Kieres Tomasz - Miłość to wszystko co jest

313 Pages • 65,146 Words • PDF • 2.2 MB
Uploaded at 2021-09-24 18:24

This document was submitted by our user and they confirm that they have the consent to share it. Assuming that you are writer or own the copyright of this document, report to us by using this DMCA report button.


SKUNK ANANSIE, „STODOŁA”, 21 LUTEGO 2017 R.

When you came and saved me You saved me from myself Skunk Anansie, You Saved Me

– Dzień dobry! – usłyszał Łukasz za plecami. Stał w niedużej kolejce przed wejściem do klubu. Co prawda bilety na koncert były już wyprzedane, ale ponieważ audytorium składało się przede wszystkim z trzydziestoi czterdziestolatków, nie spodziewał się tłoku. Do występu zespołu supportującego została jeszcze godzina, więc w środku powinno być pusto. Część słuchaczy i tak pewnie planuje przyjść dopiero na występ headlinera. Łukasz zawsze przychodził wcześnie. Lubił być blisko sceny, bo tam następowała kumulacja dobrej zabawy. Wprawdzie dzisiaj pogowania się nie spodziewał, ale miał nadzieję na dużą dawkę skoków w rytmie szaleństwa Skin, wokalistki zespołu, która na scenie była czystą energią. No

i jesteś od niej młodszy, uśmiechnął się do siebie w duchu. A to już ostatnio rzadkość. Na szczęście grały jeszcze zespoły, których słuchał od czasów młodości i których członkowie byli od niego o dekadę starsi. Na takich koncertach czuł się jak wśród swoich. I choć pojawiały się na nich również tłumy młodzieży (co zawsze działało na niego pocieszająco, dobrze, że „duch w narodzie nie ginie”), nadal mógł czuć się młodszy od sporej grupy pozostałych słuchaczy. Na przykład na koncercie Kultu, który odbywał się w tym klubie co roku w listopadzie. W „Proximie” na Dezerterze też nie było zle. Zupełnie inaczej wyglądało to na występach tych wszystkich metalowych zespołów, których członkowie urodzili się w latach osiemdziesiątych zeszłego wieku albo nawet pózniej. Kiedy Łukasz szedł na koncert ze swoim synem Michałem, jego obecność wydawała się uzasadniona. Ojciec z synem – może taki bardziej wyluzowany, może taki szalejący na koncercie, ale zawsze to ojciec z synem. Od czasu, kiedy kilka lat temu Michał wyjechał na studia do Londynu, Łukasz chodził sam. To on zaszczepił w synu miłość do muzyki, również tej granej na żywo. Nie zamierzał rezygnować z jednej ze swoich miłości, zwłaszcza że alternatywą było zostanie w domu. Na samą myśl przeszył go dreszcz. – Jeśli chcesz poczuć się młodo, idz na koncert Rolling Stones – mruknął pod nosem. Nie, taki stary to jednak nie jestem, roześmiał się w myślach. Znał muzykę Stonesów, pobieżnie, ale znał. Doceniał ją, ale to nie była jego bajka. A skoro już o dinozaurach mowa, to zdecydowanie wolał Black Sabbath. – Dzień dobry! To było chyba jednak do niego. Odwrócił się. Przed nim stały trzy dziewczyny. Ta pośrodku, która przyglądała mu się badawczo (najwyrazniej to ona się odezwała), miała długie

czarne włosy i ciemnobrązowe oczy. Była ubrana podobnie jak jej towarzyszki w czarną skórzaną kurtkę i czarne dżinsy. Wszystkie były dość wysokie, mogły mieć jakieś metr siedemdziesiąt wzrostu. „Nie dla nas kwitnie ananas”. Łukasz uśmiechnął się do siebie w duchu. – Pani mówiła do mnie? – zwrócił się do ciemnowłosej, która stała o krok przed tamtymi dwiema. – Przepraszam – powiedziała speszona. – Byłam pewna … Łukasz wyszczerzył się w uśmiechu. Dziewczyna natychmiast pojęła, że sobie z niej zażartował. A więc się nie pomyliła! Jej twarz również rozjaśnił uśmiech. – Wiedziałam, że to ty, ale przez chwilę dałam się nabrać – powiedziała wesoło. – Ładnie to tak robić kogoś w balona? – Wybacz. To „dzień dobry” zabrzmiało tak poważnie! – No fakt. Mogłam powiedzieć „wujku”. – Wtedy ciężar lat by mnie chyba przygniótł – roześmiał się. – Nie przesadzaj… wujku. – No co! Jestem tylko dwa lata młodszy od twojego taty. – Serio? – Popatrzyła na niego z niedowierzaniem. – Serio. – Na moje oko to przynajmniej dziesięć. – Jesteś bardzo miła! – Łukasz był wyraznie rozbawiony. – Chociaż Marek pewnie by się nie ucieszył. – To niech to zostanie między nami, dobra? – Dobra. Koniec pieśni. Skąd znacie Skunk? Przyszłyście razem, tak? – zwrócił się do dwóch dziewczyn, które w ciszy

przysłuchiwały się ich rozmowie. Jednocześnie kiwnęły głowami. – Ja jestem Sonia, jakbyś zapomniał – powiedziała z uśmiechem dziewczyna o czarnych włosach. – To jest Justyna, a to Kasia. – Łukasz, miło mi. Dziewczyny podały mu dłonie na przywitanie. – Jakieś pół roku temu Justyna kupiła ich ostatnią płytę Anarchytecture i tak nam się spodobała, że słuchałyśmy jej na okrągło. Potem sięgnęłyśmy po wcześniejsze. Kasia znała już ten zespół wcześniej i powiedziała nam, że będzie koncert w Warszawie. No i kupiłyśmy bilety, chyba w ostatniej chwili, bo potem okazało się, że koncert jest wyprzedany. – To rzeczywiście miałyście szczęście. – A ty, wujku, przyszedłeś… – Łukasz – przerwał jej. – Po prostu Łukasz. Sonia uśmiechnęła się. – Okej. A ty, Łukasz, przyszedłeś sam? – Tak. Kiedyś byłbym z Michałem, moim synem, ale odkąd wyjechał do Anglii, na koncerty chodzę sam. – A ciocia? Czy tak też nie powinnam mówić? – roześmiała się. – Nie, tego określenia możesz używać. Nawet powinnaś. Do poważnej pani prezes pasuje jak ulał! – Sugerujesz w ten sposób, że jest stara? – Sonia śmiała się w głos.

– Nigdy w życiu! Moja żona jest pewną siebie, świadomą swojej wartości kobietą sukcesu i nie trzeba jej słodzić. Nie to co ja i moje delikatne, a na dodatek niemłode ego. Ja jestem tylko zwykłym pismakiem – uśmiechnął się do niej. – Nawiasem mówiąc, ciocia niespecjalnie przepada za koncertami. – A gdzie pan… yyy, to znaczy, gdzie piszesz i co? – spytała Kasia. – Pracuję na etacie w „Dzienniku”. Prowadzę rubrykę kulturalną. Piszę o koncertach, premierach płytowych i kinowych, recenzuję nowości, a od czasu do czasu popełnię jakiś artykuł o aktorze, reżyserze lub serii filmowej. Teraz na przykład mam zamówienie na duży artykuł o całej serii i roli Obcego w kinie, w związku z premierą Obcego: Przymierze. – Brzmi super! A teraz jesteś w pracy czy dla przyjemności? – Dla przyjemności, a jeśli ktoś zechce opublikować moją relację z koncertu, to bonus dla mnie. Bo działam też na zasadzie wolnego strzelca, wysyłam swoje artykuły do miesięczników muzycznych i kilku portali internetowych. Piszę o wszystkim, co oglądam albo słucham, a jest tego sporo. Szczęśliwie dla mnie, jest na to zapotrzebowanie. – Nie myślałeś o własnym blogu? – spytała Sonia. – Myślałem, ale chyba jestem zbyt leniwy, żeby coś z tym zrobić. Fakt, ludzie chyba lubią mnie czytać. Ale przez to, że póki co płacą mi za publikację, temat bloga leży odłogiem. Nawet się nie spostrzegli, jak znalezli się przy drzwiach wejściowych. Panie na prawo, panowie na lewo. Przeszli przez serwis sprawdzający, czy nie wnoszą jakichś zakazanych przedmiotów. Następnie pokazali bilety i weszli do środka. – Może się czegoś napijemy? – rzuciła Justyna.

– Idzcie, ja pójdę już na salę. Lubię być blisko sceny. – Nie napijesz się z nami? – spytała Sonia. – Nie kuś – roześmiał się. – Sam fakt, że rozmawiałem z takimi fajnymi dziewczynami, dostarczył mi wrażeń. Dziewczyny wybuchnęły śmiechem. – Bawcie się dobrze, może spotkamy się w środku. – Okej, to na razie! – Do zobaczenia!

***

Koncert był super, dawno się tak nie wybawiła. Wstyd się przyznać, ale w ciągu swojego dwudziestosześcioletniego życia była raptem na trzech koncertach, z czego na dwóch jeszcze w liceum. Pózniej się jakoś nie składało; towarzystwo, w którym się obracała, nie było zainteresowane tego typu rozrywką. Długo po powrocie do domu, wracając do wydarzeń wieczora, nie mogły ostudzić emocji. Wokalistka zespołu, Skin, okazała się totalnym wulkanem energii. Co prawda Sonia oglądała wcześniej ich koncerty na Youtubie, ale zobaczenie tego na żywo było całkowicie odmiennym doświadczeniem. Dwugodzinny koncert przeszedł jej najśmielsze oczekiwania. Lista zagranych utworów też na szczęście odzwierciedlała piosenki, które zdążyły poznać. Mogły więc bez skrępowania śpiewać wraz z wokalistką oraz oczywiście z całą salą.

Patrząc na Skin, nie chciało się wierzyć, że w tym roku kończy pięćdziesiąt lat. Normalnie ludzie tyle nie żyją – przynajmniej z perspektywy nastolatków… Gdyby tak wszyscy ludzie w jej wieku mieli tyle wewnętrznego luzu i energii co ona, świat wyglądałby zupełnie inaczej! Kiedy Sonia pomyślała o swoich rodzicach i ich znajomych, ogarnął ją pusty śmiech. Byli młodsi od Skin o dobre pięć, sześć lat, a zachowywali się tak, jakby byli dużo starsi. Może to była kwestia drogi zawodowej? A wuj… to znaczy Łukasz… Nie znała go od tej strony. Zdziwiła się, kiedy go zobaczyła pod klubem, chociaż niby dlaczego to było takie dziwne? Pewnie postrzegała go przez pryzmat wszystkich ludzi w wieku jej rodziców. Łukasza poznała, kiedy miała dziesięć lat, ale tak naprawdę niewiele o nim wiedziała. Nigdy specjalnie się nie interesowała znajomymi swoich rodziców. – Sympatyczny ten Łukasz – stwierdziła Justyna, kiedy wyszły z klubu. – Jak na starszego pana – skwitowała Kasia. – Bez przesady. – Sonia uśmiechnęła się szeroko. – Nie jest taki stary. – Na pewno nie wygląda na swoje lata. – To ile on ma właściwie? – Mówił, że jest o dwa lata młodszy od mojego ojca. Czyli czterdzieści cztery – odparła Sonia. – Auć, to bolesne! – powiedziała Justyna i znowu zaczęły się śmiać. – Przestańcie. – Sonia próbowała uspokoić koleżanki, choć bardziej dla zasady, gdyż sama z trudem hamowała śmiech.

– Wiecie, kogo mi przypomina? – spytała Kasia. – Kogo? – zawołały jednocześnie Justyna i Sonia. – Christiana Bale’a. – Serio? – Justyna z niedowierzaniem.

popatrzyła

na

przyjaciółkę

– No… Może… – Sonia wydawała się nieprzekonana. – Ale tego z American Hustle, grubego i z „pożyczką” na głowie? – zapytała Justyna z udawaną powagą. – Bardziej tego z Batmana: Początek, zwłaszcza jak robił pompki. – Kasia zrobiła rozmarzoną minę i gdy zobaczyła zaskoczenie na twarzach przyjaciółek, wybuchnęła głośnym śmiechem. – To taki Christian Bale ci się marzy! – Umówić cię? – Sonia uniosła łobuzersko brew. – Tylko wiesz, on ma żonę, słyszałaś zresztą. Dodam, że dosyć atrakcyjną. – Może spodobam się obojgu! Parsknęły śmiechem. – Widziałyście, jak szalał pod sceną? – powiedziała Kasia, kiedy już trochę ochłonęły. – To chyba dobrze? – Sonia popatrzyła na przyjaciółkę. – No jasne! Mówię całkiem poważnie. – Kasia podniosła ręce w obronnym geście. – Nie ma chyba nic gorszego na takim koncercie niż ludzie, którzy stoją jak słupy soli. Zawsze się zastanawiam, po co w ogóle przychodzą. – Mam tylko nadzieję, że nic sobie nie nadwyrężył! – Justyna postanowiła wtrącić swoje trzy grosze.

Dziewczyny parsknęły. – Dosyć! – zarządziła Sonia, próbując stanowczo. – Uszy już go pewnie pieką.

zabrzmieć

– Albo dostał czkawki! – zachichotała Kasia. – A to niebezpieczne w tym wieku – dodała Justyna i wszystkie wybuchnęły głośnym śmiechem.

HEY, „PALLADIUM”, 10 MARCA 2017 R.

Wybieram Cię Na dobre na zawsze Tak się wstydzę tych słów Choć szczere, wyświechtanych Hey, Wilk vs. Kot

Sonia weszła do holu klubu Palladium i rozejrzała się dookoła. Był piątkowy wieczór, a ona przyszła sama. W końcu powinna się już przyzwyczaić, od czasu zerwania z Szymonem minęło prawie pięć miesięcy. Modne czy nie, bycie singielką nie było dla niej. Na szczęście miała Justynę, której życie uczuciowe było chyba jeszcze mniej poukładane niż jej własne. Co prawda przyjaciółka miała chłopaka, tak jakby, bo sama nie potrafiła określić „statusu” ich związku. Dzisiaj miały przyjść tutaj razem. Niestety Justyna leżała teraz w łóżku, powalona niemal czterdziestostopniową gorączką. Na listopadowy koncert w „Stodole” nie zdążyły kupić biletów. Kiedy więc się okazało, że na wiosnę Hey znowu zagra

w Warszawie, przy kasie, a właściwie na portalu z biletami, były w momencie rozpoczęcia sprzedaży. Teraz stała jak kołek na środku holu i zastanawiała się, co dalej. Oczywiście musisz zejść po schodkach na dół i wejść na salę, głupia, powiedziała do siebie w myślach. – Sonia? Spojrzała w stronę, z której dochodził głos. – Łukasz? – Tak zdecydowanie lepiej – uśmiechnął się. – Bałem się przez moment, że powiesz głośno ten brzydki wyraz na literę „W” i będę spalony. Sonia roześmiała się. – Dlaczego spalony? – „Wujek” brzmi dla mnie jak „stary zboczeniec” – ściszył konspiracyjnie głos. – A ty nie jesteś, jak to ładnie ująłeś, „starym zboczeńcem” – odpowiedziała szeptem, usiłując z całych sił powstrzymać śmiech. – Lubię o sobie myśleć, że nie jestem stary. – Druga część się zgadza? – Tylko nie mów nikomu! – odpowiedział, uśmiechając się szeroko. Roześmiali się oboje. – W takim razie nie wiem, czy to bezpieczne dla mnie, przebywać w twoim towarzystwie. – Podchodzisz na własne ryzyko. – Myślę, że je podejmę. Zwłaszcza że i tak jestem sama.

– Z braku laku… – roześmiał się. – To nie tak. – Sonia poczuła się zakłopotana. – Przestań, żartuję sobie. Zakładam, że kiedy się tu wybierałaś, liczyłaś na inne towarzystwo. Co się stało? – Justyna się rozchorowała, a ja nie chciałam tracić koncertu, na który czekałam bardzo długo. Ten jesienny przegapiłam. – Ja też przegapiłem jesienny, dzień wcześniej był koncert Marii Peszek, na który już miałem bilet, i uznałem, że dzień po dniu to trochę za dużo. Oczywiście potem, jak się okazało, że był wyprzedany, żałowałem, ale już i tak było za pózno. Zresztą Agata nie byłaby zadowolona, że mnie nie ma dwa wieczory z rzędu. Z drugiej strony, co za różnica, przemknęło mu przez głowę. Delikatnie pokręcił głową, chcąc odgonić myśli, które wypełniły mu umysł. – Długo słuchasz Hey? – spytał. Sonia zamyśliła się. – Siedem lat, mniej więcej. Zaraz po moich dwudziestych urodzinach wpadła mi w ręce ich najnowsza płyta, Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!. Zdobyła mnie praktycznie od pierwszego przesłuchania. Klimat był niesamowity, i te teksty, takie enigmatyczne, a jednocześnie zapadające w ciebie. Nagle okazywało się, że to, co na pozór wydawało ci się tajemnicze, trafia do ciebie, przebija cię na wskroś. Wszystko staje się proste i oczywiste. To znaczy… ani proste, ani oczywiste, ale… takie jasne. Wiesz, o co mi chodzi? – Wiem. – Zakochałam się w Kasi Nosowskiej – roześmiała się.

– Doskonale cię rozumiem, moja miłość do niej trwa od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku. – Miałam wtedy dwa lata. – Przestań, tylko nie o wieku! – Okej – odpowiedziała z uśmiechem. – W każdym razie zaczęłam potem słuchać wcześniejszych płyt, których było niemało, i nagle okazało się, że grają bliższy mojemu sercu rock. Najlepsze jest to, że pokochałam ich za płytę tak odmienną od tego, co tworzyli wcześniej. – Wiesz, klasa to jest klasa. Hey nie przestał być Heyem. Jak ci się podoba ostatnia płyta? – Błysk jest genialny, to oczywista oczywistość. – To rozumiem. Roześmiali się. – Idziemy na salę? Chciałbym stanąć jak najbliżej sceny. – Oczywiście, poszalejemy trochę – uśmiechnęła się szeroko. – Jeśli nie będziesz się wstydziła podskakującego obok ciebie starszego pana. – Jeszcze raz o tym wspomnisz i pójdę w inne miejsce – zagroziła żartobliwie Sonia. – Czuję się przywołany do porządku. – Łukasz zrobił poważną minę. – I tak dla jasności: nie jesteś taki stary. Podniosła palec wskazujący, aby ewentualny protest.

powstrzymać

jego

– Gdybym – kontynuowała – nie wiedziała, ile masz lat, to dałabym ci o wiele mniej. Moje przyjaciółki powiedziały, że to niemożliwe, że masz czterdzieści cztery, i że wyglądasz na o wiele młodszego. – Jasne. – Łukasz pokiwał z powątpiewaniem głową. – Co powiedziałam przed chwilą? – Pogroziła mu palcem, robiąc grozną minę. – Okej, wątpię, ale przyjmuję do wiadomości. Koniec tematu. Muszę przyznać, że jesteś bardzo stanowcza – uśmiechnął się delikatnie. – To prawda, czasami chyba za bardzo. Cień przeszedł przez jej twarz, aby po chwili ponownie rozjaśniła się w uśmiechu. – Szalejemy? – spytała, kierując się do wejścia na salę. – Szalejemy – odparł.

***

Koncert był świetny, zespół zagrał prawie cały materiał z ostatniej płyty plus sporą porcję utworów przekrojowych. Kasia była jak zwykle doskonała; urzekało w niej to połączenie delikatnej nerwowości z tak charakterystyczną dla niej pewną nieśmiałością, mimo tylu lat na scenie. I nie było w tym grama fałszu ani kokieterii. Łukasz widział już Hey na żywo wiele razy. Chyba przy okazji każdej kolejnej płyty szedł na koncert, do tego słyszał ich na paru festiwalach. Na pierwszym koncercie był z Olą,

jeszcze w 1993 roku. Jak ten czas leci… Co po tych latach mógłby powiedzieć o swoim życiu, gdyby spojrzał wstecz? Sukcesy czy błędy? Błędy czy sukcesy? Czy błędy popełnione na początku pozwalają użyć słowa „sukces” w dalszym życiu? Chyba wszystko zależy od niego samego. Od tego, jak on to widzi. A jak widzi? – Podobało ci się? – Głos Soni przerwał jego rozmyślania. – Oczywiście. – Spojrzał na idącą obok dziewczynę. – A tobie? Przed chwilą wyszli z sali, w której odbywał się koncert, i wolnym krokiem wśród tłumu fanów zmierzali do wyjścia. – Bardzo. Ta siła, która drzemie w Kasi… Muzyka też jest doskonała, ale ta jej nienachalna charyzma… – Swietnie to określiłaś. – Bo tak jest. Stoi taka figurka na scenie, mam nadzieję, że by się nie obraziła za takie określenie, w każdym razie stoi, nawet nie drgnie, i nagle zaczyna śpiewać, a ty czujesz, jak ten śpiew trafia do twojego wnętrza, jakby to było bezpośrednio do ciebie. Sonia uśmiechnęła się z lekkim zakłopotaniem, jakby za bardzo się odkryła, mówiąc o tym, co czuła głęboko w sobie podczas koncertu. – Sam bym lepiej tego nie ujął. Mogę cię w razie czego zacytować? Roześmiała się. – Zależy, jak ci płacą. Zawsze przyda mi się parę groszy. Teraz śmiali się już oboje.

Łukasz był zafascynowany pasją, z jaką Sonia opisywała to, czego świadkami byli przed chwilą. Czy to tylko domena młodych? – spytał siebie w myślach. Wiek tu chyba nie gra roli. Pasję się ma albo nie. Jaki jest sens się otwierać, kiedy nie ma przed kim? W końcu wyszli przed klub. – Podrzucić cię gdzieś? – spytał. – A to nie będzie kłopot? Mogę wrócić sama, jest dopiero wpół do jedenastej. – Powiedzmy, że będę spokojniejszy, jeśli nie będziesz wracać sama o tej porze. – Ale zdajesz sobie sprawę, że już nie raz tak wracałam? – zapytała z uśmiechem. – Pewnie cię zaskoczę, ale tak, zdaję sobie sprawę – odpowiedział tym samym – ale spotkaliśmy się i jeśli jesteś w stanie znieść jeszcze przez chwilę moje towarzystwo, to wolałbym cię odstawić do domu. Chyba że masz inne plany. – Nie, skąd, będzie mi bardzo miło. Po prostu nie chciałam sprawiać ci kłopotu. – ?aden kłopot, a i twoi rodzice na pewno by byli spokojniejsi. – Myślisz, że by byli? – Przygryzła wargę. – Skoro tak, to chyba nie mamy wyjścia – dodała cicho po chwili.

LOGAN, KINO, 6 KWIETNIA 2017 R.

You know Logan… This is what life looks like. A home, people who love each other. Safe place. You should take a moment and feel it Prof. Xavier do Logana, Logan

Łukasz spojrzał na zegarek. Do rozpoczęcia seansu zostało jeszcze prawie dziewięćdziesiąt minut. Wcześniej zawiózł Agatę na lotnisko, skąd miała samolot do Paryża. Kolejna konferencja czy inne szkolenie. „Jak się jest dyrektorem finansowym, to niestety trzeba na takie spotkania jezdzić. Ja też ich nie lubię”. Tak dokładnie brzmiały słowa, które tyle razy słyszał. Pierwsza część się zgadzała, nie był natomiast pewny co do stwierdzenia „ja też ich nie lubię”. Doskonale wiedział, jak jego żona świetnie się czuje, będąc w centrum uwagi na wszelkiego rodzaju spotkaniach biznesowych. Widział to nie raz, kiedy go zabierała na takie, na których

wypadało się pojawić z małżonkiem. Pasował tam zawsze jak pięść do nosa. On, z tym swoim niepoważnym zajęciem. Dzisiaj wręcz nalegał, aby ją odwiezć. Mogli spędzić razem przynajmniej parę minut więcej przed dwudniową rozłąką. Agata stwierdziła, że wezmie taksówkę, przecież i tak firma za nią płaci, a on nie będzie musiał się tłuc w korkach na lotnisko i z powrotem do centrum, jeśli na serio planuje to kino. Na serio planował, więc mogli pojechać razem. Szybki buziak na do widzenia, „nie ma sensu, abyś płacił za parking” i tyle ją widział. „Przepraszam, wiesz, jaka jestem przed wyjazdami. Wynagrodzę Ci, jak wrócę. Kocham Cię” – odczytał, stojąc w korku na ?wirki i Wigury. Odnosił wrażenie, że ich życie toczy się od wynagradzania do wynagradzania. Jakby cały czas musieli coś sobie rekompensować. „Ja Ciebie też” – odpisał. Na to czekała. A może nie? Może już dawno nie. Szedł powoli alejkami galerii. Kino mieściło się na najwyższym piętrze. Spędził ponad pół godziny w Empiku, oglądając najpierw książki, a pózniej filmy i muzykę, gdzie kupił pierwszą płytę Metalliki Kill’em All. Jego stary egzemplarz zabrał jego syn, Michał, to znaczy pożyczył, jak zresztą wiele innych. Łukasz sukcesywnie uzupełniał braki wynikające z tych „wypożyczeń”, kiedy oczywiście się orientował, że czegoś nie ma. Teraz zmierzał do Media Marktu, żeby obejrzeć dokładnie to samo: filmy i muzykę. Może tutaj też znajdzie jakąś perełkę na wyprzedaży. Pózniej pójdzie coś zjeść i jakoś czas do filmu zleci. Nagle kątem oka zobaczył znajomą sylwetkę. Co prawda stała do niego tyłem, ale nie mógł się mylić. To była Sonia. Oglądała ubrania w sklepie, który właśnie mijał. W pierwszym odruchu chciał wejść i się przywitać. Zatrzymał się w pół

kroku. Daj spokój dziewczynie, pewnie jest z kimś, a ty się będziesz narzucał ze swoim towarzystwem – przeszło mu przez głowę. Ostatni raz widzieli się prawie miesiąc temu na koncercie Hey, a wcześniej w „Stodole”. W ciągu tych dwóch spotkań, zwłaszcza podczas tego drugiego, wymienili między sobą więcej słów niż przez piętnaście lat, odkąd się poznali. Daj spokój, wyjdziesz na jakiegoś stalkera, zaśmiał się w myślach. Już miał zawrócić i odejść, kiedy Sonia podniosła wzrok i ich oczy się spotkały. Twarz dziewczyny rozjaśnił uśmiech. Łukasz uśmiechnął się nieporadnie, jakby został złapany na gorącym uczynku. Pomachała do niego i skierowała się do wyjścia. Po chwili już stała przed nim. – Cześć. – Cześć. – Czy to tylko moje wrażenie, czy kiedy cię zobaczyłam, chciałeś właśnie odejść bez przywitania? – spytała, robiąc grozną minę. Łukasz uśmiechnął się. – Nic ci nie umknie, przyłapałaś mnie. – Nie ma się z czego śmiać, powinnam się obrazić. – Foch znaczy się? – Foch! – parsknęła śmiechem, ale szybko z powrotem przybrała poważną minę. – Nie myśl, że żartami wszystko załatwisz. – Czy mogę ci to jakoś wynagrodzić? – spytał, udając skruszonego. – Czekam na propozycje.

– Może zaproszę cię na kawę? – Może tak zrób. – To zapraszam – uśmiechnął się. – Na początek może być. – Tym razem Sonia nie hamowała uśmiechu. – Strasznie grozna jesteś – stwierdził. – Nie jestem grozna, tylko zastanawiam się, czym sobie zasłużyłam, abyś na mój widok przechodził na drugą stronę ulicy. – Pomyślałem, że pewnie z kimś jesteś, i nie chciałem się narzucać. – Przywitanie to nie narzucanie się, a poza tym byliśmy razem na koncercie. Kiedy to było? Miesiąc temu, a ty zachowujesz się, jakby nic się nie stało. Nie dzwonisz, nie piszesz. Łukasz popatrzył na nią zaskoczony. Sonia wybuchnęła śmiechem. – Wygłupiam się! ?ałuj, że nie widzisz swojej miny. – Masz mnie – odezwał się po chwili. Energia Soni była porażająca. – Normalnie nie mam problemu z ripostą, ale teraz mnie zatkało. – To co z tą kawą? – A nie miałaś zamiaru czegoś kupić? – spytał, wskazując ruchem głowy na sklep, z którego przed chwilą wyszła. – Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz – roześmiała się. – Tylko oglądałam, nic pilnego. – To zapraszam w takim razie.

Wjechali na najwyższe piętro galerii, gdzie oprócz kina mieściło się kilkanaście różnego rodzaju punktów gastronomicznych. Do wyboru, do koloru. Podeszli do jednego, który specjalizował się w serwowaniu różnych rodzajów kawy. Po odebraniu zamówienia usiedli przy dwuosobowym stoliku usytuowanym przy barierce. Z góry mieli widok na sklepy, schody ruchome i ludzi przemierzających niższe piętra. – Co tutaj robisz? Oczywiście poza obserwowaniem mnie, jak robię zakupy – spytała wesoło Sonia. – Stalking jest tak zajmujący, że absorbuje mnie w pełni – odpowiedział. – Chyba nie jesteś w tym za dobry, szybko cię zobaczyłam. – Uczę się. A tak serio, to przyjechałem do kina. – A na jaki film się wybierasz? Idziesz sam? – Tak się jakoś złożyło. – Łukasz zamyślił się przez chwilę. – Agata wyleciała dzisiaj służbowo do Paryża. Pomyślałem, że pójdę do kina. Zresztą ona i tak nie lubi takich filmów. – Jakich? – O superbohaterach. Ani science fiction, horrorów, fantasy i pewnie coś by się jeszcze znalazło. Chodzę więc sam, zazwyczaj kiedy wyjeżdża. Co wcale nie jest takie rzadkie. Przepraszam, pytałaś, na co idę. Czasami daję zbyt wyczerpujące odpowiedzi. Sonia popatrzyła na niego uważnie. – Daj spokój, mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie, mam alergię na jednosylabowe odpowiedzi. Jak pewnie zdążyłeś zauważyć, do introwertyków nie należę. Wierzę

w potęgę komunikacji… albo przynajmniej w chęć – uśmiechnęła się. – Teraz ja dałam wykład. – Mnie to też nie przeszkadza – odpowiedział – tylko żebyśmy dali sobie dojść do głosu. – Na razie nie było z tym problemu, prawda? Więc co to za film? – Logan. Wolverine, jeden z X-men… – Pozwól, że ci przerwę, zanim zaczniesz swój wywód, ale wiem, kto to jest Logan. Mało tego, oglądałam już ten film i najsmutniejsze jest to, że na końcu… – Przestań! Sonia ponownie wybuchnęła śmiechem. – Ładnie tak się nabijać ze starszych? – powiedział wesoło. Dziewczyna spochmurniała. – Co mówiłam ostatnio? Może ty nie pamiętasz naszego ostatniego spotkania, ale ja doskonale pamiętam, co ustaliliśmy. – Okej, pamiętam, zastosuję się. Ale mam dziwne przeczucie, że znowu mnie wkręcasz. Jej twarz ponownie rozjaśnił uśmiech. – Tylko trochę, mówiłam poważnie. Wracając do X-menów, który jest twoim ulubionym? Wolverine? – Nie wiem, czy mam ulubionego, uwielbiam Magneto, jego… – Łukasz zawahał się, szukając odpowiedniego słowa. – Bezkompromisowość – podpowiedziała Sonia. – To, że nie bierze jeńców. Wiem, że droga, którą obrał profesor Xavier, jest tą właściwą, ale kiedy czasami rozejrzysz się dookoła i zobaczysz tę głośną, pleniącą się nienawiść, to… to… aż by

się chciało, aby pojawił się Magneto i zrobił porządek. W końcu on też nienawidził faszyzmu. – Dokładnie. Jesteś bardzo radykalna – uśmiechnął się Łukasz. – Tylko wtedy, kiedy ktoś uzurpuje sobie prawo do mówienia innym, jak mają żyć. – Czyżbym wyczuwał osobistą nutę? – Dobrze wyczuwasz – uśmiechnęła się smutno – ale nie chcę o tym teraz rozmawiać. – Nie chciałem być wścibski. – Nie jesteś. Po prostu jest bardzo miło i nie chcę teraz poruszać tej kwestii, z naciskiem na „teraz”. – Jeśli kiedyś będziesz potrzebowała pogadać, to jestem do dyspozycji. Nie, żebyś nie miała z kim, ale na przykład gdyby wszyscy wyjechali – roześmiał się nieporadnie. – Ty nie wyjedziesz? – Nigdzie się nie wybieram, chyba że na jakiś koncert. – Ale sam? – Sam. Dlatego czuję pewne pokrewieństwo z Loganem. Też jestem samotnikiem. Oczywiście innego rodzaju. Po części z wyboru, po części wbrew sobie. – To znaczy? – Nie jestem dobry w kontaktach międzyludzkich, gadkach szmatkach i tak dalej. Dlatego lubię moją pracę, ponieważ sprowadza się do bardzo ograniczonego kontaktu i wyłącznie z ludzmi, których lubię. – Musiałeś ich najpierw poznać.

– Owszem. I innych po prostu już nie potrzebuję. Nie jestem specjalnie towarzyski – uśmiechnął się przepraszająco. – Serio? Jakoś tego nie zauważyłam. – Bo z tobą nie rozmawiam o takich pierdołach jak pogoda, tylko na poważne tematy, jak X-meni – roześmiał się. – Całe szczęście, że mamy takie poważne tematy, bo strasznie byś się teraz męczył. – Kamień z serca. – A co z tym „wbrew sobie”? Sam mówiłeś, że nic mi nie umknie – dodała, widząc jego zaskoczenie. Łukasz westchnął. – Miało być o Loganie. – No przecież jest – uśmiechnęła się. – No właśnie. Moim zdaniem Logan nie lubi samotności i niby nie jest sam, ale jednocześnie jest. Samotność dla niego to nie jest coś normalnego. – To dlaczego tego nie zmieni? – Po pierwsze, to nie jest łatwe znalezć kogoś, z kim się nie jest samotnym, a po drugie, musisz pamiętać, że to jest staruszek Logan! – Jesteś niereformowalny! – Przecież mówimy o Loganie! – uśmiechnął się szeroko. – A skoro oglądałaś film, to doskonale wiesz, że młodzieniaszkiem już nie jest. – Okej, udało ci się. – A co ty tutaj robisz tak w ogóle? Tylko zakupy?

– Tak. Pózniej jestem umówiona z Kaśką, poznałeś ją w „Stodole”. – Pamiętam. – Za ile masz film? Łukasz spojrzał na zegarek. – Za piętnaście minut. – Powoli będziesz się zbierał. – Powoli, blisko jest. Jak ci się podobał film? Bez spoilerów oczywiście. – Bardzo. Mnie się generalnie filmy podobają, chyba że faktycznie trafi się szmira, ale zazwyczaj staram się znalezć jakiś pozytyw. To jest w końcu rozrywka. – Wiesz, niektórzy spełniają się, szukając dziury w całym. – To szczerze współczuję. Marnować czas, pieniądze i energię, żeby sobie ponarzekać. – Cóż, dla niektórych to sens egzystencji. – Na pewno nie dla mnie. Łukasz uśmiechnął się szeroko. – I to rozumiem, z kimś takim można cieszyć się kinem. Dla mnie na przykład gatunek nie ma znaczenia. Oczywiście, jedne lubię bardziej, inne mniej, ale kino musi mnie porwać, wzbudzić we mnie emocje, dostarczyć mi rozrywki. Z pewnością nie szukam dziury w całym. – To jest nas dwoje. Tych, co lubią się cieszyć kinem – roześmiała się. – Myślę, że jest nas więcej. – Na pewno, tylko rzadko się ich spotyka na swojej drodze.

– Czyli mieliśmy farta! – Czas na ciebie, bo się spóznisz. Wstali od stolika. – Dziękuję za kawę, miło się rozmawiało. – Sonia uśmiechnęła się. – Mnie również. Do następnego razu! – Chciałeś powiedzieć: do następnego przypadkowego spotkania. – Na to możesz śmiało postawić w ciemno – odpowiedział Łukasz, uśmiechając się szeroko.

***

Sonia popatrzyła za odchodzącym w stronę kina Łukaszem. Rozmowa z tym dużo starszym mężczyzną zawsze wprowadzała ją w dobry nastrój. Zawsze, czyli dwa razy, jeśli liczyć dokładnie, uśmiechnęła się do siebie w duchu. Kiedy z nim rozmawiała, nie czuła różnicy wieku, nie czuła się jak uczennica rozmawiająca z profesorem. Czuła się sobą, czuła się tak, jakby mogła podzielić się wszystkim. Czuła się swobodnie. Czuła się dobrze. Dzwięk telefonu przerwał jej rozmyślania. – Cześć, Sonia – usłyszała głos Kaśki. – Cześć, gdzie jesteś? – Właśnie wychodzę z domu, będę za pół godziny. Przepraszam, po prostu ze wszystkim się dzisiaj spózniam.

– Wiesz co, to już nie przyjeżdżaj. Spotkamy się jutro, co ty na to? – Ale ty już jesteś na miejscu. – Wiem, ale pochodziłam po sklepach i szczerze mówiąc, jestem zmęczona. Przełóżmy to na jutro. – Jesteś pewna? Przepraszam. – Kasia była wyraznie skruszona. – Nie przejmuj się. Jutro zadzwonię. Sonia rozłączyła się, nie czekając na odpowiedz przyjaciółki. Spojrzała na zegarek w telefonie. Miała dokładnie pięć minut. Chwilę pózniej weszła na salę i rozejrzała się w poszukiwaniu znajomej sylwetki. Jest. Wspięła się po schodach do właściwego rzędu i powoli zbliżyła się do niego. – To miejsce jest wolne? – spytała. Łukasz podniósł głowę, a twarz rozjaśnił mu uśmiech. – Już teraz nie. To nie jest przypadek. – Trochę jest. powiedziałabym.

Szczęśliwy

zbieg

okoliczności,

– A koleżanka? – Nie wyrobiła się. – To rzeczywiście szczęśliwy zbieg okoliczności. Dla mnie, bo ty przecież widziałaś ten film. – Ja też nie lubię oglądać w pojedynkę, więc pomyślałam, że zapewnię ci towarzystwo. – Bardzo miło z twojej strony. Zaczyna się. – Cisza, tak?

– Następne słowa po filmie – uśmiechnął się. – Oczywiście, nie inaczej.

WEEKEND MAJOWY, DOM, 30 KWIETNIA 2017 R.

Oh just one more, And I’ll walk away, All the everything you win Turns to nothing today. So just one more, Just one more go, Inspire in me the desire in me To never go home The Cure, Homesick

Siedzieli na tarasie domu Marka i Moniki, swoich przyjaciół i sąsiadów od ponad piętnastu lat. Poznali się, kiedy Łukasz i Agata kupili swoją działkę razem z domem w stanie surowym. Nabyli go dosyć okazyjnie, właściciele właśnie się rozwodzili i zależało im na sprzedaży. Nie chcieli wozić się ze sprzedażą zbyt długo. Kiedy sfinalizowali transakcję, ich

sąsiedzi już od około pół roku mieszkali w swoim świeżo wykończonym domu. Łukasz i Agata za pieniądze z kredytu dosyć szybko wykończyli dom i po sześciu miesiącach mogli się wprowadzić. Oczywiście wnętrze wymagało jeszcze drobnych wykończeń, ale to, co najważniejsze, już było. Co prawda Agata chciała się jeszcze wstrzymać. Dla niej wszystko musiało być tip-top, tak aby można było zaprosić gości. Łukasz twierdził, że mogą to zrobić już teraz, w końcu nie ma nic złego w tym, że nie wszystko skończone. „Chyba masz na myśli swoich znajomych” – usłyszał. „Pewnie dlatego, że nie są tacy ą i ę” odpowiedział. To był początek jednej z wielu wymian zdań, nawet nie kłótni, a po prostu złośliwości, którymi się od czasu do czasu przerzucali. Byli wtedy pięć lat po ślubie i złudzenia co do tego, że to była słuszna decyzja, powoli ich opuszczały. Dom miał być nowym startem i w pewnym sensie był. Choć nie do końca tego, czego oczekiwali. Marek i Monika byli menadżerami w korporacjach, on w amerykańskiej, ona we francuskiej. Łukasz nie potrafiłby powiedzieć, czym dokładnie się zajmowali, wiedział tylko, że on pracuje w finansach, a ona w szeroko rozumianej obsłudze klienta. Na stanowiskach menadżerskich – ten fakt musiał być dla nich dosyć ważny, gdyż raz na jakiś czas wspominali o nim mimochodem w rozmowach, mimo że o pracy specjalnie nie rozmawiali. Warto dodać, że Monika była menadżerem z widokami na stanowisko dyrektorskie. Raz już pełniła obowiązki dyrektora podczas jego dłuższej nieobecności. Wtedy wyprawili z tego powodu przyjęcie. No, może nie oficjalnie z tego powodu. Oficjalnie chcieli tylko zobaczyć dawno niewidzianych znajomych. Jednakże biorąc pod uwagę częstotliwość, z jaką Monika informowała

wszystkich o swoim nowym stanowisku (a to, że było czasowe, wygodnie pomijała), na domu równie dobrze mógłby wisieć transparent. Monika z Agatą dogadywały się doskonale i nawet jeśli to, iż ta druga zajmowała stanowisko dyrektora finansowego w dużej firmie ubezpieczeniowej, w jakikolwiek sposób uwierało tę pierwszą, Monika doskonale to ukrywała. Marek ukończył polonistykę na UW i jako wielki miłośnik literatury marzył o pracy, która pozwoliłaby mu wykorzystać całą zdobytą wiedzę. Kiedy kończył studia w połowie lat dziewięćdziesiątych, jak wielu mu podobnych załapał się na pracę, która może nie była zgodna z jego wykształceniem, ale była. Korporacje z całego świata chętnie zatrudniały młodych i skorych do pracy, wychodząc z założenia, że wszystkiego się nauczą w trakcie. Nie tak jak teraz, kiedy najlepiej jest mieć dwadzieścia lat, skończone studia i dziesięć lat doświadczenia. Marek zahaczył się w finansach i powoli od młodszego księgowego doszedł do stanowiska menadżera jednego z działów pionu finansowego. Wyżej niż on byli już tylko główny księgowy i dyrektor finansowy, stanowiska obsadzone ludzmi, którzy po pierwsze, nigdzie się nie wybierali, a po drugie, Marek tak wysoko nie mierzył. Pewnie gdyby nie parcie ze strony żony, do tej pory byłby starszym księgowym i orał swoją działkę. W ogóle gdyby nie Monika, może robiłby coś innego, ale jak to ładnie któregoś dnia skonstatowała: „książki to ty sobie możesz czytać po pracy”. Stwierdzenie to kończyło jakiekolwiek dalsze dyskusje na temat ewentualnej innej ścieżki kariery jej męża. Łukasz z kolei, podobnie jak Agata, skończył ekonomię na SGH, ale po dwóch latach pracy w banku i po roku w firmie ubezpieczeniowej, w której notabene poznał Agatę, powiedział „dość”. Było to o tyle proste, że już pracując jako

bankowiec, pisał i wysyłał, pisał i wysyłał, głównie faksem, ale jego teksty dotarły wreszcie do kogoś, komu się spodobały, i jakoś poszło. Pamiętał, jak jego przyszła żona wspierała go, aby robił to, co lubi. Pózniej zastanawiał się często, co się z tą kobietą stało, gdzie zniknęła. Czy naprawdę kiedykolwiek istniała, czy istniało tylko jego wyobrażenie o niej? Pnąc się po szczeblach kariery, Agata zdała sobie sprawę, że może zbyt pochopnie wspierała Łukasza w drodze do realizacji marzeń zawodowych. A początek był taki obiecujący: absolwent bankowości, inteligentny, dowcipny, mógłby tak wiele osiągnąć. Niestety jego ambicje leżały gdzie indziej, jeśli o jakichś ambicjach można mówić. Gdyby chociaż był tak posłuszny jak Marek. Czy naprawdę byś tego chciała? – Agata nie raz zadawała sobie to pytanie w myślach. Łukasz przynajmniej miał dość charakteru, aby pójść swoją drogą, a że nie była to do końca droga, którą ona by dla niego wybrała, cóż… nie można mieć wszystkiego. Zawsze była przekonana, że dlatego tak dobrze dogadywały się z Moniką: jej sąsiadka może nie zajmowała takiego stanowiska jak ona, ale przynajmniej w jej mniemaniu Marek coś znaczył, w przeciwieństwie do Łukasza. – Jak tam w pracy? – spytała Monika. – U mnie? – roześmiał się Łukasz, a Marek pozwolił sobie na delikatny uśmiech. – Jestem przekonana, że mógłbyś nas uraczyć bardzo ciekawymi opowieściami, ale pytałam twoją żonę. Wyraz twarzy gospodyni nie zmienił się nawet na sekundę. Monika była poważna i opanowana. – Cóż, co zrobić, może następnym razem. – Łukasz uśmiechał się szeroko.

– Przestań. – Agata spojrzała wymownie na męża. – Znasz go – zwróciła się do Moniki – nigdy nie jest poważny. Monika uśmiechnęła się. – Wiem, twój mąż już tak ma. – Jak mogę być poważny, skoro mam taką niepoważną pracę? Marek jest za to poważny za nas obu. – Jakby mi ktoś kij wsadził nie powiem gdzie, zamknął na kłódkę i wyrzucił klucz – gospodarz postanowił pozwolić sobie na żart. – Nie wiem, jak ci to powiedzieć, stary… – Łukasz zaczął się śmiać. – To wydarzyło się naprawdę! – Marek zawtórował przyjacielowi. – A więc jestem zołzą, w porządku – powiedziała poważnie Monika. – Spisz dzisiaj w salonie – oświadczył z udawaną surowością Łukasz. Teraz już wszyscy łącznie z Moniką wybuchnęli śmiechem. Marek położył rękę na dłoni swojej żony. – Ty po prostu o mnie dbasz. – Oczywiście, tylko to mieliśmy na myśli – dodał Łukasz. – Dobra, dobra, już ja wiem, co mieliście na myśli – odparła Monika z uśmiechem. – ?e jesteś kochającą żoną, która się o mnie troszczy. – Marek spojrzał na nią z czułością. – Dobrze, przyjmuję tę wersję. To co u ciebie? – Monika ponownie zwróciła się do przyjaciółki.

– Przez ponad dwa tygodnie nigdzie nie wyjeżdżałam, co samo w sobie jest już bonusem – powiedziała Agata. – Myślałem, że to lubisz. – Łukasz ponownie się uśmiechnął. – Nie za często. I nie lubię ciebie zostawiać samego, jeśli chciałbyś wiedzieć. – Agata spojrzała poważnie na męża. – Czego to się można dowiedzieć po tylu latach małżeństwa… – Naprawdę? – Przecież żartuję! Nie ma to jak miły wieczór z mężem. – O ile ten mąż nie jest właśnie na jakimś koncercie. – Nic nie stoi na przeszkodzie, abyś była tam z nim. A poza tym jak często chodzę na te koncerty? Raz, góra dwa w miesiącu. – Wiesz, że nie lubię takiej rozrywki. – Agata uśmiechnęła się delikatnie. – Wiem, i dlatego chodzę na nie rzadko, biorąc pod uwagę, że jest to w pewnym sensie część mojej pracy. Ale też przyjemność i miło by było ją z tobą dzielić. Nieważne zresztą. – Ty też nie lubisz moich spotkań służbowych. Monika i Marek wymienili spojrzenia. – Naprawdę porównujesz obcowanie ze sztuką na żywo do poklepywania się po plecach przez nadętych dupków? – Łukasz nie mógł się powstrzymać. – Po pierwsze, to są moi koledzy, a po drugie, gdybyś choć raz się wysilił i ich posłuchał, to może by się okazało, że mają

coś ciekawego do powiedzenia. Swiat się nie kończy na muzyce. – Może byłby lepszym miejscem, gdyby tak było. – Czas, proszę o czas! – Monika poczuła, że musi zainterweniować. – Spokojnie, wszystko jest w porządku. – Łukasz uśmiechnął się słabo. – My tylko rozmawiamy – odpowiedziała Agata z równie słabym uśmiechem. – Prawda, kochanie? Łukasz skinął głową. – W tym przypadku trzymam stronę Agaty – odezwała się ponownie Monika. – Spotkanie ludzi biznesu to zawsze ciekawe doświadczenie, a koncert, no cóż… Ciasno, głośno, spoceni ludzie. Trudno mi sobie to wyobrazić jako miłe spędzanie czasu. – A moja kochana mama wie to wszystko skąd? Siedzący przy stole odwrócili głowy w stronę drzwi prowadzących na taras. Stała w nich Sonia, córka Moniki i Marka. – Dzień dobry, cześć – odezwała się Sonia. – To skąd wiesz to wszystko o koncertach, mamo? – Jestem w stanie to sobie wyobrazić. Pewne rzeczy się po prostu wie. – Monika nie wydawała się zbita z tropu. – Oczywiście. Dobrze, że są tacy ludzie, co lepiej… – Sonia uśmiechnęła się szeroko.

wiedzą

Marek wstał, by przytulić i pocałować córkę. Następnie Sonia przytuliła mamę i skinęła głową na powitanie Agacie i Łukaszowi.

– Co sprowadza do nas panią mecenas? – spytała Monika, kładąc akcent na ostatnim słowie. Sonia niemal niezauważalnie skrzywiła się na dzwięk tego słowa. – Jak rozwija się kariera mojej córeczki? – dorzucił Marek. – Jeśli masz na myśli karierę w przerzucaniu papierów, to chyba dobrze, ostatnio przerzucam ich coraz więcej. Łukasz roześmiał się, ale gdy napotkał piorunujący wzrok Moniki, dyplomatycznie zasłonił dłonią usta. – Chyba się nie doceniasz. Tak pewnie większość młodych zaczyna, a ty w końcu pracujesz w jednej z najlepszych kancelarii. „Malinowski, Kunze i partnerzy”. – Monika popatrzyła z dumą po zebranych. – I jestem ci za to ogromnie wdzięczna. Na szczęście Monika nie wyczuła ironii córki. – Jeśli mam się pochwalić sukcesem zawodowym, to dwa dni temu miałam okazję nieść teczkę z dokumentami za zastępcą zastępcy zastępcy partnera. Wpisałam to sobie do osobistych sukcesów. Tym razem Łukasz nie mógł już powstrzymać śmiechu. Na twarzach pozostałych również zagościły uśmiechy, od szerokiego u Agaty poprzez delikatny u Marka do lekko wymuszonego u Moniki. – Zero powagi. Czasami zastanawiam się, czyją ty jesteś córką. – Myślę, że Marka, tylko on dobrze ukrywa to, co Sonia nosi jak odzież wierzchnią – rzucił Łukasz wesoło. – A to zle? – Sonia spojrzała na niego.

– Skąd! Przeczytałem gdzieś takie zdanie, które bardzo mi się spodobało: „Ironia i sarkazm pozwalają mi znosić głupotę innych”. – Podpisuję się pod tym rękami i nogami. – Myślę, że jako pani mecenas przyda ci się jednak trochę tej wyśmiewanej przez ciebie powagi. – Monika popatrzyła na córkę. – Z tą panią mecenas to się jeszcze zobaczy – powiedziała Sonia pod nosem. – Słyszałam to. Myślałam, że nie będziemy już wracać do tego tematu – wysyczała Monika lodowatym tonem. – Na pewno nie dzisiaj. – Córka odwróciła się na pięcie. – Wezmę sobie coś do picia z kuchni. Dziewczyna zniknęła w głębi domu. Agata z Łukaszem popatrzyli na siebie, następnie skierowali wzrok na gospodarzy. Marek siedział ze zrezygnowaną miną człowieka, który na rzeczony temat usłyszał już zdecydowanie za dużo. Monika przez chwilę patrzyła na miejsce, w którym przed chwilą stało jej dziecko. Następnie spojrzała się na swoich gości z uśmiechem, który miał ich przekonać, że wszystko jest w porządku. Przez chwilę siedzieli w ciszy. W końcu gospodyni postanowiła ją przerwać. – Nie przejmujcie się, nic się nie stało. Moja kochana córeczka wymyśliła sobie, że może wyrzucić na śmietnik studia prawnicze. Ot tak, po prostu, i ruszyć na poszukiwanie siebie. – Nie ruszyć, tylko spróbować czegoś innego – cicho odezwał się Marek.

– Jeśli będę chciała usłyszeć twoje zdanie, to o nie poproszę. – Spiorunowała męża wzrokiem. – Nieważne zresztą – uśmiechnęła się. – ?adnego szukania nie będzie. Jak sytuacja ze zwolnieniami u was? Bo u mnie w firmie trochę było, a to podobno jeszcze nie koniec – jak gdyby nigdy nic zwróciła się do Agaty. – Przyniosę sobie piwo, dobrze? – spytał Łukasz, zanim jeszcze jego żona zdążyła się odezwać. – Przepraszam, nie zauważyłem, że ci się skończyło. – Marek drgnął na swoim fotelu. – Nie ma sprawy, siedz. Chętnie rozprostuję nogi. Jest w lodówce, tak? – Tak, częstuj się śmiało. Łukasz zostawił resztę towarzystwa pogrążoną w dyskusji na temat bieżących bolączek pracy w korporacji. Przy oknie w kuchni stała Sonia i patrzyła na taras, na którym jej rodzice podejmowali gości. W ręku trzymała kieliszek wina. – Cześć – powiedział, wchodząc do środka. – Cześć – odpowiedziała, uśmiechając się niewyraznie. Łukasz podszedł do lodówki, wyjął z niej butelkę piwa, otworzył ją i upił łyk. – Spięcie? – spytał. – To przed chwilą? Leciutkie. Nawet nie wiem, czy podpada pod tę kategorię. – Nie chcę myśleć, jak wygląda poważne – uśmiechnął się delikatnie. – Wierz mi na słowo, nie chcesz. – Posłała mu blady uśmiech.

Przez chwilę stali i patrzyli przez okno na pozostałą trójkę zatopioną w rozmowie. – Właściwie nie wiem, po co tu przyjechałam – odezwała się Sonia, przerywając ciszę. – Justyna i Kaśka wyjechały z chłopakami nad morze. Chciały, abym się z nimi zabrała, ale jakoś nie miałam ochoty. Czułabym się jak piąte koło u wozu, nie byłam specjalnie przekonana. A teraz oczywiście żałuję, że jednak się nie wybrałam. – A myślałaś w ten sposób pół godziny temu? Sonia zastanowiła się przez chwilę. – Nie, nie myślałam. – No widzisz. Nie pozwól, żeby jakaś pierdoła popsuła ci weekend. – Może masz rację, tylko że to nie jest pierdoła. A może jest, tylko że ja o tym nie wiem. – Może zacznij od początku – powiedział zachęcająco. – Dzięki, bardzo chętnie z tobą o tym porozmawiam, ale boję się, że nie mamy tyle czasu. – Sonia wskazała głową w kierunku swojej matki, która raz po raz zerkała w stronę wejścia do domu. – Wiem, że to twoja mama, ale czy nie odnosisz wrażenia, że wygląda jak wąż wypatrujący ofiary? Sonia roześmiała się. – Pytanie brzmi: które z nas jest ofiarą, ja czy ty? – Wierz mi, nie jestem na szczycie listy jej ulubieńców. – Nie z taką pracą i brakiem powagi. Mam nadzieję, że cię nie obraziłam.

Sonia popatrzyła na niego uważnie, zastanawiając się, czy się nie zagalopowała. Łukasz szybko rozwiał jej wątpliwości, wybuchając śmiechem. – Co ty, przestań. Właściwie to trafiłaś w sedno. Równie dobrze mógłbym być bezrobotnym na utrzymaniu mojej żony. – Chyba się tym nie przejmujesz? – spytała. – Ja? – Spojrzał na nią zdziwiony. – Nie. Myślę, że istotniejsze jest to, czym ty się przejmujesz. Sonia popatrzyła w zniecierpliwioną Monikę.

milczeniu

na

coraz

bardziej

– Nie wiem, w czym jest problem, ale powiem tak: jesteś dość dorosła, aby nikt ci nie mówił, jak ma wyglądać twoje życie. Jeśli ktoś chce, może ci doradzić, i warto takich rad posłuchać, jeśli pochodzą od ludzi, którzy ci dobrze życzą. – Takich jak ty? – Popatrzyła na niego uważnie. – Takich jak ja, między innymi, ale pamiętaj, że to są tylko opinie. ?ycie jest twoje, wybory są twoje. Jesteś bardzo inteligentną dziewczyną, dasz sobie radę. – Skąd wiesz, że jestem bardzo inteligentną dziewczyną? – uśmiechnęła się. – Jak to skąd? Lubisz Skunk Anansie, lubisz Hey, lubisz kino superbohaterskie i potrafisz na te tematy interesująco rozmawiać – uśmiechnął się szeroko. – Naśmiewasz się ze mnie. – Skąd. A to pewnie kropla w morzu, to są tylko rzeczy, o których wiem. Masz ironiczne poczucie humoru, które ja osobiście bardzo cenię. Wystarczy na razie. – Na razie. Udało ci się.

– Co mi się udało? – Poprawić mi nastrój. – Cieszę się, ale to nie do końca moja zasługa. – Hm, ciekawe… – Popatrzyła na niego z delikatnym uśmiechem. – Ja tylko nazwałem pewne rzeczy, o których powinnaś zawsze pamiętać, a w szczególności w sytuacjach, kiedy ktoś próbuje w jakikolwiek sposób zakwestionować twoją integralność. Sonia wybuchnęła śmiechem. – Zakwestionować moją integralność – powtórzyła. – Zapamiętam to sobie. – Tak zrób. Po prostu nigdy nie zapominaj, kim jesteś, to wszystko. – Okej, tak zrobię, a… Sonia zawahała się przez chwilę. – Tak? Mów szybko, bo chyba czas się kończy. – Łukasz wskazał palcem na wstającą od stołu Monikę. – A kiedy o tym zapomnę, to mogę liczyć na to, że mi przypomnisz? – spytała niepewnie. – Oczywiście, jeśli tylko będziesz tego potrzebować. – Dasz mi swój numer, tak na wszelki wypadek? – Zapisz sobie. Łukasz podyktował numer Soni, a ta wbiła go do swojej komórki. Następnie puściła sygnał na jego telefon. – To żebyś wiedział, że to ja i że pewnie czeka cię jakieś przynudzanie – uśmiechnęła się.

– Ustawię sobie specjalny dzwonek ostrzegawczy. Roześmiali się oboje. – Co tu tak wesoło? – Monika weszła do kuchni i obrzuciła ich czujnym wzrokiem. – Sprowadzam twoją córkę na złą drogę – odparł Łukasz, wychodząc. – Bardzo śmieszne – usłyszał za plecami.

***

Łukasz usiadł na sofie w salonie i włączył telewizor. Przed chwilą wrócili od sąsiadów. Po wypiciu paru drinków pani domu w końcu się rozluzniła i do żadnych spięć między nią a jej córką już nie doszło. Położył nogi na stoliku, który stał obok sofy, i zaczął przerzucać kanały. – Wiesz, o co chodziło z Sonią? – spytał żony, która właśnie usiadła na fotelu obok. – Nie do końca. Monika była dosyć tajemnicza, rzuciła kilka uwag w stylu „zmarnować studia”, „zmarnować życie”, „zmarnować potencjał”, ale w szczegóły nie weszła. – Rozumiem, że osobą, która miałaby to wszystko zmarnować, jest jej córka. – Tak, myślę, że zdecydowanie tak. A ty się niczego nie dowiedziałeś po tym, jak zginąłeś na godzinę w kuchni.

Agata odwróciła wzrok od telewizora i popatrzyła uważnie na męża. – W kuchni byłem parę minut – odpowiedział rozbawiony – i nie, niczego się nie dowiedziałem. Nie rozmawialiśmy o jej problemach z matką. – To o czym rozmawialiście? Monika mówiła, że byliście strasznie rozbawieni, kiedy weszła. – Właśnie o niej rozmawialiśmy, znaczy się o Monice. Trochę sobie z niej żartowaliśmy. Ewidentnie coś tam jest na rzeczy, ale Sonia nie zdradziła szczegółów, a ja nie dopytywałem. Z ich krótkiej wymiany zdań wynikało, że perspektywa bycia prawnikiem nie do końca Soni odpowiada, a to z całą pewnością nie cieszy Moniki. – Łukasz uśmiechnął się pod nosem. – To nie jest zabawne. – Pewnie nie dla Soni, bo musi użerać się z matką, która już dawno zaplanowała jej całe życie. – A teraz plany się sypią. – Przecież nie rzuciła pracy, prawda? – Łukasz popatrzył pytająco na żonę. – Nie, ale rozstała się z chłopakiem, narzeczonym czy kimkolwiek on dla niej był. Sześć lat razem albo coś koło tego. – Dawno się rozstali? – Jakieś pół roku, może ciut więcej. Monika była załamana chyba bardziej niż Sonia. – Niech zgadnę, chłopak miał dobre rokowania na przyszłość. Prawnik, tak?

– I do tego ambitny, pierwszy na roku, tak przynajmniej mówiła Monika. Na pewno czołówka. – To dlaczego sama się za niego nie wzięła? – Łukasz roześmiał się. – Przestań! – Agata uśmiechnęła się szeroko. – Może nie dałby sobą tak pomiatać jak Marek, ale jaka nobilitacja! – Jesteś niesprawiedliwy. – Ty to mówisz poważnie? – On jest po prostu cichy, więc ona dla równowagi jest głośniejsza. – Może nie byłby taki cichy, gdyby dała mu dojść do głosu. Zresztą nieważne, nazywaj to, jak chcesz. Nie zmienia to faktu, że Marek dał sobie wejść na głowę i to jest najdelikatniejsze określenie, jakiego można użyć. – W przeciwieństwie do ciebie, prawda? Agata wyprostowała się na fotelu i popatrzyła uważnie na męża. – To znaczy? – Łukasz odwzajemnił spojrzenie. – Co dokładnie miałaś na myśli? – Ty nie dałeś sobie wejść na głowę. Robisz, co chcesz i kiedy chcesz. – Co ja niby takiego robię, kiedy chcę? Możesz wyrażać się jaśniej? Atmosfera zdecydowanie się zagęściła. Po wesołym nastroju, w którym wrócili do domu, nie było śladu. – Koncerty, kino i kto wie, co jeszcze.

– „Co jeszcze”? Ja pier… – Łukasz zmełł w ustach przekleństwo, zdjął nogi ze stolika i usiadł prosto. – Koncerty? Kino? Chodzę tam głównie po to, żeby coś ze sobą zrobić, kiedy ciebie wiecznie nie ma. – Nieprawda, na koncerty chodzisz zwykle, kiedy jestem, i wtedy mnie zostawiasz samą. – Przepraszam cię bardzo, to duże niedopatrzenie ze strony organizatorów, że nie biorą pod uwagę twojego grafiku. – Nie musisz ironizować. Takie są fakty – powiedziała lodowatym głosem Agata. – Fakty są takie, i już o tym rozmawialiśmy, że nic nie stoi na przeszkodzie, abyś poszła ze mną. – No właśnie, rozmawialiśmy i wiesz, że ich nie lubię. – To co według ciebie powinienem zrobić? Być jak Marek, który za każdym razem, kiedy go pytam, czy nie wybrałby się ze mną, wymyśla jakąś głupią wymówkę, bo przecież wiadomo, że Monika go nigdzie nie puści bez kontroli, a już ze mną w szczególności? – Nie mieszaj ich do tego. Tu nie chodzi o nich, tylko o nas. – Czego ty właściwie oczekujesz ode mnie? Agata popatrzyła na Łukasza chłodno. – Niczego od ciebie nie oczekuję. – To akurat wiem od bardzo dawna. Agata podniosła się z fotela i nie spojrzawszy na męża, skierowała się w stronę sypialni. – Mimo wszystko myślałem, że dzisiejszy wieczór będzie inny – powiedział w jej kierunku.

– Ja też miałam co do nas plany. – Zatrzymała się, ale nie odwróciła do niego. – I postanowiłaś je w ostatniej chwili zmienić. – Sugerujesz, że ja wywołałam to wszystko tylko po to, żebyśmy się nie poszli kochać? – Myślę, że „uprawiać seks” pasuje bardziej niż „kochać się” – powiedział cicho Łukasz. – I tak, myślę, że to właśnie zrobiłaś. Już trochę czasu jesteśmy razem. – Może za dużo – odparła, weszła do sypialni i zamknęła za sobą drzwi.

***

Sonia nie mogła usnąć. To był bardzo dziwny wieczór. Przyjechała do rodziców trochę wbrew sobie, ale prawda była taka, że wolała przyjechać na stare śmieci niż siedzieć sama w domu. Przez ostatnie siedem miesięcy i tak jej się to często zdarzało. Dziewczyny poświęcały jej sporo swojego czasu, ale przecież miały życie. To znaczy miały kogoś więcej niż tylko siebie nawzajem. Leżąc teraz w swoim starym łóżku, w swoim dawnym pokoju, była zadowolona, że to zrobiła. Poza tym spięciem na wejściu rodzice to jednak rodzice. Nie przyjaciele, nie koledzy, ale również nie wrogowie, po prostu rodzice. Co prawda matka próbowała jeszcze zagadać, kiedy Agata z Łukaszem opuścili ich dom, ale wypite drinki, a może po prostu zmęczenie, sprawiły, że machnęła ręką na pouczanie córki, jak ma żyć. Na razie, oczywiście.

Sonia popatrzyła przez okno na dom sąsiadów. Mimo bardzo póznej pory światło w salonie cały czas się świeciło. Czyżby jeszcze nie spali? A może to Łukasz siedział przed telewizorem albo, co chyba bardziej prawdopodobne, przysypiał? To niesamowite, jak dobrze czuła się w jego towarzystwie. Roztaczał wokół siebie taką aurę. „Starości” – usłyszała w głowie głos Justyny. Uśmiechnęła się do siebie. „Spokój” to było lepsze słowo, a z tą starością nie należało przesadzać. Fakt, że jeśli się na tym zastanawiała, to różnica wieku między nimi robiła wrażenie, ale po pierwsze, nie byli parą, aby zaprzątać sobie głowę takimi rzeczami, a po drugie, kto powiedział, że nie można świetnie się dogadywać mimo tego? „Parą”… A to dobre. Położyła się na łóżku i uśmiechnęła do siebie. Nie patrzyła w ten sposób na Łukasza. To był przyjaciel ojca, na miłość boską. I prawdopodobnie to właśnie sprawiało, że tak dobrze się przy nim czuła. Mężczyzna, a jednocześnie nie, ktoś w stylu przyjaciela geja z amerykańskich filmów. Nie było zagrożenia, spędzała czas w towarzystwie mężczyzny, ale jednocześnie tak go nie postrzegała, chyba. Zamyśliła się. Czy na pewno w żaden sposób z nim nie flirtowała? Dziewczyno, nie histeryzuj, nie wszystko musi mieć podtekst. Instynktownie czuła, że mogłaby mieć w Łukaszu przyjaciela. Czy takie przeczucie było dziwne po raptem kilku przypadkowych rozmowach? Chyba nie. W końcu czasami od razu czujemy, że ktoś mógłby być naszym przyjacielem lub nie. Czy coś po przyjacielsku zaiskrzy, czy nie… Tak naprawdę te wszystkie rozważania nie byłyby potrzebne, gdyby nie był od niej tyle starszy, o posiadaniu żony nie wspominając.

Sonia zamknęła oczy. Wspomnienia dzisiejszego grilla odsunęły jej myśli od wydarzeń, które czekały ją w najbliższych miesiącach. Kiedy tylko czuła, że jest przekonana do tego, co zamierza zrobić, ogarniały ją wątpliwości. Może matka miała rację, może powinna pójść wybraną przez nią drogą. To jest twoje życie, powiedziała do siebie. Twoje.

***

Łukasz wszedł po cichu do sypialni i delikatnie usiadł na łóżku. Agata leżała tyłem do niego. – Spisz? – spytał szeptem. – Nie – usłyszał cichą odpowiedz. – Przepraszam – powiedział, kładąc dłoń na jej ramieniu. Agata odwróciła się powoli i popatrzyła na męża. – To ja przepraszam. Wiem, że moje pretensje są bezpodstawne… – Ja też powiedziałem rzeczy, których nie powinienem był mówić. – Pozwól mi skończyć. Czasami wydaje mi się, że za dużo czasu spędzamy oddzielnie, i zdaję sobie sprawę, że to moja wina. – Przestań. Masz pracę, którą lubisz i w której się realizujesz. To wszystko.

– Nie jestem pewna, czy o to w życiu chodzi. To za dużo nas kosztuje. – Jest, jak jest. – To mało pocieszające stwierdzenie. – Nie wiem, co mam ci powiedzieć. – Łukasz popatrzył Agacie prosto w oczy. – Czy wolałbym, abyśmy więcej robili razem? Oczywiście, ale o tym już od dawna nie myślę. Różnimy się od siebie, a przeciwieństwa podobno się przyciągają. – Podobno – powtórzyła cicho. – Nie tego oczekiwałeś, kiedy się ze mną wiązałeś. – Myślę, że to ja zawiodłem twoje oczekiwania. – Teraz ty przestań gadać głupoty. – Posłuchaj mnie uważnie. Doskonale zdaję sobie sprawę, jak ważna jest dla ciebie praca, i to jest w porządku. Jesteś dzięki niej szczęśliwa i ja za nic w świecie nie chciałbym ci tego odebrać. Chciałbym natomiast również móc sprawić, abyś była szczęśliwa, dzięki mnie, dzięki nam. ?ebyśmy mieli życie, nasze, nawet jeśli to miałby być tylko skrawek całości. – Przecież dajesz mi szczęście. Przecież szczęśliwi – powiedziała bez przekonania.

jesteśmy

– Naprawdę? Agata zamknęła oczy i przez chwilę leżała w ciszy. – Czy to jest kara? – spytała w końcu. – Co jest karą? – To, że nie jesteśmy w stanie wrócić do tego, jak było na początku. Może nie powinniśmy być razem, może nie powinniśmy byli budować szczęścia na nieszczęściu.

– To był mój wybór – powiedział Łukasz ledwo słyszalnym szeptem. – Nie żałujesz go? – To było osiemnaście lat temu. Nie myślę o tym. Bardziej interesuje mnie „my”. – Myślisz, że możemy… – zawiesiła głos. – To zależy tylko od nas – odpowiedział, starając się z całych sił, aby jego głos brzmiał przekonująco. – Chodz, przytul mnie. – Agata przyciągnęła męża do siebie. Łukasz położył się obok żony i objął ją. Czy potrafimy? – Agata zadała sobie w myślach pytanie. Czy kiedykolwiek potrafiliśmy? – pomyślał jej mąż.

GALERIA HANDLOWA, 14 CZERWCA 2017 R.

Beautiful moments are all these moments When my heart skips a beat All these moments when I know That someone loves me Basia Kieres, Moments

Łukasz siedział na najwyższym piętrze galerii handlowej i patrzył z góry na przechodzących niżej ludzi. Ruch był dosyć duży, w końcu była to środa poprzedzająca długi weekend związany z przypadającą na następny dzień uroczystością Bożego Ciała. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, w tej chwili siedziałby już w samochodzie jadącym nad morze. Agata strasznie naciskała na ten wspólny wyjazd. Jej zdaniem spędzenie kilku dni gdzieś na odludziu, tylko we dwoje, było krokiem do naprawy, a może raczej poprawy ich relacji, do powrotu dawnej bliskości. Tylko jak dawnej? Tej sprzed

prawie dwudziestu lat? Jak można być ze sobą tyle lat i stopniowo krok po kroku się oddalać? W każdym razie musieli przełożyć wyjazd na wczesny czwartkowy poranek. Kolejny raz praca jego żony stanęła im na drodze. Nie był to jakiś specjalny problem, ale Agata czuła się winna. Łukasz nigdy nie robił jej wymówek. Praca dawała jej radość i jego zdaniem szkopuł nie tkwił w samej pracy ani nawet nie w proporcjach między pracą a domem, a bardziej w tym, jak wyglądało ich życie, kiedy byli razem. Nieważne zresztą. Jutro wyjadą i mają duże szanse na spędzenie miło czasu. To jeszcze potrafili. Łukasz rozejrzał się dookoła. Wypadałoby coś zamówić, a nie tak siedzieć na pusto. Fakt, iż ludzie często korzystali z tych stolików, aby sobie po prostu odpocząć, niespecjalnie go tłumaczył. Kiedy siadasz przy stoliku w pobliżu jakiegokolwiek punktu gastronomicznego, to wypadałoby coś zamówić. W innym razie zabierasz miejsce komuś, kto chciałby to zrobić. – Szukasz kogoś? – usłyszał nagle. – Właśnie wypatrywałem ciebie. I pomyślałem, że powinienem coś zamówić – odpowiedział z uśmiechem. – To ja pójdę – powiedziała. – Ja zamówię – zaprotestował. – Teraz moja kolej – uśmiechnęła się. – To samo, co ostatnio? – Jeśli pamiętasz. – Oczywiście, zaraz wracam. Nie minęło kilka minut, a siedzieli naprzeciw siebie, pijąc kawę i jedząc przyniesione przez Sonię ciastka.

– Nie pamiętam, żebym ostatnio zamawiał jakieś ciastka – powiedział z uśmiechem. – Po pierwsze, to ja prosiłam o spotkanie, a po drugie, ostatni raz widzieliśmy się półtora miesiąca temu. Chciałam to jakoś uczcić. – W takim razie bardzo dziękuję. – Nie ma za co, to ja dziękuję, że zechciałeś się ze mną spotkać. Nie zaburzyłam żadnych twoich planów? Kiedy poprzedniego dnia Sonia zadzwoniła do Łukasza, wraz z Agatą planowali jeszcze wyjazd w środę po południu, więc odmówił. Dopiero kiedy dzisiaj w ciągu dnia okazało się, że muszą go przełożyć na czwartkowy poranek, Łukasz zadzwonił do Soni, że spotkanie jednak może się odbyć. – Nie, skąd. Plany się trochę zmieniły i nagle się okazało, że popołudnie mam wolne. Czy coś się stało? – Właściwie to nie. – Na twarzy dziewczyny wyraznie było widać zakłopotanie. – Teraz, jak tak siedzimy, to wręcz mi jest głupio. – Myślę, że niepotrzebnie – powiedział spokojnie Łukasz. – Przez telefon brzmiałaś poważnie. – Głupio mi, że chcę zawracać ci głowę moimi pierdołami. – Pozwól mi ocenić, czy to są pierdoły. Oczywiście z przyjemnością tak sobie z tobą posiedzę przy kawie i ciastku, tylko jeśli jest coś, co cię gnębi, to chętnie w miarę możliwości ci pomogę. Zapadła cisza. Sonia patrzyła na Łukasza, jakby ważyła słowa i zastanawiała się, od czego zacząć, o ile w ogóle. Łukasz popatrzył na nią zachęcająco, nie odzywając się.

– Sprawa wygląda tak – odezwała się po dłuższej chwili. – Nie bardzo mam z kim o tym porozmawiać. Niby są Justyna i Kaśka, ale każda mówi co innego. – A rodzice? – Kocham ich i oni kochają mnie, ale rozmowy od serca nigdy nie były mocną stroną naszej rodziny. Wszystko z grubsza sprowadzało się do poleceń wydawanych przez matkę, przy niemrawych protestach ojca, jeśli takie w ogóle się pojawiały. Zresztą ja dokładnie wiem, co ona by mi powiedziała w tej konkretnej sytuacji. Sonia wciągnęła powietrze. Sama myśl o rozmowie z matką sprawiała, że przestawała się czuć komfortowo. Popatrzyła na Łukasza z prośbą w oczach. – Posłuchaj mnie, Soniu. Czuję się zaszczycony, że to akurat do mnie zwracasz się o poradę. Nie wiem, czy będę mógł ci pomóc, ale postaram się. Po wypowiedzeniu tych słów uśmiechnął się delikatnie, a Sonia poczuła spokój. Gdzieś głęboko czuła, że może się z nim podzielić wszystkim. Odwróciła wzrok i popatrzyła w dół, na ludzi przemieszczających się w różne strony. Po chwili podniosła wzrok na Łukasza i zaczęła mówić: – Ponad osiem miesięcy temu rozstałam się z moim chłopakiem, Szymonem. Byliśmy razem od trzeciej klasy liceum, siedem lat. Poszliśmy razem na prawo. Byliśmy właściwie sobie przeznaczeni. Zakochałam się, po raz pierwszy w życiu, tak na poważnie. Tak mi się w każdym razie wtedy wydawało. Sonia upiła łyk kawy. Starała się mówić szybko i pewnie, ale widać było, że te zwierzenia nie przychodzą jej łatwo.

– Byliśmy zakochani, chcę tak myśleć. Chociaż teraz, kiedy wypowiadam te słowa, już wcale nie jestem tego taka pewna. – Musiało coś być. Coś, co was ku sobie pchnęło. – Wiesz, jak to jest w liceum. Tu kogoś poznasz i od słowa do słowa nagle może się okazać, że ze sobą chodzicie. Szymon był, to znaczy jest inteligentny, ma poczucie humoru. Nie, wróć – roześmiała się. – Poczucie humoru to raczej miał. Teraz to nawet nie wiem, co mnie kiedyś bawiło. – Kiedy jesteśmy zakochani albo kiedy nam się wydaje, że jesteśmy, wiele rzeczy postrzegamy przez różowe okulary, a pózniej, gdy się okazuje, że to nie jest miłość, te okulary spadają i następuje twarde zderzenie z rzeczywistością. – Mówisz, jakbyś to znał z autopsji. – Sonia spojrzała na niego z zaciekawieniem. – To taka luzna uwaga – odparł, choć nie zabrzmiało to przekonująco. – Zresztą rozmawiamy tutaj o tobie – uśmiechnął się ponownie. – Racja. Z drugiej strony ta „luzna uwaga” była bardzo trafna. Na samym początku imponowało mi, że był taki poukładany. Wiedział, kim chce być, co chce osiągnąć. Ja nie wiedziałam, szłam jak ta owca prowadzona przez matkę. Jej ambicje stały się moimi. On z kolei miał wszystko zaplanowane. – A to nadawało bezpieczeństwa.

kierunek,

zapewniało

poczucie

– Dokładnie – uśmiechnęła się. – Dokładnie. Tylko po pewnym czasie, po takiej pierwszej euforii, zdałam sobie sprawę… Sonia zawiesiła głos i popatrzyła wymownie na Łukasza.

– Tak? – spytał. – Wydawało mi się, że chcesz coś dodać. – Pewnie, ale ja nie mogę wkładać ci słów do ust. To by było jak mówienie ci, co masz myśleć albo czuć. – Bardzo profesjonalnie – roześmiała się. – Tak na to nie patrzyłem, ale może masz rację. – No to kończąc moją myśl, niesugerowaną, własną, integralną… Łukasz wybuchnął śmiechem. – Pewnie sobie zasłużyłem, ale to nie zmienia faktu, że mam rację. – Nie zmienia. Zdałam sobie sprawę, że to chyba nie jest miłość. Nie taka, jaką sobie wyobrażałam. Oczywiście myślałam: co ja tam wiem, ekscytacja i motyle w brzuchu nie mogą trwać wiecznie. Zresztą patrząc na moich rodziców, szczerze wątpię, aby to kiedykolwiek mogło się wydarzyć. Z czasem, zwłaszcza pod koniec studiów, dotarło do mnie, że ja też jestem częścią jego planu. Nie miłością, nie partnerką, tylko jakby elementem idealnego obrazka pana mecenasa. Oczywiście z matką od razu przypadli sobie do gustu, nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego. Kiedy się rozstawaliśmy… kiedy ja z nim zrywałam, kiedy mu to wszystko powiedziałam, był tak zaskoczony, że nawet specjalnie nie zaprzeczał. Spytał, cytuję: „Dlaczego, przecież tak świetnie do siebie pasujemy?”. O tym, że do siebie nie pasujemy, było wiadomo od dłuższego czasu, ale on tego nie zauważył. Nie mówił „kocham cię” i tym podobne. Większą tragedię stanowiło zakłócenie planu, bo jak to tak, że narzeczona go zostawiła? Łukasz uniósł brwi w zdziwieniu.

– Nie byłam jego narzeczoną. Gdzieś tam kiedyś sobie żartowaliśmy z tego ze znajomymi, ale on najwyrazniej to również miał zaplanowane. – Może po prostu bardzo poważnie traktował wasz związek? Wydaje mi się, że jeśli myślisz o kimś w kategoriach małżeństwa, to jest to tak poważne, jak to tylko możliwe. – Rozumiem. Z tym że ja miałam być tylko elementem jego idealnego, zaplanowanego życia, w którym nie było miejsca na szaleństwo, na pasję, na miłość. – Ci ułożeni to zazwyczaj ci, na których można polegać. – A nie da się tego połączyć? – Da się. – Uważasz, że się czepiam? Albo za dużo wymagam? Łukasz już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, kiedy Sonia podniosła rękę i go powstrzymała. – Poczekaj chwilę. To wszystko to jest tylko wstęp – uśmiechnęła się. – On prowadzi do wydarzeń ostatniego weekendu. Szymon zadzwonił do mnie i poprosił o spotkanie. Ostatni raz rozmawialiśmy w grudniu, kiedy przypadkiem na siebie wpadliśmy. No więc spotkaliśmy się w niedzielę i on zaproponował, abyśmy spróbowali jeszcze raz, żebyśmy, jak to powiedział, „zaczęli od nowa”. I tym razem mówił wszystkie właściwe słowa. ?e mnie kocha, że nie zdawał sobie sprawy, jak ważna dla niego jestem, że brał wszystko za pewnik i zapomniał, że o miłość trzeba dbać. Powiedział również, że był myślącym tylko o sobie dupkiem, sztywniakiem, i wcale mi się nie dziwi, że z nim zerwałam, bo jak on patrzy na siebie, tamtego, to i tak dziwi się, że tyle z nim wytrzymałam. Poprosił o próbę, żebym sama się przekonała, że się zmienił. A, i najważniejsze: powiedział, że

jedna rzecz się nie zmieniła. W dalszym ciągu chciałby, abyśmy kiedyś byli małżeństwem, a jako powód podał to, że jestem miłością jego życia. Sonia odetchnęła i popatrzyła uważnie na Łukasza. – Wow. – Prawda, że wow? – Wiesz, po tym wszystkim, co usłyszałem na początku, to bardzo wow. To się nazywa zmiana, na lepsze oczywiście. – Tylko czy ona jest prawdziwa? – Sonia popatrzyła na niego z powątpiewaniem. – Oczywiście, to były tylko słowa. Przekonać się możesz tylko w jeden sposób. A sama zmiana wydaje mi się jak najbardziej prawdopodobna. Twoje odejście go otrzezwiło. Dokładnie tak jak powiedział, zdał sobie sprawę, co stracił, co zaprzepaścił. Popełnił błędy, może nie umiał inaczej i potrzebował przysłowiowego kopniaka w dupę. Nie oszukujmy się, był idiotą, że pozwolił takiej dziewczynie jak ty odejść. Sonia poczuła, że się czerwieni. Za wszelką cenę chciała to powstrzymać, ale więcej szans miałaby na zatrzymanie lawiny niż żaru, który nagle rozpalił całą jej twarz. Spojrzała w dół, na stolik, po czym z lekko niepewnym uśmiechem podniosła wzrok. – Strasznie tu gorąco – powiedział Łukasz, uśmiechając się delikatnie. – Prawda? Powiem szczerze, że jestem trochę w kropce. Wydawało mi się, że zamknęłam już ten rozdział, i wierz mi, to wszystko nie było łatwe. I teraz nagle to. Justyna mówi jedno, Kaśka drugie i z góry wiem, co by powiedziała matka.

– Ale domyślam się, że doskonale wiesz, że to wszystko, co mówią twoje koleżanki lub co by powiedziała twoja mama, nie ma żadnego znaczenia. – Wiem. – Skinęła głową. – Najważniejsze jest to, co czujesz, i właśnie za głosem serca powinnaś pójść. – Umilkł na chwilę. – To zakrawa na ironię, że właśnie ja mówię takie rzeczy – dodał ze smutkiem. – Dlaczego? – Popatrzyła na niego zaciekawiona. – Innym razem, dobrze? Tak czy siak, myślę, że w idealnym świecie to właśnie powinniśmy robić, niezależnie od tego, jak to brzmi. Powinniśmy iść za głosem serca. – Ale świat nie jest idealny. Może powinniśmy być bardziej pragmatyczni? Może nie powinniśmy liczyć na same fajerwerki, szampana i motyle w brzuchu? Może wystarczy, aby było dobrze? Łukasz spojrzał na nią uważnie. – Nawet na chwilę nie uwierzyłem, że mogłabyś być tak cyniczna i chciała się zadowolić czymś, co jest wystarczające. Tutaj chodzi o miłość, o uczucie, które definiuje życie. Oczywiście, że świat nie jest idealny, ale jeśli każdy człowiek będzie się poddawał, to świat nigdy nie będzie miał szansy takim się stać. Nikt nigdy nie powinien się zadowalać „wystarczającym”. Bo stanie się kimś takim jak ja. Ostatnie zdanie Łukasz wypowiedział bardzo cicho. – Co to znaczy? – spytała prawie szeptem. – Widzisz – jego twarz pozostawała nieruchoma, tylko oczy bardzo słabo się uśmiechały – ja jestem ostatnią osobą, która powinna dawać rady w sprawach sercowych, a to, że opowiadam o pójściu za głosem serca, zakrawa na ironię.

Jeden z moich ulubionych pisarzy, Dennis Lehane, w jednej ze swoich książek wysunął tezę, że niebo jest na ziemi i tylko od nas zależy, czy tego nie spieprzymy. Ja należę niestety do tej grupy, której to się nie udało. – Powiesz mi coś więcej? Wydajecie się tacy szczęśliwi – powiedziała delikatnie Sonia. – Właśnie, wydajemy się. Musisz zadać sobie pytanie, czy ty chcesz tylko „wydawać się”. Nagle Łukasz pokręcił głową i się uśmiechnął. – Wszystko sprowadza się do tego, co do niego czujesz. Coś przecież was połączyło i sprawiło, że dosyć długo byliście razem. – A jeśli ja mam wątpliwości? – Jeśli są wątpliwości, to z grubsza znaczy, że ich nie ma. Sonia roześmiała się. – I wszystko jasne – powiedziała. – Ja wiem, że to nie jest proste. Jeśli chcesz spróbować, to tak zrób, tylko nie rób tego wyłącznie z pragmatyzmu. To są wybory, które mogą mieć wpływ na całe twoje życie. – Umilkł. – Pewnie wiele ci nie pomogłem – dodał po chwili. – Pomogłeś. Porozmawiałeś ze mną, a tego dokładnie potrzebowałam. Wiem, że decyzję muszę podjąć sama. – Tak jak mówiłem wcześniej, nie jestem przekonany, czy jestem najbardziej kompetentną osobą do dawania rad w sprawie związków, chociaż z drugiej strony wiem co nieco o tym, jak nie powinny wyglądać. Sonia popatrzyła na Łukasza uważnie. – Chciałbyś o tym kiedyś porozmawiać?

Łukasz uśmiechnął się szeroko. – Jeśli oczywiście uznałbyś, że jestem odpowiednią osobą do takiej rozmowy – dodała zawstydzona. – Nie dlatego się uśmiechnąłem – pospieszył, aby ją uspokoić. – Po prostu zastanawiam się, czy to dobry pomysł, by zatruwać taki młody umysł. – I teraz nie traktujesz mnie poważnie. – Przepraszam. Czy kiedykolwiek odczułaś, że nie traktuję cię poważnie tylko dlatego, że jesteś odrobinkę młodsza? Sonia uśmiechnęła się. – Nigdy. Pewnie dlatego tak dobrze mi się z tobą rozmawia. – Wzajemnie. I jeśli poprawi ci to humor, to powiem, że jeśli kiedyś będę miał jakikolwiek problem do przegadania, to zwrócę się do ciebie. – Będę zaszczycona. A jeśli nie będzie jakiegoś problemu? – To tym bardziej. Z kim w końcu mam rozmawiać o najważniejszych sprawach w życiu człowieka, takich jak muzyka czy film? O książkach nawet nie wspominam – odparł z uśmiechem. – Tylko niech to nie trwa znowu półtora miesiąca. – Uroczyście przyrzekam. – Trzymam cię za słowo – powiedziała ze stanowczą miną, którą po chwili zastąpił szeroki uśmiech.

ASKING ALEXANDRIA, „PROXIMA”, 6 LIPCA 2017 R.

Even though I’m on my own, I know I’m not alone, Cause I know there’s someone, somewhere Asking Alexandria, Someone, Somewhere

Łukasz stał przed wejściem do klubu „Proxima”. Było wpół do siódmej, a drzwi otwarto pół godziny wcześniej. Mimo że kolejka do wejścia liczyła jeszcze około trzydziestu metrów, Łukasz nie zdecydował się w niej stanąć. Umówili się na wpół do siódmej. Kto będzie pierwszy, ten poczeka na drugą osobę. Wszystko zaczęło się trzy dni temu, w poniedziałek, kiedy Sonia niespodziewanie do niego zadzwoniła. – Halo? – powiedział, gdy odebrał. – Cześć, przepraszam, że przechodzę szybko do rzeczy, ale nie mam dużo czasu. Czy mówi ci coś zespół Asking Alexandria? – spytała. – Oczywiście, w czwartek grają w „Proximie”.

– Wybierasz się? – Niestety nie, koncert jest wyprzedany, a ja nie kupiłem odpowiednio wcześnie biletu. Nie wiedziałem, kiedy będziemy jechać na urlop, i tak się wstrzymywałem, aż zabrakło. Na chwilę zapadła między nimi cisza. – Co byś powiedział na wiadomość, że mogę mieć dwa bilety? – zapytała w końcu Sonia. – A co ja zrobię z drugim biletem? – odparł z udawaną powagą. – Głupek – roześmiała się. – Ładnie tak się odzywać do… – Wierz mi, nie chcesz kończyć tego zdania! – usłyszał jej zdecydowany ton. – Okej – roześmiał się. – Nie chciałbym ci podpaść. – ?ebyś wiedział. – No dobrze, ale ja wciąż nie wiem, co miałbym zrobić z drugim biletem. To znaczy mam pewien pomysł, ale może ty już wiesz, co z nim zrobisz. – To jest taki jakby pakiet. Dostajesz bilet, ale w zamian jest prośba o zaopiekowanie się młodą i myślę, że inteligentną i atrakcyjną dziewczyną, która na takim koncercie jeszcze nie była. A ty jaki miałeś pomysł? – Mniej więcej taki sam, tylko dziewczyna, o której myślałem, jest jeszcze skromna. Sonia wybuchnęła śmiechem. – Skromna, owszem. To chyba było słychać.

– Oczywiście, że było, i oczywiście z wielką przyjemnością przyjmuję ofertę. Poza tym oczywiście zapłacę za swój bilet. – Nie ma mowy, to ja zapraszam. – Przestań. – Kiedyś mi się zrewanżujesz, okej? – No dobra – odparł Łukasz po krótkim namyśle. – Skąd w ogóle masz te bilety? – Znajomy znajomej z pracy miał na zbyciu. Nagle plany mu się zmieniły czy coś w tym stylu, nie wchodziłam w szczegóły. Przepraszam cię, ale muszę kończyć, pogadamy w czwartek, dobrze? – Jasne. – Zadzwonię jeszcze, to umówimy się dokładnie. Pa – powiedziała i nie czekając na jego odpowiedz, rozłączyła się. To było w poniedziałek. Teraz był czwartek i Łukasz rozglądał się za znajomą sylwetką. – Cześć! – Sonia podeszła nagle od tyłu i kiedy odwrócił się w jej stronę, pocałowała go w policzek. Łukasz poczuł ciepło atakujące jego skórę. Uśmiechnął się szybko, chcąc ukryć lekkie zakłopotanie, które go ogarnęło. Doskonale wiedział, że w takim przywitaniu nie ma nic nadzwyczajnego, ale nie zdarzało się często, aby młode dziewczyny całowały go w policzek na przywitanie. Jeśli oczywiście pod „nieczęsto” rozumiemy „nigdy”. – Cześć! W sumie to już dzień może się dla mnie skończyć – powiedział. – Dlaczego? – Spojrzała na niego ze zdziwieniem. – Bo lepiej już nie będzie.

Sonia roześmiała się. – Nie doceniasz mnie! – Mrugnęła do niego znacząco, po czym ponownie wybuchnęła śmiechem. – Naprawdę chcesz sprawić, żebym się zarumienił – uśmiechnął się. – Myślałam, że już mi się to udało. – A ja myślałem, że to świetnie ukryłem. – Powiedzmy, że ja jestem tak spostrzegawcza, że nic się przede mną nie ukryje. – To najlepsze wyjście. Chodz, staniemy w kolejce. Podeszli razem i stanęli na końcu. – A ty w ogóle znasz ten zespół? – spytał. – Alexandrię? – Tak. – Znam, od trzech dni – uśmiechnęła się. – Jak wyszła akcja z tymi biletami, to znalazłam ich na Youtubie. W pierwszej chwili ich muzyka wydała mi się trochę za ostra jak dla mnie, ale wysłuchałam jednej płyty i koncertu z bieżącej trasy, chyba z Belgii, i spodobało mi się. O tobie pomyślałam od razu, to znaczy w kontekście koncertu. – Auć! Nie musiałaś tego prostować – roześmiał się. – No rzeczywiście, nie pomyślałam – odpowiedziała ze śmiechem. – W każdym razie wysłuchałam tego koncertu po wielokroć w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin. Myślę, że nawet będę mogła to i owo zaśpiewać. Jakiś refren. – Niezle. Rozumiem, że ci się spodobało?

– Nawet bardzo. Nie spodziewałam się tego po pierwszych dzwiękach. Powoli zbliżyli się do drzwi wejściowych. Sonia wyjęła z torebki bilety i podała je do zeskanowania. Kiedy znalezli się w środku, szybko skierowali się w stronę sceny. Na sali było już całkiem sporo ludzi i dopchanie się pod scenę było właściwie niemożliwe. – Ciasno – stwierdziła Sonia, rozglądając się na boki. – To jeszcze nic – uśmiechnął się Łukasz. – Pierwszy support jeszcze nie zaczął grać. – Mówisz, że będzie ciaśniej? – A możesz się swobodnie okręcić? – Tak. – To znaczy, że jest luzno, i prawda jest taka, że w tym miejscu, w którym teraz stoimy, przez większość koncertu tak będzie. Szczerze mówiąc, nie mam doświadczenia, jak to jest stać daleko od sceny. Naszym celem jest być jak najbliżej. – Taki jest nasz cel? – spytała z lekkim niepokojem. – Chyba że nie chcesz? – Tam będzie ciasno? – Bardzo, ale będziemy cały czas w ruchu. Niczym się nie martw, cały czas będę przy tobie – powiedział spokojnym głosem. Sonia uśmiechnęła się. – Raz się żyje, w końcu po coś tutaj przyszłam. – I to rozumiem.

– Ale będziesz cały czas obok? – spytała, jakby się chciała upewnić, że nie zostanie nagle sama w tłumie napierających ze wszystkich stron ludzi. – Cały czas, obiecuję – uśmiechnął się delikatnie. – A jak właściwie zamierzamy się przebić przez ten tłum? – Spokojnie, poczekaj. Gdy wejdzie pierwszy zespół, pod sceną zacznie się ruch, ludzie pójdą w pogo. Nawet się nie spostrzeżesz i już będziemy bardzo blisko. Pózniej pozostanie tylko utrzymać pozycję. Na widok jej przerażonej miny roześmiał się szczerze. – Spokojnie – powtórzył. – Byłem już na paru ostrzejszych koncertach i żyję. Wierz mi, niełatwo mnie przesunąć. W tym momencie zgasło światło, a publiczność zareagowała głośnym aplauzem na muzyków, którzy pojawili się na scenie. – Cały czas? – spytała i ścisnęła jego dłoń. – Cały czas – uśmiechnął się i odpowiedział delikatnym uściskiem.

***

– Nie było tak strasznie – powiedziała Sonia, kiedy kilka godzin pózniej wyszli z klubu. – Oczywiście, że nie było. Przepraszam, że cię tak trzymałem czasami za ramiona, ale to był odruch chroniący. – Co ty, przestań. Gdybyś tego nie zrobił, to nie wiem, czybym się utrzymała na nogach. To ja dziękuję tobie –

uśmiechnęła się. – Jestem cały mokry – stwierdził. – Ja też – roześmiała się. Sonia podniosła rękę i powąchała swoją pachę. – Uff – powiedziała. – Nie ma to jak dobry antyperspirant. Niektórzy tam w środku takiego nie używali. Łukasz roześmiał się. – Tak niestety się zdarza, ale z mojego doświadczenia wiem, że to są raczej wyjątki. – Dobrze, że jest tak ciepło. – Podwiezć cię do domu? – spytał. – A spieszy ci się? – Dzisiaj nieszczególnie – odparł. – Agata wraca jutro, więc tak naprawdę jestem wolny. – I nie musisz się zrywać do pracy – bardziej stwierdziła, niż zapytała Sonia z lekką nutką zazdrości w głosie. – Na szczęście nie, a ty? – Wzięłam na jutro wolne. Wiedziałam, że po koncercie będę zmęczona, więc kiedy było już pewne, że idziemy, poprosiłam o dzień urlopu. Taki długi weekend na rozpoczęcie wakacji. – Jeśli jesteś zmęczona… – Zmęczona, żeby iść jutro do pracy, a nie, żeby nie móc kontynuować tego miłego wieczoru. Dwadzieścia minut pózniej siedzieli w małej restauracji usytuowanej w pasażu na tyłach Domów Towarowych WSJ. Pierwotny plan zakładał, że pójdą Chmielną w stronę Nowego

Swiatu, ale kiedy przez okno restauracji zobaczyli, że właśnie zwalnia się stolik, prędko zmienili plan. – Szybka decyzja – roześmiała się Sonia, kiedy zajęli miejsca. – To podstawa. Wiesz, że przetrwają nie najsilniejsi. – Tylko ci, co potrafią się dostosować. Tak, wiem. Szybka adaptacja. – Napijesz się czegoś? – spytał. – Lampkę czerwonego wina poproszę. – Masz dowód? Sonia roześmiała się. – Chcesz go wziąć ze sobą do baru? – spytała, udając, że sięga do torebki. – W razie czego wrócę – odpowiedział z uśmiechem. Po chwili przed nią stało czerwone wino, a przed nim butelka piwa bezalkoholowego. – Takie uroki mieszkania poza Warszawą – powiedział. – Zresztą po koncertach zawsze wracałem prosto do domu. Trudno, żebym sam chodził po knajpach. – Teraz masz mnie – roześmiała się. – Bezwzględnie – odpowiedział wesoło. – Jak ci się podobało? – Tak w ogóle to bardzo. Czad niewyobrażalny, ten pierwszy zespół grał chyba najostrzej. – Bohemian Grove. – Właśnie, ale strasznie podobał mi się ten drugi, The Word Alive, to było świetne. Wszystko było takie szalone. Kiedy na

początku ruszyliśmy tak gwałtownie do przodu, to nie wiedziałam za bardzo, co się dzieje. Ale generalnie super. Dzięki, że mnie zabrałeś. – To chyba ty zabrałaś mnie – uśmiechnął się. – Nie. Bez ciebie bym się tam nie wybrała, nie mówiąc nawet o wejściu w ten tłum. A dzięki tobie czułam się przez cały czas bezpiecznie i właśnie dzięki temu mogłam się tak doskonale bawić. I jeśli mogę sobie pozwolić na pewną śmiałość… Łukasz wybuchnął śmiechem tak głośnym, że ludzie siedzący przy sąsiednich stolikach obrócili głowy w ich stronę. Dobrą chwilę zajęło mu uspokojenie się. Sonia popatrzyła na niego z uśmiechem na twarzy. – Mogę wiedzieć, co cię tak rozbawiło? – To ostatnie zdanie: „czy mogę pozwolić sobie na śmiałość”. Czego jak czego, ale śmiałości na pewno ci nie brak. – Czy zrobiłam albo powiedziałam coś niestosownego? – spoważniała. – Skądże znowu – zaoponował. – Nic takiego. Jesteś po prostu pewną siebie dziewczyną. I to jest zaleta, ogromna. – Z tą pewnością siebie to bym tak nie szarżowała. – Oczywiście mogę mówić tylko o moich spostrzeżeniach, ale one takie są. Sonia popatrzyła na Łukasza uważnie, następnie spojrzała zamyślona w bok. Po dłuższej chwili ciszy, kiedy słychać było tylko szum rozmów dobiegających z innych stolików, odezwała się ściszonym głosem:

– Bo… może to ty sprawiasz, że czuję się pewnie, że nie mam poczucia takiej niepewności, że mogę powiedzieć coś niewłaściwego. Łukasz uśmiechnął się delikatnie. – Jeśli nawet tak jest, to oznacza tylko, że ta pewność siebie jest w tobie. Może rzeczywiście przy mnie czujesz się pewniej. Oczywiście cieszy mnie to, że moje towarzystwo nie jest dla ciebie ciężarem. Ale to wszystko jest w tobie. – To oznacza, że aby ćwiczyć moją pewność siebie, powinnam jak najwięcej przebywać w twoim towarzystwie! – Sonia roześmiała się. – Czy nieśmiała osoba powiedziałaby coś tak śmiałego? – zawtórował jej. – À propos tego, co chciałam wcześniej powiedzieć… o koncercie. Tak mi się podobało, że proszę o więcej. Jeśli miałbyś ochotę się ze mną wybrać. – Oczywiście, że tak, to dla mnie sama przyjemność. – Pewnie tak, zwłaszcza że nie możesz się rozluznić, tylko musisz cały czas na mnie uważać. – Wierz mi, że to wcale nie tak zle być z kimś, na kogo trzeba uważać. Zresztą przez wiele lat jezdziłem z Michałem. – Uśmiechnął się do tego wspomnienia. – On co prawda zawsze wyrywał się w największy tłum, ale że ja też to lubię, to miałem go cały czas na oku. – Michał to twój syn, ale nie Agaty, prawda? – Tak, mój. Łukasz spojrzał niewidzącym wzrokiem w przestrzeń gdzieś nad głową Soni.

– Przepraszam, nie chciałam być wścibska. – Nic się nie stało. – Skierował spojrzenie na jej twarz. – Tak patrzę na ciebie i myślę, że kiedy byłem w twoim wieku, miałem pięcioletniego syna i plan, by w ciągu roku wziąć ślub z kobietą, która nie była jego matką. – Nie byłeś wcześniej żonaty? – Nie. – Chyba jednak przepraszająco.

jestem

wścibska



powiedziała

– Skądże. Po prostu nie jestem pewien, czy taka starożytna historia może cię zainteresować. Sonia popatrzyła Łukaszowi prosto w oczy. – To twoja historia, więc jest oczywiste, że mnie interesuje. – I jakby zawstydziwszy się tych słów, szybko dodała: – Chodziło mi o to, że chciałabym myśleć o nas jak o przyjaciołach. – Bardzo mi to schlebia i byłby to dla mnie zaszczyt, gdybyś uważała mnie za przyjaciela. Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że już tak jest – uśmiechnął się. – Oczywiście, że jest. Ja czasami mam taką potrzebę nadania nazwy, chociaż w naszym przypadku wydaje się to niepotrzebne. Kurczę, ale się zakręciłam. – Wszystko jest jasne. Pytanie, czy nadal chcesz posłuchać mojej historii. – Jeśli to nie jest dla ciebie kłopotliwe. – Nie jest, chyba – odparł niepewnie, by po chwili ocknąć się i kontynuować: – To było tak dawno temu. Szkoda, że nie zamówiłem normalnego piwa – uśmiechnął się.

– Naprawdę nie musimy o tym rozmawiać, tak tylko spytałam. – A ja po prostu dawno nie wracałem myślami do przeszłości. Generalnie uważam, że to nie ma sensu. Oczywiście miłe wspomnienia są zawsze dobre, ale jeśli chodzi o błędy, to rozpamiętywanie ich niczemu nie służy. Lekcję warto wyciągnąć, ale to wszystko. – A ty popełniłeś błędy? Roześmiał się gorzko. – Kilka na pewno, ale odbiegamy od tematu. Łukasz popatrzył przez okno, na zewnątrz było już ciemno. Mimo póznej pory w pasażu kręciło się sporo osób. Początek lipca, ciepło, czwartek, dokąd mieli się spieszyć? I tak pewnie duża ich część to turyści. – Z Olą, mamą Michała, poznaliśmy się w liceum, w trzeciej klasie. Ja chodziłem do niego od początku, ona przeniosła się z innej szkoły, z Warszawy. Jej liceum w Warszawie miało co prawda większą renomę, ale nasze też dawało radę, a Ola miała dosyć dojazdów. Oboje mieszkaliśmy w tym samym mieście. Łukasz wziął łyk piwa i zwrócił wzrok na Sonię. – To była dla nas obojga pierwsza miłość i oczywiście byliśmy przekonani, że jedyna i na zawsze. Pewnie wszyscy tak mają. Skończyliśmy liceum i poszliśmy na studia, ja do SGH, a Ola… – Szkoła Główna Handlowa? – weszła mu w słowo. – Takie to dziwne? – uśmiechnął się. – Niby nie, ale teraz zajmujesz się pisaniem.

– Tak się złożyło, tak w pewnym momencie zdecydowałem. Nieważne, kiedyś ci opowiem. – Sonia kiwnęła głową na znak, że rozumie. – W każdym razie ja poszedłem na SGH, a Ola dostała się na medycynę. Snuliśmy plany dotyczące przyszłości, wszystko szło w dobrym kierunku. Wtedy zdarzyła nam się wpadka, to było na początku drugiego roku. Byliśmy oczywiście strasznie zaskoczeni. – Łukasz roześmiał się, widząc minę Soni. – Serio – kontynuował – naprawdę dbaliśmy o to, żeby nie musieć bać się ciąży, ale już bez wchodzenia w szczegóły nasze zabezpieczenia okazały się niewystarczające. – Nie wzięliście ślubu? – To powinien być naturalny krok, zwłaszcza że takowy planowaliśmy. Oczywiście po studiach i na własnych warunkach. Ola była dosyć stanowcza w tym temacie. Stwierdziła, że nie wezmiemy ślubu, bo musimy albo, co jeszcze gorsze, bo tak wypada. Powiedziała, że zrobimy tak, jak wcześniej planowaliśmy, po studiach. – A rodzice? Oni nie mieli nic do powiedzenia? Jak sobie pomyślę, jak zachowałaby się moja mama… – Sonia uśmiechnęła się z lekkim przerażeniem. – Moja też panikowała, że jak to tak żyć bez ślubu, ponieważ mieliśmy zamieszkać razem, ale nie bardzo miała cokolwiek do powiedzenia. Rodzice Oli zresztą też nie, tylko że w ich przypadku to nie stanowiło problemu. Kiedy teraz patrzę wstecz, to doskonale widzę, jak bardzo nie doceniałem, jak otwartymi ludzmi byli. Zgodzili się, abyśmy mieszkali u nich, dostaliśmy piętro, wszelką pomoc. Fakt, że byliśmy bez ślubu, wydawał im się nie przeszkadzać. Na wszystko przyjdzie czas, mówili. Praktycznie nas utrzymywali. To znaczy kiedy się okazało, że Ola jest w ciąży, zacząłem łapać

się różnych dorywczych prac, tak aby nie kolidowały ze studiami. Głównie sprzątałem w hotelach. Pracowałem u człowieka, który miał małą firmę sprzątającą i kontrakty w trzech hotelach, takich z górnej półki. Odkurzałem korytarze, praliśmy wykładziny, miałem naprawdę dobrze u niego, zwłaszcza że mogłem dostosować godziny pracy do planu wykładów. Mimo tego, że dobrze mi płacił jak na warunki w tamtych czasach, to gdybyśmy się mieli we trójkę z tego utrzymać, pewnie nie dalibyśmy rady. Rodzice Oli powtarzali na każdym kroku, że nie ma potrzeby, abym pracował, lepiej, żebym skupił się na nauce. Jej mama była lekarzem z prywatnym gabinetem, a ojciec tak zwanym badylarzem, prywatnym przedsiębiorcą. Miał masę szklarni z pomidorami i oczywiście wszystko zakontraktowane do odbioru przemysłowego. ?adnego stania na rynkach czy coś takiego. Biznesmen pełną gębą. Więc pieniądze faktycznie nie stanowiły problemu. Już znudzona? – uśmiechnął się. – Skąd! – Sonia pokręciła przecząco głową. – Wręcz przeciwnie. – Rodzice Oli często podkreślali, że dopóki będziemy studiować, o zaplecze finansowe nie musimy się martwić, ale myślę, że inaczej by na mnie patrzyli, gdybym nic nie robił, tylko wisiał na nich. Słowa słowami, ale to czyny się liczą. Ja zresztą też nie czułbym się z tym dobrze, gdybym tylko brał od nich pieniądze. Mieszkaliśmy w ich domu, kuchnia była wspólna, czyli w praktyce zaopatrywana przez nich, więc nasze pieniądze szły na Michała, no i na nas… Jakieś ubrania, tego typu rzeczy. Michał urodził się trzydziestego czerwca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego roku. Zdążyliśmy pozdawać wszystkie egzaminy, więc drugi rok studiów mieliśmy zamknięty. Dla Oli to było szczególne wyzwanie, na szczęście przez całą ciążę czuła się dobrze,

nawet poranne mdłości ją ominęły. Praktycznie nic nie straciła z zajęć. Plan był taki, aby po wakacjach wrócić normalnie na studia, zacząć trzeci rok. Może w miarę możliwości wybierać te ważniejsze zajęcia, ale na medycynie to nie jest takie łatwe. U mnie było prościej, tylko że jeszcze musiałem wcisnąć w grafik pracę. Nie było łatwo, ale daliśmy radę. Mieliśmy też pomoc od rodziców, i jej, i moich. Staraliśmy się z niej korzystać tylko w ostateczności. Mieliśmy takie założenie, właściwie to był Oli pomysł, a biorąc pod uwagę, jak mądry i dojrzały był, w przeciwieństwie do mnie, trudno mi było go nie przyjąć i za wszelką cenę wprowadzić. Generalnie chodziło o to, aby ograniczyć do minimum czas, kiedy nasz syn nie przebywał z którymś z nas. I to też nam się udało. Łukasz uśmiechnął się, ale Sonia odniosła wrażenie, że gdzieś spod tego uśmiechu wyzierał smutek, choć jej rozmówca starał się za wszelką cenę go ukryć. – Więc co się nie udało? – spytała cicho. – My się nie udaliśmy – odpowiedział Łukasz po dłuższej chwili – a może raczej nam się nie udało. A byliśmy naprawdę dobraną parą. Nie taką uzupełniającą się, byliśmy jakby duchowymi blizniakami. Lubiliśmy to samo, robiliśmy to samo w tym samym czasie. Pamiętam, jak w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym pierwszym roku Metallica grała w Chorzowie. Po kilku dniach od momentu, kiedy dowiedzieliśmy się o koncercie, siedzieliśmy sobie w domu u Oli i coś oglądaliśmy. Nagle Ola ni z tego, ni z owego nawet nie spytała, tylko bardziej stwierdziła: „Jedziemy”. Nie powiedziała dokąd, tylko rzuciła: „Jedziemy”. Dla mnie było jasne, o co chodzi, przecież parę dni wcześniej usłyszeliśmy ten news. Powiedziałem jedynie: „Muszę zakręcić się za biletami”, i wszystko, i koniec. Takich sytuacji było mnóstwo. Podczas rozmowy na jakiś temat wracaliśmy nagle, znienacka

do czegoś, o czym rozmawialiśmy kiedyś, i bez słowa wyjaśnienia od razu wiedzieliśmy, o co chodzi. Łukasz uśmiechnął się i popatrzył w przestrzeń. – Teraz pewnie zastanawiasz się, dlaczego się skończyło, skoro było tak dobrze. – Wyglądało to tak, jakbyście byli dla siebie stworzeni. – Pewnie byliśmy – powiedział to tak cicho, że Sonia ledwo usłyszała jego słowa. – Nie myślałem o tym od bardzo dawna. – Co się stało? – ?ycie się stało. Byliśmy bardzo młodzi, jeśli to oczywiście może być wytłumaczeniem czegokolwiek albo wymówką. Urodził się Michał i on był na pierwszym miejscu, co było w sumie oczywiste, na drugim były studia. Przede wszystkim Oli, i to też było oczywiste. Medycyna to bardzo trudne studia, a kiedy masz małe dziecko, to już w ogóle. Ekonomię można skończyć bez zbędnego wysiłku. Oczywiście nie byłem w czołówce, ale takich ambicji nigdy nie miałem. My jako para oczywiście też byliśmy ważni, ale pewne rzeczy braliśmy za pewnik. Nasza miłość była zbyt wielka, zbyt silna, aby cokolwiek mogło ją naruszyć. Zaczęliśmy się mijać, szkoła, moja praca. Pod koniec czwartego roku dostałem pracę w banku, ale grafik już nie był tak elastyczny. W dalszym ciągu rozumieliśmy się z Olą bez słów, tylko że coraz rzadziej mieliśmy okazję, aby się o tym przekonać, a kiedy już byliśmy razem, na pierwszym miejscu był Michał. Kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że nie wyznaczyliśmy granicy, nie wyodrębniliśmy choćby malutkiego poletka tylko dla nas. My jako para przestaliśmy istnieć. Byliśmy rodzicami, studentami, pracownikami, ale przestaliśmy być partnerami.

– Znam wiele takich par, są razem, ale obok. – Sonia uśmiechnęła się smutno. – To nie znaczy, że to jest w porządku. Nie o to nam chodziło. Nie tego dla siebie chcieliśmy. Po studiach Ola zaczęła staż, co było jeszcze bardziej tak czaso-, jak pracochłonne. Ja zamieniłem bank na firmę ubezpieczeniową i gdzieś po drodze nasza historia dobiegła końca. – Tak sama? – Sama nie. – Łukasz uśmiechnął się delikatnie. – My jej wydatnie pomogliśmy. Nie mieliśmy dla siebie czasu i każde z nas myślało, że to drugie zaniedbuje to pierwsze. Ola poznała na stażu kolegę, z którym nagle mogła dzielić swoją pasję, miłość do medycyny, a ja z kolei po przejściu do firmy ubezpieczeniowej poznałem Agatę. To też nam się udało – zaśmiał się gorzko – oboje poznaliśmy „tych drugich” mniej więcej w tym samym czasie. Łukasz ponownie upił piwa, tak jakby na chwilę chciał zatrzymać potok wspomnień, który nie do końca rozważnie uwolnił. Sonia siedziała w ciszy. Nie bardzo wiedziała, jak skomentować to, co usłyszała; to wszystko było dla niej nowością. Wiedziała od zawsze, że młodszy od niej syn przyjaciół rodziców był pasierbem cioci Agaty, ale nigdy nie słyszała kryjącej się za tym historii. – Jak widzisz, praktycznie wszystko nam wyszło, poza nami samymi. – Rodzice nic mi nie mówili. Łukasz popatrzył jej prosto w oczy. – Nikt nigdy o tym nie słyszał, chyba że bardzo skróconą wersję. „Młodzi mają dziecko, nic z tego nie wychodzi”, historia, jakich tysiące.

– A taka nie była. – Sonia bardziej stwierdziła, niż spytała. – Chcę myśleć, że nie, pewnie dlatego nigdy do niej nie wracałem. Ja to zaniedbałem, zresztą nieważne. Już kiedyś mówiłem, że powroty do przeszłości nie mają sensu. – A gdybyś mógł zmienić przeszłość? Ale nie mogę, pomyślał. – Jesteśmy wypadkową naszych decyzji i młody wiek nie ma tu nic do rzeczy. Decydujemy się na określone kroki i musimy z nimi żyć. Są decyzje i ich konsekwencje. I tak jak mówiłem, nie wracam do tego, to było dawno. Siedzieli przez chwilę w ciszy. Łukasz czuł, że przez całą tę historię miły i rozrywkowy wieczór zrobił się zbyt poważny. – Widzisz, gdybym mógł zmienić przeszłość, pewnie nie siedzielibyśmy sobie tutaj tak miło – uśmiechnął się szeroko. – To jest argument, zdecydowanie – odpowiedziała Sonia z uśmiechem, który jednak szybko zgasł. – Czy coś się stało? Powiedziałem coś nie tak? – spytał z troską w głosie. – Nie, po prostu dałeś mi do myślenia. – To znaczy? – Mam dwadzieścia sześć lat – umilkła, jakby ważyła słowa – za chwilę dwadzieścia siedem, i tak naprawdę nie wiem, gdzie się znajduję. Przez siedem lat byłam w związku, który do niczego nie prowadził i który tak naprawdę, nie mam najmniejszego pojęcia, na czym się opierał. – Właśnie, co z Szymonem? Widzieliście się? Powinienem spytać wcześniej, zamiast gadać tyle o sobie.

– Nie masz za co przepraszać. Po pierwsze, to ja się dopytywałam, a po drugie, wierz mi, nie ma nic ciekawego w odpowiedzi na twoje pytanie. – Spotkaliście się? – Tak, dwa razy. Raz poszliśmy coś zjeść, za drugim pojechaliśmy do Łazienek. Spacer, lody, takie tam. Moją intencją było zobaczyć, jak będzie, małe kroczki. Sprawdzić, czy da się wskrzesić to, co nas łączyło. – I jak? Bo po twoim wcześniejszym komentarzu mam wrażenie, że nie najlepiej. – Nie najlepiej to bardzo delikatne określenie. – Nie mogło być tak zle. Sonia pokręciła głową. – To nie chodzi o to, że było tak zle, bo nie było. Było całkiem miło i – Sonia zamknęła oczy i głęboko westchnęła – przerazliwie nudno. To jest najgorsze, kiedy musisz się wysilać, żeby mieć o czym rozmawiać. Przez większość czasu pozwalałam mu mówić o pracy, którą on najwyrazniej żyje. I w porządku, jeśli jest to również jego pasja, ale mnie to nie obchodzi, a w każdym razie nie tak, jak powinno, gdyby mi na nim zależało. Oczywiście powtórzył wszystkie właściwe rzeczy o nas, o naszym związku, jaki powinien być, ale kiedy mówił mi to prosto w twarz, brzmiało to jakoś nieszczerze. – Może byłaś już uprzedzona. – Może byłam, nie wiem. Może chciałam tak to słyszeć. Widzisz, te dwa spotkania uświadomiły mi jedną prawdę. Absolutnie nic nie łączy mnie z Szymonem. Nie mamy ze sobą nic wspólnego. I teraz nadchodzi prawdziwa bomba. Jeśli rzeczywiście tak jest, to oznacza, że zmarnowałam siedem lat. Przez ten cały czas myślałam, że tak wygląda uczucie łączące

ludzi. Nic dziwnego, że czasami zastanawiałam się, o co tyle hałasu z tą miłością – roześmiała się gorzko. Popatrzyła na pusty kieliszek. – Powinnam zamówić sobie całą butelkę. – Chcesz jeszcze jeden? – Chyba nie. – Zerknęła na zegarek. – Zaraz północ. Spojrzała na Łukasza pytająco. – To może jeszcze jeden, jeśli masz ochotę, a ja się uraczę kolejnym bezalkoholowym – uśmiechnął się do niej. – Chyba że chcesz się zbierać. – Na pewno nie zbierać, zwłaszcza że jutro mam wolne, więc jeśli tobie się nie spieszy… – To już ustaliliśmy, a ponadto postaw się w mojej sytuacji. Siedzę w towarzystwie pięknej, młodej dziewczyny, która… – Czyli mój wiek i domniemana uroda, z oceną której nie będę się spierać – weszła mu z uśmiechem w słowo – sprawiają, że siedzisz tutaj ze mną. – Przerwałaś, zanim skończyłem zdanie – powiedział, udając srogość. – Ależ bardzo przepraszam. – Uśmiech nie schodził jej z twarzy. – Ja myślę. W każdym razie całe zdanie miało brzmieć: Siedzę w towarzystwie pięknej, młodej dziewczyny, która przede wszystkim jest bardzo inteligentna i z którą doskonale mi się rozmawia. Tak doskonale, że nawet nie wiadomo, kiedy czas upływa. Czego więc tu nie lubić? Oczywiście żadnej Ameryki tutaj nie odkrywam, musisz takie rzeczy ciągle słyszeć.

– Jasne. Ciągle, a może pierwszy raz? Może ojciec coś kiedyś bąknął, a matka to tylko w kontekście „niezrealizowania w pełni mojego potencjału”. – Sonia pokręciła głową. – Ale jest zbyt miło, żeby wchodzić na temat moich rodziców. – Jeśli miałabyś ochotę o tym porozmawiać, to ja zawsze. – Wiem, ale nie dzisiaj. Zamówisz? – Owszem. Po chwili Łukasz siedział z powrotem naprzeciw Soni, a pomiędzy nimi stały kieliszek wina i szklanka piwa. – Barman powiedział, że to już ostatnie zamówienie. – Musimy się zbierać? – Nie sądzę. Skoro nam sprzedał, to liczy się z tym, że jeszcze posiedzimy. Łukasz rozejrzał się wokoło, może ze dwa stoliki były wolne. Przy pozostałych siedzieli goście, bawiąc się w najlepsze. – Kiedy poszedłeś do baru, to myślałam o tym, co powiedziałam wcześniej. To jest uczucie, którego nie potrafię się pozbyć. ?e naprawdę zmarnowałam ten czas i może gdzieś po drodze straciłam swoją szansę. Popatrzył na nią uważnie. – Mogę coś powiedzieć? – Smiało. –

Skąd ta myśl, że straciłaś jakąś szansę? Czy w międzyczasie pojawił się ktoś godny twojego zainteresowania?

– Nie, nieszczególnie, ale przez to, że byliśmy razem, nie zwracałam na nikogo innego uwagi. – Więc to nie jest tak, że poświęciłaś kogoś dla Szymona. Po prostu teraz, kiedy wiesz, że to nie było to, całkowicie niepotrzebnie się jeszcze dołujesz, i do tego najwyrazniej bezpodstawnie. – Ale… – Poczekaj, jeszcze jedno. To, że okazało się, że Szymon to nie jest „ta” osoba w twoim życiu, nie oznacza wcale, że zmarnowałaś te wszystkie lata. Jeśli spojrzysz na ten cały czas ze spokojem, bez niepotrzebnych emocji, dostrzeżesz to. To była twoja pierwsza miłość… – Może raczej zauroczenie. – Dobrze, niech będzie zauroczenie, zakochanie, to tylko semantyka. Ale było to pierwsze poważne uczucie i fakt, że nie skończyło się miłością na całe życie, nic mu nie ujmuje. Myślę, że pierwsze miłości, które stają się miłościami na zawsze, zdarzają się rzadko. Ludzie często tego pragną, ale tak niestety się nie dzieje. Właściwie możesz sobie pogratulować. – Pogratulować? – Popatrzyła na niego, jakby przybył z obcej planety. – Oczywiście – uśmiechnął się. – Możesz mi to wyjaśnić? – Mogłaś w tym związku tkwić, przecież nie było zle. Szanowaliście się nawzajem. – Wiesz, jak to brzmi? – spytała. – Wiem, ale wielu ludziom to wystarcza, przyzwyczajają się, jest im tak dobrze. Dopóki jest przyzwoicie, nazywają to miłością.

– Ale to nie jest miłość. – Według mnie nie jest, ale może definicja miłości zależy od definiującego. Może dziewczyna, która jako dziecko napatrzyła się, jak ojciec bije matkę, uważa, że jeśli jej mąż nie używa przemocy, to już jest miłość. Ale to skrajność, chciałbym tak myśleć. W każdym razie ty uznałaś, że to, co było między wami, to za mało, i podjęłaś śmiały krok, opuściłaś strefę komfortu. Powiedziałaś sobie: chcę od życia więcej, i poszłaś tą drogą. I właśnie tego możesz sobie pogratulować. Sonia popatrzyła przez okno na opustoszały pasaż. Po chwili na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. – Nie myślałam o tym w ten sposób. – Bo skupiałaś się na tym, co niby straciłaś. – A nie na tym, co zyskałam – dodała. – Dokładnie. Ty nie tylko zyskałaś, ty pokazałaś charakter, bo do takich decyzji charakter jest potrzebny. Podam ci taki przykład: koleżanka z redakcji jest szczęśliwą żoną swojej miłości z liceum, takiej prawdziwej, na całe życie. Trochę ich znam i mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że to, co ich łączy, jest godne pozazdroszczenia. Ta koleżanka ma również trójkę młodszego rodzeństwa, które nie wiedzieć czemu, może zapatrzone w siostrę, uznało, że też pożenią się ze swoimi pierwszymi miłościami. Powiem ci, że to jest jakaś masakra, antyteza związków, antyteza miłości. – Wszystkie trzy? – Każde na swój sposób. A ty nie chciałaś podążać tym przetartym przez tysiące par szlakiem. Brawo ty – roześmiał się. – Brawo ja! – odpowiedziała ze śmiechem.

Siedzieli przez moment w ciszy, popijając swoje trunki. – Dziękuję ci – odezwała się Sonia po krótkiej chwili. – To ja dziękuję, to w końcu ty zabrałaś mnie na koncert. – No nie wiem, ja miałam wrażenie, że było odwrotnie. Dziękuję również za rozmowę. To, co powiedziałeś, pozwoliło mi spojrzeć na wszystko z innej strony. – Pamiętaj, że ty jesteś najważniejsza i to jest twoje życie. Podążaj za uczuciami. A tak w ogóle to nie ma za co – uśmiechnął się. – Spróbuję. Chociaż nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek się zakocham. – Nawet nie będziesz wiedziała, kiedy na ciebie spadnie. – Znasz to z doświadczenia? – roześmiała się. Nie chcesz wiedzieć, co ja znam z doświadczenia, pomyślał. To wszystko, co przed chwilą powiedział do Soni, bezwzględnie było prawdziwe, ale czy on był odpowiednią osobą do wygłaszania tego typu mądrości? Jakie świadectwo sam dawał? To były rozważania na inny dzień. Zresztą i tak zbyt dobrze znał odpowiedzi na te pytania. – Sama zobaczysz – odpowiedział wymijająco.

HOTEL, MORZE SRÓDZIEMNE, 20 LIPCA 2017 R.

Can you hear the silence, Can you see the dark, Can you fix the broken, Can you feel my heart? Bring Me The Horizon, Can You Feel My Heart

Agata rozłożyła się wygodnie na leżaku, na tarasie domku usytuowanego przy plaży. Do morza było jakieś czterdzieści metrów. Domek miał sto pięćdziesiąt metrów kwadratowych i wyposażono go we wszystko, czego dusza zapragnie. Był jednym z dziesięciu domków należących do hotelu oddalonego o kilkaset metrów. Kiedy kompleks hotelowy z licznymi apartamentami, basenami i barami się kończył, zaczynały się domki, rozlokowane co dziesięć metrów. Jeśli komuś zależało na prywatności, mógł wynająć taki domek. Oczywiście kosztowało to ekstra, ale z drugiej strony, w końcu po coś człowiek pracował. Jakaś korzyść z tych wszystkich nieobecności w domu, pomyślała.

W pierwszej chwili, kiedy znalazła ofertę tego hotelu, pomyślała o jakimś apartamencie wewnątrz kompleksu. Były jeszcze bardziej ekskluzywne niż domki. Łukasz nalegał jednak na domek. Powiedział, że to, czego najbardziej im potrzeba, to intymność i zacisze, czas dla siebie. Nie mogła się z tym nie zgodzić. Jej praca i dodatkowe stanowisko w regionie wymagały od niej więcej wyjazdów, niż nawet ona sama by chciała. Lubiła swoją pracę, lubiła być w trasie, ale wszystko miało swoje granice. Kiedyś, dawno temu, w jakimś krytycznym momencie, kiedy właściwie wracała z jednego wyjazdu i szykowała się do następnego, Łukasz powiedział jej, że ludzie biorą ślub po to, aby być razem, przynajmniej on go po to wziął. Nie krzyczał, nie robił awantury, po prostu to stwierdził. To pozwoliło jej się nieco otrząsnąć po pierwszym zachłyśnięciu się nowymi obowiązkami, nowymi wyzwaniami. Spokój, z jakim to powiedział, był chyba najbardziej przerażający, tak jakby za chwilę miał się zmienić w rezygnację, w obojętność, a to byłoby chyba najgorsze. Nic takiego się nie stało, a ona ograniczyła swoje nieobecności w domu, na ile to było możliwe oczywiście, na jakiś czas przynajmniej. Łukasz wyszedł z wody i pomachał do żony. Uśmiechnęła się, podnosząc dłoń. Musiała przyznać, jej mąż stanowił przyjemny widok. Wysoki, metr osiemdziesiąt siedem. „W glanach przed koncertem to tyle mam”, zwykł sobie żartować. Do tego szczupły, umięśniony, bardzo krótko obcięte ciemne włosy. O sylwetkę dbał, odkąd pamiętała. Zanim zaczęli się spotykać, zawsze się śmiał, że robi tylko niezbędne minimum, żeby nie było wstydu przed potencjalną chętną na bliższe zapoznanie. To były żarty, a pózniej okazało się, że to ona stała się tą potencjalną chętną.

Określenie „pózniej się okazało” nie było chyba jednak najtrafniejsze. Prawda była taka, że „okazało się” w momencie, kiedy przekroczył próg ich działu, kiedy się odezwał po raz pierwszy tym swoim spokojnym głosem. Agata pracowała wtedy w firmie już trzeci rok. Karierę zawodową rozpoczęła podczas wakacji między czwartym a piątym rokiem studiów. Koleżanka powiedziała, że potrzebują ludzi na zlecenie. Poszły obie, po wakacjach została już tylko ona. Przez cały piąty rok pracowała na dochodzone, w miarę możliwości. Byli z niej zadowoleni i jak tylko się obroniła, zaoferowali jej umowę na stałe, nawet bez okresu próbnego, jak to wtedy było w zwyczaju. W końcu okres próbny miała przez prawie rok. Zaczynała jako młodsza księgowa, a teraz, trochę ponad dziewiętnaście lat od podpisania pierwszej umowy, która uczyniła ją pełnoprawnym pracownikiem, była dyrektorem finansowym, członkiem zarządu i posiadaczem kilku regionalnych tytułów, z których Łukasz uwielbiał sobie żartować. Niezle jak na czterdziestotrzylatkę, uśmiechnęła się do siebie. Agata polała sobie nogi mleczkiem do opalania i powoli rozsmarowała białą emulsję. Mnie też mój kochany mąż nie musi się wstydzić, pomyślała. Sylwetkę zawsze miała szczupłą, a szczególnie dumna była ze swoich nóg. Kiedy się poznali, nie musiała właściwie robić nic, aby utrzymać linię. Dopiero z czasem dostrzegła, że z każdym rokiem jej ciało traciło jędrność. Co prawda Łukasz twierdził, że jest „piękna jak zawsze”, ale ona wiedziała swoje. On dzień w dzień, rok w rok, robił swoje „minimum”. Może było to minimum, ale powtarzane całymi latami dawało niesamowite efekty. W końcu w Nowy Rok, no bo kiedy, jeśli nie w dzień wszelkich postanowień, tuż przed trzydziestymi trzecimi urodzinami, zdecydowała, że coś trzeba z tym zrobić.

Wykupiła karnet do klubu fitness niedaleko biura i rozpoczęła, jak się okazało, mozolny powrót do formy. Albo raczej budowanie siebie od nowa. Kiedy Łukasz spytał, co się stało, odpowiedziała, że czas najwyższy, bo nie zamierza wyglądać jak własna ciotka. Teraz mogła patrzeć na siebie z dumą. Wstydu nie ma, roześmiała się. – Jeśli to nacieranie nóg było sygnałem, to muszę powiedzieć, że zadziałało. – Łukasz roześmiał się, stając przed nią. Agata zmierzyła go wzrokiem z góry do dołu, zatrzymując się na chwilę w okolicach pasa. – Nie widzę – odpowiedziała z uśmiechem. – Spodenki mam luzne, ale możesz mi wierzyć, że skrywają… – zawiesił głos. – Cóż takiego skrywają? – spytała z uśmiechem. – Boję się powiedzieć to na głos – wyszeptał teatralnie. – Strach trochę. – Nie pożałujesz – stwierdził. – To obietnica? – Oczywiście, nie takie rzeczy obiecywałem. Wybuchnęli śmiechem. – Czyń swoją powinność. Agata uniosła się lekko na leżaku i wyciągnęła rękę do męża. – Idziemy gdzieś? – uśmiechnął się. – Tutaj mógłbyś sobie przypalić to i owo. Ponadto jest trochę za widno, chyba nie chciałbyś skończyć na Youtubie.

Łukasz zaczął się śmiać. – To mogłoby być ciekawe. – Masz zamiar tak stać i gadać? ?ycie stygnie. I nie tylko życie. – Nie możemy na to pozwolić. Łukasz wziął żonę na ręce i skierował się do domku. – A ty nie masz przypadkiem dość? – spytała Agata, kiedy położył ją na łóżku. – Widziałaś siebie? Jak mógłbym mieć dość? – uśmiechnął się i pocałował ją delikatnie w usta. – Ty też jesteś niczego sobie. Agata zamknęła oczy i pozwoliła, aby jego pocałunki zabrały ją w podróż. Podróż, w którą ostatnimi czasy udawali się zbyt rzadko. Ten wyjazd miał to zmienić. Na razie się udawało, pytanie jak długo. Ale to było pytanie na inny dzień. Otworzyła na chwilę oczy. Łukasz właśnie jednym wprawnym ruchem pozbawił ją bikini. Strój kąpielowy ze sznurków to bardzo praktyczna rzecz. Uśmiechnęła się i przycisnęła mocniej jego głowę do swojego brzucha, a on, całując ją, powoli kierował się w dół. Teraz jest teraz, teraz jesteśmy my, pomyślała, a z jej ust wydobyło się głębokie westchnienie.

***

Leżeli obok siebie, głęboko oddychając. Agata przekręciła się na lewy bok i spojrzała na męża. Łukasz obrócił głowę

w jej stronę, wyciągnął rękę i pozwolił Agacie ułożyć się na swojej piersi, a następnie ją objął. Agata zaczęła gładzić dłonią jego brzuch. – To co, ile czasu potrzebujesz? – Na co? – spytał z uśmiechem. – Na powtórkę albo na dalszy ciąg, jeśli wolisz takie określenie. – No chwila jest mi potrzebna. – Chwila? Przecież ochotę to ty podobno masz zawsze – roześmiała się. – Wszystko się zgadza, ochotę mam zawsze, tylko w tej chwili moje moce przerobowe nie są na sto procent. Myślę jednak, że możemy te parę minut oczekiwania wypełnić w inny sposób. Odwrócił się do żony i pocałował ją namiętnie. Przez chwilę leżeli wtuleni w siebie, a do ich uszu dochodził tylko szum morza. – Może powinniśmy byli zamknąć drzwi tarasowe? – powiedziała Agata. – Myślisz, że ktoś mógłby nagle tu wejść? – Nie wiem, ale w razie czego lepiej, żeby nas tak nie zastał. – W sensie, że jak? – Łukasz popatrzył Agacie prosto w oczy. – Jak to jak? Gołych, w łóżku. – Po pierwsze to nasze łóżko, po drugie jesteśmy małżeństwem, więc jest to chyba naturalne, no może nie w naszym przypadku, a po trze….

Agata podniosła się gwałtownie i przerwała mu w pół słowa: – Co dokładnie masz na myśli, mówiąc „nie w naszym przypadku”? – Nic, przejęzyczyłem się, przepraszam. Łukasz wyraznie czuł, że jego uwaga była niepotrzebna. Może nie była nieprawdziwa, ale tu i teraz nie potrzebowali uszczypliwości. – Wcale się nie przejęzyczyłeś. – Powiedziałem „przepraszam”. – Łukasz odchylił się i zamknął oczy. – Ja sobie zdaję sprawę, że nasze codzienne życie erotyczne nie jest tak intensywne jak tutaj – powiedziała już spokojnie. – A powinno być. W końcu jest to coś, co nam naprawdę dobrze wychodzi – uśmiechnął się delikatnie. – Chciałeś jeszcze dodać: w przeciwieństwie do czego. – Jezu… – Łukasz uniósł się na łokciach. – Powiedziałem dokładnie to, co chciałem, ni mniej, ni więcej. – Jesteś pewien? Bo odniosłam inne wrażenie. – To może mnie oświecisz? Łukasz podniósł się i założył spodenki. – Wybierasz się gdzieś? – spytała. – Nie, nigdzie się nie wybieram, czekam na oświecenie i jakoś lepiej mi się czeka, kiedy nie jestem nagi. – Nieważne – powiedziała Agata. Wstała i weszła do łazienki, zamykając za sobą drzwi. – Oczywiście, że nieważne zrezygnowanym tonem.



powiedział

Łukasz

Agata oparła się rękami o umywalkę i uśmiechnęła smutno. To było tak cholernie przewidywalne. Przed chwilą była w siódmym niebie, aby za moment spaść w nie do końca nazwane pretensje, żale. O co tak w ogóle poszło? O te insynuacje, które wydawało się, że Łukasz wypowiedział. O to, co wydawało jej się, że słyszała. Nie musiał robić tej uwagi, ale ona też nie powinna była tak reagować. W końcu nic takiego nie powiedział. Rzeczywiście ich życie erotyczne nie było takie jak kiedyś. Jeśli w ogóle można było mówić o jakimś życiu erotycznym. Przez ostatni tydzień, odkąd tu przyjechali, kochali się więcej razy niż przez ostatnie pół roku. Coś, co niegdyś było ich znakiem firmowym, teraz praktycznie zanikło. A pomyśleć, że dawniej nie mieli siebie dosyć. Mogli to robić wszędzie. W windzie, która nagle się zatrzymała między dwudziestym drugim a dwudziestym trzecim piętrem, kiedy jechali na imprezę firmową. To było chyba ich największe szaleństwo. Uśmiechnęła się na wspomnienie dreszczu, który przeżywała na myśl, że winda lada chwila ruszy. Agata zdążyła obciągnąć sukienkę, ale Łukasz zapinał spodnie, stojąc tyłem do otwierających się drzwi windy. Wszyscy myśleli, że coś wypili w drodze na zabawę, takie mieli miny. Teraz to wszystko wydawało się odległym wspomnieniem. Potrafili jeszcze wskrzesić dawną namiętność, wystarczyło spojrzeć na ostatnie dni. Ale na co dzień albo jej nie było, albo oni nie mieli ochoty jej wzbudzać. I nigdy o tym nie rozmawiali. Po prostu jedli obiad, gawędzili, czasami coś oglądali, potem się kładli, jeśli mieli siły, to coś czytali i szli spać. Łukasz zazwyczaj czytał o wiele dłużej. Tak się przyzwyczaiła do zasypiania, kiedy jego lampka wciąż się świeciła, że nie wyobrażała sobie inaczej zapadać w sen. Ale seksu, bliskości, intymności na tym obrazku nie było. Kim się

stawali dla siebie? Bratem i siostrą? Na pewno nie na tym urlopie. Ale to był tylko urlop, w domu wszystko wyglądało inaczej. Są ludzie, którzy twierdzą, że seks to nie wszystko. Pewnie jest w tym jakaś racja, ale nie oszukujmy się, każdy związek go potrzebuje. Bliskość psychiczna i fizyczna są nierozerwalnie ze sobą połączone, jedna potrzeba warunkuje drugą. Kiedy jedna zgaśnie, za nią niechybnie podąży druga. Chociaż z drugiej strony ciekawe, jak wygląda seks tych, którzy umniejszają jego rolę. Nad tym się lepiej nie zastanawiać, pomyślała. – Nasze życie zależy od nas samych – powiedziała do odbicia w lustrze. Jak głupia była ta cała sytuacja! Pokręciła głową ze wstydem połączonym z niedowierzaniem. Szybko owinęła się ręcznikiem i wyszła z łazienki. – Łukasz? – krzyknęła. Odpowiedziała jej cisza. Jej męża nigdzie nie było. Podeszła do drzwi tarasowych i zobaczyła go w wodzie. Poszedł popływać. Cały Łukasz. Jeśli nie mógł z nią porozmawiać i wyjaśnić problemu, szedł go rozćwiczyć. Nic dziwnego, że miał taką sylwetkę. Ostatnimi czasy w domu często to robił. Gdyby tylko nie był tak wkurzający, pomyślała, i może gdybym ja miała więcej cierpliwości i się tak szybko nie zamykała… Popatrzyła z oddali na pływającego męża. Wszystko zależy od nas. Rzuciła ręcznik na łóżko i założyła bikini. Skierowała się w stronę wyjścia z mocnym postanowieniem dołączenia do Łukasza. Kiedy wyszła na zewnątrz, zobaczyła Mariusza i Marysię, Polaków, których poznali tutaj. Szli w kierunku ich domku, najwyrazniej z zamiarem złożenia wizyty. Westchnęła pod nosem. Łukasz z pewnością się „ucieszy”.

***

– Nie było tak zle, prawda? – spytała Agata, odbierając od niego kieliszek z winem. Dochodziła dwudziesta druga, przed chwilą wrócili z kolacji, którą zjedli w hotelowej restauracji w towarzystwie Mariusza i Marysi. Poznali się trzy dni temu i od tej chwili ich rodacy najchętniej spędzaliby z Łukaszem i Agatą każdą chwilę. – Nie było. Łukasz usiadł na leżaku i zapatrzył się w ciemność, skąd dochodził tylko szum morskich fal. – Tylko gdyby to wszystko tyle nie trwało – dodał po chwili. – Nie przesadzaj. – O której przyszli do nas? Około czternastej, jeśli się nie mylę. – Przyszli się umówić na kolację. – No właśnie, kiedy przychodzisz się umówić, to się umawiasz na określoną godzinę i sobie idziesz. – To ja ich zaprosiłam, żeby usiedli. – Najwyrazniej wyjątkowo wygodnie się usadowili, a bezwzględnie jest co usadawiać. Agata roześmiała się. – To nie fair.

– Co? – udał zdziwienie. – ?e jest co usadawiać? Wiesz, to nie jest moja wina. – Złośliwy jesteś – powiedziała z uśmiechem. – Ja? Może troszkę. Może i są sympatyczni, ale mogliby nie być tacy nachalni. – Po prostu lubią nasze towarzystwo. – To świetnie, ale nas też można spytać o zdanie. – Nie denerwuj się – powiedziała łagodnie i wyciągnęła rękę w jego stronę. Łukasz odstawił kieliszek z winem na drewniany stolik między nimi i ujął dłoń żony. – Czy widzisz, abym był zdenerwowany? – uśmiechnął się delikatnie. – Nie wiem tylko, skąd się bierze w niektórych przeświadczenie, że lecę na drugi koniec Europy po to, aby się bratać z kimś, kogo mam w nadmiarze w kraju. – Rozumiem to świetnie, po prostu towarzyskość nie jest twoją domeną. – Przepraszam bardzo, ja wiem, że po tych wszystkich wyjazdach i obracaniu się w świecie wielkiej finansjery poznawanie nowych ludzi to dla ciebie bułka z masłem. Naprawdę doceniam to i w jakiś sposób zazdroszczę. Agata wybuchnęła tak głośnym śmiechem, że istniało niebezpieczeństwo, iż mogli ją słyszeć mieszkańcy sąsiedniego domku. – Zazdrościsz, jasne! Zwłaszcza tych wszystkich gadek o niczym. – No może tych o niczym to nie – uśmiechnął się – ale kiedy ja nie mam o czym z kimś rozmawiać, to po prostu tego nie robię, a nie szukam na siłę tematu tylko po to, aby nie zrobiło się niezręcznie. I nie jestem do końca pewien, czy to dobrze.

– Nie czaruj! Wiem doskonale, że nigdy nie przejmowałeś się small talkiem. – Nie powiedziałem, że się przejmuję, tylko że to przydatna umiejętność. Aczkolwiek widzę jeden poważny minus. – Mianowicie? – spytała z uśmiechem. – W momencie zaangażowania się choćby w najmniejszą pogaduszkę zachęcasz stronę przeciwną i nawet się nie spostrzeżesz, a ktoś opowiada ci historię swojego życia, jak ten Francuz, Alain, rok temu w Marsylii. Dlaczego? Bo leżeliśmy obok siebie nad basenem i odpowiedziałem na jego pytanie o wino, które piliśmy. A po chwili już wszystko o nim wiedziałem. O naszym najnowszym znajomym Mariuszu nawet nie wspomnę, ich historię słyszeliśmy już kilka razy. – Po prostu budzisz zaufanie. – Nie rozśmieszaj mnie. – To prawda. – Agata spojrzała poważnie na męża. – Może o to właśnie chodzi, że odzywasz się tylko wtedy, kiedy masz coś do powiedzenia. Ludzi, którzy mówią tylko po to, aby słyszeć brzmienie swojego głosu, jest wystarczająco dużo. Może łatwiej z nimi porozmawiać o dupie Maryni, ale jaką to ma wartość? Choć ja uważam, że niezobowiązujące pogaduszki też są potrzebne. – Bo inaczej inni biorą cię za nadętego dupka? – Łukasz roześmiał się. – Jak mnie na tych imprezach, na które musisz zabierać osobę towarzyszącą? – Na pewno nikt tak nie myśli – powiedziała z uśmiechem. – Niezła próba… – Nie przejmujesz się tym przecież.

– Nie, ale miło by było, gdyby ktoś zmienił schemat i zamiast o jakąś pierdołę spytał na przykład: „Jaką pan przeczytał ostatnio książkę?”. – Dlaczego ty tego nie zrobisz? – Bo mógłbym obrazić wiele osób. Roześmiali się. – Może tak – powiedziała po chwili – ale istnieje szansa, że ktoś cię zaskoczy. A skoro i tak nie obchodzi cię, co o tobie myślą, to możesz to pytanie zadać paru kolejnym osobom. – Okej, następnym razem tak zrobię. Ale wiesz, jest parę osób, na których opinii mi zależy i z którymi uwielbiam rozmawiać. – Na przykład? – Rafał i Ola. – Rafał to twój duchowy brat blizniak z innych rodziców, więc nic dziwnego. Szkoda, że mieszkają w Szwecji. – A poza nimi jeszcze kilku kolegów z redakcji… i jeszcze by się ktoś znalazł. Nawet z Markiem można interesująco porozmawiać, kiedy tylko Monika pozwoli mu powiedzieć coś od siebie. I oczywiście, last but not least, moja kochana żona. – Bałam się, że mnie zabraknie w tym gronie. – Nie mogło, jest tylko małe ale… – Łukasz uścisnął lekko dłoń żony, zanim dodał: – Jest tego zdecydowanie za mało. – Wiem – odpowiedziała cicho. – Jesteśmy teraz tutaj i wszystko wydaje się super. – Ale nie jest.

– Jest, teraz i tutaj mamy to wszystko, co powinniśmy mieć na co dzień. – Nie mamy tego przeze mnie – odparła smutno. Łukasz pokręcił głową. – Ja tego nie twierdzę. – Ale to mnie ciągle nie ma – stwierdziła. – To nie jest problem, kiedy ciebie albo mnie nie ma, tylko kiedy jesteśmy razem. Masz taką pracę, a nie inną, i milion razy ci powtarzałem, że to jest jak najbardziej okej. Ale kiedy jesteśmy razem, chciałbym, abyśmy rzeczywiście byli razem. To dla mnie oznacza małżeństwo. Jeśli ludzie mówią, że potrzebują oddechu, chwili dla siebie, to oznacza tylko jedno: że jest im zle w swoim towarzystwie. Przecież większość spędza całe dnie oddzielnie, w pracy. Potem wracają do domu i on idzie spotkać się z kumplami, a ona z psiapsiółkami. Serio? To po co brali ślub? Przecież mogli umawiać się na seks, chociaż pewnie większość twierdzi, że seks nie jest najważniejszy. Tak im dobrze ze sobą – zaśmiał się gorzko. Agata nic nie mówiła. – Po co się żenić z kimś, z kim nie chcesz spędzać czasu? Dlatego właśnie tak mnie strasznie wkurwiają nasi nowi „przyjaciele”. Przyjechałem tutaj, aby wreszcie, w końcu, nacieszyć się swoją żoną przez dwadzieścia cztery na siedem. I może z niezrozumiałych do końca dla mnie przyczyn budzę zaufanie, ale czy, kurwa, mam na czole napisane, że interesuje mnie, co każdy „Janusz” z „Grażyną” mają do powiedzenia? Choćby nie wiem jak bardzo byli sympatyczni, co jest jeszcze możliwe, i choćby mieli coś ciekawego do powiedzenia, co już jest mało prawdopodobne. Łukasz odetchnął głęboko.

– Lepiej? – spytała Agata, uśmiechając się delikatnie. – Trochę. Wiesz dobrze, o co mi chodzi. Ja wiem, że nie do końca spełniłem twoje nadzieje i może dlatego ciężko na co dzień wykrzesać ci więcej entuzjazmu. – Słucham? – Tutaj możesz mnie potraktować jako starszego, ale wciąż dobrze się trzymającego egzotycznego żigolaka. Agata wyrwała swoją dłoń z uścisku męża. – Teraz przegiąłeś! Naprawdę tak myślisz? – Nie, nie myślę tak, nie chcę tak myśleć, ale zastanawia mnie, dlaczego moja żona, która jest tak cholernie namiętna i gorąca w tych egzotycznych okolicznościach przyrody, sztywnieje i zamienia się w królową śniegu, kiedy jesteśmy w naszym wymarzonym domku. – To nieprawda. Może po prostu jestem zmęczona. Zresztą nie pamiętam, kiedy w ciągu ostatnich miesięcy zaproponowałeś, abyśmy się pokochali. – Pamiętasz, co ci powiedziałem dawno temu, po wielu, o wiele za wielu nieudanych podejściach? „Kocham cię i jesteś dla mnie kwintesencją kobiecości i seksapilu, ale mam dosyć proszenia się. Więc jeśli zdarzy się taki dzień, że nie będziesz zmęczona, to pamiętaj, że ja jestem obok, dla ciebie”. – Wielki mój pan uniósł się dumą. Czyli to wszystko jest jednak moją winą? Łukasz nabrał głęboko powietrza. – Zaraz zwariuję… Opisuję fakty, nie mówię, że to twoja wina! Może to jest moja wina, ale jeśli tak jest, to mi o tym powiedz, porozmawiaj ze mną.

– Co chcesz usłyszeć? – Prawdę, na początek. – Prawdę? A jaka ona jest? – Agata ni to spytała, ni to stwierdziła. – Wydaje mi się, że tylko jedna. Siedzieli obok siebie w ciszy. Nagle z wnętrza domku dobiegł ich uszu dzwięk przychodzącej wiadomości. Agata podniosła się i skierowała swoje kroki do środka. – To mój – powiedział Łukasz. – Poznaję po dzwięku. – Podać ci? – Skoro już wstałaś. Po chwili Agata była z powrotem. Usiadła na leżaku i wręczyła mężowi telefon. Łukasz przeczytał wiadomość, a następnie szybko odpisał i odłożył komórkę. – Kto do ciebie pisze o tej porze? – spytała żona. Łukasz jeszcze raz zajrzał do aparatu. – Ta wiadomość została wysłana o 19:24. Pewnie były jakieś problemy z zasięgiem, skoro przyszła dopiero teraz. – A od kogo? – Od Soni. – Jakiej Soni? – Ile znasz Soń? – Od córki Marka i Moniki? – Agata nie mogła ukryć zaskoczenia. – Tak, od niej. – A cóż ta dziewczyna chce od ciebie?

– Dokładnie to pyta, jak tam wypoczynek. – Ciebie? Nie wiedziałam, że jesteście tak blisko. Chyba że wysyła takie pytania do wszystkich znajomych swoich rodziców. Może powinnam sprawdzić mój aparat, ale zaraz, chwila, skąd miałaby mieć mój numer? No właśnie, skąd ma twój? – Agata nie starała się ukrywać sarkazmu w swoim głosie. – Kiedyś się wymieniliśmy – odpowiedział Łukasz spokojnie. – Mówiłem ci, że wpadliśmy na siebie przypadkiem przed koncertem. Była z przyjaciółkami. A pózniej znów na siebie wpadliśmy na innym koncercie. – Przypadkiem. – Tak, przypadkiem. A ostatnio, dwa tygodnie temu, poszliśmy razem, ponieważ Sonia zdobyła wejściówki na koncert, na który chciałem pójść, ale nie zdążyłem kupić biletu z powodu naszej niejasnej sytuacji urlopowej. O wszystkim ci opowiadałem. – Dwa tygodnie temu, jak mnie nie było? – Tak. – Bardzo wygodnie. – Przepraszam bardzo, coś sugerujesz? Agata wyglądała na wściekłą. – Nie powiem, ładnie wybrałeś. Dziewczyna może zawrócić w głowie. Jeśli chodzi o urodę i figurę, to nie dostrzegam słabych punktów. Łukasz z niedowierzaniem uśmiechnął się pod nosem. – Jeśli chcesz mnie wyprowadzić z równowagi, to ci się nie uda. A do jej zalet możesz dodać moim zdaniem

najważniejszą, że jest bardzo inteligentna. Rozmowa z nią to prawdziwa przyjemność. – W przeciwieństwie do rozmowy ze mną. – Wiedziałem, że tak powiesz. Jedno z drugim nie ma nic wspólnego. A o wszystkim i tak wiedziałaś, ponieważ nie wiedzieć czemu, opowiadam ci, co robię, kiedy cię nie ma. Ale wyszło na to, że i tak cię to nie obchodzi. – To nieprawda – powiedziała Agata stanowczo. – To dlaczego tak bardzo się dziwisz moją znajomością z Sonią? Gdybyś słuchała, co do ciebie mówię, to wiedziałabyś wszystko, czyli w sumie niewiele, bo nie ma za bardzo co wiedzieć. W tym momencie telefon zabrzęczał. Oboje jak na zawołanie spojrzeli na aparat. – Chcesz zobaczyć? – spytał. – Nie – odpowiedziała chłodno. – To ja przeczytam na głos – stwierdził. – Nie musisz. – Ale chcę. Łukasz wyświetlił wiadomość. – „Kiedy wreszcie wrócisz? Bardzo tęsknię za tobą” – przeczytał na głos. Spojrzał na zszokowaną twarz swojej żony i wybuchnął śmiechem. Agata zmrużyła oczy z wściekłości, ale po chwili jej złość ustąpiła miejsca uśmiechowi niedowierzania. – Wal się. To wcale nie było śmieszne.

– Właśnie że było. Czy widzisz, jak niepoważna jest ta sytuacja? – Nie wiem, ona nie ma przyjaciół w swoim wieku? Jakiegoś chłopaka? – Oczywiście, że ma, zaś jeśli chodzi o chłopaka, to sytuacja jest bardziej skomplikowana. – Jesteś najwyrazniej bardzo dobrze zorientowany. – Trochę jestem, ale tym akurat podzielić się z tobą nie mogę. – No właśnie. – Co „no właśnie”? Powiedziała mi pewne rzeczy w zaufaniu. Nie dotyczy to ani mnie, ani tym bardziej ciebie, więc nie widzę powodu, dlaczego mielibyśmy o nich rozmawiać. – Kim ty właściwie dla niej jesteś? – Agata popatrzyła na niego uważnie, jakby chciała spenetrować jego myśli. – Myślę, że kimś na kształt przyjaciela. – Przyjaciela? – Tak, mam taką nadzieję. – To by sprawiało, że ona byłaby twoją „przyjaciółką”. – Nie jestem do końca pewien, czy podoba mi się sposób, w jaki akcentujesz to słowo, ale jeśli masz się dzięki temu lepiej czuć… – Nic z tego nie sprawia, że się lepiej czuję. – Czy na pewno w tym wszystkim chodzi o Sonię? Agata nic nie odpowiedziała. Łukasz popatrzył przez chwilę na żonę, która siedziała ze wzrokiem utkwionym w ciemność.

Podniósł telefon i odpisał na otrzymaną wcześniej wiadomość. – Nie powiedziałeś mi, co było w SMS-ie. – Przecież nie chciałaś wiedzieć – powiedział i szybko dodał: – ?artuję. Sonia pytała, czy mam ochotę pójść na koncert Architects do „Progresji”, dziesiątego sierpnia. Odpowiedziałem, że chętnie. Chyba że masz coś przeciwko? – A jeśli mam? – To nie pójdę, ale pod jednym warunkiem: wyjaśnisz mi dlaczego. Porozmawiamy o tym. – Nie mam nic przeciwko. – Wiedziałem, że perspektywa rozmowy cię wystraszy – roześmiał się. – ?artuję oczywiście… chyba. – Chyba? – Popatrzyła na niego smutno. – Chyba to już wystarczy tego miłego wieczoru. Agata podniosła się powoli z leżaka. – Macie dużo wspólnego. – Bardzo – powiedział Łukasz ironicznie. – Muzykę. – I tak świetnie ci się z nią rozmawia. A sam wiesz, jaka to rzadkość. – Gdyby było inaczej, tej całej rozmowy by nie było, prawda? – Niech się tylko w tobie nie zakocha albo jeszcze gorzej: ty nie zakochaj się w niej. Ostatnie słowa wypowiedziała, stojąc w drzwiach do domku, plecami do Łukasza. – Z pewnością jestem spełnieniem marzeń o miłości młodej, inteligentnej i atrakcyjnej dziewczyny.

Agata odwróciła się w jego stronę. – Nie doceniasz się. Doskonale pamiętam wszystko, czym mi zaimponowałeś, kiedy cię poznałam. Dowcip, inteligencja, to, co mówiłeś i jak to mówiłeś… A teraz masz tego wszystkiego więcej. Po prostu się nie doceniasz. – Zapomniałaś powiedzieć, że zawodowo rokowałem na przyszłość, tylko to akurat nie wyszło. – Przecież wyszło. – Ja uważam, że nie. – To nie jest prawda i wiesz o tym – odparła stanowczo Agata. – Odnoszę wrażenie, że wiele rzeczy nie jest prawdą i o wielu sprawach mamy różne wyobrażenia. – To niedobrze – stwierdziła, przekraczając próg domku. – Niedobrze – powiedział w przestrzeń. Agata zdążyła już zniknąć wewnątrz. Łukasz wrócił myślami do dnia, w którym przekroczył próg firmy. Kiedy się pierwszy raz spotkali. Wesoła, atrakcyjna dziewczyna od razu wpadła mu w oko. Nie myślał wtedy o podrywaniu kogokolwiek. Wierzył jeszcze naiwnie, że razem z Olą znajdą wspólną drogę. A może już nie wierzył, bo byli od siebie tak daleko, że wymagałoby cudu, aby cokolwiek z ich związku jeszcze mogło wyjść. Oboje szli już wtedy swoimi drogami. W tym momencie wkroczyła Agata, a może to on wkroczył w jej świat. Jej zainteresowanie jego osobą było wręcz niewiarygodne. Był młodym, obiecującym pracownikiem, który miał przed sobą wielką karierę, tylko że on żadną karierą nie był zainteresowany. Z banku odszedł w poszukiwaniu przyzwoitszych pieniędzy i tak wylądował w tej samej firmie

co Agata. Dla niego to był tylko przystanek. Pisać zaczął już w banku i powoli przecierał sobie szlaki do innego życia, do innej kariery. Teksty wysyłał, gdzie się dało, i powoli, ale to bardzo powoli, kamyk po kamyczku budował swoją drogę. Agata, kiedy się o tym dowiedziała, była bardzo wspierająca i mówiła wszystkie właściwe rzeczy. Tylko zapomniała wspomnieć, że dla niej to był jego kaprys, nie do końca zrozumiałe ambicje, realizowane na boku. Tym większym szokiem była dla niej wiadomość, że dostał etat w gazecie i odchodzi z firmy. O wszystkich jego działaniach oczywiście wiedziała, ale wyglądało to tak, jakby nie przyjmowała tego do wiadomości, jakby nie brała tego na poważnie. Nie raz Łukasz zastanawiał się, czy gdyby zrobił ten krok przed ślubem, to czy w ogóle by stanęli na ślubnym kobiercu. To wszystko nie trzymało się kupy. Kim była ta kobieta, która zniknęła przed chwilą w domku? Kim był on? Kim byli razem? Czy nie było za pózno na zadawanie takich pytań?

WARSZAWA, 20 LIPCA 2017 R.

I’m scared to get close & I hate being alone, I long for that feeling to not feel at all. The higher I get, the lower I sink, I can’t drown my demons, They know how to swim Bring Me the Horizon, Can You Feel My Heart

– Nie odbierzesz? Justyna spojrzała pytająco na komórkę, która leżała na stoliku w ich wspólnym mieszkaniu. Należało do Soni, ale przyjaciółki mieszkały razem, dzieląc się kosztami. Marek i Monika kupili je córce na zakończenie studiów, ale utrzymać musiała je sama. Jak dorosłość, to dorosłość. Sonia od razu pomyślała o Justynie. Dopóki życie uczuciowe obu dziewczyn nie nabierze realnych kształtów, to było wręcz idealne rozwiązanie. Rodzice nie żałowali córce, mieszkanie miało prawie sto metrów i utrzymanie go przez jedną osobę, która

dopiero rozpoczyna karierę zawodową, było nie lada wyzwaniem. Co innego w dwie osoby, nie żeby im się specjalnie przelewało, ale dawały radę. – Nie odbierzesz? – Justyna powtórzyła pytanie. Podeszła do stolika i spojrzała na wyświetlacz. – To on? – spytała Sonia, podnosząc się z sofy. – Tak, to Szymon. W tym momencie aparat umilkł. – Wydawało mi się, że wszystko sobie wyjaśniliśmy. – Może musisz mu powtórzyć. – Ile razy można? To nie zdało egzaminu, niech się z tym pogodzi. – Może on cię kocha? – Przepraszam cię bardzo, ale ty wiesz, o kim mówisz, prawda? – Sonia spojrzała uważnie na przyjaciółkę. – W to to ja mogłam uwierzyć dawno temu, mało tego, chciałam w to wierzyć, ale tak się składa, że Szymon kocha tylko siebie i oczywiście potrzebuje mnie, bo dobrze wygląda ze mną przy swoim boku. – Może i tak, ale myślę, że powinnaś odebrać telefon. Ile razy dzisiaj dzwonił? Chcesz, żeby tutaj przyszedł? Sonia spojrzała na przyjaciółkę z udawanym przerażeniem. – Następnym razem odbiorę, ale naprawdę wolałabym tego nie robić. A właśnie… Sonia wzięła telefon i zaczęła coś w nim wystukiwać. Po chwili odłożyła go na stolik z uśmiechem na twarzy.

– Coś taka zadowolona? – Justyna spojrzała na przyjaciółkę z zainteresowaniem. – Wysłałam wiadomość do przyjaciela. Justynę olśniło. – Do naszego Christiana Bale’a? – Tak, do Łukasza. – A gdzie on teraz jest? – Gdzieś w Hiszpanii, na wczasach z żoną. – Zwróciłaś uwagę na ostatnie słowo, które właśnie wypowiedziałaś? – Justyna uśmiechnęła się znacząco. – ?ona? Tak, ale nie rozumiem, co ma jedno z drugim wspólnego? Napisałam krótką wiadomość do kogoś, kogo uważam za przyjaciela. Podkreślam „przyjaciela”. Spytałam, jak wypoczynek. Wyjechał gdzieś około tygodnia temu, wydaje mi się, że nie ma nic złego w takim pytaniu. Dodam, że niewinnym. – Okej, skoro tak twierdzisz. – Nie rozumiem, o co ci chodzi. – Spędziliście ostatnio dużo czasu razem. – Naprawdę? Jakoś nie wydaje mi się. Wszyscy spotkaliśmy się w lutym, przed koncertem Skunk Anansie. Pózniej w marcu było Hey, totalny przypadek, bo przecież miałyśmy iść razem. Podobnie przypadkowy był Logan w kinie. – Przypadkiem spotkaliście się kinie? Nie mówiłaś o tym. – Mówiłam ci, spotkaliśmy się przypadkiem w Złotych Tarasach, byłam umówiona z Kaśką i wpadliśmy na siebie. Kaśka była bardzo spózniona, więc ją odwołałam i poszłam

z nim do kina. A właściwie poszłam do kina, w którym on już był. Justyna spojrzała na przyjaciółkę z powątpiewaniem. – No co, obejrzeliśmy razem film. Pózniej, również przypadkiem, wpadłam na nich u moich rodziców w weekend majowy. Następne spotkanie, tuż przed Bożym Ciałem, nie było już przypadkowe, sama o nie poprosiłam. Potrzebowałam porady w sprawie Szymona. – Przecież masz mnie i Kaśkę. – Z wami rozmawiałam wcześniej i wasze opinie doskonale znałam. Potrzebowałam spojrzenia z zewnątrz i Łukasz był jedyną osobą, którą mogłam poprosić o radę. I w końcu poszliśmy razem na Asking Alexandria. Po prostu trafiły się bilety. – Na koncert zespołu, którego nie znałaś? – Justyna uśmiechnęła się szeroko. – Ale on znał, a ja szybko poznałam. I tak dla jasności, tobie się nie podobało, kiedy ci ich puszczałam. – A odkąd tobie podoba się taka muzyka? – Od niedawna. Wcześniej nie wiedziałam, że taka istnieje. Teraz, dziesiątego sierpnia, będzie grał zespół, który nazywa się Architects i jest po prostu genialny. To dopiero czad. – I pójdziesz na koncert z Łukaszem? – Ty chyba się ze mną nie wybierzesz. – Jeśli to jest to, czego słuchałaś przez ostatnie dni, to dziękuję bardzo, ale dla mnie to zbyt ekstremalne. – W takim razie spytam Łukasza, czy zna i czy ma ochotę się wybrać. – Sonia uśmiechnęła się szeroko.

– A jakie są szanse na przeczącą odpowiedz? Myślę, że niewielkie. A tak w ogóle, to doskonale pamiętasz te wszystkie spotkania. – Czemu mam nie pamiętać? Na przestrzeni kilku miesięcy widzieliśmy się sześć razy, z czego większość przypadkiem. Twoje „dużo czasu” to raptem raz na miesiąc. – Uhm. – Nie jesteś przekonana? – Nie wiem. Nie chciałabym, żebyś wdała się w coś, z czego trudno będzie się potem wyplątać – powiedziała Justyna z wyrazną troską w głosie. – Jesteśmy przyjaciółmi, to wszystko. Nie myślałam o nim w ten sposób i nadal nie myślę. Ponadto on jest żonaty, to raz, a dwa, jest troszkę starszy ode mnie. Nie żeby to drugie stanowiło jakiś problem – roześmiała się – biorąc pod uwagę to, jak wygląda. – No właśnie – powiedziała Justyna ze śmiechem. – ?adne „no właśnie”, żartuję sobie. Ale powiem ci w sekrecie – Sonia konspiracyjnie ściszyła głos – że gdy byliśmy w „Proximie”, ścisk był niemiłosierny, bałam się, że mnie po prostu zgniotą. Oczywiście mój strach wynikał z tego, że pierwszy raz byłam na takim koncercie. Nieważne zresztą, zmierzam do tego, że Łukasz był cały czas za mną jakby w pogotowiu, kiedy tylko sytuacja tego wymagała, łapał mnie za ramiona, żebym się nie przewróciła, albo osłaniał przed napierającym tłumem. Jego dotyk był pewny i silny, na tyle, że czułam się bezpiecznie, a jednocześnie czuło się tą delikatność, jakby bał się, że mnie uszkodzi. – Dziewczyno, już po tobie – powiedziała Justyna, zanosząc się od śmiechu.

– Oczywiście! – Sonia odpowiedziała, puszczając do niej oko. – Wiesz, jakie to niedorzeczne? Po prostu dobrze mi w jego towarzystwie, dobrze nam się rozmawia. On naprawdę słucha tego, co mam do powiedzenia, i kiedy rozmawiamy o ważnych dla mnie sprawach, nie traktuje mnie z góry jak jakąś gówniarę, która nic nie wie o życiu i którą należy pouczyć. – Mnie się to nie wydaje takie niedorzeczne. Powinnaś posłuchać siebie, jak o nim mówisz. – Justyna popatrzyła poważnie na przyjaciółkę. – Jak o przyjacielu, bo nim jest. – Sonia pokręciła głową. – Jeszcze zdaję sobie sprawę, co siedzi w mojej głowie. – W głowie to może wiesz. Nagle zadzwonił telefon. Sonia westchnęła, jakby coś ją zabolało. – Odbierz, miej to za sobą – powiedziała Justyna i delikatnie uścisnęła dłoń przyjaciółki. Sonia zamknęła na chwilę oczy, wciągnęła głęboko powietrze i nacisnęła zieloną słuchawkę. – No nareszcie – usłyszała głos Szymona. – Nie mogłaś odebrać wcześniej albo przynajmniej zadzwonić? Widziałaś chyba, że dzwoniłem. – Czy fakt, że tyle razy nie odebrałam, nie był wystarczającym sygnałem, że nie chcę z tobą rozmawiać? – Nie, nie był. Uznałem, że nie masz ze sobą telefonu. – Nie udawaj idioty. Wydawało mi się, że wszystko sobie wyjaśniliśmy. – Nie wiem, o czym mówisz. Co niby sobie wyjaśniliśmy? Zrozumiałem, że po prostu potrzebujesz więcej czasu, żeby

zdać sobie w pełni sprawę z tego, co do mnie czujesz. To było niewiarygodne. Sonia pamiętała każde słowo z ich ostatniej rozmowy i jednego była pewna: nie pozostawiła żadnych niedomówień, żadnych niejasności, nie sugerowała też drugich, trzecich czy czwartych szans albo prób. Nie czuła nic do Szymona. Nie zostało w niej nic z tego, co ich kiedyś łączyło, czymkolwiek to było. Powiedziała to otwarcie, kilkakrotnie. Pozostawało pytanie, czy Szymon w ogóle słuchał. Ten telefon świadczył o czymś wręcz przeciwnym. – Zdaję sobie sprawę, że jest to pytanie retoryczne, ale czy ty w ogóle słuchasz tego, co do ciebie mówię? Nawet gdybyś słuchał wybiórczo, to z tego, co ci powiedziałam na ostatnim spotkaniu, nie dałoby się wybrać nic, co uzasadniałoby twoje wydzwanianie. – Przecież jesteśmy na okresie próbnym, który i tak był tylko formalnością. – Czym był? – Sonia nie umiała ukryć zaskoczenia. – Formalnością. Sama przyznaj, że to był wyłącznie twój kaprys. Szymon zwracał się do niej takim tonem, jakby miała trzy lata i nie do końca rozumiała znaczenie wszystkich słów. Musiała przyznać, że rzeczywiście nie rozumiała. Tymczasem niczym niezrażony Szymon kontynuował swoją myśl: – Powiedziałem, że cię kocham, że jesteś dla mnie najważniejsza, że chciałbym, abyś została moją żoną. Nie o to chodziło? A ty mi teraz wywijasz taki numer i nagle udajesz zdziwioną. Jak ja teraz wyglądam? Rozumiem, że jesteś zagubiona i nie do końca wiesz, co masz myśleć. Ale nikt tego od ciebie nie wymaga. Jesteś w końcu kobietą, masz te swoje

hormony i inne tam okresy, ale od wskazania ci drogi jestem ja. Sonia zaniemówiła. Czy to był ten sam człowiek, z którym spędziła kilka dobrych lat swojego życia? Ewidentnie ten sam, ale te wszystkie słowa, które przed chwilą usłyszała, ta pogarda dla niej jako partnerki, jako kobiety – to było tak bardzo poniżające. A jeszcze kilka tygodni temu przekonywał ją o swojej miłości i mówił to, co każda kobieta chciałaby usłyszeć! To były tylko pozory, maska, która wobec jej stanowczości opadła. Najgorsze w tym wszystkim było to, że on zapewne nawet nie zdawał sobie sprawy, że robi coś nie tak. Dla niego Sonia była po prostu biedną sierotką, którą trzeba prowadzić przez życie za rękę, której trzeba wskazać kierunek, powiedzieć, co ma robić, myśleć i czuć. Jak ogromne szczęście miała, że skończyła tę relację miesiące temu. Jedyne, czego nie mogła sobie wybaczyć, to że przez długi czas była aż tak ślepa. – Jesteś tam? Mówię do ciebie – usłyszała natarczywy głos Szymona. – Tak – odezwała się najspokojniej, jak potrafiła. – Jestem i w przeciwieństwie do ciebie słyszałam wszystko, co miałeś do powiedzenia, aż nazbyt wyraznie. Mogłabym teraz odnieść się do tego, co przed chwilą powiedziałeś, ale obawiam się, że i tak byś tego nie zrozumiał. A wiesz, czyja to wina? Twojego ego, które z niezrozumiałych dla mnie powodów jest przeogromne jak na tak małego człowieczka. Zakończenie związku z tobą było najlepszą decyzją, jaką podjęłam w moim życiu. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak kiedykolwiek chciałam mieć z tobą coś wspólnego. Na szczęście ogarnęłam się na czas. I może jestem, jak to podkreśliłeś, „tylko kobietą”, ty za to nawet w połowie nie jesteś mężczyzną, pod żadnym względem. Ty nawet nie rozumiesz znaczenia tego słowa.

– Ty… Ostatniego słowa już nie słyszała. Sonia siedziała nieruchomo, ściskając telefon w dłoni. Co ją podkusiło, aby odebrać to połączenie?! Spojrzała w stronę drzwi do salonu, w których stała Justyna. Przyjaciółka patrzyła na Sonię z troską w oczach. – Chciałabym teraz być wściekła na ciebie, ale chyba powinnam ci podziękować. Gdybym tego nie usłyszała, tobym nie uwierzyła. Jeśli kiedykolwiek miałabym wątpliwości co do słuszności mojej decyzji, to teraz mogę wściekać się tylko na siebie, że nie zrobiłam tego wcześniej. – Było aż tak zle? – Nawet sobie nie wyobrażasz. Łukasz powiedziałby mi teraz, abym skupiła się na pozytywach, czyli całe szczęście, że się opamiętałam, ale najgorsze jest to, że ja go w ogóle nie znałam. Nie zdawałam sobie sprawy, jakim Szymon jest człowiekiem! Chociaż określenie „człowiek” jest w jego przypadku bardzo dużym nadużyciem. Justyna uśmiechnęła się pod nosem na wspomnienie Łukasza, ale uznała, że to nie czas i miejsce na kąśliwe uwagi. – Co dokładnie powiedział? – spytała, siadając na sofie. Sonia powtórzyła przyjaciółce rozmowę z Szymonem. Justyna patrzyła na nią uważnie, a jej oczy robiły się coraz większe. – A to seksistowski skurwysyn! To jest niewiarygodne, skąd się tacy biorą? – Myślę, że odpowiedz na to pytanie wymaga głębszej analizy społecznej. A typów, którzy uważają nas tylko za „służące na bankiecie życia mężczyzny”, cytując klasyka, jest więcej, niż nam się wydaje.

– To przerażające. – Bardziej przerażające jest to, że są kobiety, które takich śmieci by broniły. Nieważne zresztą, w tej chwili nie wiem, czy jestem wściekła na niego, czy bardziej na siebie. – Chyba na siebie nie masz o co? – Obwiniam się, że się na nim nie poznałam. Tak świetnie to ukrywał. A gdybym tak wyszła za niego za mąż i wtedy wyszłoby szydło z worka? – Sonia westchnęła. – Wiesz, czego teraz potrzebuję? – Popatrzyła na leżący przed nią telefon. – Boję się, że wiem, i dlatego dla odmiany zaproponuję film i wino. – Jaki film? – Jaki chcesz. – Django, kocham ten film. Quentin jest geniuszem, a każdy zabity rasista to miód na moje serce, bo to podobnie jak seksista takie samo zakompleksione zero. Z góry przepraszam zero, to nie fair wobec niego – roześmiała się. – W takim razie Django. Pójdę po wino do kuchni, a ty włącz film. Sonia podeszła do półek z pokazną kolekcją filmów DVD. – Ciekawe, czy…? – Z pewnością uwielbia, wierz mi – weszła jej w słowo Justyna, niosąc butelkę wina i dwa kieliszki. Sonia uśmiechnęła się. – Czytasz w myślach? – To nie jest takie trudne i trochę mnie to martwi. – Przestań, luz.

– Skoro tak mówisz. – Justyna uśmiechnęła się do przyjaciółki, ale było widać, że nie jest przekonana.

***

Justyna już się położyła. Sonia postanowiła jeszcze posiedzieć i poprzerzucać kanały w telewizji. Niespecjalnie chciało jej się spać. Wydarzenia tego dnia nie sprzyjały spokojowi i opanowaniu. Mimo tego, że wielokrotnie razem z Justyną powtarzały, jaką jest szczęściarą, to gdzieś tam w głębi czaił się w Soni niepokój. Jakim cudem nie dostrzegła wcześniej tego, jakim człowiekiem był Szymon? Decyzja o rozstaniu dojrzewała w niej od dłuższego czasu. Być może już wtedy coś czuła, coś dostrzegała, ale nie potrafiła tego nazwać? Nieważne. Teraz nie ma z nim już nic wspólnego. Koniec, sprawa zamknięta. Niedawno otrzymała odpowiedz na swojego SMS-a. Łukasz napisał: „Dziękuję bardzo, woda ciepła, piwo zimne, książki pod ręką, czego chcieć więcej?”. Taki to pożyje, uśmiechnęła się pod nosem. Kiedy przyszła wiadomość, przeszył ją dreszcz. Nie potrafiła nazwać uczucia, które temu towarzyszyło. Radość – co do tego nie miała wątpliwości, ale to było coś więcej. Przestań, zganiła się. Justyna nawygadywała głupot i teraz zaczynasz iść jej tokiem myślenia. Podczas rozmowy z przyjaciółką powiedziała prawdę: po prostu doskonale czuła się w jego towarzystwie. Jeśli miała być do końca szczera, to mogła śmiało stwierdzić, że nigdy tak się nie czuła. Spokój, świadomość, że zostanie wysłuchana, że nieważne, co powie, jakąkolwiek głupotę

palnie, nie zostanie potraktowana z góry, były bezcenne. Tak naprawdę nie musiała o tym myśleć, to po prostu było. Nie musiała też niczego udowadniać. Może po raz pierwszy w życiu nie musiała być najlepsza. Tak jak w szkole, tak jak na studiach, tak jak w pracy; miała prawie dwadzieścia sześć lat, a matka cały czas potrafiła wywierać na nią presję. Gdyby tylko wiedziała, jaka niespodzianka na nią czeka… Sonia uśmiechnęła się pod nosem. To będzie przeprawa. A Szymon? Do niego też musiała równać, zawsze. Sonia złapała się za głowę. Jak mogła tego nie dostrzegać?! Tych wszystkich małych uszczypliwości, tych niby żarcików, którymi starała się nie przejmować, które brała za dobrą monetę. Nie miała na studiach tak dobrych wyników jak on, ale nie dlatego, że była mniej zdolna; on po prostu kochał prawo, a ona czuła się tam tak bardzo nie na miejscu. Kiedy dostawała mniej punktów niż on, zawsze mówił: „Jest bardzo dobrze jak na ciebie”. Wtedy była na tyle głupia, żeby myśleć, że Szymonowi chodziło o to, że niespecjalnie lubiła swoje studia. Teraz te słowa nabierały zupełnie innego znaczenia. A więc była idiotką. Nagle wszystko stało się jasne. Z zadumy wyrwał ją dzwięk wiadomości. Chwilę po otrzymaniu poprzedniej odpowiedzi spytała Łukasza, czy planuje wybrać się na koncert dziesiątego sierpnia. Napisał, że chętnie, ale w tej chwili nie jest w stanie na sto procent potwierdzić. Odpisała, że okej, że poczeka. Teraz napisał: „Jeśli jesteś gotowa zaryzykować, to kup bilety i zobaczymy. Na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pójdę”. „Mnie to wystarczy. Jutro pójdę do Empiku i kupię” – odpisała. „Co u ciebie?”

„Dobrze, znaczy już teraz dobrze”. „Czy coś się stało?” „Kilka dni temu zerwałam z Szymonem, bez odwrotu. Do niego to nie dotarło i miałam z nim bardzo nieprzyjemną rozmowę telefoniczną. Za dużo pisania. Mam nadzieję, że to już wreszcie koniec”. „Jak się czujesz? Mogę ci jakoś pomóc?” – przyszło po chwili. Oczywiście, że możesz, pomyślała, ale o to nie mogę prosić. Jeszcze wyjdzie na to, że Justyna ma rację. Sonia uśmiechnęła się pod nosem i pokręciła głową. Dokładnie tego teraz potrzebowała. Łukasz po prostu sprawiał, że dobrze się czuła sama ze sobą, czuła, że to, kim jest i co sobą reprezentuje, jest wartością samą w sobie. To wszystko, bez żadnych niedopowiedzeń, które sugerowała jej przyjaciółka. „Dobrze. Ktoś mi powiedział, abym skupiła się na korzyściach. A te biją na głowę wszystko. Już mi pomogłeś”. „Ale ja nic nie zrobiłem”. „Przecież jesteś”, napisała i w ostatniej chwili przed wysłaniem skasowała tekst. Co ty piszesz?! – skarciła się w myślach. Wiesz, jak to brzmi.? Czy może zamiast tym, jak to brzmi, nie powinna bardziej się przejąć tym, że te słowa były pierwszymi, jakie jej się nasunęły? Prawda była taka, że najchętniej by z nim porozmawiała, ale tego napisać nie mogła. Jeszcze w trosce o nią by zadzwonił. Dopiero mogłoby się zrobić niezręcznie, gdyby musiał tłumaczyć żonie nocne telefony. Niezależnie od wszystkiego, od najbardziej niewinnych, przyjacielskich intencji, rozmowa o północy z obcą dziewczyną każdą żonę postawiłaby w stan gotowości. „Zrobiłeś, wierz mi”.

Wysłała. Tylko czy te słowa brzmiały lepiej, czy były wystarczająco jednoznaczne? Ta krótka wymiana SMS-ów uczyniła więcej niż wino i film w towarzystwie Justyny. Co to oznaczało? Za dużo analizujesz, dziewczyno. Po to są przyjaciele, żeby dawać nam poczucie, że nie jesteśmy sami. Zadowolona? Uśmiechnęła się do siebie. Tak, bardzo. „Cieszę się. Jeśli będziesz chciała to przegadać, jak wrócę, jestem do twojej dyspozycji” – zadzwięczało w telefonie. „Wiem”. Wysłała i pomyślała, że czas kończyć. On był na urlopie, ale ona musiała jutro wstać do pracy. Ale wyszło inaczej. „Django, oglądałam dzisiaj po raz enty, mówi Ci to coś?” „Mój ukochany Tarantino. Django to jego najlepszy film, dla mnie na równi z Pulp Fiction” – przyszło w odpowiedzi. „Mam to samo. Uwielbiam Bękarty i Ósemkę, ale Django! Wszyscy są świetni. A DiCaprio? Mistrzostwo”. „Zgadzam się. Scena, w której DiCaprio i Jamie Foxx mierzą się wzrokiem, podczas gdy psy tego pierwszego rozrywają zębami nieszczęsnego niewolnika, to mistrzostwo świata”. „I wszystkie z Jacksonem”. „Bezwzględnie. Znasz się na kinie, na muzyce, powiedz jeszcze, że czytasz książki. Dziewczyna idealna :)” – przeczytała, a jej twarz rozświetlił uśmiech. „Srednio jedną na tydzień. A z tą idealną to nie jestem pewna. Sznur kawalerów się do mnie nie ustawia :)”. „Szczerze, to nie zrobiłaś na mnie wrażenia osoby, której zależy na sznurze kawalerów”.

„Może jeden by się przydał, chociaż po moich ostatnich doświadczeniach to nawet tego nie jestem pewna”. – Na samo wspomnienie wcześniejszej rozmowy przeszył ją dreszcz. „Spokojnie, na pewno gdzieś tam jest i nawet nie zdaje sobie sprawy, jakie szczęście go czeka, kiedy wasze drogi się przetną”. „Teraz pocisnąłeś. Dobrze, że nie widzisz, jak się czerwienię”. – Rzeczywiście poczuła delikatne ciepło na policzkach. „Jeśli to oznacza prawdę, to okej, pocisnąłem :). A z innej beczki: znasz Architects?” „Już teraz tak :). Miałam tylko nadzieję, że ty też”. „Poznałem ich w okolicach drugiej płyty. To już dziesięć lat :). Ostatnia płyta jest świetna, ale ja mam sentyment do przedostatniej. Lost Forever/Lost Together jest dla mnie najlepsza, na razie”. „Czy stwierdzenie, że to również moja ulubiona płyta, będzie nie na miejscu? :)” „Potwierdzi tylko, jak świetnie znasz się na muzyce :)”. „Będę już kończyć, jutro muszę do pracy :(”. Prawda jest taka, że mogę tak w nieskończoność, pomyślała. Czy powinnam zacząć się martwić? Czym, dziewczyno? Wyluzuj. Uśmiechnęła się pod nosem. „Nie śmiem Ci dalej zawracać głowy. Spokojnych snów”. „To raczej ja Tobie zawracałam. Swoją drogą, czy tytuł Lost Forever/Lost Together nie jest genialny? Czy właśnie nie o to w życiu chodzi?”

„Jeśli pytasz mnie, to uważam, że dokładnie o to. Nie ma nic gorszego niż być razem, ale osobno”. „Lepiej być zagubionym na zawsze, byle razem”. „Wtedy już się nie jest zagubionym, wtedy jest się razem, a to jest najważniejsze. Spokojnych snów, bo nie podniesiesz się jutro do pracy :)”. „Spokojnych snów. Podniosę się :)”. Pewnie, że się podniosę. Przecież ty jesteś. Sonia uśmiechnęła się pod nosem i pokręciła głową. Następnie wstała z sofy, wyłączyła telewizor i skierowała swoje kroki do łazienki. Miała za sobą długi dzień.

ARCHITECTS, „PROGRESJA”, 10 SIERPNIA 2017 R.

A sickness with no remedy, Except the ones inside of me. You ever wonder how deep You could sink into nothing at all Architects, Gone With The Wind

Sonia zbliżała się szybkim krokiem do pasażu. Przed sekundą minęła miejsce, w którym jeszcze do niedawna stał jeden z najbardziej charakterystycznych budynków w Warszawie, Rotunda. Spojrzała na zegarek, minęła właśnie siedemnasta piętnaście. Rzadko udawało jej się tak wcześnie wyjść z pracy, ale dzisiaj był szczególny dzień. Szli razem na koncert. Justyna od paru dni śmiała się z przyjaciółki, że jest za bardzo podekscytowana jak na przyjacielski wypad. Sonia argumentowała, że po pierwsze, to jest świetny zespół i nie może się doczekać, kiedy zobaczy go na żywo, po drugie, jak idzie gdzieś z nią, jej bezwzględnie najlepszą przyjaciółką, to

również jest podekscytowana. Justyna ze odpowiadała niezmiennie: „Skoro tak twierdzisz”.

śmiechem

Owszem, cieszyła się, że idą razem. Przecież nie umawiała się na randkę, po prostu szli razem na koncert, na który nie mieli z kim iść i zawsze istniała szansa, w jej przypadku bardzo duża zresztą, że nigdzie się nie wybiorą. Szli razem, bo tak było razniej i przyjemniej. Proste. Mało zresztą brakowało, a nigdzie by nie poszli. Kiedy dzień po wymianie SMS-ów z Łukaszem Sonia poszła do Empiku, okazało się, że bilety się skończyły. Na jej słowa, że jeszcze wczoraj, kiedy sprawdzała na stronie internetowej, bilety były dostępne, bardzo miły pan z obsługi odparł, że pewnie kilka było, ale od rana zdążyły się sprzedać, i poradził jej, aby śledziła wydarzenie na Facebooku, gdyż często się zdarza, że w ostatniej chwili ludzie sprzedają swoje bilety z różnych powodów. Nigdy nie zapomni uczucia, jakie jej towarzyszyło. Na szczęście była już po pracy, bo czuła się jak zombie. Mówiła do siebie, że to tylko koncert, będą następne, ale poczucie straty było tak przejmujące, jakby nie wiadomo co się stało. Całe szczęście, że Justyny tego popołudnia nie było w domu, bo pewnie nie dałaby jej spokoju swoimi insynuacjami. A Sonia po prostu się już nastawiła, umówiła, więc nic dziwnego, że czuła zawód. Na jej wiadomość Łukasz odpisał: „Nie martw się, do koncertu jeszcze zostało trochę czasu, może coś się zmieni”. Jego słowa niespecjalnie ją przekonały, ale w jakiś dziwny, nieokreślony sposób uspokoiły. Co prawda już się pogodziła z faktem, że z koncertu nici, kiedy trzy dni temu, w poniedziałek, Łukasz zadzwonił z informacją, że jeśli w dalszym ciągu jest zainteresowana, to on ma bilety. Trudno

opisać radość, jaką czuła; była odwrotnie proporcjonalna do zawodu, którego doświadczyła jeszcze niedawno przy kasie w Empiku. Nawet fakt, że jej bezpośredni przełożony zrobił wszystko, aby tego ranka wyprowadzić ją z równowagi, bezpodstawnie zresztą, co dzień pózniej mu wytknęła, nie popsuł jej nastroju. W tym konkretnym momencie nic się nie liczyło. W czwartek szła na koncert. Szli na koncert. Sonia weszła do knajpki, w której siedzieli ostatnio, po koncercie AA. Łukasz z uśmiechem podniósł się od stolika. – Cześć – powiedział. – Miło cię widzieć. – Cześć – odpowiedziała, zajmując miejsce. – Ciebie też. – Napijesz się czegoś? – Wodę poproszę. Po chwili siedzieli naprzeciwko siebie. Sonia łapczywie wypiła pół szklanki wody. – Gorąco strasznie, mam nadzieję, że w klubie klimatyzacja będzie działać na maksa. – Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. – Ale się strzaskałeś, słońce ewidentnie cię lubi – uśmiechnęła się. – To prawda, ale tak już mam, wystarczy chwila na słońcu. Ponadto kiedy jestem nad morzem, bardzo dużo pływam. Potem leżak, książka i opaleniznę łapię w sekundę. – Wypoczynek marzenie. – Dla mnie na pewno – uśmiechnął się. – Z pływaniem to jest o tyle ciekawe, że lubię to robić tylko nad morzem. Natomiast chodzenie na basen w ogóle mnie nie kręci.

– Rozumiem, za dużo ludzi. Jak masz szczęście, to dzielisz tor tylko z jedną osobą, wiem coś o tym. – No właśnie. Ale powiedz, co tam u ciebie. Jak sytuacja z Szymonem? Sonia zamyśliła się. – Na szczęście od naszej ostatniej rozmowy nie odzywał się. Wtedy byłam w szoku. Nie będę ci opowiadać o rozmowie, bo nie jest to nic wartego powtórzenia. Ale w pierwszym odruchu zaczęłam sobie wyrzucać, że jak mogłam nie dostrzec tego wcześniej, jak mogłam być tak głupia. – Wiesz, że to nieprawda, nie możesz siebie winić. Czasami po prostu chcemy widzieć w drugim człowieku dobro. – Ale po tym, co usłyszałam, nie wierzę, że coś takiego w nim jest. – Dobrze się krył. – Tylko co to mówi o mnie? – spytała. – ?e jesteś ufna. To lepsze niż być wiecznie podejrzliwym – powiedział spokojnie. – Ale wtedy możesz się ostro sparzyć. – Oczywiście, ale jeśli się zamkniemy i strach przed zranieniem nas sparaliżuje, to sami odbierzemy sobie możliwość przeżywania życia w pełni. A ponadto coś jednak przeczułaś, przerwałaś ten związek, zanim… – Zanim było za pózno – weszła mu w słowo. – I to był mój drugi odruch. Pamiętałam, co mówiłeś o skupianiu się na korzyściach. A tych, tak jak ci pisałam, jest zdecydowanie więcej. – Super.

Uśmiechnęli się do siebie. – Stęskniłam się za tobą – powiedziała jakby bezwiednie. – Przepraszam – dodała zmieszana. – Znaczy za twoim towarzystwem. Nie chciałam, co ja plotę. Sonia spuściła wzrok i poczuła, że się czerwieni. – Ja też się za tobą stęskniłem – odparł Łukasz łagodnie. Sonia posłała mu niepewny uśmiech. – Nie chcę, żebyś mnie zle zrozumiał. Tak mi się wyrwało, nie pomyślałam, jak to zabrzmi. – To znaczy, że się za mną nie stęskniłaś. – Łukasz zrobił smutną minę. – Cóż, chwila radości długo nie trwała – dodał, po czym uśmiechnął się szeroko. – Przestań, to nie tak. Po prostu tak czułam i powiedziałam to na głos. I dopiero gdy to usłyszałam, zdałam sobie sprawę, jak niezręcznie mogło to zabrzmieć. A ja naprawdę się stęskniłam. Spróbuję teraz nie spłonąć. Za twoim towarzystwem, za rozmową z tobą. Od tego są przyjaciele, prawda? Sonia spojrzała na Łukasza uważnie, jakby szukała potwierdzenia swoich słów. – Prawda. Z tych samych powodów ja czuję podobnie. I pewnie z paru innych też. – Z jakich? – Spojrzała na niego z zaciekawieniem. – Choćby z tego, dla którego postanowiłaś się przed chwilą wytłumaczyć, całkiem niepotrzebnie zresztą. Powiedziałaś, co myślisz, bez zastanawiania się, bez kalkulowania. – I to dobrze?

– Bardzo dobrze, wspaniale, odświeżająco. Ludzie robią to zbyt rzadko. A tym, jak to brzmi, nie powinnaś się martwić. Ty wiesz, co chciałaś przekazać, co czułaś, kiedy wypowiadałaś te słowa. Fuck, tego ostatniego nie byłabym taka pewna, przeleciało lotem błyskawicy przez głowę Soni. Wystraszyła się tej myśli. – I ja też wiedziałem – dodał po chwili Łukasz. – Po prostu dobrze nam się rozmawia. – To samo powtarzam Justynie. – Rozumiem, że Justyna też ma swoją teorię – roześmiał się. – Myślę, że bardziej lubi się ze mnie nabijać. – Wiesz, ja sobie świetnie zdaję sprawę, jak w pewnym sensie nietuzinkową parę przyjaciół stanowimy. Niestety, ktoś patrzący na nas z zewnątrz z góry musi nas wrzucić do jakiejś szufladki, i z całą pewnością nie będzie to szufladka „Przyjaciele”. Tak po prostu jest. – Ale my nie będziemy się tym przejmować. – Jakie inni będą mieć o nas wyobrażenia? Nie, ja nie mam zamiaru. Chyba że zacznie ci przeszkadzać towarzystwo starszego pana… – Moja prośba cały czas obowiązuje. – Pogroziła mu palcem z uśmiechem. Łukasz roześmiał się. – Oczywiście. Chciałbym tylko zaznaczyć, że jeśli taki moment nadejdzie, to niczym się nie przejmuj, ja to całkowicie rozumiem. Szczerze mówiąc, to i tak mi bardzo schlebiasz.

– A ja nie rozumiem – odparła Sonia nerwowo. – Ty myślisz, że co to jest? ?e nagle znudzę się naszą przyjaznią, a może jeszcze lepiej, że zacznę się jej wstydzić? Za kogo ty mnie masz? W tym, co usłyszałam, nie ma nic, co by mi schlebiało. I zanim cokolwiek odpowiesz, dodam, że ja przyjazń traktuję bardzo poważnie. Zdaję sobie sprawę, że znamy się krótko, że jest między nami różnica wieku. Ale to w żaden sposób nie zmienia mojego podejścia. To nie jest jakiś kaprys rozpuszczonego dziecka, bo wierz mi, przy mojej matce trudno być rozpuszczonym. Sonia wypuściła powietrze. – Skończyłam – powiedziała. – A teraz słucham. Łukasz popatrzył siedzącej naprzeciwko młodej kobiecie prosto w oczy i uśmiechnął się delikatnie. – Jeśli myślisz, że tym uśmiechem wszystko załatwisz, to się grubo mylisz. Łukasz uśmiechnął się trochę szerzej i Sonia, chcąc, nie chcąc, odpowiedziała tym samym, by po chwili przywołać na twarz grozną minę. – Co masz mi do powiedzenia? – Mój uśmiech nie wystarczy? Cholera, myślałem, że całe życie na nim przejadę. – A tu nic z tego. ?arty też nie pomogą. – Sonia starała się cały czas patrzeć na niego groznie. – ?arty też nie? Czyli zostają mi jedynie złote myśli, które w moim przypadku są często bez pokrycia. – I nigdy nie pomyślałeś, żeby to zmienić? Im bardziej zwlekasz z odpowiedzią, tym bardziej jestem jej ciekawa.

– Nie zwlekam. – Łukasz wciągnął powietrze. – Ja – zawahał się, jakby ważył słowa – bardzo cenię sobie naszą przyjazń. Nie jestem typem zbyt towarzyskim, kontaktowym. Sonia popatrzyła na niego z zaskoczeniem. – No właśnie o tym mówię, ludzie, którzy mnie znają, też się dziwią. Ja nie mam problemu z rozmową o pierdołach, tylko że tego nie lubię. Już zresztą chyba o tym wspominałem, nieważne. Niezmiernie trudno jest mi spotkać kogoś, z kim mógłbym porozmawiać o wszystkim, z kim nie czułbym się ograniczany. I ty taka jesteś. Łukasz poczuł, że się czerwieni. – W tym momencie zaczynam się czuć niezręcznie – dodał po chwili. – Dlaczego? Ja myślę dokładnie tak samo o tobie. Dlaczego masz z tego powodu czuć się niezręcznie? – Bo jestem, i proszę, nie protestuj, starym dziadem, który nagle zaprzyjaznił się z młodą dziewczyną. – Po pierwsze, nie jesteś żadnym starym dziadem. Masz czterdzieści cztery lata, trudno nazwać cię starym, a wyglądasz tak, że młodsi mogą ci zazdrościć. – Teraz to dopiero mnie zawstydzasz – roześmiał się. – Tylko bez fałszywej skromności – odpowiedziała z uśmiechem. – Akurat z tego, jak wyglądasz, doskonale zdajesz sobie sprawę. – No tak, ale usłyszeć to na głos to co innego. Niezależnie od tego, jak się czuję i jak wyglądam, to fakty są takie, że przy tobie jestem starszym panem. – Ja tego nie widzę. I czy to przeszkadza w przyjazni? Najwyrazniej masz z tym problem – powiedziała stanowczo.

– Mówiłem ci, że jestem pełen złotych myśli bez pokrycia. Człowiek, który zawsze miał konwenanse w głębokim poważaniu, przestraszył się przyjazni… – Z powodu różnicy wieku – weszła mu w słowo. – Wiesz, i to bardziej ze względu na ciebie. Ja się w twoim towarzystwie czuję świetnie, tylko cały czas myślę, czy nie powinnaś spędzać czasu z rówieśnikami. Sonia pokręciła głową z dezaprobatą. – Kim jesteś i co zrobiłeś z Łukaszem? – To nadal ja – odpowiedział. – To dobrze, bo przez chwilę się martwiłam. Uznajmy to więc za chwilę słabości, ale pozwól, że o to, czy marnuję czas, czy nie, będę się martwić ja. I bardzo poproszę o powrót Łukasza, z którym idę dzisiaj na koncert. – Melduję się – wybuchnął śmiechem. – Tak lepiej. To może zaczniemy wprowadzać w życie pokrycie dla twoich złotych myśli. – To znaczy? – To znaczy, że nie chcę więcej poruszać kwestii różnicy wieku. Ja jej nie czuję i zanim zażartujesz, nie, nie czuję się staro. Czuję, jakbym odżyła, jakby wszystko dopiero było przede mną i powiem to bez zaczerwienienia się, jak przyjaciel do przyjaciela, że stało się tak w dużej mierze dzięki tobie. – Bardzo się cieszę. Ty też dużo zmieniłaś w moim życiu, pomyślał, ale pewnie minie trochę czasu, zanim ci to wyznam, o ile w ogóle to kiedyś nastąpi. Sonia mogła mówić, że różnica wieku między

nimi nie ma znaczenia, prawdopodobnie tak to wyglądało z jej punktu widzenia. Oczywiście, on doskonale wiedział, jak wygląda i jak się czuje, i dla niego czterdzieści cztery to była tylko liczba, ale już w zderzeniu z dwadzieścia sześć nabierała zupełnie innego znaczenia. Sonia nie była dzieckiem, była dorosłą kobietą, ale kobietą u progu życia, a on w najlepszym razie miał przed sobą zejście z górki, o ile już nie zaczął schodzić. Czy za bardzo tego wszystkiego nie analizował? To była przyjazń, koniec, kropka. – Mamy ten temat za sobą?! – zabrzmiało jak stwierdzenie, ale ewidentnie było pytaniem. Sonia patrzyła na niego, oczekując odpowiedzi. – Tak. – Jedziemy poszaleć? – spytała z uśmiechem. – Jedziemy – odpowiedział, wstając od stolika.

***

Łukasz wszedł do domu. W salonie paliło się światło. Na sofie, z laptopem na kolanach, siedziała Agata. – Cześć, kochanie, nie śpisz? – spytał, podchodząc do żony i całując ją na powitanie w usta. – Jeszcze wysyłam maile. – O tej porze? – W firmie jest względny spokój, trwa sezon urlopowy i pomyślałam, że wezmę sobie wolne jutro i w poniedziałek.

Piętnasty też jest wolny, więc może gdzieś wyskoczymy na taki wydłużony weekend? Pogoda zapowiada się rewelacyjnie. Łukasz usiadł na fotelu i popatrzył na Agatę z uśmiechem. – Czy coś się stało? – Dlaczego miałoby się coś stać? – Nie żartuj sobie, sama z siebie bierzesz wolne? Ostatni raz coś takiego się wydarzyło… zaraz, poczekaj… – Łukasz udał, że intensywnie próbuje sobie coś przypomnieć. – Nigdy – uśmiechnął się. – To może czas to zmienić? – Tak? To znaczy fajnie, ale dlaczego? – Przyjrzał się żonie uważnie. – Sam cały czas powtarzasz, że za mało czasu spędzamy razem, takiego tylko dla nas. Znając ciebie, na pewno nie masz żadnych zaległości i jeśli miałeś teksty do oddania, to już to zrobiłeś. To chyba nie problem, abyśmy jutro gdzieś ruszyli? – To prawda, choć muszę zajrzeć rano do redakcji, ale dosłownie na chwilę. Mogę tam wpaść po drodze, gdziekolwiek będziemy jechać. – Musisz? – spytała. – Mógłbym napisać maila, ale szybciej będzie podjechać i wytłumaczyć, niż wyłuszczać wszystko. – A przez telefon? Chciałabym wcześnie wyjechać. – A dokąd jedziemy? – Łukasz uniósł znacząco brwi. – Niespodzianka tajemniczo.



odpowiedziała,

uśmiechając

się

– Dobrze, zadzwonię z drogi. Niezależnie od tego, gdzie będzie nas prowadzić – powiedział, wstając.

– Dokąd idziesz? – Po piwo, po tym koncercie strasznie chce mi się pić. Muszę iść wziąć prysznic, zaraz po wyjściu byłem cały mokry. – Trochę ci się zeszło. Łukasz wrócił z otwartą butelką piwa i usiadł z powrotem na fotelu. – Byłem w domu o dwudziestej trzeciej trzydzieści, to dosyć szybko, biorąc pod uwagę, że koncert skończył się po wpół do jedenastej. Odwiozłem Sonię i ruszyłem do domu. – Jakoś podskórnie czuł, że musi być bardzo dokładny, określając czas powrotu. – Nie

zaprosiła

cię

na

kawę?

Łukasz popatrzył uważnie na Agatę. – Serio? – Nie można sobie zażartować? – Można, ale nie rozumiem, dlaczego miałaby to zrobić. – Z grzeczności, w końcu ją odwiozłeś. – Chyba nie to miałaś na myśli. A w ogóle to nie wyobrażam sobie, że pozwoliłbym jej czy komukolwiek wracać samemu po nocy. – Jej w szczególności. – Jej, tobie, komukolwiek. – Ja jestem twoją żoną. – Powiedz mi, dlatego jeszcze nie śpisz? Czekałaś na mnie, żeby się pokłócić? – Nie, czekałam na ciebie, bo to robi żona, kiedy jej mąż… – Urwała w pół zdania.

Łukasz zaśmiał się gorzko. – Kiedy jej mąż co? Słucham? – Dobrze wiesz co. – Mam odpowiedzieć za ciebie, jak zawsze zresztą? Pytałem cię, czy mogę iść na koncert. – Starał się, aby jego głos brzmiał spokojnie. – Nie musisz mnie pytać o takie rzeczy. – Najwyrazniej muszę. Do tej pory nie musiałem, ale nagle zrobił się z tego problem. – Nie zrobił się. Nie było biletów, ale ty nagle musiałeś zrobić wszystko, aby je załatwić, dla… Do tej pory chodziłeś sam. – I nagle boli cię, że znalazłem towarzystwo. Wiesz, takie rzeczy, jak zresztą wiele innych, lepiej przeżywa się, kiedy można to z kimś dzielić. Ciebie to nigdy nie interesowało, niestety. – Miałeś coś, co mogłeś dzielić z Michałem. – Oczywiście, ale to nie było tak, że odsunęłaś się na bok, abym miał czas tylko dla syna. Nigdy cię to nie interesowało, i w porządku, nie musiało, jak wiele innych rzeczy. – Ewidentnie nie w porządku. – Nigdy się nie skarżyłem. – Ale teraz znalazłeś sobie kogoś, z kim możesz dzielić swoje pasje. Łukasz zamknął oczy i oparł głowę o fotel. – O co ci tak naprawdę chodzi? – Otworzył oczy i spojrzał na swoją żonę zrezygnowany. – Czy jest szansa, abym się dowiedział?

Agata milczała, wpatrzona w męża. – Nikogo sobie nie znalazłem. Przypadkiem się spotkaliśmy, okazało się, że oboje lubimy podobne rzeczy. Już mówiłem, to jest przyjazń. Ludzie mają przyjaciół i uprzedzając twoje pytanie, również płci przeciwnej. – Myślałam, że my jesteśmy przyjaciółmi – powiedziała Agata cicho. – Jedno drugiego nie wyklucza. Czy mam zerwać wszystkie kontakty z Sonią? Powiedz jedno słowo, a to zrobię. – A chcesz to zrobić? – Nie, nie chcę, ale ty jesteś ważniejsza. – Nie chcesz? – Popatrzyła podejrzliwie na męża. – Nie chcę – odpowiedział zdecydowanie. – Przyjazń działa w obie strony. – I martwisz się, co ona by czuła. – Tak, martwię się. – A ja? – spytała. – A co ty? Czego ode mnie oczekujesz? Po prostu powiedz. Jestem zmęczony tą rozmową. Mam więcej się z nią nie spotkać? – Nie. Ale ja się przestraszyłam. – Agata wypowiedziała te słowa bardzo cicho. – Nareszcie. – Co nareszcie? Co takiego powiedziałam? – Nareszcie powiedziałaś, co czujesz. Teraz powiedz mi, idąc za ciosem, czego się przestraszyłaś.

Agata zawahała się. To zawsze była jej mocna strona albo pięta Achillesowa, zależy, jak na to patrzeć. Część siebie, którą zawsze ukrywała, nawet po tylu latach razem, w przeciwieństwie do Łukasza, który był transparentny do granic możliwości. Ona zawsze zatrzymywała coś dla siebie, co było tylko jej. Łukasz tego nie miał i teraz, w tym właśnie momencie, bała się, czy nagle nie zacznie mieć. – ?e wreszcie znalazłeś kogoś dla siebie, kogoś podobnego, kim ja nigdy nie byłam. Bratnią duszę. Łukasz patrzył z niedowierzaniem na żonę. – Nie za bardzo się otwierasz? – Przestań, to nie jest łatwe. – Nie jest łatwe?! Kpisz sobie? Po szesnastu latach małżeństwa? To co ja mam powiedzieć o „łatwym”? Ale okej, nieważne, cieszę się, że mi wreszcie zaufałaś, chociaż to może błędne założenie, biorąc pod uwagę, że mówimy właśnie o braku zaufania. – To nie tak. – Okej. Wytłumaczę się, chociaż nie bardzo jest z czego. To jest młoda kobieta, którą przypadkowo spotkałem na koncercie i gdyby nie fakt, że znam ją, odkąd była dzieckiem, to byśmy nie zamienili ani słowa. I w tym momencie muszę podziękować losowi, bo gdybyśmy się nie znali, to nie miałbym szansy się przekonać, jak inteligentną jest osobą. Spotkaliśmy się potem przypadkiem znowu i jakimś cudem okazało się, że ona dobrze się czuje w moim towarzystwie. W towarzystwie odludka, który lubi ludzi, ale nie wtedy, kiedy są w pobliżu. – Może cię to zdziwi, ale wielu ludzi lubi twoje towarzystwo, tylko boi się do tego przyznać w obawie przed

twoją reakcją. – Boją się mojej reakcji, naprawdę? – Tak, tej ironii i sarkazmu. Ona najwyrazniej się nie bała. – Nie, nie bała się, bo nie było czego się bać. – Może jej towarzystwo ci odpowiadało i od razu to poczuła. – Może, nie wiem. Czy ta rozmowa dokądś prowadzi? Łukasz spojrzał zmęczonym wzrokiem na żonę. – Kim ty dla niej jesteś? Ojcem? Matką? Kim? – Nie wiem, Jezu. To pytanie nie do mnie. I nie mam siły tłumaczyć ci tego, co myślę na ten temat. Może następnym razem, jak będziemy u Moniki i Marka, i ona tam będzie, to po prostu spytasz. – I wyjdę na zazdrośnicę. I to o kogo, o jakąś gówniarę. – A tak nie jest? Bo odniosłem takie wrażenie. Ale rozumiem, że pragniesz zachować to dla siebie. – Nie jestem zazdrosna – powiedziała Agata stanowczo. – Skoro tak mówisz… – Rezygnacja była słowem, które nie oddawało tego, co czuł w tym momencie Łukasz. – Martwię się, aby nie okazało się, że jesteś… – Agata po raz kolejny się zawahała. – Kim? Powiedz wreszcie. Chcę się umyć i położyć. – Miłością, mój drogi mężu, miłością, bo nie jestem pewna, co ty byś wtedy zrobił. – Wiesz co – powiedział, wstając – po tym ogromie zaufania, jakim mnie obdarzałaś przez te wszystkie lata, a nigdy nie dałem ci powodu, abyś we mnie zwątpiła, to

w sumie sam nie wiem, co bym zrobił. Może to ja po prostu nie spełniłem twoich oczekiwań. Stąd to wszystko. Agata siedziała w ciszy, wpatrując się w ekran laptopa. – Jesteś pewna tego wyjazdu? Jeśli tak, to mnie obudz, kiedy uznasz za stosowne. Ja idę się umyć i spać.

***

Sonia popatrzyła na odjeżdżający samochód. Łukasz, sprawca jej najwspanialszych przeżyć muzycznych, właśnie odjechał. Przez moment, zanim odjechał, chciała zaproponować kawę. Ale po pierwsze, w filmach w takich sytuacjach kawa była tylko pretekstem, a po drugie, Łukasz dał jasno do zrozumienia, że musi wracać do domu. Co prawda dodał, że chętnie powtórzyłby ich wieczorną pokoncertową sesję, ale dzisiaj to niemożliwe. Musiała przyznać, że była trochę zawiedziona. Łukasz jeszcze przed koncertem dał jej do zrozumienia, że nie będzie miał czasu po jego zakończeniu. Ale i tak czuła rozczarowanie. Czyżby za bardzo zaczęła się do niego przywiązywać? Cicho otworzyła drzwi mieszkania. W środku było ciemno. Justyna najprawdopodobniej już spała. Sonia weszła do łazienki, rozebrała się i puściła wodę pod prysznicem. Kilka minut pózniej już leżała w łóżku. Na poduszce rozłożyła ręcznik; za nic w świecie nie chciało jej się suszyć włosów, zresztą suszarka narobiłaby hałasu. Rano na głowie prawdopodobnie będzie mieć jeden wielki bałagan, ale pomartwi się tym jutro.

Powinnam już spać, pomyślała. Nigdy po koncertach nie mogła szybko zasnąć. Nigdy, czyli w ciągu ostatnich kilku miesięcy, uśmiechnęła się sama do siebie. Sonia sięgnęła po telefon i założyła słuchawki na uszy. Włączyła ostatnią płytę Architects i zamknęła oczy. Kiedyś pewnie dziwiłaby się, jak można usypiać przy tak ostrej muzyce. Kiedyś to by się dziwiła, jak w ogóle można tego słuchać. Rocka zawsze lubiła, ale metal i jego pochodne to był zawsze o krok za daleko. Teraz dziwiła się, jak mogła bez tej muzyki żyć. Poprzedni koncert był super, ale to było nic w porównaniu do dzisiejszego. Najpierw While She Sleeps, których słyszała pierwszy raz. Pózniej August Burns Red i wreszcie gwiazda wieczoru, Architects. Klimat, jaki stworzyli muzycy, nie miał sobie równych. Na samo wspomnienie, połączone z muzyką płynącą przez słuchawki, poczuła dreszcz. Sonia potarła ramiona, aby się trochę ogrzać. Przypomniała sobie dotyk rąk Łukasza na koncercie, kiedy nagle ją łapał, aby zapobiec upadkowi, lub po prostu uznał, że może potrzebować pomocnej dłoni. Nie robił tego tak często jak ostatnio. Inna sprawa, że teraz już sama czuła się pewniej, wiedziała, jak się ustawiać, jak poruszać. On najprawdopodobniej też to wiedział, aczkolwiek doskonale czuła, że cały czas był w gotowości, aby ją chronić. „Now, there’s no turning back” – usłyszała w słuchawkach krzyk wokalisty. „Maybe we’ve passed the point of no return”, kontynuował swój śpiew. Czy te słowa odnoszą się do mnie? – pomyślała. Kontekst utworu był inny, ale Soni bardzo łatwo było te pojedyncze słowa dopasować do własnej sytuacji. Czy nie było dla niej odwrotu? Czy przekroczyła ten punkt, po którym podróż z powrotem była niemożliwa? Co za bzdury, pokręciła głową. Był koncert, było miło, więcej niż miło, było super, jak zwykle. Nic dziwnego, że

słuchając teraz muzyki, cały czas czuła tamten klimat. Kilka godzin temu perorowała o przyjazni, o tym, kim dla siebie są, i dokładnie tym byli. Ile razy będzie musiała sobie to powtórzyć, aby wreszcie zrozumieć? Może problem tkwił właśnie w tym, że musiała to sobie powtarzać. Sonia wzięła telefon do ręki. Otworzyła wiadomości, przeleciała wzrokiem korespondencję z Łukaszem z czasu, kiedy był na urlopie. Kilka zdań, a ile treści. Fuck, zaklęła pod nosem. Jedyne, o czym w tej chwili myślała, to żeby do niego napisać. A nawet nie to, raczej żeby on do niej napisał. Czy te wszystkie mądre słowa o przyjazni miała wyrzucić do kosza? Nie, bez przesady, upomniała się, byli przyjaciółmi, to pewne. Pytanie brzmiało inaczej: Czy dla niej to była tylko przyjazń? Jak zwykle za dużo analizujesz i jak zwykle przesadzasz. Srodek nocy na pewno sprzyja mętlikowi w głowie. Jutro rano wstaniesz i będzie luz. Tak, z pewnością, tak jak dzisiaj, wczoraj i przedwczoraj. Dokładnie taki „luz”. Przez te trzy dni wiedziała, na co czeka. Jutro tego nie będzie. – Fuck! – powiedziała na głos i ukryła twarz w poduszce.

TEATR, WARSZAWA, 2 WRZESNIA 2017 R.

So you can drag me through Hell, If it meant I could hold your hand, I will follow you cause I’m under your spell, And you can throw me to the flames, I will follow you, I will follow you Bring Me The Horizon, Follow You

Sonia westchnęła pod nosem. Co ja tutaj robię? – spytała siebie w myślach. Kiedy półtora tygodnia temu odebrała telefon od matki, z całą pewnością nie tego się spodziewała. Powinna od razu coś wyczuć. Matka była nad wyraz miła. Nie czyniła Soni żadnych wyrzutów, że nie dzwoni, nie zadawała żadnych pytań dotyczących pracy ani dlaczego jej błyskotliwa prawnicza kariera stoi w miejscu. ?adnych uwag do stylu życia. Z drugiej strony, skąd miałaby o czymkolwiek wiedzieć? Przecież rzeczywistość dla niej nie istniała, istniało tylko jej własne wyobrażenie o niej. Jeśli chodziło o Sonię, w każdym razie.

Kiedy Sonia odebrała połączenie, spodziewała się potoku wyrzutów i pretensji, a czekała ją niespodzianka. Kiedy usłyszała pierwsze słowa, była tak zaskoczona, że jak ostatnia naiwna przyjęła je za dobrą monetę. Okazało się, że kochana mamusia podała jej numer synowi swojej szefowej. „Wspaniały mężczyzna, lekarz, chirurg, pięć lat starszy od ciebie, a jaki dojrzały i ułożony. Odwiedził swoją mamę w pracy, zobaczył twoje zdjęcie na moim biurku i nie mógł wyjść z podziwu. Chirurg, nie wiem, czy wspominałam. I tak od słowa do słowa jakoś wyszło, że jest sam. Praca, obowiązki, bo wiesz, on jest chirurgiem, i jakoś nie złożyło się, żeby spotkał tę właściwą osobę. Bardzo otwarty człowiek. Dałam mu twój numer, może jakby zadzwonił, a ty byś miała ochotę… Wiem, że po Szymonie przeżywasz trudny czas, ale może warto spróbować? Co ci szkodzi? Wspaniały, wspaniały młody człowiek, i przystojny, chirurg, Kajetan ma na imię”. Oczywiście wszystkie te zdania zostały wypowiedziane praktycznie na jednym oddechu. Już wtedy mogła coś przeczuwać, odczytać znaki ostrzegawcze. W końcu jej matka uwielbiała także Szymona, ale Sonia w swojej naiwności pomyślała, że przecież nie zna tego Kajetana, a o Szymonie tego, co „najlepsze”, nie wiedziała. Nie możesz się uprzedzać, zanim nie poznasz człowieka, powiedziała wtedy do siebie. I to był pierwszy błąd. Powinna posłuchać instynktu, to na pewno by nie zaszkodziło. Natomiast nie była do końca pewna, czy coś takiego jak instynkt w ogóle posiadała. Po tylu latach z Szymonem szczerze w to wątpiła. Teraz, siedząc tu, gdzie siedziała, już wiedziała: instynkt był, miał się dobrze i powinna była go posłuchać. Zanim Kajetan do niej zadzwonił, dzień po rozmowie z matką, przegadała naturalnie całą sprawę z Justyną. Czy to był dobry pomysł? Potrzebowała rady. Oczywiście był jeszcze

Łukasz, ale od koncertu Architects nie mieli okazji ze sobą porozmawiać. Wymienili dosłownie kilka SMS-ów i zamienili parę zdań przez telefon, o prawdziwej rozmowie nie było mowy. Co prawda próbowali kilka razy umówić się na lunch, ale za każdym razem to ona musiała, ku swojemu ogromnemu żalowi, odwoływać spotkania. Sezon urlopowy w kancelarii spowodował, że nie miała czasu się podrapać, a co dopiero iść coś zjeść. Po pracy była tak skonana, że jedyną jej myślą było położyć się do łóżka. No może nie jedyną, ale inne spychała daleko w głąb. Skupiała się na pracy, a przynajmniej starała się, aby praca zawładnęła jej myślami. Oczywiście im bardziej się starała, tym gorzej to wychodziło. Kiedy więc na horyzoncie pojawiła się perspektywa spotkania z kimś innym, wszystko, czego potrzebowała, to odrobina popchnięcia w odpowiednim kierunku. I dokładnie to zapewniła jej Justyna. Od czego w końcu są przyjaciółki. Ta nie miała wątpliwości, że jest to słuszna decyzja. Sonia pójdzie na spotkanie, pozna kogoś nowego, oderwie swoje myśli od „pracy”… Justynie zdecydowanie nie podobało się to, co ostatnio działo się z jej przyjaciółką, i że owa „praca” wypełniała jej każdą myśl. Sonia powiedziała, że Justyna nie musi tak dreptać wokoło, bo ona doskonale zdaje sobie sprawę, kogo nazywa „pracą”, i że „on ma imię”. Justyna obstawała przy swoim. Sonia ma koniecznie iść na spotkanie. W najgorszym razie ponudzi się kilka godzin. ?eby to było takie proste… Kiedy odebrała telefon, usłyszała pewny siebie głos człowieka zdecydowanego, ale niezadufanego w sobie. Kajetan w kilku słowach przedstawił się i opowiedział o okolicznościach, w jakich dostał jej numer. I tak jakby za jej przyzwoleniem pozwolił sobie do niej zadzwonić. Następnie spytał, czy nie miałaby ochoty wybrać

się na niezwykle popularną sztukę, która dopiero co miała premierę. Zdobycie biletów graniczyło z cudem, a on tylko przez bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności wszedł w ich posiadanie. Owszem, Sonia słyszała o tej sztuce, natomiast jej rozmówca był bardzo podekscytowany, więc nie śmiała mu odmówić. W końcu nie powinno się oceniać książki po okładce, pójdzie i sama się przekona. Przed sztuką mogliby się wybrać gdzieś na obiad. Z każdą minutą rozmowy Sonia miała coraz mniejszą ochotę na to całe przedsięwzięcie, więc obserwująca całą sytuację Justyna dała jej bezgłośnie wyrazny znak: „Ani się waż, robisz się na bóstwo i idziesz”. „Tak jest”, odpowiedziała jej tak samo Sonia. Obiad w restauracji, sztuka przez wielkie S, w teatrze przez bardzo duże T. Chirurg Kajetan zaczynał z wysokiego pułapu. Nadszedł wielki dzień, a ona nie mogła się doczekać, kiedy się skończy. Godzina i piętnaście minut sztuki było za nią, do końca zostało pewnie jeszcze drugie tyle. Kajetan poszedł kupić wodę, a ona siedziała i zastanawiała się, co tutaj robi. Może powinna teraz wymknąć się po angielsku? Uśmiechnęła się do tego pomysłu. Jakkolwiek by nie oceniała całego popołudnia, jej towarzysz z pewnością nie zasłużył sobie na taką niespodziankę. W rzeczywistości okazał się bardzo sympatyczny, kulturalny i wyraznie się starał, aby czuła się dobrze. Natomiast kiedy próbowali rozmawiać, zaczynały się schody. O tyle dobrze, że mogli chociaż pogadać o pracy. Sonia nie lubiła mówić o swojej, ale wynikało to zapewne z faktu, iż jej po prostu nie lubiła. Kajetan swoją kochał, w sumie nic dziwnego, nikt nie zostaje chirurgiem, jeśli tego nie lubi. On nie tylko lubił to, co robił, on uwielbiał również o tym opowiadać. Historii o pierwszych dwóch przypadkach,

z jakimi miał do czynienia, wysłuchała jeszcze ze względnym zainteresowaniem, przy trzecim zaczęła już odpływać myślami, przy czwartym kelner przyniósł zamówione jedzenie, i to okazało się wybawieniem. Pół godziny wcześniej Kajetan podjechał po nią pod dom, skąd udali się do restauracji na Starym Mieście. Kiedy podeszli pod drzwi, Sonia pomyślała, że dzisiaj wszystko jest z najwyższej półki. Jej towarzysz w najlepszym garniturze, w nowiutkim samochodzie (nie żeby się specjalnie na tym znała, ale wiedziała, że był niemiecki i bezwzględnie bardzo drogi). Ona z kolei w swojej „najlepszej” sukience z sieciówki w pierwszej chwili poczuła się nie na miejscu. Na szczęście tuż przed wyjściem Justyna powiedziała jej, że wygląda jak milion dolarów i nawet gdyby poszła w powyciąganym dresie, to jej towarzysz powinien uważać się za szczęściarza. To wspomnienie pozwoliło Soni odgonić wstępne zwątpienie. Milion dolarów, pamiętaj. Ciekawe, czy to specjalnie dla mnie, czy to normalny sposób bycia pana doktora? – pomyślała, kiedy już wygodnie rozsiadła się w restauracji. Ceny w karcie onieśmielały, ale cóż, jak na bogato, to na bogato. Swoją drogą ciekawe, za czyje pieniądze tak balujemy? Trzydziestojednoletni chirurg, wrażenie wrażeniem, ale jeśli to wszystko to były pieniądze rodziców, to byłoby to słabe. Pieniądze jej nie imponowały. Choć tego nie wiesz, skarciła się w myślach. – Słyszałaś o tej sztuce? – jego głos wyrwał ją z zamyślenia. – Owszem, obiło mi się o uszy – odpowiedziała wymijająco. Kajetan patrzył na nią z pytaniem w oczach. Kelner zabrał puste talerze. Sonia poczuła się jak wywołana do odpowiedzi, choć przecież już jej udzieliła. To uczucie na pewno jej się nie podobało.

– Słyszałam, że to przerost formy nad treścią. – To chyba przesadzona opinia. – Tak słyszałam. Ze swoim zdaniem poczekam, dopóki nie obejrzę. – Swoją drogą ciekawe, kto wydaje takie opinie. Reżyser uznany, aktorzy świetni. Jak coś jest trochę trudniejsze w odbiorze, to od razu pojawia się zarzut, że to przerost formy nad treścią. Sonia popatrzyła z uwagą na Kajetana. Chyba trochę zbyt emocjonalnie podchodził do tematu. – Ale ty też nie widziałeś wcześniej tej sztuki, prawda? – spytała. – Nie, ale sporo o niej czytałem. – Ale też opinie innych. – Tak, ale opinie poważnych krytyków, a nie jakichś dyletantów. – Czyli opinie chwalące są poważne, a ganiące nie? – Sonia uśmiechnęła się ironicznie. – Tu nie chodzi o to, jakie są. Tutaj chodzi o to, kto je wydaje. – A nie wydaje ci się, że zanim zaczniesz bronić sztuki jak lepszej sprawy, warto by ją było zobaczyć i przekonać się, czy ci twoi uwielbiani krytycy mają rację? Nie jestem ekspertką, byłam na kilku sztukach, ale wiem, że ilu ludzi, tyle opinii. – A co ostatnio widziałaś? Dobrze, pomyślała Sonia, zostawimy tę nieszczęsną sztukę w spokoju. Porozmawiamy o czymś neutralnym.

– Zapomniałam tytułu. Kilka miesięcy temu byłam z przyjaciółką. – Jakim cudem nie spotkałam tam Łukasza? – przeleciało jej szybko przez myśl. Uśmiechnęła się do siebie. – W każdym razie byłyśmy na takiej świetnej angielskiej komedii. – Komedii? Jeśli Kajetan w ogóle starał się ukryć, co myśli o tego rodzaju „sztuce”, to nie wyszło mu to za dobrze. Po chwili jakby się zreflektował i szybko dodał: – Nie no, to zależy, co kto lubi. Komedie też mogą być pouczające. Słaba ta próba, pomyślała, a pierwsza reakcja to pierwsza reakcja i nawet nie chodziło tu o fakt, że nie lubił komedii, tylko bardziej o pogardę w głosie, którą tak dobrze usłyszała. – Dzięki, od razu mi lepiej – nie mogła się powstrzymać od odrobiny sarkazmu. – Chodzi mi o to, że dramat zawsze będzie lepszy niż komedia, bo nie stara się spłycać problemu. – A komedia spłyca? To ciekawe. Ja nie twierdzę, że komedia jest lepsza, tylko że jest inna, ani gorsza, ani lepsza. Czy komedie Szekspira nie miały wystarczająco mądrości, aby konkurować z jego dramatami? A Woody Allen? Praktycznie całą swoją karierę zbudował na połączeniu komedii i dramatu. Smiejemy się przez łzy i wydzwięk ludzkich tragedii nie jest przez to mniejszy. Może śmiech jest po prostu często ratunkiem. Gdyby ludzie brali życie troszkę mniej poważnie, wszystkim żyłoby się lżej. – Muszę przyznać, że poważnie podchodzisz do tematu – uśmiechnął się. – Mam swoje zdanie.

– Widzę. – A czy to jest jakiś problem? – Nie, skądże. Kajetan podniósł ręce w obronnym geście. Sonia poczuła się lekko zawiedziona. Już szykowała się na słowny pojedynek, już ruszała do ataku. Od początku spotkania była lekko podenerwowana, jakby szukała zaczepki. Dała się namówić na to wyjście, ale nie czuła się z tym w porządku. Czyżby przez cały czas doszukiwała się podobieństw między Kajetanem i Szymonem, jakby chcąc się przekonać, czy gdzieś pod tą ogładą nie czai się brak szacunku do kobiet? A może nie chodziło o żadnego z nich? Dalsza część spotkania w restauracji przebiegła bez szczególnych incydentów. Rozmawiali o minionych wakacjach. Biorąc pod uwagę fakt, że jedynymi jasnymi punktami minionych dwóch miesięcy były koncerty, Sonia zostawiła opowiadanie Kajetanowi. Może trzeba było zostać chirurgiem? Takiemu to się powodzi. Nie wiedziałam, że w służbie zdrowia jest tak dobrze, pomyślała, kiedy jej towarzysz snuł opowieści o dwóch bajecznych tygodniach we Włoszech, podczas których zwiedził Rzym, Florencję i coś jeszcze. Ewidentnie miała kłopoty z dłuższą koncentracją na słowach rozmówcy, chociaż bardziej pasowało określenie „wykładowca”. A może to wszystko było po prostu nudne? Przez moment miała wrażenie, jakby nie była mu potrzebna, Kajetanowi wystarczył on sam i jego własny głos. Jesteś dzisiaj cholernie złośliwa, powiedziała do siebie w myślach. W pewnym momencie, kiedy po raz kolejny usłyszała, jak wspaniałe zabytki i dzieła sztuki miał okazję zobaczyć podczas zwiedzania, Sonia zapragnęła wtrącić, że dla niej urlop to leżak, książka i morze, oczywiście miłe towarzystwo

też, ale tego akurat pod ręką nie miała. Już sobie wyobrażała minę pana obieżyświata. Nie żeby miała coś przeciw zwiedzaniu, ale strasznie ją korciło, by przebić ten balon samozadowolenia. Po raz kolejny tego wieczora musiała upominać siebie. Mężczyzna naprzeciw z pewnością nie wyglądał na kogoś z kompleksami, ale to jeszcze nie był powód, żeby się co chwila irytować. To wyraznie z nią coś było nie tak. Na szczęście przyszła pora, by jechać do teatru. Wszystko wydawało się lepsze od dalszej rozmowy. Sonia spojrzała w stronę wejścia na salę. Kajetana nie było widać. Teraz trochę żałowała, że nie wyszła razem z nim, przynajmniej rozprostowałaby nogi, przecież i tak czekało ich jeszcze sporo siedzenia. Wiedziała, że rozmowa w drodze do domu będzie nieunikniona, więc przynajmniej w przerwie chciała sobie darować. Po obejrzeniu pierwszej części zdawała sobie sprawę, że tematów do scysji byłoby mnóstwo, ale na to też niespecjalnie miała siłę i ochotę. Generalnie wieczór był miły, ale gdyby została w domu, wiele by nie straciła. Czegoś w tym wszystkim brakowało. Sonia podniosła się z miejsca i obciągnęła sukienkę. Rzeczywiście, musiała przyznać rację przyjaciółce, wyglądała w niej co najmniej przyzwoicie. Po co ta fałszywa skromność, dziewczyno, uśmiechnęła się do siebie, milion dolarów, pamiętaj. Już miała skierować się w stronę drzwi, kiedy pojawił się w nich Kajetan z butelką wody w dłoni. Rozejrzała się po sali. Nagle jej wzrok zatrzymał się na mężczyznie siedzącym jakieś dziesięć rzędów dalej. Tamten podniósł wzrok, a gdy ją zobaczył, zrobił zaskoczoną minę, a następnie uśmiechnął się i delikatnie skinął głową. Kobieta siedząca obok niego czytała program dotyczący sztuki. Sonia odwzajemniła uśmiech i uniosła lekko prawą dłoń w geście

pozdrowienia. Przez chwilę patrzyli na siebie. Kobieta spojrzała w jej stronę. Sonia odwróciła wzrok w kierunku Kajetana, który w tym momencie znalazł się obok niej. Chciał coś powiedzieć, ale dosłownie w tej samej chwili zabrzmiał dzwonek na koniec przerwy. Sonia położyła palec na ustach i skinieniem głowy podziękowała za wodę. Usiadła wygodnie w oczekiwaniu na dalszą część przedstawienia. Cały wieczór czuła, że czegoś brakuje, że coś jest nie tak z tym doskonałym obrazem pary na wykwintnym obiedzie i w teatrze. Teraz już wiedziała co. Chociaż nie. Wiedziała już od dawna, a teraz była tego pewna.

***

– Jak ci się podobało? Łukasz zapalił silnik i powoli wyjechał z parkingu koło teatru. Jeszcze zanim wsiadł do środka, rozejrzał się kilkukrotnie dookoła. – Pytałam, jak ci się podobało. – Agata ponowiła pytanie, przypatrując się uważnie mężowi. – Jak mi się podobało? – powtórzył, jakby dopiero docierała do niego treść. – Słyszysz, co do ciebie mówię? – Uśmiechnęła się. – Strasznie zamyślony jesteś. – Nie, po prostu skupiłem się na drodze – odpowiedział. – To ciekawe. Odkąd jesteś tak skupiony podczas prowadzenia samochodu, że nie możesz odpowiedzieć na pytanie? – Agata roześmiała się.

– Serio? – uśmiechnął się. – ?artuję sobie. Więc co myślisz o sztuce? – Ciekawy sposób na zmarnowanie trzech godzin. A tobie się podobała? – Na pewno nie mam poczucia, że zmarnowałam czas, aczkolwiek pod koniec zaczęłam się gubić – przyznała niechętnie. – To podobnie jak autor, tylko moim zdaniem on był zagubiony już na początku. – Przesadzasz. – Używanie wielkich słów tylko po to, aby podkreślić, jak ważne dylematy stają przed bohaterami, to trochę za mało jak na mój gust. Tam albo nic nie było, albo ja tego nie zrozumiałem. – A druga część, po przerwie? Po przerwie to już niespecjalnie uważałem, pomyślał. – Miałem problem z koncentracją – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Tak bardzo cię nudziło? – Jakoś zupełnie nie wciągało. Odnosiłem wrażenie, że powtarzają w kółko to samo, tylko używają innych słów. – Tutaj się nie zgodzę, na początku drugiej odsłony fabuła się ożywiła i moim zdaniem przekaz nabrał pewnej jasności. Ale wtedy autor chyba się przestraszył, że wszystko będzie zbyt oczywiste, i zaczął mącić. – Skoro tak mówisz – powiedział. – Wtedy już całkiem oderwałem się od tego, co działo się na scenie. Natomiast zgodzę się co do końcówki. Ta histeria, którą nam zafundowali

na koniec, miała chyba przykryć pustkę stojącą za tą całą dramą. Gdyby zagrali to na półtonach i w ciszy, wszystko wypadłoby lepiej. Nadal niewiele by rozjaśniło, ale moglibyśmy udawać, że było „głębsze”. Łukasz uśmiechnął się szeroko. – Złośliwy jesteś. – Przecież sama powiedziałaś, że niepotrzebnie zagmatwali na końcu. – No tak, ale generalnie uważam, że było niezle. – Okej, rozumiem. Łukasz włączył radio i wyszukał stację z muzyką rockową. W głośnikach zabrzmiały dzwięki utworu zespołu Metallica z ich najnowszej, zeszłorocznej płyty. Odruchowo wcisnął przycisk głośności, umieszczony przy kierownicy. – Musisz? – usłyszał pytanie. – Muszę co? – Tak walić. – To nie ja, to chłopaki z zespołu – uśmiechnął się. – Bardzo śmieszne. Musi to tak głośno grać? – Nie słyszę, co mówisz, bo radio głośno gra – roześmiał się. – Ciebie to bawi? – Szczerze? Tak. Ciebie też trochę, przyznaj. Agata uśmiechnęła się bez przekonania. – Ale może być ciszej? Łukasz ściszył radio.

– Wiesz, po pierwsze, dzisiaj miałem mieć do czynienia ze sztuką przez duże S i ten utwór właśnie uratował dzień, a po drugie, aby w pełni docenić tę sztukę, trzeba słuchać jej głośno. – To rób to sam, proszę. Poza tym wydawało mi się, że ze sztuką już miałeś dzisiaj do czynienia. – Powiedzmy, że przez malutkie S, i to takie naciągane. – To bardzo przepraszam, że musiałeś się przeze mnie męczyć – powiedziała Agata z irytacją. – Przecież to nie twoja wina, że sztuka była słaba. – Odniosłam inne wrażenie. Łukasz wciągnął głęboko powietrze i powoli jej wypuścił. – Czy ty z jakiegoś powodu chcesz się ze mną pokłócić? – Co zaproponuję, to zle. – Czy przed chwilą nie powiedziałem, że nie masz wpływu na jakość sztuki? Byliśmy razem na wielu sztukach i większość była dobra. Tym razem akurat było inaczej. Łukasz starał się powstrzymać zdenerwowanie. To był standard: miła rozmowa między nimi szybko zamieniała się w większy lub mniejszy konflikt. – Od samego początku, kiedy przyniosłam bilety i powiedziałam, że w pracy bardzo tę sztukę chwalą, byłeś do niej uprzedzony. – To nieprawda. – Nieprawda? – Agata podniosła głos. – Mogę cię zacytować: „Skoro te tuzy intelektu i wielcy znawcy sztuki chwalą ten spektakl, to aż się boję, czego można oczekiwać”.

Wystarczająco dokładnie? Z takim nastawieniem to nic dziwnego, że już wcześniej wystawiłeś ocenę. Łukasz ponownie głęboko odetchnął. Wiedział doskonale, dokąd ta rozmowa prowadzi. Tę drogę pokonali już milion razy. Ostatnie zdanie wypowiedziane przez jego żonę nie miało żadnego sensu i wiedzieli o tym oboje, ale Agata i tak postanowiła się nie hamować. W świetle wszystkiego, co usłyszał przez lata, to konkretne zdanie nic nie znaczyło, więc nie było o co bić piany. Nauczony doświadczeniem wiedział, że jeśli on też się nakręci, skończy się tym, że Agata się obrazi, a on ją potem dla świętego spokoju przeprosi. – Znasz mnie – powiedział najspokojniej, jak to było możliwe. – Lubię sobie zażartować. – Z moich znajomych najbardziej – stwierdziła. – Ze wszystkich – odpowiedział ze znużeniem. Inna sprawa, że twoi znajomi to wyjątkowo nadęte dupki, które nie do końca zdają sobie sprawę, że inteligencja to nie jest coś, co możesz kupić za pieniądze. Tę uwagę jednak postanowił pozostawić dla siebie. – Wiesz również doskonale, że nigdy nie oceniam niczego przed obejrzeniem lub wysłuchaniem. To nie leży w mojej naturze, a z racji mojej pracy już niejednokrotnie się przekonałem, jak błędne to mogłoby być. – Czasami się uprzedzasz – stwierdziła już spokojniej. – Czasami tak – potwierdził. Skoro tak mówisz, pomyślał. Już miał dosyć tej kłótni z niczego i o nic. Przez chwilę jechali w ciszy, tylko radio grało bardzo cicho. Łukasz skupił swoją uwagę na drodze, niedługo powinni być w domu.

– O czym myślałeś? – Za ile będziemy w domu. – Nie, nie teraz. Podczas drugiej części sztuki, kiedy nie mogłeś się na niej skupić. Łukasz zamyślił się. Trudno mu było wyobrazić sobie w tej chwili dobrą odpowiedz. ?e myślał, jaki dobry koncert odbywał się w tym momencie gdzieś w Warszawie? ?e mógłby być na jakiejkolwiek innej sztuce granej w ten sobotni wieczór, nie mogła być przecież gorsza od tej? Oczywiście trochę przesadzał, na przestrzeni lat byli chyba w każdym teatrze w stolicy i w każdej chwili mógł wymienić te, do których już wybrać się nie zamierzał, oraz aktorów, których oglądać nie chciał. W każdym razie te odpowiedzi nie wchodziły w grę. Agata natychmiast odebrałaby je jako atak na nią. To były opcje. Prawda nie wchodziła w grę. – O niczym szczególnym – odpowiedział, i to była w sumie półprawda. – Jak to o niczym? Jak można myśleć o niczym? – Oj nie wiem, o różnych rzeczach… Wiesz, jak to jest, kiedy twoje myśli odpływają w różnych kierunkach. Na niczym konkretnym się nie skupiasz. Agata odwróciła głowę w stronę okna, jakby zastanawiała się, czy dalej w to brnąć. Pomyślała przez chwilę, że może powinna odpuścić, ale tego, co zobaczyła, nie dało się odwidzieć. Najprawdopodobniej wyciągała pochopne wnioski, ale to w niej siedziało i ją męczyło. Nie miała najmniejszych powodów do podejrzeń. A mimo to była niespokojna. – Może nie mogłeś się skupić, bo myślałeś o dziewczynie w czerwonej sukience.

Oczywiście, Agata też zobaczyła Sonię. Jakżeby inaczej, jego żonie rzadko coś umykało, a Sonię raczej trudno było przeoczyć. Łukasz wiedział, że jest piękną kobietą, to była oczywista oczywistość dla każdego, kto ją chociaż raz spotkał. A dzisiaj, w tej czerwonej, krótkiej sukience, podkreślającej jej nienaganną figurę, wyglądała olśniewająco. Ewidentnie wystroiła się na specjalną okazję. Szkoda, że sztuka nie dorównała jej poziomem, uśmiechnął się w duchu. Musiał niechętnie przyznać, że mężczyzna, z którym była, świetnie do niej pasował wizualnie. Młody, przystojny, w doskonale dopasowanym garniturze. Warto dodać, że drogim. Łukasz poznał to od razu, sam miał dwa z podobnej półki w swojej garderobie. Agata wymusiła na nim zakup, bo stwierdziła, że kiedy idzie z nią na jedną z jej imprez pracowniczych, to musi wyglądać jak człowiek. Jego uwaga, że jeśli człowieka ma określać bardzo drogi garnitur, to on podziękuje, nie spotkała się ze zrozumieniem. Oczywiście rozumiał, że jego żonie zależy, żeby ją godnie reprezentował, i nie oponował. Kiedy jednak zobaczył, jak niektórzy ludzie w garniturach za kilka średnich pensji krajowych zataczali się pijani, wykrzykując wyzwiska, zaczął się zastanawiać, czy fakt bycia kulturalnym nie wystarczał do bycia człowiekiem. W każdym razie Sonia i jej towarzysz wyglądali razem idealnie. I ten widok nie podziałał na niego dobrze. Uczucia, które w nim obudził, nie podobały mu się. Krótko mówiąc, sztuka mogła być najlepsza na świecie, ale od momentu, kiedy zobaczył Sonię, a po chwili jej towarzysza, był rozmontowany. A teraz okazało się, że jego żona też ich zobaczyła. Na szczęście nie umiała czytać w myślach. A nawet gdyby, to jego myśli od dawna jej nie interesowały, do teraz w każdym razie. – Cały czas myślę o tobie. – Moja sukienka jest burgundowa.

– A ja głupi myślałem, że czerwona – uśmiechnął się, próbując rozluznić atmosferę. – Nie próbuj mnie rozśmieszać. Wiesz dokładnie, o kim myślę. – Kiedyś mi się to udawało. A może mi się tylko tak wydaje – powiedział cicho. – Nie o tym teraz mówimy – odparła chłodno. – A mnie się wydaje, że właśnie o tym, ale nieważne. Niech będzie po twojemu. Dlaczego miałbym myśleć o Soni? Nie wiedziałem, że tam będzie, zresztą skąd miałbym to wiedzieć? – Przyjaciółka nie zdradziła ci swoich planów? To musiało zaboleć. – W głosie Agaty wyraznie słychać było złośliwość. – Takie uwagi są niepotrzebne – odpowiedział. – Ona też była zaskoczona moim widokiem. Na pewno ci to nie umknęło. – Nie umknęło. Kłopoty w raju? – Jesteśmy przyjaciółmi, ale to nie znaczy, że opowiadamy sobie o każdym kroku. Jak zresztą widziałaś, nie była sama. – Masz konkurencję. – Jeśli sobie żartujesz, to w porządku, ale… – Ale co? Myślisz, że nie zauważyłam, że ostatnio jesteś jakiś nieobecny? – Nieobecny?! I mówi to ktoś, kto nieobecność podniósł do rangi sztuki. Teraz dopiero pojechałaś. Czy jest szansa, że dowiem się, o co chodzi? Bo widzę, że traktujesz Sonię jako pretekst. Chciałbym tylko wiedzieć, czy za tymi wymówkami i podejrzeniami coś się kryje. Ja nic nie zrobiłem. Na razie – dodał po dłuższej chwili.

Agata siedziała w ciszy. To bezwzględnie potrafiła robić. – Przepraszam – powiedział Łukasz. – Te ostatnie słowa były niepotrzebne. Zdenerwowałem się i palnąłem. – Powiedziałeś, co myślisz. Zawsze to robisz. – Zastanów się przez chwilę. Naprawdę wyobrażasz sobie mnie uderzającego do Soni? Abstrahując od tego, że jestem szczęśliwym mężem. – Nie rozśmieszaj mnie, nie jesteś szczęśliwym mężem. Łukasz westchnął głęboko. Nie da się wciągnąć w tę dyskusję, nie teraz. Właśnie podjechali pod dom. Brama otwierała się powoli. – Pozwól, że skończę. Abstrahując od tego, co powiedziałem. Pomyśl, co ja mógłbym zaoferować takiej dziewczynie? Zresztą widziałaś jej partnera, to był ktoś, kto do niej z pewnością pasował, a ja? Pewnie sama cały czas się zastanawiasz, jakim cudem skończyłaś z kimś takim jak ja. Wjechali na podjazd. Łukasz wyłączył silnik i wysiadł z samochodu, nie czekając na odpowiedz żony. Na odpowiedz, której i tak pewnie by się nie doczekał. Agata popatrzyła za mężem otwierającym drzwi od domu. Co się z nią działo? Czy tylko to im zostało? Parę miłych chwil zakończonych kłótnią? Nie tak to kiedyś wyglądało. Kiedy się poznali, chłonęli się nawzajem, mogło się wydawać, że są sobie przeznaczeni. Na początku pewnie wszyscy tak mają. Ona słuchała go jak urzeczona, on był w nią zapatrzony. Inteligencja, poczucie humoru, te same studia i fakt, że znał się na swojej pracy – Łukasz podbił ją z miejsca. To, iż ich zainteresowania się rozjeżdżały, nie miało wtedy większego znaczenia. Była chemia. O tym, że nie lubił swojej pracy,

a ukończonych studiów specjalnie nie cenił, dowiedziała się pózniej, ale to też wydawało się nieistotne. Nawet bomba w postaci kilkuletniego syna nie była w stanie zachwiać jej uczuciem. Bezwzględnie był to wstrząs, ale kiedy dowiedziała się o Michale, tkwiła w swoim uczuciu po uszy. Z pewnością łatwiej było jej przełknąć te rewelacje dzięki temu, że Łukasz nigdy się nie ożenił, a w momencie kiedy się poznali, już nawet nie mieszkał z matką swojego syna. Według tego, co mówił, oboje postanowili ułożyć sobie życie na nowo. Agata jednak przez długi czas czuła się tak, jakby weszła w to wszystko jako ta trzecia, jakby zabrała ojca i „partnera”. Łukasz twierdził, że nie miała do tego żadnych podstaw, bo ojca nikomu nie zabrała, wraz z Olą dzielili się opieką po połowie, a poza tym to jego niedoszła żona jako pierwsza poznała swojego przyszłego męża, jeszcze zanim Łukasz z Agatą się spotkali. To było dla Agaty jasne i zrozumiałe, ale mimo wszystko gdzieś tam z tyłu głowy tkwiło w niej przekonanie, że skoro jej mąż ma dziecko z inną kobietą, nawet jeśli to było dawno, nawet jeśli byli wtedy bardzo młodzi, to ona sama zawsze będzie tą trzecią. Za dużo analizowała. Może powinna skupić się na finansach, na pracy, a nie doszukiwać się czegoś, czego pewnie nie ma? Chociaż czy gdyby między nimi było tak jak kiedyś, tak jak na początku, czy w ogóle zawracałaby sobie głowę takimi myślami? Mieli swoje momenty, a przebywanie we własnym towarzystwie nie było dla nich szczególnym bólem, ale płomienna miłość? Po niej zostało tylko wspomnienie. Bardzo wyblakłe wspomnienie. To był wielki wybuch, który jeszcze szybciej się wypalił. Nie chciała tak myśleć, nie tymi kategoriami. Ale żyła w tym dziwnym przekonaniu, to akurat było coś, co ich łączyło, to przeświadczenie, że prawdziwa miłość jest na całe

życie. Może było to naiwne i niedzisiejsze, ale oboje chcieli w to wierzyć, a jeśli miłość miała się skończyć, to oznaczało tylko jedno: że to nie była ta jedyna. Tylko dlaczego coraz częściej czuła irytację, coraz częściej denerwowało ją to, co robił Łukasz? Czy to przez Sonię? Czy tak bardzo chciała obwinić go za to, czego sama nie czuła wystarczająco często, że atakowała tę jego „przyjazń”? Swoją drogą, co to w ogóle było? Nie kupowała tego. Według niej przyjazń między mężczyzną a kobietą nie miała szans powodzenia, nie na dłuższą metę. Taka dziewczyna jak Sonia była w stanie zawrócić w głowie każdemu mężczyznie i różnica wieku nie miała tutaj nic do rzeczy. Łukasz wyglądał lepiej niż większość mężczyzn, których znała, i nie miało znaczenia, czy byli od niego młodsi. Dodatkowo był oczytany, osłuchany i wyoglądany, rozmowy z nim, jeśli oczywiście zaszczycił kogoś chęcią konwersacji, były samą przyjemnością. A jeśli z Sonią dzielili zainteresowania, jeśli dobrze im się ze sobą rozmawiało, to właściwie droga była otwarta. Tylko do czego? Agata bała się to nawet nazwać. Chwyciła za klamkę i wysiadła z samochodu. Kiedyś Łukasz nie zostawiłby jej samej. Teraz, nauczony wieloletnim doświadczeniem, aż za dobrze wiedział, że lepiej dać jej chwilę dla siebie. Znała go na tyle, że zdawała sobie sprawę, że pewnie obserwuje ją przez okno, sprawdzając, czy wszystko w porządku. I że zaszyje się w domu, kiedy tylko ona zdecyduje się wreszcie przekroczyć próg. Rozmowa – tego bała się najbardziej. Smieszne, bała się dwojga rozmawiających ludzi. Jedną był jej mąż, drugą młodsza od niego o osiemnaście lat dziewczyna. Agata wiedziała, że dla Łukasza nie miało znaczenia, ile Sonia ma lat. Porozumienie dusz – tak to nazywał. „Wiesz, pieprzyć od rzeczy można zawsze, ale znalezć kogoś, z kim możesz

rozmawiać, przeskakiwać z tematu na temat, śmiać się i płakać, cały czas rozumiejąc się nawzajem, to prawdziwy skarb”, zwykł tak kiedyś mówić. Bardzo dawno temu. Kiedyś myślała, że wypowiedziane przez niego słowa odnoszą się do nich. Może naprawdę tak było, a może tylko chcieli tak myśleć. ?yczeniowo. Agata nacisnęła klamkę i weszła do domu.

***

Sonia zamknęła za sobą drzwi. Przed chwilą pożegnała się z Kajetanem. Na odchodne spytał ją, czy może wejść na kawę. Co on sobie myślał, że to amerykański film? ?e droga restauracja i wątpliwej jakości sztuka to droga do jej sypialni? Co do jednego po dzisiejszym wieczorze miała pewność: nie było takiej ilości obiadów i sztuk, które umożliwiłyby Kajetanowi wstęp na „kawę”. Może i był sympatyczny, ale chemii między nimi nie było, a poza tym w tej całej stylizacji na młodego, bogatego człowieka sukcesu coś Soni nie grało. Coś tam było nie tak. Nieważne co, to i tak nie miało znaczenia. Poszła, spróbowała i nikt nie mógł jej zarzucić, że nie dała sobie szansy. Rozejrzała się po pustym mieszkaniu. Na szczęście Justyny nie było, pewnie spędzała sobotni wieczór ze swoim chłopakiem. Gdyby jej przyjaciółka była na miejscu, z pewnością starałaby się wyciągnąć od Soni wszystkie szczegóły „randki”. A na zwierzenia Sonia nie miała ochoty. Sztuka też jej specjalnie nie wciągnęła. Autor najwyrazniej marzył o stworzeniu poważnego dramatu, a wyszło

pretensjonalne nie wiadomo co, przed przerwą w każdym razie. Drugą część sztuki oglądała jak przez mgłę, niewidzącym wzrokiem. Myślami była zupełnie gdzie indziej, nie obok towarzyszącego jej lekarza. Siedziała kilka rzędów z tyłu, obok kogoś zupełnie innego. To się działo naprawdę. Mogła sobie wmawiać przez te wszystkie tygodnie, które minęły od koncertu w „Progresji”, że po prostu brakuje jej przyjaciela, towarzystwa, rozmowy. I to się zgadzało, tego rzeczywiście jej brakowało. Ale była jeszcze ta druga strona, nienazwana, siedząca głęboko w niej. Sonia za nic w świecie nie chciała używać wielkich słów, nie mówiąc o przyznaniu się przed sobą, że coś tam jednak jest. Kiedy każdego wieczoru kładła się spać, miała nadzieję, że rano już tego nie będzie, że rano przyjdzie nowy dzień bez tego obezwładniającego uczucia. Kiedy zaś się budziła, pierwszą myślą było, że nic nie odeszło, że nic nie zniknęło, i zaraz potem nachodziło ją całkowicie niezrozumiałe uczucie radości wynikające z tego faktu. Podczas „randki” z Kajetanem nieustannie porównywała lekarza do Łukasza. Przy każdym słowie, geście Kajetana zastanawiała się, co w tej sytuacji zrobiłby lub powiedział Łukasz. Porównanie nie wypadło na korzyść tego pierwszego. Nie mogło, nie było takiej możliwości. Swoją drogą ciekawe, co Łukasz myślał o sztuce; bardzo by się zdziwiła, gdyby jego zdanie było inne niż jej. Co prawda nie mogła wiele powiedzieć o drugiej części, ale może wtedy nastąpił jakiś przełom. W pierwszym odruchu chciała podejść, przywitać się. Na szczęście zadzwonił dzwonek kończący przerwę i nie wdrożyła tego idiotycznego pomysłu w życie. Łukasz zdążył się do niej uśmiechnąć i kiwnąć głową, i to wszystko. Uniosła lekko dłoń w geście powitania, wtedy jej wzrok napotkał

spojrzenie Agaty. Szybko odwróciła głowę zawstydzona. Na litość boską, on był tam z żoną. Obiekt jej… nie wiadomo czego, był przecież żonaty. Jezu, czy mogło być coś bardziej banalnego? Łukasz był w teatrze z żoną, a ona przez cały czas, od momentu, kiedy ich oczy się spotkały, zastanawiała się, co sobie pomyślał, widząc ją z Kajetanem. Czy pomyślał, że to jej chłopak, że to jej randka, że ma kogoś? Dlaczego miał w ogóle się nad tym zastanawiać, przecież miał co innego na głowie niż rozmyślania, z kim ona się spotyka. Takie tłumaczenia nic nie dawały. Czuła się nie fair, że w ogóle wyszła na tę idiotyczną kolację i jeszcze głupszą sztukę. – Chyba zaczynam wariować – powiedziała do siebie na głos. Gdyby mogła teraz porozmawiać z Łukaszem… Ale co dokładnie by powiedziała? No właśnie. Cóż takiego mogłaby powiedzieć, żeby nie wyjść na skończoną idiotkę przed samą sobą? Bo przecież Łukasz nigdy nie uznałby jej za kobietę niespełna rozumu. Co i tak nie zmieniało faktu, że nie wiedziała, co ma mu powiedzieć. Musisz wziąć się w garść, tak nie możesz żyć… Tak się nie da żyć! Ogarnij się! Daj sobie spokój z tym, co czujesz, czy raczej z tym, co ci się wydaje, że czujesz. Spotkałaś go w trudnym momencie swojego życia, jest dojrzały, inteligentny, przystojny, nic dziwnego, że wydaje ci się, że coś poczułaś. Ale to nie jest miłość. Po prostu po raz pierwszy w życiu ktoś cię wysłuchał, ktoś autentycznie chciał wiedzieć, co myślisz, a nie tylko czekał na swoją kolej, by móc snuć opowieści o sobie. Nic dziwnego, że zawrócił ci w głowie; delikatność, z jaką chronił cię na koncertach, to było coś,

czego nigdy nie doświadczyłaś. Ale to tylko tyle. I aż tyle – uśmiechnęła się smutno, kończąc swój wewnętrzny monolog. Już było po niej, od momentu, kiedy zobaczyła go w kolejce pod „Stodołą”. Wtedy nie zdała sobie z tego sprawy, ale radość, którą czuła kilka tygodni pózniej w „Palladium”, powinna rozwiać wszelkie wątpliwości. Teraz rozwiewała. Każdy następny krok był jasny, był oczywisty. Powinna była to przerwać, gdy był na to czas. Tylko kiedy następuje ten moment, kiedy już wiemy? Nie ma takiego momentu. Kiedy zdamy sobie sprawę z własnych uczuć, jest już za pózno, by znalezć w sobie siłę i determinację, aby się od tego odwrócić. Ona na pewno nie była na to gotowa.

***

Łukasz nalał sobie wina do kieliszka i wyszedł na taras. Usiadł na fotelu ogrodowym i wyciągnął nogi na drugim, który sobie specjalnie przysunął. Noc była ciepła, a niebo pełne gwiazd. Chwilę wcześniej Agata weszła do domu i nie zatrzymując się, udała się prosto na górę. Jedyne słowa, jakie usłyszał, brzmiały: „Idę spać”. To tyle, jeśli chodziło o wspólny wieczór. Łukasz wiele nie oczekiwał, biorąc pod uwagę kierunek, w jakim potoczyła się rozmowa w samochodzie. Zresztą łaska jego żony, jeśli chodziło o pożycie, na pstrym koniu jezdziła. Łukasz nie znał dnia ani godziny, po latach już się do tego przyzwyczaił. Były lepsze i gorsze okresy. Dobrze, że on chętnie odpowiadał na każde wezwanie Agaty; w końcu nigdy nie wiadomo, kiedy następna okazja mogła się trafić, gdyby oczywiście był tak nierozsądny, aby odmówić. Dlaczego zresztą miałby to robić, jego żonie

z pewnością nie można było odmówić seksapilu, a i on czuł się w formie. Oczywiście były jeszcze takie rzeczy jak nastrój, odpowiedni klimat, zbudowanie całej atmosfery, aby zwykły akt fizyczny był czymś więcej niż samą tylko fizycznością. Czasami się to udawało. Czasami jeszcze mieli to w sobie. Czasami. Upił kolejny łyk wina. Ciepło wywołane trunkiem powoli rozlewało się po jego wnętrzu. Dobrze, że wziął ze sobą butelkę, w tym tempie kieliszek szybko będzie pusty i musiałby pójść po kolejny do domu. Chociaż może tak byłoby lepiej. Jeśli wypije całą butelkę, rano z pewnością nie będzie się do niczego nadawał. Wiedział z doświadczenia, że wszelka aktywność fizyczna po czerwonym winie następnego dnia nie należy do najłatwiejszych. Może sobie odpuszczę? – pomyślał. Nie, to nie wchodziło w grę. To była jakaś namiastka dyscypliny, chociaż z nią nigdy nie miał problemu. Czyli co, akt zastępczy? Wymęczenie organizmu? – Teraz jest teraz – powiedział do siebie, napełniając ponownie kieliszek. W końcu kiedy ostatni raz tak sobie folgowałeś? No właśnie, nie pamiętasz. To sobie porozmawialiśmy, pomyślał. Nagle jak za dotknięciem magicznej różdżki jego myśli wróciły do kobiety w czerwonej sukience… Nie w burgundowej, w czerwonej. Jeśli w ogóle od niej odeszły. Od momentu, kiedy ją zobaczył, stojącą między rzędami, myślał tylko o niej. Jeśli chciałby być całkowicie szczery przed samym sobą, to musiałby przyznać, że jego myśli krążyły wokół przyjaciółki już wcześniej i z całą pewnością nierzadko. Kiedy ją zobaczył w teatrze, kiedy ich oczy się spotkały, poczuł radość, jakieś niewytłumaczalne wewnętrzne ciepło.

Trwało to dokładnie sekundę, może dwie. Zaraz potem spostrzegł towarzyszącego jej mężczyznę. Upomniał się natychmiast w myślach, ale to był odruch. Zobaczył że nie jest sama, i momentalnie przeszyła go zazdrość. Bez względu na to, jak głupie, jak nieuzasadnione pod każdym względem było to uczucie. To się po prostu stało. Dlaczego? Na to pytanie wolał nie odpowiadać. Przez resztę sztuki siedział wpatrzony w tył głowy swojej przyjaciółki, w jej włosy spięte w kok, licząc po cichu, że może przekręci głowę, aby mógł spojrzeć przynajmniej na jej profil. Kim był jej towarzysz? Czy to była randka? Czy po prostu wybrała się ze znajomym do teatru? Kim był dla Soni siedzący obok niej człowiek? To musiał być ktoś, kogo niedawno poznała, w innym wypadku pewnie by o nim wspomniała. Nie miała powodu, aby ukrywać przed nim, że jest ktoś w jej życiu. Z drugiej strony, czy trochę nie przeceniał tej całej przyjazni? W końcu Sonia na pewno miała znajomych w swoim wieku, jakiś krąg, o którym on wcale nie musiał wiedzieć. Jedno było pewne, miał totalny mętlik w głowie. Kiedy wychodzili, rozglądał się za nią, chciał podejść, przywitać się, wtedy może dowiedziałby się, kim jest tajemniczy towarzysz. Drugi kieliszek skończony. Łukasz ponownie napełnił szkło. Miałem dzisiaj ogromne szczęście, uśmiechnął się do siebie. Całe szczęście, że jej nie spotkał po wyjściu z teatru. Jak żenujące było to wszystko? Jeszcze tego brakowało, aby podszedł do nich razem z Agatą! Jego żona byłaby na pewno szczęśliwa z tymi wszystkimi podejrzeniami. Podszedłby jak jakiś zazdrosny szczeniak. Stary dziad. Jezu, co to w ogóle było? Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu ta cała sytuacja nim wstrząsnęła. Kim właściwie była dla niego Sonia? Może to

było pytanie, na które powinien sobie odpowiedzieć. Kim była? Córką przyjaciół. Dziewczyną, którą znał jeszcze jako dziewczynkę i mówiąc szczerze, na którą nigdy nie zwracał szczególnej uwagi. Mało tego, było w niej coś irytującego; a właściwie nie w niej samej, tylko w obrazie, jaki kreśliła o niej matka, przy każdej okazji, kiedy się widzieli. W sumie dziecko nie było niczemu winne i postrzeganie go przez pryzmat rodziców było błędem. Jak się zresztą teraz okazało, nie mogła bardziej się od nich różnić. Była stanowcza i zdecydowana, ale nie na pokaz jak Monika, która robiła wokół siebie masę niepotrzebnego szumu. O Marku lepiej nie wspominać; choć był ciepłym i dobrym człowiekiem, do tego bardzo inteligentnym, to robił tylko to, na co mu pozwoliła żona. Zapewne właśnie to mu odpowiadało, może dawało to mu szczęście, może właśnie potrzebował kogoś, kto miałby zawsze ostatnie słowo? Takie sprawiał wrażenie. A sam Łukasz? Kim był i jak wyglądało jego życie? Czy miał podstawy, aby komukolwiek radzić na temat szczęśliwego związku? Sonia z pewnością odziedziczyła inteligencję po ojcu. Monice oczywiście też jej nie można było odmówić, ale miała w sobie irytującą napastliwość połączoną ze świętym przekonaniem o słuszności wygłaszanych przez siebie sądów. Jej zdanie było ostateczne. Łukasz miał nadzieję, że Sonia nigdy nie zamieni się w swoją matkę. Uśmiechnął się do siebie i podniósł kieliszek, jakby wznosił toast. – Twoje zdrowie, dziewczyno w czerwonej sukience – powiedział o pół tonu za głośno. Spojrzał nerwowo w stronę ciemnych okien sypialni. – Kontroluj się, człowieku – powiedział do siebie już zdecydowanie ciszej. Alkohol zaczął działać, za dużo, za szybko.

Kim, do cholery, jesteś? Powiewem dnia wczorajszego. Pokrewną duszą, której nigdy nie spotkałem… A może spotkałem, tylko pozwoliłem jej odejść? Łukaszowi nasunęło się na myśl jeszcze kilka określeń, ale każde z nich wydawało mu się albo zbyt patetyczne, albo co najmniej nie na miejscu. Fakty były takie, że poznał młodą, inteligentną dziewczynę, na dodatek szalenie atrakcyjną. On sam był czterdziestoczteroletnim mężczyzną, który na dobrą sprawę mógłby być jej ojcem. Jego małżeństwo było, jakie było. Klasyczny kryzys wieku średniego? ?enujące, ale prawdziwe? Nie, to nie była prawda. A może każdy starszy pan oglądający się za młodymi dziewczynami mówi to samo? Tylko że on nie czuł różnicy wieku. Chodziło mu jedynie o to, jak mogą być postrzegani przez innych. Ile razy ze sobą rozmawiali przez nieco ponad pół roku? Dziesięć razy maksymalnie, a już po pierwszym razie czuli – on czuł, ale ona chyba też – jakby znali się od dawna. Ta więz była, istniała, i to nie tylko w jego głowie. Tylko na czym się ona budowała? Na przyjazni czy czymś więcej? Łukasz pokręcił głową. Musisz się otrząsnąć i dać sobie spokój. Może nie czujesz różnicy wieku i może nie ma ona dla ciebie znaczenia, tylko że ona istnieje. Masz też żonę, a nawet gdybyś nie miał, to zastanów się dobrze, co możesz zaoferować tej dziewczynie? Siebie? Nie bądz śmieszny, nie błaznij się. Abstrahując zresztą od tego, co ci się roi, bo nawet nie wiesz, co to jest, albo po prostu nie masz odwagi się do tego przyznać, jest jeszcze to, co ona czuje i myśli. I nie oszukujmy się, jesteś dla niej folklorem, w najlepszym razie ciekawostką. To jest dziewczyna, która ma życie przed sobą, a ty jesteś ostatnią rzeczą, jaka powinna się w nim znalezć. Łukasz dopił resztkę wina i podniósł się z fotela. To mu powiedziałeś! Roześmiał się po cichu. Wszystko było jasne,

a może nic takie nie było. Wszedł powoli do domu i zamknął drzwi tarasowe. Resztkę wina w butelce zatkał korkiem i odstawił na komodę w salonie. – Jutro jest nowy dzień – powiedział do siebie i poczuł, że musi z tej okazji złożyć sobie postanowienie, cokolwiek, co pomogłoby skierować mu życie na konkretny tor, wskazać kierunek, w którym powinien się udać. Ze wszystkich przemyśleń, jakie dzisiaj miał, tylko jedna rzecz wydała mu się teraz oczywista. Zupełnie jakby nagle doznał olśnienia, jakby z tego bałaganu, mętliku, tych wszystkich sprzeczności wynikało tylko jedno. Jego życie to było dryfowanie, bez celu, bez kierunku. Dzień za dniem. Nie było złe, nie było też specjalnie dobre, ani nieszczęśliwe, ani szczęśliwe, po prostu zwykłe. Kiedy tak naprawdę ostatnio coś czuł? Czy nie o to powinno w życiu chodzić? On już swoje szanse dostał, a że ich nie wykorzystał… Czuł, że jego życie jest nijakie. Puste.

URODZINY MONIKI, 7 PAZDZIERNIKA 2017 R.

I’m standing in front of you, I’m standing in front of you, I’m trying to be so cool, Everything together trying to be so cool Twenty One Pilots, Screen

Przy stole zastawionym dla dziesięciu osób siedzieli Agata z Łukaszem, Maria, koleżanka Moniki z pracy, wraz z mężem Zbyszkiem oraz gospodarze. W przypadku Moniki o siedzeniu za bardzo nie było mowy, gdyż bez przerwy krążyła między kuchnią a jadalnią. Odległość na szczęście nie była duża, toteż nie musieli przerywać rozmowy. Łukasz pomyślał, że gdyby nie pełna kontrola nad konwersacją, to pewnie Marek nosiłby wszystkie dania wedle wydawanych instrukcji, ale ponieważ Monika rzadko zawierzała w czymkolwiek komukolwiek, sytuacja była dla niej wymarzona. Cztery miejsca były jeszcze wolne. Dwa dla Piotra i Marzeny, ich wspólnych sąsiadów, którzy mieszkali pięćset

metrów dalej i nigdy jeszcze nie zjawili się punktualnie. Pół godziny spóznienia to był standard. Kiedyś ich to irytowało, pózniej się przyzwyczaili. Piotr i Marzena byli miłą parą, tylko totalnie niezorganizowaną. Pewnie dlatego pozostali traktowali tę ich wadę raczej z pobłażaniem i przymrużeniem oka. Dwa ostatnie miejsca były dla Soni i ewentualnego „plus jeden”. Monika była bardzo tajemnicza, mówiąc, że Sonia poznała wspaniałego mężczyznę i może dzisiaj z nim przyjedzie. Łukasz starał się nie dać po sobie poznać, jak te słowa na niego podziałały. Przez ponad miesiąc nie kontaktowali się ze sobą. Kiedy następnego dnia po tym, jak widzieli się w teatrze, Łukasz obudził się z silnym bólem głowy (czerwone wino zawsze tak na niego działało), postanowił, że znajdzie w życiu kierunek. Teraz, miesiąc pózniej, wiedział jeszcze mniej niż wtedy, o kierunku nie wspominając, chociaż musiał przyznać, że razem z Agatą byli na fali wznoszącej. Z doświadczenia wiedział, że za chwilę nadejdzie czas, że fala opadnie albo, co bardziej prawdopodobne, rozbije się o brzeg. Ale co tam, na razie było dobrze, mógł się trochę połudzić. Zwłaszcza że ta ułuda, którą tak misternie budował, wiązała się z zaniechaniem jakichkolwiek kontaktów z Sonią. Niezbyt przyjacielski gest, ale może właśnie bardzo przyjacielski. Nie mógł pozwolić, aby młoda dziewczyna traciła czas z kimś takim jak on. To był niemal wspaniałomyślny gest. Mógł być z siebie dumny. Nie wiedział tylko jednego. Jak zareaguje, kiedy ją zobaczy, co będzie, kiedy ona wejdzie ze swoim „plus jeden”. Jak to co? Nic. Przecież jest super i nawet nie pamiętasz, kim ona jest. Zaraz, to jest pytanie, na które do tej pory sobie nie

odpowiedziałeś. Czym więc się przejmujesz? Jasne, padła natychmiastowa odpowiedz, czym?

***

Sonia podjechała pod dom rodziców i weszła do ogródka przez niedomkniętą bramę. Na szczęście okno jadalni było usytuowane tak, że nikt jej nie zauważył. Podeszła ostrożnie do wielkiego krzaka cisu i stanęła za nim. Z miejsca, w którym się znajdowała, mogła zajrzeć przez okno, nie będąc jednocześnie widzianą. Przy stole siedzieli wszyscy poza Piotrem i Marzeną, ale tego można było się spodziewać. No i oczywiście było też miejsce dla niej i jej ewentualnego towarzysza. Jej mama chyba cały czas liczyła na to, że przyjedzie z Kajetanem. Ale tak się nie stało i było w tym sporo winy samej Soni. Na wszelkie pytania, czy spotka się jeszcze z synem jej szefowej, odpowiadała, że zobaczy i jak znajdzie czas. Kajetan chyba też nie pochwalił się swojej rodzicielce, że Sonia nie chciała się z nim więcej umówić. Zresztą ta randka odbyła się ponad miesiąc temu i tylko rozmowy z Moniką sprawiały, że Sonia sobie o niej przypominała. Przyjrzała się uważnie Łukaszowi. Ostatni raz widziała go wtedy w teatrze, ale tak naprawdę rozmawiała z nim prawie dwa miesiące temu, na koncercie. Wydawało się, jakby upłynęły lata. Przez ponad miesiąc, od tej nieszczęsnej sztuki, nie napisał do niej ani nie zadzwonił. Inna sprawa, że ona też tego nie uczyniła. Ale miała łatwe wytłumaczenie. Brak kontaktu miał służyć poradzeniu sobie z tym „czymś”, czymkolwiek to było. Co z tego wyszło, wiedziała aż za

dobrze. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz przespała całą noc. Kiedy się kładła, myślała o nim, kiedy się budziła, myślała o nim. Dobrze, że pracy miała dużo; matka byłaby przeszczęśliwa, gdyby wiedziała, ile jej córka pracuje. Wszystko było nie tak. Praca nie pomagała. Sonia rozważała nawet, aby się z kimś umówić, miała propozycje, ale doskonale wiedziała, jaki będzie wynik takich randek. I oto miała za chwilę stanąć twarzą w twarz ze swoim… No właśnie, z kim? Stała tak, nie odrywając od niego wzroku. Odniosła wrażenie, że jest jakoś nienaturalnie spięty. Uśmiech miał niepewny i właściwie w ogóle się nie odzywał. Zauważyła jeszcze jedną rzecz; co chwila rzucał okiem w kierunku wejścia do domu, spoglądając co jakiś czas na zegarek. Były tylko dwie opcje: wypatrywał sąsiadów albo jej. Tylko dlaczego sprawiał wrażenie zdenerwowanego? Czy z jej powodu? I słusznie, uśmiechnęła się pod nosem, ja miałam powód, aby się nie odzywać. A jaka była jego wymówka? – Ładnie tak podglądać? – zabrzmiał z tyłu męski głos. Sonia aż podskoczyła. Odwróciła się i zobaczyła stojących przed nią spóznialskich. Piotr i Marzena patrzyli roześmiani na jej niewyrazną minę. – Zastanawiasz się, czy wejść do środka? – spytała uśmiechnięta Marzena. – Dokładnie tak. Sprawdzałam, kto jest i czy dam radę wytrzymać w tym „wesołym towarzystwie”. – Sonia szybko odzyskała rezon. – Teraz, kiedy przyszliśmy, to chyba będzie lepiej – zażartował Piotr. – Tak sobie mów – odpowiedziała ze śmiechem Sonia.

– Słyszałaś? – Spojrzał na żonę. – Zero szacunku dla starszych. – Nie dla starszych, tylko dla pierników. Ja się do tej grupy nie łapię, prawda? – Marzena spojrzała pytająco na Sonię. – Oczywiście, że nie. – Dobra, i tak z wami nie wygram, wchodzimy? – rzucił wesoło Piotr.

***

– No nareszcie jesteście – powiedziała Monika, kiedy we trójkę weszli do salonu. Piotr i Marzena podeszli do każdego z gości, aby się przywitać. Sonia uznała, że jedno powitanie wystarczy. – Dzień dobry wszystkim – powiedziała. Kiwnęła głową, nie patrząc na nikogo konkretnego. Jej wzrok zatrzymał się na ułamek sekundy na Łukaszu. Ten uśmiechnął się do niej. Soni wydawało się, że w tym uśmiechu dostrzegła ciepło połączone z… Nie wiedziała, jak to nazwać. Miesiąc nakręcania się sprawił, że zaczynała widzieć rzeczy, których nie było. „I w pizdu, i cały misterny plan w pizdu”, cytując klasyka, pomyślał Łukasz w momencie, kiedy Sonia wraz ze spóznioną parą weszła do salonu. Popatrzył uważnie na młodą kobietę, o której tak usilnie starał się zapomnieć. Jakby to było możliwe! Uśmiechnął się, jakby ten jeden gest miał wyrazić

wszystko, co się w nim kłębiło, całą nierówną walkę, która się w nim toczyła. – Myślałam, że przyjedziesz z Kajetanem – powiedziała Monika, a w jej głosie wyraznie słychać było zawód. – Z tym Kajetanem? – Maria, koleżanka z pracy, spojrzała pytająco na Monikę. – Dokładnie z tym samym. Wy nie wiecie – zwróciła się do pozostałych – ale Kajetan to syn mojej szefowej, bardzo przystojny, chirurg, który, tak się składa, jest sam i moja Sonia miała szczęście, że się z nią umówił. – Chyba on miał szczęście? z niedowierzaniem na matkę.



Sonia

popatrzyła

Łukasz i Piotr wybuchnęli śmiechem. Monika momentalnie zmroziła ich wzrokiem. – Dlaczego nie przyjechał z tobą? – spytała córkę. – Dlaczego miał? Mówiłam ci, że spotkaliśmy się raz i już tego nie powtarzaliśmy. – Nie odezwał się? – Monika była wyraznie zmartwiona. – Odezwał, tylko ja nie byłam zainteresowana. Jak mogłam tyle zwlekać z powiedzeniem prawdy? – pomyślała. Może to stwierdzenie, że miała szczęście, sprawiło, że miarka się przebrała. – Nie byłaś? Monika nie mogła otrząsnąć się z szoku, zapewne w swojej wyobrazni już dawno stworzyła ich idealny obraz. Pani mecenas i pan doktor. Wymarzona partia dla jej córki. Jubilatka czuła, że zaraz wybuchnie; jej córka jak zwykle zachowywała się nieodpowiedzialnie. Uspokój się,

powiedziała do siebie w myślach. Goście i z zaciekawieniem czekali na rozwój sytuacji.

siedzieli

– Nie byłam. Moim zdaniem był nadętym dupkiem. Ja rozumiem pewność siebie, ale on był przekonany o swojej genialności. Możesz mi powiedzieć, gdzie on pracuje? – Z tego, co się orientuję, to w szpitalu – wtrąciła Maria. – Takim normalnym, państwowym? – Tak, dlaczego pytasz? – Monika odzyskała rezon. – Przez cały czas zastanawiałam się, skąd miał pieniądze na wszystko. Bardzo drogi nowy samochód, garnitur, obiad w ekskluzywnej restauracji. Opowiadał też o mieszkaniu, a właściwie apartamencie w Sródmieściu. Kto to wszystko finansuje? – Gdybym miała postawić powiedziałabym, że rodzice.

na

to

pieniądze,

to

Gdyby wzrok mógł zabijać, Maria już pewnie leżałaby trupem. Monika wzięła głęboki oddech. – Sprawa zamknięta – powiedziała z uśmiechem Sonia. – Możemy skończyć temat mojej randki. – Pójdę do kuchni – powiedziała chłodno Monika i wyszła.

***

Łukasz odetchnął w duchu. A więc tak wyglądała cała sytuacja z tym, jak mu tam, Kajetanem. To była jedna randka, a nie związek. Po prostu Monika ją wystawiła, i tyle. Sonia na szczęście miała swój rozum i szybko przejrzała pozera.

Dorosły facet, żyjący zdecydowanie ponad stan za pieniądze mamusi? To było słabe. Słabe jak cholera. On sam zaczął pracę dużo wcześniej, niż musiał, ale nawet wiedząc o zapleczu finansowym rodziców Oli, nie wyobrażał sobie całkowitego życia na ich koszt. To była kwestia zasad, którą oboje starali się wpoić swojemu synowi. Coś tam się udało, gdyż mimo bardzo dobrej sytuacji finansowej Oli i nie najgorszej jego samego Michał, studiując w Londynie, również pracował na swoje utrzymanie. Wiadomo, to nie było tak, że zostawili go samemu sobie, ale budżet, którym dysponował, w dużej części składał się z tego, co chłopak sam zarobił. Łukasz nie miał ani krzty zrozumienia dla zachowania Kajetana. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że jego niechęć do młodego lekarza mogła, a nawet bardzo prawdopodobne, że miała zupełnie inne podłoże. Ale co tam podłoże, gość był dorosły, a w ordynarny sposób korzystał z nie swoich pieniędzy. Czy było trzeba więcej powodów? Na pewno nie jemu. Prawda jednak była taka, że gdyby nie Sonia, Łukasz miałby gdzieś, jak żyje ten chłopak. Kiedy nagle okazało się, że startował do dziewczyny, Łukasz musiał znalezć powód deprecjacji lekarza, przynajmniej w duchu. Gdyby zaczął jechać po nim przed Sonią, to dopiero byłoby słabe, ale parę słów w głowie nikomu nie mogło zaszkodzić. Zwłaszcza że były podyktowane niczym innym jak zazdrością. Musiał się do tego przyznać. Był zazdrosny. – Słyszysz, co do ciebie mówię? – głos Piotra wyrwał go z rozmyślań. Stali we dwóch i rozmawiali na tarasie domu gospodarzy od około dwudziestu minut. Piotr był dobrym i wesołym rozmówcą, ale po kilkunastu minutach gadania o wszystkim i o niczym Łukasz powoli zaczął się wyłączać, a jego myśli

były skupione na tym, jak blisko, a jednocześnie jak daleko była pewna osoba. – Przepraszam – powiedział – zamyśliłem się. – Nic się nie stało, i tak trochę potrwało, zanim odpłynąłeś – roześmiał się Piotr. – Wchodzisz do środka? – Jeszcze chwilę postoję. – Pomyślisz? – Pomyślę – odparł z uśmiechem. To zdecydowanie w Piotrze lubił, bezpretensjonalność i bezproblemowość. Oboje z Marzeną byli totalnie wyluzowani. Czasami Łukasz zastanawiał się, czy jest coś, co mogło wyprowadzić ich z równowagi. Może byli po prostu szczęśliwi. Z całą pewnością pasowali do siebie. Drzwi od tarasu skrzypnęły. Zanim jednak zdążył się odwrócić, usłyszał znajomy głos. – Nie przeszkadzam? Sonia wyszła na zewnątrz, stanęła obok niego i uśmiechnęła się nieśmiało. – Nie, skąd. Jak mogło ci przyjść coś takiego do głowy? Powinienem się obrazić – uśmiechnął się do niej. – No jak skąd? – Sonia udała, że intensywnie myśli. – Może stąd, że nie odzywałeś się do mnie przez tyle czasu. – Ty też. – To prawda – przyznała – i jest mi trochę wstyd z tego powodu. Dlaczego? – Dlaczego co? Dlaczego się nie odzywałem? Stali obok siebie wpatrzeni w ciemność.

– Mógłbym spytać cię o to samo – dodał po chwili. – Mógłbyś, ale ja byłam pierwsza. Potem ja odpowiem. – Tak prawdę mówiąc… – No najlepiej by było – uśmiechnęła się. – Zawsze wydawało mi się, że mówimy sobie tylko prawdę. – Nie łap mnie za słowa – odpowiedział. – Widzisz, kiedy cię zobaczyłem wtedy w teatrze z tym, no, Kajetanem, to pomyślałem, że właśnie tam jest twoje miejsce. – Przy Kajetanie? Dziękuję bardzo! – Sonia prychnęła. – Niekoniecznie przy Kajetanie. Przy ludziach w twoim wieku, których powinnaś poznawać. I o ile, gdyby to nie było wystarczająco jasne, spędzanie z tobą czasu jest dla mnie niewypowiedzianą przyjemnością, o tyle twoje miejsce jest wśród twoich przyjaciół. Nie była to do końca prawda, ale uznał, że musi jej wystarczyć. Zresztą prawda, jeśli w ogóle wiedział, czym ona jest, nie wchodziła w grę. – Może rzeczywiście przeceniłam naszą przyjazń, lub cokolwiek to jest. Sonia patrzyła przed siebie, a potem odezwała się chłodno: – Nie sądziłam, naprawdę nie sądziłam – kontynuowała – że będziemy to jeszcze raz przerabiać. Wiesz co, miałeś rację, że nie dzwoniłeś. Ja, jak widać, też ją miałam. Miło było i pewnie będzie mi tego brakować. Sonia odwróciła się w stronę drzwi. Łukasz w pierwszym odruchu złapał ją za rękę. – To nie tak – wyjąkał.

Sonia odwróciła się do niego. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji, a może właśnie wyrażała wszystkie. Łukasz puścił jej dłoń. – A jak? – To skomplikowane. – Myślisz, że nie zrozumiem? – Nie, skąd, tylko… Czy mogę na tę chwilę bardzo cię przeprosić i obiecać, że ten temat się więcej nie pojawi? – uśmiechnął się prosząco. – Czy w ten sposób chcesz uniknąć odpowiedzi? – spytała cieplejszym tonem. – Nie, chcę ją tylko przesunąć w czasie. – Spojrzał znacząco na okno, przez które widać było gości w salonie. – Dobrze, poczekam, ale nie zapomnę. – A czy będzie nie na miejscu spytać, dlaczego ty się do mnie nie odzywałaś? – Będzie bardzo nie na miejscu, ale ja ci pokażę, że można odpowiadać na pytania. – Bardzo wspaniałomyślnie z twojej strony. – Nie żartuj sobie, jestem cały czas zła na ciebie. – Starała się brzmieć poważnie, ale na jej twarzy pojawił się niewielki uśmiech. Sonia oparła się tyłem o parapet okna. Łukasz zrobił to samo. Dłuższą chwilę stali w ciszy. Było coś uspokajającego w tej całej sytuacji. Czuli to oboje. – Czuję, że teraz ja jestem ci winna wyjaśnienie. – Nie musisz mi nic wyjaśniać.

– Ależ muszę, przed sekundą zrobiłam ci coś na kształt awantury, co prawda z innego powodu, ale zawsze. Geneza była ta sama. Widzisz… – Sonia zawiesiła głos. – Mogłabym teraz coś wymyślić, ale szczerość i fakt, że mówimy sobie wszystko wprost, sprawia, że nie będę ściemniać. – No, prawie nie będę, pomyślała. – Spokojnie, nic się nie stało – powiedział cicho. – Ja myślę, że jednak się stało. Wtedy, w teatrze, zaraz po tym, jak na chwilę spojrzeliśmy na siebie, złapałam kontakt wzrokowy z Agatą i miałam takie odczucie, tylko się nie śmiej, że przeszyła mnie wzrokiem. To bardzo prawdopodobne, pomyślał Łukasz, ale nie powiedział tego na głos. Soni ta wiedza z pewnością nie była potrzebna. – Potrafi tak spojrzeć, ale zazwyczaj nie kryje się za tym nic złego. A może tylko ci się wydawało, w końcu to nie było blisko. – Może nie było blisko, może dobrze nie widziałam, to nie do końca o to chodzi. W tamtej chwili zdałam sobie sprawę… w tamtej chwili poczułam się nie na miejscu z tą naszą przyjaznią, tak jakbym wchodziła między ciebie a twoją żonę. I jakkolwiek to brzmi, tak właśnie się czułam. Wielokrotnie w ciągu tego miesiąca brałam do ręki telefon, aby go po chwili odłożyć, i chcę, żebyś wiedział, że nie było to łatwe, ale myślałam wtedy, że jeśli się odezwę, zabiorę twój cenny czas z Agatą. Sonia odetchnęła głęboko, jakby przed chwilą zrzuciła z siebie wielki ciężar. A to był tylko promil tego, co chciała powiedzieć. Na wszystko inne miał, a właściwie nie miał nigdy przyjść czas.

– Powiedziałbym, że to niedorzeczne, ale doskonale rozumiem, że mogłaś tak czuć. – Skoro oboje tak pomyśleliśmy, chociaż z trochę innych, ale bardzo podobnych powodów, to może to był jakiś znak. – Znak? Do czego? – ?eby skończyć naszą przyjazń – powiedziała tak cicho, że ledwo ją usłyszał. Łukasza zamurowało. Prawda była taka, że właśnie to robili od miesiąca, kończyli tę przyjazń. Kiedy jednak usłyszał te słowa na głos, od niej, siedzącej obok, wszystko wyglądało inaczej. – Powiem tak – odezwał się po chwili – wiem, co powiedziałem, podając powód ciszy z mojej strony, ale jeśli coś mi dał ten miesiąc, jeśli o czymś się przekonałem, to o tym, że na pewno nie chcę kończyć naszej przyjazni. Wiem z doświadczenia, jak trudno jest spotkać kogoś, kto nadaje na tych samych falach, i zrezygnowanie z tego wydaje mi się niedorzeczne. Prawda jest taka, że sobie tego nie wyobrażam. To pojechałeś, chłopie, powiedział do siebie w myślach. Patrzył w ciemność, myśląc, czy nie powiedział za dużo, czy te słowa nie przyniosą odwrotnego efektu. Czy był szczery? Oczywiście, nie tak, jak mógłby być, ale na całkowitą szczerość nie było miejsca, nie między nimi. Na samą myśl, że ich znajomość dobiegłaby końca, poczuł fizyczny strach. To było zupełnie co innego niż przez cały miesiąc, kiedy wybranie numeru dzieliło go od rozmowy z nią. Teraz byłoby to definitywne odrzucenie. Na to z całą pewnością nie był gotowy. – Jeśli oczywiście ty też podzielasz moje zdanie – dodał.

Sonia, która przez cały czas patrzyła przed siebie, odwróciła głowę w jego stronę. – Ja też sobie tego nie wyobrażam – powiedziała, patrząc mu w oczy. Łukasz uśmiechnął się delikatnie. – To było głupie z mojej strony. – Mnie się podobało – uśmiechnęła się szeroko. – To nieodzywanie było głupie. Nie to, co powiedziałem – roześmiał się. – Serio? Dziękuję za wytłumaczenie. – Tak lepiej? – Zdecydowanie. Skierowali wzrok przed siebie. Łukasz oparł dłonie o parapet. Do tej pory trzymał je skrzyżowane na piersi. Nagle zorientował się, że mały palec jego prawej ręki dotyka małego palca lewej ręki Soni. W pierwszym odruchu chciał zabrać dłoń, ale coś go powstrzymało, jakaś wewnętrzna siła kazała mu zostawić wszystko tak, jak było. Sonia poczuła delikatny dotyk. Powierzchnia miejsca, w którym ich ciała się stykały, mogła mieć około jednego milimetra kwadratowego, ale dla niej to było jak przytulenie, które nigdy nie nastąpi, jak pocałunek, którego nigdy od niego nie dostanie. To było tak mało i jednocześnie tak dużo. Decyzja o skończeniu tego wszystkiego byłaby najlepszą, jaką mogli podjąć, tylko że jej te kilka minut na tarasie rodziców powiedziało jeszcze więcej niż cały miesiąc. Czy to było to, o czym marzyła? Za czym tęskniła? Jeśli tak, to dlaczego przyszło właśnie w taki sposób, kiedy wszystko było nie tak, jak powinno? Czy los musiał być tak złośliwy?

– Chcę odejść z kancelarii. – Sonia postanowiła przerwać ciszę. – Dlaczego zajęło ci to tyle czasu? Popatrzyła na Łukasza zaskoczona. – Nie dziwi cię to? – A powinno? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Sama nie wiem. – Przyjaciele wyczuwają takie rzeczy – uśmiechnął się. – A tak serio, to przecież nie lubisz tej pracy, prawa zresztą też nie. – Dziwi cię, że w ogóle to studiowałam? – Nie, nie dziwi. Nie wiedziałaś, co chcesz robić, kiedy trzeba było podejmować decyzję o studiach, a przy takiej mamie jak Monika to wcale nie jestem zaskoczony, że poszłaś na prawo. To był sensowny wybór. Nie ty pierwsza i nie ostatnia wybierasz studia, nie do końca wiedząc, co dalej. Nie szukając daleko, ja jestem idealnym przykładem. – Kończyłeś SGH, prawda? – Tak. Nie miałem pojęcia, co chcę robić po maturze. Oczywiście muzyka, kino to było moje życie, ale nie traktowałem tego jako coś więcej niż hobby, a tutaj trzeba było pomyśleć o byciu dorosłym. Pieniądze i te sprawy. To był rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty drugi, zmiany, gospodarka rynkowa… Ekonomia wydawała się właściwym wyborem. – A nie była? – Są ludzie, których to pasjonuje, Agata na przykład. Ja na samą myśl dostaję drgawek i szczerze mówiąc, nie rozumiem

tego. Aczkolwiek doceniam zdobytą wiedzę, na takim poziomie, że kiedy ktoś porusza jakiś temat ekonomiczny, to nie jestem totalnym ignorantem. Gdybym jednak mógł cofnąć czas, poszedłbym na coś innego. – Na co? – Polonistykę, anglistykę, dziennikarstwo. Ale to wiem teraz.

potem

może

jakieś

– Jak to się stało, że robisz to, co robisz? – To ty mi lepiej powiedz, co planujesz. – Najpierw wolałabym wysłuchać twojej historii, może mnie zainspiruje – uśmiechnęła się delikatnie. – Nie ma specjalnie o czym słuchać. Jeszcze w czasie studiów zacząłem pracować w banku. Praca nie była specjalnie trudna ani wymagająca, nie była też specjalnie dobrze płatna. Już wtedy pisałem recenzje filmów, płyt, koncertów, bardziej dla siebie. Nie miałem żadnego doświadczenia. Z wypracowań w szkole, fakt, dostawałem dobre i bardzo dobre oceny, ale to były tylko wypracowania, każdy je pisze. W każdym razie Ola, pamiętasz, mama Michała… Tylko ona czytała to, co pisałem. Powiedziała, że teksty są dobre i powinienem je gdzieś wysłać. Tak też zrobiłem, bez specjalnych nadziei. Wysyłałem teksty do różnych redakcji. Po jakimś czasie i iluś wysłanych tekstach dostałem odpowiedz, pózniej następną i następną. Nie było tego tyle, aby rzucać pracę, no i płacili tak sobie. Moja pensja w banku to był przy tym prawdziwy majątek. Ale wtedy najważniejsze było to, aby zaistnieć. W międzyczasie zmieniłem pracę, rozstałem się z Olą, poznałem Agatę. Same sukcesy.

Ostatnie słowa wypowiedział bardziej do siebie. Sonia postanowiła nic nie mówić, czuła, że Łukasz myślami jest gdzieś daleko, w przeszłości. – W każdym razie po mniej więcej roku w nowej pracy, kiedy kariera księgowego stała przede mną otworem, dostałem ofertę pracy w gazecie, w której pracuję do dziś. Pieniądze były mniejsze, ale nie czułem się ograniczony, mogłem pisać jako wolny strzelec do innych tytułów, jeśli to nie kolidowało z moim głównym zajęciem. Nie było łatwo, ale wiesz: mieć albo być – uśmiechnął się. – Z czasem i finanse stały się przyzwoite, a to, że robię to, co lubię i co sprawia mi przyjemność, jest bezcenne. Inna sprawa, że miałem szczęście. – Nie przesadzaj z tym szczęściem. Ostatnio czytałam dużo twoich różnych tekstów i powiem, że są bardzo dobre. – Po dwudziestu latach pisania lepiej, żeby były – roześmiał się. – Gdybyś przeczytała moje pierwsze, tobyś mówiła co innego. – Chętnie, a masz jakieś? – Gdzieś w domu. Schowane na dnie szuflady. – Nie mogły być takie złe, skoro ktoś zwrócił na nie uwagę. – Powiedzmy, że były surowe. Nieważne zresztą, udało mi się. – To może mi też się uda. Sonia wypowiedziała te słowa cicho, bez większego przekonania. – Dlaczego miałoby się nie udać? Ja wtedy nie byłem nawet w połowie tak inteligentny jak ty teraz. – Jasne – uśmiechnęła się. – Ale możesz mi tak słodzić, na pewno nie zaszkodzi.

– Nie słodzę, tylko stwierdzam fakty. Ja dopiero teraz mogę się z tobą mierzyć, znaczy jestem na takim poziomie jak ty. Sonia roześmiała się. Łukasz popatrzył na nią. Jezu, pomyślał, dlaczego, po co, w jakim celu? – Co się gapisz? – zapytała łobuzersko, kiedy napotkała jego wzrok. – Masz ładny śmiech – odpowiedział. Co za tekst, pomyślał, dobrze, że jest ciemno, nie muszę świecić oczami. Jedyne światło padało przez okno z rozświetlonego salonu. – Dziękuję, ale śmieję się dzięki tobie i ostatnio tak naprawdę tylko przy tobie. Znowu zapadła cisza. Były takie momenty, kiedy któreś z nich mówiło coś takiego, że drugie nie wiedziało, jak zareagować. – Nie odpowiedziałaś mi na pytanie, co zamierzasz dalej. – Będziesz się śmiał. – Ty tak na serio? – Bo widzisz, miałam być panią mecenas i tak dalej, a ja bym chciała… – Sonia zawahała się. Widać było, że to wyznanie przychodzi jej z trudem – …a ja myślałam o pracy z kwiatami. Popatrzyła na Łukasza z wyczekiwaniem. – Florystka, tak? Chciałabyś być florystką. – Tak – odpowiedziała, wypuszczając powietrze. – Super. – Tak myślisz?

– Jeśli to jest to, co chcesz robić, jeśli to cię uszczęśliwi. Ja wiem, co mogłoby mnie uszczęśliwić, pomyślała, ale to akurat się nie stanie. – Tak. Myślę, że to chcę robić – powiedziała zdecydowanie. – Skąd taki pomysł? – spytał. – To śmieszna historia. Sonia odwróciła głowę i zajrzała do środka. – Nie wiem, czy nie powinniśmy wracać. Łukasz podążył za jej wzrokiem. – Dają sobie świetnie radę bez nas. Chyba że chcesz wracać? – Za nic w świecie. – To zostajemy tutaj, dopóki ktoś nas nie zawoła – zaproponował. – Zgoda. – To słucham tej historii. – Jeszcze na studiach miałam koleżankę Magdę, która wzięła ślub ze swoim chłopakiem. W ramach ograniczania kosztów wiele rzeczy przygotowywali sami lub z pomocą znajomych i przyjaciół. Ja i jeszcze jedna koleżanka zgłosiłyśmy się do dekorowania sali, stołów, jakieś kwiaty i inne. Państwo młodzi mieli oczywiście wszystko zapewnić, potrzeba była jedynie taka, aby to wszystko ogarnąć. W wyniku nieprzewidzianego zbiegu okoliczności zostałam z tym wszystkim sama. Nie mogłam zawieść Magdy. Ciocia Kasi, tej, którą poznałeś, ma kwiaciarnię, więc poszłam do niej po pomoc. Kobieta zna się na swoim fachu, jej kompozycje to mistrzostwo świata. W każdym razie bardzo mi pomogła, ale nie tak, że zrobiła coś za mnie. Najpierw kazała mi się

dowiedzieć, jakie kwiaty najbardziej lubi panna młoda, a potem skupiłyśmy się na szukaniu pomysłów, co można z nimi zrobić. Zosia, znaczy ciocia Kasi, właściwie nie ingerowała, pozwoliła mi wymyślać, tworzyć, od czasu do czasu wtrącała uwagę, jeśli za bardzo poniosła mnie fantazja i pewnych rzeczy nie dało się fizycznie wykonać albo po prostu wiedziała, że coś nie będzie dobrze wyglądać. Spędziłam z nią sporo czasu, ale efekt był. Mnie samej to trudno oceniać, ale Magda była zachwycona i goście również. Zwrócili uwagę na moje kompozycje, a to już coś. To wiele dla mnie znaczyło. – Już sam fakt, że goście zwrócili uwagę, świadczy o wrażeniu, jakie na nich wywarły twoje kompozycje. Powiedzmy sobie szczerze, jak często zwraca się uwagę na takie rzeczy? To oznacza, że mamy do czynienia z czymś wyjątkowym. – Zaraz się zaczerwienię – uśmiechnęła się szeroko. – Tak po prostu jest. Czy od tej pory próbowałaś coś jeszcze robić? – Tak między nami, to właściwie od ponad roku większość wolnych chwil spędzam u Zosi w kwiaciarni. Nie mam ich niestety zbyt dużo, kancelaria wysysa ze mnie życie – roześmiała się gorzko. – Sprawa wygląda tak, że Zosia już nie jest najmłodsza, może to nie emerytka, ale ma chyba pod sześćdziesiątkę. Do tej pory ciągnęła to sama, zatrudniając osoby do pomocy, ale większość zadań spoczywała na niej. Dzieci nie ma, a kwiaciarnia to całe jej życie i jest już zmęczona. Chcieliby z mężem trochę pożyć. Kwiaciarnia ma swoją markę, jest na rynku prawie trzydzieści lat. Zosia chciałaby ją komuś przekazać do prowadzenia. Ona cały czas byłaby właścicielką, a potem by się zobaczyło.

– I to miałabyś być ty? Uważam, że to doskonały pomysł. – Skąd możesz wiedzieć? – Wszystko trzeba ci z uśmiechem.

tłumaczyć



odpowiedział

– Jeśli byłbyś taki łaskawy… – Po pierwsze, wierzę w ciebie. A po drugie, pasja, z jaką o tym mówisz, nie pozostawia wątpliwości, że powinnaś spróbować, dać sobie szansę. No i po trzecie, i nie wiem, czy nie najważniejsze, skoro ktoś tak doświadczony i, jak sama mówisz, poważany w środowisku jak pani Zofia uważa, że jesteś osobą, która może kontynuować jej pracę pod jej szyldem, to nie wiem, czy może być lepsza rekomendacja twoich umiejętności. – Czyli uważasz, że powinnam spróbować? – To jest oczywiście twoje życie, ale uważam, że tak. Chyba że wolisz całe życie robić coś, czego nie lubisz. A może to lubisz, tylko na przykład jesteś przemęczona. – Nie, masz rację. Ja nienawidzę mojej pracy, ale… – Sonia popatrzyła znacząco w kierunku domu. – To jest twoje życie, a zresztą, o ile dobrze pamiętam, to twoja mama zwykła mówić, że nieważne, kim będziesz. Możesz pracować na przykład w kwiaciarni. Dokładnie takie były jej słowa. – To było dawno i nieprawda. Dla niej liczy się pozycja, renoma. Porównaj sobie: prawnik a florystka. Chociaż dla niej to pewnie kwiaciarka. – Co tu porównywać? Florystka to ktoś, kto wywołuje uśmiech na twarzach ludzi tym, co tworzy, ktoś, kto sprawia,

że ludzie są szczęśliwi. A prawnik to ktoś, kto zawodowo zajmuje się czymś wręcz przeciwnym. Sonia roześmiała się. – Oczywiście, przepraszam niektórych prawników, ale pewnie tylko niektórych. – Skoro tak stawiasz sprawę – powiedziała. – A jak mam stawiać? Ja nic nie tworzę, ja bardziej opisuję rzeczywistość. – Nie jestem pewna, czy moją matkę to przekona. – A Marek? Nie wesprze cię? – Może w duchu, znasz go przecież. Matka powie, żeby siedział cicho, i tak będzie. Łukasz odwrócił się w stronę Soni. – Posłuchaj, to jest twoje życie, nie ich. To ty masz być szczęśliwa, to ty masz robić to, co kochasz. To jest proste. A Monika… Amerykanie mają na taką postawę świetne określenie. – She’s full of shit – uśmiechnęła się szeroko. – Dokładnie, i tak między nami, zawsze tak było. A jeśli myślisz, że będą zawiedzeni, to przypatrz mi się uważnie. Ja jestem wiecznym zawodem. – Ty? – Popatrzyła na niego z niedowierzaniem. – Ja, we własnej osobie. Pomyśl sobie, mam czterdzieści cztery lata, a dla moich rodziców jestem wielkim niespełnieniem. Najpierw dziecko na studiach, a takie były plany! Sto fakultetów, studia za granicą, cuda wianki. Oczywiście w szkole moje świadectwo nigdy nie było dość dobre, średnią cztery zero wyrabiałem, ale to nie czerwony

pasek. Przynajmniej skończyłem studia, które rokowały jakąś tam karierę. Ale jak się okazało, dupa z kariery, bo syn wolał pisać głupoty o muzyce i filmach. ?egnaj, dyrektorze albo prezesie, bo niżej to wiesz, nie ma znaczenia. Zresztą tym brakiem kariery nie tylko ich zawiodłem, ale to nieważne. Sama widzisz, że jeśli chodzi o sprawianie zawodu, to jestem mistrzem. – Zle ci z tym? – Nie, bo jestem sobą, a nie czyimś wyobrażeniem o mnie. I ty też musisz sobie postawić pytanie, czy twoje życie jest po to, aby spełniać ambicje innych ludzi. Sonia popatrzyła uważnie na Łukasza. – Czyli co? Powinniśmy spełniać marzenia, niezależnie od wszystkiego? – Tak, niezależnie od wszystkiego. Gdybym nie uczynił pierwszego kroku, byłbym teraz sfrustrowanym pracownikiem korporacji średniego szczebla albo jeszcze gorzej, robiłbym karierę, co by się wiązało z zaprzeczeniem wszystkiemu, w co wierzę i wierzyłem, a przede wszystkim zaprzeczyłbym sam sobie. Nie wszyscy mają taką szansę. Tym bardziej powinnaś ją wykorzystać. Jak pewna ciotka pewnej dziewczyny, która w Paryżu boso chodziła po rzece. – I się lekko przeziębiła. – Sonia uśmiechnęła się. – Dokładnie tak. – Myślałeś, że nie zrozumiem. – Czy wtedy bym to powiedział? – W końcu to było „to the ones who dream”. Kocham La la land, wbrew smęceniu niektórych ludzi, których znam.

– Niektórzy mają tendencję do niezadowolonymi. Wtedy się spełniają.

bycia

wiecznie

– Właśnie coś sobie przypomniałam. Wszystkie twoje recenzje lub felietony są pozytywne. Dlaczego? – Mógłbym pisać złośliwie, wierz mi, ale jeśli jest coś, co mi się nie podoba lub czego nie lubię, to tego nie słucham ani nie oglądam, a jeśli już na coś takiego trafię, to się o tym nie wypowiem, bo po co? Jeśli czytałaś moje teksty, to widziałaś, że jest mnóstwo rzeczy, które lubię, i na nich się skupiam. Kocham muzykę i kocham kino, dlaczego miałbym tracić czas na żółć? – Najbardziej polskie słowo. – No właśnie. Szkoda mi czasu na negatywne emocje, kiedy wokół jest tak dużo wspaniałych piosenek i filmów. W tym momencie ktoś zapukał w okno. Łukasz podskoczył jak oparzony. Po drugiej stronie okna stała gospodyni, ruchem ręki zapraszając ich do środka. – Skończyło się rumakowanie. – Sonia uśmiechnęła się smutno. – Jeszcze mamy chwilę. Łukasz popatrzył na Monikę wracającą do gości. – Powiedz mi jedno. – Sonia położyła dłoń na drzwiach tarasowych. – Tak? – Łukasz spojrzał na nią pytająco. – Czy powinniśmy za wszelką cenę dążyć do szczęścia? Łukasz uśmiechnął się delikatnie. Co miał odpowiedzieć? ?e tak? On swoje już dawno zgubił, a może nigdy go nie było. A tego, które mu się wydawało, że jest, nigdy nie ruszy.

– Zależy od kontekstu. – Dyplomata się znalazł, pomyślał. – Tak czy nie? – Sonia nie miała zamiaru odpuszczać. – Jeśli tak stawiasz sprawę, to okej. Tak, powinniśmy – odpowiedział. – Lepiej żałować, że się spróbowało i nie wyszło, niż że się w ogóle nie spróbowało. Łukasz uśmiechnął się. – Tak głosi mądrość ludowa. – W Polsce? Myślałam, że tutaj powinniśmy głównie cierpieć dla nagrody w następnym życiu. – W następnym czym? – roześmiał się. – ?ycie masz jedno i jeśli już używamy wielkich słów, to grzechem jest je zmarnować. To najgorsze, co możemy zrobić. Sonia spojrzała do środka. Monika ponownie zmierzała w ich stronę. Córka pomachała do matki na znak, że już idą. – Pamiętaj, że jesteś mi winny jeszcze jedno. – Nie odpuścisz – uśmiechnął się. – Nie ma mowy. Co poradzę na to, że uwielbiam cię słuchać? Łukasz popatrzył na tę dziewczynę, która budziła w nim tak wiele emocji i myśli. Która budziła w nim życie. – Dobrze, ale następnym razem. – Nie będziemy długo czekać, bo będę chciała ten mój plan wprowadzić w życie. A do kogo mam się zwrócić o radę, jeśli nie do ciebie? – Chętnie ci pomogę, czegokolwiek będziesz potrzebować. Zawsze. Wchodzimy?

– Idz, ja za chwilę dołączę. Łukasz pchnął drzwi i wszedł do środka. Sonia została na zewnątrz. Mogła go teraz obserwować zza szyby. Był tak daleko i tak blisko jednocześnie. To, co czuła podczas rozmowy, było nie do opisania, jakby świat poza nimi nie istniał. Ale to była tylko chwila, tylko moment.

***

Agata wsunęła się pod kołdrę i ułożyła na boku, twarzą do męża, podpierając głowę na dłoni. Łukasz odłożył książkę i popatrzył pytająco na żonę. – Myślałam, że już nie wrócisz z tego tarasu – powiedziała. – A ja myślałem, że skoro do tej pory o tym nie wspomniałaś, to już dałaś sobie spokój. Widocznie się myliłem. – ?artuję sobie. Nie powiedziałam tego po to, żeby się kłócić. – Nie? – Popatrzył na nią zaskoczony. – Tak bardzo cię to dziwi? – A nie powinno? Ostatnio, to znaczy miesiąc temu, tak to wyglądało. I parę razy wcześniej też. – Wiem i przepraszam. – Nie masz za co przepraszać, było, minęło. Nie wracajmy do tego. – Okej.

Łukasz uśmiechnął się do Agaty, która cały czas patrzyła na niego bardzo uważnie. – Tak? Chcesz mnie jeszcze o coś spytać? – Dobrze wam się rozmawiało? – Bardzo dobrze. Ostatni raz rozmawialiśmy dwa miesiące temu, więc parę rzeczy się zebrało. – Jakich? – Ale nie chcesz się kłócić, tak? – Nie, nie chcę. Po prostu jestem ciekawa, czy coś w tym złego? Wcześniej rozmawiałeś z Piotrem. Jeślibym cię spytała o to, o czym z nim rozmawiałeś, też byś przyjął postawę defensywną? – Ale ja nie przyjąłem żadnej postawy. Odpowiadam na twoje pytania. Oczywiście, że nie chciała się kłócić, pomyślał Łukasz. Nigdy nie chciała. – To o czym rozmawialiście? – Z Piotrem? – Tak. – O pierdołach. Najpierw o imprezie, pózniej o urlopach. – Coś ciekawego? Gdzie byli? – Chyba w Portugalii – powiedział Łukasz niepewnie. – Chyba? Rozmawialiście czy nie? – Jezu. Tak, rozmawialiśmy, ale po chwili się wyłączyłem, znasz mnie, mam pewne granice. Piotr jest supergościem, ale nie na tyle, abym chciał wysłuchać wszystkiego, co ma do

powiedzenia. – Łukasz skrzywił się na samo wspomnienie opowieści sąsiada. – Zdajesz sobie sprawę, że czasami zachowujesz się jak dupek? Łukasz roześmiał się. – Tylko czasami? – To nie jest śmieszne. Wiesz, jak niekiedy ludzie cię odbierają? – Jeśli dzięki temu nie zaszczycają mnie swoimi opowieściami, to nie będę z tego powodu płakał. – Odpychasz ludzi. – Serio? Tego akurat nie rozumiem. Jestem kulturalny, jak trzeba, to się nawet uśmiechnę. – Twarz Łukasza rozjaśnił szeroki uśmiech. – Nie mówię nikomu niemiłych rzeczy, chociaż wielu na to zasługuje. Jestem do rany przyłóż, ale jeśli swoją postawą nie zachęcam do bliższego kontaktu każdego, kto się nawinie, to cóż, trudno. Jeśli ktoś będzie chciał, znajdzie do mnie drogę. – Jak Sonia? – Tak jak Sonia. I pewnie jeszcze parę osób by się znalazło. Chcesz o nich posłuchać? Szczerze mówiąc, Marzena też jest taką osobą. Rozmawiałem z nią trochę pózniej i w przeciwieństwie do swojego męża mówiła ciekawe rzeczy. Chcesz wiedzieć jakie? – Nie musisz być złośliwy. – Nie jestem. No, może trochę, przepraszam – uśmiechnął się.

– Ja też mogę ci opowiedzieć, o czym rozmawiałam z Moniką – powiedziała Agata z szerokim uśmiechem. – Koniecznie, nie hamuj się. Jaka kolejna fantastyczna przygoda jej się przydarzyła? Marek się zbuntował i postanowił wyrazić swoje zdanie czy może wręcz odezwał się bez pozwolenia? – Nie powinieneś się z niego śmiać. Wiesz, ile on zarabia? – Tak, wiem. I wiem również, jakim samochodem jezdzi, i strasznie mu zazdroszczę, dlatego jestem złośliwy, bo zżera mnie zawiść. I nie ma to nic wspólnego z faktem, że nie uczyniłby kroku do przodu, jeśli Monika by mu na to nie pozwoliła. Agata zaczęła się śmiać. – Nie zasłużył sobie. – Na Monikę? – Łukasz uśmiechnął się, udając zdziwienie. – Na twoje podśmiechujki. – Wiem, przepraszam, Marek – rzucił Łukasz głośno gdzieś w przestrzeń, a następnie spojrzał ponownie na żonę. – Naprawdę przepraszam, to jest naprawdę dobry gość. – To chcesz wiedzieć, co mówiła Monika? Myślę, że mogłoby cię to zainteresować. – To jakaś pułapka? – Nie, mówię serio, to dotyczy twojej przyjaciółki. Monika martwi się, że Sonia jest sama, a tą całą historią z Kajetanem to tak się przejęła, że mało nie zasłabła. – Doskonale ją rozumiem, ja też bym się przejął, gdyby moja córka umówiła się z kimś takim. Trzeba było ją pocieszyć, że na szczęście nic z tego nie wyszło.

– Możesz być poważny? – Agata uśmiechnęła się. – Jestem, śmiertelnie. Sonia na szczęście uniknęła kuli. Czymś jeszcze Monika się martwi? – ?e kariera jej córki nie idzie tak, jak trzeba. – Mógłbym spytać, co to znaczy „jak trzeba”, ale rozumiem, że to znaczy zgodnie z oczekiwaniami Moniki. – Po prostu się martwi, jak matka. – Skoro tak mówisz… Ty znasz ją lepiej niż ja. – Nie zgadzasz się z nią? Ty się nie martwisz o Michała? – Oczywiście, że się martwię, tylko że Michał sam sobie wybrał studia. Ani ja, ani Ola w to nie ingerowaliśmy. Rozmawialiśmy, doradzaliśmy, razem z tobą. – Ze mną? Przestań, kim ja dla niego jestem? – Teraz to ty przestań. Zawsze byłaś dla niego jak matka i tak zawsze do ciebie podchodził. Twoje zdanie było dla niego tak samo ważne jak nasze. Powiem więcej, czasami zastanawiałem się, czy nie ważniejsze, właśnie z powodu braku więzi krwi. Paradoksalnie wasza więz jest ważniejsza, bo została zbudowana na przestrzeni lat wzajemnych relacji, wzajemnego szacunku i przyjazni. – Gadane to ty masz – uśmiechnęła się Agata. – Gadane? To wszystko prawda. Sama więc widzisz, że mimo trójki inteligentnych ludzi – Łukasz roześmiał się – z których każdy ma inne spojrzenie na karierę zawodową, Michał podjął decyzję sam, a nie został wepchnięty na siłę na studia, które miały zaspokoić czyjeś ambicje. Agata popatrzyła na męża ze zdziwieniem.

– Myślałam, że Sonia chciała iść na prawo. Tak zawsze twierdziła Monika, że to było jej marzenie, że od zawsze chciała być prawnikiem. – Ta kobieta jest bardziej oderwana od rzeczywistości, niż mi się wydawało. Wolałbym myśleć, że rodzice nieznający swoich dzieci skończyli się na pokoleniu naszych rodziców. – Zdziwiłbyś się. – Niestety. W każdym razie czeka ją większy szok, niż mogłaby się spodziewać. – To znaczy? – Sonia myśli o odejściu z kancelarii. – I co dalej? – Jak to zrobi, to ci powiem, dobrze? Nie denerwuj się. – Nie denerwuję się. Jesteś dosyć stanowczy z tym zaufaniem. – Gdyby wiedziała i zgodziła się na to, tobym ci powiedział. – Przecież się nie dowie. – Ja będę wiedział. – Dobrze, dobrze. Nie denerwuję się. Agata uśmiechnęła się i uniosła kołdrę. – Przyłączysz się? – spytała. Łukasz popatrzył na żonę podejrzliwie. – Co to, dzień dziecka? – Wiesz, trudno ci się oprzeć. To co? Bo oferta zaraz wygaśnie. – Namawiała, namawiała i namówiła – uśmiechnął się.

Zaznaczam teren, pomyślała. Chcę cię poczuć, póki jesteś mój. Jeśli jeszcze jesteś.

***

Sonia ruszyła w drogę do Warszawy. Matka namawiała ją, aby została na noc, ale dziewczyna czuła, że to będzie się wiązało z rozmowami, na które nie była gotowa i których tak naprawdę nie potrzebowała. Kiedy goście się rozeszli i pomagała w sprzątaniu, dostała małą próbkę tego, co może na nią czekać, jeśli zostanie na noc, a co za tym idzie, na śniadanie. Kajetan i kariera. Kariera i Kajetan. Aż ją korciło, by powiedzieć, że jest ktoś ważny w jej życiu, nawet bardzo ważny, do którego czuje coś, czego nie potrafi opisać, czego nie potrafi nazwać, przy kim czuje się ważna, istotna i wie, że jej życie i to, kim jest, ma znaczenie. Ktoś, kto daje jej siłę, i sam fakt, że on jest, że on istnieje, sprawia, że chce jej się żyć. Mimo tego że z nim nigdy nie będzie, to uczucie stanowi dla niej linię życia. Ciekawe, co matka by na to odpowiedziała? Jaka byłaby reakcja Pani Poprawnej, gdyby usłyszała, że obiekt uczuć jej córki ma żonę i że jest starszy? Oczywiście nie tak starszy jak Pani Poprawna i jej mąż, którzy mentalnie mają pewnie po sto lat. Ale zawsze starszy! Jaki wstyd na całą dzielnię, to znaczy wioskę… A co na to matka Kajetana? Wow, to by dopiero było, jeszcze wstyd w pracy. Wieczne rozczarowanie, ta córka. Może gdyby starszy pan był prawnikiem, lekarzem lub innym menadżero-prezesem, to byłoby łatwiej, w ramiona takiego sama by ją wepchnęła. Nobilitacja jak nic.

Niestety jej córka nawet tego nie potrafi zrobić dobrze. To już bezdomny byłby lepszy, zadziałałaby empatia. Księżniczka zakochała się w żebraku… Jakoś by się to wszystko pospinało, jakoś by wyszło! A tak? Na szczęście dla mamy i wiecznie milczącego taty wstydu nie będzie. To wszystko jest jej i tylko jej, i tak już zostanie. Sonia doskonale zdawała sobie sprawę, że każda jej myśl związana z matką miała na celu odgonienie jej myśli od Łukasza. Tylko jak to miało zadziałać, skoro wszystko się łączyło? A może to właśnie na tym polegało? Na złość matce ulokowała uczucia w człowieku, który byłby ostatni na liście kandydatów do ręki jej córki? – Niezła próba, dziewczyno – powiedziała do siebie na głos. Gdyby to tylko było takie proste. Sonia zatrzymała się na światłach i rozejrzała po okolicy. Kiedy dojechała do tego miejsca? Jeszcze pięć, maksymalnie dziesięć minut i będzie w domu. Dlaczego mi to zrobiłeś, dlaczego jesteś, kim jesteś, dlaczego nie mogłam poznać młodszej, wolnej wersji ciebie? Bo może takiej nie ma, bo może jesteś, kim jesteś, bo jesteś, kim jesteś, jakkolwiek bezsensownie by to brzmiało. Kiedy powiedziała, że może lepiej skończyć tę przyjazń, przez moment czuła, że coś się w niej rozpada, że pęka od środka. Kiedy złapał ją za rękę, poczuła, jakby nagle wszystkie małe cząsteczki, z których była złożona, trafiały z powrotem na swoje miejsce. Jakby puzzle jej ciała, jej duszy, łączyły się po tym, jak próbowała je rozdzielić i każdą jedną schować do osobnego pudełka. Dom, wreszcie. Pójdzie na górę i uśnie. Oczywiście, że uśnie, jak zwykle, jak co wieczór. Nie, dzisiaj będzie normalnie, dzisiaj rozmawiali, dzisiaj byli razem, chociaż

tylko przez chwilę, przez parę minut, ale razem, blisko, tylko oni. To wszystko było nie tak, to było tak strasznie nie tak.

***

Łukasz delikatnie wysunął się z objęć Agaty. Wow, to było coś. Jego żona była namiętna, to fakt, ale to, co wydarzyło się przed chwilą, biło wszystko na głowę. Pozostawało pytanie, czy było prawdziwe. Nigdy wcześniej nie miał wątpliwości co do szczerości odczuwania jego żony. Podczas seksu Agata otwierała się w pełni. Czasami słowami nie potrafiła wyrazić tego, co wyrażała w sypialni. Gorąca – to słowo było za małe wobec tego, co potrafiła Agata. Ale dzisiaj jakby chciała bardziej, jakby uznała, że to, co przychodzi naturalnie, to za mało, jakby trzeba było więcej. Chyba po raz pierwszy w życiu Łukasz nie miał ochoty na seks. Gdyby odmówił? Nie chciał nawet myśleć o konsekwencjach takiej decyzji ani o tym, co by pomyślała jego żona. To było w miarę oczywiste. Wszystko przypisałaby Soni. I miałaby rację. Co było w tej dziewczynie? Czyżby dopadł go kryzys wieku średniego? Staremu dziadowi przewróciła w głowie młoda dziewczyna? To nie tak. Chciał myśleć o sobie, że jest czymś więcej niż kopią kopii kopii. Czymś więcej niż zwykłą, żałosną, powielającą schematy kliszą. Tylko czy tak było? Wielu ludzi by się z nim zapewne nie zgodziło. Tylko czym była ta większość, zwłaszcza w tym kraju, skłonna do oceny, do zdeptania, do zgnojenia, tylko po to, aby poczuć się lepiej w swym żałosnym żywocie? W końcu nie było lepszego

uczucia niż to, kiedy innym wiodło się gorzej, a jeśli ktoś odczuwał odrobinę szczęścia, to stawał się głównym celem do poniżenia przez innych. Łukasz nigdy się tym nie przejmował i dzisiaj też nie miał zamiaru zacząć. Sonia była jego myślami w każdej pieprzonej chwili, w każdym jego pieprzonym momencie. Ta dziewczyna zawładnęła nim całym. Kiedy skierowała się do domu, coś w nim pękło, zrobił to, czego nigdy się nie spodziewał, że zrobi. Złapał ją za rękę i nie chciał puścić, za nic w świecie nie chciał puścić. Myśl o tym, że odejdzie na zawsze, była nie do przyjęcia, nie do zniesienia. Nie mógł na to pozwolić, nie mógł do tego dopuścić. Złamał swoją zasadę. Uczucia do Soni nie miały nigdy ujrzeć światła dziennego. Nigdy. Ich nie było. Ich nie mogło być. A jednak rzeczywistość wyglądała inaczej i myśl o jej odejściu, zniknięciu z jego życia, była nie do wyobrażenia. Kolejny zawód… który to już w jego życiu? W czym?

TO WŁASNIE MIŁOSŠ, 19-20 PAZDZIERNIKA 2017 R.

„Juliet: [after watching Mark’s video of her] But… you never talk to me. You always talk to Peter. You don’t like me. Mark: I hope it’s useful. Don’t show it around too much. It needs a bit of editing. Look, I’ve gotta get to a lunch. Early lunch. You can just show yourself out, can’t you? [pauses] Mark: It’s a… self-preservation thing, you see” Love Actually, 2003

Łukasz rozejrzał się po domu. Jeszcze chwilę temu szykował się do wyjścia. Był umówiony z Sonią w centrum. Dziewczyna prosiła go o spotkanie, gdyż jej plan postawienia na głowie całej swojej kariery zawodowej zbliżał się do rundy finałowej. Oczywiście wystarczyło, gdyby powiedziała, że chce się spotkać. Łukaszowi więcej powodów nie było potrzeba. Przez ostatnie dwa tygodnie walczył ze swoimi uczuciami, chociaż już bardziej dla zasady niż z przekonania. Nie kontaktował się z Sonią. Taka odrobina uczciwości. Nie

miał jednak złudzeń, przy wszystkim, co się w nim działo, ten brak kontaktu nic nie znaczył. Gdzieś tam, od czasu do czasu, powiedział sobie, że to zauroczenie nie może trwać wiecznie, że to tylko kwestia czasu i minie. Każdy dzień temu jednak przeczył. Agata też zachowywała się inaczej. Od urodzin Moniki to była jakby zupełnie inna osoba. W niedzielny poranek, dosłownie kilka godzin po tym, jak się kochali, został obudzony pieszczotami. W pierwszej chwili nie był pewien, czy to już jawa, czy jeszcze sen. Kiedy półprzytomny otworzył oczy, pierwszą myślą było: „Jak zawsze obudziłem się w najlepszym momencie”, ale pieszczoty nie ustawały. Ręka, która go dotykała, była jak najbardziej prawdziwa. Kiedy zobaczył uśmiechniętą twarz swojej żony, pomyślał, że to chyba urodziny i gwiazdka w jednym. Ostatni raz taka pobudka przydarzyła mu się… no właśnie, kiedy? Jego pamięć tak daleko nie sięgała. Parę razy zdarzyło im się miło rozpocząć dzień, ale głównie z jego inicjatywy, i może dziesięć procent podejść kończyło się rozwinięciem. A to był dopiero początek atrakcji. Agata zaproponowała, aby całą niedzielę spędzili w łóżku, co też uczynili. Przez cały następny tydzień jego żona wracała wcześnie z pracy, a na weekend zaplanowała wyjazd w góry. Mały domek z widokiem na tatrzańskie szczyty i tylko oni, razem, we dwoje. Łukasz nie do końca wiedział, co o tym myśleć. To wszystko było jakieś inne. Próbował kilka razy spytać, skąd ta zmiana, czy coś się stało. Agata zbywała go półsłówkami, że praca nie jest najważniejsza, że potrzebują czasu dla siebie, lub przybierała ton, który nie wróżył nic dobrego, mówiąc, że jeśli mu się nie podoba, to oczywiście może być tak jak kiedyś. Po każdej z takich uwag momentalnie zmieniała temat.

Co mu się miało nie podobać? Inna sprawa, że w tym wszystkim coś było nie tak. Zachowanie jego żony nie było naturalne, a i on nie mógł odnalezć się w tej sytuacji na sto procent. Wyglądało to tak, jakby Agata za wszelką cenę chciała pokazać, że ich małżeństwo jest najważniejsze. Dlaczego tak nagle? Dlaczego właśnie teraz? Odpowiedz wydawała się oczywista. Czy można wskrzesić coś, co już dawno nie dawało oznak życia? Przez ostatnie dni zobaczył, jak mogło być, jak mogliby wyglądać, gdyby byli razem, tak naprawdę. Nie tylko fizycznie. Jedna tylko rzecz nie uległa zmianie – nadal ze sobą nie rozmawiali. Slizgali się po różnych tematach, prawili banały, kiedy zaś robiło się poważnie, Agata się wycofywała, jakby czuła, że zagłębianie się w problemy, w to, czym się stali, obnaży kruchość podstaw ewenementu tych dni. On zaś, zawsze skory do zgłębiania, do bólu wręcz gotowy wyciągać cokolwiek ze swojej żony, przyjmował jej ogólniki, jakby już było dla nich za pózno. I to nawet nie przez to wszystko, co się działo w jego sercu, tylko jakby już od bardzo dawna było za pózno. Wczoraj Agata wyjechała na dwa dni. Między innym dlatego zdecydował się spotkać z Sonią. Nie żeby to specjalnie ukrywał, ale wiedział doskonale, jak Agata zareagowałaby na tę sytuację. To był pierwszy raz, kiedy ją oszukał, a właściwie nie powiedział prawdy. Kłamstwo było kłamstwem i semantyka tu specjalnie nie pomagała. Na swoją obronę mógł powiedzieć, że umówili się dopiero wczoraj po południu, kiedy Agaty już nie było. Trudno, żeby do niej wydzwaniał tylko po to, aby ją zdenerwować. Powie jej, jak wróci. Jeśli wtedy to zatai, to będzie kłamstwo. Jeśli zatai. Nie mógł przecież spławić Soni; liczyła na niego, był jej przyjacielem. Nie żeby specjalnie chciał ją spławić. Czekał na to spotkanie.

Przez cały dzień, a właściwie przez całą noc i dzień, bił się z myślami. Na co tak naprawdę czekał, na co liczył, co sobie właściwie wyobrażał? Wniosek był jeden: na nic. I jednocześnie na wszystko. Były momenty, że myślał o tym, że kiedy ją wreszcie zobaczy, okaże się, że to wszystko, co czuł, lub co wydawało mu się, że czuje, okaże się iluzją, pustką, że tego po prostu nie ma. Niestety każda minuta przybliżająca go do spotkania zdawała się zadawać kłam wszelkim nadziejom. Teraz czekał. I z każdą chwilą był coraz bardziej niespokojny. Znał ją, spotykał się z nią, ale tego, co odczuwał w tej chwili, nigdy wcześniej nie doświadczył. Sonia powinna tu być lada chwila. Czterdzieści minut temu zadzwoniła do niego, czy może przyjechać. Głos miała jakiś dziwny, jak nie jej, więc automatycznie się zgodził. Potem dopiero zastanowił się, co powiedzieliby Monika z Markiem, gdyby zobaczyli samochód Soni pod jego domem. Zadzwonił i zaproponował, że otworzy bramę i garaż, niech wjeżdża prosto do środka. Dziewczyna przyjęła propozycję z ulgą; stwierdziła, że wszystko wydarzyło się tak nagle, że o tym wcale nie pomyślała. Teraz pozostawało czekać.

***

Sonia zbliżała się powoli do domu Łukasza. Myślała, że dojedzie wcześniej, ale padający od rana deszcz spowodował, że wszyscy prowadzili wolniej i miasto było zakorkowane. Czy jesteś gotowa? – spytała swojego odbicia w lusterku. O dzisiejszym spotkaniu myślała od kilku dni. W końcu, kiedy

wczoraj zadzwoniła, okazało się, że mogą dzisiaj się spotkać. Agata wyjechała i nic, a raczej nikt nie stał na przeszkodzie. Czy to jeszcze było przyjacielskie spotkanie? Oczywiście, niby jakie, tylko dlaczego tak duże znaczenie miało to, że Agaty nie ma? Co prawda Łukasz nigdy o tym nie wspominał, ale może jego żonie nie podobała się ich przyjazń? Czy mogła ją winić? A przecież Agata nie wiedziała tego wszystkiego, co działo się w Soni… A może to czuła, może kobiety wyczuwają zagrożenie, kiedy pojawia się na horyzoncie? Zwłaszcza gdy to zagrożenie znają. Czy Sonia sama wiedziała, co to jest? To, że była tu i teraz, w tym samochodzie, na tej drodze, świadczyło o tym, że tak. A jednak wątpliwość goniła wątpliwość, przeplatana na zmianę ze stuprocentową pewnością. Jeden mętlik. Pod wpływem impulsu podyktowanego chwilą tej pewności, chwilą tego przekonania, zadzwoniła do Łukasza, zmieniając plan. Spytała, czy może przyjechać do niego, choć początkowo mieli spotkać się w centrum. Na szczęście nie miał nic przeciwko. Nie chciała rozmawiać w miejscu publicznym, potrzebowała zacisza, spokoju, intymności. Może jego dom nie był najlepszym miejscem, ale alternatywę stanowiło jej mieszkanie. Kiepski wybór. Od Łukasza mogła w każdej chwili wyjść; gdyby byli u niej, byłoby to niemożliwe. Wiesz, co robisz? Nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie. I tak, i nie. Zresztą jakie to miało znaczenie? Podjęcie decyzji zajęło jej chwilę. A może narastało w niej od miesięcy? Już jestem, powiedziała do siebie, wjeżdżając powoli przez bramę, a potem do otwartego garażu. Dobrze, że Łukasz pomyślał za nią. Co ona sobie myślała: że postawi samochód przy jego ogrodzeniu, aby każdy mógł go zobaczyć? Tego z pewnością nie wzięła pod uwagę. Niczego nie wzięła. Jej myśli były

gdzie indziej, w konkretnym miejscu. Gdyby ją ktoś spytał, chyba nie potrafiłaby powiedzieć, kiedy tam trafiły i zostały na dobre. Zgasiła silnik i wysiadła z samochodu. Łukasz stał w drzwiach wejściowych i uśmiechał się. Odpowiedziała uśmiechem. Już jesteś, na to czekałaś, po to przyjechałaś.

***

Sonia weszła do salonu i rozejrzała się po wnętrzu. – Ładnie – powiedziała. – Tak… – zastanawiała się, szukając odpowiedniego słowa. – Oszczędnie. – Łukasz uśmiechnął się. – Na pewno nie ma zbędnych rzeczy. – Na pewno – potwierdził. – Agata wolała bardziej klasyczny styl, ja wolę nowoczesność, poszliśmy na kompromis. Tak neutralnie i właśnie oszczędnie. – Mnie się podoba. – Siądz, proszę. Napijesz się czegoś? Najlepiej czegoś mocnego, pomyślała. – Wodę poproszę. Będę wracać samochodem. Chociaż po tej jezdzie kieliszek czerwonego wina byłby idealny – uśmiechnęła się. – Napij się, zawsze możemy zamówić taksówkę, a samochód odstawię ci rano albo cię odwiozę. Rozluznij się, najważniejsze, abyś się czuła dobrze.

– Czy to znaczy, że powinnam wszystko podporządkować temu, aby czuć się dobrze? Szczerze mówiąc, nie wiem, czy to jest jeszcze możliwe. Łukasz nalał wina do kieliszka i podał go Soni. – Wydaje mi się, że tak, że powinnaś. O to chyba chodzi, aby czuć się dobrze. Aby być szczęśliwym. – A jak jest z tobą? Jesteś szczęśliwy? – palnęła Sonia, po czym natychmiast się zreflektowała. – Przepraszam za to pytanie. – Nie masz za co przepraszać. Tylko żeby na nie odpowiedzieć, musiałbym się też napić – powiedział, szeroko się uśmiechając. – To zrób to, wrócę taksówką. Mój budżet co prawda nie przewiduje takich wydatków, ale raz się żyje. – W razie czego ja płacę za taksówkę. To w końcu ja ci polewam wino. – Chcesz mnie upić? – zażartowała. – No nie wiem, kto kogo. Najpierw sama się napiłaś, a potem zaproponowałaś, abym się przyłączył. – Zaraz, zaraz – zaczęła się śmiać. – To ty powiedziałeś, że musisz się napić. – Taki misterny plan obmyśliłaś – zawtórował jej. – Wygląda, jakbym sam tego chciał. Łukasz nalał sobie wina. Czy to było mądre? Bez przesady, nigdy nie miał problemów z alkoholem, zawsze kiedy pił, wszystko miał pod kontrolą. Gdyby nie fakt, że siedział sam na sam z Sonią, nawet by mu przez myśl nie przeszło kwestionowanie takiej decyzji.

Sonia poczuła, jak ciepło wywołane winem rozlewa się po jej ciele. Nagle zorientowała się, że jest głodna. Ostatni raz jadła koło południa i był to bardzo szybki lunch złożony z sałatki i malutkiej kanapki. Co prawda wypiła tylko kilka łyków alkoholu, ale pusty żołądek sprawił, że już poczuła przyjemne rozluznienie. A może to wcale nie wino? Przecież to uczucie otoczyło ją, jak tylko go zobaczyła. Nerwy momentalnie zniknęły. – Masz może coś do jedzenia? Jadłam tylko lunch i powiem szczerze, że nagle zrobiłam się głodna. – Mogę coś przyrządzić, nie ma problemu. Mogę też zamówić pizzę, jeśli masz ochotę. – To może pizzę, nie chcę ci sprawiać kłopotu. – ?aden kłopot, chyba że nie chcesz ryzykować jedzenia czegoś, co ja przygotuję – roześmiał się. – Cholera, przejrzałeś mnie – udała złość. – To w takim razie pizza. Jakaś konkretna? – Najlepiej dużo warzyw, i może być bez mięsa. Łukasz wstał i poszedł po telefon. Po chwili wrócił. – Zamówiona, za jakieś dwadzieścia minut powinna być. – Super. – Sonia oparła się wygodnie na sofie. – Teraz to dopiero czuję głód. – Jeszcze chwilę wytrzymasz? – Myślę, że tak – uśmiechnęła się. – Mogę spytać, czy coś się stało? – Łukasz popatrzył na Sonię uważnie. – ?e zmieniłam plany i przyjechałam do ciebie?

– Tak. Nie, żeby mi to przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, oszczędziło mi to jazdy do centrum w ten deszcz i uważam, że tak jest przyjemniej. Tylko, szczerze mówiąc, kiedy usłyszałem twój głos przez telefon, trochę się zaniepokoiłem. Dlaczego tu jestem? – pomyślała Sonia. Teraz, kiedy patrzyła na siedzącego przed nią Łukasza, to wszystko, z czym przyjechała, wydawało się nie tak pilne, nie tak naglące. Doskonale wiedziała, co chciała powiedzieć, wyrzucić z siebie opowieść o tym, co spowodowało zmianę planów. Ale było tak idealnie. Ona i on, sami, popijają wino, za chwilę zjedzą obiad mistrzów. Doskonale. To, z czym przyjechała, mogło zejść na drugi plan, przynajmniej na chwilę. Iluzja, a to była iluzja, długo się nie utrzyma. Więc dajmy jej chwilę. – W pracy miałam kocioł i kiedy tak patrzyłam przez okno na ten lejący deszcz, to tak naprawdę chciałam się znalezć w jakimś przytulnym miejscu. Dlatego pomyślałam o przyjezdzie do ciebie. I tak byłam samochodem, a ty przynajmniej nie musiałeś się tłuc do Warszawy. Swoją drogą przepraszam, że się tak wprosiłam. – Przestań, też uważam, że to był lepszy pomysł. To wszystko? – Szczerze? To nie, ale czy mogę z tym poczekać? Tak się dobrze poczułam, zresztą zaraz będzie pizza… Nie będę przecież mówić z pełnymi ustami – uśmiechnęła się. – Tego byśmy nie chcieli. A jak twój plan na nową drogę kariery? – zapytał Łukasz, ale widząc jej minę, dodał szybko: – Przepraszam, nie chciałaś o tym rozmawiać. – To nie to – wyrwało się Soni, po czym dziewczyna spuściła wzrok. Nie patrząc na Łukasza, pociągnęła łyk wina.

– Rozmawiałam z Zosią i powiedziałam, że chcę tego. Kasia też jest gotowa w to wejść. Nie wiem, czy wspominałam o tym ostatnio, ale Kasia miałaby się zająć zarządzaniem, finansami, całą papierkową robotą. Oczywiście Zosia nie zostawi nas z tym wszystkim samych, ale miała plan, aby się wycofać w ciągu pół roku, tak do końca czerwca. Także decyzję należałoby podjąć jak najszybciej. – Gotowa na zmianę w swoim życiu? Dobre pytanie, pomyślała. – Chyba tak. Boję się, ale tak. – Oczywiście, że się boisz, to jak najbardziej naturalne. Wchodzisz na całkowicie nieznany teren. Po raz pierwszy w życiu jest to twój własny wybór, twoja własna decyzja. Zmieniasz całe swoje życie. Sama. – Bez błogosławieństwa mamusi – roześmiała się. – Bez, chociaż myślę, że w końcu się z tym pogodzi i będziesz miała jej wsparcie. – Chyba jednak nie znasz jej za dobrze. Zresztą nieważne, mam przecież twoje wsparcie, prawda? – Sonia popatrzyła uważnie na Łukasza. – O to nie musisz nawet pytać. Zawsze, sto procent. – Zawsze? – spytała cicho. – Przyjdzie pewnie taki dzień, że nie będziesz już mnie potrzebowała, ale nawet wtedy będę, możesz być spokojna. – Nie wydaje mi się, widzisz… W tym momencie odezwał się dzwonek przy furtce. Łukasz uśmiechnął się delikatnie. – Pizza przyjechała.

Sonia pokręciła głową, jakby chciała odgonić natrętne myśli. Jak widać, w życiu było podobnie jak w filmach. Ktoś zawsze musiał przeszkodzić w najważniejszym momencie. Po chwili Łukasz wrócił z ogromnym pudełkiem, w którym znajdowała się gorąca pizza, i postawił je na stoliku przy sofie. – Czy mam przynieść jakieś talerzyki? – W sensie że Wersal i takie tam? – roześmiała się. – Z pudełka lepiej? – Popatrzył na nią pytająco. – Lepiej. Przez chwilę jedli w ciszy, od czasu do czasu wymieniając uwagi dotyczące pizzy z różnych lokali. Łukasz nie zdawał sobie sprawy z tego, jak zgłodniał. Na szczęście zamówił największą pizzę, jaką mieli, o średnicy prawie pięćdziesięciu centymetrów. Dzięki temu dosyć szybko poczuli, że się zapchali. To było zdecydowanie lepsze słowo niż „najedli”, biorąc pod uwagę tempo, z jakim rzucili się na jedzenie. – To chyba niezdrowo tak się obżerać – uśmiechnęła się szeroko Sonia, popijając ostatnie kęsy winem. – Mam taką teorię, że jeśli robi się coś w miłym towarzystwie, to po prostu musi być zdrowe. – Czyli wszystko powinniśmy robić razem – powiedział Sonia i momentalnie poczuła, jak rumieniec oblewa jej twarz. – Bezwzględnie – odpowiedział Łukasz. – Od razu czuję się zdrowszy. Uśmiechnął się i napił wina. – To wino – roześmiała się. – Tak gorąco się zrobiło. Sonia poklepała się po policzkach. Przez krótką chwilę patrzyli na siebie, nic nie mówiąc.

– Chcesz mnie zahipnotyzować. – Łukasz roześmiał się, przerywając ciszę, zanim stałaby się niezręczna dla obojga. – Kuszące, ale mi to się kojarzy z kierowaniem kimś wbrew jego woli, a to jest raczej słabe. – A gdyby można sprawić, że ktoś byłby taki, jak byśmy chcieli? – To jest jeszcze bardziej kuszące, ale żyć ze świadomością, że to nie jest prawdziwe? Moim zdaniem nie warto. Natomiast żeby się dowiedzieć czegoś więcej o zahipnotyzowanym, to zupełnie inna sprawa. – Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś o mnie, wystarczy, że spytasz. – Jasne – uśmiechnęła się – a ty znowu zrobisz wszystko, aby uniknąć odpowiedzi. – Ja? Czy kiedykolwiek coś takiego zrobiłem? – Popatrzył na nią z miną niewiniątka. – Nie, skąd, to nie ty jakiś czas temu stwierdziłeś, że jest za mało czasu, aby odpowiedzieć na moje pytanie. Albo dziś… co to było? Sonia zrobiła minę, jakby usiłowała sobie coś przypomnieć. – Aha, już wiem, musisz się napić wina, aby odpowiedzieć na moje pytanie. – Przyganiał kocioł garnkowi – uśmiechnął się. – Ktoś nie chciał mówić z pełnymi ustami. Sonia zaczęła się śmiać. – Przynajmniej słuchamy się bardzo uważnie – stwierdziła, kiedy już opanowała wesołość.

– Gdzieś usłyszałem takie zdanie: „Mówić można z każdym, porozmawiać z niewieloma”. W moim przypadku jest to prawdziwe do bólu. Zresztą nasza kochana Kasia Nosowska powiedziała lub napisała coś takiego, że dla niej rozmowa musi coś znaczyć, żeby mogła potem usiąść i o tym pomyśleć, żeby to miało jakąś wartość, dlatego często siedzi w domu. I nie chodzi tutaj o prowadzenie nieustających dysput filozoficznych, tylko żeby robić to z osobami, z którymi możesz się równocześnie powygłupiać, pośmiać i bardzo poważnie porozmawiać. Albo ja jestem nieprzystosowanym mrukiem – uśmiechnął się szeroko. – Moim zdaniem nie jesteś nieprzystosowany ani tym bardziej nie jesteś mrukiem. Ja do niedawna tak miałam. To znaczy nie tak, odwrotnie: w szkole, na studiach i kiedy poszłam do pracy, na początku w każdym razie. Czułam potrzebę przynależności, uczestnictwa w najbanalniejszych rozmowach, byle być w kręgu, a nie jak jakiś dzikus, sam, z boku. – Jak ja – roześmiał się. – Niezupełnie, ty robisz to na własnych zasadach, z wyboru, w moim przypadku byłoby to coś zupełnie innego. Czułabym się wyrzutkiem – Sonia zamyśliła się – podczas gdy potrzebowałam akceptacji. Wypuściła powietrze. To stwierdzenie było niby oczywiste, niby zdawała sobie z tego sprawę od dawna, ale teraz, kiedy wypowiedziała je na głos, nabrało nowego znaczenia. Czuła się tak, jakby po raz pierwszy stanęła z tą smutną prawdą twarzą w twarz. I zrobiła to przy jedynej osobie, która wydawała się ją rozumieć. Sonia podkurczyła nogi i objęła je ramionami.

– Zawsze było za mało – powiedziała, patrząc gdzieś przed siebie. – Kiedy dostawałam piątki, to słyszałam: „dlaczego nie szóstki?”. Zgłaszałam się do konkursów, na olimpiady, żeby chociaż raz powiedziała: „brawo”. W najlepszym razie mówiła: „Dobrze, dobrze, ale sama dobrze wiesz, że mogło być lepiej”. A gdy dostałam trzy szóstki, to padało pytanie, dlaczego nie cztery. – Jak to dlaczego nie cztery? Przecież trzy to magiczna liczba. Łukasz ostatnie zdanie powiedział ze śmiertelnie poważną miną. Sonia uśmiechnęła się. – O tym wtedy nie pomyślałam. Przepraszam, że tak jęczę. Nigdy tego nie robiłam. Ja wiem, jak to wygląda. Księżniczka na ziarnku grochu skarży się, że mamusia chciała, aby miała dobre oceny, wielkie mi co. Miałam wszystko, nie powinnam narzekać, ludzie mają gorzej. – Przepraszam, że to powiem, ale teraz to pieprzysz głupoty. Nie jestem psychologiem, ale nie trzeba nim być, aby wiedzieć, że pieniądze czy dom i wikt to nie wszystko. Pewnie, to jest ważne, ale tylko dlatego, że to miałaś, nie oznacza, że to, co czujesz i czułaś, jest mało ważne. Jest jeszcze coś takiego jak miłość, jak wsparcie, i moim zdaniem ciągłe podawanie w wątpliwość wartości własnego dziecka pod to nie podpada. Opowiadałem ci o moich rodzicach, o mamie. Może poprzeczka była niżej niż u ciebie i może ja o wiele wcześniej przestałem się nią przejmować, ale sytuację miałem podobną. Oczywiście to nie są patologie, to nie jest alkoholizm, to nie jest przemoc fizyczna, ale ciągłe utwierdzanie cię w przekonaniu, że nie jesteś wystarczająco dobra, albo mówienie, że stać cię na więcej, co z grubsza jest tym samym, tylko inaczej wyrażonym, też jest formą

przemocy, tylko że psychicznej. Chyba że psychologowie mają na to inną nazwę. Byłbym zapomniał, rodzice oczywiście robią to z miłości i dla naszego dobra – zakończył z ironią. Na chwilę zapadła cisza. – Nawet na te studia poszłam, żeby była zadowolona, ale oczywiście nigdy nie byłam tak dobra jak Szymon, chociaż na roku tylko kilka osób było lepszych ode mnie. I właśnie o te kilka osób za dużo – wyrzuciła z siebie dziewczyna. Łukasz wstał z fotela i usiadł obok Soni. Położył delikatnie rękę na jej dłoni. Sonia puściła nogę i pozwoliła uścisnąć sobie dłoń. Bardzo delikatnie odwzajemniła uścisk. – To są rzeczy, które mogą siedzieć w tobie latami – powiedział. – Niby nic, jak mówiłaś, ale mogą sprawić, że przed podjęciem każdej decyzji w życiu zastanawiasz się, czy ktoś będzie zadowolony, czy spełnisz ambicje tego kogoś, a nie swoje. Już to mówiłem, ale powtórzę. Jesteś niesamowicie inteligentną, pewną siebie, niezależną, potrafiącą samodzielnie podjąć ważne życiowe decyzje kobietą. I to w największym skrócie. Nie masz najmniejszego powodu, aby w siebie wątpić. Nie ty. Często zapominamy, że to jest nasze życie i nasze szczęście i powinniśmy tak je przeżyć, aby na koniec dnia móc powiedzieć: żyłem po swojemu, trochę wygrałem, trochę przegrałem… ale jak śpiewał Frank Sinatra: I did it my way. Sonia podniosła rękę Łukasza i zawinęła ją wokół siebie. Odwróciła się tyłem i delikatnie wtuliła w niego plecami. Mężczyzna nie oponował, pozwolił jej ułożyć się na sobie. Cały czas trzymała go za rękę. – Przepraszam, że się tak rozczulam nad sobą – powiedziała po chwili. – Jakoś sprawiasz, że czuję, jakbym mogła wszystko ci powiedzieć.

– Bo tak jest. – Nie osądzasz, nie krytykujesz, po prostu słuchasz. Nie jestem pewna, czy ktoś kiedykolwiek uważnie słuchał tego, co mam do powiedzenia. Może to niesprawiedliwe w stosunku do Justyny czy do Kasi, bo to są moje najlepsze przyjaciółki i wiemy o sobie naprawdę dużo, ale to jest coś innego. Przy tobie czuję się bezpiecznie. Sonia przytuliła się mocniej. Łukasz czuł ciepło bijące z jej ciała; była tak blisko, jakby się zlali w jedną całość. To było cudowne, a jednocześnie tak strasznie nie na miejscu. Bez względu na to, jak bardzo chciałby przypisać tę sytuację do relacji przyjazni, to czuł, że granica zaczyna się powoli przesuwać. Czy nie o tym właśnie myślał, nie o tym marzył? Bezwzględnie, ale tym to tylko było – myślami, marzeniami. Siedział na sofie z wtuloną w niego młodą kobietą i to była rzeczywistość. Teraz nie naginał granic. Teraz je powoli przekraczał. – To chyba dobrze – powiedział spokojnym głosem. – Bardzo dobrze. W tej chwili czuję się idealnie. Sonia jedną dłoń schowała w dłoni Łukasza, drugą zaś położyła na jego przedramieniu. Czuła przez koszulę jego mięśnie, które co chwila się napinały, jakby się denerwował, jakby był spięty. Rzeczywiście, pozycja, w której siedzieli, mogłaby uchodzić za więcej niż przyjacielską, ale to był impuls, to była chwila, kiedy ona poczuła tę potrzebę przytulenia, wtulenia się. To było to i tylko to, w tamtym momencie. Nie planowała tego, nie spodziewała się, że będą nawet siedzieć obok. To Łukasz się przysiadł, a ona? Ona go potrzebowała, tak bardzo potrzebowała, i on odpowiedział na jej niewypowiedziane wołanie. Delikatnie przejechała palcami po jego przedramieniu. Mięśnie znów się napięły, by po chwili

trochę się rozluznić, ale mimo tego cały czas pozostawały twarde. Jakby przyjmował ten dotyk, jakby go akceptował, ale cały czas gdzieś w środku był czujny. – Kto pierwszy nie ucieknie od tematu? – Sonia uśmiechnęła się delikatnie pod nosem. – Nadal ci ciężko? – zaśmiał się cicho. – A tobie? – To może ty zacznij. Łukasz poczuł, jak Sonia lekko sztywnieje. – Ja mam jeden temat, a ty dwa – odpowiedziała szybko. – Widzę, że wszystko masz przemyślane. – Staram się. To co, dalej unikamy tematu? – Nie, skąd. A co to był za temat? – Grasz na zwłokę – roześmiała się. – No dobrze, pozwól, że ci przypomnę. Dlaczego się nie odzywałeś przez te wszystkie tygodnie? I czy jesteś szczęśliwy? – Skąd w ogóle takie pytanie? – Wielokrotnie mówiłeś mi, żebym robiła to, co sprawi, że będę szczęśliwa, że o to w życiu chodzi… I tak jakoś samo mi się nasunęło. – A nie mówiłem ci, że jestem pełen złotych myśl, które nie do końca mają potwierdzenie w rzeczywistości? – A te nie mają? – spytała cicho. – Rozmawialiśmy o twojej nowej karierze i myślę, że w tym konkretnym przypadku jak najbardziej mają. Robię to, co lubię, cenią mnie nawet, wśród ludzi siedzących w tych tematach mam wyrobione nazwisko. Mogę się dzielić moimi

przemyśleniami, moimi uczuciami co do muzyki czy kina, i są ludzie, których to interesuje, którzy lubią czytać to, co napiszę. Jest to trochę niszowe, ale da się z tego żyć, jeśli się pisze dużo, a ja z tym nie mam problemu. Jestem spełniony i nie zamieniłbym tego na nic innego. Cieszę się, że dawno temu wszedłem na tę drogę. Odpowiadając więc na twoje pytanie: jestem szczęśliwy. – To dlaczego powiedziałeś, że musisz się napić, zanim odpowiesz na to pytanie? – Wszystko pamiętasz? – roześmiał się. – Przepraszam, nie chciałam być wścibska. Powiedziałeś, że jeśli chcę coś wiedzieć o tobie, to wystarczy, że cię spytam. – Nie musisz za nic przepraszać. Powinnaś jednak używać innego sformułowania: „Wszystko, co powiesz, może zostać wykorzystane przeciwko tobie”. Zaczęli się śmiać oboje. Głowa Soni znajdowała się tak blisko jego twarzy, że czuł zapach jej włosów. Zamknął na chwilę oczy i wciągnął nosem powietrze. Mógłbym nią oddychać, pomyślał. Tym właśnie była ta dziewczyna: siłą, życiem, a on czuł się jak stary wampir, który nagle po wielu latach dostał kroplę krwi. Niespodziewanie okazało się, że życie istnieje i wygląda ono zupełnie inaczej, niż sobie przez te wszystkie lata wyobrażał. Czy do tej pory był martwy? Czy oboje z Agatą byli martwi, tylko nie byli tego świadomi? Czy potrzeba było, aby ta dziewczyna stanęła na ich drodze, aby wszystko zrobiło się jasne? Czy rzeczywiście takie było? Uspokoili się. W dalszym ciągu siedzieli w tej dziwnej pozycji, ona wtulona plecami w niego, trzymając się kurczowo jego ręki, on czujący jej ciepło, jej dotyk, cały jakby usztywniony. Usiedli tak, kiedy było to uzasadnione tokiem rozmowy. Przyjęli to w miarę naturalnie. Teraz nie wiedzieli,

co z tym dalej zrobić. Jakby na to nie patrzeć, ta bliskość, ta intymność to było coś więcej. Wypadałoby to przerwać, ale żadne z nich nie chciało uczynić pierwszego gestu. – Jest tak zle? Nie chcę, żebyś czuł, że nie możesz nic powiedzieć. – Nie czuję, i w ogóle to w porządku, że mnie tak łapiesz za słówka. Ludzie powinni być odpowiedzialni za to, co mówią, a z tym, jak doskonale zdajesz sobie sprawę, jest różnie. Jeśli więc coś powiedziałem, to trzeba mi o tym przypomnieć. Teraz naprawdę muszę się napić, po pizzy zawsze tak mam. Łukasz uniósł się lekko i sięgnął po kieliszek z winem. Sonia poczuła, jak się podnosi, i pomyślała, że czas usiąść normalnie, obok. Łukasz jednak delikatnym ruchem przytrzymał ją, jakby nie chciał, aby zmieniła pozycję. Uścisnęła jego dłoń, potwierdzając: tak jest dobrze, ja też chcę tak siedzieć. Łukasz podał Soni jej kieliszek, a następnie oparł się wygodnie, pozwalając dziewczynie zrobić to samo. – Jest ci wygodnie? – spytał. – Tak – powiedziała cicho, jakby trochę niepewnie. – Zastanawiasz się, czy tak wypada? Sonia pokiwała lekko głową. – Myślałem o tym od momentu, kiedy tak usiedliśmy, i właściwie to nie wiem, czy tak wypada, czy to jest właściwe. Ale jest mi tak dobrze czuć cię obok siebie. Łukasz urwał nagle, jakby sam się przeraził tym, co powiedział. Musiał jednak poruszyć ten temat. Zawsze był zwolennikiem wykładania kawy na ławę, a nie domyślania się tego, co druga osoba myśli lub czuje. Komunikacja to

podstawa, takie było jego motto. Doskonale wiedział, dokąd prowadził jej brak. – Mnie też. To był jeden z powodów, dla których zmieniłam plany. Chciałam, abyśmy byli sami, razem. – Dlaczego? – Z głównego powodu. Zapadła cisza, słyszeli tylko swoje oddechy. ?adne nie mówiło ani słowa, jakby czuli, co przyniosą najbliższe minuty, jakby wiedzieli, że dłużej tak się nie da, że wszystko albo nic. – Mówiłeś, że powinniśmy zmierzać do szczęścia, że jest najważniejsze, że o to w życiu chodzi. Długo i dużo o tym myślałam, właściwie trudno mi powiedzieć, jak długo, bo ile… To łatwo, przez cały czas. Zastanawiam się, czy powinniśmy do niego zmierzać, nie licząc się z nikim ani z niczym. Sonia mówiła powoli, jakby ważyła każde wypowiadane słowo. – Uważam, że tak, ale to wszystko zależy od konkretnego przypadku. Jeśli człowiek jest nieszczęśliwy, to unieszczęśliwia wszystkich wokół. Sonia podniosła się i zwróciła twarzą do Łukasza. – A co, jeśli chodzi o miłość? Jeśli chodzi o uczucie, którego nie powinno być, które zakłóca pewien stan rzeczy? Co wtedy? Popatrzyła uważnie naprzeciw niej.

w

oczy

mężczyzny

siedzącego

– Co powinnam zrobić? – powtórzyła pytanie. – Czy ta druga osoba podziela twoje uczucia? – spytał cicho.

– Nie wiem, nie mówiłam jej tego. – Sonia spuściła wzrok i wbiła go w sofę. – Pytałaś, czy jestem szczęśliwy. Nie jestem nieszczęśliwy, to jest chyba właściwe określenie. Ja nie wiem do końca, co to znaczy być szczęśliwym. Jeśli to znaczy, że serce szybciej ci bije na widok drugiego człowieka, że czujesz wewnętrzną radość, że chce ci się śmiać i skakać tak po prostu, jeśli ta radość cię rozpiera, to czułem to kiedyś bardzo, bardzo dawno temu, tak dawno, że nawet nie wiem, czy to była prawda. Dla mnie szczęście łączy się nierozerwalnie z miłością. Miłość jest do szczęścia niezbędna. Miłość jest wszystkim. Kiedy jej nie ma, po prostu dryfujesz przez życie. Można się do tego przyzwyczaić. – W twoim życiu nie ma miłości? Łukasz zaśmiał się gorzko. – Czasami jest tak, że bardzo czegoś pragniesz, że czegoś potrzebujesz tak bardzo, że jesteś w stanie przekonać siebie, że to właśnie znalazłeś, jesteś w stanie uwierzyć, że to masz, że to jest to. Zwłaszcza jeśli dopiero co straciłeś coś prawdziwego, co właśnie tym było. W zależności od tego, jak bardzo szczery jesteś sam ze sobą, wcześniej lub pózniej zdasz sobie sprawę, że to jednak nie to. Przed tym nie ma ucieczki. Oczywiście można to wyprzeć, można się oszukiwać, masa ludzi tak robi, ale koniec końców w pewnym momencie czujesz tylko pustkę, tylko obojętność, a to jest chyba najgorsze. Wiesz, że powinno być inaczej, ale nie jest i nie możesz z tym nic zrobić. To nie jest coś, do czego można się zmusić, i tak naprawdę nikt nie jest winny. Są tylko ofiary, które od czasu do czasu próbują wskrzesić dawną magię, której naprawdę nigdy nie było. Oczywiście było coś, tylko że to było za mało, aby wystarczyło na całe życie.

– To smutne. Ja chyba jestem strasznie naiwna, bo zawsze chciałam wierzyć, że prawdziwa miłość jest na zawsze. Nie mam pojęcia, skąd taki pomysł, bo kiedy patrzę na moich rodziców, to nie wiem, czy między nimi cokolwiek kiedykolwiek było. Po prostu chcę wierzyć, że to, co czuję, to jest coś ważnego, co przetrwa wszystko. Może to głupie i niemożliwe, ale ja odrzucam takie myślenie. Ja wierzę. Łukasz uśmiechnął się delikatnie. – Zawsze powtarzałem, że jesteś zdecydowana. Nie ma nic głupiego ani tym bardziej niemożliwego w miłości. To, że taki stary cynik jak ja już dawno się poddał, nie jest żadnym świadectwem. Chyba tylko nie najlepszym o mnie. Miłość jest tym, czym ją uczynimy Sonia odwzajemniła uśmiech. – Czuję, jakby całe wino wyparowało. – To zle?– spytał – Chyba tak. Łukasz dolał wina do obu kieliszków. Napili się oboje. Sonia wychyliła wszystko do dna. – Naprawdę byłaś spragniona – uśmiechnął się. – Miałam nadzieję, że zacznie od razu działać. – Trudno mnie znieść na trzezwo – roześmiał się. – To nie do końca to – uśmiechnęła się niepewnie. Sonia wciągnęła głęboko powietrze i powoli je wypuściła. – Nie byłam z tobą do końca szczera, kiedy podawałam ci powody, dla których się nie odzywałam, odkąd widzieliśmy się w teatrze. To znaczy to wszystko, co powiedziałam, to była prawda, tylko że nie cała.

Sonia przerwała na moment i uniosła kieliszek, wskazując, że jest pusty. Łukasz bez słowa dolał jej wina. Sonia z uśmiechem wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć: „Po tej pizzy strasznie pić się chce”. Łukasz kiwnął głową: „Doskonale rozumiem”. – Brak kontaktu z mojej strony był świadomym wyborem. To znaczy rozsądnym wyborem, racjonalnym, to lepsze słowo. Nie chciałam go, ale tak zdecydowałam. Myślałam, że tak będzie lepiej. Łukasz słuchał w napięciu. Słowa, które płynęły z ust dziewczyny, mogły być równie dobrze jego słowami. Jej powody były jego powodami. – Myślałam: to nie tak, to nie powinno się wydarzyć. Jeśli tylko nie będziemy mieli kontaktu, wszystko minie, po prostu przejdzie. Co chwila sięgałam po telefon. A potem, im bardziej go odpychałam od siebie, tym bardziej mnie przyciągał. Byłam twarda, muszę przyznać. Próbowałam nawet się złościć na ciebie, że się nie odzywasz. – Przepraszam – wtrącił cicho. – To nic, miałeś pewnie swoje powody, swoje życie. Moja złość była bez sensu i nigdy nie trwała długo, bo to było tylko odwrócenie uwagi. To nie twoja wina. To niczyja wina… a może moja? Nie wiem. Sonia pokręciła głową i spojrzała w dół. Po chwili powoli podniosła wzrok, a w oczach miała łzy. – Wiedziałam o tym od dawna, a każdy dzień, każda chwila utwierdzała mnie w tym. Tak po prostu jest, a ja nie mam siły dłużej z tym walczyć. Przepraszam cię za to, wiem, że tego nie potrzebujesz. Ale sam mówiłeś, że szczęście i tak dalej… – Głos się jej na chwilę załamał. – Dzisiaj podjęłam decyzję.

Sam mówiłeś, że jestem zdecydowana. – Spróbowała się uśmiechnąć. – Jak widać, nie do końca. Dzisiaj zdecydowałam, już po prostu nie mogę tak dłużej. Łukasz położył swoją dłoń na ręce Soni. Ich palce się splotły. Ten jeden dotyk, ten jeden uścisk wyrażał wszystko. Wszystko, co czuli, wszystko, co było w nich tak głęboko ukryte. Sonia chciała mówić dalej, ale Łukasz położył delikatnie palec na jej ustach. – Pozwól mi coś powiedzieć. Teraz moja kolej – uśmiechnął się. – Ja powinienem ci powiedzieć, dlaczego się nie odzywałem. – Ale ja jeszcze… – Pozwól mi. – Uścisnął lekko jej dłoń. – Idealnie określił to Rick Grimes kilkanaście lat wcześniej. Użył zwrotu, który najlepiej oddaje to, co czułem. – Teraz będziesz bawił się w zagadki – uśmiechnęła się. – Ja nie jestem do końca normalny. – Zauważyłam, może dlatego… – Sonia zawahała się. – Rick Grimes, mówisz… A co on kilkanaście lat wcześniej… Zaraz, kilkanaście lat wcześniej nie było Ricka Grimesa. Nic nie mów – uśmiechnęła się – ale ja tego aktora… Sonia myślała intensywnie. Łukasz patrzył na nią, nie odzywając się. – Ja go widziałam tylko w To właśnie miłość. Jestem na dobrym tropie? – Ciepło.

Nagle wszystko stało się jasne. Ricka Grimesa z serialu The Walking Dead grał aktor Andrew Lincoln, który kilkanaście lat wcześniej zagrał też w filmie To właśnie miłość zakochanego w żonie najlepszego przyjaciela. ?ona, piękna Keira Knightley, miała wrażenie, że najlepszy przyjaciel jej męża chyba jej nie lubi, gdyż zawsze traktował ją dosyć chłodno. Aż w pewnym momencie wyszło na jaw, że uczuciem, jakim ją darzył, była właśnie miłość, a jego zachowanie, jak to ujął w najpiękniejszej scenie, to był „self-preservation instinct”. – Instynkt samozachowawczy. Dlaczego? – spytała. Oto siedziała przed nim. Dlaczego? Czy potrafił odpowiedzieć na to pytanie? Dlaczego to wszystko się działo? Bo on był stary, a ona młoda, czy po prostu mu odbiło, czy przeżywał ten pieprzony kryzys starego dziada, czy to było to i tylko to? Przez długi czas chciał myśleć, że to, co czuje, to tęsknota za młodością, która już nie wróci, tęsknota za straconym czasem. ?eby to było takie proste. – Może teraz ja – powiedziała. – Widzę, że za każdym razem próbujemy ratować się z opresji. – To ja przyszłam do ciebie. – Sonia zamknęła oczy. – Nie wiem, kiedy to się stało. Czy gdy spotkaliśmy się pierwszy raz przed „Stodołą”, czy na koncercie Hey, czy kiedy zdecydowałam się przyjść do ciebie w kinie. Naprawdę nie wiem. Niczego nigdy nie byłam bardziej pewna. To jest niesamowite. – Uśmiechnęła się do niego, a łzy ponownie stanęły jej w oczach. – Wiem, że nie powinnam tak czuć, ale jestem szczęśliwa, tu i teraz, w tej konkretnej chwili, moje życie jest pełne, moje życie to ty. Łukasz położył dłoń na jej policzku i delikatnie otarł kciukiem jej łzy.

– Doszedłem to takiego miejsca w życiu, kiedy już na nic nie czekasz, kiedy już niczego nie oczekujesz. Jest, jak jest. Kiedy myślisz: tobie się nie udało, nie ty pierwszy, nie ostatni. Zawsze mogło być gorzej. Może nie powinno się równać w dół, ale grzechem byłoby narzekać. Tak dryfowałem, z dnia na dzień, z koncertu na koncert, od jednej chwili, w której chciałem uwierzyć, że moje życie coś znaczy, do drugiej, która rozwiewała wszelkie wątpliwości. Łukasz uśmiechnął się delikatnie. Sonia wtuliła policzek w jego dłoń. – Wtedy pojawiłaś się ty. Bardzo długo starałem się nie dopuszczać do siebie myśli, że możesz znaczyć coś więcej. Bardzo szczelnie się odgrodziłem, nie chciałem, aby choć jedna kropla życia dostała się do nieboszczyka, jakim się stałem. Nie chciałem tego, nie chciałem nadziei, nie chciałem wiedzieć, że tam gdzieś jest jednak życie, że tam jest miłość, która nie stanie się moim udziałem. Ale mimo moich starań każda chwila z tobą była jak zastrzyk energii, jak zastrzyk życia. Wybacz porównanie, ale jesteś moją Miną Harker. – Też czekałeś na mnie całą wieczność? – Jeszcze dłużej. Z każdym dniem, z każdą chwilą, wszystko się waliło. Misterna konstrukcja, na której zbudowałem to, co nazywałem swoim życiem, legła w gruzach. Zmieniłaś wszystko, stworzyłaś mnie na nowo. Sonia popatrzyła na mężczyznę, który siedział przed nią. Tak długo czekała na tę chwilę, tak długo o niej marzyła, tak bardzo się jej bała. Sama zrobiła wiele, aby nie nadeszła. Dzisiaj, teraz, jej nierówna walka z samą sobą się zakończyła. Uśmiechnęła się i dotknęła prawą dłonią jego twarzy, delikatnie przejechała po niej palcami. Doskonale pamiętała każdy dotyk, jak nieśmiało, ale stanowczo chronił ją na

koncertach, jak ich małe palce dotykały się na imprezie urodzinowej kilkadziesiąt metrów stąd. Każda chwila, którą spędzali razem, była jak bezgłośny krzyk. Krzyk o miłość. Krzyk za nią. – Czekałam na ciebie całe życie. Kocham cię. Teraz wiem, co te słowa znaczą. – Kocham cię. – On aż za dobrze wiedział, czego z pewnością nie oznaczają.

***

Łukasz ocknął się. Poruszył się delikatnie raz w lewo, raz w prawo, nie chcąc obudzić Soni. Siedział oparty na sofie, nogi miał wyciągnięte na stoliku stojącym obok. Sonia spała z głową na jego udach. Telewizor grał po cichu. Kiedy kilka godzin wcześniej padły „te” słowa, oboje podnieśli się jak na zawołanie i padli sobie w ramiona. Trudno powiedzieć, jak długo tak stali. Nie było pocałunków, nie było żadnych gwałtownych ruchów; stali tylko objęci, przytuleni mocno do siebie, jak gdyby od tego zależało ich życie. Jakby bali się, że kiedy się rozłączą, to drugie zniknie. A ich życie naprawdę od tego zależało, ich życie się zaczynało. Pozostawało tylko pytanie, jak długo potrwa. Tę chwilę, kiedy stoją objęci, czy jeszcze kilka godzin? Czy istnieje jakakolwiek szansa na coś więcej? Stali tak i stali, czując siebie, czując ciepło bijące od siebie nawzajem. Nic nie mówili, bali się odezwać, bali się, że mogą popsuć ten moment. To był ich czas i tylko ich, choćby miał trwać jedynie moment.

W końcu odsunęli się od siebie. – Może coś obejrzymy? – spytała Sonia jak gdyby nigdy nic. Łukasz uśmiechnął się szeroko, słysząc te słowa. Ta bezpośredniość, ta bezceremonialność. To pokochał w tej dziewczynie. To przejście od wielkich słów do normalności, do bezpośredniości, było tym, co cechowało całą ich znajomość. W każdej chwili czuli się ze sobą dobrze, jakby nie istniało żadne słowo mogące wprawić ich w zakłopotanie. Znali się tak krótko i tak dobrze jednocześnie. – Powiedziałam coś nie tak? – spytała. – Nie, skąd, uważam, że to doskonały pomysł. – A może powinnam wracać do domu? Powoli dochodzi dwudziesta druga. – Ten pierwszy pomysł był zdecydowanie lepszy – uśmiechnął się Łukasz. – A zresztą teraz musiałabyś wziąć taksówkę, co jest bez sensu. Możesz spać tutaj, jest dość miejsca. – Mimo że się broniłam nogami i rękami, mnie – roześmiała się.

przekonałeś

– To co oglądamy? – Myślę o dwóch filmach. Albo Logan, z wiadomych względów, albo To właśnie miłość. – Też z wiadomych względów. – To może ten drugi. Usiedli wygodnie. On z nogami wyciągniętymi na stoliku. Ona oparła głowę na jego kolanach. Tak było dobrze, tak było idealnie. W tej chwili, w tym momencie. Dalej myślami nie wybiegali, nie chcieli.

Nie minęło nawet pół filmu, a Sonia już spała. Słyszał jej miarowy oddech, spokojny, pełen wytchnienia. Kiedy zobaczył, że śpi, sam zamknął oczy i wsłuchał się w filmowe dialogi. Chciał powstrzymać galop myśli, które nagle ruszyły ze zwielokrotnioną energią. Nie teraz, powiedział do siebie w myślach, nie teraz. Po chwili już spał.

***

Sonia poruszyła się pod wpływem jego ruchu. Otworzyła oczy i popatrzyła na niego. – Obudziłem cię, przepraszam – powiedział. – Nic się nie stało. Która godzina? – Właśnie minęła druga. – Pewnie zdrętwiałeś – powiedziała i usiadła na sofie. – Bez przesady. Łukasz zdjął nogi ze stolika i jęknął. – Chyba jednak zdrętwiałem – roześmiał się. – Wiesz, ja raczej… Sonia położyła mu palec na ustach. – Nie, nie wiem. Ten temat jest już wyczerpany. Muszę iść do łazienki – oznajmiła i wstała z miejsca. – Ja też – odpowiedział. Sonia poszła do łazienki na dole, on udał się na piętro. Po kilkunastu minutach zszedł na dół. – Trochę ci zeszło – powiedziała.

– Musiałem umyć zęby, po tej pizzy i winie… i spaniu… lepiej nie mówić. – Miałam dokładnie to samo, tylko bez szczoteczki – uśmiechnęła się. – Znalezć ci coś? Na pewno gdzieś mam jakąś nową. – Dałam sobie radę. Pasta była, to najważniejsze. Sonia podeszła do Łukasza i zarzuciła mu ręce na szyję. – Czy to wydarzyło się naprawdę? – spytała tak cicho, że ledwo ją usłyszał. – Tak – odpowiedział szeptem. – Dlaczego szepczemy? – Boję się, że znikniesz. – Jestem tu, nie zniknę, jestem naprawdę. Czujesz mnie? – Czuję, ale nie wierzę. Robert Smith z The Cure śpiewał kiedyś o głosie, który słyszał, o dziewczynie, za którą gonił, której szukał, a na końcu okazywało się, że jej nigdy nie było, a on gonił za iluzją, za czymś, co nie istniało. Za miłością. – Ja jestem. – Widzę – uśmiechnął się. Sonia przybliżyła swoje usta do jego ust. Bał się jej dotknąć, bał się ją zbrukać. Czy zasługiwał, czy powinien? Wszelkie pytania zniknęły, kiedy poczuł miękkość jej dotyku. Odpowiedział najdelikatniej, jak umiał. – Nie rozpadnę się – uśmiechnęła się. – No nie wiem. – Pragnę cię – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. – Ja ciebie też, ale… – westchnął.

– Nie tutaj, nie teraz, tak? – Przepraszam – powiedział i spuścił wzrok. – Rozumiem to lepiej, niż ci się wydaje. – Wiem, że rozumiesz. Zakochałem się w tym, kim jesteś, jaką jesteś osobą. – Nie podobam ci się. – Sonia zrobiła smutną minę. – Nie sądzę, aby istniał mężczyzna, któremu się nie podobasz. – To dobrze, że za tą ładną buzką jest coś więcej. – Oczywiście, tylko teraz zakochał się w tobie ktoś taki jak ja. – To ma być żart? – Popatrzyła na niego krytycznie. – Bardzo słaby, stać cię na więcej. – Widzisz, ja to nic dobrego. Podeszli do sofy. Łukasz usiadł na miękkich poduchach, a Sonia usiadła mu na kolanach. – Ja tutaj przyszłam, żeby powiedzieć ci, co czuję. Zdaję sobie doskonale sprawę, jak jest, i nie mam prawa cię o nic prosić. Jeśli powiem, że nic nie oczekiwałam, to bym skłamała. Natomiast nie jestem tak naiwna, aby wierzyć, że tak po prostu będziemy razem. – Głos jej się nieco załamał. – Moje marzenie się spełniło – powiedziała po chwili. – Ty kochasz mnie. Nie ma przeszłości sięgającej dalej niż koncert w „Stodole”, jest teraz. Nie wiem, co będzie, bez ciebie nie ma przyszłości. Ale nie chcę też wywierać na tobie presji – uśmiechnęła się, a łzy popłynęły jej po policzkach. – Oczywiście, że nie – uśmiechnął się, ocierając jej łzy. – Kocham cię. Szukałam cię wszędzie, a ty byłeś obok.

Sonia położyła głowę na jego ramieniu i wtuliła się ustami w jego szyję. Łukasz chciał powiedzieć, jak wiele rzeczy było nie tak, jak bardzo nieodpowiednią osobą jest dla niej, ale nie chciał psuć tej chwili. Sonia przeszła długą drogę, aby wyznać mu swoje uczucia. On tego kroku pierwszy nigdy by nie uczynił. Ta chwila, teraz, na tej sofie, w tę pazdziernikową noc, to mogło być wszystko, co mieli, to mogło być wszystko, co kiedykolwiek będą mieć. Miłość to wszystko, co jest. A on właśnie dostał szansę, aby chociaż przez ten moment zawieszony w czasie żyć w zgodzie ze sobą. Łukasz przytulił mocno Sonię. – Nie wiem, jak to jest możliwe, nie wiem, kiedy to się stało. Trzymam cię teraz w ramionach i nie wiem, jak to było cię nie kochać. Nie wiem, czy istniał taki czas, kiedy cię nie kochałem. Wiem, że jest inaczej, ale wydaje mi się, że zawsze kochałem tę osobę, która zaczepiła mnie kilka miesięcy temu. Zupełnie jakbym czekał całe życie na ciebie, czekał, aż się pojawisz, jakby… moja miłość czekała. Kocham cię i jeśli czegokolwiek byłem w życiu pewien, to właśnie tej miłości.

20 PAZDZIERNIKA 2017 R.

Cause I can’t make you love me if you don’t, You can’t make your heart feel, Somethin’ that it won’t Bonnie Rait, I Can’t Make You Love Me

Łukasz otworzył oczy. Przez okno wpadało do środka światło dnia. Leżał sam na sofie w salonie, przykryty kocem. Usłyszał ruch w okolicach łazienki. Poderwał się na równe nogi i ruszył za dzwiękiem. Przy drzwiach zobaczył Sonię, która szykowała się do wyjścia. Podszedł do niej, ale zatrzymał się w pół kroku. – Chciałaś wyjść bez pożegnania – uśmiechnął się niepewnie. – Nie chciałam cię budzić – powiedziała. – Chociaż miałam cichą nadzieję, że to się stanie. Podeszła i przytuliła się do niego.

– Muszę jechać. Co prawda myślałam, żeby wziąć dzisiaj wolne, ale po pierwsze, mam bardzo dużo roboty, a po drugie, i tak nie mogłabym zostać zbyt długo, prawda? – Prawda. – Objął ją i przytulił. – Bałam się tej chwili. Kiedy się obudziłam, a ty wciąż spałeś, chciałam jak najszybciej wyjść, a jednocześnie coś mnie powstrzymywało. Nie mam prawa nic od ciebie oczekiwać, ale przekroczenie tego progu napawa mnie w tej chwili śmiertelnym przerażeniem. – Ja też się boję. I ostatnią rzeczą, której pragnę, jest to, żebyś wyszła. – Ale muszę. – Musisz. – Co dalej? – spytała zduszonym głosem. – Czy to było wszystko, co mieliśmy? – Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, żeby tak było. Tylko… – Miałam nie wywierać presji. Jakie to banalne, młoda kochanka domaga się zostawienia żony – zaśmiała się gorzko. – Czy tym właśnie się stałam? – Niczym się nie stałaś, nie jesteśmy kochankami ani niczego ode mnie się nie domagasz. – To jak nazwać to, co zrobiłam? – Poszłaś za głosem uczucia. – Tak banalnie? – uśmiechnęła się słabo, patrząc mu w oczy. – A takie to jest dla ciebie? – Nie.

– Dla nas to jest wszystko, co jesteśmy w stanie czuć. Może miłość jest banalna, nie wiem. Ale wiem, że za ten banał wielu ludzi oddałoby wszystko. – Ja bym oddała. Łukasz ujął jej twarz w dłonie. – Ja też, tylko… – Tylko to nie jest takie proste – weszła mu w słowo. – Bo nie jest. – Wiem, naprawdę wiem. Muszę już iść. Nie chcę. Chcę zatrzymać czas i tak zostać, czując twoje dłonie na mojej twarzy. – Jeszcze byś dostała uczulenia – uśmiechnął się. – Jestem gotowa zaryzykować. Ponownie wziął ją w ramiona. – Czy kiedykolwiek to była tylko przyjazń? – spytała szeptem. – Nie wiem, ewentualności.

na

pewno

nie

dopuszczałem

innej

Ja nie byłem dla ciebie. I z pewnością nie jestem, pomyślał, ale nie powiedział tego na głos. Jeszcze przyjdzie czas. Powoli wypuścił ją z ramion. Sonia założyła płaszcz, wsunęła stopy w buty. – Będzie coś dalej? – spytała, a w kąciku jej oka pojawiła się łza. – Będzie – powiedział najpewniej, jak tylko umiał. – Zadzwoń do mnie, proszę. – Zadzwonię.

– Kocham cię – powiedziała i wyszła, zanim zdążył jej odpowiedzieć. – Ja ciebie też, ja ciebie też – powiedział do zamkniętych drzwi. Pilotem otworzył bramę i patrzył, jak wyjeżdża samochodem z garażu, by po chwili zniknąć na ulicy.

***

– Nareszcie w domu – powiedziała Agata, przekraczając próg. Łukasz obserwował przez okno w kuchni, jak przejeżdża przez bramę i parkuje w garażu. Na tym samym miejscu, gdzie jeszcze dzisiaj rano stał samochód Soni. – Nareszcie – uśmiechnął się. – Jak podróż? – Dobrze, trochę mi się dłużyło. Agata podeszła do męża i pocałowała go na przywitanie. Łukasz odwzajemnił pocałunek i przytulił żonę. – Co robiłeś dzisiaj? Jak dzwoniłam, to mówiłeś, że wracasz z Warszawy. Musiałeś dzisiaj jechać do redakcji? – Nie mogłem sobie znalezć miejsca ani na niczym się skupić, nudziłem się. – Nudziłeś?! – Agata nie mogła ukryć zdziwienia. – Ty?! To chyba pierwszy raz. Zawsze mówiłeś, że inteligentni ludzie się nie nudzą.

– Widocznie nie jestem taki inteligentny, jak myślałem – uśmiechnął się. – Albo się starzejesz – odpowiedziała z uśmiechem. Pewnie jedno i drugie, pomyślał. Prawda była taka, że zaraz po wyjściu Soni postanowił pojechać do redakcji. Jego obecność w biurze nie była potrzebna, w epoce elektronicznego przetwarzania i przesyłania wszelkiego słowa pisanego na dobrą sprawę mógłby tam wcale nie bywać. Inna sprawa, że to lubił, nie za często oczywiście, ale cieszyło go spotkanie z ludzmi, jakkolwiek paradoksalnie by to w jego ustach nie brzmiało. Dzisiaj przyjąłby wszystko i każdego, byle tylko oderwać myśli od wydarzeń ostatniej nocy. Nie żeby to w czymś pomogło. W jego głowie nadal wyświetlały się obrazy sprzed paru godzin. Chciałeś miłości, potrzebowałeś miłości, marzyłeś o miłości, to masz, stoi przed tobą. Może nie do końca o to chodziło, nie teraz, nie z nią, ale serce nie sługa, jak mówi ludowa mądrość, i nie ma tak naprawdę znaczenia, co myślisz o takich złotych myślach. Stanęła przed tobą i tylko od ciebie zależy, co będzie dalej. W tym momencie zabrzęczał domofon, wyrywając Łukasza z zadumy. – Kogo teraz niesie? – zdziwiła się Agata. Łukasz wyjrzał przez okno i zobaczył Monikę i Marka stojących przed furtką. Wcisnął przycisk. Rozległo się charakterystyczne bzyknięcie, Marek pchnął furtkę i wraz z Moniką zdecydowanym krokiem ruszyli w kierunku domu. Drzwi otworzyły się gwałtownie. Bez słowa powitania Monika podeszła do Łukasza i wycelowała w niego palec.

– Ty zboczeńcu!!! – krzyknęła. – Młodych dziewczyn ci się zachciewa?! Twarz Moniki wykrzywiała wściekłość. Marek w ostatniej chwili złapał żonę, bo już się zamierzała, by uderzyć Łukasza w twarz. Kiedy Łukasz zobaczył ich oboje, momentalnie domyślił się, jaki jest powód ich wizyty. Emocje, które czuł przez cały dzień, jakby się ulotniły, jakby nagle zniknęły, jakby ktoś zdjął mu z ramion ciężar świata. Spojrzał szybko na Agatę. Spojrzenie jego żony było puste. Przez moment wydawało mu się, że dostrzegł w jej oczach rezygnację, ale to był tylko ułamek sekundy, po którym wzrok Agaty znowu stwardniał i stał się nieruchomy. Nijaki. Agata weszła między Łukasza a niespodziewanych gości. – Czy mogłabyś mi wyjaśnić, dlaczego wparowujesz do mojego domu i obrażasz mojego męża? – Ty się lepiej go spytaj, co on robi, kiedy ciebie nie ma! – prawie wykrzyczała Monika. – Zrobię to w odpowiednim czasie – powiedziała Agata stanowczo. Ton jej głosu mógłby zmrozić piekło. Setki konferencji, narad i zebrań, na których musiała być lepsza, bardziej zdecydowana i bardziej rzeczowa tylko z powodu swojej płci, przyniosły owoce. Niewielu umiałoby się z nią spierać na gruncie zawodowym, jeśli nie dysponowali rzeczowymi argumentami. Łukasz chciał się odezwać, ale Agata podniosła rękę, aby go powstrzymać. Był to bardzo słuszny ruch z jej strony, gdyż pod wpływem jej zdecydowanej postawy Monika przynajmniej na chwilę otrzezwiała. Za nią cały czas stał

Marek, ale trudno było po nim poznać, czy jest równie wściekły jak jego żona, bo zachowywał kamienną twarz. – A teraz łaskawie wytłumacz, co jest powodem tego… najścia. Stali w kuchni, naprzeciwko siebie. Agata nie uznała za stosowne zaproponować, aby usiedli. – No słucham. Monika wzięła głęboki oddech. – Dzisiaj rano, kiedy wyjeżdżałam do pracy, zobaczyłam samochód mojej córki wyjeżdżający z waszej posesji. To był na pewno jej samochód, ponieważ zwróciłam uwagę na tablice rejestracyjne. Więc o ile nie była u was rano z bardzo ważną wizytą, to zakładam, że spędziła tu noc. Chciałabym wiedzieć dlaczego! – Ostatnie zdanie praktycznie wykrzyczała. Łukasz odsunął nieco żonę, która stała przed nim, i najspokojniejszym głosem, na jaki było go stać, odpowiedział: – Jeśli chcesz wiedzieć, czy ja i twoja córka dopuściliśmy się czynów lubieżnych, to będę cię musiał rozczarować. Nic takiego nie wydarzyło się tutaj ani nigdzie indziej, jeśli o to chodzi. – To nie jest powód do żartów! – Monika znowu podniosła głos. – Nie pomagasz. – Agata spojrzała chłodno na męża. – Rozumiem twoją złość, ale chciałbym spokojnie wyjaśnić, co się właściwie wydarzyło. – Chętnie to usłyszymy – odezwał się po raz pierwszy od wejścia Marek.

Cała trójka popatrzyła na niego z oczekiwaniem. – Wczoraj wieczorem, po wcześniejszym uzgodnieniu przez telefon, Sonia przyjechała do mnie, aby poradzić się w jednej ważnej dla niej kwestii. Kiedy przyjechała, było już po dziewiętnastej, a zanim skończyliśmy rozmawiać, zrobiło się pózno i nie chciałem, aby jechała po nocy, zwłaszcza że wciąż padało. Zaproponowałem, aby spędziła noc u nas. Tak też się stało i rano pojechała do pracy. Zapadła cisza. Twarz Agaty była nieprzenikniona, przynajmniej dla kogoś, kto jej nie znał. Łukasz czytał z niej jak z otwartej księgi. Ale to było zmartwienie na pózniej. Monika wyglądała na całkowicie zaskoczoną tym, co usłyszała. Trudno powiedzieć, na co liczyła, ale chyba nie było to w miarę racjonalne wytłumaczenie, które przed chwilą zaserwował im Łukasz. – O czym chciała porozmawiać? Dlaczego przyszła do ciebie? Dlaczego nocowała tutaj, skoro do nas miała dwa kroki? – wystrzeliła jak z karabinu. – Nie mogę powiedzieć, o czym chciała porozmawiać… – Co?! Jestem jej matką! Łukasz miał na końcu języka, co myśli o niej jako o matce, ale postanowił się powstrzymać. Po pierwsze, to nie była jego rola, po drugie, z pewnością zaszkodziłoby to Soni, a po trzecie, na pewno by nie pomogło w obecnej sytuacji. Spokój i opanowanie, pomyślał. – Nie mogę ci powiedzieć, o czym rozmawialiśmy, gdyż to była rozmowa między nami. I jeśli twoja córka chciała poradzić się mnie w jakiejś sprawie, to nie po to, abym rozpowiadał o tym na lewo i prawo.

– Ale ja nie jestem żadne lewo ani prawo. A Agata? Jej też nie powiesz? I ty się na to godzisz? – Monika zwróciła się do gospodyni. – Posłuchaj mnie uważnie. – Agata odezwała się znużonym głosem. – Przed chwilą wróciłam do domu. Nie było mnie przez dwa dni i jestem zmęczona, więc im szybciej skończymy tę dramę, tym lepiej. Gdyby twoja córka chciała się ciebie poradzić, to pewnie by to zrobiła. Jeśli tego nie zrobiła, to odpowiedz sobie sama dlaczego. – Nie spodziewałam się tego po tobie. Tym razem Łukasz podniósł rękę, sugerując, aby Agata nie wdawała się w dyskusję, która ewidentnie prowadziła donikąd. – Chcesz wiedzieć coś jeszcze? Agata jest zmęczona i jeśli mogę wam w czymś jeszcze pomóc, to chętnie to zrobię, a jeśli nie, to chciałbym się pożegnać. – Dlaczego przyszła akurat do ciebie? – Monika nawet nie starała się ukryć niesmaku. Agata uznała, że czas ich wizyty dobiegł końca. – Bo jest inteligentny, wyrozumiały, cierpliwy, nie mądrzy się, nie wie wszystkiego najlepiej i zawsze jest gotowy wysłuchać. Jest też dowcipny i miło spędza się czas w jego towarzystwie. Są to rzeczy, o których ty nie masz najmniejszego pojęcia, a o twoim mężu to trudno cokolwiek powiedzieć, skoro nigdy nie pozwalasz mu się odezwać – odparła chłodno. Monika zapowietrzyła się. Bardzo chciała coś powiedzieć, ale jedyne, na co ją było w tej chwili stać, to żachnięcie. Pociągnęła Marka za sobą, a jedyne, co usłyszeli Łukasz i Agata, to trzaśnięcie drzwiami.

– Naprawdę jestem zmęczona – powiedziała Agata i zniknęła w głębi domu.

***

Sonia weszła do domu. Dochodziła siedemnasta trzydzieści, a ona czuła, że jeśli się zaraz nie położy, to się z miejsca przewróci i już nie wstanie. Na to, że uśnie, specjalnie nie liczyła, nie było mowy. Za dużo się wydarzyło, żeby mogła tak po prostu zamknąć oczy i zapaść w sen. Pragnęła natomiast położyć się we własnym łóżku. – Gdzie ty byłaś w nocy? – usłyszała, zanim zdążyła zamknąć dobrze drzwi. Wyglądało na to, że z wczesnego położenia się nici. – Denerwowałam się – dodała Justyna, nie otrzymawszy odpowiedzi na swoje pytanie. – Napisałam ci przecież, że nie wracam i że wszystko u mnie w porządku. Miały taki zwyczaj. Kiedy któraś z nich nie zamierzała wrócić do domu, zawsze informowała o tym fakcie przyjaciółkę. Częściej poza domem nocowała Justyna, ale zasada obowiązywała je obie. – I bardzo dobrze, że to zrobiłaś, ale pytanie brzmi: gdzie byłaś? – Przyjaciółka uśmiechnęła się dwuznacznie. – Zmęczona jestem, nie wyspałam się i nie z powodów, o których myślisz – rzuciła Sonia, widząc szeroki uśmiech Justyny.

– Byłaś u niego? – U kogo? – No właśnie się pytam, czy byłaś u tego, o którym cały czas myślisz, a którego tożsamości nie znam, a może znam, tylko nie dostałam od ciebie potwierdzenia. Sonia weszła do salonu i opadła na sofę. – Tak, byłam u niego, tak, to Łukasz, ale tego się chyba domyślałaś. Justyna usiadła obok przyjaciółki i popatrzyła na nią z troską. – Co się stało, wykorzystał cię? – Łukasz? Gdyby chociaż to zrobił – uśmiechnęła się słabo. – Czyli cię nie wykorzystał. – Nie, nie wykorzystał. Nie żebym nie chciała i raczej trudno byłoby to nazwać wykorzystaniem. Myślę, że wiedział dobrze, że teraz czułabym się z tym zle, i on pewnie też. – Więc co się wydarzyło? Nie wyglądasz na szczęśliwą. – Jestem – powiedziała Sonia bez przekonania. – Na pewno tak nie brzmisz. Sonia uznała, że nie ma sensu dalej kręcić. Tego było za dużo, a poza tym nie miała zamiaru nic ukrywać przed przyjaciółką. Nawet jeśli wygadanie się niewiele by pomogło. – Byliśmy umówieni na mieście. Chciałam porozmawiać o kwiaciarni, taki był oficjalny powód. W ciągu dnia doszłam do wniosku, że mam dosyć, że zbyt długo wszystko w sobie dusiłam, że muszę mu powiedzieć. Wóz albo raczej przewóz, bo po pierwsze, on ma żonę, a po drugie, nie wiedziałam, czy podziela moje uczucia. Na to liczyć specjalnie nie mogłam.

Dobrze nam było razem, jak przyjaciołom, świetnie się dogadywaliśmy, ale miłość to zupełnie coś innego. Siebie byłam pewna, od bardzo dawna, ale on? W każdym razie nie chciałam się dalej męczyć, nawet jeśli miałoby to pogrzebać naszą przyjazń. Przebywanie w jego towarzystwie było radością i bólem jednocześnie. Justyna objęła Sonię ramieniem. – Pojechałam do niego z silnym postanowieniem wyznania wszystkiego. – A żona? Nie było jej? – Była na wyjezdzie służbowym. – Dobrze się złożyło, chyba. – Wiedziałam, że jej nie ma, już kiedy umawialiśmy się w centrum. Właściwie od tamtej chwili zastanawiałam się, czy nie pojechać do niego do domu. – Co się wydarzyło na miejscu? – Zamówiliśmy pizzę. – Sonia roześmiała się, a w oczach stanęły jej łzy. – Pizzę? – Justyna popatrzyła na przyjaciółkę ze zdziwieniem. – Coś trzeba jeść. – Sonia otarła kąciki oczu. Justyna zaczęła się śmiać, po chwili dołączyła do niej Sonia. Ale był w tym jakiś smutek, jakiś niepokój. – Nie jest ze mną dobrze, co? – spytała Justyny. – Nie – potwierdziła przyjaciółka i znowu się roześmiały. Po chwili, kiedy histeria trochę ustąpiła, Sonia postanowiła kontynuować. Spojrzała przed siebie, gdzieś w przestrzeń, a głowę oparła na ramieniu przyjaciółki.

– Pózniej… właściwie teraz nie pamiętam, jak do tego doszło… rozmawialiśmy i rozmawialiśmy, i nagle wszystko stało się jasne. Powiedziałam mu, co czuję, a on wyznał to samo mnie. Marzenia się spełniły. Swiat stanął w miejscu. Byliśmy tylko on i ja. Chociaż przez tę chwilę, przez te parę godzin. Siedzieliśmy przytuleni całą noc. Cała nasza miłość zamknięta w przytuleniu i kilku pocałunkach. Trzymaliśmy się w ramionach i to było to, to było więcej, niż kiedykolwiek marzyłam. Ja tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy, jak wygląda miłość. Jaka to jest radość i jakie szczęście. I jaki ból – dodała po chwili. Justyna przytuliła mocno Sonię do siebie. – To nie miłość jest bólem, tylko jej brak – powiedziała. – Może, nie wiem. – To nie ja to wymyśliłam. To twój ukochany napisał w jakimś artykule o Draculi Coppolli, jeśli się nie mylę. I chyba to też był cytat. – Wiesz, jak mnie nazwał? Swoją Miną Harker. – Ukochaną Draculi? Serio? – Tak, wiem, to ci się może wydać śmieszne, ale jest takie nasze. – Sonia uśmiechnęła się na samo wspomnienie. – Powiedział, że też czekał na mnie wieczność. – Nie śmieję się. To jest cudowne w jakiś sposób. – Wiesz, to jest nasze i tylko nasze, i mało mnie obchodzi, jak ktoś inny to oceni. Bo to jest dla nas. – Nie miałam nic złego na myśli. – Wiem, jestem trochę przewrażliwiona.

Przez chwilę siedziały w ciszy. Justyna przetrawiała to, co przed chwilą usłyszała. Mogła się spodziewać, że ten dzień nadejdzie. Co prawda Sonia nie mówiła nigdy wprost, ale można było się domyślić, że ktoś zawładnął jej uczuciami. Jeśli do tego dodać, że jedynym mężczyzną, o którym mówiła z entuzjazmem, był Łukasz, zagadka nie była trudna do rozwiązania. Justyna sama nie wiedziała, co o tym myśleć. Wiedziała tyle, że był za stary i na dodatek żonaty. Czy mogło być banalniej? – Czy może być banalniej? – Sonia wydawała się czytać w myślach przyjaciółki. – Co masz na myśli? – Doskonale wiesz, to jest w miarę oczywiste. – Chodzi ci o wiek i żonę? – Justyna zrobiła minę, jakby dopiero w tej chwili o tym pomyślała. – Niezła próba. – Sonia uśmiechnęła się pod nosem. – Nie mów, że ci to nie przyszło do głowy. – To nasuwa się samo. – Wiem. Dla mnie to nie ma znaczenia, to znaczy wiek. Nie czuję tej różnicy. – W tej chwili nie czujesz, ale za dziesięć czy dwadzieścia lat wszystko będzie wyglądało inaczej. – Ja nie wiem, jak będzie wyglądało jutro, a mam się martwić o to, co będzie za dziesięć lat? Czy skoro go kocham, to mam zrezygnować z miłości z obawy o przyszłość, której mogę na przykład nie dożyć? – Przestań tak mówić. – Ale taka jest prawda, nie wiem, czy dożyję jutra. Teoretycznie wszystko może się zdarzyć. Dlatego tam wczoraj

pojechałam, żeby rzucić wszystko na jedną szalę. Jeśliby powiedział, że mnie nie kocha, musiałabym się z tym pogodzić i żyć dalej. Szczerze to sobie nie wyobrażam, jak by to miało wyglądać. Ale wiedziałabym, że zrobiłam dla tej miłości to, co mogłam. – Okazało się, że on też cię kocha, tak powiedział w każdym razie – odparła Justyna z powątpiewaniem. – Ty tak specjalnie, prawda? – Prawda, przepraszam. Chciałam tylko wprowadzić w miarę trzezwy ogląd sytuacji. – Przyjaciółka spojrzała na Sonię przepraszająco. – Wiesz, że masz moje pełne poparcie, ale ta sytuacja jest taka… – Banalna, wiem. Już o tym rozmawiałyśmy. – I martwię się o ciebie, a wiesz, starszy facet… Ty jesteś marzeniem każdego mężczyzny, więc boję się, żeby ciebie nie wykorzystał. – Gdyby chciał, już mógł to zrobić. I skończ z tym starszym, czterdzieści to takie nowe trzydzieści, zwłaszcza jak się o siebie dba. – Dobrze, dobrze – Justyna uśmiechnęła się. – A co, jeśli to niewykorzystanie to taka taktyka? Najpierw nie, nie, ale z myślą o pózniejszych korzyściach. – On taki nie jest. – Wiesz, że tak mówi każda kobieta uwikłana w romans z żonatym mężczyzną? – My nie jesteśmy uwikłani w romans – stwierdziła stanowczo Sonia. – Oczywiście, że nie. Jesteście tylko przyjaciółmi, którzy wyznali sobie miłość. Kamień spadł mi z serca.

– Możesz nie kpić? – Okej. Przyjmijmy, że jest tak, jak mówisz, i wasza miłość jest prawdziwa. Co dalej, co z żoną? Sonia jakby zapadła się w siebie, cały dotychczasowy entuzjazm i energia nagle gdzieś się ulotniły. – Nie wiem. Ja nie wiem, co dalej – powiedziała cicho. – Nie pomyślałaś o tym? – Nie wiem, co myślałam, i jeśli chcesz teraz spytać, czy nie myślałam o tym, że rozbijam małżeństwo, to nie, nie myślałam o tym w ten sposób. Chciałam pójść i powiedzieć mu, co czuję, niczego nie żądałam… Zresztą jak bym mogła? O nic nie prosiłam. Kocham go i w idealnym świecie chciałabym, abyśmy byli razem, ale doskonale zdaję sobie sprawę, że świat nie jest idealny. Nie rozmawialiśmy, co potem, co pózniej. – A o swoim małżeństwie coś mówił? – Czy żona jest zła i go nie kocha? – Sonia nie kryła sarkazmu. – No wiesz? – Tak, wiem, co masz na myśli. Nie skarżył się, a o żonie nic nie powiedział. Mówił bardzo ogólnie, słychać było w nim taką rezygnację. Jakby to małżeństwo nie było szczęśliwe. – Albo chciałaś to usłyszeć. – Może, ale wyglądało to tak, jakby oboje wzięli ślub i liczyli na miłość, która nigdy się nie pojawiła. Nie są nieszczęśliwi, ale nie są również szczęśliwi. – To musi być straszne.

– I pewnie częstsze, niż nam się wydaje. Rozstaliśmy się rano, pojechałam do pracy… Mieliśmy się zdzwonić, ale kiedy i jak, nie wiem. Jestem zawieszona, rozdarta i nie wiem, co mam myśleć. – A gdyby miało się spełnić twoje życzenie, to co by się teraz wydarzyło? Sonia popatrzyła na przyjaciółkę. – Teraz chciałabym, żeby tu był i został, na stałe. – A co ze mną? – spytała Justyna z udawanym przerażeniem. – Ty i tak prędzej czy pózniej mnie zostawisz. – Zanim mój ukochany zbierze się, aby się oświadczyć, to jeszcze trochę potrwa. – Spokojnie, nie sądzę, aby ktoś się tutaj wprowadził w najbliższej przyszłości. Sonia popatrzyła smutno gdzieś przed siebie.

***

Łukasz wszedł do salonu. Agata po wyjściu sąsiadów zniknęła w łazience na piętrze. Wyszła po jakiejś godzinie i zeszła na dół. Nie odzywając się, otworzyła butelkę wina i nalała sobie kieliszek. Z kieliszkiem udała się do salonu i usiadła w fotelu. Nie włączyła telewizora, nie wzięła do ręki ani książki, ani gazety. Po prostu siedziała ze wzrokiem wbitym w jakiś punkt przed sobą. – Może teraz mi powiesz, co właściwie się tutaj wydarzyło? – powiedziała, nie patrząc w jego stronę.

– To, co powiedziałem Monice, odpowiada prawdzie. – Naprawdę? – Tym razem podniosła wzrok na męża. – Czy mógłbyś w takim razie jeszcze raz to powtórzyć, czy może darujemy to sobie i od razu przedstawisz mi wersję dla dorosłych? Łukasz usiadł na sofie, przodem do Agaty. – Co to znaczy „dla dorosłych”? Czy naprawdę uważasz, że my tutaj uprawialiśmy seks? – Nie wiem, a uprawialiście? A może wy się kochaliście? Tak naprawdę nie wiem, na jakim stopniu zażyłości operujecie. Agata miała głos chłodny i opanowany. Zawsze się tak zachowywała w sytuacjach kryzysowych. Odcięcie się od świata i otoczenie murem to była jej strategia, by jakoś przeżyć. Na przestrzeni lat przekonała się, że nie był to najlepszy sposób postępowania w relacjach z mężem. W pracy jak najbardziej. W domu niekoniecznie, zwłaszcza że nigdy nie mieli prawdziwie kryzysowej sytuacji, do dzisiaj w każdym razie. – Powtórzę to jeszcze raz. Nikt tutaj z nikim ani wczoraj, ani dzisiaj nie uprawiał seksu. Łukasz zdawał sobie świetnie sprawę, że gra na czas. To, co się wydarzyło pod nieobecność Agaty, było o wiele gorsze, niż gdyby z Sonią po prostu poszli do łóżka. To był inny poziom, jak to przed chwilą określiła Agata, najwyższy z możliwych. Miał przed sobą dwie opcje. Zbagatelizować sprawę, trzymać się wersji wcześniejszej, innymi słowy, po prostu skłamać, lub powiedzieć prawdę. A ona ich wyzwoli, zaśmiał się gorzko w duchu. Nigdy się nie oszukiwali, on w każdym razie tego nie robił. Nie miał również podstaw, by nie ufać Agacie.

Wyjeżdżała dużo i często, ale to nie był problem. Nigdy jej o nic nie podejrzewał i nie miał zamiaru zacząć dzisiaj, zwłaszcza że to on był tutaj winny. Dokąd teraz? Czy nadal chciał prowadzić bezpieczne życienieżycie? Czy nadal chciał podążać jak zombie, pozbawiony uczuć, pozbawiony emocji, okazjonalnie wyrwany z marazmu? Już bardzo dawno pogodził się z tym, że tak po prostu jest, że nie trafili, zdarza się, i tak mogło być gorzej. Jego żoną była kobieta inteligentna, piękna, on też nie był ostatni, a że nie stali się spełnieniem swoich marzeń? Tak jak powiedział: mogło być gorzej. – Ile lat jesteśmy razem? To pytanie retoryczne. Po prostu wydaje mi się, że zasługuję na szczerość. Wydaje mi się, że właśnie szczerość to jedyna rzecz, którą sobie dawaliśmy na co dzień. – Jeśli masz na myśli wycofywanie się z każdej trudnej rozmowy, kiedy robiło się niewygodnie, to myślę, że nie masz się czym szczycić. Ale poza tym się zgadzam, nigdy się nie oszukiwaliśmy. A może robiliśmy to zawsze – dodał po chwili. – Może. – Głos Agaty wydawał się jeszcze chłodniejszy. – Teraz jednak prosiłabym o prawdę. Po co ta dziewczyna tutaj przyjechała? Zaszczycisz mnie odpowiedzią? Chwila prawdy, pomyślał. – Chciała ze mną porozmawiać. – Nie mogliście tego zrobić na mieście? Musieliście u nas w domu? – To była tylko rozmowa. – O czym? Tylko, proszę, nie mów mi, że z szacunku dla jej prywatności nie możesz mi tego powiedzieć.

– Mogę i powiem. – To na co czekasz?! – krzyknęła. Maska spokoju i opanowania spadła dosłownie na sekundę. Już po chwili Agata znów siedziała z zaciętym wyrazem twarzy. Jak to wyjaśnić, jakich słów użyć? Łukasz wiedział, że to tylko semantyka i tak naprawdę niewiele zmieni. – Przyjechała powiedzieć o swoich uczuciach. – Ty naprawdę zarabiasz na życie pisaniem? Bo sposób, w jaki się wypowiadasz, zupełnie o tym nie świadczy. Czy oczekujesz, że ja powiem za ciebie? – Przyjechała powiedzieć, że darzy mnie uczuciem. – Darzy uczuciem?! Serio uważasz, że jeśli nie powiesz, że przyjechała powiedzieć, że cię kocha, to będzie łatwiej? – Przyjechała powiedzieć, że mnie kocha. – No nareszcie, wydusiłeś to z siebie. Agata zamknęła oczy. Gdzieś w głębi duszy miała nadzieję, że Łukasz będzie uparcie trzymał się pierwszej wersji, że nawet jeśli ta dziewczyna przyjechała wyznać miłość jej mężowi, to on zachowa to dla siebie. Liczyła, że uzna to za niebyłe i o tym zapomni. Zdawała sobie sprawę, że jeśli był gotowy jej to powiedzieć, to w zanadrzu czekała jeszcze większa bomba. Gdyby tylko ją pogonił i powiedział, że nie jest zainteresowany, na pewno nie spędziłaby tu nocy. Z pewnością po takim wyznaniu i odrzuceniu zniknęłaby z ich życia jeszcze szybciej, niż się w nim pojawiła. – Mówiłam ci, że tak będzie – uśmiechnęła się smutno. – Mówiłam ci: uważaj.

– Bo to było takie oczywiste? – Nie doceniasz się. Masz wszystko, żeby zawrócić kobiecie w głowie, żeby się w tobie zakochała. – To ciekawe, że nie udało mi się to z jedną, na której mi zależało. – Popatrzył uważnie na Agatę. – Tego nie wiesz – powiedziała cicho. – Właśnie, tego nie wiem. Pytałaś, ile lat jesteśmy razem, i „tego” nie wiem – zaśmiał się gorzko. – Ale w porządku, nie można się do niczego zmusić, rozumiem. Ale można chociaż się przyznać. – Nie wydaje mi się, abyś miał prawo mnie pouczać, bardzo kochający mężu. – Ostatnie określenie wypowiedziała z dużą dawką ironii. – Co konkretnie mi zarzucasz? ?e przez całe życie próbowałem do ciebie dotrzeć, że chciałem rozmawiać, że chciałem, aby między nami była więz, prawdziwa więz? Zrozumienie? – Takie jak z Olą? – Naprawdę chcesz teraz wciągać w to Olę? Ona była już przeszłością, kiedy się poznaliśmy. – Ale ja cię nigdy nie kochałam tak jak ona, nigdy się tak nie rozumieliśmy, twoim zdaniem. – A kiedy ja coś takiego powiedziałem? – Myślisz, że nie wiedziałam? – Czego nie wiedziałaś? Tej bzdury, którą mi przypisujesz? Może gdybyśmy o tym porozmawiali kilkanaście lat temu, to byśmy nie musieli teraz. A jeśli chodzi o tę wielką miłość Oli

do mnie, to chyba jednak nie była taka wielka, skoro jest dzisiaj szczęśliwą mężatką. – W przeciwieństwie do ciebie. – Ja nie jestem szczęśliwą mężatką, to pewne. Agata uśmiechnęła się delikatnie. To potrafił zrobić zawsze – rozśmieszyć ją nawet w najmniej odpowiednim momencie. – Wiesz, o czym mówię. – Myślę, że to bardziej dotyczy ciebie. – Ja nigdy nie narzekałam. Łukasz westchnął. Ta słowna przepychanka donikąd nie prowadziła. Tym razem jednak nie mógł liczyć na coś, co jego żona właściwie zawsze robiła w takich sytuacjach. Wstawała i kończyła rozmowę. Tym razem tak się nie stanie, nie było na to szansy. Może raz w życiu dokończą to, co zaczęli. – Może powinnaś. – Dlaczego? Przecież dawałeś mi wszystko. – Może potrzebowałaś czegoś innego. – Jak na przykład innej kobiety w naszym życiu? – Nie do końca to miałem na myśli. – Ale to właśnie mamy. Powiedz mi, chociaż sama nie wiem, czy chcę to usłyszeć… Skoro jednak powiedziało się „a”, trzeba powiedzieć „b”. Co się stało po tym, gdy, jak to ładnie ująłeś, wyznała ci swoje uczucia? Agata odwróciła wzrok od męża. Nie chciała na niego w tej chwili patrzeć.

– Kiedy patrzyłam na was na urodzinach Moniki – odezwała się, zanim zdążył otworzyć usta – wiedziałam. Wiedziałam, że to jest coś. Pewnie nie zdawaliście sobie sprawy, ale w świetle salonu dobrze było was widać, jak staliście oparci o parapet. Widać było wasze plecy i profile, kiedy mówiliście do siebie. Może nikt inny nie zauważył w tym nic nadzwyczajnego, ale ja widziałam, widziałam, jak się uśmiechasz, widziałam, jak ona na ciebie patrzy. Wiesz, co czułam? Czułam zazdrość, ale nie żony o męża. Czułam zazdrość o to, co było w powietrzu, o powód jej spojrzenia, o powód twojego uśmiechu, o to, że my tego nigdy nie mieliśmy. – Nieprawda – powiedział cicho. – Nigdy mnie nie okłamałeś i nadal tego nie potrafisz. – Mieliśmy coś innego. – Ale to nie było to. Ty potrzebowałeś zapomnieć o Oli, a ja… – Agata zwiesiła głos – …potrzebowałam kogoś w moim życiu, i nie oszukujmy się, byłeś najlepszym wyborem. Coś czułam, coś czuję. Nie wiem. Jesteś nieodłączną częścią mojego życia. Często pytałam siebie o to, czy wiem, czym jest miłość, bo byłam pewna, że kiedyś cię kochałam. Chyba ludzie nie mogą być ze sobą tak długo, jeśli nie ma między nimi miłości, przynajmniej na początku. Popatrzyła na niego smutno. – Nie są, miłość musi być. – Uwierzę ci na słowo. Zapadła cisza. Gdyby gdzieś w domu latała mucha, z całą pewnością by ją usłyszeli. – Powiedziałem jej, że podzielam jej uczucia.

– Tak bez ostrzeżenia? – Agata chciała zażartować, ale nie była w stanie zmusić się do uśmiechu. – Był najwyższy czas. – Powiedzieć jej czy powiedzieć mnie? – Odpowiedzieć wreszcie na twoje pytanie. A co do tego drugiego, to gdyby nie ona… – Łukasz zawahał się. – Gdyby nie ona, to sam byś z tym nie wyszedł. Kochałbyś ją, a byłbyś ze mną. A to jednak coś innego niż bycie ze mną bez miłości. – Nie wiem, co bym zrobił, w tej chwili to i tak nie ma znaczenia. A my jakoś dawaliśmy sobie radę, i nie powiedziałbym, że bez miłości. Agata nie odezwała się. Siedziała zamyślona, wpatrzona w jakiś punkt przed sobą. – Co postanowiliście? – spytała po dłuższej chwili. – Bo rozumiem, że ja tutaj nie mam już nic do powiedzenia. – Nic nie postanowiliśmy. – Nie rozumiem. Ona kocha ciebie, ty kochasz ją, nie chcecie być razem? – Agata powoli wracała do swojej zimnej, zdecydowanej postaci. – To nie jest takie proste. – Jeśli masz na myśli mnie, to jest to bardzo proste, bierzesz i wychodzisz. Tylko że ja cię nie wyrzucę. Jeśli chcesz z nią być, to twoja decyzja, ty odchodzisz. Musisz sam zrobić ten krok. Łukasz popatrzył dookoła. – Swoje płyty i filmy będziesz mógł zabrać potem. Mnie się nie przydadzą, a So… a ona z pewnością będzie

zachwycona. – Głos Agaty z każdym zdaniem był coraz chłodniejszy. – Na co czekasz? Rozmyśliłeś się? A no tak, przecież nic nie ustaliliście i nie jesteś pewien, czy twoja ukochana przyjmie cię z otwartymi ramionami. Co innego wyznania, a co innego decyzja o wspólnym życiu. Bardzo mi przykro, że to tak się wydało i nie zdążyliście ustalić, czego tak naprawdę chcecie. Decyzja spada niestety na ciebie. Nie myślisz chyba, że zostaniemy tu razem, jak gdyby nigdy nic, aż ustalicie wspólny plan? – Nie myślę. – Rozumiem, że znasz swój następny krok. Łukasz popatrzył na siedzącą przed nim kobietę, z którą dzielił życie od prawie dwóch dekad. To była bardzo długa droga, na swój sposób dobra. Ale taka, która nie dała szczęścia nikomu. Niezależnie od tego, co czekało na niego za drzwiami, musiał je otworzyć, wyjść i się przekonać. Był to winien sobie, był to winien Agacie. – Nie znałem go do tej chwili – przyznał otwarcie. – Nie wiedziałem, co mam zrobić, nie wiedziałem, co powinienem zrobić… Co będzie właściwe. – Może nie powinieneś myśleć o tym, co będzie właściwe, tylko czego tak naprawdę chcesz. – Agata powiedziała to tak cicho, że ledwo usłyszał jej głos. – Nie wiem, co będzie dalej. Nie mam pojęcia, co mnie czeka. Tutaj, razem, jest bezpiecznie, uwiliśmy sobie gniazdo, stworzyliśmy dom, dobry dom, ale niedający wszystkiego ani tobie, ani mnie. – Możesz mówić za siebie? – Wiesz dobrze, że mam rację. Ja nie byłem… – zawahał się – …nie stałem się tym, kim myślałaś, że będę. I tak dla

jasności, nie mówię tego po to, aby odwrócić uwagę od siebie i od Soni. – Chcesz powiedzieć, że to wszystko dla mojego dobra? – Chcę i nie chcę. Zasługujesz na więcej, niż ci mogę dać, niż ty jesteś gotowa ode mnie wziąć. Potrzebujesz kogoś, dla kogo będziesz gotowa otworzyć w pełni swoje serce, dać mu to wszystko… – Czego nie dałam tobie? Jest tego tak dużo? – Sama wiesz najlepiej. – A ona da ci to, czego nie dostałeś ode mnie? – Myślę raczej o tym, czy ona będzie chciała przyjąć to wszystko, co mam do zaoferowania. Jeśli tak, to to zadziała w obie strony. – Czeka na ciebie? – Nie wiem. – Idziesz w ciemno. – Tak. – Nie boisz się? – Już nie – uśmiechnął się delikatnie. – To pewnie nie zabrzmi najlepiej w tych okolicznościach, ale chciałbym, abyś była szczęśliwa. Abyś znalazła szczęście, którego nie znalazłaś we mnie. – Może nie umiem. – Umiesz. Nie raz dałaś mi próbkę tego, co masz w sobie, i wiem, co czeka kogoś, kogo będziesz gotowa tym obdarzyć. Masz wielkie serce, pełne miłości, tylko nie dla mnie.

– ?ałujesz, że zmarnowałeś życie ze mną, jadąc tylko na próbkach? – Agata spróbowała się uśmiechnąć. – Pomyśl, jakie to były próbki, skoro tyle lat byliśmy razem i było nam dobrze. Najwyższa jakość. – Jeśli masz już iść, to prosiłabym, abyś to zrobił. Chciałabym zostać sama. Jeśli taki był twój plan, to proszę, jedz. Łukasz wstał i skierował się do wyjścia. – To nieprawda, że cię nie kochałam – powiedziała w ślad za nim. – Nigdy tak nie twierdziłem. – Odwrócił się do żony. – To było prawdziwe. – Było, tylko bardzo dawno temu i krótko. – Za krótko – powiedziała smutno. – Zdecydowanie za krótko, przepraszam – powiedział i wyszedł. – To ja przepraszam. Agata wypowiedziała te słowa, kiedy jej męża już dawno nie było w domu. Nie było go w ich domu, który razem zbudowali, który razem stworzyli. Chciała być zła na niego, wściec się, ale nie była w stanie wykrzesać z siebie tych uczuć. Chciała krzyczeć, jak mógł jej to zrobić, zakochać się w jakiejś siksie, ale nie czuła tego. Czuła się oszukana, ale chyba bardziej dla zasady, bo tak powinno być, bo to powinna czuć żona, której mąż odchodzi do innej kobiety, i na dodatek do młodszej. Wiedziała też doskonale, że to nie był motyw. Wiedziała, że Łukasz po

prostu dostał od Soni coś, czego ona nie była w stanie mu dać. A może nie chciała. A może tego nie czuła. – Co teraz? – zapytała na głos. Siedziała sama w domu, w którym nigdy nie była sama, nigdy nie spędziła sama nocy. Łukasz był zawsze obecny, zawsze przy niej, nawet kiedy go odcinała od siebie, pozostawał w pewnej odległości, czujny. Teraz było pusto. Te chwile, zaraz po jego wyjściu, tak bardzo przypominały całe ich małżeństwo. Miała potworny mętlik w głowie, czuła smutek i jednocześnie ulgę. Została sama, a przecież tak często wybierała samotność, kiedy byli razem. Potrzebowała go, a przecież wielokrotnie nie była w stanie sama się przemóc, aby pierwsza podać dłoń po tym, jak najpierw go odepchnęła od siebie. Wtedy miała go na wyciągnięcie ręki, wystarczyło powiedzieć słowo. Ale potem niestety trzeba by powiedzieć następne i następne, a na to nigdy nie była gotowa. Paradoksalnie powinna podziękować Soni. Dzięki niej zrobili to, na co pewnie nigdy sami by się nie odważyli. Czy takie wnioski nie powinny przyjść z czasem, a nie pięć minut po rozstaniu? Czyżby naprawdę go nie kochała, czyżby wszystko, co ostatnio robiła, to była tylko obrona jej terytorium? Rozejrzała się po domu. Była sama, po raz pierwszy od tylu lat. Wcześniej samotność nie była jej obca. Agata tak bardzo chciała się jej pozbyć ze swojego życia, że momentalnie ulokowała swoje uczucia w chłopaku, w którym nie można się było nie zakochać. Wróciła na moment myślami do tamtej chwili, kiedy po raz pierwszy ich oczy się spotkały. To było pierwsze spojrzenie, bezwzględnie, tylko niestety nie na zawsze.

Mieli swoje momenty, mieli swoje chwile, mieli swoje próbki. To wszystko, czym byli – chwilą ulotną, którą usiłowali na siłę przedłużać. Agata wiedziała, że to, co najgorsze, jeszcze przed nią. W jednym z ulubionych filmów Łukasza, chyba o Batmanie, padło zdanie, że „noc najciemniejsza jest tuż przed świtem”. Jej mężowi z pewnością by się to spodobało. Eksmężowi.

WSZYSTKO ALBO NIC, 20 PAZDZIERNIKA 2017 R.

I know someday you’ll have a beautiful life I know you’ll be a star in somebody else’s sky But why, why, why can’t it be, can’t it be mine? Pearl Jam, Black

Łukasz wyjechał samochodem przed bramę i już chciał ruszyć dalej, kiedy tuż przed maską nagle pojawiła się jakaś postać. Zahamował gwałtownie. Mężczyzna, który jeszcze przed sekundą stał mu na drodze, podszedł do drzwi od strony pasażera i zdecydowanym ruchem je otworzył. Zanim Łukasz zdążył się zorientować, jego sąsiad, którego jeszcze do niedawna mógł nazywać przyjacielem, siedział obok niego. – Możemy odjechać kawałek? – spytał Marek, patrząc przez przednią szybę. Łukasz ruszył. Przejechali w milczeniu kilkadziesiąt metrów, po czym skręcili w boczną alejkę. Przy tej pogodzie szanse były bardzo małe, aby spotkali tu kogoś znajomego.

Łukasz zgasił silnik i czekał. To z pewnością nie było towarzyskie spotkanie, ale postanowił się nie odzywać, dopóki Marek nie zrobi tego pierwszy. Wątpił, by ten chciał z nim porozmawiać o jakiejś nowej płycie, i wolał nie wyskakiwać przed szereg. Może w rzeczywistości sąsiad wcale nie chce rozmawiać o swojej córce i jej związku z dużo starszym mężczyzną. Siedzieli tak już od kilku minut, kiedy Marek postanowił przerwać ciszę. – Czy to jest poważne? Jak mam na to odpowiedzieć? – pomyślał Łukasz. Co miał odpowiedzieć ojcu? Nie bał się, że mogłoby dojść do rękoczynów. Na pewno znalazłoby się wielu zwolenników takowego rozwiązania, zwłaszcza wśród ojców młodych córek uwikłanych w trudne związki. Co innego rozmowa z Agatą. Sonia nie rozbiła czegoś, co świetnie funkcjonowało. Przypadkiem znalazła się tam, gdzie już nie było życia. Stała się jedynie częścią większej całości, gwozdziem do trumny ich związku. Marek widział to wszystko z innej perspektywy. Był ojcem i z pewnością miał jakąś wizję życia jego córki, tego, jak chciałby, aby wyglądało jej szczęście. Łukasz zdawał sobie sprawę z tego, że on sam na pewno nie był częścią tego obrazka. – Usłyszę odpowiedz? Marek mówił spokojnie, tak jak zawsze. W jego głosie nie było słychać ani irytacji, ani zdenerwowania. Był całkowicie opanowany. Przez lata życia z Moniką musiał tę sztukę opanować do perfekcji, inaczej z pewnością by zwariował.

A tak biła od niego siła spokoju, choć Łukasz podskórnie czuł, że gdzieś głęboko w jego koledze musiało się gotować. – Powinieneś zapytać Soni. Unik, gra na czas. Marek drgnął na dzwięk imienia córki. Może koniec końców nie był uosobieniem siły spokoju. Gdzieś musiała być granica. – Może spytam, chociaż mam nadzieję, że nie będę musiał. Teraz pytam ciebie – powiedział stanowczym tonem. Zwlekanie z odpowiedzią też miało swoje granice, a ponadto Łukasz nie chciał spędzić na tej bocznej drodze więcej czasu, niż było trzeba. – Poważne – powiedział. Wiedział, że wypowiedzenie tego jednego słowa nie będzie łatwe, ale nie przypuszczał, że będzie tak trudne. To, co go łączyło z Sonią, było poważne, ale kiedy teraz siedzieli we dwóch, faceci w średnim wieku, określenia „zięć” i „teść” były ostatnimi, jakie przyszłyby im do głowy. Tu i teraz Łukasz dostrzegał absurdalność całej sytuacji. – Nie mogłeś poszukać sobie kogoś innego? – padło kolejne pytanie. Marek cały czas patrzył przed siebie, nie zaszczycając Łukasza spojrzeniem. – Nikogo nie szukałem. – Oczywiście, że nie! – W głosie Marka słychać było ironię. – W sumie nie musiałeś, moja córka była na miejscu. Łukasz odetchnął głęboko. Nie może dać się sprowokować. Zdawał sobie sprawę, że Marek ma prawo wyrzucić z siebie cały żal, cały gniew, a Łukasz wręcz powinien mu na to

pozwolić, choćby przez wzgląd na minione lata. Postanowił jednak nie wdawać się w słowne przepychanki. – Dlaczego ona? – kontynuował Marek. – Dlaczego musiałeś zawrócić w głowie właśnie jej? A co na to Agata? – Już nic. – Już nic?! – krzyknął Marek i wreszcie spojrzał na Łukasza. – Co to znaczy?! ?e nie jesteście już razem?! Od kiedy?! Od teraz?! Z powodu Soni?! Łukasz uznał, że na tym etapie rozmowy są to raczej pytania retoryczne i Marek w mgnieniu oka połączy wszystkie wątki. – Dokąd teraz jedziesz? – spytał już spokojniejszym głosem Marek. Wyglądało na to, że z największym trudem przywołuje się do porządku. – Wybacz, ale to nie jest twoja sprawa. Łukasz miał wiele szacunku dla Marka i tylko przez wzgląd na to i na ich wieloletnią znajomość pozwolił tej rozmowie trwać. W głębi ducha czuł się również winny. Chyba. Nie potrafił tego uczucia do końca sprecyzować. Kiedy był z Sonią, wszystko gdzieś znikało, a przynajmniej odsuwało się na pewną odległość. Wątpliwości nie znikały, ale stawały się mniej wyrazne. Kiedy był sam, uderzały ze zdwojoną siłą. – Jeśli dotyczy to mojej córki, to jest to moja sprawa. – Dobrze. – Niech to się skończy, pomyślał Łukasz. – Powiedz mi: czego ode mnie chcesz? Marek spojrzał Łukaszowi prosto w oczy.

– Chcę, żebyś dał sobie spokój z naszą córką. ?ebyś to skończył, czymkolwiek to jest. Proszę, nie przerywaj mi. Powiem, co mam powiedzieć, i nie zobaczysz mnie, miejmy nadzieję, nigdy więcej. Chcę, żebyś zostawił moją córkę, abyś zniknął z jej życia. Na zawsze. Wiem, że jest dorosła i podejmuje własne decyzje, ale i tak uważam, że to, co robisz, jest złe. Jesteś dorosłym, inteligentnym, dojrzałym mężczyzną, który wykorzystał fakt, że moja córka jest w trudnym okresie swojego życia. I ty to wiesz, pomyślał Łukasz. Czy Marek w ogóle miał pojęcie, co się dzieje z Sonią? Z czym musiała się zmagać, jakie decyzje przed nią stoją? Nie odzywał się jednak. Niech to się skończy, pomyślał. – Dokładnie to zrobiłeś. Wykorzystałeś ją. Ona przyjęła tę twoją „przyjazń” – ostatnie słowo wypowiedział z nieukrywanym obrzydzeniem – za dobrą monetę. Domyślam się tylko, że słyszała od ciebie jedynie te rzeczy, które sama chciała usłyszeć. Może Monika jest wymagająca i czasami ostra, ale przynajmniej stawia przed Sonią jakieś wyzwania. A ty… w tobie moja córka znalazła przytakiwacza i uznała, że jesteś nie wiadomo kim. A nie jesteś. Jesteś tylko starszym przegranym gościem, któremu nie wyszło w życiu, który nie potrafił stworzyć związku. To wszystko, czym jesteś. I jeśli naprawdę ko… – Marek zawahał się – …jeśli czujesz coś do mojej córki, to tym bardziej powinieneś ją zostawić. Jeśli jest w tobie choć odrobina przyzwoitości, to po prostu to skończ. Pomyśl, co dokładnie chcesz jej dać? Swoje nieudane życie? Ona jest młoda i ma wszystko przed sobą. Nawet jeśli jakimś cudem wytrzymacie ze sobą parę lat, zanim nie zobaczy prawdziwego ciebie, zmarnuje swój czas, bo każda chwila z tobą tym właśnie jest. Marnotrawieniem jej życia, które nie wróci. Nie karz jej sobą. Daj jej szansę na normalne życie.

Marek chwycił za klamkę i otworzył drzwi. – Sonia zasługuje na więcej, niż możesz jej dać, i myślę, że doskonale o tym wiesz. Teraz decyzja należy do ciebie. Po chwili już go nie było. Łukasz przez dłuższą chwilę patrzył przed siebie. W końcu przekręcił kluczyk w stacyjce i zapalił silnik. Bardzo powoli skierował się na drogę do Warszawy.

***

Sonia chodziła w tę i z powrotem po pokoju, co chwila zerkając na zegarek. Pięć minut temu dzwonił Łukasz. – Czy mogę się teraz z tobą zobaczyć? – spytał, gdy odebrała telefon. – Oczywiście – odpowiedziała zaskoczona. – Czy coś się stało? – Wyjaśnię, jak przyjadę, będę za jakieś pół godziny – powiedział i rozłączył się. Rozmowa trwała może kilkanaście sekund, i koniec. Cały dzień czekała na jakikolwiek znak od niego. Wiadomość, telefon, ale komórka milczała. I teraz nagle, o prawie dziewiątej wieczorem, zadzwonił. Nie spodziewała się kontaktu o tej porze. Przez cały dzień ją nosiło, sama chciała dzwonić, pisać, ale wszystko wydawało się takie nieodpowiednie, jakby zwykły SMS to było za mało, aby powiedzieć o tym, co się czuje. Wczorajszy wieczór był taki magiczny i taki zwyczajny jednocześnie. Wszystko przyszło

naturalnie i co najważniejsze, Łukasz czuł to samo. Chyba czuł. Na pewno czuł. Przecież nie powiedział tego wszystkiego tylko po to, aby sprawić jej przyjemność albo żeby nie było jej przykro. Zresztą to nie słowa zostały jej w pamięci. Jego dotyk, jego przytulenie, jego objęcia – to było bardziej wymowne niż tysiąc słów. Kiedy ich ciała przylgnęły do siebie, poczuła, jakby nagle dwie połowy rozdzielonej konstrukcji z klocków ponownie zostały złączone. Jakby każdy jej element zaskoczył, tylko bez charakterystycznego trzasku, ale płynnie, miękko. To było jej miejsce na świecie, przy nim, w jego ramionach. Teraz do niej jechał. Po co, dlaczego o tej porze, czy nie powinien być w domu z żoną? Właśnie – z żoną. Od momentu, kiedy zdała sobie sprawę z tego, co czuje – albo inaczej: od momentu, kiedy przyznała otwarcie sama przed sobą, co czuje, ta kwestia pojawiała się regularnie. Na początku Sonia to bagatelizowała, przecież byli tylko przyjaciółmi; pózniej wzięła na wstrzymanie. Jednak po okresie negacji połączonej z wyłączeniem miłość wybuchła ze zwielokrotnioną siłą. ?ona jak była, tak była. Wczoraj Sonia już nie myślała o Agacie, chciała tylko wyrzucić z siebie to, co czuła. Była przygotowana na cios odrzucenia, ale on nie przyszedł. Nagle okazało się, że stoi przed szansą, o której nawet nie marzyła, szansą na życie, na które nie liczyła, którego nawet nie brała pod uwagę. Spojrzała na telefon: pięć nieodebranych połączeń od matki. Rozmowa z nią była ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała. Biorąc pod uwagę to, że prób połączenia było aż pięć, z pewnością nie była to chęć nawiązania przyjacielskiego kontaktu. Sonia nie wiedziała, co takiego zrobiła, ale z pewnością musiało to być coś poważnego.

Za jakieś piętnaście minut Łukasz stanie przed nią. Po raz pierwszy od tamtej chwili, kiedy jej życie zmieniło się nieodwracalnie. Jaki przypadek postawił go tam wtedy, przed „Stodołą”? A może… jaki przypadek postawił tam ją?

***

Łukasz przerwał połączenie i położył telefon na siedzeniu obok. Na sekundę drgnęła mu kierownica i zjechał nieco na przeciwny pas. Na szczęście z naprzeciwka nikt nie jechał. Zwolnij, powiedział do siebie w myślach. Po nieco suchym środku dnia pod wieczór znów zaczęło padać i wydawało się, że już nigdy nie przestanie, a on prowadził zdecydowanie za szybko. Gdy tylko wyjechał spod domu, ruszył ostro do przodu, jakby chciał jak najszybciej zostawić za sobą coś, co zawsze było jego domem. Jakby poczucie winy miało się zmniejszać z każdym kolejnym kilometrem. Ich małżeństwo od bardzo dawna nie było tym, na co liczyli, że będzie, ale świadomość tego niczego nie zmieniała. Nic nie było łatwiejsze ani mniej bolesne. ?yli razem prawie połowę życia i nie było to coś, co można łatwo przekreślić. Brakowało im… no właśnie: czego? Tej małej, a jednocześnie tak znaczącej kropki nad i. Może powinni byli pójść na terapię małżeńską? Tylko po co? Byli w miarę zgodni, seks był wyjątkowo dobry, jeśli był, a że nie kochali się tak mocno… Cóż, kto tak naprawdę potrafi to zmierzyć? Gdzieś w głębi duszy Łukasz był przekonany, że gdyby na taką terapię się zdecydowali, bardzo szybko wyszłoby na jaw, co tak naprawdę między nimi jest. A na taką prawdę żadne z nich nie było gotowe. Oboje woleli swój bezpieczny azyl, może bez

fajerwerków, może bez podwyższonego tętna na widok tego drugiego, o motylach w brzuchu nie wspominając, ale dobry, stabilny, zwyczajnie normalny. Sonia stała się katalizatorem zmiany. Sonia, młoda kobieta, która obudziła w nim życie, która pokazała mu, że w życiu chodzi o coś więcej niż tylko przetrwanie. Podczas rozmowy z Agatą Łukasz wspomniał o przyjęciu przez Sonię tego, co miał do zaoferowania. Teraz myślał właśnie o tym: cóż takiego do zaoferowania faktycznie miał? Wychodziło na to, że niewiele. Liczył, kalkulował, omawiał to sam ze sobą i rachunek wciąż mu się nie zgadzał. Ona dla niego była nowym życiem, miłością, jakiej nigdy w ten sposób nie czuł, bratnią duszą w ciele inteligentnej, pięknej kobiety. Jedną z niewielu osób, które znał, a z którymi rozmowa nie stanowiła bolesnego doświadczenia. Rozmowa z Sonią była wyzwaniem samym w sobie. Na dobrą sprawę nie wiedział, co w niej kochał najbardziej: intelekt, urodę czy idealne połączenie obu cech. Inna sprawa, że mogła być i miss świata, a wystarczyło jedno zdanie, które spowodowałoby, jak to lubił określać, śmierć szarych komórek, i zapomniałby, że istnieje. Agata często wypominała mu tę cechę: jedno „głupie” zdanie na jakikolwiek temat i człowiek był dla niego skreślony. „A gdyby inni ciebie tak szybko oceniali? Przecież nie wszystkie twoje wypowiedzi są genialne” – pytała. „Czy naprawdę myślisz, że chciałbym mieć coś wspólnego z kimś, kto tak szybko ocenia innych?” – odpowiadał ze śmiechem. Sonia błędów nie popełniała, była dowcipna, przenikliwa i doskonale wiedziała, co on chce powiedzieć, zanim zdążył to wyartykułować. Nigdy nie sądził, że spotka kogoś, z kim będzie się tak doskonale rozumiał. I wtedy pojawiła się ona. A co on miał dla niej? Pewność, z jaką opuścił dom, dawno uleciała. Za kilka minut stanie przed nią… no właśnie, jako

kto? Jako średnio kusząca perspektywa dla kogoś, kto ma całe życie przed sobą. Może Marek miał rację. W normalnych warunkach Łukasz nie pozwoliłby na taką tyradę względem siebie. Tylko że warunki były dalekie od normalnych. Łukasz zdawał sobie sprawę, że każde słowo, które Marek wymierzył w jego stronę, miało go ugodzić, miało nim wstrząsnąć. Jego sąsiad nie owijał w bawełnę, ale czy tak naprawdę nie miał racji? Czy cały ten związek nie był samolubnym, egoistycznym aktem z jego strony. Sonia miała wszystko, czego on mógł pragnąć. Czy on miał to samo dla niej? Podjechał pod jej dom. Zaparkował i zgasił silnik. Popatrzył na blok, w którym mieszkała jego bratnia dusza. Dziewczyna, która postawiła na szali wszystko i postanowiła zawalczyć o swoją miłość, o niego. Tylko czy on był tego wart? Czy mógł to zrobić jej?

***

Monika zeszła na dół i zobaczyła męża siedzącego na sofie. – Już jesteś? Dlaczego mnie nie zawołałeś? – spytała z wyrazną pretensją. – Chciałem posiedzieć przez chwilę sam. Z jego oczu wyzierało zmęczenie połączone z pewnego rodzaju rezygnacją. – Rozmawiałeś z nim? – Tak.

– I co? – Co „i co”?! – wyrzucił z siebie gniewnym tonem. Nie tak zwykle odzywał się do żony. Monika wyjątkowo zareagowała na ten wybuch zrozumieniem. Usiadła obok męża i wzięła go za rękę. – Dobrze zrobiłeś – stwierdziła po chwili. – Skąd wiesz, co zrobiłem? – Bo widzę, że jesteś na siebie zły, a jeśli tak jest, to znaczy, że zrobiłeś to, co należało. – Na pewno? – spytał z powątpiewaniem. – A wyobrażasz sobie związek naszej córki z nim? – Szczerze mówiąc, nie wiem – odparł już nieco spokojniej. – To jest… niewyobrażalne, ale… – Jakie „ale”?! – Monika podniosła głos. – Tutaj nie ma żadnego „ale”! – A może powinniśmy spytać Soni? – Chyba sobie kpisz?! Najpierw musiałaby odebrać telefon, a poza tym niby o co mielibyśmy ją pytać?! Z całą pewnością nie myśli trzezwo, skoro jest w związku z tym… – Przez moment szukała odpowiedniego słowa, które oddawałoby w pełni odrazę, jaką napawał ją Łukasz, ale w końcu machnęła tylko ręką. – Na pewno namieszał jej w głowie gładkimi słówkami. Poza tym ona wie, że byśmy tego nie zaakceptowali. O, i wszystko jasne! – Monikę nagle olśniło. – To nie jest żadna wielka miłość. Ona nam robi po prostu na złość. – Na złość nam znalazła sobie przyjaciela? – Wez mnie nie rozśmieszaj tym przyjacielem.

Marek gwałtownie wstał. – Jeśli to wszystko kpina, żart i robienie nam na złość, to czemu musiałem zrobić to, co zrobiłem? Może nie trzeba było histeryzować. – Nie, nie można było doprowadzić do eskalacji tego czegoś! Przez chwilę siedzieli w ciszy, myśląc o wydarzeniach minionego dnia. Każde z nich postrzegało je inaczej. Zawsze tak było. Marek bujał w obłokach i ich córka odziedziczyła tę cechę po nim. Monika sama musiała dbać o sprawy domowe i pilnowała, aby pozostała dwójka również twardo stąpała po ziemi. Choć tak po prawdzie to tylko ona stąpała, a ich dwoje trzymała na krótkich linkach, żeby całkiem nie odlecieli. To się sprawdzało i tak po prostu musiało być. A teraz najważniejsza była Sonia i jej przyszłość. – Kto wie, czy to on jej nie namówił, żeby rzuciła kancelarię – odezwała się w końcu Monika. – Na pewno on – dodała z przekonaniem. – Więc sam widzisz, że niezależnie od wszystkiego on ma na nasze dziecko zły wpływ. – My tego nie wiemy. – Wiemy – powiedziała to tak stanowczo, jakby ten ton miał rozwiać jego wszelkie wątpliwości. Marek nadal nie był przekonany. – A co, jeśli popełniliśmy błąd? Jeśli ja popełniłem błąd? – Skończ już! – rzuciła twardo i wstała, chcąc zakończyć tę całą dyskusję. Ruszyła na górę, ale przy schodach odwróciła się jeszcze i spojrzała na męża.

– Myślisz, że mogło nie zadziałać? – spytała z lekkim niepokojem w głosie. Marek odwzajemnił spojrzenie. – Myślę, że zadziałało. Obawiam się, że tak się właśnie stało – dodał po chwili, kiedy Monika już zniknęła w łazience na piętrze.

***

Łukasz wszedł po schodach i stanął przed mieszkaniem Soni. Drzwi były uchylone. Kiedy go zobaczyła, otworzyła je szeroko. Wszedł do środka i stanął naprzeciw niej. Przez chwilę patrzyli na siebie niepewnie, by zaraz w ułamku sekundy znalezć się w swoich ramionach. Na tę chwilę czekali od rana. Czekali na ten moment, kiedy będą mogli poczuć się nawzajem, jak idealnie dopasowane puzzle, które wreszcie odnalazły swoją brakującą część. Łukasz wiedział, że są dwiema połówkami, a jednocześnie wiedział, że tak nie jest. Zupełnie jakby ktoś części układanki i jedną połowę starannie zapakował i schował do szafy, a drugą wystawił na balkon, na działanie deszczu, słońca i czasu. To nadal były części tego samego obrazka, a jednocześnie tak inne. – Jesteś – wyszeptała. – Jestem – wymsknęło mu się. Sonia wzięła Łukasza za rękę i pociągnęła go za sobą do pokoju. Tam przytuliła go mocno, on odpowiedział jej tym

samym. Jej ciepło było takie kojące, jej dotyk ożywiał. Było w niej wszystko, tyle do zaoferowania, całe życie. Delikatnie pocałowała go w usta. Oddał pocałunek. Po dłuższej chwili odsunął ją od siebie. – Jeszcze przyjdzie czas? – spytała, patrząc mu w oczy. – Tak. – Starał się, aby jego głos brzmiał jak najbardziej przekonująco. Tu było jego miejsce, przy niej. Mógłby zamknąć oczy i po prostu zostać. Tylko czy mógł być, mając je otwarte? Czy mógł patrzeć na ich wspólne odbicie w lustrze? Przyjazń to było wszystko, co mogli mieć. To, że on chciał więcej, że pragnął więcej, że potrzebował więcej, w zasadzie się nie liczyło. Usiedli na łóżku, trzymając się za ręce. Sonia patrzyła uważnie w oczy mężczyzny. Był tutaj, czuła go: jej marzenie, jej miłość była tuż-tuż. Ale coś było nie tak. Czuła się o wiele pewniej, kiedy byli u niego i zdecydowali się powiedzieć sobie otwarcie o tym, co czuli. Mało tego, kiedy rano wychodziła rozdarta z jego domu, nie wiedząc, co ich czeka, mogła przynajmniej mieć nadzieję, że gdzieś tam, w przyszłości, może coś z tego będzie. Teraz był przy niej, ale ona czuła tylko ciemność, która wydawała się ją przytłaczać i wypełniać każdy zakątek jej duszy. Niepokój. Tego nigdy przy Łukaszu nie czuła. A teraz patrzyła mu w oczy i widziała strach. Czy był to jego strach, czy może było to odbicie tego, co sama nagle poczuła. – Co się stało? – spytała cicho. – Dlaczego tutaj jesteś? – Myślałem, że się ucieszysz – powiedział, ale zabrzmiało to jakoś nienaturalnie.

– Cieszę się, nawet nie wiesz, jak bardzo, ale dlaczego o tej porze? Czy Agata nie wróciła do domu? – Wróciła. – I teraz jest w domu? Co jej powiedziałeś? Sonia patrzyła na mężczyznę, który w kilka miesięcy stał się jej całym światem, i ogarniało ją coraz większe przerażenie. Dokądkolwiek ta rozmowa, a raczej nieporadna wymiana pytań i niejasnych odpowiedzi prowadziła, kierunek z pewnością się Soni nie podobał. – Prawdę. Powiedziałem jej prawdę. – Jak? Łukasz w kilku słowach streścił niespodziewaną wizytę Marka i Moniki. Ich przybycie, krótką rozmowę oraz to, jak Agata grzecznie acz stanowczo wyprosiła ich z domu. Sonia siedziała zszokowana. – I co było potem? – Potem rozmawialiśmy. – O nas? – wyszeptała przez zaciśnięte gardło. – Tak. – Jesteś bardzo oszczędny w słowach. Zupełnie jak nie ty. Na twarzy Łukasza pojawił się słaby uśmiech. – Bo ja jestem dobry tylko w złotych myślach i radzeniu innym. Powinnaś to już wiedzieć. Sonia gwałtownie cofnęła ręce. Łukasz poczuł fizyczny ból. Chciał ponownie chwycić ją za dłonie, tak jak zrobił to tamtego wieczora w jej rodzinnym domu, kiedy myśl o tym,

że więcej jej nie zobaczy, była nie do zniesienia. Wtedy jednak nie myślał trzezwo. Dzisiaj było inaczej. – Co chcesz mi powiedzieć? Co to wszystko znaczy? Co się dokładnie wydarzyło? – Właściwie to nic. Powiedziałem, że chciałaś porozmawiać, poradzić się, a że było pózno, zaproponowałem, że zostaniesz na noc, bo nie ma sensu, abyś jezdziła po ciemku. – I to wszystko? – Tak. Sonia pokręciła głową. Nie rozumiała, co się dzieje. – Przecież mówiłeś przed chwilą, że powiedziałeś prawdę o nas?! – Bo tak zrobiłem. Powiedziałem, że jesteśmy przyjaciółmi, i to jest prawda. Sonia spojrzała w oczy mężczyzny, którego kochała. – Skończ, proszę, z tymi unikami i powiedz mi wprost, o co chodzi. Długo czekałam na ciebie i myślę, że zasługuję na szczerość. Nie zamieniaj się w kogoś, kim nie jesteś. – A może właśnie taki jestem? Może ty chciałaś widzieć we mnie kogoś innego? – Co ty wygadujesz?! Co się z tobą stało?! Nie jesteś tym mężczyzną, z którym rozstawałam się rano. Łukasz uśmiechnął się smutno. – Posłuchaj mnie, Soniu. Sonia odsunęła się od niego na krawędz łóżka. Co to w ogóle było? Nie na to czekała! Z pewnością nie na to, co teraz miało nadejść. Podskórnie to czuła.

– Nie wiem, co o mnie myślałaś, choć z pewnością były to rzeczy, które bardzo by mi schlebiały, ale obawiam się, że są nieprawdziwe. Jestem tylko starszym panem… Jeszcze niedawno na te słowa Sonia zareagowałaby złością, ale teraz abstrakcyjność całej sytuacji ją przytłoczyła. – …który ma na podorędziu kilka złotych myśli. I to wszystko. Może coś czytałem, może coś widziałem, czegoś słuchałem, ale to jest tylko nikomu niepotrzebne konfetti. Kim ja jestem, jakie jest moje życie? Garść rad, mądrości, których nigdy do siebie nie zastosowałem. – Przecież poszedłeś własną drogą – powiedziała cicho. – A może uciekłem? Może schowałem się w mojej muzyce, w filmach przed prawdziwym życiem? Może pozwoliłem odejść Oli, może to ja odsunąłem się od Agaty, może ją odepchnąłem? Balansuję sobie gdzieś tam, na granicy światów, ale nigdy nie zrobię kroku na tę stronę, która jest prawdziwa. Może właśnie tym jestem, obserwatorem i niszczycielem wszystkiego, czego się dotknę. Sonia zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Po kilku chwilach uniosła powieki i spojrzała twardo na Łukasza. – Po co mi to wszystko mówisz? Co się dzisiaj stało? Odpowiedz mi, proszę – powiedziała zimno. – Chcę, żebyś zrozumiała, kim naprawdę jestem. ?ebyś zrozumiała, że ktoś taki jak ja nie jest potrzebny w twoim życiu. – A nie sądzisz, że ja też mam tutaj coś do powiedzenia? – Potrzebujesz kogoś… z kim będziesz mogła zbudować przyszłość, z kim będziesz mogła założyć rodzinę, dom. Mieć dzieci…

– Co wy z tymi dziećmi?! – wykrzyknęła zdenerwowana. – Najpierw Justyna, teraz ty. – Może mamy rację. Twoja przyjaciółka najwyrazniej się ze mną zgadza. – Dlaczego wszyscy chcą decydować za mnie? Dlaczego, ze wszystkich ludzi, właśnie ty chcesz to zrobić? W oczach dziewczyny pojawiły się łzy. Szybko wytarła je wierzchem dłoni. Łukasz chciał ją przytulić, pocieszyć, ale wiedział doskonale, że jeśli to zrobi, nie będzie odwrotu. Zostanie tutaj, gdzie jego miejsce. Nie mógł do tego dopuścić. Bo wszystko, co powiedział, było prawdą, bolesną prawdą. – I nie macie racji. Ona cię nie zna tak jak ja. – Może ty też naprawdę mnie nie znasz. Może widziałaś we mnie tylko to, co chciałaś widzieć. – ?e niby rekompensuję sobie tobą jakieś wyimaginowane daddy issues? Daruj sobie tę tanią psychologię. Czy ty mnie kompletnie nie szanujesz? Masz mnie za jakąś idiotkę, która nie wie, o co jej chodzi i co czuje? Sonia poderwała się z miejsca. Łukasz również wstał. – Ja nie wiem, co się stało, i nie rozumiem tego, co się dzieje i co się zmieniło od rana. Powiedz mi wprost, co masz powiedzieć, i skończmy te gierki. Łukasz wciągnął głęboko powietrze. – Nie mogę ci tego zrobić. Nie mogę pozwolić, abyś podjęła decyzję, której wkrótce będziesz żałować. – Ty idioto! – krzyknęła. – Tylko od ciebie zależy, czy będę czegokolwiek żałować! Chciałeś mi coś powiedzieć, a jak dotąd nie usłyszałam nic poza stekiem bzdur. Powiedz mi, czego ty chcesz?

– To, czego ja chcę, nie jest najważniejsze. – Właśnie, że jest, i to chcę usłyszeć, bo kiedy tutaj wszedłeś, odniosłam wrażenie, że chciałeś mi to powiedzieć, a potem coś się stało. Myślałam, że jesteś inny. – Myliłaś się. Tak będzie lepiej. Łukasz gwałtownie odwrócił się i wyszedł z pokoju. Sonia przez chwilę stała jak zamurowana, a gdy się ocknęła, ruszyła za nim. Kiedy położył rękę na klamce od drzwi wyjściowych, pewnym ruchem przytrzymała je, by nie mógł wyjść. – Jeszcze chwila, chyba na nią zasługuję! – Jej głos wyraznie drżał. – Mogłabym cię teraz spytać o to wszystko, o czym rozmawialiśmy jeszcze dwadzieścia cztery godziny temu, o wszystko, co mi powiedziałeś dzisiaj rano, ale pewnie bym się dowiedziała, że się przesłyszałam. Może jestem głupia, ale uważam, że cię znam, i to coś, co niezrozumiale bełkocze, nie jest tobą. Z jakiegoś powodu, którego najwyrazniej nie chcesz mi wyjawić, postanowiłeś zaprzeczyć sam sobie. Postanowiłeś zanegować nas! Łukasz wbrew sobie odwrócił się w stronę Soni. – Jesteś tego pewna? Chcesz to usłyszeć? – spytał. – Jestem pewna. I mam do ciebie prośbę. Ostatnią, a pózniej zrobisz, co uważasz za stosowne. Powiedz mi prawdę. Jeśli choć trochę mnie szanujesz, powiedz prawdę. Spójrz mi prosto w oczy i powiedz: kim dla ciebie jestem? Zasługuję na prawdę – dodała cicho. A co jest prawdą? – pomyślał. Czy to uczucie, które odbiera mi oddech, kiedy ciebie nie ma obok? Jak mam ci to zrobić? Popatrzył w jej brązowe oczy.

– Jesteś spełnionym, nienazwanym marzeniem – odezwał się powoli. – Jesteś wszystkim, jesteś życiem, jesteś miłością. Pytałaś, czego chcę. Właśnie tego, dzielenia życia z tobą. Ale jest to coś, czego nie mam prawa żądać. Jest to coś, czego nie mam prawa wziąć. Niezależnie od tego, co w tej chwili czujesz, masz całe życie przed sobą. Ja o niczym innym nie marzę, jak o życiu z tobą, ale jestem realistą, aż do bólu. Może to życie mnie tego nauczyło, ale to nie zmienia faktu, że jestem przekonany, że gdzieś tam czeka na ciebie prawdziwe życie i prawdziwa miłość. Pewnego dnia będziesz mieć cudowny związek z kimś, kto zasługuje na ciebie bardziej niż ja i bardziej do ciebie pasuje. Sonia miała łzy w oczach. – Co dokładnie chcesz mi powiedzieć? – Byłem zagubiony, przechodziłem od jednego dnia do drugiego, okazjonalnie próbując wskrzesić coś, czego nigdy nie było. Zamykałem się w muzyce, kinie, książkach, tworząc własny świat i uciekając od prawdziwego. Bo prawdziwy gdzieś, dawno temu, zginął. Ty mnie wyrwałaś, przywróciłaś do rzeczywistości. To jest i tak więcej, niż mógłbym sobie wymarzyć. Miłość do ciebie to życie dla mnie. I tak bardzo jak cię kocham, tak nie wolno mi skazać cię na spędzenie go ze mną. Sonia otarła łzy. – Czy ja mam też coś do powiedzenia? – spytała. – Chyba nie chcesz być kolejną osobą w moim życiu, która wie lepiej ode mnie, co jest dla mnie dobre? Wierz mi, że jest ich już dość, a ty… – Nie mam takiego zamiaru, ja po prostu nie… Sonia położyła palec na ustach Łukasza.

– Teraz mówię ja. Kiedy wczoraj jechałam do ciebie, miałam tylko jeden cel. Powiedzieć ci, co czuję. Nie miałam żadnego planu, nie zastanawiałam się nad tym, co będzie pózniej. W najśmielszych marzeniach nie wyobrażałam sobie, że będziesz odwzajemniał moje uczucia. Miałam nadzieję, próbowałam czytać znaki, każde dotknięcie, każde słowo, które do mnie wypowiedziałeś, chciałam interpretować na swoją korzyść. Dobrą interpretację goniła zła, i tak w kółko. Targały mną wątpliwości, czy mogę to zrobić, ale w końcu stwierdziłam, że… wszystko albo nic. Ktoś mi niedawno powiedział, że powinnam gonić za szczęściem, bo o to w życiu chodzi. Łukasz chciał coś powiedzieć, ale Sonia pokręciła głową, aby dał jej skończyć. – To była najlepsza rada, jaką w życiu dostałam. W każdym razie nie myślałam, co będzie potem. Chciałam wykrzyczeć moją miłość. A rano się przestraszyłam. „Co dalej” stało się czymś realnym. Wiedziałam, co do siebie czujemy, ale wszystko jest tak bardzo skomplikowane. Sonia zamknęła na chwilę oczy i odetchnęła głęboko kilka razy. – Jeśli teraz wyjdziesz stąd, ponieważ tam czeka na ciebie żona i chcesz ratować wasz związek, to tak zrób. Więcej mnie nie zobaczysz. Ale jeśli tak jak mówiłeś, nie ma czego ratować, to chcę, abyś został. Ja nie potrzebuję czasu do namysłu. Wiem, że to jest duży krok, największy, jaki w życiu zrobiłam, ale jestem na niego gotowa. Od bardzo dawna jestem gotowa. To nieprawda, że cię nie znam, doskonale wiem, jakim jesteś człowiekiem. Jesteś kimś, kogo chcę mieć zawsze obok siebie. Jesteś kimś, kto zawsze przy mnie będzie. Jesteś kimś, kto mnie złapie, kiedy będę upadać. Twoja ręka

będzie zawsze w pobliżu. My będziemy na zawsze. Takim jesteś człowiekiem. Od pierwszego dotknięcia twojej ręki na koncercie, od twojego pierwszego chroniącego mnie objęcia wiedziałam. Ten dotyk uzmysłowił mi jedną rzecz. – Sonia zawahała się na moment, szukając właściwych słów. – Powiedział mi, że tak właśnie chcę być kochana, tak delikatnie i tak pewnie zarazem, tak ostrożnie i tak mocno jednocześnie. Nie potrafię opisać, jak się wtedy czułam i jak się czuję teraz. Wiem tylko, że mogę zamknąć oczy i polecieć, a ty tam będziesz, zawsze. Kocham cię, jesteś wszystkim. Łukasz popatrzył smutno na dziewczynę o czarnych włosach. – Decyzja należy do ciebie – powiedziała przez zaciśnięte gardło.

WARSZAWA, 28 KWIETNIA 2018 R.

Mind and soul we are the same A hand on your heart, you know I am there You are my lighthouse in the dark I can see you from a thousand miles

When I look at you I see me We will always be part of history When I look at you I see me Forever I will always be In Flames, Here until forever

Sonia popatrzyła na leżące przed nią kwiaty. Kilkanaście małych wiązanek do ułożenia na weselnych stołach. To była ostatnia część zamówienia. Dochodziła dwunasta i lada chwila miała się po nie zjawić świadkowa. Trochę na ostatnią chwilę, ale panna młoda wyraznie zaznaczyła, że kwiaty na stołach

mają być świeże. Sala i altanka, w której młodzi mieli wziąć ślub, zostały udekorowane poprzedniego wieczoru. Na szczęście pogoda dopisywała. Zapowiadał się kolejny ciepły wiosenny dzień, a jeśli wziąć pod uwagę tylko temperaturę, to nawet letni. Dobrze, że ślub zaplanowano przed weekendem majowym, bo wtedy zawsze istniała ogromna szansa, że pogoda się zepsuje. Ot, przewrotność losu. Jak w poprzednich latach. A jak było rok temu? Pojechała wtedy do domu i spotkała tam jego. Był z żoną w odwiedzinach u jej rodziców. Pierwszy raz wspomniała o nowym pomyśle na życie. Nie wchodziła w szczegóły, ale napomknęła o tym, że chciałaby robić coś innego niż dotąd. On zaproponował, że jeśli będzie chciała, to zawsze chętnie z nią porozmawia, i wymienili się numerami. Zawsze. Jak inne znaczenie miało dzisiaj to słowo. Co myślała wtedy, gdy ono padło? Czy w ogóle się nad nim zastanawiała? Czy zwróciła na nie uwagę? „Ostatnia szansa na wygranie dwóch biletów na koncert heavymetalowych gigantów! Dzisiaj w Tauron Arenie w Krakowie gra Metallica. Wyślijcie SMS i odpowiedzcie na łatwe pytanie…” – głos spikera rockowej rozgłośni radiowej przerwał jej rozmyślania. Metallica, Kraków. Czuła ekscytację na myśl o tym koncercie, odkąd ponad rok temu zaczęli sprzedawać bilety. Wiedziała, że to dla niego najważniejszy zespół i że z pewnością nie opuści koncertu. I mimo że niespecjalnie znała twórczość zespołu, postanowiła kupić bilet. Nie było to łatwe, bo pierwsza pula rozeszła się od razu, a na dodatek bilety były imienne, co nie ułatwiało zakupu z drugiej ręki. Ale czekała cierpliwie, obserwowała i kiedy tylko dorzucili

kolejną transzę, ona była gotowa. Kupiła bilet. Niespodzianka była gotowa. Niespodzianka, westchnęła w duchu. Ile się zmieniło od tamtego czasu. Dzwonek przy drzwiach wejściowych przywrócił ją do rzeczywistości. Nareszcie, pomyślała. Zabiorą te kwiaty. Podniosła wzrok na człowieka, który przekroczył próg kwiaciarni. – Dzień dobry – powiedział mężczyzna. – Nie jestem tego taka pewna – odpowiedziała chłodno. Chciała zapytać, co go tu sprowadza, ale to z pewnością ułatwiłoby mu rozpoczęcie rozmowy. A tak patrzyła, jak stoi niepewnie i zastanawia się, co powiedzieć. – Mama martwi się o ciebie. Słaby ten strzał; gdyby to jeszcze była prawda. Postanowiła zignorować tę informację. Skierowała uwagę na blat, gdzie leżała część wiązanek, i zaczęła je przesuwać, udając, że jest czymś zajęta. – Co u ciebie? Dawno nie było cię w domu. Ojciec podszedł do lady. – Dużo pracy, a kiedy mam już wolne, to chcę się zrelaksować i wyciszyć, a u was jest to raczej niemożliwe. – Nie odbierasz telefonów. Jak mamy wszystko naprawić, skoro nie chcesz z nami rozmawiać? Przecież powiedzieliśmy ci prawdę i przeprosiliśmy cię. Sonia popatrzyła uważnie na ojca. Czy naprawdę tak to pamiętał, czy tylko udawał głupka? Trudno było stwierdzić. Na pewno był skruszony, tak samo jak tamtego feralnego dnia,

kiedy wszystko wyszło na jaw. Ale czy to coś zmieniało? Zdradził ją, oboje z matką to zrobili, tylko że po niej mogła się tego spodziewać, ale po nim? Pewnie dlatego tak bardzo bolało. Pewnie dlatego, mimo czasu, który upłynął, nie była w stanie mu wybaczyć. – Powiedzieliście prawdę? Gdyby mama się nie wygadała, nigdy bym się nie dowiedziała. Na szczęście była tak bardzo przekonana o swojej genialności i o tym, jaką przysługę mi zrobiliście, że postanowiła mnie oświecić. I jeszcze sądziła, że jestem szczęśliwa i wdzięczna, bo oto cudownie naprawiła moje życie i pozbyła się jedynego mężczyzny, którego pokochałam. Którego kocham – przecięło jak błyskawica jej myśli. – I ty – popatrzyła z bólem na tatę – zawiodłeś mnie. Jak mogłeś to zrobić? Jak mogłeś wtrącać się w moje życie, nawet ze mną nie rozmawiając? Wiem, że to robota matki, ale cię nie tłumaczy. – Wiem. To moja wina i nic mnie nie usprawiedliwia. Zrobię wszystko, aby to naprawić. – Zrobiliście dość.

***

Łukasz wszedł do restauracji i rozejrzał się. Kobieta siedząca przy stoliku pod oknem pomachała do niego. Moja była… – pomyślał. No właśnie, kto? Małżeństwem nigdy nie zostali, ale łączył ich syn, i niezależnie od tego, czy Łukasz był gotów przyznać to sam przed sobą, Ola była najważniejszą

kobietą w jego życiu. Przynajmniej do niedawna. Podszedł do niej, pochylił się i pocałował ją w policzek, a następnie usiadł naprzeciwko. – Cześć – uśmiechnęła się. – Cześć – odpowiedział. – Pięknie wyglądasz. – O, dziękuję ci bardzo! – Chyba nie jesteś zaskoczona? Pewne rzeczy są niezmienne, a w twoim przypadku właściwie jest coraz lepiej – dodał. – Jasne, jasne. Ale nie będę cię powstrzymywać, mów mi tak jeszcze! – roześmiała się. – Kiedy my się widzieliśmy? Już zapomniałeś, jak wyglądam. – No parę miesięcy zeszło – przyznał. – Chyba rok. – Aż tyle? To tym bardziej mam porównanie. – Nie zamierzam się spierać. A co tam masz? – Ola wskazała na jego torbę. Łukasz rozpiął torbę i wyjął z niej paczuszkę z kilkoma płytami CD. Ola zajrzała do środka. – Wiesz, że w Londynie też mają płyty, a poza tym słuchają wszystkiego z mp3? – Wiem, ale te będzie miał od ojca. To dla mnie przyjemność, że mogę mu je kupić zamiast napisać, żeby kupił sobie sam, a ja mu zrobię przelew. Poza tym płyta to płyta, książka to książka, a nie jakiś tam plik. Jestem oldschoolowy i tyle – uśmiechnął się. – Na pewno się ucieszy. A myślisz, że takich nie ma?

– Raczej by mi powiedział. Mówi mi o każdej nowej płycie czy książce, które kupuje, więc jeśli od przedwczoraj nie dokonał jakichś spektakularnych zakupów, jesteśmy bezpieczni. Najwyżej przywieziesz mi je z powrotem. Zamówili kawę i po chwili kelner przyniósł im dwie parujące filiżanki. – Wspominałeś, że jedziesz do Krakowa. Metallica? Kiwnął głową. – ?adnego nie przepuścisz! – roześmiała się. – Jak mógłbym? – Koncert… – Ola westchnęła. – Ostatni raz byłam na… Jezu, nie pamiętam. – Jeśli nie byłaś na czymś beze mnie, to byłby Pearl Jam, „Torwar”, pierwszego listopada dziewięćdziesiątego szóstego. – Pamiętasz?! – Wszystko, jak słoń. Jak padało, jak staliśmy w kolejce do wejścia i jak szalałaś pod sceną. To było coś. – To na pewno byłam ja? – uśmiechnęła się. – Z nikim bym cię nie pomylił. – Byliśmy tacy… – Ola zawahała się. – Byliśmy – przytaknął Łukasz i szybko dodał: – A swoją drogą, mogłaś się wybrać kiedyś ze mną i z Michałem. – Wiem, nawet o tym myślałam, zwłaszcza że Michał mnie namawiał przed każdym waszym wyjściem, ale… Wydawało się to trochę nie na miejscu. – No fakt. Nie wiem, jak twój Jacek, ale myślę, że Agata nie przyjęłaby tego najlepiej.

– Nawet po tylu latach? – Nawet. Zresztą… nieważne. – A jak wasze stosunki? Co u niej? – Chyba dobrze. Nasze relacje są raczej chłodne, w zasadzie nie istnieją. Od wyprowadzki praktycznie nie mamy ze sobą kontaktu. W zeszłym miesiącu dostałem do podpisania papiery rozwodowe. Przekazała je przez prawnika. – To szybko. Myślałam, że to nie jest takie proste, że będą jakieś rozprawy, mediacje. – Też tak myślałem, ale to jest chyba kwestia decyzji i pieniędzy. Rozwód był oczywistością, i z tego, co się dowiedziałem, Agata poszła do prawnika i powiedziała, że ma wszystko załatwić i koniec. – Cała Agata. – Ola uśmiechnęła się. – To prawda. Jeśli coś trzeba było załatwić, choćby nie wiem jak niemożliwego, wystarczyło ją posłać. A ona szła i to załatwiała. – A co podaliście jako powód? Jeśli oczywiście mogę spytać. – Różnice nie do pogodzenia. Tak to się ładnie nazywa. A jeśli pytasz, co u niej prywatnie, to… – Jesteś na bieżąco? – Powiedzmy. Przez znajomych znajomych. – Czujesz się winny? – Tak. Przecież to, że nasze małżeństwo było, jakie było, to również moja wina, a to, jak się skończyło i że w ogóle, to już wyłącznie moja. Jasne, każde z nas mogło coś z tym zrobić wcześniej, ale mówienie o tym teraz niczego nie zmieni. Na

swój sposób każde z nas chciało je uratować. Tak czy siak, Agata spotyka się teraz z kolegą z pracy. – Łukasz uśmiechnął się. – Cieszy cię to? – Pewnie. Odejmuje mi trochę ciężaru, a ponadto ten facet to jeden z nielicznych gości w jej firmie, których w pewien sposób szanuję. Z tego, co się dowiedziałem, moja była żona podobała mu się od bardzo dawna. Ola popatrzyła na Łukasza uważnie. Chciała wyczytać z jego twarzy cokolwiek. Czy był szczęśliwy? Czy rozwód z Agatą był dobrą decyzją i co się właściwie między nimi stało? Rzadko ze sobą rozmawiali, chociaż właściwsze byłoby określenie „nigdy”. Ola chciała, aby był szczęśliwy. Kiedy ona sama widziała go takim? Po narodzinach Michała. Pózniej też byli szczęśliwi, aż przestali być. Przestali się widywać, wpadli w cykl: szkoła, praca, szkoła, praca… i tak na zmianę, zawsze któregoś z nich nie było. W końcu się poddali, bez walki. Ona poddała się, kiedy poznała Jacka, a Łukasz poddał się, pozwalając jej odejść. Ola pragnęła dla Łukasza jak najlepiej: kiedy poznał Agatę, chciała, by okazała się tą właściwą, a teraz miała nadzieję, że jej dawny ukochany odnajdzie szczęście. – Czy będzie nie na miejscu, jeśli spytam, dlaczego uważasz, że koniec waszego małżeństwa to wyłącznie twoja wina? Łukasz uśmiechnął się słabo. Mogłoby wydawać się, że czas się Oli nie imał. Ten sam uśmiech, te same dołki w policzkach, wszystko było na miejscu, a jednocześnie nie było. Ich historia zakończyła się bardzo dawno temu i łączył ich tylko syn. Woda spod tego mostu już dawno była w oceanie. Nie, nie mógł powiedzieć. To było tylko jego.

– Po prostu nasz czas się skończył i ktoś to musiał przerwać. Dla naszego wspólnego dobra. – I tak jest lepiej? – Mam nadzieję, że Agacie jest lepiej, a ja nie narzekam. – I żeby zakończyć temat, spojrzał na zegarek i dodał szybko: – Zaraz będę się zbierał, do Krakowa też parę godzin się jedzie. Ola przytaknęła ze zrozumieniem. – Powiedz mi tylko, jak rozmowa z Michałem? Jak na to wszystko zareagował? W końcu Agata była dla niego bardzo ważna… Nigdy nie powiedział na nią złego słowa, wręcz przeciwnie. Czasami byłam nawet zazdrosna. – Nadzwyczaj dobrze. Bardzo się bałem tej rozmowy. Ale szczegóły zostawię dla siebie. Jutro zresztą będziesz miała okazję sama go spytać, ja nie mam nic przeciwko. Powiedział mi: „Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwy”. Okazuje się, że dzieci mają niesamowitą zdolność obserwacji. Ola uśmiechnęła się. – A ja nawet nie spytałem, co u ciebie! Jak tam w królestwie państwa doktorstwa? – Dobrze, po staremu. Jacek każdego dnia stara się mnie czymś zaskakiwać. – Wow, imponujące. – Tak szczerze, to czasami jest to trochę męczące, ale Jacek jest taki kochany. Miałam w życiu szczęście do mężczyzn. – Z tym dyskutował nie będę. – Łukasz uśmiechnął się. – On chyba nigdy się nie pozbył kompleksu wobec ciebie. – Mnie?! – Łukasz był szczerze zdziwiony. – Pan doktor, uznany w środowisku i z sukcesami na arenie krajowej i nie

tylko? Chyba nie miał powodów. – Zawsze czuł twój cień. – Kiedyś bardzo go nienawidziłem, więc okej. Mógł. – To nie była jego wina. – Ciebie nie potrafiłem nienawidzić, a on był logicznym celem. Zresztą nieważne – uśmiechnął się. – Będę się zbierał. Łukasz wstał, wyjął z portfela pieniądze i położył na stoliku. – Ja zapłacę – zaoponowała Ola. – Aż takim feministą nie jestem – roześmiał się. Zawahał się. – Agata też tak miała – powiedział, a gdy Ola spojrzała na niego pytająco, wyjaśnił: – Z tym cieniem. Szkoda tylko, że powiedziała o tym dopiero, kiedy się rozstawaliśmy. Uśmiechnął się smutno. – Przepraszam. Przepraszam cię – powiedziała Ola. – Nigdy tego nie zrobiłam. Chyba nie miałam odwagi. Wiem, nie świadczy to o mnie najlepiej. – Nie mam ci czego wybaczać. Jeśli już, to najwyżej sobie, że pozwoliłem ci się oddalić. Łukasz pochylił się nad Olą i przytulił ją do siebie. – Metallica, tak? – spytała, kiedy się wyprostował. – Trzynasty sierpnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego. Widzisz? Ja też coś pamiętam. – Piękne czasy. Trzymaj się. – Ty też. Łukasz odwrócił się i wyszedł na ulicę. To była przeszłość. Patrzenie wstecz nie miało sensu. ?ycie czekało tu i teraz.

METALLICA, „TAURON ARENA”, 28 KWIETNIA 2018 R.

Never opened myself this way Life is ours, we live it our way All these words I don’t just say And nothing else matters Metallica, Nothing else matters

Popołudniowe słońce grzało przyjemnie. Przed „Tauron Areną”, przy pierwszej bramce ustawionej w sporej odległości od obiektu, kłębił się tłum fanów, a zewsząd napływali kolejni. Większość ubrana w koszulki uwielbianego zespołu z różnymi wzorami: od okładek poszczególnych płyt po najprostsze logotypy. Zapewne znalazłyby się tu wszystkie rodzaje koszulek, jakie dotąd wyprodukowano. Od pierwszej Kill’em all do ostatniej Hardwired to self-destruct, którą ta trasa promowała. A była to długa trasa; album ukazał się około półtora roku wcześniej, a już krążyły pogłoski, że w przyszłym roku Metallica wróci do Europy, tym razem na objazd stadionów. Ze sprzedażą biletów z pewnością nie będą mieli

problemów. Na koncert w „Arenie” rozeszły się w kilka godzin, a zakup to była czysta ekwilibrystyka, bo już po kilkunastu minutach od startu system pokazywał, że bilety się skończyły. Serwery nie wytrzymały czy po prostu kolejne transze dodawano co jakiś czas? Po kilku miesiącach dorzucono jeszcze trochę biletów, ale to już były resztki. W powietrzu czuć było atmosferę ekscytacji i oczekiwania. Cztery lata przerwy. Cztery lata „Metallica family”, jak nazywał fanów lider zespołu, James Hetfield, musiała czekać na przyjazd swoich muzycznych idoli. Ostatni raz spotkali się na Stadionie Narodowym w Warszawie w dwa tysiące czternastym. Cztery lata. Szmat czasu. Wtedy był na koncercie z Michałem. Ostatni koncert liderów Wielkiej Czwórki thrash metalu, na którym byli we dwóch. Kiedy ponad rok temu ogłosili nową trasę, Łukasz pomyślał, że teraz też wybiorą się razem. Jego syn stwierdził jednak, że nie jest w stanie przewidzieć, co będzie za ponad rok, a Metallica w pazdzierniku grała dwa koncerty w Londynie i ostatecznie sam się wybrał na jeden z nich. Łukasz wrócił myślami do jesiennego miesiąca poprzedniego roku. Nawet gdyby jakimś cudem miał bilet, Londyn był ostatnim miejscem, o którym wtedy myślał. Wtedy był czas decyzji. Wtedy był czas definiowania swojego życia na nowo. Wtedy Łukasz dostał od losu prawdopodobnie ostatnią szansę. To był czas, kiedy mógł przyjąć to, co los podał mu na tacy. Przyjąć, objąć, zanurzyć się w tym i nigdy nie puścić. Mógł się też wycofać jak tchórz w imię wyższego, przynajmniej w swoim mniemaniu, dobra. Tylko czy to było rzeczywiście „dobro”, czy zwykły strach przed prawdziwym życiem, przed czuciem pełną piersią czegoś, o czym marzy każdy człowiek?

A on dostał to w prezencie. Najlepszą rzecz, jaką można sobie wyobrazić. I podjął decyzję. I teraz był tutaj, w miejscu, które kochał, kilka metrów od sceny, czekając na zanurzenie się w dzwiękach. Rozejrzał się dookoła. Zobaczył pary, grupy kolegów, koleżanek, rodziców z dziećmi. Zespół trzymał się świetnie, więc nic dziwnego, że łączył pokolenia. „Metallica family”, pomyślał. Nikt nie powinien przeżywać tego misterium sam. Aż za dobrze znał to uczucie, nienawidził go, tak jak wielu rzeczy w swoim życiu. Nawet się do nich przyzwyczaił. I nagle wszystko się zmieniło, poczuł, że żyje. I mógł to zatrzymać, mógł to mieć. Wystarczyło zrobić krok. W przód. Nie w tył. W przód.

***

Sonia stanęła w lekkim rozkroku. Scisk był coraz większy. Niby nikt się nie ruszał ze swojego miejsca, a jednak z każdą chwilę robiło się ciaśniej. „Pilnujemy naszego miejsca i nie dajemy się przesunąć”. W głowie zakołatały jej słowa Łukasza, wypowiedziane w klubie „Proxima” przed jej pierwszym koncertem metalowym. Tuż przed występem każdy starał się zająć jak najlepsze miejsce, nawet kosztem innych uczestników zabawy, którzy byli dość nieuważni, aby zwolnić obok siebie kawałek przestrzeni. Na to miejsce natychmiast znajdował się chętny. Popatrzyła po sobie. Stała w tłumie, który jeszcze ponad rok temu napawałby ją strachem. Jak wiele zmieniło się w tym czasie? Jak ona się zmieniła? Jak on ją zmienił?

Wtedy była po toksycznym związku i mimo że sama się z niego wyrwała, wciąż miała mnóstwo wątpliwości, czy postąpiła dobrze. Może to z nią samą było coś nie tak? Praca przynosiła jej jedynie frustrację i złość. Nic nie było takie, jak powinno, takie, jak miało być. Stała na rozstajach, mogła wybrać jedną z dwóch dróg. Kontynuować to, co rozpoczęła, decydując się na studia prawnicze. Mogła również wyruszyć w nieznane, rzucić się na głęboką wodę, robić to, w czym wydawało jej się, że jest dobra. Jedyne, czego potrzebowała, to delikatny impuls, który popchnąłby ją we właściwą stronę. I to dostała. To i wiele więcej. Oczywiście on twierdził, że decyzja była jej i tylko jej. ?e to ona sama doszła do tego punktu, w którym znajdowała się dzisiaj. Ale gdyby nie on, to czy zdecydowałaby się na ten krok? Może tak, może nie. Może i decyzje należą do nas samych, ale warunki, w jakich je podejmujemy, mają ogromny wpływ na to, co zrobimy. Kiedyś decyzje podejmowano za nią. Teraz robiła to sama, a wsparcia, które otrzymywała, nie mogła nie doceniać. Wsparcie – słowo klucz. Brakowało jej go. Oczywiście zawsze mogła liczyć na pomoc rodziców, ale tylko gdy realizowała ich wizję jej życia. Wtedy wszystko było dobrze. Schody się zaczęły, kiedy chciała spełnić swoje marzenia. Wszystkie marzenia. Nie tylko te o pracy, lecz także te o miłości. Miłość, pomyślała, to wszystko, co jest. Obecność, wsparcie, poczucie bezpieczeństwa czy przyjazń – to już są wypadkowe tej pierwszej. Ona to wszystko znalazła. Ona dostała to wszystko. I zrobiła wszystko dla tej miłości. Wszystko, co mogła. Wszystko, co było w jej zasięgu. Kiedy już była pewna swoich uczuć, postawiła wszystko na jedną kartę. Wyznała, co

czuje, wbrew uwarunkowaniom, wbrew zdrowemu rozsądkowi, nie do końca wiedząc, czy postępuje właściwie. Wiedziała jedno. Wiedziała, że kocha i nie ma zamiaru tego dłużej kryć. Osoba, którą tą miłością obdarzyła, powiedziała jej, że powinniśmy spełniać marzenia bez względu na wszystko. Stanęła więc przed nim w pewien pazdziernikowy wieczór i wtedy sen się ziścił. Szczęście, jakiego w tamtej chwili doznała, nie dało się porównać z niczym, czego doświadczyła kiedykolwiek wcześniej. Kochała i była kochana. Liczyła się tylko tamta chwila. Jak nigdy wcześniej, rozumiała znaczenie słów „tu i teraz”. Jakby jej życie zaczęło się właśnie w tamtej chwili. A może właśnie w tamtej chwili znalazła jego sens. Mogła dawać i brać jednocześnie. Byli razem, dla siebie, i tylko to się wtedy liczyło. Pierwszy sen trwał dobę. Wiedziała, że nie będzie łatwo ani prosto, ale najtrudniejsza walka była dopiero przed nią. Walka tam, gdzie nie powinno jej być, walka w nich samych. Stała przed swoją bratnią duszą, przed miłością życia i czuła, jak ta powoli się oddala, jak lada chwila zniknie i nie będzie powrotu. A ona zostanie sama z pękniętym sercem. Na samo wspomnienie tamtych chwil dostawała dreszczy. Całe jej życie i jedna chwila. Całe życie.

***

Swiatła zgasły, z widowni podniósł się szum. Po dłuższej chwili zabrzmiały dzwięki The Ecstasy of Gold, kompozycji

Ennio Morricone z filmu Dobry, zły i brzydki. Metallica od dekad wykorzystywała ten kawałek na otwarcie koncertu. Fragmenty filmu wyświetlały się na wielkim ekranie. Łukasz stał i słuchał. Nic nie miało sensu bez niej. Przez całe życie dokądś dryfował, świadomie lub nie zmierzał do tamtej chwili przed klubem „Stodoła”, gdzie ich drogi tak naprawdę przecięły się pierwszy raz. Jego życie było tam, gdzie była ona. Reszta była pustką. ?ycie bez miłości nie miało sensu, a on ją miał tak blisko, na wyciągnięcie ręki.

***

Preludium miało się ku końcowi. Za chwilę Metallica rozpocznie koncert najszybszym utworem z ostatniej płyty. Za chwilę będzie potrzebować jego rąk jak nigdy wcześniej. Nie bała się tego, co miało nastąpić. Bez niego to po prostu nie miało sensu. Nic go nie miało. Kiedy stał wtedy w drzwiach, gotowy, by wyjść w imię jakiegoś wyimaginowanego dobra, czuła, że jej świat się kończy. Wiedziała, że kiedy on zamknie za sobą drzwi, nie zostanie już nic, a jej serce zniknie razem z nim. Nie mogła do tego dopuścić. Miłość przecież musiała zwyciężyć.

***

Perkusja już grała; coraz szybciej, coraz głośniej. – Jesteś? – wyszeptała, wiedząc, że w tym hałasie nie może jej usłyszeć. – Jestem – odpowiedział bezgłośnie. – Zawsze. – Zawsze tam, gdzie ty.

SPIS TRESCI

Okładka Karta tytułowa

SKUNK ANANSIE, „STODOŁA”, 21 LUTEGO 2017 R. HEY, „PALLADIUM”, 10 MARCA 2017 R. LOGAN, KINO, 6 KWIETNIA 2017 R. WEEKEND MAJOWY, DOM, 30 KWIETNIA 2017 R. GALERIA HANDLOWA, 14 CZERWCA 2017 R. ASKING ALEXANDRIA, „PROXIMA”, 6 LIPCA 2017 R. HOTEL, MORZE SRÓDZIEMNE, 20 LIPCA 2017 R. WARSZAWA, 20 LIPCA 2017 R. ARCHITECTS, „PROGRESJA”, 10 SIERPNIA 2017 R. TEATR, WARSZAWA, 2 WRZESNIA 2017 R. URODZINY MONIKI, 7 PAZDZIERNIKA 2017 R. TO WŁASNIE MIŁOSŠ, 19-20 PAZDZIERNIKA 2017 R. 20 PAZDZIERNIKA 2017 R.

WSZYSTKO ALBO NIC, 20 PAZDZIERNIKA 2017 R. WARSZAWA, 28 KWIETNIA 2018 R. METALLICA, „TAURON ARENA”, 28 KWIETNIA 2018 R.

Reklama Karta redakcyjna

Copyright © by Tomasz Kieres, 2019 Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone

żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych. Wydanie I, Poznań 2020 Zdjęcie na okładce: © OJO_Images/Getty Images

Redakcja: Malwina Błażejczak Korekta: Joanna Pawłowska Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: „DARKHART” Dariusz Nowacki [email protected]

eISBN: 978-83-8195-114-2

Wydawnictwo FILIA ul. Kleeberga 2 61-615 Poznań wydawnictwofilia.pl [email protected]

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Kieres Tomasz - Miłość to wszystko co jest

Related documents

313 Pages • 65,146 Words • PDF • 2.2 MB

313 Pages • 65,146 Words • PDF • 2.2 MB

237 Pages • 52,115 Words • PDF • 873.9 KB

26 Pages • 1,523 Words • PDF • 818.8 KB

1 Pages • 711 Words • PDF • 102.7 KB

566 Pages • 99,727 Words • PDF • 1.9 MB

43 Pages • 14,978 Words • PDF • 617.3 KB

791 Pages • 159,994 Words • PDF • 7 MB

791 Pages • 159,994 Words • PDF • 7 MB

213 Pages • 47,974 Words • PDF • 1.4 MB

213 Pages • 47,974 Words • PDF • 1.4 MB