irlandzką bajkę o czarnym powozie… Z kieszeni na piersi dobył kopiowy ołówek fioletowej barwy, którego końcówkę poślinił i kilkoma ruchami zapisał na małej kartce mój numer służbowy. Z satysfakcją popatrzył na swoje dzieło i dorzucił: - Postaram się, żeby jedynym waszym źródłem zarobku został leprechaun z dzbanem złota i żebyście mieli bardzo dużo czasu, by go szukać na końcu tęczy. Tak, to zdecydowanie nie był najlepszy spośród moich dni. Dłuższą chwilę patrzyłem w ślad za odchodzącymi w stronę Cotton Road postaciami. Po chwili ich malejące sylwetki zniknęły za rogiem, pozostawiwszy za sobą tylko cienie, wciąż rosnące i rozmywające się w migotliwym świetle. Kiedy ucichły już echa dudniącego głosu sierżanta i potakującego mu służalczo Perkinsa, ruszyłem dalej. Cóż, służba… Dziwne, ale im bardziej postępowałem naprzód, tym bardziej zdawało mi się, że zmyliłem drogę, mimo że tablice na słupach mówiły coś przeciwnego. Miast znajomych budynków garbarni i Składu Richmonda, leżących na przedłużeniu Merchands Row oczom mym ukazały się kamienice niemal żywcem przeniesione z najpodlejszych zakątków East Endu. Rynsztok śmierdział coraz bardziej, a w powietrzu unosił się smród alkoholu i uryny. Minąłem okrągły otoczony łukowatą kolumnadą, brukowany placyk ze studnią pośrodku. Żeliwna ręczna pompa wystająca znad kamiennej cembrowiny 38

zamknięta była solidną kratą, pod którą spał jakiś ochle,j tuląc się do rozbitej butelki. Krew ze zranionego czoła mieszała się z sączącym się winem i razem gęstniejącym strumykiem spływały do wiecznie głodnego rynsztoka. Alkohol czynił snadź cuda, bo pomimo bolesnej, zda się, rany i zbyt skąpego na wieczorny chłód tużurka, pijak uśmiechał się przez sen z wyraźnym ukontentowaniem. Ruszyłem dalej, rozglądając się ciekawie i nasłuchując zbliżającego się coraz wyraźniej gwaru i śmiechu. Po chwili dane było mi poznać jego źródło. Był to jeden z tych przybytków, gdzie robotnicy i szumowiny z podłych dzielnic mogli ulżyć sobie, folgując cielesnym chuciom. Ale nim zbliżyłem się w jego okolice, dużo wcześniej widziałem już stojące pod murem kobiety. Gorszego były chyba stanu, bo nie mając nawet tak podłego jak nieodległy lupanar dachu nad głową, czekały blisko ciemnych zaułków od jakich roiła się ta okolica, gdzie mogły w spokoju obsłużyć swoich klientów. Szybko i niechlujnie, w bramie, za parę pensów… Patrzyły te istoty na mnie tak, jak patrzy się na dziwadło w budzie wędrownych Cyganów. Gdy je mijałem, przycichły gwałtownie i czułem ich wzrok ślizgający się po bruszwickiej gwieździe na hełmie i srebrnych numerach na epoletach munduru. Musiał to być nieczęsty widok w tej okolicy. Wtem jedna, zapewne najodważniejsza z nich, zbliżyła się i z uśmiechem, który jej się widocznie zdawał ponętnym, rzekła: - Nie masz ochoty przemusztrować Słodkiej Betty, mój żołnierzyku? Popatrzyłem na nią uważnie, oświetlając jej lico latarką. Zmrużyła oczy i cofnęła się kilka kroków, ale nie zdołała ukryć prawdy. To, co krył sprzyjający jej mrok, w świetle rysowało się aż nadto wyraźnie: była stara. Ni puder, którego nie szczędziła, ni barwa do ust, której również nie żałowała, nie potrafiły ukryć głębokich bruzd zmarszczek orzących jej twarz. Nie musiałem już nic mówić, jej uśmiech zgasł, a ona uciekła przede mną, kryjąc się w cieniu. - Nie, dziękuję Betty,… - sam nie wiem, dlaczego jednak zdobyłem się na te słowa. …może kiedy indziej. Ruszyłem dalej, coraz bardziej zbliżając się do zamtuzu. Paskudne sprawiał wrażenie. Obłażące z tynku ściany pokryte ongi żółtą farbą zaszły z czasem ciemnymi plamami grzyba. Podrapane i wypaczone drzwi oświetlała zwisająca smętnie z zakrzywionego 39

pręta, uczyniona na orientalną modę, mała latarnia zdobna w czerwone szybki. Z wnętrza dochodził pijacki bełkot i śmiech, ale wprawne ucho mogło dosłyszeć również jęki i sapanie dobiegające zza nielicznych, brudnych okienek. Już miałem minąć to siedlisko zepsucia, kiedy przypadkiem zerknąłem przez metalowe pręty ogrodzenia w głąb przylegającego do niego podwórka. Było niewielkie i wyglądało jak wąska studnia otoczona cembrowiną ślepych okien, jednak na jej dnie krył się prawdziwy skarb. Mój tajemniczy powóz. Skierowałem lampkę, oświetlając pustą teraz i ciemną budę, kształt kozła z zatkniętym nań długim batem i flankującymi go dwoma potężnymi latarniami. Na boku pojazdu zauważyłem ten charakterystyczny błyszczący znaczek. Teraz nawet w świetle mojej lampki nie potrafiłem rozpoznać, czym był. Najpewniej ozdobą tylko, bo nie potrafię wyobrazić sobie, by jakikolwiek herb rodowy miał tak dziwaczne i powyginane kształty. Wyglądał nieco jak litery jakiegoś pradawnego języka, może z Indii, może z Nowego Świata… Z przodu powozu rozległo się stłumione chrapnięcie i czym prędzej tam właśnie skierowałem swoje światło. W ciemności dostrzegłem tylko lekko kołyszące się kształty końskich łbów zanurzonych w workach z obrokiem. Szarpnąłem za kratę, czując jak w dłonie wbijają mi się drobne rdzawe igiełki, jednak bezskutecznie. Furta była zamknięta. Szybko rozejrzałem się za jeszcze jednym, nieodzownym, składnikiem tutejszego kolorytu, aż zauważyłem błysk jakiś w cieniu pod balustradą schodów. - Wyłaź. W interesach przyszedłem. – Rzuciłem szybko, nie czekając aż wsadzi mi nóż pod żebra. Ubrany w pasiastą kamizelkę i przekrzywiony melonik sutener wychynął z mroku i przez popsute zęby wyseplenił najpaskudniejszą odmianą cockneya: - Przecie żem już zapłacił… Był w tem mniesioncu ktoś łod was. - Nie przyszedłem po pieniądze. Nie wiesz, czyj ten powóz? - Wskazałem na pudło stojącej w cieniu dorożki. - Ano pszyłażom tu różne takie. Wisz, moje dziewczynki majom fajne… - Wiesz, czyj jest ten powóz? - Nie interesowało mnie, co fajnego mają jego dziewczynki. W tej chwili co innego bardziej absorbowało moją ciekawość, co podkreśliłem 40

mocniejszym akcentem na słowach „ten powóz”. Ale oprych nie pałał zbytnio chęcią współpracy i szybkim ruchem sięgnął do kieszeni. Na szczęście spodziewałem się tego i zdołałem na czas złapać za dłoń, w której pojawiło się długie ostrze żeglarskiego noża. Drugą ręką chwyciłem go mocno za gardło i z całych sił pchnąłem na ścianę. Upuszczone żelazo zadźwięczało na bruku. - Puść… - wydyszał - powiem wszystko. - A co wiesz? - Bryczka jest łod Łysego Tommy’ego, znaczy łod Toma Granta. A mówił żem mu, że się łapsy zleco… Jak ino się z niom tu pierwej zjawił. Ale gadał, psia wiara, że znalaz frajera, co mu dał forse na nowy powóz, byle go tylko po mieście woził. - Jest w środku? - rozluźniłem nieco chwyt - Ni, na dół polaz. – Rozcierając nadgarstek, wskazał niewielkie drzwiczki prowadzące do sutereny. - Łopium pali. Ale wlaz tam z godzine nazad. Masz pan, panie władzo, kupe czasu. Może darmówke? - Może innym razem… A ten Grant to gdzie? - wskazałem pusty kozioł powozu. - No łon polaz na dół… - A pasażer? - Tommy’ego tylko żem widział. Nikogo wincej… Przez chwilę patrzyłem na wijące się na drzwiach od sutereny złote chińskie smoki. - Powiadasz, że opium pali… No to otwieraj bramkę. Wspiąłem się do wnętrza powozu, a mój cerber stał przy kracie z kluczami i kilkoma dodatkowymi pensami w kieszeni. Tak, to był ten sam powóz. Skórzane resory zaskrzypiały, kiedy się wspiąłem do wnętrza. Nie bacząc na cichutki pogłos, który niósł się po pionowych ścianach otaczających mnie kamienic, uchyliłem drzwiczki i wślizgnąłem się do środka. Zasłony były zaciągnięte, jednak odrobina blasku latarni wpadająca przez uchylone drzwi wydobyła z mroku kształty długiego płaszcza podróżnego wiszącego przy oknie po przeciwnej stronie oraz stojącej tuż przy nim na wyściełanej czerwonym aksamitem kanapie torby. Zwykłej torby, jaką zobaczyć można u każdego z tutejszych lekarzy. Powietrze przesycone było zaduchem, który przy41

pomniał mi wnętrze apteki. Zapach mięty, szałwii, rumianku, dyskretna, acz wyraźna nuta gorzkich migdałów i chyba najwyraźniejsza, silna woń alkoholu do dezynfekcji. Ale pachniało jeszcze czymś. Aromat ten, o dziwo, przypominał woń powietrza po burzy nad morzem. Ponaglany ciekawością sięgnąłem pierwej po torbę stojącą, jak wyzwanie, po środku siedziska. Z zewnątrz nie wyróżniała się niczym - ot, zwykła torba lekarska, z brązowej skóry, lekko otarta na brzegach, z biegnącą przez cały bok rysą, zapastowaną później na brązowo. Na środku jaśniały srebrem litery M.D. Zapięcie cicho trzasnęło w ciszy dorożki. Wnętrze torby wypełniały narzędzia, ewidentnie należące do chirurga, ich błyszczące krawędzie jaśniały jakimś niesamowitym blaskiem. Rozpoznałem długie kształty skalpela i zacisku, ale większość z nich była dziwnej konstrukcji, która zdawała się zupełnie nie przystawać do ludzkiej dłoni. Tuż obok, w kącie torby, w dwóch przejrzystych słojach, zanurzone w lekko mętnym płynie, spoczywały krwiste ochłapy, przypominające z lekka mięso rozkładane na stołach jatki po uboju, tyle, że dalekie od niego wielkością. Moment jeszcze wpatrywałem się w kształt za szkłem, by wreszcie zdać sobie sprawę, czym był. Niewielkie serce, rozmiaru może połowy mej dłoni, świeżo snadź wycięte, gdyż z aorty wciąż jeszcze wydobywał się, jak dym zanieczyszczający klar alkoholu, karminowy płyn. Poruszony tym wstrząsającym odkryciem cofnąłem się z obrzydzeniem, nie baczny, że mam za sobą drugie siedzisko. Nie dziwota więc, że kiedy podcięło mi kolana, na oślep próbowałem się czegoś złapać. Ręka moja trafiła na przedmiot, który początkowo brałem za trencz podróżny. Rację miałem, biorąc go za okrycie wierzchnie, nie był to jednak do końca płaszcz albo rzec można - nie tylko płaszcz. Była to szata łącząca w sobie cechy płaszcza, surduta, kamizelki i pantalonów, z jakoby maską teatralną przymocowaną nad sztywną stójką białego kołnierzyka z eleganckim fularem. Ze zdziwieniem zauważyłem, że od maski teatralnej różni ją sporo, pod przymkniętymi powiekami kryły się błękitne oczy, a w ustach widać było jasny kształt języka. Nie to było jednak najbardziej niesamowite. Jej druga strona pełna była jakoby drucików i spinek, których przeznaczenia ciężko było się domyślić. 42

Nagle poczułem coś dziwnego, jakby ktoś obcy, ohydny i kosmaty wlazł do mej głowy, odbierając władzę we wszystkich członkach. Siedziałem tak, uwięziony we własnym ciele, nie mogąc wykonać najmniejszego nawet ruchu. Patrzyłem tylko szeroko otwartymi oczami na rozgrywający się przede mną ciąg wydarzeń, nie dając wciąż wiary temu, co widzę. Pierwej na przeciwległej ścianie począł malować się zielonkawy owal, który zrazu lekko świecił, jak próchno w lesie, by po chwili jaśnieć silnym zielonym blaskiem. Z owego spłaszczonego okręgu wychynął stwór jakiś, różowawy i skrzydlaty, zbrojny w całą masę odnóży. Bardzo chciałem odwrócić wzrok od tej grozy i plugawości, ale nie byłem w stanie nic uczynić. Zobaczyłem jeszcze jak jednym z odnóży sięgnął po owe odzienie z maską i zaczął wdziewać je na siebie, zyskując kształt zwykłego człowieka. Kiedym zobaczył, jak owe druciki i zapinki łączy z wypustkami na swej „głowie”, rozum mój odmówił posłuszeństwa i zanurzył się w otchłani niepamięci. Memu powrotowi do przytomności towarzyszył turkot kół dorożki na bruku i jakiś odległy kurant wygrywający spokojną melodię. Po chwili rozpoznałem te dźwięki, tak grał tylko zegar na portyku Londyńskiego Szpitala. Byliśmy więc na Whitechapel Road. Istota udająca człowieka siedziała na wprost mnie. Patrzyła na mnie swym świdrującym wzrokiem, coś w jej oczach przypominało spojrzenie sierżanta, który zbeształ mnie na Cotton Road. Zaiste, wyglądała jak istota ludzka, ale każdy kto dłuższą chwilę patrzył w te oczy mógł dostrzec iskry jakiejś posępnej i plugawej mądrości. To „coś” przechyliło głowę, popatrując na mnie i poczułem, jak moja ręka unosi się do kieszeni munduru. Gdy ucichł turkot kół i charakterystyczne kołysanie, oznajmiając zatrzymanie się dorożki, ta sama siła kazała memu ciału wstać i opuścić pojazd. Niezgrabnie wygramoliłem się z budy i ruszyłem w kierunku stojącej pod lampą prostytutki. Mocno złapałem ją za rękę i pociągnąłem za sobą, opierającą się, wierzgającą i wzywającą pomocy. Inne kobiety rozpierzchły się z piskiem, w moim kierunku ruszył tylko krępy sutener, kryjący się dotąd gdzieś w cieniu. Odepchnąłem go, z głuchym stukiem uderzył o bruk i nie podniósł się już. Nie bacząc na to, ciągnąłem ją, wypełniając 43

polecenie jakiejś obcej siły, która wzięła w posiadanie moje ciało. Ta sama siła kazała mi wkrótce skręcić w jeden z ciemnych zaułków. Czekał tam już ów stwór, którego znałem z dorożki… Z niecierpliwością zbliżył się do szarpiącej się kobiety, którą wciąż trzymałem w żelaznym uścisku i przyłożył jej do ramienia jakiś szklany przedmiot. Rozległ się tylko cichy syk i bezwładne ciało osunęło się na kamienne płyty. Nie sposób opisać tego, co działo się później, by nie pogrążyć się w otchłani szaleństwa. Błysk ostrza, ciepła czerwień spływającej krwi, wszystko to wżarło się, jak kwas w akwafortę, w mą pamięć. Ale to była dopiero przygrywka tego, co ów „lekarz” wyprawiał z ciałem drobnej prostytutki później. Tego nie da się wypowiedzieć normalnymi słowami i wciąż czuję obrzydzenie nawet do siebie, że byłem tak blisko owej ohydy. Bezwolny wprawdzie, gdyż będąc uwięziony w skamieniałym ciele, śledziłem jednak rozgrywające się na niewielkim podwórku bezeceństwa. Na nic zdały się moje wysiłki, by odwrócić głowę lub choćby przymknąć oczy, jakby kontrolująca moje ciało siła napawała się również ogarniającym mnie obrzydzeniem i zgrozą. Ze swego doświadczenia zawodowego wiedziałem, że ludzie potrafią być okrutni, ale to, co czyniła owa istota, przerosło najgorsze ich czyny kilkakrotnie. Znałem tylko jedno określenie, które jak ulał zdało się pasować do tego, co działo się z żywą wciąż i czującą kobietą – bestialstwo. Tak, to było właściwe określenie… Nie wiem, ile trwała ta groza, umysł mój musiał w pewnym momencie przestać ją nawet ogarniać. Do przytomności przywołał mnie dopiero trzask skórzanego bata i rżenie koni. Stałem tak, na pustym podwórku nad splugawionym ciałem, nie wiedząc, co uczynić. Sięgnąłem po służbowy gwizdek i zacząłem dąć w niego z całych sił, jakby od tego miało wszystko zależeć. Wzywałem na pomoc Yard, całą londyńską policję, ale również w cichości ducha liczyłem, że i wszystkie zastępy świętych, by uwolniły me sumienie i duszę od tego, czego byłem świadkiem. Gwizdek dźwięczał swym wysokim tonem w załomach murów, długich nawach uliczek i alei, wznosząc się do ciemnego nieba i wyżej, ponad grubą pokrywę chmur, do gwiazd. Ale przybiegli tylko policjanci.

44

Charakteryzują się niepowtarzalnym wzornictwem oraz najwyższą jakością wykonania!

dowiedż się więcej na www.sklep.galmadrin.pl 45

Cezary Czyżewski Najdroższa Siostro! List ten będzie długi, albowiem rzeczy, o których przyszło mi pisać, trudne są do zrozumienia, by nie rzec niemożliwe. Żywię gorącą nadzieję, iż trwasz w dobrym zdrowiu, oraz że krewni nasi darzą Cię sympatią i zrozumieniem. Wiem, jak ciężkie będą słowa, które zaraz przeczytasz, błagam Cię jednak, byś doczytała je do końca, bez względu na to jak dziwaczną wyda Ci się cała historia. Zrozumiesz przez to, co działo się ze mną w ciągu ostatnich miesięcy i dlaczego musiałem dokonać takich a nie innych wyborów. Jeśli o mnie chodzi, wciąż żyję, choć dalibóg nie wiem, czy jest jeszcze we mnie chęć do życia po tym wszystkim, czego doświadczyłem. Czy pamiętasz jak, gdy byliśmy dziećmi, bawiliśmy się w ogrodzie ciotki, udając że wyprawiamy się do dalekich krain na nieznanych lądach? Każdy nowy zakątek, każdy krzak i każde drzewo stawało się osobnym odkryciem, budzącym dreszcz podniecenia i rodzącym fantazje o Afryce, Ameryce i Dalekim Wschodzie? Zrujnowana altana była naszą starożytną świątynią, a garść szklanych paciorków skarbem faraona? To wszystko było zabawą i wiedzieliśmy, że za chwilę i tak stara Pelagia zawoła nas na kolację. Wszystko było bezpieczne i swojskie. Chociaż nieznane, mieściło się w pojmowaniu pacholęcego umysłu. Marzyłem wtedy o wyprawie prawdziwej, o ekspedycji, która zaprowadzi mnie tam, gdzie jeszcze nikt z ludzi nie dotarł, do miejsc wciąż czekających na odkrycie. Rozumiesz więc, że gdy dostałem list z Petersburga, nie mogłem odmówić. Wierz mi, droga Siostro, powinienem był wtedy posłuchać głosu twojego serca i nie wyjeżdżać. Twoja kobieca intuicja miała rację, dziś bowiem, pomny tego, czego doświadczyłem i wciąż doświadczam, rad byłbym wszystko to zapomnieć. Było mi zostać w Kraju i żyć dalej żywotem normalnego człowieka, nieświadomego prawdy o nieznanym świecie! I jeśli zwątpienie w nieskończone dobro, jakim jest Bóg miałoby być grzechem, to stałem się grzesznikiem, który do końca dni swoich będzie 46

pokutował, choć winnym stał się mimo swej woli. Gdy dotarłem do Sankt Petersburga, spotkałem się z Fiodorem Korżakowem, profesorem tamtejszej akademii. W gabinecie towarzyszył mu drugi mężczyzna, początkowo milczący. W czasie dyskretnej rozmowy dowiedziałem się, iż nasz ojciec zaginął. W pierwszej chwili sądziłem, że chcą mi w ten sposób dać do zrozumienia, że papa zmarł na zesłaniu, ale wyjaśnienia Korżakowa nie pozostawiały wątpliwości. - Drogi Aleksandrze Iwanowiczu – siwiejący mężczyzna w surducie spojrzał na mnie znad biurka. – Pana ojciec opuścił kolonię karną. Dodam, iż uczynił to w sposób zgodny z imperialnym prawem. Nie wiem, w jaki sposób udało mu się uzyskać zgodę władz, niemniej sprawdziliśmy wszystkie papiery. Pod zwolnieniem zesłańca widnieje oryginalna pieczęć i podpis Jego Ekscelencji Gubernatora. Powód, dla którego zaprosiłem was do Petersburga, jest zgoła inny, choć dotyczy jak najbardziej waszego ojca. Następnie Korżakow skinął w stronę drugiego mężczyzny. Ten wyjął ze skórzanej torby pomięty zeszyt w skórzanej, wyświechtanej oprawie. - To inspektor Muchanow, poznajcie się, panowie – gospodarz rozłożył ramiona. – Oficer policji ze stolicy.

47

- Dymitr Siergiejewicz Muchanow – szczupły, ciemnowłosy mężczyzna przedstawił mi się, wyciągając dłoń na powitanie. – Proszę się nie obawiać, nie jestem tu z powodu jakiegokolwiek wykroczenia, waszego ani waszego ojca. Zanim zaczniecie zadawać pytania, proszę, przeczytajcie te notatki. Są po polsku, z pewnością je zrozumiecie. Wziąłem do ręki zniszczony kajet. Spora część początkowych stron została wyrwana. Pozostałe kartki trzymały się razem, choć widać było miejsca, gdzie grzbiet był dodatkowo zszywany. Rogi i marginesy musiały kiedyś zamoknąć, żółte zacieki tu i ówdzie rozmazały czarny inkaust. Parę chwil zajęło mi rozpoznanie charakteru pisma. Pamiętasz te listy od papy, które ciotka czytała nam, gdy z rzadka docierały do nas? Równe, pochyłe litery, idealnie wiązane w słowa. Nawet na zesłaniu, pisząc pewnie byle jakim piórem, ojciec nasz zachował styl. Gdy uświadomiłem sobie, co trzymam w dłoniach, fala gorąca uderzyła mi do skroni. Dziennik ojca! Usiadłem na sofie pod ścianą gabinetu Korżakowa i przez blisko kwadrans przerzucałem strony zeszytu, czytając obszerne fragmenty. Były to zapiski ojca z podróży. Przez to, iż brakowało wielu kartek, nie byłem w stanie określić, skąd wyruszył. Było jednak jasne, że skądś wracał i to sam. Notatki były datowane z francuska, tak samo jak listy, które przez wiele lat przysyłał do rodziny. Chaotyczne zapiski opowiadały o drodze gdzieś przez stepy dalekiej Mongolii, Chin i Kazachstanu. Ojciec najwidoczniej chciał dotrzeć do Baku lub innego miasta nad Morzem Kaspijskim. Moją uwagę przykuło to, iż ojciec ani razu nie wymienił z nazwy miejsca, do którego wyruszył z Syberii w towarzystwie Chińczyka o nazwisku Huang Ning Yu. Wyglądało na to, że Chińczyk towarzyszył mu do jakiegoś momentu, a potem rozstali się, najprawdopodobniej w dramatycznych okolicznościach. Jednak papa unikał szczegółów, wspominając jedynie o jakimś starożytnym artefakcie, który wiózł ze sobą. Nie byłem w stanie zrozumieć intencji naszego rodziciela. Wyglądało na to, że wahał się pomiędzy chęcią porzucenia przedmiotu, a jednocześnie zatrzymania go dla dobra nauki i ludzkości. Tylko raz nazwał go explicite, określając „przeklętą chińską szkatułką”. Już to powinno być dla mnie ostrzeżeniem. A jednak okazało się tylko zachętą do dalszego działania! 48

Gdy zakończyłem pobieżną lekturę dziennika, spojrzałem pytająco na Korżakowa. Ten bez słowa wskazał na oficera carskich służb. - Panie Potocki, nie fatygowalibyśmy was aż do Petersburga, gdyby chodziło jedynie o oddanie rodzinie pamiątki po ojcu – Muchanow poprawił swoją szarą marynarkę z czarnymi wyłogami. – Istnieją powody, by mniemać iż wasz ojciec nadal żyje, mimo że nie wrócił do domu. Chcemy wyświadczyć wam przysługę, liczymy jednak na zrozumienie i chęć współpracy z carskimi służbami. - Na czym miałaby polegać ta współpraca? – zapytałem wtedy, wyobrażając sobie, że właśnie w tym momencie Ochrana zechce zrobić ze mnie swojego agenta. Myliłem się. - Studiowaliście w Kijowie – Korżakow odezwał się pierwszy. – Zostaliście poleceni przez profesora Kopernickiego jako zdolny młody geograf i kartograf. Sądzimy, że zechce pan uczestniczyć w niewielkiej ekspedycji? Może być ona dobrym szczeblem w karierze naukowej, a kto wie, czy nie drogą do sławy? - Słucham dalej – skinąłem głową, wiedząc, że nie może chodzić li i jedynie o odnalezienie naszego ojca. Tym razem zabrał głos Muchanow: - Aleksandrze Iwanowiczu, nasze służby posiadają szerokie możliwości zdobywania informacji. Oczywiście, zanim przekazałem wam dziennik, którego autorem jest najprawdopodobniej wasz ojciec, przestudiowałem go uważnie, konsultując się z przełożonymi w Moskwie i z obecnym tutaj Fiodorem Piotrowiczem. Podejrzewamy, że ten Huang Ning Yu był w posiadaniu wiedzy o pewnym miejscu gdzieś w dalekiej Azji, być może starożytnym mieście lub grobowcu cesarskim. Raport z Irkucka mówi, że ten Chińczyk pojawiał się w okolicy, handlując różnymi towarami, czasem też sprzedając starożytności. Najprawdopodobniej namówił waszego ojca na wspólną wyprawę. Na pewno byli w kontakcie nim jeszcze Jan Potocki otrzymał pozwolenie oddalenia się koloni karnej. Niestety, Ning Yu widziany był ostatnio właśnie, gdy opuszczał Irkuck z waszym ojcem. - Rozumiem – przerwałem Muchanowowi, ogarniając powoli cała historię. Nie do końca mi się podobała rola, jaką miałbym pełnić. - Chcecie odnaleźć mojego ojca, licząc że wskaże wam on drogę do miejsca, gdzie był z Chińczykiem? I ja wam jestem 49

potrzebny do tego, by go przekonać? - Nie da się ukryć, że to byłoby najlepsze rozwiązanie – skinął głową Korżakow, cokolwiek niepewnym głosem. Obaj Rosjanie popatrzyli wtedy na mnie w napięciu. Zgodziłem się. Droga Helenko, możesz być na mnie zła, ale zapewniam cię, że pomny jestem historii naszego Narodu i krzywd, jakich doznaliśmy po 1863 roku. Zgodziłem się na udział w ekspedycji tylko ze względu na ojca. Myślałem wtedy, że być może przydarzyło mu się jakieś nieszczęście w czasie podróży, ale wciąż może gdzieś żyje. Obowiązkiem syna i członka rodziny było wykorzystanie szansy jaką zdawał się otwierać przede mną los. Tak przynajmniej myślałem na początku, przyszłość jednak okazała się zgoła inna. Ale pozwól, że nie będę wyprzedzał faktów. Możliwości Muchanowa i kontakty Korżakowa pozwoliły na szybkie zorganizowanie koniecznego ekwipunku. Agent Ochrany nie żałował rubli na wszystkie wydatki, wkrótce w magazynie przy dworcu kolejowym czekały nas pełne skrzynie, worki i ogrom drobnych sprzętów. Wszelkie trudności pokonywane były okazaniem jednego dokumentu z czerwoną, ozdobną pieczęcią. Rosyjscy urzędnicy gięli się w pół i biegiem pędzili wykonywać polecenia Muchanowa, jakby ten był co najmniej namiestnikiem cara, a nie zwykłym oficerem. Przez tydzień przygotowań miałem okazję poznać pozostałych członków wyprawy. Towarzyszyć nam mieli dwaj ludzie Muchanowa, Pietka Lisew, niski, ale zwinny jak małpa kozak znad Donu i pewien smagły, czarnowłosy Gruzin o imieniu Borys. Śmiem twierdzić, że jego prawdziwe imię i nazwisko były zgoła inne i bardziej egzotyczne, ale ponieważ Muchanow wołał go Borys, to mi wystarczyło. Pietka od samego początku patrzył na mnie bykiem, obnosząc się z prawosławnym krzyżykiem na szyi i rewolwerem, który miał ponoć „zdobyć na Polskim panu” jego ojciec podczas tłumienia powstania w 1863 roku. Gruzin milczał cały czas, odzywając się jedynie półsłówkami i tylko klnąc po swojemu, gdy coś szło nie po jego myśli. Obaj, gdy Muchanow im pozwolił, pili nieprzyzwoicie, do tego stopnia, że nawet gdy byli trzeźwi, wokół nich roztaczał się odór samogonu i niemytego ciała. W miarę możliwości trzymałem się od nich z daleka, ograniczając się do kontaktów z Korżakowem, jako 50

człowiekiem obytym i uczonym. Mimo iż był wiernym poddanym cara, potrafił rozmawiać bez nienawiści i typowej dla wielu Rosjan wyższości, okazywanej Polakom. Rankiem piętnastego kwietnia załadowano do towarowego wagonu cały dobytek, Pietka z Borysem mieli pilnować go w środku. Muchanow zaprosił mnie do ogrzewanej salonki, gdzie czekało na nas ciepłe śniadanie i doskonała herbata z samowaru. Z przyjemnością rozsiadłem się na obitym zielonym suknem siedzeniu i spoglądałem na krajobraz coraz szybciej przesuwający się za oknem. Razem z nami jechało jeszcze kilkanaście osób z wyższych, petersburskich sfer. Przemysłowcy, oficerowie w szykownych mundurach, dumne damy, odziane w futra i płaszcze z najdroższych materiałów. Język rosyjski mieszał się z francuskim, a zapach damskich pefrum z wonią cygar. Pamiętam, że poczułem wtedy narastającą ekscytację, oto miała się zacząć największa przygoda mojego życia. Żałowałem wprawdzie, że Fiodor Korżakow nie jechał z nami, ale zatrzymały go w mieście ważne sprawy. W miarę możliwości miał do nas dołączyć później. Do dzisiaj nie wiem, czy to była prawda, czy tylko wymówka, bym ruszył w podróż jedynie z Muchanowem i jego zbirami. Plan był następujący: mieliśmy dotrzeć do Astrachania, gdzie dziennik ojca trafił w ręce Muchanowa. Tam należało poszukać tropu i ruszyć śladami papy. Osobiście wydawało mi się to przedsięwzięciem nader trudnym, z drugiej strony wszakże, carskie służby mają setki szpicli, podejrzewałem, że ludzie Muchanowa już węszyli po całym astrachańskim okręgu. Zakładając, że teorie Korżakowa były prawdziwe, następnym etapem byłoby zorganizowanie archeologicznej ekspedycji na Daleki Wschód. Już wtedy, podczas podróży koleją do Saratowa, myślałem o tych fragmentach dziennika ojca, z których wynikało, że za nic w świecie nie chciałby wrócić do miejsca, które odwiedził i z którego zabrał żelazną szkatułkę. Starałem się wyobrazić sobie, jakież niebezpieczeństwo mogło spotkać papę. Pamiętam go jak przez mgłę. Miałem przecież zaledwie cztery lata, gdy powstanie upadło i ojciec wyruszył na zesłanie. Ty, droga siostro, byłaś wtedy zaledwie słodkim oseskiem, tulonym do piersi przez naszą matkę, niech Jej dobra dusza zazna wiecznego spokoju. Myślałem gorączkowo nad tym, czego jeszcze mógł zlęknąć się człowiek tak okrutnie doświadczony przez życie, a który umiał przezwyciężyć tyle trudności. Walczył przecież od 1861 roku, ranny w pierś, 51

wrócił do zdrowia, by po procesie powstańców zostać zesłanym aż za Ural. Tam przeżył ponad dwadzieścia lat, z pewnością zestarzał się i podupadł na zdrowiu w ciężkim syberyjskim klimacie. A jednak miał siłę, by wyruszyć gdzieś w nieznane i wrócić. W moich oczach papa wyrastał na bohatera, niczym antyczny heros lub dzielny średniowieczny rycerz. A jednak uląkł się czegoś, co napotkał w piaskach zimnej, mongolskiej pustyni. Co to było, co mu się przydarzyło? Te pytania rodziły się w mej głowie podczas podróży i nawet dzisiaj, po tym wszystkim, co sam przeżyłem, wydaje mi się, że zaledwie otarłem się o prawdę, chyba jeszcze bardziej przerażającą, niż wszystkie koszmary, zdolne zrodzić się w umyśle człowieka. W drodze do Saratowa miałem dość czasu, by dokładnie poznać zapiski ojca. Nie były one zbyt pomocne w zrozumieniu całej historii. Pośpiesznie robione notatki z podróży, opisujące mijane miejsca, przemieszane były z chaotycznymi odniesieniami do pierwszej części podróży. Z tego, co byłem w stanie wydedukować, papa wraz z Chińczykiem dotarli do buddyjskiego klasztoru w miejscu nazywanym Karakorum, skąd udali się na południe, w stronę zagubionych gdzieś na mongolskiej pustyni gór. Tam miało znajdować się miejsce, którego szukali. I znaleźli je, ale to co tam ujrzeli dalekie było od oczekiwań. Ojciec zaledwie raz wspomniał o przedmiotach i budowlach niepodobnych do niczego, co znała ludzka nauka. Ani Winckelman, ani Champolion, ani Schliemann, żaden z nich nie natrafił na takie starożytności, które ujrzał nasz ojciec. To, co mnie zastanowiło, to zdanie, w którym papa pisał, iż niemożliwe jest, by umysł ludzki stworzył tak niedorzeczne kształty. Jeśli nie umysł ludzki, to jaki? Boski? Diabelski? Dzieliłem się moimi wątpliwościami z Muchanowem, który jednak sprowadzał wszystko do stanu zdrowia naszego ojca. - Zważcie, Aleksandrze Iwanowiczu, że kondycja waszego papy, gdy pisał te słowa, mogła być nienajlepsza. Samotnie przewędrował pół Mongolii, starając się dotrzeć do cywilizacji – carski oficer zdawał się nie dostrzegać niczego niepokojącego w notatkach. – Człowiek oszczędzający wodę i jadło podupada na zdrowiu, zarówno fizycznym, jak i duchowym. Osobiście uważam, że to cud i wielkie szczęście, że udało mu się przebyć w pojedynkę pół Azji. Nie zapominajmy, że Chiny i Persja pełne są całkiem zwyczajnych niebezpieczeństw, jak bandy rabusiów czy burze piaskowe. A on 52

nie tylko przeżył, ale jeszcze dotarł do wybrzeża Morza Kaspijskiego. Nie mogąc więc liczyć na zrozumienie Rosjanina, sam starałem się rozgryźć tajemnicę. Jednakże wszystkie moje domysły wkrótce miały okazać się bez znaczenia. W Saratowie czekały już na nas dwie łodzie, którymi mieliśmy udać się w dół Wołgi, aż do Astrachania. Muchanow musiał wcześniej wysłać listy na południe, wszystko bowiem gotowe było na nasz przyjazd. Mimo to, nie odbiliśmy od brzegu. Powodem była wiadomość, czekająca na Muchanowa na miejscowym posterunku policji. Jeden z informatorów donosił, iż zeszłej jesieni widziano tutaj paru ludzi mówiących po polsku, ale tylko jeden miał odpowiadać wiekiem i wyglądem naszemu ojcu. Ani na chwilę nie rozstawał się ze swoimi tobołkami. Miejscowemu handlarzowi mówił, że chce ruszyć dalej na zachód, na Ukrainę. Zatrzymała go jednak zła pogoda i choroba. Tuż przed świętem Opieki Bogurodzicy odwieziono go do saratowskiego klasztoru świętego Mikołaja. Tam, parę tygodni później zmarł. Tak, Helenko, smutna prawda jest taka, że ojciec nasz nie żyje. Tato zabrał do grobu swoją tajemnicę. Gdy waliłem pięściami we wrota monastyru, wciąż jeszcze miałem nadzieję, że to pomyłka, że mnisi pomylili naszego ojca z jakimś innym Polakiem. Niestety, te kilka drobiazgów, które pozostawił, oraz to, co mnisi zamknęli w swoich katakumbach i dopiero po wyraźnej groźbie Muchanowa zgodzili się niechętnie pokazać, rozwiało moje ostatnie złudzenia. To jednak nie był wcale koniec mojej wyprawy. Najgorsze wciąż było przede mną. W podziemiach klasztoru, w celi bez okien zakonnicy ukryli przedmiot, który ojciec przywiózł ze sobą z zapomnianego miasta. Diakon zaklinał nas, byśmy go nie oglądali, twierdząc, że przynosi nieszczęście. - Zostawcie to bezeceństwo, paniczu! – prosił mnie starzec, próbując zastąpić drogę. – Waszego ojca do grobu przywiodło, wam też nie posłuży! Już list wysłałem do patriarchy, przyjadą bracia, zabiorą diabelstwo i zniszczą w soborze Archanioła Michała! Zaniechajcie! Ale ani ja, ani tym bardziej Muchanow, nie słuchaliśmy, jakże gorzko przyszło mi tego już wkrótce pożałować. Razem z Pietką i Borysem zeszliśmy do podziemi, podnieceni myślą o czekającym na nas skarbie. W świetle łuczywa ujrzeliśmy stół, a na nim zawi53

nięty w wór tajemniczy przedmiot. Muchanow rozkazał Borysowi rozwinąć płachtę. To, co ujrzałem zadziwiło mnie, ale i wywołało rosnący niepokój. Zaprawdę, droga siostro, studiowałem nieco starożytności, ale żadna ze znanych mi kultur nie mogła wykonać tego sześcianu. I nie zmyliły mnie chińskie hieroglify, narysowane tu i ówdzie. Nie pasowały do całości. Żaden znany mi przedmiot z Chin nie przypominał nawet w małym stopniu tego, co ujrzałem w podziemiu klasztoru w Saratowie. Choć rzecz ta wydawała się niewyobrażalnie stara, jestem pewny, że nawet we współczesnym warsztacie żaden rzemieślnik nie potrafiłby tak doskonale wymierzyć i wykonać podobnego przedmiotu. Idealnie matowy metal – lub coś, co metal przypominało - miał na swej powierzchni proste, niesymetrycznie rozmieszczone wyżłobienia. Niektóre łączyły się pod regularnymi kątami, inne sięgały krawędzi, by przechodzić na kolejną ściankę ni to pudełka, ni to szkatuły. Wszystkie łączyły się na górnej powierzchni w miejscu, w którym tkwił ciemnoczerwony guz. Z braku innego porównania wydał mi się on zrobiony z jakiegoś półszlachetnego, matowego kamienia. Chciałem dotknąć dziwnego sześcianu, gdy zwalił mnie z nóg potężny cios w głowę. Nie wiem, jak długo byłem nieprzytomny, ale gdy ocknąłem się, wisiałem przywiązany do haka wystającego ze środka sklepienia. Obok mnie stał Muchanow z rewolwerem w dłoni. - No jak, Polaczku? Myślałeś, żeśmy towarzysze są, co? Psu żeś towarzysz, nie mnie! Potrzebowałem cię, boś miał z ojca wyciągnąć sekret, gdzie był. A skoro on już ziemię gryzie, toś mi nie potrzebny. I rozprawię się z tobą, jak z buntownikiem – bydlak z Ochrany mierzył do mnie, celując to w głowę, to w brzuch. – Buntownicy wy wszyscy, z ojca na syna! Co z tej waszej Polski zostało, he? W dupę wzięliście od naszych regimentów i jeszcze nie raz weźmiecie, jak tylko łby spróbujecie podnieść! Po54

tocki jesteś, he? Z tych Potockich, co naszemu carowi sprzedali się za parę rubli? Czy z tych, co to listy poddańcze pisali do Moskwy, przekonując o swym oddaniu? Tymi listami Jego Wysokość sobie dupę podciera, tyle one warte! Czułem na wargach smak krwi, musiał mnie psubrat w twarz zdzielić, gdym był nieprzytomny. Stał tak obok mnie i pastwił się, wymyślając na przemian naszym rodzicom, przodkom i naszemu krajowi. Nie będę tu pisał tych słów dokładnie, bo nie godzi się nawet, byś je czytała, droga siostro. Myślałem, że już po mnie, że tam, w kamiennej celi dokonam żywota, wykrwawiając się z kulą w brzuchu. Przyznam Ci się, Heleno, że modliłem się raczej o to, by strzelił mi w głowę, szybko pozbawiając życia. Skąd mogłem wiedzieć, że wszystko potoczy się inaczej, niż sobie wyobrażałem? Inaczej nawet, niż wyobrażał to sobie sam Muchanow? Skąd mogłem wiedzieć, że wobec wszystkiego, co potem nastąpiło, śmierć byłaby błogosławieństwem? Rosjanin wściekał się coraz bardziej, podnosząc głos i wygrażając mi bronią. Starałem się nie zwracać na niego uwagi, obserwując dziwne pudełko. Nie wiem, czy z braku tchu, czy z powodu narastającego odrętwienia, widziałem dziwne cienie poruszające się po starożytnym sześcianie. I dalibóg, nie brały się one ze światła łuczywa. Dopiero jednak, gdy Muchanow zdzielił mnie raz i drugi rękojeścią rewolweru w twarz, zrozumiałem co się działo. Moja krew z rozbitej wargi trysnęła dookoła, gdy kolejny cios wylądował na mojej głowie. Kilka wielkich kropel spadło na artefakt i uwierz mi, siostro, nie wiem jakim sposobem, ale zaczęły one powoli pełznąć i wsiąkać w szczeliny na powierzchni sześcianu. Ten zaczął dziwnie się rozmazywać, a może to oczy odmawiały mi posłuszeństwa, dość że wydał mi się w tamtym momencie pełen niepokojącego, obcego życia. Następne kilka chwil trudno mi opisać, bowiem sam nie wiem, co było jawą, a co mogło być ułudą. Jeszcze dziś, gdy piszę te słowa, zdaje mi się, że, chociaż to niemożliwe, wszystkie te rzeczy wydarzyły się jednocześnie. Muchanow widocznie znudził się męczeniem mnie, bo schował rewolwer za pas i chwycił w dłonie tajemniczy przedmiot. Ten błyskawicznie zaczął spijać krew z rąk Rosjanina, który pogrążony w nienawiści wobec mnie nawet tego nie spostrzegł. Nawet gdybym chciał go ostrzec, nie mógłbym wykrztusić słowa przez obolałe usta. 55

Muchanow zapowiedział mi, że jeszcze wróci i skończy ze mną, po czym wyszedł z celi. Niemal w tym samym momencie usłyszałem głuche uderzenie czegoś twardego o kamienną podłogę i długi, pełen bólu krzyk. Pilnujący mnie pomocnicy Muchanowa rzucili mu się z pomocą. Na swoją zgubę, jak się okazało. Coś chrupnęło głośno, jakby jednocześnie pękało kilkanaście kości. Wycie agenta Ochrany urwało się nagle, podobnie jak pełne strachu okrzyki Lisewa i Borysa. Przez pewien czas słyszałem jedynie głośne mlaskanie i głuche uderzenia ludzkich ciał o ściany korytarza. Nie śmiałem nawet głośniej odetchnąć, by nie zwabić tego czegoś, co grasowało za drzwiami. Sądzę, że musiało mieć związek z artefaktem. Wreszcie budzące odrazę odgłosy umilkły. Cokolwiek pożywiało się ciałami trzech Rosjan, zakończyło ponura ucztę i oddaliło się szeleszcząc i drapiąc kamienne ściany. Poczułem wstrząsające mną torsje i straciłem znów przytomność, by odzyskać ją dopiero, gdy mnisi zdjęli mnie z haka. Trudno uwierzyć w to, co napisałem. Wiem to dobrze, droga siostrzyczko. Mam jednak nadzieję, że dasz wiarę moim słowom, choć sam z trudem mogę uwierzyć w te wydarzenia. Ciała Muchanowa i jego pomagierów leżały rozszarpane i niemal całkowicie pozbawione wnętrzności. Wokół nie było prawie zupełnie krwi. Mogłem się tylko domyślać, że została wessana przez krwiożerczy sześcian.

zostało wypuszczone z dziwnego, starożytnego więzienia i krąży gdzieś po naszym świecie. Zakonnik, który obmywał moje rany w lazarecie, powiedział mi, że zanim braciszkowie zbiegli do lochów, słyszeli oddalający się w noc trzepot wielkich skrzydeł. Wszyscy w klasztorze są przekonani, że musiał to być diabeł, sądzę jednak, że prawda może być o wiele gorsza niż najgorsze nawet opowieści o znanym nam piekle. Po tym jak zobaczyłem przerażające ślady masakry na korytarzu, podjąłem decyzję. Opuściłem Saratow następnego dnia o świcie, wykradając potajemnie przeklęty artefakt z klasztornych katakumb. Nie było to trudne, gdyż po tym, co zobaczyli, żaden z mnichów nie miał odwagi ponownie zejść do podziemi. Zabrałem sześcian by ukryć go w jedynym znanym mi miejscu, co do którego mam pewność, że nikt go tam nie znajdzie. Celowo nie piszę Ci szczegółów, nie chcę bowiem, byś mnie szukała. Nie chcę, byś widziała mnie takim, jakim jestem teraz. Piszę ten list, póki jeszcze zachowuję świeżość umysłu i zdrowy osąd. Z każdym dniem coraz trudniej jest mi walczyć ze wspomnieniami i obrazami z przeszłości. Obawiam się też, że nocne odgłosy, które słyszę, nie są jedynie wytworem mojej wyobraźni. Być może jakaś nieznana istota wciąż czegoś albo kogoś szuka. I być może któregoś dnia wreszcie odnajdzie. Niech Bóg ma Cię w Swojej Opiece, Aleks.

Nie wrócę do domu, Helenko. Nie mogę. Coś złowrogiego 56

57

Materiał pochodzi z podręcznika Gaslight – Cthulhu w świetle gazowych latarni. Komentarz do materiału: Dawid Pawlica. Gaslight jest naszpikowany użytecznymi informacjami, które może wykorzystać Strażnik Tajemnic w swojej wiktoriańskiej kampanii. To dodatek inny niż wszystkie, dlatego że kompleksowo opisuje epokę i jej specyfikę. Dodatkowo każdy czytelnik znajdzie w nim coś dla siebie. Są istoty z mitów, bluźniercze księgi, jest Sherlock Holmes, kultyści i wszystko to co XIX wieczna Anglia miała w owych czasach „najlepszego”. Większość z kultowych postaci ówczesnych czasów zostało przygotowanych w taki sposób, aby można było je od razu wykorzystać w grze jako bohaterów niezależnych. Poniżej prezentujemy Wam opis jednej z najbardziej legendarnych postaci epoki wiktoriańskiej – Doktora Jekylla alias Pana Hyde. Podręcznik zawiera opisy kilkunastu bohaterów fikcyjnych i historycznych. 58

Potulny doktor Henry Jekyll ma dzikie i bestialskie alter-ego: Edwarda Hyde’a. Doktor Jekyll od dawna sądził, że człowiek posiada dwa umysły - jeden cywilizowany i uspołeczniony, drugi zaś pożądliwy i skrzywiony. Dzięki skrzętnym badaniom, Jekyll odkrył mieszankę leków, która pozwala mu stać się swoim własnym alter-ego, zdegenerowanym, prymitywnym panem Hyde’em. Jako Hyde, Jekyll może spełnić wszystkie swoje najmroczniejsze pragnienia i grzeszyć bez konieczności przyjmowania za to odpowiedzialności. Może brać udział w każdych podłych i grzesznych działaniach, w jakich zapragnie jako Edward Hyde, a następnie, jak gdyby nigdy nic, wrócić do postaci przyzwoitego, praworządnego Henry’ego Jekylla. Jekyll nie zawsze potrzebuje swej mieszanki do przemiany, czasami osobowość Hyde’a ujawnia się sama z siebie, przez co jest on nieprzewidywalną i niebezpieczną postacią. Łagodnie usposobiony doktor Jekyll żyje w jednej z lepszych dzielnic Londynu, w przestronnym i dobrze wyposażonym domu z laboratorium w piwnicy. Brutalny i morderczy pan Hyde posiada małe mieszkanko w zapuszczonej części dzielnicy Soho w Londynie.

Doktor Henry Jekyll, spokojny lekarz S 13 KON 14 BC 13 MOC 15 ZR 12 WG 14 PP 35 WT 14

INT 17 WYK 19

Eliksir doktora Jekylla Jest to mieszanka chemikaliów i leków, której skład zna jedynie Henry Jekyll. Połknięcie dawki uwalnia grzeszne i dzikie elementy osobowości pijącego. Każdy, kto napije się eliksiru, natychmiast przechodzi bolesną fizyczną i psychiczną przemianę. Ciało wykrzywia się, a umysł płonie od chaosu, w efekcie czego S pijącego wzrasta o 2k3, KON wzrasta o 1k6, BC zmniejsza się o 1k2, a ZR rośnie o 1k6. Jednakże w zamian za to INT pijącego spada o 3k3, zaś WG zmniejsza się o 2k6. Poczytalność spada do zera. MOC nie ulega zmianie, zaś WYK nie dotyczy już zmienionej postaci. Punkty Wytrzymałości i modyfikator obrażeń zmieniają się odpowiednio do cech. Kiedy transformacja jest kompletna, ofiara staje się prymitywnym dzikusem, niezdolnym do kontrolowania swych niskich popędów. Transformacja utrzymuje się przez 24 − MOC godzin i powoduje utratę 1/1k6 Punktów Poczytalności. Z każdym użyciem eliksiru, rośnie o 5% szansa na to, że postać w jakimś losowym momencie zamieni się samoistnie, bez picia mikstury. 59

Modyfikator obrażeń: +1k4. Broń: Cios pięścią 50%, 1k3 + mo; Skalpel 50%, 1k2 + mo. Umiejętności: Antropologia 25%, Biologia 90%, Chemia 70%, Farmacja 90%, Historia naturalna 35%, Język angielski 95%, Korzystanie z bibliotek 65%, Łacina 75%, Medycyna 90%, Nasłuchiwanie 35%, Okultyzm 25%, Perswazja 35%, Pierwsza pomoc 75%, Prowadzenie powozu 25%, Psychologia 80%, Spostrzegawczość 35%, Wiarygodność 75%. Utrata poczytalności: 0/1k4 Punktów Poczytalności za ujrzenie przerażającej transformacji z doktora Jekylla w pana Hyde’a lub odwrotnie.

Niekolekcjonerska gra karciana NIGHTFALL już wkrótce w polskiej wersji językowej

Edward Hyde, brutal i morderca S 19 KON 17 BC 12 MOC 15 ZR 15 WG 7 PP 0 WT 18

INT 10 WYK n/d

Modyfikator obrażeń: +1k6. Broń: Cios pięścią 80%, 1k3 + mo; Zadeptywanie 65%, 1k6 + mo; Kij 75%, 1k6 + mo. Umiejętności: Język angielski 45%, Nasłuchiwanie 40%, Prowadzenie powozu 25%, Rzucanie 60%, Skakanie 80%, Skradanie się 50%, Spostrzegawczość 40%, Ukrywanie się 60%, Unik 45%, Wspinaczka 80%. Utrata Poczytalności: 0/1k2 Punktów Poczytalności za ujrzenie pana Hyde’a.

60

dowiedż się więcej na www.galmadrin.pl/nightfall 61

Michał Próchniak 10 stycznia 1902 roku oddział Legii Cudzoziemskiej pod dowództwem księcia Aleksandra Mikołajewicza Dołgonina w pościgu za hersztem pustynnych bandytów dotarł do Miasta Szaleńców w Północnej Afryce. Plemiona pustyni były nieustannym problemem Algieru i Maroka. Największe frakcje wojskowe po rozbiciu wroga nie były w stanie ścigać go po bezmiarze pustyni. „Psy Aleksandra” dokonały tego – dotarły do legendarnej kryjówki bandytów i zostały w niej zdziesiątkowane. W Mieście Szaleńców znajdowali przystań obłąkani z pustyni, a nawet z dżungli Afryki Centralnej. Legendy mówiły, że przyciągał ich zew bóstw starszych niż ludzkość. Na miejscu okazało się, że rządy tam sprawuje grupa zdegenerowanych kapłanów Czarnego Faraona, którzy uciekli do miasta w czasach legendarnego kapłana Nephren-Ka - czasach, z których nie ostały się żadne zapiski (jak mówią legendy, wszelkie wzmianki o Czarnym Faraonie zostały zniszczone). Nie byłoby jednak dla legionistów problemem odeprzeć atak bandy słabo uzbrojonych szaleńców, którym słońce wyprażyło z mózgów jakiekolwiek prawidła sztuki wojennej. „Psy Aleksandra” zostały zdziesiątkowane, gdyż przeciwko nim rzucono czary i potwory. Ten element został pominięty w raporcie, złożonym po powrocie. Ci, którzy ocaleli, mieli być ofiarowani bogom Miasta Szaleńców – S’hudde Melowi i dholom, zamieszkującym gargantuiczne tunele pod G’Harne. Garstka legionistów z księciem na czele zdołała się jednak wykraść i zakłócić rytuał, po czym, korzystając z zamieszania i chaotycznych eksplozji mocy, uwolnić resztę swoich towarzyszy i uciec. Ocalałym książę złożył przysięgę, że dowie się kim są ich wrogowie, i znajdzie sposób by się na nich zemścić. Nie było to łatwe. Żaden z ocalałych nie był intelektualistą, nie wiedzieli gdzie rozpocząć poszukiwania informacji na temat powszechnie wyśmiewanej bajki Tuaregów. Wówczas pojawił się cień szansy…

62

Na Syberii spadł meteor. Car szukał chętnych do misji badawczej. Aleksander zaoferował siebie i swoich ludzi do ochrony uczonych, badających katastrofę tunguską. Miał nadzieję, że w ten sposób nawiążą naukowe kontakty oraz zyskają potężnego sojusznika. Wyniki badań były niejednoznaczne. By sprawdzić pewne poszlaki, Aleksander wraz z geologiem Konstantym Pałuszinem, udali się do Chin. W Szanghaju natknęli się na ekscentrycznego sinologa holenderskiego pochodzenia, który nakierował ich na dziwaczny komentarz do dzieła Livre d”Ivon, mówiący o zaprzęgnięciu zaawansowanej nauki przez „Powietrzne Diabły” (Mi-Go) do sprowadzenia potężnego meteoru do zniszczenia miasta Wężoludzi na niezidentyfikowanym terenie. Aleksander udał się do Amsterdamu w poszukiwaniu tego dzieła, lecz w 1914 roku z powodu wojny wrócił do Irkucka. Przez dwa lata walczył w oddziale liniowym, po czym Car powierzył mu kolejną misję. W 1916 głód w niektórych częściach Imperium Rosyjskiego stał się tak dotkliwy, że pojawiły się przypadki kanibalizmu. Co gorsza, donoszono o szczególnie zdegenerowanych kanibalach, którzy atakowali żołnierzy i wydawali się być niewrażliwi na broń palną. Aleksander i jego oddział zostali wysłani do zbadania sprawy. Dzięki wiedzy nabytej w Szanghaju, Aleksander rozpoznał zagrożenie jako ghule i odpowiednio przezbroił swoich ludzi. Raport utajniono ze względu na morale. W 1917 roku wywiad rosyjski doniósł, że armia francuska ma również problem z ghulami na froncie. Car zaoferował pomoc w formie „Psów Aleksandra”. Gdy wybuchła rewolucja październikowa, Aleksander otrzymał rozkaz zabezpieczenia rezerw walutowych Cesarstwa w ambasadzie w Paryżu, co dowodziło ogromnego zaufania cara. Rok 1918 zastał go i jego ludzi na wygnaniu. Nadal pracowali jako „eksperci od kanibalizmu i demoralizacji”, wykonując robotę żandarmerii, za którą nikt nie przepada. Po zakończeniu wojny powrócili do Maroka jako najemnicy, poszukując rozwiązania swoje tajemnicy. W grupie pozostało niewielu żołnierzy, którzy pamiętają 1902 rok – większość chce o nim zapomnieć. Dołączyły jednak do niej osoby osobiście zaangażowane w kwestie tunguską i ghuli, jak również poszkodowani przez wyznawców S’hude M’ela żołnierze 63

i uczeni. „Psy Aleksandra” stały się nazwą, przechodzącą do lamusa – zamiast niej przyjęło się mówić „Ruch 10 stycznia”, od którego to dnia światopogląd i poczucie bezpieczeństwa wielu ludzi legły w gruzach. Za swoje zadanie członkowie „Ruchu 10 stycznia” uważają przeciwdziałanie nadnaturalnym zagrożeniom dla ludzkości i – w dużej części – osobistą zemstę na tych siłach. Aby lepiej wytłumaczyć cel istnienia grupy, Aleksander wymyślił taką bajkę: na pewnej planecie żył sobie chłopiec. Była to mała planeta, więc mógł doglądać jej całej. Doglądał jej po to, by móc wyrywać korzenie baobabów tam, gdzie tylko się pojawiały. Wyglądały niegroźnie, ale gdyby pozwolić im rosnąć, zniszczyłyby małą planetę. Nikt nie wiedział o tym zagrożeniu, więc wielu uznałoby chłopca za szaleńca, gdyby wiedzieli o tym co robi – ale czy mógł pozwolić swojej planecie umrzeć? Pewnego dnia książę Aleksander opowiedział tę historię francuskiemu lotnikowi. Po latach ze zdziwieniem przeczytał ją w książce dla dzieci – Mały Książę wyrywał spod ziemi baobaby, które mogły ją zniszczyć, by jego ulubiona róża mogła rosnąć bezpiecznie…

64

65

Kamil Sobierajski „Jest taka jedna, najstarsza legenda. Opowiada ona o szarej starusze, wiedźmie, która porywa dzieci. Jest nieśmiertelna, jest doszczętnie zła. Karmi się nieszczęściami tak, jak ludzie jedzą strawę. I nikt nigdy jej nie znalazł. Ale w niektóre noce, kiedy księżyc jest w nowiu, a świece w domach są już dawno zgaszone, wówczas przechadza się pustymi uliczkami miasta. Węszy, szepcze, skrobie kamienne mury, knuje złowrogie plany. A wówczas to starzy, mądrzy ludzie, którzy umieją słuchać podszeptów wiatru i posiedli niejedną tajemnicę, otwierają oczy i mówią „nadchodzi tragedia”. O scenariuszu Scenariusz osadzony jest pod koniec XIX wieku, ale można umiejscowić go w innym okresie historycznym. Po drobnej modyfikacji nadaje się też do innych systemów grozy. Przygoda powinna rozgrywać się w dowolnym, dużym mieście w Anglii (np. w Londynie). Scenariusz przeznaczony jest dla grupy 2 do 5 Badaczy Tajemnic, o dowolnych profesjach. Postacie znają się z dzieciństwa i powinny mieć około 30-45 lat. Resztę zostawiam w gestii Strażnika Tajemnic. Prolog Historia zaczyna się kiedy postacie graczy są dziećmi i mieszkają wspólnie pod jednym dachem. Powód tego może być dowolny: mogą pochodzić z tego samego sierocińca, albo też być spokrewnieni i spędzać razem wakacje, chodzić do jednej szkoły z internatem itd.. Postacie graczy w tej „scenie” powinny mieć od 8 do 15 lat. Domostwo umiejscowione jest przy starej ulicy z ceglanymi kamienicami, pełnej bram, podwórek i zaułków. Gdyby nie oglądały jej oczy dziecka, wydawała by się niezwykle ponurym i mrocznym miejscem. Lato było wówczas gorące i parne. Spało się przy otwartych oknach. Dzieci (gracze) znajdują się wspólnie w jednym pokoju pełnym małych łóżeczek. Ale sen nie chce 66

przyjść. Szepczą więc do siebie, włóczą się po pokoju i stroją sobie żarty. W pewnym momencie gracz z najwyższą spostrzegawczością dostrzeże na parapecie okna dziwnego, wielkiego szczura o czerwonych ślepiach. Szczur szybko czmychnie w noc. Ale da pretekst ku temu by wszyscy zgromadzili się przy oknie i wyglądali na mroczną ulicę... Ulicą biegło więcej szczurów. Krążyły, skakały, zupełnie jakby się ścigały lub bawiły. Było ich z osiem, a dwa z nich były wielkie jak upasione kociska, kilka chudych o niespotykanie długich, cienkich łapkach, łażące trochę jak żaby. Jeszcze inne zdawały się chodzić na dwóch łapkach i mieć niewielkie, zielone łachmany jak kamizelki. Jeden biegł trzymając w łapce drewniany widelec, inny kolorową szmatkę. Wraz z nimi ulicą leciało kilka owadów. Wielkich niczym kurze jajka, zdających się lekko żarzyć w mroku. Jedno z dzieci, bohater niezależny, powie że to elfy i wróżki, które zbierają mleczne ząbki małych dzieci. Wszystkim bardzo przypadł do gustu ten pomysł, zdawał się być taki niesamowity. Taki pasujący do tego co widzą. Wówczas z ciemności zaułka wyłoniły się szczury i koty które ciągnęły jakieś sznurki. Nie było ich dużo ale musiały być bardzo silne. Wówczas z ciemności wyłoniła się straszliwa postać. Starucha, odziana w szare łachmany i brudne, postrzępione płaszcze. Zgarbiona nieludzko ale i ogromna, mająca dobre dwa metry wzrostu w kłębie. Skryta w ciemności kaptura świeciła czerwonymi ślepiami, miała długie siwe kudły. Wspierała się na długim sękatym kiju, na który u góry ponadziewano czaszki ludzi, dziwnie małe czaszeczki, chyba dzieci. Szara starucha, kanibalka z bajek dla niegrzecznych dzieci objawiła się im w pełnej swojej okaza67

łości. Obok niej, ciągnięty na sznurkach jej stworków sunął po ziemi skrępowany, szamoczący się chłopiec z sąsiedztwa. Był to Jacob Allister, łobuziak, nie lubiany przez grupę w której byli gracze, ale nie było to złe dziecko. Syn służby domowej. Kobieta przystanie i pocznie węszyć tak głośno że usłyszą ją nawet dzieci skulone z przerażenia za oknem. Rozglądała się jakby zapach dzieci był dla niej wyczuwalny, odwróci ślepia w kierunku ich okna, ale dzieci zdołają się schować i chyba je przeoczyła. Niebawem wszystko zniknie. A przerażone dzieci zostaną same w ciemnym pokoju. Następnego dnia rano było dochodzenie. Ktoś zamordował rodzinę Allisterów. W pokoju były trzy okaleczone ciała. Matki, ojca i małego synka, Jacoba. Wszystkie pozbawione zębów i z licznymi, precyzyjnymi ranami po nożu. Z kobiety dodatkowo spuszczono całą krew, nie wiadomo co się z nią stało. Wszelka próba opowiedzenia przez graczy tego co wiedzieli w nocy skończy się wrogą reakcją dorosłych. Nic nie wyjaśnia też tego, czemu wiedźma odniosła ciało Jacoba z powrotem na miejsce zbrodni, skoro go porwała. Śledztwo policyjne stanęło w martwym punkcie, nie dało się wskazać nikogo kto mógłby stać za tą tragedią. Ostatecznie, po jakimś tygodniu śledztwa zamknięto przypadkowego, niepoczytalnego bezdomnego. To uspokoiło ludzi i pozwoliło zamknąć tę makabryczną sprawę. 25 lat później... Czasy obecne. Rok 1890 to samo większe miasto Anglii. Gracze dorośli, obrali swoje drogi życiowe. Poszli na uniwersytety, pozakładali rodziny, zajęli się karierami i badaniami. Po dwudziestu pięciu latach od owej pamiętnej nocy umiera właściciel domu w którym wówczas mieszkali. Może to być krewny, albo właściciel szkoły lub sierocińca. Gracze zostają zaproszeni na jego pogrzeb. I z różnych powodów się na nim zjawiają. Dopiero wtedy zaczyna się właściwa część opowieści.

68

Dziwne znaki i zdarzenia Jeden z graczy przyjeżdżając pociągiem zobaczy przez okno małego chłopca stojącego na peronie. Chłopiec ten wygląda identycznie jak mały Jacob. Będzie dokładnie taki sam jak w dniu w którym został zamordowany. Ale nim gracz zdąży wysiąść i odszukać go, chłopiec zniknie bez śladu. Drugi gracz zmierzając wieczorem do wspólnego domu spotka w samotnej, pustej uliczce dziwną kobietę. Jest ona chyba bezdomną, ale dziwnie ładną jak na swój poszarpany i brudny strój. Kobieta ta zachowuje się dziwnie, zagadując gracza o różne głupoty. Ni to tańczy dookoła niego, ni to się czepia. Gracz powinien ją przepędzić. Ale kiedy odejdzie od nachalnej wariatki, z tyłu spadnie na jego głowę pałka. Obudzi się w rynsztoku. Ma wielkiego guza na głowie, oraz silny krwotok z ust. Ktoś bowiem, kiedy był nieprzytomny, wyrwał mu sporą część jego zębów. Po dowiedzeniu się co zaszło reszta graczy jedzie do szpitala, gdzie przebywa napadnięty. Lekarze twierdzą że cios mógł go zabić i miał on sporo szczęścia że jego czaszka jest cała - poszkodowany w przeciągu tygodnia odzyska siły. Teraz jest przytomny i może rozmawiać. Wyjść może już następnego dnia, o ile obieca się nie forsować. Jego zęby, to inna kwestia. Podano mu morfinę, ale będzie okaleczony do końca życia. Uzębienie usunięto dość brutalnie obcęgami, mocno kalecząc dziąsła. Zostały tylko zęby do żucia po bokach szczęki. Napastnik musiał się spieszyć bo zostawił te trudniej dostępne. Rozważanie powodów napaści może być trudne. 69

Niekiedy używa się prawdziwych zębów do sztucznych szczęk i protez. Ale w tym wypadku nie wygląda na to jakby to właśnie było celem. Lekarze przypisują to raczej działaniu wariata. Zaś gracze mogą pamiętać że cała rodzina Jacoba Allistera została w podobny sposób pozbawiona zębów po śmierci. Przybycie do domu Dom stoi tak jakim go pamiętają. Jest tylko jeszcze starszy i jakoś dziwnie zmalał. Jest zabytkiem, jego gospodarz, Sam Goldenmayer właśnie zmarł a jego pogrzeb jest powodem przybycia tu graczy. Jego małżonka Rebeka, planuje zorganizować stypę z tej okazji. Poinformuje graczy że liczy że uda się jej na stypę ściągnąć darczyńców. Może uda się uzbierać dość pieniędzy na remont całego domu. Obecnie mieszka tutaj trójka nowych dzieci podrzuconych im na wychowanie od różnych członków rodziny. Albo w przypadku szkoły lub sierocińca dzieci będzie więcej. Znowu jest upalne, duszne lato. Gracze są potrzebni do zrealizowania testamentu Sama. Muszą tu spędzić kilka dni, nim się uporają z wszystkimi sprawami. Przepisany im spadek zapewni im pewną niewielką - ale miłą - sumę pieniędzy i trochę dóbr materialnych. Dom jako sierociniec. To łatwiejsza opcja. Sam Goldenmayer był jego dyrektorem. Takim dobrym, który utrzymywał kontakt ze swoimi wychowankami. Po jego śmierci, funkcję dyrektora przejęła jego żona Rebeka. Na stypie Rebeka chce zebrać pieniądze na cel charytatywny jakim jest utrzymanie sierocińca. Postanowienia testamentu, czyli zwyczajne papierkowe sprawy do pozałatwiania zlecone są graczom. Wraz z niewielkim spadkiem zmarły przepisał im głównie swoje dobra materialne według ich zainteresowań. Podarki te są miłe, ale nie niezbędne. Dom jako szkoła. Podobnie jak w sierocińcu, Goldenmayersowie są dyrekcją. A gracze muszą być niezwykle z tą placówką zżyci. Trudno jednak by chodziło o spadek. Narrator musi wymyślić inny powód dla którego gracze powinni zostać w domu przez kilka dni. Może zamiast śmierci Sama Goldenmayersa, wystarczy odegrać jego przeciągającą się chorobę, a stypę zamienić na przyjęcie charytatywne. Lub też przynajmniej jednego gracza powiązać rodzinnym pokrewieństwem z dyrektorami.

70

Szepty w rurach Pierwszej nocy graczom będzie trudno zasnąć w tym domu. Wróci pamięć o wydarzeniach sprzed 25 lat. Wrócą dyskusje czy to co widzieli mogło być realne. Wróci opowieść o dziwnej napaści na jednego z graczy. Rebeka nie włączy się w te rozmowy, nawał obowiązków sprawia że spędza większość czasu w swoim gabinecie. W swoich pokojach gracze będą się budzić co jakiś czas. Osoby o wysokiej wartości cechy MOC, będą słyszeć szepty w ścianach i w rurach. Skrobanie, tupot małych nóżek i ledwo słyszane dialogi, jakichś istot. Jeśli postanowią wstać i odwiedzić innych domowników, będą mieć wrażenie że kątem oka dostrzegają jakieś ruchy. Albo że słyszą odgłos trzepotania skrzydełek ogromnych owadów. Coś się nieustannie wymyka ich percepcji zwiedzając i przeszukując cały ich dom. (Test MOCy x1 pozwoli na moment przebić się przez czar osłony i dostrzec półprzeźroczystą istotę podobną do szczura, ale o ludzkiej twarzy, oraz wielkiego owada o czterech kończynach, który ukrywa wszystko do czego się zbliży. Nawet jeśli zdoła to dostrzec, po sekundzie znowu wymknie się jego percepcji). Poza tym dom jest taki jak powinien być. Wszyscy śpią spokojnie, dzieci w ich dawnym pokoju, Rebeka na górze, w sypialni obok gabinetu. Gracze mogą mieć dziwne przeczucie że coś jest nie w porządku. Odwiedziny stworków Nad ranem odkryte zostaną ślady przejścia owych stworzeń. Ktoś ukradł wszystkim domownikom lewe skar71

petki które używali zeszłego dnia. W cukiernicy znalazła się sól, co zniszczyło poranną herbatkę. Jedno z dzieci znalazło pod swoja poduszką wartą niemal 50 funtów bryłkę szczerego złota, zamiast swojego mlecznego ząbka. Wywołało to nie lada szok wśród domowników. Narrator musi zdecydować jak Rebeka i inni domownicy zachowają się wobec takiej fortuny (nie sprzedana na czas bryłka złota po trzech dniach zmieni się w węgielek tej samej wielkości). W niektórych spodniach ktoś skrócił o 5 cali nogawki, po czym precyzyjnie i ładnie wykończył szwy igłą i nitką. Jedna dziewczynka obudziła się z wytapirowanymi włosami, druga z kilkoma małymi warkoczykami po lewej stronie głowy. W kuchni ktoś posegregował wszystkie talerze rozkładając je na kuchennym stole według wielkości. Wieża z talerzy jest bardzo wysoka. Resztę podobnie absurdalnych znaków obcej ingerencji zostawiam w gestii Strażnika Tajemnic. Dzieci są zachwycone, twierdzą że odwiedziły ich wróżki i elfy. Służba i Rebeka są skonsternowani i podejrzewają głupie żarty dzieci. Rebeka każe więc młodzieży siedzieć w swoim pokoju dopóki się nie przyznają kto za tym stoi. To oburzające zachowanie! Kłótnie w rodzinie Gracze mogą różnie reagować na te dziwne znaki. Mogą mieć różne zdanie na temat ich źródła. Protestowanie przed decyzjami Rebeki będzie uznane za nietakt. Może nawet być powodem małej sprzeczki, którą gospodyni szybko utnie, ogłaszając że wychodzi, bo ma na głowie finanse domu i organizacje przyjęcia (stypy) i wyjdzie.

Dzień na rozmyślaniach Gracze mają okazję powypytywać nianię zajmującą się dziećmi o legendy o elfach, wróżkach i inne bajki, które znali z dzieciństwa. Niania jest służącą Rebeki, dba o wychowanie dzieci i daje im trochę ciepła i troskliwości. Jest niemal w wieku Rebeki, ale ma miły i przyjazny charakter. To nie ona ich wychowywała kiedy byli dziećmi, tamta niania już od lat nie żyje. Bajki jakie zna niania są pełne czarów i niesamowitości a do tego są bardzo mądre. Ale nie ma w nich przejaskrawienia, świetlistych efektów zaklęć czy przesadnej 72

ckliwości. Jej elfy to istoty z innego świata które potrafią robić rzeczy niezwykłe, rzucać zaklęcia. Są złośliwe z natury, ale nie są złe, uwielbiają żarty i psoty, nie rozumieją naszych zwyczajów i chyba nie mają ochoty w nie wnikać. Czasem zjawiają się na sabatach czarownic, bo pamiętają jeszcze prastare czasy starego porządku kiedy to czarownice rządziły światem. Czasem zjawiają się wśród ludzi, niezauważeni. Znajdują najbardziej wrażliwe dziecko i biorą je w opiekę. Takie dziecko powoli znika, oddala się od reszty świata, coraz bardziej przechodząc do świata swoich magicznych przyjaciół. W końcu znika zupełnie. Dlatego trzeba uważać kiedy się spotyka fauna albo wróżkę. Czasem zaś w przesilenie letnie lub zimowe widuje się je w lasach. A tych co ich podglądają karzą ślepotą za wścibstwo. Niekiedy zaś tańczą w kręgach, po lasach i polach, a gdy ktoś ich spotka musi pląsać wraz z nimi. Jeśli ktoś obrazi lub skrzywdzi elfa, zabijają go strzałą o kamiennym grocie. Kiedy się z nimi dogadujesz zawsze musisz przestrzegać ich zasad. Za każdy podarunek lub przysługę należy zapłacić czymś o tej samej wartości. Obdarowany elf musi odpłacić, a obdarowany człowiek musi ofiarować coś elfowi. Inaczej elfy będą się mścić i szkodzić. Są biegli w iluzjach oraz w klątwach. Ale mimo wszystko wolą się trzymać z dala od ludzi, mieszkając w swoich wydrążonych wzgórzach i kurhanach. Nie rozumieją świata pod niebem i rzadko go odwiedzają. Przyjęcie Odbędzie się za dwa dni. Jest to nie tyle stypa co oddanie hołdu znanemu i bardzo szanowanemu obywatelo73

wi miasta. Zbierze się cała śmietanka towarzyska, ma zostać odczytany list Sama, a Rebeka wygłosi mowę o swoim mężu. Będzie okazja by się spotkać i porozmawiać, oraz napić wina. Rebeka ma nadzieję zebrać sporo pieniędzy na remont domu. Dlatego pogania służbę i strofuje dzieci, chce by wszystko wypadło jak najlepiej. Stworki mają zęby W piwnicy sługa imieniem Nathan Arsher, pięćdziesięcioletni krzepki mężczyzna, wymienia i uszczelnia rury. Tym samym nieświadomie więżąc jedną z tych istot w tunelu bez wyjścia. Przestraszona istota wzywa na pomoc swoich braci i po chwili atakuje go cała horda szczurowców, maleńkich ludzi, myślących kotów, olbrzymich owadów i magicznych stworzonek. Wielkie humanoidalne owady mają moc ukrywania tego w pobliżu czego lecą. Nathan więc nie ma pojęcia co go atakuje. Ale „ coś” napada go z każdej strony kąsając, wbijając mu gwoździe w ciało, miotając klątwy, podpalając ubranie i oślepiając. Zdołają nawet wyrwać mu jednego zęba. Oszalały z bólu i przerażenia mężczyzna zdołał krzyczeć dość głośno by usłyszał go któryś z graczy. Może on odszukać ciężko poranionego i oślepionego Nathana na dole w piwnicy. Pojawienia się gracza natychmiast przepędzi wszystkie elfy i stworki. Nathan wymaga natychmiastowej pomocy. Krwawi, ledwo trzyma się na nogach. Trzeba mu szybko opatrzyć rany które mocno krwawią, powinien też jak najprędzej dostać się do szpitala. Nathan niewiele może powiedzieć, nagle rozpętało się dookoła niego piekło. Jest teraz otruty śliną humanoidalnych owadów, powoduje to lekkie spowolnienie jego zdolności intelektualnych na kilka. Ale prawda jest taka że niewiele widział. A słyszał za to mnóstwo gniewnych głosików, syków, wrzasków i pisków. Sługa w szpitalu Rebeka jest wstrząśnięta wypadkiem jaki spotkał Nathana. Zleca więc graczom odwiezienie go do szpitala. Oczywiście pokryje wszystkie związane z tym koszty. Martwi się o swojego przyjaciela którego zna od wielu lat.

74

Jacob? W szpitalu Gracze mogą usiąść w poczekalni i czekać aż lekarze obejrzą obrażenia Nathana. Pewnie, o ile nie ma wśród nich lekarza, będą chcieć usłyszeć co lekarze mają do powiedzenia na temat obrażeń Nathana. W poczekalni spotkają Artura i Madlen Dikensów. Ta para dość głośno dyskutuje nad tym czy pójść na przyjęcie Rebeki Goldenmayers, a obok nich siedzi spokojnie chłopiec. Kiedy zabierze sprzed twarzy książkę graczom ukaże się Jacob Allister, sprzed dwudziestu pięciu lat! Chłopiec jest bliźniaczo podobny do Jacoba, za bardzo… a gracze dobrze sobie go zapamiętali. Jeżeli gracze zaczepią rodzinę Dikensów, okaże się ona bardzo rozmowna. Zwłaszcza jeśli gracze powiedzą że są jakoś powiązani z Goldenmayersami. Kobieta bardzo by chciała zobaczyć stare antyki w tym domu i rzeźbione drzwi, o których słyszała. Chce iść na przyjęcie by móc je oglądać i podziwiać. Jej mąż ma dość fascynacji żony, która wydaje pieniądze na jakieś malowidła, a przyjęcia które nie są biznesowymi go po prostu nudzą. Zapytani o syna wyjaśnią że jest adoptowany, małomówny i skryty, ale niezwykle inteligentny i uzdolniony. Cudownie gra na skrzypcach. Nazywa się Maxymilian Dikens i jest to wzorowe, ciche dziecko. Małżeństwo czeka na informacje o stanie zdrowia matki Dikensa, dlatego przebywają obecnie w szpitalu. Max zmierzy graczy dziwnym spojrzeniem. Jeśli będą się o niego dopytywać jest skryty i odpychający. Jeśli zaś zagadają go bezpośrednio, pokaże im książkę. Musi ją skończyć przed jutrzejszymi lekcjami, obiecał to swojemu prywatnemu korepetytorowi. Nie ma ochoty na rozmowy. 75

Spotkanie drugiej wiedźmy Dikensowie zanim opuszczą szpital, zapowiadają że z przyjemnością spotkają się z postaciami graczy na przyjęciu. Gracz którego napastnik pozbawił zębów, korzystając z wizyty w szpitalu powinien pójść na kontrolę lekarską. Ten właśnie moment upatrzy sobie Lizelotta Snook. To ona napadła na gracza i wyrwała mu zęby. Jest to dziwna osoba. „Raz, dwa, trzy, Będzie źle. Szara starucha porwie mnie. Cztery pięć, sześć, będzie mnie kąsać, będzie mnie jeść. Siedem, osiem, dziewięć także, wróżkom odsprzeda ząbki a jakże. Ta w kotle na dnie, na którą los padnie!” - wyrecytuje pod nosem, ale na tyle głośno by zwrócić na siebie uwagę graczy. Jeśli nie zareagują będzie recytować dalej, wodząc wzrokiem po graczach, jakby wyliczanka odnosiła się do nich. Powinna ich zainteresować na tyle by gracze zwrócili na nią uwagą i rozpoczęli rozmowę. Jeśli tak się nie stanie, to sama ich zagada. Lotta ma dziwny styl mówienia, jej zachowanie jest nietypowe, trochę szalone. Mówi przeciągając, dziwnie akcentując, lubi niedopowiedzenia i przesadne, teatralne gesty. Co kilka słów leciutko oblizuje opuszki palców, jakby była zakłopotana. Zazwyczaj nie patrzy w oczy rozmówcy, a jej wzrok jest rozbiegany i niespokojny. Wie o elfach i wróżkach. Opowie graczom o szarej szkaradzie, i o szperaczach poszukujących dzieci, które są dość niewinne i wrażliwe by zainteresować szarą staruchę. Kiedy znajdą takie dziecko ona je zabiera i obdziera żywcem ze skóry. Gotuje w kotle i zaklina, tak jak zaklinają ci co oddają cześć ziemi. Lotta wie to wszystko. Opowie im o tym jeśli przyniosą jej „magiczny fant”. Jeśli dadzą jej kość z grobu Jacoba. Ale przynieś ją tylko ty - wskaże palcem jednego z graczy - albo ty. Nikt inny! Zagrozi palcem i poda im swój adres po czym odejdzie. Żądanie by to wskazany gracz przyniósł kość ma na celu uchronienie jej przed spotkaniem się z graczem którego napadła.

Jeśli gracze postanowią rozkopać wieczorem grób rodziny Allisterów, muszą to zrobić ukradkiem. Jest on oznaczony krzyżem, a nie tablicą z nazwiskami. Gracze wiedzą który to grób tylko dlatego że jako dzieci byli na tym pogrzebie obecni. Odkryją jednak, że grób był rozkopany już wcześniej, zaś trumna rozbita i otwarta. W środku powinny być trzy trumny, dwie są rozbite i puste, deski noszą ślady pazurów i wilczych zębisk. Trzecia trumna – dziecięca - jest cała i nietknięta, nie licząc faktu że ktoś wydrapał na niej całe rządki skomplikowanych znaków nieznanego pochodzenia. Wyglądają jak długie proste linie, poprzecinane krótkimi ukośnymi lub poziomymi liniami, które prawdopodobnie znaczą litery. Znaki układają się w kształt tripletu, opisanego pierścieniem tekstu. Ktoś posiadający Historię na poziomie 70% lub wyższym, może rozpoznać że jest to starożytne pismo ogamiczne. Znaczenia znaków nie da się ustalić, gdyż nie zapisano ich w żadnym ludzkim języku. Pismo to jest pokrewne runom celtyckim i również używano jego liter do wróżenia i rzucania zaklęć. W trumnie spoczywają prochy dziecka oraz jego szkielet. Udany test Antropologii lub Medycyny pozwoli stwierdzić że w tym grobie coś nie pasuje. Znawca zauważy, że ciało musiało się rozłożyć w zastraszająco szybkim tempie, zaś kości zostały nietknięte. Trudno uwierzyć że to grób sprzed 25 lat a nie tysiącletni grobowiec.

Hiena cmentarna Pora usiąść i przedyskutować co dalej. Okaleczony gracz może rozpoznać z opowieści towarzyszy że rozmawiali z kobietą która go napadła i udać się pod wskazany adres w celu dokonania zemsty. Na razie jednak wskazany dom jest pusty. 76

77

Odwiedziny w bibliotece Podczas zbierania informacji dobrze jest też zasięgnąć informacji w bibliotece miejskiej. Jest tu niezwykle bogaty księgozbiór. Szczęściem młoda, atrakcyjna bibliotekarka pomaga w szukaniu (każdy uprzejmy człowiek otrzymuje +10 do Korzystania z bibliotek, lub +15 jeśli ma wysoki WG lub wyższą klasę społeczną). Po krótkich poszukiwaniach gracze powinni natknąć się na książki i artykuły dotycząc Szarej Wiedźmy. To chyba najstarsza miejska legenda: Podobno żyje tu wiedźma, odziana w szaty w które wtarto popiół z kości małych dzieci. Wędruje pustymi uliczkami we mgle ciągle szukając niegrzecznych dzieci, którymi się żywi. Mieszka ona na co dzień w krainie wróżek, w wydrążonych wzgórzach za miastem i w kurhanach, a niekiedy prowadzi wojny z innymi wiedźmami. Podobno jest wilkołakiem i dlatego porywa dzieci, albo też jest upiorem który szuka swojego dziecka. Kiedy przytula obce dziecko biorąc je za swoje zamraża je na śmierć i odchodzi zrozpaczona. Według jednej z legend Merlin, podczas jednej ze swoich wypraw spotkał ją na swojej drodze i przeklął jej kształt, tak że nie wolno jej teraz oglądać światła słońca. Przegonić ją można też wodą święconą albo srebrem, którego nie wolno jej dotykać. Dlatego do ścian niektórych domów do dziś jeszcze przybija się gwoździem srebrną monetę. Elfy to duszki domowe. Czasem psotne czasem pomocne. Łatwo je obrazić, na przykład niewłaściwym podarunkiem, wielce obraźliwe na ten przykład jest podarowanie im ubranka. Niektóre elfy wykonują pomocne prace w zamian za ofiary, najczęściej z mleka lub okruszków chleba. Dzikie Elfy zajmują się ogrodami, kwiatami, lasami i całą przyrodą. Rozgniewane przysysają się do ust ofiary i wysysają z niej całe powietrze tym samym ją dusząc. Władają siłami natury i rzucają proste zaklęcia. Ale dostrzec elfa może tylko osoba niezwykle wrażliwa, albo dziecko. Elfy rodzą się z bajek i opowieści, zatem kiedy ludzie przestaną marzyć to elfy wymrą…

Atak na dziecko Po powrocie do domu gracze mają niewiele czasu by odpocząć. Gospodyni poda im smaczny posiłek. Ale ledwie nałożą sobie porcje kiedy z poddasza domu rozlegną się krzyki przerażonego dziecka. To Ludwisia, mała wrażliwa dziewczynka z talentem 78

do skrzypiec. Gracze nie mogą jednak pójść sprawdzić co się z nią dzieje bo w jednej chwili wszystkie drzwi w domu, nawet te od szafek, czy schowków zostają zamknięte. Jednocześnie okazuje się że nikt nie ma kluczy by je otworzyć. Zostaje tylko wyważać kolejne drzwi, choć wymaga to BC na poziomie min. 15 i zadaje 1 punkt obrażeń za każde wyważone w ten sposób drzwi. Oczywiście Rebeka gorąco protestuje przed niszczeniem jej domostwa. Inną drogą są okna. Można wyjść na zewnątrz budynku i wspiąć się na daszek a z niego po parapecie wyżej, do okna wychodzącego na korytarz, koło pokoju w którym uwięzione jest przerażone dziecko. Dziewczynka klęczy na podłodze i wrzeszczy z przerażenia, po brodzie cieknie jej krew. Dookoła niej, w okręgu tańczą małe szkaradne stworki. Większość z nich ma kształt szczurów o ludzkich głowach i długich, kończynach, które dzierżą w łapkach łodygi kwiatów. Inne podobne są kotom, humanoidalnym lisom, chodzące w pozycji wyprostowanej żaby, ogromne owady, nawet bajecznie kolorowe węże. Jest też kilka chudych jak szkielety gnomów o pomarszczonych, psowatych pyszczkach, mających może niecałe pół metra, uzbrojonych w łuki i strzały. Na widok gracza cała ta fantastyczna zgraja rzuci się pod ściany umykając z pola widzenia, jakby wskakując za zasłonę niewidzialności. Zaraz po tym okno z trzaskiem otworzy się na oścież i cichy tupot oznaczać będzie że elfy uciekły. Zobaczenie tej sceny kosztuje utratę 1/k3 punktów poczytalności. Dziewczynka pluje krwią. Bawiła się z elfami, aż jeden nagle niespodziewanie wyrwał jej ząb. Reszta rzuciła 79

się na nią i zaczęła tańczyć dookoła i znosić kwiaty. Wyrwali jej jeszcze dwa zęby, a potem już tylko tańczyli. I mówili coś o czarnej kozie z lasów. Dziecko jest w szoku i mocno zdezorientowane, by z nim porozmawiać trzeba zdać test Psychologii lub Perswazji (ułatwiony o 10% jeśli gracz powie dziecku że mu wierzy i że też to wszystko widział). Próba przekonania do prawdy Rebeka Goldenmayers jest realistką. Nie wierzy w duchy nawiedzające jej dom, ani w żadne elfy. Dziecko ma wybujałą wyobraźnię i samo musiało sobie te zęby wybić, pewnie spadając ze stołka przy jakiejś wyjątkowo głupiej zabawie. Podobnie drzwi, dzieciaki je zamknęły by się zemścić za to że pozamykała je w pokojach. To one też musiały ukraść klucze. Rebeka wyznacza dzieciom karę, nie dostaną jeść i są uziemieni w pokojach dopóki nie przemyślą swojego postępowania i nie okażą dość skruchy. Przekonanie Rebeki że coś jest nie w porządku jest trudne. Trzeba wielu argumentów by przyznała graczom rację. Wówczas może złagodzić swoje stanowisko. Tylko od pomysłowości i dobrych argumentów zależy jak zachowa się pani domu. Z dziećmi trzeba porozmawiać, są wystraszone i potrzebują wsparcia. Gracz który pójdzie do nich i zda test Psychologii odzyska dodatkowo 2 Punkty Poczytalności po zakończeniu przygody. Dzieci znają więcej śladów bytności intruzów w domu. Elfy przynosiły dzieciom jagody i kwiatki. Od tego czasu się jednak nie pokazywały. (Elfy żądały jakiejś rekompensaty za te podarki. Skoro się jej nie doczekały postanowiły same ją sobie wziąć i dlatego wyrwały zęby Ludwisi. Gracz który postawi na parapecie lub pod łóżkiem miseczkę mleka zabezpieczy dzieci przed ewentualnymi dalszymi atakami.) Wizyta u Lizoletty Lizoletta pojawi się w umówionym miejscu tuż po obiedzie i będzie tam czekać aż do wieczora. Sama nie mogła zdobyć kości bo nie wiedziała gdzie chłopak jest pochowany. Nie może też kopać na poświęconej ziemi bo ta pali jej skórę. Ale jeśli gracze przyniosą jej kość będzie mogła wcielić swój plan w życie. 80

Gracze mogą chcieć jej grozić, lub nawet wymusić na niej opowieść. Zwłaszcza jeśli jest z nimi okaleczony gracz. Lizelotta jest twarda i nie łatwo ją przestraszyć, jest w końcu nie tylko szalona ale i zna potężne zaklęcia. Jeśli Badacze ją zaatakują lub zbyt mocno przycisną, rzuci zaklęcie Pięść Yogsothotha, wkładając w nie całą swoją moc. Siłą tego zakłęcia będzie tak wielka, że lichy domek wiedźmy rozleci się na kawałki, a wypchnięci kinetyczną falą gracze mogą zostać mocno poranieni. Kobieta ucieknie wówczas, najlepiej zabierając z sobą kość Jacoba. Jeśli gracze jednak wykażą się rozsądkiem i cierpliwością, mogą się czegoś dowiedzieć. Lizelotta zabierze kość i ją zaczaruje, a potem odda graczom. Po czym powie: Jeśli dotkną nią wiedźmy złamią jej moc. Będzie się musiała udać do elfów - mówi Lizelotta gestykulując przesadnie - ale te to najmici są. Temu kto da więcej służą. Ja je podkupiłam i odwrócą się od niej. Oddałam im całe wiadro zębów. Smakowitych, chrupkich zębuszków. A kiedy się od niej odwrócą Szara Ghulica sczeźnie nareszcie i klan czarnolicych przejmie ten teren! A w - odwróci się do graczy - nareszcie odzyskacie spokój. Można się z nią targować, lub dopytywać się o szczegóły. Ale mówi strasznie pokrętnie i nie łatwo dojść o co jej tak naprawdę chodzi. Jeśli Badacze zażądają zapłaty za kość spyta: Ile jest warty spokój duszy? Jeśli będą się dopytywać o inne korzyści odpowie: Szara wiedźma runie w dół, a od jej upadku zatrzęsie się ziemia. Już nie zje ani 81

dziecka! Jeśli będą mieć wątpliwości czy jej zaufać, roześmieje się jedynie. Ona po prostu jest szalona. Wizyta na sabacie Graczom może przyjść do głowy by śledzić Lizelottę i przyjrzeć się co też ona knuje. Ta zaś spakuje kilka rzeczy w torbę i wyruszy piechotą za miasto na nikogo się nie oglądając. Gracze lub jeden gracz śledzący tę czarownicę nie musi nawet testować czy nie zostanie dostrzeżony. Kobieta uda się kilka kilometrów w głąb lasu krętymi ścieżkami. W końcu dotrze na uroczyska, nieopodal bagien. Tam widać wielkie ognisko na polanie, dookoła którego tańczą jakieś postacie. Lizoletta przystanie i rozbierze się do naga odwieszając ubranie na krzak. Wyjmie z pakunków kość i jakiś woreczek i uda się w stronę ogniska. Gracze mogą się skryć w paprociach i podejść bliżej. Ujrzą wówczas niecodzienny widok. Dookoła ogniska tańczą w rytm bębnów i piszczałek nagie kobiety. Każdy kto się zna na muzyce lub tańcu stwierdzi że ten taniec ma w sobie wiele z gawota. Między postaciami kobiet są też męskie sylwetki, ale nie są to ludzie. To fałny o nogach z kopytami i głowach psów, pląsają dziko, prężąc się w jakiś zmysłowy, erotyczny sposób. Są tu i inne istoty, pod drzewem siedzi orszak pogiętych chudych karłów. Ich ubrany dostojnie władca rozłożył coś na kształt kramu z różnorakimi mechanizmami. Są tu chodzące na dwóch nogach lisy, zwierzaki w ubrankach, wielkie jak kurze jajka owady które świecą w mroku. Są gromady szczurów tańczących w swoich własnych kręgach i śpiewających swoje własne pieśni. Lizelotta zawoła całą zgraję. Wysypie z woreczka pokaźną stertę ludzkich zębów. Dziwadła i istoty zdawać się będą zachwycone tym widokiem. Zerkają łakomie na stos, ale nikt nie odważy się po nie sięgnąć. Lizelotta poda tłumkowi elfów kość Jacoba. Tłum położy ją na ziemi i zacznie chodzić dookoła niej a wówczas kość zacznie drgać, a potem lewitować, unosząc się w górę. Dookoła niej, niczym świetlisty huragan zaczną krążyć humanoidalne, świecące owady. Kość wiruje w powietrzu. W tym momencie wszystkich świadków ogarnie ogromna ochota dołączenia do sabatu. Każdy gracz musi zdać test na MOC x 3 by się opanować. Jeśli się opanują muszą powtarzać test co godzinę lub odejść. W przeciwnym razie Badacz rozbierze się i dołączy do korowodu postaci. Korowód śpiewa 82

pieśń dziękczynną dla czarnej kozy. Opętanemu graczowi wyda się to ze wszech miar słuszne. Będzie zawodził: Ia, Ia, Ia! Czarna koza z lasów z tysiącem młodych! Ia!. Aż w ognisko wejdzie Mroczne Młode , wijąc mackami wśród płomieni, w rytm muzyki granej przez Ghule. Wówczas gracze stracą zupełnie kontakt ze światem. Obudzą się nad ranem. Nadzy i umazani krwią w jakimś ciemnym lesie, nie mając pojęcia co robili od momentu zobaczenia potwora tańczącego w ogniu. (Od tej pory wszystkie Mroczne Młode będą traktować graczy jako członków kultu Shubb-niggurath. Jeśli gracze ich nie zaatakują to zostają zignorowani. Stwory mogą wręcz rzucić się w ich obronie jeżeli Badacze będą w stanie zagrożenia. Jeśli jakikolwiek gracz zaatakuje Mroczne Młode to odpowie ono zwyczajną agresją). Ujrzenie sabatu kosztuje Badaczy utratę k10/k20 Punktów Poczytalności, oraz pozwala zwiększyć Mity Chtulhu o 3% plus 1% za każdą godzinę oglądania i opierania się czarowi sabatu. Nieopanowanie się i dołączenie do widowiska kosztuje utratę dodatkowych k3/k6 Punktów Poczytalności. Ważne przyjęcie, zepsute harcami Z dziczy do cywilizacji. Gracze mają szansę obmyć się w jeziorze, a potem poszukać swoich ubrań (udany test Szczęścia). Wypalona polana jest już od dawna zimna a po biesiadnikach nie ma żadnego śladu. Pora wracać do domu. Kiedy gracze pojawią się w brudnym ubraniu w domostwie wywołają gwałtowny sprzeciw Rebeki. Przyjęcie właśnie się rozpoczyna. Więc najwyższa pora szybko się 83

umyć, przebrać oraz zejść na dół. Goście już się schodzą. Rebeka wita wszystkich i przyjmuje kondolencje. Każdy z gości zarzeka się jej że miał osobiste, bliskie relacje z jej mężem i jest zdruzgotany jego przedwczesnym odejściem. Ludzie dyskutują i oglądają drobno rzeźbione meble, dostojne malowidła i ozdoby. Rozmowy toczą się głównie o polityce lub też trendach w interesach. Państwo Dikensowie przyszli wraz ze swoim synem. Ma on wraz z Ludwisią zagrać mały koncert na skrzypcach. Żeby Ludwisia dała radę wyjść i zagrać publicznie trzeba z nią porozmawiać i zdać test Psychologii (+10% jeśli dziewczynka ufa graczom). Jeśli nikt jej nie pomoże i z nią nie porozmawia, Ludwisia wyjdzie na scenę, stanie obok smukłego, zimnego chłopczyka, spojrzy na tłum i zemdleje. (Pomoc dziecku pozwoli odzyskać dodatkowo 1 Punkt Poczytalności po całej tej historii) Dzieci będą grać. Do jednego z graczy podejdzie inne dziecko - mieszkaniec tego domu - pociągnąwszy go za rękaw powie iż pani Lizelotta czeka za płotem. Wszystko już uknute W ogrodzie panuje przyjemny chłodek. Kiedy gracz podejdzie do płotu faktycznie ujrzy Lozolettę. Wszystko już uknute - wyjaśni kobieta. Poda mu uplecioną z wikliny kulę wielkości strusiego jaja oraz zaostrzoną kość Jacoba. Naciągnęła skórę dziecka i myśli że nas zwiedzie! – parsknie. Czar kości wyczuje i zrobi się groźna, ostrzeże - tedy musisz ją zajść od tyłu tak by cię nie spostrzegła. Wbij jej kość w ciało a złamiesz jej czar. Teraz nakaże mu otworzyć kulę by się skryć przed jej wzrokiem i odejdzie chichocząc dziwacznie. Po otwarciu wiklinowej kuli z jej środka wyleci siedem wielkich brzęczących owadopodobnych elfów. Te humanoidalne owady zaczną krążyć dookoła gracza jakby poinstruowane co dokładnie mają robić. Gracz stanie się niewidzialny. Jest to jednak niewidzialność mocno niedokładna. Co chwila ciekawski elf odleci od gracza zainteresowany czymś na stole lub spłataniem komuś figla. Sprawia to iż graczowi pojawi się na chwilę noga czy też ręka. Ale dopóki Badacz trzyma się na dystans od innych ludzi i sprzętów jest zupełnie niewidoczny. Elfy mogą też za nim nie nadążać jeśli będzie się zbyt szybko poruszać, albo wykonywać niespodziewane gesty. Rolą 84

gracza jest teraz wypełnić zadanie szalonej kobiety: zajść Jacoba/Maxa i wbić mu w ciało kość. Kiedy gracz wróci niewidzialny na salę, Max zacznie fałszować i rozglądać się po sali. Niewidzialny Badacz dostrzeże w „aurze” swoich elfich przyjaciół prawdziwą naturę dziecka. Jacob ma wielkie, okrągłe, żarzące się czerwienią ślepia, których blask niemal skanuje salę. W miarę zbliżania się do niego, demoniczny chłopiec będzie coraz bardziej niespokojnie grał. Jednak nie zareaguje, chyba że gracz się ujawni, lub zrobi się nieostrożny. Po wbiciu mu kości głośno wrzaśnie, a raczej zaskomli jak zraniony pies. W ciągu sekundy jego ciało rozedmie się bąblami, rosnąc błyskawicznie, aż pęknie. Ukazując olbrzymiego, szarego stwora o psim pysku, skrytego pod kapturem. Ma na sobie rozciągnięte do granic możliwości, podarte dziecięce ubranko i maleńkie skrzypce w sękatej jak pająk łapie. Stwór wystawi rękę w górę i szczeknie wydając z siebie okropny ryk. Ludzie padną na podłogę wijąc się w konwulsjach. Gracze mają szansę wykonać test Kondycji lub MOCy by zachować równowagę i zmniejszyć efekt czaru. (Widok tej przemiany kosztuje widzów utratę k6/ k10 Punktów Poczytalności. Gracze mogą się pozbierać udanym testem MOC x 5, ale reszta ludzi jest zbyt zszokowana zdarzeniami by cokolwiek zrobić). Szara Wiedźma ciśnie w najbliższego stojącego człowieka skrzypcami (zadając mu k6 obrażeń). Pochwyci Ludwisię, zarzuci ją sobie na ramię i na czterech kończynach pogna przez salę w kierunku okna.

85

Pościg za wiedźmą Szara Wiedźma jest prastarym, przedstawicielem rasy Ghuli. Ale jej cechy fizyczne są dwukrotnie większe niż u przedstawiciela tej rasy. Poza tym zna wiele groźnych czarów. Walka z nią nie będzie łatwa. Wiedźma wypadnie przed dom i zacznie nawoływać swoje sługi. Nie przyjdą! ryknie roześmiana Lizelotta zza płotu. Nikt nie przyjdzie cię wesprzeć! Zadbałam o to! Oddałam się wszystkim twoim braciom, w zamian obiecali cię porzucić w tę noc. Jesteś sama! - wybuchnie szaleńczym chichotem. Wiedźma zawyje wściekle i rzuci się do ucieczki, wyważając barkiem bramę. To jest zemsta! Zemsta czarnolicych! Gracze którzy wypadną za wiedźmą z przyjęcia powinni być uzbrojeni. Zanim Ghulica sforsuje bramę zdążą raz wystrzelić. Jeśli ją trafią, muszą jeszcze raz rzucić kostką, mają bowiem 20% szans że kula trafi w nieprzytomne dziecko na plecach stwora. Ranny Ghul będzie krwawił znacząc tym samym drogę. Jeżeli gracze nie zdołają go postrzelić należy pamiętać iż ma ranę po wbitej kości. Każda kolejna rana doda 10% do szansy wytropienia go. Odzyskajcie dziecko - poleci graczom Lizelotta - inaczej znowu ukryje się w jej skórze i przetrwa kolejnych 25 lat. Po tych słowach chichocząc odejdzie spokojnym krokiem w przeciwną stronę. Na dworze panuje gęsta, specyficzna wiktoriańska mgła, dlatego pościg jest trudny, na szczęście Ghul biegnąc rzęzi głośno. Niewidzialny Badacz jest osłaniany przez elfy przez pełną godzinę. Po tym czasie czar pryska. Gracze powinni mieć dość czasu by wykorzystać niewidzialność w pościgu i w walce finałowej. Jednakże im dłużej elfy krążą dookoła postaci, tym mniej się interesują swoim zadaniem – tym samym coraz częściej pokazuje się jakaś część ciała gracza. Finał Wiedźma dobrze wie że przegrała i biegnie na cmentarz. Tam upuści dziecko i spróbuje zabić napastników. Zrezygnuje jeśli Badacze odbiorą jej dziecko, lub dziewczynka zginie. Jeżeli nie uda się jej upilnować małej, spróbuje się gdzieś skryć i zakopać w ziemi (kopie błyskawicznie). Jeżeli zostanie zabita, upadnie ociężale na ziemię, a ta rozstąpi się pod nią pochłaniając ją całą. 86

Epilog czyli wątki do zakończenia. Lizoletta znika bez śladu i nie da się jej wyśledzić. Ta szalona kobieta pewnie podjęła się jakiegoś nowego wyzwania. Możliwe jednak że gracze ją kiedyś spotkają. Może się okazać zarówno wielką pomocą, jak i wrogiem o diabolicznym planie. Gdyby wiedźma zakopała się w ziemi i uciekła w ten sposób graczom, to i tak długo się nie pozbiera. Jest osłabiona i pozbawiona mocy. Elfy, szczurowce i inne sługi wiedźmy już więcej nie będą nachodzić ludzi w mieście, chyba że ktoś je wezwie. Ludwisia po tym wszystkim już nigdy nie będzie normalnym dzieckiem, chyba że któryś z graczy pomoże jej za pomocą Psychologii (udany test umiejętności o poziomie min. 75%), wtedy dziecko zapomni większość z minionych wydarzeń, wypierając złe wspomnienia. Rodzice Maxa Dikensa będą wymagać poważnej terapii i znikną z miasta. Reszta ludzi, ogłuszona zaklęciem nie do końca pamięta co tak właściwie się działo... Nie potrafią tego wyjaśnić. Ledwie kilku pamięta że dzieciak nagle zmienił się w wilkołaka i coś wrzasnął. Ale jakoś nie opowiadają tego zbyt chętnie. Rebeka popada w długotrwałą apatię i z pomocą opiekującej się nią niani - którą zatrudniała do opieki nad dziećmi - powoli wyjdzie z tego stanu.

87

Maciej "Ammon" Banasik Co słychać na dworze Azathotha? Część 2

Cezary " Czeski " Czyżewski Opowiadanie Artefakt

Andrzej Olszewski Opowiadania Latarnia, Ciemne zaułki

ROZBUDZAMY WYOBRAŹNIĘ...

Michał Próchniak Ruch 10 stycznia

Michał Różycki Ta bluźniercza epoka wiktoriańska...

Dawid Pawlica

Gaslight - okiem wydawcy

Kamil Sobierajski Przygoda do Zew Cthulhu "Złodziejka zębów"

88

89

GALMADRIN

O f i c j a l n i

P a t r o n i

M e d i a l n i:

Gliwice, październik 2011
Gwiazdy są w porządku 03 (listopad 2011)

Related documents

46 Pages • 21,825 Words • PDF • 13 MB

59 Pages • 23,788 Words • PDF • 23.2 MB

242 Pages • 107,171 Words • PDF • 2.8 MB

146 Pages • 73,511 Words • PDF • 137.1 MB

3 Pages • 772 Words • PDF • 129.6 KB

16 Pages • 2,916 Words • PDF • 608.3 KB

1 Pages • 333 Words • PDF • 158 KB

2 Pages • 1,726 Words • PDF • 323.8 KB

21 Pages • 5,563 Words • PDF • 299.3 KB

344 Pages • 58,686 Words • PDF • 1.6 MB

26 Pages • 7,523 Words • PDF • 332.9 KB

374 Pages • 64,105 Words • PDF • 8 MB