Jabłoński Witold - Słowo i miecz.pdf

593 Pages • 146,749 Words • PDF • 1.8 MB
Uploaded at 2021-09-24 12:31

This document was submitted by our user and they confirm that they have the consent to share it. Assuming that you are writer or own the copyright of this document, report to us by using this DMCA report button.


WITOLD JABŁOŃSKI SŁOWO I MIECZ A gdy strach miecza ustal - wszystkie duchy Pogańskie jeszcze raz podniosły czoła... Juliusz Słowacki Król-Duch Prolog (jesień 1047) Serce spowijał mrok. Nie zamierzała jednak poddawać się zwątpieniu ani rozpaczy. Opuściła niewieście komnaty, by nie słuchać dłużej lamentu kobiet i płaczu dzieci. Nie mogła patrzeć w oczy pełne lęku, a chwilami złudnej nadziei. Nie chciała już wypowiadać jałowych słów pocieszenia. Minęła buchającą wiecznym żarem Kuźnię Peruna i weszła na ostrokół od strony Wisły. Owionął ją poryw chłodnego wiatru, miotającego zeschłym listowiem. Skończyła się pora letniego wesela, pomyślała. Nadchodzi czas wygłodniałych wilków i rozszalałych upiorów, czas ciemności i śmierci.

Częstokół nie był w tym miejscu wysoki, nie ucierpiał też podczas walk. Nie było potrzeby wzmacniać palisady wałem ziemnym, sama bowiem stromizna wyniosłej, nadrzecznej skarpy wystarczająco ją chroniła. Straż tutaj trzymali bezzębni starcy i nieopierzone młokosy, dźwigający na karkach zbyt wiele albo zbyt mało lat, wszyscy bowiem dzielni junacy i chrobrzy witezie szykowali się tam, w dole, do ostatniego boju. Rwali się do tego od chwili, gdy wraża armia podeszła pod gród i opasała go żelaznym pierścieniem. Rycerze spod znaku Jezu Krysta nie przypuszczali szturmów na potężne wały, lecz zasypywali gród wystrzeliwanymi z przemyślnych katapult kamieniami i pociskami zapalającymi, czyniącymi niemałe zniszczenia. Najbardziej jednak niszczący był głód, który z czasem zaczął doskwierać obleganym, gdy wyczerpały się zgromadzone wcześniej zapasy. Najeźdźcy spalili okoliczne wsie i zablokowali drogi, zamykając obrońców warowni niby zwierza w potrzasku. Zdawało się, że umarła ostatnia nadzieja. Dopiero nadejście pruskich i litewskich przyjaciół, a wkrótce potem księcia Ziemomysła ze znacznymi siłami Pomorzan, którzy zaczęli nękać napastników częstymi podjazdami, odmieniło zły los. Wrogowie wycofali się na drugi brzeg rzeki i teraz wspólnej Doli walczących miała dopełnić wielka, rozstrzygająca bitwa. Prusowie, a zwłaszcza Synowie Drzew, Jadźwingowie, przenigdy nie daliby się zamknąć w ścianach jakiegoś grodu, także tutejsi wojownicy radzi byli wydostać się wreszcie z ciasnej, zatęchłej klatki. Księżna nie dziwiła się radości, z jaką ruszali w pole po złożeniu bogom krwawej ofiary. Wyjeżdżając główną bramą na niewielkich, lecz silnych, kosmatych konikach, towarzysze i druhowie jej syna śpiewali z zapałem prastarą bojową pieśń: Gdzie drogę, gdzie wyprawę Powiedzie król i woj, W jakie zapasy krwawe,

Na jaki wielki bój; Na wyprawę, na drogę, Jakich zbrojnych rycerzy W orszak z sobą zabierze W strzały, miecze, pożogę, Po sławę, w krwawy znój... Dla matki owa junacka piosnka brzmiała dziś osobliwie ponuro, przeczuwała bowiem, że wielu tych młodych wojaków więcej już nie usłyszy Ubiegłej nocy ucztę wojów rozpoczęto hymnami do Peruna, by natchnął odwagą serca walczących, a zakończono zaklęciami guślarzy, by Weles wziął w opiekę poległych. Ze szczytu Wzgórza Tumskiego obie armie, uszykowane u rzecznego brodu, widoczne były jak na płasko rozpostartej dłoni olbrzyma. Kapłanka wyostrzyła swe możliwości postrzegania, wyrzekłszy właściwe Słowo i snując gestami dłoni niewidzialne magiczne przędziwo w czystym, choć przesyconym chłodną wilgocią powietrzu. Zaklęcie „sokolich zmysłów” pozwoliło jej zobaczyć i usłyszeć, cokolwiek tylko zechciała, jakby kołowała nad ziemią, szukając żeru. Na gałęziach leśnych drzew, okalających równinę, zebrały się całe chmary drapieżnego ptactwa, czekając na obfitą ucztę. Nietrudno było się z nimi zjednoczyć w napiętej obserwacji ludzkich poczynań. Kapłan Pana Błyskawic, Wojbor, błogosławił wszelką broń, nadając jej krwawą skuteczność dzięki spływającej nań łasce boga wojowników. Czarował, by koń był śmigły, miecz ostry, a tarcza niezawodna. Żarliwy ofiarnik był dobrej myśli, albowiem dzisiejszego ranka, nim wyruszyli w pole, zmiażdżył kowalskim młotem czaszki schwytanych przez Pomorzan dwóch ruskich ciurów. Krew rozbryzgała się promieniście na kamiennym ołtarzu, co oznaczało, że ofiara dobrze została przyjęta. Sługa Peruna wziął ze zbrojowni swój stary

miecz, oczyścił go i naostrzył. Pomorscy kapłani Strzyboga zaklinali strzały swych pobratymców, by sprzyjające wiatry niosły je jak najdalej, zadając ostrymi grotami z daleka lotną, niechybną śmierć. Łucznicy wyciągali spod lekkich szyszaków lub futrzanych czap cięciwy łuków, schowane tam, by nie zamokły w porannej wilgoci, i napinali je na długich, sprężystych łęczyskach. Dowódcy przypominali im, by celowali głównie w rumaki wroga i oszczędzali pociski. Pruscy i litewscy vargarowie, odziani w skóry wilcze, z zębatymi łbami na karkach, ledwie powstrzymywali nadchodzący szał bojowy, powarkując z cicha i przebierając niespokojnie nogami. Przewodnicy Przemian doradzali półgłosem młodzieńcom: - Trzymajcie bestię na wodzy, dopóki nie zacznie się walka. Wtedy uwolnicie w sobie wilczą wściekłość, która napełni was nieposkromioną mocą... Starsi, brodaci berserkowie, okryci niedźwiedzimi futrami, pomrukiwali tylko pobłażliwie na niecierpliwość młodych wilczków. Wiadomo, że wilk nigdy nie będzie służył misiowi, choć w tym samym lesie polują. Doświadczonym wojom niepotrzebne były pouczenia, wystarczał ułatwiający przeistoczenie wywar z grzybów, jakim ich poili kapłani. Wiadomo było, że tknięci szałem będą walczyć z nadludzką siłą do końca, póki zostanie w nich ostatnia kropla krwi, ostatnia skra życia. Po drugiej stronie rzeki biskup Aron objeżdżał szyk cesarskich paladynów i skrapiał odkryte głowy wodą święconą, obiecując odpuszczenie wszystkich grzechów za walkę z wrogami krzyża. Chrześcijańscy wojownicy odbierali z rąk giermków włócznie i srebrzyste hełmy, przyozdobione orlimi piórami. Znaleźli onegdaj na pobliskim uroczysku ścierwa sczepionych ze sobą dziobami i szponami martwych drapieżców. Czyżby biły się o władzę nad niebiańskimi wyżynami?... Rycerze uznali to za dobry omen. Zatknęli więc zmokłe krwawe pierze w tulejki pióropuszy, niektórzy za naramienniki. Biskup chwalił pobożny

zapał Chrystusowych żołnierzy. Ich białe płaszcze łopotały na zimnym wietrze niczym anielskie skrzydła. Łopotały proporce z gryfem Palatynatu, godłem Ezzonidów, czerwonym orłem Brandenburczyków, niebiesko-białą, ukośną szachownicą Wittelsbachów. Piastowski orzeł gubił się nieco pośród tych obcych znaków. Opodal stała ruska konnica kniazia Jarosława, potężne, brodate chłopy z wielkimi, dwuręcznymi toporami i bułatami. Żegnali się zamaszyście na wschodnią modłę, kiedy pop ich okadzał, by obronić od złego, a młodziutki diaczek, dzierżący złotą chorągiew z wizerunkiem groźnego Zbawiciela Pantokratora, zawodził psalm cienkim, drżącym głosikiem: Dzięki Tobie, Panie, wrogów naszych powalimy i niewiernych zdepczemy w imię Twoje. Bo nie na łuku moim polegam ani mnie miecz obroni przed poganami, Ale nas Ty bronisz od nieprzyjaciół prawdziwej wiary, a nienawidzących Cię ukorzysz. Bogiem się chlubimy zawsze, a imię Twoje wiecznie wysławiamy... Ciężkozbrojne hufce stały strzemię w strzemię, ufne w swą dumę obrońców prawdziwej wiary. Sascy i bawarscy kusznicy, niezbyt gorliwie przykładając się do modłów, spokojnie, wręcz flegmatycznie nakręcali kołowrotki i układali w łożyskach stalowe bełty. Obie armie były gotowe, czekały jedynie na hasło. Miecław, władca Mazowszan, widoczny z dala dzięki czerwonej kicie na pozłacanym szyszaku i lśniącej purpurze na barkach, wyjechał przed szereg swej drużyny, potrząsając Włócznią Peruna. - Jesteśmy tu - wołał - by bronić naszej wolności i rodzimej wiary. Jesteśmy tutaj, by chronić Lud Słowa przed jarzmem tych, którzy mu niosą zagładę. Co uczynicie, kiedy

zwycięstwo i klęska, życie i śmierć ważą się na jednej szali? Nieprzyjaciel ma w swoim obozie mięso, chleb i piwo, zacny oręż i rącze wierzchowce. Wszystko to będzie nasze, gdy zwyciężymy. Chcę zobaczyć, jak wrogowie spływają krwią! Jak tarzają się w błocie, błagając o litość! Nie znajdą jej. Niech wypełni nas moc Arkony! Czyńcie, co należy, a czeka was nieśmiertelna sława! - Sława! - odkrzyknęli wojownicy pradawnym zaklęciem, wlewającym w ich serca ducha odwagi i waleczności. - Zdobędziemy ich jadło, broń i kobiety! Towarzyszyły temu miarowe uderzenia orężem o tarcze, zajadłe wycie berserków i granie turzych rogów. Książę Kazimierz Karol, z wielkim krzyżem na piersi, w srebrzystej, podwójnie tkanej kolczudze i śnieżnobiałym płaszczu, także nie bawił się w długie mowy. Jego rycerzom wystarczyło kazanie biskupa Arona na porannej mszy polowej. Uniósł włócznię świętego Maurycego, kopię Niosącej Krzyż Cesarskiej Lancy i zawołał: - Bądźcie jako archaniołowie wojujący z zastępami ciemności! Jako święty Jerzy walczący ze smokiem! Zabijając wroga, wspomnijcie na apostołów i świętych! Kto przeleje krew pogan, ten dziś będzie mi bratem! Mordujcie w imię Boże, nikogo nie szczędząc! In morte pagani glorificatur Christus! Skinął lancą, dając znak do ataku. Zagrały trąby i rozległ się trochę nierówny, ponury śpiew paladynów: „Christ ist erstanden...” Biskup Aron dopiero pracował nad pieśnią o Bogurodzicy, układaną w mowie Polan. Nikt w tej bitwie nie zamierzał brać jeńców. Obie strony doskonale o tym wiedziały i czerpały z tej wiedzy niesamowitą moc. Kapłanka odwróciła głowę, nie chcąc patrzeć na mający za chwilę się skłębić wir rzezi i krwi. Pułapka na wroga została zastawiona, reszta zależała od woli bogów. W tej chwili od

wspólnej Doli obchodziła kobietę bardziej Dola jedynego syna. Nie powinien był mówić o zagładzie, pomyślała. Moc naszych czarów słabnie, nie należy więc jej dodatkowo osłabiać złym słowem. Wyszeptała niemal odruchowo modlitwę do Matki Wilgotnej Ziemi, która miała napoić się życiodajną posoką bohaterów: - Ty będziesz lud rodziła i będziesz pożerała. Co urodzisz, to sama zjesz, bo należy do ciebie... Jej myśli pobiegły w odległą przeszłość, gdy wszystko się zaczęło, przywołały pamięć o zdarzeniach, które doprowadziły do tego, co stało się dziś. A tymczasem u stóp wzgórza dwie armie starły się z nieludzkim wrzaskiem i łoskotem zderzających się tarcz. Nim pomorscy i pruscy łucznicy zdążyli naciągnąć cięciwy do uszu i wypuścić jęczące strzały, biali paladyni pochylili włócznie i ruszyli zwartą szarżą w poszumie orlich piór i trzepocie sztandarów, tratując kopytami ogromnych, zakutych w stal rumaków chrzęszczący kobierzec rdzawoczerwonych liści... 1. Dziewanna (1008) Dziewannę kochali wszyscy i nazywali w domu Dziewuszką. We dworze mawiano, że gdy tańczy boso na łące w wieńcu z kwiatów, podobna jest do motyla o barwnych skrzydełkach, do skaczącej z gracją białej łani lub świeżo rozkwitłej róży. Zdawała się majową boginką, przynoszącą pomyślność domostwu. Tak ją widzieli, miłujący nade wszystko najmłodszą córę, rodziciele: pan ojciec Dowbor i pani matka Sirguna. Dzieweczka wiedziała, że nawet starszy brat, Miłobor, kochał ją gorąco, choć zazdrosny o rodzicielskie uczucia, targał ją niekiedy za włosy i mówił, że dziewczyny są głupie. Osobne miejsce zajmował w jej sercu kuzynek Czcibor, przygarnięty przez ród sierota. Chłopiec zawsze się do niej garnął i lubił się z nią bawić, w przeciwieństwie

do starszego krewniaka. Pieściły ją stare piastunki, uwielbiali parobczacy, z których żaden nie ośmieliłby się skrzywdzić panienki. Dziewanna była szczęśliwa i wspominała potem dzieciństwo, spędzone w rodowej siedzibie Liw, niczym błogi Wyraj. Szczęście skończyło się, gdy zaczęła dorastać i w jej życie wkroczył okrutny książę Bolesław. Matka ostrzegała, że człowiek nie zawsze sam ściąga na siebie Niedolę. Czasem ona nas odnajduje. Liwowie byli odwiecznymi panami Krainy Mazowszan do czasu, aż pokonali ich Polanie. Mieszko z rodu Piasta wyparł plemiennych książąt z Płocka, a kiedy zdali się na łaskę zwycięzcy, pozostawił im prastare dworzyszcze nad rzeką Liwiec. Podczas owych walk zginęli właśnie rodzice Czcibora, kiedy jeszcze był niemowlęciem. Nic dziwnego, że we dworze mówiono źle o księciu, który nie tylko podbijał wolne dotychczas ludy, ale również zaczął wyznawać jakiegoś obcego Boga, przywleczonego ponoć przez Niemców, którzy nie znają Słowa. Nie dość, że sam sprzymierzył się z wrażym bóstwem, przyjmując plugastwo chrztu, to jeszcze próbował narzucić je swym poddanym. Nowy Bóg był wielce samolubny, zazdrosny, w jego imieniu więc piastowski władca palił święte gaje, niszczył posągi rodzimych bożyszcz, burzył pięknie zdobione świątynie, stawiając na ich miejscu, o zgrozo, ponure chramy Jezu Krysta. Kapłanów, którzy nie zdążyli zawczasu skryć się w przepastnych borach, wyjął spod prawa i kazał drużynnikom tępić jak jakieś szkodliwe bestie. W głębi kniei właśnie zrozpaczony lud ukrywał swoich wieszczków, a także ocalone wizerunki, i świętował tam potajemnie prastare obrzędy. Despota sprowadził z dalekich krain całe chmary obcych czerńców, przemawiających niezrozumiałym szwargotem i odprawiających dziwaczne obrzędy w swym tajemnym języku. Odnosili się z pogardą do miejscowych bóstw i zwyczajów. Zakazywali pracy siódmego dnia, gdyż tak często obcy Bóg domagał się ofiary. Zabraniali spożywania mięsa w pewnych

okresach, nawet gdy było pod dostatkiem zwierzyny i pełno w spiżarniach. Wtrącali się do spraw małżeńskich, uzurpując władzę rodowych patriarchów i próbując wpływać na to, kto ma kogo poślubić. Nie pozwalali palić zwłok na stosach, lecz przymuszali do ziemnego pochówku, czym przyczynili się do niezmiernego rozplenienia upiorów. Kiedy wreszcie Mieszko Zaprzaniec, jak go zwano po cichu, zamknął na zawsze powieki, lud odetchnął z ulgą, żywiąc nadzieję, że się zły czas odmieni, jak zwykle przy młodym panu. Następca prędko rozwiał złudzenia. Bolesław, który spędził znaczny kęs młodości na dworze niemieckim, okazał się jeszcze bardziej gorliwy i bezwzględny w krzewieniu obcej wiary. Zmienił natomiast zarządzenia swego rodziciela wobec rodu Liwów: mianował Dowbora wojewodą mazowieckim i nakazał powrót do Płocka wraz z rodziną. Nie przyjęto tej decyzji radośnie, wietrzono w niej jakiś podstęp, nawet na Mazowszu słyszano bowiem o chytrości nowego Piasta. Dziewanna niewiele o tym wszystkim wówczas wiedziała, lecz - obdarzona bystrym umysłem - łowiła czasem urywki rozmów starszych, prowadzonych zawsze przyciszonymi głosami. Choć nie rozumiała do końca owych pokątnych utyskiwań, czuła jednak, że książę Bolesław na pewno jest złym człowiekiem, skoro wywoływał zasępienie na twarzach rodziców, a przy tym bezustannie wyciągał ojca i brata na dalekie wojenne wyprawy. Na szczęście matka i trochę starszy krewniak dotrzymywali towarzystwa dziewczynce, tworząc złudne poczucie bezpieczeństwa. Pochłonięta dziecinnymi zabawami, prędko zapominała o cieniach życia. Pani matka, Sirguna, nie należała do Ludu Słowa, lecz pochodziła z wolnej Krainy Jezior, położonej na północy. Było w rodzie Liwów od wieków uświęconą tradycją brać małżonkę z jakiegoś zacnego pruskiego rodu. Jak większość kobiet, czciła Matkę Wilgotną Ziemię, zwaną w jej stronach Żemine, a przez tutejszy lud Żywią albo Mokoszą.

Prowadziła często córkę na łąki nadrzeczne, wskazując i zbierając rozmaite zioła. Pouczała przy tym, które rośliny są pożyteczne dla ludzkiego zdrowia, jakie zaś otumaniające, tudzież zabójcze i jakie rytuały trzeba odprawiać, aby były skuteczne. Czasem zagłębiała się wraz z nią nawet w leśne ostępy, ucząc małą rozumieć bór, wsłuchiwać się w jego tajemny język: szum liści, skrzypienie gałęzi, mowę strumieni i głosy zwierząt. Tłumaczyła, że duchy i demony wypełniają cały świat otaczający człowieka: zamieszkują drzewa, rzeki, jeziora, ale także próg domu, studnię czy ognisko domowe. - Wszystko jest przesycone duchem - mówiła - Słońce, Księżyc, Gwiazdy, Gromy, Ziemia i Ogień. Dlatego moi ziomkowie nie boją się śmierci, wiedzą bowiem, że nawet jeśli ktoś nie zasłużył sobie, by od razu zasiąść w Prawii wśród zmarłych przodków, odrodzi się jednak w drzewie, zwierzęciu, a jeśli lichy wiódł żywot, to choćby nawet w owadzie lub małym kwiatku. Zaszczytny zgon jest tym, co cenimy najbardziej. W obronie wolności i rodzimych bogów poświęcamy życie śmiało i bez wahania. Dzieweczka dowiedziała się także, jak zyskać łaskę Wielkiej Bogini i jej opiekę przed kryjącymi się w mrocznych chaszczach groźnymi stworami, istotami nie z tego świata, które czasem nawiedzały lasy, a nawet ludzkie siedziby. Odkąd bowiem zdradzieccy Piastowie zaczęli na ziemiach Słowa krzewić obcą wiarę i niektórzy ulegali jej zwodniczym naukom, inni zaś wyznawali Boga Niemców ze strachu lub dla wygody, urażone bóstwa stały się gniewne i złośliwe, szczególnie wobec zaprzańców. Wycofały się do Zaświata i rzadko ukazywały śmiertelnym. Urozmaiceniem tych wypraw były niekiedy figle i swawole zawsze rozdokazywanego, rozhukanego Czcibora. Niestety, gdy skończył siedem lat, Dowbor postrzygł go uroczyście w zastępstwie nieżyjącego ojca i zabrał ze sobą do Płocka, aby odebrał tam męskie wychowanie. Dziewanna płakała rzewnie za utraconym towarzyszem zabaw. Matka przekonywała ją, że

droga życia dziewcząt i chłopców jest odmienna i stało się to, co nieuchronne. - Żywot niewiasty - wyjaśniała córce - zawsze się wiąże ze stratą. Najpierw traci ojca, gdy jako panna młoda opuszcza dom rodzicielski, potem męża, jeśli znękany swoimi sprawami przedwcześnie umiera, wreszcie syna, kiedy chłopak żenić się chce i ciągnie go do szerokiego świata. Taki nasz los niewieści i nic na to nie poradzimy. Słuchała uważnie słów matki, wiedząc, że doświadczona kobieta na pewno mądrze prawi, czuła jednak zarazem w głębi dziecięcego serca, że jej Dola będzie odmienna, niepodobna do przeznaczenia zwykłych niewiast, chociaż oczywiście nie potrafiła jeszcze wtedy zrozumieć ani określić istoty owej inności. Kilka lat później Sirguna zdecydowała się wreszcie także przenieść do Płocka, gdzie najczęściej przebywali jej małżonek i pierworodny. Córka dorastała, miała już prawie czternaście lat, pora więc ją było wyrwać z wiejskiej głuszy i naradzić się z panem ojcem w sprawie zamążpójścia najmłodszej latorośli. Dziewanna lękała się nowego, nieznanego miejsca i czekającej ją tam przyszłości, lecz zarazem cieszyła się, że spotka dawno nie widzianego, ukochanego kuzyna. Nie poznała go w pierwszej chwili, kiedy wyszedł im na powitanie w gronie innych wyrostków. Wyszczerzył zęby na jej widok i zmarszczył nos jak wówczas, gdy byli jeszcze dziećmi, i dopiero wtedy rzuciła mu się na szyję. Czcibor bardzo wyrósł i był od niej wyższy o głowę, zrobił się też szeroki w ramionach. Nie umiała ocenić: zbrzydł czy jeszcze bardziej wyładniał, ale jej się podobał. Odnosił się do dziewczyny, jak dawniej, z sympatią, lecz teraz w głowie mu były tylko łowy i rycerskie ćwiczenia z rówieśnikami. Ogromnie żałował, że nie mógł pójść już w tym roku wraz z dojrzałymi mężczyznami na wojenną wyprawę do Łużyc i Milska, lecz przechwalał się, że przybrany rodzic obiecał wziąć go następnym razem. Dziewannie owe nazwy nic nie mówiły, nie chciała jednak, by książę Bolesław zabrał

kolejnego krewniaka w odległe i niebezpieczne strony, z których chłopak mógłby już nie powrócić. Pewnego dnia pani matka zaprowadziła ich oboje do kamiennej rotundy, wzniesionej na rozkaz nowego władcy w miejsce Kuźni Peruna, zburzonej jeszcze za Mieszka. Dzieweczka obawiała się, że spotkają tam niemiłego czerńca wrażej wiary. Ojciec Marcjalis, krzywousty i z lekka garbaty staruch, przemawiał ledwie zrozumiałym bełkotem, strzykając przy tym obficie śliną, ale zawsze tonem wielce surowym. Odnosił się zarówno do pani domu, jak i do wesołych dworskich niewiast z nieskrywaną niechęcią, mrucząc pod nosem, że są naczyniami grzechu. - Co to jest ten grzech, którego tak nie lubi ojciec Marcjalis? - odważyła się raz spytać matki. Sirguna wzruszyła ramionami. - Chrześcijanie nazywają tak wszelką radość życia - odparła. - Ich Bóg nie znosi, gdy ludzie są szczęśliwi. Woli, by jak najwięcej cierpieli, wtedy zwracają się do niego o pomoc. Skoro wydał na okrutną mękę własnego syna... A ten paskudny klecha ma w pogardzie kobiety, bo dobrze wie, że żadna by go nie chciała - dodała z sarkastycznym uśmieszkiem. Dziewanna pokręciła tylko głową, niczego nie pojmując z matczynych wyjaśnień, może poza ostatnią uwagą. Przekraczało to możliwości jej dziewczęcego umysłu, chociaż wiedziała, że wcale nie jest niemądra. Tym razem macierz zapewniła, że nie zobaczą wiecznie skwaszonego Niemca, spotkał się bowiem w karczmie na podgrodziu z jakimiś wędrownymi czerńcami. Widocznie chwilami nawet on musiał utopić w piwie swoje posępne, nieżyczliwe wolnym ludziom dumania. Dziewczyna omijała dotychczas z daleka mroczny chram Jezu Krysta, zionący chłodem

i grozą. Pod opieką matki i barczystego, silnego kuzyna czuła się jednak bezpiecznie. Była przy tym ciekawa, wkraczając po raz pierwszy w progi obcej świątyni. Niepotrzebnie się jednak lękała, gdyż okazało się, że w środku nie było niczego ciekawego. Kamienne wnętrze tchnęło pustką i martwotą niby opuszczony grobowiec. Nie bez powodu zwano przybytek „kościołem”, skoro czerniec kazał bogatszym neofitom grzebać szczątki swych zmarłych pod posadzką rotundy, wbrew odwiecznym zwyczajom. Tłumaczyło to również panujący tu trupi zaduch. Najmłodsza latorośl Liwów poczuła się trochę zawiedziona. Może w głębi duszy myślała, że nowy, nieznany Bóg zechce objawić się jej w całej groźnej potędze. Spodziewała się chyba kaskady błyskawic lub nagłego rozbłysku światła, oślepiającego profanów. Tak zapewne Perun lub Swarożyc powitaliby niegodnych intruzów, buszujących w ich sanktuariach. Usłyszała jednak tylko chrobot myszy gdzieś za ołtarzem. Prędko odwróciła oczy od drewnianej rzeźby, wiszącej na wprost wejścia pomiędzy dwoma niewielkimi okienkami. Kościste, wyprężone i boleśnie powykręcane ciało, przybite do dwóch skrzyżowanych desek, napełniało ją tylko odrazą. Baczniejszą uwagę przyciągnęła mniejsza figurka, stojąca na ołtarzu między płonącymi świecami. Dziewczyna podeszła bliżej i przekonała się, że posążek wyobraża uśmiechniętą dobrotliwie niewiastę w niebieskim płaszczu, przydeptującą bosą stopą wijącego się u jej nóg węża. - Kim ona jest? - zapytała. - Czy to Matka Wilgotna Ziemia? Matka z trudem powstrzymała się, by nie parsknąć śmiechem. - Gdzież tam - odpowiedziała po chwili. - Chrześcijańska Bogurodzica nawet się nie umywa do naszej Wielkiej Bogini. Mokosza wydała na świat co najmniej szóstkę boskich potomków, podczas gdy Maryja porodziła tylko owego zdechlaka, który haniebnie skończył. Utrzymują, że do końca życia pozostała dziewicą...

- Dziewicą?! Jakże to? - zdumiała się Dziewanna. - Wszak uczyłaś mnie, pani matko... Sirguna skrzywiła się pogardliwie. - Wiem, to głupota, jednak ci szaleńcy uporczywie ją rozgłaszają i grożą surowymi karami, jeśli ktokolwiek by temu przeczył. Nigdy więc owa Panna z dzieckiem nie zaznała męża, nie doświadczyła prawdziwie kobiecych udręk ani rozkoszy. Jest obrazą dla naszej płci. W tej chwili zbliżył się do nich Czcibor i rzekł półgłosem: - Mówcie trochę ciszej, bo ściany tu mają uszy. Jezu Kryst tylko z pozoru wydaje się słaby, ale naprawdę jest okrutny i mściwy, tak jak jego wyznawcy. Lepiej go nie rozdrażniać w jego własnym chramie. Odkąd został na płockim dworze jedynym strzegącym kobiet mężczyzną, czuł się niezwykle dumny z przydzielonej mu roli i czasem zdarzało mu się przybierać wobec nich władczy ton. Dziewanna spodziewała się, że pani matka spiorunuje go wzrokiem i skarci ostrym słowem, ta jednak skinęła głową twierdząco. - Wyjdźmy stąd - zdecydowała. - To nie miejsce dla nas. Kiedy znaleźli się na zamkowym dziedzińcu, wzięła córkę za rękę. - Chodź ze mną - poleciła. - Pokażę ci coś. Pora, byś poznała nasze tajemnice. A kiedy Czcibor chciał iść z nimi, osadziła go w miejscu stanowczo. - Ty zostań. To nie są sprawy dla chłopców. Kuzynek pozostał jak niepyszny. Chociaż Dziewanna bardzo go lubiła, odczuła na dnie serca odrobinę złośliwej satysfakcji, że jej matka przytarła nosa aroganckiemu młodzikowi. Macierz wyprowadziła ją z grodu, nie zważając na rozleniwionych w majowym cieple bramnych strażników, którzy poderwali się na jej widok. Zeszły ze Wzgórza Tumskiego i poszły na nadrzeczne łąki, pokryte kobiercem kwiatów. Sirguna doradziła córce, by uzbierała bukiet stokrotek i bławatkowych chabrów, po czym ruszyły dalej. Oddaliły się dość poważnie

od grodu, lecz dziewczyna wcale się nie bała. Świat wokół był taki piękny i spokojny, cóż im mogło zagrażać? Zatrzymały się chwilę u wierzby płaczącej, zwieszającej swe liście ku rzecznemu nurtowi. Matka wskazała dziewczynce owalny kształt, wyżłobiony na korze. - Zapamiętaj ten znak - powiedziała - wskaże ci drogę. - Czy to wiosenna kraszanka? - zapytała coraz bardziej zaciekawiona Dziewanna. Kobieta skinęła poważnie głową. - Tak. Malowane jajo, symbol Wielkiej Bogini. Niespodziewanie zawróciła w stronę lasu i ruszyła prosto w gęstwinę. Córka szła w ślad za nią i ze zdumieniem stwierdziła, że po krótkim przedzieraniu się przez gęste z pozoru chaszcze znalazły się na dosyć wygodnej, choć nieco zaniedbanej ścieżce. Wiodła w głąb boru, lecz niedaleko, w zasięgu wzroku majaczyła przed nimi wśród grubych pni jasna polana. Matka prowadziła tam córkę, idąc pewnym krokiem, jakby nieraz już przemierzała tę drogę. Promienie słońca, przebijając przez korony drzew, skrzyły się na ich jasnych sukniach nieustannie zmiennymi łatami. Gdy mijały bukowy zagajnik, Sirguna znów przystanęła i wskazała nań dłonią. - Tutaj znajduje się prastary żalnik Liwów - oznajmiła - gdzie składali swe prochy. Dziewczyna wytężyła wzrok i dostrzegła w cieniu drzew niewysokie kurhany, na nich zaś płaskie kamienie z wijącym wężowo symbolem Welesa i wkopane w ziemię popielnice, zdobne runami, które potrafili odczytać już tylko nieliczni wieszczbiarze. Jedne były spękane i mocno naruszone zębem czasu, inne zdawały się świeższej daty. - Czy i my tutaj spoczniemy? - chciała wiedzieć Dziewanna. Matka wzruszyła ramionami ze smutnym uśmiechem. - Będzie to zależało od mego pana małżonka - odrzekła - na ile zechce sprzeciwić się

tyranii Piastów i nakazom obcej wiary. Ruszyła dalej szybkim krokiem, nie oglądając się. Wyszły w końcu na szeroką murawę, okoloną ze wszystkich niemal stron niebosiężnymi wiązami. Ogromne drzewa, jak się zdaje, zasadzone tu ludzką ręką, splatały od wieków korzenie i konary, tworząc naturalne ściany i sklepienie leśnej kaplicy. W samym środku łąki stał gładki, okrągły kamień wykuty na kształt kurzego jaja. Powierzchnię pokrywały tajemnicze, magiczne malowanki, wpół zatarte przez czas, wiatry i burze. Dziewczyna odwróciła się w stronę matki z niemym zapytaniem, ta zaś skinęła głową, jakby odpowiadając jej domysłom. - Jesteśmy w świętym gaju Mokoszy - stwierdziła. - Niegdyś stał tutaj także jej posąg, lecz przeniesiono go w bezpieczniejsze miejsce. Chyba niepotrzebnie, gdyż słudzy Jezu Krysta nie dowiedzieli się, jak dotychczas, o tym ustroniu, a i tak baliby się tutaj zapuszczać, lękając leśnego licha - dorzuciła, wydymając wzgardliwie pełne wargi. Ujęła córkę za ramiona i pchnęła lekko do przodu. - Złóż ofiarę bogini - poleciła. - Najbardziej lubi świeżo rozkwitłe kwiaty lub soczyste owoce. Kiedy dziewczyna podeszła bliżej do krągłego ołtarza, zauważyła na czubku głazu niewielkie wgłębienie, będące, jak się domyśliła, misą ofiarną. Wokół walały się strzępki barwnie wyszywanych skrawków płótna i zerwane z nici paciorki, świadczące, że jeszcze całkiem niedawno miejscowe niewiasty nawiedzały leśny przybytek, by służyć Wielkiej Bogini. Śmiało podniosła dłoń i położyła kwiaty na kamieniu. Gdy to uczyniła, zdarzyło się coś niezwykłego. Głaz rozjarzył się złociście, a powietrze wokół zgęstniało i zadrgało jak nad ogniskiem. Wyskoczyły z niego skwierczące iskry i otoczyły Dziewannę smugami ognistych wici.

Brzęcząc niczym pszczoły, spętały złotymi więzami i wniknęły w jej ciało. Wzdrygnęła się, czując moc, pulsującą w żyłach jak płynny ogień. Nie było to nieprzyjemne uczucie, a jednak wystraszyła się żaru, jaki ogarnął ją całą. Głęboko westchnęła, pragnąc ostudzić serce buzujące gorącem. Z następnym jego uderzeniem stało się coś jeszcze bardziej niesamowitego. Kwiatki, trzymane wciąż w dłoni, w oka mgnieniu zwiędły i zamieniły się w suche badyle. Niebo pociemniało, jakby nagle zakryły je czarne chmury. Zielona murawa pod stopami stała się skorupą, pokrytą zeschłym błotem. Śpiew leśnych ptaków urwał się, jakby ucięty nożem. Polanę zasnuła gęsta mgła, tłumiąc barwy i powlekając wszystko różnymi odcieniami szarości. Uczucie błogiego ciepła zastąpił dojmujący, wilgotny chłód, który sprawił, że skórę przeszły ciarki, a zęby rozdzwoniły się trwożnie. Kiedy dziewczyna powiodła wzrokiem po otaczających polanę drzewach, dostrzegła w zawiesistym, bezsłonecznym tumanie ohydnie powykręcane kształty odartych z listowia konarów, wyciągających ku niej zakrzywione, suche gałązki niczym straszliwe szpony... Pomiędzy spotworniałymi, węźlastymi korzeniami snuły się ulotne zjawy i błądziły sine ogniki, mrugając do niej upiornie. Świat sprawiał wrażenie zgłodniałej bestii, gotowej w każdej chwili rzucić się na nią i pożreć. Nie to jednak najbardziej ją przeraziło. Z brudnoszarego oparu wyłoniły się tuż przed nią rozchwiane postacie dwóch okrwawionych i skrępowanych powrozami wojowników w kolczugach na grubych kaftanach. Unosili się w powietrzu, jakby uwieszeni na gałęzi wielkiego drzewa. Rozkołysanych bosych stóp próbowały dosięgnąć żarłoczne płomienie, wystrzelające nie wiadomo skąd. Mężczyźni żyli wciąż, lecz ich oczy były pełne bólu i błagania o szybką śmierć. Usłyszała swój własny krzyk i ocknęła się z zapatrzenia. Potrząsnęła głową, zamrugała i

krwawa wizja zniknęła. Rozbłysło znowu słońce na błękitnym, niemal bezchmurnym niebie. Ptaki podjęły śpiew, a murawa i gałęzie drzew na powrót okryły się soczystą zielenią. Wszystko było jak przedtem, a jednak Dziewanna spoglądała na te bujne, wiosenne wspaniałości już innym okiem. Niby świat pozostał ten sam, ale dla niej nie był już taki sam. Chwilę potem znalazła się w ramionach stroskanej matki, która wyprowadziła ją czym prędzej z leśnego sanktuarium. - Co się stało? - pytała rodzicielka. - Widziałam, jak twoje policzki pokryły się czerwienią, a zaraz potem martwą bladością... Na chwilę zniknęłaś mi z oczu, jakby spowita nieuchwytnym cieniem. Jakie masz zimne dłonie... I drżysz jak w gorączce... Powiedz, co zobaczyłaś? Opowiedziała matce, czego doświadczyła na początku. Kobieta uśmiechnęła się niewyraźnie, pragnąc ukryć niepokój. - Mokosza obdarzyła cię wielką łaską - oznajmiła. - Ofiarowałaś jej dziś nie tylko kwiatki, ale też swą kobiecość - podjęła, spoglądając wymownie na krwawą plamę, rozlewającą się coraz szerzej na białym gieźle córki w okolicach podbrzusza. Dziewanna dopiero teraz ją zauważyła, lecz nie przejęła się zbytnio tym, o czym słyszała od matki, że kiedyś musi nastąpić. Wiedziała, że nie ma się czego bać ani wstydzić, jedynie trzeba się bardziej w owych dniach wystrzegać mężczyzn, których może przywabić kusząca woń miesięcznej posoki. - Bogini przekazała ci cząstkę swej mocy, która przenika całą przyrodę - tłumaczyła dalej Sirguna, prowadząc powoli dziewczynę leśną ścieżką. - Dlaczego jednak zbladłaś jak chusta i tak strasznie krzyknęłaś? Ujrzałaś coś okropnego? Ostrożnie, nie chcąc zasmucać rodzicielki, opisała jej, co ujrzała.

- Co to był za świat, matko? - spytała. - Nawia - odparła kobieta pozornie spokojnie, zerkając na córę spod oka z mimowolnie lękliwym respektem. - Ujrzałaś Zaświat, moje dziecko. - Martwa Kraina, do której odchodzą zmarli? - upewniła się dziewczyna. Matka skinęła głową. - I skąd przychodzą do nas upiory, rusałki, skrzaty. To świat magiczny i tajemniczy, niewidzialny dla większości śmiertelnych za życia. - Ja jednak go zobaczyłam - stwierdziła Dziewanna - chociaż piastunki powiadały, że znajduje się gdzieś za siedmioma górami... za rzeką ognia, w niedosiężnych podziemiach... Sirguna skrzywiła się lekceważąco samym kącikiem ust i machnęła ręką. - Waśnie tyle są warte bajania starych bab. Prosty lud zmyśla takie historie, nie znając istoty rzeczy. I może lepiej, żeby nigdy nie poznał... Powiedz, jak wyglądał tamten świat? - Tak samo jak nasz. Był jednak obumarły i jakby... wykoślawiony. - Otóż to! Wiedźmy i guślarze dobrze wiedzą, że tak naprawdę Nawia znajduje się tuż obok nas, nieomal na wyciągnięcie ręki. Otacza nas zewsząd i przenika na wskroś wszystkie znane nam rzeczy, stanowiąc ich drugą, dziwaczną i wypaczoną naturę. Duchy zmarłych, jeśli od razu nie trafiły do Prawii, by obcować z bogami i prawymi bohaterami, są ciągle w pobliżu. Dlatego zostawiamy im jadło z odświętnej biesiady, a u progu zimy, w czas Dziadów, palimy na żalniku ogniska, by ogrzać wezwanych przodków. Dziewanna wzdrygnęła się. - To trochę straszne... - Tak. I niebezpieczne - potwierdziła matka. - Zwykły śmiertelnik nie powinien nawet próbować zapuszczać się w Zaświat, pchać się prosto w łapy demonów i upiorów, które czyhają, by pożreć jego duszę i ciało. Tylko potężny czarownik lub czarownica, znający

właściwe Słowo, mogą się na to poważyć. Dzieweczka otworzyła szeroko zdumione oczy. - Dlaczego więc zobaczyłam Nawię? Nie wyrzekłam przecież zaklęcia! Czy to znaczy, że wkrótce umrę? Matka uśmiechnęła się pobłażliwie, choć trochę wymuszonym uśmiechem. - Na szczęście nie. Otrzymałaś jednak od Matki Żyznej Ziemi mroczny i groźny dar. Stałaś się Widząca. - Widząca?! Co to znaczy? Sirguna przygarnęła mocniej córkę. - Oznacza to, moja śliczna, że posiadłaś moc dostępną tylko nielicznym. W każdej chwili możesz przemieszczać się między obydwoma światami, nie potrzebując zaklęć. Bogowie muszą mieć jakieś niezwykłe plany, skoro ciebie wybrali... Bo na pewno zostałaś wybrana. - To dobrze czy źle? Kobieta namyślała się przez moment, gładząc uspokajająco pasma włosów spływające jasną kaskadą na ramiona córki, wreszcie westchnęła smutno. - Hm, to zależy... Niełatwo żyć z taką umiejętnością, gdy w każdej chwili można zobaczyć ciemną stronę żywego świata, jakby jego upiorną podszewkę. Niby zależy to od woli Widzącego, ale Martwa Kraina kusi, przyciąga i wsysa niczym bagno, aż w końcu zaczyna się wydawać piękniejsza niż Jawia, w której mieszkamy. Człowiek traci wtedy zmysły. Nie potrafi już żyć między współziomkami, którzy boją się go i nie rozumieją. Kiedy zasypia, słyszy nad sobą dyszenie zmór, szepty zmarłych i szyderczy rechot demonów... Obie zadrżały, tuląc się do siebie. - Chłodny dzisiaj odwieczerz, słońce już chce zachodzić - stwierdziła matka, otulając

ramiona chustą. - Pora do domu. Musisz się przebrać, obmyć i ochłonąć. Potrzebujesz sporo chłonnego mchu i miękkich płóciennych opasek. Wyszły z lasu i ruszyły szybkim krokiem w stronę grodu. - Będziemy musiały znaleźć guślarza Welesa, by nauczył cię roztropnie wykorzystywać twój dar - oznajmiła rodzicielka po chwili milczenia. - Wkrótce Noc Kupały - przypomniała jej córka. - Tak, na pewno któryś wyjdzie o północy z boru, by złożyć ofiarę bogom i wieszczyć przyszłość. Może wywróży przy tym także i twoją Dolę... Dziewanna zastygła na chwilę. - Wywróży... - powtórzyła w zadumie. - Ja też miałam wieszczy zwid, matko zdecydowała się w końcu wyznać. Kobieta zatrzymała się i spojrzała jej przenikliwie w oczy. - Widzącym często przytrafia się ujrzeć różne rzeczy, nim się wydarzą na Jawii. Opowiedz o tym - zachęciła. Opowiedziała w paru zdaniach. Gdy skończyła, dostrzegła błysk trwogi w zielonkawych oczach matki. Sirguna chwyciła córkę za ramiona i zaczęła lekko potrząsać. - Kim byli ci dwaj nieszczęśnicy?! - wołała. - Czy wyglądali jak twój ojciec i brat?! Nie ukrywaj przede mną niczego! To byli Dowbor i Miłobor?! - Nie wiem, pani matko - odparła zgodnie z prawdą. - Twarze mieli zalane krwią. Widziałam ich tylko przez jedno mgnienie, ale widok był bolesny jak strzała przeszywająca serce. Te ich oczy, okropne oczy... Bardzo cierpieli przed skonaniem. Sirguna puściła ją. Chwilę zastanawiała się, marszcząc czoło, w końcu odetchnęła. - Skoro wizja nie była wyraźna, chyba jest jeszcze nadzieja - stwierdziła. - Być może zobaczyłaś kogoś innego, zabitego w taki sposób przez zbójców lub najemników księcia

Bolesława gdzieś w okolicy. Mogło się to zdarzyć w odległej przeszłości albo był to znak nadciągających kłopotów. Czasem bogowie ostrzegają nas przy pomocy takich mglistych obrazów. Trzeba będzie zapytać guślarza. Na tym stanęło i nie wracały póki co do tej kwestii. Dziewanna zajęła się przygotowaniami do święta Kupały, ucząc się wraz z rówieśnicami rusałczanych tańców. Niemal zapomniała w tym czasie o swym mrocznym darze, tym bardziej, że jej uwagę przyciągnęły sprawy jak najbardziej ziemskie. Jeśli jednak nie pamiętała wtedy o Nawii, Nawia pamiętała wciąż o niej. Dni były dłuższe i cieplejsze. Dziewczęta tańczyły w coraz lżejszych strojach na ustronnej łączce pod lasem. Pewnego ranka przyłapały jednego z pachołków, przytajonego w gęstych krzewach czarnego bzu. Nic dziwnego, że chciał je podglądać, były bowiem niemal całkiem nagie. Nie zdołał uciec kilkunastu dzieweczkom, które rzuciły się na niego jak strzygi i wywlekły na światło słoneczne. Sprawa była poważna, gdyż karą za przyglądanie się dziewczętom podczas obrzędów zwanych Rusalia mogło być nawet załaskotanie na śmierć przez rozsierdzone napastniczki. Chcąc uniknąć okrutnego losu, chłopak zdradził im, w którym zakolu rzeki kąpali się giermkowie wraz ze starszymi wojakami. Cenna ta wiadomość sprawiła, że puściły go wolno, kiedy tylko poprzysiągł na Welesa zachować całkowite milczenie. Odtąd szły co pewien czas oglądać kąpiących się młodzieńców, dobrze ukryte w gęstych zaroślach. Tłumiąc chichoty, rozognionym okiem patrzyły na ich wodne figle i specyficznie męskie zabawy. Dziewanna mogła także zaobserwować zmiany, jakie zachodziły w dojrzewającym gwałtownie kuzynie. Urósł jeszcze większy i zmężniał na obliczu. Nie miał już krągłej, dziecinnej buzi, lecz pociągłą twarz wyrostka z sypiącym się wąsem. Dotychczas jego skóra była gładka, złotawa od słońca i wyglądał jak posążek

Jarowita, lecz w ciągu bez mała dwóch miesięcy zrobił się kosmaty niczym koziołek. Dziewczynę niezmiernie to bawiło, choć sama nie wiedziała dlaczego. Chłopcy woleli zdecydowanie rzekę od ciasnej, dusznej łaźni. Nie obawiali się najwidoczniej pływać przed rytualnym zanurzeniem podczas Nocy Kupały, nic sobie nie robiąc z wodników i rzecznych boginek. Złożyli im zresztą ofiarę, topiąc w rzece, gdy tylko stopniał lód, namaszczony miodem koński łeb. Niewiele przejmowali się także napomnieniami ojca Marcjalisa, który wołał z kazalnicy: - Albowiem kąpiel młodzieńców i chłopiąt czasu letniego jest bardzo gorsząca i pociąga za sobą wiele zła! W całej okolicy nikt poza nim tak nie uważał, włącznie z wodnymi demonami, skoro nie próbowały porywać i wciągać na dno niesfornych chłopaków. Wszyscy podśmiewali się w kułak ze stukniętego klechy. Matka Dziewanny wzruszyła wzgardliwie ramionami, słysząc te głupie słowa. - Widać wygłodzonemu ciągle chleb na myśli - stwierdziła złośliwie. - Gromi przecież także odsłonięte piersi i ramiona naszych niewiast. Biedaczek... Zasługuje tylko na litość. To bowiem, co dla obcego czerńca było „złem”, tutaj uważano za rzecz piękną i naturalną, dlatego też jego srogie pouczenia zdawały się ludziom śmieszne i bezsensowne. Zakonnik nurzał się w lodowatej wodzie tylko wtedy, gdy zanadto przypiliły go „grzeszne” żądze, których odczuwania sam sobie wzbraniał. Nie tylko nigdy się nie mył, ale także nie pozwalał prać swego sztywnego, przepoconego habitu. Gdy się zbliżał zamkowym korytarzem, dworki i pachołkowie ostentacyjnie zatykali nosy, czuć go było bowiem na odległość kilkunastu kroków. Dziewanna nie obawiała się natarczywych spojrzeń kuzyna, gdy siedzieli przy wspólnym stole lub kiedy spotykała go na dziedzińcu przy stajniach. Jako wyrostek nie miał

już wstępu do komnat niewieścich, nad czym ubolewała niejedna, gdyż powszechnie uważano go za wielce urodnego. Nawet jeśli domyślał się, że jest skrycie oglądany i oceniany, nie dawał tego po sobie poznać. A jednak jego oczy błyskały swawolnie, kiedy tylko ją ujrzał, a na ich dnie czaiło się pragnienie, które wypełniało zaokrąglające się piersi dziewczyny nieznanym wcześniej żarem. Matka przyłapała raz w nadrzecznych zaroślach córkę i jej druhny, lecz wcale ich nie zganiła. Z trudem powściągając rozbawienie, nakazała pannom wracać na zamek i zająć się wyszywaniem, skoro się nudzą, wyuczywszy się rusałczanych pląsów. Tego samego dnia wezwała pod wieczór przed swoje oblicze dziewczynę i chłopca, by porozmawiać samotrzeć. Twarz miała poważną, lecz na ustach wyrozumiały uśmiech. - Wiem, że macie się ku sobie - oznajmiła bez ogródek - i jestem temu rada, gdyż dawno nie widziałam piękniejszej pary. Zawsze uważałam, żeście dla siebie stworzeni. Jesteś mi, Czciborze, równie drogi jak własny syn. Nie wiem jednak, co powie mój pan małżonek, kiedy wróci z tej przeklętej wojny. Być może zamyśla o świetniejszym związku dla jedynej córy i pragnąłby wydać naszą Dziewę za potomka jakiegoś możnego rodu. Postaram się go jednak przekonać, iż lepiej, by poślubiła swojaka, niż kogoś obcego... Mam jakieś złe przeczucia, ale może to tylko niemądre lęki białogłowy... Jutro Kupała. Kiedy połączycie się podczas świętej Nocy i przepasani bylicą staniecie przed guślarzem Welesa, by wypić kubek miodu, nawet Dowbor nie ośmieli się sprzeciwić woli bogów. Młodzi pokłonili się z wdzięcznością i odeszli do swoich zajęć, prawie nie spoglądając od tej chwili na siebie. Zbędne stały się wszelkie sekrety i ukradkowe zerknięcia, skoro miał ich złączyć uświęcony odwieczną tradycją obrzęd. Serca obojga biły mocno, radośnie, odmierzając czas upływający razem z nurtami Wisły. Byli zbyt szczęśliwi, aby spodziewać się tego, co nadejdzie następnego dnia.

Następnego dnia na zamkowym stołpie zamiast proporca Liwów, pradawnego mazowieckiego Żmija, zafurkotała chorągiew z lechickim orłem skąpanym w krwawej purpurze. Od samego rana dworskie panny, przędąc i wyszywając pod kierunkiem starszych niewiast, szeptały między sobą i chichotały, wyobrażając sobie uciechy, jakich miały dostąpić tej jedynej w roku, niepodobnej do wszystkich Nocy. Wesołą atmosferę zmroziło wtargnięcie do kobiecych komnat zaaferowanego pachołka. - Pani... - wybełkotał z trudem. Sirguna zmarszczyła brwi. - Cóż to się stało, mój chłopcze, że wpadasz tu, jakby się paliło? - Pani... - No, wyduś że wreszcie! - Książę zjeżdża tu na noc. W izbie zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Dziewczęta spoglądały po sobie, nie rozumiejąc jeszcze wagi wydarzenia. Pani domu zrobiła także zdumioną minę. - Co mówisz? Jaki książę?! - Bolesław... Właśnie przybył posłaniec. - Jest tutaj? - Czeka na dziedzińcu. Matka Dziewanny namyślała się chwilę, wymieniając z córką zaniepokojone spojrzenia, po czym odłożyła kądziel i wstała z ławy. - Prowadź mnie do niego. Sama wypytam... Skinęła na córę i obie poszły za sługą. Kiedy wyszły z ciemnego zamkowego wnętrza, jak na komendę ocieniły oczy dłońmi przed jaskrawymi promieniami, lejącymi się bezlitośnie

z błękitnego nieba. Pośrodku dziedzińca istotnie stał goniec w barwach dworu piastowskiego, cuchnący swoim i końskim potem. Opodal dwaj stajenni wycierali wiechciami słomy płaty piany z boków srodze zajeżdżonego wierzchowca. - Cóż to za szaleństwo? - zapytała ostrym tonem Sirguna, mierząc niechętnym wzrokiem zwiastuna złych nowin. - Czemu książę przybywa tak niespodzianie? Dlaczego mój pan małżonek nie zawiadomił mnie o tym wcześniej? Posłaniec skłonił się z szacunkiem. - Nie wiem, pani. Książę wybrał się na łowy, by uzupełnić zapasy dla drużyny... Nagle wezwał mnie do siebie i rozkazał jechać do Płocka. - Powiadasz, że polował w pobliżu? Goniec kiwnął twierdząco głową. - To znaczy, że wojna skończona? - Chyba tak - odparł bez przekonania. - Nie moja w tym głowa, co czynią możni panowie. - Rzecz jasna - przytaknęła pobłażliwie. - Czy mój mąż towarzyszy księciu? A może syn pierworodny? Wpatrzyła się z natężeniem w jego poczerwieniałe, tępawe oblicze, aż spuścił głowę i wbił wzrok w zdeptaną ziemię. - Nic więcej mi nie wiadomo ponad to, że kazano powiadomić cię, pani, o rychłym przybyciu księcia - bąknął wreszcie. - Dobrze - odrzekła z rezygnacją, widząc, że niczego nie wydobędzie z prostaczka. Kiedy możemy się spodziewać... nieoczekiwanych gości? - Są pół dnia drogi stąd, dostojna pani.

- Idź więc do kuchni, niech cię tam pokrzepią jadłem i napojem. Odwróciła się od posłańca i spojrzała na córkę, która zdawała się nieco zalękniona nagłą wizytą osławionego krzywdziciela ich rodu. Obok Dziewanny stał Czcibor, od jakiegoś czasu przysłuchujący się wszystkiemu z niespokojną ciekawością. Pragnąc uśmierzyć targające wszystkimi obawy, Sirguna zdobyła się na opanowany ton. - Nie ma co żywić próżnych strachów - stwierdziła. - Dziwne jednak te nagłe odwiedziny... i brak wieści od naszych krewnych. - To zły znak, pani matko - szepnęła Dziewanna. - Zły znak. Matka przyjrzała się jej uważnie. - I ja wyczuwam w tym coś niedobrego. Lecz trudno, nic na to nie poradzimy. Skoro Piastowic szuka u nas gościny, będzie ją miał. Przyjmiemy go jak na Liwów przystało. - A co z nocnym obrzędem? - spytał niecierpliwie młodzieniec. - Książę będzie mu nierad... Sirguna tymczasem już całkiem wzięła się w garść, zdołała więc nawet uśmiechnąć lekceważąco. - Miły mój Czciborze, znasz przecież obyczaje wojaków. Nie będziemy żałować im piwa ni miodu, a gdy tęgo sobie popiją, wkrótce zmorzy ich sen. W stosownej chwili wymkniecie się z zamku niepostrzeżenie, ja zaś później do was dołączę. Idź, każ wyłożyć podłogi świeżą słomą i przystroić ściany jedliną. My zajmiemy się przygotowaniem biesiady. Zaklaskała na sługi i poczęła wydawać rozkazy nadbiegającej czeladzi. Kiedy rozpalona do czerwoności Tarcza Swarożyca zaczęła chylić się ku zachodniemu krańcowi nieboskłonu, na tarcicach zwodzonego mostu zadźwięczały podkowy licznych rumaków. Książę Bolesław wjechał na dziedziniec na czele oddziału przybocznego mocno zbudowanych, uzbrojonych po zęby drabów. Jeden z nich dźwigał cesarski dar, włócznię

świętego Maurycego z uczepionym do niej rozdwojonym jak smoczy język proporcem. Monarcha, mąż w sile wieku z płowym, sumiastym wąsem, odziany w gruby myśliwski kaftan, zdawał się przerastać swych towarzyszy niedźwiedziowatą posturą, zwłaszcza szerokością potężnych ramion i masywnym byczym karkiem. Kiedy całkiem zręcznie zeskoczył z ogromnego wierzchowca, zwierz stęknął z ulgą. Reszta drużynników poszła za przykładem swego pana, przekazując cugle nadbiegającym otrokom. Wszyscy zdawali się być w doskonałych humorach, chociaż, dziwna rzecz, nie przywieźli ze sobą żadnych łowieckich trofeów. Bolesław zbliżył się raźnym krokiem do wystrojonej w paradne szaty pani domu, która oczekiwała go u zamkowych wrót z chlebem i solą w towarzystwie córki i młodego krewnego. Władca stąpał pewnie, robiąc wielkie kroki, a Dziewanna mogła przekonać się, że nie tylko olbrzymia sylwetka księcia sprawiała, iż wszyscy obecni zdawali się przy nim drobni, mali i nic nie znaczący. Wyczuła żar niesamowicie silnej woli, buchający zeń niczym z huczącego pieca. Przez chwilę spoczęło na niej przenikliwe spojrzenie wypukłych, ciemnoniebieskich oczu, a wtedy zadrżała na całym ciele i poczuła, jak uginają się pod nią kolana. Spuściła zatem wzrok i skupiła się na kołyszącym się w rytm mocnych, ciężkich kroków, zdobnym klejnotami krzyżu, zawieszonym na złotym łańcuchu. W pewnej chwili promień zachodzącego słońca odbił się od wielkiego diamentu i poraził ją świetlistą strzałą. Cicho jęknęła, przysłaniając oczy dłonią. Matka zerknęła na nią z troską. - Co z tobą? - zadała ciche pytanie. - Słabniesz? - Nie, matko - szepnęła w odpowiedzi. - Oczy bolą od blasku tego złotego krzyża. - Wielka jasność potrafi oślepić równie skutecznie, jak wielka ciemność - mruknęła Sirguna z sarkastycznym uśmiechem, równocześnie zginając się w kornym pokłonie. - A otóż i nasza piękna wojewodzina - rzekł władca jowialnie, ułamując kęs chleba i

posypując go szczyptą soli. - Waleczny Dowbor wielce wychwalał twoją urodę, pani. Skrzywiła się nieznacznie, przywykła bowiem, iż tutejsi zwali ją zwyczajowo księżną, zamiast częstować tytułem nadanym jej mężowi przez znienawidzonego Piasta. - Wielki to zaszczyt dla nas, wasza książęca miłość - odparła dwornie z pochyloną głową, lecz prędko się wyprostowała i spojrzała prosto w oczy dostojnego gościa. Spodziewam się wkrótce ujrzeć małżonka i syna. Szeroka, rumiana twarz Bolesława gwałtownie spochmurniała. Krzaczaste brwi zbiegły się nad orlim nosem, tworząc głęboką, pionową zmarszczkę. - To może okazać się trudne, cna wojewodzino. Twój mąż i pierworodny znajdują się obecnie daleko, poza zasięgiem mej władzy. Wpiła się weń nie rozumiejącym wzrokiem. - Wojna chyba skończona? - zapytała niepewnie. - Niezupełnie... Od paru tygodni mamy rozejm z niemieckim królem, lecz wkrótce po Świętym Janie znowu ruszamy w pole. Serce kobiety zabiło mocniej, ściśnięte lodowatymi pazurami złych przeczuć. - A zatem Dowbor i Miłobor są waszą tylną strażą? - spytała z nieśmiałą nadzieją. Książę zasępił się jeszcze bardziej. - Niestety, nie wrócili z podjazdu, gdy ich wysłałem przeciw sprzymierzonym z Henrikusem pogańskim Lutykom. Tak sobie poczyna ten wielce chrześcijański monarcha dodał z krzywym uśmieszkiem. - Dotychczas nie udało się ich wydobyć z niewoli. Sirguna zachwiała się pod tym niespodziewanym ciosem. Wsparła się na ramieniu Czcibora, niezdolna wykrztusić jednego słowa. - Lecz nie zamartwiaj się, pani - dodał Bolesław pospiesznie, widząc, jakie wrażenie zrobiła ta wieść na niewieście. - Niewola to jeszcze nie koniec świata, zwykła rzecz dla

rycerza. Wkrótce podejmę rokowania z poganami, by porzucili germańskiego władcę. Chciwi są, zapłacę im więc okup, jakiego tylko zażądają, a wówczas, z Bożą pomocą, ujrzysz znowu swych bliskich całych i w dobrym zdrowiu. - Z Bożą pomocą... - powtórzyła głucho kobieta. Na jej długich rzęsach zadrgały dwie grube krople łez, które spłynęły powoli po bladych policzkach. Wstrząśnięta Dziewanna obserwowała spod oka, nieufnie, grę uczuć na obliczu niecodziennego gościa. Na pozór wydawał się szczery, życzliwy, otwarty i prostoduszny. Lecz były to właśnie czcze pozory, wyćwiczone w dworskich rozgrywkach i podstępnych intrygach. W jednej chwili pojęła, że Piastowic je okłamuje: nie będzie żadnego okupu, a jej ojciec i brat zapewne już wędrują po jałowych równinach Nawii. To ich straszną śmierć zobaczyła na jedno mgnienie w wieszczym zwidzie. Lutykowie złożyli pojmanych wojowników w ofierze swoim bogom. Ona, matka i kuzyn zostali sami, bez żadnej pomocy, wydani na łaskę i niełaskę piastowskiego tyrana. Wolała nawet nie myśleć, co to naprawdę oznacza. Podobnie musiała sądzić Sirguna, gdyż nadal milczała, tłumiąc szloch w ciężkim westchnieniu. Czcibor także wydawał się bardzo poruszony otrzymanymi wieściami. Oblicze Bolesława rozpogodziło się tymczasem na widok nadchodzącego od strony rotundy, rozpląsanego w czołobitnych lansadach czerńca Marcjalisa. - Trzeba mieć ufność w Panu - zauważył z naciskiem i zwrócił się do padającego mu do nóg mnicha: - Witaj, dzielny nasz płocki kapelanie! Zjawiłeś się w samą porę! Właśnie potrzeba Bożego sługi, by ukoił niewczesny smutek drogiej gospodyni. - Laudetur... - zaskomlał klecha, szukając ustami pierścienia na dłoni monarchy. Laudetur Iesus Christus! - In saecula saeculorum - odparł z powagą Bolesław. - Amen! Miejscowi speszyli się, słysząc tę wymianę wrażych zaklęć w tajemnej mowie

wyznawców Jezu Krysta. - Przy biesiadnym trunku zapomnimy o frasunku - oznajmił książę znacząco. Sirguna zdążyła tymczasem zapanować nad emocjami, miotającymi jej głęboko zranioną duszą. Wspomniała o ciążących na niej obowiązkach gospodyni, przywołała więc na usta blady uśmiech. - Nie chcę, panie, by nasz dwór wydał ci się niegościnny - powiedziała w końcu. Jednak twoje nagłe przybycie i groźne wieści wytrąciły mnie z równowagi. - To całkiem zrozumiałe - odparł łaskawie książę. - Proszę więc do stołu - rzekła. - Chyba, że znużeni długą jazdą, wolelibyście wpierw zażyć łaźni? Upodobanie Bolesława do łaziebnych rozkoszy było szeroko znane i wieści na ten temat dotarty nawet za mazowieckie opłotki. Oczy księcia błysnęły w pierwszej chwili twierdząco, lecz kiedy wzrok jego padł na stojącego w pobliżu, cuchnącego nigdy nie mytym ciałem czerńca, skrzywił usta z niechęcią. - Dziś piątek, dzień męki naszego Pana, przy tym wigilia Świętego Jana. Nie pora na grzeszne przyjemności... Widząc, że klecha kiwa głową z aprobatą, zwrócił się do gospodyni: - Ufam, że i stół będzie postny? Zmartwiała, zapomniawszy bowiem w ferworze pospiesznych przygotowań o dziwacznych chrześcijańskich przesądach, kazała podać dziczyznę, drób i pieczone prosięta. Porozumiała się wzrokiem z córką, która natychmiast dygnęła i pobiegła w głąb zamkowego korytarza, po czym odrzekła, siląc się na spokój: - Naturalnie, spełnimy wszelkie życzenia waszej książęcej miłości. Proszę za mną, mili goście.

Ruszyła powolnym krokiem, wsparta na ramieniu młodego krewniaka. Umyślnie szła niespiesznie, z nadzieją, że tymczasem Dziewanna zarządzi wszystko, jak trzeba. Bolesław, widząc, że białogłowa ciągle jest słaba, podał jej z dworną galanterią drugie ramię. Za nimi posuwała się ślimaczym chodem reszta orszaku. Gdy dotarli wreszcie do sali biesiadnej, Sirguna odetchnęła z ulgą. Półmiski z wyszukanymi mięsnymi potrawami zniknęły, zastąpiły je proste gliniane naczynia z pieczoną rybą, misy pełne kaszy, sery i czerstwy chleb. Czerniec, liczący na kompromitację gospodyni, chrząknął z zaskoczeniem, książę z satysfakcją. - Wbrew temu, co o was mówiono - mruknął z ledwie wyczuwalnym, groźnym akcentem - widzę, że prowadzicie dom chrześcijański. Wielce się to wam chwali... - A któż o nas rozpowiadał? - zapytała Sirguna pozornie żartobliwym tonem. Bolesław udał, że nie słyszy pytania i zasiadł z rozmachem na dębowej ławie, która jęknęła pod jego ciężarem. Wyznaczył miejsca swoim ludziom i po pierwsze zażądał piwa dla przepłukania gardła. - Chociaż dzień postny - wyjaśnił przy okazji - nie znaczy to, by Chrystusowi rycerze mieli całkiem rezygnować ze swych przywilejów. Cienkie, chłopskie piwo i świeżo sycony miód w zupełności wystarczą. - Jak każesz, panie - odparła Sirguna i wydała służbie polecenia. Potem zaś obserwowała z podziwem, jak tęgi monarcha pochłania obfite porcje postnej strawy, jedząc za trzech i żłopiąc za czterech. Mógł sobie na to pozwolić, gdyż jego mocna głowa słynęła na równi ze skłonnością do nieposkromionego obżarstwa. Towarzysze broni dzielnie mu sekundowali, tylko siedzący na uboczu ojciec Marcjalis skubał symbolicznie podsuwane mu kąski, gotów do prawdziwych umartwień. - Powetujemy sobie jutro - rzekł w pewnej chwili władca, jakby nadal coś wyjaśniając -

skromność dzisiejszej uczty. Wiedz, pani, że przybędzie tutaj nad ranem jeszcze jeden ważny gość, którego wspólnie przyjmiemy... - Goście waszej miłości będą i moimi - odpowiedziała układnie, znowu tłumiąc niepokój. - Wielce zasłużony apostoł prawdziwej wiary, biskup Bruno z Kwerfurtu - oznajmił Bolesław z naciskiem. - Był kapelanem błogosławionej pamięci cesarza Ottona. Teraz udaje się z misją do Prusów... ja zaś wyznaczyłem mu tutaj spotkanie. Sirguna nic na to nie odrzekła, skinęła tylko na sługi, by więcej dolewali księciu i jego druhom. Z misją do Prusów, pomyślała. Trzeba będzie uprzedzić jej rodaków, by zgotowali temu niemieckiemu czerńcowi odpowiednie przyjęcie... Powieszą go? Spalą? Zarąbią? Wszystko jedno, byle dostał, na co zasługuje. Przestała być panią we własnym domu i musiała się z tym pogodzić, przynajmniej w danej chwili. Dziewanna i Czcibor siedzieli po obu jej stronach jak trusie, nie śmiejąc się odezwać ani nawet poruszyć. A jednak w końcu zwrócili uwagę nieproszonego gościa. - A cóż to za młodzik przy was? - zapytał z ciekawością. - Dowbor nie wspominał nic o młodszym potomku. - To syn ciotecznej siostry mego małżonka - odparła. - Sierota, którego przygarnęliśmy. - Ach tak? - zdziwił się władca nieszczerze. - Jego rodzice pomarli? - Zginęli, broniąc rodowego dworzyszcza - oznajmiła, spoglądając wymownie na księcia. - Przed kim? - pytał dalej, choć chyba domyślał się prawdy. - Któż ich napastował? Prusowie? Pomorzanie? - Przed Polanami - odrzekła twardo, patrząc mu prosto w oczy. - Wojami twego ojca. Bolesław zmarszczył czoło.

- No cóż... - mruknął niechętnie. - Różnie między nami bywało... kiedyś. Teraz stanowimy jedno plemię. Wisła już nas nie dzieli, lecz łączy. - Wola waszej miłości - odrzekła, zaciskając usta. - Widzę, że chłopak urodny, śmigły jak topola... - podjął monarcha. - Znasz może jakąś wesołą piosnkę? - zwrócił się wprost do młodzieńca. - Znam jedną, panie - odrzekł Czcibor, rumieniąc się pod badawczym spojrzeniem srogiego męża. - A zatem zaśpiewaj dla naszej uciechy - polecił łaskawie książę. Młodzik powstał z ławy, dał znak nadwornemu gęślarzowi, po czym zaśpiewał mocnym, czystym głosem: Rumak Jarowitowy, Złote pod nim podkowy, Złota grzywa w warkocze czesane; Złotogłowe czapraki, Złotolite kulbaki, Złotem uzdy, wędzidła kowane. Nocą wjedzie pod bronę, Wszystko na nim złocone, Zarży śmiechem, wędzidłem zadzwoni, Brzęknie złotym kopytem Nad stajennym korytem, Dać mu paszy, nim dalej pogoni... Pieśń spodobała się książęcym drużynnikom, zaczęli przyklaskiwać do wtóru. Bolesław także kiwał w jej takt swoim wielkim, kudłatym czerepem. Jedynie ojciec Marcjalis miał

minę, jakby właśnie napił się octu. - Zacna, junacka pieśń - pochwalił monarcha. - Szkoda, że pogańska... - dorzucił, zezując na skwaszonego czerńca. - Ale cóż, innych na razie nie mamy. Potrafisz walczyć, chłopcze? - wypytywał dalej życzliwie. Czciborowi oczy zalśniły z ochoty. - Potrafię, panie - oświadczył dumnie. - Zamkowi strażnicy ćwiczyli mnie od małego. Niechaj któryś z twoich ludzi rzuci wyzwanie... Mogę sprostać każdemu! - Cha, cha, nie trzeba - sprzeciwił się władca kordialnie. - Twój zapał mówi sam za siebie. Zdałbyś się nam do drużyny! Chcesz być moim giermkiem? Do tej pory był nim Skarbek z Awdańców, lecz wkrótce go zrobię przybocznym, tak jak jego starszego brata, Michała - oznajmił, wskazując na asystujących mu dwóch młodych, podobnych do siebie rycerzy, którzy skłonili się wdzięcznie. Czcibor pochylił głowę, zmieszany. Propozycja księcia bardzo mu pochlebiła i wydała się wielce kusząca. Już chciał wyrazić zgodę, lecz zaraz pomyślał o nocnym obrzędzie, mającym go złączyć z wybranką serca. Zerknął niepewnie na Dziewannę i jej macierz, po czym milczał dalej, nie wiedząc, co odpowiedzieć. - Wahasz się, młodzieńcze? - zdziwił się szczerze Bolesław. - Odrzucasz taki los? Życiowe szczęście? Najwyższa pora, byś przestał trzymać się niewieściej spódnicy... - Po słowie jest z moją córą - pospieszyła chłopakowi w sukurs Sirguna. - Czekałam tylko na powrót małżonka, by wyprawić ich zrękowiny. Książę zmarszczył się gniewnie. Nie lubił, by mu się sprzeciwiano, zwłaszcza kiedy ośmielała się na to niewiasta. Milczał chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał, ogarniając trójkę Liwów natarczywym spojrzeniem, wreszcie wycedził: - Wojewodzianka wdała się w matkę z urodą i pewnie zacne otrzyma wiano... Godna

świetniejszego zamęścia, niźli z ubogim krewnym. A zresztą nie mogliby stanąć na ślubnym kobiercu. Sirguna uniosła wysoko brwi. - A to czemu? - Bóg nie pochwala kazirodczych związków - stwierdził monarcha. - Kazirodczych?! Wszak Czcibor nie jest bratem rodzonym? - oponowała zdumiona. - Ojcze Marcjalisie - zwrócił się władca do czerńca - co powiada nasz Święty Kościół w sprawie podobnych koligacji? - Zakazuje małżeństw do siódmego stopnia pokrewieństwa - oświadczył skwapliwie klecha - pod grozą surowych kar... - Słyszałaś, pani? - rzekł książę triumfująco. - Podobny związek byłby ciężkim grzechem. Całe szczęście, że w porę was uchroniłem... - Lecz wola rodu... - broniła się, zaskoczona. - O związkach możnych ja teraz decyduję - oznajmił oschle. - Mówiłem już zresztą z wojewodą, że wasza nadobna córa mogłaby uszczęśliwić któregoś z braci Awdańców - dodał, mrugając porozumiewawczo do swych przybocznych. - Obaj majętni, przystojni, prości jak świece... Chyba nie odrzucicie takiego zaszczytu? - spytał z niemal jawną pogróżką. - Młodzi się kochają... - próbowała jeszcze Sirguna. Monarcha zaśmiał się gromko, aż odpowiedziały mu echa od okopconej powały. - A któż mówi o miłości, gdy w grę wchodzi rodowy splendor? Niechaj chłopstwo parzy się, jak chce, lecz na możnych spoczywa wielki obowiązek dostarczenia krajowi zdrowych, chrobrych rycerzy... Niejedna panna durzy się w gładkim kuzynie, ale potem posłusznie wychodzi za wyznaczonego jej męża i znajduje szczęście w małżeńskiej łożnicy prawił niedbale, z szerokim uśmiechem. - Ty się także nie frasuj, młodziku - zwrócił się znów

do Czcibora. - Gdy dołączysz do mojej drużyny, nie zbraknie ci hożych dziewek. Aby się napić piwa, nie trzeba kupować całej beczki - zakończył, rechocząc rubasznie i popatrując na swoich wojów, którzy odpowiedzieli mu zgodnym chórem. Matka Dziewanny z trudem opanowała wzbierającą w niej złość. - Odbierasz nam wszystkich mężczyzn - rzekła w końcu dobitnie. - Nie ma co dalej gadać - uciął ostro Bolesław. - Młodzik zostanie giermkiem, córkę wydamy za Awdańca. Koniec i amen! Jak to powiadają, ojcze Marcjalisie?... Roma locuta... - Causa finita - dokończył gorliwie mnich. - Słowa świętego Augustyna. - Rzym przemówił, sprawa skończona - objaśnił łaskawie władca zebranym. Wzniósł do góry kufel przelewający się pienistym trunkiem. - Wypijmy za karierę młodego wojaka i szczęście waszej córy! - wygłosił toast. Wychylił duszkiem zawartość, po czym otarł wierzchem dłoni mokre wąsiska. Pozostali biesiadni goście poszli za jego przykładem. Pani domu zaledwie umoczyła usta, bo wyrwało się jej mimowolnie obelżywe słowo w jej rodzimym języku. - Guzis! Piastowie rządzi się tutaj jak u swoich Polan - warczała cicho, tak że słyszeli ją tylko siedzący obok młodzi. - Niby dziki orkan pragnie wszystko wywracać i burzyć. Niedoczekanie jego! Zabrał mi męża i syna, ale was nie odbierze - dorzuciła mściwie. - Klnę się na wszystkich bogów! Dziewczyna i chłopiec pojęli, co chciała rzec. W odpowiedniej chwili, gdy za oknem zabłysły gwiazdy na granatowym niebie, a księżna skinęła głową znacząco, oboje podnieśli się i wymknęli chyłkiem, starając nie zwracać na siebie uwagi. Książę, zajęty pozornie rozmową z rycerzami, zarejestrował jednak ten fakt kątem oka. Toteż nie zdziwił się, kiedy niewiele później wstała od stołu Sirguna. - Wybacz, książę - rzekła, siląc się na grzeczny ton. - Twoi ludzie mocno już sobie

podchmielili, skromnej białogłowie pora więc udać się na spoczynek. - Dobrej nocy, wojewodzino - odparł bez wahania Bolesław. - I nie zapomnij ucałować przed snem twojej uroczej córy! Gospodyni skłoniła się wiernopoddańczo, lecz oddaliła spiesznym krokiem. Książę odprowadził ją uważnym spojrzeniem, aż zniknęła za drzwiami, po czym skinął na czerńca. - Widziałeś, Boży człeku? Uchodziła jak ze zbójeckiej jaskini! - zauważył złośliwie. Myślałby kto, że jej owa gościna niemiła! Mnich nic nie odrzekł, wzniósł tylko oczy ku niebu. Obaj wstali jak jeden mąż i pozostawili bełkoczących, nieskładnie podśpiewujących lub kiwających się sennie towarzyszy biesiady. Marcjalis poprowadził dostojnego gościa na zewnętrzny wał, wspinający się na skarpie od strony Wisły, gdzie mogli zaczerpnąć świeżego powietrza, a także pogawędzić poufnie. Książę władczym gestem odesłał nocne straże, lecz dla pewności posłużyli się mową Niemców, by nie zrozumiał ich nikt z miejscowego pospólstwa. - Wielce ci jestem wdzięczny, świątobliwy braciszku, za twą gorliwość - rzekł Bolesław po chwili milczenia. - Dobrzy mnisi, którym pobożnie doniosłeś, co się tutaj wyprawia, opowiedzieli mi o wszystkim. Teraz już wiem, czemu Mazowszanie tak opornie płacą dziesięcinę. - Zawsze do usług waszej książęcej miłości - odpowiedział zakonnik z kornym pokłonem. Obaj spoglądali na drugi brzeg rzeki, gdzie paliły się liczne ogniska. Nawet z tej odległości można było dostrzec roztańczone korowody z pochodniami, ciągnącymi za sobą smugi iskier. Rzeczny nurt przynosił odgłosy chóralnych śpiewów i rytmicznego przyklaskiwania pod dzikie tony bębnów, gęśli, piszczałek. Dwaj mężczyźni obserwowali

wielkie, pokryte smoloną słomą płonące koła, staczające się ze skarpy. Mnich drżał na całym ciele, jakby wystraszony, a może podniecony. - Sam widzisz, panie... - rzekł, wzdychając żałośnie. - W ową przeklętą noc zbiera się tam cała miejscowa młódź i starszyzna, nie na modlitwy jednak, nie aby Boga wzywać, lecz diabła. Bolesław skrzywił się z rozdrażnieniem. - Pogański kraj... Mimo waszej długotrwałej i ciężkiej pracy na roli Pańskiej, wciąż nie udało się wyplenić chwastów bałwochwalstwa - stwierdził. - Lecz nie chcę wyrzynać własnego ludu... Opłakane byłoby takie apostolstwo wzorem germańskich cesarzy... Biskup Bruno nie pochwaliłby rzezi. Zaleca nawracanie maluczkich słowem i dobrym przykładem, nie zaś orężem. Podobnie czynił święty Wojciech... I źle na tym wyszedł, dodał w duchu, lecz myśli tej nie wyjawił. Czekał, co powie czerniec, którego pragnął pociągnąć za język. - Zaiste, ciemny lud nie jest winien - odparł z namysłem duchowny - że idzie za przykładem złych możnych, którzy tylko udają chrześcijan. A najgorszy grzech sieje pani Sirguna. - Sirguna - powtórzył powoli Bolesław, jakby delektując się dźwiękami obco brzmiącego imienia. - Cóż to za dziwne miano? - Pruskie. Rodzime - wyjaśnił zakonnik. - A jakie jej dano na chrzcie? Mnich wzruszył chudymi ramionami. - Pytałem ją o to kilkakroć, lecz zawsze odpowiadała wykrętem. Zdaje się, że z całej familii Liwów tylko wojewoda przyjął Ducha Świętego. Lecz jedynie ciałem, nie sercem. - Bywali na mszy?

- Z rzadka, wasza miłość. I zawsze skąpili datków - poskarżył się klecha. - Jaszczurcze plemię... - syknął władca przez zaciśnięte zęby. - Myśleli, stary Dowbor i jego nieodrodny synalek, że nie dostrzegam wilczych spojrzeń i pokątnych szeptów... Zmawiania się z Jaksą Toporem i Wszeborem Łabędziem... Dlatego ich posłałem do diabła! - Prosto w łapy pogan? - spytał domyślnie Marcjalis. - Tak... Lutykowie podczas owej wyprawy nie brali jeńców. Przyznasz, że to osobliwa ironia losu? Służący niemieckiemu królowi połabscy poganie zabili mazowieckich pogan w służbie prawowiernego księcia Polan... - Skoro chrześcijanie zabijają chrześcijan - mruknął pod nosem czerniec. Bolesław puścił tę uwagę mimo uszu, jego myśli pobiegły bowiem w inną stronę. - Sirguna... - powtórzył znowu. - Powiadasz, że źle się prowadzi? - Nie przestrzega postów - zaczął gorliwie mnich - unika spowiedzi i innych sakramentów... - Ma oczy wiedźmy - przerwał mu Bolesław z nienawistną oskomą. - Dumne i niepokorne. Zimne, zielonkawe, jak dwa pruskie jeziora. Widać, że się nie boi nikogo, nawet samego Boga... - Złe oczy - przytaknął Marcjalis. - Z pewnością jest czarownicą. - Stara, lecz wciąż urodziwa. To przeciwne naturze... Zachowała smukłą sylwetkę, rodząc tylko dwoje dzieci - głośno rozmyślał władca. - Praktykuje zbrodniczą sztukę spędzania płodów. - Niegodziwa kobieta... Chytra i podstępna jak żmija, korzysta z zyskanej swobody, drwiąc sobie z boskich i ludzkich praw - wtórował mu zakonnik, uradowany przebiegiem rozmowy. - Dlatego nikt dotychczas nie przyłapał jej na gorącym uczynku. - Nie zwiodła mnie udawaną pokorą - oznajmił książę z satysfakcją. - Podobnie jak jej

córka, która rzucała mi spod rzęs nieprzyjazne spojrzenia. A ten ich sierocy szczeniak... niby usłużny, ale jednak bezczelny. Wszyscy są mymi wrogami. - Niedaleko pada zgniły owoc z zatrutego drzewa - stwierdził sentencjonalnie zakonnik. - Jaka matka, taka córka. - A zwie się tak słodko: Dziewanna. Wcale gładka dziewuszka - zauważył monarcha z lubieżnym grymasem - jak świeżo zroszona łączka... Chętnie przeorałbym jej dziewicze wdzięki... Rozmarzył się na chwilę. Był krzepkim czterdziestolatkiem i jak większość mężów w tym wieku, potrzebował odmiany po dwudziestu z górą latach przykładnego małżeństwa z dobrą, potulną Emnildą. Zasmarkane, brudne dziewki, gwałcone podczas krwawych orgii w zdobytej Pradze, nie dały mu zadowolenia. Pragnął delikatnej, bezbronnej istotki, której odebrałby niewinność, na zawsze brukając ją grzesznym piętnem. Czuł przypływ męskiego wigoru na samą myśl o czymś tak rozkosznie występnym. Klecha chrząknął, skonfundowany owym niestosownym wyznaniem. Za mało był mężczyzną, by się z nim identyfikować. Postanowił pozostać głuchy na niewygodne dlań słowa, lecz wyczuwając chwilową słabość rozmówcy, natychmiast przypuścił frontalny atak. - Czy wiesz, panie, gdzie obie są teraz? - zapytał znacząco. Bolesław zerknął nań bystrze spode łba. Domyślał się, co chce mu przekazać pobożny delator, lecz wolał usłyszeć to z jego ust. - Nie w sypialnej komnacie? - rzucił z głupia frant. Czerniec wskazał oskarżycielskim, a zarazem jakby triumfalnym gestem przeciwległy brzeg rzeki. - Tam! - zawołał piskliwie, dygocąc z chorobliwej emocji i pryskając obficie śliną. Tam się dopuszczają bezwstydu! Zaprawiają młodych w rozpuście, wymawiając imiona

demonów! Gżą się z kim popadnie, jak stado dzikich bestii! Bolesław spurpurowiał z gniewu, chociaż spodziewał się właśnie czegoś takiego. Nie cierpiał jednak, kiedy oczekiwana zdobycz wymykała mu się z rąk. - Ośmieliła się... Pod naszym bokiem... - Kpi z ciebie, wasza miłość - potwierdził klecha z fałszywym ubolewaniem. - Za nic ma twoją władzę. Tutaj ona jest panią. - Ha! Podła suka! - ryknął książę. - Ukażemy ją za to przykładnie. Trzeba jej wybić zęby za drwiny z postu i oćwiczyć pod pręgierzem jak ladacznicę. Nie będzie już taka harda! - Niech sczeźnie czarownica! - potakiwał mnich ze złośliwą uciechą. - Szarpać grzeszne ciało na sztuki rozpalonymi cęgami! A jako dzieciobójczynię pogrzebać żywcem, palik w usta i palik w serce!... Zabrakło mu tchu od tych rozkosznych, snutych na jawie wizji, zamilkł więc, łapiąc ciężko oddech, z pianą na wąskich wargach. Twarz władcy zrobiła się tymczasem mroczna i zacięta. Powziął już decyzję. - To koniec Liwów - oświadczył głucho. - Znikną z Płocka jak legowisko gadzin w skoszonej trawie. Trzeba ich jednak pojmać po cichu. Nie chciałbym, by im przyszedł z pomocą wierny lud albo przyjaciele. Mnich odzyskał tymczasem zdolność mówienia. - Nie będzie z tym kłopotu, mój książę - odrzekł z perfidnym uśmieszkiem. - Wiem, którędy wymykają się czasem z zamku... i tamtędy wracają. Bolesław skinął głową i ruszył prędkim krokiem w stronę palatium. Mnich następował mu niemal na pięty. Czuł na plecach jego gorączkowy, smrodliwy dech. W sali biesiadnej zorientował się, że młodzi Awdańcowie jeszcze się trzymają na nogach, wydał im zatem stosowne rozkazy.

Bębny wybijały rytm serca Matki Wilgotnej Ziemi. Dziewanna długo nie mogła zapomnieć natarczywego, palącego spojrzenia księcia Bolesława. Czcibor patrzył na nią inaczej. Miał wejrzenie młodego myśliwego, który zastawia dopiero sidła, niepewny, co w nie wpadnie. Na dnie szarobłękitnych chłopięcych oczu czaiła się subtelna nieśmiałość, przydająca mu jeszcze uroku. Dojrzały mężczyzna ogarniał ją i przenikał wzrokiem zdobywcy, jakby już należała do niego. Nie dopuszczał odmowy. Wszystko musiało się dziać zgodnie z jego wolą. Zwalisty, grubo ciosany Piastowic emanował brutalną siłą, która napawała dziewczynę wstrętem, budzącym niejasne obawy. Nie pora było jednak oddawać się ponurym rozważaniom o niewiadomej przyszłości. Tej szalonej nocy wróżb, czarów i kochania łatwo się było zapamiętać w śpiewie i skocznych tanach. Czuwały nad świętującymi wszystkie żywioły, czuwali bogowie, którym składano ofiary. Ich domeny przenikały się dzisiaj wzajemnie, splatając wspólny kobierzec światła i mroku, tworzący jedność Kupały. Iskry, strzelające spośród wachlarzy ognia, leciały ku górze, by uwięznąć w granatowym aksamicie niebios i zamienić się w wesoło mrugające gwiazdki. Dziewanna, rozgrzana buchającym zewsząd żarem, pląsająca w korowodzie roześmianych dziewcząt, zdołała w końcu stłumić w sercu niemiłe wspomnienie. Oj, rada byś ty chłopcu, Rada niejednemu; Oj, żeś ty taka smutna, Poradziłby temu! Nuciły, nieco już podpite, starsze niewiasty, bijąc drgające powietrze giętkimi,

chmielowymi łodygami. Sirguna szeptała na boku z siwobrodym kapłanem Welesa, nie spuszczając czujnych oczu z hasającej w pobliżu córy. Dziewczyna tak się skupiła na tańcu, że nawet nie zauważyła chwili zniknięcia umiłowanego kuzyna. Dopiero co Czcibor skakał z rówieśnikami przez ogień, aż tu nagle jakby się zapadł pod ziemię. Pozostali młodzieńcy także opuszczali po kolei krąg płomiennego blasku i przepadali w mrocznych chaszczach. Panny zostały same. Nadeszła godzina wianków. Zeszły nad rzekę, każda z własnoręcznie uwitym wieńcem, w który wplatała umówione z wybranym chłopakiem wstążki o niepowtarzalnych deseniach. Zapaliły osadzone wśród kwietnych gałązek ogarki i małe oliwne lampki, po czym puściły je z nurtem, tęsknie zawodząc: Hej, wianuszku, hej, Co masz, to daj mnie, Póki byłam dziewką, To w wianku chadzałam, Wolę swoją miałam. Hej, wianuszku, hej, Dziś ty służysz mnie: Będę wszystko miała, Czego bym zachciała, Będę wodzić rej. Żadna nie wątpiła, że znajdzie tej nocy szczęście. Większość par dobierała się wcześniej w tańcach, a ewentualne konflikty chłopcy rozwiązywali pomiędzy sobą, mocując się pod

dębem albo rywalizując w skokach. Wianki nie upłynęły zbyt daleko, kiedy spomiędzy nadrzecznych krzewów wynurzył się Czcibor, ustrojony w liście i kwiaty, kosmaty jak leśny bożek. Skoczył bez namysłu do wody, wyłowił zręcznie barwny, płonący pierścień i podpłynął do brzegu. Inni chłopcy poszli wnet w jego ślady. Dziewczęta zawirowały w rusałczanych pląsach. Chwyć się naszych rąk, Jest nas tutaj krąg, Którą będziesz chcieć, Taką musisz mieć!... Czcibor otrząsnął chmurę srebrzystych kropel z płowej czupryny i śmiało podszedł do wybranej. Ujął jej szczupłe ramię mokrą dłonią i poprowadził do lasu. Szli jakiś czas w milczeniu wąską ścieżyną pośród ciemnego boru, rozdygotani namiętnością, nie lękając niczego, wiedzieli bowiem, że dobrzy bogowie sprzyjają zakochanym. Stanęli twarzą w twarz na małej polance, oblanej zwodniczym światłem księżyca. Książę Upiorów, Chors nie miał jednak nad nimi władzy. Mokosza dawała dziś pannom zniewalającą urodę, Jarowit zadbał o młodzieńczy wigor swoich wybrańców. Chwilę przyglądali się sobie uważnie. Gładka twarz młodzika z dołkiem w brodzie zdawała się wykuta ze starego srebra. Patrzył na dziewczynę z zachwytem. Nie puszczał jej ręki, jakby bojąc się, aby nagle mu nie pierzchła, niby ulotna mara. - Co teraz będziemy robić? - zapytała Dziewanna, przechylając zalotnie główkę. Poszukamy kwiatu paproci? Pociągnął ją ku sobie i otoczył silnymi, pulsującymi gorącą krwią ramionami. Wypukłe wargi musnęły policzek i błądziły chwilę, przyjemnie łaskocząc, wśród jasnych,

rozpuszczonych kosmyków. - Ty jesteś moim kwiatem - szepnął jej wprost do ucha. - Ciebie właśnie znalazłem. Wtuliła się w szeroką, twardą pierś, porosłą miękkim, młodzieńczym runem. - Jesteś ogniem, ja wodą - odpowiedziała zgodnie z pradawnym zwyczajem. - Ugaszę twój żar. I poszukała wilgotnymi ustami jego płonących warg. Około południa wojowie Bolesława zgonili wszystkich mieszkańców grodu przed chram Jezu Krysta. Niektórych, półprzytomnych po całonocnych hulankach, trzeba było popędzać drzewcami oszczepów i płazować mieczami. Biskup Bruno odprawił uroczystą łacińską liturgię, z której olbrzymia większość obecnych nie zrozumiała ani słowa, po czym wygłosił homilię w mowie Niemców. Ojciec Marcjalis przekładał, jak potrafił, górnolotne zwroty cudzoziemskiego gościa na język zrozumiały dla miejscowych prostaków. - Powód, dla którego zebraliśmy się tak licznie w owej świątyni - zaczął podniosłym tonem - to świętowanie rocznicy narodzin Jana Chrzciciela. Rocznica ta jest tak ważna, że po prostu zmusza mnie do wygłoszenia uroczystej mowy, na którą wszyscy czekają. Po prawdzie mało kto z obecnych miał ochotę wysłuchiwać majaczeń obcego czerńca, nikt jednak się nie odważył zaprzeczyć. Nie pozwalały na to ani obecność srogiego księcia z drużyną, ani też względy gościnności. Słuchano więc dalej z musu, szepcząc nieznacznie pomiędzy sobą. Dziwowano się, jakim sposobem z wątłego, wymizerowanego ciałka wydobywa się głos tak potężny. Przybysz zdawał się drobny i schorowany, odziany był skromnie w zaszargany błotem, wystrzępiony habit, a jednak emanował wielką powagą i dostojeństwem. - Chrzest jest obrzędem tak świętym - podjął Bruno, tocząc wokół ostrym, gorączkowym spojrzeniem - że może być wykonany jeden jedyny raz dla zmycia wszystkich

grzechów i przygotowania tak oczyszczonej duszy na wstąpienie do raju. Dlaczego też Kościół szczególnie świętuje rocznicę narodzin Janowych, gdyż przyszedł on na świat w związku z wielkimi tajemnicami... Cudowne jego narodzenie, uświęcone jeszcze w łonie matki, sprawiło, że zanim się urodził, już przeczuł Chrystusa i powitał go... - Patrzcie tylko - mruknął ktoś w tłumie - jeszcze się nie narodził, a już powitał... Ho, ho! Marcjalis miał także niejasne wrażenie, iż świątobliwy mąż nieco pobłądził w meandrach swej elokwencji, pracowicie jednak dalej tłumaczył, ocierając co rusz brudnym rękawem spocone czoło. - Dlatego też święty Augustyn powiada: Podziwiaj Jana, ile możesz, ale ten podziw jest ku chwale Chrystusa! Co zaś czynią źli chrześcijanie?! - zagrzmiał nagle, unosząc dłonie nad głową na podobieństwo dawnych proroków. - Co czynicie wy, biedni, otumanieni ludzie w wigilię jednego z największych świąt chrześcijaństwa?! Zamiast się modlić i pościć o chlebie i wodzie, młodzi chłopcy i dziewczęta, starsi mężczyźni i niewiasty włóczą się po lasach, gajach i pagórkach, całą noc spędzając na występnych zabawach! Oddajecie swoim pogańskim bałwanom większą cześć niż Bogu, uczestnicząc we wszelkich nieprzystojnych igrzyskach szatańskich, w klaskaniu i pląsaniu. Kobiety i dziewczęta potrząsają głowami, z ust ich wydobywają się obmierzłe krzyki, wszelkie wstrętne, diabelskie pieśni... Baby i dziewki wiercą zadem, nogi same skaczą i przytupują! Tu jest rozpustne przyglądanie się, jak się miotają niewiasty, tu wielki upadek mężczyzn i chłopców. Zerknął w tym momencie na towarzyszących mu w podróży osiemnastu młodych akolitów, niesamowicie powalanych błotem i kurzem, jako że w zakonie benedyktyńskim zakazywano kąpieli i nigdy nie prano habitów. Swoich „Bożych warchlaków”, jak ich niekiedy nazywał, gromiąc nie wyleczone jeszcze do końca skłonności do marnych,

ziemskich rozkoszy. Jego samego chroniła od grzesznych pokus Cudowna Opaska Świętego Emmerama, lecz była dawana nielicznym, tylko najbardziej zasłużonym. Najchętniej wytrzebiłby młodych mniszków lub na większą chwałę Pańską wypalił ich części niesforne rozpalonym żelazem, lecz święte sobory doszły ostatecznie do wniosku, iż trzebieńcy nie wejdą do Królestwa Niebieskiego. Kiedy więc splamili się kolejny raz pijaństwem albo rozpustą, łoił im skórę tak, że ich wrzaski słychać było na parę mil wokół klasztoru. Miłe wspomnienia owych pobożnych praktyk, podczas których Cudowna Opaska zaciskała się boleśnie na lędźwiach oprawcy, zmąciły przez chwilę umysł biskupa, zaraz jednak opanował się, odchrząknął i kontynuował donośnie: - Tu także dla zamężnych kobiet pohańbienie, a dla dziewcząt utrata dziewictwa! Słyszałem od wiarygodnych ludzi, że tylko nieliczne dziewice... chyba te najszpetniejsze?... wracają rano do domu nie zhańbione... Oświadczenie to wywołało wśród słuchaczy tłumioną wesołość, oznaczającą, że mówca był niedaleki od prawdy. Być może buchnęliby otwartym śmiechem, gdyby nie fakt, że otaczali ich uzbrojeni po zęby strażnicy. Sam kaznodzieja zresztą mroził spojrzeniem i tonem głosu poczciwe owieczki. - I nie ma w tym niczego dziwnego - perorował - ponieważ przebywa z nimi sam Wielki Rogaty Pan, nadzorca tych zabaw i wyczynów, a mianowicie Szatan, książę piekieł. Powiada bowiem Pismo: „Nie znajdzie się pośród was nikt, kto by przez ogień przeprowadzał syna lub córkę, uprawiał wróżby, gusła, przepowiednie i czary; nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych. Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto tak czyni. Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich Pan, Bóg Twój, sprzed swego oblicza” wrzeszczał, posiłkując się Księgą Powtórzonego Prawa. - Zastanówcie się, co czynicie,

nieszczęśnicy, opętani przez złego ducha?! Jako psy powracacie do swoich wymiocin, jako świnie tarzacie się w gnoju! - zakończył dosadnie i apostolsko. - Módlcie się, pokutujcie i żałujcie za grzechy, albowiem, powiadam wam, zbliża się Dzień Sądu!... Przyrównanie do domowych bydląt wywołało wśród ludu poruszenie i gniewne pomruki. Niektórzy mieli nawet ochotę sięgnąć od razu po kamienie i przegonić zuchwałego czerńca. Powstrzymywała wszystkich wieść, która rozeszła się tymczasem w tłumie, o okrutnym losie, jaki spotkał panią Sirgunę i młodsze latorośle Liwów za udział w nocnym obrzędzie. - Wspaniała mowa - ocenił książę Bolesław, kiedy rozmawiał z biskupem na stronie. Jeśli nawet nie wstrząsnąłeś ich sumieniami, to przynajmniej napędziłeś strachu bałwochwalcom i sprawiłeś, że poczuli wstręt do samych siebie. Cóż jednak mam z nimi czynić? Znakomita większość moich poddanych uparcie trzyma się błędów pogaństwa. Wymordować czy tylko uwięzić tysiące? - spytał, z lekka ironizując. Rozmawiali w izdebce ojca Marcjalisa, łączącej zamek z rotundą. Klecha stał przy drzwiach, pilnując, by nikt nie podsłuchiwał. Zbędna ostrożność, monarcha porozumiewał się bowiem z biskupem mową uczonych, sam więc biedny braciszek, którego znajomość łaciny ograniczała się do wyuczonych na pamięć kilkunastu modlitw, psalmów i fragmentów Biblii, pojmował ich dysputę piąte przez dziesiąte. Bruno zwlekał z odpowiedzią, popatrując uważnie na potężnego władcę, przenikając jego niedźwiedziowatą sylwetkę badawczym spojrzeniem. Długie noce spędzane przy kaganku nad pobożnymi księgami powlekły przedwcześnie pomarszczoną twarz biskupa niezdrową, żółtawą bladością i podkreśliły sinymi cieniami gorączkowo płonące oczy. Wygląda jak śmierć, pomyślał książę, wzdrygając się mimowolnie. Biskup był młodszy od niego, liczył sobie niewiele więcej niż trzydzieści parę lat.

- Lud tutejszy jest dobry, choć nadal niechrześcijański - odparł w końcu Bruno, wyraźnie akcentując każde słowo. - Ziarna łaski Bożej kiełkują powoli, lecz z czasem wydadzą owoce. Bałwany demona Jarowita i diablicy Mokoszy ustąpią ołtarzom Jezusa i Maryi, a odprawiane owej nocy nieskromne obrzędy zamienią się w Noc Świętojańską, świętowaną bezgrzesznie, z umiarem. Tak stało się już w krajach Germanii, Galii, a nawet dalekiej Irlandii. Zwyczaje nieco odmienne, lecz zasada zawsze ta sama. Nie trzeba zresztą daleko szukać: tak dzieje się również w Krainie Wiślan, gdzie najwcześniej w owych stronach zawitała nauka Chrystusa. Cierpliwości, mój książę. Bolesław uśmiechnął się cierpko. - Potrafisz wlać otuchę w serca wątpiących, wasza wielebność - rzekł, nie porzucając dwuznacznego tonu. Duchowny wykonał gest lekkiego zniecierpliwienia. - Skończmy z tą „wielebnością” - oznajmił łagodnie. - Odrzuciłem biskupie ornaty i przywdziałem mnisi habit. Jestem brat Bonifacy. Rozchylił sznurówkę na piersi i ukazał księciu medalion: miecz wbity w płonące serce. Monarcha cofnął się odruchowo o krok, mimowolnie speszony. Marcjalis, którego uwagi nie uszła owa wymiana gestów, pokłonił się przybyszowi z głębokim respektem. - Gladius Dei... - mruknął Bolesław po chwili milczenia. - Teraz rozumiem twą niezachwianą pewność... ojcze. Oddałem wam syna mego najstarszego!... - zaczął niespodziewanie tonem wyrzutu. Mnich uśmiechnął się zagadkowo. - I wdzięczni będziemy ci zawsze za tę ogromną ofiarę - oświadczył. Władca zmarszczył brew. Wspomniał swego zawsze niesfornego i niepokornego

pierworodnego z węgierskiej matki, którego nie zdołał złamać, aż wreszcie odesłał pod strażą do dalekiego klasztoru w Italii. Pomyślał też chwilę o młodszym z kolejnej żony, który także się stawiał, dorastając, lecz surowemu ojcu udało się poskromić samowolę chłopaka, nim dobiegł osiemnastki. Po co ojcom wrogowie, skoro mają synów? Nie miał czasu teraz zastanawiać się, czy aby na pewno dobrze uczynił. - Nieszczęsny Bolko... - syknął, wracając myślami znowu do pierworodnego. - Jakże się teraz sprawuje? - Brat Bezprym - odparł spokojnie Bruno - wykazuje sporo dobrych chęci dołączenia do naszej trzódki, lecz w jego sercu zbyt wiele jeszcze pychy i egoizmu. Pracujemy nad nim. Bolesław skinął głową z aprobatą, lecz twarz mu spochmurniała. - Kiedy spędzałem młodość na dworze cesarskim - zaczął niespodzianie z innej beczki oglądając wasze kamienne zamki i wspaniałe świątynie, wiele się nauczyłem i wiele zrozumiałem. Jeden Bóg na niebie i jeden cesarz na ziemi... oto źródło prawdziwej potęgi! Wziąłem to sobie do serca... - Jeden król nad słowiańskimi plemionami, rządzący z Bożej łaski... - wtrącił domyślnie brat Bonifacy, popatrując wciąż bystro na rozmówcę. - Dostrzegłem to już, kiedy podczas zjazdu w Gnieźnie zawarliśmy między sobą serdeczną przyjaźń - zaznaczył. Książę zadumał się chwilę. Osiem lat wcześniej, kiedy szalony młodzik Otto III, śniady, nerwowy „Greczynek”, jak go przezywali pogardliwie sascy panowie, szedł boso, acz po miękkich kobiercach, po moście z Ostrowa Lednickiego, później gościńcem do grobu świętego Wojciecha, gdzie domagał się, by chłostać rózgami jego szczupły zadek wobec relikwii męczennika (Bolesław uczynił to z chęcią, mając poczucie, jakby karcił niegrzecznego wyrostka), a podczas uczty w przypływie egzaltowanej, pijackiej czułości uwieńczył kudłaty łeb księcia Polan cesarskim diademem, zdawało się, że nadeszła owa

chwila jedyna i wspaniała, że wreszcie ziści się sen Bolesława o potężnej monarchii na wschodzie. Rychła śmierć pobożnego, chorobliwie ambitnego smarkacza, wychowanka dewotek i klechów, który kazał tytułować się „odnowicielem Cesarstwa Rzymskiego”, rozwiała wszelkie marzenia. - Sojusz ołtarza i tronu - powiedział - to wspaniała rzecz. A jednak, choć poniosłem dla was tak wielkie ofiary - zauważył z naciskiem - uparcie mi odmawiacie korony, chociaż daliście ją węgierskiemu Stefanowi. Zakonnik chrząknął z zakłopotaniem. Zrozumiał, że nie uniknie trudnych tematów. - Gdybyś tylko nie kazał zamurować żywcem jego kuzynki, księżnej Gizeli... - szepnął ledwie dosłyszalnie. Bolesław machnął potężnym łapskiem, przy czym policzki nabiegły mu krwią. - Diabła tam! - huknął zirytowany. - To była podła niewiasta! Madziarska czarownica! Zjadała mi serce, kawałek po kawałku, swymi gusłami. Znaleźliśmy przy niej woskową figurkę, całą ponakłuwaną... Dostała, na co zasłużyła! Tak samo jak Bo... Bezprym, co się za nią ujmował - dodał niechętnie. - Miała złe oczy, jak ta tutejsza... wiedźma. - Dałeś ludowi odstraszający przykład - stwierdził chłodno zakonnik bez cienia współczucia. - Nikt mnie za to nie może osądzić - stwierdził Bolesław - bo władca jest źródłem prawa. Małżeństwo z poczciwą panią Emnildą zmazało moje przewiny - dorzucił z przekonaniem. - Niewątpliwie - przytaknął nieszczerze mnich - lecz cóż począć, obecny król niemiecki nie sprzyja ci. Książę zarechotał zjadliwie. - Nędzny Henrikus! Jeszcze się przekona, z kim zadarł!...

- Ty z nim zadarłeś, książę - przypomniał mu Bonifacy. - Być może nie należało oślepiać Bolesława Rudego, zajmować Pragi i odmawiać lenna z Czech niemieckiemu władcy - rzekł z ostrożną przyganą. Bolesław wzruszył muskularnym ramieniem. - Zwycięzca ma zawsze rację - oznajmił dumnie. - Zapewne - potwierdził mnich beznamiętnie - dopóki nie spotka silniejszego od siebie. Milczeli chwilę, mierząc się wzrokiem. Wreszcie władca uśmiechnął się pod wąsem, choć w trochę wymuszony sposób. - Niedoczekanie! Ta kosa jeszcze nie trafiła na kamień - rzekł, uderzając pięścią w potężną pierś. - Henrikus goni w piętkę, skoro skumał się przeciwko mnie nawet z pogańskim Lutykami!... Któżby pomyślał - podjął po chwili z przekąsem - że ten chorowity, kulawy świętoszek odważy się na coś takiego? Benedyktyn kiwał zgodnie wystrzyżoną tonsurą, lecz zdawał się zasmucony kierunkiem, jaki przybrała dysputa. - Tak wielki grzech, jakim jest przymierze z barbarzyńcami, będzie musiał dźwigać na swoim sumieniu. Odmówiłem mu rozgrzeszenia, lecz inni mogą nie okazać się tacy nieugięci... Napisałem nawet list, w którym piętnuję jego postępowanie, niegodne chrześcijańskiego władcy. Chciałbyś wysłuchać go, panie? Oczy Bolesława zabłysły radosną nadzieją. - Paszkwil na niemieckiego króla! - zawołał. - Z miłą chęcią wysłucham. - Nie tyle paszkwil, co ojcowskie napomnienie - skorygował poważnie brat Bonifacy. Sięgnął za pazuchę i wydobył zwitek pergaminu z brudnopisem wspomnianej epistoły. Rozwinął go, przebiegał chwilę wzrokiem, wytężając krótkowzroczne oczy, wreszcie uśmiechnął się z satysfakcją.

- Tutaj jest najcelniejszy ustęp. Racz posłuchać, książę: Jeśli wolno mi tak powiedzieć, nie tracąc łaski królewskiej: czy dobrze jest prześladować chrześcijanina, a utrzymywać przyjaźń z poganami? Cóż to za zgoda Chrystusa z Belialem, zrównanie światła z ciemnością? Jak mogą się pogodzić diabeł Swarożyc i wódz świętych, Maurycy? Jakim czołem schodzą się razem święta włócznia i godła pogańskie, karmione ludzką krwią? Czyż nie jest grzechem, gdy głowa chrześcijaństwa kroczy, o hańbo!, pod znakiem demonów?!... I dalej: Władca Bolesław chciał duchowo i materialnie wesprzeć mnie w nawracaniu Prusów i postanowił nie żałować na ten cel pieniędzy, lecz z powodu wojny, jaką mu wydałeś, królu nasz miłościwy, nie może pomóc mi w szerzeniu ewangelii... Tędy cię wiedli, braciszku, pomyślał zgryźliwie Bolesław. Zawsze wam idzie o datki. Zakonnik nadal czytał. Cokolwiek możecie zdziałać w nawracaniu Prusów i Lutyków, nie przestańcie czynić, ponieważ ku nawracaniu tych właśnie pogan zwraca się teraz nasza praca i musi spełnić się za pomocą Ducha Świętego i walczącego Piotrowego Kościoła. Żegnaj, o królu! Żyj w Bożej prawdzie, pomny na dobre uczynki, umrzyj cnotliwym starcem, wypełniwszy swe dni! Zaiste, list pożegnalny, stwierdził trzeźwo książę w myślach. Po czymś takim pozostaje mu już tylko dobrowolne wygnanie do Prusów. Lepsze to niż katowski topór lub dożywotnie uwięzienie w klasztorze, rozważał. - Wspaniała epistoła - głośno rzekł z rozjaśnioną twarzą. - Godna pierwszych chrześcijan, rzucających się w paszczę lwa! Cóż za bezprzykładna odwaga! Jaka moc wiary! Marcjalis zdawał się podzielać nie wyrażone na głos zdanie władcy, gdyż spoglądał na

swego wybitnego współbrata z trwożnym podziwem, jakby już go widział w cierniowej koronie. Przesadne pochwały księcia Polan zdawały się jeszcze pogłębiać grozę sytuacji. - Skazałem się na królewską niełaskę - oznajmił Bruno, jakby czytając im w myślach. Trzeba mi ruszać do Prusów. - Dla szerzenia ewangelii... - nawiązał władca z leciutkim sarkazmem. Misjonarz przeszył go zimnym spojrzeniem. - Tak, lecz to nie jedyny cel - oznajmił sucho. Bolesław uniósł brwi. - Nie jedyny? A cóż może być ważniejszego? Mnich zastanawiał się chwilę z pochyloną głową, wreszcie podniósł ją, podejmując nagłą decyzję. - Znasz, panie, Pieśni Słowana? - odpowiedział pytaniem. - Słyszałem o nich - przyznał książę. - Czasem wspominali je starzy ludzie... lecz odkąd mój ojciec przyjął chrzest, zakazano ich śpiewania na naszym dworze. - Całkiem słusznie - stwierdził zakonnik. - Zawierają wiele diabelskich bluźnierstw i zaklęć. Niebezpiecznie ich słuchać i niebezpiecznie je wypowiadać. - Co może być niebezpiecznego w tych zwietrzałych podaniach? - spytał zaintrygowany książę. - To pieśni na cześć demonów - wyjaśnił duchowny - szczególnie Welesa, bo też Słowana nie bez przyczyny zwano „Welesowym wnukiem”. Spisane zostały za panowania twego pradziada, Ziemowita. Wydrapano je rylcem na czterdziestu bukowych tabliczkach w Starej Mowie, pradawnymi runami, które mało kto dziś potrafi odczytać. - Więc jak poznaliście ich treść? - zdziwił się Bolesław.

Bruno uśmiechnął się lodowato. - Schwytany przez nas wiekowy guślarz wyjawił ich znaczenie. Oczywiście musieliśmy użyć odrobiny... perswazji. - Hm, rozumiem - wymamrotał władca. - Mamy łaciński przekład - oznajmił triumfalnie zakonnik - i przechowujemy go w naszej siedzibie. - Nie lękacie się trzymać czegoś takiego w klasztornych archiwach? - spytał z ciekawością monarcha. - Gdyby wpadło w niepowołane ręce... - O to jesteśmy spokojni - zapewnił Bonifacy. - Do tajnego archiwum ma dostęp tylko paru najbardziej zaufanych braci. Staramy się niszczyć owe tabliczki, gdziekolwiek je tylko znajdziemy. Szczególnie dwie ostatnie. - A co w nich takiego groźnego? - Bracie Marcjalisie - zwrócił się mnich po niemiecku do stojącego u drzwi klechy - na pewno pamiętasz ten przerażający ustęp z Objawienia Świętego Jana, mówiący o spętaniu Szatana i jego ponownym uwolnieniu? Przemawiał tonem surowego mentora, egzaminującego tępego żaczka. Klecha wysilił nietęgi umysł, szukał jakiś czas w zakamarkach pamięci, wreszcie odetchnął z ulgą. - Przypominam sobie - oświadczył i wyrecytował dość gładko: Potem ujrzałem Anioła, zstępującego z nieba, który miał klucz od Czeluści i wielki łańcuch w ręce. I uchwycił smoka, węża starodawnego, którym jest diabeł i szatan, i związał na tysiąc lat. I wrzucił go do Czeluści, zamknął i położył na nim pieczęć, aby nie zwodził więcej narodów, dopóki się nie wypełni tysiąc lat. A potem ma być na krótki czas uwolniony...

- Doskonale - pochwalił go starszy rangą zakonnik. - A co powiada dalej Księga o jego wyzwoleniu? Księżyna znów myślał chwilę, wreszcie odnalazł stosowny fragment. A gdy się skończy tysiąc lat, będzie rozwiązany szatan z ciemnicy swojej. I wyjdzie zwodzić narody... - Wystarczy - przerwał misjonarz - strach słuchać tych przepowiedni. Trójka mężczyzn uczyniła czym prędzej znak krzyża, odpędzając demony. - Mówiliśmy już o tym w Gnieźnie - uświadomił sobie Bolesław. - Nastał rok tysięczny i wszyscy wierni obawiali się nadejścia Antychrysta... Nic takiego się jednak nie stało. - Tego nie wiemy na pewno - zaprzeczył mnich. - Cóż znaczy bowiem „na krótki czas”? Dla Boga może to być równie dobrze sto lat. - Więc nadal mamy się lękać? - odważył się zapytać struchlały Marcjalis. - Zawsze winniśmy - potwierdził ponuro benedyktyn. - Nie znamy bowiem dnia ani godziny... Nadejście Nieprzyjaciela poprzedzać będą pogańskie bunty i wielki rozlew krwi chrześcijańskiej. Trzeba jednak wierzyć, że moc Pana Naszego pokona wszelkie zło. - Pojmuję - rzekł Piastowic. - Musimy być czujni i nie ustawać w walce... Lecz jaki ma związek Objawienie z tępionymi przez was pieśniami? - zadał najważniejsze pytanie, wpatrując się w rozmówcę z wyrazem zagubienia. - Jak się okazało, ogromny - stwierdził zakonnik. - Złowieszczy... Na dwóch ostatnich tabliczkach zapisane jest bardzo podobne proroctwo, w którym powiada się o Czarnobogu spętanym magicznym łańcuchem. Dwaj słuchacze wytrzeszczyli zdumione oczy. - Niepojęte! - zawołał książę. - Jak to możliwe, że prawda przemówiła ustami pogańskiego wieszcza?

Mnich wzruszył ramionami. - Duch Boży ulata, kędy chce - odparł sentencjonalnie. - Nie tylko mówi o uwięzionym złym duchu, lecz podaje też sposób jego uwolnienia. - Jakże to? - Zapisane jest tam szatańskie zaklęcie, którego nie odważę się tutaj przytoczyć zastrzegł mnich. - Słowan wspomina także o potężnej niewieście, która skruszy łańcuchy... - Kochanica Bestii - jęknął przerażony Marcjalis. - Wiedźma! - Istotnie - potwierdził Bruno z Kwerfurtu. - Dlatego właśnie Kościół tak usilnie zaleca wystrzegać się złych niewiast... - Nie pozwolisz żyć czarownicy... - sapnął klecha. - I każe nam niszczyć owe przesycone smoczym jadem pieśni - dokończył zakonnik. Oczy Bolesława rozjaśniły się nagłym zrozumieniem. - Więc tak ci spieszno do Prusów... - zawiesił głos wymownie. - Pragnę dokończyć dzieło mego poprzednika - oznajmił twardo mnich. - Udało nam się ustalić, że jeden z nielicznych już egzemplarzy znajduje się w czczonym przez barbarzyńców dębie, na pograniczu ziem zamieszkanych przez plemię, których wy zwiecie Jadźwingami, oni siebie zaś Synami Drzew. Gdy tylko uda mi się tam dotrzeć, spalę owo drzewo wraz z przeklętą zawartością - wyjaśnił z błyskiem fanatyzmu w oczach. - Wtedy pozostanie, jak sądzimy, jedyny zapis, skryty w Arkonie, niedosiężny na razie dla krzyżowego oręża. Przyjdzie jednak czas, że zdobędziemy i spalimy również i tę synagogę Szatana - dodał nienawistnie. Twarz księcia pociemniała od złych przeczuć. - Jeśli nawet tego dokonasz... jeśli zdołasz dotrzeć do ich sanktuarium...

- Bóg mnie poprowadzi - rzekł misjonarz z niezachwianą pewnością. - Zabiją cię! - ostrzegł władca. - Nie wypuszczą żywym z dąbrowy! Jak świętego Wojciecha... Oblicze zakonnika rozjarzyło się niebiańską rozkoszą. - 'Tym lepiej - powiedział jasnym, radosnym tonem. - Jestem gotów. Męczeństwo podsyca płomień wiary. Monarcha kręcił głową, strapiony. - Mogę dać ci ochronę tęgich wojów aż do samego pogranicza Krainy Jezior... lecz dalej... Zakonnik powstrzymał go ruchem dłoni. - Nie troskaj się więcej, panie. Rzekłem: Bóg mnie prowadzi. Oddalił się po chwili doglądać swych „Bożych warchlaków”. Bolesław wpijał wzrok w wątłe plecy okryte szorstkim habitem. Strasznie mu spieszno zostać męczennikiem, rozważał w duchu. Dobrze, że jest chuderlawy, mniej złota odważą za niego, niż za świętego Wojciecha, który był tłustej kompleksji... Poganie, jak to poganie, wyszli na tym najlepiej, przynajmniej w ich pojęciu. Nie dość, że się pozbyli wrażego czerńca, to jeszcze się wzbogacili... Trzeba będzie zamówić nowy relikwiarz, stwierdził na ostatek przytomnie. Przybędzie nam nowy święty. Pokrzepiony tą ideą, pozdrowił ojca Marcjalisa i ruszył w stronę kamiennego stołpu. Zdawało jej się, że oszalała, że śni koszmar na Jawii, że gorączkowo majaczy. Osaczyli ich o świcie u małej furtki, którą mieli wrócić do grodu. Sirguna nie wahała się ani chwili. Wiedziała, co ją czeka, postanowiła zatem rozstać się z życiem jak przystało na dzielną córę Krainy Jezior. Wydobyła ukryty w rękawie sztylet i przebiła nim serce. Zanim ją zdołali pochwycić, runęła w wody Wisły. Rzeczny nurt unosił

przez chwilę jej bezwładne ciało, potem suknie nasiąkły i wilgotna otchłań zamknęła się nad nią. W jednej chwili połączyła się ciałem z otaczającym światem, a jej duch powędrował w Zaświatę. Czcibor miał mniej szczęścia. Dzielnie walczył z siepaczami Bolesława, raniąc paru myśliwskim nożem. Opierał się i szarpał, dopóki nie ogłuszono go ciosem drewnianej pałki. Dziewanna, wleczona do stołpu, zdążyła jeszcze zobaczyć, jak zdzierano odzież z jej ukochanego i przykuwano go do pręgierza na dziedzińcu. Być może także już nie żył. Pragnęła umrzeć. Guślarz Welesa przepowiedział jej wprawdzie, że urodzi nowego władcę Mazowszan, lecz nie dbała o przyszłość na świecie, w którym działy się takie okropności. Chciała jak najprędzej połączyć się ze swymi bliskimi. W oknie były kraty, więc nie mogła z niego skoczyć. Rozejrzała się po celi, lecz nie znalazła niczego, czym mogłaby odebrać sobie życie. Nic, tylko przegniła słoma, dzban z zatęchłą wodą, kawał suchego chleba i popiskujące po kątach szczury. Próbowała chociaż na chwilę uciec do Nawii, z nadzieją, że ujrzy zjawy krewnych i poprosi o wsparcie mieszkające tam demony. Wypowiedziała Słowo Mocy, jakiego nauczył ją guślarz, lecz okazało się pustym dźwiękiem. Moc jej nie słuchała, spętana przez rozpacz i przerażenie. Nie mogła nawet zapłakać, jakby wyschły w niej wszelkie źródła energii. W pobliżu działała czyjaś potężna wola, silniejsza od niej. Raz jeszcze uważnie się rozejrzała i wtedy spojrzenie jej padło znowu na gliniany dzbanek. Przyszło jej do głowy, że mogłaby go stłuc i spróbować podciąć żyły ostrą krawędzią odłamka. Zanim jednak zdążyła wykonać ruch w tamtą stronę, drzwi rozwarły się gwałtownie i wejście wypełniła zwalista męska sylwetka. Bolesław wszedł do środka. Drzwi zatrzasnęły się za nim. Dziewanna skuliła się odruchowo, czując na sobie zimne, zdobywcze spojrzenie

mocarnego wroga. Trzymało ją w bezruchu, jak wężowe ślepia trzepoczącą się bezradnie na gałęzi wróbliczkę. Przeniosła wzrok na złoty krzyż kołyszący się na potężnej piersi. Wpadające przez okno promienie słońca roziskrzyły ozdabiające go diamenty. Oślepiona, przymknęła powieki i odwróciła głowę. Książę to zauważył. - Lękasz się tego świętego znaku? - zapytał drwiąco, ujmując prawą dłonią chrześcijański talizman. - Moja matka Dobrawa zapewniała, że jest w nim cząstka prawdziwego krzyża... Zadrżała z lęku i odrazy, jaką zawsze przejmował ją symbol hańbiącej śmierci. - Drżysz? Tylko złe duchy boją się relikwii. Nic zresztą dziwnego... Przemogła się i spojrzała prosto w twarde jak głaz źrenice. - Co zrobiłeś z moim mężem? - wykrztusiła z trudem. - Twoim mężem, nieszczęsna?! Nie masz męża. Zhańbiłaś się kazirodczym związkiem podczas zakazanego obrzędu... Nie Bóg was złączył, lecz diabeł. - Co z nim zrobiłeś?! - zapytała ponownie, czując, jak jej głos nabiera mocy. Twarz księcia pozostała chmurna i nieruchoma. Wzruszył potężnymi ramionami. - Wiesz, jak karzemy cudzołóstwo... Z moszną przybitą do słupa i ostrym nożem pod ręką występny młodzik zachował się pierwszy raz jak mężczyzna. I ostatni. Podciął sobie gardło... Sama możesz zobaczyć. Wskazał na okno. Dziewanna ujrzała poprzez kraty nagie, zalane krwią ciało wybranka, rozpięte na palisadzie. Drapieżne ptactwo obsiadło częstokół, kracząc radośnie w oczekiwaniu na żer. Prędko odwróciła oczy od tego strasznego widoku. - Jego kaźń będzie przestrogą dla innych grzeszników - oznajmił beznamiętnie monarcha. - Jako samobójca nie spocznie w poświęconej ziemi... - I zamieni się w upiora - cisnęła z nienawiścią. - Już zawsze będzie cię prześladował.

Zaśmiał się nieszczerze. - Kpię sobie z waszych guseł... Moc Boga jest ponad wszelkie zło. - Zniszczyłeś nas! - załkała nagle, bez jednej łzy. - Odebrałeś nam wolność! - Uratowałem - odparł z powagą - przed wami samymi. Jak opętani szliście prosto w piekielną ciemnotę... „Wielka jasność potrafi oślepić równie skutecznie, jak wielka ciemność” - wspomniała słowa matki. - Siedziba Liwów była gniazdem buntowników - mówił dalej władca. - Trzeba było wypalić ten ropiejący wrzód... Musieliście zginąć! I wszelka pamięć o was. Przerwał, dysząc gwałtownie. Chłodne, okrutne oczy rozpaliło pożądanie. - Zostałaś całkiem sama. Teraz należysz do mnie. Cofała się, dygocąc, aż poczuła na plecach lodowaty dotyk kamieni. Bolesław szedł ku niej: wielki, zwycięski i nieodparty. Nagła myśl rozszerzyła wąsate oblicze ohydnym uśmiechem. - Szkoda właściwie, że ten twój szczeniaczek się nie wytrzebił... Posłalibyśmy go w mnichy i wyśpiewywałby cieniutkim głosikiem psalmy na Bożą chwałę... Zebrała wszystkie siły, rzucając mu się do oczu. Odchylił się, zręcznie chwytając za przeguby rąk. Paznokcie jej prawej dłoni zostawiły jednak czerwone ślady na szczeciniastym policzku. - Drapieżna z ciebie kotka - mruknął z niedowierzaniem. Zdzielił ją po twarzy ciężką prawicą. Uderzyła głową o mur i osunęła się na posadzkę. W oczach miała ciemność, w uszach szumiało. Rozbity nos pulsował nieznośnie i broczył posoką. Wszystko to było jednak niczym wobec bólu rozdzierającego serce. Pochylił się i rozerwał jej koszulę na piersiach.

- Ty mała dziwko - wysyczał przez zaciśnięte zęby. - Mała, pogańska łajdaczko... Zwalił się na nią potężnym, włochatym cielskiem. Poddała się bezwolnie. Jestem wodną rusałką, mówiła do siebie, zimną, wilgotną panną... Skończył, na szczęście, dość szybko, z wyrazem niezadowolenia na twarzy. Jej całkowita uległość nie przyniosła mu satysfakcji. Wolałby chyba, by mu się opierała, krzyczała, drapała, gryzła. Żeby choć zapłakała, pomyślał niechętnie. Prawdziwa wiedźma, jak matka. W drzwiach zatrzymał się chwilę i rzucił przez ramię: - Odpokutujesz swój grzech za murami klasztoru. Jeśli porodzisz bękarta, wiedz, że się nim zajmę i wychowam jak swego. Nie musisz dziękować. Wyszedł. Ciężkie wierzeje zawarły się z hukiem. Młoda kobieta leżała bez ruchu na zgniłej słomie, zakrwawiona i posiniaczona. Przestała odczuwać ból. W jej sercu panowała teraz otępiająca pustka i nie było tam miejsca nawet na wspomnienie czułych chwil z ukochanym. Więc tak jest z miłością? - dumała, nie panując nad przepływającymi swobodnie myślami. - Płomienna rozkosz, rozświetlająca oczy, aż blednie przy niej jutrzenka, a niedługo później zadziwiający mrok, całkowita obojętność i chłodne zapomnienie... Jestem martwą boginką - powtórzyła, czując pod powiekami gorące łzy. Nareszcie popłynęły, przynosząc odrobinę ulgi. Nie wiedziała, jak długo tak leżała. Wrony za oknem skrzeczały jak szalone, wnętrze celi pogrążyło się w ciemnościach. Dziewanna pozwoliła, by ogarniające ją słabość i senność rozluźniły pęta znękanego umysłu. Wtedy nadeszło wyzwolenie, rozbłyskując w jej duszy niczym poranna zorza. Poczuła, jakby wstąpiło w nią nowe życie. Na skórze pojawiło się znajome mrowienie, jakiego doznała już raz w gaju Mokoszy.

Otworzyła oczy i stwierdziła ze zdumieniem, że po celi snują się popielate smugi, niczym bagienne mgły lub dymy z dopiero co wygaszonego ogniska. Powietrze było gęste od magii. Mury wokół były spękane, kamienie walały się po posadzce wraz z wykruszoną zaprawą. Spojrzała w stronę drzwi i zobaczyła, że są półotwarte. Zdawały się całkiem spróchniałe, zwisając na jednym przerdzewiałym zawiasie. Więzienny korytarz stołpu wionął chłodnawym mrokiem. Znalazła się w Innym Świecie. Przeniosła się do Nawii. Ptaki ciągle wrzeszczały, trzepocząc na palisadzie. Teraz jednak mogła zrozumieć ich tajemną mowę, odróżniała poszczególne słowa wśród krzyku i szelestu. - Wczepiłam się w płową czuprynę młodzika i wydziobałam mu oczy! - przechwalała się jedna z wron. - Wiemy - zaskrzeczała druga. - Czyhałyśmy na jego ramionach, aż zostawisz coś dla nas. - Oddzielajcie szybko mięso od kości - napominała trzecia. - Dobre, świeże mięso... - Zanim sczernieje! - wrzasnęły tamte. - Ciszej! - upomniała surowo poprzednia. - Bo zbudzicie księżniczkę! Dziewanna podeszła do zakratowanego okna i ujrzała trzy jędze o pokracznych, okropnie zdeformowanych ciałach, okrytych zetlałymi szmatami. Długimi pazurami, przypominającymi trochę garbarskie noże, wprawnie odzierały z ciała wiszącego na palach trupa, rozrywając krwawe strzępy na mniejsze kąski potężnymi kłami, sterczącymi z wyschłych, pomarszczonych warg. Uradowane zdobyczą, potrząsały rzadkimi, siwymi kudłami, wydając przenikliwe piski. Rozgniewana Dziewanna uderzyła pięścią o kratę, która osypała się rdzawym pyłem. - Przestańcie! - krzyknęła ze wszystkich sił.

Strzygi łypnęły na nią żółtawymi ślepiami i zasyczały wściekle. Przybrały postać jeszcze bardziej przerażającą: ogromnych maszkar pokrytych ciemnoszarą sierścią i groźnie kłapiących zębiskami. Kobieta nie bała się ani trochę tych padlinożernych widziadeł. Czuła, że właśnie dlatego nie zdołają jej skrzywdzić. Odnalazła w sobie siłę ducha, której się wcale nie spodziewała. - Wynoście się! - rzekła władczym tonem, jakim jej matka zwracała się czasem do rozchichotanych, niesfornych dwórek. - Przeszkadzacie mi myśleć! Odpowiedziały złośliwym rechotem, lecz jej śmiałość najwyraźniej wzbudziła respekt. Spojrzały po sobie, po czym zgodnie kiwnęły łbami i śmigłymi susami przesadziły częstokół, znikając po drugiej stronie. Po chwili usłyszała oddalający się łopot ogromnych skrzydeł. Widocznie strzygi znowu zmieniły postać. Obrany do czysta szkielet w mgnieniu oka rozpadł się w proch. Trudno było orzec, czy rzeczywiście należał do Czcibora. Tak oto pożegnała się ostatecznie ze złudą kochania. Niebo nad szczerbatą, powykrzywianą palisadą zasnuwała mroczna, jednolita szarość. Martwa Kraina kusiła i zapraszała Dziewannę. Czuła, że musi udać się do miejsca, gdzie znajdzie odpowiedzi na wiele pytań, jakie kłębiły się w jej głowie. Zeszła ostrożnie po stromych, kamiennych schodach. Poobłupywane stopnie wyglądały, jakby miały za chwilę rozsypać się ze starości, chociaż Dziewanna wiedziała, że wykuto je całkiem niedawno. Przynajmniej tak było na Jawii. Tutaj wszystko wyglądało inaczej. Płocki gród sprawiał wrażenie opustoszałego po zarazie lub splądrowanego przez barbarzyńców. Domostwa były po części zrujnowane i okopcone, jak od wielkiego pożaru. Te, które pozostały w miarę całe, chwiały się niepewnie, jakby sklecone naprędce z lichych deszczułek. W ogóle wszystkie budynki wydawały się rozchwiane i wypaczone. Z satysfakcją odnotowała całkowity brak obcego Boga w owym świecie. Ani świątyni,

ani innego śladu obecności. Widocznie jego potęga tu nie sięgała. Minęła rozwaloną bramę, ostrożnie stąpając po kompletnie zbutwiałych deskach mostu zwodzonego. Utrzymały ją, choć miała poczucie, że nawet gdyby się załamały, nic by się nie stało. Była teraz pod opieką potężnej istoty, której moc coraz bardziej ją przyciągała. Na pewno ona właśnie sprawiła, że czuła się zdrowa i silna, a z jej ciała zniknęły wszelkie ślady gwałtu. Zeszła ze wzgórza i wędrowała brzegiem rzeki, zamienionej w mętną, oleistą strugę, sunącą niespiesznie, niczym gęsta smoła, wyschłym korytem. Dziewanna była mocno rozczarowana, spodziewała się bowiem spotkać w Zaświecie cienie swoich bliskich. Jakże pragnęła ich zobaczyć, choćby ostatni raz, zapytać o tyle spraw! Tymczasem wokół panowała przygnębiająca pustka. Dotarła w końcu do znajomej wierzby, wyschłej i rosochatej, pochylonej nad martwą rzeką jak zapłakana starucha, nurzająca w błocie resztki niegdyś bujnych włosów. Owalny znak pozostał jednak na swoim miejscu. Wokół wiły się siwe opary, przywodzące na myśl przedświt nad brzegiem ruczaju. Matka mówiła, że takie właśnie miejsca w owej szczególnej chwili, kiedy Chors kończy swą nocną straż, a Swarożyc ma dopiero wkroczyć na nieboskłon, emanują magiczną mocą Wielkiej Bogini. Położyła dłoń na wyrytym w korze symbolu i wypowiedziała modlitwę, jaką przekazała jej Sirguna. Wielka Matko, Bogini, Naszego żywota pani, Cudna, złota, słoneczna, Urodą różana, mleczna! Tobie się płonią sosny zorzą,

Tobie się kwiaty wonne mnożą, Lubisz, by pełne rozkwitały, A ty z nich piła słodycz bożą... Wierzba zazieleniła się, a rzeka stała się znów wartka i krystalicznie przejrzysta. Dziewanna nie miała jednak wrażenia, iż wróciła do świata żywych. Mrowienie magii nie opuszczało jej ciała, przeciwnie, nasiliło się jeszcze bardziej. Spojrzała w stronę mrocznego lasu, wyciągającego groźnie nagie, poczerniałe konary do nisko wiszącego, zamglonego firmamentu. Otwierała się przed nią ścieżka prowadząca na uroczą polanę, emanującą złotawą poświatą i soczystą zielenią. Zaczarowana Kraina odmieniła się tylko dla niej w tym jednym miejscu, zapewne na życzenie bogini. Ufnie wkroczyła na złotą dróżkę. Im bardziej zbliżała się do sanktuarium, tym wyraźniej widziała trzy kobiece postacie, otaczające półkoliście kamień ofiarny, stojące w równych odstępach na wyciągnięcie ręki. Radosne drgnienie serca podpowiedziało, że właśnie jej oczekują. Miała dopełnić magiczny krąg. Przyspieszyła kroku, pragnąc jak najszybciej złożyć hołd widmom dawno zmarłych, jak sądziła, kapłanek. Jakież było jej zdziwienie, gdy zobaczyła, że osoba stojąca po lewej stronie ołtarza jest młodziutką dziewczyną o niewinnym spojrzeniu, w jasnej szacie i kwietnym wieńcu na rozpuszczonych włosach. Dziewanna miała wrażenie, że ogląda swoje zwierciadlane odbicie. Przynajmniej mogła tak wyglądać zaledwie dwa dni wstecz. Czy wiośniana panna nosiła także jej imię, imię opiekunki niezamężnych dziewcząt? Młoda kobieta domyślała się, że tak. - Spójrzcie! - zawołała boginka, śmiejąc się wesoło. - Zjawiła się nasza wybranka! Jej głos dźwięczał jak srebrny flecik. Wybranka była przez chwilę tak zaskoczona, że nie wiedziała, co uczynić ani powiedzieć.

- Bogini - wyjąkała w końcu - czemu nas nie broniłaś? Czuła, że nie powinna żalić się na początek, lecz słowa te same cisnęły się, nieproszone, na usta. Boginka wzruszyła szczupłym ramieniem, nie przestając się uśmiechać. - Ludzie umierają - oznajmiła beztrosko. - Nie mieszamy się do tego, co nieuniknione. - Więc moi bliscy musieli zginąć? - pytała dalej, nabrawszy odwagi. - Wszystko na tym świecie umiera - potwierdziła - by się ponownie odrodzić. Jej bławatkowe oczy pozostawały wesołe i życzliwe, lecz było też w nich okrucieństwo dziecka, bawiącego się cudzym bólem. - Zresztą nie jesteś już pod moją opieką - oznajmiła kapryśnie majowa Dziewa. - O te sprawy musisz zapytać Matek. Pytaj Żywii, Marzanny. Na pewno ci odpowiedzą, kapłanko. Wskazała dwie starsze kobiety, które przyglądały się nowo przybyłej z chłodną sympatią, jak się patrzy na nieco dziwaczną, lecz niegroźną, ubogą krewną. Dziewanna pokłoniła się nisko, dopiero teraz uświadamiając sobie, że Mokosza objawiła się w troistej postaci, o której opowiadała jej kiedyś matka. Środkowa osoba przypominała nieco Sirgunę. Była wysoką, szczupłą damą, o zmysłowych kształtach, okrytych mieniącą się tęczowo jak źródlana kaskada, prześwitującą szatą. Wymyślne sploty gęstych, bujnych włosów przywodziły na myśl barwę dojrzałej pszenicy. W ozdobionych ostrymi paznokciami zwinnych, długich palcach przesuwała, pozornie bezwiednie, pasma złocistych nici. Spojrzenie głębokich jak morska toń, zielonych oczu było kuszące i lekko kpiące zarazem, podobnie jak uśmieszek na pełnych wargach. Adeptka pokornie czekała. Zadała już najważniejsze dla niej pytanie. - Śmierć bywa koniecznością, gdy ma się dokonać przemiana - powiedziała do niej Żywia słodkim, miodopłynnym głosem, na dnie którego czaiła się nutka goryczy. - Śniłaś

błogi sen, z którego się musiałaś obudzić. Inaczej byłabyś tylko bezużyteczną, głupią kobietką. Nie nasza wina, że przebudzenie okazało się takie brutalne. - Chciałam umrzeć - wyznała szczerze. - Ale przetrwałaś najgorsze, by dać nowe życie. - Po co? - spytała głucho. Żywia zaśmiała się melodyjnie, lecz zaraz posmutniała. - Nasz świat chyli się ku upadkowi - oznajmiła poważnie - jak ogromny dąb pod ciosami siekier wyznawców nowego Boga. To, co było niegdyś potężne, teraz jest niemal bezradne... Nasza Moc słabnie. Możesz to powstrzymać... przynajmniej na jakiś czas... - Ja? - zdziwiła się. - Sama? Bogini spojrzała na nią czule. - Nie będziesz sama. Przywdziejesz nienawistny strój służebnicy obcego Boga i przez pewien czas będziesz przebywać w ukryciu, udając kogoś, kim nie jesteś. Gdy nadejdzie właściwa chwila, porodzisz tego, w którym połączyły się dwie silne linie krwi dawnych władców. Wydasz na świat mściciela, który przepędzi waszych wrogów i odzyska utraconą dziedzinę. Dziewanna odczuła, jak słowa Pani Lata wlewają do serca otuchę i wypełniają jej ciało ożywczą energią. Położyła obie ręce na swoim łonie, czując podskórne pulsowanie. Budziło się w niej nowe życie, przynoszące nadzieję tym, którzy ją utracili. Miała ochotę tańczyć i krzyczeć z radości. - I odrodzi ginący świat? - spytała ufnie. Bogini zmarszczyła jasne brwi i zerknęła na stojącą obok staruszkę. Trzecia osoba przypominała młodej kobiecie zmarłą przed paroma laty piastunkę. Odziana w czarną, wdowią suknię, z kapturem na siwych włosach, ocieniającym twarz

niegdyś gładką, lecz teraz głęboko pooraną bruzdami, jak ścięta przymrozkiem, wyjałowiona ziemia, zdawała się uosobieniem nieuchronnego końca lata i wszystkich w ogóle lat. Śnieżnobiałe, skołtunione kosmyki, zwisające po bokach tej zimnej maski, wyglądały jak lodowe sople. W wyblakłych, zapadłych oczach czaił się błysk szaleństwa. Artretycznie powykrzywiane, wyglądające jak gałęzie uschłego drzewa, zgrabiałe dłonie dzierżyły ostre srebrne nożyce, którymi bawiła się od niechcenia. Łypnęła na pytającą chytrze, ale bez gniewu. - Nie zawrócisz biegu płynącej rzeki - zaświszczała ochryple. - Nie zatrzymasz nurtu pędzącego czasu. Takie samo nigdy nie jest tym samym... - Więc wszystko to nie ma sensu - odparowała zawiedziona, czując złość. - Lepiej płynąć z prądem. Nie warto walczyć z Niedolą. Marzanna rozchyliła w tajemniczym grymasie zwiędłe, sinawe wargi i zaśmiała się bezgłośnie. - Zawsze warto próbować - mruknęła. - Bujnie rozkwitła łąka zmienia się z czasem w przegniłe bagno, młode drzewa kiedyś spróchnieją... lecz zbutwiałe liście i rozkładające się szczątki zabitych zwierząt stają się w końcu żyzną glebą, z której wyrastają nowe rośliny, zdolne wykarmić kolejne stworzenia. W tym właśnie jest sens: odwieczny kołowrót istnienia. Takie samo, choć nie to samo! - Mimo wszystko naszego świata nie da się uratować - stwierdziła Dziewanna, nie przekonana do końca ową starczą mądrością. Coraz silniej odczuwała burzące się i narastające w jej sercu nieznane dotąd uczucie. Znała już gniew, ale to było czymś więcej... Nienawiścią? Żądzą krwi? Pragnieniem zemsty? Nie potrafiła jeszcze określić. Pożądała tego i bała się zarazem. - Nie bój się tego, co się rodzi w twej duszy i czym zapłonie wkrótce twoje ciało -

odezwała się łagodnie stojąca centralnie postać, czytając myśli adeptki. - Uczyni cię to silną, jak tylko może być głęboko skrzywdzona kobieta. A będziesz potrzebowała dużo sił, by podjąć ostateczną walkę, jeśli naprawdę chcesz uratować ten świat. - Naprawdę chcę - zapewniła. Zerkała z rozbudzoną znowu nieśmiałą nadzieją na tę piękną Matkę, miłującą, darzącą ciepłem i zarazem drapieżną, spragnioną zmysłowych doznań podczas gorących nocy i ofiar z życia wojowników, ginących z jej imieniem na ustach. - Lecz co mogę uczynić, by powstrzymać pochód obcego Boga? - zapytała wprost, głosem twardym jak stal, który ją samą zaskoczył. Żywia zmrużyła zielonkawe oczy i spojrzała na nią przekornie spod złotych rzęs. - Stanie się tak, gdy postanowisz uwolnić tego, który został uwięziony - odrzekła enigmatycznie. Adeptka zamrugała. - Uwolnić? Kogo?... Jakiegoś więźnia Piastów? Bogini uśmiechnęła się pobłażliwie. - Raczej więźnia swej Doli. Mego dawnego, mrocznego kochanka. Przyszła kapłanka wysiliła umysł, pragnąc przeniknąć dziwne słowa Wielkiej Bogini, lecz natrafiła na barierę niemożliwą na razie do przebycia. Było tego zbyt wiele dla zwykłej, a nawet całkiem niezwykłej śmiertelniczki, za jaką się uważała. - Z czasem sama zrozumiesz - pocieszyła ją Żywia - gdy dojrzejesz do czynu. Odpowiedź znajdziesz w Arkonie... lecz pamiętaj, że decyzja będzie zależała tylko od ciebie. Skinęła głową z wdzięcznością. W tej chwili czuła się niemal tożsama z tą postacią dojrzałą, silną i dumną, całkiem jak nieposkromiona pani Sirguna, która wolała zginąć, niż wpaść w łapy chrześcijańskich zbirów.

- Twoja wola stanie się moją wolą - oświadczyła, przyklękając - a twoje pragnienia moimi. - Tak więc skoro dowiedziałaś się, co powinnaś wiedzieć - wtrąciła nagle cierpko starucha, budząc ją z euforycznego odurzenia - nie zajmuj nam więcej czasu. Odejdź w pokoju. - Walcz i zwyciężaj - dodała poważnie młodsza, jakby żegnała wojownika, ruszającego do boju. Dziewanna chciała się pokłonić i odejść, gdy nagle... - Nic z tego! - sprzeciwiła się figlarnie wiosenna boginka. - Najpierw z nami zatańczysz! Spojrzała prosząco na Wielką Matkę, która po chwili wahania uśmiechnęła się przychylnie i wyciągnęła dłonie do swych towarzyszek. Marzanna skrzywiła się, ale odłożyła na bok nożyce, zrzędząc cicho pod nosem, i także wyciągnęła sękate ręce. Tak zachęcona adeptka odważyła się ująć delikatną, ciepłą dłoń dziewczyny i zimną, twardą łapę staruchy. Zawirowały w rusałczanym tańcu, wsłuchując się w muzykę lasu, w której grały dalekie echa Kupałowych swawoli. Zakręciło się jej w głowie od tych szalonych pląsów. Musiała przymknąć na chwilę powieki. Kiedy znowu je otworzyła, przekonała się, że została sama i wróciła do świata Jawii. Dłonie próżno chwytały tylko więzienny zaduch. Znajdowała się znowu w zawartej na trzy spusty ciemnej celi. Za drzwiami rozległy się ciężkie kroki. Szczęknęły rygle. Dziewanna spojrzała wyzywająco w stronę otwierających się wierzei. Przepełniała ją potrójna Moc Wielkiej Bogini. Wraz ze swym nie narodzonym jeszcze synem była teraz

gotowa stawić czoło całemu wrogiemu światu. Ksieni pierwszego i jak na razie jedynego żeńskiego konwentu w Krainie Polan zwinęła z westchnieniem rulon pergaminu. List od ojca wprawił ją w zakłopotanie. Bolesław poinformował niejasno swą najstarszą córkę, że wysyła do niej nową podopieczną, skompromitowaną rodzinnym skandalem. Sugerował, że puściła się z bliskim krewnym, w czym zresztą nie było niczego dziwnego, skoro pochodziła ze złego, buntowniczego rodu, który nie chciał uznać jego władzy ani przyjąć do końca prawdziwej wiary. Dawał jednak także do zrozumienia, że zhańbiona panna powinna być dobrze traktowana ze względu na swe wysokie pochodzenie, gdyby zaś urodziła bękarta płci męskiej, chłopak ma być odesłany na gnieźnieński dwór, gdy skończy siedem lat. Dziewczynka winna być chowana na mniszkę. Fakt, że jej wielki rodzic interesował się losem bastarda i chciał mieć udział w jego wychowaniu, nasuwał przeoryszy zrozumiałe podejrzenia... Nie pierwszy raz w murach poznańskiego konwentu miała się pojawić nowicjuszka, sprawiająca swemu rodowi kłopoty złym prowadzeniem. W zwykłych przypadkach ksieni zaczynała zakonną edukację od wychłostania jawnogrzesznicy, co miało ją od razu nauczyć moresu. Wstydliwego owocu rozpusty pozbywano się czym prędzej w klasztornej kloace i w ten sposób dobre imię zgromadzenia pozostawało nieposzlakowane. - Tylko krzyczący grzech jest niebezpieczny dla Matki Naszej, Kościoła - pouczał przeoryszę arcybiskup - cichy nie jest tak groźny. Inne panny trafiły tutaj, gdyż rodziny nie stać było na posag albo były zbyt szpetne, by ktokolwiek je zechciał. Sama przeorysza nie grzeszyła również urodą. Wdała się w ojca: potężna, grubokoścista, miała szeroką szczękę, wielki nos i wąsik nad górną wargą. Bolesław uchodził powszechnie za przystojnego mężczyznę, ona jednak wiedziała, że jako kobieta jest

odrażająca dla przedstawicieli odmiennej, nigdy nie poznanej płci. Nie miała więc za złe rodzicielowi, iż mądrze skrył jej brzydotę przed światem w specjalnie wzniesionym na ten cel monasterze benedyktynek. Tak jak nie miała za złe, że kazał zamurować w jednej z piwnic odtrąconą węgierską żonę, Gizelę, jej matkę, a młodszego brata, Bolka-Bezpryma, wygnał gdzieś aż pod Rawennę i kazał mu wieść tamże pustelniczy żywot. Podawała pokutującej za bliżej nieokreślone winy pustelnicy skromne pożywienie przez małe okienko, dopóki tamta je przyjmowała, potem zaś, gdy otwór zatkano i zaszpachlowano, starała się zapomnieć o wszystkim. Kiedy jednak przechodziła w pobliżu owego strasznego miejsca, zawsze przenikał ją dreszcz. Zdawało się jej, że słyszy przeciągły jęk, zaklęty w grubych murach... Mimo wszystko nadal ślepo kochała swego groźnego i wspaniałego ojca, jedynego mężczyznę jej życia, naturalnie oprócz Jezusa. Był dla niej bezlitosny i sprawiedliwy jak Pan Bóg. Powinność posłusznej córki i obowiązek przełożonej zakonu łączyły się idealnie ze szczerym uczuciem. Prawie zapomniała już swego chrzestnego miana. W klasztorze znano ją jako siostrę Pulcherię. Zastanowiła się, jakie imię zakonne nadać nowo przybyłej, w miejsce jakże niestosownej, pogańskiej Dziewanny. Pomyślała, że odpowiednie będzie: Donata, „Darowana”, bo przecież owa osóbka była zagadkowym podarunkiem chrobrego księcia Polan, Mazowszan, Wiślan i Ślężan. Zdobywcy Czech, niepokonanego w walce z Niemcami. Jego doczesna potęga była doprawdy oszałamiająca. Brał wszystko, co chciał, i nikt mu nie potrafił w tym przeszkodzić ani niczego odmówić. Opatrzność była po jego stronie. Uznała także, iż lepiej będzie nie zrażać nadmierną surowością szlachetnie urodzonej panny (nawet jeśli przestała być panną, dodała w myślach z sardonicznym uśmiechem), tym bardziej, że książę obiecywał całkiem spore wiano, jakie miała wnieść do konwentu. Skoro władca się o to zatroszczył, należało odpowiednio odczytać zawarte między wierszami

życzenia. Postanowiła więc zdobyć się na wyrozumiałą łagodność dla zbłąkanej duszyczki. Wreszcie przywieziono, zresztą pod silną eskortą, dziwną pokutnicę. Nie zrobiła na przeoryszy najlepszego wrażenia. Oddała wprawdzie bez oporu do klasztornego skarbca posiadane przy sobie rodowe klejnoty, lecz zachowała dumną, nieugiętą postawę i patrzyła hardo w oczy witającej ją uprzejmie ksieni. Nie wyglądała wcale na skruszoną grzesznicę, gotową odkupić swe winy. - Nie czuję powołania, matko - oznajmiła wyniośle. Pulcheria skrzywiła się cierpko, lecz zapanowała nad sobą. - Tu jest twój nowy dom - rzekła ostrzej, niż zamierzała. - Kiedy pobędziesz wśród nas, dostąpisz z czasem oświecenia. Może Bóg zmiłuje się nad tobą i wybaczy ci twoje grzechy... - Jakie grzechy? - odparowała tamta zaczepnie. - Spałaś z własnym bratem - wycedziła przeorysza. - Z kuzynem... - Plugawiłaś się na pogańskich obrzędach i skusiłaś do rozpusty mego dobrego ojca... - Nieprawda! - Wiem, że tak było. Mój rodzic to wspaniały człowiek, a każde jego słowo jest święte. Dziewanna milczała. Zrozumiała, że nie ma sensu się sprzeczać. Nie zdawała się jednak przybita ciężarem oskarżeń. - Musisz przestać słuchać diabelskich podszeptów, córko - podjęła zakonnica najłagodniej, jak potrafiła. - Nie wciągaj nas w swoje bagno, to będziemy dla ciebie dobre. Pora, byś poznała nowe otoczenie - zakończyła niemal pogodnie. - Pójdź za mną, moja panno. Skinęła na dwie tęgie mniszki, by poprowadziły nowicjuszkę do specjalnie przygotowanej celi dla ważnych gości. Nieszczęśnica dawała się wieść bezwolnie, lecz jej oczy ciągle błyszczały nieznośną przekorą.

Czekało na nią umajone kwiatami ślubne łoże. Na poduszce spoczywał wielki, drewniany krucyfiks. Dziewanna zatrzęsła się z odrazy na ten widok, co nie umknęło uwadze przełożonej. - Pierwszą noc spędzisz tutaj - poinformowała ksieni - ze swym Boskim Oblubieńcem, Chrystusem. Od jutra będziesz sypiała w dormitorium z innymi nowicjuszkami. Tamta zbliżyła się do posłania i przesunęła powoli dłonią po płatkach róż, przykrywających szarawe, niezbyt czyste prześcieradło. Mniszki oczekiwały, że padnie na kolana. Ona jednak stała dalej, chłodna, wyprostowana, jakby ważyła coś w myślach. - Pomódl się, córko - zachęciła ją dobrotliwie ksieni. Młoda dama wzruszyła ramionami. - Mam się teraz kochać z kawałkiem drewna? - spytała pogardliwie. Zmierzyła prześladowczynie płonącym wzrokiem zagniewanej wiedźmy. Chwyciła krzyż i rzuciła na podłogę. Zakonnice w pierwszej chwili zdębiały wobec takiego świętokradztwa. To było coś niesłychanego! Pierwsza odzyskała głos przełożona. - Bluźniercza, pogańska suka! - ryknęła. - Nauczymy cię jeszcze pokory! Zabierzcie ją, gdzie jej miejsce - poleciła swym pomocnicom. - Sama wybrała swój los. Tęgie baby w habitach rzuciły się na nią i prędko obezwładniły, chociaż wyrywała się ze wszystkich sił. Nie potrzebowały dodatkowych poleceń, by zawlec występną dziewkę do klasztornego lochu i rzucić na kamienną posadzkę, uprzednio rozerwawszy suknię na plecach. Pulcheria postępowała za nimi dostojnie, z wyrazem zadowolenia na szerokiej, płaskiej twarzy. Nareszcie ta bezwstydnica dała jej pretekst, by przywitać ją jak należy. Po drodze ksieni zaopatrzyła się w dyscyplinę z ołowianymi kulkami na czubkach potrójnie splecionych rzemieni.

- Sto batów na początek nauczy cię bojaźni Bożej - oznajmiła. - Będziesz bita tak długo, dopóki nie wyzbędziesz się resztek szatańskiej pychy. Bat zaświstał w powietrzu. Pokutnica nie wyła z bólu ani nie błagała o litość, tylko cicho syczała jak przydeptana żmija. Prawie nie czuła razów, otwarta na wszelkie cierpienia, które miały uczynić ją niezłomną, choć wiedziała, że jutro nie będzie się mogła ruszać. Na pewno znajdzie się jednak wśród ponurych chrześcijańskich czernic jakąś poczciwa, litościwa dusza, która ujmie się za nią i pomoże przetrwać pierwsze tygodnie w tym wstrętnym miejscu. Była zła na siebie, że od pierwszej chwili wszystko zepsuła. Chciała udawać potulną, lecz nie potrafiła jeszcze poskromić wrodzonej dumy. Miała świadomość, że z czasem nauczy się jakże przydatnej tutaj obłudy, sztuki głębokiego skrywania prawdziwych uczuć. Może i dobrze się stało, pomyślała. Ta paskudna olbrzymka nie wygląda na całkiem naiwną i zapewne nie dałaby się łatwo zwieść fałszywą uległością. Z czasem jednak czernica uwierzy, ponieważ chce wierzyć, że złamała ducha swej ofiary. Wówczas zapłaci za głupie, bezmyślne okrucieństwo. Twarz katowanej zastygła w dziwacznym, przypominającym uśmiech grymasie, choć plecy spływały krwią. Dlaczego nigdy się nie wspomina o pogańskich męczennicach?, zastanawiała się dalej, uodparniając magicznie na ból, powtarzając w duchu modlitwę do Wielkiej Bogini. Teraz już wiedziała, jak postępować, gotowa na wyzwania swej Doli. Za kilka miesięcy miała przecież rodzić w krzyku i krwi, skazana na hańbę i poniżenie. Było to konieczne dla przyszłego zwycięstwa. 2. Magia Arkony (wiosna-lato 1047) Trzech ludzi przyczaiło się na skraju rozległego uroczyska. Zwali się Wania, Dima i Żora. Byli młodymi Rusami, pochodzącymi z okolic Kijowa.

Połączyły ich jednaki pech i kniaziowa wola. Najstarszy z nich, Wania, był leśnym zbójcą, łupiącym wędrownych kupców. Cenił wolność i braterską więź z podobnymi sobie opryszkami. Herszt, którego zwali atamanem, był swoim chłopem: wymagał od nich jedynie odwagi i sprawnego zabijania opornych. Opłacało się zwłaszcza napadać greckie karawany, przybywające z bogatego Carogrodu. Zdobywszy złoto, srebro i drogie materie, hulali potem bez opamiętania w zaprzyjaźnionej osadzie. Dla takich chwil, spędzanych w towarzystwie rozpustnych dziewek, warto było ryzykować życiem, rabować i mordować. Zgubiła ich właśnie zbytnia skłonność do mocnych trunków i nocnych uciech. Kniaź, znudzony skargami ograbianych handlarzy, postanowił wreszcie położyć kres zbójeckim swawolom i rozesłał swoich szpiegów po okolicznych wioskach. Jakiś przekupiony, a może tylko zastraszony mużyk wyznał, gdzie rozbójnicy ucztują. Wojowie książęcy dopadli ich znienacka nad ranem i bez większego trudu pojmali kompletnie pijanych mołojców. Obeszło się niemal bez walki, choć tym, który bronił się najdłużej i najdzielniej, był właśnie zbój Iwan. Drużynnicy donieśli władcy o jego determinacji i umiejętności posługiwania się okutą w żelazo maczugą. Kniaź przesłuchał go osobiście i przekonał się, że chłopak jest wprawdzie dosyć tępawy, lecz zapewne dlatego niezwykle odważny, przy tym bardzo silny i sprawny, żyjąc zaś niemal od dziecka w leśnych chaszczach, zyskał znakomitą orientację, jak unikać siedlisk drapieżników i innych, znacznie groźniejszych stworzeń. Władca docenił owe przymioty, toteż wciągnął młodzieńca do swojej tajnej służby. Resztę jego kompanów kazał niezwłocznie powiesić na głównym placu Kijowa. Dima był świadkiem owej egzekucji. Lud chrześcijański niezmiernie radował się kaźnią zarządzoną przez sprawiedliwego władcę, choć ubolewał, że tym razem złoczyńców czekał zwykły stryczek i obeszło się bez dodatkowych atrakcji, jak łamanie kołem czy wbijanie na pal. Zamiast jednak uczestniczyć w zbiorowej euforii, młodzik wolał uwalniać pasy

mieszkańców wielkiego grodu od ciężkiego brzemienia sakiewek. Wcześniej bywał stepowym koniokradem, co pozwoliło mu nauczyć się różnych sztuczek z biczem, z czasem jednak rozsmakował się w przyjemnościach, jakie oferowało bogate miasto, i obrał łatwiejszy w swym pojęciu fach miejskiego rzezimieszka. Zręczne dłonie, bystre oczy, refleks, szybkie nogi i ostry kozik były jego niewątpliwymi atutami. Tego dnia jednak zanadto się połakomił i odciął jeden mieszek za dużo. Potężnie zbudowany kupiec złapał go za kark i rozwrzeszczał się na całego, a choć chłopak zdołał się wyśliznąć i wziąć nogi za pas, tłum rzucił się za nim w pogoń. Na nic zdało się pozbycie po drodze całodziennego zarobku. W dłoniach kupca pozostał kaptur. Ognistoczerwona czupryna złodziejaszka płonęła jak pochodnia, nawet w ciemnym zaułku. Na złodzieju czapka gore... Krzyk: „Gonić rudego!” dopełnił miary nieszczęścia. Przeklęty stygmat inności nie pozwolił mu się nigdzie ukryć. Kniaź początkowo zamierzał skazać go na obcięcie obu rąk, które miały być przybite do głównej bramy, lecz po głębszym namyśle uznał, że szkoda marnować tak rozliczne zalety i lepiej wykorzystać je w dobrej sprawie. Po pierwsze kazał chłopakowi zgolić do gołej skóry nieszczęsne ryże kudły. Historia Żory była nieco inna, nie postało mu bowiem nigdy w głowie łamać prawo i narażać się na niepotrzebne niebezpieczeństwa. Przeżyłby swoje życie spokojnie, gdyby nie uwziął się nań zły los. Głodująca rodzina sprzedała go dzieckiem do posługi mnichom w pieczarach pod monasterem Przeczystej Bogurodzicy. Zapewne pozostałby tam kuchennym popychadłem i garkotłukiem, gdyby nie zwrócił z czasem na niego uwagi sam ihumen. Delikatna, niemal dziewczęca uroda, jasnobłękitne oczy i anielski głos dorastającego chłopca wielce ujęły ojca Teodozjusza. Chciał go wyuczyć wyśpiewywania psalmów, a w przyszłości może nawet uczynić swą prawą ręką. Chłopak przyjmował owe fawory z radością, nie wiedząc jeszcze, że wszystko na tym świecie ma swoją cenę. Pewnego razu obrzydliwie śmierdzący stary cap z siwą brodą do pasa, nie mogąc dłużej znieść grzesznej pokusy,

przewrócił młodzika na kuchenny stół i zadarł habit, by ulżyć sobie na jego niewinnej żopie. Był przekonany, że przyszły psalmista jest do tego stworzony. Niestety, źle go ocenił. Chłopak chwycił za pierwszy z brzegu nóż i bez namysłu wbił ostrze w tłusty kałdun przeora. Pozostawił grubasa wykrwawiającego się na kupie odpadków i uciekł z monasteru. Wędrował po wsiach, zarabiając na kęs chleba tańcem i śpiewem. Gładka buzia i urokliwe zachowanie zyskiwały mu wszędzie sympatię. Przygodnie spotkany wędrowny grajek nauczył go grać na lirze, a pewna zauroczona kupcowa kupiła mu instrument i przyodziała porządnie. Lira była po prostu wspaniała, przywędrowała bowiem z dalekiego Carogrodu. Wszystko byłoby dobrze, gdyby jakiś diabeł nie podkusił młodzieńca wrócić do Kijowa. Żora liczył na sute zarobki w miejskich gospodach, zwłaszcza w dniu, kiedy miała się odbyć publiczna kaźń schwytanych niedawno zbójów. Nie wiedział, że wyzywa własną zgubę. Ihumen Teodozjusz przeżył niemiły wypadek i dyszał żądzą zemsty na niesfornym podkuchennym. Naturalnie poskarżył się kniaziowi na „niebezpiecznego łotrzyka”, toteż każdy szpieg w mieście znał jego rysopis. Chłopak miał nadzieję, że nikt go nie rozpozna, skoro jasne włosy odrosły tymczasem do ramion. W dodatku zapuścił pierwszą, rzadką bródkę. Uważał, że ani trochę nie przypomina zbiegłego diaczka. Z jego wyglądem trudno było jednak wtopić się w tłum i pozostać niezauważonym. Płatni donosiciele prędko go wyłuskali. Został zdybany w chwili, gdy przewalał się w stogu siana z karczemną posługaczką. Władca rozważał spalenie świętokradczej dłoni żywym ogniem, zastanawiał się też nad wyłupieniem oczu małemu łajdakowi, który ośmielił się podnieść rękę na Bożego sługę. Oślepiony miał wrócić do klasztornych pieczar, aby nigdy już ich nie opuścić. Tylko niespokojne sny wyjątkowo okrutnego oprawcy mogły dać przybliżone wyobrażenie, jak wyglądałaby tam pokuta bezbronnego kaleki. Po wysłuchaniu zwierzeń i pięknego śpiewu schwytanego, mądry kniaź zmienił jednak plany. Uznał, że lepiej nie wywlekać na światło dzienne podziemnych

grzeszków sławnego monasteru, a urodziwy młodzik nada się do czegoś lepszego niż zaspokajanie chuci tłustych mnichów. Jasne oczy i niewinny wygląd wydawały się doskonałą przykrywką... zwłaszcza dla szpiega. Kniaź Jarosław zamierzał uderzyć na Litwinów i dlatego postanowił wysłać zwiadowców w lasy zamieszkane przez plemię Sudowów, zwanych też Jadźwingami, by zasięgnęli języka, czy Synowie Drzew nie zechcą w razie czego pomóc swym dzikim pobratymcom zza Niemna. W poprzednich latach, wspomagani przez pogańskiego bluźniercę Miecława, samozwańczego księcia Mazowszan, dali się Rusom ostro we znaki. Bardziej doświadczeni kniaziowi ludzie wzdragali się wyruszyć na zwiad, wiedzieli bowiem, że żaden szpieg jeszcze nie wrócił żywy z przepastnych borów. Trzej młodzi łotrzykowie byli jednak wystarczająco głupi i zadufani w sobie, a zarazem dość sprytni, by się na to odważyć. Specjalnie oddelegowany przodownik zwiadu wyuczył ich najłatwiejszych sposobów chwytania jeńca i paru słów w barbarzyńskim narzeczu. Przekonywał także, by nie obawiali się „dębowych panienek”, jak pogardliwie zwali Sudowów ruscy wojowie ze względu na bezbrode, pomalowane twarze i długie, przemyślnie zaplatane włosy. - To dzikusy, żyjące na drzewach - pocieszał. - Kryją się w borach i służą demonom, gdyż boją się nas i potęgi prawdziwego Boga. Nie mają miast ani porządnej broni... Są jak duże dzieci. W razie czego łatwo ich przechytrzycie. Gdyby zdarzyło się nieszczęście i natknęli się na większą grupę łowców, mieli udawać nieszkodliwych podróżnych, którzy się zabłąkali. Wania był jednak dobrej myśli. - Wypatroszymy ich i rozwiesimy flaki na gałęziach - stwierdził butnie, zaciskając mocarne dłonie na swej maczudze. Dima mu przytakiwał, szczerząc resztki poczerniałych zębów. Żora nie był tak bardzo

pewny siebie, lecz wolał przemilczeć obawy, aby nie wyjść na tchórza. Kniaź polecił mu zresztą sekretnie, by miał oko na obu kompanów na wypadek, gdyby któremuś z nich przyszła do głowy głupia chętka odzyskania wolności. Spod jego władzy nie było ucieczki. - Wiesz, co masz robić - mruknął, zerkając znacząco na sztylet za pasem młodzika. Wędrowali od wsi do wsi, udając skomorochów. Wypalone na karku piętna ukryli pod pstrokatymi strojami i chustami. Chociaż nie wiedli ze sobą niedźwiedzia, przyjmowano ich wszędzie z otwartymi ramionami. Wania popisywał się swoją siłą, zrywając okręcone na piersi łańcuchy, a także skręcając w dłoniach podkowy i inne żelastwo. Dima fikał koziołki i pokazywał sztuczki z biczem. Żora czarował śpiewem i grą na bizantyjskiej lirze. Poczciwy ruski lud chętnie ich ugaszczał i karmił szczodrze, nic zatem dziwnego, że dotarli na pogranicze Krainy Jezior w znakomitych nastrojach. Pełne brzuchy nie sprzyjały ponurym rozmyślaniom. Nawet Żora zaczął wierzyć, że urodzili się pod szczęśliwą gwiazdą. W końcu nieomal cudem uratowali swe tyłki, uniknęli okrutnej kaźni i sam kniaź powierzył im ważne zadanie... Czyż nie był to uśmiech losu? Uznali się jednak za prawdziwych szczęściarzy, kiedy umiejętność poruszania się w lesie Wani, bystry wzrok Dimy i doskonały słuch Żory doprowadziły ich w końcu do uroczyska. To właśnie niedoszły psalmista pierwszy usłyszał z daleka tęskny kobiecy śpiew. Dziewczyna siedziała przy źródle i czesała spadające do pasa, ciemnobrązowe włosy kościanym, migocącym bursztynami grzebieniem. Ostrożnie wyplątywała z gęstych kosmyków zwiędłe kwiatki, zeschłe liście, a nawet drobne gałązki. Odziana była w krótką, lnianą koszulkę, haftowaną przy brzegach w wijące się roślinne desenie. Promienie słońca, spadające ukośnie poprzez korony drzew i prześwitujące cienki materiał, tworzyły złudzenie, że dziewczyna jest naga, przystrojona tylko kwietnymi girlandami. Na odkrytych udach i ramionach można było dostrzec wymyślne zielono-brunatne malunki lub może rytualne

tatuaże. Zasłuchana w bełkotliwą mowę strumyka i szum drzew, leśna panna wydobywała z piersi tony dziwnie smutne, choć zarazem wabiące, kuszące. Pieśń była w jakimś starodawnym, nieznanym języku, toteż przygodni słuchacze nie rozumieli z niej ani słowa. Nie wiedzieli, że mówi o śmierci. - Krasawica! - szepnął chrapliwie Wania. - Niezła bladź - świsnął Dima przez szparę między przednimi zębami. - Może to jakaś młoda wiedźma albo rusałka? - syknął trwożliwie Żora, żegnając się z rozmachem. - Tak, czy owak, baba - odparł Wania, chichocząc lubieżnie. - Rusałka, chi, chi! W sam raz dla trzech chrobrych Rusów! - Boh troicu lubit - dodał pobożnie Dima. - Kniaź będzie nierad, jeśli za bardzo ją popsujemy - zaoponował słabo grajek. Zbój wzruszył potężnymi ramionami i uśmiechnął się szeroko. - Żadnej dziewce to jeszcze nie zaszkodziło... Nie będzie trwale naruszona. - No, to ruszamy - burknął niecierpliwie Dima, drżąc z podniecenia. - Kto pierwszy, ten lepszy. - Ja będę z nią pierwszy - oznajmił twardo Iwan. - A to czemu? - oburzył się rudy rzezimieszek. - Bo jestem najstarszy i najsilniejszy - odparł zbójca, patrząc na kompana z politowaniem. - Mam już brodę. - Ja też mam! - sprzeciwił się czupurnie złodziejaszek. - Ale ryżą - zauważył flegmatycznie Wania. - To się nie liczy. Żora wzruszył ramionami. Nie musiał dotychczas uganiać się za dziewkami, bo same zapraszały go na siano, toteż niespodziewana zdobycz nie miała dla niego aż takiej wartości,

jak dla pozostałych kompanów. Tęskny śpiew lekko go upoił, lecz nie zamierzał tracić głowy dla dzikiej Sudowianki. Wspólna podróż nie uczyniła z nich zgranej drużyny. Zwłaszcza Wania i Dima bezustannie wadzili się o to, który z nich ważniejszy. W gruncie rzeczy, złączeni Dolą, nie cierpieli się nawzajem, wyrażając to w ordynarnych docinkach i żartach. Grajek wolał trzymać się z boku, niewiele przejmując się ich męską rywalizacją. Pozostali sobie obcy, chociaż los zmuszał do współdziałania. Wszyscy trzej byli jednak głęboko przeświadczeni, że poradzą sobie bez trudu z bezbronną dziewczyną. Mylili się. Wydawało się im, że poruszają się bezszelestnie, lecz dziewczyna słyszała doskonale niezdarne szurania i mamrotane przekleństwa. Odczekała stosowną chwilę i obejrzała się, nie przerywając śpiewu. Ogarnęła nadchodzących intruzów bystrym spojrzeniem złotobrązowych, błyszczących jak rzeczne kamyki oczu. Dopiero wtedy słowa pieśni zamarły jej na ustach. Ujrzała trzech cudaków, skradających się półkolem w jej stronę. Na głowach mieli paskudne, rogate czapki. Ten, który im przewodził, zdawał się wielki i silny, dwaj pozostali nadrabiali zręcznością. Nie uszło jej uwagi, że są uzbrojeni. Zerwała się na równe nogi, a jej twarz przybrała nieprzyjazny wyraz. Zatrzymali się odruchowo, orientując, że ich obecność została odkryta. Nastała chwila napiętej ciszy, przerywanej tylko brzęczeniem owadów i wiosennym kwileniem ptaków skrytych w koronach drzew. - Czeho kcete? - zapytała w końcu dziewczyna łamaną mową Rusów z dziwnym, gardłowym akcentem. - Ciebie - wycedził Wania przez zęby, rechocząc wesoło. Ruszył znowu do przodu, podrygując w tanecznych, drapieżnych podskokach. Dwaj

towarzysze poszli w jego ślady, wtórując mu, gdy o leśne ściany uroczyska odbiła się echem hulaszcza piosnka: Ech, zagulał, zagulał, zagulał, Pareń mołodoj, mołodoj... Dima strzelał z bicza do taktu. Liczył, że za jednym celnym ciosem giętki rzemień oplecie szyję dziewki i natychmiast ją unieszkodliwi. Gdyby mu się taka sztuczka udała, pierwszy miałby do niej prawo. Dziewczyna stała chwilę nieruchomo, jakby oszołomiona bezczelnością natrętów. Nie zamierzała wcale uciekać. Pozwoliła im podejść na odległość kilku kroków i wtedy podjęła decyzję. Uniosła obie ręce do góry i wykrzyczała jakieś niezrozumiałe słowa. Potem uczyniła gest, jakby coś odpychała od siebie. Pomiędzy nią a obcymi wyrósł nagle szarawy tuman. Kamienie, od źródlanego żwiru po niewielkie otoczaki, oderwały się od ziemi wraz z garściami piachu i runęły gęstą chmurą, zagarniając po drodze rozdrażnione owady. Wszystko to spadło na trzech napastników, siekąc, kłując, żądląc i oślepiając. Stanęli jak wryci, zasłaniając oczy. Drobne, lecz bolesne i dokuczliwe skaleczenia wytrąciły ich z równowagi i pomieszały szyk. - Job twoju mać! - ryknął Wania. Zerwał błazeńską czapkę i rzucił się na oślep do przodu, wywijając okutą pałką. Rozjuszony zapomniał o cielesnych rozkoszach, gotów w tej chwili zmiażdżyć czaszkę wrażej wiedźmy. Żadna baba tak go jeszcze nie upokorzyła jak ta dzikuska. Musiała za to zapłacić. Do czorta z kniaziem, najważniejszy honor mołojca. Za późno zorientował się, że nie może liczyć na swoich kamratów, a dziewczyny nie ma już w miejscu, gdzie stała uprzednio. Rozejrzał się, zdumiony. Leśna panna znajdowała się kilkanaście kroków dalej, po drugiej stronie strumienia, w

cienistej głębi uroczyska, gdzie zaczynało się grząskie bagno. Wabiła ku sobie Iwana gestem ręki, uśmiechając się jadowicie. Zbój znowu ryknął wściekle, miotając najgorsze przekleństwa, i popędził w jej stronę, rozpryskując wody potoku. Wówczas dziewczyna podniosła do ust lewą dłoń i gwizdnęła przeraźliwie na palcach. Odpowiedzią był jęk furkoczącej strzały, która nadleciała nie wiadomo skąd i wbiła się głęboko w udo siłacza. Nie zatrzymała go, podobnie jak następna, która ugodziła potężne ramię. Brnął zapamiętale za umykającą wiedźmą, która przeskakiwała zgrabnie z kępki na kępkę. Zaskoczeni kontratakiem zwiadowcy rozpierzchli się jak plewy miotane wiatrem. Dima uskoczył w bok przed magicznym tumanem i lekko tylko pokiereszowany, przetoczył się po trawie, cudem unikając strzały, która wbiła się tuż obok niego. - Hospody, pomiłuj! - stęknął. Wiedział, że Dobry Boh mu nie pomoże, jeśli sam tego nie uczyni. Kilkoma szybkimi susami dotarł pod ścianę lasu. Niewiele myśląc, wetknął bicz za pasek i zaczął kicać jak zając po węźlastych korzeniach, próbując dosięgnąć grubych, zwieszających się ku ziemi gałęzi. Nie wpadł na to, że dotarcie na szczyt drzewa wcale nie gwarantuje ratunku. Działał bezrozumnie, gnany obłędnym lękiem. Nawet nie zauważył momentu, gdy gładkie, brązowe pędy owinęły się wokół jego nóg i ramion, zatrzymując w pół drogi. Znowu czary, pomyślał w panice. Z masy zieleni wyłoniły się najpierw złotawe oczy, błyszczące jak rzeczne kamyki, potem cała twarz, pokryta skomplikowanymi, meandrycznymi wzorami i magicznymi symbolami, zwieńczona gęstą, ciemnobrązową czupryną. Napiętej do najwyższych granic świadomości złodziejaszka nie umknął fakt, że więżący go w ciasnym oplocie młodzieniec zdawał się bliźniaczym, męskim odbiciem napastowanej przez nich dziewczyny. Wzbudziło to podwójny strach w nieszczęsnym rzezimieszku, tym bardziej, że odziany tylko w przepaskę z jeleniej skóry dziki łowca miał szeroki, muskularny tors i z pewnością był

znacznie silniejszy od swojej siostry. Już po mnie, stwierdził z rezygnacją Dima. Najgorzej zadrzeć z rodziną... Postanowił jednak walczyć do końca. Tarzali się po murawie, spleceni jak para baraszkujących dzieciaków. Kiedy złodziejaszek znalazł się przez chwilę na górze, zdołał uwolnić prawą dłoń i wydobyć zwykle niezawodny kozik. Na próżno. Po chwili był znowu przygnieciony do ziemi. Ledwie zdołał zadrasnąć policzek napastnika, gdy nożyk został mu wytrącony, a dłoń zmiażdżona w żelaznym uścisku. Rzezimieszek legł bezwładnie na ziemi. Dzikus siedział na nim okrakiem. Puścił jego wijące się bezsilnie ręce i wyszarpnął biczyk zza paska ofiary. Błyskawicznie oplótł nim szyję byłego koniokrada i mocno zacisnął. Żora słyszał szalone ryki zbójnika i charkot konającego rudzielca. Czując, że wpadli w zasadzkę, od początku postąpił najrozsądniej, dając drapaka w drugą stronę uroczyska. Jeśli tylko zdąży dopaść na jego skraj, może zdoła ocalić swój nędzny żywot... Byle tylko wydostać się z tego przeklętego lasu... Nie zdołał daleko ubiec, gdyż nagle spomiędzy wysokich traw i kłębowiska korzeni wyskoczył drugi łowca, odziany podobnie jak jego towarzysz. W odróżnieniu od tamtego miał jasne włosy i zimne, błękitne oczy. Przemyślne warkoczyki ozdabiały świeże zielone liście i pióra leśnych ptaków. U pasa miał mały toporek i parę noży dziwnego kształtu. Zastąpił drogę uciekinierowi. Zrozpaczony grajek skoczył w prawo, tamten uczynił to samo z niezwykłą szybkością i zwierzęcą gracją. Nie atakował jednak bezpośrednio, tylko wpatrywał się w przeciwnika z zachłanną ciekawością. Chyba myśli, że jestem dziewczyną, błysnęło w głowie Żory. Zdarzało mu się czasem coś takiego w kijowskich karczmach i zależało zazwyczaj od stopnia upojenia pechowego zalotnika. Była to jedna z chaotycznych refleksji, które przelatywały z prędkością spłoszonego końskiego tabunu. Usiłował wyminąć żywą przeszkodę, tym razem od lewej strony, tak samo bezskutecznie. Skoki obu byty lekkie i pełne wdzięku. To, co robili, przypominało dziwaczny

taniec wojenny albo dziecięcą grę w ganianego. Teraz tłukła mu się we łbie idiotyczna śpiewka, jaką zasłyszał od kniaziowych wojów: „Skacze po łące ćma sudowych synów...” Zrozumiał, że nie ma dla niego ratunku. Chyba że... Ofiaruje obcemu, czego ten najbardziej pragnie. Spostrzegł bowiem w ciągu paru gorączkowych uderzeń serca, że pożądliwe spojrzenie łowcy skupia się głównie na instrumencie, który miał przewieszony przez plecy. Wziął głęboki oddech, uklęknął i pochylił ulegle głowę, wyciągając jednocześnie przed siebie dłonie z bizantyjską lirą. - Poddaję się - wybełkotał, z trudem obracając skołowaciałym językiem - a to mój okup. Spoglądał w napięciu spod spadającej mu na twarz gęstej grzywy, jak tamten zbliża się nieufnym, powolnym krokiem, nie spuszczając wzroku z pięknie zdobionego, błyszczącego cacka. W końcu był już o krok i wyciągnął dłoń... Żora upuścił lirę na murawę i zadał podstępny cios otrzymanym od kniazia, ukrytym w rękawie sztyletem. Powinien utkwić pod żebrem łowcy, lecz przeciął jedynie powietrze. Jasnowłosy Sudow odchylił się zręcznie, po czym skoczył do góry. Wykręcił niesamowitego młynka w powietrzu nad pochyloną głową przeciwnika i ani się grajek obejrzał, kiedy miał go już za plecami. Nie zdążył poderwać się z kolan. Mocna dłoń chwyciła go za czuprynę i uniosła głowę. Zimne ostrze przejechało po odsłoniętej grdyce. Żora nie poczuł nawet bólu. Nigdy już nie miał się dowiedzieć, czy jasnowłosy rzeczywiście darowałby mu życie, gdyby dobrowolnie obdarował go cennym instrumentem. Opadł miękko bokiem na trawę, a w jego szeroko rozwartych oczach odbijało się dwóch Sudowych synów, skaczących w stronę najstarszego zwiadowcy. Wania tonął, zanurzony w bagnie po pas, lecz nadal żył. Usiłował się wydobyć z wsysającej go coraz bardziej topieli, czepiając kępek przegniłej trawy, lecz każdy ruch pogrążał go coraz bardziej. Młoda wiedźma drażniła się z nim dodatkowo, mówiąc coś drwiąco i ciskając drobnymi kamykami. Zbójnik lżył wroga najgorszymi słowami, oganiając

się potężną maczugą. Postanowił drogo sprzedać swe życie. Istotnie, nie sposób się było do niego zbliżyć, dopóki miał oręż w dłoni. Leśni ludzie nie mieli jednak takiego zamiaru. Nadbiegł ten, który wyglądał na brata dziewczyny, i rzucił jej pięknie rzeźbiony łuk oraz skórzany kołczan. Bez namysłu napięła cięciwę i założyła długą, zielonkawo barwioną strzałę z białośnieżnymi lotkami. Wania zmartwiał, pewny, że zaraz z nim skończy. Przymknął powieki, usiłując przypomnieć sobie jakąś modlitwę. Strzała jednak świsnęła mu koło ucha, zahaczając tylko niegroźnie kościanym grotem kosmaty policzek. Zbój zaśmiał się złośliwie. - Widzisz, sudowa suko? - wychrypiał. - Nie potrafisz ustrzelić mołojca! Zwęziła powieki i uśmiechnęła się paskudnie. Zrozumiał, że tylko się z nim bawi. Grząskie błoto oblepiało już jego pierś i wiedział, że nie ma nadziei, nawet gdyby dzikusy postanowiły nie zabijać go własnoręcznie. Tymczasem podszedł drugi, jasnowłosy łowca i powiedział coś do przyjaciół, unosząc triumfalnie zdobyczną lirę. Przejechał palcami po strunach i wyszczerzył się z zadowolenia. Potem wręczył uprzejmym gestem dziewczynie mały toporek. Zaśmiała się w głos, oddała bratu łuk i zamierzyła się nową bronią. Wania czuł, jak śmiertelny chłód ogarnia go od pięt po czubki włosów. Spoglądał po chwili z niedowierzaniem na swoją równo uciętą w nadgarstku, tryskającą posoką rękę i pogrążającą się w bagnie prawicę, zaciśniętą kurczowo na okutej pałce. Zdołał jednak chwycić lewą dłonią okrwawiony toporek. Jasnowłosy znowu powiedział coś wesoło i wyjął zza paska dwa dziwne noże z rękojeściami oplecionymi grubym powrozem. Podał je przyjaciółce, ta zaś lekko przykucnęła, zmierzyła wzrokiem cel i cisnęła równocześnie bliźniacze ostrza z obu dłoni. Wania miał wrażenie, że dwa ostre słoneczne promienie przebiły się przez gęste korony drzew i poraziły mu oczy. Chwilę potem wszystko zalała ciemność. Nie usłyszał ich zwycięskich okrzyków, nie zobaczył, jak się ściskają i poklepują po

plecach. Potem Synowie Drzew w cichym skupieniu pozbierali strzały i odarli bezgłowe trupy ze wszystkiego, co miało dla nich jakąś wartość. Ucięte czerepy zabrali ze sobą, ciała pozostawili w darze Matce Wilczycy i innym leśnym stworzeniom. Nie uważali się za okrutnych. Intruzi naruszyli dębowy mir i ponieśli zasłużoną karę. Sposób wabienia „na rusałkę” okazał się jak zwykle skuteczny. Niefortunni zwiadowcy nie byli pierwszymi mężczyznami, którzy stracili głowy dla pięknej kobiety. Hej, Martwico, chochole, Łoże dla cię tam w dole, Królowałaś światu, Daj królować latu; Słońce wzeszło nad pole. Ty, Martwico, chochole, Masz dziś łoże w tym dole, Królową byłaś zimy, Dzisiaj cię potopimy; Słońce wzeszło nad pole! Tak śpiewała plemienna starszyzna i dzieciarnia, odprowadzając kukłę zimowej Mary. Byli z niej niezmiernie dumni. Żaden inny szczep nie mógł się szczycić podobną. Na skrzyżowanych żerdziach rozpięty był szkielet, okryty strzępami burego habitu. Szczerzyła zęby czaszka, której puste oczodoły zdawały się otchłaniami wiecznej nocy. Szczątki te należały do wrażego czerńca, który przybył przed laty do Krainy Jezior, by głosić obcą wiarę. Wódz sąsiedniego plemienia, kunigas Niedamir, wraz z radą wojowników i kapłanów wysłuchał dosyć uprzejmie i nader cierpliwie dziwacznych bredni o Bogu przybitym do drzewa. Nawet jeśli niektórzy zaśmiewali się w kułak z głupiego przybłędy, uważali go za

niegroźnego wariata, nikt więc nie zamierzał krzywdzić nawiedzonego, przez którego przemawiały jakieś nieznane duchy. Dlatego też nieuzbrojony czerniec miał nawet szansę ocalić życie, gdyby nie poważył się pod osłoną nocy zakraść do świętego gaju i podpalić największego dębu. Schwytany, zapłacił natychmiast głową, podobnie jak towarzyszący mu akolici. Bogowie byli tego dnia szczęśliwi, pojąc się krwią świętokradców. Po jakimś czasie kunigas podarował truchło zbrodniczego mnicha Boranom, na pamiątkę wspólnych bojów z Rusami. Odtąd chrześcijański kościotrup brał udział w dorocznym obrzędzie. Przystanęli w zakolu rzeki, gdzie nurt był najgłębszy. Przewodzący obrzędowi wiekowy Kriwe, odziany w uroczystą zieloną szatę wyszywaną w złote, słoneczne promienie, z wieńcem dębowych liści na siwych skroniach, dał znak długą jesionową kriwulą, zakończoną pięknie wyrzezanym łbem wygiętego w ataku węża. Mara runęła do wody i zapadła w toń z pluskiem. Rwące prądy uniosły ją w dal, wśród pożegnalnych złorzeczeń. Gdy zniknęła za zakrętem, dwaj młodzi wajdeloci, podobnie jak stary mistrz służący Świetlistemu Panu, ruszyli szparko wyłowić i ukryć dobrze kukłę przed ludzkimi oczami, aby mogła posłużyć również w następnym roku. Skoro uporano się z zimą, można było rozpocząć właściwy rytuał. Kriwe ponownie skinął magiczną laską. Z boru na przeciwległym brzegu wyjechała kawalkada jeźdźców na małych, kosmatych konikach. Przewodził jasnowłosy Andaj, dzierżący w prawej dłoni sosnową gałąź ustrojoną kwiatami, wstążkami, dzwonkami i różnymi świecidełkami. Stary kapłan nie miał wątpliwości, że najdzielniejszemu witeziowi jak zwykle poszczęści się w strzelaniu i jako pierwszy strąci z gałęzi najwyższego drzewa wiszący na niej maik. W lewej dłoni junak niósł za posklejane posoką włosy blady czerep własnoręcznie zabitego Rusa. Najbardziej dumny był jednak, jak się zdaje, z innej zdobyczy: przewieszonej przez plecy pięknie zdobionej liry.

Starzec patrzył z czułością na młodego krewniaka. Zgrabny, gibki, wesoły, o gładkiej, złotawej skórze, był prawdziwym Jarym Królem, wcielonym Jarowitem. Tuż za nim jechali bokiem w bok Boran i Borana, para zachwycających bliźniąt. Oboje również dźwigali triumfująco ucięte łby wrogów. Pochodzili z najszlachetniejszej, najstarszej krwi plemienia. Stanowili z Andajem nierozdzielną, niepokonaną, zaczarowaną miłosnym urokiem i połączoną krwawym braterstwem trójkę myśliwych i wojowników. Takie związki były dla Boran święte. W przeciwieństwie do innych szczepów, nie uznawali małżeństw, preferując w tym względzie swobodę wilczej watahy. Brzemienne kobiety rodziły w ziemnych jamach pod opieką doświadczonych kapłanek Żemine, potem zaś najbardziej udane owoce wolnych związków wychowywane były wspólnie przez plemienną starszyznę. Poronione płody pochłaniał las, dostawały się Matce Wilczycy i jej szczeniętom. Pozostali wojownicy i wojowniczki jechali z tyłu, najmłodsi zaś, którzy nie dostąpili jeszcze zaszczytu dosiadania własnego druha-rumaka, biegli po bokach, obrzucając starszych przyjaciół kwiatami i świeżym listowiem. Nikt nie zazdrościł Andajowi, skoro został wybrany przez bogów. Taki był jego Los, naznaczony w momencie narodzin, z którym, jak każdy bohater, i tak musiał się zmagać samotnie, choćby nawet najbardziej kochany przez nieśmiertelnych i śmiertelników. Jeźdźcy pędzili środkiem rzeki, wzniecając świetliste bryzgi spod końskich kopyt. Ich zamglone postacie rozjaśniała diamentowa rosa wodnych kropel, błyszczących na nagich udach, torsach, ramionach i na powiewających z wiatrem długich pasmach rozpuszczonych tego dnia włosów. Wszystkim udzielał się coraz bardziej upojny czar Jarych Godów. Starcy i dzieci usłyszeli pieśń, ułożoną tej zimy przez Andaja specjalnie na owo święto. Młodzi śpiewali:

Gnaj, koniku, gnaj, Objedź cały kraj, Jak szeroki, jak daleki, Poprzez góry, lasy, rzeki, Skokiem uleć staj. Koniczek nie leń, Goni własny cień, Poza rzeki, góry, lasy, Obiecuje złote czasy, Obiecuje maj... Wkrótce wszyscy dotarli na rozległą polanę u wejścia do świętego gaju. Trójka łowców zatknęła trofea na wyostrzonych żerdziach. Oczyszczone przez drapieżne ptactwo i inne pracowite stworzonka czaszki miały w początkach kolejnej zimy uświetnić Noc Dziadów, wskazując, niczym kościane lampy, drogę zmarłym przodkom, wychodzącym z kurhanów. Była to jedna z owych szczególnych nocy, kiedy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość splatały się w jedno, czas tracił znaczenie i można było zobaczyć oczyma duszy przyszłe wydarzenia. Na dzielnych wojowników czekała już Strawa, wielka uczta przygotowana przez starsze niewiasty i kapłanki. Boranie, jak wielu ich pobratymców, czcili Jare Gody nieskrępowanym obżarstwem, pijaństwem, wesołym śpiewem i swobodnym baraszkowaniem w wysokich trawach. - Synowie Drzew mają dusze wolne jak wilki i niedościgłe jak stepowe rumaki mawiali o sobie. Sędziwy Kriwe zdawał się jednak posępny jak nigdy. Jego duch błądził gdzieś w oddali.

Rzecz niezwyczajna przy tak radosnym święcie. Andaj naciągał właśnie struny liry i przebierał po nich palcami, wydobywając miłe dla ucha tony, gdy kapłan podszedł do niego i szepnął mu coś do ucha. Młodzieniec nie zdołał opanować grymasu zaskoczenia, wstał jednak i poszedł posłusznie za mistrzem, odprowadzany zawiedzionymi spojrzeniami bliźniąt i reszty drużyny. Zanosiło się, że tym razem będą musieli się obejść bez pieśni swojego witezia, a nawet, co gorsza, do samego rana zostaną pozbawieni jego towarzystwa. Nikt jednak nie ośmielił się sprzeciwić woli mądrego starca. Z pewnością miał swoje powody, skoro zdecydował się zepsuć młodym zabawę i zabrać ze sobą krewniaka. Szli gęstą dąbrową, mijając potężne pnie, wystrzelające ku niebu niczym wieżyce baśniowych twierdz. Ostrożnie przestępowali korzenie, wijące się po ziemi jak monstrualne żmije. W świętych dębach drzemała zaklęta moc, którą karmiła się waleczna zuchwałość Synów Drzew. Każdy, kto ośmieliłby się podnieść na nie rękę, musiał zginąć i być złożony w przebłagalnej ofierze. Im dalej się zagłębiali w gęstwinę, tym bardziej oddalały się i cichły odgłosy łąkowych igraszek. Andaj nie przerywał milczenia niewczesnymi pytaniami. Las, dający mu wszystko, czego potrzebował do szczęśliwego życia, uczył go zarazem spokoju, wytrwałości i cierpliwości. Tego samego nauczał młodych Kriwe, zazwyczaj także oszczędny w słowach. Świątynia zbudowana była wokół największego dębu, jednak zarówno ściany, jak i spadzisty dach wzniesiono z długich pali brzozowych, toteż nazywano ją Białą Wieżą. Na zrośniętych ze sobą trzech dębowych konarach pradawni artyści wyrzezali nieco toporne podobizny najwyższych bóstw. Pośrodku jaśniał Świetlisty Pan Sweistiks, dla Ludu Słowa Swarożyc, a dla braci Litwinów Telawel. Towarzyszyli mu srogi rodzic, Perkunas gromowładny oraz rogaty Patulas, zwany także Welniasem, opiekun guślarzy i władca

Zaświatów. Poniżej ozdabiała pień miedzianozłota tarcza, podobna tej, jaką Boski Kowal wykuł na życzenie ojca i zawiesił na niebie. Odbijały się w niej płomienie wiecznego ognia, strzelającego z misy wyżłobionej w płaskim kamieniu, ozdobionym słonecznymi runami. Znicza ofiarnego strzegły na zmianę dziewicze kapłanki, lecz jedno skinienie Kriwego sprawiło, że natychmiast się oddaliły. Kiedy dwaj mężczyźni zostali sami, najpierw pokłonili się zachodzącemu powoli słońcu, odmawiając cichą modlitwę, potem zbliżyli się do ołtarza. Nadal milczeli, zapatrzeni w migotliwe pobłyski na tarczy i zasłuchani w trzaskający ogień. - Hen, za morzem - zaczął cichym głosem starzec, jakby rozpoczynał baśń - na wyspie Ranów rozpoczął się dzisiaj wielki zjazd najważniejszych kapłanów wszystkich bogów. Mają się naradzić w niezwykle ważnej sprawie... dotyczącej przyszłości naszego świata. Zawiesił głos, jakby oczekując reakcji młodzieńca. Andaj odchrząknął zakłopotany, nie wiedząc, co powiedzieć. W końcu zerknął z ukosa na swego mentora. - Najważniejszych kapłanów? Więc czemu ciebie tam nie ma, mistrzu? - spytał z kamienną twarzą, niewinnym tonem. - Nie zaprosili cię do rady? Kriwe łypnął na niego spod oka i zaśmiał się dobrodusznie. - Lubię twoją młodzieńczą przekorę, Andaju... W końcu jesteś mym najzdolniejszym uczniem - stwierdził. - Owszem, zaprosili. Specjalny posłaniec czeka niedaleko w gościnie u starego kunigasa Niedamira... Lecz, choć duch wciąż we mnie silny, ciało nie to, co dawniej. Za stary jestem na taką podróż... Być może już bym z niej nie powrócił. A chciałbym służyć wam nadal moją wiedzą i mocą, dopóki to jeszcze możliwe. - Oby jak najdłużej - rzekł młodzik poważnie i szczerze. - Co byśmy bez ciebie zrobili? Ty nas uczyłeś wszystkiego...

- Pora ustąpić młodszym - stwierdził spokojnie Kriwe. - Świat musi iść swoją drogą... Tymczasem posłuchajmy, co mówią o tym nasi najmędrsi - dodał z ledwie wyczuwalnym sarkazmem. Oczy młodzieńca rozbłysły ciekawością. - Ja też ich usłyszę? Kapłanów największych bóstw? - I zobaczysz - mruknął w odpowiedzi staruszek. Sięgnął do woreczka u pasa, potem cisnął w ogień garść startych na proszek bursztynów, szepcząc zaklęcia. Wymownym gestem wskazał tarczę. Andaj obserwował ze zdumieniem, jak odblask płomieni na wypolerowanej tafli mętnieje i tworzy mglisty początkowo obraz, odzwierciedlenie dalekich, nieznanych miejsc. Pochylił się nieco, wytężając wzrok i zobaczył... - Co to za wielka woda, mistrzu? - wypytywał, nie odrywając oczu od magicznego zwierciadła. - Czyżby to było...? Był prawdziwym człowiekiem lasu i nigdy jeszcze nie widział morza. - Baltis - potwierdził Kriwe domysły wychowanka. - A ta wielka budowla na wzgórzu?... - Oszczędź mnie i sobie zbędnych pytań - burknął lekko zniecierpliwiony mistrz. - To Arkona. Miejsce najświętsze z najświętszych. Andaj westchnął z podziwem. - Cierpliwości, chłopcze - dodał po chwili Kriwe łagodniejszym tonem. - Natęż słuch, a zaraz wszystko zrozumiesz. Młodzian poszedł za radą kapłana. Widoczny z daleka, barwiony kosztowną purpurą dach świątyni podtrzymywały wielkie pnie sosny, rzeźbione w roślinne motywy, które wiły się i wzlatywały ku niebu, a wraz z nimi

jednorożce, orły i smoki. Szerokie okna, zamykane drewnianymi okiennicami tylko podczas wielkich nawałnic, pozwalały spoglądać na świat posągowi Świętowita, zwróconemu na wschód, zachód, północ i południe czterema twarzami, wyobrażeniami mnogich boskich wcieleń: Peruna, Swarożyca, Jarowita i bożej małżonki, Mokoszy. Wewnętrzne sanktuarium, do którego wstęp mieli tylko kapłani, przesłaniały kunsztownie tkane kobierce, przedstawiające boje Światła z Ciemnością u zarania dziejów. Dym ze zwierząt ofiarnych oplatał czterograniastą kamienną figurę, omijając podtrzymujący cokół wizerunek rogatego, trzygłowego Welesa, pełgał po wyobrażonym w połowie monumentu roztańczonym, weselnym korowodzie, płynął wyżej ku poczwórnemu obliczu najwyższej inkarnacji, by wznieść się do okopconego otworu w dachu równym, białym słupem. Żertwa została dobrze przyjęta, lecz arcykapłan Bogowit zachował posępne, niemal znękane oblicze. Jego dusza pełna była obaw, zżerały ją wątpliwości, niczym rdza starą broń. Dzisiejszego ranka biały koń Świętowita przekroczył lewą nogą rozstawione włócznie, co zapowiadało liczne nieszczęścia i klęski. Wobec tak sprzecznych znaków nawet najmędrszy umysł musiał się pogrążyć w rozterce. Rozterce i niepokoju. Przy pomocy sług zamienił zakrwawiony i usmolony fartuch ofiarnika na białą szatę uzdrowiciela. Zasiadł wraz z dostojnymi gośćmi do pachnących miodem i dymem stołów ustawionych u wejścia świątyni. Świątynni adepci uwijali się zwinnie pośród nich, roznosząc to, co zostało z uczty bogów. Chociaż wiosenny dzień dostroił się do radosnego święta i żadna chmura nie przesłaniała Tarczy Swarożyca na lazurowym niebie, wśród ucztujących panował ogólnie smętny nastrój, jakby serca wszystkich przygniatała jakaś nie dająca się przegnać troska. Pomorski kapłan Strzyboga, imieniem Ślaz, jak wszyscy słudzy kapryśnego, wesołego

bożka pogody opasły, rumiany, rubaszny, odziany w poplamioną tłustymi sosami i piwem szatę o jaskrawych i ciepłych barwach błękitu, żółci, czerwieni, z postrzępionymi końcami rękawów, usiłował rozweselić współbiesiadników żartobliwym toastem na cześć majowej dzidy Jarowita, sztywno wzniesionej i napełnionej jego żywotnymi sokami. Wszystko na próżno, nikt nie podjął konceptu ani nawet się nie roześmiał, grubas zamilkł więc, przygaszony. Pozostali jedli i pili w ponurym milczeniu, wsłuchując się w miarowy huk fal, uderzających o kredowy brzeg nadmorskiego cypla. Zdaje się, że brzmiał w ich uszach jak dzwon bijący na trwogę. Jedyna kobieta, zasiadająca w owym męskim gronie po prawicy arcykapłana, była wysoką, jasnowłosą damą niezwykłej piękności, w pełnym rozkwicie dojrzałej urody. Jasnobrązowa suknia, wyszywana złotą nicią w symbole wiosennych kraszanek, świadczyła, że służy Matce Wilgotnej Ziemi. Diadem z opadającymi na czoło i skronie kabłączkami w kształcie misternie wyrzezanych listków oznaczał, że jest najwyższą kapłanką bogini. Omiatała kapłańską brać przenikliwym, śmiałym spojrzeniem zielonkawych oczu. W kącikach pełnych warg czaił się dwuznaczny, tajemniczy uśmieszek, lecz poza tym zachowała poważne oblicze. Biły od niej duma i wrodzona godność, a zarazem pierwotna surowość osoby ciężko doświadczonej przez Dolę. - Jakie wieści z Krainy Wiślan? - zagadnął ją Bogowit cichym, lecz dobitnym głosem, tak, że usłyszeli go wszyscy. Wzruszyła lekko ramionami. - Jak zwykle złe - oznajmiła z kamiennym spokojem. - Nasz zaufany szpieg, Łopuch, nie przynosi stamtąd innych ostatnimi czasy. - Jakim sposobem je zdobywa? - zainteresował się gruby Ślaz. - Czy godzien jest zaufania?

Chociaż inni uciszyli ciekawskiego Pomorzanina niecierpliwymi syknięciami, kapłanka Mokoszy odpowiedziała mu. - Jakiś czas przebywał w chrześcijańskiej niewoli - wyjaśniła - lecz udało mu się zbiec. To człowiek chytry i bystry, potrafi się doskonale kryć i maskować. Jest w końcu sługą Welesa... Zwróciła spojrzenie w stronę siedzącego w pobliżu siwobrodego guślarza w szacie barwy ciemnej, ziemistej, obwieszonego magicznymi, kościanymi amuletami. Potwierdził jej słowa milczącym skinieniem głowy. - Pokumał się z mieszkającą na krakowskim podgrodziu rodziną rzemieślników, którzy potajemnie wyznają rodzimą wiarę - mówiła dalej kapłanka. - Przynoszą mu najświeższe nowiny, zasłyszane na Wawelu. Podobnie jak teraz... Zawahała się chwilę, jakby złe wieści nie chciały jej przejść przez usta. - Mów dalej, pani Żywio - zachęcił arcykapłan. - Matka Ziemia błogosławi nas twą obecnością. Nie szczędź nam niczego. - Król niemiecki ukoronował się na cesarza wśród ruin martwej Romy - podjęła. Wysyła do Krakowa sześciuset niezwyciężonych, zaprawionych w bojach paladynów... - Czy niezwyciężonych, to się jeszcze okaże - wtrącił gniewnym tonem rosły, barczysty mężczyzna ze srebrnym wąsem, w ciemnoczerwonej szacie, wyszywanej w sine smugi błyskawic. - Spokój... spokój, Wojborze - mitygował go Bogowit, unosząc dłoń kojącym gestem. - Nie mieli jeszcze z nami do czynienia! - biesił się kapłan boga wojowników. - Jest ich tylko sześć setek, my zaś wystawimy przeciwko nim tysiące! Na młot i ogień! Strzaskamy ich stalowe hełmy, zmiażdżymy im czaszki i rzucimy na stos ofiarny! - Sława bogom! - zawtórowali młodzi adepci, acz dosyć nieśmiało.

- Zamilknijcie - upomniał ich arcykapłan z niezmąconą łagodnością. - Poniechajcie próżnych przechwałek i słuchajcie dalej. Obawiam się, że to jeszcze nie koniec złych nowin. - Nie koniec?! - wymamrotał Ślaz, śmiejąc się gorzko. - Czego się jeszcze dowiemy? - Kniaź Jarosław przestał wojować z Bizancjum - odrzekła Żywia pozornie chłodnym tonem, jakby powtarzała wyuczoną lekcję. - Niby teraz zbroi się przeciwko Litwinom, lecz w każdej chwili gotów jest wspomóc swego piastowskiego szwagra wszystkimi siłami... - Tego nam brakowało - mruknął kapłan Strzyboga z ciężkim westchnieniem. Twarz Wojbora spurpurowiała, oczy ciskały błyskawice. - Chcą wziąć nas w dwa ognie... Ścisnąć żelaznymi kleszczami... Ruska swołocz! Zawsze gotowa wbić nam nóż w plecy! - A kiedy połączą armie - kontynuowała kapłanka - nic nie powstrzyma Kazimierza Karola. Z łatwością opanuje wyludnioną Krainę Polan, a potem uderzy na nas... - I zginie! - warknął Wojbor. Więcej było w jego głosie nadziei niż pewności. - Albo zwycięży - stwierdziła beznamiętnie Żywia. - Musimy liczyć się z tym, że zawisła nad nami zagłada. Zapadła chwila przygnębiającej ciszy, przerywanej tylko rykiem fal wściekle uderzających o brzeg. - Piastowe pisklę porosło w cudze pióra - zauważył w końcu Bogowit z odcieniem mimowolnego podziwu. - Zrywa się do lotu, by spaść na nas niby sokół na pardwę... Z daleka wygnany chłystek nie zdawał się taki groźny. - Dojrzał już do ostatecznego starcia - odparła kapłanka. - Chce zniszczyć nasz świat i unicestwić nas wszystkich, jak niegdyś jego dziadek. Żądają tego odeń cesarz i jego niemieccy czerńce. Żąda wraży Bóg.

- Przeklęci krystowiercy! - parsknął porywczo sługa Peruna. - Bredzą wciąż, że krzyż jest znakiem miłości, choć niosą nam śmierć i cierpienie! - Szaleńcy - przytaknął Ślaz. - Ponoć wydali na śmierć swego Boga i dlatego teraz obnoszą na piersi haniebny znak tej okrutnej kaźni. Co siedem dni pożerają jego ciało i krew, zaklęte w chlebie i winie... - Nie wahają się także swoich współbraci skazywać na tortury, ścięcie, ćwiartowanie albo łamanie kołem - dorzucił Wojbor ze złośliwym grymasem. - I oni zwą nas barbarzyńcami! Poganami... - Najgorszą u nas karą dla złoczyńcy było dawniej wygnanie z plemienia i skazanie na samotną tułaczkę - sapnął z nostalgiczną nutą pękaty kapłan. - To prawda - potwierdził ze smutkiem Bogowit. - W ich miastach pełno się kręci złodziei, płatnych morderców i sprzedajnych dziewek... Nie znaliśmy tego przedtem... Przynieśli ze sobą wiele zła. - Ukryci wśród borów - wtrąciła nagle Żywia ostrym, bezlitosnym tonem - zasłuchani w brzęczenie pszczół i klekot bocianów, śniliśmy swój wielki sen o naszym ziemskim Wyraju... Okrągłe lico sługi Strzyboga przybrało wyraz błogiego rozmarzenia. - Tak było - potwierdził i niespodziewanie zaczął recytować śpiewnie i melodyjnie: Kiedy opiewamy chwałę Świetlistego, złoty koń Swarożyca galopuje po niebie. A gdy wracamy do domu, utrudzeni, rozpalamy święty żar i posilamy się strawą. I mówimy: bogowie nas miłują, i odchodzimy w sen, jako że dzień przeszedł i ciemność nastała...

Żywia skinęła głową. - Znam Pieśni Słowana - oświadczyła. - Choć spisane w Starej Mowie, runami ludu, który żył tu przed nami, odcyfrowałam je z przechowywanych w świątyni tabliczek przy pomocy guślarza Widuna. Znowu wskazała na sługę Welesa, który skłonił się milcząco, jak przedtem, z zagadkowym uśmiechem. - Pamiętam początek innej - dorzuciła - bardziej dla nas odpowiedni. I sama wyrecytowała: Dlaczego nie pamiętamy dawnych, chwalebnych czasów, zmierzając nie wiadomo dokąd? Spoglądamy wstecz i mówimy, że wstydzimy się poznawać wszystkie dziedziny Nawii, Jawii i Prawii, a wszystkiego wokół doświadczać i rozumieć. - Ciemność rzeczywiście nastała i ogarnęła nasze umysły - podjęła sarkastycznie. - A raczej oślepiająca jasność... poraziła nas i uśpiła. Sen zmorzył nas do tego stopnia, że pozwoliliśmy władcom zapędzić się prosto w paszcze obcych czerńców, niczym owce wydane na żer wilczej watahy... - Cóż było robić - burknął niewyraźnie Wojbor. - Broniliśmy się, jak umieliśmy... - Za słabo i zbyt późno! - odparowała kapłanka. - Zamiast poniewczasie nasyłać zbirów na pięciu bezbronnych mnichów w Międzyrzeczu, których chrześcijanie zaraz obwołali świętymi, należało zabić księcia Mieszka, od razu, kiedy tylko zdradził Lud Słowa! A także jego nieodrodnego potomka,

Bolesława... Wygubić cały ich ród - dodała mściwie - zanim zaczął nas gnębić. - Nieprosta to rzecz zabić władcę - zaoponował delikatnie Bogowit. - Piastowie rządzili nami od pokoleń... uważaliśmy, że taka jest wola bogów. - Nawet, gdy Mieszko wyparł się rodzimych bóstw i zaprzedał Bogowi Niemców?! pytała, nie panując już nad emocjami, z roziskrzonym wzrokiem. - Mieliśmy nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży - mruknął arcykapłan, nieco zaskoczony wybuchem kapłanki - i uda się pogodzić... - I rzeczywiście, udało się! - podchwyciła złowieszczo. - Ścigani, tropieni, prześladowani, musieliście ukrywać się w lasach, odprawiać potajemnie zakazane obrzędy, żyć w hańbie i poniżeniu! Byliście niegdyś powszechnie szanowanymi kapłanami i wieszczami, lecz Piastowie zrobili z was wiejskich znachorów i pokątnych wróżbitów! Oto, do czego doszło! - Masz rację, pani - potwierdził melancholijnie Ślaz. - Zbudziliśmy się nazbyt późno. Czy można to jeszcze naprawić?... - Można, jeśli przestaniemy się wahać i uwierzymy w siebie - odrzekła twardo. - Ci podli krystowiercy ogarniają kolejne wolne krainy jak zaraza - zauważył trzeźwo tłusty Pomorzanin. - Wydają się niepohamowani... - A także niepokonani - przyznał niechętnie Wojbor, przygryzając wąsa. - Co im daje tak wielką moc? - Jak sądzisz, księżno? - podchwycił Bogowit, wpatrując się z ciekawością w kapłankę. - Dobrze ich wszak poznałaś, spędzając młodość w monasterze wśród chrześcijańskich czernic - dorzucił. Skrzywiła się, jakby słowa arcykapłana sprawiły jej przykrość. - Niechętnie wspominam tamte lata - mruknęła.

Namyślała się chwilę nad odpowiedzią, marszcząc brwi. - Wyznawcy Jezu Krysta - zaczęła wreszcie, starannie dobierając słowa - lubują się w cierpieniu. Nie tylko dręczą innych, lecz chętnie też samych siebie. Klechy wmawiają im, że ziemski żywot jest marnością, pełną strapienia i udręk. Będą one wynagrodzone dopiero po śmierci, w chrześcijańskim Wyraju. Są wśród nich tacy, którzy umyślnie zadają sobie ból i kaleczą ciało w najokrutniejszy sposób, wyrzekając się przy tym wszelkich doczesnych rozkoszy. Żyją w brudzie, jak najgorsze bydlęta, odmawiają sobie wygód i najzwyklejszych przyjemności, nazywając je grzesznymi. Pragną się umęczyć na wzór swego straszliwego, ukrzyżowanego Boga. Niesamowite, ile potrafią znieść! Zwą ich ascetami. Bogaci czynią to przejęci religijnym szałem, biednych popychają do takich praktyk nędza i ciemnota. Tak samo radośnie umartwiają się w imię Boże, jak i gotowi są poświęcić życie, uważają bowiem, że największą chwałą chrześcijanina jest zostać, jak to oni mówią, męczennikiem za wiarę... - Kupa wariatów - sarknął gruby kapłan Strzyboga i wychylił do dna kufel pszennego piwa. - Bóg wynagradza im jednak doznawane katusze nadludzką mocą ducha. Nie potrafimy jej sprostać, ponieważ jest dla nas obca i niepojęta - dokończyła wywodu kapłanka. - Trudno bowiem zrozumieć tych, którzy dobrowolnie łakną bólu. W przeciwieństwie do chrześcijan nie cenimy cierpienia, starając się go unikać, jak długo się da. Jeśli już się przydarzy, znosimy je z godnością, przyjmując swoją Dolę... - I w przeciwieństwie do chrześcijan - wpadł jej w słowo Bogowit - nigdy nie narzucaliśmy nikomu swoich wierzeń. Uważaliśmy zawsze, że każdy człowiek ma prawo wybrać jakiego chce boga i tworzyć własną magię w osobistym przymierzu z opiekującą się nim wyższą potęgą... - To, co było kiedyś naszą siłą - wtrąciła bystro Żywia - teraz się stało słabością.

Arcykapłan smutno pokiwał głową. - Największy kłopot w tym - rzekł z namysłem - że prawdziwie skuteczna magia dostępna jest tylko nielicznym, podczas gdy fanatyczną wiarę może wyznawać byle głupiec. - A jednak na tych fanatycznych głupców - odparła - prawie nie działają nasze czary ni klątwy, niemal żadne Słowo Mocy, chyba że czyjaś wiara jest bardzo słaba. Nasz starannie strzeżony skarb zamienił się w popiół - skonstatowała z goryczą. - Przykro słuchać tego od ciebie, pani - odparł stary sługa Świętowita - której tyle zawdzięczamy... - Właśnie! - wtrącił gwałtownie Wojbor. - Cóż to za mdłe lamenty? W takiej chwili!... Nasza sława nie zginęła, póki my żyjemy! - I dopóki rządzimy... - szepnęła z krzywym uśmiechem. - Ty właśnie, księżno, powinnaś to wiedzieć najlepiej - mówił dalej kapłan boga wojowników, gestykulując namiętnie. - Wspólnie z synem zegnaliście z tronu znienawidzonych Piastów, pokaraliście zdradzieckich wielmożów i przywróciliście Ludowi Słowa rodzimych bogów. Dzięki tobie Miecław wlał nadzieję w serca tych, którzy dawno ją utracili. Mówię zwłaszcza o nas, kapłanach. Twój syn skruszył chrześcijańskie okowy i dał wolność plemionom, wziął w opiekę, komu działa się krzywda... - Ja i mój syn - rzekła, dumnie podnosząc głowę - jesteśmy gotowi walczyć do końca i wypełnić swą Dolę. Jej spojrzenie mimowolnie pobiegło w stronę głównej bramy, gdzie za wysokim wałem Miecław ujeżdżał wraz ze świątynnymi wojami świetne rumaki z miejscowej stadniny. - Lecz jeśli bogowie nas opuścili - dodała głucho - zawisła nad nami klęska. Pomniejsi kapłani, którzy przysłuchiwali się tylko rozmowie możnych, wymieniając szeptem uwagi, po tych słowach zamilkli i wpatrzyli się w Żywię szeroko otwartymi oczami.

Nawet Bogowit zaniemówił na chwilę. - Jakże to? - wyjąkał po chwili, nie mogąc opanować zdumienia. - Jak możesz tak bluźnić, pani! - zaryczał Wojbor, chwytając się za głowę. - Czy nasze dotychczasowe triumfy nie są najlepszym dowodem, że wciąż nam sprzyjają? Wrócili przecież do swoich świątyń... - Czy aby na pewno? - spytała przekornie, spoglądając na niego z ukosa. - Chcieliśmy, aby tak było. Dlaczego jednak nie potrafili powstrzymać inwazji obcego Boga? Gdzie podział się grom Peruna, który winien był spaść na łeb księcia Zaprzańca, gdy przyjmował plugastwo chrztu? Kiedy kazał burzyć prastare świątynie i ścinać święte dęby?! Czemu Swarożyc nie spalił go żywcem, Jarowit nie przebił oszczepem? Nie mogli lub nie chcieli tego uczynić. Powiem wam, dlaczego. Zatraciliśmy się w pustych, jałowych obrzędach. Zabrakło nam ducha. Nie ma w nas tej żarliwej wiary, jaką potrafią wykrzesać z siebie chrześcijanie. Dlatego też nieśmiertelni odwrócili się od nas i zamknęli w swej Prawii, dalecy od ziemskich spraw. Mówię o jasnych bogach... - O nie, tego już nadto! - krzyczał sługa Peruna, dławiąc się z oburzenia. - Nie można tego słuchać!... Babskie wymysły! - Zamilknij, Wojborze - uspokoił go znowu stary uzdrowiciel. - Sądzę, że pani Żywia zmierza do czegoś. Wysłuchajmy jej zatem do końca. Wojbor opadł ciężko na ławę, burcząc gniewnie pod nosem. - Mroczni bogowie nadal są z nami - podjęła spokojnie kapłanka. - Może dlatego, że Nawia jest tak blisko... Słuchający wzdrygnęli się odruchowo, jakby owionął ich z nagła grobowy chłód Martwej Krainy. - I tylko na nich możemy liczyć w ostatecznej rozgrywce - zakończyła z przekonaniem,

mierząc otaczających ją wieszczów i magów ostrym, przenikającym do samych trzewi spojrzeniem. - A zwłaszcza na tego, który ich stworzył. Jedni skulili się, unikając lodowato zimnych, zielonkawych oczu Widzącej, inni zerkali na nią spode łba, z rosnącym zaniepokojeniem. Bogowit, wyczuwając wielką siłę, bijącą od siedzącej obok kapłanki, sam poczuł się bardzo stary i znużony życiem. A jednak los wolnych krain nadal spoczywał ciężkim brzemieniem na jego sercu. Tak jak inni, musiał wypełnić do końca swe obowiązki wobec bogów i ludzi. - Co chcesz przez to powiedzieć, pani? - zadał nurtujące chyba wszystkich obecnych pytanie zmęczonym, drżącym głosem. - Do czego nas prowadzisz? Znowu chwilę zwlekała, widocznie zastanawiając się, jak najdobitniej wyrazić, czego pragnie. - Znacie Pieśni Słowana - rzekła znacząco. - Więc także i ostatnią... Patrzyli na nią, nie pojmując, usiłując przypomnieć sobie pradawną mądrość, spisaną na bukowych tabliczkach. Pierwszy zrozumiał te słowa arcykapłan. Jego pomarszczone oblicze zbielało niczym śmiertelny całun. - Więc... postanowiłaś... - wykrztusił z trudem. - Uwolnić tego, który został spętany - odpowiedziała z powagą. - Skoro Bóg chrześcijan bywa pociechą strapionych, nasz będzie nadzieją zbuntowanych. Jej twarz pozostała nieruchoma jak maska, lecz niespokojny oddech zdradzał targającą sercem grę uczuć. Przy stołach zapadła taka cisza, że słychać było nie tylko szum morskich fal i wrzaski mew, ale nawet śmiechy i pokrzykiwania Miecława i świątynnych wojowników,

galopujących konno u stóp wzgórza. Udało jej się większość bożych sług wprowadzić w stan kompletnego osłupienia. Oczy niektórych, zwłaszcza młodych adeptów, zrobiły się doskonale okrągłe. Wlepiali je w Żywię, niepewni, co robić: przerazić się czy też wzruszyć ramionami, traktując jej słowa jak dziwny żart. - A cóż to za nowe szaleństwo? - przerwał wreszcie milczenie pomorski tłuścioch. Rozglądał się wokół, mrugając bezradnie, najwidoczniej nie wierząc własnym uszom. - Mówisz poważnie? - zainteresował się Bogowit, przewiercając kapłankę badawczym spojrzeniem. Ze wszystkich sił starał się opanować coraz bardziej ogarniający go, dojmujący, pierwotny lęk. - Tak - potwierdziła. - Śmiertelnie poważnie. - Jeśli to prawda, istotnie śmiertelnie... - ocenił, zatroskany. Patrzył na nią, jakby ujrzał ją pierwszy raz w życiu. I jakby wcale nie podobało mu się to, co zobaczył. Zerknął w końcu na braci kapłanów, chyba oczekując od nich pomocy. Nie doczekał się. Musiał więc improwizować dalej sam. Nie było to łatwe, nigdy bowiem jeszcze nie rozmawiał z szaloną kobietą, która postanowiła zniszczyć cały świat. - Myślisz, że jesteś Wybranką ze Słowanowej przepowiedni? - raczej stwierdził, niż spytał. Wstała i spojrzała z góry na zebranych jak groźna bogini. - Chyba nie wątpicie, że nią jestem? - odrzekła hardo, także tonem twierdzenia. - Twoje wielkie czyny świadczyłyby o tym - przyznał arcykapłan wbrew chęci. - Lecz czy zdajesz sobie sprawę z następstw takiej decyzji? Rozpętasz żywioł, nad którym nie

zdołasz później zapanować... Przeszyła go ostrym, drapieżnym wzrokiem. - Wiedziałam - wycedziła przez zaciśnięte zęby. - Wszyscy się go boicie, dlatego żaden z was nie zechce mi pomóc. Chcecie złożyć los świata w rękach kobiety... Słusznie, bo ja jedna nie lękam się Czarnoboga. Nawiedza mnie w snach, objawiając swą mroczną potęgę. - Zwodzić cię może... - szepnął Bogowit. - Nikt nie wie, co oznacza jego uwolnienie... jeśli wszystko pochłonie otchłań... - Wolę to niż chrześcijańskie jarzmo! - krzyknęła, znowu tracąc panowanie nad sobą. Arcykapłan skinął ponuro głową. - Niech zginie świat, bylebyś pokonała wroga... Tak rozumujesz? - A czy warto żyć pod władzą Jezu Krysta? - odparowała pytaniem. - Nie łudźcie się. Wszystkich nas i tak czeka śmierć w mniejszych lub większych męczarniach. Chrześcijanie, jeśli zwyciężą, nie oszczędzą nikogo... Jedno mnie tylko ciekawi: co zamierzacie zrobić? Spróbujecie mnie powstrzymać czy będziecie się przyglądać bezczynnie? - Wiesz dobrze, że nikt z nas nie zdoła ciebie powstrzymać - stwierdził uzdrowiciel. Nie ma rady na kobiecy upór... Łatwiej usidlać strzygi z Nawii, niż zajadłą niewiastę... Wielka Bogini dała ci ogromną moc. I może rzeczywiście taka jest twoja Dola. Będziemy się modlić za ciebie i składać ofiary... - To robicie zawsze - przerwała zapalczywie. - Lecz co zamierzacie uczynić dla ratowania świata? Wojbor odstawił z brzękiem złoty kubek i zerwał się od stołu, zwracając powszechną uwagę. - Co tu dużo gadać! Jestem prostym wojakiem i nie znam się zbyt dobrze na tych wszystkich magicznych sprawach. Myślę jednak, że mój pan, Perun, nie bez przyczyny strącił

w otchłań i spętał Mrocznego Żmija. Nie oczekuj zatem ode mnie, bym teraz popierał jego uwolnienie. Kobieta po raz pierwszy podczas tego spotkania uśmiechnęła się samymi kącikami ust. - To byłoby żądać zbyt wiele - odparła pojednawczo. - Lecz jestem kapłanem wojowników - podjął, kładąc rękę na sercu. - I kiedy dojdzie do ostatecznej walki, stanę po właściwej stronie, nawet u boku całej armii demonów! Co powiedziawszy, znowu siadł z rozmachem, lewą dłonią kręcąc srebrnego wąsa, prawą sięgając po podsunięty mu usłużnie puchar. W oczach kapłanki błysnęła triumfalna skra, która szybko zgasła. - Dziękuję, Wojborze - powiedziała ciepło. - Spodziewałam się, że tak powiesz... A co rzekną pozostali? - bezlitośnie drążyła. Odpowiedzią było przedłużające się, męczące milczenie. Kapłani pospuszczali głowy. Każdy wsłuchiwał się w głos swej duszy. Gruby Ślaz kiwał się sennie nad kolejnym kuflem, jakby temat narady nagle przestał go obchodzić. Po co przejmować się tym, na co i tak nie ma się wpływu? Niech mądrzejsi decydują za niego. - Nikt nie ma odwagi? - szydziła Żywia. - Ludzie o słabych duszach i miękkich sercach! Sądziłam, że rozmawiam z mężczyznami... Bogowit chrząknął, zasępiony. - Pani, możesz znieważać nas, ile zechcesz, musisz jednak zrozumieć, że wahamy się sięgać po tak niebezpieczne środki, nawet gdyby miały od tego zależeć losy naszego świata. Jako kapłani bogów Jasności nie możemy wspierać czarnomagicznej wojny. - Więc już przegraliście tę walkę - oświadczyła gniewnie. - Wszyscy zginiecie i utoniecie w niepamięci, bo zawiedliście w godzinie próby! Odwróciła się od nich ze wzgardą i szybkim krokiem opuściła świątynię. Nikt nie

próbował jej zatrzymać. Guślarz Widun wstał spiesznie i ruszył za nią jak cień. Kriwe machnął ręką. Wizja zniknęła. Magiczne zwierciadło stało się na powrót miedzianozłotą tarczą, symbolem Świetlistego Pana. - Dobrze wszystko słyszałeś? - zapytał starzec, przyglądając się uważnie wychowankowi. - Tak, mistrzu - odparł przejęty młodzieniec. - Dzięki twojej magii słyszałem i rozumiałem każde słowo! Lecz zrozumiałem tylko słowa, nie myśli - dodał, marszcząc z zakłopotaniem wysokie czoło. - Co było dla ciebie niejasne? - Bardzo wiele... Czego właściwie pragnie pani Żywia? Co chce uczynić? Kriwe zastanawiał się chwilę nad odpowiedzią. - Pamiętasz - rzekł z namysłem - zagadkę, jaką ci zadałem, gdy byłeś dzieckiem: Pole niezmierzone, bydło niezliczone, pasterz rogaty, a gospodarz bogaty?... - Pamiętam - odparł z uśmiechem młodzieniec. - Długo biedziłem się nad odpowiedzią... Niebo, Gwiazdy, Księżyc i Słońce... Nasi prawdziwi bogowie... - Taką właśnie zagadką jest wszechświat - stwierdził z powagą kapłan Świetlistego Pana. - Każdy lud próbuje ją rozwiązać na swój sposób... Może pomnisz także, jak opowiadałem ci, co Lud Słowa mówi o stworzeniu świata i bogów? - Niezbyt dokładnie - przyznał wojownik ze skruchą. - Na początku nie było niczego, tylko niebo i wielkie morze - zaczął staruszek tonem bajarza. - Białobóg płynął łodzią po niezmierzonych wodach... Przysiadł na ławie obok świętego żaru, a jego uczeń przycupnął ze skrzyżowanymi nogami u podstawy znicza, dbając, by nie zwrócić się plecami do ognia. - Przypominam sobie - szepnął - że zapytałem wtedy, skąd wziął łódź, skoro drzew

jeszcze wcale nie było... - Zawsze byłeś bystry - pochwalił staruszek, uśmiechając się pobłażliwie. - Skarciłem cię, że bóg może wszystko, a więc do stworzenia łodzi drewno nie było mu wcale potrzebne... Może zresztą Białobóg unosił się nad wodami, nie ma to większego znaczenia. Gdy tak przemierzał świat nicości, z najciemniejszych głębin wynurzył się jego Mroczny Brat, Czarnobóg. Jasność nie może bowiem istnieć bez Ciemności... Dwie te dziedziny uzupełniają się wzajem, a czasem też przenikają. Razem płynęli dalej. W pewnej chwili Czarnobóg zasiał w sercu Jasnego boga pragnienie stworzenia świata. Białobóg uległ tej pokusie, znużony panującą wokół pustką. Na jego polecenie demoniczny krewniak zanurkował w morską toń i zaczerpnął z dna garść piasku. Odrobinę mułu ukrył też pod językiem. Oddał piasek Jasnemu Bratu, który cisnął go na wodę. Wtedy powstał pierwotny ląd: wyspa Bugaj. - Boży Gaj - wtrącił łowca z rozmarzeniem - o którym bajają pruscy bracia, żeglarze z portu Truso... Miał okazję kiedyś spotkać morskich podróżników przy wymianie handlowej i wysłuchiwać ich nocnych opowieści przy ognisku. W jego duszy pojawiło się niespodziewane pragnienie wędrowania po szerokim świecie i poznawania obcych krain. Las, który był dotychczas całym jego życiem, zdał mu się nagle ciasny. Duch wyrywał się ku nowym, nieznanym dziedzinom. Stłumił jednak owo niepokojące uczucie, wsłuchany w opowieść mentora. - Bogowie postanowili wypocząć na stałym lądzie. Czarnobóg był dumny ze swego pomysłu i uznał, że może stać się teraz jedynym panem nowego świata. Kiedy Białobóg zasnął zmęczony, zawistny brat próbował zepchnąć go do wody. Przeliczył się jednak w swych niecnych zamysłach, albowiem tam, gdzie potoczyło się ciało Jasnego, tworzyły się nowe lądy, które nie pozwalały dobremu bogu stoczyć się w otchłań. Ziemia ciągle się

rozrastała... Świeciła jednak pustką i martwotą, jakby była gigantyczną Nawią. Rozgniewany daremnym wysiłkiem Mroczny Brat wypluł resztkę morskiego mułu, tworząc w ten sposób jałowe skały i rozległe bagniska. Przebudziwszy się, Białobóg, owładnięty nową wizją, zaczął stwarzać rośliny i zwierzęta, Czarnobóg zaś naśladował go, usiłując mu dorównać. Psuł jednak doskonałość stworzenia. Gdy Jasny stworzył różę, Mroczny dodał ciernie, gdy powstała słodka malina, wyrósł też zaraz piołun, a pierwsze zboża wnet zaczęły oplatać chwasty... Podobnie było ze zwierzętami. Jasny tworzył owce, Mroczny wilki, jeden pszczoły, drugi osy, jeden motyle, drugi komary, pierwszy nieszkodliwe węże i pożyteczne płazy, tamten jadowite żmije i smoki... Tak powstały też dzienne i nocne stworzenia. Świat zatem pozostał dwoisty, w wiecznych zmaganiach między Jasnością a Ciemnością... Zerknął badawczo na wychowanka. Ten słuchał pilnie, kiwając od czasu do czasu głową na znak, że pojmuje sens opowieści. - Kiedy tak bogowie wspólnie tworzyli świat, zdali sobie nagle sprawę, że brakuje istot będących jak oni, ich obrazem i podobieństwem. Wtedy to z ziemi obmywanej morską pianą wyłoniła się Wielka Matka, cudna bogini Mokosza. Białobóg pokochał ją i wziął sobie na małżonkę. Z tego związku zrodzili się jaśni bogowie: nasz Świetlisty Sweistiks-Swarożyc, Jarowit, Strzybóg i inne stworzenia, jak rusałki, wiły czy skrzaty. - A jak powstali ludzie? - odważył się przerwać młodzieniec, zadając nurtujące go od dłuższej chwili pytanie. Kriwe skrzywił się, z lekka zakłopotany. - Różnie powiadają... Być może z boskiego nasienia, które spadło na rodzącą wszystko wilgotną glebę... Niektórzy nauczają, że to Czarnobóg uformował z gliny pierwszego człowieka, a Jasny Brat tchnął weń duszę... Dlatego po śmierci duch ulatuje z ciała, które wraca do ziemi. Dzieło tworzenia jest wielką tajemnicą i tylko wielkie umysły są w stanie

przeniknąć je odrobinę... Czarnobóg nadal zazdrościł bratu, zwłaszcza twórczej miłości. Wówczas stało się to, o czym nie mówi się malcom... - Dlaczego? - zdziwił się chłopak. Między krzaczastymi brwiami kapłana pojawiła się pionowa zmarszczka, chociaż na bladych wargach zaigrał dwuznaczny uśmieszek. - Nie wypada mącić w głowach niedojrzałym umysłom zdradami i miłostkami bogów... Kiedy Białobóg budował Prawię, siedzibę jasnych bóstw, Mroczny przybrał postać swego brata i w takim magicznym przebraniu zwiódł boską małżonkę. Pramatka legła z nim i spłodzone zostały mroczne bóstwa: Chors, Weles oraz rozmaite paskudne istoty, jak zmory albo demony. Gdy podstęp się wydał, Białobóg zawrzał straszliwym gniewem. Wtedy właśnie rozegrał się wielki bój Światła z Ciemnością, którego ślady dźwiga świat do tej pory. Białobóg stał się Perunem, srogim wojownikiem z błyskawicową włócznią. Czarnobóg wcielił się w Mrocznego Żmija, przerażającego smoka, pochłaniającego światłość jak niezgłębiony cień. Ich napowietrzna walka wstrząsnęła ziemskimi posadami. Góry plunęły ogniem, całe pasma zapadały się, tworząc pustynie, rzeki zawróciły swój bieg, wylewając i tworząc nowe koryta, a różnorodne stworzenia, zamieszkujące boskie dziedziny, spłonęły niczym suche badyle lub, zamienione w odrażające stwory, skryły się w wodnych głębiach albo błąkają do dzisiaj po jałowych pustyniach Nawii, złe i wrogie żywemu światu. Taka była cena zwycięstwa. Perun zdołał bowiem pokonać ciemnego rywala i strącić piorunami w otchłań. Spętał go czarodziejskim łańcuchem i przykuł do ogromnego słupa, który nazywają Osią Wszechświata lub Bożym Drzewem Żywota, wczepionym korzeniami w najgłębsze ziemskie czeluście i podtrzymującym swą jasną koroną okrąg świata Jawii, w którym żyjemy. Ziemia trzęsie się czasem, gdy Czarnobóg szarpie się, pragnąc się uwolnić. Mroczny Brat komunikuje się ze światem na powierzchni poprzez swoich synów, Chorsa i Welesa, nękając

śmiertelników za pomocą podległej im armii strzyg, upiorów i wilkołaków, emanujących cząstką jego podziemnej potęgi. Gwoli ścisłości warto dodać, że sprawiedliwy Perun poprzestał na tym, nie mszcząc się na nieprawych potomkach za winy ojca. Przydzielił mrocznym bóstwom odpowiednie dla nich dziedziny, utrzymując w ten sposób chwiejną równowagę wszechświata. Naruszyć ją może jedynie Wybranka z proroctwa zawartego w ostatniej Pieśni Słowana. - Znasz, mistrzu, to proroctwo? - spytał zaintrygowany uczeń. Kriwe skinął twierdząco siwą głową. Wyrecytował śpiewnie, robiąc pauzę po każdej frazie: Gdy wypełni się tysiąclecie, zjawi się Wybranka, zbrojna potrójną mocą Wielkiej Bogini. Słonecznym młotem skruszy okowy i wyzwoli Władcę Ciemności. A świat stanie się wielkim zamętem i krzykiem. Milczeli chwilę, zadumani. - Wraży czerniec, który spalił przed laty święty dąb u naszych sąsiadów, chciał zapewne zniszczyć ukryte w nim bukowe tabliczki - dodał po chwili starzec zwykłym, skrzypliwym głosem. - Przeliczył się jednak, nędznik. Słudzy Jezu Krysta tropią Pieśni ze szczególną zajadłością. Boją się najwyraźniej zapowiedzi całkowitej klęski... Słyszałem, że w ich świętych księgach znajduje się podobna przepowiednia. Przebywałem wtedy w gościnie u kunigasa Niedamira i wraz z innymi kapłanami przysłuchiwałem się zwodniczym naukom obcego. Przed snem miałem objawienie, zesłane na pewno przez Światłość. Czym prędzej

wydobyłem z dziupli tabliczki i przeniosłem je tutaj. Ukryłem w miejscu, którego krystowiercy nigdy nie odnajdą - dorzucił z przebiegłym grymasem. - Świat stanie się zamętem i krzykiem... - powtórzył cicho Andaj. - Tego chce pani Żywia? Kapłan wzruszył lekko ramionami. - Przede wszystkim chce pokonać wroga. Jest zdeterminowana, doprowadzona do rozpaczy niekończącą się walką. Pragnie zemścić się ostatecznie na wyznawcach Jezu Krysta, przez których wiele wycierpiała... Lecz cena takiego zwycięstwa może okazać się zbyt wysoka. - Świat się pogrąży w otchłani? - wypytywał z lękiem młodzieniec. - Stanie się martwy jak Nawia? Nasze lasy uschną, a my się zmienimy w upiory? Kriwe pokręcił głową. - Nikt tak naprawdę nie wie, co się stanie... i co oznacza uwolnienie Czarnoboga. Żywia jest mądrą kobietą, potężną Widzącą, lecz podjęła niebezpieczną grę... stąpa na krawędzi przepaści. - Podziwiam jej odwagę - wyrwało się młodzieńcowi ku jego własnemu zaskoczeniu. Ma serce wojowniczki. - Widzę, że potrafi oczarować nawet na odległość... - zauważył kapłan nieco sarkastycznie. - Nie cofnie się przed niczym, by doprowadzić do końca swój zamysł. Bardzo zależało jej, bym przybył do Arkony - zaznaczył. - Zawsze wielce mnie poważała, wiedząc, że za młodu nauczałem jej matkę... Ale nawet gdybym tam był, niczego by nie zyskała. - Nie poparłbyś jej? - domyślił się chłopak. - Nie mógłbym, Andaju - potwierdził cicho starzec. - Obaj jesteśmy sługami Świetlistego... Przenigdy słudzy Jasności nie połączą się z demonami, nawet jeśli stawką są

dalsze losy naszego świata... - Rozumiem - stwierdził łowca, znów marszcząc czoło. - Może jednak miała rację? Czeka nas nieuchronna klęska, ponieważ brak nam jedności? Kriwe nie odpowiedział, zapatrzony w ogień. - Myślisz, że wie, gdzie szukać czarodziejskiego Drzewa, do którego Perun przykuł Mrocznego Brata? - spytał zaciekawiony młodzik. - Jeśli nawet jeszcze tego nie wie - rzekł z przekonaniem kapłan - z pewnością znajdzie sposób, by się dowiedzieć. - Wspaniała kobieta - wyrwało się znowu młodemu. - Dzielna, mądra i piękna jak bogini, której służy. Chciałbym ją kiedyś spotkać. Stary mistrz przeszył go bystrym spojrzeniem. - Skoro tego chcesz - rzekł dobrodusznie - mogę spełnić twoje życzenie, Jary Królu. Andaj uniósł jasne brwi. - Jak to? - O świcie wyruszysz w podróż - oznajmił kapłan. - Pojedziesz do Krainy Mazowszan, by pozdrowić ode mnie wielką kapłankę Żemine i jeśli się zgodzi, towarzyszyć jej w niebezpiecznej wyprawie. Oczy młodzieńca błysnęły w pierwszej chwili radośnie, lecz zaraz przybrały chmurny wyraz. - Co cię smuci? - zapytał życzliwie mentor. - Czyżbyś się wahał? Chyba się nie boisz? - Nie, to nie to - zaprzeczył Andaj. - Chcę ujrzeć daleki świat, lecz martwi mnie zarazem, że muszę opuszczać las, w którym żyłem szczęśliwie... Gdybym chociaż mógł zabrać ze sobą nasze boskie bliźnięta... Zerknął na starego jak dzieciak dopraszający się ulubionej zabawki, ten jednak

energicznie zaprzeczył ruchem siwej głowy. - Taką podróż musisz przeżyć sam - oznajmił twardo. - Boran i Borana zbyt głęboko wrośli w tę ziemię, by wędrować po obcych światach. Są zresztą potrzebni tutaj, muszą bronić swego szczepu. Tylko samotna walka kształtuje prawdziwego witezia. Gdy wrócisz, doświadczony i mężny, zbudujesz dla mnie godny stos pogrzebowy i staniesz się nowym wodzem-kapłanem Synów Drzew... - Znów mówisz o śmierci, mistrzu - zauważył sposępniały młodzik. - Jest przecież naturalną częścią życia - oświadczył pogodnie starzec. - Nie znam języka Ludu Słowa - uświadomił sobie nagle Andaj, na poły już pogodzony z Losem. - Jak się z nimi dogadam? - Coś na to poradzimy - odparł mag, sięgając za pazuchę. Wydobył medalion i pokazał go wychowankowi. Odblaski świętego ognia zatańczyły na płasko oszlifowanej bursztynowej płytce, zawieszonej na zwykłym rzemyku. Bursztyn miał kształt miniaturowej tarczy Swarożyca, pokrytej czarodziejskimi runami. - Co to jest? - odważył się spytać młodzieniec, wpatrując się z ciekawością w błyszczący artefakt. - Kropla słonecznej mocy zaklęta w żywicy pradawnego drzewa - wyjaśnił Kriwe. Amulet Jasnego Słowa. Zawiesił go na szyi młodzieńca. - Dzięki niemu będziesz mógł rozmawiać wszystkimi językami i przez wszystkich być rozumiany - objaśniał dalej - a nawet czarować obcych słuchaczy swą pieśnią... W decydującej chwili może ci się niezmiernie przydać. Łowca zamrugał zdumiony. - To znaczy?

- Kiedy znajdziesz się w najgłębszej otchłani - odparł cicho stary mag - ciśnij go w samą źrenicę Ciemności... Jeśli uznasz, że należy tak zrobić. Andaj wpatrzył się natarczywie w oczy mentora. - Tak właśnie mam uczynić?... Zniweczyć plan pani Żywii?... To mi doradzasz, mistrzu? Starzec wyciągnął drżącą dłoń i długimi, lekko zakrzywionymi palcami zburzył pieszczotliwie jasne, kunsztownie pozaplatane kudły wychowanka. - Zdaję się na twój osąd... Sam będziesz wiedział najlepiej... Podpowie ci twoja mądrość. Młody parsknął przekornym śmiechem. - Moja mądrość?! Oby się tylko zjawiła... Kriwe machnął dłonią, znów jakby trochę zniecierpliwiony. - Wracaj na łąkę, pożegnać się z przyjaciółmi - doradził rzeczowo. - Skoro świt pojedziesz do dworzyszcza kunigasa Niedamira. Jak już wspomniałem, przebywa tam wysłannik od pani Żywii, z którym wyruszysz do Płocka. Powiesz księżnej-kapłance, że przysyłam jej świeżą krew zamiast niedołężnego starucha - poinstruował młodzieńca z przewrotnym błyskiem w oku. - Mam nadzieję, że się polubicie z mazowieckim wojem, skoro czeka was wspólna droga, a może też wspólna walka. Jest nieco starszy od ciebie, dzielny, zaprawiony w bojach z Rusami i inną chrześcijańską zarazą... Sądzę, że znajdziesz w nim bratnią duszę. Nazywa się Mścigniew. Słońce już zaszło i święty gaj pogrążył się w mroku, kiedy Andaj wracał na Strawę, prowadzony przez zaklęty ognik. Miał tylko jedną noc, by nacieszyć się tymi, z którymi spędzić chciał całe życie. Nie żałował, że wyrusza w wielką podróż, szkoda mu było tylko wspaniałej Nocy Ligo, którą Lud Słowa nazywał Kupałą. Za każdym razem tak się jakoś

dziwnie składało, że szukali kwiatu paproci we trójkę. Wybrańcy bogów: Andaj, Boran i Borana. Stanęła na skraju wyniosłego cypla, obmywanego spienionymi falami. Szczyt wzgórza tonął w krwawej purpurze zachodzącej Tarczy Swarożyca. Zapowiedź krwawych bojów. Myślała o niezbadanych jeszcze, niebezpiecznych krainach, które musi odwiedzić, zanim jej Dola spełni się do końca. Gdzieś tam, na morskim dnie spoczywało zatopione miasto, które zawsze pragnęła zobaczyć. Tylko jeden krok dzielił ją od Nawii, która wciąż na nią czekała. Wystarczyło rzucić się w dół... Gdyby nie syn... Wiatr od morza wyciskał jej łzy z oczu i rzucał na zatracenie. Zmierzch ogarniał powoli Arkonę. Gasnące krwawo słońce i szary, posępny zmierzch. Taka chwila musiała kiedyś nadejść. Nic tu po niej. Kapłani jasnych bóstw rozwiali jej nadzieje na stworzenie magicznej jedni. Tępi, bezużyteczni głupcy... Trzeba jak najszybciej wrócić do Płocka i przygotować się do wyprawy. Postać Widuna wyrosła tuż za nią nagle, bezszelestnie, jak zwodnicze, szarawe widmo, zbudowane z cmentarnej ziemi i pyłu. Wyczuła jednak jego obecność. - W najtrudniejszych chwilach życia człowiek zawsze pozostaje sam - powiedziała z goryczą, nie oglądając się. - Nie tym razem - zaprzeczył. - Jestem z tobą. - Nie pomogłeś mi, kiedy najbardziej tego potrzebowałam - syknęła, zaciskając usta. - Nie pomogłem - przyznał sługa Welesa. - Nawet gdybym jednak spełnił twoje oczekiwania, niczego by to nie zmieniło. Nie przekonałbym pozostałych. Milczeli chwilę. Guślarz zaczął przebierać palcami w wyrzeźbionych z ludzkich kości, maleńkich czaszkach, zdobiących rytualny naszyjnik. Cichutki grzechot niknął w poszumie

fal. - Nieszczęśnicy... - powiedziała wreszcie. - Bezwolnie zmierzają ku klęsce. Nie zrobią niczego, by ją powstrzymać. Nie rozumieją, że już są zgubieni. Najbardziej zawiódł mnie arcykapłan. Czuje się bezpieczny za wysokimi wałami, chroniony przez trzystu wojowników. Złudna pewność... Tyle lat leczył rany i zamawiał choroby, a teraz nie potrafi uzdrowić samego siebie. Widun zerkał na nią spod oka, kontemplując łabędzią szyję, kunsztowne sploty złotych włosów i szlachetny zarys profilu. - Chciałabyś, żeby nocą dosiadał białego rumaka Świętowita i ze srebrną włócznią galopował po niebie, szukając zaprzańców i innych zbrodniarzy, by sprawiedliwie ich pokarać, rażąc Perunowym gromem - zasugerował z delikatną ironią. Obejrzała się przez ramię, wyczuwając mrowienie na karku. - Tak być powinno - rzekła. - Tak bywało dawniej. - Dawniej tak - potwierdził gorzko - ale to już nie wróci. Magia Arkony słabnie... tak jak moc naszych kapłanów. - Stary, zmęczony człowiek, któremu niewiele życia zostało... - podjęła po chwili kapłanka, myśląc wciąż o Bogowicie. - Nic dziwnego, że mało go już obchodzi, co stanie się z nami wszystkimi. - To chyba nie tak - sprzeciwił się guślarz. - Podobnie jak inni, nie potrafi pokonać ograniczeń swego umysłu. - Ty jednak potrafisz - zauważyła. - To co innego. - Jak to? - Mój umysł nie zna ograniczeń - odparł, szczerząc zdumiewająco w jego wieku

doskonale zachowane, równe, śnieżnobiałe zęby. - Ich myśli paraliżuje strach! - krzyknęła oskarżycielsko. - Nie strach - znowu sprzeciwił się Widun - tylko odpowiedzialność. - Piękna odpowiedzialność, która wiedzie do katastrofy! - sarknęła, konwulsyjnie zaciskając pięści. Guślarz nie odpowiedział. Czekając, aż kobieta się uspokoi, zrobił krok do przodu i stanął obok niej. Obserwował uważnie jej twarz i ze zdumieniem zauważył, jak na ustach kapłanki wykwitł po chwili niemal pogodny, choć zaprawiony nutą goryczy uśmiech. Ostatnie promienie zachodzącego krwawego słońca oblały jej policzki purpurą. Pasący się w pobliżu biały koń Świętowita zarżał radośnie. - O czym myślisz, pani? - zapytał z ciekawością Widun. - Przypomniałam sobie, jak w Noc Kupały przepowiedziałeś, że urodzę władcę Mazowszan - odpowiedziała. - Nie dodałeś jednak, jak wielką będę musiała za to zapłacić cenę... - Każdy człowiek musi sam się o tym przekonać - wyjaśnił wróżbita, unosząc brew. Przyszłość jest w wiecznym ruchu, my zaś widzimy jedynie zarysy wydarzeń. Ludzka Dola bywa kapryśna, podobnie jak wola bogów. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - Może po prostu nie chciałeś mnie straszyć. Byłam taka młodziutka... - Nie chciałem - potwierdził beznamiętnie. - A teraz wspominam chwilę, gdy poznałam cię bliżej i zawarliśmy pakt... Wiatr porywał jej słowa, unosił w daleki czas i odległą przestrzeń. 3. Książę i zakonnica (1025) - Pochwaleni niech będą święci! - zawołała siostra Donata, wznosząc obie dłonie ku

niebu. W duchu dodała: Matko Ziemio, udziel mi swojej mocy. Udawała radość z powodu wieści, usłyszanej od księcia Mieszka, lecz naprawdę ucieszył ją widok syna, siedemnastoletniego młodzieńca. Miecław zmężniał i wyprzystojniał, pomyślała z czułością, śledząc kątem oka, jak przemykał zaaferowany za otwartymi szeroko drzwiami sali biesiadnej. W paradnym stroju dworzanina wyglądał na starszego, niż był w istocie. Nad górną wargą sypał mu się już pierwszy wąs, lecz policzki pozostawały wciąż gładkie i krągłe jak u chłopca. Nawoływał sługi, wydając polecenia ostrym, nie znoszącym sprzeciwu tonem. Całkiem jak ojciec, uznała z satysfakcją. Stary książę Bolesław, wielce łaskaw dla młodzika o niepewnym, tajemniczym pochodzeniu, o czym różnie na dworze powiadano, uczynił go niedawno cześnikiem i chłopak zdawał się tym być niezmiernie przejęty. Nie zauważył na razie mniszki, skromnie czekającej w cieniu wielkiego przedsionka. Następca tronu, Mieszko Lambert, podówczas trzydziestopięcioletni, na wpół odziany w odświętne szaty, miotał się niespokojnie po sieni niczym zwierz w klatce. Powody jego zachowania były jednak całkowicie odmienne niż u Miecława. - Powiadasz, książę, że nasz ukochany władca poczuł się lepiej? - zagadnęła znów miękkim, miodopłynnym tonem, jakiego nauczyła ją bogini. Już siedemnaście lat przebywała w poznańskim klasztorze, gorliwie ćwicząc się w ostentacyjnej pobożności i pracowicie awansując w zakonnej hierarchii. Dobrze poznała łacińskie pisma i wszelkie odpychające niedorzeczności obcej wiary. Równocześnie zgłębiała wiedzę tajemną i umiejętności medyczne, dlatego też często bywała ostatnio na dworze w Gnieźnie, ceniona jako uzdrowicielka i powiernica pałacowych sekretów. Habit chronił ją przed posądzeniem o czary, różaniec przed torturami i stosem.

- Owszem - potwierdził mężczyzna, zatrzymując się chwilę. - Mój pan ojciec wstał dzisiaj z łoża o własnych siłach, nadspodziewanie rześki. Zażądał jadła i wina... a to zawsze był dobry znak. Rana prawie całkiem się zagoiła... W jego pociągłym, ozdobionym rzadką, czarniawą bródką, niezbyt powabnym obliczu, próżno byłoby jednak szukać objawów radości. Oczy miał rozbiegane i przygryzał nerwowo wargę. Ten w niczym się nie wdał w rodzica, pomyślała zgryźliwie Donata. Nie jest także podobny do matki, zauważyła. Nieboszczka Emnilda nie była szczególnie piękna, ale jednak... W nikogo się nie wdał, odmieniec, zakonkludowała z odrazą. - Więc moje modły do świętego Idziego Wspomożyciela zostały wysłuchane? zawołała, składając dłonie nabożnie. - Szczęsne nowiny! - Nalega, by ceremonia odprawiła się jeszcze dzisiaj - mruknął następca. - Stąd ten rozgardiasz... Wszyscy potracili głowy. - Bo wiedzą, że jeśli się nie sprawią dobrze, utracą je rzeczywiście - wyrwało się zakonnicy, nim zdążyła się ugryźć w język. Mieszko spojrzał na nią jak na jakieś zagadkowe, nieznane stworzenie. Nie spodziewał się takich uwag po zawsze zrównoważonej, cichej Bożej służce. Wiedział, do czego pije. Był to czas, kiedy jedno nierozważne słowo, wypowiedziane podczas uczty czy nawet zwykłej rozmowy, mogło zgubić człowieka. - Chyba i na mnie podziałał nastrój tej niezwykłej chwili - mruknęła z dwuznacznym uśmieszkiem, jakby próbując się usprawiedliwić. Była wściekła na siebie. Musi nauczyć się lepiej maskować prawdziwe uczucia. Jakaż ona piękna, pomyślał nagle książę. Ojciec postąpił nieludzko, zamykając ją w monasterze. Jak to dobrze, że pozwolił jej czasem nawiedzać dwór... i widywać potomka. Potrafi leczyć, zna się na ziołach, ma dar. Jest przy tym zbyt pobożna, aby być wiedźmą.

Mogłaby uszczęśliwić każdego mężczyznę. W Poznaniu się tylko marnuje... Chrząknął, zakłopotany i pełen winy. Potrząsnął głową, jakby próbował przegnać z niej grzeszne myśli. - A jakże się miewa moja najstarsza siostra... ksieni Pulcheria? - wybawił oboje z konfuzji. - Sądziłem, że przyjedzie razem z tobą. - Niestety, ostatnio coraz z nią gorzej - szepnęła, rozglądając się na boki, czy nikt niepowołany nie słyszy. - Od czasu, gdy dowiedziała się o niedomaganiu ojca... sama zachorzała. Obawiam się, że szwankuje jej także umysł... - dorzuciła z doskonale udanym smutkiem. - Zawsze była słabego umysłu - stwierdził bezlitośnie Mieszko. - Tak słyszałem, bo pamiętam ją bardzo mgliście. Od dawna jej nie widziałem... - Nasz konwent jest dla niej całym życiem - powiedziała dość dziwnym tonem, jakby to potępiała. - Nie nęcą jej światowe sprawy... - A ciebie... siostro Donato? - zapytał, nie mogąc się powstrzymać. Nieco się zmieszała, lecz zaraz jej twarz odzyskała zwykły, pogodny wyraz. - Staram się być pomocna tam, gdzie mnie potrzebują - odparła z ujmującą prostotą. Z biesiadnej rozległ się łoskot spadających na podłogę dzbanków i gromkie przekleństwo Miecława. Książę i zakonnica spojrzeli w stronę otwartych drzwi. Świeżo kreowany cześnik właśnie się w nich pojawił. Zaciskał dłonie na ozdobnym pasie, twarz miał zagniewaną. - Opieszali, gnuśni służalcy! - mruknął do siebie. - Wszystkiego muszę dopilnować sam! Zobaczył Donatę i złość zniknęła natychmiast z jego oblicza, jak śnieg topniejący na wiosnę. Podszedł szybkim krokiem i zgiął się w kornym ukłonie, kładąc rękę na sercu.

- Witaj... matko - powiedział z wahaniem, zerkając spode łba na księcia. - No, jesteśmy tu przecież jakby w rodzinie - zażartował następca, popatrując na młodzika życzliwie. Ostatecznie młody dworzanin był jego przyrodnim bratem, jakkolwiek z nieprawego łoża. Zawsze układny, zręczny, uczynny bastard umiał zdobyć zaufanie i pozyskać sympatię następcy. Mieszko Lambert wolał go od swego rodzonego, młodszego brata, Ottona, ponurego, zawistnego świętoszka. Ten miły chłopak przynajmniej nie stanowił dlań zagrożenia, skoro nie mógł stać się nigdy pretendentem do tronu. Nie wyglądało zresztą na to, by kiedykolwiek zaświtały mu w głowie podobne ambicje. Matka ucałowała pochylone czoło Miecława. - Długo marzyłam o tej chwili - szepnęła. Spotkanie z synem wyraźnie ją wzruszyło, lecz na dnie tych słów czaiło się jakby podwójne znaczenie. Młody dworzanin wyczuł to natychmiast. - O chwili koronacji? - zapytał przekornie, prostując się i spoglądając przenikliwie na matkę. - O naszym spotkaniu - odparła wymijająco. Sięgnęła do sakiewki i wydobyła z niej niewielkie puzderko. - Sporządziłam maść wielce skuteczną na rany - oznajmiła. - Dopilnuj, synu, by jeszcze dzisiaj sługa wtarł ją w udo naszego pana... - dodała z naciskiem. - Wybawi go od cierpień raz na zawsze. Następca tronu zrobił zdziwioną minę. - Doceniam troskliwość siostry, lecz mówiłem, że rana prawie zagojona... Miesiąc wcześniej staremu księciu przydarzyła się zła przygoda na polowaniu. Gdy zapędził się zbyt daleko samotnie w leśne ostępy, nagle nie wiedzieć skąd wyskoczył

ogromny wilk i wczepił się kłami w udo monarchy. Bolesław dźgnął basiora oszczepem. Zwierz rozwarł straszliwe szczęki i umknął w głąb boru, wściekle skowycząc. Ranę opatrzono, lecz długi czas jątrzyła się i nie chciała zabliźnić, noga wciąż była spuchnięta i utrudniała chodzenie, nie mówiąc o wsiadaniu na koń. Zaczęto obawiać się o zdrowie, a nawet życie władcy, który i bez tego słabł ostatnio dosłownie w oczach. W końcu miał już swoje lata... - Nie zawadzi wspomóc naturę - odpowiedziała ze słodyczą Donata - a może skończą się nasze kłopoty. Miecław bez słowa ukrył puzderko. Książę mógłby przysiąc, że wymienili z matką porozumiewawcze spojrzenia. Nie miał czasu nad tym się zastanowić, bo właśnie w owej chwili rozwarły się z trzaskiem drzwi do komnat niewieścich. Stanęła w nich niewysoka, szczupła blondynka we wspaniałej, skrzącej się od klejnotów, wyszywanej złotem, bladoniebieskiej sukni. Dobrze pasowała do jej jasnych włosów i bławatkowych oczu. Zmierzyła rozmawiającą w przedsionku trójkę lodowatym spojrzeniem. Drgnęli mimowolnie, jak przyłapani na spiskowaniu. Była to Rycheza, niemiecka małżonka następcy tronu i matka ich jedynego syna, Kazimierza Karola. - Zwariuję przez tę idiotkę! - syknęła z irytacją. Mieszko podszedł do niej zaniepokojony. - O kim mówisz, moja droga? Próbował wziąć ją za rękę. Cofnęła dłoń. - O naszej młodziutkiej macosze - odparła niechętnie. - Powiada, że nie pójdzie na mszę ani nie weźmie udziału w ceremonii.

- Pani Oda? - zdziwił się książę. - Dlaczego? Co się stało? - Zła, że nie zostanie królową - wyjaśniła księżna z jadowitym uśmiechem. - Zła, że musiała przyjechać do barbarzyńskiego kraju, by wyjść za kilkakroć starszego dziada... Zła o Predysławę... Przy tym imieniu Miecław zadrżał i zmienił się na twarzy, lecz spostrzegła to tylko jego rodzicielka. Oboje księstwo nigdy nie zwracali uwagi na uczucia osób niższego stanu. - Obrażona na cały świat... - mówiła dalej niemiecka pani. - Głupia saska margrabianka... Rozpieszczona smarkula! Wymownym gestem wskazała za siebie. Z głębi komnaty dobiegało histeryczne szlochanie. Mieszko Lambert zmarszczył brwi, stropiony. - Hm, co tu począć? Pan ojciec na pewno o nią zapyta... - Gdyby świętej pamięci Emnilda wstała z grobu - zauważyła ironicznie Rycheza wiedziałaby, jak przemówić do rozumu tej młódce. Wytłumaczyłaby, jakie są obowiązki żony monarchy. Mnie nie chce słuchać. - Może ja z nią pogadam? - rzucił bez przekonania mąż. - Ciebie tym bardziej nie zechce wysłuchać, mój panie - odparła z przekąsem małżonka. - Jesteś dla niej na razie tylko nazbyt podstarzałym pasierbem. Rozłożył bezradnie ręce. Zakonnica ścisnęła tymczasem ukradkowo ramię potomka. - Później porozmawiamy - szepnęła ledwie dosłyszalnie. - Wracaj do swych obowiązków. I pamiętaj o maści. Miecław skinął głową i wrócił do jadalni użerać się ze sługami. Siostra Donata podeszła do książęcej pary.

- Może zechce wysłuchać oblubienicy Chrystusa? - zaproponowała nieśmiało. Spróbuję ją przekonać, by odrzuciła zgubną dumę. Rycheza skrzywiła się mimowolnie. Nie przepadała za tą wścibską, przymilną mniszką. Intuicyjnie wyczuwała w niej jakiś fałsz. Pod zakonnym przebraniem skrywała naturę szczwanej, wyrachowanej lisicy. I choć to zakrawało na kompletny nonsens, niemiecka dama uważała ją za swoją rywalkę. Może dlatego, iż krążyły na dworze plotki, że urodziwa Donata była niegdyś kochanką starego księcia. Podejrzewała, że choć nie pierwszej młodości, nie jest też obojętna jego następcy. Tym razem jednak rozum zwyciężył nad emocjami. Księżna powściągnęła odruch niechęci i zdobyła się na grymas wyrażający ulgę. - Doprawdy, siostra spada nam jak z nieba - stwierdziła obłudnie. - Sam Bóg cię zesłał... - Do usług wielmożnej pani - odpowiedziała cichutko Donata, spuszczając skromnie oczy. Przede wszystkim chciała uniknąć badawczego spojrzenia Mieszkowej małżonki. Lepiej, by nie wiedziała, jaki bóg mnie tu przysłał, zaśmiała się w duchu. - Chodźmy zatem - poleciła Rycheza. - Czas płynie nieubłaganie, coraz go mniej. - Mam iść z wami? - spytał niezdecydowanie Mieszko. - Nie - zaprzeczyła twardo żona. - Same damy sobie radę. Idź do siebie i dokończ się przyodziewać - rozkazała jak jakiemuś pachołkowi. Już za progiem komnaty niewieściej skinęła na strażnika, by zamknął drzwi przed nosem następcy i nie dopuszczał od tej chwili nikogo. - Nie chcę!... Nie pójdę!... - łkała Oda. Półleżąc na wyściełanej miękkimi kobiercami ławie, kryła zapłakaną twarzyczkę pod

gęstwą rudawych, potarganych loków, w które wczepiała palce obu dłoni. - Uspokój się, moje dziecko - rzekła do niej łagodnie zakonnica. - Uspokój się i wyznaj, co cię trapi. - Och, matko Donato! - jęknęła młoda dama, rzucając się w objęcia mniszki, jakby ta rzeczywiście była jej matką. - Dlaczego moi krewni wydali mnie za tego... okrutnego starca! - Jesteś zakładniczką pokoju - wtrąciła zimno Rycheza. - Podobnie jak ja. Oda podniosła na nią załzawione oczy. - Ty jednak przynajmniej wyszłaś za następcę tronu - stwierdziła, wciąż pochlipując. Dostałaś młodego księcia. A ja... Donata pogładziła czule jej rude pukle. - Taki nasz los niewieści - wyjaśniła smutnym, współczującym tonem. - Nie władamy sobą. O tych sprawach decydują ojcowie i bracia. - Dlaczego nie mogłam wyjść za Ottona - narzekała saska margrabianka. - Gdy Bolesław przysłał do nas w swaty młodszego syna, myślałam... miałam nadzieję, że... - Nikt od nas nie oczekuje myślenia - wtrąciła znów ostro żona Mieszka Lamberta. Mamy spełnić swój obowiązek. Z nakazu ojca Otto poświęcił się wyższym celom. Walczy z wrogami prawdziwej wiary Z wrogami prawdziwej wiary... - powtórzyła w myślach Donata. Najmłodszy syn Bolesława przewodził ścisłej grupie zaufanych drużynników, używanych do specjalnych poruczeń, zwłaszcza gdy chodziło o poskromienie nadmiernych ambicji możnych potomków dawnych szczepowych książąt. Srogi władca stworzył ten oddział z młodszych możnowładczych synów, odsuniętych przez pierworodnych od dziedziczenia. Zabierał ich spod władzy ojców i wychowywał specjalnie w klasztorze międzyrzeckim, z dala od dworu. Uczono ich tam nienawiści do najbliższych krewnych,

zwłaszcza tych, którzy mieli potajemnie trzymać się rodzimej wiary. Monarcha tępił surowo wszystko, co uważał za przejaw tęsknoty za „dawną, wilczą swobodą” starych rodów, stawiając w tym względzie na młode pokolenie malkontentów. Dwaj zaufani rycerze z dworu Rychezy, Embrych i Romer Starkhar, zajęli się militarną stroną przedsięwzięcia, opiekę duchową nad „świętymi młodziankami” sprawował zaś kulawy czerniec, ojciec Lucjusz. Donata wypatrzyła kiedyś bystrym okiem, że złowrogi kuternoga nosił pod habitem dziwny medalion: miecz wbity w płonące serce. Słyszała coś niecoś o tajemnej organizacji w łonie Kościoła, mającej się zwać Gladius Dei, lecz niewiele udało się jej jak dotąd wyśledzić. Każde, nawet najbardziej przebiegłe pytanie natrafiało na mur milczenia. W każdym razie owi „święci młodziankowie” wsławili się w ciągu ostatnich dziesięciu lat niesłychanymi zbrodniami i okrucieństwami. Na co dzień żyli niemal w klasztornym odosobnieniu, odizolowani od zwykłych ludzi, a szczególnie od kobiet. Jeśli splamili się jakąkolwiek niesubordynacją, książę karał ich osobiście, chłoszcząc niemiłosiernie w łaźni. Idąc za radą czerńców, nazwał sforę tych wściekłych, krwawych fanatyków Zakonem Wytrwałości, chociaż zwano ich powszechnie Pańskimi Psami lub krystowiercami. Z czasem zresztą to obelżywe miano przylgnęło w ogóle do chrześcijan, zwłaszcza w ustach tych, którzy mieli prawo czuć się skrzywdzeni nowymi porządkami. Wszędzie, gdziekolwiek się pojawili zbrojni obrońcy krzyża, wzbudzali lęk i nienawiść, uważani za renegatów. Nie służyli już swym rodzinom, stając się własnością księcia. Byli obcy wśród swoich. Pobożni kronikarze zapewne przemilczą ich czyny, a może nawet istnienie, skonstatowała zgryźliwie w myślach siostra Donata. Zabraknie dla nich miejsca w Annales, spisywanych na dworze arcybiskupa gnieźnieńskiego czy na dworze księżnej Rychezy. Nie pasują do radosnego nawrócenia Ludu Słowa na „prawdziwą” wiarę, trzeba więc będzie przekłamać nasze dzieje. Oczywiście w odpowiednim duchu...

- Musimy poddać się woli naszego pana - podjęła dwuznacznie zakonnica. - Wszelka władza pochodzi od Boga... - Tak, wiem, wszyscy mi to ciągle powtarzają - syknęła ze złością Oda. - Lecz ten stojący nad grobem dziadyga mógłby mi chociaż wynagrodzić trudy małżeństwa... Dlaczego nie chce mnie koronować?! - wrzasnęła, wyciągając oskarżycielsko palec w stronę ściany, za którą zaczynały się męskie komnaty. - Taka zniewaga dla mnie i mojej rodziny!... - zaczęła znów lamentować. Widać było, że odmowa starego męża dotknęła ją do żywego, zraniła rodową dumę i zapewne była prawdziwą przyczyną jej buntu. - Cóż - odparła ostrożnie Donata - widocznie uważa, że jesteś zbyt młoda... - Uważa, że jestem niegodna! - krzyknęła z pasją Oda. - Starej pani Emnildzie na pewno by nie odmówił! - Nie próbuj walczyć z nieboszczką - doradziła jej życzliwie mniszka. - To walka z góry skazana na niepowodzenie. Bolesław kochał ją prawdziwie... - Zawsze kochał tylko swą władzę - prychnęła gniewnie Saksonka. - A do tego wszystkiego wciąż trzyma przy sobie tę ruską zdzirę... Siedzi na ucztach wystrojona i obsypana klejnotami... Na mój srom i poniżenie! Obecność Predysławy na dworze księcia Polan wprawiała wszystkich w zakłopotanie. Dla jednych była prawdziwym zgorszeniem, dla innych żywym wyrzutem sumienia. Siedem lat wcześniej stary książę ruszył na Kijów, urażony, że kniaź Jarosław odmówił mu ręki swej siostry. Szlak owej karnej ekspedycji znaczyły łuny pożarów i wrzaski mordowanych. O tym, co wyprawiała Bolesławowa drużyna w zdobytym mieście, wypadało jak najszybciej zapomnieć. Bogate łupy w całości rozdzielone zostały między nielicznych, najbliższych władcy krystowierców. Jedną z najcenniejszych zdobyczy była właśnie niedoszła książęca

małżonka, kniaziówna Predysława. Bolesław zgwałcił ją jeszcze w Kijowie, potem przywiózł do Gniezna. Dopóki płakała i opierała się, plując mu w twarz i drapiąc policzki, trzymał ją w lochu nagą, przykutą łańcuchami do ściany Nawiedzał ją tam regularnie każdej nocy, a czasem nawet i w ciągu dnia. Kiedy uznał, że nieszczęsna branka wreszcie pogodziła się z okrutną Dolą, wydobył swój grzech z podziemia, wprowadził do specjalnie urządzonych komnat, darował klejnoty i stroje. Poddała się temu z fatalistyczną biernością, charakterystyczną dla kobiet Rusów, lecz można sobie łatwo wyobrazić, co czuła w głębi serca, zhańbiona i otoczona pogardą dworzan książęca nałożnica. Parę razy usiłowała targnąć się na życie, lecz otaczający ją szpiedzy zdołali w porę powstrzymać przed popełnieniem tak bezbożnego uczynku. Siostra Donata była nawet zadowolona, że stary książę znalazł sobie nową zabawkę i nie próbował wracać do dawnych uciech ze swą wcześniejszą zdobyczą, przed czym z pewnością nie uchroniłby jej strój zakonny, zarazem jednak głęboko współczuła kolejnej ofierze książęcych chuci, czując z nią głęboką więź. Udzielała jej od czasu do czasu duchowej pociechy i obiecała na przyszłość bezpieczny azyl w poznańskim monasterze. - Ta „ruska zdzira”, jak ją nieładnie nazwałaś - odparła z lekką irytacją - jest nieszczęśliwą, głęboko skrzywdzoną niewiastą. Nie przebywa tu z własnej woli... - Jak my wszystkie - zauważyła trzeźwo Rycheza. - Wszystkie jesteśmy ofiarami męskiej tyranii. Krążyły plotki, że stary, lecz jurny cap próbował się także dobierać do synowej, jednak krewna cesarzy i królów umiała go zniechęcić zimną wyniosłością i żarliwą dewocją. - Współczuję memu synowi - miał ponoć rzec Bolesław - to nie kobieta, lecz bryła lodu. Siostra Donata potwierdziła słowa Rychezy, kiwając ponuro głową spowitą czarnym welonem.

- Wszystkich skrzywdził... - szepnęła ledwie dosłyszalnie. - Jest zdobywcą - stwierdziła oschle niemiecka dama, mająca świetny słuch. Zwycięzca bierze wszystko. Oda uspokoiła się tymczasem. Odsunęła się nieco od dobrotliwej, wyrozumiałej mniszki, choć nie wyswobodziła się całkiem z jej objęć. Wolną ręką otarła łzy. Zastanawiała się nad czymś chwilę. Donata i Rycheza czekały. - Zgodzę się uczestniczyć w ceremonii - powiedziała w końcu spokojnym, choć przerywanym głosem - pod warunkiem, że mój grzeszny małżonek oddali z dworu tę... kobietę. Sama jej obecność jest dla mnie obrazą. Zapadła chwila napiętej ciszy. Donata poszukała wzrokiem pomocy u Rychezy, która w końcu odparła żywo, z rozjaśnionym obliczem: - Jeśli tylko o to ci chodzi, droga kuzynko, myślę, że zdołamy to przeprowadzić... Duchowni od dawna sarkają na jawny bezwstyd lubieżnego starucha... Ja i Mieszko poprosimy o wsparcie arcybiskupa. Ceremonia odbędzie się, jeśli branka zostanie usunięta dodała z przekonaniem. Jej entuzjazm był cokolwiek podejrzany. Zdaje się, że nie kierowała się tylko zasadami moralnymi, lecz podobnie jak wszystkie dworskie damy, zaniepokojona była obecnością tej powabnej, otoczonej dwuznaczną aurą, a przez to dla wielu bardzo pociągającej Rusałki. Wygląda na to, że Predysława wszystkim jest solą w oku, stwierdziła na swój użytek Donata. Trzeba sprawić, by na jakiś czas zniknęła... - Najlepszym zatem wyjściem będzie dla niej furta naszego konwentu - wtrąciła ze słodyczą. - Skoro żaden, nawet najlichszy pachołek, nie zechce jej za żonę, poślubi Chrystusa. - Przyjmiecie do siebie... taką? - spytała ze zdziwieniem Oda, szeroko otwierając oczy. Mniszka uśmiechnęła się pobłażliwie.

- Nasz Pan przebaczył jawnogrzesznicy - przypomniała margrabiance. W tej chwili do komnaty wbiegła spłoszona dwórka i szepnęła coś na ucho Rychezie, po czym zaraz uciekła. - Wszyscy czekają już tylko na nas - oznajmiła księżna, marszcząc jasną brew. - Stary jest zły, że się tak spóźniamy... Przestań więc lamentować, kuzynko, przywołaj służebne i doprowadź się do porządku. Trzeba się pokazać poddanym, dostarczyć żeru plotkarzom i kronikarzom... Chodźmy nie zwlekając. Wasi kronikarze z pewnością niejedno przemilczą, powtórzyła w myślach Donata. Ruszyła potulnie za żoną następcy tronu. Już niemal w progu Rycheza ścisnęła poufale dłoń zakonnicy i mruknęła przez zęby: - Dzięki, że siostra pomogła... będę o tym pamiętać. - Do usług wielmożnej pani - odrzekła cichutko mniszka. Gertyk z Poznania należał do najdzielniejszych i najpobożniejszych rycerzy z orszaku Rychezy. Urodził się w grodzie, który stary książę Mieszko postawił dla swej małżonki Dobrawy jako pierwszy bastion chrześcijaństwa w Krainie Polan. Ojciec jego był niemieckim czerńcem, matka zaś czeską dwórką. Małżonka następcy tronu zadbała, by jej zaufany przyboczny towarzyszył Miecławowi w delikatnej misji, chciała mieć bowiem pewność, że wszystko przebiegnie zgodnie z jej życzeniami. Mieli odwieźć Predysławę do poznańskiego monasteru. Książę, a właściwie już król Bolesław przywołał podczas uczty młodego ulubieńca i wydał mu cichy rozkaz ze skrzywioną boleśnie twarzą. Rycheza świdrowała wzrokiem ich obu, jakby próbując odgadnąć z ruchu warg, co mówi teść. Oda także spojrzała czujnie zapuchniętymi oczyma. Również siedząca skromnie na szarym końcu stołu mniszka obserwowała uważnie wymianę zdań między monarchą a cześnikiem, choć czyniła to bardziej

dyskretnie, ukradkowo zerkając spod długich rzęs. Kiedy uśmiechnięty szeroko Miecław wziął pod ramię zaskoczoną Predysławę i wyprowadził ją pospiesznie z sali biesiadnej, Rycheza skinęła na swego rycerza i poleciła mu szeptem do nich dołączyć. Mało kto poza najbardziej zainteresowanymi zwrócił uwagę na ten krótki epizod, gdyż chwilę potem władca poczuł się bardzo źle, zaczął narzekać na nieznośny ból w trzewiach i zranionej nodze, musiano go więc odprowadzić do sypialni. Spojrzenia następcy tronu i zakonnicy skrzyżowały się w tym momencie. Rycheza zauważyła to i mogłaby przysiąc, że w oczach siostry Donaty błysnęła przez jedno mgnienie złowroga satysfakcja. Może było to jednak tylko złudzenie, wywołane migotaniem kopcących w wilgotnym, wiosennym powietrzu pochodni, gdyż mniszka zaraz powróciła do zwykłego wyrazu pokornej słodyczy. Pojechali do Poznania we czwórkę: Miecław, Predysława i eskortujący oboje Gertyk ze swoim giermkiem. Do tej pory samotny, był Gertyk dość odporny na wdzięki niewieście. Ubóstwo oraz wychudła, tykowata postura i końskie, nad wyraz szpetne oblicze nie przyciągały spojrzeń dworskich dam, z płatnymi zaś dziewkami nie grzeszył, bojąc się wiecznego potępienia. Szczególną cześć okazywał Maryi, dla której często się biczował i zalewał łzami w ekstazie. Tym razem jednak obraz Niepokalanej zmącił się w jego sercu, zastąpiony postacią diabelskiej kusicielki. Giermek Wierzej spoglądał z niepokojem na swego pana wyłupiastymi, żabimi oczami. Tłustawy, świński blondynek nie był zbyt rozgarnięty, lecz nawet on zauważył, że z chrobrym wojem dzieje się coś niezwykłego. Predysława miała wspaniałe, ciemnobrązowe włosy, opadające na plecy bujnymi splotami, i wielkie, palące jak węgielki, czarne oczy nawiedzonej świętej z ruskiej ikony. Wątłe, niemal dziecięce ramiona pięknie kontrastowały z bujną, krągłą piersią. Nic dziwnego,

że potrafiła rozniecić żądze starego Bolesława. Była w niej bierność, uległość chętnej i podatnej ofiary, silnie działająca na mężczyzn. Urodzona niewolnica, gotowa spełnić każdą zachciankę pana i władcy. Poddała się odmianie losu z absolutnym spokojem, bez słowa skargi. Milczała całą drogę, nie zwracając uwagi na rzucane spode łba pożądliwe spojrzenia poznańskiego brzydala. Jej pozorna obojętność tym bardziej rozpalała zmysły i mąciła rozum. Urzekała go samą swą obecnością. Zamęt w jego umyśle pogłębiało dodatkowo dziwne zachowanie młodego cześnika. Zawsze układny i przymilny dworzanin zmienił się nie do poznania od chwili, gdy pozostawili za plecami wały obronne Gniezna. Niespodziewanie zrobił się pewny siebie i arogancki. Hardo patrzył w oczy starszego rycerza i odpowiadał mu dumnym, wyniosłym tonem. Z widoczną lubością szczękał też długim mieczem cudnej roboty, który przypasał na drogę. Gertyk nigdy jeszcze nie widział, by młodzik nosił oręż, nie słyszał też, jakoby został pasowany na rycerza. Ufny w obronę Najświętszej Panienki poznaniak nie dopuszczał do serca żadnych obaw, a jednak drgnął mimowolnie, gdy dotarli na skraj boru i Miecław zagwizdał, dwa razy krótko, raz długo. Z leśnej gęstwiny wynurzył się smagły, czarniawy, rosły, acz biednie odziany młodzieniec, mniej więcej w wieku Miecława. Przysadzisty, szeroki w barach, miał pociągłą twarz z nieco wystającymi kośćmi policzkowymi i brązowawą czuprynę, skręcającą się za uszami w gęste kudły. Był nieuzbrojony, miał tylko nóż myśliwski u pasa, a jednak wyglądał Gertykowi na zbója lub kłusownika. Zmierzył czwórkę podróżnych bystrym spojrzeniem, po czym skłonił się z szacunkiem dworzaninowi, ignorując pozostałych. Cześnik odpowiedział mu skinieniem głowy i przyjaznym uśmiechem. - Co to za jeden? - spytał nieufnie Gertyk. - Znasz go, młody człowieku? - Owszem - odparł oschle Miecław. - To Mścigniew, syn poganiacza bydła. Nieraz

pomagał mi tropić zwierzynę. Będzie naszym przewodnikiem. Rycerz zrobił zdumioną minę. - Po co? Dobrze znam trakt do mego rodzinnego grodu. - Tutejsze lasy roją się od zbójców i różnych groźnych stworzeń - wyjaśnił chłodno dworzanin. - Każde zmylenie drogi między drzewami może być jak zstąpienie do piekieł... Mój druh poprowadzi nas bezpiecznymi ścieżkami. - Hm - mruknął niepewnie poznański rycerz, porozumiewając się wzrokiem z giermkiem - skoro tak uważasz... Nie zawierzałbym naszego losu obcemu plebejuszowi... - Nie jest obcy - przerwał ostro cześnik. - Znam go od dawna i ufam jak bratu. - Źle mu z oczu patrzy - szepnął Gertyk. W myślach zauważył, że odkąd opuścili Gniezno, dworzanin miał także wilcze, złe oczy. Miecław wzruszył tylko ramionami i ruszył do przodu, ciągnąc za uzdę klacz Predysławy. Gertyk pozostał nieco w tyle i szepnął do swego sługi: - Uważaj na tamtego szczeniaka. Mam dziwnie złe przeczucia. Wierzej wzniósł wyłupiaste ślepia ku niebu i kiwnął wielkim, acz pustawym czerepem. Złe przeczucia starego rycerza pogłębiły się jeszcze bardziej, gdy ruszyli przez puszczę. Idący przodem Mścigniew powiódł wędrowców labiryntem rzadko uczęszczanych, ledwie widocznych spod leśnego runa ścieżek. Gertyk miał chwilami wrażenie, że podejrzany przewodnik prowadzi ich w kółko, umyślnie myląc tropy, by zamącić orientację podróżnych. Bór wokół gęstniał coraz bardziej i coraz mocniej dawały się słyszeć groźne ryki dzikich bestii. Z wolna zaczął także zapadać zmrok, w nim zaś drogi plątały się i niknęły, prowadząc donikąd, jakby sam las był żywą, złośliwą istotą. Znaleźli się w końcu na niewielkiej polanie

w głębi kniei, okolonej potężnymi dębami. Nie było innej rady, jak zatrzymać się na nocleg. Podczas gdy Wierzej i Mścigniew rozstawiali niewielki namiot dla kniaziówny, Gertyk podszedł do Miecława i zagadnął cicho: - Naprawdę ufasz temu młodzikowi? Zdaje się, że tylko nas zwodzi... Wciąż oddalamy się od gościńca, zamiast do niego przybliżyć. Dworzanin zmierzył rycerza chłodnym spojrzeniem zielonkawych oczu, na dnie których czaiła się coraz mniej skrywana niechęć, a nawet, być może, pogarda. - Zna las jak własną sakwę. Na pewno dobrze prowadzi. Najlepszy dowód, że wciąż jesteśmy cali i zdrowi. - Lecz na złej drodze - syknął niespokojnie Gertyk. - Obawiam się, że specjalnie kluczył, by zaprowadzić nas prosto w zbójecką zasadzkę. Miecław uśmiechnął się krzywo i rozejrzał z udaną obawą. - Widzisz tu jakichś zbójców? Gdyby tutaj byli, z pewnością już dawno by nas napadli stwierdził z ironicznym powątpiewaniem. - Może czyhają wśród drzew, aż całkiem się ściemni i sen zmorzy nas wszystkich? zasugerował rycerz. - Mamy w jukach złoto i klejnoty, klasztorne wiano Predysławy... - Nie lękaj się, panie. Skoro świt znajdziemy się na trakcie do Poznania - zapewnił z przekonaniem młodzieniec. - Nie lękam się niczego - odparował urażony rycerz - ludzkich czarów ani demonów. Bóg jest mą tarczą. Mam dowieźć bezpiecznie kniaziównę do klasztoru i wykonam zadanie. Jeśli rano okaże się, że ten leśny diablik mami nas ciągle i wiedzie w coraz gorsze ostępy, los jego będzie marny - oświadczył, kładąc znacząco dłoń na rękojeści miecza. Miecław wzruszył ramionami. - Nie będzie takiej potrzeby. Mrok zawsze mąci umysł i rodzi upiory - stwierdził

dwuznacznym tonem - które znikają w słonecznych promieniach. - Najlepiej je zwalczyć modlitwą - oznajmił poznaniak. - Wiara nas ochroni... Zechcesz się przyłączyć do naszych modłów, młody panie? - spytał z wymuszoną uprzejmością, zerkając podejrzliwie spod oka. Coraz mniej mu się podobało to wszystko. Pozornie prosta misja zaczęła się niespodziewanie gmatwać, jak ścieżki, którymi niedawno jechali. Miał poczucie, że pani Rycheza wplątała go w jakąś mętną, niemiłą przygodę. Obserwował przez całą drogę spod oka obu młodzieńców i odniósł wrażenie, że choć na pozór tak różni, złączeni są jakąś tajemną więzią. Porozumiewali się spojrzeniami, półsłówkami i ukradkowymi gestami, zrozumiałymi tylko dla nich. Byli jak dwa polujące razem drapieżniki: szybcy, uparci i niebezpieczni. Nie wróżyło to niczego dobrego. Miecław ponownie przeszył go lodowatym, niezbyt przychylnym spojrzeniem, lecz twarz pozostała nieruchomą maską dworaka. - Naturalnie - odrzekł obojętnie. - Ja i Mścigniew zaraz dołączymy, gdy rozpalimy ognisko. Nieco uspokojony Gertyk skinął na giermka. Wierzej, dobrze znający zwyczaje swego pana, popędził do spętanych koni i wydobył z juków mały, składany ołtarzyk. Rozstawił go na płaskim głazie, odsłaniając wymalowane na lipowych deskach postacie aniołów i Bogurodzicy. Rycerz przyklęknął, zachęcając gestem kniaziównę, która potulnie poszła za jego przykładem. Giermek uczynił to samo. Po chwili w wilgotnym, dusznym powietrzu popłynęły słowa modlitwy. - Sub tuum praesidium confugimus, Sancta Dei Genetrix... Las szumiał nieprzyjaźnie, a skrzeczenia i wycia dzikich stworzeń stały się bliższe i wyraźniejsze. Zdawało się, że pragną zagłuszyć pobożne pienia poznańskiego rycerza.

Gertyk modlił się niby żarliwie, lecz w istocie z roztargnieniem, nie mógł się bowiem powstrzymać, by nie zerkać kątem oka na kniaziównę, która tuż obok żegnała się z rozmachem i pochylała czoło ku ziemi na ruską modłę. Po raz pierwszy znalazła się tak blisko swego obrońcy. Mężczyzna wyczuł woń różanego pachnidła. Drażniło nozdrza i upajało zarazem. Rozogniona wyobraźnia podsunęła nagle obraz kościstego nagusa nieskromnie tarzającego się z równie nagą Predysławą, tutaj, zaraz, na miejscu, przed świętym wizerunkiem... Diabeł kusił go bezwstydnie, bezlitośnie zapuszczając brudne szpony w sam środek znękanej duszy To na pewno był diabeł, skoro dusza rycerza pozostawała dotąd czysta... Łacińskie słowa mieszały się i ulatywały z pamięci. Serce świętoszka ścisnęło się boleśnie w przeczuciu rychłej zguby. Ulegając grzesznej pokusie, dobrowolnie wkroczył na drogę zatracenia. Wpatrzył się z nadzieją w obraz Madonny, lecz postać Niepokalanej rozmazywała się w zamglonych oczach. Na jej miejscu wciąż widział gołą, cycatą kniaziównę z frymuśnie rozstawionymi nogami. Obscenicznie włochaty wzgórek nieodparcie pociągał i zarazem przerażał... Poczucie winy wycisnęło łzy z oczu. Klęczący nieco z tyłu Wierzej bił się w piersi, żałując za sobie tylko wiadome grzechy, lecz jego pan czuł, że z nich dwóch bardziej zasługuje na potępienie i srogą karę. Jednocześnie rycerz, przy całej swej rozterce, wyławiał instynktownie hałasy, jakie za jego plecami czynili Miecław ze swym dziwnym druhem. Słyszał, jak szeptali do siebie, zbierając chrust i krzesząc ogień. Potem dobiegły trójkę rozmodlonych trzask gałęzi i zapach płonącego drewna. Poczuli jak ogarnia ich fala ciepła. Za chwilę mieli razem spożyć zapasy przy ognisku, po chrześcijańsku dzieląc się chlebem i częstując winem z blaszanki... Gertyk wzdrygnął się, czując ssanie w wyposzczonym, wklęsłym brzuchu. Głód? Żądza? A może zżerający go od dłuższej chwili dojmujący lęk przed nieznanym? Nie potrafił ocenić...

Ogromne, otulone gęstniejącym mrokiem drzewa trwały wokół nieruchomo niczym potworne wielkoludy, stojące na straży odwiecznych tajemnic. Hej, hej - hej, ha! Przez gęstwę boru Leszy gna; Krzew łamie, trzeszczą chaszcze, To Leszy gna przez puszczę, Przez jary, przez moczary Za Leszym gnają mary, A Poświst za nim gra... Dawna pieśń pogańskich myśliwych wykrzywiła wąskie wargi Gertyka, jakby właśnie napił się octu. Niesforni młodzieńcy początkowo nucili ją cicho, lecz z tonu na ton coraz głośniej. Pieśń rosła i ogromniała, odbijała się od grubych pni i powracała zwielokrotnionym echem. To, co wydawało się wpierw niewinnym żartem, szczeniacką brawurą, zaczęło w końcu brzmieć w uszach chrześcijańskiego rycerza jak złowieszcze zaklęcia. Zerwał się z pociemniałą twarzą i odwrócił w stronę ognia. - Co to zna... - zaczął, lecz gniewny okrzyk uwiązł mu w gardle, zamieniając się w zduszony jęk przerażenia. W tym momencie zrozumiał, że wspominając wcześniej o czarach i demonach, wypowiedział to zaprawdę w złą godzinę. Giermek i kniaziówna również zerwali się z klęczek. Oboje podążyli wzrokiem za spojrzeniem rycerza i obojgu zaparło dech w piersiach. Spętane konie chrapały i miotały się bezsilnie, mocno wystraszone. Po drugiej stronie ogniska zamiast Mścigniewa stał na tylnych łapach olbrzymi, nadnaturalnych rozmiarów niedźwiedź, sięgający kosmatym łbem koron prastarych dębów.

Porośnięty był niezwykle długim srebrno-zielonkawym futrem, a jego ślepia jaśniały jak fosforyzujące w mroku klejnoty. Stojący obok Miecław zdawał się przy nim mały, choć tak wysoki, barczysty. Wpatrywał się w przemienionego przyjaciela bez cienia lęku, raczej z odrobiną zazdrosnej fascynacji. Potem spojrzał wyzywająco na poznańskiego rycerza. Gertyk cofnął się odruchowo. Nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co czyni, chwycił drewniany ołtarzyk i zasłonił się nim obronnie. - Precz... szatanie! - wykrztusił. Niedźwiedź ryknął wściekle i w tej samej chwili iskry strzelające z ogniska zapaliły lipowe deseczki. Ogień buchnął w twarz rycerzowi, osmalając wąsy i krzaczaste brwi. Zmuszony był wypuścić mizerną ochronę z poparzonych palców. Najwyraźniej Maryja go opuściła. Jej podobizna szybko zblakła, potem sczerniała, trawiona piekielnym żarem. Wszystko przez grzeszne myśli, mignęło mu w głowie... - Mater Dei... - wyszeptał zbielałymi ustami, sięgając po miecz. W tym momencie jego giermek odzyskał zdolność działania. - Lokis! - wrzasnął, chwytając leżący w pobliżu oszczep. Walczył w swoim czasie z Prusami i Litwinami, słyszał więc coś niecoś o takich stworach. Rzucił się do ataku z odwagą graniczącą z głupotą. Niewiele zdziałał. Myśliwska dzida prysła w łapach zwierza jak sucha gałązka, a chwilę potem monstrualne pazury rozszarpały Wierzeja. Oderwana głowa potoczyła się miękko po gęstych mchach, bezmyślnie błyskając wytrzeszczonymi oczami, bezgłowy kadłub zamienił się w drgające kłębowisko dymiących wnętrzności. Tego było już zbyt wiele dla biednej Predysławy. Zasłoniła dłońmi oczy, cicho jęknęła i osunęła się na murawę niczym skoszony kwiat.

Gertyk cofał się z nastawionym ostrzem, starając się osłonić nieprzytomną, lecz w tym momencie stało się coś dziwnego. Miecław wyszarpnął z pochwy swój oręż i z furią zaatakował starego, zmuszając, by się nieco odsunął. Poznaniak patrzył bezsilnie rozszerzonymi zdumieniem oczami, jak nadprzyrodzony potwór podnosi z ziemi bezwładną kniaziównę niczym piórko i ogarniając jej ciało zdumiewająco delikatnie zbroczonymi posoką pazurami, umyka ze zdobyczą w głąb boru. Gertyk chciał gonić za nim, lecz Miecław zastąpił mu drogę, kręcąc straszliwego młyńca, który przeciwnik ledwie sparował. - Zdrajco! - wychrypiał oszołomiony rycerz. - Zaprzedałeś się diabłu! Oczy Miecława zwęziły się groźnie niczym u polującego drapieżnika. - Wracaj do swego Pana - warknął jak głodny wilk - krystowierco! W ostatnim słowie zawarł całą nienawiść, jaka od zawsze wypełniała mu serce. Klingi mieczów skrzyżowały się, krzesząc skry. Kiedy odbiły się w źrenicach Miecława, Gertyk wyczytał w nich swoją śmierć. Rana na udzie Bolesława rozjątrzyła się ponownie i zaczęła spływać cuchnącą ropą. Kojący balsam od poznańskich zakonnic łagodził jedynie cierpienia, lecz nie sprawił cudu. Noga spuchła i poczerniała, a wkrótce to samo stało się z drugą. Władca nie mógł chodzić, organizm słabł coraz bardziej. Stracił chęć do jadła i zwracał wszystkie napoje, wymiotując żółcią i krwią. Zafrasowani medycy kręcili głowami, orzekając, że książęce kończyny zaatakował zgorzel, zwany przez nich uczenie Sacer Ignis, czyli Piekielny Ogień. Zżerał gnijące ciało od nóg ku górze powoli, lecz nieubłaganie. Silny, krzepki mężczyzna nigdy dotąd poważnie nie chorował, toteż nowa dla niego bezsiła i okropne boleści uczyniły go nieznośnym dla otoczenia, zwłaszcza najbliższej rodziny i służby. Towarzyszący gangrenie fetor sprawiał, że mało kto potrafił wytrzymać dłużej przy łożu chorego. Monarcha cierpiał większość czasu samotnie, daremnie nawołując krewnych i dworzan

ochrypłym basem, który dawniej tylekroć wywoływał trwożliwe drżenie w sercach poddanych i wrogów. Często miewał uczucie, że w pustej komnacie jest jeszcze ktoś, niewidzialny, czający się w ciemnym kącie jak cierpliwy pająk i wpatrujący się w niego wyczekująco zgniłozielonymi oczami. Czasami w gorączkowych majakach udawało mu się wypatrzyć owe zimne, okrutne ślepia, błyskające niczym światełka w mrocznej kaplicy. - Za wcześnie... - warczał wściekle Bolesław, nie mając już nawet sił, żeby unieść prawicę i odegnać znakiem krzyża przeklęte widziadło, czy chociaż otrzeć czoło zroszone potem. - Jeszcze nie teraz... Jeszcze nie jestem twój... Duma kazała mu traktować z pogardą czyhającą na swój triumf Kostuchę. Odetchnął z ulgą, gdy drzwi komnaty sypialnej nagle otwarły się i stanęła w nich wysoka, chuda jak szczapa postać młodszego syna. Przynajmniej Otto odpowiedział na jego zew. Nigdy nie sprzeciwił się ojcu, posłusznie wykonując misję poskramiania możnych rodów i umacniania piastowskiej władzy. Zawsze wierny, zawsze czujny, zawsze skuteczny. Szkolony w Międzyrzeczu od dziecka przez najlepszych mistrzów, wrócił stamtąd jako ukształtowany w pełni charakter. W oczach miał niesamowity żar, jaki dają tylko rozkosze fanatycznego samoudręczenia i błogosławieństwo zabijania pogan. Bolesław z zadowoleniem przyjął wiadomość, że Mieszko i Rycheza postanowili wysłać wkrótce małego Kazimierza, wraz z pięćsetką rówieśników z najlepszych rodów, do tajemnego ośrodka Gladius Dei, by również z jego wnuka uczynili tam Defensor fidei, świętego Chrystusowego rycerza. Za Ottonem tłoczyła się reszta Pańskich Psów, tych najwierniejszych z wiernych. Wszyscy odziani w czarne, na poły mnisze stroje, z kapturami skrywającymi twarze i uzbrojeni po zęby. Na dłoniach i piersiach mieli wypalony znak krzyża, nieusuwalne piętno,

by tak naznaczeni stanęli na Bożym sądzie. Dzięki tym stygmatom zasłużyli u wrogów na miano krystowierców, z którego sami byli niezmiernie dumni. Bolesław w ostatnich latach przemierzał kraj tylko w ich gronie, budząc ogólny popłoch, skoro efektem tych pobożnych wędrówek były dymy płonących dworzyszcz oraz przedśmiertne jęki zamęczonych zdrajców i bałwochwalców. Nikt nie znał dnia ani godziny, każdy drżał o swój los, szukając w myślach, czym mógł się narazić srogiemu władcy. W ten sposób Bolesław utrzymywał w ryzach poddanych, a zwłaszcza buntowniczych możnowładców, nie zważając, że wraz ze swymi ulubieńcami zbiera obfity plon zaciekłej nienawiści. Na skinienie Ottona czterech zakapturzonych drabów wniosło do sypialni złocony tron na specjalnych noszach. Dwóch innych bez słowa dźwignęło z łoża bezwładne ciało monarchy i usadziło na ozdobnym krześle. Zdeformowane nogi okryto niedźwiedzim futrem. Bolesław był wdzięczny synowi, że pozwala mu zachować majestat, którego nie mogła go pozbawić nawet nadciągająca śmierć. Z wysiłkiem zacisnął wychudłe, zżółkłe, kościste dłonie, jakże niepodobne do dawnych, potężnych rąk chrobrego rycerza, na rzeźbionych w drewnie orlich łbach, podczas gdy kapturnicy, niczym zawodowi tragarze, wprawnie podnieśli zaimprowizowaną lektykę, kładąc drągi na ramionach. Milczący jak grób Otto poganiał towarzyszy niecierpliwymi gestami. Czas już, czas... Na co właściwie? Czyżby wreszcie miała się odprawić wieńcząca długi żywot monarchy, upragniona ceremonia? Bolesław miał niejasne poczucie, że przecież parę miesięcy temu już się odbyła w obecności najwyższych dostojników i wzruszonego ludu, w blasku i chwale. Chciał o to zapytać, lecz nie zdołał wydobyć żadnego dźwięku. Wysuszone gardło i napuchnięty język odmawiały posłuszeństwa. Poddał się więc, kołysany miarowo i patrzący na wszystko z góry pustymi, wyblakłymi oczami jak martwa, potworna kukła. W ponurym milczeniu przemierzali puste, mroczne korytarze gnieźnieńskiego palatium,

kierując się ku schodom prowadzącym do lochów. Stąpając ostrożnie, zbrojni mnisi nieśli bez wysiłku na pół martwe brzemię, nie tracąc równowagi, choć stopnie zdawały się w niepewnym blasku pochodni spróchniałe i wyszczerbione. Otto otworzył tajne przejście do skrytego w trzewiach ziemi tunelu wiodącego do krypty świętego Wojciecha. Sercem władcy targnął nagły niepokój. Czuł się jakby niesiony na marach. Towarzyszący mu orszak przypominał żałobny kondukt. Wsłuchując się w monotonny plusk ściekającej po ścianach wilgoci, odmierzający powolne tętno zatęchłych podziemi, zaczął nagle rozróżniać szmer wielu głosów. Krystowiercy nucili cicho prastarą pieśń, brzmiącą jak echo minionych czasów. Jęcz harfo, drżyjcie struny W coraz głośniejsze tony, Jak głośne surmy boju; Bohater, król podboju Po trudach, troskach, znoju Odchodzi w ciemną dal; Na drogę, na wyprawę Przez czarnych morze fal Dajmy mu jęki łzawe I strun dźwięczący żal. Potrząsnął siwą głową. Złowrogie echa umilkły. Musiało mu się zdawać, niemożliwe przecież, by wytresowane w międzyrzeckim ośrodku Pańskie Psy śpiewały zakazaną, pogańską pieśń. Dotarli wreszcie do nisko sklepionej, dusznej krypty z sarkofagiem pośrodku. Kapturnicy ostrożnie wnieśli książęce truchło, dbając, by nie zawadzić białym czerepem o

kamienną powałę, i postawili na wprost sanktuarium czeskiego męczennika. Czekał tu na nich dostojny, kostyczny arcybiskup Hipolit, przysłany do Krainy Polan prosto z Rzymu przez papieża Jana głównie w tym celu, by koronować Bolesława na króla wbrew woli niemieckiego władcy. Stało się tak za sprawą Gladius Dei, gdyż odpowiadało to ich sekretnym zamiarom, nie bez znaczenia były też hojne dary i obietnica stałej daniny dla wikariusza Świętego Piotra. Dostojnik kościelny odziany był w czarny ornat, wyszywany srebrną nicią w czaszki i piszczele. W dłoni dzierżył dziwnego kształtu pastorał, przypominający ogromne katowskie szczypce. Korona, przekuta z cesarskiego diademu Ottona, czekała na purpurowej poduszce, spoczywającej na wieku grobowca. Bolesław przestał się już dziwić czemukolwiek, tym bardziej że jego uwagę odwróciło coś innego. Gdy arcybiskup zaczął zawodzić skrzypiącym głosem Veni Creator, a krystowiercy podjęli hymn, książę ujrzał pod szerokimi łukami sklepienia wybłyskujące i szybko znikające freski ze swego życia i panowania. Ojcowskie postrzyżyny; beztroskie dzieciństwo; pierwsze junackie zabawy i pierwsza dziewka, zwykła pasterka zdybana pod jaworem; młodość na dworze cesarskim; pierwsza żona, madziarska wiedźma, żywcem zamurowana w klasztorze; wygnany krnąbrny pierworodny; szczęśliwe dni z Emnildą; pielgrzymka cesarza Ottona i pobożna chłosta u grobu świętego Wojciecha; bat świszczący nad zadkiem następcy tronu; płonąca Praga, płonący Kijów, płonące łużyckie wsie; rzezie, grabieże i gwałty; wreszcie krystowiercy, wygłodniałe psy w habitach, sama skóra i ostre kły, rozszarpujący własnych krewnych... Cena wielkości. Nie miał sił skrzywić się dumnie ani wzruszyć ramionami. Uczynił, co uczynił. Zdawało mu się, że tak trzeba. Bóg i potomność osądzą.

Nie zdołał zrobić znaku krzyża, który uczynił arcybiskup, pobożnie naśladowany przez resztę zebranych. Prawica przyrosła do rzeźbionej poręczy tronu, zziębła, zdrętwiała, jak martwa. Papieski wysłannik uśmiechnął się dziwnie, kończąc śpiew. - Zbrodni nie zmyje nawet woda świętego chrztu - rzekł sentencjonalnie, jakby rozpoczynał homilię. - Piekło czeka wszystkich grzeszników. - Bene - przytaknął książę Otto z zimnym, okrutnym grymasem. Z wąskich warg arcybiskupa dalej spływały łacińskie zdania, lecz Bolesław nie był w stanie rozróżnić poszczególnych wyrazów. W uszach narastał szum, w duszy kompletny zamęt. W krypcie zrobiło się niespodziewanie widno i nieznośnie gorąco. Wzrastający żar zdawał się rozsadzać sarkofag, mury i ciężkie, przysadziste kolumny. Nagrobek pękał, a przez pogłębiające się w okamgnieniu szczeliny przesączał się blask wewnętrznego ognia. Bolesław zamarł z przerażenia, widząc, że to, co brał dotychczas za czerwoną poduszkę, w rzeczywistości jest misą pełną rozżarzonych węgli. Arcybiskup, perorując wciąż niezrozumiale długimi łacińskimi frazami, rozłożył trzymane w obu dłoniach kleszcze i delikatnie ujął nimi topniejącą, prawie tracącą kształt, złotą obręcz. Oświetlone od dołu blade, kościste oblicze z niesamowicie błyszczącymi oczami przypominało maskę śmierci. Triumfalnym gestem uniósł ku górze rozpalony symbol królewskiej sakry i bez wahania założył go na siwy czerep władcy. Swąd przypalonej skóry i skwierczących włosów przyprawiał o mdłości. Bolesław poczuł straszliwy ból pękającej czaszki... Równocześnie ze strzaskanego nagrobka buchnęły piekielne ognie, trawiące początkowo tylko tknięte martwicą nogi, lecz po chwili z przerażającą łatwością zżerające coraz szybciej znękane ciało... Najgorsze było jednak, że wciąż żył, zdolny odczuwać cierpienie. Po raz pierwszy zaczął błagać śmierć, by przyszła jak

najprędzej. Z najwyższym wysiłkiem zdołał otworzyć usta w niemym krzyku bezsilnej rozpaczy... Wzbudziło to szyderczy rechot zebranych. Arcybiskup upuścił kleszcze i skrzyżował ręce na piersi, obejmując drgające, chude ramiona... Śmiał się bez żenady, odsłaniając spróchniałe resztki zębów. Otto wyszczerzył się drapieżnie, zbliżając ku ojcu rozwartą szeroko psią paszczę... Z gardzieli dobył się nieludzki skowyt: ni to żalu, ni to dzikiej radości. Reszta sfory wnet dołączyła. W owym koszmarnym wyciu tonęło wszystko. Zdawało się przenikać nie tylko podziemia, ale też cały otaczający świat, łamiąc ludzkie serca i dławiąc wszelką wolę oporu. Bolesław zbudził się z jękiem przerażenia. Rozejrzał się półprzytomnie po pustej, ciemnej sypialni. Na szczęście przytrafił mu się tylko dręczący senny majak, jakie zapewne często zdarzają się konającym władcom, mającym na sumieniu wiele zbrodni i grzechów. Cena wielkości. W kącie nadal czaił się nieproszony gość. Mroczny, złowieszczy cień. W komnacie był jednak ktoś jeszcze. U okna, w mdłym, szarym świetle zmierzchu zasiadały na ławie trzy wiejskie babiny, okryte wielkimi, czarnymi chustami. Widocznie następca tronu, synowa lub któryś z dworzan zgodzili ubogie niewiasty, by przy nim czuwały, pomyślał Bolesław, odczuwając mimowolnie w sercu zadrę urażonej królewskiej godności... Zapewne smród śmierci był dla nich czymś zwyczajnym, pewnie od dawna do niego nawykły. Kobieciny podśpiewywały z cicha, spokojnie przędąc. Jedna trzymała kądziel, druga wysnuwała złote pasma nici, nawijając je na bystro kręcący się kołowrotek, trzecia obserwowała uważnie ich robotę, nisko schylając głowę. W zgrabiałych starczych dłoniach obracała pozornie bezmyślnie srebrne nożyce.

Bohater, król podboju Po trudach, troskach, znoju Odchodzi w ciemną dal... Znowu ta przeklęta pogańska pieśń. Zawodzą jak ciemne wsiowe płaczki. Trzeba położyć temu kres. - Kim jesteście? - wychrypiał z trudem Bolesław. Odpowiedziały mu stłumione chichoty. Nie tyle złośliwe, ile raczej niefrasobliwe. Wiedźmy nawet nie podniosły nań oczu, toteż nie mógł dojrzeć w półmroku ich twarzy, ocienionych chustami. - Siostry - odezwała się pierwsza z lewej, zaskakująco cienkim, dźwięcznym głosikiem młodej dziewczyny, który kogoś mu przypominał. - Wieszczki - podjęła druga, siedząca pośrodku, głosem dojrzałej kobiety, również dziwnie znajomym. - Kumy - dokończyła trzecia drżącym tonem wiekowej staruchy. - Co tu robicie? - Czuwamy - odparła najmłodsza, wciąż chichocząc. Druga potrząsnęła niecierpliwie głową, ujęła mocno złote pasmo i podsunęła pod nos najstarszej. - Dość tego - rzekła z lekką irytacją. - Dosyć tej męki. Tnij, siostro! Stara zaśmiała się skrzekliwie. Nim Bolesław zdążył zaprotestować, uniosła nożyce i przecięła nić. Władca poczuł ogromną ulgę, kiedy mroczny cień ogarnął go i porwał w otchłań. Żadnego więcej bólu, tylko cisza i ciemność. Czy warto było dla czegoś takiego wyzywać los i niszczyć stary porządek? Bóg i potomność osądzą.

Kniaziówna zbudziła się z omdlenia w ramionach Miecława. Spoczywała na łęku siodła. Przejeżdżali powoli, stępa, brodem jakiejś wielkiej rzeki. Towarzyszył im tylko Mścigniew, jadący nieco z tyłu na rosłym gniadoszu Gertyka. W jednej chwili nieszczęsna niewiasta przypomniała sobie, co się wcześniej zdarzyło, i wstrząsnął nią gwałtowny dreszcz. Miecław pochylił się nad nią troskliwie. - Nie obawiaj się, pani - rzekł spokojnie, współczująco. - Jesteś już bezpieczna. - Co się stało? - spytała półprzytomnie. - Gdzie... ten poznański rycerz i jego giermek? - Zginęli - wyjaśnił zwięźle. - Ledwie się wyrwaliśmy ze zbójeckiej matni. Twarze obu młodzieńców emanowały posępną satysfakcją. - Przewodnik zamienił się w niedźwiedzia... - jęknęła. Miecław uśmiechnął się łagodnie, porozumiewając wzrokiem z przyjacielem. Wzmocnił uścisk silnych ramion. - Strach pomieszał ci przez chwilę zmysły, kniaziówno... Jeden ze zbójów miał łeb niedźwiedzi na karku - szeptał dalej wprost do jej ucha cicho, lecz sugestywnie. - Stąd przywidzenie. - Nie musisz się już niczego lękać - poparł go tajemniczy druh. - Jesteśmy blisko celu. Podążyła za ich spojrzeniami i ujrzała gród na wysokiej skarpie, ledwie majaczący w gęstych nadrzecznych mgłach. - To chyba nie Poznań? - zapytała niepewnie. - Płock - odparł bez wstępów - moje rodowe gniazdo. Predysława przymknęła oczy, udając, że ponownie omdlała. Uznała, że lepiej nie pytać o nic więcej i poddać się rozwojowi wydarzeń. Odkąd jej dwaj starsi bracia, Świętopełk i Jarosław, zamordowali dwóch młodszych, Borysa i Gleba, potem zaś Jarosław, już jako wielki kniaź wszystkich Rusów, zaczął szerzyć wśród ludu kult młodszych krewnych jako

świętych męczenników, czemu Święta Cerkiew zdawała się sprzyjać, nic już nie mogło jej zdziwić. W każdym razie wiedziała, że słaba niewiasta nie ma żadnego wpływu na straszny męski świat, pełen wojen, bratobójczych zbrodni i niewinnie przelanej krwi. Lepiej znosić swój los w pokorze, cierpiąc w milczeniu, z nadzieją na pośmiertne rajskie słodycze. Obudziła się ponownie po południu. Spoczywała na puchowym posłaniu, na wielkim łożu stojącym pośrodku sypialni. Komnata musiała należeć niegdyś do kogoś znacznego, gdyż, choć od dawna nie używana i urządzona raczej skromnie, była wygodna i nosiła ślady kobiecej ręki, jak choćby ususzone pęki kwiatów i ziół na ścianach. Po pomieszczeniu krzątały się służebne. Jedna zmiatała kurz z podłogi i wykładała świeżym sianem, druga sypała płatki róż do misy ze świeżą wodą, trzecia rozstawiała na stole srebrne półmiski z jadłem i takiż dzban wina z pucharkiem. Spostrzegłszy, że kniaziówna oprzytomniała, złożyły jej głęboki pokłon. Predysława odprawiła je stanowczym gestem. Gdy wychodziły, dostrzegła stojących za drzwiami strażników. Nowa niewola, pomyślała z goryczą. Jak to mówią tutaj: z deszczu pod rynnę. Nie miała wcale ochoty odświeżyć się ani posilić. Gwałtownie zapragnęła przerwać pasmo udręk, jakim było jej życie. Nie myślała o tym, że popełni grzech śmiertelny i skaże się na wieczne potępienie. Rozpięła mocny skórzany pasek, opinający biodra. Weszła na wysoki zydel i przerzuciła jeden koniec paska przez belkę u powały. Drugi zawiązała na szyi długo ćwiczoną pętlą. Zmówiła krótką modlitwę do Świętej Przeczystej, przeżegnała się z rozmachem i kopnęła stołek. Drzwi rozwarły się z trzaskiem. Mścigniew skoczył jak żbik, wydobywając z pochewki ostry sztylet, zabrany niemieckiemu rycerzowi. Przeciął rzemień i rozluźnił węzeł na szyi niedoszłej samobójczyni. Potem prysnął jej na twarz różaną wodą. Oprzytomniała po chwili. Dyszała ciężko, łapiąc powietrze szeroko otwartymi ustami. Miotała się niczym rybka

wyrzucona na brzeg. W oczach miała bezbrzeżny smutek. - I po co mnie ratowałeś... rabie? - spytała po chwili, patrząc z wyrzutem na młodego sługę. - Ja nie rab, jeno wolny człowiek - sprostował, błyskając zębami. - Co chciałaś uczynić, pani?... Całe szczęście, że Miecław rozkazał mi cię pilnować - stwierdził, wzdychając z ulgą. - Chciałam wam ułatwić zadanie - odparła, wzruszając ramionami. Mścigniew uniósł wysoko brwi. - Jak to? - I tak czeka mnie śmierć - oznajmiła ponuro. - Inaczej, po co byście przywozili mnie tutaj, zamiast do monasteru? I pozbywali się po drodze zbędnych świadków? Bolesław kazał mnie zabić - skonstatowała z przekonaniem. Zaskoczony młodzieniec przyklęknął i delikatnie ujął jej dłoń. Nie wyrwała jej. - Co też się roi w tej ślicznej, szalonej główce - stwierdził z ubolewaniem. - Miecław miłuje cię, pani. Dlatego postanowił cię uwolnić i przywieźć do krainy Mazowszan. Predysława otworzyła szeroko czarne oczy, w których zakręciły się pierwsze łzy. - Miecław mnie miłuje? Jakże to? Od kiedy? - Odkąd cię tylko zobaczył - odparł żarliwie tamten, wpatrując się w jej źrenice. - Od dawna miłuje cię skrycie. Kniaziówna spojrzała oczyma duszy w przeszłość. W nagłym olśnieniu uświadomiła sobie, że wielekroć łowiła dziwne wejrzenie młodego dworzanina, gdy spotykali się niby przypadkiem w zamkowych krużgankach. To samo działo się podczas ostatniej wędrówki. Kiedy tylko jednak ich spojrzenia krzyżowały się, zaraz rozlatywały w różne strony jak spłoszone ptaki. - Nie okazał mi tego nigdy - stwierdziła z subtelną pretensją.

- Nie mógł tego uczynić jawnie na dworze Bolesława - wyjaśnił Mścigniew. - Tam królują fałsz i obłuda. Tyle razy Miecław zwierzał mi się po przyjacielsku nocą przy ognisku... Musiał stać się giętkim dworakiem w domu swego... pana. Zbyt jednak dumnym, by wdać się w pokątną miłostkę z... Zamilkł, jakby bojąc się powiedzieć słowo za dużo. Zapadła chwila napiętego milczenia. Predysława wciąż nie zdawała się przekonana. Kręciła z frasunkiem ciemną główką. - I zechce mnie taką? Zhańbioną, zniesławioną?! Wzrok Mścigniewa uciekł gdzieś w bok. - Skrzywdzoną, jak jego matka - zauważył smutno. - Taka już, widać, wasza Dola... W oczach kniaziówny pojawił się kolejny przebłysk zrozumienia. Do niej również dotarły dworskie plotki o dziwnym pochodzeniu Miecława. - A cóż powie na to jego macierz, pobożna monaszka? - wypytywała, świdrując wzrokiem druha swego wybawcy. - Uważa, że jesteście sobie przeznaczeni - odparł młodzieniec, nieco się zacinając. - To ona podsunęła pomysł Miecławowi, jak cię wyzwolić. Nie zostaniemy długo w Płocku podjął po chwili z wahaniem. - Zbyt wielu tutaj się kręci piastowskich szpiegów... Gdy wypoczniesz i nabierzesz sił, ruszymy do starego dworzyszcza Liwów. Będziesz tam żyła spokojnie i cicho, dopóki... nie odmienią się nasze losy - dokończył zagadkowo. - Mam być teraz nałożnicą możnego bojara? - zapytała z goryczą. - Prawda, Miecław młody, urodny, lecz... trochę straszny. Ma wilcze oczy. - Ale chce cię za żonę - oznajmił bystro Mścigniew. - Ja zaś będę mu drużbą i chętnie zatańczę na waszej... Swadźbie... Kniaziówna zastygła na moment jak skamieniała. Dość długo nie docierało do niej

znaczenie słów, wypowiedzianych. przez druha Miecława. Wreszcie drgnęła i łzy popłynęły strugami z jej oczu. Nie zaznała dotychczas w życiu zbyt wiele szczęścia, toteż radość wyrazić się mogła tylko rzęsistym płaczem. Mścigniew kiwał ze zrozumieniem kudłatą głową, łypiąc na nią współczująco i nie wypuszczając dłoni. - Swadźbie? - powtórzyła zdumiona. - Miecław chce się żenić?! - wołała, wciąż nie dowierzając własnym uszom. - Owieńczyć się ze mną w cerkwi?! Uwolniła w końcu dłoń, by stłumić szloch, dobywający się z ust. Mścigniew znów się wyszczerzył, tym razem dosyć groźnie. Źrenice rozszerzyły mu się, a nozdrza rozdęły jak u polującego drapieżnika. - Z tą... cerkwią może być kłopot - oznajmił po chwili. - Mój druh właśnie próbuje przekonać miejscowego czerńca... - Skrzywdziłeś moją matkę - przemawiał Miecław ostro, lecz spokojnie, cedząc powoli wyrazy. - Dopomogłeś tyranowi zniszczyć nasz ród... Masz ostatnią szansę uczynić coś dobrego i odkupić swe winy. Ojciec Marcjalis wisiał głową w dół, uczepiony za nogi do sznura dzwonu w chramie Jezu Krysta. Dworzanin oświetlał trzymaną w dłoni pochodnią pociemniałe z bólu, pomarszczone oblicze. Mnich długo nie odpowiadał. Miecław czekał cierpliwie, popatrując z niechęcią na wrażego starucha. W końcu czerniec rozchylił spękane, zakrwawione wargi w sardonicznym grymasie. - Dobrana z was para - wyrzęził z trudem. - Bękart i ladacznica... Miecław zgrzytnął zębami. - Spodziewałem się po tobie czegoś takiego. Prawdziwie chrześcijańskie miłosierdzie...

- orzekł z krzywym uśmiechem. - Więc odmawiasz? - stwierdził raczej, niż zapytał. - Odmawiam - potwierdził starzec. - Przenigdy Święty Kościół nie połączy... tak nieprawego związku... bez błogosławieństwa rodu, bez zgody władcy... Oczy młodzieńca niebezpiecznie błysnęły. Bez namysłu zniżył płomień łuczywa, opalając resztki siwej tonsury. Rozszedł się przyprawiający o mdłości swąd... Przeraźliwy wrzask, zdumiewający w tak mizernym ciele, odbił się zwielokrotnionym echem od kamiennego sklepienia. - Odpowiesz za to - wyjąkał po chwili czerniec - przed królem... Nie unikniesz kary! Na tym i na tamtym świecie. - Durny klecho - rzekł zimno potomek Liwów - twój tyran właśnie sczezł. Moja matka się o to postarała. Cudowny balsam poznańskich zakonniczek zrobił już pewnie swoje. - Ma syna... - bełkotała zawzięcie ofiara. Miecław zaśmiał się krótko, gardłowo, co zabrzmiało jak charkot rozdrażnionej bestii. - Nawet trzech - zauważył. - Bezpryma, Mieszka, Ottona. Wszyscy zginą. Prędzej czy później. Skończy się władza Piastów. - Jest jeszcze Bóg... nasz najwyższy sędzia. Będziecie smażyć się w piekle! - orzekł mnich z satysfakcją. - A zatem spotkamy się w piekle... Jeśli naprawdę istnieje. Matka przekonywała mnie, że w naszej Nawii nie ma waszego Boga. - Przeklęty poganin! - pisnął Marcjalis. - Bluźnierca! Młodzieniec pokiwał głową w ironicznej zadumie. - Masz rację... Znieważam twego Boga w jego własnym chramie, lecz jakoś nie spieszy, by mnie pokarać... ani by uratować swego wiernego sługę... Gdzie się podziewa, kiedy go najbardziej potrzebujecie?

- Nadejdzie... - wysyczał czerniec. - Spisano, zważono, policzono... Przyjdzie i różdżką ognistą obali nowy Babilon! Nic nie będzie wam darowane... - Na próżno mnie straszysz - rzekł Miecław. - Służę prawym bogom, więc nie boję się Jezu Krysta ani jego obmierzłych sług. Nie macie nade mną władzy. Jeśli padnę w boju, zginę jak wolny witeź, szczęśliwy, że nie muszę uginać przed wami karku... No, dosyć tej gadaniny - dodał po chwili namysłu. - Pojednaj się ze swym Panem... Zapłacisz teraz za krzywdy mego rodu. Tym razem przytknął płomień pochodni do habitu na piersiach czerńca. Sztywny od brudu, przesiąknięty potem i skrzepłą krwią materiał tlił się jednak słabym, smrodliwym, szybko gasnącym płomykiem. Miecław musiał także uważać, by nie przepalić krępujących mnicha powrozów. Marcjalis wił się z bólu, kaszlał, dławiąc się dymem, a zarazem śmiał histerycznie, widząc nieporadność młodzieńca w katowskim rzemiośle. Twarz Miecława rozjaśniła się nagłą myślą. Skinął na dwóch pachołków, warujących u drzwi. Podbiegli natychmiast, gotowi wypełnić rozkaz. Służyli każdej władzy, jaka by była: pogańska czy chrześcijańska. Nie wyznawali się zresztą na takich zawiłościach. - Rozbujajcie go - polecił cześnik. - Niech jako pierwszy obwieści ludowi: Stary władca nie żyje! Wkrótce nadejdzie nowy! Rozległ się tylko jeden jeszcze krzyk umęczonego mnicha, zanim jego czerep roztrzaskał się o kamienną ścianę. Później zagłuszył wszystko dźwięk dzwonu: niski, czysty, miarowy. Obwieszczał Ludowi Słowa dobrą nowinę o śmierci tyrana. Tego samego dnia rozdzwoniły się także dzwony bazyliki gnieźnieńskiej i innych chrześcijańskich chramów we wszystkich grodach piastowskiego władztwa. Gońcy zajeżdżali konie, roznosząc żałobną wieść. Cuchnące królewskie truchło namaszczono olejami, okryto purpurą i wystawiono na katafalku tuż nad kryptą świętego Wojciecha. Mnisi śpiewali przy

nim egzekwie. Tymczasem nowy władca, Mieszko Lambert, wypłakiwał się na piersi siostry Donaty. - Nie mogę w to uwierzyć - łkał książę, czepiając się habitu zakonnicy niczym wystraszony dzieciak spódnicy pani matki. - Tyle razy widziałem w marzeniach martwego ojca... tyle razy życzyłem mu śmierci... lecz kiedy naprawdę umarł... nie wiem. - Czujesz się zagubiony - podpowiedziała z wyrozumiałym uśmiechem. - Nie wiesz, jak postępować. - Był jednak mym rodzicem... - szlochał następca. - Bił cię ciągle, dręczył i upokarzał, kiedy byłeś młodszy - przypomniała mniszka. - Chrobrym wojownikiem... - O tak, chrobrym wojownikiem - powtórzyła cierpko. - Zaprawdę: napadał, zabijał, łupił i gwałcił, kogo się tylko dało. - Wielkim monarchą... - wyliczał dalej Mieszko, nie zważając na dwuznaczny ton powiernicy. - Jego monarchia stała się wielka - potwierdziła, marszcząc brwi - szkoda tylko, że poddani byli nieszczęśliwi. Zapadła chwila milczenia, przerywana ciężkimi westchnieniami przyszłego króla Polan. - Zostawił wokół ciebie samych wrogów: Rusowie, Czesi, Niemcy - podjęła mniszka z powagą. - Wszyscy źle ci życzą i dyszą żądzą zemsty. Tak samo stare rody, które twój rodziciel pokrzywdził... - Więc co mam czynić? - jęknął, podnosząc na nią załzawione oczy. - Doradź coś, wszak jesteś kobietą wyższego umysłu... z pewnością oświeca cię Duch Święty. - Z pewnością - przyznała znów mniszka. - Zawdzięczam to swoim modłom. Cała Przenajświętsza Trójca objawiła mi właśnie, że powinieneś pojednać się z możnymi. Musisz

oprzeć się na nich, inaczej nie zdołasz rządzić. Mieszko otarł łzy, przysiadł obok mniszki na ławie i zastanowił się chwilę, wpatrując się w mroczną przestrzeń. Po chwili ożywił się. - Dobra rada... Lecz czym ich pozyskać? Łupy z kijowskiej wyprawy dawno już rozdrapali krystowiercy... a nieroztropnie byłoby trwonić więcej skarbów mojego ojca. - Wydaj Pańskie Psy krewniakom - zaproponowała zimno. - Niechaj ich sami wyłapią, osądzą, skażą na mękę i śmierć, jak wcześniej tamci czynili swym ojcom i starszym braciom. Odmierzą miarką za miarkę wedle odwiecznych rodowych praw. Oczy księcia zabłysły dziwnie. - I brata Ottona? - zapytał z nieśmiałą nadzieją. - Jego przede wszystkim - potwierdziła Donata. - Ma na sumieniu straszne zbrodnie. Powszechnie go nienawidzą. Byłby dla ciebie stałym zagrożeniem. Władcy nie potrzebują braci. - Dobrze mówisz - rzekł ochoczo. - Na cóż mi ta sfora wściekłych psów mego ojca? Mam przecież własną drużynę - dodał, wzruszając ramionami. - Nawet nasz Święty Kościół sarkał ostatnio na zbytnią samowolę tej krwawej zgrai, chociaż sam ją stworzył... Stare rody uznają cię za władcę mądrego i sprawiedliwego - kusiła słowiczym głosem - jakże niepodobnego do rodziciela... Ściągnął brwi, tknięty nagłą myślą. - Zrzuć habit - zażądał z błagalną nutką w ochrypłym głosie. Przechyliła wdzięcznie głowę, okrytą zakonnym welonem. - Tutaj? Zaraz? Ktoś mógłby wejść i zobaczyć. Machnął niecierpliwie prawicą. - Wiesz dobrze, o co mi chodzi... Opuść klasztor i przenieś się na nasz dwór.

Spojrzała nań przenikliwie. - Mam być twą konkubiną? Kimś takim, jak Predysława przy twoim ojcu? - Oddaną powiernicą i przyjaciółką - odparł cicho, niepewnie. - Wątpię, by twoja dumna małżonka ścierpiała coś takiego - zaoponowała dość oschle. Mieszko zastanawiał się chwilę. - Zamieszkasz w palatium na Ostrowie Lednickim - oznajmił wreszcie, zadowolony z pierwszej samodzielnej decyzji. - Każę urządzić dla ciebie wspaniałe komnaty... Przydzielę liczną służbę, dam stosowną oprawę, jak dla księżniczki. Mojej księżniczki. Nikogo tam nie będziesz kłuła w oczy swą obecnością. Nie będę ci się też zbytnio narzucał - dodał, zerkając z ukosa - jeśli sama tego nie zechcesz. Teraz ona się zastanawiała, wsłuchując się w ponure śpiewy, dochodzące z bazyliki. - Uczynię to dla ciebie - oświadczyła w końcu. - Pod jednym warunkiem. - Mów! - krzyknął. - Wszystko, co zechcesz! - Chcę, byś zadbał o los mego syna - powiedziała wolno, z namysłem. - Marnuje się jako cześnik. Nie jest z natury dworzaninem, lecz wojownikiem. Przyjmij go do drużyny. - Miecława? - zawołał z entuzjazmem. - Przednia myśl! Zawsze go lubiłem... i ufałem bardziej niż rodzonemu bratu. Nie tylko pasuję go na rycerza, ale uczynię swoim miecznikiem, a później dowódcą. - A zatem... zgadzam się - rzekła, wyczekawszy stosowną chwilę. Chwycił obie jej dłonie i zaczął obsypywać pocałunkami. - Dzięki, mój aniele... Dziękuję... Rozwarły się drzwi. Stanęła w nich Rycheza we wspaniałej żałobnej szacie. Choćby nawet włożyła na siebie wór pokutny, i tak wyglądałaby godnie. Mieszko poderwał się, zmieszany. W jego żonie było coś takiego, że cokolwiek by

czynił, zawsze wywoływała w nim poczucie winy. - Właśnie... dziękowałem siostrze Donacie... - dukał mętnie, niczym żak, przyłapany na szczeniackiej psocie. - Tak? - zapytała Niemka z drwiącą ciekawością. - A za co? - Za to, że jako jedyna wytrwała do ostatka przy konającym - wykręcił się niezgrabnie, wbijając oczy w podłogę. - Bardzo chwalebnie - odparła Rycheza, przewiercając oboje lodowatym spojrzeniem. Ja także pragnę jej podziękować... za jeszcze jedną przysługę. - Jakąż to? - zainteresował się Mieszko Lambert. Jego żona westchnęła głęboko. - Namówiła młodą wdówkę... panią Odę, by wróciła do Sasów. Dobrze uczyniła. Tutejszy dwór jest zbyt ciasny dla dwóch królowych... nawet jeśli jedna była niedoszła dorzuciła z kwaśnym uśmieszkiem. - A teraz pora wydać rozkazy dworzanom - przypomniała mężowi. - Jutro wyruszamy z konduktem do Poznania. Wolą nieboszczyka było spocząć w kościele Świętego Piotra u boku twego dziada. Lud może zacząć opłakiwać ukochanego władcę... - Każdy władca jest ukochany... po śmierci - mruknął znacząco następca. - Nie każdy - szepnęła ledwie słyszalnie Donata. - Zostaw nas, proszę, same, mój panie... i królu - zasugerowała Rycheza nieco cieplejszym tonem. Następca skinął głową. Zerknął raz jeszcze na nieruchomą jak posąg zakonnicę, po czym ruszył do wyjścia. W drzwiach zatrzymał się chwilę. - Jeśli jednak urazisz czymś naszą dobrą siostrę Donatę... - rzucił przez ramię, tonem

nadspodziewanie groźnym. Rycheza zrobiła zaskoczoną minę. - Ani mi to w głowie! - zapewniła. - Chcę z nią pogadać o naszych babskich sprawach. Mieszko wyszedł. Dwie kobiety mierzyły się wzrokiem. Zakonnica wytrzymała badawcze spojrzenie królewskiej rywalki. - Ma siostra jakieś wieści o Predysławie? - zagadnęła księżna, przerywając dręczącą ciszę. - Zamknęła się już za nią furta klasztoru? - Zapewne - odpowiedziała ostrożnie Donata. - Miałam ustną wieść od Miecława, przyniesioną przez jakiegoś pastuszka. W drodze napadli ich zbóje. - Zbóje, powiadasz? Więc mój Gertyk miał okazję wykazać się męstwem? wypytywała dalej Rycheza z roziskrzonym okiem, gdy wspomniała o poznańskim rycerzu. - Niestety, został zabity - zaprzeczyła mniszka z ubolewaniem. - I jego giermek także. Małżonka następcy tronu z trudem opanowała odruch zaskoczenia i ogromnego rozczarowania. Przez jedno mgnienie miała minę dziewczynki, której odebrano ulubioną zabawkę. - Mój rycerz nie żyje? - dopytywała z niedowierzaniem. - Szkolony przez najlepszych fechmistrzów?! Dał się zarąbać zwykłym zbójom? - Niestety, pani - potwierdziła zakonnica. - Niezbadane są Boże wyroki... Widać pobłądził na ścieżkach przeznaczenia. Sprawiono mu godny, chrześcijański pochówek dodała pocieszająco. Wypowiadając ostatnie słowa, oczyma duszy widziała wilki rozszarpujące okrwawione ścierwo. Rycheza chwilę walczyła ze sobą, by stłumić ból zranionego serca. W końcu wzruszyła ramionami.

- To pewnie kara za grzechy. Bóg jeden wie, co skrywał w głębi duszy... Najważniejsze, że twój syn usunął stąd ruską jawnogrzesznicę, plamiącą chrześcijański dwór. To również twoja zasługa. Mniszka nie odpowiedziała. Pochyliła głowę, by ukryć cisnący się na usta uśmieszek. - Dziwnie splatają się nasze losy - zaważyła po chwili niemiecka dama. - Wciąż muszę ci być za coś wdzięczna. - Zawsze do usług... - zaszemrała mniszka, zginając się w pokornym ukłonie. Rycheza powstrzymała ją szybkim gestem upierścienionej dłoni. - Daruj sobie te słodkie słówka - przerwała ostrym tonem. - Mogłaś zwieść mego ślepego na wszystko męża, lecz mnie nie oszukasz. Wiem, że kryjesz pod habitem grzeszne ciało, będące kłębkiem żądz. Jesteś dla mnie jak naga. Wiem, kim jesteś i jaka jesteś. Zakonnica poczuła ciarki na plecach. Istotnie czuła się obnażona. Starając się nie okazywać niepokoju, czekała, co dalej powie małżonka nowego monarchy. - Znam się na ludziach - podjęła po chwili tamta - a zwłaszcza na przebiegłych niewiastach. Długo cię miałam na oku, podejrzewając, że coś ukrywasz. Kiedy myślisz, że nikt nie widzi, spada maska pokory i wyziera dzika, głodna ambicja... Donata nadal milczała, zdając sobie sprawę, że cokolwiek teraz powie, obróci się przeciw niej. - Ale rozumiem cię - kontynuowała Rycheza nieco łagodniej. - Ja także uczyniłabym wszystko dla swego syna. Poświęciłaś dla Miecława... swoją cześć i śluby zakonne... Uwiodłaś kiedyś starego Bolesława, a teraz mojego męża - dodała oskarżycielsko, lecz bez szczególnej złości. Zakonnica z trudem powstrzymała westchnienie ulgi. Niech księżna zachowa złudzenie, że ją przejrzała.

- Ojciec dręczył go i katował... - zaczęła. - Chciał z niego zrobić twardego mężczyznę - wtrąciła Niemka, krzywiąc się pogardliwie - a wychował zahukanego niedołęgę. - Wraz ze śmiercią okrutnego rodzica stracił grunt pod nogami - zauważyła trzeźwo Donata. - Potrzebuje pociechy i zrozumienia. Od ciebie ich nie zaznał - dorzuciła śmiało, patrząc prosto w oczy rywalki. Niewiarygodne, lecz Rycheza jakby się lekko zmieszała. Widać było, że ma na końcu języka ostrą ripostę, lecz powstrzymała się w ostatniej chwili. Myślała chwilę, marszcząc czoło. Potem uśmiechnęła się wyniośle, podjąwszy decyzję. - Więc go pocieszaj - zgodziła się pozornie niefrasobliwie, podkreślając słowa niedbałym gestem. - Pocieszaj, jak potrafisz. W moim kraju powiada się, że lepsze jest zło poznane od tego, którego jeszcze nie znamy. Zostań jego... pellex. Byle dyskretnie. Z dala od ludzkich oczu. - Obiecał mi komnaty na Ostrowie Lednickim - poinformowała Donata rzeczowo, całkiem uspokojona. Rycheza skinęła głową. - Bardzo dobrze. Widzę, że jednak nie stracił całkiem rozsądku. Nigdy nie lubiłam tej warowni na wyspie - zauważyła z niechęcią. - Przebrzydłe miejsce. Czuć tam wilgocią i zatęchłym pogaństwem. Udaj się tam i nie pokazuj więcej na dworze. A o los swego syna możesz być spokojna. To miły chłopak, choć bastard. Mój pan małżonek woli go od Ottona... Miecław zrobi wymarzoną przez ciebie karierę. Mniszka znowu się pokłoniła, tym razem z uśmiechem niekłamanej radości. - Dzięki miłościwej pani za łaskawość. Ucałowała skraj zdobnej szaty i czym prędzej zeszła z oczu księżnej, zanim ta zdążyła

się rozmyślić. Zwycięski uśmiech nie znikał z ust siostry Donaty, gdy schodziła ze Wzgórza Lecha na gnieźnieńskie podgrodzie. Żałobne śpiewy i dzwony brzmiały jej w uszach jak najmilsza muzyka. Ostrożnie zerkając za siebie, czy jej ktoś nie śledzi, skierowała lekkie kroki do buchającej żarem kuźni. W rozwartych szeroko wierzejach powitał ją z uszanowaniem Wojbor w skórzanym fartuchu, z wielkim młotem w dłoni. Był niegdyś dzielnym wojownikiem, lecz gdy podczas jakiejś potyczki trafił go piorun, nie czyniąc mu jednak żadnej krzywdy, został potajemnie kapłanem Peruna, którego czcił od dziecka, zgodnie z rodową tradycją, za nic mając obcego niemieckiego Boga. Kiedy nadeszły mroczne czasy krystowierców, skrył się pod samym nosem srogiego władcy, udając zwykłego kowala. W środku czekał zapatrzony w żar guślarz Widun w grubym kaftanie poganiacza bydła. Odwrócił się ku wejściu, gdy mniszka przestąpiła próg. - Witaj, kapłanko - rzekł z szerokim uśmiechem. - Od dawna nie widziałem cię tak szczęśliwą. Wymienili ceremonialne ukłony i od tej chwili wszyscy troje przestali być zakonnicą, pastuchem i podmiejskim rzemieślnikiem. Stali się kapłanami pradawnych, potężnych bóstw. - Jakże się nie cieszyć - odpowiedziała drżącym głosem - kiedy skonał nasz największy krzywdziciel. Wychwalany piórami obcych biskupów wielki władca, a dla nas krwawy tyran... - Masz łezkę w oku - zauważył bystro Widun. - Czyżbyś jednak go żałowała? - To łza radości - ucięła hardo, potrząsając głową i ocierając z policzka ślad wzruszenia. - Kobieta jest wieczną zagadką - skonstatował guślarz, rozkładając bezradnie ręce. - Na młot i ogień! - mruknął radośnie Wojbor, potrząsając pięścią. - Nareszcie zemsta.

Śmierć krystowiercom! - A to dopiero początek - przytaknął poważnie Widun. - Bogowie znów nam sprzyjają. Otrzymałem właśnie wieść od Mścigniewa. Przemawia do mnie niczym płomienny wiatr. Zapewne ucieszy cię, pani, że jeszcze jeden sprawca twej Niedoli, płocki czerniec... - Ojciec Marcjalis - wpadła mu w słowo. - Prawie zapomniałam o tym nędznym robaku... w natłoku ważniejszych spraw. Co z nim? - Nie przeżył spotkania z twym synem - oświadczył guślarz spokojnie. Uniosła dumnie głowę. - Dobry syn mści krzywdy swojej matki. Nic nie zostanie zapomniane ani wybaczone... Doprowadzimy dzieło do końca, zgodnie z naszym przeznaczeniem. Dziękuję wam za Mścigniewa - dodała ze szczerą wdzięcznością. - Cieszę się, że zawarł braterstwo z Miecławem. Obaj chłopcy wcześnie stracili ojców i rodowe siedziby... Stali się jak dwa kwiaty, rosnące na wspólnej łodydze. To prawdziwe szczęście, że mają takich mistrzów, jak wy. Wojbor i Widun spojrzeli po sobie z satysfakcją. Kapłan Peruna ćwiczył młodych w wojennym rzemiośle, guślarz Welesa dbał o ich rozwój duchowy. - Staramy się, kapłanko - odparł Widun w imieniu obydwu. - Ci młodzieńcy są naszą przyszłością. Nową nadzieją na lepsze czasy. - Nauczysz Miecława sztuczki z przemianą w niedźwiedzia? - zagadnęła z ciekawością. Guślarz pokręcił przecząco głową. - Chociaż są tak do siebie podobni, Dola każdego jest inna. Niedźwiedź walczy samotnie, choć oswojony i przemieniony może być wiernym druhem. Przeznaczeniem twego syna jest przewodzić tysiącom... aż do samego końca. - Rozumiem - stwierdziła, kiwając głową. - Nie wątpię, że ich dobrze szkolicie.

- Skoro tyran nie żyje, jak wykorzystamy chwilę zamętu? - zainteresował się Wojbor. Co rozkaże twój wieszczy duch? - wypytywał z respektem. - Zacznijcie podburzać Lud Słowa - odrzekła bez wahania. - Cierpliwie dotąd pracował na kosztowne wojny, zbytkowne utrzymanie wielkiego dworu i zaspokojenie chciwości obcych czerńców, wypasionych na dziesięcinach. Pokornie znosił kolejne lata nieurodzajów, głodów, suszy, powodzi, zsyłanych przez urażone bóstwa, wygnane ze swych sanktuariów i strącone z cokołów. Zbyt długo godził się ze swym losem, milcząco przyjmując, że budowa nowego świata zawsze musi łączyć się ze zdzierstwem i przemocą. Niemal zapomniał o dawnych swobodach. Musicie je przypomnieć. Opanowujcie ludzkie dusze powoli, lecz metodycznie. Dajcie kmieciom nadzieję, że kiedyś zrzucą piastowskie jarzmo i pomszczą samowolę panów, co sprzedali się Bogu Niemców. Ja biorę na siebie zagniewanych, grożących buntem wielmożów i słabego księcia... a raczej gnuśnego króla. - Pozostaniesz na dworze w przebraniu zakonnicy? - spytał Widun, zerkając na nią spod oka. Kąciki jej ust uniosły się lekko, tworząc niewielkie zmarszczki. - Zamieszkam na Ostrowie Lednickim - oznajmiła. - Piastowic postanowił mnie tam ukryć przed dworskimi plotkami. Tym lepiej. Będę skrycie rządziła. Uczony ospalec zrobi wszystko, co zechcę. Zostanę jego... pellex, jak określiła niemiecka pani. Zgodziła się na ten związek, widząc w nim mniejsze zło. Uważa się za mądrą, lecz nie wie, kim jestem naprawdę... Jej pobożny umysł nie jest w stanie tego ogarnąć. - Więc Mieszko Lambert nie jest z nią szczęśliwy? - zasugerował guślarz. Zaśmiała się całkiem szczerze. - Z tą zimną Niemrą? Odmawiała spełniania obowiązków małżeńskich we wszystkie niedziele i święta, w środy i piątki, w dni pokutne, przed świętem Wniebowstąpienia, w

oktawę Wielkanocy i Zielonych Świątek, podczas czterdziestodniowego postu i adwentu, w ciągu trzech dni przed komunią... Dewotka słucha swoich niewyżytych, obłudnych czerńców. To prawdziwy chrześcijański cud, że w ogóle urodziła dwoje dzieci! Mężczyźni kiwali głowami, krzywiąc się pociesznie i z trudem zachowując kapłańską powagę. - Nigdy nie zrozumiem tych szaleńców - mruknął Wojbor z udawanym żalem, gdyż nie wydawał się tym naprawdę zmartwiony. - Wmawiają kobietom, że są nieczyste i robią z nich nieszczęśliwe wariatki - Widun zawtórował koledze wesoło rozedrganym głosem. Obaj w końcu nie wytrzymali i ryknęli takim śmiechem, że spłoszyli z dachu stadko wrzaskliwych kawek. - Otóż to - potwierdziła kapłanka Matki Żyznej Ziemi, kiedy już się wyśmiali i otarli załzawione oczy. - Uradowaliście swym śmiechem bogów. Tylko tyle są warte te głupie, szkodliwe zabobony. Udało mi się jednak wykorzystać je na naszą korzyść. Nie obawiajcie się. Mocno trzymam w garści wszystkie nici. I będę trzymała do chwili, aż... - ...odzyskamy, co nasze - dokończył za nią Wojbor. Chwilę milczeli, wpatrując się w żar, jakby dostrzegali w nim zarysy nowych czasów, blask przyszłego triumfu. Tknięta nagłą myślą kapłanka uniosła obie dłonie, zręcznie wyciągnęła szpilki przytrzymujące zakonny welon i prędko zerwała go z głowy. Złociste włosy rozsypały się na plecach i ramionach. - Nareszcie zrzucę ten wstrętny, chrześcijański łach - syknęła przez zaciśnięte zęby. Potem zerwała z rzemyka drewniany, okuty żelazem krzyżyk. Wraży talizman od dawna parzył jej szyję i pierś.

- I przestanę nosić znak hańby - dodała nienawistnie. Rzuciła oba symbole zniewolenia na rozpalone węgielki jako ofiarę bogom. Po chwili zajęły się ogniem. - Tak będą płonąć chramy i monastery Jezu Krysta... - szepnęła w rozmarzeniu kapłanka, oznajmiając wolę Wielkiej Bogini. - Niech Tarcza Swarożyca rozjaśni nasze drogi, a ogień Welesa rozpali nam serca! - rzekła, unosząc obie dłonie w hieratycznym geście. Dwaj mężczyźni pokłonili się przed nią z respektem. - Jak teraz mamy się do ciebie zwracać? - zapytał bystro guślarz. - Bo chyba nie zakonnym imieniem? Wracasz do swego dawnego miana, Dziewanno? - Dziewanna umarła wiele lat temu - oznajmiła z nutką żalu. - Odtąd będę się zwać Żywią. 4. Cień Welesa (wiosna-lato 1047) Dziewczęta opuściły już święty gaj Mokoszy i szły leśną ścieżką w stronę rzeki. Prowadziły je młodsze kapłanki. Wszystkie niosły własnoręcznie pomalowane, pstrokate kraszanki, spoczywające w ich ciepłych dłoniach niczym w gniazdkach bajkowych ptaszków. Dziś rano poświęciły owe symbole płodności przy kamiennym ołtarzu Matki Żyznej Ziemi, ofiarowując w zamian świeżo rozkwitłe kwiaty i najlepsze kąski ze świątecznych kołaczy. Panny starały się zachować należytą powagę, właściwą obrzędowi, niektóre jednak, zwłaszcza najmłodsze, nie mogły opanować podnieconych chichotów. Drżały na całym ciele. Wiedziały, co je za chwilę czeka. By sobie dodać odwagi, śpiewały: Idziemy przez pole, Wicher chmury pędzi Przyspieszamy kroku, Chmury jeszcze prędzej,

Prędzej jeszcze, prędzej jeszcze, Aż lunęły w żyto deszczem! W tym momencie wyszły na łąkę nad rzeką w pobliżu wierzby płaczącej. Chłopcy czyhali w zaroślach, mając naszykowane ceberki z wodą pobłogosławioną przez wielką kapłankę. Wyskoczyli nagle i z okrzykiem: „Dyngus!” zaczęli oblewać idące dziewki od stóp do głów, aby stały się płodne i życiem darzące jak Matka Ziemia. Nie oszczędzili przy tym odzianych w bogato wyszywane szaty kapłanek, które wcale tego nie miały za złe dokazującym młodzikom. Wczoraj osobiście ich wysmagały w łaźni wierzbowymi gałązkami z puszystymi, mlecznobiałymi baziami, by wypędzić wszelkie mroczne wpływy zimowych zmór i upiorów, jakie nagromadziły się w sercach podczas panowania Marzanny. Tak oczyszczeni śmigusem mogli dopełnić obrzędu. Chwilę trwała jeszcze rytualna dostojność, lecz wkrótce dziewice rozbiegły się z piskiem i śmiechem. Niektóre chętnie ofiarowywały kraszanki swoim wybrańcom, inne, z natury przewrotne, starały się na wszelkie sposoby uchronić swój skarb przed łapczywie wyciągniętymi dłońmi chłopaków. Rozpoczęły się więc dzikie gonitwy i radosne pląsy. Młodzi śpiewali: Hej Lato, Lato złote, Obrzucaj kłos bogato, Będziemy mieć robotę, Obrodzisz pełnią żniwa, Hej Lato, Lato, Żywio! Byśmy mieli ziemski Wyraj, Daj nam Lato, Żywio, daj! Żywia spoglądała na nich z leśnego sanktuarium z błogim uśmiechem na ustach. Przed

laty sama chętnie uczestniczyła w wesołym obrzędzie, teraz jednak nie wypadało księżnej matce i wielkiej kapłance mieszać się z ludem. Ceną wielkości jest zawsze samotność, pomyślała i przez jej oblicze przemknął cień smutku. By rozproszyć mrok, usiłujący zakraść się znów do jej serca, przymrużyła oczy, popatrując z lubością, jak sięgająca zenitu Tarcza Swarożyca igra jaskrawymi strzałkami na jasnych włosach, złotawo łyskających piersiach i łydkach, migotliwych sznurach bursztynów i oślepiająco białych giezłach dorodnej mazowieckiej młodzieży. Radość dla oka i serca. Można przez chwilę uwierzyć, że sczezło całe zło tego światła, jak ostatni marcowy śnieg rozpłynęło się w nicość, a ponury cień krzyżowego oręża nigdy nie zawiśnie nad tą szczęśliwą krainą. Potem kapłanka wyrzekła Słowo Mocy, jakiego dawno temu nauczył ją guślarz Welesa, i sobie tylko wiadomym sposobem, niewidzialna dla rozochoconej młodzi, wróciła szybko na zamek. Wynurzyła się z magicznie zagęszczonego cienia w załomie podmurówki i weszła na palisadę, skąd jej syn, synowa i wnuk, siedzący ojcu na ramionach, obserwowali nadrzeczną sielankę. Ujrzawszy księżnę, Predysława pokłoniła się teściowej z szacunkiem, zaraz jednak oddaliła się w milczeniu, zabierając ze sobą kapryśnie protestującego, małego Leszka. Na dziedzińcu oddała go w ręce jednego z młodszych kapłanów Peruna, by odprowadził dzieciaka na tylny dziedziniec, skąd dochodził szczęk oręża ćwiczących wojowników drużyny Miecława. Dziesięcioletni Leszek trzy lata temu przeszedł pod męską opiekę i miał swego piastuna, który wspólnie z rodzicem go postrzygł. Kniaziówna westchnęła ciężko, odprowadzając synka wzrokiem, po czym odeszła do swoich komnat. Matka i syn zostali sami. Milczeli chwilę, wsłuchując się w dochodzące znad rzeki odgłosy zabawy, świergot ptaków i nawoływania straży na miejskich wałach. - Predysława zdaje się czymś strapiona - rzekła w końcu ostrożnie księżna, popatrując

spod oka na potomka. - Strapiona? - powtórzył Miecław z krzywym uśmieszkiem. - Jest śmiertelnie przerażona, odkąd usłyszała... Lęka się, że kiedy nadejdą tutaj jej brat i szwagier ze swoimi wojskami... Dręczą ją złe sny, w których widzi ciągle rzeź i pożogę. - Nie wierzy w nasze zwycięstwo? - spytała cicho kapłanka. - Nie widzi, jak wdzięczni bogowie sprzyjają nam i od dziesięciu z górą lat darzą naszą krainę wszelką obfitością i urodzajem? Nie dostrzega możnych rycerzy, garnących się pod twoje skrzydła? Nie widzi, że lud, uwolniony od uciążliwych danin dla dworu i Kościoła, czuje się pod twoim władztwem swobodny... i szczęśliwy? Książę Mazowszan opuścił głowę z ponurym grymasem. - Według niej, czcząc demony, wszyscy żyjemy w ciężkim grzechu - odparł głucho - i będziemy musieli za to odpokutować. Myśli, że o tym nie wiem, lecz zauważyłem, jak zmówiła się z klucznicą i nocami wymykała się do dawnego chramu Jezu Krysta, by kajać się przed swoim mściwym Bogiem, czyli przed ruską ikoną, którą przemyślnie tam skryła. - To smutne, że żyjąc wśród nas tyle lat - zauważyła poważnie Żywia - nie wyzbyła się ciągle wpajanych jej od dziecka przesądów. Dlatego nie potrafi uczestniczyć w naszych wspólnych radościach. - Obecnie największym szczęściem jest dla niej syn - mruknął, zaciskając wargi. - Na niego przelała wszystkie swoje uczucia... Tym bardziej się jednak lęka... o dalsze losy. - Nie sądzę - przerwała mu prędko matka - by nawet tak bezwzględni ludzie, jak chrześcijanie, mogli się mścić na niewinnym dziecku. Mówiła bez przekonania, wiedząc, że z pewnością będzie inaczej. Miecław zdobył się w odpowiedzi na nikły, wieloznaczny uśmiech. - Jeśli przegram - oznajmił wciąż tym samym, posępnym tonem - zginiemy wszyscy.

Nie będzie nawet komu zapłakać nad naszymi prochami. Podniosła głowę i wpiła się weń płonącym, przenikającym na wskroś spojrzeniem. - Nie kuś bogów! - ostrzegła. - Będzie, co nam Dola przyniesie. Zwątpienie to pewna śmierć dla rycerza. Skoro tylko Mścigniew powróci z Krainy Jezior, natychmiast wyruszę... do kogoś, kto na pewno pomoże. - Wielką masz moc, matko - przyznał syn, popatrując na nią z uznaniem - i wielką wiarę w zwycięstwo. Co będzie jednak, gdy twoja wyprawa się nie powiedzie? Wzruszyła ramionami. - Moc magiczna to jedno, a siła oręża to drugie. Nikt nie wątpi, że znaczną zgromadziłeś potęgę. Skoro Kazimierz Karol wpadnie w pułapkę i zginie, wówczas... zawiesiła znacząco głos. Książę zmarszczył brwi. - Właśnie... Co wówczas? Brzemię takiego zwycięstwa może być cięższe niż klęska. Potrząsnęła niecierpliwie głową. - Wierzbowe witki nie wygnały widać z ciebie do końca mrocznych, zimowych myśli. Kraina Polan dojrzała już, by poddać się twojej władzy. Oczy Miecława rozjaśniło nagłe zrozumienie. - Więc liczysz na to, że jak w dawnych latach zbiorą się tam wiece i zechcą mnie okryć dębową koroną Piastów i purpurowym płaszczem Lechitów? - spytał ze szczyptą ironii. - Wierzę, że tak będzie - odparła. - Dojadła im już wilcza swoboda. Dzięki naukom naszych kapłanów uświadomili sobie, że potrzeba im wodza i przewodnika, który wyprowadzi ich z manowców, na jakie sami się zapędzili... Ciągle mają w pamięci straszliwy najazd Brzetysława, przed którym się nie zdołali obronić, gdy czeski książę srożył się niczym ognisty smok, niszcząc wszystko na swojej drodze...

- Zostawił po sobie pustynię - mruknął syn. - Spaloną ziemię... - Powrócisz tam jako zbawca, nie zdobywca. Nie sięgniesz po cudze, tylko przyjmiesz to, co ci ofiaruje zbłąkany lud. - A co na to powie cesarz? - spytał z powątpiewaniem. - Czy nie zechce nas zmiażdżyć? Otoczyć żelaznym pierścieniem razem z Rusami i Czechami? Znowu wzruszyła ramionami. - Niemcy czują respekt tylko przed siłą. Cesarz uzna cię, gdy zobaczy, że trzeba się z tobą liczyć... i można dogadać. Zaśmiał się gorzko. - Ze mną? Z pogańskim samozwańcem? Uzurpatorem? Bastardem?... Tak mnie tam nazywają. - Tak czy owak - przerwała mu z przekonaniem - jako domniemany krewny Piastów, po śmierci Kazimierza Karola będziesz jedynym liczącym się pretendentem do osieroconego tronu... - A synowie Kazimierza? - spytał przytomnie. - Bolko i Władysław? Machnęła lekceważąco dłonią. - Małoletni! Nie liczą się póki co. Skoro cesarz ustanowi cię regentem i piastunem książątek, zawsze może któremuś przydarzyć się dziecięca choroba albo niemiły wypadek... Kazimierzowe szczeniaki nie dożyją lat sprawnych. Moja będzie w tym głowa! Potem Leszek dorośnie... Chrząknął wymownie, posępnie. Głuchy charkot przez chwilę rozsadzał mu płuca. Pamiątka po bojach z Rusami, gdy go jakiś brodaty wielkolud trafił obuchem w pierś. - Skąd pomysł, że cesarz powierzy mi opiekę nad Piastowicami? Odda synów w ręce zabójcy ich ojca? To jakby wrzucić do wilczej jamy bezbronne jagniątka!

- Powiedziałam: o nic się nie martw. Skup się na walce i pozwól matce dbać o wszystko. Pokonasz swego bratanka w uczciwym rycerskim boju, więc nie będziesz mordercą. Mówisz, że mają cię na dworze cesarskim za buntownika i poganina... Wyprowadzimy ich zatem z błędu. Zostałeś wszakże ochrzczony. Nikt poza nami nie wie, że guślarz Widun starł z twego czoła owo plugawe znamię... Jesteś żonaty z siostrą kniazia Jarosława. - Której wyrzekł się własny brat! - wtrącił Miecław z goryczą. - I masz prawowitego dziedzica... - Moja żona uważa za nieważny ślub zawarty przed guślarzem Welesa - stwierdził przez zaciśnięte zęby. - Ciągle sądzi, iż żyjemy w grzechu... że jest tylko konkubiną zbuntowanego wojewody. - Co za brednie! - syknęła Żywia z rozdrażnieniem. - W razie czego weźmiecie ślub w Poznaniu lub na Wawelu. Udzieli go wam sam biskup za odpowiednią zachętą... jeśli nie przekonamy go złotem, to ostatecznie żelazem. Nikt nie zechce osądzać zwycięzcy. Wódz Mazowszan zastanawiał się chwilę, potem zaśmiał niewesoło. - I po to było to wszystko? Lata bojów, intryg, skrytobójstw? Odzyskaliśmy wolność, żeby znowu poddać się wrażemu jarzmu i wjechać w uprzednie koleiny? - Niebezpiecznie pozbawiać książąt władzy - zauważyła znacząco. - Zawsze trzeba czymś za to zapłacić. Skoro nie będzie innego wyjścia, poddamy się konieczności... W przeciwieństwie do Piastów nie będziemy jednak narzucać ludowi, jakiego boga czcić. Pozwolimy czerńcom na ich pracę misyjną... w pewnych granicach. Niechaj żyją w cnotliwym ubóstwie, prowadzą swój ulubiony pustelniczy żywot i nawracają słowem, nie mieczem. Miecław pokręcił głową z powątpiewaniem.

- Nie sądzę, by udało się pogodzić rodzimą wiarę z tamtą. Skoro wpuścimy tu znów obcych czerńców... Oni są jak ogień w zanadrzu, myszy w worku albo żmija na łonie. Będą nas drążyć od środka, aż zniszczą, jak zniszczyli rzymskie imperium. A kiedy urosną w siłę, znów zaczną mordować i palić ludzi innej wiary. Zawsze muszą mieć kogo dręczyć, inaczej nie byliby sobą. Sama tak mówiłaś. - To prawda - przyznała spokojnie - lecz pod twymi roztropnymi rządami... będzie jak tutaj, w Krainie Mazowszan, na którą inne ludy spoglądają z zazdrością i nadzieją. Miecław spojrzał na nią bystro, jakby chciał wybadać, co kryje się na dnie owych zawrotnych wizji. - Wszystko dzięki twym mądrym radom - rzekł powoli, nie porzucając lekko drwiącego tonu. - Więc chciałabyś mnie ujrzeć na tronie odnowionego Królestwa Polanii... a siebie widzisz oczywiście w roli królowej matki... Nie wystarcza ci już, że jesteś księżną i wielką kapłanką? Spojrzała nań z wyrzutem. - Mieszku... - zaczęła. Po jego twarzy przemknął cień, jak szczupak w przejrzystej wodzie. - Nie nazywaj mnie tym piastowskim mianem! - żachnął się gwałtownie. - Wiesz, że tego nie lubię! - Chociaż nie lubisz, masz do niego prawo - podjęła niezrażona. - Będziesz panował jako Mieszko III. - Jestem Miecław, książę Mazowszan - odpowiedział twardo. - Na dźwięk tego imienia drżą nasi wrogowie. - Pamiętaj, Miecławie - kontynuowała spokojnie - że wszystko, co uczyniłam, zrobiłam tylko dla ciebie.

- Dla mnie? - spytał z cierpkim grymasem. - Czy dla swojej bogini? Spojrzała mu znów prosto w oczy, sprawiając, że spuścił własne. Potem zapatrzyła się gdzieś w dal, w toczące się od zasnutego mgłami widnokręgu leniwe nurty Wisły. - Bogowie są nienasyceni - stwierdziła w końcu zagadkowo. - Im więcej dla nich czynimy, tym większych żądają ofiar. - I właśnie dlatego musisz wyruszyć w daleką i niebezpieczną wyprawę? - spytał z nagłą troską. - Lękam się o ciebie, matko. - Muszę to uczynić - odparła. - Spełnić obietnicę daną Mokoszy. Miecław westchnął głęboko. - Jestem już znużony bogami i boginiami - oznajmił z prawdziwą udręką. - Najchętniej wyrzekłbym się krwawo zdobytej władzy i zaszył z żoną i synem w naszym rodowym dworzyszczu... Zaniosła się niespodzianie zimnym, okrutnym śmiechem. - Chciałbyś wrócić do Liwa? - spytała niemal kpiąco. - Cieszyć się hożą żonką, przychówkiem, może nawet siać i orać?... Jesteś wszak wojownikiem, nie hreczkosiejem. Tniesz ludzi, a nie zboże. Wiesz dobrze, że już nie ma odwrotu. Wszyscy zaszliśmy za daleko... Pozostały nam tylko zwycięstwo lub klęska. Tak chcą bogowie. - Przeraża mnie własny los - wyznał szczerze - i moje przeznaczenie. Pokiwała ze zrozumieniem głową. - Każdego przeraża, gdy stanie twarzą w twarz ze swą Dolą... Musisz to znieść po męsku, mój synu. Jesteś dzielnym wojownikiem. Uwielbianym wodzem. Nie jesteś sam. Masz rycerzy, kapłanów... - Tak samo jak Kazimierz Karol - zauważył z przekąsem. - On także ma wielce ambitną matkę.

- Nie pora na takie myśli - przerwała mu niecierpliwie. - Osłabiają cię, gdy szykujesz się do ostatecznej rozprawy z piastowskim bratankiem. - Dobrze więc - przerwał jej dosyć ostro - niech każde z nas robi, co należy. Będę się zbroił w milczeniu, jak na męża przystało, ty zajmiesz się czarodziejstwem... Szkoda, że będziesz daleko - dorzucił z niekłamanym żalem. - Mogłabyś mnie wesprzeć w chwilach zwątpienia. Uśmiechnęła się czule. - Zawsze będę nad tobą czuwała, zwłaszcza kiedy o mnie pomyślisz - oświadczyła. Sądzę natomiast, że będzie ci brakowało tutaj Mścigniewa, gdy się zaczniecie szykować do wojny - zaczęła niespodziewanie. - Czy naprawdę musi mi towarzyszyć? Miecław spojrzał na nią nieco zaskoczony. - To mój najlepszy wojownik i najwierniejszy druh - stwierdził. - Przy nim będziesz bezpieczna. Pokręciła głową zafrasowana. - Czy aby na pewno? Nie ufałabym mu tak bezgranicznie. Ma w głębi duszy mroczne miejsce, którego nie potrafię przeniknąć... jakby coś wiecznie ukrywał. Jest w nim coś, czego się lękam. Jej syn uniósł brwi. - Nie rozumiem. Co ci się w nim nie podoba? To wielki rycerz... - Właśnie, rycerz - niechętnie przytaknęła. - Ma wspaniałego rumaka, zacny pas z mieczem, hełm i kolczugę... brakuje mu tylko niewiasty. Czemu dotąd się nie ożenił? Nie brak urodnych panien wśród naszych kapłanek i dwórek. Miecław spojrzał na matkę spode łba.

- Wiesz dobrze, dlaczego. Kocha tylko jedną kobietę. Znów się zimno zaśmiała. - Tę jedną, której nie może mieć? Sam zatem widzisz. To szalony marzyciel, nie mąż dojrzały, na którym można polegać. Obawiam się, że jego niespełnione uczucie może tylko wprowadzić niepotrzebny zamęt i narazić na szwank bezpieczeństwo całej wyprawy. Przydziel mi kogoś innego. Miecław zmarszczył się groźnie. - Pojedziesz z nim, pani matko - wycedził, znów zaciskając zęby - albo nie pojedziesz wcale. Chwilę nad tym myślała, potem uśmiechnęła się z satysfakcją. - Przemawiasz jak prawdziwy władca - oceniła. - Upodabniasz się coraz bardziej do swego ojca. Najeżył się jeszcze bardziej. - Moim ojcem - rzekł ostro - był Czcibor z rodu Liwów. O innym nie chcę słyszeć. - Tego nie możesz wiedzieć na pewno - odrzekła, czując przewagę. - Liw i Piastowic posiedli mnie jednej doby... Obawiam się, że tego nie wie nawet sama Wielka Bogini. Tylko matka jest niewątpliwa. - I jedyna - podjął jej myśl Miecław. Chwilę znowu milczeli, wpatrując się w mglistą dal. Nagle Żywia przysłoniła lewą dłonią oczy od słońca i wyciągnęła prawą rękę przed siebie. - Spójrz!... Wraca wreszcie ten, o kim mowa! Twój niedźwiedziowaty druh! I w dodatku nie sam. Miecław wytężył wzrok i rozejrzał uważnie po okolicy, po czym zerknął bezradnie na matkę.

- Nie widzę ich - oznajmił, wzruszając ramionami. Roześmiała się niemal wesoło. - Mój synu, nie odziedziczyłeś po mnie daru widzenia... A przy tym wypatrujesz kurzawy na gościńcu, zamiast spojrzeć na rzekę. Popatrz uważniej... Podążył za jej spojrzeniem i teraz on także zobaczył ogromny smoczy łeb, wynurzający się z zasłony siwej mgły Po chwili pojawił się także wydęty wiatrem żagiel, falujący jak olbrzymie purpurowe skrzydła. Wspaniały drakkar sunął szybko, choć majestatycznie nurtem Wisły. Miecław odnowił stare przymierza i zezwolił na żeglugę handlową Prusom i Pomorzanom, co powiększyło jeszcze zamożność jego krainy. Za przykładem rodzicielki przysłonił oczy od słońca, wpatrując się w stojące na dziobie statku dwie niewielkie jeszcze, lecz rosnące w oczach ludzkie sylwetki. - Poznaję - przyznał z ożywieniem. - To na pewno Mścigniew! Lecz tego, który mu towarzyszy, nie znam - stwierdził, mrugając ze zdziwieniem. - To chyba nikt z naszych. - Zapewne wysłannik Prusów - podsunęła Żywia. - To ktoś wyjątkowy - dodała po chwili milczenia. - Dlaczego tak sądzisz, matko? - zaciekawił się książę. - Bije od niego złoty blask - stwierdziła - łuna, która oślepia i upaja. Może to żar młodego, gorącego serca, może dar od samego Swarożyca... Mścigniew, choć tak potężnej postury, niknie przy nim jak szary, złudny cień. Miecław znowu wytężył wzrok, po czym sceptycznie pokręcił głową. - Nie dostrzegam niczego takiego... Czy nie omamiła cię igraszka słonecznych promieni? Znowu się roześmiała, tym razem triumfująco. - Nie możesz tego zobaczyć. To widzę tylko ja.

- Zawsze widzisz więcej ode mnie, matko - przyznał Miecław z nutką rezygnacji. - Gdy spostrzeżesz, że tracę moc - odparła półżartem - zacznij układać dla mnie stos pogrzebowy. Nie zareagował. Ruszył w stronę głównej bramy wydać rozkazy strażnikom. Chwilę potem księżna wraz z synem oczekiwali przybyszów w paradnej zamkowej sieni. - Sława bogom! - rzekł gromko Mścigniew, wznosząc otwartą prawicę w powitaniu wojowników. Gdy władca odpowiedział na jego pozdrowienie, skłonił się księżnej matce, starając się nie napotkać jej palącego, przenikliwego spojrzenia. Wszedł do izby mocnym krokiem, z dumnie uniesioną głową, szczękając żelazem. Pragnął zachować godną postawę książęcego miecznika, gotowego zdać sprawę swemu panu z pomyślnie dokonanego poselstwa, lecz obecność wyniosłej, pięknej i niedostępnej kapłanki zawsze go nieco konfundowała i odbierała zwykłą pewność siebie. - Sława, przyjacielu - rzekł Miecław. - Co nam przynosisz? - Wiarę, nadzieję i miłość - odparł Mścigniew - jak mawiają nasi wrogowie. Kiedy żartował, twarz pozostawała nieruchoma, lecz książę i jego matka, znający od dawna rycerza, natychmiast dostrzegli sardoniczny grymas pod wąsem i lekko przymrużoną prawą powiekę. Blizna, idąca przez czoło i lewy policzek, nieco przy tym bielała. Oboje uśmiechnęli się w odpowiedzi. - Brzmi nieźle - ocenił wódz. - A co oznacza? - Miłość naszych pruskich druhów - podjął wojownik, teraz już całkiem poważnie wdzięcznych za pomoc w walkach z Rusami. Wiarę w trwałość sojuszy, zawartych w imię Peruna i Welesa. Nadzieję na wspólny bój aż do zwycięstwa.

- Więc stawią się na wezwanie? - stwierdził raczej niż zapytał książę Mazowszan. - Plemiona Krainy Jezior wesprą nas - oznajmił rycerz. - Za nimi pójdą Litwini. - Na gniew Peruna! - zawołał uradowany Miecław. - I Jadźwingowie? - Niezawodnie - potwierdził rycerz. - Prusowie już teraz zbierają się w swoich lauksach na wiece, wybierają kunigasów wyprawy i przechwalają się swymi czynami przy ognisku, pijąc na umór - dodał z ledwie wyczuwalną drwiną - lecz przybędą na czas. - Książę Ziemomysł pomorski także obiecał posiłki - poinformował wódz - więc nie zbraknie nam ludzi, by godnie przyjąć piastowskiego kuzyna w mych włościach - dokończył z dumnym, drapieżnym uśmiechem. - Widzę, że przywiozłeś ze sobą jednego z nich - wtrąciła księżna, zerkając z ciekawością ku otwartym drzwiom, za którymi migała w słonecznych promieniach zielona sylwetka przechadzającego się niespokojnie po dziedzińcu tajemniczego przybysza. - Twój nowy druh? - Raczej towarzysz podróży - odparł rzeczowo Mścigniew. - Poznałem go w lauksie kunigasa Niedamira. Zowie się Andaj i pochodzi ze szczepu Boran. Żywia poderwała się z ławy, wyraźnie ożywiona. - To Boranin? - spytała z przejęciem. - Matka opowiadała mi o tym dziwnym plemieniu. W jej opowieściach stawali się niemal baśniowymi, magicznymi istotami. Całe życie spędzają w lasach, nie darmo nazywając siebie Synami Drzew. Każdy, kto zapędził się niebacznie w ich puszcze, nigdy stamtąd nie wrócił. Od dawna nikt ich nie widział w tych stronach, toteż niektórzy wątpią nawet, czy naprawdę istnieją. Inni znów powiadają, że są nieśmiertelni... Zerknęła pytająco na rycerza. Ten chrząknął z zakłopotaniem. - Chłopak niewiele mówił o sobie - odpowiedział z namysłem. - W ogóle jest z natury

mrukliwy. Prawdziwy człowiek lasu. Świetnie tropi zwierzynę, doskonale strzela z łuku, celnie rzuca toporkiem i osobliwymi kościanymi nożami, które jego pobratymcy zwą linarami. Lecz w mieczu by mi nie zrównał - dodał z przechwałką. - Nie ma pojęcia o fechtunku. Machał orężem jak cepem. Jest jednak szybki, bystry i zręczny. Kiedy go raz spytałem, ile liczy wiosen, odpowiedział po prostu, że nie wie, lecz żyje już dosyć długo, aby umieć te wszystkie rzeczy. - Mówi po naszemu? - zdumiała się księżna. - Nad podziw dobrze - potwierdził Mścigniew. - Prędko się uczy albo zna magię Słowa - zasugerował, ujmując odruchowo w dwa palce lewej dłoni wiszący na rzemieniu talizman wojowników, zwany „gromową strzałką”. - Czemu nie wszedł tu z tobą? - chciał wiedzieć Miecław. - No cóż - odpowiedział rycerz z tym samym ironicznym grymasem - czuje się nieswojo zamknięty w czterech ścianach. Woli otwarte przestrzenie pod gołym niebem. Byłby jak dzikie zwierzę w klatce. Po raz pierwszy w życiu zobaczył na własne oczy tak wielki gród i potężny kasztel. - Nie wygląda na bojaźliwego - zauważyła kapłanka. Była już przy wejściu i zza półotwartych wierzei obserwowała spod przymrużonych powiek ukradkowo, lecz bacznie niezwykłego gościa. Chodził w tę i nazad sprężystym krokiem, od czasu do czasu popatrując czujnie na wysokie palisady z gapiącymi się nań z góry strażnikami, gotów zarówno do zażartej obrony, jak i błyskawicznej ucieczki. Kątem oka sprawdzał wciąż, czy brama zamkowa jest nadal otwarta. Mistrz Kriwe zadbał, by jego wysłannik prezentował się godnie przed obcymi: szeroki tors okrywał zielono barwiony, gruby, pikowany kaftan z kilku warstw dobrze wygarbowanych skór, nogi opinały długie nogawice, na stopach miał wygodne ciżmy barwy dębowej kory. Jasne włosy związał

rzemieniem na karku w sięgający do połowy pleców koński ogon. Za pasem miał niewielki toporek i wspomniane przez Mścigniewa linary. Na plecach dźwigał resztę dobytku: długi łuk z pięknie rzezanym łęczyskiem, bizantyńską lirę i wzmocniony żywicą, zabezpieczony przed wilgocią woskiem, podłużny mieszek, z którego wystawały zielonkawe brzechwy długich strzał z białośnieżnymi lotkami. Niewielki, lecz mocno zbudowany, włochaty, siwojabłkowity konik ze strzałką na czole, bez siodła ni uzdy, postępował za nim krok w krok, niczym wierny pies. Kręcący się po dziedzińcu giermkowie i pachołkowie stajenni rozwierali na ten widok szeroko jasne oczy i rumiane gębule, hoże dziewki służebne kryły się zaś po kątach, szepcząc i chichocząc. - Ładny jest - stwierdziła księżna pozornie obojętnym tonem. - Gdyby nie te szpecące tatuaże na policzkach i ramionach... - I owszem - przyznał niechętnie Mścigniew. - Gdyśmy jechali ku rzecznej przystani, wiele dziewek robiło doń słodkie oczy. A cóż ty o tym możesz wiedzieć, rycerzu, zaśmiała się w duchu księżna. Zawsze wierny nieosiągalnej damie serca... - Powiadał, że ma sprawę do ciebie, pani - podjął po chwili witeź, zerkając na nią spod oka. - Do mnie? - zdziwiła się szczerze Żywia. - Jaką sprawę może mieć do mnie... dziki Boranin? - Przysyła go ich najwyższy kapłan - powiadomił ją rycerz. Księżna zmieniła się na twarzy. Wieść zrobiła na niej widocznie silne wrażenie. - Przysłał go sam Kriwe? - zapytała nieco drżącym głosem. Gdy Mścigniew potwierdził skinieniem głowy, podjęła żywo: - A zatem musi to być ważna rzecz, skoro nakazał jednemu z Synów Drzew opuścić

leśne ostępy... - Na pewno sam ci ją wyjawi, pani - mruknął pod nosem Mścigniew. - Nie będziemy przecież tutaj czekać, aż przywyknie do naszych zwyczajów - rzekł nieco popędliwie Miecław. - Wybacz, matko, że cię zostawimy, lecz musimy z Mścigniewem zwołać zaraz wojenną naradę - tłumaczył prędko, porozumiewając się wzrokiem z towarzyszem. - Nie kłopoczcie się o nic - przerwała synowi, unosząc dłoń w stanowczym geście. Sama go wypytam i zajmę się nim, jak należy. Proszę cię tylko, mój synu, nie trzymaj pana Mścigniewa zbyt długo w noc przy kielichu. Niechaj oszczędza siły. Ruszamy skoro świt, a czeka nas długa, uciążliwa i niebezpieczna podróż. - Jak każesz, pani - rzekł rycerz z ukłonem. - Stanie się wedle twej woli, matko - zapewnił książę. Nie bardzo im wierzyła, bo wszak mężczyźni zawsze pozostaną mężczyznami. Wiedziała jednak, że najdzielniejszy wojownik mazowieckiej drużyny ma tęgi łeb i żelazne zdrowie. Patrzyła chwilę za nimi, jak znikają w głębi korytarza, trącając się i pomrukując przyjaźnie, po czym wyszła na zalany słońcem dziedziniec. Instynktem łowcy wyczuł jej obecność i natychmiast się ku niej odwrócił. Napięta, czujna twarz rozjaśniła się, jakby w tłumie obcych wypatrzył pierwsze znajome lico. Żywia, idąc ku niemu, miała przez chwilę uczucie, iż rozpoznaje w rysach nieznajomego młodzieńca oblicze pierwszej, dawno pogrzebanej miłości... Serce zabiło jej żywiej. Złudzenie znikło jednak, kiedy podeszła bliżej. - Pozdrowiona bądź, wielka kapłanko Żemine! - powitał ją, kłaniając się ceremonialnie, lecz bynajmniej nie uniżenie. - Niech Światło Sweistiksa rozjaśnia twoje drogi! - I twoje - odparła życzliwie. - Mistrz Kriwe opowiadał ci o mnie? - zapytała niby od

niechcenia. Rozchylił wargi w szerokim uśmiechu, obnażając białe zęby, godne najgroźniejszego w borze drapieżcy. - Ukazał mi twój wizerunek - wyjaśnił. - Ach, tak - rzekła bez zdziwienia - zapewne w Światłej Tarczy? Potwierdził skinieniem. Myślała, że powie coś jeszcze, lecz on najwyraźniej czekał na kolejne pytania. Siwojabłkowity konik trącił poufale nosem jego ramię, jakby dla zachęty, młodzieniec milczał jednak dalej, stojąc nieruchomo i przypatrując uparcie kapłance, aż poczuła się trochę nieswojo. - Z czym przychodzisz, Andaju? - zapytała wreszcie, trochę oschlej niż zamierzała. Jakie masz posłanie od swego mistrza? Dopiero teraz się ożywił. Bladoniebieskie oczy błysnęły niemal łobuzersko. - Mistrz Kriwe kazał powtórzyć ci, pani - oznajmił z udaną powagą - że na twoje wezwanie przysyła świeżą krew mego ludu, zamiast steranego życiem starca. Uważa, że bardziej ci się przydam... - Ciekawe - mruknęła, trochę zaskoczona. - Więc zna moje zamiary? - Kriwe wie wszystko - odparł, wzruszając lekko ramionami. - Tak, oczywiście - przytaknęła odruchowo. - Od czegóż ma Tarczę... Podczas narady w Arkonie wyczuwałam jego duchową obecność. Miała nadzieję, że tym razem rozwiąże język młodzieńcowi, lecz nie doczekała się riposty. Przyglądał się jej, jak poprzednio, uważnie, ale bez słowa. Istotnie milkliwy ten dzikus, pomyślała zgryźliwie, lecz z odcieniem sympatii. Nie ma wszak niczego gorszego, niż mężczyzna rozgdakany jak niemądra niewiasta. Ten zaś, choć tak młody, potrafił utrzymać język na wodzy. Trochę ją jednak gniewało, że musi wyciągać zeń odpowiedzi.

- Więc twój mistrz życzy sobie, byś przyłączył się do wyprawy - stwierdziła. - Hm, zapewne możesz się przydać - rozumowała dalej głośno, ogarniając badawczym spojrzeniem zgrabną sylwetkę młodzieńca, zatrzymując dłużej spojrzenie na bursztynowym amulecie błyszczącym na jego piersi wśród wilczych kłów i niedźwiedzich pazurów. - Mścigniew chwalił cię, mówiąc, iż jesteś doskonałym zwiadowcą... lecz słyszałam także kiedyś od matki, że Synowie Drzew są z natury wolni jak wiatr i nieujarzmieni jak burza. Zechcesz słuchać rozkazów... kobiety? - zdobyła się wreszcie na zasadnicze pytanie, popatrując na niego nieufnie. Przechylił nieco głowę z nieokreślonym grymasem na ustach. - Nasze kobiety walczą i polują razem z mężczyznami - oświadczył. Urwał i znowu zamilkł, jakby tym jednym zdaniem wyjaśnił wszystko. - Tak, słyszałam i o tym - przytaknęła, z lekka zniecierpliwiona - lecz czy zechcesz słuchać... mnie? - Na czas wyprawy - odpowiedział powoli, spuszczając skromnie oczy - oddam na twoje usługi, wielka kapłanko, mój łuk i sokole oczy łowcy oraz Jasność, którą noszę w sercu - dodał po chwili namysłu. Uśmiechnęła się z satysfakcją. - O tak - potwierdziła żywo - wyczułam twoją aurę, gdy byłeś jeszcze daleko. Dla oczu Widzącej płoniesz jak najjaśniejsza pochodnia. Taki dar mają tylko wybrańcy Jasnego Boga. Rozumiem teraz, czemu Kriwe cię przysłał. Rozjaśnisz nam drogę, gdy zabłądzimy w podziemiach... - By ściągać ku sobie wszystkie ćmy i inne nocne stwory - wtrącił nagle zimno, choć żartobliwie. Nieoczekiwany chłód w jego głosie wywołał dreszcz na jej plecach. Nie spodziewała

się przewrotnej samowiedzy w tak młodym wieku. Zastygła na chwilę, zaskoczona. Dopiero co ten młodzieniec zdawał się ciepły, przyjazny, niewinny, jak uroczy pastuszek, zdybany pod lasem przez wiedźmę. Nagle pokazał wilczy pazur. Stał przed nią obcy, niedostępny, a jego błękitne oczy skrzyły się w gładkiej, jakby kamiennej twarzy, niczym bryłki lodu. A może istotnie Boranie żyją dłużej niż zwykli ludzie, pomyślała z niezrozumiałą dla niej trwogą, i wiedzą od nas więcej... Podczas gdy my nic prawie nie wiemy o nich. Potrząsnęła głową, jakby chcąc odgonić niepożądane myśli. - Na pewno dasz sobie radę ze wszystkimi bestiami mroku - odrzekła pozornie niedbale. - Jutro wyruszamy. - Dokąd? - zadał szeptem pytanie, dziwnie zaciskając wargi. Uniosła obie dłonie w wyrazie wesołego zdumienia. - Bogowie! Nareszcie sam o coś pyta!... I właśnie na to jedno pytanie nie umiem odpowiedzieć. W tym rzecz cała, że nie wiemy jeszcze, dokąd się udać: ani ja, ani guślarz Widun. Musimy zapytać Wyroczni Welesa. Dobra pora na gusła, gdy Tarcza Swarożyca pragnie powoli zachodzić. Pójdź za mną, chłopcze. Ruszyła w stronę świątyni, znajdującej się w drugim końcu dziedzińca, lecz zatrzymała w pół kroku, widząc lekkie zmieszanie na twarzy młodego Jadźwinga. - Wahasz się? - zapytała ze zdziwieniem. - Rozumiem, że podobnie jak twój mistrz, jesteś sługą Świetlistego Pana i niechętnie składasz hołd bóstwom Nawii, lecz nie powinieneś wzdragać się przed Welesem. Jest wszak nie tylko bogiem pasterzy i kupców, lecz także wszelkiej maści artystów: to do niego się właśnie zwracają, by zesłał im wieszczy szał, który pozwala stworzyć wspaniałe pieśni o bogach i bohaterach, rzeźby czy malowidła. Ty zaś jesteś, jak widzę, nie tylko myśliwym, ale i wajdelotą - dodała, spoglądając wymownie na przewieszony przez plecy instrument - więc Welesowa opieka nie powinna być ci całkiem

obca. Ciesząc się jego opieką, możesz nam pomóc, by gusła się wreszcie udały. Do tej pory nie otrzymaliśmy wyraźnej wskazówki... Ponieważ nie kwapił się z odpowiedzią, zupełnie tak samo, jak milczący dotąd podziemny bożek przysiąg i magii, zasugerowała: - A może... jesteś głodny lub pragniesz się wypocić w łaźni po długiej podróży? Czujesz się zbyt brudny, by stanąć u ołtarza? Mówiąc to, przesunęła przelotnym spojrzeniem po jego kaftanie upstrzonym paroma rdzawobrunatnymi plamami. Ślady ludzkiej albo zwierzęcej posoki czy tylko zwykłe błoto? Wzruszył znów ramionami i pokręcił przecząco głową z nieruchomą twarzą. - Nie, pani - odparł, jakby czytał w jej myślach - ziemia, błoto i liście to nie brud. Zjedliśmy z Mścigniewem na statku resztki upolowanej zwierzyny, więc głodny też nie jestem. Coś sobie przypomniałem... ale to może zaczekać. Roześmiała się trochę niepewnie. Młodzieniec okazywał się z chwili na chwilę znacznie mniej prostoduszny i bardziej zagadkowy, niż początkowo sądziła. Nie będzie łatwo go rozgryźć, oceniła. A zwykle nie miała z tym większego problemu. - Chodźmy zatem - poleciła znowu ostrzej, niż pragnęła. Szybkim krokiem podjęła marsz ku świątyni. Andaj postępował za nią bezszelestnie, a dalej, w odległości paru kroków, jego wierny konik. - Może każę odprowadzić twego wierzchowca do stajni? - zaproponowała Żywia. Już unosiła dłoń, by dać znak któremuś z chłopców stajennych, lecz Andaj powstrzymał ją. - Dziękuję, pani - odrzekł poważnie - lecz mój druh-rumak byłby nieszczęśliwy wśród zniewolonych pobratymców. Zaczeka przy wejściu do świątyni. - Nie ucieknie? - zdziwiła się.

Wyszczerzył zęby. - Na pewno nie... i na pewno nie pozwoli nikomu się zbliżyć. Nie zważając na kręcące się wciąż po dziedzińcu dworskie sługi, wpatrujące się chciwie w niezwykłą parę, minęli bez słowa kamienną rotundę, dawny chram Jezu Krysta, który Miecław zamienił w rupieciarnię. Syn Drzew nie zwrócił na nią wcale uwagi, dla niego była to tylko jeszcze jedna wieża onieśmielającej go swą potęgą zamkowej budowli. Nigdy nie widział zresztą świątyni obcego Boga. Szczęśliwy, pomyślała kapłanka. Chwilę potem podeszli do ogromnej, buchającej gorącem Kuźni Peruna. Na progu czekał Wojbor w rytualnej purpurowej szacie. Tuż za nim ledwie majaczył w mroku ziemistoszary cień guślarza Widuna. Obaj przyglądali się z zachłanną ciekawością Jadźwingowi, od dłuższego czasu obserwując z dala jego spotkanie z księżną. Powitali jednak przybysza ze sztywną grzecznością i obojętną życzliwością, jakby jego niezwykły wygląd nie zrobił na nich żadnego wrażenia, jakby chłopak był tylko jeszcze jednym młodym adeptem, który odwiedził sławną świątynię. Żywia uznała, że to podstawa kapłańskiej powagi: widzieć wszystko, lecz nie dziwić się niczemu. Wyglądali zresztą na mocno zaaferowanych zgoła innym problemem. - Coś was gnębi? - zapytała wprost. Zwlekali chwilę z odpowiedzią, marszcząc czoła. Andaj tymczasem oglądał ze szczerym podziwem potężne, starannie ociosane dębowe belki, oplecione pofalowaną, srebrną blachą, symbolizującą smugi błyskawic. Podtrzymywały więźby okopconego stropu świątyni z okrągłym dymnikiem pośrodku, przez który prześwitywało wiosenne oko błękitu. Człowieka lasu szczególnie zachwyciły posągi Ojca Bogów i jego dwóch synów. Nikt z plemienia Boran nie umiałby tak zręcznie wyrzeźbić boskich postaci. Wyglądali jak żywi, jakby za chwilę mieli poruszyć się i przemówić.

Pośrodku stał władca burz i piorunów, mający postać rosłego, mocno zbudowanego męża, odzianego w długą przepaskę biodrową. W dłoni trzymał srebrną włócznię z zygzakowatym grotem, symbol ciskanych na ziemię błyskawic. Oblicze miał srogie, nieco gniewne, okolone rozwianą, długą brodą i srebrnymi włosami. U stóp cokołu płonęło na kamiennym ołtarzu wieczne żarowisko, w którym czerniały kości zwierzęcych i ludzkich ofiar. Ciemnoczerwona kotara za plecami posągu przesłaniała wejście do wewnętrznego sanktuarium, gdzie mogli wchodzić tylko kapłani ofiarnicy. Po prawicy Dumnego Patriarchy stał Boski Kowal w skórzanym fartuchu, z młotem w dłoni, muskularny mężczyzna w sile wieku o długich, falujących blond włosach, opadających na ramiona. Od całej jego postaci biła jasna poświata słonecznej mocy. Ominąwszy podobiznę Swarożyca, wchodziło się do właściwej kuźni, gdzie młodzi akolici wykuwali oręż dla wojowników, wzmacniając go swym błogosławieństwem i nasycając bojową magią. Z drugiej strony ołtarza znajdował się wizerunek Jarowita, cudnej urody młodzieńca zwieńczonego kwietną koroną, jadącego na białym koniu. Bóg walecznych i zakochanych junaków dzierżył oszczep i złotą tarczę, jaką wykuł dlań starszy brat. Za tym posągiem znajdowało się wejście do zbrojowni. Jadźwing pokłonił się z czcią Jasnym Bogom, szczególnie Świetlistemu. Po chwili zastanowienia wyciągnął nóż zza paska, odciął kosmyk włosów i rzucił na rozżarzone węgielki, mrucząc cichą modlitwę. Pukiel zajął się szybko i obrócił w popiół, pozostawiając smużkę białego dymu, wznoszącą się równo ku niebu na znak, że nawet tak skromna ofiara została przyjęta, skoro była złożona ze szczerego serca. - Jare Gody to dobry czas na rozmowę z bogami - zaczął w końcu powoli Widun, obserwując kątem oka poczynania przybysza. - Nie będziemy już musieli kreślić linii w popiele, rzucać czarno-białych drewienek ani przeprowadzać przez włócznie świątynnego

rumaka... lecz by czar udał się w pełni, brakuje nam jednej rzeczy. - Czegóż to? - zapytała księżna, świdrując go przenikliwym spojrzeniem. - Czaszki chrześcijanina - oznajmił z powagą guślarz. - Co takiego? - zdumiała się Żywia. - Nie mamy ani jednej? Spojrzała wymownie na Wojbora, który miał zawstydzoną minę. - Pan Gromu wie - odrzekł kapłan boga wojowników - z jaką radością rozłupałbym parę chrześcijańskich łbów! Miejmy nadzieję, że wkrótce ich nam nie zabraknie! - stwierdził pocieszająco, zacierając wielkie, sękate dłonie. - Ostatnio jednak żaden z krystowierców nie ośmielił się zapuszczać w nasze strony, a twój syn, pani, nie pozwala łupić ruskich kupców, choć wielu z nich szpieguje - dorzucił tonem usprawiedliwienia, zerkając na guślarza. - Od dziesięciu lat bez mała nie było w Krainie Mazowszan chrześcijańskiego pochówku - podjął Widun. - Brak też czasu, by posyłać po taką rzecz do naszych braci w Krainie Polan. Wygrzebałem z pradawnego kurhanu spróchniały czerep wojownika, lecz nie wiem, czy wystarczy - informował z zafrasowaną miną. - Nasi bogowie żądają teraz świeżych ofiar z wyznawców Jezu Krysta. Żywia zastanowiła się chwilę. Między brwiami pojawiła się pionowa linia. - Trzeba wypełniać ich wolę - szepnęła w końcu w zadumie. Nagle podjęła decyzję. - Poproszę Miecława, niech wyśle paru chrobrych witezi do Krainy Wiślan, aby przywiedli jeńców - oznajmiła triumfalnie. - Może uda się schwytać jakiegoś wrażego woja lub czerńca. Guślarz pokręcił głową. - Rzekłem już, pani, że nie ma na to czasu. Miałem w nocy objawienie, że dzień dzisiejszy byłby najlepszy na takie gusła.

- A zatem spróbujemy zadowolić Rogatego Pana tym, co mamy - powiedziała z westchnieniem rezygnacji. - Może okaże wyrozumiałość dla biednych śmiertelników. - Miejmy nadzieję - odrzekł zakłopotany Widun - że zechce z nami rozmawiać... - Zechce - rozległ się wśród huku młotów mocny, czysty głos Boranina. Trójka kapłanów zwróciła się jednocześnie w jego stronę. Patrzyli ze zdziwieniem, jak sięga do swego skórzanego mieszka. Głośno westchnęli, gdy wydobył zeń doskonale oczyszczoną, względnie świeżą czaszkę. Wyszczerzyła upiornie zęby jakby na powitanie. W ciemnych oczodołach zatańczyły odblaski żarowiska, niczym dwa czerwone ogniki w mrocznym sanktuarium. - Skąd to... - wysapał Wojbor - masz, chłopcze?! - To czerep Rusa, którego zabiłem przed rokiem - oznajmił dumnie młodzieniec. Mistrz Kriwe wetknął mi go tuż przed odjazdem. Dziwiłem się temu, lecz uciął krótko: Zobaczysz, że na pewno się przyda. - Na młot i ogień! - zawołał radośnie kapłan Peruna, machinalnie podkręcając sumiastego wąsa. - Nie zjawiłeś się tu dzisiaj przypadkiem. Zaprawdę zesłał cię nam Świetlisty! - A stary Kriwe nie zatracił daru Jasnego Widzenia - przerwał mu trzeźwo Widun - i przysłał odpowiedniego posłańca. Wraz z podarkiem cenniejszym w tej chwili, niż całe góry złota i bursztynu. Bądź błogosławiony, młodzieńcze - rzekł ceremonialnie, odbierając z jego rąk czaszkę, którą zaczął z satysfakcją oglądać. - Ufam, że wesprzesz nas swoją mocą podczas obrzędu - zasugerował, zerkając nań chytrze spod oka. Andaj zmieszał się nieco. - Nigdy jeszcze nie brałem udziału w Welesowych gusłach - mruknął, pochylając głowę.

- Więc teraz weźmiesz - rzekł zachęcająco Wojbor, klepiąc go przyjaźnie po ramieniu, a przy okazji muskając nieznacznie końcami palców pięknie zdobioną lirę. - Wieszczki i wieszczowie zawsze wyczują swoich. Nie taki Weles straszny, jak go malują! Wiesz już zresztą o tym, gdyż przywołujesz go każdą swą pieśnią. Nie zechce skrzywdzić skalda, to pewne. - Zawsze jest kiedyś ten pierwszy raz - dorzuciła kapłanka, śmiejąc się z ulgą. - A twa obecność, Andaju, z pewnością wzmocni czar. Zza czerwonej kotary wychylił łysawą głowę sługa świątynny, Łopuch. Łypnął porozumiewawczo na guślarza kaprawymi oczkami. - Wszystko gotowe - rzekł Widun. - Chodźmy. Ruszyli do tajemnej kaplicy, pozostawiając Wojbora u ołtarza. Jako kapłan wojowników nigdy nie brał udziału w czarnomagicznych obrzędach. Świat Nawii, demonów i upiorów nie był jego domeną. Sługa uniósł zasłonę i cofnął się nieco, aby mogli przejść obok niego kapłanka, guślarz i łowca. Miał niezbyt powabną twarz, ale i nie nazbyt szpetną, taką, jaka na pewno nie zwróciłaby uwagi w ulicznym tłumie. Odziany w szary strój, cały był uosobieniem szarości i przeciętności. Nic dziwnego, że oprócz posługi w świątyni wypełniał też doskonale zadania szpiega. Andaj zauważył jednak, że prowadząc ich na tyły świątyni niepozorny, myszowaty osobnik poruszał się dziwnie sztywno, jakby stąpał na szczudłach, a zamiast rąk miał suche gałązki. Nie wiedział jeszcze, że była to pamiątka po torturach, jakimi doświadczyli nieszczęśnika parę lat wcześniej w Krakowie chrześcijańscy oprawcy. Mimo doznawanych nieludzkich cierpień zachował dość siły i sprytu, by później wymknąć im się z rąk. Minęli obojętnie głaz ofiarny z rozbryzgniętymi plamami krwi. Pod tylną ścianą zamaskowane było zejście do podziemnej krypty Welesa. Łopuch otworzył drewniane

drzwiczki, zawarte skomplikowanym systemem zapadek i skobli, którym umieli się posługiwać tylko najbardziej zaufani. Z ukłonem zaprosił całą trójkę do zionącego chłodnym mrokiem otworu. Andaj zawahał się chwilę na progu podziemi, wydało mu się bowiem, że jego druhrumak zarżał ostrzegawczo za ścianą świątyni... Zaraz jednak potrząsnął jasną głową, położył dłoń na bursztynowym amulecie, polecił się opiece Świetlistego i śmiało wkroczył w ciemności. Nawet nie drgnął, kiedy drewniana klapa zapadła z hukiem za jego plecami. Bystry wzrok łowcy prędko przyzwyczaił się do panującego w lochu półmroku, rozświetlanego jedynie paroma oliwnymi kagankami. Rozejrzał się ciekawie po ścianach, na których jeżyły się rogi domowych bydląt i wspaniałe poroża upolowanych w mazowieckich borach turów, żubrów, wieńce łosi, jeleni. Zdarzały się też dzicze kły i inne kolczaste ornamenty. Guślarz ujął go za łokieć i prowadził kolejno do trzech ołtarzy, uprzejmie objaśniając półgłosem ich znaczenie. Żywia postępowała za nimi krok w krok. Najpierw pokazał przybyszowi niszę Opiekuna Zmarłych, w której znajdował się ołtarz z ludzkich i zwierzęcych kości ozdobiony byczymi rogami. Kapłan położył na nim grudkę ziemi z kurhanu, szepcząc odpowiednie zaklęcie. W następnej kaplicy, Opiekuna Magów, znajdowała się głęboka studnia, do której wrzucano rozmaite magiczne artefakty, a także złote i srebrne pieniążki oraz nierzadko cenne klejnoty, dary kupców i zamożnych rycerzy. Widun sypnął jedynie garścią prochu dawno spopielonych szczątków, nie przestając mamrotać inkantacji. Chociaż wypowiadał je w znanej tylko kapłanom Starej Mowie, Andaj rozumiał wszystko dzięki amuletowi. Wiedział, że składając kolejne ofiary, guślarz przyzywa Rogatego Strażnika Nawii, pokornie prosząc, by zechciał się objawić i obdarzyć swą mądrością śmiertelnych.

Najważniejsza była jednak znajdująca się pośrodku piwnicy kapliczka Opiekuna Wróżbitów, w której płonęła zimnym, niebieskim ogniem srebrna misa. Jak wyjaśnił guślarz, można z niej było odczytywać przyszłość. Andaj podziwiał wszystko w milczeniu. Kiedy trójka wieszczów skupiła się wokół ołtarza, a odblask sinych płomieni zamienił ich twarze w niesamowite, upiorne maski, bez wahania przyłączył się do obrzędu. Widun z wielką ostrożnością umieścił kościany czerep w centrum lodowatego ognia, po czym uniósł dłonie, wypowiadając potężne Słowo Mocy. Z palców trysnęły zgniłozielone, podobne bagiennym ogniki i popłynęły w stronę wróżebnej czary, jakby niesione niewidzialnym porywem nadprzyrodzonej woli. W tym samym czasie dwoje towarzyszących mu kapłanów sięgnęło do własnych źródeł energii i wsparło swymi mocami hierofanta. Z delikatnych, białych rąk kapłanki Wielkiej Bogini wystrzeliły miodowo-złote promienie. Pofrunęły, brzęcząc, w sam środek ognia, niczym rozradowane pszczoły do ula. Andaj wsparł jej działania czerpanym z serca jaskrawym, oślepiającym błyskiem. Magiczne energie nakładały się na siebie niczym warstwy stali w zacnym mieczu. Cała trójka wykrzykiwała Słowa Mocy coraz mocniejszym, specjalnie modulowanym Głosem. Odbijając się echem od ścian i powały, nabierał rozkazujących i władczych tonów. Wołali do zachrypnięcia, aż w końcu światła splotły się, skłębiły i buchnęły do góry. Magiczny ogień rozjarzył się wielobarwnie i rozpryskując ofiarną czaszkę na setki maleńkich okruchów, wystrzelił tęczowym słupem ku rogatemu sklepieniu, nie paląc jednak niczego ani nawet nie osmalając. Po chwili zaczęła się w nim formować niewyraźna jeszcze, widmowa sylwetka. Pan klątwy i przysięgi objawił się jako Trygław, trzygłowa bestia o trojakim obliczu: pierwsze było ludzkie, przesycone niezgłębioną melancholią, ze złotą opaską na ustach, by nie zdradziło boskich tajemnic; drugie było potwornym, szeroko rozwartym pyskiem o

zakrwawionych kłach, gotowym pożerać stada umarłych, mającym złote klapki w szpiczastych uszach, by nie słyszało rozpaczliwych skarg potępieńców; trzecie, boskie, przypominało buchającą ogniem czaszkę, z przepaską na pustych oczodołach, aby nic nie mąciło nadludzkiej woli. Straszy nas niby wiejskich prostaków, sarknęła w duchu Żywia i natychmiast przegnała bluźnierczą myśl w obawie, że bóg mógłby ją usłyszeć. Na szczęście guślarz, wiedzący, co czynić w podobnych wypadkach, zaczął w tej samej chwili zaklinać gromko: Sława Trygławowi! Głowy przed Trygławem schylmy! Wielką cześć mu składajmy, Czerpiąc z wiecznie bijącego źródła, Krynicy jego mądrości, Aż nadejdzie czas, By się udać do niego Na błogie łąki Wyraju! Pokornie pochylili głowy, powtarzając słowa inwokacji. Kiedy je znowu unieśli, zobaczyli, że bóstwo zmieniło postać. W iskrzącym słupie zimnego światła stał teraz długobrody staruszek z byczymi rogami sterczącymi z gęstwiny siwych kosmyków. Okrywał go dziwnie mieniący się płaszcz, jakby uczyniony z wiru cmentarnych popiołów, wijący się i prężący niczym żywa istota. Bóg spoglądał na wyznawców poważnie, lecz z dobrodusznym uśmiechem. W dłoni trzymał czarodziejski, powykręcany kostur. - Skoro powitaliście mnie jak należy - rzekła zjawa starczym, nieco chrapliwym, cichym głosem, który jednak wypełniał wszystkie ciemne kąty podziemia i zaciskał zimne palce na ludzkich sercach - możemy rozmawiać bez ceremonii. Bogowie znają wasze

zamysły. Niektórzy im nawet sprzyjają... do pewnego stopnia. Czego chcecie ode mnie? Wróżbici spojrzeli po sobie. Wreszcie Żywia zdecydowała się wziąć na siebie ciężar rozmowy z nieśmiertelnym. - Panie Tajemnic - rzekła dobitnie, choć nieco drżącym głosem - chcemy ocalić świat, którym rządzą nasi bogowie. Wierzymy, że jedynym ratunkiem jest uwolnienie tego, który został spętany. Weles zastanawiał się chwilę nad odpowiedzią. - Hm, porywacie się na czyn niebezpieczny... o nieobliczalnych następstwach. Nie boicie się, co się stanie, gdy Czarnobóg się zerwie z łańcucha? Uśmieszek Welesa stał się nieco cyniczny, a mądre, siwe oczy błysnęły złośliwie. - Lękamy się - wyznała szczerze kapłanka - lecz ufamy, że tylko on może powstrzymać inwazję obcego Boga. - Hm, zapewne, zapewne... - zamruczał rogaty starzec, jakby z lekka zakłopotany - lecz cena takiego triumfu może być bardzo wysoka. Przede wszystkim dla was. - Jesteśmy gotowi ją zapłacić - oznajmiła twardo kapłanka, porozumiewając się wzrokiem z mężczyznami, którzy obaj skinęli głowami twierdząco. - Aby tego dokonać, będziecie musieli zejść do najgłębszych otchłani... - Jesteśmy gotowi... - podjęła żarliwie Żywia, lecz bóg uciszył ją niecierpliwym machnięciem kostura. - Nie wiesz, na co się porywasz! Żadne z was tego nie wie. Błądząc po bezdrożach Nawii, będziecie w istocie błąkać się po meandrach własnych serc i dusz, poznacie i odkryjecie najbardziej mroczne zakamarki, które tylko czasem rozświetla krwawa błyskawica... Są w ludzkich duszach dziwnie splątane i powikłane krużganki, grobowce wspomnień, podziemne korytarze, za życia nie wyjaśnione, czasem tylko wyśnione. Któż wie,

co kryje się w czarnych norach waszych tajemnych snów? Niekiedy zaświeci w nich trupi ognik, wysnuty z zatęchłych, niezdrowych wyziewów, dalekim echem rozlegnie się niepojęty i groźny jęk, błyśnie chwilowe przeczucie jak blade odbicie gwiazdki na roztańczonych, ciemnych falach... Ludzie rzadko wnikają tak głęboko. Wolą zatrzymywać wzrok na powierzchni wydarzeń. Zamilkł na chwilę, jakby oczekując reakcji. - Jesteśmy inni - odparła wieszczka. - Wiemy więcej niż zwykli ludzie. I to wy, dostojni bogowie, obdarzyliście nas darem Widzenia. - Wiem, wiem - przytaknął, znów uśmiechając się dobrotliwie - znam naszych wybrańców. Dane jest wam wnikać w nieznane innym moce duchowe, lecz całe życie stąpacie po wąskiej ścieżce na krawędzi przepaści, w bezsłonecznych głębinach. Musicie wsłuchiwać się nieustannie w każdy szelest wśród zwietrzałych skał, wypatrywać w ciemnościach najlichszego przebłysku. Szukacie nowych dróg, a to rzecz niesłychanie trudna... - I wspaniała - stwierdziła kapłanka. - Tak, człowiek jest zdolny do wielkich czynów - podjął zamyślony, odgarniając ze zmarszczonego czoła siwą grzywę. - A wy sądzicie, że jesteście zdolni to uczynić? - zapytał nagle, zerkając chytrze spod przymrużonych powiek. Żywia zadrżała, wyczuwając w owym pytaniu pułapkę zwątpienia. Nie poddała się jednak. - Człowiek doprowadzony do ostatecznej rozpaczy zdolny jest do wszystkiego odrzekła śmiało, wytrzymując przenikliwe spojrzenie Rogatego Strażnika. Boskie oblicze stało się zatroskane, niemal współczujące. - A zatem - rzekł powoli - trzeba poprosić o pomoc mego starszego brata. Chors

najlepiej pamięta ten straszny czas, gdy walił się wszechświat, a Światłość i Ciemność zmagały się ze sobą niczym dwa wojujące demony. To, co wtedy ujrzał, ukształtowało go na wieczność. Tylko on zna drogę do najgłębszej otchłani, gdzie został uwięziony nasz Mroczny Rodzic. Musicie odwiedzić jego ostatnie sanktuarium. Żywia zerknęła niepewnie na Widuna, potem znów podniosła oczy na cień bóstwa. - Dawno zniknęły wszystkie świątynie Chorsa - powiedziała. - Jak mamy ją odnaleźć? Cień zamigotał jaskrawo, zmuszając śmiertelników, by przymknęli oczy. Cała trójka ujrzała pod powiekami zesłany przez niego obraz: bagienne uroczysko, porosłe nadgniłym zielskiem, wyschłe gałęzie drzew, zwieszające się łakomie nad brudną, mętną wodą, i na wpół rozpadła, zrujnowana chata na mglistym krańcu. - Ukryta na pograniczu Krainy Jezior - mówił zwid cichnącym jakby w oddali głosem wśród nieprzebytych moczarów i bagien... Krajobraz przesycony bólem i tęsknotą. Znikł, kiedy otworzyli oczy. Przepadło też widmo ze świetlistej kolumny. Srebrna misa emanowała jak poprzednio niebieskawym, zimnym blaskiem. Wyszli przed świątynię, słaniając się z wyczerpania. Żywia oparła się o dębową ścianę, dysząc ciężko i mrużąc oczy, porażone światłem zachodzącego słońca. - Pan Tajemnic jak zwykle odpowiedział zagadką - wyszeptała z trudem - którą sami powinniśmy rozwikłać... - Nie obawiaj się - odparł spokojnie guślarz. - Zrozumiałem wskazówkę daną przez Opiekuna Stad. Domyślam się, dokąd nas wiedzie, i wiem nawet, kto nas tam zaprowadzi... ale o tym pomówimy jutro. Potrzeba nam teraz wypoczynku i długiego snu. - O tak - potwierdziła Żywia, prostując sylwetkę. W tym momencie dostrzegła ze zdumieniem, że Andaj opuścił ich bez słowa. Podszedł

do swego konika, który zarżał radośnie na jego widok, szepnął coś zwierzęciu do ucha, po czym młodzieniec i rumak zaczęli oddalać się równym, spokojnym krokiem w stronę bramy. - Dokąd to, Andaju? - zawołała za nim kapłanka, podnosząc głos z wysiłkiem. - Nie chcesz nocować na zamku? Nawet się nie odwrócił ani nie zwolnił kroku. - Dość mam na dzisiaj ciemnych i dusznych izb - odpowiedział szczerze. - Ja i Pukis przenocujemy w borze. Tamtejszy mrok nam niestraszny. O świcie będziemy czekać przy bramie. I już go nie było. Księżna spróbowała pokryć żartem zaskoczenie i lekką urazę. - Niesamowity dzikus - orzekła z ledwie dostrzegalnym odcieniem mimowolnej sympatii. - Nie docenił naszej gościny... - Istotnie, niesamowity - przyznał guślarz, wpatrując się w ziejącą pustką czeluść bramy - a do tego niebezpieczny. Nazbyt skryty jak na swój młody wiek. Gdy porusza się lekkim krokiem łowcy, przypomina czającego się drapieżnika... Zastanawiam się, czemu Kriwe go przysłał. - Chciał nam pomóc - zasugerowała bez przekonania. Pokręcił głową wątpiąco. - Ktoś taki jak mistrz Synów Drzew nie wysyła, ot tak, najlepszego ucznia w obce strony. Musiał mieć jakiś ukryty cel, skoro się na to zdecydował. Wciąż mnie to gnębi. W tym młodziku jest coś... nieprzewidywalnego. Zaśmiała się pozornie niefrasobliwie. - Dlaczego wy, kapłani męskich bóstw, zawsze podejrzewacie innych o skryte myśli i tajemne knowania? Sądzicie według siebie...

- I zazwyczaj sprawdzają się nasze obawy - odparł zasępiony. Wsparta na jego ramieniu, dała się odprowadzić do niewieścich komnat. - Mówisz, że jest nieprzewidywalny? - szeptała po drodze. - Chcę ci przypomnieć, że zmagaliśmy się już z gorszymi problemami. Pamiętasz czary na Ostrowie Lednickim? - Które? - spytał przekornie, unosząc jedną brew. - Tyle ich było... - Te, które pozwoliły nam się uwolnić od kogoś znacznie bardziej nieprzewidywalnego. Pomarszczona twarz guślarza rozjaśniła się zrozumieniem. - Pamiętam. 5. Bez prymatu (1031-1032) Falujące proporce jaskrawych płomieni osnuwały dachy poznańskiego klasztoru benedyktynek. Budynki drżały w uścisku pożerającego je ognia. Ponad trzask pękających krokwi wznosiły się wrzaski czernic, gwałconych i mordowanych na dziedzińcu przez skośnookich najeźdźców. Wszystko razem mieszało się we wrzącym tyglu rozpalonej krwi, tworząc przeraźliwy i fascynujący zarazem obraz zagłady. Żywia oglądała owo piekielne widowisko z bezpiecznej odległości, wygodnie rozparta w siodle swego rumaka. Zachowała suche oczy i zimną, pozornie beznamiętną twarz. Towarzyszący księżnej mężczyzna obserwował ją uważnie. Żółtobrązowe, nieco skośne oczy, blisko osadzone pod gęstymi, zrośniętymi brwiami i niskim czołem, zdawały się obmacywać siedzącą strzemię w strzemię piękność od stóp do głów, łowiąc każdy cień emocji. Były to ślepia krwiożerczego zwierza, który wreszcie wyrwał się z klatki. Świeciły w trójkątnej, śniadej twarzy jak wilcze latarnie w mrocznym lesie. Spojrzenie to czyniło go groźnym, chociaż poza tym niewysoki, wychudły, sczerniały latami pokuty i postów czterdziestopięciolatek wyglądał niepozornie na ogromnym, ruskim ogierze, otrzymanym w darze od kniazia Jarosława. Strojne szaty, jakie przywdziewał, odkąd zrzucił znienawidzony

habit, wyglądały na nim dziwnie niekształtnie. Nie zrobił w każdym razie imponującego wrażenia na kapłance, wywołał raczej odrazę i lęk, które starała się skryć na dnie serca. - Nie cieszy cię - zapytał nieco drżącym, chrapliwym głosem - pohańbienie tych, które dręczyły cię i poniżały tyle lat? Sądziłem, że ten widok sprawi ci radość - dodał z nutką zawodu. Pozwolił dzikim, żółtoskórym Połowcom, by pohulali w monasterze, w nagrodę za dotychczasowe trudy pod jego sztandarem. Zarazem miał nadzieję, że ta dziwna, niepojęta kobieta, o której marzył nocami i dniami, doceni jego dar. Zastanawiała się chwilę, marszcząc brwi. - Sprawiłby mi większą, gdyby mogła być tego świadkiem nieboszczka ksieni Pulcheria - odpowiedziała chłodno - zagorzała miłośniczka bata i cierni. Rozchylił wąskie wargi w paskudnym uśmieszku. - Ja również żałuję, że moja pobożna siostra nie doczekała powrotu marnotrawnego braciszka - oświadczył z gorzką drwiną. - Prawda to, że pod koniec świątobliwego żywota całkiem zwariowała? - Owszem - odparła z westchnieniem Żywia. - Od śmierci ojca rozum ją opuścił. Błąkała się nocami po ciemnych korytarzach, rozmawiając z duchem waszej nieszczęsnej matki. Mniszki znajdowały ją potem w owym miejscu, gdzie księżna Gizela miała być uwięziona, wtuloną w mur, skostniałą z zimna i odrętwiałą z boleści... Częściej jednak trawił ją nieznośny płomień niebiańskiego żaru... - Chyba diabelskiego - wtrącił mężczyzna, chichocząc. - Zrywała się wtedy z łoża i w najwyższym uniesieniu chwytała którąś z usługujących jej sióstr, wołając: „Pędź ze mną na spotkanie miłości!” Biegała potem naga po całym klasztorze, zdzierając habity z przebudzonych zakonnic i wrzeszcząc: „Miłości, miłości,

miłości!” Rzucała się na wielki krzyż stojący w refektarzu i okrywała pocałunkami okrwawione, wyprężone ciało Jezu Krysta, sama się przy tym kalecząc gwoździami i ostrymi kolcami. - Biedaczka - rzekł z udanym współczuciem. - Do czegóż potrafią się posunąć niewiasty pozbawione męża! My, mężczyźni, jesteśmy bardziej praktyczni - dodał z lubieżnym grymasem - lecz natura inaczej nas obdarowała. Jak ostatecznie skończyła moja niemądra siostra? - zaciekawił się żywo. - Pewnego ranka znalazłyśmy ją - relacjonowała wciąż obojętnym tonem - rozłożoną bezwstydnie na głównym ołtarzu, ze smolną drzazgą wbitą głęboko w łono. Zdaje się, że dogodziła sobie płonącym łuczywem - wyjaśniła. Zatarł ręce ze złośliwą uciechą. - A zatem - rzekł powoli, nie spuszczając oka z umiłowanej - szkoda, że nie dożyła chwili, w której ognie jej niespełnionej nigdy namiętności strawiły cały monaster. Mam jednak nadzieję, że ogląda z otchłani, jak moi Połowcy zamieniają oblubienice Chrystusa w nałożnice Szatana, wśród gorejących krzyży i bohomazów. Jak poświęcone Bogu dziewice konają w spazmach rozkoszy. I jak za sprawą brata Pulcherii ginie w ogniu pamiątka hańby Arpadów i zbrodni naszego ojca, Bolesława... najokrutniejszego z Piastów. - Jesteś na dobrej drodze, by mu dorównać, Bezprymie - odparła bez ogródek. Napatrzyłam się już dosyć - stwierdziła stanowczo. - Wracajmy na zamek. - Nie raduje cię zemsta? - zapytał ze zdumieniem. - Tyle dla niej poświęciłaś... - Zemsta po latach - rzekła, potrząsając lekko głową - gorzki ma smak, jeśli karmi się sama sobą i nie przyświeca jej wyższy cel. Zawróciła konia, ruszając w stronę twierdzy. Zaskoczony Bezprym uczynił to samo. - Mądra jesteś - syknął przez zaciśnięte zęby, zerkając na nią z respektem. - Za mądra

jak na niewiastę. Zaśmiała się z przymusem. - Pewnie dlatego Lud Słowa nazywa mnie Widzącą, a dla krystowierców jestem złą wiedźmą - odparła. - Czarownicą, której się boją i którą pragną zniszczyć, choć skrycie jej pożądają. - Nie dziwię się im - zauważył znacząco pierworodny syn Bolesława, wciąż przeszywając ją natarczywym, palącym spojrzeniem. Nie odpowiedziała na to jawne wyzwanie. Jechali chwilę w milczeniu. Uderzenia kopyt ich rumaków wzniecały tumany kurzu i odbijały się głuchym echem od ścian domów całkiem poza tym pustej ulicy. - Czy tak się wita prawowitego władcę? - rzekł w końcu ponuro Bezprym. - Szczękiem zatrzaskiwanych bram i okiennic? Pustym zamkiem, w którym ostała się jeno garstka wystraszonych sług?... - Nic dziwnego, że boją się ciebie - odparła, przesuwając przelotnym spojrzeniem po dwóch ściętych głowach, wbitych na stalowe szpikulce nad bramą zamkową. Kruki zdążyły wydziobać oczy, lecz martwe twarze były wciąż rozpoznawalne. - Dałeś ku temu powody. Dziś rano była świadkiem egzekucji. Dwaj biskupi, Roman i Lambert, który miał akurat nieszczęście przebywać w gościnie u dostojnego konfratra, odmówili Bezprymowi uznania go nowym monarchą, nazywając prosto w oczy zbiegłym mnichem i uzurpatorem. Książę ściął ich własnoręcznie mieczem otrzymanym od swego krewnego, króla węgierskiego Stefana. Żywia była zdumiona, jak gładko, za jednym zamachem, wieloletni przymusowy pustelnik pozbawił życia dwóch ludzi. W italskim klasztorze nie miał przecież okazji ćwiczyć się w używaniu oręża. Najwidoczniej jednak marzył o tej chwili i przygotowywał się do niej od

dawna. Gdy wzgardliwie kopnął bluzgające posoką czerepy, potoczyły się po zamkowych schodach niemo, chociaż wymownie. Podążył wzrokiem za jej spojrzeniem i zarechotał złowieszczo. - Niech się boją! To dopiero początek! Gdy mój okrutny rodzic wygnał mnie w dalekie kraje i uwięził w klasztorze, żaden z klechów nie kiwnął nawet palcem w mojej obronie. Ci dwaj zaś, jako młodzi klerycy, odwieźli mnie wówczas do Rawenny z silną strażą na zawołanie. Uznałem za dobry omen, że pierwsi wpadli mi w łapy... - Arcybiskup wyklnie cię za to - zauważyła rzeczowo. - Niech wyklina! - zakrzyknął pogardliwie. - Niechaj łamie świece w bazylice gnieźnieńskiej i wrzeszczy: „Anatema!”. Zaznawszy piekła na ziemi, nie lękam się żadnych klątw. Przyjdzie czas i na niego - dorzucił groźnie. - On także się za mną nie ujął. Bolesław zanadto pozwolił rozpanoszyć się tutaj... czerńcom, jak na nich mówicie. Widział w nich opokę swej tyranii. Nie podobało się to starym rodom... Właśnie. Gdzie najprzedniejsi wielmoże? Gdzie wojewoda Awdaniec i jego brat kasztelan? - rzucał pytania w przestrzeń. - Nikt nie wie, co się stało z Awdańcami - odparła, krzywiąc się niechętnie. - Kiedy podchodziłeś z Rusami pod Kraków, spłoszony Mieszko nakazał rozwiązać drużynę. Może uszli za nim do Czechów, może zaszyli się w swoich włościach, drżąc przed gniewem ludu. - Awdańcowie! - wysyczał nienawistnie. - Łańcuchowe psy Bolesława! Nie zdziwiłbym się, gdyby dołączyli we Wrocławiu do zdradliwego Ottona i jego niemieckich hufców. Bo nie sądzę, by nadal wspierali tego niedołęgę, co nie potrafił się nam oprzeć i zbiegł z podkulonym ogonem, aby teraz jęczeć w kajdanach u czeskiego księcia. Oby sczezł marnie w ciemnicy! - Oby - przytaknęła poważnie. - Nie żałujesz swego kochanka i protektora? - zapytał jakby od niechcenia, zerkając badawczo. - Ponoć go miłowałaś...

Wzruszyła ramionami. - Zawsze mnie pragnął... i hojnie wynagradzał. Zrobił Miecława wodzem drużyny... Kiwnął ze zrozumieniem czarnym, kosmatym łbem. - Domyśliłem się, że nie mogłaś prawdziwie kochać tego gnuśnego niedojdy. Ech, kobiety, kobiety!... Wszystko czyniłaś dla swego syna. Twoje serce bije tylko dla niego... - Dzięki temu - przerwała mu prędko - możesz liczyć na nasze wsparcie. Wbrew rozkazowi pokonanego króla mój syn pozostawił przy sobie grono zacnych mazowieckich rycerzy, a także potomków dawnych plemiennych książąt z najbardziej buntowniczych rodów: Pałuków, Toporów, Łabędzi... Wraz z nimi ścigał i zabijał resztki krystowierców, którzy nie zdążyli schronić się u Ottona. - Z tym Ottonem też trzeba będzie skończyć - wtrącił gniewnie. - Niepewny z niego sojusznik... lecz dopóki cesarz mu sprzyja... - Niemieckie siły w końcu opuszczą Krainę Ślężan - rzekła z przekonaniem. - Wówczas nie zdoła się przed nami obronić. Wrocławski wojewoda, Wszebor Łabędź, to człek rodzimej wiary... Nie pomoże Ottonowi, splamionemu zbrodniczym prześladowaniem jego krewnych. Nienawidzi Piastów tak samo, jak my. Bez urazy, Bezprymie. - Od mego ojca, Piasta, zaznałem wiele zła - odpowiedział. - Wiele krzywd wyrządzili także, on i jego potomkowie, nieszczęsnemu Ludowi Słowa. Właśnie lud musi zrozumieć, że wraz z moim panowaniem powrócą szczęśliwe czasy... dawnej chwały... - Zrozumie, gdy mu to powiedzą wyrocznie naszych guślarzy - oświadczyła - a mój syn stanie się podporą odrodzonego Królestwa Polanii - zakończyła z nieco przesadną emfazą. - Wiem, do czego zmierzasz - wpadł jej w słowo, znów chichocząc zjadliwie. Niebezpieczna z ciebie kobieta... Dlatego lepiej mieć cię po swojej stronie. Nim zdążyła odpowiedzieć, odwrócił uwagę obojga tupot licznych koni na belkach

mostu łączącego Ostrów Tumski z resztą grodu na prawym brzegu Warty. Na czele sporego oddziału nadjeżdżał Miecław, ponury jak chmura gradowa. - Uciekła! - zawołał, nim zdążyli zapytać. - Królowa Rycheza?! - spytała przytomnie jego matka. Miecznik potwierdził skinieniem głowy. - Opuściła gnieźnieński gród zeszłej nocy w przebraniu - oznajmił. - Madonna porca! - zaklął wściekle Bezprym. - A tak chciałem ujrzeć tę dumną Niemkę, o której tylko słyszałem. Zobaczyć ją w pętach u moich stóp, błagającą o litość. - Co gorsze, ogołociła dworski skarbiec - relacjonował dalej Miecław. - Wywiozła najcenniejsze klejnoty... - Na kości Welesa! - jęknęła Żywia, nie panując nad sobą. - Zabrała koronę Bolesława?! - Wywiozła wszystkie insygnia - odpowiedział syn. - I wiele innych bogactw. - Jakim sposobem jej słudzy mogli wynieść to wszystko przez nikogo nie zauważeni? zapytała kapłanka. - Ktoś musiał jej w tym pomóc... - Ponoć ostrzegli ją i skłonili do ucieczki jacyś dwaj obcy czerńce - odparł Miecław. - Gladius Dei - syknął nienawistnie Bezprym. - Lucjusz i Aron! - Kto? - zdziwiła się Żywia. - Członkowie tajemnego bractwa, którzy uwolnili mnie z klasztornego więzienia wyjaśnił, zgrzytając zębami. - W trakcie podróży musieli się zorientować, że trzydzieści lat męki nie złamało we mnie ducha, nie będę zatem ich bezwolną kukłą. Teraz rozumiem, dlaczego tak spieszyli do Gniezna, twierdząc, że jadą z misją do arcybiskupa, by uznał we mnie prawowitego dziedzica... Że też wypuściłem ich z rąk! W nagłym przebłysku wspomnienia mignęła w umyśle Żywii odrażająca postać kulawego mnicha z dziwnym medalionem na piersi. W jednej chwili pojęła rozmiar i

znaczenie porażki. - Nie czas na próżne żale - przerwała gwałtownie. - Skoro Rycheza ograbiła skarbiec, musiała wyruszyć z wozami i zbrojną eskortą - zastanawiała się głośno. - Taki orszak nie jedzie zbyt szybko. Może zdołacie ją jednak dopaść? - zasugerowała, spoglądając z nadzieją na syna. Wzruszył ramionami. - Mścigniew i ja przeczesaliśmy całą okolicę... bez skutku. Stali się nieuchwytni jak mgła. - Czary krystowierców - zasugerowała. - Ich sztuczki was oślepiły. - Ośmieliliby się użyć magii? - wyraził wątpliwość Bezprym. - Religia im tego zabrania... - Każda wiara ma swoich magów - odparła z przekonaniem - i swoje demony. - Sadzę, że raczej ukryli gdzieś po drodze ciężkie kufry ze złotem - zaoponował pretendent - lecz odnajdę je, do wszystkich diabłów, choćbym miał przeszukać całą Krainę Polan! - wrzasnął, potrząsając pięścią i spluwając przez lewe ramię. - To sprawa na później - orzekła kapłanka. - Teraz trzeba się zatroszczyć... Miecławie zwróciła się do syna, tknięta nagłą myślą - zmieńcie konie w zamkowej stajni i pędźcie ile sił do Międzyrzecza. - Do monasteru, gdzie szkolą Kazimierza Karola wraz z pięćsetką rówieśników na rycerzy Chrystusowych, coś niby zbrojnych mnichów? - zainteresował się Bezprym. Przednia myśl! Mając w ręku syna Rychezy, zmusimy ją do wydania skarbów! - Lecz jeśli zdąży zabrać syna, odjechać z nim do Niemców i oddać się pod opiekę cesarza... - zaczęła ostrzegawczo. - Niech jedzie choćby do piekła! - odparł książę lekceważąco. - Wyślę posłów do

Konrada z wieścią, że rezygnuję z królewskiej godności. Niepotrzebna mi łaska cesarza ani papieża! Wystarczy stara dębowa korona Piastów. Lepiej być wolnym księciem Polan niż niemieckim albo rzymskim wasalem... Tak, czy owak... jedźcie do Międzyrzecza. Mój drogi bratanek nigdy jeszcze nie widział grzesznego stryjka, wygnanego na długo przedtem, nim się narodził. Ciekaw jestem, co zrobili z chłopakiem mistrzowie Gladius Dei. Chętnie wypróbuję jego hart ducha i wytrzymałość na ból... Jeśli zdołacie schwytać Kazimierza, hojnie wynagrodzę cię, synu, i twoją drużynę. Ciekawe, czym, pomyślała trzeźwo kapłanka, skoro skarb opustoszał. Nie wypowiedziała jednak tej myśli na głos. - Resztę szczeniaków wyciąć w pień - rozkazywał dalej potomek Bolesława. - Na nic nam się nie zdadzą, skoro czerńce zatruli im umysły... Chyba że któryś szczerze zapragnie apostazji, jak ja. Wtedy oszczędzić takiego, przyjąć do drużyny, ale mieć stale na oku. Zdaję się w tym na ciebie, Miecławie. Mnichów trochę pomęczcie przed śmiercią, by zaznali już tu na ziemi przedsmaku piekielnych uciech - dodał z okrutnym grymasem. - Klasztor spalić, by nie został kamień na kamieniu... - Tak będzie, wasza miłość - odrzekł krótko Miecław, unosząc prawą dłoń w salucie wojowników. - Śmierć krystowiercom! Ruszył wraz z oddziałem w stronę zamkowych stajni. Żywia i Bezprym jechali wolno za nimi. - Wróg nas przechytrzył - stwierdziła cicho kapłanka. - Pozbawił złota, bez którego władca jest niczym. - Nie brak drogocenności w chramach i monasterach - odparł także półgłosem - i w skarbczykach wielmożów... będą musieli podzielić się z władcą.

Nie odpowiedziała, zasępiona. Słowa Bezpryma zwiastowały kolejne kłopoty, nieskończone walki, rzezie, grabieże. Nie sądziła, że dążąc do wolności, stanie się służką następnego zdeprawowanego despoty. Prawdziwa igraszka Doli albo próba zesłana przez bogów. W każdym razie proroctwo Wielkiej Bogini zaczęło się spełniać. Płonące monastery... - I dam im ku temu dobrą okazję - podjął, wciąż zniżając głos. - Zaproszę wszystkich na Ostrów Lednicki. Niech złożą nam ślubne dary - zasugerował, zerkając spode łba na wybrankę. Przechyliła zalotnie głowę, starając się przywołać na twarz uśmiech. - Czy to oświadczyny? - zapytała przekornie. Położył dłoń na sercu. - Wybacz, piękna Żywio, nie potrafię mówić dwornie z damami... Miecz był mym swatem, płonący klasztor pierścionkiem zaręczynowym, a być może jasna główka Kazimierza Karola będzie ślubną obrączką. Zdobyłem cię podbojem, jak całą tę nieszczęsną krainę. Jesteście moją schedą po nieudolnym Mieszku. Pobierzemy się wedle rodzimego obrządku, bo przecież żaden biskup nie zechce udzielić ślubu klasztornym zbiegom - dodał z krzywym uśmiechem. - Za trzy dni błyśnie nowy księżyc, a to najlepsza pora dla udanych związków. Zdążyła tymczasem opanować zaskoczenie i rozjaśniła oblicze. - Tak długo czekać? - zaszeptała kusząco. - Mam nadzieję, że trzy dni prędko rozpłyną się w nocach, aż rogaty młodzik zabłyśnie naszemu szczęściu. Wyciągnęła ku niemu dłoń. Pochwycił ją łapczywie i wycisnął gorący pocałunek. - Warto było marzyć o tobie - mruknął z satysfakcją - i w snach nieczystych tracić bezbożnie nasienie. Puściła mimo uszu sprośną aluzję. - Lud Słowa się uraduje - stwierdziła znów beznamiętnie.

- Rozpocznie się czas wesela! - przytaknął żarliwie. - Urządzimy wspaniałe uczty i huczne igrzyska! Brodząc po kolana we krwi, skonstatowała w myślach Żywia, lecz zachowała to tylko dla siebie. Nikt nie dzwonił na jutrznię w splądrowanej kaplicy pałacowej na Ostrowie Lednickim, a jednak były mnich wciąż budził się w środku nocy, zlany zimnym potem. Zrywał się z łoża wściekły i zdezorientowany, czując ból udręczonego serca. Wsłuchiwał się w równy, spokojny oddech śpiącej obok kobiety, tej, o której marzył tyle lat. A jednak, kiedy ją w końcu zdobył, nie dała mu szczęścia, podobnie jak wszystkie inne. Nazbyt łatwe zwycięstwo nie uczyniło go panem sytuacji. Wciąż czuł się wszędzie obcym wyrzutkiem. Wpatrując się w niewyraźny kształt kobiecego ciała, wspominał chętnie tę jedyną w życiu chwilę, kiedy wydało mu się, że wreszcie ziści się jego wielki sen o odzyskanej potędze. Wojbor i Widun uroczyście włożyli mu na głowę dębową koronę Piastów, od czasu chrztu Mieszka Zaprzańca ukrywaną dotąd starannie. Okryli ramiona purpurowym płaszczem Lechitów. Młodzi słudzy Peruna śpiewali: Zielony dąb, zielony dąb, Korona twoja świeża. Mieczem dziś cztery światy rąb, Witamy cię, rycerza! Druhny wprowadziły jego oblubienicę w wieńcu świeżo rozkwitłych kwiatów i sukni skrzącej klejnotami. Otaczały kołem wybrankę, drocząc się zalotnie z chcącymi ją porwać drużbami. W końcu młodzieńcom udało się przerwać zaklęty krąg i doprowadzić Żywię przed

oblicze przyszłego małżonka. Oboje stanęli przed guślarzem Welesa, który dał im do wypicia kubek miodu. Podczas gdy odprawiał stosowne gusła, huczała po izbie piosnka weselników: Jakież do cię drużby zapukają, Jakież na cię druhny zawołają, Jaki wianek uwiją, Słodkim miodem przepiją? Jacyż się to drużbowie pokłonią, Jakież druhny kołem cię osłonią, Jakie grajki zagrają, Gdy ci wieniec zrywają? Jakież tobie drużby zahukają, Jakież tobie druhny zaśpiewają, Gdy wejdą do gospody Klaskać w ręce na gody ? - Jesteś ogniem, ja wodą - wyrzekła w końcu Żywia upragnione przez męża słowa, uświęcone pradawną tradycją. - Ugaszę twój żar. Zdania te jednak brzmiały dziwnie pusto, jakby wypowiedziane bezwiednie. Kapłanka zdawała się nieobecna duchem. Bezprym miał poczucie, że stracił tę kobietę w tej samej chwili, gdy zdawało mu się, że ją posiadł. Zasiedli potem za stołem w milczeniu, nie patrząc na siebie. Obyczaj nakazywał, by państwo młodzi udawali smutek, żeby nie kusić zazdrosnych demonów. Ta para zaślubionych wyglądała jednak prawdziwie smutno. Szeptano o tym wśród gości weselnych, zwłaszcza celowały w tym stare wiedźmy plotkarki. Zapiszczały fujarki, załkały gęśle, huknęły bębny i basy. Rozpoczęły się tańce, hulanki,

swawole. Małżonkowie nadal siedzieli sztywno, nieruchomo. Nagle Żywia drgnęła. Do komnaty biesiadnej wszedł ciężkim krokiem Miecław z najbliższym druhem u boku. Muzyka ścichła, jak ucięta toporem. Tańczący zatrzymali się zmieszani i obserwowali w napięciu, jak dwaj rycerze podchodzą do stołu. Godnie pokłonili się książęcej parze, jednak bez zbytniej czołobitności. - Twoje oblicze, Miecławie, nie wróży dobrych wieści - odezwał się w końcu Bezprym z odcieniem niezadowolenia. - Nic dziwnego, że się nie spieszyłeś z powrotem i musieliśmy zacząć obrzęd bez ciebie... Nie znalazłeś w Międzyrzeczu Kazimierza? - spytał domyślnie. - Nie znalazłem niczego - przyznał niechętnie wojownik. - Tylko wiatr hulający po pustych koszarach i klasztornych budynkach. Spaliłem je, jak kazałeś, panie. - Znowu nas uprzedzili - warknął gniewnie książę. - Przynajmniej jednak - dodał natychmiast, starając się opanować złość i poczucie zawodu - pozbyliśmy się z naszych ziem najgorszej chrześcijańskiej zarazy... - Cesarz Konrad zyskał pięć setek dobrze wyszkolonych junaków - wtrąciła półgłosem zaniepokojona Żywia. - Nie zwróci ich przeciw nam, dopóki ja tutaj jestem - odparł uspokajająco. - Dość ma własnych kłopotów ze zbuntowanymi grafami i książętami... Ci z Gladius Dei mówili mi przypomniał sobie nagle - że Rycheza, załamana klęskami, jakie na nich spadły, zamyśla oddać syna na dobre do klasztoru. Miejmy nadzieję, że mój pobożny bratanek, w przeciwieństwie do zepsutego stryja, polubi mnisi żywot i nie będzie nam szkodził w przyszłości. - Nadzieja nie wystarczy, by rządzić - zaoponowała, marszcząc brwi. - Trzeba będzie wysłać za nimi szpiegów i skrytobójców... - Zajmiemy się tym w stosownej chwili - zdecydował władca. - Teraz świętujmy gody!

Siadajcie do stołu - zachęcił Miecława i Mścigniewa. - Wybaczam ci, synu, choć zawiodłeś mnie po raz drugi. Oby się to więcej nie powtórzyło! - dodał niby żartobliwie, grożąc palcem. Wojownicy stali nieporuszeni, patrząc wilkiem na monarchę. - Nie w smak ci nasze wesele? - zapytał niemile zaskoczony Bezprym. - Życzę wam wiele szczęścia - odparł Miecław tonem przeczącym słowom - skoro taka jest wola bogów. Przepowiedziano mi kiedyś, że zostanę udzielnym księciem. Ty, miłościwy panie, jesteś teraz władcą Polan, lecz nie ufaj przyszłości, dopóki się nie przekonasz, co ci jeszcze szykuje - dorzucił hardo, mierząc Piastowica dumnym spojrzeniem. W komnacie zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Matka Miecława przybladła i wstrzymała oddech. Zacisnęła kurczowo dłonie na poręczach krzesła. Goście struchleli i spoglądali z lękiem na koronowanego okrutnika. Wszyscy zapewne zastanawiali się w duchu, jaką straszną karę wymyśli dla bezczelnego młodzieńca. Bezprym istotnie myślał chwilę, aż niskie czoło nabrzmiało żyłami. Potem jednak niespodzianie rozpogodził oblicze i zarechotał niemal wesoło. - Śmiały jesteś! - stwierdził z podziwem. - Takich mi właśnie trzeba! Gotowych się porwać na wszystko! Tylko głupiec lub klecha marnuje czas na myślenie o śmierci! Potem zwrócił się do zebranych: - Wiedzcie, iż przyjmując dawną koronę Piastów, wracam też do swego prawego miana i będę wam panował jako Bolesław Drugi. Tego zaś dzielnego młodzieńca czynię odtąd moim przybranym następcą. Chyba że się doczekam własnego potomka. Niech po mojej śmierci rządzi jako Mieszko III! Pochylił się przez stół, uściskał i ucałował w oba policzki zaskoczonego Miecława. Żywia odetchnęła z ulgą. - Prawdziwie królewska dobroć i hojność - zaszemrała, zrywając się z rzeźbionego

krzesła i czyniąc dworski dyg. - Podziękuj, synu... Nim młodzian zdążył wyrazić wdzięczność, poderwał się z ławy Wojbor. - Sława naszym panom! - krzyknął gromko, wznosząc pełny puchar. - Cześć im na wieki! - Sława bogom! - odkrzyknęli biesiadnicy. Bezprym skinął kapeli, by zagrała na skoczną nutę. Drużbowie znowu ruszyli w tany z dworskimi pannami. Miecław zasiadł wraz z przyjacielem blisko kapłana wojowników. Gwarzyli o czymś z cicha, przepijając do siebie z nalanych im pospiesznie kielichów. Rozmowę zagłuszał radosny harmider. Uspokojona Żywia usiadła i powróciła do hieratycznej, nieruchomej postawy. - Jesteś szczęśliwa? - szepnął z nadzieją Bezprym, mierząc ją uważnym spojrzeniem. - Jakżeby mogło być inaczej - odparła z drażniącym go nieodmiennie chłodem. - Ze wszystkich Piastów dałeś nam najwięcej, mój panie. Spodziewał się podobnej odpowiedzi, lecz wcale go nie zadowoliła. Wyczuwał w niej jałową pustkę zimnego serca. - Kiedy jawiłaś się w moich snach pustelnika - zaczął, ujmując i mocno ściskając jej dłoń - zdawałaś się taka promienna, gorąca i bliska... Bił od ciebie żar słonecznej pogody... Skrzywiła się mimowolnie, być może pod wpływem bólu, jaki sprawił, gniotąc delikatną rękę w swych niezgrabnych paluchach. - Mówiłeś, mój książę, że zjawie tej zawsze ktoś towarzyszył? - zagadnęła, bystro nań spoglądając. - Owszem - przyznał - czasem opodal majaczyła postać siwobrodego starca. Podobny byłby do guślarza Widuna, gdyby nie bycze rogi na głowie... zapewne pogański demon...

- Więc to nie byłam ja - stwierdziła - tylko przyzywająca cię do ojcowizny Matka Wilgotna Ziemia i Strażnik Snu, Weles. - Dziwnie jesteś do niej podobna - burknął z irytacją - chociaż w jednym na pewno nie przypominasz swojej bogini. - W czym? - zainteresowała się od niechcenia. - Piękna kusicielka przyrzekała mi wiele spełnień... Ty zaś... Wzruszyła ramionami. - Masz mnie przecież - odparła. - Czegóż chcesz więcej? Zgrzytnął zębami, nachmurzony. - Mam tylko twoje ciało. Bezwolne, zimne i obojętne. Kiedy pierwszy raz wziąłem cię w ramiona, pojąłem, że nie jesteś tamtą ze snu. Jakbym obejmował martwy posąg... Twoja ambicja płonie żywszym ogniem niż namiętność. Uśmiechnęła się z trudem. - Zatem dobrana z nas para - oceniła bezdusznie. - Zejdźmy na ziemię i przestańmy się wreszcie łudzić. Obce wiatry nie przygnały cię tutaj w poszukiwaniu miłości... lecz zemsty. Namyślał się chwilę, potem zaśmiał się posępnie. - Z pewnością masz rację - stwierdził. - Człek dojrzały powinien w końcu porzucić nieziszczalne marzenia i cieszyć się tym, co ma. A więc... radujmy się życiem doczesnym, bo kto wie, ile go jeszcze zostało! - Chciałbyś może wstać, panie, od stołu? - zasugerowała, zerkając spod przymrużonych powiek. - Nie widzisz, że już stoję? - odparł, rechocząc rubasznie, całkiem podobnie do swego rodzica. - Mój rumak stanął dęba, gotowy do galopu! Zerwał się szybko z pozłacanego tronu ojca, zmuszając do wstania pozostałych

biesiadników. Drużbowie i druhny, wedle starego zwyczaju, odprowadzili małżonków do sypialni na pokładziny, śpiewając sprośne śpiewki o chmielu. Bezprym czuł wbite w plecy, niby dwa rozpalone ostrza, nieufne, wrogie oczy Miecława. Nie była to chyba zazdrość o matkę, jaką żywi wielu ukochanych, wypieszczonych przez rodzicielkę jedynaków, lecz raczej niechęć do narzuconego przez los, niechcianego i całkiem obcego ojczyma. Nie łaknął wcale ojcowskich uczuć, skoro ich nigdy naprawdę nie zaznał. Odnajdywał je zresztą po części w Wojborze, mistrzu wojowników, i w guślarzu Welesa, swoim ojcu duchowym. Samolubny Bezprym nie zdawał mu się najlepszym kandydatem na zastępczego rodzica. Młodzian uważał przy tym, że matka unieszczęśliwia się, poświęcając się dla dobra sprawy. Mścigniew też patrzył koso, współczując z przyjacielem. Żywia szła obok męża spokojna i beznamiętna. Taka legła z nim w łożu i taka była dla niego przez szereg następnych nocy, dni, tygodni, miesięcy. Powtarzał sobie, że powinien cieszyć się tym, co osiągnął, lecz nie potrafił stłumić w duchu rozczarowania niespełnionej miłości. Odkrył pewnego razu, że zawsze nosiła przy sobie miętę polną, rutę i nać selera, typowy zestaw poronny. Najwyraźniej zabezpieczała się, by nie urodzić rywala do tronu dla swego bękarta. Pogardliwy chłód, z jakim zawsze mu się w końcu wywijała, sprawiał, że targały jego sercem sprzeczne namiętności, wśród których zaczęła ostatnio przeważać nienawiść, bliźniacza siostra miłowania. Kusiło go, by jednym cięciem przerwać pasmo udręk, jakim stało się owo nieszczęśliwie skojarzone małżeństwo, oparte na wyrachowanym kłamstwie. Wydało mu się, że bielejący w ciemności kształt poruszył się lekko, a oddech kobiety stał się bardziej nierówny, jakby gorączkowy. Zamarł w pół kroku. Tuż przed jego twarzą

zabłysły szeroko otwarte oczy, jadowicie zielonkawe jak ślepia bazyliszka. Usłyszał kobiecy głos, mile dźwięczący, lecz na tyle silny, że niemal rozsadzał mu czaszkę. - Chcesz zabić moją wybrankę? Możesz to uczynić, bo ciało jest śmiertelne, lecz nigdy nie pokonasz jej ducha. Zabijając ją, zniszczysz siebie samego. Sztylet wypadł ze zdrętwiałej prawicy i wbił się w deskę podłogi. Mężczyzna zacisnął zęby, zmusił się do odwrotu i wybiegł z sypialni, mamrocząc pod nosem chrześcijańskie i pogańskie przekleństwa. Sunęła lekkim i pewnym krokiem krętymi schodami, schodząc w głąb najciemniejszych lochów lednickiego stołpu. Tren stalowo-zielonkawej sukni wlókł się za nią, szeleszcząc na stopniach jak żmijowy ogon. Nie potrzebowała świecy ani łuczywa, by trafić, dokąd zmierzała. Widun urządził w jednej z piwnic magiczną pracownię, niedostępną dla profanów. Gdy przekroczyła próg, ujrzała guślarza pochylonego nad blatem stołu. Coś tam jarzyło się zimnym, nieziemskim blaskiem. Kiedy stanęła mu za plecami, wyprostował się i odwrócił ku niej. Nie wydawał się zaskoczony. - Tworzysz nowy czar? - zagadnęła z ciekawością. Skinął poważnie głową. - Można tak powiedzieć... Zresztą sama zobacz, kapłanko. Przesunął się nieco, odsłaniając srebrną misę, z której strzelały w górę sine płomienie. - Co to jest? - spytała zaintrygowana. - Pradawna wróżebna czara - wyjaśnił. - Wydobyłem ją z grobowca potężnego czarownika nad brzegiem Gopła. Zdaje się, że był wyznawcą Chorsa. - Mówi się o tobie - wtrąciła - że sam kiedyś byłeś adeptem Władcy Nocy. Zerknął z ukosa.

- Lud zmyśla bajdy - odparł z dwuznacznym uśmieszkiem. - Ostatnim jawnym wyznawcą Pasterza Zmór był książę Popiel. Kiedy jednak Ledniczanie pod wodzą Piasta i Ziemowita najechali Goplan i osaczyli złego władcę w Kruszwicy, księżycowy bóg opuścił te ziemie. Jego świątynie zniknęły, tak samo jak kapłani. Ponoć zamienili się w upiory lub wilkołaki. Pozostał tylko jeden przybytek, ukryty gdzieś w borach Krainy Jezior, wśród niedostępnych bagien... - Więc jednak - zauważyła triumfalnie Żywia - nadal ma swoich wyznawców. - Ale i to sanktuarium przepadło - informował spokojnie guślarz - gdy Mieszko Zaprzaniec przyjął plugawy chrzest. Zagniewany bóg przeniósł świątynię do Nawii. Teraz służą tam tylko widma i demony. - Skąd wiesz, jak używać tej czary? - powróciła do głównego wątku rozmowy. Wskazał wymownym gestem rozłożone wokół misy tabliczki pokryte runami. - Ściśle odmierzone proporcje wody trzech jezior i czterech rzek tworzą magiczne zwierciadło - oznajmił - płonące lodowym ogniem. Można za jego pomocą ujrzeć przyszłość, przyzywać bogów i rzucać uroki... - Nawet kogoś zabić? - spytała prędko, przeszywając wróża spojrzeniem. - Bez wątpienia - przytaknął, odpowiadając równie przenikliwym wzrokiem. Mówiłem przecież, że poprzedni właściciel parał się czarną magią... Czyżby chodziło o kogoś konkretnego? - zaciekawił się. - Dość już masz swego małżonka? Chwilę zmagali się oczami, wreszcie Żywia odwróciła swoje. - Nadszedł czas, by się go pozbyć - odrzekła głucho, wpatrując się w ciemny kąt. Odegrał swoją rolę. Przepędził niedołężnego brata i splądrował parę klasztorów, dając znak ludowi, że czerńce nie są już nietykalni. Zamęczył na śmierć kilku dworzan, bezowocnie szukając ukrytego rzekomo skarbu. Wsłuchiwał się w ich jęki, jakby były najpiękniejszą

muzyką... Wzbudził tym we wszystkich strach i nienawiść. - Także w tobie? - zapytał bystro Widun. - Jako mąż jest dla mnie odpychający - wyznała szczerze. - Przebywając trzydzieści lat wśród samych mężczyzn, nabrał wstrętnych zwyczajów... Otrząsnęła się z odrazą. - Twierdzi, że mnisi nie zdołali w nim złamać ducha, ale to nieprawda. Zniweczyli jego męski charakter. Przestał być twórczy... Potrafi tylko niszczyć i pastwić się nad pokonanymi. Mścił się dotychczas na oślep i chyba jego żądze się w tym wypaliły. Teraz traci czas na bezpłodnych hulankach. Namawiałam go, by ruszył na Ottona. Bez skutku. Wszystko odkłada do jutra. Wciąż tylko pije i obłapia dziewki po kątach. Żadnej nie przepuści, byle młoda i ładna. W italskiej pustelni cniło mu się bez wina i kobiet... Jest niczym spróchniały pień. Z zewnątrz zachował jeszcze pozory dawnej świetności, lecz w środku świeci pustką. Do niczego się już nie nadaje - podsumowała z goryczą. - Nie jest dobrym władcą ani mężem. - Lecz złożył ofiary rodzimym bogom - zaoponował lekko stropiony guślarz. Usynowił Miecława... Skrzywiła się wątpiąco. - Ludzi nie tak łatwo oszukać. Nie tylko się go boją, ale także mu nie ufają. Słusznie sądzą, że było to widowisko odegrane dla uśmierzenia nastrojów. Tyle samo warte, co krotochwila odtańczona przez wędrownego cudaka. Widzą w nim kolejnego okrutnego Piasta, nieodrodnego potomka Bolesława... a co gorsza, nas uważają za jego stronników i zauszników. Trzeba wreszcie z tym skończyć. - Myślę, że mogę ci pomóc - stwierdził z namysłem. - Znajdziemy odpowiednie zaklęcie... czy jednak nie prościej zadźgać go albo zadusić we śnie? - zasugerował. Pokręciła stanowczo głową.

- Lud nie może w nas widzieć morderców - oświadczyła. - Wszystko musi wyglądać na wyrok bogów. Zastanawiał się chwilę, wreszcie błysnęła mu jakaś myśl. - Na jednej z owych tabliczek - oznajmił z powagą - odczytałem ciekawą przepowiednię. Jeśli władcy zdradzą kiedykolwiek Lud Słowa i zaprą się prawych bóstw, czterej kolejni książęta zginą od czterech żywiołów. Zniszczą ich ogień, woda, ziemia i... niebo. Żywia zmarszczyła brwi, lecz zaraz rozjaśniła twarz, jakby olśniona. Jesteś ogniem, ja wodą, usłyszała w myślach swój własny głos. Woda... - Bolesława Krwawego zabił diabelski ogień - podjęła z ożywieniem - więc Bezprym musi utonąć. Każdej nocy wypływa łodzią na jezioro... Mówi, że to go uspokaja. Trzeba wezwać wodne demony! - Przytaiły się na dnie, odkąd sprowadzeni przez Mieszka czerńce odprawili mszę nad jeziorem i pokropili je wodą święconą - zauważył Widun. - Zbudzimy więc i wyzwolimy pierwotne potęgi - orzekła z determinacją. Guślarz przyglądał się chwilę kapłance spod zmrużonych powiek, wreszcie podjął decyzję i sięgnął po jedną z runicznych tabliczek. - Myślę, że się nada - zapewnił. Odczytała po cichu prastare znaki i uśmiechnęła się z bezlitosną satysfakcją. - Też tak sądzę - przyznała. - Bezprym jest w tej chwili na Lednicy... Nie zwlekajmy! Musimy dokonać dzieła, zanim nadejdzie świt. - Nie chcesz najpierw wypróbować zaklęcia? - zaproponował cicho. - Na czymś... mniej skomplikowanym niż człowiek? - Szkoda czasu! - syknęła. - Moc Matki Ziemi doda mi sił. Jestem gotowa.

Stanęła nad połyskującą w mroku czarą i zaczęła wypowiadać zaklęcie potężniejącym ze słowa na słowo Głosem. Czasy biegną, czasy gonią, Nad wód siną tonią... Niech opuści cię twój lud, Gady zeżrą ciało, Niech wypełzną węże z wód, Zło cię powiązało. W noc na wichrze będziesz stać, Złorzeczyć i prosić: Ani woda zechce brać, Ani ziemia nosić... Podczas gdy odczytywała złowieszczą inkantację, runy na tabliczce rozjarzyły się zielonkawo, a niebieskie płomienie splotły ze sobą, przybierając kształty wzburzonych fal. Żywia dostrzegła odbicie krwawej błyskawicy w spienionych wodach... Krwawa błyskawica rozcięła powłokę niebios, znacząc ją przez chwilę siatką rozpalonych żył. Burza była na szczęście jeszcze daleko. Chociaż północny wiatr napędzał wściekle znad linii widnokręgu ołowiane chmury, blady księżyc odbijał się we wciąż spokojnych, lekko tylko marszczących się wodach jeziora, łypiąc spod powierzchni szmaragdowym bazyliszkowym okiem. Dopóki Bezprym płynął osłonięty masywem Ostrowu, zdawało mu się, że wszystko będzie dobrze, chociaż co rusz mała łódka zaplątywała się w przybrzeżne szuwary. Uważał, że zdąży dopłynąć na Ledniczkę i tam przeczeka nadciągającą nawałnicę. Na tej właśnie wysepce spędzał zwykle noce na rozpamiętywaniu dawnych krzywd i

ponurym dumaniu o niewiadomej przyszłości. Czasem w półsennym oszołomieniu zwidywała mu się dziewczęca postać w wieńcu z jaskrów, odziana w przejrzystą szatę. Miała wdzięczną, bladą twarzyczkę i wielkie, nieco smutne bławatkowe oczęta. Zza mglistych zasłon przebłyskiwały łabędzie piersi i wiotkie ramiona, a nawet cała delikatna figurka. Nic do niego nie mówiła, uśmiechała się tylko zalotnie. Kiedy jednak próbował się do niej zbliżyć i pochwycić w ramiona, pierzchała jak błędny ognik, chichocząc bezgłośnie. Przypuszczał, że jest jeziorną rusałką, być może dziewicą poświęconą kiedyś na ofiarę, która utonęła, nie zaznawszy mężczyzny. Pamiętał z dzieciństwa, jak straszono go wodnymi i leśnymi demonami, uważał jednak, że istota tak niewinna nie może być zła. Nie znał jej imienia, obdarzył ją więc w myślach mianem wyspy: Ledniczka. Chociaż wiosłowanie szło mu tym razem wyjątkowo ciężko, pracował dalej zawzięcie, walcząc z trzcinami, wzmagającą się falą i coraz silniejszym wiatrem. Gdzieś wrzasnęły zbudzone gromem rybitwy, niespokojnie nawoływał puszczyk. Wioślarz wpatrywał się w jaśniejącą nad widnokręgiem Gwiazdę Zaranną, choć jej widok wzbudzał niemiłe wspomnienia. Klasztorna pieśń przychodziła sama i cisnęła się nieproszona na usta: Flammas eius Lucifer matutinus inveniat. Przypomniał sobie ojca Romualda, starca, żyjącego już wówczas w aurze świętości. Pierwszy powitał w eremie zagubionego piętnastolatka, oszołomionego nieszczęściem, jakie nań spadło. Próbując pocieszyć nowicjusza, pouczał go łagodnie: - Kobieta jest naturalnym wrogiem mężczyzny, a do tego wrogiem niebezpiecznym, bracie Bezprymie. Niejeden Samson uległ zdradzieckiej Dalili i zmarnował żywot dla paru chwil marnej, przyziemnej rozkoszy... Młodziutki książę Bolko nie znał jednak dotychczas żadnych innych rozkoszy poza

właśnie przyziemnymi. Podobnie jak rodzic lubił jeść, pić, polować, walczyć i kochać. Co się tyczyło tej ostatniej sprawy, na dworze jego ojca nie brakowało powabnych dziewek, gotowych wprowadzić następcę tronu w arkany sztuki miłosnej. Całymi nocami wył w celi z tęsknoty za beztroskim, młodym życiem, gryząc palce w bezsilnej złości. Kilkakrotnie próbował uciekać, nie było to jednak proste. Klasztor był dobrze strzeżony, w dodatku otoczony lasami i mokradłami. Niemal zawsze spowijały okolicę mleczne, niezdrowe opary, jak całą przygnębiającą dolinę Padu. W gęstej, lepkiej mgle łatwo było zabłądzić lub wpaść na stojącego o parę kroków człeka. Doskonale wyćwiczeni i uzbrojeni słudzy Gladius Dei zawsze go w końcu wytropili i odstawili z powrotem w ręce bogobojnych braciszków. Lądował wtedy w ciemnicy na parę dni, chłostamy na zmianę przez rozeźloną starszyznę, co nazywało się „wypędzaniem diabła”, i głodzony, co określano jako „pokutny post”. Wracał później do swojej celi obolały i słaby, a nade wszystko zrozpaczony. Mnisi deptali na każdym kroku jego męską dumę i ludzką godność. Utrzymywała go przez wiele lat przy względnie zdrowym umyśle nikła nadzieja odzyskania swobody i odpłacenia kiedyś z nawiązką krzywdzicielom. Zaprzestał daremnych ucieczek, kiedy zaczęło go nawiedzać w niespokojnych snach widmo pięknej kobiety w towarzystwie milczącego zawsze demona. Wzywała go do siebie, kusiła, przyrzekała niebiańskie wzloty... Budził się potem cały mokry, naprężony, rozpalony złudną nadzieją. Doskonale pamiętał swoją ostatnią noc eremity. Kusicielka wydawała się szczególnie promienna. Jej twarz jaśniała bursztynowo, głos miał upajającą słodycz syconego miodu. - Jeszcze dziś będziesz wolny - obiecała. - Kiedy wrócisz do kraju, spotkasz mnie na Jawii. Będę czekała. Różane usta musnęły jego spękane wargi...

Poderwał się z twardego, zapchlonego barłogu, słysząc jakiś nieprzyjemny dźwięk. Wystraszył się, że przespał dzwon na jutrznię i znów spadną na niego pokutne cięgi. Okazało się, że to tylko szczęknął zewnętrzny skobel i zaskrzypiały drzwi. Kiedy źrenice przyzwyczaiły się do półmroku, dojrzał u wejścia sylwetki dwóch nieznajomych mnichów. W sinej księżycowej poświacie wyglądali jak powstałe z mogił upiory. - Kim jesteście? - wybełkotał półprzytomnie, szczękając zębami. - Dobrymi chrześcijanami - odpowiedział starszy z nich, rudawy, dziwacznie przygarbiony na lewy bok, jakby jedną nogę miał krótszą - jako i ty, panie. Bracia Lucjusz i Aron. Przybyliśmy po ciebie. Więzień zadrżał w porannym chłodzie. W pierwszej chwili pomyślał, że przyszli go zabić. - Co mi przynosicie? - Wolność - rzekł młodszy, czarniawy i kędzierzawy, z wydatnym nosem, niski, rumiany jak chałka. - Wracasz do domu, książę. Pierwszy miał głos nieprzyjemny, skrzekliwy, drugi, przeciwnie, przemawiał w sposób mile brzmiący dla ucha. Wniósł do celi płonący kaganek i postawił na klęczniku. Bezprym strząsnął tymczasem z siebie resztki błogiego snu i spojrzał na przybyszy trzeźwym okiem. Obaj mieli dobrze mu znane medaliony, które przemawiały same za siebie. Tutaj nie potrzebowali ich ukrywać przed niepowołanym okiem. Wstał powoli z brudnego wyrka, poprawiając bezwiednie habit zbrukany kompromitująco plamami wilgoci. - Obiecywano mi mgliście, że kiedyś to może nastąpić - rzekł całkiem już trzeźwo, spoglądając spode łba na przybyszy. - Czyżby mój ojciec nareszcie pożegnał się z życiem? - Stary książę Bolesław zmarł pięć lat temu - poinformował cherlawy Lucjusz

oficjalnym tonem. Bezprym chwilę przeżuwał tę wieść w myślach, jakby sprawdzając jej wartość. Twarz mu drgała nerwowo, wreszcie wybuchnął niepowstrzymanym chichotem. - Pięć lat temu? Zaprawdę, sprawiedliwy jest Pan! Wybaczcie, to z żalu... A moi przyrodni bracia? - pytał dalej, krztusząc się jeszcze mocniej i ocierając załzawione oczy. Także pomarli? - Mieszko Lambert panował do niedawna szczęśliwie - zaszemrał miękko i kojąco korpulentny, krzywonosy Aron - lecz ostatnio niepotrzebnie wmieszał się w nie swoje sprawy. Poparł zbuntowanych niemieckich książąt, najechał i spustoszył Saksonię... Wielce tym rozgniewał cesarza... - Ja myślę! - skonstatował wesoło Bezprym, wciąż dławiąc się śmiechem. - Na dodatek doprowadził do buntu młodszego Ottona - wtrącił zasuszony kuternoga gdy wydał na śmierć jego wiernych towarzyszy, miłych Bogu niewinnych młodzianków... - Coś takiego! - dziwował się Bolko cynicznie. - Niezbadane są wyroki Opatrzności!... Więc Otto miły jest Bogu i cesarzowi w przeciwieństwie do starszego brata? - upewnił się, przeszywając ich spojrzeniem żółtobrązowych, rozpalonych oczu. - Ale trochę za młody - skonstatował flegmatycznie Aron - by do końca na nim polegać. Skoro Mieszko Lambert z woli cesarskiej ma stracić tron, należy powołać kogoś zgodnie z prawem starszeństwa... kogoś bardziej dojrzałego i statecznego... - I posłusznego nakazom waszej kongregacji? - wpadł mu w słowo wygnaniec. Rozumiem. Kręcicie cesarzami, królami i książętami niczym frygami... Może nawet papieżem i całym Świętym Kościołem. Jesteście niczym robak w zepsutym jabłku. Jaką będę musiał zapłacić cenę za waszą łaskę? - zainteresował się bystro. - Najmłodszy Piastowic zrezygnował z pretensji do Milska i Łużyc - wyjaśnił nieco

wymijająco Lucjusz - w zamian za udzielne władanie Krainą Ślężan. Ty, panie, oddasz mądremu kniaziowi Jarosławowi Grody Czerwieńskie i otrzymasz potężne wsparcie, by zgnieść Mieszka i zagarnąć dla siebie Krainy Wiślan i Polan. - Rozumiem - stwierdził już spokojnie, kiwając kosmatym łbem ze źle utrzymaną tonsurą. - To uczciwy pakt. Chociaż myślałem, że nasi sąsiedzi chcą nam pomóc w imię chrześcijańskiej sprawiedliwości - dodał zgryźliwie. - Zasłużona korzyść nie wyklucza dobrej wiary - uciął oschle kościsty zakonnik, popatrując karcąco na niesfornego pretendenta. - Kiedy jedziemy? - spytał rzeczowo. - Choćby zaraz - odpowiedział pulchny mniszek tonem niemal przymilnym. - Konie czekają... - A zatem chodźmy - rzekł ochoczo. - Nie zabierzesz ze sobą żadnej pamiątki? - zainteresował się przyjaźnie brat Aron. Bezprym rozejrzał się po celi, jakby ostatecznie żegnając się z miejscem trzydziestoletniej pokuty. - Krucyfiks lub dyscyplinę? - odpowiedział ironicznym pytaniem. - Nie wezmę stąd niczego - oświadczył. - A nawet... zostawię i to - dodał po chwili namysłu. - Chcę odejść taki, jaki przyszedłem. Zrzucił habit i stanął przed nimi nagi. Spuścili skromnie oczy, lecz ich oblicza nie wyrażały żadnych emocji. - Jak widzicie, habit nie zrobił ze mnie mnicha - rzekł, chichocząc rubasznie. - Jestem synem swojego ojca. - Pójdź z nami, książę Bolesławie - zaskrzeczał zimno Lucjusz. - Mamy dla ciebie stosowniejszą odzież.

Obstąpili go z obu stron i wyprowadzili na szeroki świat, który miał być dla niego tylko nieco większym więzieniem. Gdyby płynący łodzią Bezprym mniej skupiał się na wiosłowaniu i smutnych wspomnieniach, być może dosłyszałby niosące się po wodzie znajome szepty, dobiegające z leszczynowej gęstwiny na wysepce, ku której zmierzał. - Nasz rybak nie kłamał... Wszetecznik rzeczywiście wypływa co noc na jezioro. - A kiedy tu przypłynie... co go czeka, bracie Lucjuszu? - Wenecki zatruty sztylet. Wystarczy jedno draśnięcie. Nie martw się, bracie Aronie, nie będzie długo cierpiał. Głębokie westchnienie. - A jednak to straszne, co musimy uczynić... - Biorę ten grzech na siebie. Ty masz tylko zaświadczyć w raporcie, że zrobiłem, co należało. - Czy nie można przemówić mu do sumienia? Może się jeszcze nawróci... - Albo wyda nas swoim siepaczom. - Więc będziemy męczennikami... - Nie spiesz się tak, bracie Aronie. Mamy jeszcze wiele pracy na roli Pańskiej. - Nieszczęsny zaślepieniec... - Sam się zgubił. Skusił go demon pychy i samowoli... Zawiódł nas wszystkich. Trzeba tępić wrogów wiary. Nie dla własnej radości, lecz na większą chwałę Bożą. - Okrutnie to brzmi, bracie Lucjuszu. - Wiele się jeszcze musisz nauczyć, Aronie... A teraz przestań dygotać i ucisz swą wrażliwą duszyczkę. Odstępca już się zbliża... Czyhali dalej w milczeniu, podczas gdy ich przyszła ofiara szamotała się pośrodku

jeziora. Księżyc zgasł, przesłonięty kłębowiskiem ciemnogranatowych chmur. Pioruny waliły coraz bliżej i ogłuszający grzmot przetaczał się po mrocznym nieboskłonie. Wicher wył opętańczo, wyprawiając szalone harce na wodzie, która wzdymała się i burzyła na podobieństwo morskich sztormowych bałwanów. Bezprym, pamiętając nauki z wczesnej młodości, usiłował skierować zmyślnie łódkę dziobem do fali, a potem ustawić ukosem, by nie powaliło go uderzenie burtowe. Na próżno. Pióra wioseł grzęzły w odmęcie jak w gęstej smole. Chociaż wkładał w to cały wysiłek, drogi przed nim nie ubywało, a łódka kołysała się i tańczyła bezradnie na spienionych grzywach niczym maleńka łupina orzeszka. Dostrzegał w gromowych błyskach zarys Ledniczki, lecz była ciągle daleko. Znalazł się pośrodku jeziora, na najgorszej głębi. Nagle ujrzał, jak z wody wytryska znajomy kształt. Piękna rusałka w mgnieniu oka powstała z piany, stanęła pewnie bosymi stopami na grzbiecie fali i wyciągnęła ku niemu zbawcze dłonie... Wygląd jej zmienił się jednak, nie była już tak urocza. Oczy błyszczały sinym, trupim blaskiem, a nad bladym czołem zamiast jaskrów wił się wieniec żelaziście połyskujących gadzin. Uśmiechnęła się paskudnie, a wówczas jej białe rączki pokryły się zgniłozieloną łuską, palce wydłużyły w brudne szpony. Nienaturalnie długie i giętkie kończyny wyskoczyły do przodu z szybkością atakującej żmii i w jednej chwili oplotły przerażonego mężczyznę, nim zdążył osłonić się wiosłem, które wypadło ze zdrętwiałej dłoni i znikło pod powierzchnią. Sięgnął po sztylet u paska, lecz natrafił na pustą pochewkę. Odnóża Ledniczki mnożyły się błyskawicznie i jak oślizgłe pędy podwodnych porostów owijały całe jego ciało, krępując ręce i nogi, dławiąc gardło. Boginka przybliżyła twarzyczkę. Spomiędzy jej nadgniłych warg wychynął następny wężowy kształt. Wpełzł łakomie do rozwartych w niemym krzyku ust ofiary. Bezprym dusił się, oczy zalewał mrok. Zdążył

jeszcze tylko zobaczyć, jak kolejne potworne macki przebijają dno łodzi i rozrywają ją w drzazgi. Wokół utworzył się potężny wir. Wodna otchłań rozwarła paszczę i pochłonęła oboje, rusałkę i jej wybrańca. Ledniczka zaniosła go na dno, by spoczęli razem na łożu z sitowia i szlamu. Po chwili wiatr przestał dąć, a chmury się rozproszyły. Burza odeszła równie nagle, jak przyszła. Księżyc odbijał się w gładkiej toni tarczą zaśniedziałego srebra. W ciszy dziwnie nabrzmiałej po uprzednim tumulcie odezwały się znowu dwa męskie głosy spośród zmokłej leszczynowej gęstwiny. - Okropna noc... cud, że przetrwaliśmy tę nawałnicę. - Nic nam nie groziło, skoro nosimy święte medaliony. - Ich moc nas ochroniła? - Niewątpliwie... pamiętaj jednak, że możemy ich użyć tylko raz dla ratowania swojego albo cudzego życia. Chodzi głównie o to, by nikomu nie zdradzić naszych tajemnic. - A teraz cmentarna cisza... aż dzwoni w uszach. - Bezprym miał mniej szczęścia. Lednica stała się jego grobem. Burza była bez wątpienia magiczna. - Magiczna? Jak?... - Nie widziałeś strasznej ondyny, wodnej jędzy, która wciągnęła grzesznika w otchłań? - Widziałem tylko wir wsysający łódeczkę... może było zbyt ciemno. Cichy śmiech. - Twój dar jest nieco inny, niż mój, bracie Aronie. Potrafisz uzdrawiać ludzkie ciała i dusze, lecz nie dostrzegasz mrocznych sił, które sprowadzają nieszczęście. Znasz jedynie skutki, lecz nie pojmujesz przyczyn. Ja wyczuwam demona na milę... - Kto jednak mógł użyć tak potężnego czaru?

- Wygląda na to, że niefortunny pretendent zawiódł nie tylko nas... Podejrzewam, że uczyniła to lednicka wiedźma, piastowska ladacznica... Matka bękarciego Miecława. - Ta zbiegła mniszka?! Skąd czerpie taką moc? - Służy teraz pogańskim diabłom. One ją wspierają i chronią. Zła kobieta groźniejsza jest od najgorszej bestii, jak nauczał ojciec Romuald. - Czy możemy ją jakoś powstrzymać? - To będzie niełatwe zadanie. Jej potęga rośnie coraz bardziej. Otoczona zbrojnymi hufcami syna jest silna i niedostępna niczym walkiria. - Co więc możemy uczynić, by przestała szkodzić chrześcijanom? - Nie zawsze szkodzi... Tej nocy przysłużyła się nam niechcący. Wyręczyła mnie w krwawym dziele. Pozwolimy jej działać... do czasu. Potem spłonie na stosie. Poradzę się w tej sprawie naszych przełożonych. A teraz bierzmy łódkę i płyńmy w stronę Gniezna. Arcybiskup jako pierwszy powinien usłyszeć dobrą nowinę o nagłej śmierci uzurpatora i powrocie prawowitego władcy. - Młodego Kazimierza Karola? - Ależ nie! Trzeba wyswobodzić Mieszka Lamberta z czeskiej niewoli. Niech wraca i ratuje, co się da. Książę i Rycheza nie powinni na razie przyjeżdżać. Zwłaszcza ona. - Bogobojna królowa? Dlaczego? - Lud jej nienawidzi i obwinia o wszystko, co złego się stało z tą zapomnianą przez Boga krainą. Nie byłaby tutaj bezpieczna... Kazimierz Karol także. Niech tymczasem szkoli się w ojczyźnie swej matki na rycerza Chrystusa. Powróci, gdy dojrzeje do samodzielnego działania. Wtedy już będzie nasz... Nikt go nie zdoła złamać ani przekabacić. Błąd, jaki popełniliśmy z Bezprymem, nie może się powtórzyć. Zresztą o tym zadecyduje kongregacja. Myślę, że złożymy raport osobiście przed tajną kapitułą. Trzeba stąd czym prędzej uchodzić.

Szykują się tu straszne rzeczy. - Co masz na myśli, bracie Lucjuszu? Znowu śmiech. - Ach, Aronie, Aronie, za dużo ślęczysz nad księgami, a za mało poznajesz realny świat, czyli księstwo Szatana. Później ci wytłumaczę. Na razie bierzmy się do wioseł. Monotonny plusk zmącił martwą ciszę jeziora, chociaż wyczulone ucho wieszcza lub łowcy demonów dosłyszałoby z pewnością dobiegające z głębiny chichoty i dziwne westchnienia. Następnego dnia dworscy rybacy znaleźli w szuwarach ciało topielca. Wzdęte, ohydnie zsiniałe, bez oczu. W otwartej jamie brzusznej kłębił się wieniec połyskujących żelaziście węgorzy. Żywia odwróciła głowę ze wstrętem. Ani woda zechce brać, ani ziemia nosić... mignęły w myślach słowa zaklęcia. - Spalcie ciało - rzekła do towarzyszącego jej syna - i rozsypcie prochy na jeziorze. - Tylko tyle? - zdziwił się Miecław, zerkając na nią spod oka. - Żadnych obrzędów? Żadnych płaczek i bijących w tarcze wojowników? - Tylko i aż tyle. Wyślecie go do Nawii drogą ognia i wody. Mroczni bogowie będą wiedzieli, jak go ugościć. Tutaj nie powinien zostać po nim żaden ślad. Był jak drzewo, które nie rzuca cienia. Wyschnięta studnia. Niemy krzyk. Jedyne, co możemy mu ofiarować, to... zapomnienie. Odeszła, lekko przygarbiona, posuwistym krokiem w stronę warowni. Miecław skinął na czekających opodal pachołków. Życzeniu kapłanki stało się zadość. Po niefortunnym chwilowym władcy Polan nie został żaden ślad. I tylko czasem w zaroślach wokół Lednickiego Jeziora snuła się cicha

rusałczana pieśń o dziwnym królu, Bolku Zapomnianym. 6. Duch Nawii (wiosna-lato 1047) Krajobraz przesycony bólem i tęsknotą. Bagienne uroczysko, porosłe nadgniłym zielskiem, wyschłe gałęzie drzew, zwieszające się łakomie nad brudną, mętną wodą, i na wpół rozpadła, zrujnowana chata na mglistym krańcu. Dotarli tutaj szybciej, niż oczekiwali. Wędrowali głównie lasem, omijając trakty i ludzkie osiedla. Prowadził Mścigniew, zamieniony przez guślarza zaklęciem Dobrochoczego. Z takim pomocnikiem mogli nie obawiać się żadnych groźnych bestii. Magiczny zwierz przedzierał się bez trudu przez najgorsze chaszcze, torując drogę pozostałym i ostrzegając donośnym rykiem wszystkie leśne stworzenia. - Duch niedźwiedzia jest jego przewodnikiem - tłumaczył Widun pozostałym wędrowcom - pokazuje mu to, czego nie dojrzy ludzkie oko. Wojownik wyruszył w drogę odziany w kosmaty kaftan i takież nogawice ze skór upolowanych przez siebie niedźwiedzi, co ułatwiało przemianę. Zabrał jednak swój nieodłączny miecz, Płomień Boju, dzieło z Kuźni Peruna, który spoczywał w pochwie przytroczonej do siodła. Poza tym miał tylko toporek, nóż myśliwski i lekki oszczep, obywał się zatem bez giermka. Konie, oswojone już z niezwykłymi właściwościami rycerza, rżały tylko z lekkim niepokojem, gdy następowała transformacja, lecz nie szarpały się ani nie uciekały, kiedy się do nich zbliżał. Natomiast Żywia nie potrafiła opanować dreszczu emocji, obserwując ową metamorfozę. - Czy taka przemiana nie wydaje ci się przeciwna naturze? - zagadnęła raz cicho Andaja, który nauczył się przyjmować Widunowe gusła z kamiennym spokojem. - Czasem myślę, że Matka Ziemia wzdraga się gniewnie na takie naruszanie porządku świata. Uwalnia

wtedy rozpętane żywioły. Wzruszył ramionami. - Magia także jest częścią świata... jak by powiedział mój mistrz. I każdy z nas nosi w sobie zwierzęcą krew, pamięć poprzednich wcieleń. Widziałem już takie czary u naszych pruskich i litewskich braci - oznajmił. - Młodzi wojownicy przechodzą kolejne próby wtajemniczenia pod okiem doświadczonych Przewodników Przemian, by stać się zajadłymi w boju vargarami i berserkami. - Jadźwingowie także? - spytała z ciekawością, zerkając spod długich rzęs. Zaprzeczył ruchem głowy. - Synom Drzew to niepotrzebne - odparł dumnie. - Nie odgradzamy się od lasu szpiczastą palisadą pruskiego lauksu, lecz żyjemy za pan brat ze wszystkimi mieszkającymi tam istotami. Zabijamy zwierzęta tylko w razie konieczności, nie naruszając równowagi przyrody. Ginie słaby i tępy, przeżywa silniejszy i mądrzejszy. - Brutalna siła niewiele chyba ma wspólnego z rozumem - skonstatowała refleksyjnie, chcąc go pociągnąć za język. Potrząsnął niecierpliwie głową. - Może u was... My musimy mieć bystre umysły, by przetrwać. Każdy dzień jest walką o przeżycie. Składamy więc częste dary Matce Wilczycy i innym leśnym duchom. Bór żywi nas i odziewa, obdarzając swoją sekretną mocą. Nie potrzebujemy specjalnych zabiegów ani obrzędów, by pokazać intruzowi turze rogi, wilcze kły i niedźwiedzie pazury - zapewnił, szczerząc się drapieżnie. Przyglądała mu się z rosnącą fascynacją, zadowolona, że udało jej się tym razem wydobyć z milkliwego chłopaka więcej niż dwa słowa. Pociągał ją coraz bardziej niepojętą obcością i tajemniczością człowieka lasu. Początkowo wydawało się czarodziejce, że zdoła

czytać w nim jak w otwartej księdze, okazało się jednak, że głębie jego jasnej duszy i złotego serca są niedostępne nawet dla Widzącej. Tym mocniej wydawał się jej interesujący, stanowiąc rodzaj wyzwania, jak kosz smakołyków zawieszony wysoko na posmarowanym tłuszczem, gładkim i śliskim słupie. Nie poznawała samej siebie, gdyż od wielu lat nie doświadczała uczuć tego rodzaju, poświęcając wszystkie siły na walkę o zapewnienie władztwa synowi. Patrząc na gładką twarz i szeroki tors młodzika, miała wrażenie, że część swych mocy zwyczajnie zmarnowała i ominęło ją w życiu coś naprawdę ważnego. Czyżby nadszedł czas na spóźnioną, jesienną miłość? Skinęła wyrozumiale głową. - Macie odmienną Dolę niż Ludy Słowa... Zmarszczył na chwilę czoło, po czym twarz mu się rozjaśniła. - Dolę?... Tak. My nazywamy to Losem. Zamilkł potem na resztę dnia, zbywając kapłankę półsłówkami. Pod wieczór wytropił na brzegu ruczaju podwójne półksiężyce śladów jelenia. Guślarz był z tego niezwykle zadowolony i namówił Andaja, by zapolował, przestrzegając przy tym, by nie skrzywdził po drodze kruka, wilka ani żadnego kotowatego drapieżcy, jak rysia lub żbika, gdyż są to ulubione stworzenia bóstwa, z którym mieli się spotkać. Tropiąc zwierza, łucznik prosił wiatr, by nie zaniósł ludzkiego zapachu w stronę polany, gdzie wyczuwał spokojnie pasącego się rogacza. Jego życzenie zostało spełnione, gdyż zdołał się zbliżyć na odległość lotu strzały, podkradł się więc bezszelestnie i powalił sporego byka ze wspaniałym wieńcem. Jeleń padł natychmiast, gdy kościany grot przeszył płuca. Zapewne nawet nie poczuł, że umiera. Mięso jest zawsze smaczniejsze, jeśli zwierzę nie cierpiało przed śmiercią. - Podążaj za myśliwym, a znajdziesz zwierzynę - stwierdził z satysfakcją sługa Welesa, oglądając trofeum.

Część dziczyzny upiekli na ognisku i zjedli ze smakiem, resztę zasolili, mając tym samym zapas pożywienia na dalszą drogę. Widun zachował dla siebie kawałek poroża, w sobie tylko wiadomym celu. Na prośbę guślarza jeszcze tej samej nocy łowca zestrzelił z gałęzi złowrogo pohukującego puchacza. Ucięty ptasi łeb oczyścił czarodziej w mrowisku, po czym skrył czaszkę w jukach. Wędrowali przez coraz gęstszy i dzikszy bór. Czary kapłanki Mokoszy sprawiały jednak, że wiszące nisko gałęzie odsuwały się i unosiły, a splątane kolczaste chruśniaki malin, jeżyn czy gąszcze jałowca rozstępowały się, nie szkodząc koniom ani jeźdźcom. Im dalej jechali, tym bardziej jednak otoczenie stawało się mroczne i nieprzyjazne. Cała piątka nie mogła się pozbyć irytującego wrażenia, że są bezustannie śledzeni i uważnie obserwowani przez rozmaite leśne licha. Coraz częściej słyszeli wśród zwykłych odgłosów puszczy przedziwne chichoty i przejmujące jęki, jakich nie mogło wydawać żadne ziemskie stworzenie. Zbliżali się zatem do tajemnej domeny Pasterza Zmór. Przemierzany wcześniej las oddychał cały zielenią, pełną nabrzmiałych i rozkwitających wiosennych pąków. Bór, w który teraz wjechali, podążając śladami Dobrochoczego, przystrojony był jednak w odmienne szaty. Dominowały tu miedzianozłote barwy, rudość późnych zbiorów i zachodzącego słońca. Otulone wilgotnymi strzępami mgieł potężne drzewa nigdy nie miały się zbudzić do nowego życia, jakby panowała tu wieczna jesień. Pąki znikły, liście były zwiędłe i zbrązowiałe. Niewielkie stawy i wodne oczka, obsypane wokół spadłym listowiem, wyglądały jak oprawione w złoto zwierciadełka. Melancholijny krajobraz miał swój specyficzny urok, napawał jednak serca smutkiem, sprowadzał nieuchwytny lęk i wzbudzał niedobre przeczucia. Zmęczone konie człapały smętnie, nisko pochylając łby, mlaskając kopytami w brudnożółtej mieszaninie błota i nadgniłych liści. Powolna, oporna jazda zdawała się nie mieć

końca. Dokuczały także wędrowcom krótkie, lecz przykre zimne deszcze oraz całe chmary komarów i maleńkich muszek, toteż gdy dotarli wreszcie do celu, byli niemal u kresu sił. Gęsta ściana lasu rozstąpiła się bowiem nagle przed nimi, odsłaniając rozległe uroczysko, łudząco podobne do tego, jaki ukazał im Weles w wieszczym zwidzie. Konie strzygły niespokojnie uszami, chrapały strachliwie, zapierały się kopytami w darni i nie chciały iść dalej. Jeźdźcy zawrócili zatem do wypatrzonej uprzednio przez Andaja polanki, odpowiedniej na popas dla zdrożonych rumaków. Łowca poszeptał chwilę ze swoim kosmatym konikiem i zapewnił, że Pukis nie tylko dopilnuje wierzchowców, ale również obroni je przed każdym złem. Ludzie Słowa postanowili zaufać Synowi Drzew, który ostatecznie był tutaj jakby u siebie i lepiej znał miejscowe niebezpieczeństwa. Prowadzeni przez Andaja, który bez trudu poruszał się na mokradłach, przeskakując z kępki na kępkę i nieomylnie odnajdując twardszy grunt, po jakim mógł przejść nawet ciężkawy miś Dobrochoczy, dotarli w końcu na środek uroczyska, rozglądając się wokół czujnie. - Złe miejsce - mruknął Andaj z odrazą. - Tak podpowiadają ci zmysły Boranina? - zaciekawił się Widun, bystro nań spoglądając. - Co jeszcze widzisz? - W Krainie Jezior nie brak podobnych uroczysk - odparł. - To niby wygląda znajomo, lecz nie jest przyjazne, nawet Synowi Drzew. Brak w nim życia. Poraża martwą ciszą. Ptak tutaj nie zaśpiewa, żaden zwierz nie zaryczy, nawet muszka nie bzyknie. Cienie są tu głębsze i mroczniejsze niż gdzie indziej. Bardziej posępne i niepokojące. Przesycone... smutkiem? Nie, właściwie nie smutkiem, raczej grozą. Musiało się tu kiedyś wydarzyć coś naprawdę strasznego. - I ta samotna chata - wtrąciła Żywia, z trudem dobywając głos ze ściśniętego gardła. -

Kto mógł mieszkać na takim odludziu? - Smolarz? Bartnik? - wtrącił nieśmiało sługa świątynny Łopuch, lecz nikt na to nie zwrócił uwagi. Podczas całej podróży w ogóle mało kto zwracał na niego uwagę. Był typem, którego się z góry nie lubi i nie słucha, chyba że przychodzi z ważnym donosem. W innych przypadkach przerywało mu się zawsze w pół zdania. - Może była to chatka czarnoksiężnika - zastanawiała się głośno kapłanka. - Dziwacznie zdeformowane głazy i konary drzew, poskręcane niczym chciwe macki, świadczą, że użyto tu czarnej magii. Guślarz kiwał w zamyśleniu siwą głową. - Tylko tyle? - zwrócił się do niej z jawnym rozczarowaniem i ukrytą prowokacją. Tyle postrzega Widząca? Znowu powiodła wzrokiem po otaczającym ich ponurym pejzażu, chwilę jakby walczyła z własną niemocą, kołysząc się, gnąc i szepcząc zaklęcia, wreszcie odpowiedziała tonem szczerej rezygnacji: - Nic więcej. Próbowałam przejść sama do Nawii, lecz nie udało się. Coś tutaj pęta nasze moce, być może groza, o której mówił Andaj. Czuję, że znalazłam się na granicy światów, lecz ktoś znacznie silniejszy ode mnie zatrzasnął Bramę Wymiarów i nie puszcza na drugą stronę. Widun znów skinął głową. - I ja to wyczuwam. Ukrytego sanktuarium strzeże potężna niewidzialna bariera. By przedrzeć się przez tak grubą, ciężką zasłonę Jawii i przeprowadzić bezpiecznie całą grupę na tamten świat, muszę odprawić szczególnie silne gusła. Chodź, Łopuszku - zwrócił się zaskakująco tkliwie do swego sługi. - Nazbieramy świeżej pałki wodnej nad stawem.

- Jest niezbędna do czaru? - zainteresowała się kapłanka. - Owszem - potwierdził. - Odegra rolę ochronnego kadzidła. Musimy zetrzeć na proch korę dębu, sowią czaszkę i róg jelenia, czeka więc nas sporo roboty. Ale nie martwcie się. Jeszcze dużo czasu do północnej godziny Chorsa - zaznaczył, zerkając wymownie na wschodzący dopiero blady księżyc w pełni. - Dobrochoczy będzie tymczasem patrolował okolicę, strzegąc nas od wszelkiego paskudztwa. Wy zaś wypocznijcie trochę. Będę potrzebował waszych mocy w Zaświecie. Rozgośćcie się w tej ruinie - zaproponował, wskazując na rozwaloną chałupę. - Najpierw jednak przeszukajcie ją dobrze, czy coś się tam nie przytaiło w jakiejś szparze... - ostrzegł, łypiąc jednocześnie jakby nieco figlarnie na kapłankę i Boranina. - A może znajdziecie szczelinę pomiędzy wymiarami i oszczędzicie mi pracy - dorzucił z szelmowskim uśmiechem. Guślarz i jego sługa odeszli w stronę mętnej, porośniętej grubą rzęsą, mocno cuchnącej wody. Żywia i Andaj wspinali się zarośniętą zżółkłymi, ostrymi chwastami, kamienistą ścieżynką na niewielki wzgórek, zwieńczony resztkami zrujnowanego domostwa. - Widzę, że coś cię gnębi? - zasugerowała, obserwując spod oka jasnowłosego młodzieńca. W poświacie wschodzącego miesiąca jego szeroka twarz z wydatnymi kośćmi policzkowymi i dołkiem w brodzie wydawała się wykuta ze starego srebra. Żywia zadrżała, wstrząśnięta ułudnym podobieństwem dzikiego łowcy do kogoś, kogo przed laty bardzo kochała. Zacisnęła zęby i natężyła wolę, by opanować emocje pragnące wyrwać się spod kontroli. Ponieważ nie odpowiadał, zapatrzony ponuro przed siebie, znowu przypuściła subtelny atak.

- Zapewne brzydzi cię - zasugerowała domyślnie - że jako sługa Swarożyca będziesz musiał zejść do otchłani Nawii i splamić się zetknięciem z jej mieszkańcami? - Moje uczucia nie mają żadnego znaczenia - odpowiedział dość oschle, nie patrząc na nią. - Świetlisty Pan jest naturalnym przeciwnikiem Władcy Nocy, gdyż nie chce oddawać swojej słonecznej władzy zwodniczemu wpływowi zmiennego Księżyca. Oczywiste, że nie jestem zachwycony tym, co zamierzacie zrobić. Skoro jednak mistrz Kriwe kazał mi przyłączyć się do wyprawy, widocznie uznał, że będzie dla mnie cennym doświadczeniem. Mam się zmagać, a może także paktować z mocami chaosu i śmierci. Tak każe Los. I bogowie. Nie znalazła odpowiedzi. Po raz kolejny „leśny dzikus” zaskoczył ją dojrzałą nad wiek mądrością, która napawała ją dziwnym lękiem. Miała wrażenie, że gdyby uległa nierozumnemu porywowi namiętności, zachcianka utknęłyby jak łódka w lodowych krach, zablokowana przez chłód bijący z jego bladoniebieskich oczu i drwiący grymas pięknie wykrojonych ust. Mroził ją z zewnątrz, podczas gdy ona płonęła w głębi serca coraz silniejszym żarem. Strzecha chaty była w wielu miejscach dziurawa, część zbutwiałych dachowych krokwi zwaliła się do środka. Po drzwiach została spękana framuga, jakby wyrwała je jakaś straszliwa siła. Próg rozwalono i jeśli nawet pochowano pod nim kiedyś prochy przodka, dawno rozwiały je wiatry i wypłukały deszcze. Andaj, niezbyt obeznany z miejscowymi obyczajami, bez wahania wkroczył w ciemny otwór wejściowy, nie zawracając sobie głowy urazą domowych skrzatów. Kapłanka pospieszyła za nim. Rozejrzeli się uważnie po wnętrzu. Wyglądało, jakby przeszła przez nie potężna zawierucha: na przegniłych, dziurawych deskach podłogi walały się szczątki połamanych sprzętów i brudne strzępy odzieży. W całości ostał się tylko piec, przy czym w

palenisku leżało trochę wilgotnych drewienek, nad nim zaś wisiał na żelaznym pręcie spory ceber wypełniony niezbyt świeżą deszczówką. Ciemne plamy zaschniętej krwi na podłodze i okopconych ścianach. - Miałeś rację - szepnęła Żywia - wydarzyło się tutaj coś okropnego. Trudno dociec, jak dawno temu. - Zbójcy? - zasugerował łowca, rozglądając się wokół uważnie. - Czego mieliby szukać w ubogiej chatce? - odpowiedziała pytaniem. - Nie zdziwiłabym się, gdyby mieszkał tutaj ktoś wyjęty spod prawa. W każdym razie była okrutna jatka. - Wilki? - podsunął Boranin. Pokręciła głową w zadumie. - Obawiam się, że coś znacznie gorszego. - Większość stworzeń boi się ognia - stwierdził, tknięty nagłą myślą. - Będziemy bezpieczniejsi, jeśli go rozpalimy. I zrobi się trochę cieplej - dodał z szerokim uśmiechem. - Potrafisz rozpalić mokre drewno? - zapytała wątpiąco. - Wszystko wokół przesycone jest wilgocią i zgnilizną. Zadrżała mimowolnie, otulając się szczelniej zieloną opończą podszytą kunim futrem. - Zobaczę, co da się zrobić - mruknął. Księżna przypatrywała się z ciekawością, jak jej towarzysz pochylił obie dłonie nad paleniskiem, jednocześnie coś mamrocząc pod nosem. Nie trzeba było długo czekać, aż z palców trysnęły iskierki. Skacząc po przemoczonych deszczułkach sprawiły, że zaczęły pełgać po nich niewielkie zielonkawe płomyki, by wreszcie wystrzelić jasnymi, purpurowożółtymi jęzorami. - Jak tego dokonałeś? - spytała zdumiona.

- My, Boranie, mamy swoje sposoby - odpowiedział, dumnie się uśmiechając. - W każdym drewnie drzemie ukryty żar, trzeba go tylko wyzwolić. - I cieszyć się łaską Swarożyca - dodała nieco zazdrośnie, wyciągając ręce ku ogniu. Drewienka płonęły coraz mocniej, dając przyjemne, ożywcze ciepło zmarzniętym dłoniom. Andaj odrąbał kawałek nadgniłej belki i dorzucił na palenisko. Szybko się zajęła, niemal bez dymu, potrzaskując jak najprawdziwsze suche polano. Gdy jednak żar buchnął mocniej, nagle usłyszeli, jak za piecem coś zaszeleściło, zaszurało... Z ciemnego kąta wyskoczył jakiś brudnoszary kłębek i dał susa do dziury w podłodze. Stało się to szybciej, nim oboje zdążyli zareagować. W dłoniach Andaja błysły ostrza linarów. Żywia powstrzymała go gwałtownym ruchem ręki. - Nie zabijaj! - nakazała półgłosem. - To coś się nas boi. Ucieka, nie atakuje. - Widun ostrzegał - warknął łowca. Skoczył w stronę otworu w podłodze, a tuż za nim kapłanka. Przez szpary między deskami widzieli bielejący w ciemności niewielki kształt, który przemieszczał się niewiarygodnie szybko, trwożnie popiskując. Chwilę uganiali się za nim w różne strony, wreszcie udało się zapędzić dziwne stworzenie w kąt podziemnego loszku. Andaj bez trudu wyłamał parę desek, Żywia poświeciła płonącą żagwią. Oboje pochylili się z ciekawością nad czarną wyrwą. Ujrzeli tulącą się do ociekającej ściany chudziutką, jasnowłosą dziewuszkę, odzianą w wystrzępioną, brudną koszulinę. Mogła mieć jakieś dziesięć, może jedenaście lat. Szeroko otwarte, niebieskie oczy patrzyły z przerażeniem na intruzów, umorusana buzia drgała spazmatycznie.

Dwoje wędrowców porozumiało się wzrokiem, uśmiechając z ulgą. - Dziecko - stwierdził młodzieniec, unosząc jasne brwi. Schował noże za paskiem i ponownie schylił się nad otworem. - Nie bój się nas - powiedział najłagodniej, jak tylko potrafił. - Pomożemy ci. Wyciągnął rękę, starając się złapać małą za chude ramionko. Nim zdołał jej dosięgnąć, pochyliła do przodu jasną główkę i zatopiła ostre ząbki w jego dłoni. - Manga! - wrzasnął w swoim języku, cofając ugryzioną rękę. Dzięki magii amuletu mógł także pozostawać niezrozumiały dla otoczenia, gdy tylko tego chciał. Żywia bezceremonialnie odepchnęła niefortunnego pomocnika, bez namysłu przecisnęła się przez wyrwę i przysiadła obok wystraszonego dziecka. Obserwowała chwilę małą istotkę, potem odezwała się ciepło: - Drżysz cała, moja malutka... Przy ogniu będzie ci lepiej. Jesteś nie tylko zziębnięta, ale na pewno głodna. Nakarmimy cię tym, co mamy... a tymczasem... Sięgnęła do sakwy i wydobyła gliniany flakonik z magicznym kordiałem, wzmacniającym i rozgrzewającym. Otworzyła go i podsunęła dziewczynce, ponieważ jednak tamta popatrywała nieufnie, sama pociągnęła spory łyk. - Widzisz? Pyszne i bardzo zdrowe. Przekonasz się. Mała po chwili wahania ujęła flaszeczkę drobną dłonią i przechyliła do sinawych warg. Piła chciwie i dosyć długo, lecz kiedy przestała, widać było, że ziołowy napar wywarł zbawienny skutek. Usta i policzki zaróżowiły się, oczy błysnęły przytomniej. - Od razu wyglądasz ładniej - przemawiała dalej czule kapłanka. - Teraz powinnaś coś zjeść. Jak ci na imię, kochanie? - wtrąciła, niby mimochodem, istotne pytanie. Dziewczynka milczała jeszcze chwilę uparcie, zarazem jednak marszczyła czółko,

jakby usiłując sobie coś przypomnieć. - Morka - wychrypiała wreszcie z trudem. - Tak nazwał mnie pan ojciec. - Morka - powtórzyła Żywia. - Ładnie. Imię morskiego wiatru... - Mamie niezbyt się podobało - odparła dziecina. - Mówiła, że to przyniesie nieszczęście. Brat mówił to samo. - A gdzie są teraz? - wtrącił Andaj, dotychczas przysłuchujący się w milczeniu. - Co się stało z twoją rodziną? - pytał natarczywie. Morka spojrzała na niego z wyrzutem i wyraźną niechęcią. Twarzyczka znowu zaczęła jej drgać. Po chwili przytuliła się do kapłanki, wstrząsana konwulsyjnym szlochem. Żywia mocno przygarnęła ją do siebie. - Już dobrze, już wszystko dobrze - mówiła kojąco, gładząc pozlepiane strąki jasnych splotów. - Nikt cię więcej nie skrzywdzi. Z nami jesteś bezpieczna. Podniosła się ostrożnie z dzieckiem w ramionach i przy pomocy młodzieńca wydostała się z loszku. Usiadła koło pieca, kołysząc małą w ramionach i nadal uspokajając. Andaj tymczasem wydobył z torby kawałek jeleniego udźca i zaczął go przypiekać na ogniu. Po izbie rozszedł się przyjemny swąd podsmażanego mięsiwa. Morka wciągnęła noskiem lubą woń i wyraźnie poweselała. - Strawa... - szepnęła z rozmarzeniem. - Jak tutaj przeżyłaś... sama? - wypytywała łagodnie Żywia. - Co jadłaś? - Maliny, jagody - wyszeptała - korzonki i różne robaczki. - Ślinka ci cieknie - zauważyła wesoło kobieta. Wyciągnęła lnianą chustkę z rękawa, umoczyła skrawek w deszczówce i zaczęła ocierać brudną buzię dziecka. Mała krzywiła się i prychała, próbując odwrócić główkę. - Nie lubisz tego, wiem - stwierdziła księżna z macierzyńską czułością - ale jutro, nim

wyruszymy w dalszą drogę, wykąpiemy panienkę, żebyś wyglądała czysto i schludnie. - Po co? - zdziwiło się dziecko. Kobieta westchnęła cicho. - Nie będę mogła się tobą dłużej zajmować. Przynajmniej na razie... Będziemy musieli jechać dalej, licho wie dokąd. Sługa odwiezie cię do mego zamku. - Do zamku? - wyjąkała Morka, jakby nie rozumiejąc znaczenia tego słowa. - Do dużego domu na wysokim wzgórzu nad rzeką - tłumaczyła Żywia. - Zajmą się tobą moje dwórki i kapłanki Matki Ziemi. Dostaniesz tam dużo jedzenia - opowiadała dalej, obserwując, jak wygłodniałe stworzenie rzuca się łakomie na kawałek pieczeni - zabawki i piękne stroje. A gdy dorośniesz... - Nigdy nie dorosnę - przerwała niespodziewanie Morka. Księżna się roześmiała. - Co pleciesz, mała rusałko. Gdy byłam w twoim wieku, też tak myślałam. Może w przyszłości zostaniesz kapłanką albo zakocha się w tobie przystojny junak... taki miły, jak ten - dodała, wskazując na Boranina. Mała zerknęła nieufnie na zmieszanego młodzieńca, po czym znów zaczęła chrupać mięso. - To ładna bajka - stwierdziła po chwili rezolutnie, z pełnymi ustami. - Mamusia opowiadała mi takie na dobranoc. - Tym razem to nie bajka - zaprzeczyła pogodnie kobieta. - Nazywam się Żywia i jestem księżną Mazowszan. Pod mą opieką nic ci już nie zagrozi. Będziesz moją małą córeczką. - Nie jestem twoja - sprzeciwiło się dziecko, przełykając ostatnie kęsy - tylko mamy i taty.

- Powiesz nam teraz, co się z nimi stało? - wtrącił ostro łowca, krążąc wokół nich niespokojnie. - Kto ich pozabijał? Żywia, widząc, że usta sieroty drżą i wyginają się w podkówkę, przyciągnęła znów małą do piersi. - Daj dziecku spokój! - rzekła stanowczo. - Nie umiesz z nią rozmawiać. Wzruszył ramionami z lekka speszony. - Nie umiem - przyznał. - U nas takimi małymi szkrabami zajmuje się starszyzna plemienna. Może pójdę i zawiadomię Widuna, co tutaj znaleźliśmy? - Nie co, tylko kogo - sprostowała. - Nie ma sensu przeszkadzać guślarzowi w przygotowaniach. Gdy skończy, sam po nas przyjdzie. Skinął głową, odszedł parę kroków i usiadł w kącie. Zdjął z ramienia lirę i zaczął brzdąkać od niechcenia, próbując dźwięków i naciągając struny. - A teraz chyba powinniśmy się trochę przespać - zasugerowała Żywia. - Jesteśmy zmęczeni po długiej drodze. Ty na pewno także zechcesz się zdrzemnąć - dodała, odgarniając pieszczotliwie niesforny kosmyk z czoła dziewczynki - skoro masz pełny brzuszek. W oczach Morki pojawił się znowu lęk zaszczutego zwierzątka. - Nie powinniśmy spać. One zwykle przychodzą w nocy. - Kto? - dobiegło z kąta głuche pytanie. - Tata zawsze zostawiał na progu część tego, co upolował - odpowiedziała Morka. - Był myśliwym? - upewniła się Żywia. Mała kiwnęła główką. - Mówił, że to nas ochroni... że bestie zabiorą dar i nigdy po nas nie przyjdą... ale w końcu przyszły. Księżna przypomniała sobie, jak guślarz tłumaczył po drodze:

„Według Chorsa jest wystarczającym błogosławieństwem dla śmiertelnika, że sfora wilkołaków nie rozszarpała go, kiedy wracał nocą do wioski. Krwawe ataki mrocznych stworzeń są jednak nie tyle karą, co raczej okrutną zabawą Władcy Nocy i jego sług...” - Jak dawno to było? - chciał wiedzieć Boranin. Dziewczynka wzruszyła ramionami. - Nie wiem. Dawno. Ale lepiej niech ten... - wyszeptała prosząco do Żywii, wskazując głową Andaja - ten z pomalowaną gębą nie usypia. Może zdążymy uciec, gdy będzie z nimi walczył. Jak ojciec i brat. - Nie obawiaj się, mała - odparł Andaj z wyższością. - Wychował mnie las i niestraszne mi żadne bestie. Mam czujny sen jak jelonek. Przy nas nic ci nie grozi. - Tak, na pewno damy sobie radę - poparła go Żywia z przekonaniem. - Musisz wiedzieć, że jestem czarodziejką - dodała, chcąc uspokoić do reszty malutką. Spojrzała na nią, szeroko otwierając buzię. - Dobrą czarodziejką? Przez jedno uderzenie serca kapłanka wahała się z odpowiedzią. - To zależy... zależy dla kogo. Jestem dobra dla swoich, lecz bywam także złym snem wrażych sił - wyjaśniła szczerze. Dziewczynka rozpromieniła się. - To znaczy, że jeśli zrobię coś nie tak, ukarzesz mnie, jak przystoi? - spytała, jakby chcąc mieć pewność. - Bez wątpienia - odpowiedziała kobieta, rozbawiona dziecinną dociekliwością - skarcę cię jak należy. Morka westchnęła głęboko. - To dobrze - oznajmiła. - Mama też tak robiła.

- Więc chcesz, żebym była twą nową mamusią? - spytała ze wzruszeniem Żywia. Za całą odpowiedź dziecko wtuliło się w nią z całej siły. - Zaśpiewam ci kołysankę - oznajmiła kobieta, znów gładząc skołtunione kosmyki którą usypiałam mego synka, gdy był jeszcze mały... mniejszy od ciebie. Jest smutna, ale bardzo piękna. Zaczęła nucić głębokim, czystym głosem: Leć, żalu, leć Przez łany, przez kurhany... Andaj prędko podchwycił tęskną melodię i zaczął przygrywać na lirze. Spoglądając na wdzięczny obrazek kobiety tulącej dziecko, czuł w sercu nieznaną dotychczas błogość, ciepło rozlewające się po całym ciele. Nawet nie zauważył, kiedy jemu samemu zaczęły kleić się powieki. Żywia z trudem otworzyła oczy, czując, że jakiś ciężar przygniata jej pierś i ściska gardło. Zalewający źrenice mglisty półmrok rozpłynął się szybko i wtedy zobaczyła siedzącą na niej okrakiem paskudną zmorę. Niewielka, naga, bezwłosa istota wczepiała się w jej ciało szponami czterech cienkich, patykowatych odnóży. Trupioblada skóra wzdymała się ohydnymi, czerwonymi pręgami, jakby kłębiły się pod nią robaki. W kompletnie łysej, upstrzonej żółtawymi guzami czaszce gorzały złowrogo purpurowe ślepka z pionowymi źrenicami. Oblizywała sine wargi zielonym, oślizgłym języczkiem. - Strawa... - syczała łakomie. Kapłanka sięgnęła w pierwszym odruchu po sztylet u paska. Zorientowała się, że nie może poruszyć dłonią ani żadną inną częścią ciała. Była jak sparaliżowana. Zmora zaciskała pazury przednich kończyn na krtani kobiety, lecz na razie lekko ją tylko dławiła i nie przebijała skóry, jakby delektując się niemocą ofiary.

Żywia zamrugała w nadziei, że widziadło zniknie, okazując się tylko resztką złego snu, jednak na próżno. Gdzie Morka? - zadawała sobie w myślach przesycone paniką pytania. - Co z Andajem?! Mogła poruszać gałkami oczu, spojrzała więc w bok. Zobaczyła śpiącego w kącie łowcę, zwiniętego w kłębek jak kot. Zarys postaci był niewyraźny. Oddzielała ich półprzezroczysta, falująca, upstrzona krwistymi żyłkami błona, jaka wyrosła nie wiedzieć skąd wokół zaatakowanej kapłanki. Wraz z przyciskającą ją do ziemi zmorą znalazły się w czymś na kształt wielkiego, rybiego pęcherza, który zapewne tłumił wszelkie dźwięki, nic zatem nie budziło czujności Boranina. Kobieta uświadomiła sobie z rozpaczą, że nawet gdyby zdołała krzyknąć, łowca i tak by jej nie usłyszał. To właśnie Morka - doszła wreszcie do wniosku, czując podchodzące do gardła mdłości. Zmora tymczasem coraz mocniej zaciskała szpony. Uśmiechnięta od ucha do ucha, rozwarła szerzej wydłużoną paszczę i obnażyła rząd cienkich, ostrych kłów, jakimi bez trudu mogła rozszarpać wszystko, cokolwiek by zechciała. Pochyliła się nad bezbronną kobietą, zionąc jej w twarz wstrętnie cuchnącym oddechem. - Ssstrawa!... Żywia zrozumiała, że to ostatni moment, by ratować życie. Swoje i przyjaciół. Zmora unieruchomiła jej ciało, lecz nie mogła stłamsić woli. Kapłanka przypomniała sobie niechęć małej Morki do wody i skupiła całą wewnętrzną energię na cebrze z deszczówką. Po chwili drgnął, zakołysał się, a przerdzewiały pręt, na którym wisiał, zaczął się wyginać i pękać. Oby tylko zdążyła... Ceber spadł na piec, przechylił się i struga brudnej deszczówki chlusnęła na przeklętą istotę i jej niedoszłą ofiarę. Paskuda puściła gardło kobiety i zeskoczyła na ziemię, wściekle parskając i otrząsając się z odrazą. Była jednak tuż obok...

Żywia poczuła, że drętwota ustąpiła. Złowrogi czar przestał działać, odzyskała więc władzę nad ciałem. Zerwała się i błyskawicznie cofnęła w kąt za piecem. Nie wiadomo, czy magiczna zasłona by ją przepuściła... Obawiała się, że nie zdążyłaby dopaść wyjścia, zwłaszcza gdyby poczwara skoczyła jej na kark. Zmora tymczasem doszła już w miarę do siebie, strząsnęła ostatnie krople z bezwłosej skóry i ruszyła na czterech odnóżach krótkimi, raptownymi susami, opierając przednie łapy na knykciach. Syczała nienawistnie, gotowa ponownie obezwładnić oporną zdobycz. Kapłanka sięgnęła ku rękojeści sztyletu, zatrzymała się jednak w pół ruchu, uświadamiając sobie, że nie zdoła powstrzymać tak mizerną bronią demonicznej przeciwniczki. Tamta była zaledwie o krok. Wyciągała szpony, by nareszcie rozpłatać gardło... Żywia uniosła obie dłonie przed siebie i wykrzyczała magiczną inkantację na tyle silnym głosem, na ile pozwalała obolała krtań. Spomiędzy spękanych desek wyrosły twarde pnącza, które w okamgnieniu oplotły i mocno pochwyciły tylne kończyny stwora. Jednocześnie czar natury sprawił, że dziwaczna błona zaczęła się chwiać, pękać i rozwiewać jak woal mgły. Ledwie do uszu Jadźwinga dotarł wyostrzony strachem kobiecy krzyk, już skoczył na równe nogi z linarami w dłoniach. Jednym spojrzeniem ogarnął sytuację i bez namysłu cisnął nożami. Ostrza uwięzły jednak w plątaninie czarodziejskich pędów, nie czyniąc szkody paskudzie. Być może nawet ułatwiły jej zadanie, coś rozcinając, gdyż wraża istotka wyswobodziła się w tym momencie i skoczyła na piec z triumfalnym chichotem. Znalazła się tuż nad głową kobiety, która cofnęła się z lękiem i odrazą. Czując ścianę za rozdygotanymi plecami, myślała gorączkowo, jakim innym sposobem unieszkodliwić niebezpiecznego stworka... Wyręczył ją Andaj, który przyłożył dłoń do serca i mrucząc jak rozgniewany kocur, dobył z piersi nagły rozbłysk oślepiającego światła. Posłał go w stronę zmory szybko i

pewnie. Kapłanka zawczasu przymknęła oczy, lecz pozbawione powiek ślepia demonka musiały mocno ucierpieć, zawył bowiem cienko i przenikliwie, niczym katowany dzieciak. Gdy kobieta znowu spojrzała, zobaczyła, że łowca rzucił się w stronę pieca, dzierżąc w dłoni toporek. Spóźnił się dosłownie o włos, gdyż wraża istotka zdążyła wylądować na powale. Czepiając się belek pazurami i przebierając chyżo pajęczymi odnóżami, z głową zwieszoną w dół, niesamowicie szybko przemieściła się na przeciwległy kraniec dachu i skryła w kącie odsłoniętego stryszku. W ciemności połyskiwały tylko podwójne czerwone ogniki. Wciąż rozlegał się nienawistny syk. Andaj ruszył za nią i z rozmachem cisnął toporkiem. Koziołkujące w powietrzu żeleźce wbiło się głęboko w jedną z belek. Drewniany uchwyt drgał, jakby rozgniewany faktem, że rzucający chybił. Zdesperowana zmora skoczyła teraz prosto na twarz młodzieńca. Wczepiona szponami w długie warkoczyki Jadźwinga, rozwarła paszczękę nad jego czołem, jakby zamierzała przegryźć mu czaszkę. Chłopak miotał się wściekle jak ranny żbik, usiłując oderwać i zrzucić z siebie obmierzłą paskudę. Żywia chwyciła ceber i chlusnęła resztkami wody, lecz osiągnęła tylko taki skutek, że palce Andaja ześlizgiwały się po gładkiej, pulsującej skórze istoty. Kobieta pomyślała, że pora zawezwać pomoc i w tym momencie kątem oka dostrzegła stojącego w wejściu Widuna. - A kysz, Cicha! - wykrzyknął guślarz potężne Słowo Mocy, unosząc władczo prawicę. - Wara od śmiertelników! Sypnął na zmorę solą zmieszaną z popiołem. Czarodziejski proszek roziskrzył się na trupiobladym ciałku. Musiał srodze dokuczyć bestii, gdyż zaskowyczała boleśnie. Rozluźniła pazury, zebrała się w sobie i pragnąc najwyraźniej ratować się ucieczką, odbiła się tylnymi odnóżami od ramion chłopaka i skoczyła nad głową czarodzieja w nocny mrok.

By wpaść prosto w łapy Dobrochoczego, czającego się za plecami guślarza. Wtedy przybrała znowu postać zabiedzonej, jasnowłosej dziewczynki. - Proszę - zapiszczała błagalnie - nie rób mi krzywdy! Magiczny niedźwiedź nie dał się nabrać na tę iluzję i bez wahania rozdarł istotę na pół. Zamieniła się w dwa kłębki rozedrganej, robaczywej zgnilizny, aby chwilę później spłynąć na ziemię cuchnącym, zielonkawym śluzem. Miś ryknął z obrzydzeniem i opadł na przednie łapy, by wetrzeć w wilgotną darń resztki obrzydliwej substancji. Troje wędrowców stało chwilę nieruchomo, popatrując po sobie i oddychając głęboko. - Co to było? - wyjąkała w końcu kapłanka. - Cicha - wyjaśnił spokojnie guślarz. - Zwana także Morką. Bardzo groźny demon. Usypia czujność ofiar, objawiając się pod postacią bezbronnej dziewuszki. Wysysa dusze i pożera ciała, nie gardząc nawet niemowlętami. Niezmiernie żarłoczne stworzonko. Byliście w poważnym niebezpieczeństwie... na szczęście zdążyłem na czas. - Coś takiego! - rzekła Żywia, odzyskując powoli równowagę. - Byłam gotowa przygarnąć biedną sierotkę... Trzeba będzie pogłębić mą wiedzę na temat demonów - zwróciła się do guślarza - byśmy na przyszłość uniknęli podobnych niespodzianek. - Zawsze do usług, miłościwa księżno - odparł żartobliwym tonem, pochylając się w parodii dworskiego ukłonu. - Uratowaliście mi życie - stwierdził cicho Andaj, przeczesując nerwowo palcami złote włosy, jakby pragnął pozbyć się śladów zetknięcia z demoniczną istotą. - Zachowałeś się bardzo dzielnie - odpowiedziała kapłanka - nawet jeśli trochę nierozważnie... Gdyby nie twoja pomoc, zginęłabym jako pierwsza. - Nie zetknąłem się jeszcze z tak wrednym, złośliwym lichem - dodał łowca, jakby się usprawiedliwiając.

- To dopiero początek - stwierdził poważnie guślarz. - Wielce zachęcający - odrzekł Andaj z szerokim uśmiechem. - Walka bardzo was wyczerpała? - zapytał troskliwie starzec. - Przeciwnie - odparła Żywia - raczej rozgrzała i rozbudziła. Zerknęła na Jadźwinga, który potwierdził jej słowa skinieniem głowy. - Tym lepiej - rzekł Widun z zadowoleniem. - Będziemy potrzebowali całej naszej mocy, by stanąć oko w oko z Pasterzem Zmór. Trzeba tylko coś zrobić z tą raną zasugerował, zerkając wymownie na czoło młodzieńca. Andaj sięgnął dłonią ku nasadzie włosów i stwierdził ze zdumieniem, że na palcach pozostało parę kropel krwi. Dopiero teraz poczuł lekkie pieczenie rozciętej skóry, podobnie jak zadrapania na dłoniach i ramionach. - Głupstwo - oświadczył z lekceważeniem. - Takie zadraśnięcia goją się na mnie, jak na wilczku. Nie ma się czym przejmować. - Mylisz się - zaprzeczył niecierpliwie guślarz. - Rana zadana przez demona zawsze jest groźna. Morka naznaczyła cię swymi brudnymi kłami i pazurami. Zapach młodej, gorącej posoki może zwabić inne zgłodniałe stwory... Nie powinniśmy ich prowokować. - Pozwól, Widunie - wpadła mu w słowo Żywia - zajmę się tym. Szybko podeszła do nieco stropionego młodzika i położyła obie dłonie na jego czole. Chwilę szeptała zaklęcia, przymrużając powieki, a kiedy cofnęła ręce, po skaleczeniach nie zostało nawet śladu. - Doskonale - pochwalił ją guślarz, zacierając dłonie. - Chodźcie za mną. Łopuch wszystko już przygotował. Nadeszła pora... - By spróbować otworzyć Bramę? - dokończyła za niego kapłanka, ruszając ku wyjściu. Zerknął na nią z ukosa.

- Spróbować? - powtórzył drwiąco. - Wiesz dobrze, że czary tak nie działają. Mag nie prosi, lecz żąda. - Masz rację - odparła nieco zmieszana - niezręcznie się wyraziłam. Andaj pozbierał tymczasem swoją broń i poszedł za nimi, przysłuchując się z ciekawością przekomarzaniom czarowników. - Ostatecznie, aby pokonać Ciemność, wystarczy czasem jedna pochodnia, a nawet mała świeczka - stwierdziła Żywia, posługując się powszechnie znanym porzekadłem. - Ciemność jest cierpliwa - podchwycił Widun. - Czai się po kątach i w załomach, jak na tym uroczysku. Wie, że każde światło zgaśnie prędzej czy później. Na początku ścieżki, wiodącej na szczyt pagórka, guślarz i jego sługa usypali strużkę startej na proch kory dębu wymieszanej z popiołem z sowiej czaszki. Miała długość dwóch ludzkich kroków. W połowie przedzielała ją poprzeczna linia, utworzona z soli i utartego rogu jelenia. Mścigniew powrócił tymczasem do ludzkiej postaci, na tyle szybko, że zmysły pozostałych z trudem zarejestrowały moment przemiany. Grupka wędrowców ustawiła się w szeregu. Widun natarł ostrza ich broni ziemią z kurhanów. - Tylko broń nasycona mocą zmarłych przodków jest skuteczna w Zaświecie - wyjaśnił. - Nawia to świat magiczny, bliski bogom, toteż czary działają tam silniej. Dla nielicznych śmiertelników dostępna jest jedynie najbardziej mroczna część, zwana Otchłanią, gdzie przebywają zjawy potępieńców, demony i inne szkaradne bestie, złaknione ludzkich ciał i dusz. Przede wszystkim będziemy się jednak zmagać z własnymi lękami i słabościami. Poznamy prawdę o sobie. Dusza przeżarta strachem to wielkie ryzyko porażki. Jeśli któreś z nas zginie, umrze całkiem dla tego świata. Martwa Kraina wchłonie go bezpowrotnie. Czas płynie tam inaczej, dlatego nie możemy przebywać zbyt długo po drugiej stronie, gdyż

inaczej sami zmienimy się w upiory. Były to wyjaśnienia głównie na użytek wojowników, gdyż Widząca nie potrzebowała żadnych ostrzeżeń, obeznana z zasadami prawie od dziecka. Chroniła ją zresztą łaska Mokoszy, była więc całkiem spokojna. Rycerz i łowca również nie objawiali lęku, gotowi zmierzyć się z nowym wyzwaniem. Tylko sługa świątynny trząsł się jak liść osiki, chociaż przy swoim panu widział już niejedno, a jako szpieg narażał się wielekroć na rozmaite niebezpieczeństwa. Dłonie drżały konwulsyjnie, gdy okadzał siebie i innych dymem z pałki wodnej, ledwie się tlącej w powietrzu ciężkim od wilgoci. Widun nie ganił go za to, przyjmował tchórzostwo małego człowieczka z pobłażliwym uśmiechem. Guślarz rytualnym gestem podpalił magiczną ścieżkę i zaczął szeptać pradawne zaklęcia w Starej Mowie. - Rzeka płynie na północ, wiatr dmie na południe... Idziesz, żeby przejść. Spisz, by się przebudzić. Umierasz, aby żyć. Każdy człowiek ma własną Bramę... Kupki popiołu zapłonęły żywiej zielonym blaskiem. Z poprzecznej linii uniósł się gęsty, czarny dym, tworząc nieprzeniknioną dla ludzkich oczu zasłonę. Widun śmiało zrobił krok do przodu, a za nim pozostali. Następny sprawił, że bez trudu przeszli dymną ścianę i znaleźli się po drugiej stronie. Otoczenie, już wcześniej sprawiające wrażenie na pół obumarłego, porażało teraz kompletną martwotą. Ziemia pod stopami zrobiła się jałowa i spękana. Mętny staw wysechł, tylko na dnie pozostało grząskie, muliste topielisko. Drzewa sterczały nagie i poczerniałe, jakby strawione wewnętrznym ogniem. Nad ich osmalonymi kikutami wirowały brudnoszare płaty sadzy. Niebo, uprzednio zakryte granatowymi chmurami, było teraz jednolicie czarne i przypominało nisko sklepiony strop, wykuty w nieznanym kamieniu. A jednak nie panowała tu całkowita ciemność: błędne ogniki, snując się w rozedrganym, duszącym spalenizną

powietrzu, dawały trochę sinej poświaty w przydymionym, posępnym półmroku. Wybrańcy emanowali przy tym właściwą sobie aurą: guślarz zielonkawą, kapłanka miodowobursztynową, Boranin jasnozłotą, nawet wojownik połyskiwał srebrzyście. Łopuch wyglądał przy nich jak szara plama na wielobarwnym kobiercu. Na wzgórzu zamiast zrujnowanej chaty piętrzyła się niezwykła budowla z czarnych, ostro wyciosanych, bazaltowych bloków, przypominająca wielki grobowiec o trochę asymetrycznej, nieforemnej kopule. Mroczne sanktuarium gorzało od środka, niczym wielki piec, krwistoczerwoną łuną, która otaczała rdzawą aureolą wiszący nad bramą mlecznobłękitnawy, doskonale okrągły wizerunek księżyca. Ciemniejsze plamy wgłębień nadawały mu widok pośmiertnej maski. W progu stał ktoś niezwykle wysoki, smukły, otulony długą opończą barwy nocnego nieba, z twarzą zakrytą nasuniętym na czoło kapturem. Chociaż trwał jak nieruchomy posąg, wyglądał, jakby oczekiwał przybyszów. - Grupa śmiałków - rzekło widmo - odważyła się przekroczyć Bramę Wymiarów, opuszczając świat żywych. Czyżby wam się sprzykrzył? Głos zjawy rozbrzmiewał bardziej w sercach niż docierał przez uszy. Wprawiał w drżenie wszystko i wszystkich, a choć tak potężny, wydawał się zarazem dziwnie kojący. Zwid odczekał chwilę, lecz żaden ze „śmiałków” nie zdobył się póki co na odpowiedź. - Bo ja czasem marzę o waszym życiu - wyznał - i zazdroszczę wam. Tyle się wciąż u was zmienia, a każda chwila może być tą ostatnią... podczas gdy mój świat trwa niewzruszony w martwej pustce wieczności. Piękno ulotnej chwili istnienia zaczynacie cenić dopiero, gdy przybywacie do mnie. Musicie być bardzo dzielni, skoro ośmielacie się wdzierać tu żywi. Wyczuwam emanujące od was moce... inaczej zresztą nie znaleźlibyście drogi. To jednak nie wystarczy, by zjednać mą przychylność.

Przemawiał tonem słodkim do mdłości, a jednocześnie pobrzmiewającym odcieniami zjadliwej ironii. - Panie Księżyca - zaczął guślarz drżącym głosem - przybywamy tutaj w pokorze... - Doprawdy? - przerwał mroczny bóg. - Nie świadczy o tym sposób, w jaki potraktowaliście moją ulubienicę, małą Strażniczkę Świątyni. Żywia i Andaj spojrzeli po sobie zmieszani. Widmowa opończa lekko zafalowała, a wówczas ze smolistej ciemności wynurzył się nadnaturalnej wielkości nietoperz. Chwilę kołował nad krzywiznami kopuły, wreszcie przysiadł na kamiennej księżycowej tarczy. Zwinął błoniaste skrzydła, przechylając na bok spiczasty łeb i przypatrując się z ciekawością przybyłym. Po krótkim lustrowaniu ich powierzchowności wydał wibrujący, przenikliwy pisk, którym poraził ludzkie zmysły. Kobieta i czterech mężczyzn wtulili głowy w ramiona, usiłując chronić uszy. Odpowiedzią na zew nietoperza był potężny ryk z wielu gardzieli, przenikający lodowatym strumieniem człowiecze serca. Na żarzących się ścianach świątyni zatańczyły szare cienie długich pysków z ogromnymi kłami i garbatych, mięsistych grzbietów pokrytych gęstym futrem. Wśród zwęglonych pni rozjarzyły się, jak niezliczone świece, żółtawe wilcze ślepia, rozległo się wściekłe powarkiwanie i kłapanie zgłodniałych paszczy. Ludzka drużyna odruchowo zbiła się w ciasną gromadkę, jak stado osaczonych łań. Zdawali sobie sprawę, że otoczeni przez tak potężną watahę nie mają żadnych szans ocalenia, nawet gdyby walczyli do końca. - Widzicie? - rzekł Chors ze złośliwą uciechą. - Rozgniewaliście bardzo moją świtę. Mogę ich jednak powstrzymać, jeżeli... - Jeżeli?... - nie wytrzymała Żywia. - Jeżeli ktoś z was odda życie za innych - odparło bóstwo. - Boska przychylność

wymaga krwawej ofiary. - Każde z nas gotowe jest przelać krew za sprawę - oznajmiła śmiało kapłanka. Utoczymy jej nieco na twoją cześć... Miała nikłą nadzieję, że zdoła usatysfakcjonować Władcę Nocy tą połowiczną propozycją. Przypuszczenie to prysło natychmiast, kiedy spod ciemnego kaptura dobiegł świszczący chichot. - Nie będziemy wdawać się w żadne targi. Ofiara ma być zupełna. Z szerokiego rękawa wynurzył się nienaturalnie długi, kościsty palec. Wskazał głęboką misę, wyżłobioną w kamieniu wkopanym w ziemię u progu sanktuarium. Obok leżał nóż ofiarny w kształcie srebrnego półksiężyca. - Sprawa jest prosta - podjął zwid. - Poświęcicie jednego z was albo moja sfora rozszarpie wszystkich. Dam wam krótką chwilę na zastanowienie i dokonanie wyboru. Rozważcie to w waszych duszach, nim nietoperz skończy swój lot. Skinął na skrzydlatego sługę, który natychmiast rozpostarł czarne błony i poderwał się do góry. Krążył powoli nad stropionymi wędrowcami, a jego drapieżne piski mieszały się ze skowytem wilkołaków. Perfidia Pasterza Zmór sprawiła, że nie dał ludziom możliwości naradzenia się między sobą. Cała piątka zastygła nieruchomo, zapatrzona w głąb własnych jaźni, zatopiona w swoich tajemnych marzeniach. Każde z nich usłyszało też jednocześnie przemawiający do nich w myślach głos boga. - Piękna wiedźmo, kapłanko Pramatki. Ty, która gotowa jesteś poświęcić życie własnego syna i tysięcy wojowników, aby pokonać naszego wspólnego wroga. W snach, zsyłanych przez mego mrocznego rodzica, widzisz lądy wyłaniające się z mórz, by się zapaść ponownie, przemijające pokolenia wielu plemion i potężne twierdze, walące się w gruzy.

Twoją duszę dręczy wielka, wiekuista, bolesna zagadka. Spoglądasz w samą siebie na poły z zachwytem, na poły z przerażeniem, odnajdując w głębi serca otchłanie mroków i światła. Mówisz sobie: Nie należę już do tego świata i podążam dalej. Lecz dokąd? Żeby przeniknąć wąską szczeliną do bezmiaru niewidzialnego wszechświata, musisz poświęcić nieuchronnie więdnącą śmiertelną powłokę. Gdy staniesz u mego boku, skąpana w blasku krwawego miesiąca, otrzymasz bezpośredni dar Widzenia i rozwiązanie wszystkich zagadek. - Kapłanie mego brata, widzę, jak motasz subtelną intrygę i mamisz prostodusznych towarzyszy, by osiągnąć swój własny cel. Do czego zmierzasz, uchylając kolejne zasłony tajemnic, badając władzę swego bóstwa, zapatrzony w wykwity gwiazd na ciemnym kobiercu nieskończoności? Niewiedza ludzka wpisana jest w sprzeczności poglądów rzekomych mędrców, a smutek ziemski w niezmierną łapczywość człowieczych pragnień. Możliwości twego poznania ograniczają dwa nieubłagane krańce, dwoje wrót, wiodących z ciemności w ciemność. Płomień życia rozpala się, wchodząc przez pierwsze, i gaśnie, uchodząc przez drugie. Pragniesz pokonać ten ludzki fatalizm? Pojąć jego najgłębszy sens? W takim razie dobrze trafiłeś. - Witaj, dzielny wojowniku o złamanym sercu. Miotany wieczną walką pomiędzy ciałem a duchem, daremnie szukasz szczęścia i ukojenia. Szamoczesz się między swą ludzką a zwierzęcą naturą, nie mogąc wyrwać się ze szponów ziemskiej pożądliwości. Na próżno się szarpiesz wśród przemijających wrażeń, pierzchających myśli, niespełnionych uczuć. Twój sekretny druh wspiera cię jednak nieustannie i dodaje otuchy. Dobrze wiesz, że między tobą a niewidzialnym towarzyszem czarodziej ustanowił nierozerwalną więź, która będzie istniała także wtedy, gdy pozornie zerwie ją śmierć, wybawicielka znękanych dusz. Może wówczas osiągniesz upragniony spokój? Drugi żywot zapewni ci wybawienie od doczesnych trosk i przyziemnych potrzeb.

- Dla ciebie, sprzedajny sługo, mam pokonanie strachu. Gdy ocaliłeś swe mizerne ciało za cenę podwójnej zdrady, już stałeś się na pół martwy, zabijając w sobie ostatnią cząstkę człowieczeństwa. Duch, uwiązany do ziemskiej powłoki podłymi myślami i niecnymi uczynkami, po śmierci cielesnej nie ma już rąk, którymi mógłby chwytać niegodnie zdobyte pieniądze, ani głosu do siania zamętu w cudzych myślach. Wciąż jednak pamięta, cierpi, istnieje, spowity w całun mroku i przerażenia. Błąka się na granicy światów, przyciągany ponurą poświatą rozkładających się zwłok... Próbuje odnaleźć samego siebie w zlodowaciałych włóknach i skrzepłej krwi. Nadaremnie. Więzi go ciemność, a wszystko w nim i wokół niego jest chaosem... Chcesz tego uniknąć? Obdarzony cząstką mej mocy, będziesz wzbudzał strach nawet w lepszych od siebie. Nikt już nie będzie tobą gardził ani cię lekceważył. Na początek zabij któregoś z kapłanów. - Ty, który niesiesz światło i nie wahasz się zstępować w najgłębsze otchłanie... Ciebie witam szczególnie. Twoja krew jest jak płynny ogień, świecący w centrum wszechświata, którego ruchliwy płomień przenika wszystkie byty. Gotów jesteś zabijać mroczne stworzenia, lecz czy kiedykolwiek pomyślałeś, że one także cierpią, boją się, odczuwają mękę istnienia? Nigdy nie próbowałeś zrozumieć tego, co zdawało ci się obce. Choć twój mistrz chętnie rozprawiał, że Jasność nie może istnieć bez Ciemności, nie nauczył cię zgłębiać zagadki drugiej strony. Czy widział ktoś kiedykolwiek władcę czasu, duszę słońca lub źródło wszelkiej mądrości? Nie, ponieważ jedynie łącząc się z tym, poznajemy jego istotę. Władza boska podobna jest do kwiatu o przeplatających się jasnych i ciemnych płatkach. Siadając na nim i kąpiąc się w jego nektarze, nie możesz postrzegać tylko promieni słońca, ignorując cień. Dopóki nie poznasz całej prawdy o sobie, nie dowiesz się, czy jesteś już motylem, czy ciągle poczwarką. Czujesz, że posiadasz skrzydła. Rozwiń je w pełni, otwarty na blaski i cienie. Stań się mym jasnym bratem. Dopełnijmy się i zatraćmy w sobie wzajemnie, tworząc jedność.

Chętnie posmakuję twojej słonecznej krwi, ofiarując w zamian czarny płomień wieczności... Andaj dostrzegał zarys twarzy, prześwitującej przez kaptur jak lampa zza gęstej zasłony. Oblicze boga wydawało mu się fascynująco piękne, jakby nareszcie odnalazł swoje bliźniacze ja. Podobnie przyciągał głos, który kusił, czarował, upajał... Młodzieniec bezwiednie zrobił parę kroków w stronę misy ofiarnej. Dłonie, jakby samoczynnie, zacisnęły się na oplecionych sznurem rękojeściach. Po chwili ostrza linarów skrzyżowały się na smukłej, gładkiej szyi. Z zauroczenia wyrwał łowcę ostrzegawczy pisk nietoperza. Usłyszał za plecami odgłosy szamotaniny. Odwrócił się i zobaczył kapłankę cofającą się z zaskoczeniem. Guślarz i wojownik szarpali się ze świątynnym sługą, dzierżącym w prawicy srebrny sierp. Mścigniew zdołał w końcu wykręcić ramię Łopuchowi, a wówczas Widun przechwycił ostrze i wprawnym ruchem przejechał nim po gardle przeciwnika. Nieszczęśnik zacharczał krótko i obwisł na rękach rycerza. Dwaj mężczyźni zawlekli konającego i rzucili na próg świątyni, pozwalając, by bluzgąjąca obficie posoka spłynęła do kamiennej niecki. Potem cofnęli się na bezpieczną odległość. Wszystko nie trwało dłużej niż czas, na jaki przeciętny człowiek zdołałby wstrzymać oddech. - Chciał zabić panią Żywię - wydyszał Mścigniew, zwracając się do łowcy. - Suczy syn! Chors zaśmiał się uradowany. Odczekał, aż misa się wypełni po brzegi, po czym skinął na nietoperza. Ten znowu zapiszczał przeraźliwie, nieco inaczej modulując dźwięki. Na ten znak wyskoczyły z lasu ciemnoszare, kudłate bestie. Porwały ciało i uniosły w mrok. Po chwili rozległy się stamtąd ohydne mlaskania i trzask miażdżonych kłami piszczeli. - I wszyscy zadowoleni - mruknął bóg, pochylając się nad purpurową, parującą obiatą. Cała jego sylwetka nagle dziwnie zmiękła, sflaczała, jakby ciało pod opończą było

pozbawione kości. Cienista materia rozpłaszczyła się na kamiennych głazach, a głowa wciąż okryta kapturem zanurzyła się w życiodajnej cieczy. Rozległ się dźwięk zachłannego chłeptania... Błotnista maź na dnie wyschniętego stawu poruszyła się i zabulgotała. Wychynęły z niej szarawe, obrzydliwe, łokciowej długości czerwie. Podpełzły w kierunku ołtarza ofiarnego, pokornie czekając na swoją kolej. Kiedy ich pan skończył się pożywiać, ruszyły szparko, by nasycić się resztkami z uczty boga. Musiały jednak zaczekać jeszcze chwilkę na nietoperza, który także podfrunął i liznął od niechcenia swoją porcję. Najwyraźniej nawet w tym świecie na opak istniała swoista hierarchia przystępu do pańskiego stołu. W końcu nadszedł czas dla kotłującego się w niecce robactwa. Widun wiedział, że pod taką postacią występują w Martwej Krainie rozmaite zmory, gnębiące na Jawii ludzi śniących koszmary i nękanych wyrzutami sumienia. Chors tymczasem podniósł się i wyprostował, odzyskując poprzedni kształt. Odrzucił kaptur na plecy, ukazując przybyszom twarz istotnie piękną, na swój sposób szlachetnie zarysowaną, lecz zimną, jakby wykutą ze śnieżnego kamienia. Paradoksalnie sprawiał wrażenie znacznie młodszego od swego siwobrodego brata, Welesa, chociaż krótko ostrzyżone włosy były białe jak mleko. Fioletowe oczy o czerwonawych żyłkowatych refleksach spoglądały na śmiertelników z chłodnym, niemal pogardliwym zainteresowaniem. Oczy bezlitosnego mordercy i bezwzględnego oprawcy, karmiącego się cudzym strachem i cierpieniem. Na wąskich wargach igrał protekcjonalny, pełen wyższości uśmieszek. Dopiero teraz, gdy nieco rozchylił opończę, poszukiwacze dojrzeli zawieszony na srebrnym łańcuszku boski symbol, trupioblady księżyc. - Cudownie... - wycedził Władca Nocy, oblizując z satysfakcją usta i szczerząc kły zabarwione czerwienią. - Krew chrześcijańskiego zaprzańca doprawdy dobrze smakuje. To

nie to samo, co urodziwa wiedźma lub gorący młodzieniec, ale zawsze coś. W tych trudnych czasach nie należy żądać zbyt wiele. Byłem pewien, iż będziecie dostatecznie rozsądni, by zaspokoić moje pragnienie. - Chociaż Łopuch marnym okazał się skrytobójcą, był jednak całkiem niezłym szpiegiem - szepnęła do guślarza Żywia, wciąż drżąca na całym ciele. - Czemu chciał mnie zabić? Chyba oszalał... Widun pokręcił głową. - Od dawna podejrzewałem, że nas zdradził - wyjaśnił cichym, zdyszanym głosem - i nie ufałem mu... Później ci to wyjaśnię. - Więc nie ma go co żałować - stwierdziła, opanowując się z trudem. - Tym lepiej - podchwycił Chors - skoro oddajecie mi go bez żalu. Doświadczony kłamca i szpieg zawsze się przyda. Potrzebuję takich pazernych, samolubnych łajdaków, by utrzymać w ryzach mą świtę. Zastanowię się później, w co przemienić jego żałosne szczątki... A teraz gotów jestem odpowiedzieć na wasze pytania. Uprzedzam, że możecie zadać tylko trzy. - Kto ustalił taką zasadę? - zaprotestowała Żywia, nim guślarz ją zdążył powstrzymać. - Ja - odparł bóg. - Teraz pozostały już tylko dwa - poinformował, zadowolony z udanej sztuczki. Księżna westchnęła głęboko, czując się wywiedziona w pole. Porozumiała się wzrokiem z Widunem i pozostawiła dalszą inicjatywę mądremu starcowi. - Właściwie mamy tylko jedno pytanie - zaczął ostrożnie guślarz - w którym wszakże zawiera się wiele innych... - Słucham - oświadczył Chors uprzejmie. Widun zastanawiał się chwilę, jak najlepiej sformułować nurtującą wszystkich kwestię.

- Gdzie został uwięziony twój rodzic i jak można tam dotrzeć? - zapytał wprost. Mroczny demiurg ponownie obnażył kły w szerokim, rozradowanym uśmiechu. Oczy błyszczały potworną i zarazem budzącą respekt, nieludzką mądrością. - To właściwie dwa różne pytania - zauważył z przekąsem. - Lecz będę dla was łaskawy. Wzrusza mnie wasze oddanie. Słyszeliście chyba o Drzewie Żywota, do którego mój nieszczęsny, pokonany ojciec został przykuty przez tego, którego imienia się tu nie wymawia? - Tak - potwierdził guślarz - lecz żaden śmiertelnik nie wie, gdzie się ono znajduje. Bardzo uważał, by kolejna kwestia nie brzmiała jak pytanie. - Doprawdy? - podważył jego słowa bóg, spoglądając z politowaniem na całą grupę. Biedni, śmiertelni ślepcy! Tyle czasu mieliście przed nosem jasną wskazówkę i nikt jej nie potrafił odczytać! Jak brzmi początek ostatniej Pieśni Słowana? Widun zmarszczył czoło, przypominając sobie święty tekst i porozumiewając się wzrokiem z Żywią, która poruszyła bezgłośnie wargami, jakby podpowiadając. Po chwili guślarz śpiewnie wyrecytował: Gdzie dzisiaj Bugaj? Gdzie jest wyspa Bugaj? W morskich głębinach, w najciemniejszej otchłani... W podziemiach zaklętego miasta, Stworzonego i zniszczonego przez bogów, Gdy wypełni się tysiąclecie, zjawi się Wybranka... - No właśnie! - przerwał triumfalnie Chors. - Zatopione miasto - zasyczał sugestywnie zaginione w głębi prześnionych snów i straconych lat... Ech, ludzie, ludzie!... Zawiesił wymownie głos, oczekując reakcji. Ludzie namyślali się jakiś czas. Żywia pierwsza rozjaśniła oblicze.

- Myślę, że wiem! - oświadczyła. - Zatopione miasto Weneda! Bogaty gród pełen nieprawości, zniszczony przez Jasnych Bogów! To w jego podziemiach Boskie Drzewo podtrzymuje ukrytą wyspę i cały świat Jawii! - Bardzo trafnie - pochwalił ją bóg. - Wystarczy, że się tam dostaniecie, a reszta pójdzie jak z płatka - dodał z fałszywym optymizmem. - Przeklęte miasto wynurza się tylko raz do roku w czas Wielkiej Burzy - wtrącił zafrasowany guślarz. - Trzeba potężnych czarów, by się do niego dostać. - Och, to z pewnością fraszka dla tak wyjątkowej drużyny - ironizował Chors, wielce czymś rozbawiony. - Powiedzmy jednak, że się tam dostaniemy - podjął niezrażony Widun. - Pojedziemy na Wolin i zaczekamy w Jomsborgu na odpowiedni moment. Pozostaje jedna sprawa... - Trzecie i ostatnie pytanie - ostrzegł Pasterz Zmór. - Trudno - skonstatował z westchnieniem starzec:. - Skoro przywołałeś, Panie Księżyca, słowa Pieśni, muszę wyznać, że zastanawiał mnie zawsze wers mówiący o kruszeniu kajdan... Słonecznym młotem skruszy okowy i wyzwoli Władcę Ciemności... Powtórzyła w myślach kapłanka. Ją także czasem zastanawiały te dziwne wiersze. - Czy słoneczny młot to jedynie poetycka przenośnia - rozważał głośno wieszcz - czy też konkretny przedmiot? Chors odetchnął jak gdyby z ulgą. - Myślałem, że już nigdy o to nie zapytasz. Coraz bardziej podoba mi się twoja mądra dociekliwość, staruszku. Swoją drogą, cóż za dziwny porządek wszechświata - zauważył niby mimochodem. - Ja, Władca Nocy, Pan Księżyca, Bóg Śmierci i co tam się jeszcze komu podoba, nie mogę wyzwolić mego drogiego ojca, gdy tymczasem ma tego dokonać śmiertelna niewiasta... niechby nawet i wiedźma - poprawił się zaraz, świdrując kapłankę chłodnymi

źrenicami. - Jesteś jego Wybranką - głos rozległ się echem w jej głowie. - Jego Umiłowaną... Zrodzoną, by go uwolnić i uratować nasz świat. Silny dreszcz wstrząsnął całym jej ciałem. Dopiero w tej chwili odczuła brzemię ciążącej na niej odpowiedzialności, do tej pory tłumione rozpaczliwą determinacją i niepohamowaną dumą. - Chodzi o młot mego przyrodniego brata - wyjaśnił Pasterz Zmór, odczekawszy stosowną chwilę. - Nie zapytacie, jak go zdobyć? - zatroskał się sarkastycznie. - Chyba wyczerpaliśmy pytania? - zdziwił się guślarz, unosząc siwe brwi. - Żartowałem - stwierdził niefrasobliwie Władca Nocy. - Mam do was lekką słabość. Trudno zyskać ludzkie zaufanie - dodał sentencjonalnie - a zdradzić je warto tylko wtedy, gdy jest z tego wielki zysk. Nie ma to jak mieć do czynienia z bóstwem obdarzonym specyficznym poczuciem humoru, zgryźliwie orzekła w duchu kapłanka. - Możecie pytać dalej - zachęcił życzliwie. - A zatem - podchwycił Widun - jak zdobyć młot? - Tego nie wiem - odparł szczerze demiurg. - Wiem tylko, że magiczne okowy można skruszyć narzędziem, które je wykuło. Żadnym innym. - Czy mamy błagać Boskiego Kowala, aby go nam użyczył? - odważył się spytać Andaj. Pomyślał, że jako sługa Swarożyca mógłby przysłużyć się sprawie i raz jeszcze wykazać swą przydatność dla drużyny. Z drugiej strony obawiał się, że Świetlisty raczej nie zechce dopomóc im w dziele uwolnienia Mrocznego Żmija, skoro sam wykuł dla niego

kajdany. Gdyby jednak mistrz Kriwe zechciał użyć swoich potężnych wpływów... a ulubiony uczeń go do tego przekonał... - O nie, to nie będzie konieczne, jasnowłosy adepcie - zaprzeczył Chors, krzywiąc się niechętnie na wspomnienie przydomka słonecznego antagonisty, lecz zarazem popatrując z sympatią na gładkiego młodzika. - Mój nierozważny brat porzucił ów młot w Zaklętym Borze, gdy strzaskał nim serce olbrzyma - wyjaśnił. - Potem zrobił sobie nowy... Narzędzie naznaczone podwójnym, fatalnym piętnem wciąż powinno tam być. Musicie trochę poszperać. Troje wieszczów spojrzało po sobie niepewnie. - Nie wiem, czy wystarczy nam czasu - wymamrotał Widun. - Tylko kapłani Strzyboga potrafią przewidzieć nadejście Wielkiej Burzy, lecz przypuszczam, że może zdarzyć się lada dzień... A z tego, co mówisz, Władco Nocy, czeka nas kolejna, długa i uciążliwa podróż... Urwał i spojrzał niemal błagalnie w kredowobiałą twarz. Ku swemu zdumieniu dostrzegł na niej przychylny uśmiech. - Rzekłem, iż was polubiłem. Wiecie dobrze, sługo Welesa i ty, Widząca wiedźmo, że w Nawii czas i odległość nie mają znaczenia. Wchodząc przez szczelinę między światami, można po chwili wyjść w zupełnie innym miejscu. Trzeba tylko wiedzieć, którędy pójść i jakiej użyć Bramy. Mój sługa, Nostrzyk - dorzucił, wskazując ogromnego nietoperza przeprowadzi was przed świtem na miejsce. Dobrze zna Zaklęty Bór, często tam polował, posłuży zatem za przewodnika. Będzie was także strzegł i chronił przed rozmaitymi niebezpieczeństwami, jakie czyhają na ludzi. Oczywiście tylko nocą. W dzień musicie radzić sobie sami. - Dziękujemy ci, Duchu Nawii - rzekł Widun w imieniu wszystkich, obdarzając boga sekretnym, najwyższym tytułem, znanym tylko nielicznym wieszczom.

Drużyna, idąc za jego przykładem, pokłoniła się głęboko demiurgowi. - Drobiazg - odrzekł kapryśnie. - Przyjemnie czasem dla odmiany zrobić coś dla innych. Gdybym tylko mógł, przez całą wieczność spełniałbym same dobre uczynki. Niestety, Dola wyznaczyła mi inne zadania. Wracajcie tymczasem na Jawię - doradził - ogrzejcie się przy ogniu i trochę odpocznijcie. Będziecie potrzebowali dużo sił, by zmierzyć się z kolejną magiczną krainą... Skinął na sługę, który sfrunął z kamiennej tarczy i załopotał nad głowami wędrowców, zalewając ich oczy ciemnością i zaćmiewając umysły. Kiedy ocknęli się jakby z ciężkiego, głębokiego snu, okazało się, że siedzą w zrujnowanej chacie wokół rozgrzanego pieca. Ogień na palenisku trzaskał wesoło, lecz na twarzach poszukiwaczy próżno byłoby szukać wesołości. Spoglądali po sobie pełni niejasnych obaw. - Od dawna podejrzewałeś Łopucha? - przerwała milczenie kapłanka, zwracając się do guślarza. - Od czasu rzekomej ucieczki z wawelskiego lochu - odpowiedział. - Jego opowieść wydała mi się niezbyt wiarygodna. Podejrzewałem, że nie zdzierżył tortur i przeszedł na służbę... tamtych. Oni potrafią zadawać ból i łamać charaktery. Obserwowałem go uważnie, czekając aż się zdemaskuje. Widziałem, że jest bliski zdrady jak wąż ziemi. No i stało się... Myślę, że kazali mu czekać dogodnej chwili. Pełna niebezpieczeństw wędrówka w nieznane krainy wydawała się doskonałą okazją. Wyrżnąłby wszystkich po cichu i zaginąłby o nas wszelki słuch. Magia Chorsa, gdy rzucił na wszystkich czar fascynacji, obnażyła zamiary tego nędznego szczura. - Nikogo nie uprzedziłeś - zarzuciła mu księżna. Uśmiechnął się chytrze.

- Gdybym to uczynił, nie zachowywalibyście się naturalnie. Łopuch był podłym człowiekiem, ale wystarczająco sprytnym, by wyczuć, że coś o nim wiecie. Zauważyłby ukradkowe zerknięcie albo podejrzany uśmieszek. Bardziej by się wtedy pilnował. - Co za czasy - rzekła z westchnieniem. - Nikomu nie można zaufać. - Dlatego właśnie nie ufam Chorsowi - wtrącił zapalczywie Boranin - ani jego nocnemu słudze. Mam poczucie, jakby grał z nami w jakąś grę... jakby zastawiał pułapkę. Żywia spojrzała na młodzieńca z mimowolnym podziwem. - Podejrzenia są jak nietoperze - przyznała. - Pojawiają się zawsze o zmroku. Mnie także nie podobają się zagadki, których rozwiązania prowadzą do kolejnych zagadek. Cienie goniące cienie. Widun pokiwał wyrozumiale siwą głową. - Macie trochę racji... i zarazem nie macie. Na pewno ryzykownie jest dla ludzi wplątywać się w rozgrywki bogów. Marny jest los słabych istot, gdy wejdą między ostrza potężnych wojowników. Lecz nie mamy żadnego wyboru. Weszliśmy na drogę, z której nie ma odwrotu. - Byłeś kiedyś w Zaklętym Borze, mistrzu? - odezwał się milczący dotychczas Mścigniew. Guślarz skrzywił się z niechęcią. - Byłem raz - wyznał - za młodu, wieki temu... Wolałbym tego nie pamiętać. - Nie wyniosłeś stamtąd miłych wspomnień? - domyśliła się kapłanka. Między siwymi brwiami Widuna pojawiła się pionowa bruzda. - Trudno powiedzieć - rzekł po chwili z gorzkim uśmiechem. - Raczej... dziwne. Na tyle dwuznaczne, bym nie dzielił się z nikim... nawet z przyjaciółmi. - W gąszczu Zaklętego Boru kryją się pewnie liczne cienie zapomnianej przeszłości -

zasugerowała poważnie Żywia. - Nie rozumiem, o czym mówicie - przyznał się zniecierpliwiony Andaj - a wolałbym wiedzieć, co mnie czeka. - Ja także - poparł go niespodziewanie Mścigniew - bo kiedy słucham waszych uczonych dyskusji, szanowni czarodzieje, czuję się jak na łacińskich modłach. - Co to za miejsce? - pytał Andaj. - Czy istnieje na Jawii? - Jak najbardziej - potwierdził starzec. - To ogromna puszcza na zachodzie Krainy Polan między Lubuszem, Santokiem i Cedynią, na pograniczu ziem Pomorzan, Wieletów i Niemców. Niewielu ludzi odważyło się ją jednak przemierzać. Kiedyś silny oddział niemieckiego rycerstwa postanowił sobie skrócić drogę przez Bór podczas wojennej wyprawy. Nikt więcej ich nie ujrzał. Nieliczni profani, którzy zdołali się tam wedrzeć i powrócić do normalnego świata, opowiadali obłąkańcze historie. Inni wracali całkiem odmienieni, jakby pozbawieni duszy, niezdolni do zwykłego żywota. Okoliczni mieszkańcy nigdy nie zapuszczają się w gęstwinę, składają tylko na obrzeżach ofiary duchom lasu... - Mieszkają tam groźne bestie? - dopytywał się dalej młodzieniec. - Groźniejsze niż te, jakie spotkaliśmy tutaj? Widun niespodziewanie rozpogodził oblicze. Spojrzał na łowcę czułym okiem dziadka, nie mającym serca karcić ciekawskiego wnuczka. - Zobaczysz. Mieszkające tam na stałe stworzenia są zasadniczo przyjazne ludziom, zwłaszcza sługom Welesa. Dopóki będziecie ze mną, nic wam nie grozi. Pamiętajcie jednak, że te pozornie sympatyczne istoty potrafią być bezwzględne wobec osobników, których uznają za intruzów, naruszających dębowy mir... - Tak jak my, Boranie - zauważył chłopak z uśmiechem. - Więc powinniście łatwo się porozumieć - stwierdził dobrodusznie staruszek. - Może

cię nawet polubią. Bliski im także będzie Mścigniew ze swą podwójną naturą - dorzucił, zerkając na wojownika. Nawet jednak owi tajemniczy mieszkańcy unikają zapuszczania się w najgłębsze ostępy. - Dlaczego? - chciał wiedzieć rycerz. Guślarz znów się zasępił. - Im dalej w las, tym więcej magii - rzekł sentencjonalnie. - W głębi Zaklętego Boru pełno jest ścieżek, które wydają się proste, lecz naprawdę są splątane jak żmije i wiodą często donikąd. Są tam ukryte przejścia do Nawii, którymi przenikają do naszego świata strzygi, upiory, potępione dusze i inne nadprzyrodzone maszkary. Normalne odległości ulegają zamąceniu, a rzeczy pozornie dalekie mogą się nagle okazać na wyciągnięcie ręki. Dla kogoś, kto nie zna zasad używania Bram, może to być zabójcza pułapka... - Jak to? - zapytał Andaj, mrugając ze zdziwieniem. - Profan pogubi się w tym i zabłądzi. Może umrzeć z głodu i pragnienia, nim odnajdzie właściwą drogę. Słabe umysły ogarnie obłęd, nawet jeśli ktoś przypadkiem zdoła się wydostać z leśnego labiryntu i wróci do ludzkich siedzib. Świat w jego oczach zmienia się, choć pozostaje taki sam... - Nie bardzo rozumiem - zmieszał się Jadźwing. - Ja to wyjaśnię - wtrąciła Żywia. - Podobnie jest z Widzącymi. W Nawii ściany tej chałupy - rzekła, wskazując na przegniłe belki - stałyby się suche jak wiór. Oczywiście, gdyby było to prawdziwe ludzkie domostwo. W takich wyschniętych ścianach powstałyby dziury, którymi jednak nie przeszedłbyś na zewnątrz albo do drugiej izby. Zapewne byłoby to przejście do innego świata. Co jednak nie zmienia faktu, że w Martwej Krainie chata byłaby nadal drewniana. Andaj marszczył chwilę wysokie czoło, czochrając odruchowo jasne warkoczyki. W

końcu skinął głową. - Wydaje mi się, że już wiem, o co chodzi - oznajmił z westchnieniem. - Kiedy będziemy wędrować w poszukiwaniu boskiego młota, zapewne ukrytego w jakimś gęstym, trudno dostępnym mateczniku - doradził guślarz, spoglądając z troską na młodego łowcę i dojrzałego wojownika - musicie się przyzwyczaić do zwątpienia i nie ufać niczemu, co ujrzycie. Mogą was złudzić nawet myśliwskie instynkty - ostrzegał łagodnie. - Nadal uważam, iż mamy powody się obawiać - stwierdził melancholijnie Boranin - że nocne bóstwo prowadzi nas w jakąś pułapkę. - Powinien jednak sprzyjać naszej misji - zaoponowała Żywia. - Wydawał się życzliwie przejęty ideą uwolnienia rodzica. - Kto go tam wie? - zastanowił się głośno Widun. - Nie znamy pokrętnych myśli Władcy Nocy ani jego ukrytych zamiarów. Być może są tak samo zmienne jak księżyc. Nie każdy ambitny syn, który zdobył już cząstkę władzy, życzy sobie powrotu srogiego, wszechpotężnego ojca... lecz, jak już powiedziałem, nie mamy innego wyjścia. Musimy mu zaufać, jeśli chcemy dotrzeć do kresu drogi. - To jedyne, co nam pozostało - przyznała, ciężko wzdychając. - Jesteśmy w końcu tylko ludźmi... - Którzy porwali się na wielką sprawę jak lis na żubra - dokończył za nią Andaj, błyskając ironicznie oczami. Milczeli znów chwilę, zadumani. - Co to za historia z magicznym młotem? - zainteresowała się nagle kapłanka, pragnąc najwidoczniej zmienić temat rozmowy. - Nigdy jej nie słyszałam. - To saga Ludu Północy - wyjaśnił guślarz - mężnych żeglarzy i bezwzględnych łupieżców, nazywających naszego Swarożyca Thorem, a Welesa Odynem. Opowiem wam ją

jutro, podczas dalszej wędrówki. Teraz jestem zmęczony. - Jak my wszyscy - przyznała Żywia. Po namyśle zwróciła się z prośbą do najmłodszego uczestnika wyprawy. - Zaśpiewaj nam coś, Andaju. Niech to będzie wesoła pieśń. Może zdołasz przegnać czarne myśli - dodała z nadzieją. Młodzik zastanowił się chwilę, potem zdjął lirę z ramienia i trącił struny palcami, wydobywając radosne, jakby triumfalne dźwięki. Dziewannami, Kalinami Kłoni wiatru wiew, Pogłos niesie śpiew; Hej w oddali Las się pali, Słoneczna to krew. Konno jedzie, Ludzi wiedzie Młody, dzielny król, Trąbią rogi, Grają echa Z borów, kniej, od pól... Gdy skończył, słuchacze poczuli się naprawdę podniesieni na duchu. - Przywołałeś miłe wspomnienia - powiedziała księżna, uśmiechając się ciepło do wajdeloty. - Tak wyglądał przed dziesięciu z górą laty wjazd mego syna do Płocka. Mazowszanie witali z radością powrót prawowitego dziedzica... lecz zanim to nastąpiło... Umilkła, strofując się w myślach. Omal nie powiedziała zbyt wiele. Na szczęście kiwający się sennie, znużeni towarzysze nie zamierzali jej wypytywać. Uświadomiła sobie, że

nawet w gronie zaufanych ludzi nie może zdradzać sekretów, jakie znali tylko matka i syn. 7. Targany przez zmory (1034) Miecław przekazał wodze swego rumaka w ręce stajennego, hełm i oręż oddał Mścigniewowi, nakazał wojom pożywić się, obmyć i wypocząć, sam zaś, tak jak stał, okryty kurzem i zbryzgany błotem, zszedł do lochów lednickiego stołpu, gdzie spodziewał się znaleźć swą matkę. Kiedy zbliżał się do pracowni guślarza, łowił czujnym uchem echa kobiecych szeptów, wędrujące po ścianach i sklepieniach. Stanąwszy w wejściu, ze zdumieniem ujrzał trzy niewiasty w czarnych chustach, schylające się nad srebrną misą, buchającą niebieskawym płomieniem. - Mrok na wasze drogi - szeptała jedna dziewczęcym głosem. - Ślepota na umysły - wtórowała druga, starsza. - Trwoga na wasze serca - skrzeczała trzecia. Kiedy zamrugał, pragnąc przyzwyczaić oczy do półmroku, widziadło znikło. Magiczny ogień przygasł nieco, a przy stole stała tylko jedna osoba. Żywia uniosła głowę, witając syna uśmiechem. - Otto? - zapytała krótko, mierząc go spojrzeniem. - Nie żyje - oświadczył z powagą. - Nie zdołał utrzymać się we Wrocławiu ani w porę uciec do Niemców. Wraz z garstką swoich krystowierców ukrywał się w lasach u stóp świętej góry Ślężan. Wojewoda Wszebor dopomógł nam wyśledzić ich i osaczyć, po czym wydał w nasze ręce. - A kuzyn Dytryk? Na zjeździe w Merseburgu cesarz Konrad, godząc się na powrót Mieszka Lamberta z czeskiej niewoli, zażądał nie tylko hołdu i zrzeczenia się korony królewskiej, ale także

pozostawienia Ottonowi Krainy Ślężan. Chcąc zaś jeszcze bardziej upokorzyć niefortunnego władcę i ostatecznie rozbić wątłą tkankę osłabionego wewnętrznymi walkami Królestwa Polanii, wyszukał jeszcze jednego pretendenta, krewnego Piastów z bocznej linii, któremu polecił oddać we władanie Krainę Wiślan. Miecław uśmiechnął się chmurnie. - Także wpadł w nasze sidła. Czując się niepewnie w Krakowie, schronił się pod opiekę Ottona... Gorzej nie mógł wybrać - dorzucił znacząco. Księżna odetchnęła z ulgą. - Więc pozbyliśmy się dwóch kłopotów za jednym zamachem? Zaiste, wspaniałe nowiny! Powiedz mi, jak zginęli? Uraduj serce matki... Skupiałam ostatnio swą moc na czymś innym, lecz oczami duszy widziałam niewyraźne cienie, przemykające leśnym gąszczem jak tropiona zwierzyna... Rubinowe krzyże na piersiach i dłoniach płonęły w ciemnościach... Polowaliście na nich? - wypytywała dalej, świdrując rosłą sylwetkę witezia przenikliwym spojrzeniem. - Urządziliśmy pyszne łowy z psami i nagonką - wyjaśnił jej syn. - Ich symbole hańby rozjaśniały nam mroczne knieje i pomagały wytropić wściekłe chrześcijańskie bestie. Część zginęła od razu, broniąc zajadle swych panów. Udało nam się jednak wziąć żywcem prowodyrów. Złożyliśmy ich w ofierze bogom w kamiennym kręgu na szczycie Ślęży. Rozłupane łby legły pod posągiem Peruna, a bezgłowe ścierwa rzuciliśmy gończym psom. Żywia rozłożyła szeroko ramiona z rozjaśnionym obliczem. - Uściskaj mnie, Miecławie! - zawołała, obejmując potomka i składając pocałunek na jego czole. - Bogowie nam sprzyjają! Spełniłeś ich przepowiednię: Ottona rozszarpały stworzenia ziemi. Jesteś prawym potomkiem Liwów, godnym swego dziedzictwa! - Twym nieodrodnym synem - mruknął, uwalniając się z objęć rodzicielki i cofając się

nieco. - Nie tylko zrodziłaś mnie, ale także stworzyłaś, ukształtowałaś swą magią, sycąc od dziecka nienawiścią do Piastów... - Teraz widzę, że słusznie czyniłam - orzekła z przekonaniem. - Ziarno zasiane w dzieciństwie wydało setny plon... Ja także mam dla ciebie pomyślne nowiny - oznajmiła. Wzięła jeden z walających się na stole pergaminów, opatrzony czerwoną pieczęcią. Uniosła go do góry zwycięskim gestem. - Co to? - spytał krótko Miecław, niepiśmienny, jak każdy prawy rycerz. - Akt nominacji - wyjaśniła. - Mieszko Lambert mianował cię namiestnikiem Mazowszan! Dux totius Masoviae... - odczytała. - Władca całej Krainy... Czy to nie brzmi wspaniale? - Zgodził się tak to ująć? - spytał nieco zdziwiony miecznik. Wzruszyła ramionami. - Od dawna nie czyta tego, co mu podsuwam. Ma całkiem rozchwiany umysł. Gdybym tylko zechciała, mianowałby cię królem świata. - Znowu go opętałaś - zauważył spokojnie. Uśmiechnęła się cierpko. - Nie było to wcale trudne. Zawsze komuś ulegał, jak nie ojcu, to niemieckiej małżonce... - Nie miał ci za złe ślubu z Bezprymem? - zainteresował się wojownik. - Oczywiście, że tak. Przekonałam go jednak, że zostałam do tego zmuszona... podobnie jak ty, chwilowo uznając władzę uzurpatora. - A zatem - rzekł z namysłem - wszystko będzie jak dawniej? Zerknęła na syna badawczo spod rzęs. - Niezupełnie - odparła. - Daleka droga przed nami. Trzeba skończyć z piastowską

władzą strachu i zachłanności. Miecław milczał chwilę. - Co chcesz przez to powiedzieć, matko? - zapytał w końcu głucho. - Czyż nie osiągnęliśmy właśnie tego, czego zawsze pragnęłaś: odzyskać rodowe księstwo? Może już dość zabijania? Spojrzała mu teraz prosto w oczy wzrokiem twardym jak stal. - To twoje rzemiosło - przypomniała synowi - i powołanie: zabijać wroga. Wiem jednak, co cię trapi - zaczęła, zmieniając pozornie temat. - Nie możesz się wciąż doczekać od Predysławy męskiego potomka. Smutek osłabia twą wolę. Rozumiem to. Mężczyzna bez syna nie ma przyszłości. - To prawda - stwierdził posępnie. - Wspólnie z Widunem pytaliśmy o to wyrocznię w Arkonie - oświadczyła - i otrzymaliśmy odpowiedź. Syn spojrzał na nią wyczekująco, z nieśmiałą nadzieją. - Wróżbę trudno czasem przeniknąć, jak ludzkie serce - zauważyła. - Tym razem jednak wola bogów była wyrażona dość jasno... Zawiesiła na chwilę głos. Miecław drgnął niecierpliwie. - Co powiedział wróż Świętowita?! Nie męcz mnie dłużej, matko! - „Zraniliście tylko węża, lecz nadal żyje. Zdychający gad kąsa najgłębiej”. - To wszystko? - skonstatował rozczarowany Miecław. - Co to ma ze mną wspólnego? - Czyż trzeba więcej? - odparła. - Wykładnia tych słów jest oczywista: nie doczekasz się następcy, póki nie dokończysz tego, co ci przeznaczono. Na chwałę Arkony... - Na chwałę Arkony - podchwycił z ironią - mam zniszczyć Mieszka Lamberta? - Jego życie jest twą chorobą - rzekła twardo. - Jego śmierć przywróci ci zdrowie. A

wtedy spłodzisz syna. Tarł chwilę zmarszczone czoło, wreszcie zaśmiał się gorzko. - Bogowie kpią sobie z nas... bawią się nami, jak psotni chłopcy muchami... - Im potężniejsza magia, tym więcej potrzeba krwi - zripostowała znacząco. - Lepiej się z tym pogódź, mój synu. Nie unikniesz swej Doli. - Nie żal mi było Ottona - wyznał szczerze. - Okrutny świętoszek miał na sumieniu straszne zbrodnie. Wraz z jego zgonem świat stał się trochę lepszy. Nic mnie nie obchodził także Dytryk, niemiecki przybłęda. Ale Mieszko... zawsze mi ufał i traktował jak brata... a obecnie obdarzył najwyższym możliwym zaszczytem. - Trzymasz wilka za uszy - ostrzegła niespokojnie. - Nie wypuszczaj go! Skrzywił się drwiąco. - Wilka? - zaoponował. - Raczej słabego baranka. To o mnie mówią Polanie, że mam wilcze ślepia! - Umysł ma słaby - przyznała - i ciało mdłe... lecz dopóki żyje, nie możemy spać spokojnie. - Skąd pewność, że później będziemy mogli? - spytał przekornie. Milczała chwilę, potem uśmiechnęła się dwuznacznie. W kącikach ust pojawiły się na chwilę drobne zmarszczki. - Mam dla ciebie jeszcze coś - oznajmiła. Miecław spojrzał pytająco. Podeszła do stołu i przesunęła delikatnie dłonią po podłużnym przedmiocie okrytym czarną, wyszywaną srebrem materią. - Trzeba było wiele zabiegów i złota, by tę rzecz odzyskać - oświadczyła niby od niechcenia - ale w końcu do nas wróciła.

Syn poszedł za jej przykładem i pochylił się lekko nad stołem. - Cóż to takiego? - mruknął, zaciskając usta, by nie zdradzić targających nim emocji. Jednym ruchem zdarła zasłonę. - Miecz twoich ojców - wyjaśniła rozpromieniona. - Wojbor odnalazł go dla ciebie, gdy posłował do Krainy Lutyków. Ostrze było zardzewiałe i wyszczerbione, lecz słudzy Peruna przekuli je na nowo i nasycili mocą walecznych przodków. Wskazała wymownie na runy ognia, wody, ziemi, słońca, życia i śmierci zdobiące głownię wzdłuż szerokiego zbrocza. Oczy Miecława roziskrzyły się. Bez wahania ujął czarno barwioną rękojeść i zakręcił młynka pod niskim sklepieniem. Klinga zaświszczała w powietrzu, tworząc jaskrawy krąg nad głową wojownika. Przez chwilę zdawało mu się, że słyszy echa zapomnianych bitew i czuje w nozdrzach zapach dawno przelanej krwi. - Dziękuję ci, pani matko. Będę musiał nagrodzić Wojbora. Zaplotła palce na dłoniach ściskających rękojeść. Czuła, że musi wykorzystać jego entuzjazm, kuć żelazo, póki gorące. - Już go wynagrodziłam - zapewniła. - Zajmij się teraz tym, co naprawdę ważne dla dobra nas wszystkich. W twoich dłoniach spoczywa broń przeznaczenia - namawiała żarliwie. - Taka okazja zdarza się raz w życiu. Miej odwagę ją wykorzystać! Gdy ktoś boi się robić, co należy, lepiej, żeby od razu ze sobą skończył. - Wiesz dobrze, że nie brak mi odwagi - odparł nieco gniewnie. - Wiem - przytaknęła. - Bywasz nawet czasem zbyt zapalczywy... Pomyśl: Mieszko Lambert wrócił do nas słaby, miękki, do niczego niezdatny. Spodziewałam się, że nasz sekretny przyjaciel, książę Czechów, zechce pomścić na nim straszny los swego rodzica i przynajmniej wyłupi więźniowi oczy, jeśli nie odważy się po prostu zadusić w ciemnicy.

Niestety, obmyślił zemstę znacznie bardziej przewrotną... Nieszczęsny władca Polan jest jak pszczeli król z bajki. Pozbawiony żądła męskości nie ma czym zagrozić wrogom ani swoim poddanym. Wiem, że cierpi z tego powodu i gdyby nie mój ziołowy napar, dawno by już oszalał. - Mam go uwolnić od tego cierpienia? - odpowiedział pytaniem. - Uratować mego przybranego brata przed samym sobą? Odebrać zbyt ciężką władzę i skrócić nieszczęsny żywot? - pytał dalej z odcieniem okrutnej drwiny. - Nie myśl o tym w ten sposób - zaoponowała żywo. - Obecnie Mieszko przebywa na szczycie stołpu, gdzie lubi zachodzić o zmierzchu. Patrzy na gwiazdy i krzyczy bezgłośnie w niebiosa, usiłując pojąć sens własnej tragedii. Idź do niego, Miecławie. Pochwal się odzyskanym rodowym orężem. Podziękuj za świeży fawor. Opowiedz o żałosnym końcu krewniaków. Na pewno go tym pocieszysz. Pamiętaj jednak, jak bardzo jest chory i osłabiony... Gdyby potknął się i niechcący nadział na sztych... aż strach o tym myśleć. Musisz bardzo uważać, mój synu. Oblicze wojownika zmarszczyło się drapieżnie, na mięsistych wargach pojawił się szeroki, wilczy uśmiech. - Rozumiem - odrzekł krótko. - Będę uważał. Żywia odetchnęła. Spojrzała czule na potomka. - Ale zanim wejdziesz na sam szczyt - powiedziała - i uczynisz to, co należy... Podała mu puchar wypełniony po brzegi korzennie pachnącym winem. - Wypij - zachęciła. - Duszkiem. Do dna. Spojrzał nieco nieufnie, nawet nieznacznie powąchał zawartość kielicha, wreszcie uniósł go do góry w smętnym toaście. - Piję za śmierć i zgubę Piastów! - huknął grobowo.

- Niech groza wyostrzy twój miecz! - odpowiedziała zaklęciem. Wychylił płyn jednym haustem, oddał puchar matce, otarł wąsa wolną dłonią, po czym zacisnął znów krzepko obie ręce na czarnych pierścieniach uchwytu zwieńczonego z dwóch stron: wygiętym półksiężycowo jelcem i srebrną gwiaździstą głowicą. Odwrócił się bez słowa i wyszedł z lochu. Czarodziejka wsłuchiwała się jeszcze długą chwilę w kroki syna wstępującego na kolejne, wiodące wzwyż stopnie, po czym z tajemniczym uśmiechem schyliła się nad wróżebną czarą. Mieszko Lambert wysłuchał relacji rycerza o śmierci krewnych z twarzą zaskakująco obojętną. Wpatrywał się uporczywie w doskonale widoczne ze szczytu stołpu, ciemniejące na wschodniej linii widnokręgu wieże i dachy Gniezna. Miecław celowo pominął w swej opowieści pewne szczegóły, zwłaszcza pogański obrzęd na Ślęży. Władca ożywił się dopiero, gdy miecznik wspomniał o gończych psach. - Rzuciliście ich na pożarcie brytanom - stwierdził z bardzo niechrześcijańską satysfakcją. - Zaiste, godny koniec dla tych, których zwano wściekłymi psami... sforą Pańskich Psów. Miecław, zerkając spod oka na niefortunnego monarchę, mógł się przekonać, jak bardzo zmieniły go cielesny ból i duchowa zgryzota. Niegdyś dumnej postawy, wyniosły w obcowaniu z podwładnymi, był teraz strzępem człowieka. Wychudły, zmizerowany, blady, z sinymi cieniami pod niespokojnie biegającymi oczami, zdawał się jakby mniejszy, tym bardziej, że stale chodził przygarbiony. Resztki bujnej niegdyś czupryny przyprószone były siwizną, podobnie jak rzadka bródka. Niechlujnie utrzymane, byle jak dobrane szaty dopełniały obrazu życiowej klęski. Tknięty nagłą myślą Mieszko wskazał na północną stronę wieży, skąd dochodziły

przytłumione odległością skowyty i ujadania. - Wiesz, co się tam znajduje - stwierdził raczej, niż zapytał. - Psiarnia, gdzie Bezprym rzucał ciała swych ofiar. Gdy takie bestie raz pokosztują ludzkiego mięsa, zawsze już będą go łaknąć. Nie zdołasz ich powstrzymać, gdy upatrzą ofiarę. Ja jednak nie dam się im rozszarpać - oznajmił z przekonaniem. - Zostanę obroniony. - Ależ, miłościwy panie... - zaoponował zaskoczony Miecław. - Nie udawaj, że nie rozumiesz - przerwał mu władca z nagłą irytacją. - Widzę, że coś skrywasz pod płaszczem. Przyszedłeś mnie zabić. Kto cię nasłał? Twoja matka? - wypytywał drżącym głosem, wpatrując się w rycerza z chorobliwą podejrzliwością i cofając się powoli. Rycerz zrozumiał teraz słowa matki o rozchwianym umyśle monarchy. Uznał, iż nie ma sensu spierać się z obłąkańcem. Uchylił połę płaszcza i wydobył miecz Liwów. Opierając głownię na przedramieniu, podsunął rękojeść Mieszkowi. - Stary rodowy oręż - wyjaśnił. - Przekuł go dla mnie na nowo kowal Wojbor. Chciałem ci go pokazać, mój panie - dodał, skłaniając się lekko. Twarz władcy rozjaśniła ulga, chociaż przebiegały po niej raz po raz mimowolne nerwowe skurcze. Wyciągnął drżącą dłoń i zacisnął na uchwycie. Miecław odsunął się na bok. Zdawał sobie sprawę, ile ryzykuje, zostawiając miecz w rękach szalonego. Na dnie serca miał jednak dziwną pewność, że nic mu nie grozi. Mieszko Lambert jak dotąd najbardziej udatnie krzywdził samego siebie, dopiero w drugim rzędzie poddanych. - Piękny - ocenił książę, oglądając ze znawstwem broń - starannie wykonany. Cztery stopy hartowanej stali - dodał z zachwytem - błyszczące w śmiertelnym tańcu... - Ostrze spadające na karki wrogów jak czarny ogień - dokończył Miecław. - Tak właśnie go nazwę: Czarny Ogień.

- A miecz starego króla, Szczerbiec, moja pani małżonka wywiozła wraz z koronami do Niemców - poskarżył się żałośliwie były król. - To był dopiero oręż! - zakrzyknął w rozmarzeniu. - Za jednym zamachem kosił wrogów jak zżęty łan! Ostry jak twój głód śmierci, dopowiedział w myślach wojewoda, ciężki jak twój zamącony umysł, wierniejszy niż twoje kobiety. Miał jednak wrażenie, że słowa te podszeptuje mu ktoś do ucha, głosem dziwnie znajomym. Mieszko Lambert zamachnął się parokrotnie, siekąc i kłując niewidzialnego wroga. - Doskonale wyważony - stwierdził z nutką zazdrości. Zrobił ruch, jakby chciał zwrócić go rycerzowi, powstrzymał się jednak. - Ja nie mam już czym wojować - stwierdził ze smutnym westchnieniem. - Król bez korony jest jak Bóg bez wieczności... a mąż bez oręża... uschły i poczerniały jak ścięty kwiat. Miecław nie wiedział, co odrzec nieszczęśnikowi. Zapadła chwila napiętej ciszy. Monarcha spojrzał na zachód. - Słońce żegna się z nami królewską purpurą - zauważył w końcu. - Jak zmarły władca. Ale wschodzi już księżyc, cały we krwi. Szkoda, że mój ojciec i dziad przegnali pogańskich wieszczków, ci bowiem na pewno umieliby wytłumaczyć, co znaczy to zjawisko. Miesiąc wygląda dzisiaj jak... jak... - szukał w myślach odpowiedniego porównania. - Jak wydarte oko w kałuży posoki - podsunął miecznik w przebłysku wisielczego humoru. - Prawda - przytaknął z ożywieniem władca. - Wielce obrazowo! Lepiej bym sam nie określił! Chociaż tyle pieśni czytałem... nowych i starożytnych. Ostatnio wiele myśli dręczy mój umysł, siedzą w głowie, jak Minerwa w czerepie Jowisza - dodał, dając dowód wielkiej uczoności. - Większości jednak nie potrafię wyzwolić i ująć w słowa. Straszny ból rozsadza mi czaszkę! - jęknął, muskając skroń lewą dłonią. - Dopiero ziołowa mikstura twojej matki

przynosi mi ukojenie - dorzucił, spoglądając życzliwiej na rozmówcę. - Matka miłuje cię, panie - mruknął Miecław przez zaciśnięte zęby. - Zapewne, skoro do tej pory mnie nie otruła - stwierdził Mieszko, pozwalając sobie na ponury żart. - Widocznie ciągle jestem jej użyteczny. - Użyteczny dla kraju - zasugerował wojewoda. Lambert machnął niecierpliwie klingą, jakby chciał uciąć nieszczere zapewnienia. - Wiem dobrze, że nikt się już ze mną nie liczy! Stałem się słaby, słaby... - załkał bez łez. - Możne rody tylko czyhają, by rzucić się na mnie, jak zajadłe psy na Ottona... ale niedoczekanie ich! Obmyśliłem pewien sposób... - urwał i niespodziewanie zmienił temat. Wszystko złe zaczęło się od tej nieszczęsnej wyprawy na Sasów - zaczął tonem skargi. - Bóg mnie pokarał za sojusz z pogańskimi Lutykami. Twoja matka mnie namówiła... Gwałtownym gestem powstrzymał gotowego zaprzeczyć rycerza. - Wiem, nie chciała źle! Musisz pokazać, że jesteś silny, szeptała. Ty także powiadałeś, że wojownicy kochają wodza utytłanego w bitewnym błocie... zamiast takiego, co spędza czas nad księgami o wojnie. Więc unurzałem się po uszy w tej brudnej mazi... Paliłem wsie i miasta, pozwalałem rabować, gwałcić branki i mordować jeńców. Jak mój wielki rodzic. Miałem złudzenie odziedziczonej potęgi... aż do chwili, gdy przebudziłem się odarty ze wszystkiego, opuszczony przez najbliższych i okaleczony... Zawiesił głos, marszcząc twarz w grymasie nieopisanej udręki. Miecław milczał, wbijając wzrok w kamienne płyty pod nogami. Nie potrafił przejąć się bólem przegranego wodza, tak jak nie potrafiłby podzielić się z innymi własnym cierpieniem. Zrozumienie znajdował jedynie u matki i najbliższego druha, Mścigniewa, który doświadczył za młodu podobnej jak on niedoli. - Najgorsze są noce - mówił dalej władca, bardziej do siebie, niż do słuchacza. - Byle

skrzypnięcie drzwi, każdy szczęk wrzeciądzów sprawia, że budzę się z przerażeniem. Boję się, że znowu powtórzy się... tamto. Lewa dłoń odruchowo powędrowała w stronę podbrzusza. - Wpadli do ciemnicy pijani, weseli - opowiadał dalej Mieszko. - Wywlekli do sali biesiadnej i rozciągnęli nagiego na stole... Najpierw był tylko strach. A potem ból. Niemożliwy do zniesienia! Nie sądziłem, że to może tak boleć... lecz najbardziej dręczyło mnie doznane upokorzenie. Zanim straciłem przytomność, wspomniałem inną noc i odmienną gorycz... Zawahał się chwilę, łypiąc okiem na mimowolnego powiernika, lecz nie zdołał powstrzymać potoku słów, cisnących się gwałtem na usta. - Mój rodzic... a ponoć także i twój - poprawił się zaraz. - Stawiałem się mu za młodu: krnąbrny, zadufany smarkacz, mający surowego ojca, którego trzeba się bać i nienawidzić. Pewnej nocy, jak zawsze w takich razach, zamknął mnie do ciasnej, dusznej izdebki na tyłach łaźni. Po uczcie przyszedł tam mocno rozochocony winem. Spodziewałem się, co nastąpi. Wiedziałem, że będzie mnie chłostał, lżył i poniżał. I tak też było, lecz owego razu... uczynił ze mną coś takiego... coś takiego... że złamał mnie ostatecznie. Niech z nim diabły tańcują! zakończył z gorzkim, bezradnym uśmiechem. - Wszystko to przeszło, minęło - wtrącił trochę niezręcznie Miecław, nie wiedząc, jak pocieszyć znękanego władcę. - Tak, wszystko minęło - potwierdził Mieszko z powagą. - Rozkosze władzy i nieokiełznanej siły. Mikstura twojej matki uśmierza ból, uspokaja mnie i usypia. Obawiam się, że także osłabia. Choć zarazem napełnia moje serce, wyschnięte jak pusta skorupa orzecha, dziwnym, piekielnym żarem. Czuję czasem przypływ ogromnej mocy, która mogłaby zatopić całą niewdzięczną Polanię w morzu ognia i krwi... Nie umiem jednak owej

siły uwolnić. Tak jak nie potrafię już posiąść ukochanej kobiety - dodał zrezygnowanym tonem. - Gdy do niej idę, gnany falą wspomnień i bezrozumnym pożądaniem, słyszę chichot dręczących mnie zmór... Są zawsze przy mnie, kryją się w ciemnych kątach. Kpią i dogadują. Słyszę ich wycia w poszumie sosen, w zgrzytaniu zawiasów i wrzasku nocnego ptaka. Syczą zajadle: „Drogi twe mroczne! Zagasła sława! Myśli ściemniałe! Ziemie odebrane!...” Muszę uciszyć wreszcie ten skowyt! Zakończyć diabelski sabat! I moją mękę... Uniósł w rozpaczy obie dłonie ku skroniom. Zerknął na miecz ciągle trzymany w prawicy. Oczy zabłysły nową myślą. - Tyś mnie przebudził - oświadczył w dziwnej euforii. - Przynosisz mi wyzwolenie! Twoja matka kazała chować przede mną wszystkie ostre przedmioty. Teraz pojmuję, dlaczego. To jednak jedyny sposób... Nie pozwolę rozszarpać się wściekłym wilczurom powrócił maniakalnie do prześladującej go idei. - Dziś rano wypuściłem na wolność wszystkie moje sokoły. Obsiadły okoliczne drzewa, czekając na żer. Oddam się im w ofierze. Porwą i zabiorą tam... - dokończył, wskazując rumianą tarczę księżyca - na wyżyny, gdzie nie dosięgnie mnie żaden człowiek. Miecław z coraz większym przerażeniem słuchał wariackiego bełkotu obalonego króla. Uznał jednak, że najlepiej będzie się nie sprzeciwiać. Przeczuwał, co za chwilę nastąpi. Nie drgnął nawet, gdy uniesione oburącz cztery stopy hartowanej stali błysnęły w świetle krwawego miesiąca. Mieszko Lambert uniósł miecz ponad głową, potem opuścił, wbijając z całej siły w brzuch. Na jego bladym licu nie odmalowało się jednak cierpienie, lecz niesamowita rozkosz. Kilkakrotnie przekręcił ostrze w trzewiach, wreszcie puścił rękojeść. Stal zabrzęczała o kamień. - Żyj i panuj szczęśliwie, mój... bracie - wyrzęził, zaciskając dłońmi potworną ranę i

cofając się na krawędź blanki. - Dobrze mi służyłeś... do końca. Teraz odejdź. Niechaj nikt nie waży się spojrzeć w krwawe strzępy oblicza... bez oczu. Puścił wylewające się wnętrzności i rozkrzyżował okrwawione dłonie jak straszny idol krystowierców. Odchylił się i z błogim uśmiechem runął w dół. Przeciągły krzyk utonął po chwili w ptasim wrzasku i łopocie potężnych skrzydeł. Schodząc do lochów, Miecław miał wrażenie, że krew skapująca z klingi zamienia się w rwący potok, spływający po kamiennych stopniach. Kręciło mu się w głowie. Musiał uważać przy każdym stąpnięciu, by się nie pośliznąć i nie skręcić karku. Matka nadal pochylała się nad płonącą czarą. Sine płomienie wyostrzały rysy jej twarzy, upodabniając do oszalałej zmory. Usłyszał, jak szepcze: - Oby wszyscy zginęli, oby spłonęły ich miasta i wioski, a kobiety i bydło popadły w niewolę. Chcę ujrzeć ich cierpienie, a wówczas będę się radować i składać ofiary. Miecław wolał nie wiedzieć, do kogo się zwraca i kogo tak przeklina. Dojrzawszy syna, szybkim gestem przygasiła płomienie i przysiadła na zydlu, jakby rzucanie klątwy mocno ją wyczerpało. Młody wojownik wiedział już, że używanie czarnomagicznych mocy wiąże się z wielką utratą energii, nie tylko duchowej, ale również cielesnej, którą potem długo trzeba odnawiać. - To jego krew? - zapytała spokojnie Żywia, spoglądając na zakrwawione ostrze. - Tak, matko - potwierdził. - Jak się obawiałaś, nieostrożnie nadział się na sztych. Nie mogąc znieść cierpienia, rzucił się z wieży. Teraz ucztują z nim sokoły i jastrzębie - dorzucił z cierpkim uśmiechem. Westchnęła głęboko. - A zatem dokonało się. Runy mówiły prawdę. Niebiańscy drapieżcy wymierzyli sprawiedliwość ostatniemu z Piastów.

- Został jeszcze Kazimierz Karol - przerwał trochę brutalnie niezbyt dlań zrozumiałe mistyczne wynurzenia kapłanki. Machnęła dłonią. - Daleko... Nie kłopocz się o niego. Wysłałam do niemieckich krajów paru dzielnych, bystrych zabójców, by wyśledzili, w którym klasztorze ukryła go matka. - Może zatem nie wróci? - spytał rzeczowo wojownik. - Może nie wróci - przytaknęła - jeśli zechcą bogowie. Musimy jak najszybciej udać się do Krainy Mazowszan i zająć rodowe włości. Spełnijmy wolę tragicznie zmarłego władcy dorzuciła z okrutnym uśmieszkiem. - W końcu mianował cię namiestnikiem. - Nie zostaniemy tutaj? - zdziwił się Miecław. - Bezpański kraj... to łakomy kąsek. Skrzywiła się niechętnie. - Nienawidzę tego kraju - oświadczyła z pasją - i tutejszych ludzi. Jedyną dobrą chwilą, jakiej tutaj zaznałam, było urodzenie ciebie. To właśnie Polanie zesłali nam Niedolę, zniszczyli władzę Liwów i odebrali swobodę. Oni także nas nienawidzą. Uważają ciebie i mnie za piastowskich zauszników i ulubieńców. Jesteśmy dla nich obcy. Żyliśmy tu jak w koszmarze. Pora się zbudzić i wrócić do siebie. - Bezprym mnie usynowił - przypomniał - i ogłosił następcą. Mieszko także... Położyła mu końce palców na ustach. - Nie pora o tym wspominać. Polanie upiją się teraz swobodą, radując obaleniem zbrodniczej dynastii. Możni zaczną wojować między sobą, wydzierając krwawe strzępy władzy. Odżyją rodowe waśnie i wróżdy. Lud, podburzony przez naszych kapłanów, rzuci się palić kościoły i monastery, wyrzynać czerńców i panów, którzy zaprzedali się obcemu Bogu. Nastaną Czasy Zamętu. Nie zdołamy opanować rozpętanych żywiołów. Lepsze udzielne księstwo, niż bezsilne królestwo. Lepiej iść pieszo, niż dosiadać narowistego konia.

- Więc będziemy czekać, aż... - zaczął syn. - Aż sami oddadzą ci władzę. Tymczasem ktoś inny stanie się pogromcą... - Kto taki? Znowu westchnęła w zadumie. - Młody książę Brzetysław zbiera siły. Marzy mu się odzyskanie dla Czechów krain Wiślan i Ślężan. Na ziemie Polan wtargnie pod pozorem odebrania relikwii świętego Wojciecha... Kiedy spali Gniezno i Poznań, runą ostatnie twierdze piastowskiego władztwa dodała mściwie. - Kraj stanie otworem dla każdego, bezbronny jak zwykła wioska. Miecław drgnął niespokojnie. - Nie obawiaj się - podjęła żywo, jakby czytając w myślach potomka. - Zawarliśmy tajny pakt z Czechem. Zgodził się nie przekraczać Wisły, jeśli wycofasz swą drużynę na drugi brzeg i pozostaniesz w Płocku bezczynny. Popatrzył na nią z lękliwym podziwem. - Uknułaś okrutną zmowę - ocenił. - Tylko takie są niezawodne - odparła, wzruszając ramionami. - Nie żal ci matek, które utracą synów? Pomordowanych niewiast i dzieci? Na jej ustach pojawił się grymas wyniosłego niesmaku. - Dlaczego mam żałować? Czy jestem głupią chrześcijanką?! Żadna nie okazała mi nigdy współczucia. Chrześcijanie zawsze mówią jedno, a robią drugie. Każą sobie wzajemnie przebaczać... Obłudnicy! Skoro zginą lub popadną w niewolę, widać tak im było pisane. Gdy zniknie zagrożenie ze strony Polan - tłumaczyła dalej synowi - będziesz mógł bez przeszkód władać naszym księstwem i cieszyć się pierworodnym dziedzicem. Ja także uraduję się wnukiem. - Nie wiem, czy potrafię być dobrym księciem - odrzekł z wahaniem

Pokręciła niecierpliwie głową. - Nie zapieraj się daremnie. Matka będzie przy tobie. Wojbor i Widun nam pomogą, doradzą. Nikt lepiej od nich nie przeniknął kmiecych serc. Uwolnisz lud od dziesięciny i przywrócisz rodzimych bogów. Przepędzisz czerńców, powywieszasz zaprzańców. Uciekinierów z Krainy Polan przyjmiesz łaskawie, chłopstwu dasz ziemię, rycerzom dworskie rangi. Najlepszych włączysz do drużyny. Oczywiście, jeśli wyrzekną się obcej wiary... Musimy wyplenić tę zarazę! Trzeba będzie zburzyć w Płocku kamienny chram... Miecław skrzywił się przekornie, jak psotny dzieciak. - Szkoda burzyć - zaoponował. - To całkiem solidna budowla. Lepiej zrobię z niej lamus albo latrynę dla moich wojaków. - Wychodek tak blisko palatium? - odpowiedziała w podobnym tonie, marszcząc nos. Będzie straszliwie cuchnąć... - A zatem: rupieciarnia! - zgodził się z rozbawieniem. Ich zmieszane śmiechy odbiły się echem od niskiego sklepienia, jak chichot wyzwolonych demonów. Miecław szybko jednak spoważniał. Przyklęknął, składając hołdowniczym gestem u stóp rodzicielki miecz zbrukany posoką jej dawnego kochanka, a swego domniemanego krewniaka. - O wszystkim pomyślałaś - rzekł z niekłamanym respektem - i wszystko przewidziałaś. Jej piękna twarz przybrała dumny wyraz, choć w oczach nadal migały wesołe iskierki. - Jestem wiedźmą Matki Żyznej Ziemi - przypomniała synowi. - To moja domena: myśleć i przewidywać. - Wolę mieć w tobie matkę, niż wielką kapłankę albo wcielenie bogini - stwierdził z ciężkim westchnieniem.

Zachęcony wyrozumiałym uśmiechem, złożył głowę na jej kolanach. - Proszę, zaśpiewaj kołysankę, jaką usypiałaś dzieciaka w klasztornej celi, za nic mając sarkania napuszonych czernic. Śpiewałaś ją także w dniu, gdy kazał zabrać mnie stamtąd rzekomy rodzic. Choć tak smutna, zawsze koiła mi serce. Nie kazała się długo prosić. Zapatrzona w niewidoczną dla innych przestrzeń, ujrzała gęsty, wspaniale rozrośnięty bór. Tak piękny, że niemal nierzeczywisty, baśniowy. Przeczucie podpowiadało jej, że kiedyś znajdzie się w owym miejscu, choć wyglądało niczym senne marzenie. Gładząc kasztanowe pukle jedynaka, cicho zaśpiewała, nie bacząc na stęchłe, piwniczne powietrze i głuche echa kamiennej powały. Leć, żalu, leć Przez łany, przez kurhany, Nuć tęskny, nuć spłakany I łzami w oczach świeć. Łez rosę rzuć na łany, Na łąki, na kurhany, Łez perły rzuć do fal I płyń z falami w dal. Przez łąki jaskrem złote, Przez lasów śmigłe sosny Szum tęskny, szum żałosny I tul je w mgieł tęsknotę. 8. Zaklęty Bór (wiosna-lato 1047) Mścigniew pochodził z rodu opiewanych w pieśniach namiętnych wojowników, szaleńczo dzielnych i ślepo wiernych tradycji. Za nic mieli bogactwa czy inne splendory, nie

pchali się do Gniezna albo Poznania, zaszywając się najchętniej w dziedziczonym z dziada pradziada Łeknie. Nie umieli ani nie chcieli przeliczać męstwa na złoto czy dworskie rangi. Szczodrze ofiarowywali Piastom swe zbrojne ramię, nie żądając w zamian niczego. Nawet jeśli niektórzy dworacy pokpiwali sobie po cichu z tych „niedźwiedziowatych wieśniaków”, władcy mówili o nich z szacunkiem, wiedząc, iż zawsze mogą liczyć w wojennej potrzebie na drużynę chrobrych wojów. Od szeregu pokoleń żaden z Pałuków nie dokonał żywota w łożu. Tak bywało do czasu, aż książę Mieszko zszedł na złą drogę i nakazał swoim poddanym czcić obcego Boga. Wówczas stosunki między Łeknem a dworem książęcym popsuły się nieco, chociaż póki co nie nalegano na nich, by odmienili rodzimą wiarę. Ostatecznie pogorszyły się jednak, gdy arcybiskup gnieźnieński, na polecenie nowego władcy, Bolesława, przysłał do prastarego dworzyszcza obrotnego czerńca, mającego „nawracać miejscowych pogan, trwających w grubych błędach barbarzyństwa”, jak się był łaskaw wyrazić. Cherlawy, nad wyraz szpetny kuternoga władał, w odróżnieniu od wielu swych współbraci, całkiem nieźle miejscową mową, chociaż pochodził z dalekiej Bawarii. Wziął się też do pracy z zapałem. Dziwna to była żarliwość, gdyż źrenice mnicha zdawały się zimne, jakby wężowe. Odzwierciedlały zapewne jego mroczną duszę, przesyconą chorymi, bo niespełnionymi namiętnościami. Język miał także dwoisty, jak jadowitej gadziny: miejscowym, rycerzom i ich małżonkom prawił piękne słowa o władzy pochodzącej od Boga i zaszczytnej roli obrońców prawdziwej wiary, chłopstwo natomiast srodze wyklinał za rozwiązłe zwyczaje i straszył piekielnymi mękami. Nie zdołał jednak zwieść swymi sztuczkami głowy rodu. Gniewomir, ojciec Mścigniewa, pan odważny, samowładny, dumny i zuchwały, podobnie jak wszyscy jego przodkowie prędzej by skonał, niż uległ obcym wpływom. Sierdziła go niepomiernie arogancja niemieckiego przybłędy, który wciąż pouczał, napominał jego krewnych i dworską czeladź, wtrącał się do wszystkiego, nawet do familijnych koligacji,

a na dodatek żądał bezczelnie datków i dziesięcin na mający stanąć w bliskiej okolicy kamienny chram. Do czasu tolerował działania czerńca, nie chcąc zadrażnień z potężnym władcą Polan, tym bardziej że tymczasem nadeszła ponura epoka krystowierców, grasujących po całym kraju. Wieści o ich straszliwych okrucieństwach i zbrodniach docierały nawet do Łekna. Gniewomir nie zamierzał jednak dać się zastraszyć. Z trudem znosił fakt, że jego rodzony brat, guślarz Welesa, zmuszony był ukrywać się w pobliskiej osadzie, udając poganiacza bydła. Nadal odprawiano potajemnie w okolicznych borach pradawne obrzędy, niemal pod samym nosem złowrogiego klechy, pokpiwając sobie ze słabości i ślepoty jego rzekomo możnego Boga. Miarka się przebrała, gdy przyłapano kulawca na szpiegowaniu przygotowań do Święta Wojów. Stawiony przed pańskim obliczem braciszek Lucjusz pluł jadem i groził doniesieniem do Gniezna. Gniewomir uznał, że dosyć ma panoszenia się owego trutnia na ziemi ojców. Rozkazał wsadzić czerńca do loszku, rozważając oślepienie, gdyż nie wystarczyłoby samo wyrwanie języka, skoro nędznik potrafił pisać. Ostatecznie zdecydował, że zetnie wraży łeb rodowym toporem podczas obrzędu na chwałę Peruna. Mnich jednak niewiadomym sposobem jeszcze tej samej nocy uciekł z Łekna. Znikł cicho, jakby go wcale nie było. Łacinnik posłużył się zapewne jakimś rodzajem magii, by się wydostać z lochu, tak przynajmniej szeptała czeladź. Skoro potrafił kreślić na pergaminie dziwne znaki, a także odczytywać z nich tajemnicze, niezrozumiałe zaklęcia, bez wątpienia był czarnoksiężnikiem. Pogoń wróciła z niczym. Zbieg przepadł jak kamień w wodę. Doroczna Wielka Burza zatarła ślady. Przywódca rodu był naturalnie mocno zagniewany i zawiedziony, ale też zbytnio nie rozpaczał, że tanim kosztem pozbył się uciążliwego szkodnika. - Klecha z wozu, koniom lżej - powiedział jakby z odcieniem ulgi. - Wilk udający

owieczkę, lis przechera, co się przyczaił w kurniku... Pewnie tu nigdy nie wróci. Zbeształ i po ojcowsku wychłostał pachołków za to, że się najwidoczniej pospali i nie dopilnowali więźnia. - Co mi Piasty! - powtarzał. - Co mi arcybiskup! Tutaj ja jestem panem. Nigdy bowiem nie bał się nikogo ani niczego, jak każdy prawy Pałuk. Nakazał kontynuować przygotowania do odwiecznego rytuału, mając szczególnie na sercu męską inicjację pierworodnego. Wielka Burza zakończyła się przed zmrokiem. Mścigniew przyczaił się w pobliżu leśnej barci. Natarł miodem pnie paru drzew, by przywabić ofiarę. Wiedział, że nic nie powstrzyma misia, który raz pokosztował słodyczy. Nieraz już podchodził z ojcem grubego zwierza, lecz tym razem miał przejść próbę samodzielnie. W lesie trwała po przeszłej nawałnicy przejmująca, jakby zaklęta cisza. Chłopak chwytał jednak uchem doświadczonego myśliwca każdy najdrobniejszy szelest, kapanie spadających z liści deszczowych kropli, każdy trzask gałązki. Wreszcie usłyszał ciężkawe człapanie i łakome pomruki. Wyczuł charakterystyczny swąd niedźwiedzia. Ścisnął mocniej w garściach drzewce oszczepu i długie toporzysko. Sprężył się do skoku w napięciu wyczekiwania. Po chwili wynurzył się z gęstwiny miś pokryty gęstym, jasnobrunatnym futrem. Wydawał się jeszcze dosyć młody, ale i tak potężny. Kiedy wspiął się na tylnych łapach, by dosięgnąć językiem rozsmarowanej na korze smakowitej mazi, młodzieniec zorientował się, że bestia przerasta go co najmniej o łokieć. Witaj, bratku, pomyślał wesoło chłopak, wyskakując z gęstwiny. Wiatr sprzyjał łowcy, toteż ogromny zwierz nie wyczuł w pierwszej chwili napastnika, zresztą woń miodu przykuła całą jego uwagę. Kiedy spostrzegł wroga, było już za późno.

Mścigniew zamierzał wbić grot dzidy pod przednią lewą łapą stworzenia, by od razu przeszyć serce. Bestia jednak, ostrzeżona wrodzonym instynktem, cofnęła się raptownie, zwracając przodem do intruza z groźnym rykiem. Ostrze zagłębiło się w pierś zwierzęcia u nasady szyi. Miś ryknął ponownie, tym razem z bólu, i począł gwałtownie wymachiwać przednimi łapami, by dosięgnąć człowieka. Im bardziej starał się doń zbliżyć, tym oszczep zagłębiał się coraz silniej. Mścigniew trzymał mocno drzewce i nie wypuszczał. Chwilę trwały straszliwe zmagania, którym towarzyszyły gwałtowne sapnięcia, urywane charkoty i gniewne porykiwania, dobywające się z obu gardeł. Młodzik nie bał się wcale. Obserwujący go z ukrycia mistrzowie zapewne uznaliby to za dowód nie tyle niezwykłej odwagi, lecz raczej chłopięcej głupoty i lekkomyślności. Nie dbał jednak w tej chwili, co myślą o nim starsi, chociaż czuł, że kapłani roztaczają nad nim niewidzialną opiekę, użyczając mu części swych mocy. Wiedział tylko, że w tej walce musi zwyciężyć lub zginąć. Stopy człecze i zadnie łapy niedźwiedzie ślizgały się na mokrym poszyciu. Chwilami obaj zamierali w bezruchu, patrząc sobie w oczy i tworząc razem figurę odwiecznych zmagań człowieka z przyrodą. W pewnej chwili chłopak potknął się i omal nie runął twarzą do ziemi. To prawdopodobnie uratowało mu życie, gdyż kiedy opadł na kolana, nad jego głową przeleciało pazurzaste łapsko, z pewnością zdolne zmiażdżyć ludzką czaszkę. Jednocześnie, szczęśliwym trafem, kładąc się całym ciężarem na drzewcu, zdołał wreszcie oprzeć jego drugi koniec o ziemię, a nawet wetknąć czubek pod spory głaz. W ten sposób udało mu się „podeprzeć” i unieruchomić na chwilę wściekle miotającą się bestię. Chwycił za topór i potężnym rozmachem spuścił żeleźce na łeb zwierza, gruchocząc czerep. Niedźwiedź zachrapał strasznie, rozpaczliwie i zwalił się na ziemię w konwulsjach, łamiąc pod naporem ogromnego cielska oszczep niczym suchą gałązkę. Agonia trwała krótko.

Gdy całkiem znieruchomiał, jego zabójca, zbryzgany od stóp do głów zwierzęcą juchą i szczątkami mózgu, uniósł w górę topór, wydając przeciągły, zwycięski okrzyk. Potem oparł się plecami o pień najbliższego drzewa, ciężko dysząc i czując nagłą słabość. Wówczas wychynęły z boru dwie męskie sylwetki, jedna odziana w kowalski fartuch, druga w wywrócony włosem na wierzch kaftan poganiacza bydła. Wojbor i Widun posadzili podopiecznego pod dębem i rozpalili ognisko. Później zręcznie oprawili martwego zwierza, zdzierając z niego skórę, patrosząc wnętrzności, oddzielając mięso i sadło. Wszystko odbywało się w poważnym, obrzędowym milczeniu. Przerwał je dopiero sługa Peruna, gdy rozsmarowując na twarzy Mścigniewa juchę ubitej bestii, zwrócił się z inwokacją do bogów: - Dajcie siłę jego ramieniu, celność jego ciosom, wypełnijcie serce świętym żarem prosił mocnym głosem wąsaty kowal. Guślarz natarł ciało młodzieńca niedźwiedzim sadłem i dał mu do zjedzenia serce, lekko tylko podpieczone na ogniu. Mamrotał przy tym zaklęcia w Starej Mowie, umożliwiające przemianę. Mścigniew czuł, jak z każdym niezrozumiałym słowem i kolejnym kęsem coraz mocniej przenika weń duch leśnego zwierza, stapiając się w jedno z jego człowieczą naturą. Na koniec mistrzowie okryli jego ramiona wilgotną, przesyconą odorem potu i krwi, dopiero co zdartą futrzaną opończą, ciężkim, królewskim płaszczem pana kniei. I wtedy posłyszał jej zew, odbierając go całą swoją jaźnią, całym jestestwem. Mścigniew nie posiadał się ze szczęścia, choć nie umiałby ująć swej radości w słowa. Milczał zatem, wpatrując się w ogień. Nikt zresztą nie oczekiwał po nim próżnej gadaniny. Udowodnił właśnie, że jest mężczyzną, godnym swego rodu myśliwym i wojownikiem. Zrobił, co należało i to wystarczy. Gdy przymknął powieki, widział oczyma duszy, jak

podczas jutrzejszego Święta Wojów pan ojciec ściska go i chwali przy wszystkich, a potem symbolicznie wręcza rodowy topór, przechodzący w chwili inicjacji z rodzica na syna. Wyobrażał sobie też dobrze znany, bo często widywany, pełen zazdrosnego uwielbienia błysk w oku młodszego brata, Gniewosza. Przeraźliwy krzyk paru dziesiątek ginących ludzi. Wyrwał młodzieńca z błogiego oszołomienia, niemal rozsadzając czaszkę. Zdawało się, że krzyknięto mu tuż nad uchem. Skulił się instynktownie, lecz natychmiast otworzył oczy. Dwaj starsi mężczyźni byli wstrząśnięci i niespokojni. Cisza, jaka zapadła po tym zjawisku, stała się głucha i przytłaczająca. - Co to za krzyk? - wyjąkał Mścigniew. - Więc także słyszałeś - skonstatował Wojbor. Obaj zerknęli pytająco na guślarza. Brwi Widuna zbiegły się w jedną linię. - Łekno - stwierdził po chwili. - Stało się tam coś złego... Poderwał się szybko i ruszył leśną ścieżką w stronę grodu, nie oglądając się na towarzyszy, którzy prędko podążyli za nim. Im bardziej zbliżali się do skraju lasu, tym mocniej drażnił im nozdrza odór spalenizny. Ostry, lecz zarazem dziwnie mdlący, gdyż przemieszany z wonią przelanej krwi. Dobrze znany wszystkim wojownikom zapach pogromu i rzezi. Guślarz zaprowadził ich w gęste zarośla na leśnym obrzeżu. Wyjrzeli ostrożnie, rozchylając gałązki. To, co zobaczyli, potwierdziło najgorsze obawy. Łekno płonęło. Dwór obronny i przyległy gródek, a także pobliska wieś służebna wiły się w uścisku pożerających je płomieni. Ogniste języki lizały ciemny nieboskłon. W tej krwawej łunie wirowały w śmiertelnym tańcu zwielokrotnione cienie mordujących i mordowanych. Wrzaski ofiar narastały i osiągając najwyższy ton, milkły raptownie.

Mścigniew wiedział, dlaczego. Może właśnie w tej chwili giną jego ojciec i brat... Bez namysłu rzucił się na ratunek, dzierżąc w dłoniach oszczep i topór. Byłby wybiegł z lasu, gdyby nie zatrzymał go żelazny uścisk Wojbora i gromki okrzyk guślarza. - Stój! Nic tam po tobie, młokosie! - Nasi krewni. - bełkotał młodzik, próbując wyrwać się bezskutecznie z muskularnych łap kowala. - Trzeba im pomóc... - Martwi im nie pomożemy - odparł Widun, z całej siły starając się zachować zimną krew. - Nie damy rady najeźdźcom - mruknął Wojbor prosto do ucha młodzieńca. - Jest ich zbyt wielu. - Kim oni są? - jęknął chłopak, zaprzestając daremnych usiłowań. - Krystowiercy księcia Ottona - warknął kapłan Peruna, rozluźniając nieco stalowy chwyt. - Zapewne sprowadził ich zbiegły czerniec. Widun kiwnął ponuro głową na znak potwierdzenia. - Stryjku - zwrócił się doń bratanek - błagam cię, zróbmy coś! Chyba możesz... wspomóc obrońców zaklęciem?! Guślarz chwilę milczał, zasępiony. - Obłędna wiara chroni sforę Bożych Psów nieprzebitą tarczą - wyjaśnił drżącym głosem. - Nie zdołamy jej przeniknąć naszymi czarami. Mścigniew przez krótki moment stał nieruchomo, zmagając się ze sobą. - Nie chcę stać bezczynnie, gdy ginie mój ród - wychrypiał w końcu. Źrenice mu się rozszerzyły, oczy ściemniały, a nozdrza groźnie rozdęły. - Głupiec! - sarknął Wojbor. - Jak łowca zaślepiony kapturem!

- Nie zatrzymacie mnie! Nie... Reszta słów utonęła w straszliwym ryku wściekłości i rozpaczy, podobnym ryknięciu atakowanego niedźwiedzia. Szarpnął się tak silnie, że Wojbor nie zdołał go utrzymać. Kowal zatoczył się do tyłu i grzmotnął szerokimi plecami o pień drzewa. Chłopak ruszył do przodu, dygocząc na całym ciele, czując gotowość przemiany. Widun zastąpił mu drogę. Uniósł dłoń z guślarskim kosturem i wyrzekł Słowo Mocy, osadzając młodzieńca na miejscu i powstrzymując metamorfozę. - Ani kroku dalej! - zawołał wielkim Głosem. - Milcz i słuchaj! Nie ty jeden cierpisz. Ja także straciłem brata. Jeśli teraz zginiemy, powiększymy tylko naszą klęskę! Zdawał się rosnąć wraz z wypowiadanymi słowami, jego postać stała się potężna i mroczna. Emanował nieodpartą mocą ducha i mądrością. - Nie dojrzałeś jeszcze do tej walki, chłopcze! - podjął Widun stanowczo. - Bogowie mają wobec ciebie inne plany, skoro cię ocalili. Musisz żyć dalej, hodując w sercu zemstę, aż przyjdzie czas odpłaty. I zaprawdę, powiadam ci, taki czas nadejdzie! - Dzielny, lecz tępy jak zdarta podkowa - mamrotał tymczasem Wojbor, rozcierając obolałe ramiona. Uczeń kulił się pod roziskrzonym spojrzeniem mistrza, bezsilny i upokorzony. Z oczu płynęły mu łzy, których nie próbował ukryć. - Nie mogę tak stać - powtarzał nieprzytomnie. - Nie mogę... Poczuł dłoń na ramieniu. Czyjś młody, kojący głos w ciemności. - Co z tobą, człowieku? - spytał cicho Andaj. - Jęczałeś i krzyczałeś przez sen... Mścigniew oprzytomniał szybko na tyle, by zdać sobie sprawę, co się stało i gdzie się obecnie znajduje. - To nic - szepnął wymijająco. - Czasem prześladuje mnie w snach obraz płonących

wiosek i druhów ginących w boju. Chyba każdy wojownik miewa takie dręczące majaki. Miał nadzieję, że przekonał tym towarzysza podróży, nie ufał bowiem dostatecznie tajemniczemu Synowi Drzew, by zwierzać mu się z tragicznych doświadczeń młodości. Intuicja dobrze posłużyła kapłance, gdyż istotnie przejściem do innego wymiaru okazała się spora dziura w tylnej ścianie chałupy. Nietoperzy sługa Pasterza Zmór, Nostrzyk, zjawił się przed świtem i na oczach podróżników przeobraził się, przybierając postać strzygonia: ogromna łysa czaszka ze szpiczastymi uszami, czerwone źrenice, kły wystające spod górnej wargi. Reszta niknęła pod cienistą, jakby utkaną z czarnego dymu, spływającą do samej ziemi opończą. Żywia miała jednak, nie wiedzieć czemu, poczucie, że nowa powłoka upiornego przewodnika jest jedynie kolejną maską, skrywającą prawdziwe oblicze. Skrzekliwym głosem nakazał drużynie zbierać się i ruszać za nim. Wcześniej Mścigniew i Andaj przywiedli konie, które tym razem dały się całkiem spokojnie przeprowadzić przez mokradła. Towarzystwo małego Pukisa dobrze wpłynęło na zwierzęta i dopomogło im wyzbyć się instynktownego lęku przed nieznanym. Wędrowali wąską, zygzakowatą ścieżką, którą guślarz Widun nazwał uczenie Zagięciem. Tworzyła się sama, w momencie, kiedy Nostrzyk na nią stąpnął. Zdawała się składać z czegoś, co przypominało sypki popiół brudnoszarej barwy, nad którym unosiła się, sięgająca kolan, siwa zawiesina. Chwilami przelatywały przez nią srebrzyste smugi energii, zamierające na chwilę, jakby obdarzone własną wolą pyszniły się smukłością i zawiłymi krzywiznami. Chociaż były dla wędrowców zupełnie nieszkodliwe, przebijali się z niejakim trudem przez nadnaturalną, na pół materialną przestrzeń, jakby brnęli po pas w wodzie. Tylko milczący jak grób opiekun poruszał się szybko, bez żadnego wysiłku. Po obu stronach widmowej drogi zwieszały się falujące, gęste płachty Pomroki, oddzielające intruzów od Otchłani Nawii. Docierały stamtąd tylko odległe echa

potępieńczych jęków i złowieszczego rechotu demonów. Przebijając się wzrokiem przez ciemne zasłony, można było dostrzec niewyraźne sylwetki potępieńców snujące się między zwęglonymi kikutami drzew i niesamowicie powykręcanymi głazami. Błyskały w półmroku oczy płonące żywym ogniem, mieniły się zgniłą zielenią runiczne piętna, wypalone na czołach lub piersiach, symbolizujące boga, którego nieboszczyk obraził za życia swymi czynami. - Przyczyną zabłąkania się duszy w Otchłani jest zawsze gniew bogów - tłumaczył półgłosem Widun reszcie drużyny. - Klątwa, związana z wcześniejszymi uczynkami człowieka. Przeklęci, chociaż przeszli do Nawii, nie mogą się dostać do Wyraju, nim skończą czas pokuty. Są i tacy, co nie trafiają nigdy na błogie łąki, gdyż zależy to jedynie od woli nieśmiertelnych. Te dusze, które wiecznie tułają się po Zaświecie, najczęściej przykute są do obszaru, w którym jako ludzie dopuścili się złych uczynków, i tam znajdują sobie kryjówkę. Niekiedy wymykają się na Jawię, by nękać żywych, czasem specjalnie wysłane przez mroczne bóstwa w im tylko wiadomych celach. Zasłony Pomroki chronią nas przed złością potępionych, którzy nie lubią żywych natrętów, zapuszczających się na te jałowe pola... puste niwy udręki. Guślarz miał zapewne swoje powody, by całkiem przemilczeć obecność demonicznych istot, kłębiących się wśród upiorów. Nadzorujących wszystko rogatych strażników Welesa, zbudowanych na poły z ognia, na poły z cienia. Stwory pełzały na kształt ogromnych czerwi czy węży lub poruszały się zwinnie na tylnych odnóżach zakończonych kopytami. Jeszcze inne przypominały monstrualne insekty. Latające stworzenia eskortowały wznoszące się w górę szeregi dobrych dusz lecących do Wyraju, szybując po czarnym firmamencie niczym ogromne klucze świetlistych żar-ptaków. Wiedząc, że nadmierne zainteresowanie Martwą Krainą bywa niebezpieczne dla śmiertelnych, Widun postanowił odwrócić nieco uwagę

słuchaczy, opowiadając zgodnie z obietnicą północną legendę o słonecznym młocie Swarożyca. - Ród olbrzymów, zwanych Stolemami, powstał podczas bojów Światła z Ciemnością. Perun stworzył ich, ciskając błyskawicami w skały. W ten sposób zyskał armię potężnych, oddanych sobie wojowników. Miotali ogromnymi głazami, za jednym zamachem miażdżąc setki demonów Czarnoboga. Każdy z nich miał siłę dziesięciu niedźwiedzi, byli wytrzymali na wszelkie trudy, lecz stwórca poskąpił im rozumu, toteż ciężki był ich pomyślunek. Z czasem zło, z jakim walczyli, napełniło pychą i najeżyło rogami kamienne serca. Uznali się za równych zasiadającym w Prawii bogom. Dumni ze swoich zwycięstw i chwały, stali się krnąbrni i zarozumiali, niczym zgraja niesfornych najemników. Najstarszy z rodu, Trym (co w języku olbrzymów znaczyło: Miotogłaz), podobnie jak pozostali pyszałkowaty, głupi i próżny, okazał się jednak dość przebiegły, by zagrozić nieśmiertelnym. Podczas Święta Wojów, gdy Boski Kowal prezentował innym bogom swoje najlepsze dzieła, pięknie kowane tarcze, hełmy, miecze i topory, wielkolud wkradł się do pustej kuźni i zabrał młot Świetlistego. Kiedy Swarożyc spostrzegł stratę, zawrzał straszliwym gniewem, nie mogąc odnaleźć zguby. Zwrócił się więc o pomoc do Welesa, najsprytniejszego z bogów. - Zdradzę ci, bracie - powiedział - wielką tajemnicę, jakiej nie znają jeszcze trzy światy: młot mi skradziono, którym kułem broń wojowników, kajdany Mrocznego Żmija i Tarczę, co świeci na niebie. Chytry Opiekun Stad wnet rozpoczął poszukiwania. Domyślał się, kto jest sprawcą zamętu, toteż zaprzągł do tego swoje sługi, skrzaty, najmędrsze ze wszystkich nieludzkich stworzeń. Wiedział, że Stolemowie odnoszą się z respektem do tego niskiego i tajemniczego ludku, szanując jego ogromną wiedzę. Jeden z nich dotarł do skalnego dworzyszcza Tryma,

które władca olbrzymów wybudował sobie w Zaklętym Borze. Miotogłaz zdawał się wielce z siebie zadowolony. Siedząc na wysokim progu, wiązał złote obroże sukom i przycinał grzywy klaczom. Zerknął na przybysza życzliwie. - Czemuś tu przybył, mały? - zapytał jowialnie. - Co tam słychać we świecie? Masz jakieś wieści z Prawii? - Źle dzieje się w grodzie bogów - zapiszczał brodaty karzełek - odkąd zginął młot Swarożyca. Nie wiesz czasem, gdzie można go znaleźć? Wielkolud ryknął śmiechem tak potężnym, że aż echo przygięło do ziemi korony niebosiężnych dębów i sosen. - Powiedz Panu Tajemnic - odrzekł, przymrużając kamienną powiekę - że ukryłem młot Świetlistego głęboko pod ziemią. Nikt go stamtąd nie wydobędzie, dopóki nie dostanę za żonę pięknej Doli i nie zasiądę do uczty w Prawii z innymi bogami. Skrzat ścisnął kolanami lisiego wierzchowca i pognał czym prędzej, by przekazać dumną odpowiedź olbrzyma Welesowi, ten zaś powtórzył ją bogom. Nieśmiertelni wielce się rozgniewali zuchwałością giganta, lecz też nieco strwożyli jego pewnością siebie. Zbrojny w słoneczny młot, na czele zdziczałych hord braci, mógł srodze zagrozić Prawii. Perun i Mokosza zapytali Dolę, czy miałaby chęć poślubić wielkoluda. Piękna, lecz zwodnicza boginka zaśmiała się na to wesoło, choć zarazem złowieszczo. - Musiałabym oszaleć za chłopami - odrzekła w końcu - by wyjść za ten kamienny czerep. Lecz moja głowa nie tak pusta, jak jego. Potem nagle wykrzywiła się, postarzała i zbrzydła, zamieniając się w szpetną Niedolę. Zafrasowani bogowie długo radzili, jak odzyskać cudowny młot i zażegnać niebezpieczeństwo. Wreszcie Weles poprosił o głos i rzekł śmiało: - Jako swat, staję rad! Niechaj Świetlisty przyodzieje weselny zawój, szatą niewieścią

okryje kolana. Na piersi zawieśmy mu krągłe kamienie, u pasa pęk kluczy brzęczących. Tak pójdziemy do Zaklętego Boru, z kołaczem i śpiewką! Na to zerwał się z ławy Swarożyc, marszcząc jasne czoło, usta gniewnie ściskając i wstrząsając złotymi lokami. - Za nic nie przywdzieję babskiej spódnicy! Rzekną wyznawcy, żem się stał wszetecznikiem! Ojciec Bogów pohamował zapalczywość potomka. - Zamilcz, synu! - zahuczał Perun gromko, ciskając błyskawice oczyma. - Odwołaj niebaczne słowa! Ród Stolemów zawładnie Prawią, jeśli swego młota nie odzyskasz! Rad nierad przybrał Boski Kowal strój oblubienicy i podążył na Jawię razem z Welesem, grającym rolę swata. Ich wóz, kwietnie umajony, zostawiał w ziemi głębokie, ogniste ślady. Trym, uprzedzony przez skrzaty, wielce się rozradował. - Wymośćcie ławy, zasiądźcie za stołem - rzekł do braci olbrzymów - bo mi tu wiozą małżonkę. Wiele jest zwierza w mym czarodziejskim lesie, wiele mam krów złotorogich w zagrodzie, wiele klejnotów i skarbów, lecz brakowało mi szczęsnej Doli. Zastawiono suto stoły dla wielkoludów i boskich przybyszy. Goście patrzyli ze zdumieniem, jak narzeczona zmiata z półmisków całego wołu i osiem łososi, zapijając trzema baryłkami miodu. - Ha! - ryknął Miotogłaz. - Czy widział już kto dziewicę, co piłaby tyle miodu i więcej zagryzała? Swarożyc zamarł w obawie, iż został odkryty. Weles pospieszył z odsieczą: - Nie jadła piękna Dola siedem dni i nocy, tak zgłodniała miłości w łożnicy Stolema. Wielkolud zatarł ręce, rechocząc rubasznie. - Zaprawdę, godna małżonka!

Zbliżył się, pragnąc unieść welon i ucałować pannę, lecz odskoczył na długość stołu. - Jak błysnęły jej oczy! - wrzasnął z nagłą bojaźnią. - Zda się, ogień z nich bucha! Weles i tym razem zdołał rzecz wytłumaczyć. - Siedem dni i nocy nie spała cudna Dola, tak spragniona uścisków w ramionach Stolema. Tryma zadowoliło to wyjaśnienie, niecierpliwie więc żądał ślubnego obrządku. Weles spojrzał nań surowo. - By ślub stał się miły bogom - oznajmił z powagą - by przyjęli cię do swego grona, musisz obdarować oblubienicę najcenniejszą rzeczą, jaką posiadasz. Miotogłaz myślał długo, powoli, aż wielkie guzy nabrzmiały na czole. Wreszcie ruszył żwawo do podziemnego skarbca i wyniósł zeń po chwili młot ze słoneczną runą na stalowej głowicy. Złożył go pokornie u stóp narzeczonej, na znak, że będzie jej bronił. Zaśmiało się serce Swarożyca, gdy ujrzał narzędzie swej pracy i ulubiony oręż. Porwał za trzonek młota i zrywając ślubne zawoje, ruszył na niedoszłego męża. Pamiętał przy tym ostrzegawcze słowa Welesa: - Na nic się nie zda, gdy czerep Stolema rozwalisz, jest bowiem wewnątrz pusty. Musisz jednym ciosem strzaskać jego kamienne, rogate serce, wtedy pokonasz olbrzyma. Dobrze wymierzył zatem Świetlisty Pan w pierś Miotogłaza i roztrzaskał twarde jak głaz, trzema rogami najeżone osierdzie. Potem wskoczył na stół i runął na osłupiałych, bezbronnych krewniaków niczym ognista lawa. Kamienne serca pękały pod uderzeniami rozpalonej do czerwoności głowicy, zanim nietęgie umysły zdołały pojąć, co się dzieje. Tak zginęli Wyrwidąb, Waligóra, Łamignat, Piwożłop, Trzeszczykark i wielu innych. Nigdy więcej nie widziano żadnego Stolema w Zaklętym Borze. Ponoć jakieś ich niedobitki skryły się na południu, w jaskiniach Śnieżnych Gór.

Świetlisty, gdy już dokonał rzezi, otrzepał mocarne dłonie z kruszywa i brodząc wśród skalnych szczątków, rzekł ze smutkiem do brata: - Boski rodzic mi świadkiem, że nie chciałem śmierci tylu dzielnych Stolemów, lecz porwał mnie szał bojowy, gdyż broniłem naszego honoru. Chociaż przybyłem tu po swój młot, nie pragnę go już więcej, skoro splamiło go piętno zdrady i zbrodni. Wyciosam sobie nowy, ten zaś niech pozostanie w Zaklętym Borze na wieczną rzeczy pamiątkę. I niechaj owo miejsce zakryje wieczny mrok. - Na tym kończy się historia słonecznego młota - podsumował opowieść guślarz. - Nikt go później nie ujrzał. Zasłuchani w prastarą sagę i trochę rozbawieni przygodami bogów, nawet się nie spostrzegli, że nie brodzą już w miałkim pyle, lecz gęstej, soczystej trawie. Wir Przejścia zamknął się za nimi bezgłośnie i stał się nieuchwytny dla ludzkiego wzroku. Jego istnienie zdradzało tylko drgające w tym miejscu powietrze. Wędrowcy stali pośrodku rozległej łąki nad brzegiem cicho szemrzącej rzeczki. Jak okiem sięgnąć otaczały polanę ogromne, porosłe mchem konary niebosiężnych dębów i sosen. Wyglądało na to, że znaleźli się w miejscu, o którym dopiero co opowiadał Widun. Był jasny dzień, smugi słońca przedzierały się malowniczo przez białe obłoki i zielone korony drzew, pieszcząc łagodnie twarze przybyszów, lecz nie oślepiając. Rozglądali się wokół, zdumieni i zachwyceni. Przemierzając jałowe niwy Martwej Krainy, niemal zapomnieli, że może istnieć na świecie miejsce tak urokliwe, tętniące bujnym życiem. Nagła, niesamowita odmiana sprawiła, że poczuli się trochę nieswojo. - Ładnie, co? - wyrwał ich z zapatrzenia skrzekliwy głos strzygonia. - Jak dla mnie trochę za widno. Za gorąco... Muszę skryć się w cieniu. Wy także wypocznijcie albo wybierzcie się na przechadzkę, zabawiajcie, jak chcecie, tylko uważajcie na siebie. Mam

nadzieję, że o zmroku odnajdę was całych i zdrowych. Wtedy pójdziemy dalej. Wypowiedziawszy dość oschle kryjące się w pozornie beznamiętnych słowach ostrzeżenie, Nostrzyk zamienił się na powrót w wielkiego nietoperza i odleciał niemal bezszelestnie w leśną gęstwinę. Bardzo szybko stracili go z oczu. - I co myślicie o tym miejscu? - przerwał w końcu guślarz dziwnie napięte milczenie. - Niezwykłe - odpowiedziała pierwsza Żywia - jak senne marzenie... Niby obce, a jednak znajome. - To bardzo stary bór - wtrącił poważnie Boranin. - Znacznie starszy od tego, w którym mieszkam. Wyczuwam pradawną mądrość, utajoną w drzewach. - Powietrze jest gęste jak miód - zauważył Mścigniew, oddychając pełną piersią - a zarazem rześkie i świeże. Upajające... - Jak wszystko tutaj - oceniła kapłanka. - Barwy kwiatów zbyt intensywne, śpiewy ptaków zbyt słodkie, nawet szelesty zwierząt, przemykających przez poszycie, wydają się nazbyt dźwięczne. - Kwiaty tu pachną piękniej, czulej szepcze wiatr - zanucił Andaj początek starej pieśni, trącając struny liry i błyskając wesoło oczami. - A nasz dziki sokół kląska niczym majowy słowik - odwzajemniła się żartem wróżka. - Do usług miłościwej pani - odparł młodzik, naśladując zgrabnie wczorajszy, prześmiewczy gest Widuna. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia i z lekka zalotne uśmiechy. Mścigniew zgrzytnął mimowolnie zębami, co nie uszło uwagi guślarza. - Ten las nie jest do końca dziełem natury - zastanawiała się dalej Żywia. - Stworzył go potężny czar. To właśnie jest najbardziej... niepokojące. Co kryje się za tym zwodniczym pięknem? - zwróciła się wprost do kapłana.

- Sami się przekonacie - odparł wymijająco sługa Welesa. - Tylko od was zależy, czego tu doświadczycie. Nie zapominajcie, że jesteśmy intruzami. Zaklęty Bór żyje własnym życiem, lecz bez trudu potrafi przeniknąć tajniki ludzkich, a nawet nieludzkich serc. Muszę się teraz oddalić - oznajmił niespodziewanie. - Potrzebuję ciszy i samotności, by przemyśleć, co dalej czynić. Oby Rogaty Pan oświecił mój umysł. - Może nie powinniśmy się rozdzielać? - zaniepokoiła się wieszczka. Guślarz uśmiechnął się pobłażliwie. - Nic wam nie grozi, dopóki zachowacie ostrożność i umiar - wyjaśnił. - Jak słusznie jednak przestrzegał Nostrzyk, uważajcie na siebie. Atmosfera owego lasu może upoić i oszołomić człowieka aż do utraty zmysłów. Strzeżcie swych uczuć! Trzymajcie je na wodzy doradził na koniec, potrząsając wymownie kosturem. Odwrócił się na pięcie i odszedł szparkim krokiem najbliższą ścieżką. Znikł w nadrzecznej gęstwie. - Ja także was zostawię - oświadczyła po chwili Żywia. - Wybaczcie... kobiece sprawy dodała, wzdychając wstydliwie. Poszła w stronę przeciwną niż guślarz. Mężczyzna i młodzieniec zostali sami, niepewni, co dalej ze sobą począć. - Poćwiczymy? - zaproponował Mścigniew, łypiąc spode łba na chłopaka. Boranin skinął głową. Wprawdzie wiejący od rzeki chłodny, mile muskający twarz wietrzyk zapraszał, aby jak najszybciej zmyć z siebie zgniły odór i cmentarny pył Nawii, młodzieniec uznał jednak, że niegrzecznie będzie odmówić starszemu wojownikowi. Nowy druh uczył go każdego ranka walki na kije, uważając te ćwiczenia za znakomity wstęp do prawdziwego fechtunku na miecze. Uczeń początkowo zdradzał pewną nieporadność i nieraz boleśnie obrywał, okazał się jednak pojętny i robił szybkie postępy.

Zrzucili kaftany i stanęli naprzeciw siebie z obnażonymi torsami, dzierżąc w dłoniach grube, specjalnie wystrugane drągi. Chwilę mierzyli się wzrokiem, obchodząc czujnie dookoła, jakby stąpali po niewidzialnym kręgu. Andaj zauważył, że oczy przeciwnika i zarazem mistrza błyszczą dziś niezwyczajnie, a potężną pierś wzdyma gorączkowy, niespokojny oddech. Domyślał się, że są to objawy gniewu, miał jednak nadzieję, że wojownik nie żywi doń niechęci. Rycerz zaatakował z furią, która zaskoczyła młodzika. Uderzenie było tak silne, że choć zdołał się osłonić, upadł na plecy. Przetoczył się sprawnie, unikając kolejnego ciosu, który spadł dokładnie w miejscu, gdzie leżał przed chwilą. Skoczył na równe nogi i zaatakował, bardziej skupiony i czujny. Zdawał sobie sprawę, że to już nie zabawa. Jeśli popełni jakiś błąd, wojownik bez wahania go skrzywdzi. Edukacja się skończyła, rozpoczęła bezwzględna rywalizacja. Czym go uraziłem?, zastanawiał się w duchu Andaj. Nie rozpoznawał jeszcze do końca emocji tutejszych ludzi. Zazdrość, na przykład, była wśród jego współplemieńców uczuciem prawie nieznanym, ponieważ żadnemu Boraninowi nie przyszłoby nigdy do głowy chcieć posiadać drugiego człowieka na wyłączną własność. Nastąpiła teraz gwałtowna wymiana ciosów, tak szybkich, że wzrok ledwie nadążał za furczącymi w powietrzu kijami. Siła i doświadczenie przeciwko gibkiej zwinności. Łowca kilkakrotnie zręcznymi skłonami i podskokami uniknął rozwalenia głowy, połamania nóg albo obicia nerek. Czegoś się jednak nauczył podczas długiej i uciążliwej wędrówki. Mścigniew cały czas wściekle pomrukiwał jak rozjuszony niedźwiedź. Blizna biegnąca przez całą twarz bielała i czerwieniała na przemian, oczy ciskały skry. Szerokie szczęki drgały spazmatycznie. Walczył, by zranić, ogłuszyć, zmiażdżyć, może nawet zabić. Nie było co do tego wątpliwości.

Andaj obawiał się, że nie zdoła sprostać takiemu wybuchowi nienawiści. Okrutnego, destrukcyjnego uczucia, na które nie był przygotowany ze strony towarzysza podróży i mniemanego sojusznika. Narastało w nim poczucie niezawinionej krzywdy. Nie miał nic przeciwko niedźwiedziowatemu wojowi Miecława i nie chciał mu zrobić niczego złego. Znowu przeszedł do defensywy, broniąc się coraz słabiej i cofając w stronę wielkiego dębu na skraju polany. Pasący się w pobliżu wraz z innymi końmi Pukis zarżał niespokojnie. Mścigniew, wyczuwając wahanie przeciwnika, zdołał wytrącić broń Andajowi. Przyparł go do pnia drzewa, dociskając drągiem gardło. - Nie dostaniesz jej - warczał, przewracając przekrwionymi oczyma. - Nigdy nie będzie twoja! Napierał całym potężnym ciałem. Spocone torsy niemal się ze sobą skleiły. Andaj miał ciemno w oczach, lecz jego umysł rozjaśniło nagłe zrozumienie. Chciał wytłumaczyć wojownikowi, jak straszliwie się myli, oświadczyć, że nie ma w nim rywala o względy pięknej kapłanki, lecz nie był w stanie wydobyć ani słowa z przyduszonej krtani. Zamiast tego więc ułożył odpowiednio wargi i wydał krótki gwizd, ledwie uchwytny dla ludzkiego ucha. Dwa silne uderzenia w ramię i kark sprawiły piekący ból i odrzuciły w bok napastnika, który upuścił kij na ziemię i zatoczył się jak pijany. Dopiero po chwili zrozumiał, kto przyszedł Boraninowi z pomocą. Pukis nacierał na Mścigniewa, stając dęba i groźnie wymachując przednimi kopytami. Po włochatym ciele zwierzaka pełgały ogniki; ślepia, nozdrza i pysk buchały ogniem. Reszta koni, w tym nawet wierzchowiec rycerza, przybiegła w sukurs swemu

niezwykłemu pobratymcowi, dziarsko przebierając nogami i rżąc przenikliwie, jakby z oburzeniem. Mścigniew zmartwiał, czując w sercu pierwotny lęk przed nieznaną, obcą magią. Odruchowo chwycił wiszący na piersi amulet. - Chroń nas, Perunie! - wyjąkał. Cofał się coraz dalej przed atakującym magicznym konikiem, aż wreszcie znalazł ochronę w cienistej głuszy. Tupot nóg i trzask łamanych gałęzi świadczył, że uciekał dokąd oczy poniosą, ogarnięty bezrozumną paniką. Andaj odetchnął parę razy głęboko, dochodząc powoli do siebie. Pukis tymczasem uspokoił się, przybierając swą zwykłą postać. - Wszystko dobrze, bracie? - spytał troskliwie konik w ich tajemnej mowie, składającej się głównie z krótkich rżeń, westchnień i chrząknięć. - Zawsze mogło być gorzej - odpowiedział Boranin, rozcierając posiniaczone ramiona. Dzięki za wsparcie. Ten wariat chciał mnie zabić. - Ludzie bywają dziwni - filozofował druh-rumak, idąc za nim krok w krok, jak wierny pies. - Krzywdzą się nawzajem bez sensu. - Miłość to straszny żywioł - odparł w podobnym tonie Andaj, zmierzając w stronę rzeki. - Trudno nad nim panować. - Czujesz się brudny? - spytał od niechcenia Pukis, trącając poufale nagie ramię chłopaka wilgotnym nosem. - Tak, pora na kąpiel - potwierdził młodzieniec, zrzucając resztę odzieży. - Oprócz smrodu Nawii muszę także zmyć z siebie pot zazdrosnego mężczyzny. Konik zarżał wyrozumiale. Rozejrzał się bacznie wokół, węsząc czujnie. - Ktoś nas obserwuje - ostrzegł druha.

Łowca skinął głową. - Też mam takie wrażenie. Chyba obserwuje nas cały las. - Raczej samica, o którą się biłeś - sprecyzował swe podejrzenia zwierzak. Andaj chrząknął tylko z irytacją i nie tracąc czasu na dalszą rozmowę ani próbne brodzenie po przybrzeżnej płyciźnie, zanurkował od razu w głęboką toń, rozbryzgując fontanny krystalicznie czystej wody, mieniącej się w słońcu tęczowo. Okazała się chłodna, lecz nie lodowata. Mile pieściła zmęczone ciało, sprawiając przyjemną ulgę. Pukis skoczył w ślad za nim, a za jego przykładem poszły pozostałe wierzchowce. Długą chwilę młodzieniec baraszkował wśród rozkosznie pławiących się zwierząt, oznajmiających zadowolenie dziarskim prychaniem i przeciągłym rżeniem, przypominającym wesoły śmiech. Boranin wyszedł w końcu na brzeg, wytrząsając wodę z uszu i wyżymając gęste sploty długiej czupryny. Wydobył z worka lniany ręcznik, otarł nim twarz i pierś, po czym rozłożył starannie w gęstych, wysokich trawach. Legł na nim, wystawiając gładką, złotawą skórę na przyjaźnie ciepłe promienie Tarczy Swarożyca. Przeciągał się leniwie, czysty i odprężony. Konie także wyskoczyły z wody i rozbiegły po polanie, szukając co bardziej soczystych źdźbeł. - Ludzka samica zbliża się - ostrzegł ponownie Pukis. - Wiem - mruknął młodzieniec. Doskonale słyszał lekkie kroki zbliżającej się doń kobiety. Nie otwierał jednak oczu, czekając, aż wyraźniej da znać o swej obecności. Nie chciał wprawiać damy w zakłopotanie przesadną czujnością czy nieufnością. Wiedział zresztą, że nie życzyła mu źle, a jeśli nawet stanowiła jakieś zagrożenie, było ono całkiem odmiennego rodzaju. Poczuł na czole delikatne muśnięcie, jakby spadł na nie przelotny liść albo płatek róży.

Otworzył oczy i zobaczył, że kapłanka stoi nad nim. Zauważył, jak cofa dłoń w geście niezdecydowania. Zapewne wróżka dotknęła go tylko swym cieniem. - Zauważyłeś - odezwała się wreszcie Żywia - że nie ma tutaj żadnych dokuczliwych owadów? Żadnych komarów ni muszek... nawet żarłocznych mrówek. Tylko nieszkodliwe ważki i motyle. Zerkał na nią spod przymrużonych powiek, osłaniając prawą dłonią oczy od słońca. - Hm - mruknął - w atmosferze tego lasu jest w ogóle coś, co cały czas nie daje mi spokoju. Ależ mu się przyglądała! Taksowała wzrokiem niczym rasowego ogiera. Chociaż wstyd cielesny był dla Boran nieznanym pojęciem, poczuł się niezręcznie pod jej palącym spojrzeniem. Wstał i zaczął się pospiesznie ubierać. - Pewnie tęsknisz za swoim ludem? - spytała, nie spuszczając zeń oka. - Nie wtedy, gdy jesteś przy mnie, kapłanko - odparł, pragnąc być miły. W tym momencie zdał sobie sprawę, że zrobił błąd. Kobieta rozpromieniła się na te słowa, najwyraźniej odczytując je po swojemu. - Nie musisz przecież spieszyć się z powrotem - zaczęła z ożywieniem. - Kiedy wrócimy do Krainy Mazowszan i zwyciężymy młodego Piasta, mógłbyś pozostać na naszym dworze... Zmarszczył jasne brwi, z lekka zaniepokojony. - Zostać w Płocku? Nie czułbym się dobrze zamknięty w murach grodu, w dusznych, ciasnych komnatach. - Mógłbyś zamieszkać w lesie - przedkładała dalej. - Nikt nie zmuszałby cię do przebywania na zamku. A jednak moglibyśmy się często widywać... Uśmiechnął się nieco krzywo, zerkając na nią przekornie.

- Nawiedzałabyś mój leśny szałas? Powiedz, kim miałbym być? Strażnikiem gaju Mokoszy? Chowańcem wiedźmy? Oswojonym wilczkiem księżnej pani? - Wielkim łowczym księcia Miecława - oznajmiła z powagą - być może przyszłego króla. Parsknął cichym śmiechem i pokręcił przecząco głową. - Wielkie żywisz nadzieje... Za wysokie progi jak dla mnie. Słyszałem, że tak tutaj mówicie. Wybacz, lecz nie pragnę takiego zaszczytu. Nie nadaję się na cudaka, którego inni dworzanie będą wytykać palcami. Wśród waszych ludzi czułbym się zawsze obcy. Boranie cenią swobodę... - Nikt by ci jej nie ograniczał - przerwała z rozdrażnieniem. Ile ona może mieć lat? - zastanawiał się Andaj. Jej syn jest przecież dojrzałym mężczyzną. Magia Wielkiej Bogini podtrzymuje tę zdumiewającą urodę, lecz w istocie jest tylko iluzją, tak jak iluzją jest, być może, owo chwilowe zauroczenie. - Byłbym powszechnie znienawidzony jako twój ulubieniec - zauważył trzeźwo. Ludzie zazdrościliby mi niezasłużonego wyniesienia. - Twoja własna wartość stawia cię wyżej niż me wyniesienie - zaoponowała z przekonaniem. - A jednak... wszystko zawdzięczałbym tobie - upierał się, nie doceniając komplementu. - Nikt nie ośmieli sprzeciwić się woli Wybranki - stwierdziła dumnie. - Nawet mój syn. - Kogo właściwie pragniesz? Zepsutego chłopca na twe usługi? - spytał z goryczą. - Może po prostu szukam... utraconej miłości - szepnęła ledwie słyszalnie, z trudem zdobywając się na to wyznanie - którą kiedyś gwałtem mi odebrano, lecz uporczywie wracam do niej w marzeniach. - Twój rycerz przed chwilą groził mi śmiercią - mruknął głucho. - Z podobnego

powodu. Też marzy o niemożliwej miłości... - Widziałam - prychnęła z irytacją. - Doskonale sobie poradziłeś z pomocą swego magicznego rumaka. Przykro mi, że cię to spotkało. Ci nasi wojownicy!... W większości równie próżni, jak głupi. Nie zdobywa się takiej kobiety, jak ja, tłukąc rywali, a potem skamląc u moich stóp. Wielu mnie pragnęło, lecz żaden już nie pociąga. Tylko ty zdajesz się inny... jak leśny młody bóg. Nie pochodzisz z naszego kraju... - Więc mam być twą cudzoziemską zabawką? - wtrącił z ironią. - Dobrze wiesz, że kimś znacznie więcej - zaprzeczyła z odcieniem zniecierpliwienia. Inny... Jego spojrzenie pobiegło w stronę gęstej ściany lasu, wydało mu się bowiem, że słyszy znajomy śpiew. W koronie dębu kryło się dwoje młodych Jadźwingów, odzianych tylko w przepaski biodrowe. Ledwo ich można było wypatrzyć, dobrze zamaskowanych w falującej powodzi listowia i zmiennych refleksach światłocienia. Boran przysiadł na wielkiej gałęzi, rozglądając się wokół czujnie i trzymając łuk w pogotowiu. Borana stała oparta o gruby konar i cicho nuciła tęskną pieśń o miłości silniejszej niż śmierć. Poczuł błogość w sercu, widząc skrawek własnego, bliskiego mu świata. - Odwracasz wzrok? - skonstatowała księżna. - Jestem dla ciebie tak odpychająca, że nie możesz już na mnie patrzeć? Zamrugał. Widziadło znikło. Westchnął z żalem. Spojrzał w gniewne oczy urażonej kobiety, czując, że rozmowa zaczyna przybierać coraz bardziej niemiły obrót. - Jesteś piękna jak twoja bogini - odpowiedział szczerze - lecz choć propozycja wydaje się bardzo kusząca, muszę z żalem odmówić. - Zastanów się, co odrzucasz. Odpowiedzią było milczenie.

- Powiedz mi - zapytała po chwili z wahaniem - czy w Krainie Jezior... zostawiłeś kogoś, za kim tęsknisz? Spuścił głowę. Nie zamierzał wtajemniczać niebezpiecznej czarodziejki w relacje, jakie łączyły go z parą boskich bliźniąt. To, co dla Boran było proste i naturalne, wśród tutejszych ludzi okazywało się pokrętne i wypaczone. Zanadto chyba przesiąkli przesądami obcej wiary. Żywia nie oczekiwała odpowiedzi. Zachowanie chłopaka było aż nadto wymowne. - Byłam tego pewna! - zawołała, klasnąwszy w dłonie. - Jakaś skacząca po drzewach dzikuska? Nie mogła odmówić sobie na koniec drobnej złośliwości. Milczał uparcie. Co i tak już nie miało żadnego znaczenia. - W takim razie najlepiej będzie, jeśli po wszystkim szybko wrócisz do swoich. Nie będę cię zatrzymywać. Odwróciła się gwałtownie, pragnąc odejść stąd jak najprędzej. - Nie chciałem cię, pani, urazić - zawołał za nią, zakłopotany. - Och, nie - odparowała z godnością, przystając na chwilę. - Nie uraziłeś. Doceniam twą otwartość. O chłopcu takim, jak ty, zapomina się bardzo szybko. Lub nigdy, dodała w myślach. I poszła przed siebie. - Przeczuwałem, że to w końcu nastąpi - szepnął Andaj do swego druha-rumaka. Czarodziej nas ostrzegał. - Ha! - parsknął Pukis. - Z ludzkimi samicami są zawsze kłopoty. Błąkała się między drzewami, starając się zapanować nad miotającymi jej sercem uczuciami zranionej dumy i podrażnionej ambicji. Kłębowisko niespełnionych pragnień owijało ją wężowymi splotami. A kiedy wydało się jej, że zdołała nareszcie je stłamsić, usłyszała nagle wyraźny, nieodparty zew z głębi kniei.

Mścigniew pędził przez las, przybrawszy postać misia Dobrochoczego, żałośnie porykując. Kiedy ciało pokryło się długim futrem, siniaki po ciosach Pukisa mniej go paliły. Był zły na siebie. Zbłaźnił się przed młodym adeptem i zachował jak tchórzliwy głupiec. Wbrew rycerskim zasadom zaatakował w gniewie, omal nie zabijając ucznia, którego zdążył polubić. Na dodatek on, który niegdyś patrzył bez lęku w brodate oblicza ogromnych, uzbrojonych po zęby Rusów, dziś wystraszył się ognistego rumaka i dał zaskoczyć do tego stopnia, że nawet nie przyszło mu w pierwszej chwili do głowy, by od razu dokonać przemiany i stawić czoło ognistej bestii. Był wojownikiem i nie rozumiał magii. W towarzystwie obdarzonych mocą wieszczów czuł się zawsze niepewnie. Musiał przyznać nawet, że w głębi duszy po prostu bał się czarów. Guślarz Welesa obdarzył go wprawdzie częścią pierwotnej, dzikiej energii, lecz Mścigniew nie pojmował jej i nie umiał nad nią do końca panować. Podwójna natura przerastała go, czyniąc igraszką tajemnych sił. Dlatego w obecności starszego krewniaka czuł się trochę jak bezwolna kukła w rękach potężnego czarodzieja. Odebrał w myślach wezwanie swego mentora, toteż odnalazł go bez trudu, siedzącego na przybrzeżnym głazie. Starzec trwał nieruchomo w postawie medytacyjnej, niczym kamienny posąg. Magiczny kostur spoczywał na jego kolanach, przytrzymywany szponiastym uchwytem wyschłych i pomarszczonych, ale wciąż krzepkich dłoni. Oczy miał zamknięte, lecz gdy usłyszał nadbiegającego wychowanka, uniósł powieki i uśmiechnął się dobrodusznie. - Rozmawiałeś z duchami, stryju? - spytał nieśmiało rycerz, przybierając na powrót ludzką postać. - Przenikałem myślą całe to niezwykłe miejsce - odrzekł zadumany guślarz wsłuchiwałem się w szepty odległej przeszłości.

- Opowiesz, co ci się tu kiedyś przydarzyło? - zaciekawił się Mścigniew. - Mogłoby się to nam przydać... - Nie - uciął oschle mag. Milczeli chwilę. - W Zaklętym Borze wyraźniej słychać mowę kamieni, pieśń wiatru, śmiech płynącej wody i odwieczne myśli drzew - podjął po chwili Widun poprzednim, przyjaznym tonem. - Usłyszałeś w nich głos Welesa? Starzec skinął głową. - Znacznie lepiej - oznajmił z przewrotną satysfakcją. - Przemówił do mnie Czarnobóg. Wojownik otworzył szeroko oczy, unosząc czarne brwi. - On sam - skonstatował z zabobonnym respektem - objawił ci się tutaj? Rozejrzał się odruchowo, jakby spodziewając się, a raczej obawiając, że ujrzy za chwilę przed sobą Władcę Ciemności. Widun spojrzał nań z pobłażliwą wyższością. - Tylko głos, huczący jak odległa lawina lub fala morskiego przypływu - wyjaśnił. Magiczne miejsca, takie, jak to, są bliskie bogom. Nawet uwięzionym w głębinach - dorzucił z cierpkim uśmieszkiem. - Powtórzysz, co ci powiedział? - spytał z nadzieją bratanek. Niemal zapomniał o upokorzeniu, jakiego doznał przed chwilą. Jego mistrz nie pierwszy raz czynił zabiegi, by skontaktować się bezpośrednio z mroczną potęgą Chaosu. Nareszcie mu się udało. - Czemu nie - odparł guślarz, wykrzywiając twarz trochę upiornym grymasem. - Tym bardziej, że dotyczyło to nas. - Nas?!

- Nas obu. Ciebie i mnie, mój chłopcze. Mężczyzna nie zwrócił uwagi, że został nazwany „chłopcem”. Jego przewodnik duchowy miał ten przywilej. Za wszelką cenę pragnął dowiedzieć się prawdy o swym przeznaczeniu i tylko to go w tej chwili zajmowało. - Co mówił? - dopytywał się niecierpliwie. - Czego od nas chciał? Widun przeszył go spojrzeniem tak przenikliwym, że wojownik zadrżał od stóp do głów. Może nie był tak bystry, jak jego mentor, zrozumiał jednak, że to, co za chwilę usłyszy, wprowadzi go na drogę, z której nie można zawrócić. - Mówił - odrzekł starzec powoli, jakby ważył każde słowo - o pradawnych tajemnicach i ukrytych skarbach, o wiedzy starszej niż ludzkość. Wszystko to osiągniemy... - To znaczy co? - chciał zrozumieć wojownik. Guślarz milczał krótką chwilę, nie bacząc na rozterkę krewniaka. - Życie wieczne - wyjaśnił w końcu - i odpowiedzi na wszelkie zagadki. To dla mnie. A dla ciebie... - Dla mnie?... - Ostateczne zwycięstwo - odparł czarodziej - wobec którego triumf nad krystowiercami zda się dziecinną igraszką... Mścigniew ujrzał nagle oczyma duszy siepaczy Jezu Krysta spętanych i rzuconych na kolana w kamiennym kręgu na szczycie świętej góry Ślęży. Za sprawą czarów Widuna krzyże wypalone na ich piersiach i dłoniach płonęły w ciemnościach bezksiężycowej nocy karminowym światłem, jak potępieńcze piętna, ułatwiając pościg zwycięzcom. Wojownicy Miecława przyglądali się z okrutną ciekawością niedobitkom pokonanych wrogów, którzy do niedawna napawali przeraźliwym strachem całe Królestwo Polanii. Nieszczęsny Dytryk trząsł się i pochlipywał, przeklinając zapewne dzień, w którym

zdecydował się spełnić wolę cesarską i upomnieć o swe dziedzictwo, przybywając do tego przeklętego kraju. Otto, przeciwnie, zachowywał się ze wzgardliwym spokojem. Miecław spodziewał się, że jego piastowski kuzyn zechce przed śmiercią powiedzieć coś dla potomności, tamten milczał jednak wciąż uporczywie, posykując jedynie z bólu, jak przydeptany gad. - Chcieliście nas zniszczyć - rzekł w końcu miecznik, pragnąc sprowokować księcia teraz sami jesteście niczym. Otto uniósł powoli okrwawioną głowę i spojrzał nienawistnie na triumfującego buntownika. - Bądźcie przeklęci - wychrypiał z trudem - w imię Boga jedynego w Trójcy! Po czym zwrócił źrenice ku mrocznym niebiosom i zaczął cicho mamrotać łacińską litanię. - Słyszałeś, waleczny druhu? - zwrócił się Miecław z ponurym uśmiechem do przybocznego rycerza. - Szaleniec przeklął nas w imię swej trójglowej poczwary. - Klątwa zawsze jest klątwą - odparł poważnie Mścigniew, czyniąc ochronny znak rogów. - Nie z ust tego bydlaka - zaprzeczył lekceważąco syn Żywii. - Matka mówiła, że obcy Bóg nie ma nad nami władzy. - Oby miała rację - zgodził się rycerz, nie do końca wszak przekonany. - Za to my mamy władzę nad nimi - zakonkludował młody wódz - dzięki przychylności naszych bogów. Na gniew Peruna! Koniec z krystowiercami. Pomścij swój ród, Mścigniewie - zachęcił. - Pomścij starego Gniewomira i swego brata, Gniewosza. Słysząc ostatnie słowa, książę Otto błysnął dziwnie oczami i przerwał swój przedśmiertny pacierz. Zaśmiał się obłąkańczo.

- Jego brat! - zasyczał ze złowrogą uciechą. - Ha, ha, jego własny krewniak... Bene! Obuch topora przerwał te wraże słowa. Mścigniew celnym ciosem roztrzaskał czaszkę księcia, nie chcąc słyszeć, jak oprawca pastwił się nad jego młodszym krewnym. Po chwili w ten sam sposób uciszono rozpaczliwe wycie tłustawego Dytryka. Woje z drużyny Miecława zajęli się pozostałymi krystowiercami. Ich modły ani przekleństwa nie robiły na nich wrażenia. Krew rozpryskiwała się promieniście na ofiarnych głazach, świadcząc, że bogowie przyjęli ofiarę. Kamienie śpiewały radośnie, nasycając swą mocą mścicieli. - Wtedy jedynie mściłeś nasze krzywdy - zbudził śniącego na Jawii Mścigniewa głos starszego krewnego, dochodzący jakby z oddali - lecz kiedy wspomożemy Wybrankę w jej misji, zyskasz niewyobrażalną potęgę. - To znaczy? - zdziwił się szczerze wojownik. - Niedźwiedzia moc, jaką cię nasyciłem, wzrośnie po stokroć - oznajmił guślarz, spoglądając czule na bratanka. - Czarnobóg natchnie cię swoim duchem. Staniesz się jego ziemskim wcieleniem. Jako Wielki Berserk zdruzgoczesz wszystkich wrogów, zmieciesz z powierzchni ziemi wszelki ślad władania Jezu Krysta i zapanujesz nad światem. A raczej zapanujemy wspólnie - dodał po chwili namysłu. - Zawsze będę cię wspierał. Mężczyzna chwilę przetrawiał w myślach owe niebywałe obietnice, marszcząc czoło i czochrając gęste włosy. Roześmiał się nagle nerwowo. - Dlaczego ja? - wyrwało mu się niespodziewanie dla samego siebie. - Jestem tylko zwykłym wojem. Miecław jest bardziej godny. Pomarszczone oblicze kapłana skrzywiło się niecierpliwie. - Miecław zostanie zwycięskim wodzem - wyjaśnił - i potężnym monarchą. Ty staniesz się żywym bogiem, władcą demonów i ludzi. Czarnobóg ceni siłę - dorzucił z przekonaniem -

dlatego uczyni twe serce swą najważniejszą twierdzą. - Ale wtedy przestanę być sobą - zauważył przytomnie Mścigniew. - To bez znaczenia - zripostował jego stryj, wzruszając kościstymi ramionami. - Ty i Czarnobóg staniecie się jednością. Niezmierzoną i niepokonaną potęgą. Zwycięstwo nad Jezu Krystem warte jest takiej ceny. A poza tym - kusił dalej, obserwując spod oka młodszego krewnego - kiedy zwyciężysz, Wybranka zostanie twą oblubienicą. Oczy Mścigniewa błysnęły radosną nadzieją, choć usta się krzywiły boleśnie. - Pani Żywia? - spytał z niedowierzaniem. - Owszem - potwierdził starzec z jowialnym uśmiechem. - Nie zdoła oprzeć się wtedy twej mocy. Mścigniew ponownie jakiś czas zmagał się z tym, co usłyszał. Na jego przystojnej twarzy odbijały się targające nim sprzeczne uczucia. Wiara walczyła ze zwątpieniem. - Gdybym słyszał takie rzeczy od kogoś innego - rzekł otwarcie - wziąłbym je za majaczenia szaleńca. - Zapewniam, że wiem, co mówię - oświadczył Widun. - A kiedy uznasz, że zacząłem bredzić jak pomylony staruch, zacznij układać dla mnie stos pogrzebowy - zakończył, cytując znane powiedzenie. Mścigniew zastanawiał się chwilę, po czym twarz mu spochmurniała. - Wolałbym - wycedził przez zaciśnięte zęby - żeby księżna pokochała mnie jako mężczyznę, nie wcielonego boga. Starzec przyjrzał mu się z troską. - Współczuję ci i zazdroszczę zarazem - powiedział. - Miałem w życiu wiele kobiet, lecz żadnej nie pokochałem do tego stopnia, by dla niej poświęcić swą przyszłość albo cześć i honor... jak dzisiaj omal nie stało się z tobą. Rozumiem jednak, co czujesz, i spróbuję ci

pomóc. Myślę, że może tego dokonać twój rzekomy wróg. - Kto? - zdumiał się wojownik. - Możesz już wyjść na polanę, Andaju - zaproponował guślarz z szelmowskim błyskiem w oku. Mścigniew obejrzał się niespokojnie przez ramię i zobaczył swego porannego przeciwnika, wynurzającego się z boru. Kroczył powoli, jakby nie do końca kierował się własną wolą. Przystanął o kilka kroków od nich i wtedy spojrzał na obu mężczyzn z uśmieszkiem igrającym w kącikach ust. - Dziękuję, że przyszedłeś - odezwał się Widun. - Wzywałeś mnie, więc jestem - odparł łowca, wzruszając lekko ramionami. - Nie było łatwo dobrać się do twoich myśli - stwierdził staruszek, łypiąc spod oka na młodzika. - Jednak to, co w nich zobaczyłem, upewniło mnie, że mój bratanek nie ma w tobie rywala. Znam tajemnicę twego serca - dorzucił zagadkowo - i bądź pewien, że nikomu nie zdradzę. Mścigniew napadł cię niesprawiedliwie. Czy jesteś gotów mu przebaczyć? Andaj myślał chwilę nad odpowiedzią, w końcu wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. - Chętnie mu wybaczę - odpowiedział - choć straszny z niego... pimpas. - Co?! - huknął Mścigniew, marszcząc się groźnie. - Co to znaczy? - Lepiej, żebyś nie wiedział - syknął jego stryj, który znał trochę mowę Synów Drzew. Wojownik ruszył ostro w stronę aroganckiego chłopaka, zaciskając potężne pięści. - Jeszcze raz tak mnie nazwiesz - zagroził - a urwę ci ten słomiany łeb! - Trudno ci będzie - odrzekł hardo Boranin - ze strzałą między oczami. - Twoje młode oczy niewiele jeszcze widziały - odgryzł się rycerz. - Mam je zgasić na zawsze?

- Najpierw chciałbym nimi zobaczyć, jak giniesz przez własną głupotę - sparował tamten. Stali przez dłuższą chwilę twarzą w twarz, dysząc i parskając gniewnie, jak byki w porze rui. Nagle obaj buchnęli gromkim śmiechem i zwarli się w serdecznym zbrataniu wojowników. Uradowany guślarz zaklaskał w dłonie. - Doskonale! Cieszę się, że wróciliście do zgody. Byłoby prawdziwym nieszczęściem, gdybyście boczyli się na siebie do końca naszej podróży. Przeczuwałem, że obecność kobiety, zwłaszcza pięknej, stanie się zarzewiem niezgody... Co zrobić, bez niej cała nasza wyprawa nie miałaby sensu. Skoro Mścigniew nie może żyć bez tej, która go nie chce, musimy jakoś temu zaradzić. Potrzebuję twojej pomocy, Andaju. - Mojej? W czym tutaj mogę pomóc? - zdumiał się młodzik, uwalniając się z niedźwiedziego uścisku. - Słyszałem, że Boranie są wielkimi znawcami ziół - rzekł chytrze guślarz - a także miłosnych czarów. - Magia miłosna nie jest nam w zasadzie potrzebna - sprostował z uśmiechem Jadźwing. - U nas wygląda to znacznie prościej niż u was. Ale tak, znamy się na ziołach i ich działaniu. - Więc na pewno słyszałeś o niewinnym z pozoru kwiatku, używanym do potężnych zaklęć, który nasz lud boi się nazywać prawdziwym mianem, woląc określenie: „Nietota”? Andaj marszczył przez chwilę czoło, potem rozjaśnił twarz. - Domyślam się, o jakie ziele chodzi - oznajmił. - My nazywamy je lykos. Mścigniew od dłuższego czasu wiercił się niespokojnie, mierząc na przemian wzrokiem obu rozmówców. - Chwileczkę - wtrącił w końcu bezceremonialnie - co jakiś kwiatek ma wspólnego ze mną i panią Żywia?

Starszy krewniak zerknął nań z politowaniem. - Jeśli wyciśniesz sok tego kwiatu do oczu śpiącej osoby - tłumaczył cierpliwie bratankowi - i wypowiesz odpowiednie zaklęcie, osoba ta pokocha pierwsze stworzenie, jakie ujrzy po przebudzeniu. Powinniśmy zadbać, abyś był to ty, mój bratanku - dorzucił, unosząc figlarnie brew - nie zaś wilk, tur albo któryś z nas dwóch. Wyraz twarzy Mścigniewa zaświadczył, że pojął, o co chodzi. Wszyscy trzej spojrzeli po sobie porozumiewawczo, przypieczętowując tym męską zmowę. - Na pewno potrafisz wytropić to ziele, łowco? - zwrócił się guślarz do Andaja. - Jeśli rośnie tutaj, powinno mieć dziesięćkroć większą moc. - Odnajdzie je Pukis - zasugerował Boranin. - Nikt lepiej od niego nie potrafi wyszukiwać wszelkich roślin, jadalnych i niejadalnych. Zaraz przyniesie je w pysku. - Niech i tak będzie - zgodził się guślarz. Łowca zagwizdał w specjalny sposób i już po chwili odpowiedziało mu rżenie spomiędzy drzew. Mścigniew drgnął mimowolnie, ujrzawszy przyczynę swej dzisiejszej porażki. Konik nie zwracał jednak na niego najmniejszej uwagi, zdawał się wesoły i rozbrykany. Krótką miał pamięć lub nie chciał zachować w niej niepotrzebnej zwady, podobnie jak jego pan. Andaj szeptał mu coś do ucha, na co zwierzak kiwał ze zrozumieniem siwojabłkowitym łbem. - Najwyższy czas zająć się naszą wróżką - mruczał tymczasem Widun, wykonując magiczne gesty nad leniwie płynącą wodą. - Trzeba zwabić ją tu i sprawić, by zasnęła... Bogowie! - wrzasnął nagle z niekłamanym przestrachem. Czar, jaki właśnie tworzył, zwał się: „Spojrzenie w dal”. To, co ujrzał w rzecznym zwierciadle, sprawiło, że zadrżał na całym ciele, a jego oblicze zbladło jak całun. - Co się stało?! - zawołali niemal jednocześnie młodsi mężczyźni, podbiegając do niego.

- Pani Żywia - jęknął staruszek. - Idzie prosto do Ciemnej Matni! - Dokąd? - zdziwił się Mścigniew. - W samo serce Zaklętego Boru - wyjaśnił drżącym głosem. - W odróżnieniu od reszty lasu panuje tam wieczny mrok. Przyciąga ją tam wola silniejsza od mojej... - Jest w niebezpieczeństwie? - spytał rzeczowo Andaj, zdejmując łuk z ramienia. - A jak myślisz, głuptasie? - zbeształ starzec chłopaka. - Musimy ją dogonić, zanim zniknie w ciemności! Jak na swój wiek, guślarz pędził zdumiewająco szybko. Młodzi towarzysze z trudem dotrzymywali mu kroku. Biegli, przedzierając się przez gęste chaszcze, przy czym Pukis torował im drogę. Las wokół nich stawał się coraz ciemniejszy, jakby pogrążał się z wolna w nocnej otchłani. Konik nagle stanął jak wryty i zarżał lękliwie. Potem zawrócił i rzucił się do panicznej ucieczki. Zanim trójka ludzi zdążyła się zorientować, co się dzieje, opadła na nich z góry ogromna sieć, połyskująca srebrzyście, niczym zdobna kroplami rosy pajęczyna. Chociaż lekka i przejrzysta, okazała się niezwykle mocna. Oblepiła dokładnie ciała profanów, zatrzymując ich w miejscu. W koronach drzew rozszedł się zwielokrotniony chichot, nie pochodzący raczej z ludzkich gardeł, a po chwili z głębokich cieni między wielkimi pniami wyroiło się mnóstwo niewysokich postaci na przedziwnych wierzchowcach. Kiedy kapłanka przekroczyła granicę magicznej strefy i pogrążyła się w gęstych ciemnościach, miała przez chwilę wizję jakiegoś odległego monasteru o grubych murach i kolejno zatrzaskujących się bram chrześcijańskiego więzienia... 9. Krwią i żelazem (zima 1040) Był już niemal u celu. Niestety, wszystko poszło nie tak.

Damrok, jak większość prawych Pomorzan, wiosną i latem parał się morskim rozbojem, jesienią i zimą rozstawał się z piracką zgrają, najmując jako szpieg i skrytobójca. Lubił swoje samotne zajęcie: oznaczało dobrą zabawę, mniej zasad i wysokie zarobki. Książę Ziemomysł wielce cenił sobie jego usługi. - Łajdak potrafi wytropić ziarnko piasku w zawiei - zwykł mawiać z sympatią i podziwem. Toteż, skoro jego przyjaciel i sprzymierzeniec, książę Mazowszan, zwrócił się doń w zaufaniu, by przysłał śmiałego, zmyślnego człowieka do wykonania szczególnie trudnego, niebezpiecznego zadania, władca Gdańska polecił bez namysłu Damroka. Podczas łupieżczych wypraw młodzieniec dobrze poznał niemiecki szwargot, a jako że istotnie był bystry, nauczył się nawet trochę czytać i liznął nieco łaciny. Gdy Miecław i jego matka, wielka kapłanka Bogini, piękna jak letni poranek i groźna jak sztormowy wiatr, wyłuszczyli, w czym rzecz, obiecując sowitą nagrodę, sam sobie wydał się wprost idealny do wypełnienia tej misji. Nie było w tym nic ze szczeniackiej chełpliwości, po prostu realnie ocenił swe szanse i wiedział, że jest zdolny wykonać zlecenie. W stroju ubogiego żaczka wędrował później przez germańskie kraje, wsłuchując się uważnie w każdą pogłoskę, mogącą go naprowadzić na ślad obiektu poszukiwań. Wbrew temu, co sobie wyobrażał, historia nieszczęsnego królewicza, wyzutego z dziedzictwa przez zbuntowanych pogan, odbiła się szerokim echem po wszystkich prowincjach Cesarstwa, wzbudzając współczucie i zgrozę. Słuchając opowieści w karczmach, stajniach i łaźniach, umiejętnie wyłuskiwał ziarno prawdy z całej masy plotek i oczywistych łgarstw, chyba rozpuszczanych celowo, by zmylić wroga. Dowiadywał się więc kolejno, że jego obiekt obrał żywot zakonny w dalekim Leodium czy też jeszcze odleglejszym Cluny, to znów słyszał, jakoby przebywał w niewoli u Węgrów. Te niegodne wiary historie zasługiwały jedynie na

wzruszenie ramion, lecz doświadczony szpieg spokojnie, krok po kroku odsiewał fakty od zmyśleń. Jednocześnie modlił się w duchu do wszystkich znanych sobie bogów. by go zechcieli oświecić. Szczęście w końcu się doń uśmiechnęło i modły zostały wysłuchane. Gdy dotarł do Bawarii, w pierwszej napotkanej oberży podsłuchał młodziutkiego, mocno już podchmielonego mniszka, jak opowiadał z przejęciem przygodnemu towarzyszowi o celu swojej podróży. Usłyszawszy słowa: „Regensburg” i „opactwo Świętego Emmerama”, natychmiast wyczuł niezawodnym instynktem zwiadowcy, że trafił na właściwy trop. Przysiadł się więc czym prędzej do wesołej kompanii, zamawiając kolejne kufle przedniego piwa. Młodzik zwał się Damian i pochodził aż spod Trewiru. Jak nietrudno zgadnąć, był najmłodszym potomkiem ubogiego rycerza. Rodzic przeznaczył go do stanu duchownego i wysłał do przesławnego klasztoru z chudą sakiewką i listem polecającym od biskupa. Nowicjusz rozprawiał, iż słyszał od pana ojca, jakoby w opactwie szkolono jakichś cudzoziemskich wojowników, stanowiących bractwo paladynów Chrystusa. Mieli ponoć w przyszłości zwalczać pogaństwo w ościennych barbarzyńskich krainach. Marzeniem Damiana było przyłączyć się do tego zbożnego dzieła, nie bez nadziei na tłustą prebendę wśród dzikich plemion lub palmę męczeńską, najwyższą chwałę chrześcijanina. Damrok bez trudu poskładał w spójną całość niezborne fragmenty pijackiego bełkotu. Zmyśliwszy naprędce jakąś bajeczkę, ruszył wraz z nowicjuszem w dalszą wędrówkę. Udało mu się zbliżyć i zaprzyjaźnić z naiwnym, łatwowiernym gołowąsem. Damian był jeszcze zbyt młody, by oglądać się za dziewkami, lecz objawiał już, jak większość zakonników, znaczny pociąg do dobrych trunków. Pomorzanin poił go zatem szczodrze na każdym postoju, bez skrupułów nadszarpując fundusze zleceniodawcy, i wyciągał na dalsze zwierzenia, dotyczące

domu rodzinnego i starożytnego grodu, z którego pochodził. Chłopak opowiadał dużo i chętnie, a jego nowy druh skrzętnie wszystko notował w pamięci. Regensburg był skuty mrozem, ale jeszcze mocniej, zdawało się, skuwał go strach przed tym, co czaiło się za niebotycznymi murami opactwa, wydającymi się górować nad całym grodem. Miasto było ludne i bogate, a jednak nie promieniowało radością życia. Po karczmach krążyły słuchy o tajemniczym znikaniu mieszkańców, nierzadko całych rodzin, nawet tych najdostojniejszych i najbardziej zamożnych. Ponieważ zgodnie z wolą królewską majątki zaginionych były natychmiast konfiskowane na rzecz klasztoru, niektórzy wspominali trwożliwym półgębkiem o herezji, czarach i konszachtach z pogańskimi demonami. Takie miano wysuwać oskarżenia wobec nieszczęśników, uwięzionych w najgłębszych klasztornych kazamatach. Zacni mieszczanie drżeli z lęku, od największego kupca do najlichszego rzemieślnika, niepewni dnia ani godziny. Damrok zaprowadził Damiana do najlepszej gospody, gdzie mieli uczcić „ostatni dzień wolności” . Mniszek niezbyt przejmował się zasłyszanymi miejskimi legendami. Był zresztą zbyt pijany, by w pełni zrozumieć ich złowieszczy charakter. Miał przecież dołączyć do myśliwych, nie do łownej zwierzyny. Pomorzanin, słynący wśród swoich z mocnej głowy, nie uronił ani słowa z pokątnych gadek i jak zwykle sumował je w umyśle. Wyszli potem ulżyć pęcherzom w ciemnym zaułku. Damrok bez wahania złamał kark szczeniakowi, przebrał się w habit ofiary i zabrał jego sakwę z biskupim pismem. Utopił nagie zwłoki w przerębli wyrąbanej w lodzie na Dunaju. Gdyby nawet nadżarty i zdeformowany trup miał wypłynąć na wiosnę, nikt przecież nie rozpozna nieznanego topielca. Kiedy następnego ranka podchodził pod jedyną, kutą w żelazie bramę opactwa, poczuł, że miękną mu nogi, ciarki biegają po plecach, a w brzuchu narasta lodowata kula. Nie starał się zwalczyć tego uczucia, ostrzegającego zawsze przed wyjątkowo niebezpieczną przygodą.

Wiedział, że tylko głupcy nie boją się niczego i dlatego giną najszybciej, a wówczas nazywa się ich bohaterami. On zaś na pewno nie był głupcem. Olbrzymie budowle klasztoru, wzniesione na planie rzymskiej fortyfikacji Castra Regina, czerniały wśród śniegu niczym piętno wypalone przez oprawcę na białej skórze ladacznicy. Ujął w dłoń kołatkę i zapukał najgłośniej, jak zdołał. Długo wyjaśniał cel swego przybycia i w końcu mu otworzono. Wrota zawarły się za nim z przeraźliwym jękiem i zgrzytaniem. Miał wrażenie, że zatrzasnęły się bramy piekieł, tym bardziej że znalazł się w całkowitej ciemności. Nieprędko dane mu było ujrzeć światło. Z opaską na oczach poprowadzono go ciągiem sal i korytarzy, schodami w górę i w dół. Kroki odbijały się wielokrotnym echem w sklepieniach, mieszając się z żałosnym zawodzeniem wiatru świszczącego w szczelinach, jakby kamienne mury płakały, śniąc koszmary. Wiedziony przez dwóch zakapturzonych mnichów Damrok czuł jedynie przejmujący chłód, lodowatą wilgoć przepastnych podziemi. Zdjęto mu z oczu zasłonę. Musiał natychmiast zmrużyć powieki, źrenice poraził bowiem jaskrawy odblask promieni słonecznych na śniegu, jakim pokryty był niewielki, otoczony wysokimi murami, przyklasztorny ogródek. Krzewy i drzewka owocowe śniły zimowy sen, opatulone starannie w słomiane pałuby. Cherlawy, przygarbiony mnich, stojąc mniej więcej pośrodku wolnej przestrzeni, omiatał pękiem rózeg kamienną płytę pod stopami. Wyglądała jak wkopany w ziemię nagrobek. Damrok dostrzegł spod rzęs, że trochę dalej znajdowało się jeszcze kilka podobnych płyt. Zadrżał mimowolnie, nie wiedząc, bardziej ze strachu czy z zimna. Wirydarz spełniał najwyraźniej także rolę cmentarza. Zdziwiło jednak szpiega, że na kamieniach nie było żadnych napisów.

Zakonnik uniósł głowę, pokrytą szorstką szczotką rudawych włosów. Wydał się młodzieńcowi odpychający na pierwszy rzut oka. Wyłupiaste, rybie oczy patrzyły zimno i przenikliwie. Przydługi krogulczy nos poruszał się na koniuszku, zdając się żyć własnym życiem. Mięsiste, niekształtne wargi krzywiły się w zagadkowym grymasie. Całości dopełniała chuda, końska twarz. Ruszył w stronę nowicjusza i w tym momencie okazał się na dodatek chromy, kulał bowiem wyraźnie na lewą nogę. Damrok z trudem powstrzymał ochronny gest, czuł bowiem zawsze instynktowną odrazę do osobników w tak oczywisty sposób upośledzonych przez bogów. Brzydota ciała zwykle szła w parze z brzydotą duszy, choć naturalnie zdarzały się również mylące pozory. Szpieg musiał sobie przypomnieć, że chrześcijanie bardziej cenią piękno duchowe od cielesnego. Gdy mnich się odezwał, głos, jakkolwiek nieco skrzekliwy, zabrzmiał jednak całkiem życzliwie i dobrodusznie. - Tak więc przybyłeś tutaj dzielić nasz los, bracie Damianie - rzekł, przebiegając prędko oczami pismo od biskupa Trewiru. - Skąd dokładnie pochodzisz? - zainteresował się po chwili. Damrok jednym tchem powtórzył wszystko, co usłyszał wcześniej od zabitego chłopaka. Starszy mnich kiwał uważnie głową, zdawał się jednak także trochę przygłuchy, kazał sobie bowiem powtarzać parokrotnie imiona i nazwy miejscowości. W końcu uśmiechnął się z zadowoleniem i skinął na zakapturzonych braci. - Odprowadźcie go do dormitorium nowicjuszy - nakazał. - Młodzik musi pewnie wypocząć po tak dalekiej, uciążliwej podróży. Słania się ze zmęczenia. Od jutra zaczniesz służbę - dodał - a wiedz, że w naszym konwencie nie będzie lekka. W istocie, świeżo upieczony zakonnik mógł się o tym szybko przekonać. Ojciec Lucjusz, tak bowiem zwał się kulawy opiekun nowicjuszy, trzymał chłopców żelazną ręką i

wynajdywał wciąż nowe, uciążliwe prace. Damrokowi przypadło w udziale zamiatanie, mycie podłóg i czyszczenie wychodków. Nie sprzyjały zachowaniu sił bezustanne modły i liche, postne jadło, toteż każdego wieczoru padał na swoją pryczę śmiertelnie zmęczony, marząc jedynie, by od razu zasnąć. Srodze się także zawiódł, jeśli sądził, że łatwo zdoła przeniknąć tajemnice opactwa. Początkujący mnisi mieli dostęp jedynie do części zabudowań, jak kuchnia, latryna czy stajnie. Reszta klasztoru pozostawała dla nich niedostępna. Otaczały ją wewnętrzne, wysokie mury, a wiodła do niej znów jedyna brama, strzeżona dzień i noc przez uzbrojonych po zęby strażników. Czasem dawały się stamtąd słyszeć okropne, jakby nieludzkie jęki, a także szczęk oręża, lecz było to wszystko, co młody szpieg zdołał tymczasem wymiarkować. Brat Lucjusz znikał czasem na pół dnia albo i całą noc, a wówczas lżej się żyło zaharowanym nowicjuszom. Potrafił jednak nagle wyłonić się nie wiedzieć skąd i przyłapawszy podopiecznych na leniuchowaniu czy innych zdrożnych uczynkach, jak choćby podjadanie w spiżarni, sypał zaraz surowymi karami. Wzbudzał w młodzikach zabobonny lęk. Szeptano, że przynależy do jakiegoś tajemnego bractwa, uprawiającego zakazane czarnoksięskie praktyki. Damrok domyślał się, że w klasztorze muszą istnieć, pochodzące być może jeszcze z czasów rzymskich, tajne przejścia i ukryte korytarze. Temu w każdym razie, nie czarom, przypisywał niesamowitą zdolność chromego zakonnika nagłego znikania i pojawiania się w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. Nie udało mu się jednak, jak dotąd, wyśledzić owych sekretnych drzwi, gdyż nawet pod nieobecność preceptora młodzi byli nieustannie pilnowani przez zbrojnych kapturników, którzy zmieniali się co parę godzin, a ich tożsamość pozostawała pilnie strzeżoną zagadką. Podobno najbardziej zaufani i zdolni mnisi mogli z czasem zasilić szeregi tej zawsze milczącej, klasztornej gwardii. Na szczęście kościół był wspólny i dzięki temu skrytobójca mógł nareszcie zobaczyć

tego, którego szukał. Ćwiczący za murem wojownicy nie byli zobowiązani do wszystkich przepisanych regułą modłów, lecz codziennie słuchali mszy. Nowicjuszy wprowadzano wówczas bocznym wejściem na chór, gdzie mogli śpiewać łacińskie psalmy i inne nabożne pieśni, ukryci za gęstą kratą. Damrok wpatrywał się zachłannie we wkraczających do świątyni równym krokiem młodych bojowników. W srebrnych kolczugach i białych płaszczach z naszytymi krwistobrunatnymi krzyżami, z powiewającymi swobodnie pasmami długich, spadających na ramiona włosów, wyglądali jak armia niebian. Nie on jeden przypatrywał się wojownikom Pana przez szpary między grubymi prętami. Tuż obok dwaj chłopcy spierali się cichcem, acz namiętnie, który z paladynów jest bardziej powabny: Prinz Casimir czy jego żołnierz przyboczny, Gregor. W zamkniętej społeczności nawet przez grube mury przenikały jednak jakieś ploteczki i cienie informacji. Damrok zdążył tymczasem dobrze poznać swych towarzyszy niedoli, wywiedzieć się o ich starannie skrywanych słabościach i wstydliwych grzeszkach. Nie były mu całkiem obce, skoro pół życia spędzał wśród żeglarzy. Dołączył więc do tych szeptów i czym prędzej wypytał, kto jest kto. Okazało się, że tajemniczy książę z dalekich stron to ten szczuplejszy i wyższy, o regularnych, niemal anielskich rysach i wielkich, błękitnych oczach, błyszczących z daleka niby tafle lodu. Jego gęste, proste włosy były tak jasne, że zdawały się niemal białe. Gregor był bardziej przysadzisty, za to szerszy w ramionach, oczy miał ciemnoniebieskie, pociągłą twarz z nieco wystającymi kośćmi policzkowymi i brązowawą czuprynę, skręcającą się za uszami w naturalne loki. Nierozłączni druhowie zawsze szli w pierwszym szeregu, nie starając się wszakże wyróżnić spośród innych towarzyszy. Dość było jednak na nich spojrzeć, by zyskać pewność, że będą wspaniałymi, niepokonanymi rycerzami w służbie Chrystusa. Najlepszymi z najlepszych. Młodzieńcowi serce zabiło żywiej, choć z innej przyczyny niż u zafascynowanych

kolegów, gdy rozpoznał obiekt. Była to radość myśliwego, który dopadł wreszcie długo ściganego zwierza. Na razie jednak pozostawał dlań niedostępny, niczym kamienny archanioł na kościelnej wieży, wybijający mieczem upływające godziny. Trzeba było liczyć na łut szczęścia i stosowną okazję, a tymczasem bacznie wszystko obserwować i notować w myślach, zarówno sposoby dojścia, jak i drogi ucieczki. Niedługo przed świętami Bożego Narodzenia nowicjusze otrzymali lepsze jadło i zacne reńskie wino. Wśród mnichów rozeszła się radosna wieść, że wkrótce będą świadkami podniosłej uroczystości. Następnego dnia ma przybyć do opactwa miłościwie panujący monarcha, by pasować na rycerzy młodych wojowników. Namaści ich do walki za prawdziwą wiarę sam pan opat, a może ktoś wyżej stojący od niego. Wszyscy drżeli z radosnego podniecenia, dzieląc się tą cudowną nowiną. Damrok pojął, że nadszedł dla niego czas działania. Jak było we zwyczaju, Prinz Casimir miał spędzić noc poprzedzającą ceremonię pasowania samotnie w kościele na modłach i pobożnych rozmyślaniach, jego towarzysze zaś mieli czuwać podobnie w swoich sypialniach. Pomorski skrytobójca zdawał sobie sprawę, że los podsuwa mu jedyną w życiu okazję, by zakończyć misję sukcesem. Nie zmrużył oka między kompletą a jutrznią, przygotowując się do czynu i prosząc bogów o powodzenie. Oczyma duszy widział, jak przybywa do swego kraju, syty chwały i powodzenia, jak składa w gdańskiej świątyni ofiarę Strzybogowi, przekornemu opiekunowi żeglarzy, w podzięce za szczęśliwy powrót z niebezpiecznej wyprawy. Podczas nocnych modłów wpatrywał się szeroko otwartymi oczami w bielejący pośrodku kościelnej posadzki kształt młodzieńca, leżącego krzyżem u stóp ołtarza. Jasny płaszcz rozpościerał się wokół niego promieniście, podobnie jak włosy, okalające głowę

niczym świetlista aureola. Nie drgnął nawet, słysząc nabożne pienia dochodzące z chóru. Uśpiony bądź rozmodlony anioł. Pokorny wobec Pana, cierpliwy wobec błądzących, lecz bezlitosny dla wrogów. O tej porze wyrwani w środku nocy ze snu mnisi byli zazwyczaj półprzytomni, gdy więc skończyli modlitwy i zeszli schodami w dół, nikt nie spostrzegł, że Damrok, umykając uwadze zakapturzonych stróżów, odłączył od swojej grupy i zaszył się w wąskim korytarzyku, który, jak to wypatrzył znacznie wcześniej, wiódł prosto do głównej nawy. Odczekał, aż ucichną kroki oddalających się współbraci. Surowo zobowiązał dwóch najbardziej zaprzyjaźnionych, by w razie, gdyby odkryto jego nieobecność, przysięgali, że brat Damian musiał biec do latryny z silną biegunką. W końcu zaczerpnął głęboki oddech i ruszył w stronę ofiary, ściskając kurczowo rękojeść skradzionego w kuchni ostrego noża, ukrytego w szerokim rękawie. Zabójca stąpał bezgłośnie po kamiennych flizach, nie spuszczając oka z wciąż nieruchomego obiektu. Wydawało się, że młody książę całkowicie zapamiętał się w strzelistych aktach wiary lub istotnie zasnął znużony, z policzkiem przytulonym do chłodnego kamienia. Choć była to dlań nie pierwszyzna, Damrok czuł dziwny zamęt w głowie. Krew tętniła w skroniach jak rwący potok i wściekle szumiała w uszach. Krok stawał się coraz bardziej chwiejny, ruchy niepewne. Czyżby po raz pierwszy w życiu ogarnął go strach przed dokonaniem dzieła? Nie miał żadnych skrupułów, by przelać krew w chramie obcego Boga. Miecław wytłumaczył mu jasno, że ukrywający się książę jest ich najgorszym wrogiem, a jego dalsze życie zagrożeniem dla wolnych plemion. Może więc podziałało tak na niego wino, podane do wieczerzy? Wśród swoich znany był z mocnej głowy. Stał już o krok od leżącej postaci. Nim zadał morderczy cios, spojrzał odruchowo do

góry, polecając: się opiece bogów, zwłaszcza Chorsa, patrona skrytobójców. Jego wzrok zabłąkał się w sklepieniach, a wtedy zobaczył rzeczy straszne, przechodzące ludzkie pojęcie. Często oglądane malowidła ścienne wyglądały tej nocy inaczej w zwodniczej grze światełek świec i lampek oliwnych. Archanioł w czarnym pancerzu, pokrytym symbolami bluźnierstwa, miał wstrętny pysk rogatego gargulca i nietoperze błony na plecach. Ostrymi widłami przyduszał do podłoża słodkiego serafina o tęczowych skrzydłach, wbijając zarazem w jego gołębią pierś pazury tylnego odnóża. Złotowłosy niebianin zdawał się całkiem bezwolny i pokonany. Madonna obnażała bezwstydnie piersi z zachęcającym uśmiechem. Puszczała przy tym oczko jak wytrawna, doświadczona w swym fachu ladacznica. Gabriel zbliżał się ku niej z grymasem lubieżnika, a jego stercząca lilia miała jednoznacznie wulgarny kształt. Nad głównym ołtarzem górowało ogromne, potwornie zniekształcone oblicze Zbawiciela. Krwiste źrenice gorzały nienawistną mściwością. Wąskie wargi gięły się w sardonicznym uśmiechu, a spomiędzy nich wystawał obleśnie długi, czerwony jęzor. Wydało się skrytobójcy, że właśnie spojrzał prosto w oczy czystego zła, dostrzegając mroczną stronę pobożnych kłamstw, jakimi go tutaj karmiono. To, o czym zawsze myślał, lecz bał się do tego przyznać. Oczywiście w swoim wcieleniu pokornego nowicjusza. Zamrugał, a wówczas freski zawirowały i rozmazały się, pląsając barwnymi smugami po ścianach, łukach i kolumnadach w obłędnym korowodzie. Pociemniało mu w oczach i omal nie zemdlał. Kiedy odzyskał wzrok, wszystko wróciło do normalnego stanu. Szkoda czasu na nocne strachy i przywidzenia. Uniósł dłoń z zabójczym narzędziem. Zauważył, że przyszło mu to z trudem, jakby pływał w gęstej smole. Ojczulkowie chyba rzeczywiście dodali czegoś do wina, pomyślał tępo. Niezależnie od tego ciało mordercy działało w sposób wyćwiczony, toteż szpic noża zagłębił się wreszcie w białym karku ofiary.

Kręgi szyjne chrupnęły nieprzyjemnie, gdy ze wszystkich sił naparł na rękojeść. Leżący na ziemi młodzian nie zadrgał w śmiertelnych konwulsjach, nie jęknął ani zipnął w ostatnim tchnieniu. W tym bezruchu było coś dziwnego, a nawet przerażającego. Przy tym nóż wbijał się z trudem, jakby w lepką glinę, nie w żywe ciało. Damrok wyszarpnął ostrze, oczekując, że z rany tryśnie struga krwi. Nic takiego nie nastąpiło. Stwierdził też ze zdumieniem, że powierzchnię noża pokrywa obrzydliwa, czarna maź, jakby rozciął martwe, ściemniałe żyły... Wiedziony złym przeczuciem, lewą dłonią odgarnął jasne włosy z twarzy ofiary. Zobaczył szkliste oczy zastygłe w bezruchu śmierci i zęby wyszczerzone w okrutnym, martwym uśmiechu. Obca twarz nieboszczyka, pokryta pierwszymi plamami rozkładu. Tak więc przyszło mu zabić trupa. Zawsze jest ten pierwszy raz. Skrytobójca omal nie wybuchnął głośnym śmiechem. Jego umysł pracował gorączkowo. Został odkryty. Ciekawe, jakim nieostrożnym słowem czy gestem się zdradził. Być może jego wymowa i akcent nie były dość przekonujące dla całkiem jednak dobrego ucha brata Lucjusza. A może wydał go rozkołysany chód żeglarza. Nie miał czasu nad tym się zastanawiać. Wystarczy, że śledzono go od samego początku i zastawiono perfidną pułapkę. Usłyszał złośliwy chichot, dochodzący gdzieś z boku. Uciekać!, błysnęło mu w głowie. Lub, w ostateczności, drogo sprzedać swe życie. Z głębokich ciemności pomiędzy grubymi, ciężkimi filarami wynurzały się powoli czarne, zakapturzone postacie. Otoczyli go ze wszystkich stron, śmiejąc się szyderczo. Mieli przy paskach długie puginały, lecz w dłoniach ściskali drewniane pałki, niektórzy zaś nieśli powrozy, jakimi zamierzali spętać niefortunnego zamachowca. Ten widok spowodował, że w sercu Damroka błysnął promyk nadziei. Najwidoczniej chcieli wziąć go żywcem, zamiast zabić na miejscu. Dawało to nikłą nadzieję ocalenia.

Zatoczył wokół obronnie nożem, cofając się w stronę, skąd przybył. Drogę do bocznego korytarzyka blokowało paru kapturników. Skrytobójca cisnął morderczym narzędziem, bardziej polegając na szczęściu niż celności. Ostrze wbiło się w ramię jednego z prześladowców, który upuścił swoją lagę i skulił się z bólu, bełkocząc niemieckie przekleństwa. Damrok błyskawicznie skoczył, zgięty wpół, chwytając nową broń. Gdy się wyprostował, instynktem osaczonego szczura wyczuł zagrożenie nadchodzące z tyłu. Bez namysłu, zerkając tylko kątem oka, wymierzył potężny cios w mrok. Reakcją był głuchy jęk i trzask pękających żeber, a potem łoskot ciała padającego na ziemię. Damrok uśmiechnął się z satysfakcją. - Musicie się bardziej przyłożyć - wychrypiał, tocząc wkoło przekrwionymi oczami. Zbrojni zakonnicy coraz bardziej zacieśniali krąg. Śmiechy ucichły, zastąpione przez syki i warkoty rozwścieczonych napastników. Na razie jednak żaden z nich nie miał odwagi przybliżyć się na długość kija, którym Pomorzanin władał równie sprawnie jak nożem. Nagle gdzieś z tyłu rozległ się ostry, niezrozumiały dla skrytobójcy rozkaz i mroczne koło pękło w jednym miejscu. Mnisi rozstąpili się zręcznie, a pomiędzy nimi ukazał się ich współbrat, dzierżący w dłoniach długi bosak. Zamachnął się błyskawicznie i zanim Damrok zdążył zorientować się, co się dzieje, ostry hak przebił mu dłoń. Wrzasnął i upuścił pałkę. Zwijając w kułak okaleczoną prawicę, rzucił się na posadzkę i przeturlał, by podciąć nogi niebezpiecznemu wrogowi. Udało mu się przewrócić tamtego na ziemię i wyrwać z rąk przeklęty osęk. Znowu stanął na równe nogi i zacisnął obie dłonie na drzewcu. Nie bacząc na krew spływającą z przekłutej dłoni, wymachiwał bosakiem na wszystkie strony, trzymając przeciwników na dystans. Jeden z nich zanadto się przybliżył i cofnął natychmiast, rycząc z bólu, gdy struga krwi trysnęła spod kaptura. Damrok chwilowo triumfował, lecz zdawał sobie sprawę, że jego przewaga jest

iluzoryczna i nie może trwać wiecznie. Jedynym ratunkiem była ucieczka. Obawiał się jednak, że nie zdoła się nigdy wymknąć klasztornym strażom, znającym lepiej wszystkie jawne i tajne przejścia niż on. Było niemal pewne, że pogubi się w labiryncie niezliczonych korytarzy. Mieli nad nim wielką przewagę, wobec której jego spryt i zręczność nie na wiele się zdadzą. Jeśli do tej pory go nie unieszkodliwili, to tylko dlatego, że bawili się z nim jak koty z myszą. Z determinacją natarł tam, gdzie krąg napastników wydał mu się najsłabszy. Powalił jednego końcem drzewca, drugiemu rozorał hakiem habit na piersi. Ostrze bosaka utkwiło dość głęboko w żywocie wyjącego mnicha. Nie zawracając sobie dalej głowy ciężką i nieporęczną bronią, zabójca skoczył ponad padającą sylwetką w stronę półotwartych, głównych drzwi kościoła, prowadzących na dziedziniec, którego nie znał, znajdował się bowiem od strony zakazanej strefy opactwa. W mroku nocy błyskały światła pochodni i dał się słyszeć szczęk oręża. Damrok uznał, że prościej będzie wybiec tam i dać się rozsiekać wojownikom, niż dalej uczestniczyć w okrutnej grze szaleńców w habitach. Żaden z mnichów nie podążył za nim, kiedy wypadł jak z procy na rozległy podwórzec. W pierwszej chwili oślepił go blask licznych łuczyw. Dopiero po chwili mógł rozejrzeć się po okalających dziedziniec arkadach i zorientować się, że w cieniu owej łuny szczelnie wypełnia go kordon wojowników w kolczugach i hełmach, a także uzbrojonych pachołków. Stali nieruchomo, przyglądając mu się w milczeniu. Złowroga cisza, przerywana jedynie suchym trzaskiem płonących szczap, ogarniała mroczniejsze od nocy mury i baszty. Damrok toczył błędnym wzrokiem po połyskujących w mroku, zakutych w stal sylwetkach. Nadzieja na szybką śmierć prysła jak wodna bańka. Skrytobójca ruszył prosto przed siebie, pragnąc sprowokować przeciwników. - Zabijcie mnie! - krzyknął z wysiłkiem, wyciągając puste, skrwawione ręce.

Jedyną odpowiedzią było echo jego okrzyku, odbijające się od sklepionych łuków. Po chwili jednak w zastygłym powietrzu rozległ się szczęk kuszy i jękliwy świst lecącego pocisku. Stalowy grot przebił lewe udo skrytobójcy. Przeszedł gładko na wylot przez mięśnie, na szczęście nie naruszając kości. Tkwiąc nadal w ciele, zatamował upływ krwi, sprawił jednak taki ból, że Damrok opadł na kolana. Na górnym krużganku dało się słyszeć gromkie: „Verdammt!” Najwidoczniej któryś z kuszników zanadto się pospieszył, wbrew wydanym rozkazom. Gdyby tylko chcieli, mogli go od razu tak naszpikować strzałami, że przypominałby jeża. Oczy Damroka zalewała czerwona mgła. Sądził, że padnie za chwilę nieprzytomny, lecz usłyszał gdzieś z góry szelest, który pobudził na nowo zmysły ściganego drapieżnika. Ujrzał, jak znad balustrady na piętrze wystrzela i leci w jego kierunku, rozwijając się w powietrzu, sporej wielkości gęsta sieć. Jeśli prześladowcy sądzili, że w ten sposób powstrzymają wyszkolonego zwiadowcę, grubo się pomylili. Damrok, zapominając o bólu w nodze, prędko przetoczył się po ziemi, unikając o włos zagrożenia. Potem znowu wstał i kulejąc ruszył w stronę studni znajdującej się pośrodku podwórca. Jeśli nawet nie była to ostatnia deska ratunku, pozwalała przynajmniej zakończyć tę zabawę na jego warunkach. Przesadzając z wysiłkiem cembrowinę, wykonał broczącą prawicą pożegnalny gest w ironicznym salucie. Z głębi studni wionęło lodowatą wilgocią, zdawało się też zabójcy, że dosłyszał piski szczurów... A niech tam. Byle tylko wreszcie z tym skończyć. Instynkt przeżycia był w nim jednak silny, gdyż spadając, czepiał się odruchowo zimnych kamieni ocembrowania. Z irracjonalną radością i zdziwieniem zdał sobie nagle sprawę, że zacisnął obie dłonie na żelaznym pręcie. Zawisł na nim całym ciężarem i poszukał stopami oparcia. Znalazł je. We wnętrzu studni była drabinka, wiodąca... nieważne dokąd,

byle dalej od krwiożerczych mnichów i paladynów o kamiennych sercach. Pojękując, zszedł kilka szczebli w dół, aż natrafił wreszcie stopą na spory otwór w ścianie. Opuścił się jeszcze niżej i odkrył okrągłe wejście do jakiegoś bocznego tunelu, na tyle dużego, aby zdołał się przezeń przedostać skurczony we dwoje dorosły mężczyzna. Na końcu błyskało jakieś zwodnicze światełko. Czyżby jednak bogowie czuwali nad nim i znalazł wyjście na zewnątrz? Serce zabiło mu mocniej. W tunelu roiło się od szczurów. Kłębiły się na wilgotnym podłożu, podniecone zapachem świeżej krwi. Damrok ruszył jednak do przodu, depcząc, kopiąc i odtrącając rękami próbujące go atakować gryzonie. Niektóre wczepiły się zębami i pazurami w poły habitu, ale nie dbał o to. Tej nocy przydarzyło mu się wiele przykrych rzeczy, a być może czekały go jeszcze gorsze, nie zamierzał zatem przejmować się drobnymi niedogodnościami. Im bardziej przybliżał się do otworu na końcu tunelu, tym mocniej wyczuwał znajomy odór strachu i cierpienia, powolnej śmierci, odchodów i desperacji. Tak cuchnęły wszystkie katownie świata. Zaśmiał się gorzko w duchu, uświadamiając sobie, że w tym przeklętym miejscu można miotać się tylko między różnymi rodzajami więzień, jednym straszniejszym od drugiego. Jedyna droga wyzwolenia wiodła zapewne na cmentarz. Parł jednak dalej, zapominając o lęku, wiedziony niezdrową, absurdalną ciekawością. Jaką jeszcze niespodziankę zgotowali dlań gospodarze? Nie zdziwił się nawet specjalnie, gdy odkrył, że wyjście z tunelu przegrodzone jest kratą. Naparł ramieniem na stalowe pręty. Ustąpiły niechętnie, zgrzytając, odetchnął więc z ulgą, ocierając dłonią pot z czoła. Nie zwrócił uwagi, że kiedy otworzył drzwiczki, w drugim końcu podziemnego przejścia z muru wysunęła się krata, blokując odwrót. Nawet gdyby to zauważył, byłoby mu to całkiem obojętne. Zeskoczył na kamienną posadzkę. Zasyczał, czując przeszywający ból w lewej nodze.

Potem rozejrzał się uważnie po nowym, nieznanym miejscu. Ogłuszyły go nagle rozpaczliwe jęki i wycia, dochodzące ze wszystkich stron. Mrugając oczami, próbował coś zobaczyć w półmroku dusznej, nisko sklepionej piwnicy, oświetlonej tylko paroma łuczywami. I zobaczył. Szeregi nagich, pokrytych zakrzepłą krwią i własnymi odchodami, wychudłych ludzi, różnego wieku mężczyzn, kobiety i dzieci, wiszących wzdłuż mokrych, ociekających wilgocią ścian, przykutych zaśniedziałymi kajdanami, z głowami osadzonymi w specjalnych widłach. Niektórzy, słysząc jego niezdarne kuśtykanie, otwierali szeroko mętne, zaropiałe oczy i zaczynali wrzeszczeć, błagając o pomoc, medyka lub zmiłowanie. Inni bełkotali tylko nieskładnie, szalejąc z głodu i bólu. Skrytobójca szedł dalej, wiedząc, że nie może pomóc nieszczęsnym. Drżał na całym ciele, nie z przerażenia jednak, lecz bardziej z odrazy. Widział już niejedno, sam torturował opornych jeńców, toteż nie potrafił wykrzesać w swoim sercu iskry współczucia. Świat był kloaką pełną przemocy i okrucieństwa, a im wcześniej mądry człowiek akceptował ten fakt, tym było lepiej dla niego. Silniejsi dręczą i zabijają słabszych, większe ryby pożerają mniejsze, to wszystko. Tak czy owak, człowiek jest istotą śmiertelną, nawet jeśli często nie chce o tym pamiętać. Szło jedynie o dawkę bólu, z jaką się pożegna z tym światem. Z chorobliwą fascynacją Damrok podziwiał przedziwną symetrię i porządek, z jakim umieszczono na ścianach te żywe, niezbyt mile woniejące figury. I cieszył się, że nie znalazł się pośród nich. Przynajmniej na razie. Przy końcu owej potwornej galerii ujrzał prawdziwe arcydzieło: ciało mniej więcej jedenastoletniego chłopca wplecione misternie w koło udręki. Złamane kości wystawały przez rozdartą skórę. Oprawcy musieli niedawno wykonać robotę, skoro z otwartych ran ciągle sączyła się krew. Dzieciak nie miał już siły krzyczeć, skomlał jedynie cichutko, jak

skatowany psiak. Wiszący w pobliżu mężczyzna prężył bezsilnie zdrętwiałe członki, z bezdenną rozpaczą w oczach. Próbował krzyczeć, lecz zakneblowano mu usta. Być może ojciec chłopaka. Przemyślni siepacze uniemożliwili mu dodanie otuchy konającemu dziecku i przeklinanie katów. Zabójca poczuł tym razem drgnienie litości. Wyciągał już dłoń, by udusić malca i zakończyć jego mękę, powstrzymał się jednak. Musiał oszczędzać siły na dalszą wędrówkę po tym chrześcijańskim piekle. Twórcy tego przybytku z pewnością chętniej nazwaliby go czyśćcem, miejscem oczyszczającego cierpienia. Stworzone przez nich Inferno byłoby znacznie okropniejsze, a tortury w nim jeszcze bardziej wyrafinowane. Okrutna wyobraźnia pokornych sług dobrego i miłosiernego Boga zdawała się nie znać granic. Oprawcy księcia Ziemomysła byli przy nich jedynie mizernymi amatorami. Skrytobójca rozejrzał się dookoła, szukając wyjścia z tej koszmarnej jatki. Dziwiło go, że widzi ofiary, lecz nigdzie nie ma sprawców. Czyżby to właśnie z nimi miał do czynienia w kościele i nie zdążyli jeszcze tu zejść? Jeśli tak, miał znowu cień szansy. Odnalazł wreszcie w głębokiej niszy solidne żelazne drzwi. Nie znalazłby dosyć sił, by je wyważyć, wiedział jednak z doświadczenia, że nie każde wejście trzeba otwierać kopniakiem. Czasem wystarczy nacisnąć klamkę. Uczynił tak, a wtedy się uchyliły. Prowadziły do kilku rozwidlających się, ciemnych korytarzy. Damrok miał już jednak dosyć błądzenia w podziemiach. Jego uwagę przykuły spiralnie skręcone, wiodące do góry schody. Puls znowu przyspieszył, gdy ujrzał u szczytu skrawek nocnego nieba i płatki śniegu, srebrzące się w księżycowej poświacie. Być może prowadziły do znanego mu już ogrodu, jedynego skrawka wolnej przestrzeni. Czyżby tam właśnie klasztorni siepacze znajdowali chwilę wytchnienia po ciężkiej pracy? Przypomniał sobie, że otaczający go mur był w wielu miejscach wykruszony i porośnięty bluszczem. Gdyby zdołał się na niego wspiąć, mógł

próbować dalszej ucieczki po blankach i dachach. Czując przypływ sił, czym prędzej ruszył do góry, na ile pozwalało rwące boleśnie udo. Kiedy wydobył się na powierzchnię, zaczerpnął przede wszystkim rześkiego, mroźnego powietrza. I zamarł, niezdolny się poruszyć ani nawet oddychać. Pośrodku wirydarza zwieszała się na potężnych hakach żelazna klatka. Znajdujące się w niej stworzenie wydało na jego widok przeraźliwy ryk strachu, a może nadziei. Głos nie miał w sobie niczego ludzkiego, bo też uwięziony stwór z pewnością nie był człowiekiem. Skrytobójca kontemplował bezmyślnie kościste cielsko, pokryte brudną, szarą sierścią, ogromny, podobny do psiego pysk, pełen ostrych, częściowo wyszczerbionych kłów, koźle rogi, poszarpane błoniaste skrzydła i dziwacznie powyginane odnóża, zakończone pożółkłymi, spękanymi szponami. Wypukłe ślepia z pionową źrenicą płonęły w mroku bezsilną wściekłością. Potwór miał na szyi kolczastą obrożę, przykutą do prętów klatki. Wyciągał jak najdalej wąski, nieproporcjonalnie długi jęzor, bezskutecznie usiłując polizać okaleczone tylne odnóże. Ktoś rozciął je głęboko, precyzyjnie usuwając ścięgna. Najwyraźniej przeprowadzano konsekwentną, stopniową wiwisekcję. Stworzenie było bez wątpienia demonem, pochodzącym z Zaświatu. Jako człowiek morza, Damrok niewiele wiedział o leśnych biesach, domyślał się jednak, że ma przed sobą jednego z przedstawicieli tego gatunku. Być może był to Dziw, o którym słyszał, że wydaje taki właśnie skowyt, zaiste niemiły dla ucha i mrożący krew w żyłach. Dociekliwi mnisi musieli jakoś przedostać się do Nawii, a później schwytać ten rzadki okaz i przetransportować tutaj sobie tylko wiadomym sposobem, by przeprowadzać na nim okrutne badania. Zabójca dopiero teraz poczuł, jak strach przenika go całego od czubków włosów do pięt. Zapominając na chwilę o zranionej nodze i ucieczce, ruszył chwiejnym krokiem, pragnąc przyjrzeć się z bliska nieszczęsnej istocie.

Klatka wisiała nad kamienną płytą. Kiedy zabójca nastąpił na nią, zapadnia uciekła mu spod nóg. Runął w dół, nie zdążywszy nawet krzyknąć. Spadł na kamienną posadzkę, tłukąc się boleśnie na całym ciele. Wiele rąk pochwyciło go i unieruchomiło. Nie szarpał się, nie opierał. Wiedział, że przegrał i jest zgubiony. Niewidzialni wrogowie poderwali go z ziemi i przenieśli na wielki drewniany blat. Zabójca wyczuł odór zatęchłej krwi i ludzkiego potu, wsiąkających od lat w twarde deski. Nie protestował, gdy zręczne palce zdzierały z niego ubranie, a następnie przymocowywały nadgarstki i kostki skórzanymi rzemieniami. Dopiero wtedy zapłonęły wokół oliwne lampy. Światło ich było niesamowicie jasne, musiano więc chyba dodać do oleju jakiejś alchemicznej substancji. Kiedy Pomorzanin odzyskał zdolność widzenia, ujrzał okopcone ściany, na których wisiały w absolutnym porządku rozliczne narzędzia, służące zapewne do zadawania wyszukanych lekcji bólu. Poczuł także swąd żarzących się gdzieś w pobliżu węgielków. Wcześniej widział więc jedynie przedpiekle, bo prawdziwe piekło znajdowało się tutaj. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że pochyla się nad nim zatroskane oblicze brata Lucjusza. - W końcu jednak trafiłeś tutaj, bracie Damianie - rzekł zbolałym tonem, z tym samym irytującym odcieniem życzliwości, z jakim powitał go parę tygodni temu - czy jak tam się naprawdę nazywasz... Spodziewam się, że okażesz rozsądek i powiesz nam wszystko... Gadka stara jak świat. Tak mówią do swoich ofiar wszyscy doświadczeni oprawcy. Damrok miał na końcu języka, że to, co przed chwilą zobaczył, i to, czego za chwilę doświadczy, przeczyło i przeczyć będzie wszelkiemu rozsądkowi, uznał jednak, że najlepiej

zachować wzgardliwe milczenie. Poprosił w duchu Peruna o wytrwałość i zaraz potem Welesa, by jak najszybciej otwarł mu wrota Nawii. Zamknął oczy, przygotowując się na pierwszą fazę męczarni. Dział „Sclavinia” znajdował się w najgłębszych zakamarkach tajnego archiwum regensburskiego opactwa. Mało kto miał do niego dostęp, a szczególnie do półki z hasłem „Polania”. Aron często tam przesiadywał, kichając potężnie z powodu zwałów kurzu. Psując wzrok przy świetle oliwnego kaganka, dygocząc z zimna, studiował pilnie kopie kościelnych i klasztornych roczników, listy biskupów i władców, raporty szpiegów. Nie było tego zbyt wiele, zwłaszcza z ostatnich dziesięciu lat, kiedy to Krainy Polan i Mazowszan stały się na powrót partibus infidelium, białymi plamami na mapie świata cywilizowanego, kłodami ciśniętymi pod nogi zwycięskiego pochodu chrześcijaństwa. Należało je odzyskać za wszelką cenę. Ze szczególną uwagą pobożny braciszek wczytywał się, po raz nie wiedzieć który, w łaciński przekład Pieśni Słowana, a zwłaszcza w końcową ich część. Brat Lucjusz zwrócił uczonemu uwagę na zbieżność zawartych tam przepowiedni z przestrogami Apokalipsy, wspominając przy tym o proroctwie świątobliwego Brunona z Kwerfurtu, ich brata w Gladius Dei, zapowiadającego pogańskie bunty i wielki rozlew krwi chrześcijańskiej, poprzedzające nadejście Antychrysta. Mając na uwadze słowa męczennika, z tym większą zgrozą usiłował przeniknąć ukrytą w poetyckich metaforach treść owych szatańskich wersetów. W przejściu między zawalonymi księgami i pergaminami regałami zazgrzytał nagle ukryty w podłodze mechanizm. Część posadzki zapadła się w dół, kamienne płyty oddzieliły od siebie, tworząc stopnie schodów, osadzonych na żelaznej konstrukcji. Rozległo się dobrze znane Aronowi kuśtykanie. Jednocześnie dobiegły z lochów przytłumione jęki i wycia, jakby z samego dna piekieł. Zakonnik drgnął mimowolnie. Nigdy

nie był w owych zakazanych podziemiach i wolał niczego nie wiedzieć o okrutnych eksperymentach, dokonywanych tam przez bezwzględnego w kwestii czystości wiary współbrata, zresztą za wiedzą i zgodą tajemnej kongregacji. Czasami jednak nachodziło go nieodparte wrażenie, że w kazamatach lęgło się zło znacznie gorsze od tego, z jakim walczyli. Nigdy oczywiście nie zdradził się z ową refleksją, zdając sobie sprawę, że tak nieczyste myśli mógł mu podsuwać jedynie Nieprzyjaciel. Chuda, zgarbiona sylwetka wynurzyła się na powierzchnię, a wówczas klapa w podłodze zawarła się i ustały rozdzierające wołania z otchłani. Lucjusz zerknął bystro na swego wieloletniego współpracownika, po czym skrzywił szpetne lico zagadkowym grymasem, który zdawał się zarazem okrutny i niezwykle przebiegły. - Straszna jest zatwardziałość tych pogan - zaskrzeczał znacząco. - Diabeł, któremu służą, dodaje im sił i odporności na ból. Konają łatwo, ale nie mówią nic. - Niczego zatem nie wyznał? - zapytał retorycznie brat Aron, starając się, by jego głos brzmiał obojętnie. Wąskie wargi Lucjusza rozszerzyły się w zimnym uśmiechu. Wzruszył lekko chudymi ramionami. - Niczego - potwierdził. - Nawet jednak, gdyby wykrzyczał bardzo głośno samooskarżenie, nie miałoby to żadnego znaczenia. - Dlaczego? - zainteresował się Aron, niby mimochodem, nie odrywając oczu od pergaminu. - Ponieważ i tak dobrze wiemy, kto go nasłał - odparł kulawiec, spoglądając uważnie na współbrata. Aron czuł na wygolonym karku jego przenikliwe, wszystkowidzące spojrzenie. - Skoro jednak zamachowiec zdołał wytropić miejsce pobytu księcia... - szepnął uczony

zakonnik z niepokojem, którego nie umiał dłużej skrywać. - Nasz wychowanek nie jest już nigdzie bezpieczny - dokończył za niego Lucjusz. Dalsze zwlekanie nie ma sensu. Czas zacząć dzieło Boże. Aron głęboko westchnął. Wiedział, że w końcu przyjdzie ów moment, a jednak kiedy przyszedł, nie czuł się w pełni gotowy, by przyjąć ten fakt do wiadomości. - Najlepiej będzie wyruszyć nazajutrz po ceremonii... - zaczął kuternoga, urwał jednak, dostrzegając zbliżającego się do nich zakapturzonego sługę Gladius Dei. Wysłuchawszy cichej wiadomości, skinął głową, odprawiając gestem strażnika. - Królowa matka już przyjechała - poinformował sucho - w towarzystwie swego brata, arcybiskupa Kolonii. Zażądała od opata widzenia z synem w cztery oczy. Mają się ze sobą rozmówić w krypcie Świętego Emmerama. Przydadzą się twoje niezwykłe umiejętności, uczony kolego - poinstruował Arona. - Gdzie są w tej chwili miłościwy pan i nasz wielki mistrz? - zapytał szybko. - Obserwują paladynów, ćwiczących na placu Aniołów - odparł kędzierzawy mnich, wstając i zbierając pospiesznie z pulpitu rysik i woskowane tabliczki. - Doskonale - stwierdził Lucjusz, zacierając kościste dłonie. - Idź czym prędzej do rozmównicy. Sam powiadomię naszych zwierzchników. Patrzył chwilę za oddalającym się współbratem, po czym ruszył w przeciwną stronę, powłócząc chromą kończyną. Ciężkozbrojna konnica manewrowała w szyku tak zwartym, że jeźdźcy stykali się udami i kolanami. Nie powinien był przedrzeć się między nimi nawet podmuch wiatru. - Towarzysz broni musi być bliżej ciebie niż dziewka w łożnicy - pouczał surowo paladynów sędziwy graf Starkhar, nie kryjąc jednak zadowolenia, z jakim popatrywał na podopiecznych.

Nagle stary rycerz odjechał szybko na bok, dając równocześnie znak ręką. W drugim krańcu ogromnego dziedzińca podniosła się krata i z głębokich ciemności wynurzyły się rosłe sylwetki brodatych i długowłosych, odzianych w skóry mężczyzn. Ich potężne cielska składały się z samych mięśni, a grube, włochate kończyny pokrywała skomplikowana sieć blizn. Chwilę stanęli, przecierając oczy, porażone blaskiem słońca odbitego na śniegu, szybko jednak doszli do siebie. Ujrzawszy wroga, zawyli dziko i unieśli w górę topory. Broń była wprawdzie drewniana, lecz ostro zastrugana. Przy swojej sile i dużych chęciach mogli jednak wyrządzić pewne szkody przeciwnikom, a zwłaszcza ich rumakom. Ruszyli przeciw jeździe bezładną, rozwrzeszczaną czeredą. Paladyni ścieśnili szyk bez rozkazu i pochylili kopie w idealnej symetrii. Ziemia zadrżała, gdy kontratakowali. Na niewiele zdały się usiłowania pieszych brodaczy, by podcinać końskie pęciny i rozpruwać słabiej chronione brzuchy. Okryte grubymi suknami i stalowymi koszulami wierzchowce bojowe były specjalnie szkolone, aby tratować i gryźć przeciwnika. Tylko nielicznym dzikim osiłkom udawało się tu i ówdzie sprawić, by jeździec zachwiał się w siodle. W większości, nim zdołali cokolwiek uczynić, miażdżył ich rozpędzony młyn podkutych stalą kopyt. Reszty dokonywały kopie i miecze. Żywe cele przydawały się także w innych ćwiczeniach, gdy trzeba było wyrobić zręczność w ciskaniu oszczepem czy też ścinaniu wrażych łbów w pełnym pędzie. Prędko ginęli, lecz nie stanowiło to wielkiego problemu. Ziemie Wieletów dostarczały wciąż nieprzebrane tłumy jeńców. Co chwila w różnych miejscach placu Aniołów tryskały fontanny posoki. Ubity śnieg zamieniał się w krwawobrunatną breję. Białe płaszcze i srebrzyste kolczugi szybko traciły dziewiczą czystość. A jednak nie dawało się zaprzeczyć, że paladyni zabijali ze swoistym wdziękiem i gracją, przywodząc na myśl nurkującego szczupaka lub pikującego jastrzębia.

Obserwowali te zmagania z górnej arkady dwaj mężczyźni. Jeden z nich, ryżawy, nikczemnej postury, wychudzony postami i innymi pobożnymi praktykami, miał piegowate, niepowabne lico, przyozdobione rzadką, capią bródką. Wypukłe jasnoniebieskie oczy błyszczały jednak żywym intelektem, świadcząc o bystrości umysłu. Wdał się wyraźnie w swego dziadka, którego był imiennikiem. W zgrzebnym kubraku i grubej opończy wyglądał na podrzędnego skrybę. Był to jednak władca Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, król Henryk III. - Pogańska dzicz... barbarzyńcy! - mamrotał pod nosem, obserwując z lubością masakrowanych przez paladynów Wieletów. - Jakże słusznie zwiemy ich: Slaven, niewolnicy - dodał, zwracając się do swego towarzysza. Mówiąc do kogoś, monarcha miał dziwny zwyczaj przechylania dużej głowy na cienkiej szyi, przypominając w tym wypatrującego zdobyczy płowego sępa. Drugi mężczyzna wyglądał znacznie okazalej niż jego niepozorny rozmówca. Wysoki, postawny, miał szlachetną, arystokratyczną twarz i jasne, wijące się włosy. Gładką niegdyś cerę szpeciły jednak paskudnie ropiejące wrzody. Biedak podłapał kiedyś skórną chorobę od jakiejś brudnej dziewki. Nie starał się wszakże leczyć owych znamion grzechu, lecz na wieczną pokutę bezustannie je rozjątrzał i rozdrapywał, by mu przypominały o winie, niemożliwej już do zmazania. - Nieszczęścia i rany wyganiają szatana - mawiał przy tym, nawiązując uczenie do Księgi Przysłów. Był to graf Suidger von Morsleben, biskup Bambergu i dworski prałat, najbliższy doradca i spowiednik niemieckiego władcy, tajny Hochmeister kapituły Gladius Dei. Odziany był także skromnie w zwykły habit. Z szyi zwieszał się medalion z mieczem wbitym w płonące serce, którego nie było potrzeby tutaj ukrywać.

Dostojnik kościelny z trudem powstrzymał pełen wyższości uśmieszek. - Sami siebie wolą zwać Ludem Słowa - odparł tonem dobrze zorientowanego człowieka - dlatego też my, Germanie, jesteśmy dla nich Niemcami, czyli niemymi. Król Henryk wzruszył tylko wątłymi ramionami, krzywiąc się pogardliwie. - Zresztą lud Polan - podjął po chwili prałat, zezując spod oka na władcę - jest z natury poczciwy, gościnny i pracowity. Zdawał się nam wybrany, gotów przyjąć Dobrą Nowinę. Niestety, zwiedli go źli magowie. - Słudzy Ciemności, szukający wciąż nowych dusz dla swoich mrocznych panów warknął monarcha, zaciskając bezwiednie pięści. - Tak właśnie - przytaknął prałat, kiwając ze smutkiem głową. - Szaleńcy, składający ofiary demonom, zasłuchani w zwodnicze obietnice niezmiernej mocy i wszelkiej szczęśliwości. - Trzeba ich wytępić jak żmije - syknął król. - Koniecznie, wasza królewska miłość - przytaknął znowu duchowny. - Wytępić do ostatka. Tylko w taki sposób wyrwiemy owe nieszczęsne prowincje z szatańskich szponów. Pościnać wszystkie łby tej okropnej hydrze, spalić w ogniu smocze języki. Krwią czarowników odbudujemy Kościół Święty na owych ziemiach! - dorzucił z zamierzonym patosem. - Edukując później słowiańskich prostaczków - rzekł władca w przebłysku natchnienia musicie sprawić, by zaczęli wstydzić się swych korzeni, odwrócili się od rodzimych tradycji, znienawidzili to, co swojskie i nauczyli wielbić wszystko, co pochodzi z Zachodu. - Dobra rada, miłościwy panie - ocenił z aprobatą Suidger. - To zadanie na wiele pokoleń... lecz będziemy nad tym pracować. - Następca Piastów z pewnością wam dopomoże - odrzekł z przekonaniem monarcha. -

A właśnie - zreflektował się nagle - który to? Wszyscy wyglądają tak samo, zakuci w dumę i stal. - Wyglądają jak niebiańskie wojsko archanioła Michała - podchwycił ożywiony prałat. W porównaniu z nimi krzyżownicy księcia Ottona byli tylko sforą spuszczonych z łańcucha gończych psów... zajadłych, lecz marnie wytresowanych. Z tych młodzieńców każdy jest niezdobytą fortecą. Stawi czoło dziesiątkom barbarzyńców, wychodząc bez szwanku ze starcia. Ich zdolność bojowa dorównuje tylko żarliwej pobożności. - W drodze kolejnych doświadczeń stworzyliście ideał - przyznał szczerze król. Niepokonani w walce i zarazem czyści jak zakonnicy. Wyzbyci ziemskich przywar zwykłych wojowników. Mieliście dobry pomysł, by przyłączyć do nich stu potomków najlepszych germańskich rodów, żeby uczyli nieokrzesanych cudzoziemców naszych zwyczajów. Niemal zazdroszczę księciu Polan tak doskonałej drużyny... Sądzę, że zakony rycerskie mają przyszłość - dodał po chwili zastanowienia. - Chociażby w Ziemi Świętej. Trzydzieści lat mija właśnie od chwili, gdy bezbożny kalif Hakim zbezcześcił i zburzył świątynię Grobu Pańskiego, a świat chrześcijański patrzy na to bezczynnie. Papież Sergiusz nawoływał wtedy do wyprawy krzyżowej, ale nikt go nie słuchał... - Warto tę sprawę przemyśleć - odparł zadumany duchowny - lecz to kwestia dalszej przyszłości. Póki co mamy innowierców u bram, na wschodnich i północnych rubieżach. - Oczywiście, prałacie - zgodził się władca. - Który więc z tych dzielnych obrońców wiary jest księciem Karolem? Chciałbym go osobiście pozdrowić. - Nie ma go tutaj - wyjaśnił Suidger. - Został dzisiaj zwolniony z ćwiczeń, by przygotować się duchowo do spotkania z królową wdową. - Ach tak - przypomniał sobie król. - Pani Rycheza... Czy już przybyła? Ciekaw jestem, co ma do powiedzenia synowi.

- Zaraz się tego dowiemy - zapewnił biskup Bambergu, rozpoznając zbliżającą się w cieniu krużganka koślawą sylwetkę. Lucjusz poprowadził dostojnych gości ciągiem sekretnych przejść i ukrytych schodów do wąskiego korytarza, biegnącego wzdłuż krypty Świętego Emmerama. Bracia z Gladius Dei nazywali to miejsce „rozmównicą” , gdyż można tam było podsłuchiwać rozmowy toczące się w innych pomieszczeniach. Brat Aron, siedzący na niskim zydlu, przytykał ucho do przemyślnie wygiętej miedzianej rury i notował szybko wypowiadane za ścianą słowa specjalnym systemem zapisu, wynalezionym ponoć przez sekretarza Cycerona. Za nim znajdowało się przyćmione zwierciadło, w którym majaczyły niewyraźnie, jak za lodową taflą, dwie poruszające się sylwetki. Kulawy mnich przekręcił jakąś korbkę, a wówczas w sąsiednim pomieszczeniu zapłonęły żywiej alchemiczne lampy i postacie stały się wyrazistsze. - To czary? - spytał z niepokojem monarcha, cofając się odruchowo i unosząc dłoń, by uczynić znak krzyża. - Nie, wasza królewska miłość - uspokoił go kuternoga. - Zwierciadło sprowadzone z Italii. Wenecjanie chełpią się, że to ich wynalazek, choć czytałem, że wpadli na ten pomysł starodawni Fenicjanie. - Nie widzą nas? - upewnił się władca. - Nie mogą nas zobaczyć - oświadczył mnich. - Za to my możemy ich widzieć i słyszeć. Uruchomił znów jakiś mechanizm, sprawiający, że spora miedziana tuba skierowała swój wylot w stronę obecnych. Dobiegły z niej przytłumione, odrobinę metalicznie brzmiące odgłosy toczonej obok rozmowy. - Pięknie wyrosłeś i zmężniałeś, mój synu - mówiła Rycheza, patrząc z miłością na potomka. - Życie tutaj wyraźnie ci służy... Szkoda, że wkrótce musisz odjechać - dorzuciła,

smutno wzdychając. Dawno minęły czasy świetności jej kobiecej urody. Zwiędłe, wyblakłe lico okalał zakonny welon. W ciągu minionych lat pobożna pani niestrudzenie fundowała kościoły i hojnie wyposażała klasztory, ostatnio jednak przebywała głównie w Brauweiler, gdzie ksienią była jedna z jej sióstr. Tam właśnie zamierzała dokonać żywota. - Bóg tak chce - odparł twardo Kazimierz Karol. Anielska twarz księcia przypominała kamienną maskę. Tylko lekkie drżenie silnych, długich, szlachetnie ukształtowanych dłoni zdradzało miotające jego sercem uczucia. Bladoniebieskie oczy pozostawały jednak chłodne, jak ścięte lodem. Niewątpliwie bracia z Gladius Dei dobrze wyszkolili swego podopiecznego. - Wiem o tym, Karolu - odpowiedziała z pogodną rezygnacją. - Choć przeczuwam także, że cię nigdy więcej nie ujrzę... Cóż, trzeba się poświęcić dla wielkiej sprawy. Twój rodzic, Mieszko, uparł się, na złość staremu Bolesławowi, żeby dano ci imię Kazimierz wspomniała niespodziewanie. - Ja jednak wymogłam, by ochrzczono cię także cesarskim mianem. Okazało się dla ciebie szczęśliwsze - zaznaczyła. - Jak Karol Wielki będziesz teraz walczył na Bożą chwałę i tak jak on, masz wiernych paladynów. Między jasnymi brwiami królewicza pojawiła się i zaraz znikła pionowa zmarszczka. - Wolałbym, pani matko - wycedził zimno - abyś nie mówiła niczego złego o moim ojcu. Rycheza sprawiała przez chwilę wrażenie zaskoczonej, nawet jakby wzburzonej, szybko jednak zapanowała nad sobą. Ona także odebrała za młodu staranne wychowanie. - Nie miałam takiego zamiaru - odparła z powagą. - Twój ojciec miał wiele zalet, choć nieczęsto dawały o sobie znać - dodała, znowu wzdychając. - Matko... - powtórzył ostrzegawczo książę.

Potrząsnął niechętnie głową. Śnieżne włosy zafalowały. - Powiem szczerze - przerwała mu, zdobywając się na dawny, władczy ton. - Do niedawna uważałam, że lepiej, byś nie wracał w te dzikie krainy i pozostał tutaj, obejmując panowanie w jednym z naszych rodowych księstw. Ostatnio jednak pojęłam, że nie wolno sprzeciwiać się przeznaczeniu... Zawiesiła głos, jakby szukając właściwych słów. Kazimierz Karol patrzył na nią w milczącym oczekiwaniu. - Byłam jeszcze dzieckiem, gdy przybyli na dwór w Merseburgu wąsaci, płowowłosi, kapiący od złota barbarzyńcy - podjęła po chwili, pozornie zmieniając temat. - Długo debatowali z królem Henrykiem II o zawarciu pokoju, a potem z twoim dziadkiem, Ezzonem. Wieczorem przyszła do mej sypialni zapłakana pani matka, Matylda, i wyszeptała, tuląc mnie i całując: „Niestety, moje biedne dziecko, musisz zostać księżną Polanii”. Płakałam razem z nią, chociaż niczego nie zrozumiałam. Mgliście tylko czułam, że odtąd nie będę szczęśliwa. Dopiero później dowiedziałam się, co to znaczy być wysłaną do odległej prowincji gdzieś na krańcach cywilizowanego świata. Kiedy po latach musiałam stamtąd uchodzić, stało się coś strasznego! Znowu urwała, albowiem głos jej zadrżał i na chwilę odmówił posłuszeństwa. W jasnoniebieskich oczach, tak podobnych do oczu syna, błysnęły łzy. Książę spoglądał na matkę z rosnącym napięciem. Wyraźnie go zaciekawiła, po raz pierwszy bowiem słyszał, by mówiła o sobie tak otwarcie. - Co wtedy zaszło? - spytał przez zaciśnięte zęby. - Jechaliśmy powoli, mając wozy załadowane wielkimi kuframi - zaczęła opowiadać przerywanym głosem. - W każdej chwili mogła dopaść nas pogoń. Wówczas ten kulawy mnich, który namówił mnie do ucieczki...

- Brat Lucjusz - mruknął beznamiętnie królewicz. - Tak, Lucjusz... Odprawił jakąś podejrzaną, nieczystą magię i poprowadził nas mroczną, widmową ścieżką. Wzdłuż niej majaczyły złowrogie mary, które mogło wyzionąć jedynie piekło. Wszyscy słyszeli unoszące się w powietrzu upiorne wycia i zjadliwy rechot demonów... Okropność! Zatrzęsła się ze strachu na samo wspomnienie. Jej syn pozostał niewzruszony. Król Henryk zerknął zaskoczony na stojącego obok kulawca, któremu nie drgnęła nawet powieka na owe rewelacje. Słuchali dalej. - Ocaliły nas modlitwy dobrych mnichów i relikwie, jakie wiozłam ze sobą - mówiła królowa. - Nie minęła nawet godzina, gdy znaleźliśmy się w okolicach Międzyrzecza. Ujrzałam wreszcie ciebie, mój synu, i twoich druhów. Mogliśmy bezpiecznie odjechać. A jednak popełniłam wtedy ciężki grzech i obraziłam Boga, zezwalając na zakazane gusła. Wiele lat pokutowałam i umartwiałam się, modląc się o przebaczenie do Pana Jezusa i Najświętszej Panienki. Niedawno poczułam wreszcie, że zyskałam odpuszczenie i moje pokorne prośby zostały wysłuchane! Jej twarz rozjaśniła się jakby nieziemskim blaskiem. Spojrzała na następcę mokrymi, radosnymi oczyma. - Kiedy już niemal omdlewałam z wyczerpania, objawił mi się archanioł Michał. Podobny tobie, mój synu. Trzymał w prawicy złotą włócznię, której grot zdawał się płonąć żywym ogniem. Przeszył nią parokrotnie me łono, pozostawiając niewysłowiony ból, ale też sprawiając, że serce rozgorzało wielkim zapałem Bożej miłości. Wydało mi się wówczas, że znalazłam się na polu bitwy, gdzie aniołowie walczyli z diabłami. Byłeś tam również, Karolu. Przewodziłeś skrzydlatym hufcom, powalając i unicestwiając hordy Ciemności. Ostrze

rodowego miecza błyszczało oślepiającym światłem, rażąc obrzydłe poczwary, podobnie jaśniała twarz zwycięzcy w morzu ognia i krwi. Chwilę milczała, dysząc ciężko. Kazimierz Karol starał się nie okazywać po sobie, jak bardzo poruszyła go mistyczna wizja matki, nie potrafił jednak opanować drżenia warg. Patrzył na królową jak na nową, niepojętą istotę. Milczał, niezdolny wykrztusić jednego słowa. - Zbudziłam się z tego widzenia - odezwała się w końcu Rycheza spokojniejszym głosem, który słowo po słowie nabierał mocy - by zrozumieć radosną nowinę, jaką przekazało nam Niebo. Najwyższy czas, byś odzyskał dziedzictwo i poskromił wiarołomny lud. Bóg chce, byś wrócił na tron swoich ojców! - zakrzyknęła, unosząc dłonie w ekstazie. Książę zdążył tymczasem opanować wzruszenie, choć powieki nieco mu zwilgotniały. Zdobył się na blady, chłodny uśmiech. - Wierzę w to, pani - rzucił dosyć oschle, jakby odpowiadał na rozkaz dowódcy. - Jestem pewna - potwierdziła królowa z odcieniem rodowej dumy - że mój syn zna swoje powołanie. A jednak chcę cię prosić... Nie. Nie prosić. Chcę żądać... Urwała, jakby nagle zabrakło jej odwagi. Syn zerknął na nią z mimowolną obawą. - Czego żądasz, najdroższa matko? - zapytał rzeczowo, dając do zrozumienia, że gotów jest spełnić każde jej życzenie. - Znam cię, Karolu - odpowiedziała z wahaniem. - Pod twardym puklerzem niezłomnego księcia skrywasz miękkie serce swego ojca. Obiecaj mi, że kiedy pokonasz w boju pogańskiego uzurpatora, który mieni się księciem Mazowszan, nie okażesz litości ani jemu, ani tym bardziej jego występnej matce, lecz spalisz do cna owo żmijowe gniazdo. Ta fałszywa mniszka, diabelska służka, wyrządziła nam wiele zła. Zdawało mi się kiedyś, że

przejrzałam jej grę, lecz nie zdołałam zgłębić tak straszliwej perfidii. Wyhodowaliśmy na piersi gadzinę. Doprowadziła dynastię Piastów na skraj upadku i pchnęła swego bękarta do buntu. Oboje muszą zginąć! - krzyknęła z pasją. Wiedziona nagłą myślą, zbliżyła się do gładkiej, najjaśniej oświetlonej ściany, w której dziwnym sposobem można się było przejrzeć jak w lustrze. Król Henryk cofnął się odruchowo. - Ponoć nadal jest urodziwa - szepnęła z nutką zawiści, zapatrzona we własne, świadczące wymownie o upływającym czasie, odbicie. - Jak każda złowieszcza wiedźma umie się wydać kuszącą. Szpetotę duszy wyrównuje pięknem ciała. Czasem prześladuje mnie w snach - wyznała. - Ja i ty stoimy przed takim właśnie zwierciadłem i nagle polerowana tafla zaczyna się marszczyć jak powierzchnia brudnej sadzawki. Nasze kształty nikną, rozpływają się, a po drugiej stronie zjawiają się oni, czarownica i jej nieprawy potomek, niczym szatańskie szyderstwo... - Nasze krzywe zwierciadło - sprostował Kazimierz Karol z zimnym, ironicznym uśmieszkiem. - Przysięgnij, że spłoną na stosie! - krzyknęła zapalczywie, odwracając się w jego stronę. - Zasłużyli na to - odparł obojętnie następca Piastów - jak wszyscy kacerze i renegaci. Zaparli się świętej wiary... - Przysięgnij! - nie ustępowała. Wzruszył ramionami. - Mogę to uczynić - oznajmił. - Czy mam przysiąc na Boga? - Nie - zaprzeczyła żywo. - Nie mieszajmy Pana Naszego do osobistej zemsty. Przysięgnij na tę świętość - zawołała.

Wyciągnęła dłoń w stronę, gdzie czekał głuchoniemy pachołek, trzymający w dłoniach ozdobną szkatułę. Przybliżył się na gest swojej pani. Kazimierz zmarszczył czoło. - Cóż to jest? - spytał zaintrygowany. - Jakaś kolońska relikwia? Królowa nakazała ruchem ręki słudze, by ten uchylił wieka. W półmroku krypty błysnęły złoto i klejnoty. W oczach Kazimierza Karola także zabłysły chłodne, lodowe iskierki, gdy ujrzał zawartość puzdra. Bez słowa wyciągnął prawicę, kładąc dwa palce na misternie kowanej obręczy... - Przekleństwo! - krzyknął niemiecki władca, nie panując nad sobą. - Przywiozła mu koronę Bolesława?! A tak przyrzekała memu ojcu, że ów zdradziecki symbol pozostanie na wieki ukryty w arcybiskupim skarbcu jej brata! I wierz tu jakiejkolwiek niewieście! wyrzekał, niemal dławiąc się z oburzenia. - A może matce, która chce jak najlepiej dla swego jedynego syna? - zaoponował łagodnie Suidger. - Pohamuj gniew, miłościwy panie - doradził. - Niewykluczone, że dowiemy się więcej... - Nie chcę być tutaj dłużej - sarknął monarcha. - Dość już zobaczyłem i usłyszałem. Później przeczytam pełny zapis spotkania - dorzucił, robiąc znaczący gest w stronę pochylonego Arona, wytrwale skrobiącego rysikiem woskowaną płaszczyznę. - Musimy natychmiast pomówić - polecił, chmurząc oblicze. - Jak każesz, miłościwy panie - odrzekł układnie prałat z dwornym ukłonem. - Brat Lucjusz znajdzie zaraz dla nas jakąś ustronną komnatkę... - Ufam, że bez podsłuchu? - zasugerował król, bynajmniej nie żartobliwie. Biskup tylko pokręcił głową i wzniósł oczy ku niebu z miną niesłusznie krzywdzonej

niewinności. - Kuternoga zostaje z nami - zarządził ostro Henryk, gdy już zasiedli za stołem, a chromy mnich nalał wina swym panom. - Mam z nim także do pogadania - oznajmił tonem nie wróżącym pochwały. Lucjusz skłonił się jeszcze głębiej niż jego zwierzchnik, nie objawiając lęku przed gniewem monarchy. Jego odpychająca twarz nie wyrażała w tej chwili żadnych uczuć. Twarda szkoła Gladius Dei. - Zacznijmy od naszego pokornego braciszka - podjął władca, wpijając wzrok w zakonnika. - Czy prawdą jest, co o tobie rzekła pani Rycheza? - Królowa nie kłamie - odparł spokojnie mnich. - Nie do wiary! - skonstatował wstrząśnięty Henryk. - Ty, sługa Boży, parałeś się diabelską magią?! - Uczyniłem, co musiałem - padła beznamiętna odpowiedź. - Miałem rozkaz ratować królową i jej syna, a także piastowski skarbiec. Poświęciłem się dla zwycięstwa słusznej sprawy. - Wykonałeś rozkazy - przyznał niechętnie władca, nieco skonfundowany kamiennym spokojem Lucjusza - ale za jaką cenę? Chyba wiesz, czym pachną konszachty z demonami? wypytywał, coraz bardziej niespokojny. - Pokonałem wrogów ich własną bronią - wyjaśnił kuternoga, podrygując mimowolnie ramieniem. - Dla większej chwały Bożej... - Nie zasłaniaj się Panem Bogiem! - zirytował się mocno król. - W tym, zaiste, zawsze byliście mistrzami! Nie pojmujesz, że hańbisz szatę zakonną, babrząc się w zakazanych praktykach? Wszelka magia ma swoją cenę - perorował zawzięcie, trzęsąc się w ferworze. Kryje się w niej straszliwa pokusa, niszcząca moc szaleństwa. A ostatecznym rezultatem jest

zawsze upadła i całkiem spopielała dusza czarnoksiężnika. Nie mówiąc już o ciele strawionym przez ogień - dorzucił niemal szeptem, ocierając z czoła grube krople potu. Lucjusz nic na to nie odrzekł. Trwał nieruchomo, z pochyloną głową, wbijając wzrok w posadzkę. Czekał najwidoczniej na reakcję swego zwierzchnika. - Trzeba dobrze poznać metody wroga, aby go unicestwić - przerwał w końcu napiętą ciszę prałat Suidger, mówiąc opanowanym tonem i starannie dobierając słowa. - Żyjemy w świecie pełnym tajemnic. Czasami od nich giniemy... Brat Lucjusz jest naszym najlepszym ekspertem od czarnej magii. Ufamy, że nie przekroczy niedozwolonej granicy. Jego wiara jest silna... - Wiedzieliście o tym? - wysapał zdumiony monarcha. - Naturalnie - potwierdził wielki mistrz Gladius Dei. - Wszelkie działania przeprowadza pod naszą ścisłą kontrolą. Wyspowiadał się z tego grzechu przed kapitułą, pokajał, otrzymał absolucję i odprawił stosowną pokutę - informował zwięźle. - Nie obawiaj się, miłościwy panie - dorzucił kojącym tonem. - Choć chromy ciałem, nasz brat jest wielki duchem. Nie zmogą go żadne, nawet najpotężniejsze demony. Moc Pana naszego pokona każde zło. Król Henryk ważył chwilę coś w myślach, mierząc wzrokiem przedstawicieli tajnego bractwa. Wreszcie uspokoił się, podejmując decyzję. - Niech wam będzie - orzekł, machnąwszy prawicą. - Mam nadzieję, że wiecie, co robicie. Wy, duchowni, znacie się lepiej na tych sprawach. Kroczycie tą niebezpieczną ścieżką na własny rachunek. Bądźcie jednak ostrożni... - Zawsze jesteśmy - zauważył z naciskiem Hochmeister. - Sztuka tajemna, jaką zgłębia brat Lucjusz... - Nie chcę wiedzieć nic więcej! - zakrzyknął Henryk, przeżegnawszy się odruchowo. - I zaprzeczę, jeśli kiedykolwiek mnie o to spytają. Chyba tylko na Sądzie Ostatecznym wyznam,

że o tym słyszałem... Nikt postronny nie powinien nigdy się tego dowiedzieć, a zwłaszcza... żaden przeciwnik - dorzucił znacząco, mrużąc nieco powieki. - Oczywiście, wasza miłość - przytaknął zgodnie prałat. - Do tej pory udało nam się zadbać, by sekretna wiedza nie wpadła w niepowołane ręce. - O, w tym także jesteście mistrzami - przyznał król z sardonicznym grymasem. - Tajne knowania to wasza specjalność. - Czynimy wszystko dla zwycięstwa prawdziwej wiary - oznajmił gładko biskup - i wielkości cesarstwa. - A skoro mowa o cesarstwie - podchwycił władca - czyli bardziej ziemskich sprawach... Co miała znaczyć ta ponura komedia z koroną? Nie wiedzieliście, ku czemu zmierza Rycheza? - Któż zdoła przewidzieć, jak postąpi niewiasta - odparł ostrożnie Suidger. - No tak, na niewiastach znacie się trochę gorzej - zauważył zgryźliwie król. Powinniście jednak zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie stwarza rozbudzanie w sercu księcia Karola niepotrzebnych nadziei. Koronacja Bolesława była bezprawna! stwierdził, podnosząc głos. - Bez zgody cesarza... - Ojciec Święty dał jednak pozwolenie - zaszemrał cicho Lucjusz, który tymczasem usunął się sprzed oczu możnych tego świata do ciemnego kąta, skąd śledził uważnie dalszy przebieg rozmowy. Henryk podskoczył na krześle jak użądlony w czuły punkt. - Nie mówcie mi o Janie XIX! - ryknął, machając rękami, jakby się oganiał od natrętnej osy. - Ten opasły chciwiec gotów był przehandlować prymat nad Kościołem z patriarchą Konstantynopola! Dla pieniędzy zrobiłby wszystko! Od mego ojca także sporo wyciągnął wyznał z goryczą. - Słono kazał sobie płacić za sakrę cesarską.

- Twój ojciec, miłościwy panie - wtrącił bystro prałat - zezwolił wygnanej pani Rychezie używać nadal tytułu królewskiego, a zatem pośrednio... - zawahał się na moment, lecz dokończył z chytrym uśmiechem - pośrednio uznał także koronacje jej męża i teścia. Monarcha milczał chwilę, stropiony przebiegłą argumentacją. Szybko jednak odzyskał rezon. - Wiem, co wam chodziło po głowie! - rzekł oskarżycielsko. - Chcieliście stworzyć potężną chrześcijańską monarchię na wschodzie, żeby trzymać w szachu cesarza. Ciekawa idea, przyznaję. Szkoda tylko, że tamtejsi poganie byli innego zdania - stwierdził z cynicznym ubolewaniem. - Pozornie solidna konstrukcja rozsypała się w proch... Żadnych marzeń, bracia. Czasy Bolesława nie wrócą. Polania musi zostać lennem Świętego Cesarstwa! zawołał, patrząc z góry na zakonników. - Wasalem Rzeszy! Był mocno wzburzony: krzywił gniewnie usta, w oczach błysnęła furia. Wydawało się, że za chwilę zacznie wygrażać im pięścią i tupać nogami. Łagodny ton kościelnego dostojnika rozproszył zbierające się chmury i ostudził zapał monarchy. - Potrafimy wyciągać wnioski ze swoich błędów, najjaśniejszy królu. Nie ma obaw, jeśli chodzi o Kazimierza Karola. Choć jest już dojrzałym mężczyzną, w głębi duszy to nadal pobożny, posłuszny chłopiec, nie znający świata ni ludzi. Zrobi wszystko, co mu doradzimy. - Więc doradzicie mu...? - zainteresował się król Henryk. - By zamknął koronę w pałacowym skarbcu i zapomniał o poronionych ambicjach przodków. Władca niezbyt udatnie zamaskował nerwowym pokasływaniem westchnienie ulgi. - Niedawno przybyły na mój dwór w Allstedt - zaczął powoli, jakby głośno myślał, zwracając się, rzecz ciekawa, głównie do Lucjusza - dwa poselstwa. Pierwszemu przewodzą

bracia Awdańcowie, a poza nimi w jego skład weszli przedstawiciele innych możnych rodów, które pozostały wierne Piastom. Drugie przysłał kniaź Jarosław. Oba przedostały się na nasze ziemie z ogromnym trudem, unikając po drodze wielkich niebezpieczeństw. Pierwsi musieli się stale ukrywać przed własnymi poddanymi. Drudzy zmuszeni byli ominąć zbuntowane pogańskie kraje i dotarli do nas drogą morską pod koniec listopada z Nowogrodu przez Szlezwik. Wszyscy strasznie wyrzekali na mazowieckiego samozwańca - dorzucił, szczerząc się złośliwie. - Najzabawniej przeklinali go Rusowie... Jak to szło, prałacie? - Wor bezczestnyj, duszegub proklatyj - podsunął usłużnie Suidger. Bezczelny łotr, przeklęty zbój, przetłumaczył błyskawicznie w myślach brat Lucjusz. - Słowa te są przedziwną muzyką dla moich uszu - kontynuował Henryk. - Czasem cudze nieszczęście bywa ulgą we własnych strapieniach... choć wiem, że to grzeszna przyjemność. Pogański uzurpator musiał im zdrowo dopiec. Obie delegacje błagały na kolanach, bym czym prędzej odesłał do kraju wygnanego następcę Piastów i pomógł mu odzyskać utracony tron. Jak więc myślicie? - zapytał retorycznie. - Chyba trzeba będzie ich wreszcie wysłuchać? Dla dobra Świętego Powszechnego Kościoła? W końcu Rusowie to także bracia w Chrystusie, nawet jeśli biskup Rzymu ciągle się wadzi z patriarchą Konstantynopola - zakonkludował z cierpkim uśmieszkiem. - Nadarza się znakomita okazja - podjął przytomnie prałat - związać się ściślej z Rusami w zwalczaniu pogaństwa. Kiedy Kazimierz Karol powróci, da Bóg szczęśliwie, na tron ojców, można by go wyswatać z siostrą Jarosława... - Tym się zajmiecie później - uciął monarcha. - Układy matrymonialne to wszak sprawa niewiast i klechów. Niech więc nieszczęsny tułacz wraca do ojcowizny, niech wypali pogaństwo żelazem i przywróci te ziemie Chrystusowi. - Gdy tak się stanie - rzekł Suidger z rozjaśnioną twarzą - będziesz dla potomnych

prawdziwym obrońcą wiary! Godnym cesarskiego diademu! - Hojnie wyposażę naszego kuzyna - zapewnił władca. Zmarszczył i szybko wypogodził czoło, jakby nękała go jakaś natrętna myśl, którą nareszcie postanowił głośno wyrazić. - Ale paladynów na razie mu nie dam - oświadczył tonem nie znoszącym sprzeciwu. Dostanie innych rycerzy, najlepszych, jakich znajdziemy w całym chrześcijaństwie. Wasi wychowankowie będą mi, póki co, potrzebni gdzie indziej. Bracia z Gladius Dei porozumieli się szybko wzrokiem. Lucjusz pokiwał tylko głową, jakby spodziewał się czegoś podobnego. Biskup Bambergu nie potrafił ukryć zaskoczenia. Twarz wydłużyła mu się w wyrazie zawodu. - Twoja wola, miłościwy panie - rzekł z pełną rozczarowania rezygnacją. Wiedział, że o ile w sprawach religii i wielkiej polityki król Henryk często dawał posłuch radom tajnego bractwa, o tyle nigdy nie pozwalał sobie niczego narzucić w kwestii prowadzenia wojen. Wprawdzie nie był szczególnie wybitnym wodzem, lecz bez wątpienia się za takiego uważał. - Jak ich zamierzasz wykorzystać, najjaśniejszy królu? - zapytał bez ogródek kulawy zakonnik. - To już moja domena - odparł wyniośle monarcha - ale zaspokoję twoją ciekawość, braciszku. Trzeba będzie przypomnieć Czechom i Węgrom o ich lenniczych obowiązkach. Zwłaszcza powinien znać swoje miejsce niesforny książę Brzetysław. Biskup Bambergu pokiwał głową ze zrozumieniem. - Niepokojące wieści dochodzą nas ostatnio z krainy Madziarów - zakrakał z kąta Lucjusz. - Szczególnie groźny jest żupan Vata, który zaplata włosy w trzy warkocze na sposób barbarzyńców i w swoim grodzie Bekes odprawia ohydne pogańskie obrzędy. Bez

wątpienia zaprzedał się diabłu. - Jak Miecław - zauważył trzeźwo król. - A słyszeliście może, co stało się w dalekiej Krainie Szkotów? - spytał znienacka, popatrując bystro na obu rozmówców. - Słyszeliśmy, niestety - potwierdził ze smutkiem prałat. - Występny i zdradziecki uzurpator Mac Bethad, co w ich pogańskim narzeczu znaczy: Syn Życia, zamordował dobrego, pobożnego króla Duncana i wygnał jego synów... - Dobry i pobożny król Duncan - zaskrzeczał znowu kulawiec jak złowieszczy kruk zabił wcześniej jego ojca i wymordował prawie całą rodzinę. Młodziutkiego Mac Bethada oszczędził w dziwnym odruchu miłosierdzia. - Nie ma litości dla pogan i zdrajców - wtrącił sucho król Henryk. - Za ten błąd władca zapłacił głową - przytaknął kuternoga. - Słyszeliśmy także, iż do krwawej zemsty namówiła szkockiego thana jego małżonka, Lady Gruoch... - Której zresztą Duncan ściął dawniej pierwszego męża - wtrącił Suidger. - I która jest przeklętą wiedźmą - kontynuował Lucjusz. - Ponoć objawiła mężowi w jakimś magicznym kotle potrójną postać diablicy Mathair, to jest Wielkiej Maci: młodej dzieweczki, dojrzałej matrony i złowieszczej staruchy, zwanej Nehalennia, co znaczy Niewzywana, czyli sama Śmierć. Dama jest już nie pierwszej młodości, lecz wciąż potrafi uczynić się ponętną i urodziwą, stąd zapewne pochodzi urok, jaki rzuciła na małżonka... - Całkiem jak matka Miecława - zauważył strwożony władca. - Zatruła jego serce i umysł czarną magią. Panicznie bał się czarów, a szczególnie czarujących kobiet, gdyż na niejednej się sparzył. Gdyby tylko mógł, spaliłby wszystkie wiedźmy na stosach. Żałował, że sądy biskupie w germańskich miastach działały w tym względzie zbyt opieszale i nader rzadko dochodziło do tego rodzaju procesów. Gdyby tak stworzyć specjalną armię łowców czarownic... Lucjusz

byłby z pewnością jej główną ozdobą. - Zawsze wiecie wszystko szybciej i lepiej niż ja - stwierdził z odcieniem niezadowolenia. - Sieć klasztorów działa sprawniej niż poczta cesarska - odparł miękko Hochmeister. - Ale Kościół toczy zgnilizna! - wykrzyknął monarcha, uderzając otwartą dłonią w stół. - Nic dziwnego, że pogaństwo wszędzie podnosi głowy, a wierni oczekują z trwogą nadejścia Antychrysta, skoro papieski stolec zajmuje nędznik, który zdobył go zbrodnią i przekupstwem! Ech, ten Teofilatto di Tuscolo - wysyczał, nasycając każdą zgłoskę jadem pogardy i nienawiści - ten Benedykt IX! Powiedzieć o nim: „Złodziej i morderca”, to zbyt wielki dla niego honor. Jak mogliście dopuścić, żeby taka kreatura została biskupem Rzymu?! - spytał z wyrzutem. Obaj duchowni porozumieli się znowu wzrokiem i pokornie spuścili głowy. - Cóż - zaczął powoli Suidger - mamy wprawdzie potężne wpływy, lecz dotyczą one Germanii. W Rzymie jesteśmy obcy i czasem trudno nam lawirować między ambicjami oraz intrygami potężnych italskich rodów... - Nie ma na świecie ludzi bardziej pobożnych - przyszedł mu w sukurs kulawiec - a zarazem bardziej rozpustnych i zbrodniczych niż Italczycy. - Więc może dosyć już Italczyków na Stolicy Piotrowej - zasugerował władca. - Pora na germańskiego papieża. - Tylko ty, miłościwy panie, mógłbyś tego dokonać - rzekł z cicha biskup Bambergu. Gdybyś wyruszył do Rzymu... - Rozważam to już od dawna - oznajmił król. - I właśnie dlatego będę potrzebował waszych paladynów - dodał wyjaśniająco w stronę Lucjusza, który skinął głową. - Któż jednak z naszych jest godny, by sięgnąć po najwyższy urząd - szepnął nieśmiało

wielki mistrz, nie podnosząc oczu na władcę. - Widzę jednego, który jest najgodniejszy - odparł bez wahania król Henryk, świdrując wzrokiem prałata. - Musimy to przemyśleć - odrzekł pokornie dostojnik. - To oczywiste - przytaknął monarcha. - Przemyślcie, naradźcie się, jak zawsze. Oczekuję waszej odpowiedzi na wieczerzy u pana opata - oświadczył, wstając i ruszając ku wyjściu. Duchowni pożegnali go czołobitnymi pokłonami. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, popatrzyli na siebie i w tej samej chwili na ich suchych wargach wykwitł identyczny, triumfalny uśmiech. Nie potrzebowali słów, by określić jego przyczynę. Paladyni Chrystusa stali wzdłuż naw klasztornej świątyni długim szpalerem białych, lodowatych posągów. Książę Kazimierz Karol, mijając swych towarzyszy, gdy szedł przez środek kościoła, zachował dumne, nieporuszone oblicze. Wiedział, że wszyscy uważnie go obserwują i każdy jego gest, każde mrugnięcie powieką będzie zauważone i odnotowane, a potem roztrząsane na dziesiątki sposobów. Wsłuchiwał się w anielskie głosiki nowicjuszy, śpiewających za kratkami chóru: Veni Creator Spiritus, Mentes tuorum visita... Pokłonił się najpierw królowej matce, która ucałowała wysokie czoło następcy i zawiesiła mu na szyi złoty krzyż z relikwią, należący kiedyś do jego dziadka, Bolesława. - Niech Trójca Przenajświętsza ma cię w opiece - powiedziała Rycheza dobitnie - i obdarzy siłą w służbie dla prawdziwej wiary. Jej brat, arcybiskup Kolonii Herman, wręczył siostrzeńcowi włócznię świętego Maurycego, a raczej jej podobiznę, z uczepionym do niej purpurowym proporcem, na którym

widniał biały piastowski orzeł. - Niech Wszechmogący nigdy cię nie opuszcza - rzekł z namaszczeniem - i moc świętej wiary zawsze mieszka w twym sercu. Tyle pięknych słów, pojawiła się w głowie brata Arona niechciana myśl, a cel zawsze jednaki: rzeź i pożoga... Potrząsnął wygoloną starannie tonsurą, starając się przegnać szatańskie podszepty. Kazimierz Karol ruszył teraz w stronę głównego ołtarza, gdzie czekali nań król Henryk i prałat Suidger. Obaj wyglądali wspaniale w iskrzących klejnotami, złotolitych ornatach. Monarcha wolał stać podczas mszy i pozostałych obrzędów. Owego ranka, zanim przywdział uroczyste szaty, kazał się tęgo wychłostać braciom z Gladius Dei, by nie zapomnieć, że jest tylko marnym prochem przed obliczem Pana. - W oczach Boga wszyscy jesteśmy nędznikami - lubił często powtarzać. Zadek piekł go tak niemiłosiernie, że nie mógł usiedzieć na tronie. Książę Polanii klęknął na jedno kolano przed germańskim władcą, hołdowniczym gestem nurzając w pyle posadzki rodową chorągiew. Król Henryk uderzył go lekko płazem Szczerbca po ramieniu, mówiąc ceremonialnie: - Oby Bóg dał ci zwycięstwo, kuzynie! Po czym oddał mu miecz jego ojców. Kazimierz Karol uniósł broń do góry, a wówczas lekko wyszczerbiona klinga rozbłysła nieziemskim blaskiem. Accende lumen sensibus... - śpiewali dalej poświęceni Bogu młodziankowie. Zmaganie z wewnętrznym demonem i podniosły nastrój chwili dziwnie podnieciły Arona. Cudowna opaska świętego Emmerama zacisnęła się na lędźwiach, wpijając się boleśnie w czułe miejsca. Kiedy już zdawało się mnichowi, że wygnał z serca diabelską

pokusę, Hochmeister Gladius Dei niespodziewanie wyraził głośno to, o czym inni bali się myśleć. - Zniszcz pogan w imię Chrystusa - powiedział Suidger, kreśląc znak krzyża nad jasną głową księcia. - Walcz dzielnie i nie bierz jeńców - podkreślił. Chwilę trwało w kościele nieco skonsternowane milczenie, prędko jednak przerwał je cichy śmiech władcy Świętego Cesarstwa. - Prałat słusznie powiada - pochwalił dostojnika. - W walce z wrogami krzyża nie ma miejsca na miłosierdzie. Wielkie wyzwania naszych czasów nie rozstrzygną się modłami ni ofiarami, tylko krwią i żelazem. 10. Ciemna Matnia (wiosna-lato 1047) Szarpali się, jak trzy rozzłoszczone szerszenie, w cienkiej, lecz mocnej i lepkiej pajęczynie, prędko jednak zaprzestali daremnych wysiłków. Spowijający ich mglisty woal nie dawał się rozerwać ani ciąć. Mogli się poruszać w ograniczonym zakresie, lecz nie potrafili się wyplątać. Po paru bezowocnych próbach rycerz i łowca dali za wygraną. Guślarz uczynił tak wcześniej. Przysiadł spokojnie na mchu, mamrocząc pod nosem. - Co to za paskudztwo? - zachrypiał Mścigniew, trzęsąc się z odrazy i bezsilnej wściekłości. Wolał otwartą walkę twarzą w twarz. Nie cierpiał podstępnych pułapek, zwłaszcza kiedy w nie wpadał. - Zawiła Sieć - wyjaśnił spokojnie Widun. - Uwita z pędów młodego wilca, księżycowych promieni i ścielących się po leśnym runie kosmyków porannych mgieł, nasączona sokiem kwiatu paproci, spojona najmocniejszą żywicą... - Czyje to dzieło? - spytał Andaj, wzdrygając się na myśl o stworze, który potrafił zrobić coś takiego.

Guślarz zerknął na młodzika z dobrodusznym politowaniem. - Boranin o to pyta? Powinieneś wiedzieć, że coś takiego potrafią upleść jedynie leśne wiły Podniósł znacząco palec do góry, w stronę koron drzew, zwracając uwagę młodszych towarzyszy na dochodzące spośród gałęzi nieludzko melodyjne zaśpiewy i chichoty. Chłopak parsknął pustym śmiechem, pragnąc ukryć konfuzję. - Wiły? A zatem dobra nasza! To miłe, nieszkodliwe istotki, przyjazne Synom Drzew, choć czasami bywają złośliwe, kiedy urazi się ich uczucia. Pewnie to jedna z ich słynnych psot. Widun pokręcił zafrasowany siwą głową. - Obawiam się, że to coś więcej, niż zwykła psotliwość. Gdyby chciały nam tylko dokuczyć, nie zadałyby sobie tyle trudu. - Na co czekasz, stryju? - syknął popędliwie wojownik. - Skoro sieć jest magiczna, znasz chyba jakiś czar niweczący takie plugastwo? - Niestety - zaprzeczył wieszczek. - Nawet gdybym znał, na nic by się nie zdał. - Dlaczego? - Zawiła Sieć uniemożliwia wszelką magię, pętając ją tak samo, jak nasze ciała wyjaśnił oschle staruszek. - Więc jesteśmy zdani na łaskę tych małych istot? - upewnił się Andaj. Guślarz przytaknął skinieniem głowy. - Na to wygląda. Mogą nas tak trzymać, jak długo zechcą. Dopóki nie powiedzą, czego sobie od nas życzą... - Zawsze życzymy sobie szczerości - odpowiedział mu głęboki, dudniący, lekko chrapliwy bas, rozchodzący się nisko przy ziemi - choć trudno jej się spodziewać po ludziach.

Trójka więźniów zamarła na chwilę, po czym spojrzała po sobie z niepokojem. Wytężyli wzrok, usiłując coś dojrzeć przez gęstą zasłonę. - Tam są nie tylko wiły - szepnął Jadźwing - lecz także skrzaty. - To lepiej czy gorzej? - spytał wojownik, zaciskając dłoń na rękojeści miecza. - Zależy od ich usposobienia - zaznaczył Widun. - Na pewno się zaraz dowiemy... Hej, leśni bracia - zawołał - tak witacie podróżnych? Czyżby całkiem umarła już przysłowiowa skrzacia gościnność? - Domagacie się gościnności? - ryknął skrzat. - Po tym, co zrobiliście?! - A co niby takiego zrobiliśmy? - zdziwił się guślarz. - Wtargnęliście tu bez pytania - stwierdził leśny ludzik - przyprowadzeni przez nocnego krwiopijcę. To jeszcze uszłoby wam na sucho, bo nawiedzają Bór różne stwory... lecz sprowadziliście na nas znacznie gorsze zło. - Co masz na myśli? - wypytywał dalej Widun, starając się, by głos brzmiał spokojnie. - Niedługo po was - odparł brodaty gnom - w innej części lasu zjawiła się banda obcych czerńców. Otaczała ich paląca źrenice niezdrowa jasność, a przebrzydłe amulety odbijały nasze czary, parząc dłonie zaklinaczy. Nie potrafiliśmy ich usidlić. Już mieliśmy zasypać ich strzałami i kamieniami, gdy skryli się przed naszym okiem... - Obcy czerńce, powiadasz? - powtórzył ze zgrozą kapłan. - Zdołali się wedrzeć do Zaklętego Boru? Trzej jeńcy znów popatrzyli na siebie z rosnącą obawą, że wpadli w znacznie gorszą pułapkę, niż początkowo sądzili. - Chyba władam dość dobrze mową Ludu Słowa? - odparował zgryźliwie skrzat. - Nie udawaj, że o tym nie wiesz, człowieczku. Przypuszczam, że szli za wami. Tak czy inaczej, przywiedliście ze sobą nieproszonych szkodników.

- W jaki sposób odparli wasz atak? - zapytał guślarz, czując spływającą ze skroni strużkę potu. - Znali drogę do Ciemnej Matni - wyjaśnił mały brodacz. - Prowadził ich, chyba pod przymusem, gruby kapłan Strzyboga. W ostatniej chwili, nim zdążyliśmy popędzić nasze lisy i naciągnąć proce, skryli się w sercu mroku. A żaden z nas, nawet młodziutki, narwany stulatek, nie jest na tyle głupi, by narażać się na spotkanie z czającymi się tam bestiami. Zresztą pewnie czerńce już stamtąd nie wrócą - dodał z mściwą satysfakcją. - Coraz lepiej - mruknął guślarz. - Tego jeszcze nam brakowało... Słuchajcie, leśni ludkowie - zwrócił się ponownie do skrzatów, próbując użyć Głosu, choć wiedział, że nie zadziała, dopóki spętani są Siecią - nie mamy nic wspólnego z nadejściem obcych. To nieszczęśliwy przypadek. Musicie uwierzyć, że nie jesteśmy waszymi wrogami... - Dla nas każdy jest wrogiem - odpowiedział dumnie karlik - kto narusza dębowy mir. - Słusznie - przytaknął z przekonaniem guślarz - lecz my nie uczyniliśmy niczego, za co musielibyśmy się wstydzić. Jest ze mną Syn Drzew z wolnej Krainy Jezior i berserk o niedźwiedzim sercu. Służymy prawym bogom. Czy sądzicie, że ludzie tacy jak my zaprzedaliby się wrażym krystowiercom? Musicie nas wysłuchać i puścić wolno - rzekł z naciskiem. - A ty kim jesteś, że mówisz, co mamy robić? - obruszył się skrzaci przywódca. - Jestem sługą Welesa - oświadczył z godnością Widun. - Winniście mi szacunek i posłuszeństwo. Wśród skrzatów dał się słyszeć zbiorowy okrzyk zdumienia, a potem szmer konsternacji i niedowierzania. - Naprawdę jesteś guślarzem Pana Tajemnic? - spytał w końcu nieufnie ciągle ten sam głos. - Jak tego zamierzasz dowieść?

- Gdybyście mnie uwolnili - zasugerował chytrze kapłan - wystarczyłoby jedno Słowo Mocy, aby wam pokazać, kim jestem... Wiem o was wszystko, ludkowie - podjął, nie doczekawszy się reakcji. - Znam wasze najstarsze dzieje. - Doprawdy? - odparł z przekąsem gnom. - Ludzie nie potrafią odczytać naszych kronik, spisanych na brzozowej korze. Wielkie masz o sobie mniemanie, człowieczku. Co, twoim zdaniem, wiesz? - Kiedy świat trząsł się w posadach - rzekł guślarz - a bogowie walczyli ze sobą, byliście świtą Welesa, oddanymi strażnikami Nawii. Braliście udział w walkach o dominację nad Martwą Krainą i przyczyniliście się do zwycięstwa swego stwórcy. Gdy jednak Gromowładny pokonał hordy Czarnoboga i Chorsa, ujrzeliście ze smutkiem, że ukochany Zaświat zmienił się nie do poznania. Działające tam niszczycielskie energie uczyniły zeń posępne pobojowisko, a w zakamarkach zgliszcz wylęgły się setki złowrogich demonów. Wasza domena została nieodwracalnie odkształcona i splugawiona. Wówczas uprosiliście Rogatego Pana, by pozwolił wam przenieść się do żywego świata. Dlatego obraliście za główną siedzibę Zaklęty Bór, gdyż blisko stąd do Nawii, którą często nawiedzacie, nie mogąc się wyzbyć tęsknoty za utraconą ojczyzną... - Ładna opowieść - pochwalił wódz skrzatów - lecz prawie każdy ludzki dzieciak wysysa ją z mlekiem mamki. Ty także mogłeś ją usłyszeć od swojej piastunki lub nocą przy ognisku. Niczego nam nie dowiodłeś - dodał z uporem. - Więc może przekonam cię w inny sposób, przyjacielu - podjął cierpliwie Widun. Mam także rozległą wiedzę na twój temat. Rozpoznaję ten głos, chociaż widzieliśmy się ponad czterdzieści lat temu. - To całkiem niedawno - zaoponował leśny ludzik, wyraźnie zaciekawiony. - Gościłeś już w naszym Borze?

- Owszem - potwierdził mag, unosząc figlarnie brew. - Poznałem cię wtedy bliżej i dowiedziałem się, dlaczego wciąż się drapiesz... Szyszkunie. Wśród brodatych gnomów rozległ się ożywiony gwar, uciszony jednym gestem dowódcy. - Coś takiego! - wykrzyknął, zdumiony w najwyższym stopniu. - Znasz nawet moje imię! Nie wiedziałem, że jestem tak sławny wśród dużych ludzi - stwierdził z dziecinną pychą. - Lecz w tej drugiej sprawie na pewno szachrujesz - sprowokował nieostrożnie starca. Ciekawość była najwidoczniej nieprzezwyciężoną namiętnością leśnego ludku. - Nie tylko znam twoje miano - oznajmił radośnie guślarz - ale także największą tajemnicę. W pradawnych czasach, kiedy świat jeszcze był młody, zostałeś powiernikiem rozmaitych boskich skarbów i największych sekretów. Pewnego razu Weles postanowił wypróbować twoją lojalność. Dał ci na przechowanie szkatułkę, lecz zakazał otwierać, przestrzegając, że kryje się w niej straszny potwór, który ośmielił się nawet pić krew bogów. Długo biłeś się z myślami, starając się opanować wrodzoną dociekliwość i wścibskość, wreszcie jednak poddałeś się swej naturze. Uchyliłeś wieko, by na własne oczy zobaczyć uwięzionego mocarza, którego bogowie się tak lękają. Wówczas ze szkatułki wyleciał rój wygłodniałych komarów i okrutnie cię pokąsał. Od tamtej pory za karę ciągle się czochrasz na wieczną rzeczy pamiątkę. W koronach drzew rozległ się śpiewny, cieniutki chichot, a otaczające Zawiłą Sieć gnomy zarechotały ze złośliwą uciechą. Rechot został stłumiony dość szybko, lecz wiły śmiały się nadal, nic sobie nie robiąc z piorunujących spojrzeń skrzaciego przywódcy. - Skąd o tym wiesz?! - wrzasnął wytrącony z równowagi Szyszkun. - Tej opowieści nie znali nawet moi najbliżsi krewni, podły człecze! - Sam mi to wyznałeś - wyjaśnił uprzejmie wieszczek. - Nie pamiętasz tego, gdyż

opróżniłeś właśnie bodaj trzecią flaszkę swej pysznej żołędziowej nalewki. Zrobiłeś się wówczas strasznie wylewny i gadatliwy. Więc zapomniałeś już swego miłego kompana od kielicha, młodego guślarza Widuna? - spytał z udanym smutkiem. - Coś tam pamiętam - przyznał skrzat niechętnie, odrobinę zbity z tropu. Milczał chwilę, zapewne by odzyskać kontenans. Guślarz miał już nadzieję, że usłyszy nakaz uwolnienia, lecz spotkało go srogie rozczarowanie. - Niczego tym nie dowiodłeś! - zawołał skrzaci herszt z absurdalnym triumfem. - Wy, ludzie, potraficie zmienić się kilkakrotnie nawet w tak śmiesznie krótkim czasie, jak czterdzieści lat! Skąd mogę wiedzieć, co wyrosło z tamtego ciekawego świata, sympatycznego młodzika? Może tymczasem stałeś się zgorzkniałym, przegranym staruchem i przeszedłeś na służbę... tamtych? - zarzucił jadowicie. Widun westchnął ciężko, przewracając wymownie oczami. - Mówiłeś, że skrzaty są mądre - warknął cicho Mścigniew, mając nerwy napięte jak postronki. - Bo są - odparł szeptem czarownik - lecz zarazem niezwykle uparte. Ich umysł nie jest zbyt giętki. Kiedy przywiążą się do jakiejś myśli, trudno im się potem z nią rozstać. - My nazywamy takiego duslaks - mruknął przejęty Andaj. - Strzępicie języki, a tymczasem pani Żywia może już wpadła w łapy czerńców - przypomniał. Wojownik spojrzał bystro na mniemanego rywala i pokiwał żarliwie głową. - Posłuchaj, Szyszkunie - podjął guślarz, ze wszystkich sił starając się zachować zimną krew - musisz nam zawierzyć, że walczymy po tej samej stronie. Miło wspomnieć razem młode lata, lecz nasza przyjaciółka być może znalazła się w wielkim niebezpieczeństwie... - Nic mi nie grozi - przerwał mu nagle wysoki, donośny głos Żywii. - Jestem tutaj, Widunie.

Skrzaty odpowiedziały pomrukami trwogi i zaskoczenia. Były najwyraźniej zmieszane pojawieniem się nowej osoby, która odwiedziła Ciemną Matnię i wyszła z tego bez szwanku. Małe piwne oczka świdrowały z zachłanną, niekoniecznie przyjazną ciekawością gibką, wyniosłą sylwetkę kapłanki. Brodate, pomarszczone oblicza krzywiły się pociesznie, obrazując walkę toczącą się w duszyczkach. Wierzyć, nie wierzyć? Oto jest pytanie. - Uwolnijcie moich przyjaciół - nakazała spokojnie wieszczka. Wiekowy gnom w wyszarzałym, niegdyś zielonym kubraczku, z długą, zatkniętą za pas siwą brodą, nieproporcjonalnie, wręcz groteskowo rozrośnięty w barach, ścisnął piętami boki swego dorodnego lisa z pyszną rudą kitą i wysforował się na czoło zgrai, wymachując groźnie dzierżonym w mocarnej, sękatej dłoni grubym kosturem. Miał przy tym naburmuszoną minę kogoś, kto nie chce przyznać się do pomyłki. - Patrzajcie, bracia! - ryknął gniewnie. - Ludzka czarownica! Teraz ona będzie nam rozkazywać! A niby jakim prawem?! - Odwiecznym prawem natury - odparła stanowczo Żywia. - Mocy, która panuje nad słabszymi duchem. Każ leśnym siostrom, by zabrały swą Sieć, bo inaczej... - Bo co?! - podchwycił Szyszkun niczym przekorny dzieciak. - Co nam zrobisz, o pani? Księżna zapatrzyła się chwilę na jego dobrze ociosany kostur i wyrzezane na nim bojowe runy. Na jej wargach wykwitł zagadkowy, dosyć paskudny uśmieszek. - Hm, muszę się zastanowić - rzekła powoli, udając, że się namyśla. - Może na przykład wezmę tę gałązkę - podjęła po chwili, schylając się i podnosząc z ziemi suchy patyk - a teraz złamię ją, właśnie tak... Uczyniła, jak zapowiedziała, szepcząc niemal niedosłyszalne zaklęcie. Gdy patyk złamał się z cichym trzaskiem, niemal jednocześnie kostur Szyszkuna pękł w połowie i rozpadł się na kawałki.

Skrzaci przywódca wybałuszał przez chwilę swoje paciorkowate ślepia, patrząc z niedowierzaniem na lichy ułomek drewna, który pozostał mu w dłoni. W końcu brodate lico zapłonęło świętym oburzeniem. - Jak śmiałaś to uczynić! - zaryczał, budząc wielokrotne, rozgłośne echa w koronach drzew. - Ten kostur towarzyszył mi od zarania dziejów, był stary jak sam czas! - Więc pora go wymienić - odparła beznamiętnie kapłanka, wzruszając ramionami. Zdążył spróchnieć, jak twój starczy umysł. - Nie daruję ci tego, wiedźmo! - wrzeszczał rozjuszony gnom. - Hej, bracia! - zwrócił się do drużyny. - Zasypcie ją kamieniami! Niech dołączy do swych kamratów! Żywia zachowała kamienne, niewzruszone oblicze. Sprawiła, że skrzaty zawahały się przed wykonaniem rozkazu tak niesłychanego, jak zaatakowanie kapłanki Wielkiej Bogini. - Dość mam twego tępego, krótkowzrocznego uporu, Szyszkunie - oznajmiła. - Widzę, że trzeba ci dać prawdziwą nauczkę... Owijcie ich, córy Mokoszy! - zawołała nagle wielkim Głosem, unosząc obie dłonie w czarodziejskim geście, a następnie wskazując mocno stropionych gnomów. Choć skrzaty od wieków były ich leśnymi braćmi, wiły nie mogły nie posłuchać pierwotnego wezwania, jakim Matka Wilgotna Ziemia zwoływała ulubienice do boju. W okamgnieniu zwróciły się przeciwko dotychczasowym sprzymierzeńcom, zanim brodaci ludkowie zdążyli napiąć rzemienie proc. Spomiędzy gęstych gałęzi wyroiły się niewielkie istoty, unosząc się na wibrujących, tęczowych skrzydełkach, podobnych do skrzydeł ważki. Przewyższały trochę wzrostem gnomów, były też od nich smuklejsze i bardziej zwinne. Dziewczęce i kobiece kształty otulała

przejrzysta, migotliwa mgiełka. Złowróżbnie chichocząc, owiły gromadę brodaczy świetlistym kręgiem, wyginającym się jak złoty wąż, który połyka własny ogon. Parzyły przeciwników iskrami, strzelającymi z palców i jasnych włosów, albo chłostały wiklinowymi różdżkami i pękami łoziny, gorejącymi niczym ogniste wici. Niektóre szyły z małych łuków. Groty strzałek były zatrute szalejem, toteż ugodzone nimi lisie rumaki natychmiast zaczęły wiercić się i skakać w obłędzie, zrzucając jeźdźców z grzbietów, gryząc i drapiąc, co popadło, czym wywołały nie lada zamieszanie. Na próżno skrzaty oganiały się swymi grubymi pałkami i próbowały ciskać kamyki. W oddziale zapanował kompletny zamęt, a wiły prędko zyskały przewagę. - Dosyć już - zapiszczał żałośnie Szyszkun, usiłując zarazem ugasić szybkimi uderzeniami otwartej prawicy tlącą się w paru miejscach brodę. - Każ swoim służkom przestać nas dręczyć, dobra czarodziejko! - Należało się wam - odparła surowo Żywia - za ślepotę. Na przyszłość może lepiej zdołacie odróżnić wrogów od przyjaciół. Wyśpiewała jakieś długie, niemal niemożliwe do wypowiedzenia przez ludzki język Słowo, a wówczas wiły zaprzestały okrutnej zabawy. Otoczyły teraz kapłankę, czule szczebiocząc. Głaskały ją po policzkach, dłoniach i ramionach. Żywia uśmiechnęła się promiennie i szepnęła coś do dwóch z nich, noszących wianki z zawilców wplecione we włosy przetykane srebrnymi pasmami. Wyglądały na najstarsze i przewodzące grupie. Skinęły główkami w odpowiedzi i wraz z dwiema innymi pofrunęły w stronę Zawiłej Sieci. Uniosły do góry drżącą lekko, wiotką z pozoru tkaninę, po czym zniknęły z nią w głębi boru. Uwolnieni ludzie otrzepywali odzież i odruchowo ocierali twarze, jakby nadal przylegały do nich pajęcze pasma. Po chwili podeszli do swej wybawicielki, która delikatnie próbowała się bronić przed natarczywymi czułościami malutkich rusałek. Kiedy mężczyźni

zbliżyli się na odległość kroku, wiły zabrzęczały jak rozgniewane pszczoły i odleciały na bok, tworząc migoczący w półmroku rój, jakby na coś jeszcze czekały. - Na pewno w przyszłości będziemy trzymać się z dala od wszystkich czarodziejek i czarodziejów - zahuczał Szyszkun, odzyskując tymczasem swój wspaniały bas, imponujący u tak małego ludzika. Skrzaty doprowadzały się powoli do porządku, gasząc odzież i rozcierając poparzone bicepsy. Uspokajały lisie wierzchowce, skrobiąc je za uszami i gładząc po rudych kitach. Przygryzając sumiaste wąsy, klęły przy tym siarczyście w swojej tajemnej mowie. - Zawsze to jakiś postęp - skonstatowała życzliwie kapłanka. - Odprowadzimy was do Splątanej Bramy - zdecydował skrzaci herszt - bo nie mógłbym zasnąć spokojnie, gdyby po drodze stało się wam coś złego - zakończył z wyrachowaną kurtuazją. - Dziękujemy ci, leśny bracie - odparła Żywia - lecz poznałam już drogę do wejścia. - Wybacz, że nie pójdziemy z wami do końca - podjął nieco stropiony Szyszkun - lecz nie jesteśmy tak dur... tak odważni jak ludzie - poprawił się pospiesznie. - Nie dziwię się wam - odrzekła wyrozumiale wróżka - to straszne miejsce. Stwierdziwszy to, wzdrygnęła się mimowolnie, chociaż nie wyglądała na przestraszoną. - Więc po co tam poszłaś? - syknął guślarz z wyrzutem. Pytanie to zostało na razie puszczone mimo uszu. - Zostawię chociaż dwóch naszych - nalegał dowódca. - Niech was eskortują do wejścia. Iglak, Podgrzybek! - zawołał na podkomendnych. Wydał im rozkaz w gardłowym, warkliwym skrzacim języku. Młodsi, najwyżej dwustuletni brodacze radzi nie radzi posłuchali polecenia. - Ta je! - huknęli jak jeden mąż.

Ścisnęli kolanami futrzane boki rumaków i podjechali do czwórki wędrowców, dzierżąc krzepko na ramionach najeżone żelaznymi ćwiekami maczugi. - Cóż za wzruszająca troskliwość - stwierdziła kapłanka z subtelną drwiną. - A jeśli wrócicie stamtąd cali i zdrowi - podjął Szyszkun, wyraźnie odzyskując dobry humor - zaznacie wtedy prawdziwej skrzaciej gościny i skosztujecie mojej słynnej żołędziowej nalewki! - Nie mogę się już doczekać - zapewnił Widun, uśmiechając się szelmowsko z porozumiewawczym zmrużeniem oka. - Myśli, że nie wrócimy - zamruczał po chwili do przyjaciół, wpatrując się w szerokie plecy odjeżdżającego. - Takie obietnice są tyle warte, co przysięgi portowej dziewki - dodał, westchnąwszy melancholijnie. Kiedy skrzaty już odjechały, niknąc kolejno w półmroku, nad ich zmierzwionymi czuprynami zabłysły dwa wibrujące ogniki. Dwie starsze wiły przyleciały z powrotem, niosąc w dłoniach jakiś cienki, płaski przedmiot, starannie owinięty w liście łopianu. Wręczyły wróżce tajemnicze zawiniątko. Przyjęła je z wdzięcznością, nadstawiając pełne usta do słodkich siostrzanych całusów. W końcu rozćwierkane wesoło istotki odfrunęły za swymi leśnymi braćmi. Tymczasem wieszczka ukryła ostrożnie pakunek w dużej sakwie u paska. - Co to jest? - zaciekawił się Mścigniew. - Czym cię obdarowały? - Powiedzmy, że jest to dar na przeprosiny - odparła Żywia lakonicznie, otulając się szczelniej opończą. - Dla nas wszystkich. - Ale co to takiego? - poparł druha Andaj, chociaż domyślał się, jaki najcenniejszy dar leśne siostry mogły ofiarować kapłance. - Dowiecie się, kiedy zajdzie potrzeba - ucięła dalsze indagacje wieszczka tonem nie znoszącym sprzeciwu.

Guślarz przyglądał się księżnej badawczo z coraz bardziej mieszanymi uczuciami. Miał wrażenie, że samotny kontakt z mrokiem Ciemnej Matni naznaczył w jakiś osobliwy sposób matkę Miecława. Widział to w jej ostrym, zimnym wejrzeniu, w dziwnie pobladłej skórze i oczach ściemniałych jak przydymione, zielonkawe kryształy. Wychwytywał w tonie głosu metaliczne brzmienia, jakich wcześniej nie słyszał. Jakby jej serce utraciło resztki ciepła, zamieniając się w sopel lodu, a umysł ścisnęła kowana w żelazie obręcz. Na pewno nie było to ta sama Żywia, jaką znał i podziwiał od wielu lat. Coś się w niej odmieniło, lecz nie umiał określić konkretnie, co. Dwaj młodsi uczestnicy wyprawy niczego nie zauważyli, jak ogromna większość mężczyzn niewrażliwi na kwestię drgnień kobiecej duszy i skomplikowanych odcieni niewieścich emocji. Mścigniew nie miał w ogóle żadnego pojęcia o tych sprawach, uważał jedynie, że babie trzeba złożyć bogate dary, a potem jej odpowiednio „dogodzić”, aby była szczęśliwa i obdarzała mężczyznę czułością. Ostatecznie był tylko niedźwiedziem w ludzkim ciele. Andaj miał bystrzejsze oko i większą intuicję. Udawało mu się czasem wyłowić rzeczy niedostrzegalne dla innych, lecz w używaniu tej wrodzonej cechy był wciąż kompletnym żółtodziobem. Widun w ciągu swego długiego żywota poznał wiele kobiet, od arcykapłanki do posługaczki, i wyrobił w sobie zdolność obserwowania ich zachowań chłodnym okiem, niezależnie od odczuwanych żądz. Im był starszy, tym łatwiej mu to przychodziło. Umiejętność ta parokrotnie uratowała mu życie. - Nie odpowiedziałaś na moje pytanie - mruknął, gdy szli przez las, prowadzeni przez lisich jeźdźców. - Które? - spytała od niechcenia. - Po kiego licha szłaś sama do Ciemnej Matni, narażając siebie i resztę drużyny -

sprecyzował, akcentując dobitnie każdą zgłoskę. - Usłyszałam wzywający mnie głos - odpowiedziała. - Dziwnie znajome echo minionych dni. - Jakiś martwy cień rzucił na ciebie urok - skonstatował domyślnie guślarz, starając się ukryć niepokój. - I co się tam wydarzyło? - dopytywał, zerkając na wróżkę spod oka. - Nic takiego - odparła, wzruszając ramionami. - Ledwie przekroczyłam granicę mroku, spotkałam Nostrzyka... - Nareszcie się znalazł! Podobno miał nas chronić! Lepiej późno, niż wcale... I czego chciał od ciebie strzygoń? - Niczego. Rozmawiałam z nim tylko przez chwilę, gdyż nagle jego upiorne zmysły przyciągnął jakiś niesłyszalny dla mnie hałas w samym sercu Matni. Zamienił się w nietoperza i odleciał zobaczyć, co się tam dzieje. Ja zaś wróciłam do widnej strefy i natknęłam się na was. - Biegliśmy za tobą, by cię powstrzymać - wyjaśnił z odcieniem pretensji. - Niestety, nie zdążyliśmy. - Bo was zatrzymano - zauważyła trochę kpiąco. - Nostrzyk powiedział, co go tak zaniepokoiło? - drążył Widun, udając, że nie usłyszał ironii. - Wspomniał o jakichś obcych. Dodał, że musimy się spieszyć. - Skrzat mówił, że w Ciemnej Matni buszują obcy czerńce. Istotnie, trzeba działać szybko, jeśli mamy się pozbyć szkodników. Oby nie było za późno! Postanowił nie drażnić kobiety dalszymi dociekaniami, chociaż czuł wyraźnie przez skórę, że nie wyznała wszystkiego. Gdy zechce, sama mu w końcu powie. Guślarz Welesa często bywał powiernikiem różnych sekretów, niemal jak chrześcijański spowiednik. Był

teraz pewien, że wróżka doświadczyła tam czegoś więcej, przeszła przez smugę cienia, której ślad pragnęła zachować tylko dla siebie. Wybawił oboje z niezręcznej sytuacji tupot kopyt i znajome rżenie, dobiegające od strony nadrzecznej polany. Niezawodny Pukis przyprowadził ze sobą resztę rumaków, obejmując w tym niewielkim stadku rolę przewodnika. Kiedy stanęli przed gęstą, zbitą ścianą ciemności, zaczynającą się za dwoma pniami ogromnych wiązów, tworzącymi za pomocą splątanych gałęzi rodzaj naturalnej bramy, rumaki zaczęły kwiczeć lękliwie i zapierać się kopytami. W końcu jednak poszły śladem włochatego kucyka, który odważnie wskoczył w mrok, dając innym dobry przykład. Ludzie, jak to ludzie, nawet jeśli czuli strach w swoich sercach, nie okazywali go na zewnątrz. - Niech Perun prowadzi twój miecz - życzył Iglak rycerzowi. - Zawsze go prowadzi - odrzekł nieco chełpliwie Mścigniew - ale dziękuję ci, bracie. - Oby wiatry Strzyboga daleko niosły twe strzały - krzyknął za łowcą Podgrzybek, spozierając z sympatią na młodego Boranina. - Czuję w sobie ducha Strzyboga - stwierdził Andaj z szerokim uśmiechem, błyskając wesoło oczami - choć pewnie czułbym mocniej, gdybym spróbował waszej nalewki - dorzucił od niechcenia. Skrzaty porozumiały się wzrokiem, coś tam zamamrotały między sobą, w końcu Podgrzybek wygmerał zza pazuchy niewielką, płaską flaszkę i wręczył ją Jadźwingowi. Młodzieniec pociągnął z niej spory łyk i natychmiast oddał towarzyszowi. Przełknąwszy gęsty, palący gardło płyn, obaj postawili oczy w słup i utracili na chwilę zdolność oddychania. Później jednak na ich obliczach pojawiła się błogość. - Teraz mam wrażenie, że duch Pana Morskiego Wiatru wsącza się w moje kości zapewnił Syn Drzew.

- Mocna, psiajucha - skwitował sprawę Mścigniew, oddając flaszkę skrzatowi. - Pospieszcie się - napomniał ich surowo Widun. Guślarz ani kapłanka nie wyrazili chęci raczenia się w takiej chwili pobudzającym napojem. Chcieli zachować czyste zmysły na wypadek, gdyby zaszła potrzeba rzucenia czaru. Byli pewni, że zajdzie. Co innego wojownicy: ci zawsze mieli prawo pofolgować sobie przed walką. Wszyscy podziękowali raz jeszcze skrzatom i przekroczyli Splątaną Bramę. Gałęzie drzew i pnącza bluszczu, oplatającego ogromne pnie, naprężyły się, czując ciepło ludzkich ciał. Drżały lekko, dostrajając pulsowanie żywotnych soków do przyspieszonego krwioobiegu intruzów. Mali brodacze patrzyli spod krzaczastych brwi na niknących w cieniu poszukiwaczy, jakby ludzie byli już straconymi dla świata, zgubionymi samobójcami. Niewątpliwie nie było to dalekie od prawdy. Gęsta zasłona mroku otoczyła wędrowców ze wszystkich stron, jakby pragnęła ich ogarnąć i wchłonąć. Andaj wyszukał po drodze w miarę grube karpy, korzenie iglastych drzew, które obecnie zapalił i rozdał towarzyszom. Zaimprowizowane łuczywa tylko trochę rozproszyły nieprzeniknione, głębokie cienie. Rozglądali się bezradnie, oświetlając wielkie czarne konary i cierniste zarośla, emanujące tajemniczą wrogością. Każde drzewo wydawało się zbrojnym widmem, każdy krzew wygłodniałą bestią. Trudno było znaleźć jakiś punkt, mogący dopomóc zorientować się w otoczeniu, a nawet stronach świata. Nad plątaniną gałęzi kłębił się zawiesisty, ciemnogranatowy tuman, nie było gwiazd ani księżyca. Nie dostrzegali także w gęstwinie żadnej ścieżki, wydeptanej przez ludzi albo leśne zwierzęta. - Potrzebny nam zmysł zwiadowcy - zwrócił się Widun do Boranina. - Posłuchaj, co mówi ziemia.

- Czego właściwie mam szukać? - chciał wiedzieć młodzik. - Dowiesz się, kiedy znajdziesz - syknął niecierpliwie guślarz. Andaj ukląkł i przyłożył ucho do srebrnoszarego mchu. Po chwili nasłuchiwania podniósł się, kręcąc lekko głową. - Dziewięciu, może dziesięciu ludzi - oznajmił - szwargoczących mową Niemców. Paru z nich stąpa ciężej, jakby dźwigali coś wielkiego... - Młot Swarożyca! - jęknęła Żywia. - Ubiegli nas! - Może jeszcze nie wszystko stracone - uspokoił ją Widun. - Jak daleko przed nami? zapytał Jadźwinga. - Trudno powiedzieć - odparł chłopak. - Są w ciągłym ruchu i stale się oddalają... - W którą stronę? - Nie wiem. Ten dziwny mrok mąci umysł. - Więc zdaj się na instynkt łowcy - warknął popędliwie sługa Welesa. Andaj wyprostował się i wciągnął nozdrzami powietrze. - Chyba tam - stwierdził niepewnie, wyciągając dłoń mniej więcej w stronę, gdzie stała bacznie rozglądająca się Żywia. - Smród niemytych ludzkich ciał dochodzi stamtąd najsilniej - sprecyzował. - Ja także go wyczuwam - poparła go wróżka, marszcząc nosek. - Na pewno są tam czerńce - ocenił z udawaną powagą Mścigniew. - Śmierdzą zawsze na milę! Mówiąc to, zdawał się nie pamiętać, że sam, w przeciwieństwie do Andaja, dawno nie zażywał kąpieli. Ostentacyjnie zatkał nos, pragnąc rozbawić przyjaciół, lecz nikt się nie roześmiał. - Spójrzcie! - zawołała nagle kapłanka, wskazując na coś płonącą żagwią.

Wszyscy odwrócili się we wskazanym kierunku i podążyli za jej spojrzeniem. - Czy często się zdarza, żeby kwiaty ślazu rosły w równych odstępach co dziesięć kroków? - zapytała, oświetlając świeżo rozkwitłe, różowofioletowe kielichy płatków. - Nie - odpowiedzieli jednocześnie guślarz i myśliwy. - Nie w jednym rzędzie - dodał Mścigniew. - A zatem są magiczne - orzekła czarodziejka. - Ktoś chciał, żebyśmy je zobaczyli. Twarz Widuna rozjaśniło nagłe zrozumienie. - Szyszkun mówił o grubym kapłanie Strzyboga, wiedzionym przemocą... - Ślaz! - skojarzyła bystro, wspominając tłustego sługę Pana Morskiego Wiatru, spotkanego podczas narady w Arkonie. - Porwali go i zmusili, by ich tutaj przywiódł! Zostawia znaki, wskazujące drogę, z nadzieją, że ktoś go uwolni. - My to zrobimy - zawołał ochoczo rycerz, wznosząc oszczep. - Aż mnie ręka świerzbi, by ukatrupić paru brudnych świętoszków! - Ruszajmy - zakomenderował guślarz, ściskając mocniej kostur. - Może jeszcze zdążymy. Wypatrzyli jeszcze po drodze na gałązkach krzewów i na ziemi parę różnokolorowych strzępków kapłańskiej szaty, które upewniły ich, że podążają właściwym tropem. Otworzyła się przed nimi niewidoczna dotychczas ścieżka, lecz wyglądała dziwnie. Minęli dwie sterczące z ziemi, pochyłe kolumny o kształcie gigantycznych kości udowych. Nieco dalej ciągnęły się z obu stron łukowate sklepienia, niczym zakrzywione ożebrowanie makabrycznej świątyni, pokryte grubą warstwą pleśni i mchu. Dopiero po chwili dotarło do nich, że stąpają wzdłuż ogromnego szkieletu. Kręgosłup pod ich stopami był ledwie widoczny spod warstwy leśnego runa, jak dawno zarośnięta, brukowana droga. W jednym miejscu kościane podpory były strzaskane, a na ziemi spoczywał wielki głaz z ostrymi wypustkami, rozłupany jakąś

nadludzką siłą. - Rogate serce Stolema - mruknął Widun. Kilkanaście kroków dalej dostrzegli wreszcie światło migających w mroku pochodni i usłyszeli zmieszany gwar obcych słów. Czarno odziane, zakapturzone postacie tłoczyły się u stóp wzgórka wielkości sporej chaty. Przy odrobinie wyobraźni można było dojrzeć pod grubą warstwą ziemi i roślinności zarys monstrualnego czerepu z rozwartą szeroko paszczą. Z górnej szczęki sterczały kamienne kły długości ręki dorosłego człowieka. W wejściu do tej naturalnej pieczary kłębiły się barwy mroku, tłusty wir, jak na powierzchni zdradliwego topieliska. Kapturnicy znikali w nim kolejno. Ostatni uniósł dłoń w czarnej rękawicy i wykrzyczał niezrozumiałą inkantację w stronę nadbiegających przeciwników. Mścigniew cisnął oszczepem, Andaj wypuścił strzałę. Za późno. Wir zamigotał i przepadł, a groty pocisków wbiły się w grubą ścianę ziemnych zwałów, wypełniających wnętrze olbrzymiej czaszki. - Manga! - krzyknął Jadźwing, biegnąc po cenną strzałę. - Sucza mać! - zawtórował mu wojownik, odzyskując dzidę. - Zamknęli Wir Przejścia - oznajmił ponuro guślarz. - Odtworzenie go zajmie trochę czasu. Ciemność wokół nich nagle zgęstniała i zasyczała jak stado wściekłych żmij. Żywia zachwiała się i pobladła. Odruchowo wsparła się na ramieniu rycerza. - Chwyćcie za broń - doradziła głosem wyostrzonym obawą. - Nadchodzą. - Kto? - chciał wiedzieć Mścigniew. - Martwi - odparła, drżąc ze strachu i wstrętu. - Czujecie tę mdlącą woń rozkładu? Uniosła dłoń do skrzywionych ust, jakby zbierało się jej na wymioty.

Andaj ponownie przykląkł, nisko się pochylając. - Rzeczywiście - potwierdził. - Ziemia trzęsie się z obrzydzenia, wypluwając ohydę zbudzonych truposzy. Zbliżają się całą chmarą... - Skąd? - spytał wojownik, rozglądając się wokół. - Zewsząd - oznajmił łowca, prostując się i wzruszając ramionami. Konie wędrowców zaczęły rżeć bojaźliwie, strzygąc uszami. Mężczyźni spętali je czym prędzej u najbliższego drzewa, pozostawiając pod opieką bojowo chrząkającego Pukisa. Andaj szepnął coś do rozumnego konika, ten zaś kiwnął łbem. Ludzie skupili się ponownie pod czaszkowym pagórkiem wokół kapłanki. Ciemność pełna starodawnych, pierwotnych mocy wypluła najpierw wijące się kosmyki sinawej bieli, płożące się lepko po ciernistych gałązkach krzewów i srebrnoszarym poszyciu. W ślad za tym trującym oparem wyłoniły się przygarbione postacie w przerdzewiałych hełmach i kolczugach, do których przylgnęły grudy ziemi, kawałki mchu i listowia. Niektórzy, wyglądający jak dowódcy, lepiej odziani i uzbrojeni, dosiadali upiornych, kościanych rumaków. Było co najmniej ze dwie setki tych gnijących ludzkich skorup o pustych oczach i łuszczących się twarzach. Z rozprutych klatek żebrowych wylewały się robaczywe wnętrzności. Palce pokryte zzieleniałą skórą ściskały wyszczerbiony, zżarty korozją oręż. Zbutwiałe płaszcze dawnych wojowników łopotały na wietrze jak brudne, postrzępione płachty. Krzyże na piersiach wtopiły się w rozmiękłe tkanki, emanując niezdrową, zgniłozieloną poświatą. - Rota Niemców, o której mówiłeś - powiedziała Żywia do guślarza. - Ciemna Matnia stała się ich grobem, lecz nie znaleźli w nim ukojenia. Zdążyła się tymczasem opanować i teraz wpatrywała się w widmowych rycerzy z rodzajem chorobliwej fascynacji.

- Jak widać, nie ochroniły ich święte znaki ni amulety - zauważył spokojnie Widun. Duch i wiara były w nich słabe... To jedynie cienie dawnych knechtów, ożywione czyjąś złą wolą. Skoro magia je poruszyła, możemy sprawić, by sczezły, nim nas dosięgną. Wieszczka skinęła głową, choć nie wydawała się przekonana. Guślarz uniósł dłoń z kosturem i wykrzyczał zaklęcie odpędzenia. Nie zadziałało jednak, jak powinno. Żywe trupy zachwiały się pod uderzeniem fali wielkiego Głosu, lecz przystanęły tylko na chwilę, po czym podjęły swój powolny, złowieszczy pochód. Żywia spróbowała dla odmiany magii pochwycenia. Również nie na wiele się zdała. Korzenie i twarde pnącza oplatały wprawdzie chude odnóża, lecz prędko ześlizgiwały z kawałków mięsa, spływając gnilnym śluzem. Gałęzie potężnych drzew odginały się w dół i szerokimi zamachami zmiażdżyły kilka czaszek, lecz było to wszystko. Kapłanka miała zresztą wrażenie, że rośliny niechętnie poddają się jej woli, jakby Słowa Mocy osłabiał w tym mrocznym miejscu jakiś silniejszy czar. Truposze szły dalej w złowrogim milczeniu, wydając tylko czasem przejmujące, przeciągłe jęki, podobne łkaniu wichru w kominie. - Może zatrzyma ich krąg płomieni? - podsunął Andaj, kładąc dłoń na sercu. - Nie podpalajmy Boru - sprzeciwiła się służka Mokoszy. - Mógłby się zwrócić przeciwko nam. - Pozostała nam tylko walka - oznajmił posępnie Widun. - I dobrze! - wrzasnął Mścigniew, wymachując oszczepem. - Chodźcie tu, kozojeby! Wolną dłonią chwycił przedramię kobiety i pchnął ją do tyłu. - Trzymaj się za naszymi plecami - nakazał. - Aj! - jęknęła. - To bolało! - Teraz wiem, że coś czujesz - warknął przez zaciśnięte zęby.

Spojrzała nań z mimowolnym podziwem. Nigdy nie zachowywał się wobec niej w taki sposób. Takim go jeszcze nie znała. Nagle wydał jej się całkiem interesujący, mimo blizny szpecącej twarz. - A my co robimy? - spytał Andaj druha. - Pilnujmy się nawzajem - rzucił wojownik. - Dobry pomysł, gine - odparł młodzik z szerokim uśmiechem. Użył słowa, jakim jego plemię określało towarzysza walki lub druha na polowaniu. Dla boskich bliźniąt miał inne słowo: mile. Jadźwiński myśliwy wspiął się zręcznie jak wiewiórka na wierzchołek olbrzymiej czaszki, skąd mógł łatwiej celować i wspomagać przyjaciół. - Rozwalajcie łby - doradził z zimną krwią guślarz. - Skoro usuniecie przegniły mózg, pozbawicie truposza resztek kierującej nim świadomości. Obaj wojownicy skinęli głowami. Mścigniew cisnął dzidą, lecz chybił fatalnie, co wyzwoliło istną lawinę najgorszych wojackich przekleństw. Wyszarpnął z pochwy miecz, arcydzieło sztuki magicznej i kowalskiej Wojbora. Płomień Boju rozgrzewał się powoli w jego prawicy, drżąc w rytmie wzburzonej krwi wojownika. - Podejdźcie no tylko bliżej, przegniłe dupska! - zagroził, wyciągając jednocześnie lewą ręką toporek zza pasa. Andaj napiął łuk i kiedy białośnieżne lotki znalazły się przy jego ustach, wyszeptał ciche zaklęcie. Zielona brzechwa magicznie zapłonęła w locie i ognisty grot spadł z góry, gotów rozłupać i spopielić hełm i czaszkę konnego dowódcy. Niestety, wodnista poświata, otaczająca germańskich ożywieńców, sprawiła, że płomień zgasł, sycząc, pocisk zaś chybił celu i wbił się w ramię zgnilca, nie spowalniając go nawet na moment. Łowca wystrzelił następną strzałę z identycznym skutkiem. Młodzieniec pokręcił głową z frasunkiem.

Zobaczył, że podobnie bezsilny był atak Widuna kulami płomieni. Rozejrzał się z rozpaczą, błagając o pomoc niewidzialne żywioły. Wtedy wiejący wokół niego chłodny wiatr, wierny druh dobrych łowców, szepnął mu do ucha zbawienną radę. Łucznik uśmiechnął się kwaśno, przeklinając w duchu własną tępotę. - To na nic! - zawołał do Widuna. - Zimny opar mami ludzkie oczy i chroni martwych przed ogniem. Musimy się przenieść do Nawii! Guślarz łypnął na niego spod oka i po namyśle krótkim jak mgnienie kiwnął głową. - Może to coś da, kto wie - przyznał niechętnie, zapewne niezadowolony, że sam na to nie wpadł. Nie chciał zużywać większości pozostałej w nim mocy, spojrzał zatem wymownie na Żywię. Widząca zebrała wszystkie siły i zaczęła recytować skomplikowane zaklęcie. Nie potrzebowali już dodatkowego rytuału, skoro wszyscy nawiedzili wcześniej Martwą Krainę. Po chwili czar zadziałał. Ziemia pod nogami wyschła i popękała, a drzewa wyciągnęły spazmatycznie ku górze pozbawione listowia gałęzie, dziwacznie poskręcane, jakby się zwijały w konwulsjach. Odarte z porostów żebra i czerep powalonego olbrzyma obnażyły się w całej okrutnej prawdzie. Równocześnie zniknął zwodniczy tuman, chroniący truposze, a ich sylwetki stały się wyrazistsze. Płonące strzały Andaja i ogniste kule Widuna uderzały o wiele celniej, czyniąc wyrwy we wrogich szeregach, zwęglając i obracając w popiół zwapniałe kości. Nie wzruszało to jednak wcale ich towarzyszy, maszerujących nadal z martwym uporem i osaczających swoje ofiary coraz ciaśniejszym kręgiem. W tym momencie zdarzyło się prawdziwe nieszczęście. Konie, czując zbliżających się martwiaków, rżały przeraźliwie i przebierały kopytami, szarpiąc się ze wszystkich sił. Nie słuchały już dłużej Pukisa, kierował bowiem nimi impuls potężniejszy, niż jakikolwiek czar Synów Drzew. Mścigniew dobrze je rozumiał, dlatego,

chociaż czuł narastający szał bojowy, świadomie powstrzymywał niedźwiedzią przemianę. Gdyby się jej poddał, zwierzęcy instynkt kazałby mu czmychać jak najdalej przed nadnaturalną manifestacją czarnej magii. Tylko ludzie mogli być tak nierozważni, by przeciwstawić się żywym trupom. Nic dziwnego zatem, że oszalałe ze strachu wierzchowce z łatwością zerwały postronki przywiązane do wyschłych konarów i rzuciły się na oślep do panicznej ucieczki. Niestety, nie było dokąd uciekać. Śmierć czaiła się wszędzie. Mścigniew patrzył z rozpaczą, jak zardzewiałe, pełne zadziorów ostrza przeszywają piersi, brzuchy i szyje nieszczęsnych zwierząt, jak kościste palce, zakończone pożółkłymi pazurami, zgłębiają straszliwe rany, obnażone kły wgryzają się w świeże mięso, a na wpół zgniłe jęzory chłepczą gorącą krew. Buchający ogniem z nozdrzy Pukis bronił jak potrafił swych pobratymców. Rdzawe szyszaki i kościane czerepy rozpryskiwały się pod jego kopytami, lecz niewiele mógł zdziałać w pojedynkę. Przynajmniej jego płomienista sierść chroniła go i w pewnym stopniu spowalniała ataki truposzy. Rycerz zawył wściekle, gdy usłyszał rozdzierające, niemal ludzkie łkanie swego ukochanego rumaka. Przecinająca oblicze blizna nabiegła purpurą. - Zawszone cipy! - ryknął. - Zapłacicie mi za to! Rzucił się do przodu, zanim jego towarzysze zdążyli go powstrzymać. Choć oczy przesłaniała mu czerwona mgła, jego ciosy były zaskakująco precyzyjne, jakby kierowane ręką samego Peruna. Zamieniony w rozszalałą, zabójczą potęgę, dwoił się i troił, miażdżył łokciami zardzewiałe hełmy i próchniejące czaszki, stopami łamał karki, a jego miecz i topór siały wokół spustoszenie, zdejmując ze zgniłych ramion wraże czerepy. Andaj dostrzegał w miejscu, gdzie walczył przyjaciel, jedynie rozmazaną, purpurową smugę, wiedział jednak, że jego druh jest zabójczo skuteczny. Skoro znaleźli się w Martwej Krainie, sługa Swarożyca nie miał już teraz żadnych skrupułów i otoczył czaszkę olbrzyma

płomienną ścianą złotego blasku. Zabezpieczywszy w ten sposób kobietę i starca, ruszył na pomoc przyjaciołom w potrzebie. Zeskoczył na ziemię i pobiegł ile sił w nogach w stronę kotłujących się nad końskimi truchłami zgnilców, usiłujących dobrać się do kolejnego świeżego mięsa. Uczynił to w samą porę, gdyż właśnie nadjechał na kościstym rumaku zwalisty dowódca. Mścigniew nie zwrócił na niego uwagi, zajęty zmaganiem z dwoma piechurami, próbującymi dosięgnąć go wyszczerbionymi żeleźcami toporów. Z okropnym, przeciągłym wyciem widmowy rycerz nastawił bojową włócznię w pozycji do ataku i wbił jej grot precyzyjnie w splot słoneczny wojownika. Potężne uderzenie odrzuciło pieszego wojownika kilka kroków do tyłu, jednak kopijnik nie wypuścił oręża ze szponiastej dłoni. Mścigniew, padając na plecy, czuł, jak stalowe ostrze, zarazem zimne jak lód i gorące jak ogień, rozpruwa mu pierś i brzuch. Dopiero wtedy pękło zbutwiałe drzewce. Andaj cisnął toporkiem, który roztrzaskał czaszkę upiornego wierzchowca. W jednej chwili koń runął na ziemię, zamieniając się w masę gnijącej padliny. Jeździec utrzymał się jednak w pionie. Otrząsnąwszy się z chwilowego wstrząsu, stanął na równe nogi, sięgając równocześnie po wielki miecz. Ruszył w stronę nowego przeciwnika nienaturalnie powolnym, trochę nierównym krokiem. Bez wysiłku wzniósł głownię ogromnego, dwuręcznego miecza, pragnąc rozpłatać na pół zuchwałego młodzika. Zanim to jednak nastąpiło, świsnęły w powietrzu rzucone z obu rąk linary Boranina. Bliźniacze ostrza wbiły się prosto w gnijące oczodoły mrocznego grafa. Ogromny wojownik stał jeszcze chwilę sztywno, nieruchomo, jakby zaskoczony tym, co się stało, aż wreszcie padł z potwornym chrzęstem jak stalowa wieża. Kolejne zaklęcie sprawiło, że noże wróciły do rąk Andaja. Zatknął je za pas i odzyskawszy w ten sam sposób toporek, ruszył w stronę rannego druha, który zresztą

gramolił się niezdarnie, nie bacząc na zalewającą mu brzuch i uda ciemną posokę. Pomógł mu się podnieść i poprowadził w stronę pozostawionych czarodziejów, którzy także znaleźli się w nielichych opałach. Wezwał gwizdnięciem Pukisa do odwrotu. Kucykowi nic się nie stało, miał tylko trochę zadrapań od pryskających wokół niego odłamków kości. - Nic mnie nie boli - wystękał Mścigniew, z trudem przebierając nogami. Woleli się nie oglądać, wiedząc, że widmowi prześladowcy podążają uparcie za nimi. Ognisty krąg tylko nieznacznie spowolnił atak truposzy. Nawet jeśli ich oślizgłe ciała zajmowały się ogniem, nie odczuwali cierpienia, parli więc dalej, dopóki płomienie nie sięgnęły czerepów. Płonący byli podwójnie groźni dla żywych. Runy na kosturze Widuna jarzyły się iskrzącym światłem, spalającym na proch szkieletowe sylwetki. A jednak wrogów nadal było zbyt wielu. Dłonie pokryte przegniłą skórą wyciągały się łakomie w stronę kapłanki. Wymachując ostrym jak brzytwa sztyletem, obcinała kościste palce, zastanawiając się, na jak długo wystarczy jej jeszcze sił w owej nierównej walce. Kiedy pożółkłe pazury rozdarły suknię na ramieniu, wykrzyknęła jedno Słowo, brzmiące jak rozpaczliwe wołanie o pomoc. I pomoc zjawiła się w sposób całkiem nieoczekiwany. Głębokie cienie wśród drzew zakotłowały się i z gęstych mgieł wyłoniły się potężne sylwetki o pokrytych szarym futrem garbatych grzbietach. Rozległo się znajome wycie, brzmiące niczym bojowe hasło wilczej watahy. Wilkołaki rzuciły się, wciąż ujadając, na szeregi truposzy, rozszarpując pazurami ich rozlazłe cielska i zgniatając czaszki w miażdżącym uścisku potwornych paszczy. Suche gałęzie zatrzeszczały pod ciężarem obsiadających je strzyg. Przemienione w gigantyczne kruki i wrony, podążały za swymi mrocznymi braćmi, niszcząc niedobitki widmowej armii, ostrymi dziobami oddzielając gnijące mięso od kości.

- Trup! Trup! - krakały przy tym radośnie, nie odmawiając sobie smakowitej wyżerki. Grupka ludzi zbiła się pod czaszkowym wzgórzem w gromadkę. Dzieci nocy starannie jednak omijały żywych, jakby kierowane czyjąś bezwzględną wolą. Wreszcie odgłosy masakry ucichły; a mroczne stwory zniknęły równie szybko, jak się pojawiły. Zgasł także ognisty krąg. O rozegranej walce świadczyły tylko nieco przytłumiony odór śmierci i walające się wokół sterty kości i rdzy. Guślarz rozglądał się, kręcąc ze zdumieniem głową. - Po raz pierwszy widzę, żeby świta Chorsa z własnej woli pomogła śmiertelnikom stwierdził - i żeby strzygi i wilkołaki walczyły z ożywieńcami. - Życie jest pełne niespodzianek. Nie jesteśmy zwykłymi śmiertelnikami - zripostowała spokojnie Żywia - a truposze były zgrają chrześcijańskich knechtów. Chors obiecał nas chronić, byśmy mogli dokończyć misję. Mówiąc to, starała się doprowadzić do porządku rozdartą suknię. Nim zdążyła podciągnąć naderwany rękaw, Widun dostrzegł na jej ramieniu charakterystyczny podwójny siniec. Ślad kłów strzygonia. - Upiór naznaczył cię swoim piętnem - szepnął, pochylając się ku niej. - Czy dlatego nas obronił - dopytywał się podejrzliwie - że coś mu obiecałaś? - Tak, Nostrzyk sprowadził pomoc - przyznała niechętnie, puszczając mimo uszu drugą część pytania. - Czemu nie zjawił się od razu, gdy martwi atakowali? - zapytał z lekkim wyrzutem Andaj. Wzruszyła ramionami. - Cały czas pilnował nas, okryty płaszczem cieni - wyjaśniła. - Gdy zobaczył, że sytuacja robi się krytyczna, wezwał swoich na odsiecz.

- A gdzie jest teraz? - zainteresował się Mścigniew. - Wraz z innymi wrócił do swego pana. - Będziesz musiała sporo nam wytłumaczyć - szepnął niespokojnie guślarz, znowu się pochylając w jej stronę. - Później - syknęła ostro i głośno dodała: - Bo na razie musimy się zająć rannym bohaterem. - Nic mi nie jest - zaprotestował Mścigniew, natychmiast puszczając ramię przyjaciela i prostując się hardo w odruchu męskiej dumy. - Jaki tam ranny! Zwykłe dra... W tym momencie podążył spojrzeniem w dół swego torsu, widząc, że wszyscy wpatrują się w jedno miejsce. To, co ujrzał, sprawiło, że ugięły się pod nim kolana. Dokładnie pośrodku tułowia ziała straszna, krwawa jama, w której widać było uszkodzone wnętrzności. Co gorsza, postrzępione brzegi tej wyrwy pokrywały się powoli, lecz nieubłaganie niezdrowym, czarno-zielonkawym nalotem zgnilizny. Dopiero w tej chwili poczuł, że rana pali go żywym ogniem. - Ostrze włóczni było nie tylko brudne i zardzewiałe - stwierdził rzeczowo guślarz - lecz pokryte trupim jadem. Rycerzowi pociemniało w oczach i poczuł, że siły całkiem go opuszczają. Jak przez ścianę usłyszał natarczywy głos Żywii: - Musimy wrócić na Jawię! Inaczej nie zdołam mu pomóc. - Jak sobie życzysz, kapłanko - odparł guślarz i wyrecytował zaklęcie. Chyba rzeczywiście wrócili do żywego świata, gdyż ranny poczuł, że spoczywa na miękkim posłaniu z mchów, a w powietrzu słychać było nawoływania nocnych ptaków. Bał się otworzyć oczy, obawiając się ujrzeć nieprzenikniony mrok, taki sam, jak pod powiekami. Gdzieś wysoko na niebie zalśniła błyskawica i przetoczył się odległy, głuchy grzmot.

- Rozpoczyna się Wielka Burza - gderał Widun, ocierając lnianym gałgankiem spotniałą twarz rannego - mamy coraz mniej czasu, czerńce ukradli słoneczny młot, a w dodatku tracimy najlepszego rycerza. Nawiasem mówiąc, jest także mym bratankiem i nadzieją naszego rodu. - Przynajmniej nie pada - stwierdził Andaj w przypływie wisielczego humoru. Na baldachimie liści zabębniły grube krople rzęsistej ulewy. - Wspaniale - ocenił sarkastycznie guślarz. - Coraz lepiej. - Przestańcie wreszcie ględzić i dajcie mi się skupić - sarknęła kapłanka. Zaśnij, odpocznij, przemawiał słodki, kuszący głos w głowie Mścigniewa. Daj się ukołysać w moich miękkich ramionach... I ranny rycerz pogrążył się z ulgą w objęcia Ciemności. 11. Ojcowizna (wiosna 1041) Ciemność otaczała zewsząd Arona. Rozpraszały ją tylko dwie pochodnie u drzwi oraz mizerny płomyk oliwnego kaganka, umocowanego na pochyłym pulpicie skryptora, gdzie przed chwilą rozpostarł kartę pergaminu. Ipse Deus locum secretum quaerit. O beata solitudo, o sola beatitudo! Sam Bóg szuka samotnego miejsca. O szczęśliwa samotności, o jedyna szczęśliwości! Słowa te, być może podszepnięte przez anioła, usłyszał kiedyś Aron we śnie i wyrył na ścianie swej celi w opactwie regensburskim. Stały się jego życiową dewizą. Obecnie zdobiły świeżo wybielony mur komnaty opata tynieckiego klasztoru. Wspomnienia osaczały go jak mroczne cienie, czające się w kątach surowego wnętrza. Echa wydarzeń, które przywiodły go w to miejsce i czas.

Owej straszliwej nocy, kiedy miał nadejść rok tysięczny, wszyscy pobożni ludzie oczekiwali końca świata i nadejścia Antychrysta. Przyczynami wszechogarniającego lęku były nie tylko rozmaite klęski żywiołowe i bezustanne wojny między chrześcijanami, nie mówiąc już o biblijnych proroctwach, jakimi ciągle straszyli kaznodzieje, ale także osoba Gerberta z Aurillac, papieża Sylwestra, na dźwięk imienia którego lepiej poinformowani żegnali się ze zgrozą. Kościołem władał czarownik, mówiono, który zawarł pakt z diabłem, a jego ogromna wiedza pochodziła z pewnością od Lucyfera. W takiej sytuacji wierni nie mogli się spodziewać Bożego zmiłowania. O północy zegar skonstruowany przez Jego Świątobliwość wydzwonił nadejście nowego roku i Sylwester ogłosił urbi et orbi początek nowej ery. Jako że nie spełniła się żadna z apokaliptycznych przepowiedni: z niebios nie sfrunęły anioły zagłady i nie wylały siedmiu czasz gniewu Bożego, morze nie zmieniło się w krew, firmament nie rozwarł się i nie plunął ogniem, ziemia nie zadrżała w posadach, nie zjawił się też Antychryst, przynajmniej w widomej postaci, i w ogóle nie nastąpił żaden Armagedon, ludzi ogarnął szał radości. Tańczono, hulano do świtu i była to pierwsza, jakże pamiętna Noc Sylwestrowa. Nie inaczej było w saskim Hornburgu. Dobrzy chrześcijanie tańcowali na zaśnieżonych ulicach, ściskając się wzajem i życząc szczęśliwego nowego roku. Część poszła spić się na umór w otwartych z tej okazji gospodach. Najbardziej gorliwi pobiegli tam, gdzie stały domy najbogatszych kupców i lichwiarzy. Krzycząc z wielką radością: „Hosanna! Alleluja!”, wdarli się do kamienic i zaczęli mordować Żydów, plądrując i grabiąc, co się dało. Graf Konrad von Morsleben und Hornburg, dowiedziawszy się o zajściach, udał się na miejsce pogromu na czele dobrze uzbrojonego konnego oddziału. Nie lubił ulicznych burd i zamieszek w swoich miastach, wolał, gdy ludzie siedzą spokojnie w domu, a nade wszystko cenił porządek i dyscyplinę. W dodatku Żydzi udzielili mu wysokiego kredytu, dogodnie

prolongując spłatę odsetek, pozostawali zatem pod ochroną magnata. Rozkazał swoim ludziom rozpędzić hultajstwo, nie szczędząc batów i płazowania mieczami. Wiedziony dziwnym, nieodpartym przeczuciem, zatrzymał rumaka obok płonącego domu rabina. Z ubolewaniem stwierdził, że przybyli za późno: siwobrody przywódca gminy leżał w kałuży krwi na progu domostwa, nieco dalej jego żona i dwie urodziwe córki, nie tylko rozsiekane, ale z pewnością też pohańbione przed śmiercią. Cenne sprzęty religijne zostały skradzione, zwoje świętych ksiąg paliły się, rzucone na stos. W tym przypadku prawowierni mieszkańcy Hornburga wykazali szczególną staranność i akuratność. Kiedy graf Konrad miał już odjechać, uznawszy, że nic więcej nie da się zrobić, z bocznej alkowy wybiegł nagle usmolony i okrwawiony maruder, obwieszony srebrnymi reliktami i ściskający w rękach becik z przeraźliwie krzyczącym niemowlakiem. , Judei Judei”, wrzeszczał grasant jak opętany. Ujrzawszy konnego rycerza, przystanął i sądząc chyba, że zyska pochwałę wielkiego pana, zamachnął się, pragnąc miłosiernie roztrzaskać główkę wrażego bachora o ścianę. Konrad bez wahania wyciągnął miecz i rozłupał czaszkę rzezimieszka, nim ten zdążył wprowadzić w czyn swój zbożny zamysł. Magnat porwał niemowlę i zawiózł na zamek, gdzie powierzył je opiece starej piastunki, przykazując traktować dobrze pędraka i znaleźć mu zdrową mamkę. Sam potem głowił się wielokrotnie, czemu uratował najmłodszą latorośl rabina, z którym wcześniej utrzymywał szorstką przyjaźń, pełną wzajemnych uprzedzeń i nieufności. Może dlatego, iż pamiętał, jak wielką radość przyniosło niemłodemu już rodzicielowi pojawienie się w domu małego Arona. Graf sam nie mógł doczekać się syna, toteż dobrze rozumiał hebrajskiego patriarchę. Po dłuższych medytacjach uznał, że opatrzność powierzyła mu los żydowskiego dzieciaka, dając możność przywrócenia go na łono prawdziwej wiary. Kazał wszakże zachować na chrzcie rodzime imię chłopca, jak gdyby na pamiątkę

cudownego ocalenia. W końcu było imieniem biblijnym. Zresztą Niebo zdawało się podzielać jego zdanie i wynagrodziło ten chwalebny czyn, obdarowując parę lat później jego ród męskim potomkiem, znanym w przyszłości światu jako biskup Suidger. Graf oddał chłopca na wychowanie zakonnicom w Brauweiler, gdzie wysoką funkcję pełniła jego kuzynka. Mniszki zaopiekowały się malcem troskliwie, podobnie jak wieloma innymi sierotami niewiadomego pochodzenia, pałętającymi się po terenie klasztoru. Sprawiedliwie rozdzielały wszystkim rózgi, zamykanie w ciemnej piwnicy czy klęczenie na grochu. Aron nie wiedział tylko, czemu czasem, gdy o coś się naprawdę rozgniewały, wyzywały go od „żydowskich sraluchów”, na co inne, czysto germańskie pociechy reagowały okrutnym śmiechem i kąśliwymi drwinami. Dość szybko odkrył, obserwując innych sikających chłopców, że różni się od nich pod pewnym względem, i odtąd robił wszystko, żeby ukryć swój wstydliwy sekret. Gdy dorastał, zaczął dowiadywać się więcej o świecie i zrozumiał tajemnicę swego nieszczęsnego pochodzenia. Zachował jednak w sercu wdzięczność dla dobrych mniszek, podobnie jak dla swego możnego protektora, wiedząc, że ocalili go przed stokroć gorszym losem. Gdyby nawet jakimś cudem przeżył pogrom hornburskiej gminy, w tym nieprzyjaznym mieście czekałyby go wyłącznie żebranina, głód i kułaki. Z wiekiem narastał w nim natomiast żal do własnej nacji, że ósmego dnia od przyjścia na świat okaleczyli go rytualnie, pozostawiając nieusuwalne piętno na resztę niełatwego żywota. Gdy osiągnął próg dojrzałości, to jest czternaście lat, graf Konrad kazał go przenieść do męskiego konwentu w Regensburgu, gdzie wychowywał się także młodziutki Suidger. Poważny, nad wiek rozwinięty malec traktował z życzliwą rezerwą starszego przybranego brata, nie zdradzając nikomu okoliczności, w jakich kędzierzawy chłopak został protegowanym rodu Morsleben. Tylko opat znał prawdę, a przez resztę starszyzny zakonnej

bystry, pilny nowicjusz uważany był za bastarda potężnego magnata. Obaj chłopcy robili szybkie postępy w nauce, ciesząc się pochwałami duchownych mentorów. Aron nie miał specjalnych kłopotów, by skrywać swą hańbiącą ułomność. Obnażanie się przed innym mnichem uważano za potworną nieobyczajność, zakazane były kąpiele, nigdy też nie prano habitów. Brud ciała wydawał się nieodzowny dla zachowania czystości duszy. Raz tylko zadrżał ze strachu, gdy przełożony nowicjuszy, mrugając figlarnie, zadał mu kiedyś w obecności innych młodzików następującą zagadkę: Coś dziwnego zwisa mężczyźnie między nogami. Pod odzieniem. Z przodu jest rozdwojone, Sztywne, twarde i stale w gotowości. Kiedy mąż rozpina szatę, rzecz ową, pragnie się zagłębić Głową instrumentu w wiadomy otwór, A jeżeli pasuje, widać wcześniej w nim gościł. Ze łzami w oczach biedził się nad rozwiązaniem szarady, niemal pewien, że starszy zakonnik robi złośliwą aluzję do jego okropnego kalectwa, i z prawdziwą ulgą usłyszał, że rozwiązanie brzmi: klucz. W sekrecie przed swymi preceptorami studiował w ogromnej bibliotece klasztornej dzieje swego wyklętego i wiecznie prześladowanego narodu, z nadzieją, że odnajdzie odpowiedzi na wiele dręczących go pytań. Nie bez uczucia dumy wyczytał, że jego imię znaczyło po hebrajsku „wywyższony” lub „oświecony”, a nosił je nie kto inny, jak rodzony brat wielkiego Mojżesza. Z wypiekami na pucułowatych policzkach, machinalnie pocierając wydatny nos, czując

pieczenie odstających uszu, odczytywał, jak to biblijny król Saul obiecał Dawidowi swą córkę za żonę pod warunkiem, że młodzieniec napadnie na Filistynów i w dowód swego zwycięstwa przyniesie mu sto wrażych napletków. Dawid wyrżnął dwustu obcoplemieńców i przyniósł potem ich obrzezki w dokładnej liczbie królowi. Z prawdziwym smutkiem i drgnieniami mimowolnego gniewu dowiadywał się natomiast, że pierwsi chrześcijanie, gdy tylko poczuli się nieco pewniej w Imperium Rzymskim, największą swą nienawiść zwrócili właśnie przeciwko nacji, z której się wywodzili i której zabrali święte księgi, nazwane dla niepoznaki Starym Testamentem. Być może głównym powodem było nieczyste sumienie. Wobec pogan nie wykazywali aż takiej zajadłości, szczególnie dopóki ci ostatni posiadali doczesną potęgę i władzę. Paweł z Tarsu uznawał ich za daleko wdzięczniejszy materiał do nawracania niż własnych rodaków. Chrześcijanie radośnie klaskali, kiedy występny cesarz Hadrian kazał zniszczyć ostatecznie świątynię jerozolimską i zrównać z ziemią Święte Miasto, aczkolwiek ich radość prędko się skończyła, skoro wielbiciel greckich bogów postawił na wzgórzu Golgota przybytek Afrodyty. W czasach Konstatyna urośli w siłę, a wówczas ich nienawistna mściwość zwróciła się nie tylko przeciwko Żydom i poganom, lecz także przeciw sobie wzajemnie: zaczęli bowiem wyznawać rozmaite herezje i dzielić na zwalczające się, to jest wyrzynające, odłamy, dopóki rzymskie papiestwo nie zacisnęło im mocniej cugli. Długo nad tym wszystkim rozmyślał Aron, targany sprzecznymi emocjami. W końcu doszedł do wniosku, że jego nieszczęśliwe plemię musiało ponieść tę straszną ofiarę. Nie bez przyczyny z dumnych niegdyś wojowników Pana stali się wiecznymi tułaczami, powszechnie pogardzanymi kramarzami i lichwiarzami. Musieli zostać rozproszeni i niemal unicestwieni, aby przekazać upadającemu światu ideę swego jedynego Boga i przyczynić się do zbawienia ludzkości.

Uspokojony tą refleksją, dalej zgłębiał opasłe foliały, skrywające niejedną tajemnicę, pilnie strzeżoną przed ciemnym ludem. Chłonność jego młodzieńczego umysłu, doskonała pamięć i błyskotliwość wypowiedzi zwróciły uwagę Gladius Dei, został więc w końcu wprowadzony w szeregi tajnego bractwa, podobnie jak jego przybrany brat. Aronowi niezwykle imponowały utajona potęga i wielka moc, jaką miały sekretne działania. Z natury rzeczy pociągały go zawsze skrytość i tajemniczość, skoro sam był człowiekiem, który wiecznie musiał skrywać prawdę o sobie. A jednak czuł się bardzo samotny, tym bardziej, że Suidger opuścił wkrótce potem konwent, został świeckim kapłanem i robił szybką karierę w hierarchii kościelnej, nie tylko z racji wysokiego urodzenia, ale także dzięki osobistym zaletom. Aron ubłagał więc kapitułę, by zezwolono mu na pielgrzymkę do Rzymu, zanim odda bez reszty swoją wiedzę i zdolności na użytek kongregacji. Miał tam również złożyć egzamin magistra teologii i przyjąć śluby zakonne. W Wiecznym Mieście opiekował się nim specjalnie przydzielony ojciec Scholastyk, człek wielce uczony, który znakomicie potrafił rozstrzygać wszelkie subtelności i niejasności świętej doktryny. Starszy zakonnik był nieco zdumiony, gdy okazało się, że ambitnego młodzieńca nie interesują wcale nowo wybudowane świątynie, domniemany grób świętego Piotra ani nawet ruiny pogańskiego forum, gdzie wypasano kozy i owce. Nie kwapił się też, aby ujrzeć papieża. Jedyne, co pragnął zobaczyć, to napletek Jezusa, przechowywany na Lateranie. Zakonnik spełnił pragnienie dziwnego nowicjusza. Kiedy obaj wpatrywali się w niewielki pierścionek pomarszczonej skórki w złotym puzderku, Aron nie zdołał się opanować i zasypał starszego współbrata pytaniami: - Czy ten drobny skrawek ciała na pewno jest autentyczny? A może Pan Nasz, kiedy

odrzucił Stary Zakon, sprawił sobie nowy? Czy miał go podczas Ostatniej Wieczerzy, kiedy przemienił w chleb swoje ciało? Czy obecnie w niebie ma swój napletek i czy jest we właściwej proporcji? Należy się do niego modlić czy wystarczy tylko oddawać cześć, jak innym relikwiom? Scholastyk kręcił głową, poruszony dociekliwością młodzika. W końcu zapewnił, że relikwia jest bez wątpienia prawdziwa, gdyż dotarła do Rzymu za pośrednictwem Karola Wielkiego, któremu przekazał ją anioł. Choć z pozoru mała i niepozorna, roztacza wielkie dobrodziejstwa i pielgrzymują do niej ciężarne niewiasty, wpływa bowiem korzystnie na przebieg połogu. Co się tyczy nowego napletka, z pewnością na Sądzie Ostatecznym wszyscy nawróceni żydzi zostaną odtworzeni w pełni cielesnej, bez żadnych okaleczeń, a zatem i Pan Jezus wystąpi nieobrzezany. Zręcznie pomyślana teza dostarczyła wielkiej pociechy młodziutkiemu mniszkowi, toteż przestał drążyć uporczywie tę sprawę. Gdy jednak brat mentor zaproponował łaskawie, by sam wybrał temat publicznej teologicznej debaty, mającej zakończyć egzaminy, podjął natychmiastową decyzję, iż będzie nią „Nagość Chrystusa na krzyżu”. Jeśli przedstawiciel prześwietnego kolegium, strzegącego czystości dogmatów, był zaskoczony takim doborem zagadnienia, nie okazał tego po sobie, tylko skinął z aprobatą, gotów podjąć wyzwanie. - Adam, gdy po raz pierwszy zgrzeszył, był jeszcze całkiem nagi - rozpoczął śmiało Aron - więc i Pan Nasz musiał być także nagi, kiedy dopełnił dzieła odkupienia. Jak bowiem powiedział świątobliwy mąż, Jan Chryzostom: „Jezus odnosi nad starym człowiekiem zwycięstwo z równą łatwością, jakby zrzucał szaty”. A poza tym Rzymianie… - Jest prawdą - podchwycił brat Scholastyk - że nieszczęsne ofiary pogańskich Rzymian krzyżowane były całkiem nago. Jak sądzę, naszej pobożności jednak bardziej przystoi przyjąć, iż Jego wstydliwe organa były gwoli skromności czymś osłonięte. A to dlatego, że po

pierwsze, sama natura byłaby zgorszona podobną zniewagą, po drugie zaś, Chrystus, który pragnął tego cierpienia, nie chciał z pewnością ukazać się nieosłonięty swej przeczystej matce, jak również innym niewiastom, a wreszcie dlatego, że był on na krzyżu najwyższym kapłanem i zarazem uświęconą ofiarą - zakończył z triumfalnym uśmiechem, zadowolony z tak zgrabnego wywodu. - Słusznie zauważył ojciec Scholastyk - podjął Aron, kłaniając się z respektem dostojnemu adwersarzowi - iż sama natura była tym zgorszona. Czyż nie jest powiedziane bowiem w Piśmie Świętym, iż w siódmej godzinie Męki Pańskiej ciemności okryły ziemię? A dlaczegóż innego miałoby zagasnąć światło gwiazd, jeśli nie z tego powodu, iż Chrystus na krzyżu był całkiem nagi? Ciemności, które spowiły ziemię, pierwsze okryły nagość Jezusa! Było to, według najlepszych erystycznych zasad, znakomite retorsio argumenti. Aron nie widział swoich słuchaczy, zasiadających w głębokich stallach, dosłyszał jednak pomruk życzliwego podziwu, zdawało mu się też, że dostrzega pobłyskiwanie starannie wygolonych tonsur, kłoniących się na znak zgody. Dodało mu to otuchy, z lekkim niepokojem czekał jednak na ripostę interlokutora. Ten zdawał się odrobinę zbity z tropu efektownym kontrargumentem nowicjusza, prędko znalazł jednak odpowiedź. - U Grzegorza z Tours czytamy - oznajmił Scholastyk, sięgając do stosu pergaminowych notatek - że ongiś w Narbonne Jezus został ukazany wiernym okryty tylko jakąś nędzną szmatką. Następnej nocy kapłanowi tej parafii, niejakiemu Bazylemu pojawił się we śnie Chrystus i rzekł: „Sami nosicie na sobie pstre ubiory, a mej nagości przyglądacie się obojętnie. Wystaraj mi się co rychlej o jakiś przyodziewek”. Dobry księżyna zawiadomił o wszystkim biskupa, który przykazał przesłonić nagość Pana Naszego colobium, to jest długą do kostek koszulą. Odtąd w Krainie Franków tak przedstawiano Jezusa… - Jednak już za panowania Karolingów pojawia się znów perizonium, to jest cienka

przepaska - zaoponował natychmiast Aron. - Wszystko, co powiedział mój szanowny dysputant, jest prawdą, gdy chodzi o wizerunki Ukrzyżowanego - stwierdził poważnie, choć wewnętrznie zwijał się od przekornego chichotu - lecz, co się tyczy faktów, rozstrzyga ową kwestię relacja, jaką tutejsze archiwum otrzymało niedawno z klasztoru Bec w odległej Normandii… Ty posłużyłeś się wizją, ja mam w zanadrzu inną, pomyślał, mierząc wzrokiem Scholastyka, który uniósł wysoko brwi. Młodzieniec, jako świeżo kreowany adept Gladius Dei, miał naturalnie dostęp do najtajniejszych papieskich archiwów, nie spodziewano się jednak, że wykaże się w wertowaniu ich aż taką sumiennością i skrupulatnością. - Jest to zapis wizji niewinnego dziecięcia, lecz już wielce obiecującego nowicjusza, Anzelma - wyjaśnił zgromadzonym, wyciągając zza pazuchy zwój pergaminu. - Kiedy objawiła mu się Dziewica Maryja, ośmielił się Jej zadać pytanie: „Jak byli ukrzyżowani Twój Syn i dwaj łotrzy?” Na to Matka Boża odrzekła z ciężkim westchnieniem: „Nago, Anzelmie! Rzecz to bolesna i żaden ewangelista o niej nie wspomina. Kiedy dotarli do Kalwarii, owego miejsca nikczemnego, gdzie wrzucają zdechłe psy i inne ścierwo, odarli z szat Jezusa, mego jedynego Syna, a ja, osłabła z rozpaczy, zdjęłam chustę z głowy i okryłam nią Jego biodra…” Nie musiał dalej czytać, gdyż przerwały mu gromkie brawa. Scholastyk zszedł ze swej mównicy, zbliżył się do poczerwieniałego z emocji młodzieńca i rzekł, przyjaźnie go ściskając: - Bóg z tobą, bracie. Odtąd jesteś jednym z nas. Po czym ucałował wysoko podstrzyżone czoło i uczynił nad głową znak błogosławieństwa. Aron powrócił z Rzymu do macierzystego klasztoru w glorii zdobytej uczoności i pełen najlepszych nadziei na przyszłość. Dopiero wtedy poznał brata Lucjusza, człowieka, który

niezwykle zaważył na jego dalszym życiu. Dotychczas nie miał okazji go spotkać, gdyż kuternoga pełnił funkcję doradcy w kwestii czarów i herezji przy regensburskim sądzie biskupim i jak sam stwierdził, z niebezpiecznym błyskiem w oku: „Robota paliła mu się w rękach”. W końcu Gladius Dei wyznaczyła go do ewangelizowania barbarzyńskich plemion Polanii. O ile Aron żywił dla Suidgera braterską miłość, cześć i szacunek, o tyle niesamowity kulawiec był kimś, kto go najbardziej w świecie przerażał, choć zarazem wzbudzał najwyższy podziw odwagą i bezkompromisowością. Opat potarł w zamyśleniu czoło, jakby pragnąc zetrzeć ślad kłębiących się natrętnie pod czaszką nie zawsze miłych wspomnień, po czym, westchnąwszy ciężko, zmaczał pióro w inkauście i podjął pisanie raportu dla swych przełożonych. Nie ośmieliłbym się nigdy zgadywać, czego spodziewał się nasz podopieczny, książę Kazimierz Karol, gdy wkroczyliśmy na ziemie Polan. Jeśli jednak oczekiwał, że wierny lud, dowiedziawszy się o powrocie prawowitego władcy, wylegnie z radosnym śpiewem na progi chat i gościńce, by witać nas chlebem i solą, że słać będzie kwiaty pod kopyta naszych wierzchowców i powiewać barwnymi wstęgami, z pewnością srodze się zawiódł. Wędrowaliśmy przez kraj wyludniony i zrujnowany. Wszędzie pod drodze napotykaliśmy zgliszcza wiosek i pomniejszych gródków, zburzone i zbezczeszczone kościoły, pełne ludzkich i zwierzęcych kości oraz odchodów, pola leżące odłogiem, zamienione w porosłe chwastami ugory. Tam, gdzie zachował się jakikolwiek ślad życia, znajdowaliśmy z kolei opuszczone naprędce zagrody. W niektórych chatach ujrzeliśmy wstrętne rogate figurki, zapewne domowych diablików. Brat Lucjusz kazał bezwzględnie niszczyć je ogniem. Ludność kryła się przed nami w lasach, jak przed obcym najeźdźcą, zabierając żywność, bydło i najcenniejszy dobytek. Nic dziwnego, skoro zgodnie z królewską wolą,

księciu towarzyszyły tylko oddziały najemnych germańskich knechtów. Z pewnością, gdyby miał ze sobą paladynów, wszystko wyglądałoby inaczej, ludzie bowiem, widząc wojsko podobne anielskiemu, nie mieliby wątpliwości, że przynosimy im tylko Dobro. Król Henryk zapewniał wprawdzie, że „lepszych wojowników nie znajdziesz w całym chrześcijaństwie”, lecz w istocie była to zbieranina awanturników i rębajłów spod ciemnej gwiazdy, nawet banitów, którym darowano wyroki. Dzięki zasobom królowej wdowy i jej brata arcybiskupa udało się chociaż dozbroić ich w miarę jednolicie, ale pozostawali nadal niezdyscyplinowaną hałastrą. Tylko respekt przed dowodzącymi utrzymywał ich w jakiej takiej karności, bo choć Kazimierz Karol i jego przyboczny Gregor byli młodzi i niedoświadczeni, zdołali tymczasem zyskać wśród nich chwiejny respekt siłą i twardością swych charakterów. Żołdacy sarkali jednak bezustannie, choć cichaczem, skoro zamiast mlekiem i miodem płynącej krainy, jaką im obiecano, widzieli wokół tylko jałowe pustkowia, śmierć i zniszczenie. Prędko połapali się, że zamiast życzliwej gościny i ewentualnych łupów, czekają ich tutaj tylko same kłopoty i niebezpieczeństwa. Nastroje pogorszyły się jeszcze bardziej, gdy zaczęły się kończyć zapasy prowiantu. Z obu stron zapuszczonego traktu stał bór, wrogi i nieprzystępny, tak gęsty, że przenikała przezeń do ziemi tylko nikła, szmaragdowa poświata, jak na jeziornej głębi. Drzewa stare jak sam czas zdawały się wygrażać nam ogromnymi, grubymi konarami. Paru przyciśniętych głodem śmiałków odważyło się jednak wkroczyć w ten zielony labirynt, by upolować dziczyznę. Przepadli bez śladu i nigdy nie wrócili. Próżno brat Lucjusz przedkładał wszystkim, że zabłądzili albo zdezerterowali lub w najgorszym przypadku wpadli w łapy zbójów. Byli tacy, którzy słyszeli w gęstwinie, oprócz zwykłych zwierzęcych głosów, złowieszczy chichot leśnych demonów. Nietrudno zgadnąć, że popsuło to ludziom humory i duch w wojsku zaczął podupadać.

Spodziewaliśmy się znaleźć lepsze przyjęcie w Międzyrzeczu, gdzie miały do nas dołączyć rycerskie poczty Awdańców, Nałęczów, Lisów i Porajów, rodów, które wytrwały w wierności dla obalonej dynastii. Czekało nas tam jednak kolejne przykre rozczarowanie... - Zamienię w ruiny wasze miasta, spustoszę święte miejsca - szeptał Aron wersety Księgi Kapłańskiej, gdy jechali przez opuszczone, spalone podgrodzie - i dobędę nad wami miecza. Ześlę na was przerażenie, gorączkę i wycieńczenie... Ześlę dzikie zwierzęta, które pożrą wasze dzieci i zniszczą bydło. Ześlę siedmiokrotne kary za wasze grzechy... - Co tam mruczysz, bracie? - zainteresował się Lucjusz, zerkając spod oka na towarzysza. - Słowa Pana Naszego - odparł spiesznie kędzierzawy mnich, jakby przytomniejąc których wolałbym nie powtarzać głośno. Wiem, że nie lubisz, kiedy cytuję stare żydowskie księgi. - O, zapewne wiele z nich tutaj pasuje - stwierdził z powagą kulawiec, wskazując coś przed nimi. Aron podążył wzrokiem za tym gestem i zamarł z trwogi, ściągając gwałtownie wodze swego wierzchowca. Na wyłamanych skrzydłach bramy głównego grodu i poszczerbionej palisadzie wisiały przybite gwoździami ludzkie truchła. Czaszki szczerzyły się wściekle, puste oczodoły były przepastne i zimne jak zimowa noc. Na rozkrzyżowanych ramionach zachowały się resztki wyschniętej skóry i strzępy zetlałej odzieży. Po kroju niektórych szat można było sądzić, że wśród ofiar byli także duchowni. - Nasi bracia - wyjąkał Aron, drżąc na całym, ciele - wpadli w ręce krwiożerczych bestii... - Na pewno nie uczynili tego wojowie Brzetysława - ocenił rzeczowo Lucjusz. - Czeski książę ma na sumieniu wiele okrutnych czynów, ale raczej nie ten.

- Więc kto? - Tutejsi. To zbrodnia miejscowych pogan. Jeśli znajdziemy winowajców, powinniśmy ich przykładnie ukarać. Szczególnie jednak tych, co do tego namawiali. - Pomyślmy też o ofiarach - podsunął Aron. - Czy nie należałoby wszystkich duchownych pomordowanych w Polanii uznać in gremio męczennikami za wiarę? Kulawiec skrzywił się z wyniosłą wzgardą. - Było już w Międzyrzeczu Pięciu Braci Męczenników i to całkowicie wystarczy oznajmił sucho. - Nie taka jest wola kapituły i Matki Naszej, Kościoła. Ci tutaj źle spełniali widać Bożą posługę i zły dawali przykład, skoro dopuścili do tego wszystkiego sprecyzował, tocząc wokół wymownie oczyma. - Ugrzęźli w chciwości, korupcji, rozpuście, zaprzedali się złotemu cielcowi! - zaskrzeczał oskarżycielsko, wyciągając rozczapierzoną dłoń w stronę umarlaków. - Mamy zlecenie zapewnić im chrześcijański pochówek i spuścić nad nimi zasłonę niepamięci - poinformował na koniec. Aron nie zaprotestował, gdyż nieroztropnie byłoby podważać mądrość przywódców kongregacji. Przyglądał się spokojnie, jak jego współbrat podjeżdża do księcia i cichym głosem przekazuje mu odpowiednie sugestie. Kazimierz Karol skinął głową i wydał rozkaz Gregorowi, który natychmiast wyznaczył kilku żołnierzy, by usunęli nieszczęsne zwłoki i wykopali dla nich głęboki dół u stóp grodowego wału. Niechętnie wykonali polecenie, popatrując z zawiścią na swych kamratów, którzy rozbiegli się tymczasem wśród ruin, przede wszystkim szukając jedzenia, a także czegokolwiek, co warto byłoby zrabować. Książę i jego druh byli mocno zgnębieni, ale z innej przyczyny. Zasmucił ich widok zwęglonych rozwalisk klasztornych koszar, w których wraz z innymi braćmi miecza spędzili najmłodsze lata. Ponuro uśmiechnięci krążyli nad kupą popiołów, jak zbrojni archaniołowie nad unicestwionym światem. Przechadzali się między kikutami zwęglonych belek, szepcząc

słowa przeznaczone tylko dla ich uszu. Jasne, młode oczy pałały żądzą zemsty. - Requiescat in pace - modlili się zakonnicy, kiedy zaczęto zasypywać zbiorową mogiłę. Lucjusz kropił właśnie wodą święconą złożone w grobie żałosne szczątki misjonarzy, coraz mniej na szczęście widoczne pod rosnącą warstwą ziemi, gdy z zamku dały się słyszeć radosne wrzaski knechtów. Przypadkowi grabarze natychmiast porzucili łopaty i nic sobie nie robiąc ze wzburzenia duchownych, pobiegli zobaczyć, co tak ucieszyło kompanów. Zakonnicy sami więc dokończyli żałobnej posługi, po czym udali się w ślad za najemnikami, również ciekawi przyczyn takiej euforii. Najemnicy znaleźli w głównej hali zamkowej obficie zastawiony stół. Wyglądało na to, że poprzedni biesiadujący opuścili to miejsce w popłochu. Teraz niemieccy żołdacy pałaszowali z zapałem resztki niedogryzionego combra i innych wspaniałych potraw, racząc się przy tym miodem i piwem z niedopitych pucharów. Aronowi pociekła ślinka, choć spoglądał karcąco na nieokrzesanych wojaków, którzy niczym zgłodniałe psy wyrywali sobie co smakowitsze kąski. Dziwiło go tylko, że kiedy przekroczył próg sali, wyniuchał swym haczykowatym nosem delikatny zapaszek zgnilizny. Najwidoczniej nie zepsuł apetytu biesiadnikom, jeśli w ogóle go zauważyli. Byli przyzwyczajeni do takich, towarzyszących każdej wojnie, odorów. Zerknął z ukosa na swego współbrata. Spodziewał się zobaczyć na twarzy Lucjusza wyraz potępienia, jakim reagował na wszelki przejaw nieumiarkowania w jedzeniu i piciu, sam bezustannie dręczący się wymyślnymi postami. Zdumiał się, gdy ujrzał zgrozę w jego wypukłych, sępich ślepiach. - Mają oczy, ale nie widzą - mamrotał chromy mnich - mają nozdrza, ale nie czują... Boże, daj im przejrzeć!

Wzniósł obie dłonie i wyrecytował inkantację w jakimś dziwnym, nieznanym Aronowi języku. Wesoły gwar biesiadników ścichł nagle jak ścięty nożem, zastąpiony krzykami bólu, wstrętu i przerażenia. Prysnął zwodniczy czar. Liczne łuczywa pogasły, a wspaniałe kobierce na ścianach zamieniły się w brudne, postrzępione płachty. Pieczone mięsiwo stało się stertą zepsutego ścierwa, pełnego wijących się obrzydliwie robaków. Pszenne kołacze wyglądały jak krowie placki, pierogi jak końskie łajno, rzekomy miód cuchnął gnojówką, a piwo psimi szczynami. Nieszczęśni żołdacy, skoro opadły im łuski z oczu, rzucili się do wyjścia albo do najbliższego kąta, targani gwałtownymi torsjami. Niektórzy, zapewne najbardziej łakomi, tarzali się po ziemi w boleściach, trzymając się za brzuchy. Aron chciał im pospieszyć z pomocą, lecz sam poczuł mdłości, musiał więc wybiec na ganek, zaczerpnąć świeżego powietrza. Względnie świeżego, gdyż przesyconego wszechobecnym smrodem spalenizny. Lucjusz wyszedł za nim. - Miejmy nadzieję, że nie znienawidzą mnie za to, iż usunąłem im bielmo z oczu zaskrzeczał sarkastycznie kulawiec. - Niektórzy gotowi sądzić, że ukarałem tak ich łakomstwo. - Co to było? - wystękał Aron, przechylając się przez drewnianą balustradę z bolesnym grymasem. - Diabelska ułuda - odrzekł mnich beznamiętnie - którą zdołałem rozproszyć. Gdyby nie ja, wszyscy by się struli i nasza misja zakończyłaby się tutaj. - Wredne, pogańskie czary - bełkotał okrąglutki mnich, wstrząsany strasznymi wymiotami. - Myślę, że w dalszej drodze czeka nas jeszcze wiele podobnych niespodzianek ostrzegł poważnie Lucjusz. - Nieprzyjaciel nie podda się łatwo. Nieszczęsna kraina, po której

krąży Szatan ze swym przeklętym orszakiem... Nagle, jakby w odpowiedzi na owe słowa, rozległ się od wschodu głęboki dźwięk rogu i tętent kopyt. Zakonnicy zastygli, wpatrując się w tamtą stronę szeroko otwartymi oczami. Czyżby nadjeżdżali czterej jeźdźcy Apokalipsy? Aron zauważył, że dwaj paladyni wyszli przed bramę grodu i również wytężają wzrok. Dostrzegli konne sylwetki, w znacznej liczbie wysypujące się z lasu. Spostrzegłszy ruch pośród ruin, jeźdźcy ruszyli kłusem w stronę miasta. Proporce dźwigane przez chorążych wydawały się szare w gęstniejącym zmierzchu, lecz dla bystrego oka rodowe godła były rozpoznawalne. - Wróg nadciąga? - szepnął Aron, ocierając pobladłe wargi i dochodząc powoli do siebie. - Ależ nie - uspokoił go Lucjusz. - Sojusznicy. Nie wszystkich najemników zdołałem uleczyć modłami i kordiałami. Pięciu zmarło jeszcze tej nocy z zatrucia. Innych długo dręczyła biegunka. Kazimierz Karol był wielce nierad, że jego zbrojna eskorta zamieniła się w stado zbolałych i narzekających bab. Wstyd mu było przed miejscowymi wielmożami. Polańscy rycerze podzielili się chętnie zapasami jedzenia z naszymi knechtami, aczkolwiek większość z nich raczej nie była w stanie chwilowo niczego przełknąć. Nastroje poprawiły się, gdy szlachetny wódz obiecał rozdzielić żołd zmarłych pomiędzy pozostałymi przy życiu, a wśród żołnierzy zaczęły krążyć kubki piwa, tym razem nie czarodziejskiego, lecz prawdziwego. Opatrzyłem też paru lekko rannych tutejszych. Wojewoda Awdaniec wyjaśnił nam, że po drodze rozbili sporą zbójecką zgraję, toteż trakt do Poznania został oczyszczony. Mówił z takim przekonaniem, że gdy wyruszyliśmy następnego dnia, jechaliśmy jak na zwycięskiej

paradzie, z wielkim hałasem, szczękiem broni i buńczucznym śpiewem, jakby oznajmiając całej Polanii, że przybywamy. Brat Lucjusz przestrzegał przed zbytnią pewnością siebie, lecz dumni rycerze nie zamierzali brać sobie do serca rad obcego mnicha. W Czasach Zamętu niektórzy z nich niemal wszystko stracili, lecz, jak widać, niewiele się nauczyli. Za tę niefrasobliwość musieli, rzecz jasna, zapłacić odpowiednią cenę... - Siadaj na wóz - doradził Aronowi Lucjusz - okryj się derką i nie wystawiaj nosa! Tłustawy mnich spełnił bez szemrania polecenia konfratra. Żałował jedynie, iż kuternoga kazał mu się ukryć właśnie na tym furgonie. Na innych wieziono zapasy jadła i oręża, kufry z kosztownościami oraz workami brzęczącej monety, beczki reńskiego wina i bawarskiego piwa, przeznaczone wyłącznie dla gardeł wysoko urodzonych. Tu natomiast znajdowały się rzeczy kompletnie nieprzydatne z punktu widzenia atakujących barbarzyńców, lecz niezwykle cenne dla chromego agenta Gladius Dei. Wydobyte z sekretnych schowków zakazane księgi, czarnoksięskie traktaty i grimuary pełne wiedzy tajemnej oficjalnie wyklętej przez Kościół i wzbronionej prawym chrześcijanom. Niesamowite, skomplikowane instrumenty, jedne służące zadawaniu wyrafinowanych lekcji bólu, inne nieczystym praktykom, których rodzaju Aron wolał się nawet nie domyślać. Wiedział jednak, że w podziemiach opactwa Świętego Emmerama jego niezwykły współpracownik eksperymentował nie tylko na ledwie żywych ofiarach, lecz zgłębiał też najciemniejsze strony tak odrażających dziedzin, jak nekromancja, teurgia albo wzywanie demonów. Bliskość owych mrocznych, naznaczonych piętnem zła przedmiotów powodowała, że biedny braciszek drżał niczym listek osiki, choć jeszcze gorszym dreszczem przejmowała go zasadzka, w jaką wpadli. Słyszał nieartykułowane wycia, rżenie spłoszonych koni, szczęk zderzającego się oręża i okropny trzask łamanych kości. Odważył się w końcu wyjrzeć jednym okiem przez dziurę w

derze, lecz niewiele zobaczył w unoszących się wokół tumanach kurzawy. Co pewien czas wyłaniały się jednak chaotyczne, oderwane fragmenty szalejącej wokół potyczki. Żeleźce ogromnego topora wbiło się w burtę wozu tuż obok niego, więc odskoczył gwałtownie. Po chwili zjawiła się w polu widzenia straszna brodata twarz z wytrzeszczonymi dziko oczami, zgrzytająca zębami i wywrzaskująca niezrozumiałe obelgi. Płowa czupryna falowała nad niskim czołem niczym lwia grzywa. Zbójca był tak blisko, że Aron dojrzał nawet żyły nabrzmiałe na odsłoniętej szyi. Mnich zaczął się już żegnać z tym światem cichą modlitwą, gdy nagle ostrze zatrutego puginału Lucjusza przebiło gardło brodacza z szybkością atakującej żmii. Napastnik zaryczał jak ranny tur, potem opadł bezwładnie z obliczem zastygłym w wyrazie nienawistnej wściekłości. Rozbójnicy wyłonili się z lasu nagle jak duchy i zaatakowali bezładną kupą, ufni w efekt zaskoczenia, a ponadto fizyczną siłę, z jaką operowali wielkimi maczugami i siekierami. W większości byli mocno pijani, nie na tyle jednak, by powściągnęło to ich wrodzoną zajadłość. Książę i jego przyboczny nie stracili jednak zimnej krwi. Porozumieli się prędko z wojewodą Awdańcem i ruszyli w stronę wroga, wykrzykując rozkazy podkomendnym. Zrezygnowali z niepraktycznych na ciasnej drodze włóczni i zaczęli z wysokości swoich rumaków ciąć karki okryte skórami, rąbać wilcze i niedźwiedzie łby na kudłatych głowach. Zaiste wspaniały był to widok, dwaj bracia miecza walczyli bowiem jak jeden mąż, bok w bok, strzemię w strzemię, pozostawiając między sobą tylko tyle miejsca, ile trzeba na prawidłowy wymach oręża. Tam, gdzie uderzał Szczerbiec Kazimierza Karola, tryskały krwawe strugi, podobnie wokół Gregora, który od momentu wkroczenia na ziemie Polan walczył starym rodowym toporem. Inni rycerze także stawali dzielnie, choć nie mieli tak doskonałej techniki, jak ich lepiej

wyszkoleni wodzowie. Kładli wszakże zbójów pokotem i tylko młodziutki Lis i daleki krewniak Porajów dali się zrzucić z siodła i zarąbać. Aron ujrzał pędzące bez jeźdźców, na wpół oszalałe rumaki. Na szczęście rozbójnicy dopadli książęcych na samym skraju boru. Gregor rozkazał pieszym knechtom wycofać się na ciągnące się opodal rozległe łąki i zamknąć wylot leśnej drogi. Kiedy konni rycerze zaczęli brać górę nad zbójcami, zepchnęli ich w owym kierunku. W ten sposób napastnicy znaleźli się w potrzasku. Zorientowawszy się, że zostali osaczeni, rzucili się do ucieczki, niknąc między drzewami, wpierw pojedynczo, później całą hurmą. - Srebrny denar za każdą głowę! - zawołał donośnie Gregor, przekrzykując bitewny zgiełk. Kazimierz Karol zerknął na druha z powątpiewaniem, ten jednak rozbroił jego ewentualny protest niewinnym uśmiechem i lekkim wzruszeniem ramion. Książę odpowiedział nieokreślonym grymasem ust i kiwnął przyzwalająco głową. Podnieceni chciwością knechci pobiegli ścigać niedobitki. Paru nie wróciło, lecz przyniesiono w końcu i ciśnięto pod kopyta zbryzganych krwią wierzchowców paladynów kilka wrażych łbów. Schwytano także żywcem dwóch ciężko rannych chłopów, którzy błagali na klęczkach o litość, bełkocząc niezrozumiale. Przyboczny księcia spojrzał na nich z pogardą. - Nie wiedzą, co to honor - rzekł chłodno. - Butni w zwycięstwie, zniewoleni w porażce. Pogańskie psy! Nikt z miejscowych rycerzy nie podjął kwestii, choć kilku zmarszczyło brew, chmurząc czoła. Tak czy owak, pokonani zbóje byli współplemieńcami, podczas gdy tajemniczy druh Kazimierza Karola pozostawał wciąż dla nich obcym przybyszem. Książę zdawał się niewzruszony. Skinął obojętnie mieczem i w pył drogi spadły kolejne

głowy, niby odpłata za ubitych dzisiaj rycerzy. - Ale twarde z nich dranie - oceniał dalej Gregor, pragnąc chyba zatrzeć niemiłe wrażenie - i cieszy ich rozlew krwi. Byliby dobrymi żołnierzami, gdyby nie skłonność do pijaństwa i brak dyscypliny. W lesie są groźni, lecz w otwartej bitwie nie dotrzymaliby nam pola - dorzucił z przekonaniem. - Nie lekceważyłbym jednak sił Miecława - zauważył wojewoda Awdaniec, przeczesując palcami gęstą siwą brodę, pozlepianą zbójecką posoką. - Zdołał zgromadzić u siebie sporo chrobrego rycerstwa. - Sądzicie, że tych tutaj nasłał mazowiecki uzurpator? - zainteresował się książę, zerkając z ciekawością na wielmożę. - Na pewno nie, wasza miłość - wtrącił niespodziewanie brat Lucjusz, podjeżdżając z boku na chudej szkapinie. - Wpływy samozwańca nie sięgają aż tak daleko. Nie ingerował, kiedy Kraina Polan pogrążała się w anarchii ani później, podczas czeskiego najazdu, który ominął wszak jego ziemie. - I ja tak myślę - przytaknął stary rycerz, kiwając poważnie głową. - Władcę Mazowszan zajmuje wyłącznie własne dziedzictwo. To była zwykła zbójecka napaść... - Otóż to - podchwycił skwapliwie mnich - zwykła zbójecka napaść! - powtórzył zwodniczym, niknącym pośród drzew echem. - Nikt przecież nie nazwie tych szalonych dzikusów powstańcami. Kazimierz Karol spojrzał na trupy zaścielające gościniec i w jego chłodnych źrenicach pojawił się na jedno mgnienie cień smutku. - Ojczysta ziemia - rzekł z ciężkim westchnieniem, chowając miecz do pochwy powitała mnie jak wroga. Jedźmy dalej wyzywać przeznaczenie. Gregor rozkazał knechtom nadziać zbójeckie głowy na groty włóczni i zgodnie z

obietnicą wynagrodził ich wedle zasługi. Potem najemnicy wrócili do szyku i zbrojny orszak ruszył w stronę Poznania. Zbójeckie czerepy zwieńczyły mury poznańskiego zamku jako wymowny znak, że powracający władca chce przywrócić na swoich ziemiach rządy prawa. Młodszy brat wojewody Awdańca, kasztelan Skarbimir, powitał nas jak zbawców, czołobitnie kłaniając się księciu. Twierdza na Ostrowie Tumskim przetrwała oblężenie Brzetysława i została zniszczona tylko częściowo, miasto jednak najeźdźca obrócił w perzynę. Rządziły w nim głód, nędza i przemoc. Niedobitki mieszkańców gnieździły się w zrujnowanych domostwach, a na zapuszczonych ulicach panoszyły się bandy uzbrojonych wyrostków. Kasztelan miał za mało ludzi, by zaprowadzić porządek. Kazimierz Karol polecił Gregorowi i wojewodzie utworzyć kilkuosobowe, mieszane patrole, aby „wzięły za mordę ten rozwydrzony motłoch”, to znaczy przywróciły ludziom poczucie bezpieczeństwa. Co bardziej zdatnych i nie splamionych rozbojami nakazał wcielać do straży miejskiej. Srogo napomniał też najemników, by nie zachowywali się jak najeźdźcy, lecz wyzwoliciele. Knechci, jak to knechci, narzekali na nowe, uciążliwe obowiązki, lecz ucieszyło ich, że nareszcie mogą liczyć na porządne, choć skromne jadło i przednie piwo (książę kazał bowiem odszpuntować dla nich dwie beczki), a nawet sporo chętnych dziewek, gotowych się oddać za miedziaka albo kęs chleba. Brat Lucjusz gorąco nalegał, by pozwolono mu tropić wśród ludu relikty bałwochwalstwa i przydzielono w tym celu zaufanych podwładnych, niezłomnie wiernych i prawdziwie pobożnych. Nasi wodzowie spełnili to żądanie bez wielkich oporów. W skład specjalnie dobranej grupy weszli: Sas Bunsch, ruski renegat Gołub i Pomorzanin Parnic. Trzeba przyznać, że Opatrzność sprzyjała im od początku, kiedy bowiem dotarli w

pobliże zrujnowanej świątyni, napatoczył się niejaki Kraszew, dawny kościelny sługa. Nie krył się na ich widok, jak inni, lecz przeciwnie, okazał się wielce rozmowny i chętny do współpracy, zwłaszcza gdy został poczęstowany łykiem mocnego trunku. Stary pijanica przysięgał, że w Czasach Zamętu wytrwał w prawdziwej wierze, a jeśli nawet niekiedy zdarzało mu się uczestniczyć w plugawych pogańskich obrzędach, czynił tak jedynie dla ocalenia życia. Spoglądając łakomie na blaszankę naszego knechta, poinformował gorliwie, iż może wskazać chatynkę złego guślarza, który w swoim czasie podmawiał lud do buntu, mordowania księży i palenia kościołów. Nie dowierzając do końca podejrzanemu włóczędze, Lucjusz kazał się zaprowadzić w owo miejsce, nakazując swej asyście zachować ostrożność i czujność. Gdy wdarli się znienacka do małej chaty na podgrodziu, wyzbyli się wszelkich wątpliwości. Lucjusz opowiadał mi później, że przyłapali diabelskiego sługę akurat, gdy odprawiał jakiś przeklęty obrzęd, sypiąc na klepisko szlak popiołu. Czarownik wzywał zapewne demony, by porwały go wraz z żoną i dwojgiem małych dzieci na tamten świat, który tutejszy lud zowie dziwacznie Nawią. Nasz dzielny konfrater zdołał w porę zniweczyć wraże gusła, rozrzucając stopą magiczną ścieżkę, wykrzykując formuły egzorcyzmów i skraplając wszystko wodą święconą. Winowajców spętano i przywiedziono na zamek. Nigdy nie zapomnę swego zdumienia, kiedy ujrzałem czarownika na własne oczy... - Co cię tak dziwi, bracie? - spytał Lucjusz, obserwując Arona z ukosa. Kędzierzawy grubasek uśmiechnął się z przymusem. - To oczywiście bardzo naiwne - odparł - lecz zawsze wyobrażałem sobie, iż pogański guślarz musi być bardzo stary, a choć przypomina naszych siwobrodych pustelników, otacza go zarazem demoniczna aura niebezpieczeństwa i duchowej władzy. Ten zaś jest dosyć młody

i krzepki, a w dodatku żonaty, dzieciaty. Wygląda całkiem zwyczajnie... i niegroźnie. - To inny świat - zaskrzeczał kuternoga - diabelska odwrotność naszego. Ich wróżbici żyją rozpustnie, nie odmawiając sobie żadnej grzesznej przyjemności. Nie wspomnę już o tak zwanych kapłankach, rozwiązłych czarownicach, które są jawną obrazą dla naszego Boga... Zapewne dlatego wydają się bardziej ludzcy i przystępni swym zaślepionym wyznawcom. Walcząc z nieprzyjaciółmi świętej wiary, będziesz się musiał wyzbyć wielu myślowych schematów. Niechaj cię nie zwiedzie ich niewinny wygląd. W odróżnieniu od ciebie, potrafię przeniknąć od razu każdą maskę kłamstwa. Ta zwykła z pozoru rodzina dźwiga na sobie piętno potępienia, niewidoczne dla takich jak ty poczciwców, lecz dla mnie oczywiste. Aron westchnął tylko głęboko i zasępił się, rozważając coś na dnie duszy. - Zostaw nas teraz, bracie - zasugerował kulawiec. - Sposoby, jakimi będziemy ujawniać diabelską chytrość tych podłych istot, mogą się okazać zbyt surowe dla twego dobrego serduszka. Oszczędziłem ci tego w Regensburgu, oszczędzę i tutaj. Pomódl się w kaplicy za ich nieszczęsne dusze. Zakonnik skierował się posłusznie do wyjścia z lochu. Uczynił to tym chętniej, że nie wiedział, jak dłużej ukrywać, iż wielkie wrażenie zrobiła na nim uroda guślarki. Rosłe, grubokościste germańskie blondyny lub płowowłose, bujne Polanki odstręczały go i trzymał się od nich z daleka. Kiedy tylko jednak widział drobną figurę, bladą cerę, czarne kręcone włosy i smutne, migdałowe oczy, natychmiast dawał o sobie znać instynkt rozrodczy jego nacji, a wówczas Cudowna Opaska Świętego Emmerama wbijała się stalowymi kolcami w części niesforne braciszka. Nieszczęsna uwięziona, jakkolwiek z pewnością nie była Żydówką, miała właśnie typ urody silnie działający na udręczonego obrzezańca. Wolał w każdym razie jak najszybciej stracić ją z oczu i pozbyć się nieznośnego bólu w lędźwiach, wiedząc, że jej widok i tak będzie go prześladował w niespokojnych, nieczystych snach.

Na odchodnym zerknął jeszcze z zazdrością na kulawego współbrata. Ten nie potrzebował Cudownej Opaski, gdyż jak się wydawało, szczerze nienawidził niewieściego rodzaju. Pozostawał obojętny zarówno na kobiece uroki, jak i cierpienia. Z drugiej strony zwykle przedkładał dręczenie młodej i ładnej wiedźmy niż jakiejś bezzębnej staruchy. Niczego innego nie można się było po nim spodziewać, skoro w klasztorze krążyły plotki, że za młodu posłał na śmierć własną matkę, zarzucając, jakoby parała się zakazanymi gusłami i tym sposobem sprowadziła na niego kalectwo. W Regensburgu bez wahania skazywał na tortury i śmierć całe rodziny, włącznie z małymi dziećmi. Aron wiedział, że ci przerażeni biedacy już są zgubieni, skoro wpadli w szpony tak doświadczonego i bezwzględnego śledczego. - Wyjmijcie knebel mężczyźnie - polecił Lucjusz Bunschowi i Gołubowi, którzy trzymali skrępowanego więźnia. - Posłuchajmy, co ma nam do powiedzenia ten wyznawca demonów. Uważajcie jednak, by nie rzucił na was klątwy. - Z całym szacunkiem, ojcze wielebny, może najpierw byśmy przypiekli dzieciaki? zaproponował usłużnie Parnic. - To zawsze rozwiązuje języki rodzicom... - Słusznie prawisz, druh - poparł go grubym basem Gołub. - Pomnisz, jak my pod Radogoszczą rozrywali końmi Wieleckie szczeniaki? Ot, była igraszka! - zapewnił, szczerząc się wesoło na samo wspomnienie. - Dobra zabawa - potwierdził Parnic. - Baby wyły jak wilczyce, starzy wojowie płakali jak bobry... Przyjemnie było patrzeć. - Ja bym wziął na początek kobitkę - zasugerował Bunsch. - Skoro to czarownica, wygolimy jej zaraz głowę i srom - dodał, rozmarzony lubieżnie - a potem przypalimy cycuszki. - Widzę, że znasz się na rzeczy - zauważył Lucjusz z chłodnym uśmiechem.

- A jakże, wielebny - przytaknął Sas. - Byłem w Miśni za młodu pomocnikiem oprawcy - wyznał z dumą - dopóki nie pociągnął mnie szeroki świat. - Dziękuję za szczere chęci - stwierdził poważnie zakonnik. - Widzę, że nasza współpraca będzie udana. Niestety, nie mamy zbyt wiele czasu na szczegółowe badanie sprawy. Książę chce jutro wyruszyć w dalszą drogę, dlatego egzekucja musi się odbyć jeszcze dziś. Ponadto sprawiedliwość chrześcijańska nakazuje wysłuchać obwinionego. Wyjmijcie mu knebel - powtórzył polecenie. W ciemnym kącie doszło do szamotaniny. Skrępowany więzień opierał się ze zdumiewającą siłą, tak więc trójka siepaczy z trudem go mogła utrzymać. Charczał przy tym dziwnie, jakby się dławił. - Co tam się dzieje?! - zawołał mnich, wytężając wypukłe oczy. - Przyprowadźcie go tutaj, żywo! Kiedy wreszcie przywlekli go przed oblicze zakonnika, guślarz wypluł na ziemię jakiś czerwony strzęp. Z ust ciekła mu struga krwi. - Zum Teufel! - syknął Lucjusz. - Odgryzł sobie język. Nic z niego nie wydobędziemy. Zapewne jest niepiśmienny... Pozostają nam żona i dzieci. Róbcie swoje, dobrzy ludzie. Niestety, wszelkie zabiegi zdały się na nic. Kobieta i dwoje smarkaczy, mniej więcej dziewięcioletni chłopczyk i siedmioletnia dziewczynka, na wszelkie pytania odpowiadały nieskładnym, niezrozumiałym bełkotem. Lucjusz ponownie zaklął. - Odgryzając sobie język, rzucił na resztę czar niemoty - stwierdził autorytatywnie albo zrodzili się już ułomni, jako znak diabelskiego spaczenia. Był naprawdę wściekły, skoro czciciele demonów najwyraźniej wymykali mu się z rąk. - Czy w tym przeklętym kraju nie można nawet nikogo normalnie przesłuchać? - zadał

pytanie w stronę mrocznego stropu i spróbował po raz ostatni: - Mieliście konszachty ze złymi duchami? Wystarczy, jeśli któreś z was skinie głową... Odpowiedzią były nieartykułowane jęki całej czwórki. Lucjusz powiódł triumfalnym spojrzeniem po swoich ludziach. - Słyszeliście wyraźnie i zeznacie tak pod przysięgą: złe duchy przyznały się, przemawiając przez usta opętanych. Opuszczą ich ciała tylko w płomieniach stosu. Siepacze pokiwali niechętnie głowami, zawiedzeni, że już koniec uciechy. - To całkowicie wystarczy - oznajmił sługa Boży. - Przygotujcie ich na kaźń. Na głównym rynku w pobliżu zamku pachołkowie ustawili wielki krzyż, a zaraz obok prowizoryczną szubienicę i pręgierz. Ułożyli też spory stos wokół czterech pali. Później uzbrojone patrole spędziły całą ludność, wyłuskując spośród ruin co bardziej opornych. Ludzie stali w ponurym milczeniu, popatrując spode łba na księcia i jego świtę. Kiedy przyprowadzono skazanych, rozległy się w tłumie ciche, żałosne pomruki. Szybko jednak cichły, kiedy zbliżał się strażnik. - Lud dziwnie się zachowuje - rzekł cicho Kazimierz Karol z odcieniem rozczarowania. - Nikt nie złorzeczy skazańcom. - To prawda - podchwycił Gregor. - Nie zachowują się jak ludzie cywilizowani. Czyżby tutejsi nie lubili publicznych egzekucji? - zapytał ze szczerym zdumieniem Awdańca. - Może po prostu nie robią już na nich wrażenia - odparł wojewoda. - W Czasach Zamętu i w trakcie najazdu Brzetysława widzieli znacznie gorsze rzeczy. Pomarszczone oblicze wielmoży nawet nie drgnęło, trudno więc było osądzić, czy wyrzekł owe słowa poważnie, czy też z gorzką ironią. - Zlitujmy się chociaż nad dziećmi - wtrącił nieśmiało brat Aron. - To poprawi nastroje. Lucjusz skrzywił się cierpko, spoglądając karcąco na konfratra.

- Trzeba niszczyć w zarodku ten czarci pomiot - zasyczał - aby nie wyrośli na czarowników i czarownice. Zresztą okażemy im miłosierdzie - zdecydował nagle, pod wpływem nowej myśli - ale tylko dzieciom - podkreślił. Aron spojrzał z nadzieją na kulawca. - Każemy je udusić przed spaleniem - stwierdził mnich beznamiętnie. Zafrasowany Aron zerknął jeszcze na księcia i jego świtę. Twarze obu paladynów pozostały nieporuszone, a oczy bez wyrazu. Podobnie było z całą resztą prześwietnego rycerstwa Polanii. Los plebejskich bachorów obchodził ich widać tyle, co los topionych w rzece ślepych szczeniąt. Gregor wydał rozkaz i wnet trzej wydelegowani knechci wzięli się ochoczo do dzieła. Widok dzieciaków popuszczających ze strachu, a później podrygujących na stryczku, wytrzeszczających oczka, wywalających języki i młócących powietrze nóżkami, nie wywołał jednak entuzjazmu. Tu i ówdzie wybuchły histeryczne śmiechy, wiele kobiet otwarcie płakało. Niektórzy odwrócili wzrok, nie mogąc patrzeć na udrękę miotających się w więzach rodziców. - Wszystko jest nie tak, jak powinno - warknął Kazimierz Karol. - Muszę do nich przemówić - stwierdził zirytowanym tonem. - Wasza książęca miłość... - próbował zaprotestować Lucjusz. - Ruhe! - uciszył go szorstko władca. Ścisnął kolanami grzbiet cudnego, białego rumaka i wyjechał na środek placu. Chwilę się zastanawiał, dobierając w myślach słowa w dawno nieużywanym języku, potem rozpoczął donośnym, pięknie brzmiącym tenorem: - Nie przybyłem tutaj was podbić, lecz wyzwolić. Uwolnić od takich, jak ci... Wskazał wymownym gestem czerepy tkwiące na zamkowych blankach.

- I ci - podjął po chwili, kierując dłoń w stronę guślarza i guślarki. - Miłość do własnego kraju wspólna jest wszystkim, nawet barbarzyńcom. Ale to nie ich ziemie i grody odbieramy teraz, lecz nasze własne, trzymane od wieków przez Piastów, a spustoszone przez buntowników. Razem z nami powracają tu prawo i porządek. Nie będzie łaski dla zdrajców i odstępców od świętej wiary. In morte pagani... Urwał nagle, czując, że jego z trudem wiązane słowa nie trafiają do serc słuchaczy, bezsilnie bijąc w potężny mur niechęci. Był zły na siebie, iż nie zdołał się przy tym wyzbyć ciężkawego, bawarskiego akcentu. Zaciął się, całkiem tracąc wątek. Lud trwał ciągle w milczeniu z pospuszczanymi głowami. Niewiele obchodził ich ten białowłosy książę, szwargoczący ze swoimi po niemiecku i posługujący się, co gorsza, wrażymi zaklęciami łacinników. Nic nie rozumieli z jego pretensji i tytułów własności. Był dla nich obcy, skoro przybył na czele germańskich knechtów i znienawidzonych wielmożów, którzy jeszcze do niedawna żarli się między sobą, a teraz korzyli przed nowym panem. Domyślali się, że srogi, bezlitosny Bóg Niemców zażądał od księcia całopalnej żertwy w zamian za zwycięstwo. Żal im było jednak guślarza, który przejął swe zadania po zmarłym niedawno ojcu. Był młody, lecz starał się dzielnie wypełniać obowiązki, błogosławiąc stada, odprawiając ślubne i pogrzebowe obrzędy, wróżąc ze składanych ofiar i znaków przyrody, wreszcie rozsądzając plemienne spory. Żałowali także niewiasty, która, choć skażona niemotą, znała się na ziołach i leczyła schorzałych. Dwójka uroczych brzdąców zdawała się dowodem łaski bogów. I oto teraz obcy przybysze zgasili owe śliczne iskierki. Kto wie, do czego jeszcze są zdolni. Lucjusz, widząc konfuzję następcy Piastów, postanowił udzielić mu wsparcia i podjechał czym prędzej na swojej kościstej szkapie.

- Ustawiliśmy tutaj pierwszy krzyż - zaskrzeczał mnich, znacznie płynniej posługując się mową Ludu Słowa niż jego pan - by Bóg dostrzegł tę nieszczęsną ziemię i wygnał zło, jakie się na niej zalęgło. Będziemy stawiać krzyże wraz z pręgierzem i szubienicą we wszystkich grodach na znak, że powróciła chrześcijańska sprawiedliwość. Nie sądźcie jednak - podjął, silniej wznosząc głos i trzęsąc nad głowami tłumu chudymi rękoma zakrzywionymi na podobieństwo drapieżnych szponów - że cierpliwość Boża jest niewyczerpana. Ten znak to Crux irae Dei, krzyż gniewu Bożego! Ludzie łypali nań z lękiem. Do czego będzie namawiał paskudny czerniec księcia i jego knechtów? A nuż do rzezi? - Bo wisi nad wami gniew Pana! - wrzeszczał dalej zakonnik. - Dlatego zesłał na tę ziemię wszystkie plagi egipskie i spuścił anioły zagłady, którym przewodził książę Brzetysław, prawdziwy flagellum Dei! Prawowierni chrześcijanie zdobyli wówczas palmę męczeńską w niebiosach, a kłaniający się fałszywym bożkom i uzurpatorom nieczystej krwi... wieczne piekielne męki. Wszystko to było karą za wasze straszliwe grzechy i zbrodnie, za pławienie się we wszelkich wszeteczeństwach i drwiny z Chrystusa. Przyniosły wam śmierć, grozę i zniszczenie. Dotknęła was zaraza, która opanowała dusze i serca. Źli przewodnicy, diabelscy słudzy zwiedli was i prowadzili prosto w zatratę! Ludu lekkomyślny i zmienny, skoro nie okażesz skruchy, czeka cię stokroć gorsza plaga, jaką jest brzemię grzechów, ciągnące w otchłań śmierci. Płaczcie wraz ze mną nad swoim losem, nawracajcie się, módlcie, pokutujcie, a może Bóg wam wybaczy. Lud słuchał z coraz większym znużeniem, niczego prawie nie pojmując ze słów łacinnika o Egipcie, aniołach i biczu Bożym, rzeczach nieznanych albo bardzo odległych. Dał się jednak wyczuć, mimo wszystko, pewien nastrój uspokojenia i odprężenia. Nie będzie rzezi. Przynajmniej na razie.

Aron był strwożony ostrą przemową współbrata, wiedział bowiem, że jego niegdysiejsze kaznodziejskie popisy w Łeknie przed rodem Pałuków sprawiły, iż ledwie uszedł z życiem. Odetchnął zatem z ulgą i otarł spocone czoło, gdy Lucjusz powrócił na swoje miejsce w książęcym orszaku. - Zdaje się, że mocno ich wystraszyłeś - szepnął. - I dobrze - stwierdził z satysfakcją Lucjusz. - Jak mówią w Rzymie: jeśli nie możesz poruszyć nieba, rusz piekło. Niechaj ćwiczą się w Bożej bojaźni i nauczą upajać swą klęską. - Lecz jeśli będziemy wzbudzać tylko strach - wysapał tłusty mnich z obawą znienawidzą nas i znowu się zaczną buntować. Kuternoga spojrzał nań z politowaniem. - Nie utrzymasz porządku, gdy nie ukarzesz grzechu - odparł stanowczo, ucinając wszelką dyskusję. - Nawrócą się i będą nam posłuszni, jeśli zachowamy równowagę między strachem a nadzieją. „Módl się i pracuj, a nagroda w Niebie”. To zawsze skutkowało. Widząc, że książę wciąż milczy, zasępiony, zawołał do czekającego w pobliżu kościelnego sługi: - W imię Boże czyń swą powinność! Kraszew, dumny z wyniesienia, wziął z paleniska płonącą żagiew i fachowo podłożył ogień pod stos, który wkrótce buchnął wysoko. Trzask pękających polan i kneble w ustach stłumiły rozdzierające jęki skazańców. Nieszczęsny kościelny nie przeżył nocy. Nasi ludzie znaleźli go rankiem w ruinach kościoła. Jacyś nikczemnicy udusili biedaczynę powrozem, potem oblali olejem i podpalili. Kazimierz Karol kazał pochować wiernego sługę w zamkowej krypcie ze wszystkimi honorami, prochy zaś sług diabelskich i ich nieszczęsnego potomstwa spłynęły z nurtem Warty, jakby rzeką niepamięci. Słyszałem co nieco o tutejszych niedorzecznych przesądach,

jakoby bałwochwalcy udawali się do swoich bożków „drogą ognia i wody”. Mam nadzieję zatem, że nie popełniliśmy grzechu, spełniając mimowolnie pogański zwyczaj. Nie wspomniałem o tym bratu Lucjuszowi, gdyż z pewnością by się rozgniewał. Książę pozostawił Poznań w rękach braci Awdańców, przykazując im ścigać wszelkiej maści łotrzyków, zaprowadzić porządek i zająć się odbudową grodu, począwszy od kościołów. Niespokojny duch gnał go dalej, pragnął jak najszybciej zobaczyć swój kraj, którego właściwie nie znał albo słabo pamiętał. Choć nadal przemierzaliśmy pustkowia, wokół trwała przepiękna wiosna i wszystko zdawało się budzić do nowego życia. Nawet zasmuconemu poznańskim niepowodzeniem Kazimierzowi Karolowi poprawiło to w końcu humor i zaczął w poufnych rozmowach ze mną i bratem Lucjuszem snuć plany na przyszłość. Mówił, że trzeba będzie wycinać lub w razie konieczności palić pogańskie święte gaje i dąbrowy, bezwzględnie niszczyć przybytki bałwanów i służących im wieszczków, by nie został po nich żaden ślad, nie tylko na ziemi, ale też w sercach i duszach ludu. Do opustoszałych wsi należy sprowadzić osadników z innych krain: Wiślan, Ślężan, Łużyczan, może nawet niemieckich. W każdym razie chrześcijan. Prowadzeni przez przydzielonego nam od wojewody przewodnika, Rafała z Dębskiego, bystrego pacholika z sypiącym się na policzkach jasnym zarostem, dotarliśmy w końcu do niegdyś silnego i ludnego grodu Giecz. Książę Brzetysław splądrował go i spalił, jak wszystko na swojej drodze, chociaż załoga poddała się ponoć bez żadnego oporu. Mieszkańców uprowadził jako niewolnych do Czech, toteż nie zastaliśmy w zgliszczach żywej duszy. Gródek obronny nie spłonął jednak do końca, część budynków się zachowała, być może ugaszona gwałtowną ulewą. Książę rozlokował w nich niewielką załogę, pod której pieczą pozostawił wozy z dobytkiem, sam zaś udał się w dość licznej asyście na północ. Pilno mu było ujrzeć Ostrów Lednicki, kolebkę swego plemienia.

Wyspa emanowała śmiercią. Najeźdźca spalił oba mosty łączące Ostrów ze wschodnim i zachodnim brzegiem jeziora. Z wody sterczały osmalone, butwiejące pale. Jedynym sposobem dotarcia tam były łodzie miejscowych rybaków. Książę popłynął wraz z Gregorem, dwoma zakonnikami i trójką sprawdzonych najemników, w których brat Lucjusz widział już w przyszłości zaufane sługi Kościoła, a raczej Gladius Dei. Knechci, którzy pozostali na brzegu, zajęli się rozpalaniem ognisk i urządzaniem prowizorycznego obozu. Wiosłującym udało się pokonać zdradliwe wiry pośrodku rozlewiska w pobliżu Ledniczki i późnym popołudniem książę mógł postawić stopę na suchym lądzie, w miejscu, gdzie prawdopodobnie była dawniej przystań. Jeden rzut oka wystarczył, aby się przekonać, że nic prawie nie zostało z prastarej warowni. Ruiny pokryte były zbitą warstwą zieleni, wszędzie rozpychały się potężne drzewa i gęste zarośla, jakby przyrodzie spieszyło się odzyskać utraconą domenę. Panowała martwa cisza, mącona jedynie bzyczeniem komarów i dokuczliwych muszek, unoszących się całą chmarą nad wysokimi trzcinami. Wydawało się, że krwawe zwycięstwo Brzetysława przetrwały jedynie chwasty i owady. Kazimierz Karol musiał tak zapewne pomyśleć, gdy wydobył miecz z pochwy i z wielką zaciekłością począł ścinać wielobarwne łodygi i pnącza, pokrywające ledwie widoczną dróżkę. Gregor dopomógł mu, rąbiąc toporem zagradzające drogę gałęzie, a po chwili wsparli obu rycerzy Bunsch, Gołub i Parnic, poszerzając i oczyszczając, jak się dało, zarośniętą ścieżkę. Skupieni na ciężkiej robocie, nie zważali na dziwne, niepokojące szelesty i groźne pomruki, dochodzące z gęstwiny. Dwaj zakonnicy postępowali powoli za wojownikami, rozglądając się wokół trwożnie i mamrocząc pacierze. Zapadał szary zmierzch, gdy dotarli na środek wyspy. W miejscu, gdzie wedle pamięci mnichów powinien znajdować się stołp, ziała w ziemi potężna, okrągła wyrwa, otoczona

nieregularnym kręgiem rozłupanych nadludzką siłą, różnej wielkości głazów. Pośrodku, jakby na urągowisko, stał dziwacznie uformowany pień wiązu, przypominający poskręcanego artretycznie, długobrodego starca. Kanciasty czerep zdobiły wielkie rogi. Pogański demon zdawał się szczerzyć złośliwie, łypiąc nieprzyjaznym okiem na intruzów. Dwie powyginane fantazyjnie, guzowate gałęzie wznosił ku niebu, jakby wzbraniając dalszego przejścia. Trudno orzec, na ile drewniany bałwan był dziełem przyrody, na ile zaś dopomogła go uformować ręka prymitywnego rzeźbiarza. Książę parł do przodu, nieustannie siekąc i rąbiąc, jak przyciągany niewidzialną siłą. Zdawało się, że nic go nie może zatrzymać, dopóki nie dotrze do celu. Gdy ujrzał wrażego idola, nie zastanawiał się ani chwili. Skoczył w dół i zamachnął się Szczerbcem na plugastwo. - Wasza miłość! - krzyknął ostrzegawczo Lucjusz. Było już jednak za późno. Z pnia drzewa wystrzeliły długie, drapieżne pędy. Wijąc się niczym wściekłe węże, oplotły prawe ramię paladyna i wykręciły je pod niebezpiecznym kątem. Kości okropnie chrupnęły i miecz wypadł z rozwartej bezsilnie dłoni. Jakimś cudem książę zdołał go uchwycić lewą ręką, lecz to niewiele pomogło. Drzewny bożek opuścił gałęziaste szpony na ramiona księcia i z niesamowitą mocą przyciągnął go ku sobie, unieruchamiając w miażdżącym uścisku. Nogi rycerza utonęły w ziemi, okręcone korzeniami. Kazimierz Karol nie zdążył nawet krzyknąć. Z piersi wydobyło się tylko przeciągłe rzężenie duszonego człowieka. Gregor skoczył na pomoc bratu miecza. Rąbał zapamiętale konar i gałęzie, lecz żeleźce odskakiwało od twardych ramion potwora, odłupując tylko niewielkie drzazgi. Zanim reszta świty zdążyła zareagować, niezwykle szybko zachodzące słońce oblało przez moment korony drzew krwawą łuną, potem zaś mrok zgęstniał i ze wszystkich stron

rozległo się potworne wycie, najpierw pojedyncze, później zwielokrotnione. Z gęstych cieni wyskoczyła wataha ciemnoszarych kształtów o potężnie umięśnionych, garbatych grzbietach i długich, szpiczastych uszach. Tak prędko, że ludzki wzrok nie mógł za nimi nadążyć, śmignęły w dół, opadając walczącego samotnie rycerza. Gregor nie stracił ducha, nie wystraszył się nienawistnie płonących ślepi ani kłapiących paszczy. Szeroki zamach topora otoczył go srebrzysto-płomiennym kręgiem i tam, gdzie trafiał w cel, tryskała fontanna czarnej posoki i rozlegał się bolesny skowyt. Jedna z bestii skoczyła mu na kark, człowiek miotał się więc rozpaczliwie, usiłując zrzucić z siebie straszliwy ciężar. Zdołał lewą dłonią wyszarpnąć zza pasa mizerykordię i dźgnięciem w tył pozbyć się nieznośnego brzemienia. Trzej knechci chcieli ruszyć z odsieczą, lecz w tym samym momencie zostali zaatakowani z góry, skąd zwykle ludzie nie spodziewają się zagrożenia. Gałęzie drzew zakołysały się i na głowy mężczyzn spadły drapieżne ptaszyska, kruki, sokoły, jastrzębie, wypełniając powietrze przeraźliwym wrzaskiem. Wydawały się nadnaturalnie wielkie, jakby rosły z potężniejącym mrokiem. Mocno zbudowany Golub zdołał w porę osłonić twarz muskularnym ramieniem, potem silnym uchwytem złapał najbliższego atakującego stwora za szyję i korpus. Skręcony ptasi kark pękł z obrzydliwym trzaskiem. Jego dwaj kamraci mieli mniej szczęścia. Chociaż się bronili jak mogli, wyciągnąwszy broń z pochew, drapieżniki zdołały rozerwać szponami ich gardła i dobrać się do oczu wielkimi, zakrzywionymi dziobami. Rus zaczął po chwili także słabnąć, kiedy okryła go niemal całego fala roztrzepotanych, różnobarwnych piór. Rycząc gniewnie, olbrzym padł na kolana, młócąc na oślep powietrze okrwawionymi pięściami. Lucjusz osłonił sobą struchlałego Arona. Kropiąc wokół wodą święconą, raz po raz wykrzykiwał łacińskie formuły egzorcyzmów. Jakkolwiek dzikie bestie raczej nie znały

mowy uczonych i nie powstrzymało to ich ataku, trzeba przyznać, że rozkazujący, skrzekliwy głos sprawił, iż do tej pory z daleka omijały obu mnichów. Nie wiadomo było jednak, na jak długo jeszcze wystarczy kuternodze duchowej energii, utrzymującej potwory na dystans. Aron z trudem ogarniał sytuację wybałuszonymi przerażeniem oczyma. Wszystko działo się zbyt szybko. Nie lękał się o siebie, bardziej zajmował go los księcia. Serce zamierało mu na myśl, że oto w jednej chwili zgaśnie nadzieja chrześcijańskiego świata na odnowienie księstwa Polanii. Kiedy zobaczył, jak Bunsch, Parnic i Gołub kolejno padają, rozdziobani na krwawą miazgę, przestał się wahać i podjął błyskawiczną decyzję. Wydobył spod habitu zawieszony na łańcuchu medalion i unosząc go oburącz nad głową, zebrawszy całą moc ducha i wiary, wykrzyknął: - In manus tuas, Domine...! Nie miał pojęcia, co się za chwilę stanie, toteż niemal oślepł, gdy otoczyła go aura nieziemskiej światłości, bieli falującej rozszczepionymi barwami: drapieżną, kardynalską czerwienią, wojowniczym, biskupim fioletem oraz złotawym odcieniem zwycięskiego, papieskiego oranżu. Jakby ogromne słońce prześwietliło szybki witraża. Mrużąc powieki, usłyszał przenikliwy skrzek i dojmujące kwilenie porażonych bestii. Dźwięki te oddalały się jednak szybko, jakby usunięte na bok potężną, niewidzialną dłonią. A kiedy znowu otworzył oczy, siedział wraz z trójką ocalonych towarzyszy w łódce nieco oddalonej od brzegu przeklętej wyspy. Kula światła już przygasała, a rozdzierające ryki agonii stawały się coraz cichsze. Kazimierz Karol zasiadał nieruchomo na rufie, opierając głowę na podkurczonych kolanach. Twarz przesłaniała mu biała grzywa, srebrząca się blaskiem księżyca. Lewą dłoń zaciskał kurczowo na rękojeści Szczerbca. Gregor nastawił mu wywichniętą prawicę, przy czym jego pan nawet nie jęknął. Chociaż był mocno poturbowany i posiniaczony, na

szczęście nie miał połamanych żeber. Brat miecza gładził delikatnie jasne kosmyki księcia samymi koniuszkami palców, szepcząc jakieś kojące, im tylko znane słowa. Jedna z bestii pozostawiła na policzku przybocznego ślad pazurów, głęboką, potrójną bruzdę. Aron pomyślał, że trzeba będzie jak najszybciej przemyć i opatrzyć paskudne rany, jakkolwiek blizny pozostaną na obliczu wojownika już do końca żywota niczym diabelski stygmat. Mężczyźnie takie świadectwo waleczności nie ujmuje urody, pocieszył się w duchu. Sam Gregor zdawał się nie zwracać uwagi na marne zadrapania, skupiony wyłącznie na swoim wodzu. - Co tam zaszło? - przerwał w końcu napięte milczenie rycerz, potrząsając zlepionymi potem i krwią brązowymi puklami. - Skąd wilki na wyspie? A do tego rozjuszone ptactwo... - Może nie wilki, tylko zdziczałe psy z dworskiej sfory - bąknął niepewnie Aron, z trudem wydobywając głos ze ściśniętej krtani - i królewskie sokoły. Obiło mu się kiedyś o uszy, że nieszczęsny król Mieszko w przypływie obłędu przed samobójczą śmiercią otworzył psiarnie, a także wypuścił na wolność łowieckie ptaki. - Wcielone diabły, kierowane złowrogą magią - sprostował stanowczo Lucjusz. - Zmory i wilkołaki. Wyspa jest skażona, nawiedzana przez bestie starego świata. - Więc to były demony? - upewnił się Gregor, spoglądając bez cienia lęku na kulawego mentora. - Bez wątpienia - potwierdził zakonnik. - Szkoliliście nas do takiej walki. Nie sądziłem jednak, że nastąpi tak szybko, nagle i niespodziewanie. - Piekło jest podstępne - przytaknął z powagą kulawiec - a zło czai się wszędzie. - Cud, że uszliśmy z życiem - skonstatował paladyn. - Ty sprawiłeś ten cud, wielebny ojcze - podkreślił, zwracając się z podziwem do drugiego mnicha. - Jak go dokonałeś?

Tłuścioszek zrobił zakłopotaną minę. - Niezbadane są drogi Pana - wyjąkał niezbyt dorzecznie. - Słowo Boże jest żywe i skuteczne, ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny - zasłonił się w końcu cytatem z Listu do Hebrajczyków. Lucjusz przyszedł mu natychmiast z pomocą. - Mocą łaski uświęcającej, rycerzu - wyjaśnił dosyć oschle - danej tylko wybranym. Łaska ta zawiera się... - zawahał się chwilę - w poświęconym talizmanie, jaki nasi bracia mają zawsze przy sobie. Twarz młodego rycerza wykrzywił porozumiewawczy grymas. - Ach tak, słynne medaliony. Wśród druhów miecza w Regensburgu sporo się na ten temat mówiło... a raczej szeptało po kątach. Czy to prawda, że jest ich tylko trzydzieści, ponieważ zostały wybite z Judaszowych srebrników? - wypytywał dalej z ciekawością, bez krzty ironii. - Nieprawda - zaprzeczył szybko kulawiec z nieodgadnionym wyrazem twarzy. - To tylko zakonna plotka. Gregor zmieszał się i przestał zadawać pytania. Widząc, że przyboczny znów zwrócił się w stronę zbolałego księcia, kuternoga zaświszczał prosto do ucha konfratra: - Zdajesz sobie chyba sprawę, bracie, że skoro użyłeś Gladius Dei dla ratowania cudzej, nie tylko własnej skóry, medalion stał się bezużyteczny i następnym razem cię nie ocali... - Owszem - odparł półgłosem Aron - lecz życie księcia było tego warte. - Nie wiem, czy bez nas jeszcze by żył - zauważył cierpko Lucjusz. - Duchowo to ciągle nierozważny młokos. Nie powinniśmy byli pozwolić mu tutaj przyjeżdżać... Sam widzisz, jaki jest przygnębiony. Ale oczywiście postąpiłeś szlachetnie i słusznie, wyciągając nas z tej

szatańskiej kabały. Podziwiam cię, bracie. Ja nie zdobyłem się na tak ostateczny krok. Zresztą odtąd nie będziemy cię już tak bardzo narażać - dorzucił kojąco. - Jesteś dla nas zbyt cenny. Zgodnie z dyrektywami kapituły zostaniesz wkrótce opatem klasztoru w Tyńcu, a później, jeśli wszystko pójdzie gładko, biskupem krakowskim. Aron skinął głową w milczeniu. Domyślał się, że tajna kongregacja musi mieć tego rodzaju plany, skoro arcybiskup Kolonii udzielił mu przed wyjazdem stosownych święceń. Jako że chwilowo nie było o czym dalej rozmawiać, zakonnicy wzięli się pilnie do wioseł. Gregor wspomógł ich siłą młodych ramion. Kiedy dziób łodzi zaczął szorować o przybrzeżny piasek, Kazimierz Karol ocknął się z zadumy i podniósł głowę. Jego twarz przypominała nieprzeniknioną maskę, lecz oczy jaśniały gniewem, zimnym i strasznym. - Podpłyńcie na czterech łodziach do wyspy - rozkazał bez żadnych wstępów czekającym nań knechtom - i podpalcie las z czterech stron. Żołnierze wypełnili rozkaz z ochotą. Skoro niewiele jest do roboty, zawsze można coś zniszczyć. W leśną gęstwinę poleciały wpierw szczapy smolne, później płonące strzały okręcone szmatami nasączonymi olejem. Od wielu dni nie było deszczu, toteż suche poszycie zajęło się bardzo szybko. Wkrótce Ostrów Lednicki rozgorzał ogromną łuną na nocnym niebie. Było zbyt daleko, by zobaczyć dokładnie przebieg pożaru, niektórzy jednak twierdzili uparcie, że widzieli jakieś nieludzkie sylwetki, wijące się wśród płomieni, a w huku ognia i walących się drzew dał się słyszeć łopot ogromnych skrzydeł. - Mądra decyzja, miłościwy panie - pochwalił brat Lucjusz, obserwując chłodnym okiem gigantyczne palenisko. - Ogień odnawia całą naturę. Oczyści więc i twoją rodową siedzibę. - Nie chcę więcej oglądać tego miejsca - wycedził książę przez zaciśnięte zęby. - Nigdy

tutaj nie wrócę. - Nie zechcesz odbudować warowni? - spytał Aron, nie potrafiąc ukryć zaskoczenia. - Ta wyspa stała się grobem - rzekł głucho Kazimierz Karol. - Grobem naszych bezładnych urojeń, chybionych ambicji, zawiedzionych nadziei, obłędnej pychy. Pozostaną tylko popioły, które prędko rozwieje wiatr. Kiedy arcybiskup wróci na stolicę gnieźnieńską, dam Ostrów Kościołowi. Niechaj poświęci i pielęgnuje ten... cmentarz. Odwrócił się do jeziora plecami i ruszył w stronę namiotu. Gregor postępował za nim jak wierny cień. W taki oto sposób nasz książę odciął się symbolicznie od niechlubnej przeszłości swojego rodu i swego plemienia. Wyznaję, że byłem zaskoczony głębią jego przemyśleń i trafnością osądu. Wprost trudno uwierzyć, że jeszcze przed chwilą brat Lucjusz nazwał go „nierozważnym młokosem”. Zdaje się, że obaj go nie doceniliśmy. Dopiero w tym momencie, zamiast powracającego z tułaczki wygnańca, ujrzałem w nim dojrzałego i mądrego władcę, godnego dziedzica przodków. Wkrótce wrócił z Gniezna Rafał z paroma innymi zwiadowcami. Bystrooki młodzik przyniósł smutne wieści, których zresztą się spodziewaliśmy. Zamek na Górze Lecha, bazylika i całe miasto zostały zrównane z ziemią i opuszczone. Tam, gdzie kiedyś rozbrzmiewały hymny na chwałę Bożą, słychać tylko sławiące mrok wycie wilków. Kazimierz Karol oznajmił, że nie życzy sobie oglądać kolejnych ruin. Skoro świt wyruszyliśmy na południe. W Gieczu czekały nas kolejne złe wiadomości. Banda miejscowych łotrzyków połakomiła się na zawartość wozów i uprzedniej nocy zaatakowała naszą załogę. Knechci zdołali odeprzeć napaść, lecz paru wartowników padło od strzał, kilku innych było rannych. Książę uznał, że nie warto dłużej zostawać na tej przeklętej od Boga ziemi i najwyższa pora jechać do Krakowa.

Brzetysław uważał Krainy Wiślan i Ślężan za czeskie, rodzime ziemie, toteż obie uniknęły losu swoich północnych sąsiadów. Wojewoda Jaksa Topór otworzył przed najeźdźcą bramy Krakowa i poddał zamek, opłacając spokój i bezpieczeństwo poddanych sowitą kontrybucją. To samo uczynił we Wrocławiu wielmoża Wszebor. Wkroczyliśmy więc na ziemie zasobne, nie zniszczone. Pamiętam, jak rozjaśniła się twarz naszego pana, kiedy po raz pierwszy od wielu dni usłyszeliśmy dźwięk dzwonu, zwołujący ludzi na mszę. Stał otworem przed nami kraj swojski, przyjazny i wreszcie zrozumiały. Witani byliśmy przez miejscową ludność życzliwie i gościnnie, nie bez nadziei zapewne, że wraz z naszym przybyciem skończą się uciążliwe daniny dla Czechów. Pod naciskiem króla Niemiec Brzetysław zmuszony był zwrócić następcy Piastów żyzną ziemię krakowską, zachowując wszakże dla siebie złotodajne góry Ślężan. Bez trudu przejmowaliśmy kolejne strażnice, opuszczone przez obce garnizony. W Krakowie nasz książę doczekał się należnego hołdu. Wojewoda Topór powitał go w głównej bramie na klęczkach chlebem i solą. Mieszkańcy grodu wylegli na ulice, radośnie wiwatując i sypiąc kwiaty pod kopyta naszych wierzchowców, odprowadzając orszak ze śpiewem aż pod mury Wawelu, gdzie odbyła się wielka uczta. Zapewne parę lat temu tak samo witali księcia Brzetysława. Czeska dominacja musiała im już jednak srodze dokuczyć. Nowy władca zawsze przynosi nadzieję. 12. Najgorszy wróg (wiosna-lato 1047) To sen, powtarzał sobie Mścigniew, to tylko sen. A jednak ból i rozterka były całkiem realne. Bezksiężycowa noc. Bór posępny i mroczny. Przez chwilę rycerz sądził, że znajduje się wciąż w Ciemnej Matni, lecz droga wijąca się w górę uświadomiła mu, że znalazł się u stóp Ślęży, gdzie niegdyś ścigali niedobitki krystowierców księcia Ottona. Jakby na potwierdzenie

ze wszystkich stron dobiegło go zaciekłe ujadanie psiej sfory. Znowu więc musiał zapolować na wrogów, tym razem samotnie. Żałował, że nie ma przy nim Miecława i jego drużyny. Dotychczas walczyli złączeni wspólnym losem, wykowanym w Kuźni Peruna. Razem wycinali swymi mieczami drogę przeznaczenia. Teraz zdany był tylko na siebie i Płomień Boju, drżący krwawą żądzą w zaciśniętej pięści. Rana na piersi paliła żywym ogniem. Dojrzał poblask płomieni na szczycie. Zapewne przygotowywano już obrzęd na cześć Pana Wojowników. Wiedział, że musi dotrzeć tam jak najprędzej, by wspólnie z walecznymi druhami złożyć ofiarę z ciał nieprzyjaciół. Dzielić rozkosz zemsty z bogami i ludźmi. Okrutne łowy wciąż jeszcze trwały. Najwspanialsze w jego młodych latach. Wsłuchał się z lubością w szczekanie psów, wrzask nagonki i granie rogów. Był w swoim żywiole. Wieczna walka i polowanie. Rozglądał się jednak czujnie, miał bowiem wrażenie, że w mroku czai się jeszcze sporo renegatów, gotowych bronić do ostatka swego nędznego żywota. Nie kazali na siebie długo czekać. Wyczuł towarzyszący im zawsze odór rzeźni. W ciemnościach zobaczył wściekle błyszczące oczy i karminowo jarzące się krzyże, wypalone na piersiach i dłoniach. Pobożne stygmaty miały chronić przed czarami pogan, lecz dzięki magii Widuna ujawniały swą obecność, niczym fatalne piętna. Usłyszał sykliwe szepty, wraże łacińskie zaklęcia. Byli o krok. Wojownik zacisnął mocniej dłoń na rękojeści, czując w trzewiach nieznośnie piekący ucisk. Nie dbał o to. Był zbyt przepełniony gniewem, aby ból mógł go zatrzymać. Obskoczyli go ze wszystkich stron. Gończe psy w habitach, sama skóra i kości. Zacięte, blade oblicza i ostre kły. Nie bał się, chociaż z myśliwego stał się tropioną zwierzyną. Służył prawym bogom. W ich imieniu rozprawiał się z tymi zawszonymi cipami. Nie robiły na nim

wrażenia fanatyczna złość świętoszkowatych kozojebów ani ich miecze i sztylety. Choćby nawet dysponowali najbardziej potworną, nadludzką siłą, ta złamie się niczym słomka przed niewysłowioną potęgą Prawii. Ten, kto z nami walczy, usłyszał w głowie głos umiłowanej kapłanki, walczy z Matką Ziemią. Zaufajmy jej ścieżkom chwały. Pierwszego, który się nań rzucił, powalił bez trudu klasycznym kontratakiem węża i błyskawicy, jak nauczył go Wojbor. Reszta zaskowyczała i runęła jednocześnie. Ich ostrza śmigały szybko, niczym żmijowe języki. Mścigniew walczył, jakby patrzyły nań duchy wszystkich przodków, żłobiąc śmiertelne wzory na wrogich ciałach. Jego niedźwiedzie serce śpiewało wojenną pieśń, a Płomień Boju gorzał zwycięsko. Kosił niby łan, sam stał się śmiertelną kosą, wycinając wiodącą na szczyt drogę zniszczenia. Zasłał zbocze ścierwami Pańskich Psów, nim dotarł na wierzchołek czarodziejskiej góry Ślężan. Chciał wezwać towarzyszy, by dopomogli przywlec wraże truchła na kamienny ołtarz, lecz głos uwiązł mu w krtani. Zamiast kręgu głazów otaczały go dziwnie znajome, płonące budowle. Znalazł się w rodowym grodzie, trawionym pożarem Łeknie, do którego nigdy nie zdołał dotrzeć na Jawii. W głębi rozjarzonego ogniem mroku ujrzał dwie męskie sylwetki: jedną klęczącą ze skrępowanymi na plecach rękami, drugą stojącą nad nią triumfalnie. Kiedy zbliżył się do nich, z przerażeniem rozpoznał w klęczącym swego ojca, Gniewomira. Oprawca pozostawał na razie nierozpoznawalną, brudnoszarą plamą. Słysząc nadchodzącego syna, patriarcha rodu Pałuków uniósł głowę i spojrzał na pierworodnego wzrokiem pełnym cierpienia. Miał rozpłatane gardło od ucha do ucha, a jednak ciągle żył. Obok leżał na ziemi skrwawiony puginał obcej, chyba niemieckiej roboty. Okropna rana wyglądała jak drugie, upiornie uśmiechnięte usta. Brzegi broczące posoką rozchyliły się szerzej i wówczas młody wojownik usłyszał charczący jęk:

- Strzeż się brata, Mścigniewie... Zdradził nasz ród... zdradził wiarę ojców... Wojownik przeniósł wzrok na drugą postać, która stała się teraz bardziej wyrazista. To był istotnie Gniewosz, lecz starszy, niż go pamiętał, i odmieniony. Nie ten niepozorny, zahukany młodzik, lekceważony i wyśmiewany przez wszystkich. Najsłabszy cielak w stadzie. Stał przed nim młody rycerz w srebrzystej kolczudze i białym płaszczu z wyszytym na boku rdzawym krzyżem. Spod naramienników sterczały orle pióra, jakby strzępy skrwawionych skrzydeł. Piękna, męska twarz promieniowała niegodziwym blaskiem. Na prawym policzku miał dziwną, potrójną bliznę, ślad demonicznych pazurów. W okrytych żelazem dłoniach dzierżył stylisko rodowego topora Pałuków. Zmierzył starszego krewnego nienawistnym, chłodnym spojrzeniem. Na dnie ciemnoniebieskich oczu Mścigniew dostrzegł jednak cień grozy, kiedy tamten wyszeptał: - Bestia mroku... diabeł... Pierworodny chciał odpowiedzieć młodszemu słowami pełnymi goryczy i potępienia, lecz z gardła wydobył się tylko rozpaczliwy, zwierzęcy ryk. Zaatakował bez namysłu, chcąc pomścić ojca i ukarać zdrajcę, odbierając mu bezprawnie przywłaszczony plemienny znak. Za późno zorientował się, że nie trzyma już miecza w dłoni. Przemiana dokonała się w jednej chwili, niezauważalnie dla ludzkiego umysłu. Opanowała go nieprzeparta chęć mordu, pragnienie rozszarpania bratniej piersi i wyrwania z niej czarnego serca sprzedawczyka. Nim jednak zdołał dosięgnąć celu niedźwiedzimi pazurami, ostrze topora spadło na kudłaty łeb i w oczach wybuchło białe światło. Słoneczne promienie raziły tak mocno, że musiał ponownie zmrużyć powieki. - Nasz śpioch się przebudził - oznajmiła wesoło Żywia. Miał wrażenie, że wciąż czuje na piersi jej ciepłe, ożywcze dłonie. Zerknął ostrożnie dokoła. Zaklęty Bór oddychał soczystą zielenią, świeżo zroszoną letnim deszczem. Wielka

Burza pomrukiwała groźnie z daleka, czając się na granicy lasu, niczym wilk krążący poza zasięgiem ognia. Z pobliskiej łąki dobiegały szepty wartkiego strumienia. Teraz spojrzał po sobie i zorientował się, że na obnażonym torsie nie ma śladu okropnej rany. Nie czuł już także w ciele żadnego bólu. Kapłanka uśmiechała się czule do ozdrowieńca, widać jednak było, jak bardzo jest wyczerpana dokonanym obrzędem. Twarz miała bladą, ściągniętą wysiłkiem, a pod oczami pojawiły się sine cienie. - Jak się czujesz, gine?- zapytał Andaj. Przypiekał na niewielkim ogniu resztki dziczyzny, równocześnie obserwując rozwój sytuacji. Wokół niego biegał, jakby trochę nerwowo, jedyny ocalały koń, Pukis, porozumiewając się od czasu do czasu ze swym panem krótkimi rżeniami i chrząknięciami. - Jak nowo narodzony - odpowiedział szczerze Mścigniew, wstając z miękkiego posłania mchów i przeciągając się, aż trzaskało w stawach. Poczuł swąd pieczeni i zorientował się, że jest wściekle głodny. Ruszył w stronę ogniska, nim jednak wgryzł się łapczywie w podany mu kawałek mięsa, zatrzymał się i skłonił przed Żywia. - Dziękuję ci, wielka kapłanko - rzekł z respektem. - Niech Mokosza zawsze ci błogosławi. Ponownie się uśmiechnęła, mierząc go uważnym spojrzeniem. Wiedźma była wyraźnie zadowolona z sukcesu. - Radość, że zawróciłam cię z Mrocznej Drogi, jest dla mnie wystarczającą nagrodą. Musiałam jednak nakłonić las mocą Matki Ziemi, by oddał znaczną część życiodajnej energii. Nie było to wcale łatwe. Wymownym gestem wskazała ziemię pod stopami wojownika. Dopiero teraz zauważył, że trawa wokół niego wyschła i ściemniała jak przypalona sierść, a drzewo, o które się

wspierał, było odarte z listowia i kory, wypalone od środka, jakby stanowiło drogowskaz do Nawii. - Wiedziałem, że ci się uda, wieszczko - stwierdził spokojnie Widun, podając bratankowi kaftan. - Bez względu na moce, jakimi obdarzyła cię Wielka Bogini, przepowiednia mówi, że Mścigniew może zginąć tylko z ręki rodzonego brata. Wzruszyła ramionami. - Wiesz dobrze, jak bywa z przepowiedniami. Ich prawdziwy sens ujawnia się dopiero wtedy, gdy się spełniają. Wcześniej zawsze istnieje ryzyko złego odczytania proroctwa. O ile wiem, nie znaleziono szczątków brata Mścigniewa w zgliszczach Łekna ani rodowego topora. Sam mi mówiłeś. - Trudno było rozeznać cokolwiek w stercie popiołów i zwęglonych ciał - odparł z lekką irytacją guślarz. - Powtarzam tylko, co powiedziały mi kości poległych. Gdyby młody Gniewosz wciąż żył, sądzę, że wiedziałbym o tym. - Jeżeli zmienił dawne imię i porzucił wiarę ojców - stwierdziła z powątpiewaniem mógł stać się dla nas niedostępny. - Zwykłe domysły. Nie pora nad tym się teraz rozwodzić - sarknął mag. - Mamy ważniejsze sprawy. Co powiedziawszy, oddalił się szybko w stroną Splątanej Bramy. Mścigniew zorientował się tymczasem, że jego kaftan z niedźwiedziej skóry został w miarę możliwości oczyszczony z krwawych plam, a rozdarcia pozszywano. Pachniał czystą świeżością. Zauważył, że wszyscy jego towarzysze zdążyli się tymczasem oporządzić. Księżna zmieniła podartą suknię na drugą, jaką wiozła w jukach. To uświadomiło mu, jak długo musiał być nieprzytomny. - Straciliście przeze mnie mnóstwo czasu - stwierdził, przełykając resztki pieczeni i

zapijając łykiem źródlanej wody. - W dodatku nie mamy naszych koni - dodał, rozglądając się niespokojnie. - Czerńce mogą być już daleko ze swoim łupem... Nie zdołamy ich dogonić. Że też musiałem tak głupio dać się zaskoczyć! - wykrzyknął z prawdziwym żalem. Żywia podeszła do niego i położyła dłoń na ramieniu. - Nie martw się - powiedziała kojąco. - Niczym nie zawiniłeś. Nie pamiętasz tego, co powiedział nam Duch Nawii? W Zaklętym Borze czas i przestrzeń nie mają żadnego znaczenia. Trzeba tylko podążyć właściwą ścieżką. Widun właśnie nad tym pracuje. Wojownik zastanawiał się chwilę nad jej słowami ze zmarszczonym czołem. - Wrócimy do chwili, kiedy tamci zniknęli w Wirze Przejścia? - zdziwił się w końcu, mrugając powiekami. - Tak - potwierdziła czarodziejka. - Nie uciekną nam. - Zaiste, wielka jest wasza moc - przyznał z respektem wojownik. - Także początkowo w to nie wierzyłem - wtrącił Andaj, wstając od ognia. Podszedł do nich, obejmując za szyję kucyka. - Taka możliwość nie mieściła się w mojej młodej głowie - wyznał z odcieniem skruchy. - Mistrz Kriwe pewnie śmiałby się ze mnie. - Chodźmy, skoro jesteśmy gotowi - przerwała mu żywo kapłanka. - Czuję, że już pora. Ruszyli prędkim krokiem i już po chwili znaleźli się w Ciemnej Matni, którą przemierzali teraz znacznie pewniej niż poprzednio, kierując się wzdłuż monstrualnego szkieletu. Mścigniew zastanawiał się mimochodem, co stało się ze skórą i ciałem olbrzyma? Czy ich kamienna struktura była delikatniejszej materii i nie wytrzymała próby czasu? Zmurszała i złuszczyła się niczym ściany starej budowli? Jak to się stało, że trup nie przetrwał w całości, skoro zachowało się jego pęknięte serce? Łamał sobie głowę, nie znajdując odpowiedzi. Nie miał odwagi zagadnąć o to kapłanki, skoro była wyraźnie skupiona na

odnalezieniu drogi ich przeznaczenia. Nie był zresztą pewien, czy czarodzieje nawet we dwójkę potrafiliby udzielić mu odpowiedzi. Znali wiele tajemnic, ale zapewne nie wszystkie. Przynajmniej zadawane w duchu pytania odwracały jego uwagę od niewiadomego, które czekało na nich po drugiej stronie. Stanęli w końcu przed rozwartą paszczą ogromnej czaszki. Za sprawą magicznych działań Widuna kłębiły się w niej znajome barwy mroku. Wir Przejścia był znowu otwarty. Guślarz zachęcił wędrowców, by go przekroczyli. Pierwsza zniknęła w nim Żywia, idąc odważnie z zaklęciem na ustach. Następnie Andaj przeprowadził trzymanego za grzywę, niespokojnie strzygącego uszami rumaka. Mścigniew rzucił ostatnie spojrzenie krewnemu i mentorowi, po czym sam wkroczył w nieznane. Kątem oka widział, że guślarz podąża za nim, zamykając ten dziwny pochód. Znaleźli się w przestronnym, wysoko sklepionym lochu, oświetlonym nielicznymi pochodniami. Na ścianach pomiędzy grubymi, przysadzistymi filarami majaczyły w cieniu ledwie widoczne, mocno skruszone zębem stuleci płaskorzeźby, obrazujące zmagania gigantycznych ludzkich sylwetek z nieznanymi, przedwiecznymi bestiami o wężowych kształtach. - Podobizny bogów i bohaterów, których imiona dawno zatarł czas - szepnęła wróżka z nutką melancholii. Wir zamknął się i za plecami mieli teraz chropawą kamienną ścianę. Mogli iść tylko przed siebie. Kiedy tak uczynili, zobaczyli w głębi korytarza klęczącą, przygarbioną postać w mnisim habicie z kapturem. Pochylał się nad leżącym na ziemi ogromnym młotem ze słoneczną runą na stalowej głowicy, jaśniejącą w najgłębszych ciemnościach. Wyglądało, jakby się modlił do swojej zdobyczy. - Oddaj nam relikt! - zawołała groźnie kapłanka. - Może ocalisz życie!

Pokonując zmęczenie, ruszyła w stronę czerńca energicznym krokiem, wydobywając sztylet z pochewki. Mężczyźni szli za nią, skupiając uwagę na nieznanym przeciwniku. Tamten uniósł głowę, a wówczas spod kaptura błysnęło szpetne, złośliwie wykrzywione oblicze. Uniósł dłonie ku górze i wykrzyczał łacińskie hasło. Figury i cienie na ścianach ożyły, poruszyły się i spadły na grupkę poszukiwaczy. Mimo zaskoczenia, wędrowcy zdążyli wyciągnąć broń. W jednej chwili wszystko wokół stało się chaosem przerażenia, determinacji i bólu. Znowu zasadzka, pomyślała ze znużeniem Żywia, czy to się nigdy nie skończy? Pytanie było w zasadzie retoryczne, ponieważ doskonale wiedziała, że walki życia nigdy się nie kończą. Zwłaszcza gdy ma się do czynienia z okrutnym i bezwzględnym wrogiem. Żaden ze zbrojnych, zakapturzonych mnichów jej nie zaatakował, podeszła więc do tego, który zdawał się ich przywódcą. Wciąż zasłaniała się obronnie sztyletem. Zakonnik powstał tymczasem z klęczek i zacisnął obie dłonie na zwieszającym się na piersiach srebrnym krzyżu. Mamrotał pod nosem jakieś niezrozumiałe słowa, wpatrując się wrogo w kapłankę. Kobieta poczuła na skórze znajome mrowienie magii, mającej zapewne sparaliżować jej wolę. Zebrała wszystkie nadwątlone siły ducha, by przeciwstawić się mocy, która falowała wokół tamtego jak brudny woal, napełniając przestrzeń złowrogą energią. Mnich jednak nie zamierzał zaszkodzić jej bezpośrednio. Sprawił natomiast, że otoczyła ich oboje ściana roziskrzonej mgły, oddzielając od kłębiącej się wokół walki. Sylwetki zmagających się stały się zaledwie widoczne, a wszelkie krzyki, jęki i szczęk oręża zostały mocno stłumione. Niewidzialna siła utrzymywała w powietrzu czarodziejską barierę, kąpiąc oboje w jasnym, oślepiającym blasku. Owa jasność była martwa i zimna, jak serce groźnego mnicha. Żywia mimowolnie uśmiechnęła się jednak z podziwem. - Jestem pod wrażeniem, ojcze Lucjuszu - oznajmiła, obserwując przeciwnika spod

przymrużonych powiek. - Długą drogę przebyłeś, odkąd widziałam cię na dworze starego księcia Bolesława... Zdawał się nie zważać na jej przewrotne pochwały. Teraz on zbierał siły do głównego natarcia. - Wyrzeknij się zła! - zaskrzeczał, wysuwając przed siebie srebrny krzyżyk, emanujący ohydnym, sinym światłem. - Żałuj za grzechy i błagaj Chrystusa, by ci wybaczył i zbawił twą duszę! Wzruszyła ramionami, cicho chichocząc. Swym zaskakującym zachowaniem sprawił jednak, że schowała sztylet. Zanadto ją bawił ten pokurcz, by go od razu zabijać. Pomyślała, że ich rozmowa może się okazać całkiem interesująca i pouczająca dla obu stron. Na śmierć zawsze przyjdzie czas. - Nie pragnę tego, co nazywacie zbawieniem - oświadczyła otwarcie. - Nie marzy mi się ten wasz nudny Wyraj, pełen bezpłciowych, skrzydlatych istot. Źle trafiłeś, czerńcu. - Ugnij kark pod mocarną dłonią Pana! - nie ustępował. Pokręciła głową. - Nie przestraszysz mnie swoim znakiem hańby. Wiele lat was obserwowałam i przejrzałam na wskroś wszystkie sztuczki. Wmawiacie prostaczkom urojone poczucie winy, zachowując dla siebie władzę karania i odpuszczania... tak zwanych grzechów. Świetny sposób na trzymanie motłochu w ryzach i wyłudzanie darowizn od możnych. Szkoda, że nasi kapłani na to nie wpadli. W każdym razie stąd bierze się aura lęku, jaką wokół siebie roztaczacie. Na mnie jednak nie działa. Nie robi także wrażenia twój religijny zapał. Zrozumiał, że obrał złą drogę. Wypuścił z rąk srebrny symbol, jakby zaczął go parzyć. Otarł z czoła krople potu, spoglądając na kobietę z odcieniem niechętnego respektu. Ostatecznie złowieszcza wiedźma nie była ciemną wiejską zielarką, którą wystarczyło trochę

postraszyć. Mieniła się kapłanką i pochodziła z wielkiego niegdyś rodu. Należało ją potraktować specjalnie, stwarzając chociaż pozór równorzędności. Przynajmniej dopóki nie będzie jej miał w swojej mocy. Wtedy uczyni, co zechce, z tą szatańską dziwką, wsłuchując się z lubością w jęki i błagania o litość. - Zanadto ufasz mocom Ciemności - zauważył spokojniej, przybierając ton niemal swobodnej dysputy. - Ich potęga jest złudna, a obietnice kłamliwe. - Widzę, że sporo wiesz na ten temat - stwierdziła. - Badałeś magię Słowa? - zagadnęła zaczepnie, pragnąc pociągnąć za język dziwnego zakonnika. Wyprostował się dumnie. - Zgłębiłem nie tylko wasze marne gusła. Poznałem magię wielu ludów, znam czary, o jakich się wam nawet nie śniło. Roześmiała się dźwięcznie. - Nie wątpię, że pilnie studiowałeś - rzekła, wskazując wymownym gestem otaczającą ich ścianę blasku - lecz wkroczyłeś na obcy i niebezpieczny grunt. Igrasz z mocami, których nie znasz i nie rozumiesz. Nawet jeśli zdobyłeś sporą wiedzę, wertując zakazane wam księgi, pozostajesz w tej dziedzinie... Jak to mówią rzymscy uczeni?... Ach, tak: dilettante. Jako żółtodziób, nie masz z nami szans. - Czyżby? - syknął, błyskając groźnie oczyma. - Jeszcze się przekonasz, wiedźmo, na co mnie stać. - Chętnie zobaczę twoje kolejne popisy - odpowiedziała kpiąco. - Mogą być nawet ciekawe jak sztuki jarmarcznego kuglarza. To jednak nie zmieni faktu, że nie widzisz dzielącej nas różnicy. - Jakiej różnicy? - spytał, zerkając z ukosa. Głęboko westchnęła.

- Wszystko, czego tak mozolnie musiałeś się uczyć, ja dokonuję naturalnie, otwierając umysł i serce na moc daną przez Wielką Boginię - wyjaśniła. - Wasi fałszywi bogowie to upadłe anioły - mruknął wściekle - które zwodzą was i prowadzą drogą śmierci. Tylko nasz Bóg jest prawdziwy... - Wasz Bóg - wpadła mu w słowo - grozi karami na tym i na tamtym świecie, chociaż nazywacie go miłosiernym. Skoro nienawidzi nawet najdrobniejszych ludzkich przyjemności, nie zasługuje, by oddawać mu cześć. Zachowuje się jak pomylony oprawca. Żal mi was. Szukając Boga, znaleźliście potwora. - Bluźnisz! - wrzasnął, ugodzony do żywego. - Nasi bogowie - podjęła, nie przejmując się jego wybuchem - zapewniają nam radość życia tutaj, na Jawii. Wybór jest oczywisty. Zagryzł wargi, powstrzymując cisnące się na nie przekleństwo. - Jesteście niczym ślepcy, stojący o krok od źródła wszelkiego światła - powiedział, gdy już zapanował nad sobą. - Odrzucając je, skazujecie się na zagładę. - Bo wcale go nie pragniemy - odrzekła. - Dlaczego nawracacie przemocą? Żyliśmy całkiem szczęśliwie, dopóki nie zjawiliście się tutaj ze swymi grzechami, zakazami i okowami. Byliśmy zdrowi, lecz splamiliście naszą ziemię jak chorobliwa narośl. Byliśmy możni, wy zaś połakomiliście się na nasze dobra. Mój syn ma rację: jesteście jak myszy w spiżarni. Jakim prawem oczekujecie, że przyjmiemy wasze szkodliwe nauki? Potrząsnął niecierpliwie głową i spojrzał na nią z wyrzutem. - Nie tylko ślepi, ale i głusi... Miałem nadzieję, że w końcu zrozumiecie, iż tak naprawdę nie jesteśmy waszymi wrogami. Przynosimy wam przecież Dobrą Nowinę objawienia i odkupienia. Wy jednak wolicie nadal kłaniać się swoim demonom i błądzić w mrokach. Służyć bestiom Chaosu - dorzucił z odrazą.

Jej usta wykrzywił drwiący uśmiech. - To, co nazywacie Chaosem, jest samą esencją życia. Natura to wieczna walka między miłością i śmiercią, między rodzeniem i umieraniem. Potępiacie ją i nazywacie grzeszną, ale ona w końcu zniszczy was i pochłonie. Matka Ziemia pożre swoje wyrodne dzieci. - Pogańskie mity - zripostował, podrygując nerwowo garbatym ramieniem. Bezwartościowe bujdy. Nasz Bóg jest niepojęty dla waszego starego rozumu. Niszcząc takich, jak wy, tworzymy nowy porządek... Jej twarz ściągnęła się w posągową maskę. Bardzo była w tej chwili podobna do swojej bogini. - Widziałam ten wasz porządek - oświadczyła twardo - w wieszczych zwidach, zsyłanych przez bogów. Widziałam całe plemiona wyrzynane z modlitwą na ustach i miasta niszczone z powodu jednej linijki psalmu. Tysiące ludzi palonych na stosach, gdyż byli zbyt mądrzy albo zbyt piękni, by żyć pośród was. Procesje biczowników i innych szaleńców, dręczących się na rozmaite sposoby. Narody duszące się w szponach Czarnej Zarazy... Jakiż to nowy, wspaniały ład chcecie budować na popiołach naszych świątyń, na rozpaczy i cierpieniu niezliczonych ofiar?! Jeśli tak właśnie ma wyglądać, cieszę się, że nie będę w nim żyła. - Wypaczone mamidło! - warknął mnich, krzywiąc się szpetnie. - Diabelska karykatura! Jesteśmy silni i zwyciężymy, bo po naszej stronie jest prawda. - A może odwrotnie? - zaoponowała żywo. - Racja musi być po waszej stronie, bo akurat jesteście silniejsi? Zgrzytnął zębami. - Rzekłem już, że niczego nie pojmujecie... dlatego nie przetrwacie. - Przetrwamy - zaprzeczyła - nawet jeśli wszystkich pozabijacie. Stanie się to jednak w

taki sposób, jakiego nie potrafisz sobie wyobrazić. Ty za to możesz się nie uchować... - A niby czemu? - Dał się sprowokować. - Moc Pana Naszego... - Nie uchroni cię przed własną słabością - przerwała mu z ironiczną troską - pokusami władzy i ciekawości. Wkroczyłeś na ścieżkę samozagłady, próbując uczynić z obcej magii posłuszne narzędzie. Nawet nie zauważysz chwili, kiedy okaże się, że przekroczyłeś niewidoczną granicę, wypowiadając jedno zaklęcie za dużo. Za późno zrozumiesz, że zabrnąłeś zbyt daleko i nie masz już odwrotu, stając się igraszką mocy, jakie rozpętałeś. Wówczas pojawi się przed tobą ciemna nicość nieznanego, ostateczny kres wszystkich złych magów. Pęknie ci serce, a duszę strawi ogień. - Zobaczymy - odrzekł z krzywym uśmiechem. - Chętnie oddam życie za wiarę, skoro tak każe Pan. On wie, że popełniając najcięższe grzechy, walczyłem w słusznej sprawie. Królestwo Boże na ziemi... Zbliża się Dzień Sądu! - wrzasnął nagle, wznosząc szponiastą prawicę z obłąkańczym błyskiem w oku. - Nikt nie umknie przed Boskim gniewem... zwłaszcza fałszywi prorocy - dorzucił, spoglądając wymownie na kapłankę. - Żal mi cię, kaleko - odrzekła bezlitośnie - słaby na ciele i umyśle. Masz język żmii i sumienie zbrodniarza - oceniła, zaciskając usta. - Fałszywi prorocy, pragnący wyzwolić Antychrysta - kontynuował, nie bacząc na obelgi, łypiąc spod oka, jakby sondował reakcję. - Wiem, co zamierzasz, wiedźmo, i zrobię wszystko, żeby ci w tym przeszkodzić - oświadczył z naciskiem. - Jak mnie chcesz powstrzymać? - spytała hardo, mierząc go pogardliwym spojrzeniem. Zerknął chytrze na leżący pod nogami ogromny młot, który przyciskał do ziemi chromą stopą. - Odbierając wam ten diabelski relikt - rzekł z satysfakcją - wykuty w piekielnej kuźni. - Dlatego należy do mnie - odparowała Żywia, czyniąc dłońmi ledwie zauważalny znak.

Dłuższy już czas tkała wokół siebie niewidzialne przędziwo zaklęcia. Wciągając szalonego czerńca w religijną dyskusję, starała się odwrócić jego uwagę od toczącej się wokół walki. Czuła, że jej przyjaciele zwyciężają i Lucjusz zostanie za chwilę sam. Co więcej, guślarz, wywijając dzielnie kosturem, zdołał przeniknąć umysłem magiczną barierę i nawiązać z nią kontakt. Przesłał jej cząstkę swej niespożytej energii, pomagając odzyskać siły. Runa na głowicy zabłysła silniej. Młot zadrżał i w jednej chwili uniósł się, poruszany niewidzialną mocą. Zaskoczony czerniec zatoczył się do tyłu, z trudem utrzymując równowagę. Słoneczny relikt uderzył w magiczną ścianę. Rozległ się głuchy, przeciągły dźwięk, jakby pękającego dzwonu. Na powierzchni bariery pojawiły się ciemne, pionowe rysy, niczym na szklanej tafli. Chwilę później czarodziejska ściana rozsypała się w drobny mak, jak kryształowa kopuła. Okruchy zamigotały i znikły. - Przeklęta! - zasyczał Lucjusz. - Co zrobiłaś?! - Zniszczyłam twoje dzieło - odparła z uśmiechem. - Wasz podstawowy problem polega na tym, że nie doceniacie kobiet - dodała sarkastycznie. - Doceniamy - sprzeciwił się przekornie, cofając w ciemny kąt lochu - i dlatego będziemy je palić na stosach. - Zapewne chętnie podpaliłbyś mój - stwierdziła, przyglądając mu się uważnie i oceniając dzielącą ich odległość. - O, nie - zaprzeczył z powagą. - Sama go podpalisz, czarownico - oznajmił zagadkowo - lecz wcześniej się jeszcze spotkamy. Na to, by rozwalić magicznym młotem czaszkę kuternogi, nie starczyło jej mocy, cisnęła więc sztyletem. Niestety, zbyt późno. Czerniec wtopił się w cień i zniknął. Stalowe

ostrze zabrzęczało na kamieniach. Podniosła broń, schowała i rozejrzała się dookoła. Podłoga ciemnego lochu zaścielona była trupami kapturników. Młodzi wojownicy siedzieli wśród nieruchomych ciał, czyszcząc broń i odpoczywając po ciężkiej walce. Żaden nie odniósł poważniejszych obrażeń. Widun podszedł do wieszczki, podpierając się kosturem. - Wszyscy zginęli? - zapytała rzeczowo. - Prawie - odparł guślarz. - Dwaj ciężko ranni uciekli nam w dziwny sposób - dodał, kręcąc głową z niezadowoleniem. - To znaczy? - Wydobyli zza pazuchy jakieś magiczne medaliony, wykrzyczeli łacińskie zaklęcie i znikli w nagłym, oślepiającym rozbłysku - wyjaśnił kapłan. - Czy tak samo uciekł przywódca? - zapytał, szukając wzrokiem Lucjusza. - Niezupełnie - oświadczyła. - Skrył się w cieniu, jak szczur w swojej norze. W tym ciemnym kącie musi być ukryte przejście... Podeszła do miejsca, gdzie zniknął czerniec. Kiedy dotknęła końcami palców kamiennego muru, wyczuła drgnięcie magii. Tak, jak podejrzewała, ściana była iluzoryczna, stanowiąc kolejne przejście. - Nie ma na co czekać - stwierdziła, zwracając się do pozostałych. - Musimy się jak najprędzej wydostać z tych lochów. Zawińcie młot w to - poleciła Mścigniewowi i Andajowi, rzucając im opończę. - Nikt nie musi widzieć, co niesiemy, kiedy wyjdziemy na powierzchnię. Lepiej nie wzbudzać niepotrzebnej sensacji. Zrobili, co kazała. Mścigniew stwierdził w pierwszej chwili chełpliwie, że sam może nieść młot, gdy jednak spróbował go sobie zarzucić na ramię, jęknął i zgiął się wpół pod ciężarem. Ponieśli go więc razem z Jadźwingiem. Mroczna ściana prowadziła do drugiej, jeszcze większej komnaty. Wzięli parę pochodni

z korytarza i kiedy sobie poświecili, w ich zdumionych oczach zajaśniały stosy złotych i srebrnych naczyń, bransolet, naszyjników, pięknie kowanej, rzadkiej i cennej broni, wspaniałych hełmów i tarcz, worków i kufrów z przesypującą się różnorodną monetą. Wszystkie te kosztowności walały się po całym pomieszczeniu w bezładzie. - Ciekawe, czyj to skarbiec? - zastanawiała się na głos Żywia. - I czy są straże u wejścia? Wszyscy spojrzeli niepewnie w stronę majaczących w drugim końcu komnaty masywnych, okutych żelazem wierzei, bez wątpienia zawartych na trzy spusty od zewnątrz. Rozglądająca się wciąż uważnie kapłanka wskazała na coś dłonią. - Spójrzcie! - zakrzyknęła. - Czy to nie jest sławna Włócznia Peruna? Na jednym ze stosów spoczywała lanca gruba jak oś wozu i długa jak powalone drzewo. Szerokie ostrze potężnego grotu od dawna chyba nie było czyszczone, pokrywał je bowiem lekki nalot śniedzi i rdzy. Drzewce sprawiało wrażenie nieco spróchniałego. A jednak pradawna broń emanowała pierwotną potęgą dłoni, która ją niegdyś dzierżyła. Widun pokręcił głową w zadumie. - Uczestniczyłem kiedyś w wolińskim Święcie Wojów - oświadczył. - Włócznia, jaką pokazywano wtedy ludowi, była równie potężna, lecz wyglądała jak nowa. - Zapewne więc pokazują pospólstwu jedynie podobiznę - zasugerowała wieszczka. Prawdziwą trzymają tutaj. - Nie wiem, czy to ostatecznie wyjaśnia, gdzie się znajdujemy - odparł ostrożnie guślarz. - Najlepiej będzie wyjść na zewnątrz i przekonać się - stwierdziła. - Tylko którędy? - mruknął Mścigniew. Jakby w odpowiedzi usłyszeli zduszony jęk, dobiegający zza góry skarbów. Kiedy tam

ostrożnie podeszli, zobaczyli leżącego na ziemi pękatego osobnika w pstrokatym stroju sługi Strzyboga. Ręce i nogi miał skrępowane, a w ustach knebel. Pomrukiwał niewyraźnie, przewracając z niecierpliwością gałkami małych oczek, tonących w nalanym obliczu. - Ślaz! - rozpoznała jeńca kapłanka. - Tutaj go zostawili! Wspólnie z Widunem rozwiązali nieszczęśnika i pomogli mu się podnieść. Wsparł się o ścianę potężnym korpusem, ciężko sapiąc i rozcierając zdrętwiałe kończyny. - Jak tu trafiłeś, przyjacielu? - zapytał z ciekawością guślarz. - Przez morze piwa - mruknął grubas - wypitego w złym towarzystwie. - Spili cię i porwali? - zasugerowała domyślnie Żywia. Ślaz skinął głową. - Podawali się za kupców z Jutlandii - wyjaśnił. - Złożyli hojne dary świątyni i zakupili w porcie największą beczkę piwa. Oczywiście, nie mogłem odmówić tak miłemu zaproszeniu... - Naturalnie - wtrącił guślarz, kiwając wyrozumiale siwą głową. - Odmowa uczestnictwa w biesiadzie byłaby obelgą wobec Pana Morskiego Wiatru. - Zaczęło się w świątyni - wspominał Ślaz, marszcząc czoło. - Przekonaliśmy się, czy stara beka dobrze kwasi... Potem, gdy pokazało się dno, ruszyliśmy w rejs po portowych tawernach. Nie pamiętam, gdzie straciłem pamięć i rozeznanie - wyznał ze skruchą. - Może „Pod Morskim Wilkiem”, a może w „Głębokim Odmęcie”. - Mężczyźni! - sarknęła gorzko kapłanka. - Skaranie bogów z wami! Pan Pogody nie ochronił cię jednak, choć mu tak dzielnie służyłeś. - Dałem się podejść jak smarkacz - przyznał ze smutkiem tłuścioch. - Obudziłem się później w tym miejscu. Przeklęci czerńce przyłożyli mi do gardła zatrute ostrze i zmusili, bym ich zaprowadził w samo serce Zaklętego Boru. Bardzo zależało im na słonecznym

relikcie... bardziej niż na tych skarbach - zauważył, tocząc wokół półprzytomnym spojrzeniem. - Szczęśliwie nie zwrócili uwagi na Włócznię Peruna. Trzeba przyznać, że nauczyli się świetnie maskować - dodał z odcieniem podziwu. - Nigdy bym nie zgadł, że są obmierzłymi sługami Jezu Krysta. W porcie także nikt ich nie przyuważył. Choć Wolinianie pozwalają przybyszom czcić wszelkich bogów, z chrześcijaństwem lepiej się tu nie obnosić. - Jesteśmy więc na wyspie Wolin - stwierdził z zadowoleniem Widun - te zaś skarby... - To pirackie łupy jomsborczyków - oznajmił kapłan Strzyboga. - W lochach morskiej twierdzy, w trzewiach góry Gosań czerńce zrobili sobie kryjówkę i bazę wypadową, pod samym nosem wikingów - tłumaczył z ubolewaniem. - Jak się tu przedostali? - zainteresował się guślarz. Ślaz wzruszył krągło utoczonym ramieniem. - Z tego, co szwargotali między sobą, wywnioskowałem, że znaleźli na Łużycach stare wejście do Nawii, na które nałożyli własną pieczęć. Tą drogą przekradają się czasem na ziemie Ludu Słowa, siać zamęt i szpiegować. Chwytają różne magiczne stworzenia Zaświata, by dokonywać na nich doświadczeń, z Jawii zaś kradną cenne artefakty i porywają ludzi, mogących znać nasze tajemnice. Między kapłańską bracią często się o tym gadało, lecz osobiście nie dawałem wiary pogłoskom... dopóki nie przekonałem się na własnej skórze o ich prawdziwości - dorzucił tonem bolesnej skargi. - Możesz nas stąd wyciągnąć? - spytała kapłanka. - Otworzyć tamte drzwi? Spojrzał na nią z komiczną zgrozą. - To byłoby dopiero wyzwanie - stwierdził - gdybyśmy paradowali po podziemiach w tym gronie i zjawili się na dziedzińcu. Jomsborczycy mocno by się zdziwili, że wprowadziłem do twierdzy trzech obcych przybłędów, na dodatek w towarzystwie kobiety.

- Ach, prawda - przypomniała sobie Żywia - słyszałam, że nie życzą tu sobie niewiast. Nie jestem jednak zwykłą kobietą. - Wszystko jedno - odparł Ślaz. - Najpierw by nas zarąbali, a dopiero potem zadali pytania. - Więc jak się stąd możemy wydostać? - wtrącił niecierpliwie Andaj. On i Pukis coraz gorzej znosili duchotę mrocznych lochów. Ślaz zastanawiał się chwilę. - Poprowadzę nas tą samą drogą, jaką przedostawali się tutaj czerńce - objaśnił. Starym zamkowym ściekiem. Wszelkie nieczystości spływają nim prosto do morza. Nieopodal jest nasza świątynia. Droga może niezbyt pachnąca, za to bezpieczna i pewna. - Prowadź - zgodziła się kapłanka. Grubas podniósł się z trudem przy pomocy Widuna. Kiedy stanął wreszcie na nogi, zachwiał się, chwytając z bolesnym grymasem za skroń. - Bogowie! Jak mi się kręci w głowie! Musieli mnie czymś struć - poskarżył się. - Oczywiście - potwierdziła Żywia z przekąsem. - Samo piwo tak nie mogło podziałać. - W gardle mi zaschło - narzekał dalej tłusty kapłan. - Macie coś wypić? - zwrócił się z nadzieją do młodszych mężczyzn. - Tylko źródlaną wodę - ostrzegła kobieta, nim zdążyli mu odpowiedzieć. - Trudno, niech będzie - zgodził się z rezygnacją. Wypiwszy spory łyk życiodajnego płynu, głęboko odetchnął i, nieco pokrzepiony, ruszył w kierunku przeciwległej ściany. Lekko się jednak zataczał, jakby był nadal pijany. - Możesz iść o własnych siłach? - zatroskała się wróżka. - Mam nadzieję - odparł, przystając i ocierając spocone czoło - lecz przydałoby się małe wsparcie.

Jako że Mścigniew i Andaj nadal dźwigali młot owinięty opończą, księżna i guślarz wzięli grubasa pod ramiona. Poruszał się powoli, sapiąc i postękując. Mieli wrażenie, że wleką na ołtarz ofiarny opornego, spasionego wołu. Nacisnął jeden z wystających kamieni, otwierając tajne przejście, przez które pierwszy przecisnął się z trudem. Dłuższy czas błądzili mrocznymi, rozwidlającymi się często korytarzami. - Na pewno dobrze idziemy? - wyraziła wątpliwość kapłanka. - Na pewno - obruszył się sługa Strzyboga. - Mogę być starym, opasłym pijaczyną, ale znam dobrze te podziemia. Jomsborczycy chronią tu również nasze zasoby. - Po co im tyle bogactw? - zastanowiła się Żywia. - O ile wiem, wikińscy najemnicy żyją raczej surowo. Skarby leżą tu bez żadnego pożytku. - Kupują za nie pożywienie i nową broń - odparł, spoglądając na nią z protekcjonalną wyrozumiałością dla niewieściej ignorancji. - Aby zdobywać łupy na kolejnych wyprawach - dokończyła z nutą ironii. - Jaki to wszystko ma sens? - Ja też czasem nad tym się zastanawiam - przyznał tłuścioch - lecz nie my stworzyliśmy ten świat. Każdy z nas żyje, jak potrafi, spełniając los, jaki mu zgotowali bogowie. A co do właściwej drogi... czasem wystarczy kierować się węchem. Istotnie, wyczuwali coraz silniejszy smród gówna, pomyj i gnijących resztek jedzenia. Znaleźli się po chwili w półokrągłym kanale, schodzącym łagodnie w dół. Taplali się po kostki w spływającej po dnie gęstej mazi, starając się nie oddychać przez nos. - Nie sądziłam, że dla ratowania świata bogowie każą nurzać się w gnoju - szepnęła kapłanka, czując kwaśną kulę w przełyku.

Nikt jej nie odpowiedział, chociaż myśli wędrowców były zapewne zbliżone. Mogli odetchnąć pełniej, gdy dotarli wreszcie do wylotu kanału. Usłyszeli potężny huk przyboju. W nozdrza uderzył lodowaty podmuch przesyconego solą wiatru, dały się także słyszeć wrzaski morskiego ptactwa. Zarośnięty wiszącymi pnączami otwór rozjaśniło światło błyskawicy. Wielka Burza wciąż trwała. - No to jesteśmy - stwierdził Ślaz rzecz dosyć oczywistą. - Za chwilę wypoczniemy i oporządzimy się w naszej świątyni - dodał z rozkosznym optymizmem. - Zjemy coś, wypijemy... Od razu będzie nam lżej. Bliskość celu dodała mu sił. Uwolnił się od podtrzymujących go dłoni i wyszedł szparko na zewnątrz. Wędrowcy pospieszyli za nim, radzi, że wydostali się wreszcie z mrocznego, cuchnącego labiryntu. Brzeg morza tonął w półmroku. Choć noc jeszcze nie zapadła, ciężkie, ołowiane chmury, kłębiące się nad spienionymi grzywami wysoko spiętrzonych fal, przesłaniały Tarczę Swarożyca, tłumiąc każdy, nawet najmniejszy promyczek. Linia widnokręgu łączyła rozszalałe żywioły, tak że trudno było chwilami rozgraniczyć, gdzie kończy się dziki taniec wodnych bałwanów, a gdzie zaczyna rdzawogranatowy nieboskłon. Podróżnicy rozglądali się, zdezorientowani. Znaleźli się u stóp nadbrzeżnego wzgórza Gosań, najwyższego na wyspie. Mogli dojrzeć na wierzchołku wyniosłe wieże i wały ochronne Jomsborga. Przelatujące po niebie błyskawice koronowały srebrem zębate szczyty baszt i palisad. Nad wszystkimi jaśniała ogromna latarnia morska z wiecznie płonącym ogniem, zwanym Garncem Welesa. Nawet podczas sztormu mógł wskazywać drogę zagubionym okrętom. - Tędy - zachęcił grubas, kierując się w stronę rosnącego w pobliżu bukowego zagajnika.

Nim jednak zdążyli zrobić krok, spadły na nich strzały i ciskane z proc kamienie. Jeden z nich trafił w brzuch tłustego kapłana. Drugi otarł się o jego skroń. Nietrudno było weń trafić, nawet po ciemku. - Panie Morskiego Wiatru - jęknął zgięty wpół Ślaz, jedną ręką chwytając się za obwisły kałdun, drugą za rozcięte, broczące krwią czoło. Stracił dech i runął na piasek, jak wół ofiarny ogłuszony obuchem siekiery u stóp niebotycznego kurhanu. - Mam was, złodzieje! - zagrzmiał potężny głos, górujący nad łoskotem gromów, rykiem fal i wściekłym skowytem wichury. 13. Bicz i modlitwa (lato 1042) Gniewosz kochał i nienawidził starszego brata. Mścigniew był pełen wdzięku, silny, zwinny, zgrabny, uwielbiany przez wszystkich i... okrutny dla młodszej latorośli Pałuków. - Nigdy nie będziesz najostrzejszą strzałą w naszym rodowym kołczanie - zwykł mawiać, popatrując lekceważąco na mizerne wysiłki chuderlawego, niezdarnego chłopaczka. Pierworodny zawsze górował w walce na topory, w strzelaniu z łuku, jeździe konnej i polowaniu. We wszystkim wyprzedzał młodszego o krok. Gniewosz zdawał sobie sprawę, że taki jest przywilej najstarszego męskiego potomka i musi się z tym pogodzić, a jednak serce trawiła mu bezrozumna zawiść. Miał za złe bogom, że wyznaczyli mu w rodzinie poślednią, drugorzędną pozycję. Odczuwał stworzony przez nich porządek świata jako wielką niesprawiedliwość. Mnóstwo razy życzył starszemu nagłej śmierci. Wtedy może pan ojciec Gniewomir zauważyłby, że ma jeszcze jednego syna, i jemu oddał na Święcie Wojów rodowy topór. Dopóki żyła jeszcze pani matka, Jarogniewa, przynajmniej ona pieściła i hołubiła

młodszego potomka. Cicha i potulna, starała się trzymać jak najdalej od brutalnego, wrzaskliwego świata mężczyzn. Gniewosz lubił przebywać w niewieściej komnacie, przyglądać się dziarsko furkoczącym kołowrotkom i wsłuchiwać w śpiewy prządek. Niestety, macierz osierociła chłopca, nim skończył siedem lat. Odtąd rósł jak dziczka, postrzyżony przez ojca, lecz poza tym opuszczony i zaniedbany. Nikt go w Łeknie nie lubił i nie chciał się z nim bawić. Uważano go za odludka, co chadza własnymi ścieżkami. Bano się go, gdyż widziano, jak często rozmawiał z kimś niewidzialnym, może z duchami przodków. Ta cecha powinna była predestynować go do zostania guślarzem, lecz sprowadzony specjalnie spod lasu stryj Widun wpatrzył się tylko głęboko w oczy młodziutkiego bratanka i pokręcił głową. Gniewoszowi udało się zakraść do ciemnej komory i podsłuchać rozmowę pana ojca z krewniakiem. - Nie nadaje się? - spytał ostro Gniewomir. - Nie - potwierdził Widun. - Guślarzem trzeba się urodzić. Jego serce zamknięte jest na magię Słowa, zaskorupiało w złości i żalu. - Żalu?! O co? Do kogo? - Tego nie wiem. Wiem tylko, że jego duszę zżerają zazdrość i niespełniona ambicja. Drzemie na jej dnie utajona groźba. - Myślałem, że to niedojda - zdziwił się pan ojciec. - Ty zaś, bracie, uważasz, że jest niebezpieczny. - Jego Dola będzie odmienna niż nasza - odparł zafrasowany guślarz. - Być może rzuci wyzwanie rodzimym bogom i pójdzie własną drogą, pełną ognia i krwi. - To wszystko zobaczyłeś w jego oczach? - Tak... ale bardzo mgliście. Trudno go przeniknąć.

- I co mam zrobić z takim odmieńcem? - zakłopotał się Gniewomir. - Złożyć w ofierze duchom lasu? - rzucił półżartem. - Postaraj się go lepiej traktować - odrzekł Widun po chwili namysłu. - Okaż mu więcej serca. - Nigdy nie miałem do niego serca - sarknął pan ojciec. - Żadnego zeń pożytku. Gdzie mu tam do Mścigniewa... - Więc w końcu sam pójdzie w świat - skonstatował oschle guślarz - kiedy tylko dojrzeje. Gniewosz odczuł coś na kształt ulgi. Wcale nie miał ochoty ukrywać się ze stryjem w szałasie poganiaczy bydła i odprawiać potajemnie zakazane obrzędy. Dotychczas miał dla guślarza lękliwy respekt, od tej jednak chwili, gdy został przezeń odtrącony, znienawidził tego wiejskiego wróża i jego nędzne bóstwa, które podobnie jak ich kapłani musiały się skryć w głębi boru przed silnym Bogiem Niemców. Jedynym człekiem, który okazał mu trochę serca, był niedawno przybyły z Gniezna czerniec Lucjusz. Ochrzcił go w sekrecie przed ojcem i nauczył służyć do mszy. Opowiadał chłopcu o wspaniałych chramach nowego Boga, przed którym zginają kolana najpotężniejsi władcy na ziemi. Opowiadał o potężnych zamkach w dalekich krainach i o szlachetnych rycerzach, których głównym powołaniem jest zaszczytna walka w obronie prawdziwej wiary. Rozbudził w duszy chłopca tęsknoty i pragnienia, jakich ten w sobie nawet nie podejrzewał. Zbliżał się czas Wielkiej Burzy, a wraz z nią Święto Wojów. Gniewosz obserwował z zazdrością, jak starszy brat ćwiczy z dworskimi pachołkami, przygotowując się do obrzędu, który miał go uczynić mężczyzną i godnym następcą rodzica. - Braciszku - zwrócił się doń nieśmiało - zabierz mnie ze sobą do lasu. Mścigniew tylko się zaśmiał i zmierzwił ciężką prawicą brązowe kudły młodszego.

- To nie dla ciebie, cielaku - zbył go protekcjonalnie. - Tylko byś mi przeszkadzał. Narobiłbyś w portki ze strachu, stając oko w oko z niedźwiedziem. Gniewosz zaciął się i więcej nie prosił. Wreszcie ujrzał wszystko we właściwych proporcjach, spojrzał na Łekno oczami cudzoziemskiego czerńca. Drewniany gródek był zapadłą prowincją, ojciec nadętym prostakiem, stryj zacofanym głupcem, starszy brat tępym osiłkiem. Otaczali go ludzie mierni i niegodni. Tylko świątobliwy kulawiec potrafił dostrzec w nim iskrę wielkości. Przejęty wdzięcznością, pobiegł do ojca Lucjusza i wyspowiadał ze wszystkiego, co wiedział o przygotowaniach do pradawnego rytuału. Dobry zakonnik pogładził go po głowie z czułym uśmiechem. - Bóg wynagrodzi twój pobożny zapał, mój synu - oznajmił z powagą. - Jestem z ciebie dumny. Gniewosz poczuł wypełniającą mu serce błogość. Ojciec nigdy nie był z niego dumny i nigdy nie mówił: „Mój synu”. Jedyne słowa, jakich używał, to nicpoń, niezguła, ladaco. Wtedy wydarzyła się katastrofa. Któryś z pachołków przyłapał Lucjusza na szpiegowaniu przygotowań do Święta Wojów. Gniewomir kazał zamknąć w loszku wścibskiego czerńca. Dla młodszego syna było to niczym grom z jasnego nieba. Zmyliwszy czujność straży, czołgając się niczym wąż wśród łopianów, dotarł do niewielkiego, zakratowanego okienka. Na ile mógł się zorientować w ciemnościach, mnich klęczał, mamrocząc łacińskie modlitwy. - Przeklęta Niedola - jęknął chłopak, przepełniony poczuciem winy. - Nie chciałem tego, ojcze... - Kto idzie za mną, nie błądzi w ciemnościach, powiada Pan - usłyszał spokojny głos. -

Czy twój rodzic naprawdę zamierza mnie zabić? - Gniewomir - wyjąkał przejęty młodzik - to srogi człek. Nie boi się nikogo, nawet samego księcia Bolesława. Gotów się poważyć na wszystko. - Nie lękaj się, synu - zaskrzeczał kuternoga. - Bez woli Opatrzności nic mi się stać nie może. Nie zawadzi jednak trochę ją wspomóc. Zdumiony chłopiec ujrzał, jak przez kraty wysuwają się wąskie, długie palce, trzymające niewielki, skórzany mieszek. - Wsypiesz ten proszek do piwa, które zaniesiesz dziś wieczorem strażnikom - rzekł czerniec niemal rozkazującym tonem. - Pogawędzisz z nimi przyjaźnie, współczując, że muszą tkwić na warcie, kiedy inni szykują się do obrzędu... Nie obawiaj się - dorzucił prędko, widząc wahanie na twarzy ucznia - nie umrą od tego. Zmorzy ich tylko głęboki sen. Tej nocy rozpoczęła się Wielka Burza. Groźna jako żywioł, lecz zarazem doskonała przykrywka dla tajemnych działań, sprzyjająca zatarciu wszelkich śladów. - Co tam się mieści? - zapytał Lucjusz, kiedy Gniewosz otworzył furtkę na tyłach dworzyszcza. - Mały ogródek. Pani matka uprawiała w nim lecznicze zioła - wyjaśnił Gniewosz. - Od czasu jej śmierci nikt tam nie zagląda. Otacza go zwykły, dawno spróchniały płot, przez który łatwo przejść. - Doskonale - stwierdził kulawiec, krzywiąc wargi w grymasie satysfakcji. Przysłowiowa niefrasobliwość Polan ma swoje dobre strony. Jutro zaczekasz do północy i otworzysz furtkę, gdy usłyszysz taki zew. Wydał z siebie krótki, urywany, jakby psi skowyt. - Wpuścisz tych, którzy przyjdą. - Kto to będzie? - spytał Gniewosz, dygocząc na całym ciele w smaganym wichurą,

zacinającym deszczu. Mnich zerknął nań przenikliwie. - Głosiciele Dobrej Nowiny - oznajmił dwuznacznym tonem. - Krzyżownicy księcia Ottona. Chłopak zadrżał jeszcze bardziej. - Co będzie z Łeknem? Zakonnik, chociaż niski i zawsze zgarbiony, spojrzał na niego z góry. - Podnieśli rękę na sługę Bożego - stwierdził lakonicznie. - Zasłużyli na pokaranie. - Mam wydać na śmierć rodzica i wszystkich domowników? - upewnił się Gniewosz. Wstydził się przyznać przed sobą samym, jak bardzo taka myśl wydała mu się miła i kusząca. Pałuki i ich czeladź zapłacą za wszystkie krzywdy i upokorzenia, jakich od nich doznawał, on zaś wyrwie się nareszcie z tego zaścianka. Przelatująca nieboskłon błyskawica rozświetliła na jeden oddech bladą twarz zakonnika, ujawniając całą jej upiorną szpetotę. - Rzekł Jezus: Kto kocha ojca lub matkę bardziej ode mnie, nie jest mnie godzien oświadczył i zniknął w mroku. Cały następny dzień Gniewosz chodził jak błędny i odpowiadał bez związku na zadawane pytania. Niektórzy sądzili, że martwił się o starszego brata, który pod wieczór wybrał się do lasu zmierzyć samotnie z niedźwiedziem. Nie potwierdzał ani nie przeczył. Nikt zresztą specjalnie nie zwracał na niego uwagi w ogólnym rozgardiaszu, jaki nastąpił, gdy wykryto ucieczkę czerńca. Ojciec szalał jak Wielka Burza, lecz na wzgardzonego syna nawet nie spojrzał. Chłopak nie zmrużył oka, aż do północy wsłuchując się w miarowe chrapanie pachołków i cichnące odgłosy wyjątkowo krótkiej w tym roku nawałnicy. Wykradł się

później bez trudu z czeladnej i kiedy usłyszał umówiony zew, otworzył furtę. Krzyżownicy poruszali się bezszelestnie, jak cienie. Zaczęli od podpalenia stajni, której wilgotną strzechę polali łatwopalnym olejem, a kiedy rżenia i kwilenia przerażonych koni wywabiły zaspanych mieszkańców gródka na zewnątrz, rozpoczęli swe dzieło w całkowitym milczeniu. Nie plamili się grabieżą ani gwałceniem niewiast. Ich jedynym celem było zniszczenie. Gniewosz zauważył, że nie poprzestawali na jednym ciosie. Dźgali i rąbali swe ofiary tak długo, aż ze strzępu okrwawionego mięsa uleciało ostatnie tchnienie życia. Wkrótce zajęły się też inne budynki, oświetlając dziedziniec krwawą łuną. Ktoś otworzył wrota stajni i biegające we wszystkie strony oszalałe wierzchowce z płonącymi grzywami dopełniły pandemonium. - Trzymaj się blisko mnie - polecił zwięźle książę Otto chłopakowi. Gniewosz przyglądał się z ciekawością osławionemu przywódcy Pańskich Psów. Serce drgnęło mu z ożywieniem, gdy dostrzegł w chłodnych z pozoru oczach tamtego odblask tych samych emocji, jakie od dawna miotały jego sercem: poczucie niezawinionej krzywdy i odrzucenia, smutek wywołany głodem miłości. Z głównego budynku dobiegały wściekłe ryki Gniewomira, który bronił się dzielnie z garstką naprędce uzbrojonych pachołków. W końcu jednak obrońcy musieli ulec przewadze świetnie wyszkolonych napastników. Okrwawionego, miotającego się w pętach patriarchę wywleczono na środek dziedzińca i rzucono na kolana. - Gównozjady! Parszywcy! Wściekłe psy! Kozojeby! - wrzeszczał na całe gardło z czerwoną pianą na wąsach. - Mógłby umierać z godnością - stwierdził zniesmaczony Otto. - Bluźni, aż uszy puchną. Młody przyjacielu - zwrócił się z wyrafinowaną uprzejmością do Gniewosza - bądź łaskaw uciszyć swego hałaśliwego rodzica.

Mówiąc to, wręczył młodzikowi ostry jak brzytwa puginał. Chłopak obracał chwilę w dłoniach niezdecydowanie broń cudzoziemskiej roboty. - Mam go uciszyć na zawsze - zapytał, jakby chcąc się upewnić - czy tylko wyrwać język? - Pokaż, ile jesteś wart - zachęcił enigmatycznie książę - jak pilnie słuchałeś nauk ojca Lucjusza. Na wspomnienie mentora Gniewosz zebrał siły i ruszył energicznym krokiem w stronę rodzica. Kiedy stanął jak kat nad ofiarą, poczuł jednak, że znowu wstrząsają nim dreszcze. Gniewomir jak gdyby dopiero teraz go rozpoznał. Niespodziewanie zmiękły rysy zawsze srogiego oblicza, a wytrzeszczone oczy zaszły łzami. - Synku - wyszeptał - co ty zrobiłeś? Synku... Nigdy tak do niego nie mówił. Gniewosz zwlekał chwilę, nie wiedząc, jak postąpić. Czuł wbite w plecy zimne, bezlitosne źrenice Ottona i wiedział, że książę postanowił wypróbować szczerość jego intencji. Parę uderzeń serca później uniósł puginał i przystawił ostrą krawędź do ojcowskiej grdyki. Trochę za późno rodzic przypomniał sobie, że ma drugiego syna. Za późno na litość i przebaczenie. Ojciec, widząc, że ze strony niekochanego potomka może liczyć jedynie na szybką śmierć, znów zawrzał gniewem. - Przeklinam cię, wyrodku - zawarczał. - Twój brat mnie pomści. Tyle zdążył powiedzieć, zanim młodszy syn rozorał mu gardło od ucha do ucha. - Jak się czujesz? - zapytał Otto, popatrując z lekkim niepokojem na wracającego chwiejnym krokiem młodzika.

- Wolny - odparł Gniewosz, zwracając nowemu panu puginał, otarty dość niedbale z ojcowskiej krwi. - Gotów rozpocząć nowe życie. Mówił szczerze. Jedynym bolesnym odczuciem, jakiego nie mógł się pozbyć, był żal, że obok okrutnego ojca nie było także stryja i brata. Być może kiedyś zdoła ich wytropić w kniejach i zmiażdży do końca to pogańskie plemię... - Bene - pochwalił krzyżownik, kładąc mu dłoń na ramieniu. - Wspomnij słowa Pana Naszego: Nie pokój przyniosłem, lecz miecz. Ojciec Lucjusz dobrze cię przygotował. Jesteś za młody, aby do nas dołączyć - dodał po chwili namysłu - dlatego zawieziemy cię do klasztoru w Międzyrzeczu, byś tam szkolił się wraz z rówieśnikami na Chrystusowego rycerza. Gniewosz słuchał niezbyt uważnie, zapatrzył się bowiem na zdobiące dłoń księcia krwiste krzyżowe znamię. Wypalona rana nigdy się nie zagoiła, rycerz bowiem sam ją rozjątrzał, by przypodobać się swemu Panu. - Nie obawiaj się - stwierdził Otto z krzywym uśmiechem, starając się chyba przeniknąć myśli chłopca. - Takie stygmaty wiary nie będą w twoim przypadku konieczne. Nie zgadzają się z nową epoką. Bracia z Gladius Dei uważają, że paladyni Kazimierza Karola powinni być jak aniołowie, nieskalani na ciele i duszy - kontynuował, prowadząc młodzika w stronę szeroko rozwartej bramy. - Dostaniesz tam nową zbroję i piękny oręż. Słysząc ostatnie słowo, Gniewosz drgnął i zatrzymał się. - Wybacz, panie - rzekł cicho, ale stanowczo - zapomniałem o czymś. Uwolnił się od ściskającej ramię dłoni i pędem zawrócił do płonącego dworu. Wyminął zaskoczonych krzyżowników, którzy skończyli już swą ponurą robotę i zbierali się do odejścia. - Wracaj, skoro musisz - syknął za nim Otto z nutą niezadowolenia - choć lepiej byłoby

już się nie oglądać za siebie. Uważaj! - krzyknął jeszcze. - Dach może się zawalić! Młodzian wrócił po chwili osmalony na twarzy, w nadpalonej odzieży, ale szczęśliwy. W poparzonych dłoniach ściskał stylisko rodowego topora Pałuków. - Rodzinna pamiątka? - spytał od niechcenia krzyżownik, patrząc koso na starodawny relikt i zdobiące go czarodziejskie runy. - Plemienny znak mego rodu - oznajmił z dumą chłopak. - Teraz należy do mnie. Otto marszczył chwilę brwi, namyślając się, wreszcie skinął głową. - Bene - powtórzył. - Możesz go zatrzymać - zezwolił łaskawie - byś pamiętał, skąd się wywodzisz. Rodowy klejnot zawsze cenny, bez względu na przeszłość. Musisz jednak odrzucić swoje pogańskie miano. Brat Lucjusz ochrzcił cię imieniem Gregorius? - zapytał, przeszywając młodzika badawczym spojrzeniem. Gniewosz kiwnął twierdząco. - To znaczy: Czuwający - podjął książę. - Jakże trafnie! Powołaniem każdego chrześcijanina jest czuwać przeciwko wrogom wiary. Dziś wykazałeś, żeś gotów stać się defensor fidei! Godnym walczyć u naszego boku. Gregorius to jednak zbyt długie imię, nieporęczne na polu bitwy. Nazwiemy cię krótko: Gregor. Gregor kochał swego brata miecza, nienawidził jednak, kiedy Kazimierz Karol wykazywał niewczesną słabość. - Nie poddawaj się! Walcz! - syczał przez zaciśnięte zęby, widząc, jak jego ćwiczebny partner słabnie, gotów za chwilę paść na kolana. - Nie mogę dłużej - jęknął Kazimierz Karol. - Ten upał mnie wykańcza. Odrzucił na trawę miecz i tarczę, i rzeczywiście przyklęknął, ocierając wierzchem dłoni pot, spływający strumieniami z czoła. Nadwiślańskie błonia, na których ćwiczyli, czerwcowe słońce zalewało niemiłosiernym żarem.

- Nikt nie będzie pytał o to na polu bitwy - warknął Gregor, odkładając oręż. - Na polu bitwy - mruknął książę - nikt nie zdąży zapytać. Przymknął powieki, starając się uciszyć niespokojnie bijące serce i rozluźnić zmęczone, obolałe ciało. - Wszystko mnie boli - poskarżył się druhowi. - I dobrze - odparł brat miecza - tak być powinno po dobrym treningu. Szkoda, że knechci już poszli do łaźni - dodał z kwaśnym uśmieszkiem. - Ujrzeliby ciekawy widok: książę klękający przed własnym poddanym. Kazimierz uniósł nieco powieki, zerkając przekornie na przybocznego. - Tylko po to, by przyjaciel podał pomocną dłoń - rzekł, wyciągając prawicę. Gregor dał się podejść i chwycił dłoń księcia, by pomóc mu wstać z klęczek. Kazimierz zacisnął żelazny chwyt i pociągnął druha ku sobie. Chwilę tarzali się ze śmiechem na gęstych, nieco pożółkłych trawach, jak dwa młode niedźwiadki. Później, gdy wyczerpali siły, wstali i ruszyli w stronę wawelskiego wzgórza, podtrzymując się wzajem ramionami, półnadzy, spoceni, wciąż jeszcze rozgrzani walką. - Jesteś jakiś markotny - zauważył Gregor, spoglądając z ukosa na księcia. Kazimierz Karol nie odpowiedział od razu. - Opat Aron mówił, że wkrótce Rusowie przywiozą mi narzeczoną - rzekł w końcu, nachmurzony. - I to cię martwi, bracie? - zdziwił się przyjaciel. - Wystrzegałem się dotychczas cielesnych uciech - wyjaśnił białowłosy panicz. Nikogo nie kochałem. Teraz Gregor trochę posmutniał. - Nawet mnie? - szepnął, spuszczając głowę.

Książę chwilę obserwował go kątem oka, potem wybuchnął śmiechem. - Mój miły druhu - powiedział, przygarniając go mocniej ku sobie - długo żyliśmy w czystości z dala od świata, ale nawet my wiemy, że braterska więź towarzyszy broni jest czymś innym niż związek mężczyzny z kobietą. Nie wiem, czy sprawię się dobrze w małżeńskiej łożnicy - wyznał cicho, odwracając wzrok. - Może coś na to zaradzimy - syknął ledwie dosłyszalnie przyjaciel. - Co tam mruczysz? - zainteresował się Kazimierz. Gregor także umknął spojrzeniem. Wiedział, że to, co nadchodzi, jest nieuchronne. Czuł jednak w sercu bolesną zadrę na myśl, że kończą się ich bezgrzeszne lata i niewinna, młodzieńcza przyjaźń. Przyłapywał się chwilami, że nienawidzi nieznanej, nie widzianej jeszcze na oczy ruskiej księżniczki, skoro ma mu odebrać część serca ukochanego brata miecza. Może okaże się szpetną sekutnicą, stwierdził w duchu, karcąc się równocześnie za tak jadowite życzenia. Nie musiał na szczęście odpowiadać, gdyż uwagę księcia odwróciło coś innego. Zbliżali się już do sławetnej, stojącej u stóp wzgórza łaźni, zwanej Smocza Jama. W rozedrganym, parnym powietrzu niósł się stamtąd mocny, dziewczęcy śpiew: Wiślan, król wód, Dał córze spory miecz... - Słyszysz, bracie? - rzekł do przyjaciela. - Cóż za słodki głosik! Ciekawe, czy panna równie urocza. - Łaziebna posługaczka - odrzekł wzgardliwie Gregor. - Szkoda, że pieśń pogańska - stwierdził książę, marszcząc się nieszczerze. - Kiedy byłem malcem, słyszałem ją od starej piastunki. Pani matka złapała nas na tym przypadkiem, wielce się rozgniewała i kazała przegnać z dworu babinę. Pamiętam, jak żałowałem, że nigdy

nie usłyszałem baśni do końca. Potem opowiadano mi już tylko o aniołach i świętych. Nikt nie znał tej starej legendy. Muszę zobaczyć tę dziewkę! - zdecydował nagle. - Jeśli jest równie urokliwa, jak jej śpiew... - Łaziebne służki zwykle są ucieszne i wdzięczne - przyznał niechętnie druh, zaciskając usta. - Pięknie śpiewasz - stwierdził Łopuch, obserwując spod przymrużonych powiek łaziebną dziewkę, jak podmywała się nad drewnianą balią. - Inne rzeczy też robisz ładnie. Jak cię zwą? - Wołają mnie: Bożka - mruknęła, wycierając się lnianym ręcznikiem. Gdy skończyła, cisnął jej ciężki mieszek. Przyjęła z radosnym uśmiechem. - Dziękuję, panie. Co za hojność - stwierdziła, przewracając słodko oczami. - Sporo masz pewnie tutaj hojnych klientów - zasugerował, pragnąc ją skłonić do zwierzeń. - Bogaci kupcy, dworzanie... Wydęła dumnie pełne, malinowe wargi. - Owszem, zdarza się - przyznała. - Dzisiaj będę miała kogoś wyjątkowego. - Kogo? - spytał od niechcenia. - Mam rozprawiczyć rycerza wielkiego rodu - chwaliła się dalej, zniżając głos. - Choć jest dorosłym mężczyzną, nie zaznał jeszcze kobiety... - Doprawdy? - zdumiał się. - Jak to możliwe? - Ponoć był zamknięty w jakimś klasztorze - oświadczyła i nagle umilkła, odruchowo podnosząc dłoń do ust. Chyba zorientowała się, że powiedziała za dużo. Zaczęła zbierać się do wyjścia. - Zostań chwilę - rzekł trochę sennie Łopuch. - Zaciekawiłaś mnie. Może wygrzebię jeszcze parę denarów - zaproponował kusząco.

Zerknęła nań czujnie. - Mówiłeś, że jak cię zwą? - spytała nagle. - Ł...ukasz - odparł, lekko się zacinając. - I jesteś kupcem z Kraju Ślężan? - upewniała się dalej. - Dlatego tak dziwnie mówisz... - Zostań jeszcze - powtórzył - i opowiedz mi o tym niezwykłym rycerzu. Pokręciła głową. - Nie mogę... Czekają na mnie. Dygnęła i wyszła. Łopuch odczekał dłuższą chwilę, potem pogmerał w tobołku i wydobył zeń długi, ostry nóż. Wkrótce skradał się ciemnym, okopconym korytarzykiem, starając się unikać choćby najdrobniejszego szmeru. Panujące w łaźni gorąco, jej specyficzna, duszna atmosfera, sprowadzały na Kazimierza Karola lepkie, kosmate myśli, które objawiały się w sposób aż nazbyt widoczny. Wówczas prosił druha, by przegonił je za pomocą ostrych rózeg. Brat miecza zawsze gotów był usłużyć we wszystkim młodemu panu. i tym razem chłostał go więc zaciekle, powtarzając w duchu słowa kazania opata Arona: - Szczęśliwy ten, kto znosi cierpienie, albowiem otrzyma koronę. Bóg pozwolił, by sługa Jego, Dawid, znosił gniew króla Saula, prześladowania, krzywdy, ucieczkę i wygnanie, po czym uczynił go największym królem w Izraelu. Nie bez przyczyny doświadczył cię Pan i tym słodszym będzie owoc tych udręk. Cierpiałeś srodze, byś umiał teraz współczuć skrzywdzonym. Miłosierdzie Boże pragnie, byś został wyćwiczony... Zwykle dość szybko nieskromne podniecenie księcia znajdowało ujście w bolesnej ekstazie. Wtedy również kończyła się chłosta. Tym razem jednak ostre razy niespodziewanie osłabły, stając się niemal pieszczotą. Ucichło również modlitewne mamrotanie przyjaciela.

Zaskoczony książę uniósł powieki i zerknął przez ramię. Ku swemu zdumieniu ujrzał, że miejsce brata miecza zajęła gładka, jasnowłosa dziewka. Młodziutka i powabna, odziana tylko w przejrzyste, oblepiające ciało, mokre giezło. Trochę niezdecydowanie obracała w dłoniach pęk rózeg. Na wypukłych, malinowych usteczkach igrał zagadkowy uśmiech. - Kim jesteś? - zapytał drżącym głosem Kazimierz. - Bożka - odparła szeptem. - Przysłano mnie, abym cię nauczyła, jak miłować kobiety oświadczyła bez wstępów. Książę milczał chwilę, zaskoczony, potem uśmiechnął się krzywo. - Dbają o mnie - stwierdził dwuznacznie. - Kto wpadł na ten pomysł? Gregor? Brat Lucjusz? Czy może sam opat Aron? - To nieważne, mój panie - odparła, podchodząc i pozwalając, by podziwiał z bliska jej wdzięki. - Taki piękny, zdrowy mężczyzna nie powinien żyć bez niewiasty. Nie jesteś przecież mnichem. - Byłem nim - zauważył. - Było, minęło - oznajmiła lekceważąco. Odrzuciła w kąt rózgi i gładząc go po ramionach, skłoniła, by się przewrócił na plecy. Syknął, czując pieczenie w zmaltretowanych pośladkach. Z satysfakcją zauważyła, że nadal jest podniecony. - Nie bój się rozkoszy... - szeptała, nie szczędząc pieszczot. - Nic w tym złego, że mąż czasem sobie folguje. Dowiesz się, czym jest miłość kobiety. Ułóż się wygodnie, zamknij oczy i zaufaj mi. - Czy to ty śpiewałaś? - spytał, poddając się jej zabiegom. - Tak - potwierdziła.

- Zaśpiewaj dla mnie - zażądał. - Pieśń budzi miłe wspomnienia. - Jak każesz, panie. Wiślan, król wód, Dał córze spory miecz Wysrebrzyć nad falami... Niósł się po ciasnych izbach i korytarzach czysty, słodki śpiew. Wkrótce jednak zagłuszył go chór biesiadujących za ścianą knechtów: Cycki Czeszki, rączki Saksonki, Brzuszek Fryzyjki, uda Frankonki, Dupcia Polanki, cipa Wiślanki Oto wzór idealnej kochanki! Przebywający w sąsiedniej izdebce po drugiej stronie Gregor nie chciał słyszeć ani jednego, ani drugiego. Chłostał się zapamiętale, powtarzając słowa opata: „Biczuje bowiem Bóg i uznaje godnym kary każdego, kogo chce przyjąć na swe łono. Kogo pragnie wywyższyć, podoba Mu się przedtem poniżyć...” Dziewczęcy śpiew urwał się nagle. Gregor usłyszał zduszony krzyk, potem odgłosy gwałtownej szamotaniny. Okrywszy naprędce ręcznikiem nieskromne części, rzucił się bez namysłu na ratunek. Nawet ćwiczebny, przytępiony miecz był w jego ręce groźną bronią. W wejściu do izby potknął się o nieruchome ciało. Jakiś nieznany człek leżał w kałuży własnej juchy, tryskającej z rozwalonego łba. Obok walały się szczątki bursztynowego czerpaka, służącego do polewania zimną wodą rozgrzanych kamieni. Bezwładne ciało Bożki zwieszało się ku ziemi z niskiej leżanki. Z przeszytej na wylot piersi spływała obficie krew. Książę siedział skulony w kącie, wtulając głowę w kolana i również krwawił. Rana na jego lewym boku na szczęście nie wyglądała na groźną.

- Co się stało?! - zapytał Gregor, podbiegając do swego pana i zmuszając, by spojrzał mu w oczy. - Nie dokończyła pieśni - bełkotał nieprzytomnie Kazimierz Karol. - Nie dokończyła... - Mniejsza o dziewkę - syknął brat miecza. - Ważne, że ocalałeś. - Zasłoniła mnie swoim ciałem - wyjaśnił książę, ciągle dygocząc. Gregor przycisnął mocno głowę brata do piersi. - Weź się w garść, książę - mówił łagodnie, lecz stanowczo, gładząc jasne włosy. Zaraz tutaj przyjdą. Nikt nie może zobaczyć cię w takim stanie... Jakby na potwierdzenie tych słów, od strony wejścia rozległo się znajome chrząknięcie. W drzwiach stał brat Lucjusz, omiatając całą izdebkę przenikliwym spojrzeniem wyłupiastych oczu. Garbate ramię podrygiwało nerwowo. Za nim tłoczyła się w ciasnym korytarzyku grupka przejętych knechtów. - Co z księciem? - zaskrzypiał rzeczowo zakonnik. - Zdrów - uspokoił go Gregor. - Tylko powierzchownie draśnięty. Ta nieszczęsna dziewka go osłoniła - dodał, wskazując martwe ciało. - Rzeczywiście, nieszczęsny przypadek - przytaknął kuternoga, kiwając z ubolewaniem głową nad trupem Bożki. - Mogła nam być jeszcze użyteczna... Ten łotr, widzę, żyje stwierdził zadowolony, pochylając się nad ogłuszonym zamachowcem. - Zanieście go do lochu - polecił najbliżej stojącym knechtom - i każcie opatrzyć głowę. Porozmawiam z nim później na osobności - dodał, krzywiąc wąskie, bezkrwiste wargi w paskudnym grymasie. - Czy aby coś powie? - zatroskał się paladyn. - Wygląda na twardego bydlaka. - Powie - zapewnił Lucjusz. - Zawsze w końcu mówią... chyba że wcześniej zdychają. - Kolejny zamach - sarknął gniewnie Gregor, pomagając wstać i ogarnąć się bratu miecza. - Kiedy to się skończy?

- Skończy się - odparł oschle zakonnik - gdy usuniemy przyczynę: samozwańczego władcę Mazowszan i jego niegodziwą matkę. Niestety, nasz władca wciąż ma zbyt szczupłe siły, żeby się z nimi zmierzyć. Otoczcie księcia ze wszystkich stron - rozkazał pozostałym knechtom - odprowadźcie do jego komnat i zawezwijcie medyka. Potrzeba mu długiego snu. Nikt nie powinien go teraz oglądać - dodał, jakby czytając w myślach Gregora. Właściwy człek na właściwym miejscu, pomyślał dawny uczeń Lucjusza z ironicznym podziwem, zawsze wie, jak postąpić. Rzymscy mistrzowie Gladius Dei opracowali niedawno prototyp niezwykle zmyślnego urządzenia do zadawania bólu przesłuchiwanym, które nazwali strappata. Przesłali Lucjuszowi precyzyjne rysunki, na podstawie których udoskonalił system lin i drążków. Uwieszony pod powałą lochu Wieży Złodziejskiej nieborak wił się i jęczał, wahadłowo kołysząc się w powietrzu, zwisając za nogę lub ramię, zależnie od chęci i fantazji torturującego. Każdy ruch wywoływał wywichnięcie innego członka i nową falę udręki. Zanim zresztą oprawcy zaczęli zabawiać się tak z jeńcem, został także solidnie wychłostany. Opuszczony nieco niżej, mógł dojrzeć rozłożone na pobliskim stole inne ciekawe narzędzia, czekające na swoją kolej. - Dosyć już, miserere - usłyszał w ciemnościach skrzekliwy glos. - Zdaje się, że traci przytomność... Opuśćcie go. Kołowrót zazgrzytał i umęczone ciało spadło na kamienną posadzkę jak worek kości. Chluśnięto na słabnącego wiadrem zimnej wody. Zakonnik pochylił się nad nim z troską. - Zacznijmy od początku - rzekł dobrotliwie. - Twoje imię? - Ł...uukasz - wydyszał z trudem. - Ależ nie, mój biedaku - zaprzeczył mnich. - Godzinę temu wyznałeś swoje wstrętne,

pogańskie miano: brzmi ono Łopuch. Powiedziałeś także, kto cię tu przysłał... - Czego więc jeszcze chcecie? - zachrypiał więzień. - Skoro wiecie wszystko, dajcie mi umrzeć. Lucjusz pokręcił głową, nie spuszczając oka z ofiary. - Nie, robaczku - sprzeciwił się łagodnie. - Gdybyś trwał w grzesznej zatwardziałości, pewnie tak by się to skończyło... lecz skoro wykazałeś chęć współpracy i nawrócenia, to inna sprawa. Możesz się nam przydać - dodał, zawieszając znacząco głos. Łopuch zamrugał i spojrzał z nadzieją na dręczyciela. - Tak?... - Święty Kościół zawsze jest gotów wybaczyć skruszonym grzesznikom - odparł Lucjusz, rozkładając ręce przyjaznym gestem. - Osobiście ochrzczę cię imieniem, jakie wybrałeś. Będziesz jednak musiał o nim zapomnieć, kiedy wrócisz do swoich. Więzień wytrzeszczył oczy. Nie był w stanie wykrztusić słowa. - Wrócisz do swoich, ponieważ stąd uciekniesz - kontynuował wyjaśnienia mnich. - W Krainie Mazowszan będziesz żył sobie cicho i spokojnie, wykonując polecenia dawnych panów. Do czasu, aż - dodał z naciskiem, robiąc pauzę dla większego efektu - zjawi się nasz wysłannik i wypowie jedno słowo. Pochylił się do ucha męczonego i wyszeptał dalszy ciąg; zlecenia. Łopuch kiwał gorliwie głową obwiązaną krwawymi szmatami. - Zrobię wszystko, co chcecie - wysapał. - Byle tylko się to skończyło. Lucjusz spojrzał na niego tkliwie. - Jako nasz człowiek nauczysz się z czasem kontrolować i wykorzystywać ból oznajmił z cierpkim uśmieszkiem. - Skoro stałeś się chrześcijaninem, powinieneś ukochać zsyłane przez Boga katusze. Ofiary miłe Panu to duch złamany i strwożone serce... Jeszcze

trochę pocierpisz, dziecino. Podciągnijcie go - polecił oprawcom. - Tylko nie złamcie żadnej kości. Módl się i żałuj za grzechy, zbłąkana duszo. Pod sklepieniem lochu znowu rozległ się długi, przeciągły jęk. Parę dni później książę i jego brat miecza przechadzali się po murach wawelskiej warowni, niedbale odpowiadając na honory oddawane przez wartowników. Nie wiedzieli, w którą stronę wytężać wzrok. W każdej chwili mogła przybyć od wschodu Dobroniega z wielkim orszakiem i bogatym wianem. Z zachodu natomiast spodziewano się rychłego przyjazdu młodszej siostry Kazimierza, Gertrudy, która miała poślubić syna kijowskiego księcia, Izasława. Zgodnie z zaleceniami Gladius Dei, rody Piastów i Rurykowiczów powinny złączyć się podwójnym węzłem małżeńskim, dla większej Bożej chwały i wspólnej walki z pogaństwem. Kościołowi Świętemu nie przeszkadzało, że szwagierka kniazia Jarosława będzie zarazem jego synową. Nikt nie chciał pamiętać, że Kazimierz Karol miał zostać także szwagrem znienawidzonego Miecława. Kazimierz Karol starał się zachować zimną krew, widać było jednak, że wciąż nie doszedł do siebie po niedawnych przejściach. Chodził od blanki do blanki nierównym krokiem, jak rozdrażniony zwierz w klatce, wpatrując się niespokojnie w przestrzeń nasyconą błękitem i słonecznym blaskiem. - Nadal jesteś ponury - zauważył z troską najbliższy druh, kładąc mu dłoń na ramieniu. Wciąż martwi cię noc poślubna? - zasugerował domyślnie. - Można tak powiedzieć - potwierdził niechętnie książę. - Chociaż akurat myślałem o naszych braciach paladynach włóczonych przez króla Niemców po dalekich krajach. Kiedy wreszcie ich przyśle? - Przybędą, gdy wypełni się Boża wola - odrzekł poważnie Gregor. - Tak mówi brat Lucjusz.

- Raczej wola przyszłego cesarza - syknął niecierpliwie Kazimierz. - No cóż, musimy przyjąć nasz los z pokorą, jak poucza opat Aron, i uzbroić się w cierpliwość. Swoją drogą ciekawe, dlaczego uzurpator dotychczas nie zaatakował. - Czeka na ruch z naszej strony - podsunął rycerz. - Polańscy wielmoże mówili, że dba tylko o własne księstwo. - Chce pokazać światu, że to ja jestem najeźdźcą, on zaś prawowitym dziedzicem skonstatował książę z krzywym uśmiechem. - Nie brak chytrości temu poganinowi... A wracając do nocy poślubnej - podjął z ciężkim westchnieniem - wolałbym już mieć ją za sobą. - Idziesz na nią jak na stracenie - stwierdził Gregor, nie mogąc powstrzymać nerwowego chichotu. - Co cię tak trapi, druhu? - Moja pierwsza miłosna schadzka zakończyła się krwią i śmiercią - stwierdził. - Lękam się, czy stanę na wysokości zadania... - Na pewno - wpadł mu w słowo przyjaciel. - Bywałeś już w gorszych opałach i sprostałeś gorszym bestiom, niźli jedna niewiasta. Pamiętasz Ostrów Lednicki? - Owszem - przytaknął książę. - Obawiam się tylko, czy zdołam spełnić obowiązek małżeński - dokończył wreszcie głucho, nie podnosząc oczu na przyjaciela. Przyboczny chwilę marszczył brwi w konfuzji, wreszcie twarz zajaśniała dwuznacznym uśmiechem. - Nic prostszego - rzekł. - Wychłoszczę cię jak zawsze, nim pójdziesz do łożnicy... A najlepiej oćwiczę was oboje - dorzucił, tknięty nagłą myślą. Potrójne piętno na policzku Gregora rozpaliło się gorączkowo. - Dobroniega może się na to nie zgodzić - sprzeciwił się następca Piastów. - Zaufani ludzie donieśli mi, że w przeciwieństwie do żony Miecława jest dumna i niezależna. Kniaź Jarosław ponoć z radością pozbył się krnąbrnej krewniaczki.

Gregor wzruszył ramionami. - Więc trzeba ją będzie okiełznać i nauczyć respektu - stwierdził sucho. - Żona ma być posłuszna mężowi, jako Chrystusowi, który jest głową Kościoła - wyrecytował bez namysłu jedną z sentencji zasłyszanych od świątobliwego opata. - Na pewno jest prawą chrześcijanką, więc musi wiedzieć, że człowiek winien wiele wycierpieć, aby żyć po bożemu. 14. Witajcie w Jomsborgu! (wiosna-lato 1047) - Złodzieje?! - zaprotestowała Żywia z oburzeniem. - Niczego nie ukradliśmy! - Kim jesteście? - zawołał Widun, używając Głosu, by przekrzyczeć ryk nawałnicy. Czego od nas chcecie? - Jesteśmy obrońcami tej wyspy - odpowiedział po chwili głęboki bas. - Zakradliście się podstępnie do lochów, by skraść naszą największą świętość. Oddajcie ją i uwolnijcie kapłana, a może darujemy wam życie. - Ślaz może zaświadczyć, że nie jesteśmy tymi, za kogo nas bierzecie - odkrzyknęła kapłanka. - Niestety, przez was jest nieprzytomny. Rozwaliliście mu łeb kamieniem... - Kłamiesz, suko! - zahuczał głos. - Na pewno sami go tak urządziliście. Wydajcie nam relikt, to odejdziecie na własnych nogach! Nie ręczę za wasze lepkie rączki! - Relikt należy do nas - sprzeciwił się twardo guślarz. - Musimy wypełnić misję. - Całujcie nas w rzyć! - poparł go rozsierdzony Mścigniew, ściskający w prawicy Płomień Boju. - To nie było grzeczne - oceniła cicho wróżka. Uważała jednak, że towarzyszący jej mężczyźni zachowali się odpowiednio wobec kogoś, kto nazwał ją „suką”. Andaj wpatrywał się w gęste zarośla, trzymając w dłoniach łuk z nałożoną strzałą. Usiłował na próżno przebić wzrokiem gęste ciemności. Nadstawiał ucha, pragnąc

zlokalizować miejsce, gdzie znajdował się mówiący do nich dowódca. Zaniepokojony Pukis rżał z cicha, trzymając się blisko swego pana. Obaj przeczuwali, że szykuje się krwawa jatka. - Dość tych wykrętów! - rzekł gniewnie niewidoczny wojownik. - Jakem jarl Ingwar, nie spotkałem jeszcze tak bezczelnych łotrzyków! Ostatni raz pytam: oddacie kapłana i relikt? - Nie! - wrzasnął w imieniu wszystkich Mścigniew. - Chodźcie tu i weźcie go sobie, kozojeby! - dodał buńczucznie, wymachując mieczem. Odpowiedziały mu groźne okrzyki i wiązka najgorszych wikińskich przekleństw. - Jak chcecie - stwierdził jarl złowrogo. - Zabić ich! - wydał rozkaz swym wojom. Jadźwiński łowca wypuścił płonącą strzałę tam, skąd dobiegał głos. Przez chwilę ujrzeli czających się napastników, usłyszeli też głuchy jęk trafionego draba. W gęstwinie rozległo się bojowe wycie co najmniej kilkunastu gardeł i po chwili wyskoczyły z mroku potężne sylwetki w spiczastych hełmach i grubych, podwójnie tkanych kolczugach, z zacnym orężem w krzepkich dłoniach. Przodował wśród nich prawdziwy olbrzym, przerastający o głowę Mścigniewa, z wielką rudą brodą, zaplecioną w misterne warkoczyki. W dłoniach wielkich jak bochny dzierżył dziwnego kształtu topory, przypominające rzeźnickie tasaki. Jak większość najemników z Północy miał zimne, okrutne oczy zawodowego zabójcy. Grupka wędrowców skupiła się wokół złożonego na piasku słonecznego młota i nieprzytomnego Ślaza, stając bokiem w bok. Uciekać nie mieli dokąd, mając za plecami rozszalałe morze. - Będzie ciężko - mruknął Andaj do stojącego obok wojownika. - To nie są bezmyślne truposze, tylko doświadczone zabijaki! - Trzymaj się blisko mnie - warknął towarzysz, czując narastający szał bojowy. - I weź to - dodał, rzucając druhowi myśliwski oszczep. - Skorzystaj z moich nauk i chroń nasze

tyłki. Jadźwing chwycił dzidę z wdzięcznością. Stanął w bojowym rozkroku z prawą nogą podaną do przodu, jak go uczył starszy wojownik, wymachując zaczepnie nowym orężem. W głębi duszy jednak obawiał się, że mogą nie dać rady przeważającej liczbie dobrze wyszkolonych i uzbrojonych nieprzyjaciół. - Toby była boska ironia - mruknął do swego rumaka w ich tajemnym języku - ponieść przypadkową śmierć, kiedy byliśmy tak blisko celu. - Nie słyszę chichotu bogów - stwierdził kategorycznie Pukis. - Ocalejemy, gdy przekonamy tych rudych olbrzymów, że nie jesteśmy byle chmyzami. Andaj skinął twierdząco głową. - Ty na pewno nie jesteś - rzekł żartobliwie, patrząc czule na druha-rumaka. - Zaraz wystraszą się wielkiego ognistego smoka... - Jeśli się nie wystraszą, to przynajmniej zdziwią - skonstatował flegmatycznie konik. Uważaj! - ostrzegł przyjaciela. - Są coraz bliżej! Napastnicy zbliżyli się na długość miecza. Zarośnięte, poznaczone bliznami gęby szczerzyły się radośnie na myśl o zbliżającej się walce, która była ich największą rozkoszą. Mścigniew nie czekał, aż zaatakują, lecz skoczył pierwszy, wywijając mieczem i toporem. Szerzył prawdziwe spustoszenie we wrogich szeregach, lecz w końcu jego niszcząca kosa trafiła na kamień. Brodaty olbrzym uderzył tak mocno swymi straszliwymi tasakami, że odepchnął mazowieckiego woja na bok, jakby ten nie był chłopem na schwał, lecz nieszkodliwym malcem. Mścigniew ryknął wściekle, czując nadchodzącą przemianę. Olbrzym runął teraz z impetem na Andaja, który cofnął się odruchowo, zasłaniając się oszczepem i próbując utrzymać wroga na dystans. Czynił to całkiem zręcznie, jednak jeden cios brodatego rzeźnika starczył, by grube drzewce, którego mocny grot zdolny był przebić

skórę dzika, pękło na dwoje. Boranin spojrzał bezradnie na pozostałe w dłoniach ułomki i pociemniało mu w oczach, jakby śmierć ogarnęła go już swym czarnym całunem. Z chwilowego zamroczenia wyrwało go waleczne rżenie druha-rumaka. Nic się nie stało. Tasak nie spadł na głowę Jadźwinga. Olbrzym zastygł z wybałuszonymi oczami i rozdziawioną gębą. Najwyraźniej zobaczył coś pierwszy raz w życiu. Myśliwy podążył za jego nieruchomym, wlepionym w jeden punkt spojrzeniem i dostrzegł buchającego ogniem i parą Pukisa, gotowego bronić swego pana do ostatniego tchu. Jadźwing odwrócił się z powrotem w stronę wielkiego najemnika i bez namysłu wbił ostrze grotu w szeroko rozwarte usta. - Nie zabijaj! - krzyknęła Żywia z tyłu. - To jakaś fatalna pomyłka! Było już jednak za późno. Grot oszczepu przebił czaszkę i wyszedł przez potylicę, zalewając juchą długi czerwonawy warkocz, zwieszający się do połowy pleców. Wielkolud chwilę mrugał, jakby nie mógł uwierzyć w to, co się stało, potem z głuchym jękiem osunął się na kolana, by wreszcie paść jak kłoda na skrwawiony piach. W dziko wytrzeszczonych oczach pozostał wyraz zdumienia i zaskoczenia. Andaj cisnął celnie toporkiem, unieszkodliwiając następnego nadbiegającego wikinga. Sprawił, że kości i mięśnie prawego przedramienia przepadły w krwawej smudze. Pozostał równo przecięty kikut. Zdezorientowany napastnik spoglądał przez chwilę na to, co zostało z jego ręki, potem wrzasnął jak chyba nigdy w życiu, zwiotczał i osunął się na kolana, przytrzymując zdrową ręką okaleczoną kończynę. Był praktycznie niezdolny do dalszej walki, lecz pojawili się następni. Wtedy Boranin wydobył linary. Musiał liczyć odtąd głównie na swoją szybkość i zręczność. Mścigniew obserwował kątem oka z uznaniem poczynania przyjaciela, widząc, że nauki, jakie odeń odebrał, nie poszły na marne. Andaj zdawał się tańczyć zwinnie, lekki i zwrotny jak unoszone powiewem zielone piórko, podczas gdy ostrza

śmigały wokół niego jak pochwycone powietrznym wirem jesienne liście, pokrywając się prędko rdzawymi plamami. Nagle wojownik przestał widzieć towarzysza, jakby kompletnie oślepł. Okrzyki złości i strachu ze strony jomsborczyków uświadomiły mu, że nie tylko on doświadczył tego zjawiska. Od samego początku słyszał za plecami szepty dwojga czarodziejów. Żywia próbowała najpierw powstrzymać wroga zaklęciem „kamiennego wichru”, lecz grad mokrych kul piachu i drobnych kamyków nie powstrzymał nawet przez chwilę silnych, zaprawionych w boju mężczyzn. Mścigniew domyślił się, że Widunowi udało się zagęścić mrok i wytworzyć wokół nich tuman ciemności, czasowo chroniący przed okiem napastników. W tej sytuacji berserk postanowił zdać się na swój zwierzęcy instynkt i przestał powstrzymywać przemianę. Andaj również stracił z oczu przyjaciela, słyszał tylko dochodzące z cienistej głębi niedźwiedzie ryki oraz jęki i złorzeczenia jomsborczyków. - Chodź do nas - usłyszał zza pleców głos czarodziejki. - Potrzebujemy twej jasnej mocy. - Gdzie jesteście? - zadał oczywiste pytanie. - Nie widzę was. - Więc nadstaw uszu - usłyszał gderliwy głos Widuna - i podążaj za swoim rumakiem. Pospiesz się - ostrzegł. - Nie utrzymam zbyt długo tej iluzji. Pukis zarżał zgodnie i ruszył poprzez cieniste zasłony, rozświetlając częściowo drogę. Andaj prędko podążył za nim. Po chwili dostrzegł niewyraźne sylwetki wieszczów, szykujących się do rzucenia potężnego gusła. - Co zamierzacie zrobić? - spytał rzeczowo sługa Swarożyca. Widun wskazał milcząco, lecz wymownie, ledwie widoczną przez gruby woal mroku latarnię morską, płonącą na szczycie wzgórza.

- Skup się na Garncu Welesa - doradziła kapłanka. Andaj w jednej chwili pojął, o co chodzi czarodziejom. Stanął przy nich, starając się zebrać wypełniającą serce światłość w jeden ognisty grot. Po chwili jomsborscy najemnicy zamarli, wydając głośny wrzask przerażenia. Garniec Welesa rozjarzył się nieziemsko, zalewając wzgórze purpurową poświatą i nadając okolicy piekielny wygląd. Jakby cała twierdza nagle stanęła w ogniu, bez względu na nieustanną ulewę. Potem ognista fala spłynęła ze szczytu wieży i podążyła nieubłaganie w stronę wojowników. Nim zdążyli rzucić się do ucieczki, płomienny wir porwał ich potężne sylwetki, jakby były szmacianymi lalkami. Czas jakiś miotał we wszystkie strony bezsilnymi, wyjącymi z bólu i duszącymi się od żaru postaciami, potem grzmotnął nimi o zbocze góry i pnie drzew, rozsypując oddział jak plewy na wietrze. Bukowy lasek wypełnił się po chwili przeraźliwym zawodzeniem potłuczonych i poparzonych ludzi. Drużynie wędrowców nic się nie stało, pozostawali bezpieczni w środku wiru, niczym w oku trąby powietrznej. Nagle obok nich wyrosła chwiejąca się na nogach, pękata sylwetka w postrzępionej, pstrokatej szacie. Ślaz odzyskał nareszcie przytomność. - Przestańcie! - wysapał grubas do czarodziejów. - Wstrzymajcie czar! Tamci dostali już nauczkę. Teraz pora na negocjacje. Kapłani posłuchali go i przestali recytować zaklęcia. Ognisty wir znikł w mgnieniu oka, podobnie jak plama ciemności. Pozostały tylko porywista wichura, łoskot wzburzonych fal i srożąca się blisko Wielka Burza. Dostrzegli w półmroku znowu ludzką sylwetkę Mścigniewa. - Raczej na kolejną turę negocjacji - mruknął zrzędliwie guślarz. - Nieco mniej agresywną niż ta... - Zaszło jakieś okropne nieporozumienie - stwierdził tłuścioch, pocierając paluchami prawej dłoni obolałą, rozciętą skroń. - Postaram się wszystko wyjaśnić i załagodzić.

- Liczymy na ciebie - rzekła z westchnieniem Żywia. - Ci durnie nie chcieli nas słuchać. - Czegóż oczekiwać po najemnikach - stwierdził filozoficznie Ślaz, wzruszając ramionami. - Ich żywiołem jest walka, nie dyplomacja. - Ślaz! - dał się słyszeć z zarośli znajomy, schrypnięty bas. - Nic ci nie jest? - Zawsze mogło być gorzej - odparł sługa Strzyboga. - Wciąż mi się kręci w głowie... Nie wiem, czy bardziej od wczorajszego piwa, czy od waszego kamienia. A co z tobą? - Nic wielkiego - stęknął jarl. - Mam strzałę w ramieniu i nie mogę unieść oręża. Wyplątał się z gęstych krzewów i stanął przed nimi w całej okazałości: raczej krępy, lecz mocno zbudowany, muskularny i nieco brzuchaty, z wąsami i brodą słomkowej barwy. Świdrował grupę podróżników małymi, bystrymi oczkami, błyszczącymi jak okruchy bursztynu. Zdawał się z natury jowialny i wesoły, choć dla uważnie patrzącego było jasne, że potrafił być bezwzględny, gdy trzeba. Z prawego ramienia sterczała długa brzechwa z lotkami poczerniałymi od zgasłego już, magicznego ognia. Towarzyszyło mu dwóch jasnowłosych giermków, których policzki dopiero pokrywał pierwszy, złotawy puch. Byli uzbrojeni po zęby i mimo młodego wieku sprawiali groźne wrażenie. Żywia pomyślała jednak, że w jednej chwili zdołałaby ich uwieść swym czarem, gdyby tylko zechciała. - Pójdziesz z nami do świątyni - zdecydował Ślaz. - Tam wyjmiemy strzałę i zaleczymy ranę. - Chętnie pomogę - zaoferowała się Żywia. - Po ranie nie będzie śladu. - Co to, to nie! - zaprotestował wiking. - Blizny są największą chwałą wojownika. - Więc tylko ją oczyszczę - odrzekła kapłanka - aby się nie jątrzyła. W sumie to dobrze, że od razu została przypalona. - Masz wielką moc, czarodziejko - rzekł jarl z podziwem. - Bogini Freja obdarzyła cię swymi łaskami. W naszym grodzie długo byś nie pożyła - dorzucił, uśmiechając się krzywo

pod wąsem. - Wiem - odparła kąśliwie - w waszym kraju niewiasty potrzebne są tylko do roznoszenia piwa i obmacywania po kątach. - Ha, ha, wiedźma nieujarzmiona - zarechotał Ingwar. - Lubię takie, pełne złości i żaru. Tym większa satysfakcja, kiedy się taką okiełzna. - Chędożycie swoje baby w pijanym widzie, póki jesteście w stanie - odparowała. Dopóki chmiel was nie uśpi i nie zmiękczy wam przyrodzenia. Chociaż wyraziła szczerą chęć pomocy, wciąż była rozgniewana zaistniałą sytuacją. Miała lód w sercu i sztylety w oczach, a jej słowa cięły jak bicze. - Baby nie przegadasz - stwierdził jarl, wzdychając z rezygnacją. - Ciekawe wybrałeś towarzystwo, przyjacielu - zwrócił się do grubego kapłana. - Nieszczęście chciało, że napadliście tych, którzy mnie uwolnili - zwrócił mu uwagę Ślaz - i być może uratowali życie. - Nie takiej spodziewaliśmy się za to podzięki - wpadła mu w słowo Żywia tonem surowej przygany. - Witajcie w Jomsborgu - mruknął jarl. - Wybaczcie, lecz o zmroku wszystkie koty są szare... zwłaszcza w czas Wielkiej Burzy, kiedy serca się rwą niespokojnie. - No tak, witajcie - powtórzył ze śmiechem Ślaz. - Przypomniałem sobie właśnie, jak pierwszy raz zjawiłem się na Wolinie, adept żółtodziób, wieśniak obdarzony zdolnością przewidywania pogody. Nim dotarłem na miejsce, odwiedziłem niejedną tawernę, by dodać sobie odwagi przed spotkaniem ze świątynną starszyzną. Na tyłach jednej z nich znalazłem leżącego nieprzytomnego człowieka, utytłanego w błocie i jusze. Jako rzekłem, byłem młody i głupi, więc postanowiłem mu pomóc. Gdy nieco oprzytomniał i wstał, opierając się na mym ramieniu, wyjęczał z trudem pytanie:

„Daleko stąd do portu?” Odpowiedziałem zdziwiony: „Owszem, kawałek drogi”. Wtedy on także powiedział: „No trudno, obrabuję cię tutaj. Witaj w Jomsborgu!” Nic więcej nie zdążył zrobić, bo przyłożyłem mu po łbie drewnianym chodakiem i wziąłem nogi za pas. Byłem wówczas nieco szczuplejszy - wyznał - i całkiem zwinny... Od tego czasu bardziej się pilnowałem. Zabawna historyjka poprawiła wszystkim humory. Nawet Żywia się uśmiechnęła. Gruby kapłan poprowadził ich w stronę bukowego gaju, gdzie w głębi mieściła się świątynia Strzyboga. - Olaf, Orm - zwrócił się brodaty wódz do pachołków - idźcie zobaczyć, co się dzieje z naszymi. - Mogę się nimi zająć - znowu zaproponowała kapłanka. - O nie, moja pani - zaoponował stanowczo jarl - wystarczająco czują się poniżeni... pokonani przez czar kobiety. Muszą się sami z tego wylizać lub zdechną. - Bracia kapłani później się nimi zajmą - zapewnił Ślaz. - My tymczasem dojdziemy do siebie przy biesiadnym ołtarzu - dodał, zacierając z lubością tłuste łapska. - Zaprosiłbym was do mej twierdzy - oznajmił wiking - i wynagrodził złe przywitanie, lecz niestety... - zawiesił głos, spoglądając wymownie na wieszczkę. - No tak - sarknęła - żadnych kobiet w garnizonie! Celibat chyba wam przyćmił umysły - dodała, odprowadzając wzrokiem znikających w lesie dorodnych młodzików. - Gdybyście mieli żony, może bylibyście bardziej rozważni. Jarl Ingwar marszczył chwilę oblicze jak rozdrażniony wilk. - Wybacz, pani - rzekł w końcu. - Takim morskim bękartom, jak my, nie pod drodze z marudną, swarliwą babą i kupą rozwrzeszczanych bachorów. Dlatego na tym świecie wynaleziono dziwki! - uciął niewygodny temat, rechocząc na całe gardło.

Pozostali mężczyźni również nie potrafili powstrzymać śmiechu, czarodziejka zacisnęła więc usta, postanawiając zaprzestać jałowej dyskusji. - Szkoda, że zabiłem waszego wielkiego rudzielca - zagadnął Andaj, szczerząc się ciągle wbrew wypowiadanym słowom. - Był chrobrym wojem. - Nic to - odparł wiking, zerkając z ukosa na młodzieńca i sycząc z bólu, gdy poruszył uszkodzonym ramieniem. - Sigurd zawsze był narwany i głupkowaty, a przy tym źle mi życzył, bo sam chciał zostać jarlem. Wolałem nie odwracać się do niego plecami, by nie poczuć ostrza tasaka na karku. Kiedy burza ustanie, wyślemy go do Walhalli drogą ognia i wody... A co tam niesiecie? - zainteresował się, spoglądając na ciężkie brzemię, dźwigane przez młodych mężczyzn. - Ofiarę dla świątyni? - Starożytny młot naszych przodków - wyjaśnił szybko Widun, nim Jadźwing zdążył otworzyć usta. - Chcemy go złożyć w ofierze... lecz zupełnie gdzie indziej - dodał, lekko się zacinając. - Na ołtarzu Czarnoboga w Wenedzie - wsparła go kapłanka, uznając, że lepiej zdradzić część prawdy, by ukryć istotę rzeczy. Ślaz łypnął chytrze przez ramię na dwoje kapłanów. Jarl otwarł szeroko wodniste oczy. - Wybieracie się do Wenedy? - wysapał ze zdumieniem. - No to powodzenia! Jesteście bardziej sza... odważni, niż sądziłem - dorzucił z ironicznym respektem. - Starożytny młot! powtórzył z rozmarzeniem. - Gdybyż to był młot Thora! Nie jesteś wcale daleki od prawdy, zaśmiała się w duchu wieszczka. Stanęli właśnie przed świątynią Pana Morskiego Wiatru. Otaczał ją gruby mur, chroniący przed kaprysami miejscowej pogody, lecz była otwarta dla wszystkich. Dach zdobiły drewniane wieżyczki, pokryte jaskrawymi, ochronnymi farbami, zżarte jednak

częściowo ukąszeniami przesyconego solą wichru. Od najwyższej z nich, znajdującej się na szczycie kopuły, biegły do pozostałych czterech, umieszczonych w rogach budowli, grube powrozy, z których zwieszały się różnobarwne, po części wypłowiałe wstążki i brzęczące z każdym powiewem świecidełka. Na czubkach kręciły się poskrzypujące wiatrowskazy. Perun oszczędzał przybytek boskiego potomka i nie nękał swymi gromami szpiczastych wież. Zdarzało się natomiast, że figlarny bóg narażał się Chorsowi albo Swarożycowi, kiedy nagnane przezeń chmury przesłaniały księżyc lub słońce, nigdy jednak nie doszło między nimi do otwartej wojny. Poczciwemu żartownisiowi zawsze wszystko uchodziło na sucho, nawet gdy jawnie drwił z potęgi innych bóstw. Kochała go Matka Ziemia, zwłaszcza kiedy pamiętał, by zwilżyć glebę obfitym deszczem. Wrota były szeroko rozwarte, jakby zapraszając przybyszów. Na powitanie wyszło kilku starszych sług Strzyboga, łudząco niemal podobnych do swego arcykapłana, tak samo bowiem jak on opasłych i rumianych. Powitali Ślaza okrzykami radości, jakby cudem powrócił z Nawii. Być może zdążyli go już opłakać przy sutej libacji. Wydał im polecenia i czym prędzej niektórzy podreptali do lasu, zabierając ze sobą torby z leczniczymi ziołami. Dwaj inni zajęli się rannym jarlem, prowadząc go do środka. Wnętrze pachniało miodem, piwem i dymem. Wielki dębowy stół, biegnący przez niemal całą długość świątynnej hali, był zarazem ołtarzem ofiarnym. Nigdy nie brakowało na nim świeżych płodów ziemi, przedniego mięsiwa, wielkich kołaczy i dzbanów z najlepszym trunkiem. Obrzędy na cześć Strzyboga trwały tu bezustannie, przybierając formę niekończącej się biesiady i popijawy. On sam zasiadał na podwyższeniu u szczytu stołu. Pięknie wyrzeźbiony drewniany posąg rozpierał się na szerokim, wygodnym tronie, ozdobionym bursztynami i różnokolorowymi kamykami. Pucułowate policzki były wzdęte, jakby zamierzał właśnie tchnąć wiatrem, przy czym mięsiste, wypukłe wargi zdobił

dobroduszny uśmiech, a oczy spoglądały wesoło spod krzaczastych brwi. Korpulentną sylwetkę okrywała luźna, pstrokata szata. Bóg miał rozczochrane, siwe włosy i takąż brodę. Głowę wieńczył niewielki skrzydlaty hełm. - Prosimy do stołu - rzekł uprzejmie Ślaz z szerokim gestem. Widun zatrzymał się nagle w progu hali, blokując drogę innym. - O co chodzi? - zdziwił się grubas. - Jarl Ingwar uświadomił mi, że nie mamy nic na ofiarę dla Pana Morskiego Wiatru oświadczył zafrasowany guślarz. - Moje życie jest wystarczającym darem - odpowiedział spokojnie kapłan, wywołując potakujące kiwnięcie głowy wikińskiego wodza. - Nie wiem, czy to wystarczy - martwił się dalej starzec. - Nie chciałbym urazić bożyszcza, przychodząc z pustymi rękami. - Mam odpowiedni podarek - wtrąciła dumnie kapłanka. Podeszła do posągu, sięgając równocześnie do dużej sakwy u paska. Wyjęła z niej płaski przedmiot owinięty liśćmi łopianu i złożyła na podołku roześmianego boga. Wszyscy zbliżyli się i pochylili z ciekawością. - Co to jest? - zapytał wiking, wpatrując się w dwie przejrzyste, błyszczące tęczowo tafle. - Skrzydła umarłej wiły - wyjaśniła Żywia. - Czy aby jej nie zabiłaś? - zaniepokoił się tłusty kapłan. - Ależ skąd - zaprzeczyła żywo. - Nie zapominaj, że jestem służką Matki Ziemi. Leśne siostry ofiarowały mi je w Zaklętym Borze. - To dobrze - sapnął z ulgą Ślaz. - Naszemu wesołemu panu miłe są różne ofiary, jak choćby kubek do miodu, którym wzniesiono toast na jego cześć, czy też strzały wyjęte z ciała

ubitego chrześcijanina, ale ten dar wydaje się szczególnie wspaniały. - Tak też myślałam - odrzekła wróżka z zadowolonym uśmiechem. - Pan Pogody zawsze miał słabość do tych figlarnych, rozchichotanych stworzonek. - Prawda - potwierdził. - Służki Wielkiej Bogini bliskie są jego sercu. Nie widzę zatem przeszkód, byśmy teraz coś zjedli - dorzucił niecierpliwie, popatrując łakomie na suto zastawiony stół. - Może powinniśmy wprzód zażyć łaźni - zaoponowała, zerkając krytycznie na swych towarzyszy - Jesteśmy brudni, cuchniemy ściekiem i rzezią - dodała, marszcząc nos. - Ale też wyczerpani - zauważył przytomnie. - Najpierw się trzeba posilić - stwierdził kategorycznie. - Gdy odzyskamy moc, pomyślimy o innych rozkoszach. Klasnął w dłonie, a wówczas żony i córki kapłanów wniosły misy z ciepłą, parującą wodą, na powierzchni której pływały płatki mydlnicy. Wędrowcy obmyli się, jak zdołali, doprowadzając do stanu, w którym mogli zasiąść do stołu gościnnego Strzyboga. Kapłani uzdrowiciele zajęli się tymczasem w kącie rannym jarlem. Wyjęli strzałę, która obmyta i nie zanadto sfatygowana wróciła do kołczanu Jadźwinga. Podczas tej bolesnej operacji jarl nawet nie drgnął. Oczyścili ranę przy pomocy kapłanki Mokoszy, która powstrzymała krwawienie i przekazała cząstkę swej życiodajnej energii, zalepili chlebem z pajęczyną i obwiązali szarpiami. Po chwili wiking stwierdził, że czuje się jak młody bóg, gotów do ucztowania. Żywia uleczyła też bez wysiłku obolałą głowę pechowego sługi Strzyboga. Nie czekając na dalsze zachęty, zgłodniali podróżnicy rzucili się na smakowite jadło, w czym gospodarze dzielnie im sekundowali. Usługujące przy stole niewiasty dbały, by puchary wciąż były pełne. Kiedy goście napełnili już brzuchy, poczuli się w znacznie lepszej kondycji. Rozsiadając się wygodniej na rzeźbionych krzesłach i ławach okrytych skórami, oddali się błogiemu, leniwemu trawieniu.

- Czy nie powinniśmy jak najprędzej się oporządzić i ruszyć w dalszą drogę? - zapytała kapłanka w nagłym przypływie niepokoju. Prawie już zapomniała, że można spędzać w życiu tak beztroskie chwile, a przy tym rozpierała ją chęć działania. - Spokojnie - zapewnił ją Ślaz nieco sennym głosem. - Wedle mej wiedzy Wielka Burza potrwa do rana, Wenedę zaś najlepiej nawiedzać o północy, gdy otwiera się dwanaście bursztynowych bram... dla żywych i umarłych. Zdążymy przedtem wypocząć i nabrać sił. Żywia spojrzała na niego zdumiona. Tłuścioch zachowywał się tak, jakby zamierzał udać się razem z nimi do zatopionego miasta, ona zaś ani przez chwilę nie brała tego pod uwagę. Zerknęła pytająco na Widuna, który wzruszył lekko ramionami i pokręcił głową. Jak się zdawało, także był zaskoczony takim obrotem sprawy. - Co zamierzacie tam czynić? - zainteresował się jarl, świdrując wędrowców przenikliwym spojrzeniem. - O co chcecie prosić Czarnoboga? - Chcemy złożyć mu hołd i błagać, by pokarał chrześcijan za nasze krzywdy - odparła wymijająco kapłanka. - Ciężko mu będzie działać, skoro jest, jak nasz Loki, spętany magicznym łańcuchem zaśmiał się wiking. - Musicie być bardzo zdesperowani - zasugerował, przypatrując się podejrzliwie - że odważyliście się na taki krok. - Jak to się stało, że zaczailiście się u wylotu kanału? - wtrącił pospiesznie Widun, pragnąc najwyraźniej uniknąć dalszej indagacji. - Ktoś wam o nas powiedział? - Nie chcecie, to nie mówcie - mruknął nieco zawiedziony jarl. - Tak czy inaczej, winien wam jestem wyjaśnienie. Dziś po południu odwiedził naszą twierdzę - rozpoczął opowieść - niespodziewany gość. Twierdził, że przybył na Wolin z grupą jutlandzkich kupców i jest godim na dworze księcia Swena Estrydsena.

- Jak wyglądał? - przerwał mu Ślaz. - Jak jeden z nas - odparł wiking. - Wysoki, jasnowłosy, brodaty. Tylko kulał trochę na lewą nogę... - Przywódca tych, którzy mnie porwali - sapnął kapłan Strzyboga. - Na piersiach nosił amulet z młotem Thora - kontynuował opowieść Ingwar. - Dobrze mówił po naszemu. - Ten rzekomy amulet to w rzeczywistości magiczny krzyżyk - sprostowała Żywia. Zły, potężny czerniec przybrał fałszywą postać i omamił wasze zmysły. - Gdybym wtedy to wiedział - rzekł z westchnieniem jarl - nie uszedłby żywy z Jomsborga. Nie znam się na czarach, jestem wszak prostym wojem. Był wprawdzie taki moment... - Tak? - zaciekawił się Widun. - Kiedy podano mu kielich wina, chyba się zapomniał, bo uczynił nad nim podejrzany gest, przypominający chrześcijańskie gusła. Moi ludzie sięgnęli po miecze i topory, by go natychmiast zarąbać. On jednak nie stracił rezonu i wyjaśnił, że to nowy znak błogosławieństwa Thora, czyniony przez tych, którzy rozmawiają z duchami przodków. W ten sposób uśpił naszą czujność... - I co wam naopowiadał ten oszust? - zapytał niecierpliwie tłusty kapłan. - Twierdził, że podsłuchał w tawernie bandę obcych rzezimieszków, jak zmawiali się, by porwać arcykapłana świątyni Strzyboga... ciebie, przyjacielu... - dodał zerkając na Ślaza - i z jego pomocą przedostać się do podziemi, by skraść naszą największą świętość: Włócznię Baldura, którą wy nazywacie Włócznią Peruna. Czym prędzej skrzyknąłem zbrojnych i udałem się tutaj - kontynuował, rozejrzawszy się wokół. - Zafrasowani kapłani powiedzieli, że istotnie zniknąłeś, miły Ślazie, udawszy się zeszłego wieczora do portowej tawerny w dość

podejrzanym towarzystwie. Rzekomy godi podsunął mi ten nieszczęsny pomysł, by zamiast ścigać wroga w mrocznym labiryncie, lepiej zaczaić się przy kanale, którym mieliście opuścić twierdzę. Mówił, że tak mu podszepnęli bogowie. - I w taki sposób podstępny mnich wciągnął nas w pułapkę, sprawiając, że zaczęliśmy ze sobą walczyć - zakonkludował grubas. - Co za perfidna intryga - dorzucił niemal z podziwem. - Zbyt mało do tej pory stykaliście się z krystowiercami - wtrąciła zimno Żywia. Kłamstwo, fałsz, sianie zamętu to ich typowe metody. - Gdzie się jednak podział ten łajdak? - zastanawiał się głośno Ślaz. Wiking wzruszył ramionami. - Nie mam pojęcia. Kiedy wyszliśmy ze świątyni, znikł nagle, jakby porwały go trolle. Rozpłynął się w ciemnościach. Jutro każę przeszukać port. - Zbyteczna fatyga - stwierdziła kapłanka. - Na pewno jest już daleko. To chytry i niebezpieczny człowiek - dodała, drżąc mimowolnie na wspomnienie rozmowy w podziemiach. - Włada potężnymi mocami, których do końca nie rozumiem. Na pewno przejrzał nasze zamiary i chciał przeszkodzić w dotarciu do Wenedy. - Więc poznaliście go wcześniej? - zaciekawił się jarl. - Owszem - przyznała niechętnie. - Na tyle dobrze, by nie chcieć go więcej spotkać i stale się mieć na baczności. W każdym razie wyszło na moje - dorzuciła, spoglądając triumfalnie na jomsborczyka. - Co takiego? - zdziwił się Ingwar. - Bezżenność zatruła wasze zmysły - oświadczyła cierpko. - Dlatego nie rozpoznaliście największego wroga, choć mieliście go tuż przed nosem. Nie zauważyliście, że pod waszym bokiem buszują obcy czerńce.

- Baba musi być zawsze na wierzchu - rzekł z niezadowoleniem wiking - chyba że przyłożysz jej kijem. - Ciekawe, co by się stało - odgryzła się Żywia - gdyby pewna swarliwa wiedźma powiadomiła patriarchów wolnego portu Wolin, że jomsborczycy ukrywają w swym skarbcu spróchniałą ze starości prawdziwą Włócznię Peruna, pokazując pospólstwu podczas dorocznych obrzędów jej kopię, wykonaną najwyżej kilkanaście lat temu. Ingwar w odpowiedzi zmełł tylko w ustach przekleństwo i przygryzł wąsa. - Oczywiście nie zrobisz tego - wtrącił z naciskiem Ślaz, popatrując na nią, niepewny, czy wiedźma mówi serio, czy też kpi w żywe oczy. - Oczywiście, że nie - zapewniła z brzydkim uśmieszkiem. - Zostałam przecież tutaj tak dobrze przyjęta i ugoszczona... Nastąpiła chwila niezręcznej ciszy. Andaj, pragnąc rozładować napiętą atmosferę, wydobył ze swego worka lirę i zaczął na niej brzdąkać od niechcenia. Jarl spojrzał na niego z sympatią. - Widzę, że mamy tu skalda - zauważył z zadowoleniem. - Zaśpiewasz jakąś ucieszną bojową śpiewkę? Jadźwing przebiegł w myślach wszystkie żeglarskie śpiewy o miłości, piwie i śmierci, zasłyszane od pobratymców z Truso, i w końcu wybrał znany piracki hymn: Kiedy żaden bóg nie słucha, Pomódlmy się do obucha, Ucałujmy noże I dalej na morze Krwi! Na czerwone morze!

Jarlowi bardzo owa pieśń przypadła do gustu. Rechotał gromko, klaskając do wtóru. Uczestniczył w niejednej pirackiej wyprawie. Najważniejszym zadaniem jomsborczyków było pilnowanie i ochranianie ujść dwóch rzek, opływających wyspę: Piany i Dziwnej, nad którą położony był główny handlowy port, lecz nudząc się w morskiej twierdzy, wypuszczali się co najmniej raz do roku na cudze wybrzeża, by czynić to, co lubili najbardziej: łupić, gwałcić, mordować. Byli postrachem Bałtyku. Obecni na uczcie kapłani wiedzieli, że cztery lata wcześniej król Magnus najechał Wolin w odwecie za morskie wyczyny miejscowych wikingów. Choć twierdza oparła się atakowi, Norweg spustoszył całe wybrzeże i spalił port, uniemożliwiając na pewien czas wszelki handel. Potężny i bogaty Wolin oczywiście odrodził się, niczym żar-ptak z popiołów, lecz długo leczył zadane mu rany. Rodacy zwali Magnusa Dobrym, lecz Wolinianie i jomsborczycy zdecydowanie nie podzielali tej opinii. - Przystalibyście do nas, zamiast włóczyć się po świecie z wiedźmą i guślarzem zaproponował półżartem wiking, spoglądając z upodobaniem na Andaja i Mścigniewa. Łucznik-skald i niepokonany berserk byliby ozdobą mojej drużyny. Dalekie rajzy, przygody kusił - i dziwki w każdym porcie... - Jestem Synem Drzew, nie żeglarzem - odparł Boranin, błyskając wesoło zębami. - Moja Dola jest inna niż wasza - odmówił zwięźle i trochę posępnie milczący dotychczas Mścigniew. - Muszę bronić swej ziemi przed inwazją obcego Boga. Żywia przyjrzała mu się uważnie. Wojownik wyszedł z walki bez najmniejszego urazu, wyglądał jednak na bardzo znużonego. Twarz miał ściągniętą, pobladłą, oczy podkrążone ciemnawymi workami, wokół ust utworzyły się gorzkie bruzdy. Blizna przecinała wyostrzone rysy siną pręgą. - Andaju, zabierz druha do łaźni - szepnęła do Jadźwinga. - Spraw, by się odprężył i odzyskał wigor.

Łowca skinął głową i szepcząc coś do przyjaciela, zdołał go wyprowadzić. - Namyślcie się jeszcze - zawołał za odchodzącymi niezrażony jarl. - Może zmienicie zdanie! Nie odpowiedzieli, znikając w drzwiach. - Pora teraz, byś opowiedział, co działo się z tobą przez cały ten czas, przyjacielu zwrócił się wiking do grubego kapłana. Ślaz powtórzył opowieść znaną już czarodziejom. - Jak myślisz - zagadnęła cicho kapłanka guślarza - czy dobrze zrozumiałam, że Ślaz chce z nami iść do Wenedy? - I ja tak zrozumiałem - potwierdził szeptem Widun. - Ale w jakim celu? - zastanawiała się. - Co go tam ciągnie? - Spróbuję go później wybadać - oświadczył starzec - kiedy już pozbędziemy się towarzystwa jomsborczyka. Może powinnaś także wypocząć - zasugerował, przypatrując się jej uważnie. - Wyglądasz na zmordowaną. - Nic dziwnego - odrzekła z bladym uśmiechem - po tylu przejściach... Gospodarze zmienili tymczasem temat rozmowy. Dowódca twierdzy zaczął wychwalać wspomnianego już księcia Swena, który całkiem niedawno przepędził z Danii Norwegów „przeklętego” króla Magnusa. Okazało się przy tym, że wspierał duńskiego pretendenta spory oddział jomsborskich wojów. Żywia słuchała ich gadaniny z coraz większym znudzeniem, niezbyt zainteresowana skandynawskimi sprawami, tymi wszystkimi niekończącymi się zwadami i potyczkami złotolub rudobrodych prostaków. Były dla niej jak sagi snute przy ogniu: czasem ciekawe, ale dosyć odległe. Pochlebiała sobie, że na własnych ziemiach tkała subtelniej polityczne przędziwo, manewrując między licznymi wrogami i niepewnymi sojusznikami. Wspólnie z

Miecławem zapewniła Krainie Mazowszan ponad dekadę pokoju i dobrobytu. Skorzystała w końcu z rady guślarza. Wstała i wyszła bez słowa. Zagadani i nieco już podchmieleni mężczyźni zdawali się tego nie zauważać. Gdy weszła na pusty, szemrzący deszczem dziedziniec, odczuła znaczną ulgę. Morski wiatr, szalejący za grubym wałem, docierał tutaj w postaci lekkiej bryzy. Nadstawiła twarz i pozwoliła, by ochłodził jej rozpaloną skroń. Sercem zatargał żal. Właśnie w tej chwili uświadomiła sobie, jak bardzo jest samotna wśród otaczających ją magów i wojowników. Coraz boleśniej odczuwała brak mężczyzny u swego boku. Syn, na którego przeniosła wszystkie uczucia, okazał się wspaniałym władcą i wodzem, prawym potomkiem Liwów i niezłomnym mścicielem. W znacznym stopniu wynagrodził doznane krzywdy i utrapienia, lecz naturalnie nie mógł zastąpić jej męża. Być może Czcibor byłby teraz łysy i ociężały, może by pił za dużo, narzekał na młodych i opowiadał, że dawniej było lepiej. Byłby jednak przy niej, żywy, namiętny, gorący. Niepodobny do zimnego, na poły martwego upiora, jakiego spotkała w Ciemnej Matni. Wzdrygnęła się na wspomnienie lodowatego uścisku... i oprzytomniała. Z pobliskiej łaźni dochodziły szepty i śmiechy młodych mężczyzn. Siedzieli tam podejrzanie długo. Skradając się na palcach, podeszła do półotwartych drzwi. Zebrawszy się na odwagę, zajrzała z ciekawością do dusznej, buchającej parą izby. Mścigniew przysiadł na niskim zydlu z rękami wspartymi o uda i głową odchyloną do tyłu. Oczy miał zamknięte, a oblicze wyrażało absolutną błogość. Andaj klęczał za jego plecami, przysiadłszy na piętach. Skończył rozczesywać kościanym grzebieniem brązowe kudły wojownika i zaplótł je w kucyk. Żywia przyglądała się zafascynowana, nie śmiejąc się poruszyć. W chwili wypoczynku, pogrążeni w tak beztroskiej czynności, obaj wydali się jej piękni i godni miłowania. Tworzyli

nader wdzięczny obraz. Poczuła, jak żar tego miejsca wypełnia falującą pierś, a całe ciało przenika rozkoszna błogość. Jadźwing wyczuł jej obecność i zerknął czujnie. Orientując się, że została odkryta, uśmiechnęła się porozumiewawczo, kładąc palec na ustach. Liczyła, że dziki łowca okaże wrodzoną mądrość, i nie zawiodła się. Odpowiedział podobnym uśmiechem, zawiązał do końca rzemyk na włosach druha i ulotnił się bezszelestnie. Nawet najpiękniejsza przyjaźń musi ustąpić miłości. Mścigniew ze zdziwieniem wyczuł po chwili delikatne, choć silne kobiece dłonie, masujące jego byczy kark. Otworzył oczy i spojrzał przez ramię. Zdumiał się jeszcze bardziej, gdy zobaczył, do kogo należą miękkie i zwinne palce. Pochylił głowę, poddając się jej zabiegom, lecz na jego twarzy próżno byłoby szukać radości. - Nie powinnaś się zbliżać - rzekł w końcu nieufnie - jeśli nie prowadzi cię do mnie głos serca. Zaśmiała się trochę nerwowo. - Nikt nie zna mojego serca... nawet ja sama. Gdybym kochała cię tak, jakbyś tego pragnął, słowa byłyby zbędne. Po prostu wiedziałbyś o tym. Pokręcił głową, ciężko wzdychając. - Nie wiem w tych sprawach niczego - wyznał. - Potrafię tylko wojować. Przytuliła się do niego, obejmując za szyję. - Nawet teraz, w moich objęciach, twój waleczny duch wyrywa się tam, gdzie płynie krew i słychać szczęk stali - zauważyła. - Tyle czasu miałam cię przed oczami i nie dostrzegałam - przyznała się szczerze. - Nie umiałam odróżnić od innych rycerzy. Nie wiedziałam, że jesteś prawym witeziem. Zaśmiał się krótko, gardłowo. Kapłanka potrąciła czułą strunę jego duszy. Nagle

przyszła mu ochota, by zdradzić niedostępnej dotychczas ukochanej wszystko, co obiecywał mu stryj czarodziej, ale jakiś wewnętrzny głos kazał mu się powstrzymać. Po co roztrząsać przyszłość, która jest wielką niewiadomą? Będzie, co ma się stać, skoro tak zdecydują bogowie. - Miło jest być traktowanym jak witeź - powiedział, siląc się na żart - szczególnie kiedy w karczmie leją ci piwo, a gładkie dziewki kleją się do człowieka... Drgnęła niecierpliwie, marszcząc brwi. - Mam już dosyć tej naszej gry. - Chyba twojej? - wtrącił przekornie. - Zgoda, mojej - przytaknęła. - Oplątała nas siecią kłamstewek i wzajemnych uprzedzeń. Teraz rozumiem, dlaczego Miecław tak się upierał, byśmy jechali razem. Dopiero podczas naszej podróży pojęłam, że jesteś bohaterem, gotowym walczyć w obronie tych, których kochasz. Znowu pokręcił głową w rozterce. - Nie potrafię, jak kapłani, medytować nad swoją Dolą i rozdzielać słomki wróżebnej na czworo. Po prostu lubię walczyć. Wiem wtedy, co trzeba robić. Gorzej z miłością... Nie rozumiem kobiet i nie wiem, czego naprawdę chcecie. Westchnęła wzruszona. - Jesteśmy jak Matka Ziemia, Mścigniewie. Chcemy być zdobywane i ujarzmiane, ale też dobrze traktowane i odpowiednio pielęgnowane. Spójrz na mą suknię, mieniącą się wszystkimi jej barwami i odcieniami, a zrozumiesz wszystko. - Droga do twego łoża usiana jest trupami - zauważył, patrząc jej prosto w oczy. Nie było w tym zarzutu, jedynie proste stwierdzenie faktu. Odwzajemniła mu się równie mocnym, sięgającym głęboko spojrzeniem.

- To prawda - przyznała bez wahania. - Wielka Bogini rodzi i pochłania kolejne pokolenia. Miłość do mnie zabiła wielu ludzi. I wielu jeszcze zabije - dodała głucho - lecz nie tego się lękasz. - Skąd wiesz, że czegoś się lękam? - spytał tonem lekkiej urazy. - Kobieta zagląda do serca mężczyzny przez jego oczy - odpowiedziała spokojnie. Widzę, że nie obawiasz się ciążącej nade mną klątwy. Zdajesz sobie jednak sprawę, że wybór, jakiego za chwilę dokonasz, może zaważyć na losach nas obojga. Nie boisz się śmierci, lecz przeznaczenia. Tego, co się stanie, gdy połączą się nasze losy. Do tej pory oboje uważaliśmy, że nasza misja ważniejsza jest od uczuć... a może jednak to one są najważniejsze? Co może na tym świecie być ważniejszego niż miłość? - Nie wiem - przyznał z ciężkim westchnieniem. Zaśmiała się urokliwie i przymrużyła oczy jak polująca kocica. - Sława, władza, potęga... czasem myślę, że to tylko nasze złudzenia, puste znaki, zawodne symbole. Tak niewiele możemy uczynić w obliczu nadciągającej zagłady, więc zróbmy chociaż to: podarujmy sobie odrobinę szczęścia. Nie niebiańskiego, boskiego, ale tego zupełnie zwyczajnego, ziemskiego. Szczęścia kobiety i mężczyzny. Zapomnijmy na chwilę, kim jesteśmy, i zachowajmy się jak zwykli ludzie. Prawda jest taka, że być może wkrótce staniemy się cieniem przeszłości, a nowe słońce wzejdzie tylko dla naszych wrogów. Szkoda czasu na próżne słowa... Od tej chwili rozumieli się już bez słów, bo istotnie stały się zbędne. Gęste korony buków dobrze chroniły przed deszczem, toteż Andaj przysiadł pod jednym z nich, wsparty plecami o pień. Wsłuchany w odległe, cichnące w oddali grzmoty, brzdąkał nieskładnie na lirze. Próbował przypomnieć sobie pieśń miłosną Borany, lecz słowa ulatywały i nie chciały się zgrać z melodią. Zapewne przyczyną tego była wewnętrzna

rozterka. Pukis zbliżył się doń cichutko, ostrożnie stawiając kopytka w rozmiękłej ziemi. Poufale trącił ramię młodzieńca. - Smutny jesteś? - zapytał. - Żałujesz straconej okazji? - Nie dlatego - zaprzeczył chłopak. - Tęsknię za domem. Chciałbym już wrócić do naszego lasu. - I do tych, których kochasz? - wtrącił konik, kiwając ze zrozumieniem kształtnym łebkiem, srebrzącym się w blasku błyskawic. - I którzy mnie kochają - potwierdził. - Niczego ode mnie nie pragną, chcą tylko, żebym był z nimi. Słyszę zew ich tęsknoty w szumie deszczu i śpiewie ptaków. Przypominają, że bór na mnie czeka. A jednak nie wrócę tam szybko - dorzucił, zasępiony. - Nie zostawisz nowych przyjaciół - rzekł domyślnie druh-rumak. - Wypełnisz misję? - Jak przykazał mistrz Kriwe - przypomniał łowca - i jak zdecydował Los. U ich boku będę walczył do końca. - O co? - spytał kucyk, przekornie przekrzywiając łeb. - O to, co wszyscy - odparł młodzik, wzruszając ramionami. - O prawo do bycia wolnym. Szczęśliwym. - Szkoda, że nie mogę iść z tobą do zaklętego miasta - pożalił się Pukis. Andaj czule pogładził srebrną grzywę. - Nie nadajesz się do morskiej podróży... ale nie martw się o mnie. Jak mówią bracia Prusowie: nie utonie to, co ma wisieć. Kucyk zarżał szczerym śmiechem. - I ja tak myślę. Nie taki Los ci pisany. Jeśli kiedyś zawiśniesz, to na ustach kochanków. Widun odszukał w łaźni kobietę i mężczyznę. Czule spleceni, spali oboje smacznie,

jakby zapomnieli o wszystkich niebezpieczeństwach świata, w którym czaiło się wszechobecne zło i hulała nieprzezwyciężona groza. Guślarz trącił lekko czubkiem kostura ramię bratanka, pochrząkując z zakłopotaniem. Mścigniew zbudził się i natychmiast oprzytomniał. W tej samej chwili Żywia, otworzyła szeroko oczy, pełne radosnego zdumienia. - Już czas - wyjaśnił zwięźle guślarz. - Ślaz czeka na brzegu. - Więc jednak idzie z nami? - zdziwiła się kapłanka, wkładając pospiesznie suknię. Widun skinął poważnie głową. - Przekonał mnie, że bez niego nie dostaniemy się do Wenedy. - A czemuż to? - zaprotestowała z niezadowoleniem, otulając się opończą. - Sama zobaczysz. Ślaz oczekiwał ich na linii przyboju. Wystrzępioną szatą kapłana targał wiatr, uderzające o brzeg fale kąpały go po kolana, lecz wcale na to nie zważał. Wypite wcześniej piwo i miód nie wywarły nań specjalnego wpływu, widocznie było tego zbyt mało. Jak przystało na sługę Strzyboga, kapłan miał łeb niczym garniec. Andaj stał przy nim w pełnej gotowości, niewzruszony jak posąg leśnego bożka. - Widzisz Wenedę? - zapytał Ślaz kapłanki. Wytężyła wzrok aż po linię widnokręgu. - Dostrzegam jej mglisty zarys - przyznała. - Spójrzmy więc wszyscy oczami Widzącej - zaproponował. Zaklęcie przeniosło wędrowców do Nawii. Nawałnica ucichła w jednej chwili, choć jej gniewne pomruki brzmiały wciąż w uszach jakby zza grubej ściany. Świątynia Strzyboga obróciła się w stos popiołów, a twierdza na wzgórzu stała się ruiną, smaganą wiatrem, dziko zawodzącym w szczelinach, lecz niewyczuwalnym dla śmiertelników. Wzburzone morze

uspokoiło się, zamieniając w gęstą, czarną magmę, wzdymającą się tu i ówdzie jak gotowana smoła. Na horyzoncie majaczyła samotna wyspa. Poszarpane szczyty budowli zaklętego miasta jarzyły się zwodniczym, zielonkawym światłem. - Jak widzicie - rzekł z powagą otyły kapłan - nie można tam dopłynąć łodzią. Smolista breja wessałaby ją natychmiast. Stalibyśmy się pożywieniem czyhających w głębi potworów, gotowych schrupać drewnianą łupinę razem ze smakowitą zawartością. - Jak więc tam dotrzemy? - chciała wiedzieć kapłanka. - Powędrujemy w obłokach - oznajmił Ślaz. - Tylko my, kapłani Strzyboga, umiemy rozkazywać płanetnikom - dorzucił chełpliwie. - Dlaczego tak ci zależy, by się tam dostać? - dopytywała się dalej nieufnie. Wzruszył obłymi ramionami. - Zawsze było to moim marzeniem. Od dziecka słyszałem o wspaniałych skarbach zatopionego miasta, lecz dotychczas nie miałem dość odwagi, by wybrać się samotnie w tak niebezpieczną podróż. Nie znalazłem także grupy śmiałków, którzy rokowaliby... że wrócą stamtąd żywi - dodał, zniżając głos. - Sądzisz, że my rokujemy? - spytał Widun z cierpkim uśmieszkiem. - Jestem tego pewien - stwierdził bez wahania. - Dowiedliście, jacy jesteście potężni. - Nie poparłeś mego zamysłu podczas narady w Arkonie - wypomniała mu Żywia. Znowu wzruszył ramionami. Rumiane policzki ściemniały, tonące w zwałach tłuszczu oczka uciekły gdzieś w bok. - Bez względu na to, co zamierzacie i czym zakończy się ta wyprawa, zadowolą mnie legendarne bogactwa Wenedy - oznajmił. - Najmniejsza ich cząstka uświetni moją świątynię. Nawet jeśli wraz z uwolnieniem Czarnoboga świat zmieni się nie do poznania, złoto i klejnoty nie powinny stracić wartości.

- Oby tylko na brzegu Jawii nie zamieniły się w piasek i zwykłe muszelki - podchwycił sarkastycznie guślarz - jak to bywa z baśniowymi skarbami. Tłuścioch puścił tę uwagę mimo uszu. Jego nalana, poczciwa twarz przybrała jednak surowy wyraz. - Ostrzegam was - rzekł tonem napomnienia, unosząc mentorsko gruby paluch - że zaklęte miasto jest miejscem obłędu i rozkładu. Wszystko w nim jest skażone Ciemnością. Wodne demony, tak jak ich pobratymcy z Nawii, nie są zainteresowane ratowaniem naszego świata ani innymi podobnymi głupstwami. Nic ich nie obchodzą ludzkie potrzeby. Nasze ciała i dusze są dla nich przede wszystkim pokarmem. Czasem służą potężnym śmiertelnikom albo boskim demiurgom, ale tylko wtedy, gdy zostaną usidlane magiczną uzdą. Jeśli kiedykolwiek się modlą, to tylko do samych siebie. - Całkiem zrozumiałe - przytaknęła kapłanka. - To przecież demony. 15. Niszczyciel Odnowiciel (przedwiośnie 1047) Najdroższy bracie, umiłowany nasz ojcze! Niegodny sługa Boży, biskup krakowski Aron do Wielkiego Mistrza prześwietnej kapituły Gladius Dei. Z radością donoszę, że pożycie Kazimierza Karola z ruską kniaziówną układa się w miarę dobrze, a mali książęta, Bolko i Władko, chowają się całkiem zdrowo. Co innego gryzie serce naszego pana i spędza mu sen z powiek. Przedłużające się oczekiwanie na zbrojne posiłki, przede wszystkim niezwyciężonych paladynów, towarzyszy jego młodości, a także złe wieści z Rzymu sprawiają, że chodzi ostatnio jak struty, zgnębiony i rozdrażniony. Wiem, że marzy mu się odebranie Czechom Kraju Ślężan, nawet orężnie, skoro się nie da inaczej. Wciąż pozostaje również nierozwiązana kwestia mazowieckiego uzurpatora. Dlatego też wezwał mnie w końcu przed swoje oblicze. Byliśmy w wawelskiej komnacie

tylko we trzech, towarzyszył nam, jak zawsze w takich razach, brat Lucjusz. Nieodłączny zazwyczaj Gregor ćwiczył z knechtami na błoniach, księżna przebywała z dziećmi w niewieścich komnatach. - Nadszedł czas próby, wielebny biskupie - zaczął władca bez wstępów. - Pojedziesz do Płocka z misją ostatniej szansy. - Szansy na pojednanie i pokój? - podsunął z nadzieją Aron. Kazimierz skinął głową w zadumie. - Dość mamy kłopotów z Polanią, by jeszcze ich sobie przysparzać. Donoszą mi szpiedzy, że po karczmach plotkują, jakoby Miecław był moim stryjem, potomkiem wielkiego Bolesława, choć z nieprawego łoża. Chociaż Bóg nie pobłogosławił jego związku z Predysławą, jesteśmy, chcąc nie chcąc, szwagrami. Powiesz mu, że nie pragnę wszczynać z nim bratobójczej wojny i palić jego pięknej ziemi. - Co mu obiecać? - zapytał trzeźwo duchowny. Książę spojrzał na niego z uznaniem. - Brat Lucjusz miał rację, proponując ciebie, ojcze, na posła - stwierdził. - Od razu przechodzisz do sedna. Zagwarantujesz mu całkowite bezpieczeństwo, jeśli przybędzie do Krakowa złożyć hołd lenny, wyrzeknie się błędów pogaństwa i wróci na łono Kościoła. Otrzyma wówczas stanowisko wojewody, które przejdzie na jego potomka... - O ile wiem, Miecław jest dumnym człekiem - wyraził wątpliwość biskup - i we wszystkim ulega podszeptom matki, złej czarownicy. Uważa Kraj Mazowszan za swoje dziedziczne księstwo. Co zrobimy, jeśli nie pójdzie na taki układ i będzie uparcie bronił niepodległości? Władca zmarszczył jasną brew. - Utopimy zbuntowaną prowincję - rzekł głucho - w morzu ognia i krwi.

- Przypomnisz mu także - zaskrzeczał z kąta Lucjusz, kryjący się swoim zwyczajem w cieniu - że wszelkie wojenne cierpienia jego ludu i haniebna klęska będą zaledwie chłodną rosą wobec czekających go po śmierci wieczystych mąk piekielnych. - Oczywiście ujmiesz to nieco łagodniej - dodał książę z uśmiechem. - Naturalnie - przytaknął poseł. - Uważaj na siebie, bracie - rzekł Lucjusz, patrząc nań jak na przyszłego męczennika. Jak Daniel idziesz do jaskini lwa. Miejmy nadzieję, że uśpisz dzikie bestie swą pieśnią. - Syrenim śpiewem - mruknął przekornie hierarcha. - Ponieważ nie jestem królem Babilonu - podjął Kazimierz z tym samym krzywym grymasem - dam ci, wielebny biskupie, silną eskortę i orszak stosowny do twej godności. Musisz olśnić i rzucić na kolana mazowiecką barbarię. - Czy nie oczekujecie po mnie zbyt wiele? - rzekł zafrasowany Aron. - Pokładaj ufność w Panu - doradził mu brat zakonny. - Zwyciężymy, ponieważ Bóg jest z nami. Książę zostawił nas po chwili samych, a wówczas Lucjusz przekazał mi jeszcze jedno sekretne zlecenie. Pełen niejasnych obaw i niedobrych przeczuć udałem się następnego dnia w drogę. Nie posiadałem się ze zdumienia, gdy przekroczyliśmy bród na Wiśle. Wyobrażałem sobie tę nieszczęsną, opuszczoną przez Boga krainę na podobieństwo zrujnowanej Polanii. Sądziłem, że ujrzę ziemię jałową, świat pełen smutku i zła. Widziałem tymczasem uroczo zieleniące się równiny, pokrywające się pierwszym kwieciem, gdzie weseli, rozśpiewani pastuszkowie wypasali domowe ptactwo i bydełko, dobrze utrzymane pola, zamożne wioski i zdrowo wyglądających chłopów. Wieśniacy wychodzili o poranku ze swoich chałup bałwochwalczo pozdrowić słońce, radując się powracającą wiosną. Widząc nasz zbrojny i

strojny orszak, przystawali, popatrując z nieufnym podziwem na obcych przybyszy. Niektórzy spoglądali wilkiem, jakby moje szaty pontyfikalne i pastorał budziły mgliste, niezbyt miłe skojarzenia z minionych lat. Na ogół jednak pozdrawiali nas życzliwie, jak zapewne witaliby każdego gościa z dalekich stron. W głębi duszy podejrzewałem, że otaczający mnie dostatek jest sprytną sztuczką uzurpatora, pragnącego omamić posła rzekomym dobrobytem swojego ludu. Zaintrygowany, zagadnąłem mimochodem pierwszego z brzegu, porządnie i czysto odzianego, wąsatego kmiecia. - Jak wam się tutaj żyje, dobrzy ludzie? Chłop poskrobał płową czuprynę, zerkając spode łba na dziwnego podróżnika w cudzoziemskich szatach, wcale dobrze władającego mową Ludu Słowa. - Ano, żyje się. Jak to na przednówku... Ziemia tu urodzajna, nie można narzekać. - Miecław srogo was ciśnie? - wypytywał biskup. Kmieć spojrzał niemal z oburzeniem. - Miecław łaskawy pan. Dał nam wolność, swobodę, nie nęka daninami. Sami dajemy, co możemy, ze szczerego serca, w podzięce za spokój i ochronę. Jemu i naszym bogom. Pozwala każdemu żyć i modlić się, jako chce. - Jesteście ochrzczeni?! - nie wytrzymał Aron. Wieśniak zaśmiał się dziwnie, patrząc na rozmówcę jak na szaleńca. - A gdzież tam... My dobre ludzie, panie. Biskup zacisnął usta, jakby poczuł nagły ból w trzewiach, i uderzył piętami boki wierzchowca. Jadąc dalej, zastanawiałem się nad nieszczęsną dolą tubylców, nie wiedzących, że trwają w ciągłym grzechu i skazują się na wieczne potępienie. Żywiłem dotąd przekonanie, że

potępieńcy nie mogą być weseli ani szczęśliwi. Myliłem się jednak. Jak większość nieoświeconych barbarzyńców, tutejsi egzystowali bezmyślnie, niczym zwierzęta, zaspokajające najbardziej pierwotne, prymitywne instynkty. Stąd ta pozorna beztroska. Błądzili jak dzieci we mgle. Nie zdawali sobie sprawy, że służą siłom Ciemności. Ich przyjemne, sielankowe bytowanie osiągnięto jednak za cenę okrutnego egoizmu. Uświadomiłem to sobie do końca, widząc potężny płocki gród na wyniosłej skarpie. Samozwańczy władca tej krainy stworzył swoim poddanym sztuczny raj. Nie wspomógł jednak w potrzebie sąsiadów, nie ulżył doli Polan, gdy książę Brzetysław mordował i brał do niewoli setki, może tysiące zbuntowanych braci w Słowie. Nie kiwnął nawet palcem, spoglądając obojętnie z drugiego brzegu Wisły na rzeź i pożogę. Wprawdzie przyjął pod swój dach uciekinierów, lecz tylko pod warunkiem, że porzucą prawdziwą wiarę. Owa samolubna, krótkowzroczna postawa miała się teraz zemścić. Wkrótce stanąłem oko w oko z tym wilkiem w ludzkiej skórze i jego straszliwą matką. - Z czym przybywasz, wasza wielebność? - spytał szorstko Miecław, mierząc posła nieprzychylnym spojrzeniem, akcentując sarkastycznie należną tytulaturę. - Z przesłaniem pokoju - odpowiedział Aron. Miałem ich wszystkich przed sobą, całą tutejszą elitę: bezwzględnych wojowników i demonicznych wieszczów. Wszyscy spoglądali wrogo twardymi, okrutnymi źrenicami. Tylko nieszczęsna żona buntownika, kniaziówna Predysława, patrzyła we mnie jak w obraz. Obraz z dawna niewidziany, a upragniony. Wargi jej drżały, oczy lśniły niezwyczajnie. Wyglądała, jakby miała za chwilę wybuchnąć płaczem, wstrzymywała się jednak ze względu na męża i surową teściową. Przyjęto mnie ceremonialnie, z wielkimi honorami, jakby gospodarze chcieli podkreślić, że nieobce są im cywilizowane zwyczaje. Zaproszono na ucztę. Stół był zastawiony obficie,

gdyż chciano olśnić gościa zbytkiem. Uzurpator i jego matka zachęcali do skosztowania smakowicie wyglądających potraw ze świeżo upolowanej dziczyzny, odmówiłem jednak, jako że dzień był postny. Poganie o tym zapomnieli albo specjalnie chcieli mnie upokorzyć. Chociaż ślinka mi ciekła, a żołądek skręcał się z głodu, skubnąłem tylko odrobinę chleba i ryby, wywołując na licznych twarzach drwiące uśmieszki. Wspomniałem niefortunną przygodę w Międzyrzeczu z zaczarowanym jadłem i poczułem podchodzące do gardła mdłości. Nie tknąłem niczego więcej, - Często gadacie o pokoju - odrzekł książę Mazowszan, porozumiawszy się wzrokiem z matką - szykując wojnę. Nie jestem chciwy cudzych ziem i jak dotąd nie naruszałem piastowskiej domeny. Pragnę jedynie, by pozwolono mi władać mym księstwem. A czego pragnie Piastowic? - rzucił kolejne pytanie, znacząco zawieszając głos. - Pragnie zgody - odpowiedział biskup - w imię jedności... - Jakiej znowu jedności?! - obruszył się władca, marszcząc brwi. - Jedności monarchii - sprecyzował Aron. - To przecież piastowska ziemia... Z piersi Miecława dobył się charkot, jak z gardła rozdrażnionej bestii. - To ziemia Liwów! - huknął groźnie. - Z dziada pradziada. Piastowie zabrali ją nam przemocą! - Nasz władca nie zamierza ci jej odbierać, wasza miłość - zapewnił pospiesznie poseł. Na twarzy gospodarza pojawił się cień zaskoczenia. - Nie? A zatem... co proponuje Kazimierz? Wyłuszczyłem jak najbardziej rzeczowo ofertę mojego pana. W miarę, jak to czyniłem, na wielu twarzach widziałem narastające rozbawienie, przemieszane z niedowierzaniem. Twarz satanicznej kapłanki pozostała jednak niewzruszona. Niezmiennie gościły na niej nienawiść i wzgarda.

- Mój syn ma być wojewodą! - prychnęła drwiąco. - Nowy książę jest bardzo łaskawy! Jego ojciec uczynił Miecława kimś więcej - poinformowała z naciskiem. - Jakże to? - wyrwało się posłowi, który nie potrafił ukryć zaskoczenia. Księżna skinęła na czekającego w pobliżu pachołka, ten zaś wręczył biskupowi przygotowany zawczasu pergamin z czerwoną królewską pieczęcią. Przeczuwałem, że owa diablica skrywa coś w zanadrzu. Było dla mnie jasne, że ta niepospolita kobieta, piękna i straszna jak Aurora Borealis, trzyma tutaj rząd dusz i pociąga za wszystkie sznurki. Przebiegłem oczyma dokument. Zdawał się sporządzony prawidłowo, wedle najlepszych zasad dworskiej kancelarii. Król Mieszko mianował w nim swego dworzanina władcą Kraju Mazowszan, aczkolwiek słowo „dux” można było rozumieć dwojako, zarówno w sensie „namiestnik”, jak i „książę udzielny”. Podpis nie wyglądał na podrobiony. Ostatni akt woli nieszczęśliwego władcy mógłby sprawić sporo kłopotów prawnikom ze względu na swą niebezpieczną treść. Każdą nominację można jednak odwołać, a zwłaszcza może to uczynić nowy monarcha. - Ponoć świętej pamięci Mieszko pod koniec życia nie był przy zdrowych zmysłach zamruczał w końcu wstrząśnięty Aron - a okoliczności jego tragicznej śmierci były wielce niejasne... - Nazywasz nas mordercami?! - przerwała ostro Żywia, świdrując go przenikliwie zimnymi szmaragdami swych oczu. Pytanie zawisło na chwilę w powietrzu jak błyskawica. Miałem na końcu języka ciętą odpowiedź: Nazywam was okrutnymi ludźmi, słuchającymi podszeptów złych duchów. Z ich poduszczenia porzuciliście prawdziwą wiarę, wracając do bałwochwalstwa. Wyrządziliście wiele złego Piastom, sprowadziliście

nieszczęście na ich krainy i popełniliście potworne zbrodnie, wszystko w służbie aniołom Ciemności. Wasze okrutne rozkosze znajdą okrutny koniec. Nie wyrzekłem tego jednak głośno, zdając sobie sprawę, że nie byłaby to dyplomatyczna riposta. Barbarzyńcy mogliby nie uszanować godności posła. - Tego nie powiedziałem - odparł zmieszany biskup. - I dobrze - syknęła księżna matka. - Wypowiedziane podejrzenie działa często jak prawda. Domyślam się, że twój pan życzy sobie także, byśmy wpuścili tu znów obcych czerńców? - zmieniła szybko temat, nie porzucając kpiącego tonu. Aron spojrzał na nią z wyrzutem. - Chyba nie zabronicie pobożnym zakonnikom nieść waszemu ludowi światło prawdziwej wiary... - Zabronimy - uciął stanowczo Miecław - bo w ślad za nimi zjawią się wasi rycerze z krzyżem na piersi i mieczem w dłoni, z ogniem i rzezią w sercach. Doszły nas słuchy, jak poczynaliście sobie w Poznaniu. - Trzeba było pokarać - wyjaśnił ze smutkiem Aron - złych wieszczków, składających ludzkie ofiary. Parali się czarną magią... - Ludzkie ofiary? - podchwyciła bystro kapłanka. - A co innego czynicie, paląc na stosach wiedźmy i heretyków, ku chwale waszego Boga?! A wasze modły? Czy nie są zaklęciami? - Święty Kościół Powszechny niesie wszystkim zbawienie - odparował duchowny. Uwolnienie z mocy szatana! - Zwłaszcza w ciemnicy i w izbie tortur - zauważyła cynicznie. - Dajemy ludziom przykład godziwego żywota - podjął z uporem biskup. - Nie wszyscy jednak pojmują sens naszej nauki.

- Szczególnie wasi arcykapłani - wtrącił zgryźliwie Miecław. - Podobno macie teraz aż trzech papieży. Wyznaję, że przez długą chwilę nie potrafiłem zdobyć się na odpowiedź. Nie miałem pojęcia, jakim sposobem uzurpator dowiedział się o kłopotach, nękających w ostatnich latach Stolicę Piotrową, skoro do nas samych ponure wieści dotarły parę miesięcy temu. Rzymianie, podburzeni przez wpływowy ród Krescencjuszy, zrzucili z tronu i wygnali niesławnego Benedykta IX, ofiarowując tiarę temu, kto więcej zapłaci. Najbardziej hojny okazał się ich protegowany, który zasiadł na papieskim stolcu jako Sylwester III. Benedykt powrócił jednak z wojskiem i ponownie został papieżem. Stracił wszelako ducha, odsprzedał bowiem urząd swemu kuzynowi, Janowi Gracjanowi, za tysiąc pięćset liwrów. W taki oto sposób (o, zgrozo!, o, wstydzie!) Kościół zyskał nowego arcypasterza pod imieniem Grzegorza VI. Zdawało się, że nie ma końca spadającym na nas nieszczęściom i upokorzeniom. Wybacz, najdroższy bracie, że powtarzam tu rzeczy doskonale Ci znane, lecz nigdy nie dość rozpamiętywać naszych grzechów przed obliczem Pana. Nigdy nie dość pokuty i gorzkich żalów. Widziałem do tej pory w Miecławie barbarzyńskiego wodza, liczącego na swój spryt, siłę i okrucieństwo, a okazało się, że mam do czynienia z przebiegłym politykiem, spoglądającym bystro poza mazowieckie opłotki. Czułem, że moja misja przybiera coraz gorszy obrót. - Kościół Święty jest niczym wielka rodzina - odpowiedział w końcu hierarcha - i jak w każdej rodzinie, zdarzają się konflikty. Dlatego duchowni ubłagali pobożnego króla Henryka, by położył kres... - Waszej hańbie? - wtrącił oschle Miecław. - Typowe. Czego nie umiecie naprawić słowem, załatwiacie mieczem. W każdym razie to dobra wieść - podjął po chwili namysłu. Władca Niemców wojuje w Italii i na razie wam nie pomoże - dodał, szczerząc się wilczo.

- Osłaniacie się cienką opończą - odrzekł znacząco Aron - lecz groźna nawałnica może przyjść szybciej, niż przypuszczacie. - Grozisz nam, klecho? - sarknęła gniewnie Żywia. - Książę Kazimierz Karol - oznajmił biskup z godnością - dał wam ostatnią możliwość honorowego wycofania się z bezprawnych roszczeń. Skoro ją odtrącacie... - Niech tu przyjdzie i walczy! - przerwał brutalnie przyboczny księcia, potężnie zbudowany wojownik, okryty niedźwiedzią szubą. - Godnie go przywitamy! - dodał chełpliwie, potrząsając ogromną pięścią. Wydał mi się dziwnie podobny do przybocznego naszego księcia, paladyna Gregora, nie z zachowania naturalnie, tylko z urody. Takie same brązowe pukle, trochę skośne oczy, wydatne skuły na policzkach... Wyglądał jak jego starszy brat. Musiało to być jednak złudzenie, wywołane zmęczeniem, zdenerwowaniem i migotliwym połyskiem pochodni. Dusiłem się w zatłoczonej hali, pełnej naszych zajadłych wrogów. - Owszem, niech do nas przyjdzie - poparł go wąsaty kapłan w purpurowej szacie, wyszywanej w srebrne smugi błyskawic. - Na młot i ogień! Najwyższa pora użyźnić glebę krwią krystowierców! - Matka Ziemia lubi ją pić - dodała Żywia. - Będziemy mieć lepsze zbiory. Okrągłe lico biskupa pobladło z przerażenia. Odruchowo potarł koniuszek długiego, garbatego nosa. - Oto głos opętanych - szepnął. - Rzecz jasna - odparł szyderczo Miecław - przemawiają przez nas demony. Czekając na twego pana, naostrzymy rogi i przygotujemy kły. Nie mówiąc o toporach i mieczach! - Sława! - krzyknęli woje, wznosząc kielichy w zaciśniętych prawicach. - Nie mam nic do dodania - oświadczył duchowny urażonym tonem, pojmując, że kpią

z niego w żywe oczy. - Moja misja skończona. - I ja tak sądzę - stwierdził władca Mazowszan, kiwając łaskawie głową. - Nie zatrzymuję dłużej waszej wielebności. Aron wstał i bez słowa oddalił się spiesznie ku wyjściu. Już na progu dopadła go roztrzęsiona Predysława. Uklękła i ucałowała biskupi pierścień, nie bacząc, że jej mąż marszczy się gniewnie, a świekra piorunuje spojrzeniem. Kniaziówna zdawała się być nieco pijana, stąd przypływ odwagi. - Ojcze, wybacz mi, bo zgrzeszyłam - wybełkotała łamiącym się głosem. Zawahał się, lecz pobłogosławił jej kornie schyloną głowę. - Ego te absolvo - powiedział. - Nie lękaj się, córko. Miej wiarę... I wybiegł, jakby uciekał z domu zarazy. Nie chciałem przebywać ani chwili dłużej wśród tych strasznych ludzi o lwich sercach i smoczych duszach. Nad nocleg w zbójeckim zamczysku przedkładałem najnędzniejszą gospodę albo nawet wiązkę siana w jakiejś stodole, byle pośród chrześcijan z tamtej strony Wisły. Stojąc na dziedzińcu i czekając, aż moi knechci przygotują wszystko do drogi, zerkałem z ukosa na niezwyczajnych rozmiarów kuźnię, gdzie, jak słyszałem, kłaniano się bałwanom i odprawiano wstrętne, krwawe obrzędy. Opodal znajdowała się chrześcijańska świątynia. Przykro było patrzeć na zawarte głucho drzwi i zabite deskami okna. Z dachu usunięto krzyż. Uzurpator podobno zrobił z kaplicy lamus, naigrawając się z bezsilności Jezusa. Oba budynki było gęsto obstawione strażami i z pewnością nie pozwolono by mi tam wejść, jako obcemu „czerńcowi”, jak nas tutaj zwano. Zaglądając niecierpliwie do stajni, nagle spostrzegłem, że od strony kuźni przemykał ku mnie jakiś szary, niepozorny człeczyna. Podejrzewałem, że jest to osobnik, o którym mówił brat Lucjusz. Gdy się zbliżył, stąpając dziwnie sztywno, jak ożywiony strach na wróble, byłem niemal pewien, że rozpoznaję jego

niezbyt powabne, szczurze oblicze, które widziałem przelotnie parę lat temu, gdy wleczono go przez dziedziniec wawelski do Wieży Złodziejskiej. Aby się upewnić, musiałem posłużyć się umówionym hasłem. - Gorąco dzisiaj w kuźni? - zagadnął Aron niby od niechcenia. - Praca wre, czy idzie jak z kamienia? Świątynny sługa przygarbił się jeszcze mocniej, obserwując biskupa bystrymi oczkami spod gęstych, zrośniętych brwi. - Żelazo jest bratem kamienia - odparł powoli - a stal jego synem. Wówczas biskup szepnął słowo, które przekazał mu brat Lucjusz: - Confidere. Człowieczek błysnął oczami i wyprostował się, jakby ktoś zdjął mu z ramion przytłaczający go dotąd ciężar. Skinął głową i oddalił się prędko do świątyni swym dziwnym, kukłowatym chodem. Wtedy z cienia w załomie zamkowych wałów wyłonił się ktoś inny. Cały czas musiał stamtąd obserwować obu mężczyzn. Bez słowa przepuścił sługę, który go nie zauważył, po czym ruszył w stronę dostojnego gościa, lekko i zwinnie jak zjawa, chociaż dźwigał na grzbiecie wiele dziesiątków lat. Wydał się Aronowi uosobieniem jego wyobrażeń o pogańskich magach: kostyczny, siwobrody, odziany w ziemistą, wypłowiałą szatę i obwieszony ohydnymi amuletami w kształcie ludzkich czaszek oraz innych symboli, nieznanych porządnym chrześcijanom, lecz z pewnością emanujących złą, nieśmiertelną energią. - Czego chciał od was sługa? - zapytał, wpijając się w posła takim spojrzeniem, że ten wzdrygnął się mimowolnie od stóp do głów. - Pytał, czy mi czego nie trzeba - odparł Aron, starając się zachować zimną krew i

powściągnąć drżenie głosu. - Co za troskliwość - syknął zjadliwie guślarz. - Dostanie baty, gdyż zakazano mu rozmawiać z obcymi. Podprowadzono konie. Biskup odetchnął z ulgą, wdrapując się na rumaka, podsadzany przez tęgiego pachołka. Gdy umościł się w siodle, spojrzał z góry na wrogiego kultystę. Poczuł nad nim przewagę i przestał się lękać wszelkich nieczystych guseł. Na wszelki wypadek uczynił jednak znak krzyża podanym mu pastorałem, jakby chciał rozproszyć skażone powietrze. Starzec zrobił ochronny znak rogów, odwrócił się plecami i odszedł, mamrocząc pod nosem jakieś pogańskie klątwy. Nie myślałem o tym, że słowo „ufam”, przekazane skrytobójcy, mogło oznaczać dla kogoś wyrok śmierci. Zjeżdżając ze Wzgórza Tumskiego ku Wiśle, spojrzałem innym okiem na roztaczający się przede mną krajobraz. Słońce chyliło się ku zachodowi, niebo zaciągnęło się ciężkimi, czarnymi chmurami i po chwili spadła gwałtowna, zimna ulewa. Ludzie zniknęli z pól i łąk, a ich nędzne chatynki kuliły się pod strugami deszczu jak zmokłe kury. Obejrzałem się na zamek. Budowla pociemniała i wyglądała jak gigantyczny grobowiec... „bezładnych urojeń, chybionych ambicji, zawiedzionych nadziei, obłędnej pychy”, jak to trafnie ujął nasz książę, spoglądając na płonący Ostrów Lednicki. Mieszkańcy tej krainy zaprzedali się demonom w zamian za dziesięć lat złudnej, prostackiej idylli. Fałszywi bogowie zaprowadzili ich na skraj przepaści i zmusili, by zginęli razem ze starym światem. Czy był zatem sens przywracać ich do życia? Wyrok już zapadł. Mogłem się tylko modlić za zagubione dusze biednych, oszukanych śmiertelników. Kiedy opowiedziałem naszemu władcy o mym nieudanym poselstwie... Przerywam pisemną relację, bo właśnie nadszedł brat Lucjusz... i przyniósł niebywałe

nowiny! Jakże szczęśliwe! W Rzymie nastąpił przewrót jak od orkanu. Benedykt skazany na wygnanie, Sylwester odprawiony do dawnego biskupstwa, Grzegorz zesłany do Kolonii. Ponieważ walki się zakończyły, król Henryk postanowił odesłać piastowskiemu kuzynowi jego paladynów. Są już w drodze do Krakowa. Kazimierz Karol doprowadzi do końca wielkie dzieło, stając się prawdziwym Niszczycielem Zła i Odnowicielem Księstwa Polanii. Zaiste, słusznie rzekł brat Lucjusz: Bóg jest z nami i spuści miecz pomsty na wszystkich wyznawców Lucyfera! Najważniejszą i najwspanialszą wieścią jest jednak ta, że Ty, nasz umiłowany bracie i ojcze, zasiadłeś na stolcu papieskim jako Klemens II i zwieńczyłeś skroń pobożnego monarchy cesarskim diademem! O, radości niepojęta! O, cudzie! Całuję stopy Waszej Świątobliwości, Jego modłom polecając najlichszego ze sług. 16. Otchłań Wenedy (wiosna-lato 1047) Ślaz sprawił, że płanetnicy wznieśli dla podróżników Obłoczny Most, który stworzyli, miętosząc kłęby wiecznie lepiącej się do nich mgły w potężnych, nienaturalnie długich łapskach o palcach złączonych błoną. Grupa śmiałków wstąpiła na napowietrzny łuk, ze zdumieniem stwierdzając, że chmury pod stopami były twarde jak głazy. Demoniczni budowniczy towarzyszyli im cały czas w tej niebezpiecznej wędrówce. Co chwila wynurzały się zza mglistych oparów ich wielkie, szpiczaste głowy, ozdobione żubrzymi rogami i zawsze wilgotnymi, zielonkawymi brodami. Głęboko zapadnięte oczy kontrolowały każdy krok śmiertelników. Demony porozumiewały się między sobą dudniącymi głosami, dochodzącymi jakby z wysoka, a zarazem z głębi studni. Nie można ich było zrozumieć, gdyż posługiwały się własną mową. Poszukiwacze dotarli w końcu do przeklętej wyspy, lądując na mokrym przybrzeżnym piachu. Wówczas powietrzne istoty zniknęły, a ich dzieło rozwiało się w mgnieniu oka. Odtąd

nieproszeni przybysze byli zdani na własne siły. Znaleźli się w pobliżu zrujnowanego, opustoszałego portu, osnutego niezdrowym, sinym oparem, w którym nieliczne latarnie połyskiwały blado niczym nagrobne kwiaty. Wzdłuż kei piętrzył się las połamanych masztów ze zwisającymi smętnie strzępami poszarpanych żagli. Wysterczały z pokładów cumujących tam wraków, zbutwiałych, a po części także spalonych. Wszędzie panowała upiorna cisza. Nigdzie żywej duszy ani nawet błędnego ognika czy śpiewu syreny. Po drewnianych pomostach przemykały tylko chwilami stadka dziwnych istot wielkości dużego psa, na poły szczurzych, na poły gadzich kształtów, wydające przenikliwe, niemiłe syknięcia i popiskujące złowieszczo. Nasi bohaterowie nie mieli ochoty stykać się bliżej z tymi paskudnymi stworami, zrezygnowali więc ze zwiedzania doków, tym bardziej, że wiodąca do miasta ogromna, zdobiona bursztynem brama wciąż była zamknięta, podobnie jak jedenaście pozostałych. Nie było sensu zapuszczać się w niebezpieczne portowe rewiry, lepiej było oszczędzić siły na to, co czekało za monstrualnymi, szczerbatymi murami, pokrytymi długimi wąsami wodorostów i czapami glonów. Przycupnęli na piasku, drżąc z zimna i wilgoci. Andaj i Mścigniew uzbierali walające się na plaży drewienka i patyki, po czym sługa Świetlistego rozpalił magicznie niewielki ogienek. Licho się tlił, buchając kłębami gryzącego, czarnego dymu, lecz dawał odrobinę ciepła i poczucia bezpieczeństwa. Gruby kapłan Strzyboga postanowił skrócić męczące chwile oczekiwania niecierpliwie wiercącym się młodym wojownikom, zajmując ich uwagę historią wielkości i upadku Wenedy. Słuchali go z ciekawością. - Historia zaklętego miasta - zaczął ze swadą - rozpoczyna się na świetlistych wyżynach, kończy zaś na dnie ciemnych otchłani. Wenedowie byli ukochanymi dziećmi Białoboga, stworzonymi na początku dziejów. Przewyższali inne ludy wzrostem i urodą, a ich

oczy lśniły jak gwiazdy nadludzką mądrością. Mokosza dała kobietom zniewalającą piękność i miłe usposobienie. Jarowit natchnął żeglarzy i wojowników męstwem i szlachetnością. Swarożyc nauczył miejscowych rzemieślników wykuwania użytecznych narzędzi, oręża i naczyń, a Weles pokazał im, jak tworzyć z nich dzieła sztuki. Strzybóg zsyłał zawsze pomyślne wiatry podczas handlowych rejsów. Wyroby Wenedów słynęły w całym świecie i wszędzie chętnie je kupowano. Do dziś można znaleźć w niektórych skarbcach miecze lub wazy emanujące niezrównanym pięknem, połączonym z naturalnością i prostotą kształtów. Nawet zachowany fragment przedmiotu tchnie zawsze czymś wyjątkowym i niepowtarzalnym, nieosiągalnym dla dzisiejszych kowali ani złotników. Wzrastające ze stulecia na stulecie bogactwo wyspy okazało się jednak zbyt ciężką próbą dla jej śmiertelnych mieszkańców. Do ich powolnej degeneracji przyczynił się również Czarnobóg, którego Perun uwięził w niedostępnych podziemiach. Kolejni królowie Wenedy dzierżyli klucz do podmorskiej otchłani, strzegąc tajemnicy przejścia. Pan Błyskawic nie wziął jednak pod uwagę słabości ludzkich charakterów i przebiegłości Mrocznego Brata. Władca Ciemności, choć pokonany i spętany, nie stracił wszystkich mocy. Kontaktował się ze światem na powierzchni poprzez swoich synów, Chorsa i Welesa. Z jego rozkazu wypuścili swe hordy na wyspę Bugaj, plugawiąc powoli, lecz skutecznie dzieło Jasnych Bogów. Zmory, przyduszając uśpionych armatorów, zsyłały im niespokojne sny, pełne złota i przemocy. Spijające krew upiory zatruwały dusze morskich kupców i wojowników, nasycając je chciwością i żądzą władzy. Wypełzające na brzeg wodne panny wabiły żeglarzy kuszącą pieśnią o grabieżach i podbojach. Z natchnienia Pana Zagadek miejscy skaldowie wyśpiewywali chwałę najazdów na słabsze kraje. Czarnobóg zdołał także opanować umysły kolejnych władców przewrotnymi podszeptami i kłamliwymi radami, a czynił to tak sprytnie, że wydawało się, iż wysnuli je z własnych rozważań. Przekonywał, że należy oddawać cześć

pradawnej Ciemności, z której przecież wyłoniły się u zarania świata Jawia, Nawia i Prawia. Sprawił, że świątynie Jasnych Bogów z czasem opustoszały i popadły w zapomnienie, a królowie ze swoim ludem zaczęli hołdować mocom Chaosu i Śmierci. Imię Wenedów zaczęło wzbudzać wszędzie lęk i grozę. Budowane w obcych portach faktorie handlowe zamieniły się w srogie twierdze, które rzucały postrach na okolicznych mieszkańców, wymuszając od nich ogromne haracze i stałą dostawę niewolników, poświęcanych na ofiarę dla Czarnoboga. Sporo jeńców dostarczały także korsarskie najazdy. Na Bałtyku handel ustał niemal zupełnie, kupcy z innych krajów bali się bowiem zapuszczać na niebezpieczne szlaki, drżąc przed potęgą wojowniczych wyspiarzy. Mroczny Brat nauczył wenedzkich magów, jak sprowadzać obce statki na mielizny lub zsyłać na nie chmury, plujące gradem żelaznych gadzin, przeżerających pokłady i burty. Rozbitków łupiono do gołej skóry i palono na ołtarzach. Pragnąc pozyskać łaskę Ciemności, mieszkańcy Wenedy wrzucali w ogień swe pierworodne dzieci. Miała to być cena za uzyskanie nieśmiertelnej potęgi. Zmienił się także styl życia i charakter upodobań. Umiłowanie piękna i prostoty zastąpione zostało wybujałym, przeładowanym zdobnictwem, kapiącym od ostentacyjnego bogactwa. Wdzięczne pieśni i widowiska przemieniły się w wulgarne cyrki, pełne ordynarnych błazeństw i krwawych walk zniewolonych zapaśników. Uczciwe i surowe niegdyś zwyczaje toczyło zepsucie, kwitła wszędzie niepohamowana rozwiązłość i chęć używania rozkoszy za wszelką cenę. Panowały sprzedajność, egoizm i korupcja. Wspaniała kraina spaczyła się, skażona tchnieniem Ciemności, i zamieniła we własną karykaturę. Błogosławiona wyspa stała się miejscem przeklętym. W okolicznych krajach wymawiano jej nazwę wyłącznie z odrazą i przerażeniem. Wreszcie przebrała się miarka nieprawości Wenedów i nadszedł dzień zagłady. Niebo nad wyspą pociemniało i lunęło deszczem błyskawic, druzgoczących zbytkowne pałace,

ogromne posągi i kolumnady. Ziemia zatrzęsła się w posadach i popękała, wypluwając płynny ogień i trujące dymy. Z lic pięknych dam spłynęła barwiczka, zabrzęczały na kamieniach ulic ciężkie pierścienie i bransolety. Spłonęły i zetlały kosztowne tkaniny, rozpadły się wieże z kości słoniowej, ozdobione perłami i diamentami. Pobladłe twarze zwracały się ku zagniewanym niebiosom, zsyłającym śmierć na występnych mieszkańców. Wreszcie zalały wyspę niebosiężne fale, podobne ruchomym skałom uwieńczonym czapami śnieżnej piany. Nie było przed nimi ucieczki. Rozszalałe morze pochłonęło wyspę ze wszystkimi jej nagromadzonymi od wieków skarbami i wspaniałościami. Odtąd stała się tylko podwodnym cieniem, morską legendą, powtarzaną ku przestrodze tym śmiertelnikom, którzy zapragnęli dorównać bogom. Para czarodziejów nie wsłuchiwała się w opowieść Ślaza, gdyż oboje dobrze ją znali. Zaczęli więc tymczasem toczyć na boku cichą, niemal intymną rozmowę. - Masz mi za złe, że uwiodłam twego bratanka? - zapytała Żywia, obserwując uważnie guślarza spod lekko zmrużonych powiek. - Wręcz przeciwnie - odparł z chytrym uśmieszkiem. - Jestem zadowolony, że przynajmniej ten wątek naszej przygody znalazł szczęśliwe rozwiązanie. Mścigniew od dawna cię pragnął... Zamierzasz go poślubić? Zachichotała. - Cieszymy się wprawdzie większą swobodą niż inne otumanione ludy, ale nawet u nas niezbyt dobrze byłby widziany związek starszej kobiety z mężczyzną w wieku jej syna. - Jesteś Wybranką - zauważył znacząco. - Możesz drwić z przesądów. Jesteśmy z rodu Pałuków, nie gorsi od Liwów. - Nie przeczę - odpowiedziała szczerze - chociaż rola swata niezbyt do ciebie pasuje, Widunie. Myślę jednak, że będzie lepiej, jeśli wszystko pozostanie jak dotychczas. Ja i

Mścigniew jesteśmy zbyt wolnymi duchami, by wiązać się dozgonną przysięgą. - Wystarczą więzy miłości - przyznał nadspodziewanie gładko. - Nie masz nic przeciwko? - upewniła się jeszcze. - Tylko chrześcijanie nienawidzą wolnej miłości - zauważył, rozkładając ręce. Nazywają ją grzechem i ohydą. - Nasi bogowie są bardziej wyrozumiali - przytaknęła uśmiechnięta. - Gdy zwyciężymy... - zaczął. - Jeśli zwyciężymy - poprawiła go. - Jeśli zwyciężymy - powtórzył zgodnie - świat się odmieni na tyle, że wszelkie ludzkie zamiary stracą znaczenie. Staniecie obok siebie wielcy i potężni, nowi władcy na Jawii... bóg i bogini - rzekł, porwany wieszczym natchnieniem. Zaraz zreflektował się, widząc, że kapłanka unosi ze zdumieniem brwi. - Jesteś mi winna swoją opowieść - przypomniał pospiesznie. - O czym? - droczyła się, zerkając z ukosa. - O tym, co robiłaś w Ciemnej Matni - oznajmił twardo. Wiedziała, że tym razem stary guślarz nie da się łatwo zbyć. Głęboko westchnęła. - Spotkałam tam kogoś, kogo bardzo kochałam - wyznała głucho. - Nie... to nie możesz być ty! - szeptała, z trudem wydobywając słowa z zaciśniętego gardła. Zwabił ją znajomym głosem i ulubioną pieśnią. Nie mogła jednak uwierzyć, że po śmierci stał się tym odpychającym straszydłem. - Zaufaj mi - odpowiedział błagalnie Nostrzyk. - Nie chcę cię skrzywdzić. Zamknij oczy, a przekonasz się, kim naprawdę jestem. Miała ochotę uciekać lub otoczyć się ochronnym czarem. Miotały nią strach i

niepewność, a zarazem zrodziło się w jej duszy pragnienie poznania prawdy. - Zamknij oczy - nalegał upiór - i wsłuchaj się w głos twego serca. Spełniła jego żądanie, dziwiąc się samej sobie. Gdzie się podziały: dumna księżna i niedostępna kapłanka? Zniknęły, ustępując miejsca zagubionej, spragnionej miłości dziewczynie. - Co teraz będziemy robić? - usłyszała w myślach swój głosik sprzed lat. - Poszukamy kwiatu paproci? Objęły ją lodowate, jakby kute ze stali ramiona i usłyszała tuż przy uchu szept strzygonia: - Ty jesteś moim kwiatem. Ciebie właśnie znalazłem. - Jesteś ogniem, ja wodą - odpowiedziała odruchowo. - Ugaszę twój żar. Przez jedno uderzenie serca poczuła na swych rozpalonych wargach dotyk zimnych ust, lekki i zwiewny, niczym grobowe tchnienie. Potem szybkie ukąszenie na ramieniu. Zadrżała na całym ciele, ale się nie broniła. Drobny ból był niewielką ceną za przywołanie cienia przeszłości. - A teraz spójrz na mnie - rzekł po chwili nocny łowca - jak patrzyłaś przed laty. Poszła za jego radą. Serce zabiło żywiej, gdy ujrzała odmianę. Stał przed nią Czcibor, taki, jakim go zapamiętała i widywała w niespokojnych snach. Za którym nigdy nie przestała tęsknić. Ta sama płowa czupryna, te same zielonkawe oczy i gładka twarz młodzika z dołkiem w brodzie, jakby rzeźbiona w starym srebrze. Szeroka, twarda pierś, porosła miękkim, złotawym runem. Szpeciła go tylko krwawa bruzda przecinająca wszerz gardło. Był przy tym bardzo blady i smutny jak zimowy księżyc. - To naprawdę ty - stwierdziła rzecz oczywistą, ganiąc się w duchu za głupotę. Dlaczego wcześniej się nie zjawiłeś? - zapytała z bolesnym wyrzutem, czując zbierające się w

kącikach oczu grube i ciężkie krople łez. - Wierz mi, wiele razy tego pragnąłem, lecz wzbraniał mi tego mój nowy bóg wyjaśnił. - Uważał, że nie powinniśmy przedwcześnie rozdrapywać starych ran... - Twój nowy bóg? - wpadła mu w słowo. - Chors? Skinął twierdząco głową. - Władca Nocy odnalazł trupa samobójcy. Zaopiekował się mną, nauczył wszystkiego i dał mi to nowe życie, czymkolwiek ono jest. Dzięki niemu, okryty płaszczem cieni, mogłem czuwać nad tobą i wspomagać dzieło twej zemsty. Zalaną łzami twarz rozjaśniło nagłe zrozumienie. - Więc wilkołak, który ukąsił starego Bolesława... - Należał do naszej sfory - potwierdził. - Nękałem później tyrana na łożu śmierci, wysysając z niego ostatek sił i zsyłając nocne zmory. Sprowadziliśmy także szaleństwo i złą Dolę na jego trzech synów. Próbowaliśmy zgładzić białowłosego wnuka na Ostrowie Lednickim, lecz ochroniła go nieznana moc... silniejsza od naszej. - Słyszałam o tym - wyznała. - Czy teraz będziesz już zawsze przy mnie? - chciała koniecznie wiedzieć. Pokręcił ze smutkiem głową. - Na jakiś czas będziemy musieli się rozstać. Bóg Śmierci sądzi, że stałaś się wystarczająco silna, by sama wypełnić misję. Nie mogę cię więcej wspierać, lecz będę ochraniał, kiedy tylko to będzie możliwe. Dam ci mocne zaklęcia. Pochylił się do jej ucha i wyszeptał parę zbawiennych rad. Słuchała, zapisując każde słowo w pamięci. - A kiedy nadejdzie twój czas - dokończył znowu głośno, cofając się o krok - przybędę po ciebie i poprowadzę Drogą Krwawego Miesiąca na dwór mego pana - obiecał. - Odtąd

zawsze będziemy razem. Całą wieczność. Zastrzygł nagle niespokojnie błyskawicznie rosnącym, szpiczasto wydłużającym się uchem. - Duch Nawii mnie wzywa - oznajmił. - Do Zaklętego Boru wtargnęli słudzy naszego wspólnego wroga. Muszę sprawdzić, co knują. Wracaj teraz do swoich przyjaciół, Dziewanno - rzekł, akcentując szczególnie jej dziewczęce miano - zdaje się, że wpadli w tarapaty. - Żegnaj - wyszeptała zdławionym głosem. - Tylko do zobaczenia - zaznaczył, błysnąwszy kłami. Otoczył się wirującym cieniem i zamienił na powrót w skrzydlatego krwiopijcę. Patrzyła jakiś czas w miejsce, gdzie zniknął w mroku. Potem otarła łzy, czując się napełniona nową mocą, jaką zawsze daje nadzieja. Zawróciła i pewnym krokiem przeszła na widną stronę Boru. Hej, rozgrzejesz ciało moje, Bo mnie zimno żre, Hej, całować usta twoje, Krew na ustach wre... Zza potężnych murów Wenedy dobiegła wędrowców wabiąca pieśń wodnika. Otrząsnęli się z opowieści minionych lat i rozejrzeli półprzytomnie, jak zbudzeni ze snu. - Miasto nie jest wymarłe - skonstatował Ślaz, wstając od ognia. - Bramy są jednak nadal zawarte, chociaż minęła północ. Miał minę dużego, tłustego dzieciaka, któremu nie dano obiecanej zabawki. - Może by zadąć w róg? Zakołatać? - zaproponował Mścigniew. - Albo otworzyć toporem? - Mogę posłać na drugą stronę muru płonącą strzałę na znak, że czekamy - zaoferował

Andaj. - Nie radzę - syknął Widun. - Mieszkańcy Wenedy od dawna przestali być ludźmi i mogą nie zadziałać na nich zwykłe sposoby. Nie widać wprawdzie nigdzie strażników, lecz niewłaściwe zachowanie mogłoby mieć dla nas tragiczne skutki. Zapewne niechętnie witają w tym upadłym świecie śmiertelników, którzy przypominają im dawny żywot. - Chyba że są złaknieni świeżego mięsa - wtrącił znacząco Ślaz. - Trzeba znać hasło otwierające bramę - wtrąciła Żywia, wstając. - Nic o tym nie słyszałem - wyznał stropiony sługa Strzyboga. - Widocznie byłeś źle poinformowany - zauważyła z przekąsem. Zrobiła parę kroków w stronę najbliższej bramy i stanęła na niewielkim piaszczystym wzgórku. Uniosła obie dłonie nad głową i wykrzyczała zaklęcie. Dłuższą chwilę nic się nie działo i Ślaz zamierzał już odgryźć się kapłance, gdy nagle pokryta bursztynami miedziana płaszczyzna drgnęła i otwarła się z upiornym jękiem i przeraźliwym zgrzytaniem, jakby kościany smok rozwarł ogromną paszczę po wiekach snu, zmuszony potężnymi gusłami. Żywia spojrzała przez ramię na przyjaciół. Na jej wargach igrał triumfalny uśmiech, chociaż w oczach wciąż czaił się niepokój, dotyczący tego, co może ich spotkać za chwilę. Podeszli do niej, zmieszani i zaskoczeni. - Co tam wywrzaskiwałaś? - koniecznie chciał się dowiedzieć skonsternowany grubas. - „Gdy bóg mnie przeklnie, ja przeklinam boga” - wyjaśniła niedbale. - Hasło tutejszych korsarzy w Starej Mowie Wenedów. - Skąd je znałaś? - wypytywał dalej Ślaz. - Zdradził mi je... pewien znajomy upiór - odparła z prostotą. - Ciekawe znajomości - mruknął tłuścioch, zgrzytnąwszy nieznacznie zębami.

Być może zaczął się w tej chwili zastanawiać, czy słusznie uczynił, wybierając się do przeklętego grodu w tak niecodziennym towarzystwie. Niewykluczone, że byli bardziej niebezpieczni od zepsutych mieszkańców Wenedy. Chciwość i ciekawość okazały się jednak silniejsze, zresztą nie było odwrotu. Mamrocząc ciągle pod nosem, ruszył dzielnie do przodu, a z nim pozostali podróżni. Pieśń wodnika ucichła i powitała ich martwa cisza. Z bramnej czeluści uderzył w nozdrza trupi, mdły zaduch, jak z dawno nie otwieranego grobowca. - Woń klęski, jaką poniosło przed wiekami piękne i dumne miasto - stwierdził Widun, jakby czytał w myślach towarzyszy. Jak okiem sięgnąć, Weneda była jedną wielką ruiną. Ogromne budowle, zrodzone ze snów obłąkanych architektów, asymetryczne, wielokątne, kuliste, spiralne, zdobione złotem i klejnotami, legły w gruzach. Wszędzie walały się szczątki strzaskanych dachów i spękanych murów, z widocznymi czarnymi piętnami błyskawic. Zwykłe domy wyglądały jak pałace, a pałace jak siedziby bogów. Zawalone ściany odsłaniały wnętrza pełne niesamowitego przepychu, wspaniale inkrustowanych mebli, rzadkich dzieł sztuki, kunsztownie tkanych kobierców. Przedmioty zbytku były jednak zdewastowane, zwęglone albo przegniłe i leżały jak sterty bezużytecznych śmieci. Wyniosłe niegdyś wieże, z których śledzono ruch na morzu i wędrówki gwiazdozbiorów, potężne akwedukty, wykładane marmurami łaźnie i amfiteatry, łuki triumfalne, wznoszone na cześć dawno zapomnianych wodzów i bohaterów, runęły i rozsypały się w proch. Pozostały jedynie zarysy fundamentów, odpryski rzeźb, ówdzie ocalał fragment muru z zatartym freskiem. Żałosne świadectwa fatalnego upadku. Czego nie dokonały gromy Peruna, dopełniły morskie fale. Na obrzeżach miasta można było dojrzeć budynki świadczące, że nie wszyscy mieszkańcy Wenedy pławili się w luksusie. Wielopiętrowe lepianki, uczepione błotnistych

wzgórz, czerniały pustymi oknami, przypominającymi gnijące oczodoły. Zapewne siedliska tutejszego pospólstwa albo kwatery niewolników. Ulice, brukowane na modłę rzymską oszlifowanymi kamieniami, dawno zmieniły się w rozmiękłe, grząskie koleiny. Przed przybyszami rozciągał się labirynt ponurych, ciemnych tuneli, osnutych chorobliwym, zielonkawym oparem, w którym czasami błyskało jakieś zwodnicze światełko. Oczy błądziły rozpaczliwie w posępnej pustce mgieł, szukając wyłaniających się czasem punktów zaczepienia, jakiegoś kawałka ściany czy ułamanej kolumny. Powietrze było duszące, ciężkie, przesycone wilgocią, zapachem rozmiękłej gliny i rozkładu. Zatykało dech w piersiach i oblepiało twarz lepką, ohydną powłoką. Podróżnicy drżeli z zimna w namokłych ubraniach. - Którędy pójdziemy? - zaszeptał Andaj, rozglądając się niespokojnie, jakby obawiał się, że zaraz coś wyskoczy na nich zza brudnoszarej zasłony. Ślaz poruszył toczonym ramieniem. - Właściwie - odrzekł powoli, z trudem wydobywając słowa z gardła ściśniętego niewidzialnymi palcami grozy - to wszystko jedno. Miasto zostało zbudowane na planie krzyża słonecznego, wpisanego w okrąg... - Znak Sweistiksa - wtrącił Jadźwing - naszego Świetlistego Pana. - Wszystkie ulice prowadzą do umieszczonego w samym centrum pałacu królewskiego - kontynuował gruby kapłan - w którym my także powinniśmy szukać Bramy Otchłani. Władcy byli jej strażnikami. Grupę poszukiwaczy zadowoliło to wyjaśnienie, zamierzali więc ruszyć przed siebie. Nagle ziemia zadrżała pod ich stopami. Z jej trzewi dobiegł głuchy pomruk. - Czarnobóg nas wita - szepnął guślarz. - Wyczuł naszą obecność. Szarpie okowami. Wędrowcy stanęli jak wryci. Usłyszeli glos, odbijający się echem potężnej lawiny w

sklepieniach czaszek. - Witaj, Umiłowana - usłyszała Żywia. - Widzę na twoich skroniach wieniec uwiędłych kwiatów, jakby koronę czarnych słońc, a oblicze godne bogini osnuwa żałoba wystygłych gwiazd. - Nie ma dnia ani nocy - słyszał Widun - ni świtu przebudzenia. Wciąż tylko bezkresny mrok. Moje słowa przesypują się jak piasek między palcami. Kto z ich szelestu zrozumie mowę głębin? - Trwa we mnie wieczność, która przeminęła - dotarło do Mścigniewa - ta zaś, która nastąpi, wisi nade mną jak potworna skała. - W podwodnych grotach słychać płacz moich wizji - dowiedział się Andaj. - Jestem ciszą pełną nieznanych jęków, milczeniem nad płonącym w ciemności wulkanem. Lecz kiedy zechcę, śpiewam łabędzie pieśni... W zależności od odbiorcy słowa uwięzionego boga mogły brzmieć jak objawiona mądrość, wielka poezja lub majaczenie wariata. Cała wyspa dygotała w spazmach bolesnej agonii. Wreszcie drgania ustały. Wybrańcy otrząsnęli się z oszołomienia, budząc się jakby z głębokiego snu, chociaż wszystko trwało zaledwie parę uderzeń serca. - Co z wami? - sapnął zdumiony Ślaz. - Ruszajcie się żwawiej, czas nagli. O świcie skończy się Wielka Burza na Jawii i zaklęte miasto znów się pogrąży w odmętach. Byłoby dobrze wydostać się stąd, póki zdołamy. Trójka wieszczów i wojownik porozumieli się wzrokiem. Było jasne, że ich nieproszony towarzysz podróży i samozwańczy przewodnik niczego nie słyszał. Tym lepiej. Nie zamierzali dzielić się z nim sekretami. Szli dalej, bacząc, by nie zostawić ciżem w lepkim błocku. Zapuszczając się w mroczne

wąwozy, zerkali ukradkiem na majaczące mgliście ruiny. Po manifestacji podziemnej potęgi miasto jakby ożyło. Spośród gruzów dobiegać zaczęły dziwne szmery, chrzęszczące szelesty, odrażające świsty. Z bezdennych szczelin wypełzały dziwaczne, hybrydalne stwory, podobne częściowo do ludzi, lecz o ciałach pokrytych łuską, pełne paskudnych narośli, obrzydliwych guzów albo wijących się wypustek. Póki co istoty wydawały się nie zwracać uwagi na intruzów, zajęte własnymi, niepojętymi dla człowieka sprawami. - Nie patrzcie na nich - ostrzegł tłusty sługa Strzyboga - dłużej niż jedno mgnienie. Przede wszystkim strzeżcie się spojrzeć w oczy. Jeśli nie będziemy zwracać na siebie uwagi, może dadzą nam spokój - dorzucił niezbyt pewnie. Głos mu drżał i cały się trząsł jak osika. Czoło, obwisłe policzki i kark zroszone były grubymi kroplami potu. Kto wie, czy w tej chwili znowu nie pożałował, że uparł się, by wziąć udział w ryzykownej wyprawie. Nawet jeśli jednak przeklinał siebie w duchu, starał się tego nie okazywać, zdeterminowany podążać do końca. W stronę centrum prowadziła ich znów błądząca wśród mgieł, nieco stłumiona piosenka niewidzialnego wodnika: Pójdźże no, Dziewczyno, Pod wodę, na dno, Hola, hola, ho... Będziesz miała moc kochania, Czar ci silny dam: Jeno najpierw wycałuję, Obejmę cię sam.

Będziesz chłopców słodko wabić, Przez miłosną chuć, Jeno do mnie zejdź pod wodę, Jeno giezło zrzuć... Mścigniew upuścił nagle dźwigany wraz z Andajem młot i wolną ręką przygarnął ku sobie Żywię w taki sposób, że jej nogi zawisły w powietrzu. Chciała go skląć, lecz słowa uwięzły jej w gardle, gdy zobaczyła w miejscu, gdzie dopiero co stała, potworne szczypce, podobne nieco do rakowych, lecz znacznie większe. Należały do wychylającego się z pobliskiej szczeliny ohydnego stwora o zielonej, łuskowatej skórze, okrytej smugami szlamu i płaszczem wodorostów. Przegniłą, łuszczącą się twarz wykrzywiał grymas straszliwego bólu duszącego się człeka, ciało było powykręcane, jakby zmagając się w ostatniej próbie ratunku. Trawiastej barwy wyłupiaste ślepia pozbawione były jednak wyrazu. Rycerz rąbnął mieczem zdeformowane odnóża. Z rozciętej chityny trysnęła gęsta, żółtawa ciecz. Stwór wycofał się z przeraźliwym sykiem i utonął w bulgoczącej magmie u dołu rozpadliny. - Utopiec - jęknął Ślaz, cofając się odruchowo na środek ulicy. - Wciągnąłby cię na dno, jak nic... - Lub straciłabym stopy, gdybyście mnie przytrzymali - stwierdziła beznamiętnie kapłanka. Nie zdążyła się nawet przestraszyć. Jej umysł, jak zwykle w chwilach zagrożenia, pracował jasno i precyzyjnie. - Dzięki, mój miły - powiedziała do Mścigniewa, gdy znów ją postawił na ziemi. - Będę odtąd uważniej patrzyła pod nogi. - Mam nadzieję - mruknął, biorąc znowu do ręki stylisko wielkiego młota.

Ucałowała go w policzek i poszła dalej, otoczona ze wszystkich stron przez rozglądających się czujnie mężczyzn. Mijali jakby skostniałe z zimna, zmurszałe fasady kamienic, unurzane w brudnym odmęcie. Chwilami wychylały się zeń, jak słupy czarnego dymu, nikłe zarysy drzew chwiejących odartymi z listowia, zmokłymi koronami, niczym rozwianymi pióropuszami. Czasem dostrzegali o kilka kroków jakieś niewyraźne kontury niezupełnie ludzkich sylwetek, dobiegały ich uszu stępione odgłosy człapiących, prędko cichnących kroków, niekiedy gdzieś w dali przepływał z chlupotem olbrzymi wóz albo rydwan, najeżony długimi kolcami, podobny do drapieżnej ryby lub ogromnego stawonoga. Sunął jakby środkiem topieli, potem przepadał nie wiedzieć gdzie. Docierały do nich strzępy niezrozumiałych, głuchych rozmów i martwiejących, trudnych do rozpoznania dźwięków. Niezdrowy, mokry opar pochłaniał wszystko, rzucając ponury cień na ludzkie dusze. - Najgorsza była ostatnia władczyni Wenedy, królowa Allil - podjął na nowo swoją opowieść gruby kapłan, pragnąc chyba rozproszyć przytłaczającą atmosferę. - Piękna jak wiośniana boginka i zepsuta do szpiku kości. Bez reszty oddała duszę i serce Władcy Ciemności. Sprawiła swymi czarami, że jej stary ojciec, król-harfiarz Derwan ogłuchł i stracił zdolność gry na magicznym instrumencie, z którego czerpał władczą potęgę i moc. Ponoć ofiarował mu harfę sam Weles. Wyrodna córka kazała powiesić bezradnego starca u powały sali tronowej, a potem namówiła dwóch zakochanych w niej, młodszych braci bliźniaków, by wypróbowali na tej żywej kukle celność w strzelaniu z łuku i rzucaniu toporem. Następnie sprawiła, że młodzieńcy stoczyli o nią krwawy bój. Lel i Polel poranili się wzajem śmiertelnie. Wtedy złożyła trzech męskich krewnych na ofiarnym ołtarzu i sama przejęła władzę. Kazała sobie sprowadzać jurnych niewolników. Oszołomieni napojami podniecającymi i czarną magią, zaspokajali żądze nienasyconej pani w nadziei odzyskania

wolności. Bezwzględna monarchini uśmiercała jednego za drugim w ofierze dla mrocznego bożyszcza. Wenedowie widzieli dym buchający codziennie z otworów w bursztynowej kopule pałacowego sanktuarium i sławili okrutną władczynię, wiedząc, że zapewnia w ten sposób swym poddanym zwycięskie podboje i nieprzeliczone bogactwa. Podróżni przystanęli na moment, gdy przed ich oczyma zarysowały się mętnie czarne, wyniosłe kolumny jakiegoś portyku, jak przegniłe pnie, zatopione w stojącej wodzie. Pojawiły się i zaraz znikły w rozedrganej, jadowicie seledynowej szarości. - Nieludzkie postępowanie królowej i jawne hołdowanie Ciemności (wcześniejsi bowiem władcy czynili to bardziej dyskretnie) skłoniły w końcu Peruna do osobistej interwencji - kończył historię Ślaz. - Objawił się Allil w postaci rozgniewanego, ciskającego gromy wojownika. Dumna pani nie przestraszyła się jednak Jasnego Boga, zaślepiona potęgą jego Mrocznego Brata. Wyniośle odmówiła czci Panu Błyskawic, trwając w zaciekłym uporze. Nie zeszła z tronu i nie próbowała uciekać, kiedy pierwsze gromowe pociski przebiły i roztrzaskały bursztynową kopułę ani gdy wielkie fale zalały po dach bluźniercze sanktuarium. W pewnym stopniu - dorzucił z sarkazmem tłuścioch - Czarnobóg spełnił daną jej obietnicę: pogrążyła się razem z nim w otchłani, gdzie odtąd nieśmiertelnie panują. - Czy to znaczy, że ją spotkamy? - zainteresował się Andaj, wzdrygając się mimowolnie. - Obawiam się, że tego nie unikniemy - potwierdził zafrasowany sługa Strzyboga. - A zatem wciąż mam rywalkę - zauważyła półżartem wieszczka Mokoszy, ściągając brwi - z którą będę musiała się zmierzyć. - Chętnie ci w tym pomogę - warknął Mścigniew. - Nie lubię oślizgłych, cuchnących śledziem, wodnych dziwek. - Mój obrońca - szepnęła, posyłając mu ciepły uśmiech.

- Wszyscy ci pomożemy - zapewnił poważnie Widun. Sądzili, że dotarli już do pałacu królewskiego, lecz okazało się, że znaleźli się na wielkim placu targowym, otoczonym szczątkami niegdyś wspaniałych galerii i dziesiątkami pustych cokołów po obalonych posągach. Przestrzeń wypełniały liczne kramy, zapełnione górami towarów. Obok przegniłych ryb i owoców na straganach były także czarodziejskie szkatułki, wygrywające nieznane melodie z dalekich krain, odurzające kadzidła i pachnidła, dojrzewające w ciepłym nawozie jaja bazyliszków, korzenie mandragory, egzotyczne, pstrokato upierzone ptaki gadające, przedziwne astrologiczne instrumenty, a nawet rzadkie księgi zawierające zaginioną wiedzę wymarłych ludów. Handlowali tykowaci osobnicy w pstrych chałatach i wysokich kołpakach. Namiętnie gestykulując pajęczymi kończynami, zachwalali towar we wszystkich językach świata. Krążący pośrodku targowiska miejscy notable nie zwracali jednak na przekupniów specjalnej uwagi. Otyłe sylwetki, rozdęte przez gazy gnilne, w zbutwiałych, zbrukanych błotem i szlamem, niegdyś wytwornych strojach, poruszały się powolnym, dostojnie rozkołysanym krokiem w sennym korowodzie. Roztaczali wokół fetor rozkładającego się mięsa i moralnego zepsucia. Złote łańcuchy na ich piersiach zdawała się toczyć śniedź, chociaż wiadomo było, że to niemożliwe, przynajmniej w normalnym świecie. Z trudem obracali nieproporcjonalnie rozrośniętymi, ropuszymi łbami, posyłając czasem innym rajcom błędne spojrzenia wyłupiastych oczu. - Dla dooobraaa miaaastaaa - mamrotał jeden, mlaskając obrzydliwie. - Na chwaaałę królooowej - wtórował mu drugi. - Targować! - nawoływali kramarze. - Kupować! Żywia zajrzała z ciekawością w głąb jednego z szeroko otwartych magazynów. Zobaczyła gigantyczne sterty kufrów, spiętrzone w taki sposób, że wierzchołek góry ginął

gdzieś w zagmatwanych krokwiach poddasza, w szarej strefie niebytu. Wśród skrzyń buszowały jakieś blade, rachityczne postacie o wiecznie głodnych oczach. Podnosiły wieka i ze skrzyń bluzgały strugi sukna, rozwijając się z łopotem i spływając po sztucznych zboczach barwnymi kaskadami. Niestety, jedwabie, atłasy i złotogłowie rozłaziły się od wszechobecnej wilgoci, a kolory dawno już wypłowiały lub całkiem spełzły. Ślaz zerkał chciwie na stragany złotników i handlarzy biżuterią, gdzie wprawne oko mogło wyłuskać misternie wykonane precjoza. W końcu jednak machnął na nie ręką. W skarbcu królowej Allil czekały go z pewnością wspanialsze kosztowności. Zafascynowani niezwykłym targowiskiem, zatrzymali się dłużej, niż należało. Mścigniew wypatrzył bystrym okiem myśliwego i wojownika kolejne dziwne stworzenia, wychylające się z dziurawych dachów i przysiadające na pozostałościach portyków spustoszonych gmaszysk. Ich rogate łby miały spłaszczone, jaszczurcze kształty, całe zaś ciała pokrywała szarawa łuska. Wyglądały jak ożywione gargulce. Świdrowały ludzi na placu małymi, błyszczącymi oczkami, porozumiewając się między sobą ledwie dosłyszalnym sykiem. Z gadzich pysków wystawały długie, rozwidlone języki, poruszające się z niemiłą celowością, jakby z ich pomocą stwory wyczuwały swąd swoich ofiar. Poruszały się niezmiernie szybko, skacząc z ruiny na ruinę, częściowo podfruwając na niewielkich, płetwiastych skrzydłach. Zwróciły w końcu uwagę na żywych intruzów i obsiadły pobliskie gzymsy i kapitele, skrzecząc agresywnie. - Śledzą nas, kozojeby - mruknął Mścigniew, sięgając do rękojeści miecza. - Może przyciąga je moc reliktu? - zasugerowała Żywia, zerkając na młot okryty grubą derką, zabraną ze świątyni w Jomsborgu. - Raczej zapach świeżego mięsa - zareplikował Ślaz. - I ja tak sądzę - przyznał mu rację guślarz. - Za długo tutaj stoimy. Chodźmy stąd jak

najszybciej. Grupka wędrowców zaczęła się ostrożnie wycofywać w głąb kolejnego ponurego wąwozu, który, jak sądzili, doprowadzi ich w końcu do rezydencji. Stworzenia nie dały jednak za wygraną i podążały za nimi, cały czas porozumiewając się gadzią mową. Wreszcie dwa najodważniejsze i chyba najbardziej zgłodniałe jaszczury zaatakowały wędrowców prędkim, koszącym lotem. Widun, niewiele myśląc, uniósł kostur i wykrzyknął Słowo Mocy. Jeden ze stworów zamienił się w piszczącą przeraźliwie kulę ognia, pochłaniającą mięśnie i kości. Drugi skrzeknął trwożnie i zawrócił, niepocieszony. Pragnąc najwidoczniej zrekompensować sobie niepowodzenie, spadł na łeb jednego z opuchłych rajców i wyszarpnął z jego karku kawałek gnijącego ścierwa. Odleciał ze zdobyczą w zębach jak najdalej od swych pobratymców, którzy prędko podążyli za nim. Dostojnik nie zareagował w żaden sposób na ubytek cielesny i kontynuował niewzruszenie powolny obchód targowiska. - A gdzie się podział Andaj? - zapytała nagle kapłanka, rozglądając się niespokojnie. Dopiero teraz zdali sobie sprawę, że młody Jadźwing gdzieś przepadł. Zawrócili niechętnie w stronę placu, mając nadzieję, że gargulce nie zaatakują ponownie, dostawszy zasłużoną nauczkę. Wypatrzyli w końcu Boranina stojącego opodal na brzegu marmurowej sadzawki. W gęstej, zarosłej rzęsą, przeraźliwie cuchnącej wodzie taplały się wodne panny o wstrętnie pomarszczonych ciałach z nienaturalnie długimi, obwisłymi piersiami. Włosy miały do pięt, zielone jak wodorosty. Młodzieniec nie reagował na ostrzegawcze krzyki przyjaciół, najwyraźniej zaczarowany. Wodnice nuciły smutny śpiew o nigdy nie zaznanej miłości, przypominający Andajowi ulubioną pieśń Borany. Zauroczony młodzieniec utonął w wodnistej głębi wielkich,

stęsknionych oczu. Poddał się bezwolnie, gdy oplątały mu nogi lepkie, szmaragdowe sploty, a kościste palce, zakończone ostrymi pazurami, zaczęły wciągać w gęstą topiel. Nie przeszkadzały mu skrzela na ich szyjach ani nie przeraziły go łakomie wzdymające się i miarowo rozchylające wargi, gotowe ssać i wchłaniać młodą męskość. Nie zauważył także, iż słowa i tony rusałczanej śpiewki zmieniły się na bardziej radosne: Jest ci nas tu wianek, Lecz jeden kochanek, Skoczyłyśmy z kopca, Złowiłyśmy chłopca; Którą będziesz chcieć, Taką musisz mieć! Żywia podbiegła na skraj cembrowiny i sięgnąwszy do sakwy, wydobyła garść suszonego ziela, którym sypnęła na głowy rusałek. Natychmiast puściły ofiarę, miotając się wściekle i parskając z odrazą. Wyszarpywały zeschłe łodygi i kwiatki wraz ze skołtunionymi kłakami, jakby paliły je żywym ogniem. Złorzecząc niezrozumiale, kolejno pogrążały się w kojącym, zimnym odmęcie. Jedyna, która uniknęła kontaktu z zielem, trzymała ciągle półprzytomnego Andaja w mokrych oplotach, szepcząc pożądliwie i ciągnąc w głąb urodziwą zdobycz. Mścigniew precyzyjnym ruchem miecza zdjął z ramion głowę niefortunnej uwodzicielki, przecinając jednocześnie więżące młodziana zielone pasma. Andaj odetchnął i zamrugał półprzytomnie, rozglądając się ze zdumieniem. Wojownik dopomógł mu się wykaraskać ze zdradliwej cysterny. - Dziękuję, gine - bełkotał wdzięczny Boranin. - Całkiem mnie omamiły - wyznał, piekąc raka ze wstydu. - Nic dziwnego, dawno nie miałeś dziewczyny - rzekł pobłażliwie rycerz, przymrużając

figlarnie oko. - Nie mogłem spokojnie patrzeć, jak śmierdzące szlamem zdziry wciągają dobrego chłopaka w swoje brudne bajoro. - Z pewnością nie był pierwszy - przerwała mu Żywia. - Smakowity kąsek - dodała, popatrując z upodobaniem na młodzika. - Przede wszystkim podziękuj kapłance - zwrócił uwagę mężczyzna, lekko się krzywiąc. - To ona je przepędziła. Łowca skłonił się głęboko. - Niechaj Żemine zawsze cię strzeże, pani! - rzekł ceremonialnie. - Co im zrobiłaś? zaciekawił się, patrząc na wróżkę z respektem. Wzruszyła lekko ramionami, ale posłała mu przyjazny uśmiech. - Wodne dziewoje nie znoszą piołunu - oznajmiła. - Dlatego mam go zawsze przy sobie. - Czemu go nie lubią? - zdziwił się chłopak. - Nikt tego nie wie - ucięła dalsze dociekania. Andaj poznał na tyle dobrze zwyczaje czarodziejów, by wiedzieć, iż niechętnie przyznają się do niewiedzy w jakiejkolwiek dziedzinie, toteż postanowił nie drążyć zagadnienia. Zdążali w stronę pałacowej kopuły wyłaniającej się z mgieł u wylotu szerokiej ulicy. Chociaż osmalona, częściowo zdruzgotana i zdeformowana, nadal wzbudzała podziw swoim monumentalnym stylem i drzemiącą w niej potęgą. - Rybacy wierzą - szepnął Ślaz z trwożnym zachwytem - że do dzisiaj morze wyrzuca kawałki bursztynu z zatopionego pałacu. Wyjście z alei zagradzał rząd ciemnych, zwalistych sylwetek. Nie powstrzymało to jednak śmiałków. Kiedy się przybliżyli, zorientowali się, że zastąpili im drogę potężnie zbudowani wojownicy w zasłaniających twarz rogatych hełmach i grubych, skórzanych

napierśnikach. Spod stalowych przyłbic wystawały długie, rozczochrane brody z wplątanymi morskimi trawami i małymi skorupiakami. Miecznik z wyszczerbioną niczym piła klingą w prawicy i stojący obok tarczownik z wielką płytą brązu i utwardzonej bydlęcej skóry połączeni byli ze sobą w ten sposób, że lewica pierwszego i prawica drugiego skute były łańcuchem. W ten sposób stanowili razem śmiertelnie niebezpieczne, dwugłowe i czwororękie monstrum, prawie nie do pokonania przez pojedynczego przeciwnika. Nie atakowali jednak, stali w równym rzędzie z przerażającym spokojem, nieruchomi jak kamienne posągi. Poszukiwacze przypatrywali się z przesyconą strachem ciekawością kolejnej żywej przeszkodzie. Każde z nich słyszało o wojownikach z pradawnych czasów, żyjących w starożytnych krajach, połączonych na całe życie braterstwem miecza i tarczy, lecz nigdy nie mieli okazji ujrzeć takich na własne oczy. Wystarczała ich milcząca obecność, by poczuć tchnienie grozy na pobladłych policzkach i ciarki na rozdygotanych plecach. - Masz tobie - jęknął gruby kapłan. - Tego jeszcze nam brakowało! Polele! - Kto? - zdziwiła się Żywia, śmiejąc się nerwowo. Obco brzmiąca nazwa wydała się jej komiczna, choć zarazem wzbudzała koszmarny lęk. - Gwardziści królewscy - wyjaśnił Ślaz - nazwani tak na cześć poległych braci królowej. - Chłopy jak dęby - zauważył rzeczowo Mścigniew, sięgając po miecz. - Twarde sukinsyny. - I owszem - przytaknął żałośnie tłuścioch - uchodzili za niezwyciężonych. Nieprzekupnych i nieprzejednanych. Nie puszczą nas po dobroci, skoro kazano im strzec

władczyni. Wszyscy tutaj powtarzają z upiorną monotonią to, co robili w dniu, gdy umarło miasto, tylko w sposób spotworniały, spaczony. Nie zdołamy zmusić ich do niczego innego, skoro zamienili się w zdegenerowane bestie. A czas ucieka - przypomniał. - Nie wszczynaj walki, której nie możesz wygrać - wtrącił mentorskim tonem Widun, zwracając się ku rwącemu się do boju bratankowi. - Trzeba będzie inaczej usunąć zawalidrogi. Osłaniani przez wojownika z dobytym mieczem i łowcę ze strzałą na cięciwie, kapłani odbyli krótką, cichą naradę. Uzgodniwszy podział zadań, wzięli się czym prędzej do dzieła. Rzucony przez Żywię czar pochwycenia sprawił, że nogi strażników ugrzęzły po kolana w rozmiękłym podłożu. Wtedy Widun, czerpiąc także trochę słonecznej mocy Andaja, stworzył ścianę ognia, która pochłonęła wartowników aż po czubki hełmów. Ślaz wzmógł jej wysokość i oddziaływanie „tchnieniem Strzyboga”, rozniecającym zabójczy żar. Nieszczęśnicy zwijali się i miotali w płomieniach, wyjąc i zawodząc tak, że aż włosy stawały na głowie. Jadźwiński łucznik skracał mękę niektórych celnymi strzałami. Dzięki bogom, w ciągu zaledwie paru oddechów, wszyscy zamienili się w kupę dymiącego, zwęglonego mięsa. Dwaj z nich jednak zdążyli skoczyć do przodu, kiedy wróżka rzucała pierwsze zaklęcie. Runęli na Mścigniewa, rycząc nieprzytomnie bojowe przekleństwa. Chociaż wydawali się ciężcy, gdy stali, teraz poruszali się z dziką gracją, a zębate ostrze miecznika wyśpiewywało śmiercionośną pieśń. Jego ciosy zadawane były precyzyjnie i mogły być przerażająco skuteczne. Mścigniew tylko doskonałemu wyszkoleniu i wrodzonemu talentowi zawdzięczał, że nie stracił głowy ani żadnej kończyny i uniknął zmiażdżenia tarczą. Widząc, że to nie przelewki, przerzucił miecz do lewej dłoni, prawą wyciągając topór. W ten sposób mógł się jednocześnie opędzać z lewej strony przed ciosami miecznika i rąbać bezlitośnie pawęż drugiego, nie pozwalając mu dość dobrze osłaniać siebie i towarzysza. Płomień Boju w jego

lewicy śmigał tak samo sprawnie, z oślepiającą szybkością parując i oddając potężne ciosy. Wartownicy najwyraźniej zorientowali się, że mają do czynienia z nietuzinkowym przeciwnikiem, którego trudno będzie szybko powalić, błyskawicznie bowiem zmienili taktykę. Rozbiegli się w przeciwne strony, unosząc złączone ręce i trzymając łańcuch na wysokości szyi Mścigniewa. Zaczęli go okrążać z dwóch stron, by minąwszy się za plecami, zacisnąć ogniwa na gardle. Zdezorientowany rycerz rąbnął mieczem łańcuch, niestety stal musiała być dobrej jakości, bo choć pokryta rdzą, wytrzymała uderzenie. Zaskoczenie Pałuka było tak wielkie, że nie pomyślał, by po prostu przykucnąć. Uratował go Widun, rzucając na strażników czar zwany potocznie „wyrwirączka”. Złączone kajdanami ramiona oderwały się z okropnym trzaskiem od korpusów i spadły z łoskotem na ziemię. Z ran trysnęła krew, a wartownicy odpadli we dwie strony jak połówki jednego ciała. Jęknęli przy tym unisono. Mścigniew wykorzystał moment, kiedy ugięły się pod nimi kolana, i zrobił szerokie zamachy mieczem i toporem. Jednemu strażnikowi rozpłatał rogaty hełm razem z głową, drugiego przeciął poziomo w połowie, nieco powyżej talii. Droga do bursztynowego pałacu stała otworem. Główne drzwi także. Wędrowcy przekroczyli śmiało barykadę dymiących ciał i zaczęli się wspinać po spękanych, śliskich od rzęsy i glonów stopniach. Pradawna potęga przyzywała ich do wnętrza, wabiąc słodkim śpiewem harfy, który wydawał się jakąś dziwną, nieznaną mową. Weszli do głównego przedsionka, mającego kształt ogromnej galerii, wiodącej do sali tronowej, która była zarazem wewnętrznym sanktuarium. Wnętrze nosiło ślady olśniewającego przepychu, obecnie jednak było całkiem zrujnowane. Strzępy aksamitnych draperii, odłamki strzaskanych zwierciadeł, resztki spalonych mebli tworzyły przygnębiający obraz upadku. Na ścianach można było podziwiać wyblakłe plamy fresków, przeżartych morską solą i gnilnymi zaciekami. Z ocalałych fragmentów dawało się jednak odczytać treść,

obrazującą odwieczną gonitwę zwierzęcych i ludzkich bestii: owcę rozszarpywał wilk, wilka łoił maczugą pasterz, pastucha grabił żołnierz, żołnierza król, króla kapłan, kapłana bankier, bankiera kurtyzana, kurtyzanę jej słodki chłopiec, którego na końcu brała w objęcia Śmierć, ostatnia wszystkich miłośnica. Nie było wyjścia z tego zaklętego korowodu postaci i zdarzeń, żadnej ucieczki oprócz tej ostatecznej. Co kilkanaście kroków wyłaniały się z ciemności galerii zmurszałe posągi gryfów. Na pozór obojętnie spoglądały na intruzów pustymi oczodołami, z których dawno wypadły klejnoty. Dumnie wzniesione orle łby i prężące się nadaremnie lwie cielska trwały w beznadziejnym, martwym czuwaniu. Chociaż pozostawały nieruchome, miało się wrażenie, iż tli się w nich jeszcze skra dawno umarłego życia. Milcząco strzegły tajemnic pałacu, a ich kamienny spokój drażnił i niepokoił, jakby miały za chwilę zeskoczyć z cokołów i straszliwymi szponami rozszarpać nieproszonych gości. Na szczęście były to płonne obawy. Jeśli nawet owymi stworami rządziła kiedyś ochronna magia, dawno odeszła w niebyt. Byli coraz bliżej otwartych wrót głównej hali i coraz wyraźniej słyszeli upajający śpiew harfy. W głębi mrocznego wnętrza coś jaśniało i migotało, jak drogocenny klejnot w czarnej szkatule. Ślaz wypatrzył nagle w ciemnej niszy korytarza niewielkie, zachęcająco uchylone drzwiczki. Rzucił się ku nim z radosnym krzykiem, nim go zdołali powstrzymać. Przecisnąwszy z trudem opasłe kształty przez niski otwór, przepadł w ciemnościach. Słychać było tupot jego ciężkich kroków, odbijający się echem w podziemnych sklepieniach, potem łomot przewalającego się ciała. Zaniepokojeni towarzysze podążyli za nim i zajrzeli z ciekawością w zionącą wilgotnym chłodem czeluść. Przez chwilę nie widzieli nic poza dziwnymi błyskami w głębokich ciemnościach. Widun uderzył kosturem o kamienną posadzkę i wyszeptał zaklęcie. Wyrzezane w drewnie

runy zapłonęły ogniście. W ich świetle ujrzeli wąskie, kręcone schodki, prowadzące wprost do ogromnej piwnicy, wypełnionej niemal po brzegi górami kosztowności. Na nich właśnie tarzał się kapłan Strzyboga, przesypując w grubych paluchach złote monety i drogocenne klejnoty. Okrągła twarz Ślaza wyrażała absolutną błogość, małe oczka przewracały się obleśnie. Worek, jaki zabrał ze sobą na wyprawę, leżał obok, wciąż pusty i chyba zapomniany. - Skarby... Skarby! - mamrotał w ekstazie chciwiec. Wędrowcy milczeli chwilę, skonsternowani. - Co z nim zrobimy? - zapytał w końcu Widun. - Najlepiej zostawić go tutaj - odparła zimno kapłanka. - Znalazł to, czego szukał. - I chyba całkiem oszalał - stwierdził ze smutkiem guślarz. Żywia potwierdziła jego domysł skinieniem głowy. Zawróciła i energicznym krokiem poszła w stronę wejścia do wielkiej hali. - Jeśli nie zdołamy go stamtąd wyciągnąć - zainteresował się Mścigniew, doganiając Wybrankę - jak później wrócimy na Jawię? Wzruszyła ramionami. - Gdy uwolnimy Czarnoboga, przewodnik nie będzie nam już potrzebny - oświadczyła. - A jeśli nie... - dodała, zawahawszy się chwilę - wtedy coś wymyślimy - zakończyła, porozumiawszy się wzrokiem z guślarzem. W przeciwieństwie do wspaniałego przedsionka, ogromna sala, której strop wieńczyły spękane resztki kopuły, wydawała się surowa, odarta z wszelkich oznak bogactwa. Brudnoszara poświata, wpadająca przez dziurawą powałę, oświetlała blado nagie, lśniące gładko obrobionymi granitowymi i bazaltowymi płytami, wysokie ściany. Pośrodku znajdowała się wbudowana w posadzkę olbrzymia kamienna misa, służąca niewątpliwie

niegdyś za ofiarny ołtarz. Można było dojrzeć na jej obrzeżach wybłyskujące tu i ówdzie złote runiczne symbole ognia, wody i powietrza. O tym, że płonął tu niegdyś wieczny znicz, trawiący ciała i kości niezliczonych ofiar, świadczyły wypełniające ją popioły, sczerniałe od wilgoci i pokryte tłustą warstwą sadzy. W przeciwległym krańcu komnaty stał bursztynowy tron, zarzucony niedbale złotolitym kobiercem. Za wysokim oparciem wznosiła się jedyna, podtrzymująca strop kolumna, wyrzeźbiona w kształcie wielkiego dębu. Na jego skamieniałym pniu wyrzezano znacznie prostszym stylem, jakby dziecięcą niewprawną dłonią, tę samą ideę, jaka przyświecała twórcy fresków w galerii: małą płotkę połykał kiełbik, kiełbika okoń, okonia szczupak, szczupaka zaś spożywał ceremonialnie najgorszy potwór, człowiek, nad którym znowu unosił się cień złowrogiej Mary. Większe stwory zżerały mniejsze i słabsze, to wszystko. Prymitywnie oddana naga, brutalna prawda natury. Na tronie zasiadała drobna dziewczęca postać, odziana jedynie w proste śnieżnobiałe giezło. Jasne, swobodnie rozpuszczone włosy zdobił wieniec rozkwitłych lilii wodnych. Poza nim jedyną ozdobą był złoty łańcuch na szyi z medalionem w kształcie słonecznego znaku Sweistiksa. Kiedy przybysze podeszli bliżej, ujrzeli ze zdumieniem gładką, niemal dziecinną buzię i naiwne, bławatkowe oczęta. - To jest królowa Allil? - wykrztusił kompletnie zaskoczony Mścigniew. Po wszystkim, co o niej usłyszał, spodziewał się ujrzeć jakąś nieludzką poczwarę z ociekającymi krwią kłami i pazurami, odzianą w kapiące złotem szkarłaty, spoglądającą złowróżbnie i władczo z wysokości okrutnie zdobytego piedestału. Nikt z jego przyjaciół nie był zresztą przygotowany na to, co zobaczyli. - Tak, to ona - potwierdził ponuro Widun, z lekka się zacinając. - Czyste, niewinne zło. Nawet on z trudem przyswajał ten fakt, chociaż widział w swym długim życiu niejedno

zadziwiające, nie zawsze wytłumaczalne zjawisko. - Wygląda jak Dziewanna - zauważyła równie wstrząśnięta Żywia - najmłodsze wcielenie Wielkiej Matki. - Ty również tak wyglądałaś - mruknął guślarz. - Zapewne - przyznała - lecz naprawdę byłam niewinna. Ona zaś jest demonem z buzią wiośnianej boginki. - Ciemność przybiera różne kuszące maski - skonstatował filozoficznie starzec. - To podstawowa zasada czarnej magii: znaj swego wroga jak siebie samego i przejmij to, co najbardziej skuteczne, jak choćby nieodparty czar czy zniewalająca uroda. Władczyni Wenedy z wielką wprawą przebierała drobnymi paluszkami po strunach pozłacanej harfy. Ciemne liny pod jej dotykiem gięły się i pulsowały, jakby uwięziono w instrumencie pasma czarnego dymu. Wydawały rzewne, chwytające za serce tony, niczym słowiczy chór, wyśpiewujący piękno i smutek wielkiej, niespełnionej nigdy do końca miłości. Kapłanka spostrzegła runy wyciosane w kamiennym postumencie u podnóża tronu. Poruszyła bezwiednie wargami, próbując przeczytać częściowo zatarty napis, po chwili jednak dała za wygraną. Symbole wiły się w dziwnych, nieznanych jej skrętach i zygzakach, a tekst pozostawał niezrozumiały. - Potrafisz to odczytać? - spytała szeptem starego maga, wskazując oczyma inskrypcję. Widun prędko przebiegł wzrokiem pradawny ryt, mrużąc powieki i marszcząc czoło. - Myślę, że tak - odpowiedział cicho, z namysłem. - To pismo w Starej Mowie Wenedów. Fragment jednej z pieśni Ludów Północy: „Poznaj runy sprawiedliwości, jeśli chcesz być pewien uroku twej zemsty” - przetłumaczył. - Sądzę, że razem z medalionem spoczywającym na piersiach królowej stanowi klucz do Otchłani - zakonkludował, tknięty szczęśliwym przeczuciem.

- Jesteś tego pewien? - zaszeptała gorączkowo, z nadzieją. Wzruszył lekko kościstym ramieniem. - Niczego nie możesz być pewnym - odparł - dopóki nie spróbujesz. Mijali właśnie kamienny ołtarz Czarnoboga, gdy śliczna harfiarka zwróciła wreszcie na nich uwagę. Omiótłszy niby od niechcenia przelotnym spojrzeniem niecodziennych gości, uśmiechnęła się wdzięcznie. - Witajcie, Wybrańcy - rzekła szczebiotliwym głosikiem, dźwięczącym jak czarowny flet. - Całe wieki na was czekałam! Milczeli chwilę, stropieni niespodziewanie miłym powitaniem. - Czego pragniecie? - zachęciła uprzejmie. Pierwszy opamiętał się Widun. - Bądź pozdrowiona, wielka królowo - odrzekł, pochylając się w głębokim ukłonie. Przybywamy uwolnić tego, który został spętany - oznajmił. Jasnowłosa piękność zadrżała lekko, lecz jej twarzyczka pozostała promienna. - Ależ nikt tutaj nie jest spętany - odparła, przechylając kokieteryjnie główkę. - Kto jest tym biednym więźniem? Chichotała przy tym perliście. Widać było, że bawi ją zwodzenie obcych natrętów. - Twój pan, Czarnobóg - wtrąciła ostro Żywia, mierząc wzrokiem rywalkę. - Czas, aby zrzucił kajdany. Powieki harfiarki zwęziły się, gdy wpatrywała się chwilę w nieznajomą kobietę. Wydawało się, że bada jej moc, podobnie jak pozostałych. Potem karminowe usta wygięły się w podkówkę i twarz wykrzywił grymas rozpieszczonego dzieciaka, któremu chcą przerwać ulubioną zabawę. - Władca Ciemności - odpowiedziała wciąż słodkim, jakby kapryśnym tonem, w którym

jednak pobrzmiewały złowróżbne akcenty - jest istotnie mym panem. Moim i tylko moim. Nie możecie mi go odebrać. - Owszem, możemy - zaoponowała kapłanka - a nawet musimy. Tak każe przeznaczenie. Oblicze władczyni straciło wiele ze swego uroku, gdy wykrzywiła je złość. Spiorunowała wzrokiem Żywię i odwróciła pociemniałą z gniewu twarz ku czarnym strunom harfy. Jej palce znowu przebiegły po wyprężonych pasmach, tym razem dobywając bardziej złowieszcze i agresywne nuty. - Poznajcie potęgę Mroku - syknęła jadowicie. I zaśpiewała mocnym, czystym głosem: Trzaska w płomieniach kość, W czaszkach się warzy mózg, Dziś trupów będzie dość I wijących się rózg. Wstańcie jak czarne węże, Niewolnicy i męże, Dusze pijcie krwawymi ustami... Trupy moje! Czarnobóg jest z wami! Na jej skinienie misa ofiarna zapłonęła krwawym blaskiem. Popioły zaczęły poruszać się, obrzydliwie pulsować, jakby grasowało w nich stado szczurów. Potem uniosły się z nich rozchwiane dymne pasma, które chwilami tworzyły ulotne zarysy twarzy, stężałych w wyrazie śmiertelnego przerażenia lub złości i nienawiści. Czarne macki wypełzły z ołtarza i płożąc się po ziemi, zaczęły oplątywać śmiertelników. Miecz Mścigniewa i kostur Widuna były wobec nich bezradne, podobnie jak bariera ochronna, którą usiłowała postawić Żywia.

Wijące się wici pięły się coraz wyżej, parząc i dusząc. Poruszane złowrogą wolą królowej, usiłowały dosięgnąć ust, nosów i oczu, by wyssać dusze i ciała z życiowej energii. Omijały jednak Andaja. - Jasność jest w tobie silna - szepnął do niego guślarz. - Zdobądź medalion królowej! Jadźwing skinął głową. Położył dłoń na sercu i wywołał oślepiający rozbłysk. Smuga jasności przebiła plątaninę ciemnych wici i poraziła demoniczną władczynię, która przesłoniła oczy z wrzaskiem gniewnego bólu. Chłopak skoczył jak żbik w jej stronę. Zerwał w locie magiczny wisior, odbił się wolną ręką od poręczy tronu i wylądował na harfie, która rozpadła się pod jego ciężarem. Przeturlał się na plecy i rzucił medalion w nastawioną dłoń guślarza. Mroczne pasma rozproszyły się, wsiąkając z powrotem w popioły. Wstrząśnięci poszukiwacze obserwowali przerażającą metamorfozę, jakiej uległo ciało pięknej królowej, pozbawione podtrzymującej je mocy. Nie zdążyła drugi raz krzyknąć, gdy skóra obumarła i skurczyła się, opinając ciasno drobne kosteczki. Lilie we włosach uschły w mgnieniu oka, wyglądając teraz jak diadem czarnych gwiazd. Mięśnie i ścięgna zanikły, wypływając z ciała w postaci żółtawego, szybko znikającego śluzu. Szeroko rozwarte, udręczone oczy i miotający się spazmatycznie język wyschły i rozsypały się w proch wraz z resztą ciała. Podmuch niewyczuwalnego dla śmiertelnych mistycznego wichru rozwiał po chwili jej szczątki'. Guślarz nie zawracał sobie głowy okrutnym losem ostatniej władczyni Wenedy, czując, że czas nagli. Wskoczył do ofiarnej misy i rozgarnął dłońmi ostygłe na powrót popioły. Na samym dnie znalazł wyrzeźbiony słoneczny krzyż wpisany w okrąg. Odetchnął z ulgą i uśmiechnął się z satysfakcją. Nie zawiodła go magiczna intuicja. Przyłożył złoty znak Sweistiksa do kamiennego symbolu. Pasowały do siebie jak ulał. Stopiły się w jedno, emanując złotym

blaskiem. Wtedy wypowiedział na głos runiczną sentencję. Otoczenie wokół nich zaczęło gwałtownie się zmieniać. Ściany zachwiały się i zaczęły przeobrażać w porowatą, skalną nawierzchnię. Gdy wędrowcy spojrzeli pod nogi, zobaczyli, że posadzka stała się przezroczysta, pod nią zaś, jak pod lodową taflą, przelewały się fale czarnych płomieni. Część podłogi zapadła się, odsłaniając straszliwą, niemal bezdenną przepaść. Wybrańcy znaleźli się na skalnej półce, mając wrażenie, iż stanęli na skraju świata. Dookoła piętrzyły się gigantyczne, posępne masywy górskie, kamienie węgielne kosmosu, zdające się opasywać cały podziemny krąg. Daleko w dole pulsowało morze czarnych płomieni. Bezkresne morze rozpaczy. Głębiny nieskończonej udręki. Bursztynowy tron zniknął, a kamienne drzewo rozrosło się znacznie potężniej, korzeniami sięgając ziemskich trzewi, a koroną - mrocznego firmamentu. Po jego olbrzymim pniu wspinały się ku górze jakieś dziwaczne, niekształtne stworzenia, przypominające monstrualne larwy insektów. Wśród niebosiężnych gałęzi przemykały, ćwierkając radośnie, świetliste żar-ptaki, szczęśliwe duszyczki, co dostąpiły Wyraju. W połowie Drzewa Żywota, akurat na wysokości, gdzie znajdował się skalny występ, przybite było potężne stalowe koło, od którego biegł opasujący pień wielki łańcuch, z pewnością nie wykuty ręką człowieka. Okowy ginęły wśród węźlastych, guzowatych korzeni, gdzie spoczywał spętany Cień. Nie miał konkretnych kształtów, a jednak wyczuwało się emanującą odeń niezmierną moc. Czaiło się w niej coś nieogarnionego, niepojętego i bezlitośnie ostatecznego. Ta właśnie potężna energia odpychała przez całą wieczność mordercze fale czarnego ognia, nieustępliwie napierające na podstawę Osi Wszechświata. Wybrańcy mieli świadomość, że przetrwali zwycięsko wszystkie próby, zesłane przez bogów. Pozostało tylko dokonać dzieła, przekroczyć ostatnią granicę. Bez względu na

konsekwencje dla świata, należało wypełnić proroctwo. Uwolnić jedyną istotę zdolną powstrzymać obcego, nienawistnego Boga. Andaj uniósł bezwiednie dłoń do bursztynowego amuletu na piersi. Dopiero teraz przypomniał sobie słowa swojego mistrza: „Kiedy znajdziesz się w najgłębszej otchłani, ciśnij go w samą źrenicę Ciemności...” Wahał się, czy to uczynić. Wędrując i walcząc u boku nowych przyjaciół, lepiej zrozumiał ich rozpaczliwą determinację. Gdyby teraz wszystko zatrzymał, po tym, co razem przeszli, zniweczyłby ostatnią nadzieję upadającego, bezwzględnie niszczonego świata. Przemagając pokusę, opuścił rękę i ponownie zacisnął palce na potężnym stylisku starożytnego reliktu. Nie potrzebowali rozkazów, by działać. Od dawna wszyscy wiedzieli, co mają robić. Widun wydobył zza pazuchy bukową tabliczkę z ostatnią pieśnią Słowana, wyniesioną ze skarbca w Arkonie. Żywia stanęła pomiędzy nim a młodszymi mężczyznami. Wojownicy zerwali derkę okrywającą artefakt i wspólnie, z niemałym trudem unieśli w górę młot Swarożyca. Świetlista runa na głowicy rozbłysła jak spadająca gwiazda. Wtedy odezwał się w ich głowach znajomy Głos. Tym razem wszyscy usłyszeli to samo. - Zdrajca czyha w pobliżu. Strzeżcie się ukrytego wroga! Wzdrygnęli się na tę niejasną przestrogę, spoglądając po sobie niepewnie. - Nie ma pośród nas zdrajcy - odpowiedziała z przekonaniem Żywia. - Śmierć i trucizna - nie ustępował Głos - czają się za waszymi plecami. Wszyscy obejrzeli się odruchowo, lecz nie zobaczyli nikogo w otaczającym ich mroku. - Spieszmy się - syknął Widun przez zęby. Wspólnie z Żywią zaczęli odczytywać zaklęcie, wkładając w nie całą moc otrzymaną od Jasnych i Mrocznych Bogów.

Na dziób orla, na oko sowy, na wirujący krąg czasu... Władco Ciemności, dumny duchu, Powstań, który zostałeś spętany, Obal tego, kto cię uwięził... Recytowali z namaszczeniem, wyraźnie akcentując Słowa Mocy, mając świadomość, że nawet najmniejsze załamanie intonacji pojedynczej zgłoski mogłoby sprowadzić niewyobrażalne skutki. Wtórowały im miarowe uderzenia słonecznego młota, odbijające się niesamowitym echem w skalnych ścianach. Mścigniew i Andaj uderzali ze wszystkich sił, nie bacząc na pot zalewający im oczy. Jak przez mgłę dostrzegali skutek swoich poczynań. Po jakimś czasie, który wydawał się nieskończenie długi, chociaż zawierał się w ciągu kilkunastu oddechów, główne ogniwo zaczęło pękać i zdawało się, że się za chwilę rozpadnie. Gdy Andaj zerknął w dół, zobaczył w czeluści rozrastające się, coraz bardziej wyraziste kształty Mrocznego Żmija, cienistego smoka, którego przepastna, otchłanna istota zdawała się wsysać każdy promień światła. Widok ten przerażał i fascynował, odpychał i zarazem hipnotycznie przyciągał. Znów pomyślał o chroniącym go amulecie. Mścigniew czuł wlewającą się w jego duszę pierwotną energię Ciemności, lecz wcale nie był pewien, czy jest gotów otworzyć się na nią do końca. Coś w głębi ludzkiej cząstki jego duszy sprzeciwiało się tej metafizycznej inwazji, a zwierzęca strona natury zwyczajnie drżała ze strachu. Nie ma jak zdrowy rozum i zdrowy instynkt. Co jakiś czas słyszeli potężny Głos, przemawiający niezrozumiałym bełkotem, jakby jakaś potężniejsza moc dławiła smoczą gardziel, uniemożliwiając komunikację z grupą śmiertelników. Żywia i Widun wyczuli nagłe zagrożenie, lecz skupieni na dokładnym wypowiadaniu

Słów Mocy, nie zdążyli zareagować. Wszystko potoczyło się z szybkością błyskawicy. Guślarz zacharczał, dławiąc się strasznie, i runął na ziemię, zwijając się w przedśmiertnych konwulsjach. Słowa zamarły na ustach Żywii. Odwróciła pobladłą twarz i ujrzała tłustego sługę Strzyboga, zamierzającego się na nią sztyletem z ostrzem pokrytym zielonkawym osadem... Nalane oblicze wykrzywione było szaleńczym grymasem, małe oczka błyszczały nienawiścią. Zmartwiała z przerażenia kapłanka nie mogła się nawet ruszyć. Młot Swarożyca rozprysnął się w dłoniach mężczyzn tysiącami iskier i zniknął w ciemnościach jak rój świetlików. Jednocześnie spękane okowy odzyskały spoistość, a Cień zafalował mgliście i zmalał, niemal niknąc wśród skamieniałych korzeni. Po niebosiężnych szczytach przetoczył się potworny ryk konającej magii. Powrócił ogłuszającym echem, brzmiącym jak zew rogu Peruna, wieszczący zmierzch bogów i koniec dawnego świata. Mając uwolnione ręce, wojownicy zareagowali odruchowo, działając szybciej niż myśl. Błyskawicznie rzucony toporek odciął na wysokości łokcia rękę dzierżącą zatruty sztylet. Miecz Mścigniewa wyżłobił śmiertelną bruzdę na klatce piersiowej wroga. Ślaz stęknął okropnie i upadł na wznak. Wówczas prysła zwodnicza maska. Ukrywająca prawdziwą tożsamość ułuda spłynęła zeń jak fałszywa szata, po której nie zostało śladu, gdy czar przestał działać. Rany jednak zostały. Na skalnym podłożu drgało w kałuży krwi wątłe ciało obcego czerńca o szpetnym licu i dziwnie wykręconej lewej stopie. Na szyi miał medalion z mieczem wbitym w płonące serce. Choć ciężko poraniony, wydawał się nie odczuwać bólu ani nadciągającej śmierci, co więcej, zdawał się czerpać z owego cierpienia przewrotną, wzmagającą siły satysfakcję. Usta krzywiły się spazmatycznie w wyrazie złowrogiego triumfu.

- Nie udało się wam - mamrotał, chichocząc paskudnie. - Przegraliście. Żywia prędko go rozpoznała. - Brat Lucjusz?! - Mówiłem, że się znowu spotkamy - zaskrzeczał ze złośliwą uciechą. - Mym przeznaczeniem było zachować kosmiczną równowagę. Antychryst pozostanie uwięziony na następne tysiąc lat. Nasz Bóg znowu zwyciężył. - Jak nas oszukałeś? - zapytała o pierwszą rzecz, jaka przyszła jej na myśl. W danej chwili nie obchodziły jej losy wszechświata, na które i tak utraciła wpływ. Bardziej cierpiała zraniona duma czarodziejki. Znowu się zaśmiał, chociaż w krtani bulgotała podchodząca do gardła posoka. - Odrobina iluzji nekromanty - wyjaśnił - o jakiej wasi magowie nie mają pojęcia. Poczciwy grubas dostał udaru podczas pijaństwa w tawernie. Niepotrzebnie wyciągałem już sztylet... Za dużo tłustego jadła i mocnych trunków. Skonał, jak żył, przy biesiadnym stole, z kuflem piwa w prawicy. Wówczas przyjąłem jego postać i wchłonąłem wspomnienia. Również z narady w Arkonie. W ten sposób dowiedziałem się, co knujecie, i zrozumiałem, jak mogę was powstrzymać. - Zrobiłeś to - przyznała z godnością - lecz tym samym doszedłeś do kresu. Tak, jak przepowiadałam, zabrnąłeś zbyt daleko i stanąłeś nad ciemną przepaścią. - Uczyniłem, co należało - odparł niewzruszenie kuternoga. - Z radością oddam ducha Najwyższemu. Nic już nie powstrzyma pochodu prawdziwej wiary. To wasz koniec, przeklęci poganie. - Zdychaj, wszarzu! - ryknął Mścigniew, zamierzając się ponownie zakrwawioną klingą. - Zaczekaj! - zawołała kapłanka. - Chcę go jeszcze zapytać...

Miała nadzieję, że wydobędzie z konającego czerńca, kiedy Kazimierz Karol zamierza uderzyć na Kraj Mazowszan. Zaskoczony rycerz spojrzał na nią, stropiony. Odczytał żądanie ukochanej jako dziwną słabość, niepotrzebny odruch litości. Kiedy tylko spuścili z oka rannego czerńca, ten chwycił ocalałą dłonią medalion i unosząc go na długość łańcuszka, wykrzyknął łacińską frazę. „Przeklętych pogan” oślepiła i roztrąciła w trzy strony niesamowita eksplozja zimnej, martwej jasności. Kiedy otrząsnęli się z oszołomienia i pozbierali z trudem, w miejscu, gdzie leżał ranny zakonnik, pozostała tylko brunatna plama, szybko schnąca w gorącym, przesyconym siarką powietrzu. - Uciekł nam, suczy syn - stwierdził dość oczywisty fakt Mścigniew. - Nie wiedziałem, że te kozojeby potrafią czarować - dorzucił ze zdziwieniem. - Wielu rzeczy o nich nie wiemy - odparła Żywia, machnąwszy ręką. - Tak jak oni o nas. Martwy i tak byłby bezużyteczny. Tylko Widun potrafił czytać mowę kości. Gdzie się podział młot Swarożyca? - zwróciła się z pytaniem do Jadźwinga. Boranin wzruszył ramionami, zgnębiony przegraną. - Rozpadł się nam w rękach - oświadczył ponuro - chyba na zawsze stracony. - Nie sądzę - sprzeciwiła się stanowczo. - Myślę, że powrócił na swoje miejsce w Zaklętym Borze. Będzie tam czekał na kolejnych poszukiwaczy. - Tysiąc lat to szmat czasu - zauważył łowca z krzywym uśmiechem. - A jednak... - chciała zareplikować, lecz nie zdołała dokończyć. Skała pod ich stopami zatrzęsła się gwałtownie, gdy zrozpaczony Żmij znowu zatargał łańcuchem. Niebotyczne góry zakołysały się, osypując lawinami głazów. Część półki oberwała się, zabierając martwe ciało guślarza, które zniknęło w morzu czarnego ognia.

Zdawało się, że Czarnobóg pragnie pogrzebać niefortunnych sojuszników wraz z sobą pod zwałami koszmarnego więzienia. Okazało się jednak, że jego działaniem kierowała rozumna wola i chęć pomocy dla ocalałych. On to bowiem zapewne sprawił, że wędrowcy znaleźli się znowu w zrujnowanej sali tronowej, nim zdążyli mrugnąć. Mroczny Brat otworzył im drogę ucieczki, chociaż wszystko wokół trzęsło się i rozpadało. Spod ziemi dobiegał wciąż głuchy pomruk, na poły groźny, na poły krzepiący. Rzucili się w stronę wyjścia, prowadzeni przez rączego jak jeleń Jadźwinga. Żywia patrzyła z podziwem, jak wyćwiczony przez lata spędzone w lesie instynkt pozwalał mu wyczuwać i omijać spadające z góry kawałki stropu. Wybiegli w końcu na taras. Ze wszystkich stron narastał potężny szum rozszalałego morskiego żywiołu, a ziemia uciekała spod nóg. - Wyspa się zapada! - zawołała kapłanka. - Za chwilę wchłonie ją morze! Andaj wyrwał z pomocą Mścigniewa zwisające na jednym zawiasie zdezelowane wrota pałacowe, po czym wskazał pobliską wieżę, a raczej to, co z niej pozostało. - Musimy wdrapać się jak najwyżej - oznajmił. - Tymczasem przeniesiesz nas na Jawię... tam damy już sobie radę. Wspinali się z trudem po spiralnych schodach zewnętrznych, śliskich i popękanych. Dla mężczyzn był to dodatkowy wysiłek, skoro dźwigali ciężką, drewnianą płytę, która miała ocalić im życie. Cała trójka była zresztą wyczerpana dramatycznymi przejściami. Dotarli wreszcie na wierzchołek ruiny, z którego mogli zobaczyć, jak gęsta, oleista fala wchłania całą wyspę wraz ze wszystkimi dziwnościami i potwornościami, pogrzebanymi nadziejami i skalanym pięknem. Gdy wróżka skończyła recytować inkantację przejścia, po przeklętym mieście nie został

żaden ślad. Trójka śmiałków dryfowała na spokojnych, zielonkawych wodach Bałtyku, uczepiona zaimprowizowanej tratwy. Wielka Burza skończyła się, ucichły wściekle dmące wichry, a nad morskim odmętem roztaczał się lazurowy nieboskłon, przesycony łagodnym żarem Tarczy Swarożyca. Mewy kołowały w poszukiwaniu żeru, radosnym skwirem witając nowy dzień. Byli dość daleko od brzegu, chociaż wytężywszy wzrok, dostrzegali na horyzoncie zarys wzgórza Gosań z czarnym konturem twierdzy wikingów. - Nie wiem, czy zdołamy dopłynąć - martwił się Boranin, który nigdy dotychczas nie pływał w tak wielkiej wodzie. - Jesteśmy u kresu sił... - To nie będzie konieczne - zapewniła go wieszczka. - Podsłuchałam zaklęcie, jakie rzucił Lucjusz pod postacią sługi Strzyboga, by wezwać płanetników. Może znowu zadziała. Zadziałało. Powietrzne demony wychyliły z obłoków kościste oblicza, osmalone gwiezdnym ogniem. Otoczyły kołem rozbitków, nie szczędząc zatroskanych okrzyków. Rozpięły dla nich na niebie wielką tęczę, zahaczającą przeciwległym krańcem o odległy brzeg. Wędrowcy wstąpili na ten nowy most nie bez wewnętrznych oporów. Szło się po nim jak po szklanej, wielobarwnej tafli, a dodatkowym problemem był brak jakiegokolwiek oparcia. Zmęczeni i przemoczeni do suchej nitki bohaterowie poruszali się więc ostrożnie, powoli, stawiając nogę za nogą i przytrzymując się wzajemnie za pasy. Starali się przy tym nie patrzeć w dół. Płanetnicy towarzyszyli im cały czas, fruwając wokół czujnie, gotowi przyjść z pomocą, gdyby któryś ze śmiertelników stracił równowagę. Na szczęście nic takiego się nie zdarzyło i w końcu cała trójka wylądowała bezpiecznie na piaszczystym wybrzeżu. Wówczas Tęczowy Most zniknął, a z nim jego napowietrzni twórcy. Rozłożyli na piasku ciężkie, przesiąknięte wodą ubrania i wystawili utrudzone ciała na

życiodajne słoneczne promienie. Przeżyli ze sobą wystarczająco dużo, by nie żenować się teraz nagości. Andaj, obserwując spod oka kapłankę, uznał, że czas był dla niej rzeczywiście łaskawy. Milczeli długo, wsłuchani w jednostajny szum morza i krzyki ptactwa. - Smuci cię śmierć Widuna? - zapytała nagle Żywia, spoglądając na kochanka spod zasłony rzęs. Zastanowił się chwilę, jakby odpowiedź przychodziła mu z trudem. - Boleję nad jego stratą - odparł. - Był moim duchowym mistrzem i opiekunem, odkąd straciłem ojca. Wiązał ze mną wielkie nadzieje, które trochę mnie przerażały - wyznał szczerze. - Wielkie nadzieje? - powtórzyła zaciekawiona czarodziejka. - Mówił, że kiedy uwolnimy Czarnoboga, stanę się jego nowym wcieleniem, ty zaś moją boską małżonką - tłumaczył dalej, lekko się zacinając. - Wstyd się przyznać, lecz kiedy kruszyliśmy magiczne kajdany, pomyślałem, że wcale tego nie chcę. Wolę pozostać tym, kim jestem, człowiekiem o niedźwiedzim sercu. To mi zupełnie wystarcza. I chcę zaznać zwykłego ludzkiego szczęścia. Chwilę potem wszystko przepadło. Może stało się tak przeze mnie, skoro okazałem słabość? Niegodny spełnić wolę bogów? - pytał, popatrując niepewnie na ukochaną, targany poczuciem winy. Przysunęła się do niego bliżej, pogładziła po zarośniętym policzku i potężnym ramieniu. - Widun pragnął dla ciebie potęgi, jakiej sam nie mógł zdobyć - oceniła. - Nasycił twą duszę starczymi ambicjami, które nie były twoje. Może lepiej, że się nie ziściły. Ja i ty zyskalibyśmy niewyobrażalną moc, lecz nie bylibyśmy już sobą. Teraz wszystko zależy od nas, nie od boskich kaprysów - dodała głucho.

- Ja też czuję się bardziej wolny - przyznał wojownik. - To koniec naszej przygody? zapytał, jakby się pragnął upewnić. - O nie - zaprzeczyła, podnosząc do twarzy jego dłoń, pachnącą morską solą - nasza się dopiero zaczyna. Chociaż nie wiadomo, jak długo potrwa - dodała melancholijnie. - Dopóki ci się nie znudzę? - mruknął z odcieniem goryczy. - Dopóki śmierć nas nie rozłączy - sprostowała poważnie, patrząc mu prosto w oczy. Przycisnęła do ust jego krzepką prawicę, on zaś ogarnął ją ramieniem, na którym złożyła głowę. Andaj przyglądał się im z upodobaniem, bez cienia zazdrości. Miał wrażenie, że podziwia parę bóstw, złączonych wiecznotrwałą więzią, podobną tej, jaka spajała go z bliźniętami. - Śmierć jest bramą do ukojenia - powiedział niespodziewanie dla samego siebie - a życie jeziorem, które topi nas w bólu. Tak mawiają nasi bracia Prusowie - wyjaśnił spiesznie, gdy kobieta i mężczyzna spojrzeli nań ze zdziwieniem. - Mądre słowa - stwierdziła kapłanka, patrząc na Eloranina, jakby właśnie przypomniała sobie o jego istnieniu. - Co teraz zrobisz, Andaju? - spytała z ciekawością. - Skoro nasza misja skończona, wrócisz pewnie do swoich? - zasugerowała, wpijając weń przenikliwe spojrzenie. - Nie zostawię was - zaprzeczył stanowczo, potrząsając jasnozłotą czupryną. - Nie teraz, przed ostateczną walką. Pozostanę z wami do końca... jakikolwiek się zdarzy - dorzucił ciszej, by nie kusić licha. Mścigniew zaśmiał się radośnie i poklepał druha po ramieniu. - Wiedziałem, że tak powiesz! Najpiękniejszą rzeczą w życiu jest znaleźć wiernego, oddanego przyjaciela...

- I prawdziwą miłość - wtrąciła znacząco kapłanka. - To prawda - przytaknął, obejmując ją w talii. - Mogę się teraz nazwać naprawdę szczęśliwym człowiekiem! - Oby bogowie cię wysłuchali - powiedziała Żywia z namysłem - i wybaczyli jakże ludzką pychę. - Nic w tym złego, że wszyscy pragniemy szczęścia - zauważył Mścigniew - choć nie każdemu jest dane. - Więc trzeba o nie walczyć - poparł go Andaj, szczerząc się drapieżnie. - I tak uczynimy - podsumowała kapłanka. - Będziemy walczyć do końca... jakikolwiek się zdarzy - powtórzyła wraz z dwójką śmiejących się gorzko mężczyzn. - Jak mówi Wojbor: jeszcze sława nie zginęła, póki my żyjemy! - Żałuję tylko tego - podjął Mścigniew - że własną ręką nie ukatrupiłem śmierdzącego, wrażego czerńca. - Bogowie się nim zajmą - rzekła z przekonaniem wieszczka - i odpowiednio ukarzą. - Sława bogom! - Ktoś nadjeżdża - oznajmił nagle łowca, nadstawiając czujnie uszu. - To tyle w kwestii szczęśliwego wytchnienia - jęknęła kapłanka, zrywając się niespokojnie i otulając opończą. - Oby nie był to zwiastun Niedoli! Mężczyźni nie zawracali sobie głowy przyodziewkiem, lecz sięgnęli po broń. Z gęstych zarośli porastających zbocze góry Gosań wynurzyła się trójka jeźdźców na pięknych, rasowych ogierach. Gdy się przybliżyli, zaniepokojeni wędrowcy rozpoznali z ulgą jomsborskiego jarla i jego młodych giermków. Junacy, jadąc strzemię w strzemię, dźwigali wspólnie na barkach jakiś ciężki, podłużny przedmiot, owinięty kosztowną materią. Mścigniew i jego druh odłożyli zatem oręż i spokojnie zaczęli wkładać prawie suche

ubrania. To samo uczyniła kapłanka, nie zważając na pożądliwe spojrzenia wikińskich młodzików. - Widzę, że jesteście cali i zdrowi - stwierdził Ingwar, popatrując na nich życzliwie. Przyprowadziliśmy wam konie, abyście mogli na nich wrócić do domu - oznajmił. Martwiłem się zwłaszcza o ciebie, wielka kapłanko - dodał, zeskakując z siodła i składając przed Żywią głęboki ukłon. - Tak - wyznał, widząc jej zdziwienie - kiedy zostawiliście nas samych, Ślaz powiedział mi, kim jesteś i o co walczysz. Wybacz mi wszystkie niemądre słowa, jakie do ciebie rzekłem. - Już o nich zapomniałam - odparła uśmiechnięta. - Tym lepiej - rzekł nieco skonfundowany. - Nie wybaczyłbym sobie, gdybyś chowała w sercu urazę, miłościwa księżno. Jesteś wielkoduszna, jak piękna Freja - rzucił od niechcenia komplement. - A gdzie poczciwy grubasek? - zainteresował się, rozglądając dokoła. - Wrócił już do świątyni? - Morskie bestie wciągnęły go w otchłań - zripostowała bystro, zanim jej towarzysze zdążyli otworzyć usta - podobnie jak naszego guślarza. Jowialne oblicze wikinga nachmurzyło się. - To ponura wieść - rzekł zasmucony. - Będzie go nam brakowało. Był wspaniałym kompanem i świetnie przewidywał pogodę. - W istocie - przyznała Żywia. - Wraz z nim i Widunem przepadła ogromna wiedza. - Odprowadzimy was do świątyni, byście tam mogli pokrzepić się i wypocząć zadecydował jarl. - Kiedy słudzy Strzyboga odżałują stratę swego arcykapłana, pojedziemy do portu na Święto Wojów... Oczywiście jesteście zaproszeni - zaproponował bez wahania. - Będzie to dla nas zaszczyt - zapewniła kapłanka. - Chętnie znowu poćwiczę z waszymi siłaczami - oświadczył ucieszony Mścigniew.

- A ja pokażę strzelcom, co potrafi mój łuk - dodał Andaj z szerokim uśmiechem. - Wypijemy dziś morze piwa - zarechotał wiking. - Najpierw jednak chciałbym wręczyć wam dar - oznajmił, skinąwszy na giermków, którzy podeszli bliżej z ciężkim brzemieniem na ramionach. - Dla ciebie, pani i twego dzielnego syna - sprecyzował. - Cóż to jest? - zapytała zaintrygowana Żywia. - Miałem całą noc na przemyślenia - odrzekł Ingwar, wzdychając. - Najchętniej wspomoglibyśmy waszą sprawę wszystkimi siłami, lecz musimy bronić Wolina przed groźbą płynącą zza morza. Kiedy jednak przyślecie do nas zwiastuna z płonącą wicią, użyczę dwudziestu chrobrych wojów. A tymczasem... chcę wam ofiarować nasz największy skarb. - Włócznię Peruna? - zawołała kapłanka z radosną nadzieją. - Tak, pani - potwierdził wiking. - Szkoda, żeby bezużytecznie próchniała w skarbcu. Niech was prowadzi do boju i przyniesie zwycięstwo! - Zaiste, wspaniały dar - stwierdziła poważnie Żywia, pochylając głowę nad składanym u jej stóp reliktem. - Niech światło Swarożyca rozjaśnia twoje drogi! - rzekła uroczyście. - Niech Odyn i Thor was bronią - odparł równie ceremonialnie. - Widzicie? - szepnęła triumfalnie Żywia do swoich, gdy szli do świątyni. - Jeszcze nie wszystko stracone. Mamy Włócznię Peruna! Kawał spróchniałego drzewca z zardzewiałym grotem ma nam zapewnić zwycięstwo? pomyślał sceptycznie Andaj. Nie wyraził jednak głośno tej wątpliwości, nie chcąc uśmiercać nadziei, jaka rozgorzała na nowo w duszach przyjaciół. Widział, jak przez całą drogę matka Miecława śmiała się i żartowała, wyczuwał jednak wieszczym zmysłem, że jej serce spowija mrok. Epilog (jesień 1047)

Krew, łajno i zgnilizna. Czy tak pachnie każda wielka wiktoria? - zastanawiał się biskup Aron, po raz pierwszy widząc na własne oczy tak ogromną masakrę. Brzeg Wisły zamienił się w grzęzawisko stratowanej trawy i krwawego błota. Ziemia najeżona była strzałami i oszczepami. Obżarte kruki zataczały się jak pijani żeglarze. Jedyni prawdziwi zwycięzcy tej walki, przemknęła mu przez głowę niesforna myśl, którą zaraz odegnał, jako podsuwaną przez pokonanego dziś Nieprzyjaciela. Brnął przez pobojowisko, wymachując kropidłem i szepcząc łacińskie modlitwy. Pragnął chociaż w części ująć nieszczęsnym zabitym mąk piekielnych. Tych, którzy dawali choćby słabe oznaki życia, chrzcił naprędce, nie pytając o zgodę. Wraz z nim torowali sobie drogę między strzaskanymi tarczami i połamanymi włóczniami giermkowie i zwykłe obozowe ciury. Część chrześcijańskiej armii nadal ścigała pierzchające niedobitki Prusów i Pomorzan, lecz ocalali paladyni zebrali z pola ciała swych towarzyszy i powrócili do namiotów po drugiej stronie rzeki, opłakiwać poległych braci miecza i pokrzepić ciężej rannych wspólnym śpiewaniem psalmów i kielichem reńskiego wina. Pozostawili sługom wolną rękę, toteż ci ruszyli, nie zwlekając, na żer. Odzierali trupy ze wszystkiego, co miało jakąś wartość, dobijając tych, co jeszcze dychali. Mordowali szybciej, nim biskup zdążył nawracać. - Naprzód, waleczni żołnierze Chrystusa! Wyruszajcie przeciwko zwiastunom Antychrysta i zabijajcie sługi przewrotnego węża! - wołał dziś rano z polowej kazalnicy. Znalazł właśnie jednego z owych złych magów. Rozpoznał go po sumiastym, srebrnym wąsie i purpurowej szacie, wyszywanej w smugi błyskawic. Śmiertelnie ranny pogański wieszczek nie mógł mówić, patrzył tylko nienawistnie. Kiedy hierarcha przybliżył do jego ust srebrny krzyżyk, plunął nań ciemną śliną i próbował ukąsić dłoń, niosącą odkupienie grzechów. Chwilę potem skonał z zapiekłym wyrazem wrogości w krwawych ślepiach.

Aronowi modlitwa zamarła na ustach. „Straszna jest zatwardziałość tych pogan” - przypomniał sobie słowa brata Lucjusza. Gdy tylko przymknął powieki, zaraz jawiło się oczom jego duszy krwawe widmo, jakie ukazało się w wawelskiej kaplicy, gdy wraz z Kazimierzem Karolem modlili się o zwycięstwo. - Pękło mi serce - wyrzęził głucho upiór - a duszę trawi ogień! Zniknął po chwili w kłębach czarnego dymu. Paladyni spierali się potem, czy uznać widziadło za zły omen. Aron uważał w głębi serca, że jeśli nawet duch kuternogi usiłował ich wesprzeć z otchłani, jego słowa trudno było uznać za błogosławieństwo. Czarny, tłusty dym płonącego Płocka zasnuwał okolicę ponurym cieniem. Sascy i bawarscy kusznicy urządzili sobie wraz z ruskimi sojusznikami pyszną zabawę. Żołdacy spychali z wału nad stromą skarpą pojmanych mężczyzn, kobiety i dzieci, stojący zaś w dole szyli do nich bełtami, robiąc zakłady, ilu pogan zdołają ustrzelić w locie. Wisłą płynęły setki trupów naszpikowanych stalowymi grotami, zabarwiając jej wody świeżą posoką. Biskup spoglądał na to z ciężkim sercem. Nie tak sobie wyobrażał zwycięstwo prawdziwej wiary. Nikt jednak nie zdołałby poskromić upojonego zwycięstwem żołdactwa. - Dotychczas walczyliście o przemijającą sławę, dziś walczycie o chwałę wieczną przemawiał do nich o świcie. - Dotąd wojowaliście dla świata, teraz wojujecie dla Boga! Nie dla ziemskiej zapłaty, lecz dla waszego zbawienia! Wzdychał ze smutkiem, patrząc na palące się miasto. Książę Kazimierz oddał je na pastwę Rusów, którzy po swojemu zwiastowali tam Radosną Nowinę. Aron chciałby chociaż ocalić niemowlęta, lecz instrukcja Gladius Dei była w tym względzie jednoznaczna: Zabijcie starca, aby nie dawał rad i młodzieńca, by nie chwycił za broń.

Zabijcie kobietę, by nie zrodziła mścicieli, i dziecko, by nie wyrosło na wroga... Rusowie szli między sobą w zawody, kto potrafi rozpłatać człowieka jednym ciosem, wypruć wnętrzności i poćwiartować szybciej, niż odmawia się Ojcze nasz. Bawili się, rzucając w siebie uciętymi głowami. Wieszali pojmanych wrogów po trzynastu na cześć Zbawiciela i dwunastu apostołów. Kiedy runęły ściany p