Michał Zabłocki - To nie jest raj. Szkice o współczesnych Czechach.pdf

93 Pages • 24,486 Words • PDF • 876.6 KB
Uploaded at 2021-09-24 08:09

This document was submitted by our user and they confirm that they have the consent to share it. Assuming that you are writer or own the copyright of this document, report to us by using this DMCA report button.


Michał Zabłocki TO NIE JEST RAJ Szkice o współczesnych Czechach

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli. Autor oraz Wydawnictwo HELION dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne. Nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności ani za ich wykorzystanie, ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich. Autor oraz Wydawnictwo HELION nie ponoszą również żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce. Redaktor prowadzący: Barbara Lepionka Korekta: Marta Banaś Projekt okładki: Maciej Grzegorek Opracowanie kartograficzne: Magdalena Kroczak Wydawnictwo HELION ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice tel. 32 231 22 19, 32 230 98 63 e-mail: [email protected] WWW: http://editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek) Drogi Czytelniku! Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres http://editio.pl/user/opinie/tonier_ebook Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję. ISBN: 978-83-283-6306-9 Copyright © Helion 2019 Poleć książkę Kup w wersji papierowej Oceń książkę Księgarnia internetowa

Lubię to! » nasza społeczność

Przedmowa Michała poznałem w 2008 roku w Mińsku na Białorusi. Jeśli wziąć pod uwagę liczbę kilometrów, to było to mniej więcej w połowie drogi między Moskwą a Pragą. Obydwaj mieliśmy w sercach legendę o Lechu, Czechu i Rusie, a także ambicje, abyśmy my, potomkowie Lecha, lepiej poznali naszych słowiańskich przyjaciół. Michała zajmowała zachodnia Słowiańszczyzna, mnie ciągnęło na Wschód. Wtedy, w Mińsku — między Moskwą a Pragą — mieliśmy okazję wspólnie obserwować białoruskie wybory parlamentarne, pisać nasze relacje, siedząc przy jednym stole w wynajmowanym przeze mnie mieszkaniu, a po pracy do świtu dyskutować o naszych braciach Słowianach. Od roku mieszkałem na Białorusi i przygotowywałem codzienne relacje dla Informacyjnej Agencji Radiowej Polskiego Radia. Byłem wtedy jedynym stałym korespondentem z Zachodu, nie ukrywałem więc radości, gdy dowiedziałem się, że wkrótce dołączy do mnie Michał. Miał reaktywować placówkę Polskiej Agencji Prasowej. Jego plan nie wypalił, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, wkrótce bowiem okazało się, że wyjechał do Pragi i znalazł tam nową inspirację do pracy. Widywaliśmy się sporadycznie w różnych częściach Europy. I choć zwykle byliśmy zabiegani, niewyspani, to jednak zawsze znajdowaliśmy czas na krótką pogawędkę. Michała znam jako urodzonego reportera, który rozumie trudy naszego fachu i z uśmiechem znosi ironiczne komentarze innych dziennikarzy: „Idziemy na imprezę, a ty skończ depeszę, żebyśmy rano mogli przeczytać twój tekst”. Michał zdawał sobie sprawę, że dzięki jego skrupulatności czytelnicy będą wiedzieli, co się naprawdę wydarzyło, a koleżanki i koledzy lepiej się przygotują do kolejnego dnia pracy. Jako korespondent IAR dobrze rozumiałem Michała i ten jego uśmiech wyrażający cierpliwość z nutą wyrozumiałości. Później dowiedziałem się też, że Michał w swojej pracy zawsze pamiętał o motcie, które wypisano na tablicy pamiątkowej w siedzibie PAP w Warszawie, poświęconej Ryszardowi Kapuścińskiemu. To kilka słów, które są hołdem dla reporterów

agencyjnych: „Praca dziennikarza agencyjnego to czyste niewolnictwo. Żaden inny dziennikarz z prasy, telewizji nie wie, co to za męka pisać do agencji”. Gdy kiedyś wspomniałem o tym, Michał skomentował krótko, że rzeczywiście trudno znaleźć słowa lepiej oddające charakter tej roboty. Wyjazd Michała do Czech mocno ograniczył nasze osobiste kontakty, ale w dobie internetu mogłem na bieżąco śledzić zawodowe poczynania przyjaciela. W naszej prywatnej korespondencji zwracałem uwagę na ciekawe spostrzeżenia, które kłóciły się z moimi wyobrażeniami o tym kraju. Każdemu bowiem wydaje się, że Czechy zna, postrzega je jako krainę swojską, prostą, idylliczną; tymczasem wiele opisywanych przez Michała sytuacji przedstawiało coś, co nie się mieściło w tym obrazie, nabierało dramatycznych, a nawet przerażających kształtów. Dzięki relacjom Michała poznawaliśmy inne Czechy, czasami tak niewiarygodne, że trudno było uwierzyć, że choć żyjemy obok siebie w świecie bez granic, to tak mało wiemy o naszych południowych sąsiadach. Michał chce, bym czuł się ojcem chrzestnym tej książki, ponieważ namówiłem go do przelania wszystkich myśli — uczesanych i nieuczesanych — na papier oraz skontaktowałem go z wydawnictwem. Michale! Czuję się zaszczycony, ale wyznam szczerze, że moje namowy wynikały po części z zawodowego egoizmu, bo teraz, gdy dostanę Twoją książkę do ręki, będę mógł się dowiedzieć o Czechach i ich kraju więcej niż z internetowych tekstów oraz opowieści zasłyszanych przy piwie, a co najważniejsze, będę miał pewność, że poszerzę moją wiedzę, korzystając ze źródła sprawdzonego, wiarygodnego i darzonego przeze mnie przyjaźnią. Szanowni Państwo, dzięki Michałowi poznamy dramatyczną historię miasta Most, dowiemy się, dlaczego w Czechach tak wolno się buduje autostrady, i poznamy język, którym na co dzień mówią czescy politycy. Czechy odkryte przez Michała Zabłockiego są zatem inne niż znane nam w Polsce stereotypy: są bardziej mroczne, pogubione, zaniedbane, przepełnione słowiańskim smutkiem i chaosem, lecz jednocześnie bliższe nam w sprawach ludzkich, z czego dotychczas nie zdawaliśmy sobie sprawy. Maciej Jastrzębski

Wstęp Pretekstem do pisania dłuższego eseju o Czechach stała się opinia na temat tego kraju wyczytana po raz któryś z rzędu na forum jednego z polskich portali internetowych. Wyraził ją samozwańczy znawca naszych południowych sąsiadów, który mieszanką stereotypów i płytkich wniosków wyprowadził mnie z równowagi. Na szczęście dla mnie forum wymagało rejestracji, więc szybciej udało mi się otworzyć edytor tekstu i dostać do moich notatek niż przejść przez cały proces logowania na stronie internetowej. Człowiek ten, który — jak twierdził — co roku trzy miesiące spędza w Republice Czeskiej, pisał, że jest to kraj właściwie bezproblemowy, bardzo różniący się od Polski. Dla niego był to raj, w którym nie istniały spory polityczne, ludzie spokojnie po pracy chodzili na piwo, a on bezkrytycznie mógł podziwiać sielskie życie. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby opinia ta w Polsce była odosobniona, a nie powtarzana przez różnej maści ekspertów do spraw czeskich, powielana później przez dziennikarzy i publicystów, jak sformułowania o nieustannej sielance na południu. Zresztą nad Wisłą w dyskusji o Czechach dominują dwie postawy: protekcjonalna, wyrażana z perspektywy większego narodu, często oparta na nieznajomości historii, źródeł czeskich i masie stereotypów; oraz idealizująca, mówiąca właśnie o tej idylli, piciu piwa w pięknej Pradze, najlepiej w towarzystwie wyzwolonych Czeszek i Czechów, a wynikająca z nieznajomości realiów i języka. Wyjątki są. To przede wszystkim książka Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów Mariusza Surosza i Gottland Mariusza Szczygła. Obie książki, choć pozwalają poznać fakty mniej znane, bardziej zajmują się historią, mniej współczesnością. Szczygieł próbował też pisać o Czechach bardziej dzisiejszych, ale zabrakło mu dystansu i wpadł w pułapkę stereotypów. Tropem urzeczeń czeskim duchem i literaturą podążał po Pradze Aleksander Kaczorowski

w Praskim elementarzu. Surosz, który w Pradze mieszka i pracuje, z uporem godnym podziwu obala mity w swych artykułach oraz podczas autorskich spotkań z czytelnikami. Zainteresowanie Czechami w Polsce zmierza w złą stronę; jest bezwarunkowym i ślepym uwielbieniem albo krytyką totalną. Trudno ocenić, co o tym zadecydowało: czy bawiący Polaków język, bajkowy krajobraz, wychowanie na kreskówkach o Rumcajsie i kreciku, serial o Arabeli, piosenka o Jožinie z bažin, Jaroslav Hašek i jego Przygody dobrego wojaka Szwejka (a raczej nieudany przekład książki przez HulkęLaskowskiego), a przez to wszystko kojarzenie Czechów z tchórzostwem lub beztroską, idyllą, uwielbienie dla Gotta i Vondračkovej, zazdrość, że w czasach komunizmu Czechom żyło się lepiej, zawiść, że transformację lat 90. znieśli mniej boleśnie, mimo że właśnie dziś za to płacą o wiele więcej od nas. Polska czechofilia jest też potwornie powierzchowna, bazuje na weekendowych wypadach na piwo do Pragi i dla mnie nie różni się niczym od brytyjskich „stag parties” na rynku w Krakowie, Wrocławiu czy Warszawie. Ludzie, którzy w Czechach zatrzymali się na dłużej i znaleźli czas na refleksję, dostrzegają, że to wcale nie jest raj. Że życie w tym kraju jest równie banalne albo doskwiera równie mocno jak gdzie indziej. Owszem — jak pisał autor najpiękniejszej książki o czeskiej stolicy, włoski slawista Angelo Maria Ripellino — Praga jest magiczna. Inne miasta Czech i Moraw wyglądają jak z bajki. Ale za tą baśniową zasłoną kryje się mroczny świat likwidowanych kopalń zagłębia mosteckiego, konfliktów etnicznych „białych” z Romami z worka szluknowskiego i różnej maści prawicowych ekstremistów, bezrobocia, m.in. na czeskim Śląsku, sporów o działki pod budowę autostrad, wszechobecnej korupcji i łapówkarstwa — szczególnie na średnim szczeblu władz i administracji lokalnej, kłótnie i chamstwo polityków, brak poszanowania wartości, codzienna małostkowość, interesowność oraz obojętność na sprawy innych. W czeskich szpitalach, równie obskurnych jak polskie, włoskie czy rosyjskie, na co dzień spotyka się opryskliwe pielęgniarki, a o miejsce dla dziecka w przedszkolu walczy się jak o ostatnią szalupę na Titanicu.

Z drugiej strony, kto miał czas przyjrzeć się Czechom poważniej i głębiej, wie także, że Praga przez kilka wieków była stolicą Świętego Cesarstwa Rzymskiego, dwór Karola IV był jedną z kolebek europejskiego renesansu, w czeskiej stolicy bywał Francesco Petrarca, działał astronom Tycho Brahe, tworzył Mozart, w Brnie Gregor Mendel sformułował podstawy genetyki, na politechnice praskiej profesor Otto Wichterle wynalazł pierwsze w świecie soczewki kontaktowe, a zaprojektowana przez Ludwiga Miesa van der Rohe brneńska willa Tugendhatów jest jedną z ikon światowej architektury. To także czeskie armie zrewolucjonizowały pola bitwy średniowiecznej Europy, upowszechniając broń palną i artylerię. Czescy żołnierze, którzy przez Polskę uciekali na Zachód — tak jak największy as polskiego dywizjonu 303 Josef František — ramię w ramię z Polakami, wbrew temu, co się powszechnie powtarza, z oddaniem walczyli z Hitlerem. To przecież właśnie czechosłowaccy cichociemni przeprowadzili jedną z najbardziej spektakularnych akcji drugiej wojny światowej i zabili Reinharda Heydricha. Dwie wsie pod Pragą — Lidice oraz Ležáky — zapłaciły za to najwyższą cenę. Mało kto o tym wszystkim pamięta, pędząc do Chorwacji, Włoch, południowej Francji przez morawskie i czeskie wzgórza. Z auta lub pociągu widać tylko złote pola i zielone winnice, co rusz przecinane murami i wieżami miast oraz miasteczek.

O raju, zniszczeniach przemysłowych, bezrobociu, a  także o  wielkich eksperymentach społecznogospodarczych Nie ma czegoś takiego jak czeskie hygge. Jest tylko wyobrażenie o czeskiej doskonałości i sukcesach, oparte na nieznajomości czeskiej historii i rzeczywistości. Życie w Czechach jest nudne, monotonne i tak samo pozbawione atrakcji jak w Polsce czy innych krajach Europy. A raj, który tak wychwala w czeskim hymnie narodowym Josef Kajetán Tyl, to dziś — niestety — tylko puste słowa. Czeski hymn, napisany przez Tyla w 1834 roku, który brzmi niezwykle dostojnie i spokojnie, ma tytuł Kde domov můj („Gdzie ma ojczyzna”). Jeden z wersów tej XIX-wiecznej pieśni jednoznacznie stwierdza: „widać, że to raj na ziemi (…) ziemia czeska — ojczyzna ma”. Jednak ziemie korony czeskiej od średniowiecza zostały znacząco okrojone, a Czeski Raj to obecnie tylko niewielka kraina geograficzna położona na mapie Czech gdzieś na styku regionów środkowoczeskiego, libereckiego i hradeckiego. Częściej dziś, oprócz pełnego zamków i pałaców skrytych wśród labiryntów skał z piaskowca i gęstych lasów, w których — zgodnie z historią opowiedzianą w bajce przez Václava Čtvrtka mieszkał rozbójnik Rumcajs wraz z rodziną, swoją drogą przepięknego regionu — raj zobaczyć można, przynajmniej z nazwy, w centrach handlowych. Centrum handlowe „Nákupní ráj”, czyli „Raj zakupów”, odkryłem w Moście, na północnym zachodzie Czech. W październikową sobotę w tym otulonym smogiem i liczącym blisko siedemdziesiąt tysięcy mieszkańców mieście — a więc całkiem sporym jak na czeskie proporcje — nie dzieje się nic i smutna cisza, tak jak gdzie indziej na czeskiej

prowincji, zapada od godzin obiadu. Jedynej rozrywki mieszkańcom kiedyś górniczego, a dziś nijakiego miasta epoki postindustrialnej, wyglądającego jak skrzyżowanie polskiej Stalowej Woli ze słowackimi Michalovcami, z lekkim rysem radzieckiego Nowoworonieża — i chyba największej ofiary czeskiej rewolucji przemysłowej, dostarczają sklepy, wśród nich „Nákupní ráj”, gospody, lodowisko oraz Dom Kultury „Meduza”. Historia Mostu to mroczna opowieść o dumie i upadku. Miasto jeszcze w latach 60. XX wieku miało na swym terenie drugie największe po Pradze skupisko gotyckich budowli na obszarze Czech. Wąskie uliczki zdobiły skwery z fontannami i pomnikami, ryneczki zwieńczały strzeliste wieże kościołów, a place zamykały renesansowe kamienice. Zmiany następowały stopniowo od końca XVIII wieku, gdy na Pogórzu Rudawskim odnajdywano złoża węgla brunatnego, a prowizoryczne kopalnie odkrywkowe najpierw zajmowały coraz więcej malowniczych pól, a potem pomału wciskały się w zabudowę miasta, przez co pośród domów i miejskich murów wyrastały coraz wyższe kominy i zwieńczające kopalniane szyby konstrukcje. Pełen zieleni chmielu i złota jęczmienia sielski krajobraz zastąpiły ceglane mury budynków fabryk i stalowe kratownice. Już na przełomie XIX i XX wieku górnicy i robotnicy tworzyli trzon mieszkańców regionu. Była to też część kraju w większości zamieszkana przez Niemców, przez co w 1938 roku na mocy układu monachijskiego Most, już jako Brüx, stał się częścią hitlerowskich Niemiec. Liczbę nieszczęść, a potem wzlotów w kilkusetletnich dziejach miasta — podobnie jak w tysiącach innych miejsc całego Starego Kontynentu — trudno policzyć. W XV i XVI wieku w wielu kwartałach Mostu szalały pożary; gdy je wreszcie opanowano, odbudowę wsparł król Władysław II Jagiellończyk i dzięki niemu miasto odżyło oraz zyskało swój późnogotycki charakter. W czasie wojny trzydziestoletniej miejskie bramy i mury zdobyli Szwedzi — dokonali czynu, który dwieście lat wcześniej nie powiódł się husytom; okolica zapewne też nie uniknęła rabunków i zniszczeń, będących następstwem porażki Czechów pod Białą Górą. Z kolei w lipcu 1895 roku kurzawki, prawdopodobnie poruszone przez pracujących pod ziemią górników, najpierw wywołały w mieście ciemności, gasząc na ulicach wszystkie gazowe lampy, a następnie doprowadziły do zapadnięcia się

gruntu i w konsekwencji śmierci kilku osób, ruiny kilkudziesięciu kamienic i pozbawienia dachu nad głową ponad dwóch tysięcy ludzi. To wtedy dom pana Waschirowskiego, którego historia zapamiętała tylko i wyłącznie przez to zdarzenie, cały zapadł się w otchłań. I była to zdecydowanie najkrótsza historia znikania. Ponieważ był to region silnie uprzemysłowiony i pracujący na rzecz szaleństwa Hitlera, swój bolesny ślad na Moście odcisnęły też alianckie naloty z czasów drugiej wojny światowej. Lecz to najgorsze miało przyjść dopiero kilkanaście lat później. Most po wojnie powoli odbudowywał się ze zniszczeń wraz z całą Czechosłowacją. Choć większość maszyn trafiła w ślad za Armią Czerwoną do Związku Radzieckiego, a wielu inżynierów na mocy dekretów Benesza wygnano do Niemiec, pomału odtwarzało się także czechosłowackie górnictwo. Jednak nowa władza ludowa zdecydowała się odejść od wydobycia podziemnego i zarządziła pierwsze wielkie odkrywki. W ciągu niecałych dwudziestu lat zagłębie mosteckie, ciągnące się przez przeszło pięćdziesiąt kilometrów od Uścia nad Łabą (Ústí nad Labem), przez Cieplice (Teplice), Litvínov, Most i — dalej na zachód — aż po Chomutov, zmieniło się w księżycową pustynię, poprzecinaną kraterami odkrywkowych kopalni, z których wydobywały się dymy pracujących tam ciężkich maszyn i parowozów. W latach 60. wskutek decyzji o budowie ogromnych kombinatów odkrywkowych, obejmujących gigantyczne obszary całych złóż węgla brunatnego — bez względu na to, co znajdowało się nad nimi — nastąpiła jeszcze większa degradacja środowiska i niegdyś zielonej krainy. Wówczas podjęto decyzję o zburzeniu starego Mostu. Gdy oglądam filmy dokumentalne z zabytkowego miasta, skąd przymusowo wysiedlono tysiące ludzi, a potem niszczonego celowo i planowo kwartał po kwartale, oprócz krzyku rozpaczy w reakcji na dokonywane barbarzyństwo przed oczami stają mi tylko obrazy niszczonej przez Niemców po powstaniu z 1944 roku Warszawy. Właśnie tak w Moście wyglądały wysadzane domy, łamane gotyckie wieże, burzone kamienice, powalane mury. Przypominam sobie książki Kapuścińskiego oraz wszystkie rewolucje, które opisał, i smutny śmiech, jak w tragikomedii, wzbudza we mnie finał czechosłowackiego eksperymentu z gospodarką planowaną, zakończonego

kolejną klęską niszczycieli światów i zbawców ludzkości, za nic mających własnych obywateli, a za świętość — ideę, która kazała zrównać miasto z ziemią, a potem jeszcze wykopać głęboki dół — być może tylko po to, by znaleźć się bliżej piekła. Lecz nie wykluczam też, że szkody górnicze były w Moście już tak zaawansowane, że ludzie mieszkali na tykającej bombie zegarowej i w każdej chwili, jak kilkadziesiąt lat wcześniej pan Waschirowski, mogli się zapaść pod ziemię wraz z domami, w których żyli. W czasie trwającego od 1964 do 1989 roku niszczycielskiego obłędu kopalnie odkrywkowe zagłębia oprócz mosteckiego starego miasta całkowicie pochłonęły jeszcze około osiemdziesiąt wsi i częściowo zniszczyły kilkadziesiąt kolejnych. Ludzie z tych wszystkich miejsc trafili do stawianych od końca lat 50. bloków nowego Mostu oraz pozostałych miast regionu. Odkrywki w tym zdewastowanym miejscu wymusiły też przesunięcie biegu rzeki Bíliny, która dziś częściowo płynie pod ziemią rurami. Z niewielu zabytków pozostały w Moście zamek Hněvín — zrekonstruowana w XIX wieku romantyczna twierdza, nosząca nazwę wzgórza, na którym stoi, charakterystyczna dla dawnej monarchii habsburskiej, przeniesiona z dawnego rynku barokowa kolumna morowa, a także gotycki kościół Wniebowzięcia Matki Boskiej, który figuruje w Księdze Rekordów Guinnessa jako najcięższy w świecie obiekt przetransportowany na kołach. Na potrzeby przesunięcia budowli o 841 metrów w 1975 roku czechosłowackie władze wybudowały tor, po którym poruszały się 53 specjalne wagoniki wyposażone w poziomice. Koła wagoników toczyły się z prędkością 2,8 centymetra na minutę. Gdyby jechały szybciej, mogłyby tę budowlę zabić — i kościół podzieliłby los pozostałych zabytków Mostu, choć zniknąłby w bardziej wyrafinowany sposób. Jeden z pierwszych pomysłów władz przewidywał pozostawienie kościoła na dawnym miejscu — miał być on podtrzymywany przez wzmocnione filary. Uznano jednak, że jest to zbyt wymagające technicznie. A do tego głód surowca nie pozwalał na pozostawienie w ziemi choćby grudki węgla mogącej się znajdować pod zabytkiem. Zaproponowano też rozebranie kościoła na części i przeniesienie ich do nowego miejsca. 12 maja 1971 roku postanowiono jednak przewieźć go

w całości. Przygotowania trwały pięć lat: ściany budowli najpierw wzmocniono stalową, ważącą około 1,5 tony konstrukcją, wyznaczono drogę, po której kościół miał przejechać z dotychczasowego na nowe miejsce, wreszcie ustawiono tory. Przejazd po 840-metrowej trasie trwał 500 godzin. Mierzący 60 metrów długości, 31,5 metra szerokości i blisko 30 metrów wysokości kościół Wniebowzięcia osiadł w swoim obecnym miejscu 27 października 1975 roku. Ale mroczna historia dewastacji krainy nie skończyła się wraz z upadkiem czechosłowackiego komunizmu. To, czego nie udało się zniszczyć i co przetrwało oba systemy totalitarne, dobiły pierwsze lata kapitalizmu i dzikiej prywatyzacji początku lat 90. Przestarzały, nieefektywny przemysł nie wytrzymał starcia z konkurencją z Zachodu, zamykano więc nierentowne zakłady, na bruk wysyłano tysiące ludzi, często w niezbyt jasnych okolicznościach i za przysłowiową koronę wyprzedawano majątek państwa, a z firm — jak w przypadku ogromnej Mosteckiej Spółki Węglowej MUS — wyprowadzano co najmniej dziesiątki milionów dolarów. Mimo że region położony jest przy granicy z Niemcami, że od Pragi dzieli go zaledwie sześćdziesiąt kilometrów, a Czechy do Unii Europejskiej weszły w 2004 roku wraz ze Słowacją, Węgrami i Polską, zapóźnienie północy postępowało, sięgało już kilkudziesięciu lat. Nie pojawiały się też inwestycje rozwojowe, lecz tylko takie, które z głębi ziemi wyrywały coraz szczuplejsze bogactwa. Bezrobocie przez blisko dwie dekady w powiecie Most utrzymywało się na blisko dwudziestoprocentowym poziomie. Do tego region — w przeciwieństwie do położonego na drugim krańcu kraju równie górniczego czeskiego Śląska i zagłębia karwińsko-ostrawskiego, nękanego podobnymi problemami wynikającymi ze zmiany ustroju — leżał na uboczu, z dala od dawnych i współczesnych szlaków komunikacyjnych, i niewiele był w stanie zyskać na postępującej transformacji. W miejscu likwidowanych zakładów, produkcji przemysłowej i przeróbki węgla pojawiały się tylko nowe hipermarkety. Ostałe w Moście zabytki mało kogo interesują. Turyści, jeśli już tam trafią, chcą zobaczyć efekty szkód górniczych, przeżyć odkrywkowe safari, dotknąć wzbudzających przerażenie — niczym bestii drążących ziemię —

kilkudziesięciometrowych kombajnów wydobywczych, wspiąć się na rekultywowane hałdy, poleżeć na brzegu zalanych kopalń, postać w cieniu wiat na zamkniętym, niemalże wyjętym z filmów o katastrofie nuklearnej, dworcu autobusowym czy zwiedzić piąty pod względem wysokości w Czechach, mierzący 96 metrów budynek dawnej dyrekcji północnoczeskich kopalń węgla brunatnego SHD Komes. Mieszkańców przez te wszystkie lata pozostawiono gdzieś z boku, przesunięto ich z jednego mikroświata do drugiego, nie zapewniając nic, co mogłoby ich związać z nowym miejscem. A jako namiastkę wielkiej cywilizacji oddano im tylko „Nákupní ráj”.

O pustyniach i  różnych odcieniach czeskiej depresji Aby w skrócie poznać współczesne Czechy, wystarczy obejrzeć czołówkę serialu Pustkowie (czes. Pustina). Jest to kraj zniszczony, wyeksploatowany, postkolonialny, pozbawiony złudzeń, że może być lepiej, pełen biedy, podejrzliwości, frustracji, chamstwa, przemocy, gwałtu i bezprawia; gdzie wszystkie chwyty są dozwolone, a mniejszy i słabszy zawsze przegra z większym i silniejszym. Choć tytuł na polski przetłumaczono jako „Pustkowie”, nazwę wsi, gdzie toczy się akcja, pozostawiono nietkniętą. „Pustina” w czeskim — oprócz pustkowia i puszczy — kojarzy się też z pustynią. Tę pustynię, obejmującą wiele płaszczyzn: estetyczną, prawną, emocjonalną oraz intelektualną, doskonale w filmie widać. I pośród tej pustyni rozgrywają się ludzkie dramaty. Ośmioodcinkowy serial powstał w 2016 roku. Scenariusz napisał utalentowany młody scenarzysta Štěpán Hulík, a reżyserowali na zmianę Alice Nellis i Ivan Zachariáš. W skrócie można powiedzieć, że przede wszystkim przedstawia Czechy w ruinie. Choć wieś Pustina nie istnieje na mapie Czech, w kraju jest wiele miejsc do niej podobnych. Zaczynają się na obrzeżach Pragi czy w śródmieściu Ostrawy, ciągną się wzdłuż górskiego łańcucha Rudaw i wreszcie obejmują cały zaniedbany i opustoszały dawny Kraj Sudecki. Sudetenland. Do dziś ziemię niczyją, gnijącą w swojej przeklętej historii — można pomyśleć, że w ramach wyroku za romans z hitleryzmem. Pustkowie kręcono w okolicach Mostu oraz na pograniczu polskoczeskim, co dobrze oddaje realia północnoczeskiej prowincji. Tłem są kresy, zakład poprawczy, cygańskie getto, parking dla tirów z prostytutkami, wreszcie, kopalnia odkrywkowa i elektrownia. W filmie staje się ona kombinatem górniczo-energetycznym Turkowo, na czele którego stoi bezkompromisowy prezes Kwiatkowski z Polski.

Fikcja jednak wielokrotnie przeplata się z rzeczywistością, a przejmujące obrazy zniszczeń oraz bezwzględności wobec ludzi, którym zależy na bliskich i swoim otoczeniu — być może za przyczyną sfilmowanych miejsc i doskonałej gry aktorskiej — odzwierciedlają dokładnie to, jak wygląda życie w Czechach. A także innych zdominowanych przez przestarzały przemysł rejonach Europy Środkowej. W Czechach działa do dziś kilkanaście elektrowni, dla których paliwem jest węgiel brunatny. Niemal wszystkie na północy kraju sąsiadują z ogromnymi kombinatami górnictwa odkrywkowego, leżącymi w otoczeniu równie strasznym i przerażającym jak tytułowa miejscowość. Główna bohaterka Hana Sikorová nie jest Erin Brockovich, nie walczy pro bono publico o środowisko i ludzkie zdrowie z ogromnym potentatem. Jest zwykłą matką, która mając bardzo ograniczone zasoby i środki, chce na miejscu zapewnić bezpieczeństwo swoim dzieciom. I niestety, przegrywa. Serial działa wyjątkowo depresyjnie, według niektórych recenzentów skierowany jest wręcz do masochistów czerpiących przyjemność z ogromnej dawki negatywnej energii. I choć rzeczywiście nagromadzenie tak wielkiej ilości nieszczęść w jednym miejscu odbiega nieco od prawdziwego oblicza kraju, to jednak — jestem przekonany — pokazuje, czym różni się Europa Środkowa od reszty świata, z jakimi problemami od blisko trzydziestu lat mierzy się region rozpościerający się od Eisenach we wschodnich Niemczech po Braszów w Rumunii i od Dyneburga na Łotwie po Karlovac w Chorwacji; że poza pięknymi ryneczkami i kolorowymi kamieniczkami kryją się żelbetonowe szkielety niedokończonych, opuszczonych lub zrujnowanych pegeerów i zakładów, a zza kłosów barwnie dojrzewających zbóż wystają zapomniane mogilniki, wyschnięte studnie czy zardzewiałe czołgi i bagnety — pozostałości setek wojen i armii, które przeszły przez te miejsca, czy wreszcie getta dla niechcianych i wykluczonych poza społeczność obywateli. W Pustinie też trwa wojna, która rozgrywa się na kilku frontach. Ta wojna to zminiaturyzowane Czechy, w których obywatel zostaje pozbawiony jakiegokolwiek wsparcia państwa i instytucji, a nawet musi z nimi walczyć o swoje prawo do życia u siebie. Na tym pustkowiu, w tej Pustinie, każdy ostatecznie zostaje sam. Pustinę odkryłem, jeszcze zanim nakręcono serial. Jeżdżąc po całym kraju, widziałem zrujnowane dworce kolejowe i stacje, sypiące się fabryki,

opuszczone magazyny, zamknięte kościoły, powybijane szyby, wybazgrane sprejem i wulgaryzmami budynki wyglądające tak, jakby okolicę opanowały uliczne gangi. Na ogródkach działkowych i polach zalegały stare szroty w kolorze błyszczącej rdzy, a z pustych placów w środku niczego sterczały betonowe wieżowce bez okien. Nie znaczy to, że mnie to szczególnie raziło. Nie — takie miejsca są, przynajmniej ja je widziałem, na całym świecie: w Rosji, USA, Argentynie, Polsce, Azerbejdżanie. Co mnie dotknęło bardziej, to zbrodnie, które były za nimi ukryte. I nie był to tylko przemyt z polskiej na czeską stronę granicy leków z pseudoefedryną, przerabianych potem w zaciszu domowych laboratoriów na metamfetaminę. Były to prawdziwe zbrodnie, które wstrząsały całym krajem, a wieści o nich docierały daleko poza jego terytorium.

O zbrodni, chaosie i  braku empatii w sercu Europy Gdy rodzice zgłosili na policję zaginięcie, Aniczka miała dziewięć lat. Dziewczynka o buzi blondwłosego aniołka, przypominającej figury z renesansowych kościołów, z dobrego domu, gdzie nie działo się nic nadzwyczajnego, zniknęła 13 października 2010 roku około godziny 13.00 w drodze ze szkoły, tuż po pożegnaniu ze szkolnymi koleżankami, niemalże pod jej domem, w eleganckiej, willowej części praskiej dzielnicy Troja. Zaginięcie dziewczynki i brak postępów w poszukiwaniach w mieście, które — jak by się wydawało — jest nowoczesne, bezpieczne i bogate, wzbudziły panikę w całym kraju. A niepokój obywateli potęgowały krótkotrwałe zniknięcia innych dzieci z innych miejscowości Republiki Czeskiej oraz ogólnokrajowa debata o chipowaniu dzieci i stworzeniu rejestru pedofilów. W poszukiwania Aniczki zaangażowały się miliony ludzi — zarówno na Troji i na sąsiednich Kobylisach, jak i dalej w mieście rozwieszono plakaty, które miały pomóc ją znaleźć, a w telewizji oraz internecie

publikowano żarliwe apele i zdjęcia dziewięciolatki. Rodzice zaginionego dziecka zaoferowali wysoką nagrodę — aż trzy i pół miliona koron (czyli około 135 tysięcy euro) za pomoc w odnalezieniu córki lub za jej uwolnienie. W tym samym czasie północną część czeskiej stolicy przeczesywały setki policjantów oraz wolontariuszy, z bratniej Słowacji przybyła specjalna jednostka poszukiwawcza ratowników z psami, a nad północnopraskimi zakolami Wełtawy krążył policyjny śmigłowiec, który z powietrza obserwował nadzwyczajne poruszenie w okolicy. Zdarzenie wyszło też zaraz poza granice państwa, gdyż zdaniem policji wszystko wskazywało, iż dziecko uprowadzono. Dlatego więc za pośrednictwem Interpolu rozesłano po Europie listy poszukiwawcze z podobizną zaginionej dziewczynki, a do akcji włączyły się służby z krajów sąsiednich: Polski, Słowacji, Niemiec oraz Austrii. Europa wsparła Czechów bardzo szybko. Wszyscy na kontynencie mieli świeżo w pamięci do dziś niewyjaśnione zaginięcie małej Madeleine McCann, która zniknęła w maju 2007 roku. Lecz mimo że do czeskiej policji zgłaszały się setki ludzi, którzy — jak twierdzili — Aniczkę widzieli i zapamiętali, poszukiwania nie przynosiły konkretnych efektów. W ciągu dwóch tygodni w okolicach ogródków działkowych przy drodze, którą dwa razy dziennie w czasie roku szkolnego dziewczynka maszerowała z domu do szkoły i z powrotem, odnaleziono jedynie jej tornister, należącą do niej butelkę z piciem i ulubionego pluszowego misia, którego zawsze nosiła ze sobą. Policja zatrzymała też i przesłuchała pewnego mężczyznę, ale choć w pierwszej chwili przedstawiła go jako podejrzanego, wypuściła go po chwili z braku jakiegokolwiek związku ze sprawą. Jednak w bliżej nieznanych okolicznościach wyszło na jaw, że zatrzymany Otakar Tomek, pochodzący z Mostu — postindustrialnego, zaniedbanego miasta na północy Czech — niewykwalifikowany robotnik, oglądał porno na telefonie i masturbował się na działkach, a policja przebadała jego materiał genetyczny. Wiadomości zaczęły się więc ocierać o absurd. O zaginięciu Aniczki i o podobno widzianym z nią Tomku mówiły i pisały wszystkie media: w radiu relacje nadawały zarówno informacyjny Radiožurnál, jak i rockowy Beat. Na okrągło w porach najwyższej oglądalności przekaz z wejściami na żywo w serwisach informacyjnych dawały wszystkie kanały czeskiej telewizji

publicznej ČT, w tym dwudziestoczterogodzinna informacyjna ČT24, a także popularne prywatne stacje Prima i Nova. Wreszcie, artykuły na swoich łamach codziennie zamieszczały wszystkie gazety — i te poważne, jak „Mladá fronta Dnes”, „Právo” oraz „Lídové noviny”, i te bardziej sensacyjne oraz wielkonakładowe, w tym bulwarowy „Blesk”, który poszukiwaniom poświęcił niejedną okładkę, i kolorowy tygodnik (a dziś już dziennik) „Aha!”. Medialny szał pogłębił się na tyle, że oprócz względnie obiektywnych relacji co rusz pojawiały się nowe przecieki z policji oraz wywiady z bliskimi i znajomymi Otakara Tomka. Doszło też do ujawnienia jego danych osobowych, a w internecie zamieszczono wideo z jego mieszkania. Co więcej, media rozpoczęły na niego nagonkę, najpierw — wbrew podstawowej zasadzie cywilizowanego świata o domniemaniu niewinności do czasu uprawomocnienia się sądowego wyroku — uznając go za winnego, a potem natychmiast wydając na niego wyrok. Potem jeszcze bez żadnych źródeł w gazetach, radiu i telewizji pojawił się ciąg spekulacji, co i gdzie mogło się przydarzyć małemu dziecku. A poszukiwania trwały, znów z udziałem setek policjantów i strażaków, na działkach, w opuszczonych budynkach czy nawet starych, zapomnianych studniach. W ciągu zaledwie kilku tygodni powstał ogromny chaos informacyjny, co sprawiło, że z tych wszystkich nieprecyzyjnych i często błędnych relacji — oprócz szacunku dla poszkodowanych, niejasnych związków i braku dowodów obciążających jedynego podejrzanego, jak i osobistej tragedii rodziców Aniczki — zniknął też sens tego, w jaki sposób media mogłyby pomóc odnaleźć zaginione dziecko. Ekspertem był każdy, kto wiedział coś o dzieciach, o seksie, kto choćby raz widział Otokara Tomka, kto mieszkał na Troji albo był kiedyś w Moście. A media biły się o to, kto zamieści najbardziej nieprawdopodobne i fantastyczne wiadomości oraz zdjęcia, przez co wyprzeda cały dzienny nakład. Chcąc w tym wszystkim uratować resztki zdrowego rozsądku i godności, policja wprowadziła blokadę informacyjną. Embargo nieco pomogło załagodzić sprawę i wyciszyć kakofonię po blisko trzytygodniowej histerii. Z czasem też ostudziły ją zimowe chłody, które wkrótce ogarnęły całą Republikę od Szumawy na południu aż po Izery na północy i od Smreczan na zachodzie po Białe Karpaty na wschodzie.

Historia odżyła na chwilę na początku grudnia, gdy praski zarząd gospodarki wodnej ogłosił, iż na potrzeby poszukiwań zaginionej dziewczynki obniży nieco poziom Wełtawy, aby można było sprawdzić, czy dziecko nie utonęło w rzece. Znów brzegi przeszukiwały dziesiątki osób. I znów akcja nie przyniosła skutków ani nowych tropów. Jedna mała dziewczynka przestała być już dla mediów tak ważna, jak była dwa miesiące wcześniej. Środki masowego przekazu oderwały się od Aniczki równie szybko, jak do niej wróciły, ponieważ wraz z silnymi mrozami i śniegiem przyszły o wiele bardziej dramatyczne wieści o zimie, która w ciągu kilkunastu dni grudnia uśmierciła w Czechach piętnaścioro ludzi i mogła przynieść dalsze ofiary. Poszukiwania też utkwiły w martwym punkcie, policja nie znalazła nic konkretnego, więc zrezygnowała z aktywnych działań. Impas nie trwał jednak długo. 16 marca 2011 roku jak grom na Czechy spadła informacja, że policja na ogródkach działkowych na praskiej Troji znalazła zwłoki dziecka i z dużym prawdopodobieństwem rozpoznała, iż są to szczątki Aniczki. Pomógł w tym przypadek — tego dnia policjanci testowali nową technologię służącą do lokalizacji funkcjonariuszy i właśnie dlatego znaleźli się w tym miejscu. Ciało było zakopane w ziemi, zapakowane w związany foliowy wór, już w stanie zaawansowanego rozkładu. Fragmenty wykopały w czasie wiosennych roztopów dzikie zwierzęta poszukujące jedzenia. Psy nie mogły go wcześniej znaleźć, gdyż ukryto je — jak to określiła policja — „niestandardowo”. Tożsamość zaginionego dziecka potwierdziła niezwłocznie zorganizowana sekcja zwłok. W miejscu odnalezienia dziecka prażanie zaczęli składać kwiaty, zapalać świeczki i umieszczać zdjęcia Aniczki. Tak powstał symboliczny grób, który miał ukoić stratę i przerażenie. Niemal natychmiast policja zatrzymała jedynego podejrzanego w sprawie, Otakara Tomka; do aresztu trafił prosto z mosteckiej gospody Luna, gdzie po pracy na budowie poszedł na piwo. Mężczyzna nie bronił się, nie uciekał, nie unikał też wcześniej kontaktów z policją, mimo że miał za sobą wyroki za kradzieże i nie miał stałego adresu. Ktoś z otoczenia Tomka w wywiadzie dla mediów mówił: „Tak, to złodziejaszek. Ale nie morderca”.

Lecz pomimo braku dowodów, a jedynie na podstawie przecieków z policji i wyciągniętych od niej poszlak, jeszcze przed rozpoczęciem procesu przed sądem media skazały Otakara Tomka za gwałt i zabójstwo dziecka, przedstawiły go także jako psychopatę i dewianta. A swój jednoznaczny i jednogłośny wyrok wzmacniały serią makabrycznych artykułów o więziennym kodeksie obchodzenia się z pedofilami, ich miejscu w hierarchii świata za kratami, radykalnymi żądaniami wydania możliwie najostrzejszej kary. Otakar Tomek trafił za kraty, lecz karę wymierzył sobie sam. 21 marca powiesił się w celi aresztu śledczego na Pankracu. Zostawił też pożegnalny list, w którym nie przyznawał się ani do gwałtu, ani do zabójstwa dziewczynki. To pozwoliło prokuraturze zamknąć śledztwo, a mediom powtórzyć po raz kolejny, iż także w tym wypadku miały rację. Bo czyż — pomimo listu — samobójstwo nie jest przyznaniem się do zbrodni i wyrazem niechęci do odbycia kary? Sprawa z czasem przycichła, choć pozostała w niej ogromna liczba niejasności, a do aresztowania doprowadziły tylko poszlaki. W masie bezkrytycznych oskarżeń i wyroków realnie ocenił to tylko prawnik, cytowany przez dziennik „Právo”. „To najgorszy wariant, który mógł nastąpić. W tym przypadku potencjalnie istnieje możliwość, że wciąż jest jakiś inny sprawca — i to jest problem”. W przypadku sprawy Aniczki skala błędów i nieumiejętność dokonania odpowiedniej oceny zarówno z etycznego, jak i prawnego punktu widzenia porażają do dziś. Nie było to państwo prawa, które potrafi uchronić dzieci przed zaginięciem, a ich rodziców przed strachem o ich bezpieczeństwo. Policja dzieliła się z prasą niesprawdzonymi informacjami, media powtarzały to, co słyszały, i dodatkowo jeszcze szukały sensacyjnych wątków, nie dbając o to, że narażają na szkodę innych ludzi. Łamały swoje podstawowe zasady. I nigdy za to nie odpowiedziały.

O prześladowaniach, segregacji, powtórkach z  historii i  o odmrażanych kon iktach Dawny Kraj Sudecki jest jedynym miejscem na świecie, w którym powtórzyła się „kryształowa noc”. Pierwszy raz zdarzyła się w 1938 roku, zaledwie miesiąc po tym, jak Hitler za zgodą Wielkiej Brytanii i Francji oraz z poparciem Włoch odciął od Czechosłowacji Kraj Sudecki i pogrzebał I Republikę Czechosłowacką. Wtedy rozochoceni niemieccy naziści atakowali żydowskie sklepy, palili żydowskie synagogi, niszczyli żydowskie domy, bezcześcili żydowskie cmentarze, rabowali żydowskie majątki i urządzali obywatelom pochodzenia żydowskiego pogromy. Pogromy, nad którymi hitlerowskie państwo rozciągnęło swój ochronny parasol. W samym Sudetenlandzie spłonęło około pięćdziesiąt bożnic. Zdjęcie dokumentujące pożar wybudowanej w orientalizującym stylu, a nieistniejącej już synagogi w Opawie (na czeskim Śląsku), który pokazują sobie ludzie i któremu biernie przyglądają się mieszkańcy miasta powstrzymywani od gaszenia przez hitlerowskie służby, stało się ikoną dokumentującą tragiczne wydarzenia tamtej tragicznej nocy. A brutalne prześladowania ludności żydowskiej, rozpoczęte 9 listopada na terenie całej Rzeszy, w Kraju Sudeckim trwały o jeden dzień dłużej niż na pozostałych obszarach Niemiec, do 11 listopada. Być może tak miejscowi chcieli podziękować Hitlerowi za rozbiór Czechosłowacji i przyłączenie ich do siebie. Ostrożne szacunki historyków mówią, że w Sudetenlandzie przed włączeniem do Niemiec żyło około 25 tysięcy Żydów. Większość jednak uciekła. Spis powszechny z maja 1939 roku wykazał, że zostało ich zaledwie kilka tysięcy.

Los nie oszczędził tych, którzy zostali. Jesienią 1941 roku w Terezínie, jakieś pięćdziesiąt kilometrów na północ od Pragi i dokładnie na granicy między Protektoratem Czech i Moraw a Krajem Sudeckim, hitlerowcy uruchomili potężny obóz koncentracyjny. Jego zadaniem była selekcja i przygotowanie do wywozu na wschód ludności żydowskiej z innych obszarów Rzeszy. Na rozkaz Reinharda Heydricha, protektora Czech i Moraw, jednego z twórców bestialskiej idei „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, nazywanego później — ze względu na brutalne represje wobec ludności czeskiej — „katem Pragi”, w mieście liczącym kilka tysięcy mieszkańców, dawnej twierdzy austro-węgierskiej, w ciągu roku osadzono 50 – 60 tysięcy Żydów. Rozkaz Heinricha Himmlera z 1943 roku uczynił Terezín miejscem, „gdzie Żydzi mogą spokojnie żyć i umrzeć”. Lecz był to tylko wybieg hitlerowskiej propagandy, która chciała uniknąć coraz bardziej palących pytań społeczności międzynarodowej o los żydowskich ofiar machiny zagłady III Rzeszy. Na potrzeby wizytacji delegacji obserwatorów międzynarodowych, w tym Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża, który od dłuższego czasu zabiegał o przegląd któregoś z obozów i gett, w Terezínie otwarto sklepy, kawiarnię, teatr, powołano żydowski samorząd, a nawet bank, który emitował „terezińskie korony” — nic niewarty pieniądz, mający odwrócić uwagę świata od systematycznego mordu dokonywanego przez Niemców z rasistowskich pobudek. Propaganda osiągnęła sukces, gdyż raporty wizytujących getto przedstawicieli Czerwonego Krzyża nie przeniknęły poza spreparowaną przez hitlerowców fikcję. A Szwajcar Maurice Rossel w swoim sprawozdaniu stwierdził wręcz, że Terezín to normalne żydowskie miasto ze sprawnie funkcjonującą administracją, gdzie SS daje Żydom wolną rękę w organizacji własnego życia i nikt stamtąd nie trafia do innych miejsc. Tymczasem z Terezína do Auschwitz jednego dnia potrafiły wyjechać transporty z pięcioma tysiącami ludzi. W okresie od listopada 1942 do maja 1945 roku przez terezińskie getto przeszło ponad 155 tysięcy Żydów — głównie mieszkańców Czech i Moraw, ale także Niemiec, Austrii, Holandii, Słowacji, Węgier i Danii. Trafiło tam na krótko 1260 żydowskich dzieci z Białegostoku, lecz po kilku tygodniach zostały one przekierowane do

obozu zagłady Auschwitz-Birkenau, gdzie je zamordowano. A dla 35 tysięcy Żydów Terezín stał się ostatnim przystankiem w życiu. Niemcy w sierpniu i wrześniu 1944 roku pracowali też nad propagandowym filmem, który miał potwierdzić obrazem to, co stwierdziły drukiem wcześniejsze raporty Czerwonego Krzyża. Ponieważ jednak zakończono go w ostatnich dniach wojny, nigdy nie doczekał się emisji. Już pod koniec wojny do Terezína trafiały tzw. transporty ewakuacyjne z innych części Europy, pełne wyczerpanych i umierających ludzi, wziętych w niewolę przez III Rzeszę. Pomimo zorganizowanej kwarantanny doszło do rozprzestrzenienia się chorób zakaźnych, w tym wybuchu epidemii tyfusu, w następstwie czego w dniach ogłoszenia kapitulacji Niemiec zmarło kolejnych 1500 osób. Koniec getta nastąpił bezkrwawo 1 maja 1945 roku: najpierw przekazano je pod nadzór Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża, potem zbiegli stamtąd ostatni hitlerowcy, a kilka dni później zjawili się pierwsi żołnierze Armii Czerwonej, którzy szli na Pragę. Od 1947 roku w Terezínie istnieje muzeum poświęcone ofiarom hitleryzmu, w tym część dotycząca historii terezińskiego getta. Co roku w maju odbywają się tam również państwowe uroczystości żałobne upamiętniające Holokaust na ziemiach czeskich. Druga „kryształowa noc” wydarzyła się po zmroku z 18 na 19 kwietnia 2009 roku w Vítkovie, niedaleko Opawy — miasta, gdzie 71 lat wcześniej w pożarze wywołanym przez rasistów spłonęła synagoga. Grupa młodych neonazistów — Ivo Müller, Václav Cojocaru, David Vaculík oraz Jaromír Lukeš — postanowiła hucznie obejść 120 rocznicę przyjścia na świat Adolfa Hitlera. Na ten rok planowali coś wielkiego. A do obchodów przygotowywali się przez kilka tygodni. Cojocaru załatwił szkło i szmaty, a Vaculík samochód. Wszyscy spotkali się około północy w znanym tylko sobie miejscu, gdzie nikt ich nie widział i mogli spokojnie wszystko dograć. Tam do trzech butelek po wódce do trzech czwartych objętości nalali benzyny, a ich szyjki zatkali nasączoną paliwem tkaniną, tak by tworzyła wystające lonty. Gdy wsiedli do auta, na twarze naciągnęli czarne kominiarki. Jechali na miejsce w ciszy. Cisza panowała też wokół. Każdy, oprócz kierowcy,

trzymał w ręku domowej roboty bombę. Była ciepła, wiosenna, sobotnia noc, a oni chcieli, by stała się gorąca. Okolica, do której zmierzali, nie była zbyt gęsto zabudowana; tworzyła luźne skupisko domów, zamieszkanych głównie przez Romów. Gdy dojechali pod stary, poniemiecki dom, trzech neonazistów z koktajlami Mołotowa stanęło pod oknami, zapaliło lonty, po czym niemal jednocześnie wrzuciło bomby do środka, po czym wewnątrz nastąpiły trzy równoczesne eksplozje. Po chwili pożar ogarnął cały budynek. Gdy nad miastem uniosła się łuna, wiedzieli już, że muszą uciekać. Dźwięk ruszającego z piskiem opon auta zbiegł się z krzykiem dochodzącym z wnętrza domu. Głos budził pozostałych śpiących już domowników i kazał im wybiegać na dwór. O własnych siłach wyszli prawie wszyscy, tylko mała Natalka, na której paliło się właściwie wszystko, została wyniesiona na rękach. Z domu, w którym rodzina mieszkała od ponad dwudziestu lat, zostały zgliszcza. Tylko cud sprawił, że nikt tam nie zginął. Gdy jednak dwulatka trafiła do szpitala, jej stan był krytyczny. Poparzenia obejmowały osiemdziesiąt procent ciała, doznała poważnych uszkodzeń górnych dróg oddechowych, twarzy, tułowia oraz wszystkich kończyn, straciła też dwa palce w prawej ręce. Pod opieką lekarzy w szpitalu akademickim w Ostrawie spędziła blisko osiem miesięcy, podczas których przeszła czternaście operacji oraz transplantacji tkanki skórnej. Co więcej, organizm dziecka doznał szoku, a w trakcie hospitalizacji wystąpiła sepsa oraz doszło do zaburzenia czynności nerek. Zuchwały atak ekstremistów oburzył całe Czechy. Potępił go prezydent Václav Klaus, a minister ds. mniejszości, były rockman, Michael Kocáb nazwał go „zamachem terrorystycznym”. Ale organizacje romskie zwróciły uwagę, że państwo dotychczas niewiele robiło, by ograniczyć coraz częstsze przejawy ekstremizmu skierowane przeciw Romom. Do władz i obywateli zaapelowały więc o aktywny sprzeciw wobec rasizmu i nazizmu, lecz jednocześnie przedstawicielom społeczności romskiej zaleciły profilaktyczne tworzenie straży sąsiedzkich, które w razie czego będą mogły szybko skontaktować się z policją. Romowie mogli czuć się zagrożeni już wcześniej — neonaziści, choć nieliczni, organizowali pochody przez romskie osiedla, „ekspedycje karne”

do romskich gett czy demonstracje pośród łopotu hitlerowskich flag i czarnego morza hajlujących rąk w miastach całej Republiki. Czeskich ekstremistów często wspierali sympatycy ze Słowacji, Polski i Niemiec. Ataku w Vítkovie policja im nie darowała. Tak jak później nie darowały im tego prokuratura oraz sądy. Müller, Cojocaru, Vaculík i Lukeš zostali zatrzymani w sierpniu 2009 roku i po postawieniu zarzutów o usiłowanie zabójstwa na tle rasowym trafili do aresztu, gdzie przez kilka miesięcy czekali na proces. Przed sądem w czasie transmitowanej na żywo rozprawy bronili się, mówiąc, iż byli pewni, że dom, do którego wrzucili prowizoryczne bomby zapalające, był niezamieszkany, a służył jedynie za paserski skład skradzionych towarów. Przedstawiająca zarzuty ostrawska prokurator Brigita Bilíková zwróciła jednak uwagę, że oskarżeni należeli do ugrupowania o charakterze ekstremistycznym, nie kryli swych rasistowskich oraz ksenofobicznych poglądów i chcieli w jakiś sposób wyróżnić się spośród sobie podobnych. Do tego, jak argumentowała, dobrze wiedzieli, kto mieszka w okolicy, a swoje działania planowali przez dłuższy czas. I mimo że do samego zabójstwa nie doszło, spowodowali poważny uszczerbek na zdrowiu. „Ta cała ich akcja przypominała »kryształową noc«, która miała miejsce w 1938 roku po przyjęciu ustaw norymberskich” — ocenił ich wyczyn przewodniczący składu sędziowskiego, sędzia Miloslav Studnička. Wymierzył bardzo surowe kary: Müller, Vaculík i Lukeš dostali po 22 lata więzienia, a Cojocaru — 20. Oprócz tego zasądzono im wielomilionowe odszkodowania na rzecz rodziny, którą napadli. Wyroku nie przyjęli i złożyli apelację. Sąd wyższej instancji jednak go potwierdził, choć jednocześnie obniżył o dwa lata karę dla Müllera, który — podobnie jak wcześniej Cojocaru — wyraził skruchę i zobowiązał się do współpracy z wymiarem sprawiedliwości. Pozostali dwaj wciąż kwestionowali werdykt i odwołali się do jeszcze wyższej instancji — Sądu Najwyższego. Vaculík i Lukeš podkreślali również, że medialny szum, który powstał wokół sprawy, działał na ich szkodę, oraz podważali prawidłowość określenia zarzucanych im przestępstw. Dlatego za pośrednictwem swych obrońców wystąpili do Trybunału Konstytucyjnego o sprawdzenie, czy nie doszło do naruszenia ich praw.

Również Sąd Najwyższy zatwierdził wcześniejszy wyrok. Trybunał Konstytucyjny zaś nie dopatrzył się niczego niewłaściwego w postępowaniu sądowym, a proces według niego przebiegł rzetelnie oraz obiektywnie. I po pięciu latach od popełnienia zbrodni definitywnie zamknął sprawę podpalaczy z Vítkova. Zaduma nad potencjalną siłą ekstremistów przyszła po raz kolejny, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach zmarł sędzia Studnička. Nie wszczęto wówczas śledztwa, gdyż nie dopatrzono się działania osób trzecich, ale media spekulowały o zemście neonazistów i wynajętych płatnych zabójcach. Wielu nie podobało się, że młodzi ludzi dostali tak wysokie wyroki. Sądom zarzucano, iż wytoczono im pokazowy proces. A do tego mniej więcej w tym samym czasie w innej części dawnego Kraju Sudeckiego, w tzw. worku szluknowskim na samej północy, doszło do zamieszek między ludnością romską a czeską. Trzeba też pamiętać, że całe lata było głośno o „cygańskich mafiach” okradających pociągi. Działały głównie na międzynarodowych trasach, a wyjątkowo aktywne były na odcinku Praga – Kolín – Pardubice, którędy podróżuje wielu obcokrajowców, a pociągi zatrzymują się tam w krótkich odstępach czasu. Ani policja, ani inne służby państwowe, mimo że świadome zagrożenia dla podróżnych, przez lata nie potrafiły rozbić szajek, które zuchwale przechodziły przez cały skład, zaglądały do każdego przedziału, dosiadały się do podróżnych i w chwili nieuwagi bądź zabierały wszystko ze sobą, bądź w umówionym z kompanami miejscu wyrzucały „towar” przez okno. Pasażerowie tracili więc cały bagaż, odzież i portfele w środku nocy, gdy spali, ale też w chwilach, gdy mało kto jeszcze był w stanie ustać na nogach. Ofiarami najczęściej zaś padali cudzoziemcy, którzy nie mogli się porozumieć z policją, bo ani oni nie mówili po czesku, ani ona nie znała angielskiego czy innych języków. Sam byłem świadkiem tragedii, która dotknęła młodego Nigeryjczyka, bazarowego sprzedawcę ubrań, który przeprowadzał się z całym dobytkiem z Pragi do brata w Krakowie. W nocnym pociągu w kierunku Polski zbudził mnie jego donośny płacz. Kiedy pobiegłem zobaczyć, co się stało i czy mogę mu jakoś pomóc, stanął przede mną bosy, młody Afrykańczyk, pozbawiony wszystkiego — od portfela, biletu i dokumentów, po buty,

bagaż i towar na sprzedaż, który miał mu pomóc zacząć nowe życie w nowym kraju. Pomogłem mu wezwać policję i skontaktować się z nigeryjskim konsulem. Lecz jego podróż została okrutnie skrócona, ponieważ musiał opuścić pociąg nad Odrą, w Bohumínie, gdyż bez paszportu i unijnej wizy czarnoskóry chłopak nie mógł wjechać do Polski. Najgorszy w moich wspomnieniach był jednak nocny ekspres z Pragi do Koszyc, we wschodniej Słowacji. Gdy jechałem samotnie w zwykłym przedziale drugiej klasy, jeszcze nim minęliśmy rogatki czeskiej stolicy, konduktor sprawdził mi bilet i na klucz zamknął drzwi w przedziale, zapowiadając, iż otworzy mi je ktoś gdzieś koło Ostrawy albo jeszcze dalej, już za słowacką granicą. A kuszetki i wagony sypialne do dziś dla bezpieczeństwa są zamykane i nie wpuszcza się do nich nikogo bez rezerwacji. Gdy Vaculík i Lukeš po raz kolejny kwestionowali werdykt sędziego, a sprawa podpalaczy z Vítkova znów przyciągnęła uwagę mediów, ich obrońcy i sympatycy zyskali nowy silny argument uzasadniający punkt widzenia rasistów. W sierpniu i wrześniu 2011 roku w miastach Šluknov, Varnsdorf i Rumburk, położonych we wbitym klinem w Niemcy worku szluknowskim, najbardziej na północ wysuniętym punkcie kraju, doszło do serii antyromskich protestów. Bezpośrednią przyczyną był brutalny atak maczetami na obsługę szemranego salonu gier z automatami położonego w pobliżu miasteczku Nový Bor oraz napaść w Rumburku liczącego około dwudziestu osób romskiego gangu na sześciu młodych ludzi wracających z dyskoteki. Dla neonazistów z całego kraju był to sygnał, by napiętnować miejsce, gdzie koncentrowały się najliczniej problemy socjalne i etniczne Czech. Już wcześniej przedstawiciele samorządów skarżyli się władzom, że w Šluknovie, Varnsdorfie i Rumburku przybywa coraz więcej Romów, jest coraz więcej kradzieży i w związku z tym rosną napięcia i obawy o bezpieczeństwo. Zmiana ludnościowa zaś wynikała z działań agencji nieruchomości, które do wykupywanych za bezcen domów na północy przesiedlały niepracujących, żyjących z zasiłków „nieprzystosowanych” ze wszystkich zakątków Republiki. Głównie Romów, których zamknięto w gettach. Oliwy do ognia dolał romski serwer informacyjny romea.cz, który w opozycji do Romów użył sformułowania „etniczny Czech”, co

wprowadziło nową linię podziału. Zwykli ludzie mówili zaś o starciach „cyganów” z „białymi”. Co więcej, ówczesna pełnomocniczka rządu ds. praw człowieka Monika Šimůnková uznała, że nie ma zbyt wielkiej różnicy między podpalaczami z Vítkova a uzbrojonymi w maczety napastnikami z Novego Boru. Latem i jesienią antyromskie protesty odbywały się po kilka razy w miesiącu i w małych miastach przyciągały naprawdę sporą część społeczności. W miastach liczących po 10 – 15 tysięcy mieszkańców potrafiło się zebrać ponad 1500 osób. Ale pod marsze miejscowych podczepiały się grupy neonazistów, a ściągnięte na miejsce policyjne oddziały prewencji musiały powstrzymywać ich przed atakami na romskie domy. Oddziały prewencji, mające zapobiec eskalacji konfliktu etnicznego w państwie liczącym 10,5 miliona ludzi, zostały w worku szluknowskim na rok. Nieszczęście, które wynikało z dyskryminacji mniejszości i jej segregacji, pomogło jednak przypomnieć większości, że Romowie w Czechach także mają swoje miejsca pamięci, czego dowodem był dawny obóz pracy i obóz przejściowy dla Romów i Sintów, zlokalizowany w Letach koło Písku, skąd w czasie wojny Niemcy kierowali więźniów do Auschwitz-Bierkenau. Lecz od lat 70. XX wieku na terenie obozu mieściła się ogromna chlewnia, a historia miejsca została zapomniana. Pierwszy pomnik poświęcony romskim ofiarom odsłonięto przy udziale prezydenta Václava Havla w 1995 roku. Dopiero wydarzenia z lat 2009 – 2014, czyli sąd nad podpalaczami z Vítkova czy zamieszki w worku szluknowskim, pozwoliły upomnieć się o uporządkowanie terenu. Rząd odkupił działkę w 2017 roku. Na początku 2018 roku otwarto w Letach muzeum kultury romskiej, gdzie jedna z wystaw opowiada historię romskiej zagłady. „Do dziś jesteśmy sparaliżowani tragedią, której doświadczyły ofiary ludobójstwa, pamięcią milionów bezbronnych ludzi, którzy zostali zamordowani tylko dlatego, że oznaczono ich jako rasowo niekompletnych członków gorszego rodzaju. Do teraz wiązaliśmy Holokaust z tragedią Żydów, a więc cierpienia Romów, nawet jeśli ją przypominały, zniknęły z pamięci ogółu. Ale

w samym Auschwitz poniosło śmierć dwadzieścia tysięcy europejskich Romów. Z sześciu tysięcy Romów z Czech i Moraw przeżyło mniej niż tysiąc. Romowie też byli ofiarami Holokaustu”. Tak postrzegał to Havel. I warto to przypominać.

O języku, jego  dychotomii  i  wulgaryzm ach, które  przekraczają granice smaku, ale nie państwa Pewne słowa przekraczają granice smaku, ale nie przekraczają granic państwa. Trudno je ciekawie pokazać w telewizjach, a gazety i agencje prasowe rzadko je przywołują. Stąd na zewnątrz wydaje się, że poziom dyskusji politycznej w Czechach to klasa Klausa czy intelekt Havla. Tymczasem to język posłów i prezydenta Zemana pokazują, jak na co dzień wyglądają kultura oraz poziom czeskiej polityki i elit. I nie są to bon moty i cytaty z Cycerona, a grubiaństwo i mowa ulicy. Kiedy we wrześniu 2011 roku Izba Poselska debatowała na temat możliwości przedłużenia w razie konieczności obrad do późnej nocy, głos z mównicy zabrał socjaldemokrata Jiří Krátký. Posiedzenie było wyjątkowo irytujące zarówno dla deputowanych, jak i dziennikarzy, bo trzeba je było bacznie śledzić, choć nie wiadomo było, czy i kiedy zostaną podjęte konkretne decyzje. „Chciałbym was prosić, koledzy z koalicji, zostawcie te nocne godziny dwóm najstarszym profesjom i dajcie już spokój. Mam przypomnieć, jakie to profesje? Kto pracuje w nocy? Kurwy i złodzieje! Ja się do żadnej z nich nie zaliczam. Tak więc, na Boga, pracujmy jak należy, ale nie w nocy!”. Prezydent Zeman, jeszcze jako premier, zasłynął z bezkompromisowych wypowiedzi. Dziennikarzy, którzy m.in. zwracali uwagę, iż nie stroni od kieliszka (wtedy dzień zaczynał od kufla piwa i kieliszka becherovki), wyzywał od osłów, głupków, szamba, gnoju i fekaliów. I były to wypowiedzi lżejszego kalibru.

Dziś, jako głowa państwa, bywa równie bezpośredni. Nie darowali mu internauci, którzy fragmenty komentarza po aresztowaniu członkiń rosyjskiego zespołu rockowego „Pussy Riot” zmiksowali w rytmie disco na piosenkę ze słowami Zemana „Kunda sem, kunda tam”. Znaczy to tyle co: „Cipa tu, cipa tam”. Czeskich polityków z klasą można policzyć na palcach jednej ręki. W moim rankingu światowców znaleźli się tylko Václav Klaus, Karel Schwarzenberg, Alexandr Vondra i nieżyjący już Jiří Dienstbier. Pozostali sprawiają wrażenie, jakby w polityce znaleźli się przypadkiem. Ranking nie dotyczy kobiet, gdyż na szczęście dla nich w tej konkurencji zazwyczaj trzymają fason i wypowiadają się elegancko. Być może problem zachowania odpowiedniej formy językowej wynika z dychotomii, która towarzyszy Czechom od urodzenia. Mieszkańcy Czech posługują się bowiem dwoma formami języka czeskiego: spisovną češtiną, czyli czeszczyzną literacką, jaka występuje w książkach, mediach i podczas oficjalnych spotkań, skodyfikowaną i opisaną przez gramatyki, a zrekonstruowaną przez XVIII-wiecznych uczonych, oraz obecną češtiną, czyli językiem potocznym, używanym w kontaktach bezpośrednich, będącym historyczną kontynuacją tradycyjnego języka czeskiego, ale uważanym za język wsi i gminu, nieprzystający do ważniejszych uroczystości. Nie jest to typowy podział na język literacki i gwarę, bo oprócz obecnej istnieje jeszcze potoczna forma spisovnej. To dwa równoznaczne systemy porozumiewania się funkcjonujące w jednym kraju. Wykorzystują różne końcówki gramatyczne i słownictwo, reprezentują zupełnie inną wartość stylistyczną, mają to samo źródło, ale ich rozwój przebiegał w zupełnie odmienny sposób. Najbardziej podobną do czeskiej sytuację językową można znaleźć w Norwegii, gdzie obok języka bokmål istnieje język nynorsk. Czeski to język zachodniosłowiański, ograniczony swym zasięgiem do obszaru dwóch krain geograficznych Europy Środkowej: Czech i Moraw. Bazuje na alfabecie łacińskim, ale jest wzbogacony o znaki diakrytyczne, potocznie nazywane daszkami, kółkami i ogonkami. Genetycznie najbliższe czeskiemu są pozostałe języki zachodniosłowiańskie: słowacki, śląski, polski, kaszubski oraz oba języki łużyckie — zwłaszcza górnołużycki, który w piśmie stosuje podobne do czeszczyzny znaki graficzne.

Po czesku mówi dziś około dziesięć i pół miliona ludzi na świecie. Właściwie są to niemalże tylko mieszkańcy Republiki Czeskiej, gdyż niewielkie diaspory, wywodzące się z fali XIX-wiecznego osadnictwa albo uchodźców prześladowanych za wiarę, a żyjące m.in. na terenach dzisiejszych Serbii, Rumunii, Polski oraz Ukrainy, powoli znikają. Jednym z ciekawszych miejsc założonych przez czeskich osadników jest Praha w USA. Miasteczko żartobliwie szczyci się mianem czeskiej stolicy Teksasu. Ze względu na pogmatwaną historię Słowiańszczyzny oraz narodów Europy Środkowej język czeski był bliski wymarcia. Z Czech, części cesarstwa niemieckiego, od XVII wieku w oficjalnych kontaktach skutecznie wypierała go niemczyzna, będąca językiem administracji i wojska; na uczelniach zaś w tym czasie dominowała łacina. W XVIII wieku czeski przetrwał już tylko na wsi jako język pospólstwa, choć i tu był bliski wyginięcia, m.in. pod presją reform zarządzonych przez austriacką cesarzową Marię Teresę Habsburską (tę samą, która miała ponoć płakać, podpisując pierwszy rozbiór Polski), które doprowadziły do likwidacji szkół wiejskich i nauczania w językach narodowych. Swoje dołożył jej syn Józef II, gdyż nakazał używania niemieckiego we wszystkich obszarach państwa i pogłębił germanizację kraju. To ogromnie kontrastowało z sytuacją sprzed stu lat, gdy czeszczyzny broniło prawo, a jej znajomość na ziemiach czeskich warunkowała otrzymanie pełnego tytułu szlacheckiego. I gdyby nie przypadek oraz zainteresowanie grupy XVIII- i XIXwiecznych pasjonatów, czeski pewnie spotkałby ten sam los co język połabski — inny język zachodniosłowiański z terenów północnych Niemiec, który odszedł bezpowrotnie w 1756 roku wraz ze śmiercią 88letniej Emerentz Schultze ze wsi Dolgow na zachodnim brzegu dolnego biegu Łaby, ostatniej osoby w świecie biegle posługującej się tym językiem. W odpowiedzi na coraz silniejszą presję na język na terenach dzisiejszych Czech pojawił się ruch zmierzający do promocji, rekonstrukcji i nobilitacji języka czeskiego. Zaangażowało się w niego wielu uczonych, którzy przywrócili czeszczyźnie jej pozycję, a jednocześnie położyli fundament pod przyszłe państwo narodowe.

Co ciekawe, niektórzy z tych pasjonatów, nazywanych dziś „budzicielami narodowymi”, niekoniecznie mówili po czesku i niezbyt wierzyli w przyszłość tego języka. Językoznawca Josef Dobrovský czeskiego nauczył się dopiero w szkole średniej i mimo bardzo starannego wykształcenia oraz intensywnej pracy naukowej nie pisał po czesku. Paradoksalnie, wydane w 1791 roku jedno z jego najważniejszych dzieł, bardzo znaczące dla odbudowy czeszczyzny, nosiło tytuł Geschichte der böhmischen Sprache und Literatur, czyli „Historia języka i literatury czeskiej”. Z dzisiejszej perspektywy okres odbudowy języka i — poprzez mowę — tożsamości nazywa się „czeskim odrodzeniem narodowym”. Odrodzeniu czeszczyzny poza Dobrovskim przysłużyło się wiele innych osób, których nazwiska zdobią dziś tabliczki ulic oraz placów niemalże w każdym czeskim miasteczku, w tym tych największych w Pradze. Twórcą teoretycznych podstaw współczesnej czeszczyzny był Josef Jungmann, późniejszy rektor Uniwersytetu Karola. Był on ostrym krytykiem germanizmów i zwolennikiem przywrócenia do języka już wtedy brzmiących archaicznie słów, co doprowadziło do bardzo dużych zmian słownikowych i rozjechania się mówionej oraz literackiej formy języka oraz podziału czeszczyzny na spisovną i obecną. Język czeski jednak najbardziej zabezpieczyło po pierwszej wojnie światowej proklamowanie 28 października 1918 roku niepodległej Republiki Czechosłowackiej, tzw. Pierwszej Republiki. Współcześnie 28 października to w Czechach jedno z najważniejszych świąt państwowych. A oprócz odbudowy państwowości czeskiej w Europie dodatkowo język zabezpieczyła Unia Europejska, w której czeszczyzna jest jednym z 24 oficjalnych języków. Dziś spisovná i obecná coraz częściej się przenikają, m.in. za sprawą literatury naśladującej język mówiony. Ale jednocześnie do dziś zakłopotanie wywołuje użycie obecnej na uczelni, a spisovnej w codziennej rozmowie. Gdy zaczynałem mówić po czesku, rozmówca niejednokrotnie pytał mnie, dlaczego rozmawiam z nim, jakbym występował w telewizji (na uniwersytetach nie uczą obecnej, choć jest jej coraz więcej we współczesnej literaturze). Zmieszanie gości wywołała moja koleżanka, która — mimo

doskonałego wykształcenia — na oficjalnym spotkaniu w Pradze powitała zaproszonych przemówieniem wygłoszonym obecną. W czeskiej polityce nawet Havel nie miał klasy; ubierał się byle jak, a często mówił tak, jakby cały czas siedział w gospodzie. Ogromne zaskoczenie wywołał jego udział w reklamie salonu samochodowego na kilka miesięcy przed śmiercią. Potrafił jednak pięknie pisać i doskonale wyrażał emocje targające Europą Środkową. Umiał też zjednywać sobie ludzi; do historii przeszło spotkanie z 1994 roku z Billem Clintonem, na którym prezydent USA w najstarszym praskim klubie jazzowym Reduta zagrał na podarowanym przez Havla saksofonie. Stąd brak klasy nie raził, wzbudzał raczej uśmiech, którym reaguje się na ekscentrycznych naukowców lub artystów. Havel wybitnie pisał. Jednym z przykładów jego wspaniale przygotowanych przemówień jest powitanie, jakie wygłosił podczas pierwszej wizyty Jana Pawła II w Czechosłowacji: „Nie wiem, czy wiem, co to jest cud, ale cudem jest to, że jesteś tu dzisiaj”. Klaus też dobrze pisze. Potrafi barwnie nakreślić problem, wymienić swoje racje, a jego czytelnik nawet nie zauważy, kiedy zostanie do nich przekonany. Mimo że już niejednokrotnie znajdował się na krawędzi, nigdy nie był śmieszny. Udawało mu się obronić swój autorytet. Wielkość pokazał podczas pogrzebu Havla, gdy o swoim niegdysiejszym przeciwniku politycznym mówił jak o bohaterze. Na tle innych poseł Krátký nie był wyjątkiem, choć niecodzienne były wulgaryzmy, których użył. Czesi przeklinają równie dużo jak Polacy, ale używają lżejszych słów. Słowo „kurva”, o czym warto pamiętać, ma dla mieszkańca Czech zupełnie inne zabarwienie niż w języku polskim i o wiele większą siłę rażenia. Dlatego Czesi z niekrytym oburzeniem reagują na serie wiązanek wychodzących z ust polskich turystów. Natychmiast po wystąpieniu Krátkiego na mównicy sejmowej ówczesny szef czeskiego rządu Petr Nečas zwrócił uwagę, że takich przekleństw jeszcze w parlamencie nie słyszał. Krátkiemu odpowiedział, że jeśli nie chce mu się pracować, ma do tego prawo, ale powinien wiedzieć, że w Czechach setki tysięcy ludzi pracują w nocy w szpitalach, fabrykach, transporcie i na kolei. Chwilę później Izba Poselska przegłosowała, że obrady będą trwać tak długo, jak będzie trzeba.

Poseł Jiří Krátký za swoje wulgarne wystąpienie otrzymał naganę komisji ds. etyki i grzywnę w wysokości pięciu tysięcy koron (jakieś osiemset złotych). Od wyborów parlamentarnych z października 2013 roku nie zasiada w parlamencie, mimo że to właśnie Czeska Partia Socjaldemokratyczna (ČSSD) je wygrała.

O kuchni, otyłości, i uzależnieniach

piwie

W warszawskim tramwaju niespodziewanie podsłuchałem bardzo ciekawą rozmowę. Ona jadła w Czechach najlepszy gulasz w życiu, przynajmniej tak to zapamiętała, a opowiadała o nim, prowadząc głośną rozmowę z koleżanką. Była też, jak się chwaliła, w Pradze w gospodzie U Zlatého tygra i jej zdaniem podają tam najlepsze piwo. Można zamówić i wypić nawet samą pianę i, co najlepsze, podkreślała z nieukrywaną satysfakcją, siedzą tam sami Czesi! „Klimacik jest zarąbisty! Praga jest dużo lepsza niż Lizbona, tylko taka trochę stara”. Na jej koleżance Złote Miasto nie robiło jednak tak wielkiego wrażenia: są tam dziurawe chodniki, na których zniszczyła buty, co jej popsuło cały wyjazd. Ale w pamięci utkwiły jej imprezki, piwko i wódeczka, tak dobre, że właściwie aż zapomniała. Ale nie pamiętali też inni, bo upili się na umór, więc nie miała się czym martwić. Według statystyk Światowej Organizacji Zdrowia Czesi spożywają najwięcej alkoholu w przeliczeniu na mieszkańca spośród wszystkich ludzi na całym globie. W tym 10-milio-nowym narodzie jest to rocznie około 16,6 litra czystego spirytusu, głównie w postaci piwa, ale także wina i innych, mocniejszych trunków. Krążąca po internecie mapa Europy przedstawia Czechy jako alkoholowy raj; kraj ten znalazł się bowiem na przecięciu naturalnych stref spożywania piwa, wina i wódki. I te wszystkie napoje zazwyczaj widać na stołach w gospodach i barach, gdzie większość gości pije piwo, obok stoją też lampki białego lub czerwonego wina, a štamgaści (czyli stali bywalcy gospód) każdy kufel zapijają kieliszkiem czegoś mocniejszego i zwykle wracają do domu mocno zawiani. Ponadto posiłki zaczyna się od aperitivu, a kończy kieliszkiem ferneta czy innego digestivu. Po nocach ulicami czeskich miast i czeskich wsi błądzą pijani Słowianie, a w Pradze

towarzyszą im inne niesłowiańskie nacje, śpieszące się zygzakiem na ostatni pociąg, metro lub tramwaj. Czeskie piwo jest marką samą w sobie, choć nie każdy lubi mocną gorycz wyczuwalną w jego smaku. Wódki to ogólnosłowiański trunek i w Czechach też można znaleźć je w każdym sklepie oraz barze, choć może już nie tak dobre jak w Polsce czy w Rosji. Dla wielu przyjezdnych wielkim odkryciem jest jednak to, jak wiele winorośli uprawia się na terenie tego kraju. Choć winnice rozciągają się głównie na morawskich pagórkach, znaleźć je można również na zboczach praskiego wzgórza zamkowego, na praskiej Troji czy w Mielniku — u ujścia Wełtawy do Łaby. A krajobraz południowych Moraw, okolic Bzenca, Lednic, Mikulova i Znojma, dzięki rozciągniętym na pagórkach winnym krzewom miejscami przypomina Toskanię lub Burgundię. Winne grono na ziemiach czeskich uprawia się od średniowiecza. Być może krzewy winorośli rosły tam wcześniej, ale nie ma na to żadnych historycznych dowodów. Natomiast bardziej zaawansowane techniki uprawy i odporne na choroby, szkodniki oraz mróz szczepy trafiły na ziemię czeskie za czasów Austro-Węgier. Dlatego dziś najlepiej rozpowszechnionymi szczepami są białe Veltlínské zelené, Müller Thurgau, Ryzlink rýnský, Ryzlink vlašský, Sauvignon, Rulandské bílé i Chardonnay. W mniejszych ilościach produkuje się wina czerwone, którym z powodu surowych zim środkowoeuropejskiego klimatu ciężko zyskać smak i bukiet konkurencji z południa Europy. Ale popularne są różne odmiany północne, mające swój niepowtarzalny, północny, cierpki smak, jak Svatovavřinecké, Frankovka, Zweigeltrebe czy Modrý portugal. W Czechach i na Morawach jest około 19 tysięcy hodowców winorośli, każdy uprawia średnio jeden hektar krzewów. Co roku udaje im się z tego zrobić ponad 390 tysięcy hektolitrów wina. W kraju działa też 56 browarów i kilkaset mikrobrowarów. Rocznie produkują więcej niż 16 milionów hektolitrów piwa, co daje średnio koło 140 litrów na obywatela. Od tego oczywiście trzeba odjąć eksport. Średnio, jak się ocenia, przeciętny Czech wypija przez rok 685 półlitrowych kufli. Większość przyjezdnych, gdy trafia do Czech, wyposażona jest więc w elementarną wiedzę, że trzeba koniecznie spróbować lokalnego piwa, w którym miejscowi osiągnęli mistrzostwo, oraz knedli, zjeść smażony ser

z sosem tatarskim, koniecznie przywieźć do domu czekoladę Studentską i flaszkę becherovki. Z każdym dniem dłużej i każdym krokiem dalej przybywa w Czechach nowych smaków, zapachów, przypraw, barw i innych wrażeń dla pozostałych zmysłów. Oprócz dostępnych na każdym kroku zwyczajnych knedli z gulaszem z obowiązkowym garniturem świeżej cebuli (choć w Libercu w gospodzie Domov tę banalną potrawę serwują fantastycznie!) można zjeść wspaniały nakládaný hermelín — pleśniowy ser marynowany w oleju, podawany z ostrą papryczką. Ten mają na przykład wyśmienity, mocno czosnkowy, w kawiarni Mlýnskiej na praskiej Kampie. Warto spróbować svíčkovej na smetaně — czyli polędwicy wołowej w gęstym sosie warzywnym, podawanej z odrobiną żurawiny oraz bitą śmietaną, skosztować moravskiego vrabca — zapiekanej łopatki wieprzowej, pokrojonej w kawałki, najczęściej serwowanej z knedlem i kapustą, potrawy trochę przypominającej mi kuchnię mojej babci, choć zależnie od szczęścia i kucharza, trafiałem bowiem na różne warianty zrobione nawet w miejscach, gdzie wcześniej był wyśmienity. Wreszcie, można się odważyć na czeską klasykę dla wtajemniczonych: vepřo-knedlo-zelo — pieczeń wieprzową, oczywiście z kapustą i knedlem, którą zalecam tylko w wersji sprawdzonej i najlepiej przygotowanej w domowych warunkach. Na przekąskę skusić się można w gospodzie, zamawiając — ale tylko na własne ryzyko (bo ja sam nie lubię) —utopence, czyli marynowane w occie serdelki. Na wszelki wypadek zalecam do tego dużą ilość piwa w pogotowiu. Najodważniejszym proponuję olomoucké syrečky, dojrzewające sery z chudego krowiego mleka o bardzo intensywnym zapachu i miękkiej konsystencji. Warto też spróbować niektórych zup; według mnie najlepsza z nich jest czosnkowa (česneková polévka) — rodzaj rosołu, ostro doprawionego czosnkiem, z grzankami i żółtym serem. Sycąca i smaczna zazwyczaj jest soczewicowa (čočková). Ciekawy smak ma gęsta kulajda — biała zupa grzybowa, mocno zagęszczana mąką. Dršťková to flaki, najczęściej na ostro, a zabijačková to czeski odpowiednik wieprzowej czerniny. O sałatę lub inne warzywa, które nie będą rozgotowane na miazgę, trzeba się zawsze dopominać. A w piątki w porze obiadu (podawanego od 11.00 do 13.00, o czym trzeba pamiętać, będąc na prowincji) nie ma szans, by zamówić gdzieś rybę. Tylko czasem w górach można zjeść pstrąga, lecz

warto sprawdzić cenę przed zamówieniem, aby nie przeżyć szoku, gdy kelner przyniesie rachunek. Choć doskonałe pstrągi z własnej hodowli — najlepsze, jakie w życiu jadłem — pieczone lub sauté podają w porze kolacji w Luční boudzie w Karkonoszach. Doskonałe borůvkové knedlíky serwują w karkonoskiej Chalupie na Rozcestí. Ten słodko-kwaśny wulkan jagód (trochę przypominający Śnieżkę, najwyższą górę Czech) w ogromnej bułce grzanej na parze, tonący w oceanie masła i fioletowego jogurtu, łączy w sobie esencję wszystkiego, co czeskie: słodycz, cierpki smak leśnych owoców, suchość, skromność i jednocześnie wielkość, lecz nie popadającą w megalomanię. Knedel-gigant podają państwo Niklowie, którzy w tej czynnej od świtu do zmierzchu górskiej jadłodajni eksperymentują nad czeską kuchnią i odważnie wzbogacają ją o warzywa, grzyby oraz kasze. Borůvkové knedlíky mają też jeszcze jedną właściwość: poprzez jedno słowo pokazują, jak blisko i jednocześnie jak daleko od siebie są Czesi i Polacy. Czeskie „borůvky” to polskie „jagody”, czeskie „jahody” to polskie „truskawki”, polskie „borówki” to czeskie „brusnice”. Knedle w Polsce to tylko te z owocami, w Czechach zaś znają sto sposobów ich przyrządzania, a najpopularniejsze to te bułczane, ziemniaczane, śliwkowe czy nadziewane boczkiem. Ostatnio jadłem wspaniałe knedlíky tvarohové (z twarogiem), podane na słodko w waniliowym sosie. Uwielbiam karlovarskie, urozmaicone ziołami i odrobiną wędliny, zwłaszcza jedzone na św. Marcina z pieczoną gęsiną, czerwoną kapustą i popijane młodym, czerwonym winem z Moraw. Lecz na czeskiej kuchni wytrzymałem najdłużej tydzień; nie da się na niej dłużej przeżyć! Po siedmiu dniach knedli, gęstych sosów i mięsa miałem problemy z koncentracją, ruchem, czułem się źle, ociężale, a mój organizm domagał się warzyw innych niż kapusta, najlepiej świeżych. To nie przypadek, że Czesi tak licznie cierpią na nadwagę. Dziś, po Niemcach, są drugim najgrubszym narodem Europy. I choć po 1989 roku jakość potraw i różnorodność dostępnych w Czechach produktów zdecydowanie się poprawiła, nie zmieniły się nawyki żywieniowe. Z nadwagą zmaga się co drugi Czech i co trzecia Czeszka, na otyłość zaś cierpi dwadzieścia procent czeskich mężczyzn i osiemnaście procent kobiet. Choć jest to naród względnie aktywny sportowo, co doskonale widać w weekendy pod większymi miastami, gdzie setki ludzi całymi rodzinami

uprawiają piesze wędrówki, wspinaczkę, narciarstwo zjazdowe i biegowe czy kolarstwo, to jego dieta jest bardzo monotonna, pełna glutenu i cholesterolu. Mączne knedle, zwarte, tłuste sosy, duża ilość mięsa wieprzowego lub wołowego, śladowa ilość świeżych warzyw to codzienność w czeskiej kuchni. W dużych miastach następuje pęknięcie, co widać m.in. w kartach dań zawierających coraz więcej sałat i potraw wegetariańskich, lecz na prowincji tradycja trzyma się mocno. Z nadwagą, którą ma co drugi żołnierz, walczyła też czeska armia. Nie czyniła tego jednak w najprostszy możliwy sposób, a więc poprzez ograniczenie liczby kalorii, zmianę diety i nawyków żywieniowych, lecz tabletkami, które lekarze przepisywali najcięższym wojakom. Magiczne pigułki miały zmniejszyć łaknienie i wyłączyć uczucie głodu. Na 1370 opakowań leku w 2011 roku ministerstwo obrony wydało blisko milion koron. „Powinni byli kazać im biegać, ale generałowie by się nie ruszyli, więc kupili tabletki” — komentowali eksperci. W rezultacie tych manewrów czescy żołnierze w ciągu roku schudli średnio o pięć kilogramów. Ministerstwo broniło się, że lepiej było wydać pieniądze na leki niż potem na leczenie grubasów.

O energii, przemyśle oraz  słowiańskim bałaganie wokół elektrowni atomowych Słupy pary wodnej unoszącej się nad elektrownią jądrową w czeskim Temelínie widać z kilkudziesięciu kilometrów. Przy dobrej pogodzie dostrzec je można z pagórków, na które co rusz wspina się szosa, biegnąca od strony austriackiej granicy do Czeskich Budziejowic, najważniejszego i największego miasta kraju południowoczeskiego — do którego według Józefa Szwejka prowadzą wszystkie drogi — i dalej, wzdłuż doliny Wełtawy, w stronę środkowych Czech oraz Pragi. Ten wielki kompleks energetyczny, którego budowa ruszyła w 1986 roku, a który został uruchomiony w 2002 roku, dziś stanowi mariaż poradzieckiej technologii atomowej, amerykańskich systemów sterowania i zarządzania oraz europejskich norm bezpieczeństwa. Taka hybryda mogła się narodzić tylko w Europie Środkowej. To wielka odmiana w porównaniu z „prostą stertą czarnych klocków i drewnianych belek” — pierwszym reaktorem nuklearnym, który fizyk jądrowy Enrico Fermi zbudował wraz ze swym zespołem naukowym na uniwersytecie w Chicago w grudniu 1942 roku. W ciągu dwudziestu ośmiu minut Fermi dowiódł ludzkości rzeczy wielkiej: że człowiek może okiełznać energię atomu, samemu aktywować i zakończyć łańcuchową reakcję jądrową. Na korcie do squasha chicagowskiego uniwersytetu, gdzie przeprowadzono próbę, Fermi z radością ogłosił, że „reakcja jest samoczynna”, gdy tylko odczyty urządzeń pokryły się z jego obliczeniami. Tego dnia na Ziemi rozpoczęła się era atomu. Kilkadziesiąt lat po eksperymencie Fermiego blok energetyczny elektrowni jądrowej, w którym mieści się reaktor nuklearny, wygląda jak ogromny, wielopiętrowy bunkier. Ma działać co najmniej trzydzieści lat,

wytrzymać trzęsienie ziemi, awarię i uderzenie z powietrza. Ma też uchronić mieszkańców okolicy i pracujących przy nim ludzi przed skutkami promieniowania jonizującego. Ale zachwyt nad atomem miał też swoje ciemne oblicze, zwłaszcza za żelazną kurtyną. Dlatego najgłośniej przeciw budowie elektrowni jądrowej w Temelínie protestowali Austriacy; ich kraj jest dziś strefą wolną od atomu i nie było im w smak, że Czesi tuż za miedzą stawiają „drugi Czarnobyl” czy też — jak go zwali jeszcze przed podziałem Czechosłowacji — „ČSSRnobyl”. Temelín działa więc pod czujnym okiem ekologów z Austrii, którzy — gdy tylko coś się dzieje wokół elektrowni — natychmiast powiadamiają o tym świat — szybciej niż komunikat właściciela zakładu, giganta energetycznego ČEZ. Jako obiekt nuklearny Temelín podlega monitoringowi Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA). Jest też kompleksem pod specjalnym nadzorem Państwowego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Jądrowego (SUJB) i ma dla państwa charakter strategiczny. Czechy mają dwie elektrownie jądrowe: Temelín oraz Dukovany. W swojej konkurencji nie są one imponujące — zwłaszcza w porównaniu z siłowniami japońskimi czy koreańskimi — ale i tak pozostają największymi atomówkami w Europie Środkowej. Podczas gdy Dukovany działają w oparciu o cztery mniejsze reaktory o mocy 500 megawatów, Temelín tworzą dwa o mocy 1080 megawatów. Razem obie elektrownie wytwarzają około pięćdziesiąt procent energii elektrycznej w Czechach. Od lat jest też planowana rozbudowa siłowni temelińskiej. Elektrownię w Temelínie otaczają wielkie pola rzepaku — wiosną betonowe chłodnie niemalże toną w soczystej zieleni, a latem w jasnożółtych kwiatach. Od świata zewnętrznego odcina ją ośmiusetmetrowy pas bezpieczeństwa, do którego dostępu bronią szlabany, kamery, płoty i szeroka, wykoszona łąka. Bronią jednak wybiórczo. Europa Środkowa nie wyróżniałaby się niczym spośród innych regionów świata, gdyby wszystko działało tak, jak powinno. Czechy zaś to esencja Europy Środkowej. Temelín widziałem wiele razy, zazwyczaj z daleka. Gdy zwiedzałem południowe Czechy, podjeżdżałem bliżej, zafascynowany machiną, która sama potrafi zaspokoić trzecią część potrzeb kraju na energię elektryczną.

Najbliżej byłem, gdy już po awarii w japońskiej Fukushimie w 2012 roku przygotowywałem reportaż o czeskiej jądrówce i na zaproszenie koncernu energetycznego ČEZ — właściciela elektrowni — wszedłem do środka. Jadąc wiejskimi drogami od Protivína do Temelína, zgubiłem się. Cementowoszarą elektrownię przez cały czas widziałem przed sobą, lecz nie było żadnych naprowadzających mnie drogowskazów, a większość dróg dojazdowych zastawiały bariery albo znaki zakazu wjazdu. Nie mogłem jechać prosto w jej stronę, więc cały czas kluczyłem i błądziłem. Ostatecznie, widząc prostą, asfaltową dróżkę oznaczoną zakazem wjazdu, ale prowadzącą w stronę monumentalnej budowli, wjechałem na teren zamknięty i obrałem właściwy kierunek. Nie na długo. Droga po chwili skręciła, a elektrownia zniknęła za pagórkiem. Zamiast Temelína zobaczyłem zaparkowaną w jednej z zatoczek starą skodę. W jej wnętrzu było siwo od dymu, a ze środka dochodził chichot. Gdy wyszedłem ze swojego auta, okno skody otworzyło się, a z kłębów dymu wynurzyła się młoda, pryszczata twarz, która — przyglądając się mi i nie przerywając rechotu — wydusiła z siebie: „To nie policja”. Na pytanie, czy do elektrowni dojadę tą drogą, kiwnęła twierdząco. Z przeciwnej strony wychyliła się zaś druga młoda buzia i zaproponowała mi wspólne wypalenie jointa. Jadąc przez teren pod specjalnym nadzorem i wbrew zakazowi, przez cały czas miałem serce w gardle. W każdej chwili spodziewałem się kontroli, zatrzymania, policyjnych syren, facetów w czerni i co najmniej mandatu. Widząc dwóch młodych ludzi palących trawkę w obszarze zamkniętym tzw. obiektu strategicznego, nieco się uspokoiłem. „Nie boicie się, że zgarnie was policja?” — zapytałem ich. „Rzadko tu zaglądają. A my dzięki elektrowni czujemy się jak bohaterowie kina science fiction” — odpowiedzieli. Podziękowałem więc za naprowadzenie na właściwą drogę i ruszyłem dalej. Na temeliński parking dojechałem nie niepokojony przez nikogo. Na mojego starego opla, którego odholowano by z centrum dowolnego miasta Europy Zachodniej, też nikt nie zwrócił uwagi. O umówionej porze spotkałem się z rzecznikiem elektrowni. Nieco później, przebrany już w żółty skafander, w niemalże takim samym kolorze

jak rzepakowe pola dookoła kompleksu, i pozbawiony przedmiotów, które mogłyby ulec napromieniowaniu, pod grubą warstwą betonu przyglądałem się wymianie prętów paliwowych. Choć zasada działania jest taka sama, współczesny reaktor jądrowy jest dużo bardziej zaawansowany od stosu atomowego autorstwa Enrica Fermiego. Ma co najmniej kilka metrów wysokości i otacza go konstrukcja z nierdzewnej stali. Od świata zewnętrznego odcina go także płaszcz z grubego na blisko dwa metry żelazobetonu, tzw. containment, zapobiegający zarówno zagrożeniom wewnętrznym, jak i zewnętrznym. Zachodząca w reaktorze przemiana jądrowa ma charakter wymuszony. Pierwiastek radioaktywny bombardowany spowolnionymi neutronami rozbija się na kolejne, wywołując reakcję łańcuchową. Moderator ma za zadanie kontrolowanie tej reakcji. W Temelínie jest nim zwykła, tzw. lekka, woda. Fermi, który w 1938 roku otrzymał Nagrodę Nobla z fizyki za stworzenie sztucznych radioizotopów po bombardowaniu innych pierwiastków neutronami, przeoczył rozszczepienie jądra atomu. Zrozumiał to inny noblista, niemiecki fizyk Otto Hahn, który sam w 1938 roku przeprowadził kontrolowaną reakcję rozszczepienia. Wynikająca z teorii względności Alberta Einsteina zależność masy i energii powoduje, że efektem reakcji jądrowej jest ogromna ilość ciepła. To ciepło w elektrowni atomowej, tak samo jak w każdej elektrowni konwencjonalnej, napędza wytwarzające energię elektryczną turbiny. W przeciwieństwie do zespołu Fermiego pracujący dziś w elektrowni jądrowej inżynierowie nie mają na sobie garniturów, lecz żółte kombinezony, białe rękawiczki, kaski ochronne i osobiste dozymetry. Specjalne, jeszcze bardziej szczelne białe uniformy i maski tlenowe noszą ludzie przebywający w bezpośrednim sąsiedztwie paliwa nuklearnego i rdzenia reaktora. Przez całą wizytę w elektrowni — zarówno nad reaktorem, jak i w sterowni — nie opuszczało mnie jednak uczucie niepokoju. Podobnie jak dwaj młodzi chłopacy spotkani po drodze, także poczułem się jak bohater filmu science fiction, tyle że wyprodukowanego w studiach środkowoeuropejskich i opowiadającego o nieuchronnej katastrofie. Dla Czechów elektrownia atomowa to ogromny kapitał, a także możliwość rozwoju badań jądrowych i cywilnych technologii nuklearnych.

Na szczęście przez kilkanaście lat funkcjonowania Temelína nie doszło też do żadnej poważnej awarii, która mieściłaby się w międzynarodowej siedmiostopniowej skali zdarzeń jądrowych i radiologicznych. Ale słowiański stosunek do procedur i powtarzające się od otwarcia Temelína komunikaty o różnych małych usterkach, w tym wycieku radioaktywnej wody z pierwszego obiegu chłodzenia, wymagają co najmniej refleksji. W pamięci mam, że największa katastrofa elektrowni jądrowej zdarzyła się właśnie wśród Słowian, w Czarnobylu na Ukrainie, gdzie w 1986 roku w konsekwencji przegrzania reaktora doszło do emisji substancji radioaktywnych na ogromnym obszarze wschodniej, środkowej i północnej Europy. Znam tę historię z różnych perspektyw; jest gorzka jak płyn lugola, który podawano mi jako dziecku narażonemu na następstwa czarnobylskiej katastrofy, smutna jak znane z pierwszej ręki opowieści specjalistów, m.in. pierwszego prezydenta Białorusi Stanisława Szuszkiewicza, który mówił mi o nagłych diagnozowanych przypadkach zachorowalności na raka tarczycy wśród ludności byłego Związku Radzieckiego, i racjonalna jak raporty ONZ, obniżające rzeczywistą skalę następstw i liczbę ofiar. Ale do Czarnobyla doprowadził w ostateczności błąd człowieka i dziura w procedurach bezpieczeństwa. A ja wjechałem do Temelína starym gratem, nie niepokojony przez żadne służby. Za to los dał mi możliwość wypalenia skręta z napotkanymi na strzeżonym terenie młodymi ludźmi. Nie dziwię się więc obawom Austriaków i czeskich ekologów. Kilkanaście miesięcy wcześniej Pragą wstrząsnęła wiadomość o wykryciu źródła silnego promieniowania na placu zabaw dla dzieci na obrzeżach centrum czeskiej stolicy. Odkrył je mieszkaniec, który nosił przy sobie dozymetr. Od lat planowana jest rozbudowa elektrowni w Temelínie. Docelowo siłownia jądrowa ma mieć cztery bloki. Przetargi są najpierw przez kolejne rządy ogłaszane, potem odwoływane. Czasem rząd upada, więc procedura zaczyna się od nowa lub jest wstrzymywana. Lokalna inwestycja nabiera nagle globalnego charakteru, bo w konkursach startują firmy z całego świata, lecz zazwyczaj do końca zostają tylko Amerykanie i Rosjanie. Gra jest warta zachodu. Z jednej strony toczy się o ogromne pieniądze — w 2014 roku rozbudowę wyceniano na 9 – 13 miliardów dolarów. Z drugiej chodzi o bezpieczeństwo kraju, bo w warunkach kontraktu

przewiduje się także dostawy paliwa i odbiór odpadów radioaktywnych, a przecież już dziś elektrownie atomowe pokrywają w Czechach blisko połowę zapotrzebowania na energię elektryczną. Co więcej, cykl produkcyjny planuje się na sześćdziesiąt lat, więc na tyle czasu można prognozować rentowność przedsięwzięcia. Co roku w temelińskiej elektrowni wymienia się jedną czwartą ze 163 prętów paliwowych. Pręty zawierają wzbogacony uran 235, zdolny podtrzymać zachodzącą w reaktorze reakcję jądrową. Zużyte paliwo, zanim trafi do położonego na terenie elektrowni składu odpadów nuklearnych, najpierw przez dziesięć lat trzymane jest w komorze reaktora w specjalnych basenach wodnych. Pierwsza w świecie elektrownia atomowa o mocy 5 megawatów została uruchomiona w 1954 roku w Związku Radzieckim w mieście Obnińsk, około sto kilometrów od Moskwy. Chłodzona była wodą, a moderatorem był grafit. Prąd produkowała przez blisko pięćdziesiąt lat. Imię Enrica Fermiego noszą w świecie trzy z blisko czterystu placówek nuklearnych; dwie z nich to elektrownie atomowe we Włoszech i USA, trzecia to reaktor badawczy w Argentynie.

O poruszaniu się, wypadkach, dziurawych autostradach, tunelach i korupcji Ten odcinek czeskiej autostrady D1 cieszy się wyjątkowo złą sławą. Kolizje drogowe liczy się tam w setkach, ofiar jest kilkadziesiąt. W XVII wieku pewnie zjechałby tam z Pragi cały dwór cesarza Rudolfa II wraz z czołowymi astronomami, badaczami, alchemikami i czarownikami. To miejsce jest wyjątkowo pechowe i ponoć emanuje złem. Czescy psychotronicy i radiesteci, którzy w 1992 roku dokładnie sprawdzali okolicę z różdżkami, oznaczyli je jako punkt przecięcia żył wodnych i strefę geopatyczną, tłumiącą naturalną ochronę, jaką zapewnia pole ziemi. Właśnie tam 1 września 1992 roku odniósł śmiertelne rany Alexander Dubček, główny architekt reform praskiej wiosny i po upadku komunizmu czołowy polityk federacji czesko-słowackiej. Samochód, którym kierował jego szofer, w drodze z Bratysławy do Pragi, w okolicach miasta Humpolec, wypadł z autostrady. Choć w 2007 roku fragment drogi został wyremontowany, wciąż dochodzi tam do wypadków. Całkiem niedawno, w 2011 roku, pisałem o karambolu z udziałem blisko stu dwudziestu aut. Kierowcy w Polsce często powtarzają, jak to wspaniale jeździ się po czeskich autostradach, i zachwycają się, jak szybko można przeciąć kraj i znaleźć się w Austrii. Zapominają jednak, że Czechy to kraj czterokrotnie mniejszy od Polski, autostrad nie ma zbyt wiele, a jadąc z północy na południe, kraj da się przeciąć autostradą — i też nie tak do końca — tylko ze Śląska przez Morawy. Owszem, z Pragi autostrady i drogi ekspresowe wychodzą promieniście prawie w każdym kierunku (wyjątkiem jest południe), dzięki czemu czeska stolica na mapie wygląda jak słońce, alchemiczny symbol złota. Ale

z ośmiu tylko dwie — D1 i D5 — osiągają konkretne cele, jakimi są słowacka i niemiecka granica. Stan tych dróg pozostawia wiele do życzenia; są nierówne, nieprofilowane, co rusz auto skacze na wybojach. Wiele odcinków jest remontowanych, regularnie frezowanych, przewężonych i zakorkowanych. Gdy w piątkowe popołudnie wyjeżdżałem autem z Pragi w kierunku Wrocławia, musiałem się liczyć z kilkudziesięciominutowym postojem na obwodnicy. Czas czekania wydłużał się, jeśli zdarzył się jakiś wypadek. W tygodniu łącząca Pragę z Brnem D1 bywa zapchana przez sznur ciężarówek na całej długości aż po późną noc. Tę drogę opiewa w swojej piosence Pijánovka punkowy zespół Tři sestry: „Po highwayu numer jeden wyrytym koleinami, w smrodzie ropy, świec i prochu, pędzą trucki bez strachu”. Wspominają też „strome wzgórze, na którym rozbijają się politycy”, czyli czarny punkt koło Humpolca, gdzie zginął Dubček. Lecz oprócz tego, że D1 jest wciąż zakorkowana, nieustannie trwa jej remont. Z początku przebudowę planowano rozpocząć po zakończeniu równoległej autostrady w północnej części kraju. Ale nowy projekt leży odłogiem w gabinetach planistów i tylko od czasu do czasu wskrzeszają go politycy. Dlatego te trzysta kilometrów, które dzielą Pragę od Ostrawy, wciąż pokonuje się, nadrabiając trasy łukiem na południe, a potem na północ przez Brno i niemal całe Morawy, a nie prosto na wschód przez Hradec Králové i wzdłuż polskiej granicy. Oficjalnie rekordowym odcinkiem pod względem wad okazała się wybudowana w 2007 roku, a przechodząca przez Ostrawę autostrada D47. Czeska Dyrekcja Dróg i Autostrad (ŘSD) na dziewięciu kilometrach drogi wykryła 901 defektów, w tym: 460 w mostach autostradowych, 343 na samej jezdni, a 98 na wielopoziomowych skrzyżowaniach. Na jezdni pojawiły się garby, popękał beton, mosty zaciekały wodą i rdzewiała ich konstrukcja, powstały koleiny, wykrzywiły się maszty latarni. Tymczasem budowa odcinka kosztowała Czechy 4,3 miliarda koron (około 720 milionów złotych). Wykonawca miał ją naprawić w ramach gwarancji, ostatecznie skończyło się na karach umownych. D47 ma wyjątkowego pecha. O jej budowie mówiło się w Czechosłowacji od lat 60. XX wieku, formalną zgodę Praga wydała na

początku lat 90. Roboty ruszyły dopiero po roku 2000, kiedy gabinet — wówczas premiera — Miloša Zemana bezkonkursowo zlecił je izraelskiej firmie Housing & Construction (H&C). Kilometr drogi miał kosztować 2 miliardy koron (około 300 milionów złotych), a całość — 125 miliardów (czyli prawie 20 miliardów złotych). Najwyższy Urząd Kontrolny (NKU, czyli czeski odpowiednik NIK) uznał, że cena powinna być pięć razy niższa. W 2003 roku umowę z Izraelczykami zerwano, a czeski rząd zapłacił ponad 600 milionów koron kary. Policja wszczęła śledztwo, podejrzewając korupcję, przesłuchano cały ówczesny rząd, ale nie dowiedziono nieprawidłowości. ŘSD — pomimo problemów z wykupem gruntów — wznowiła prace na D47 w 2004 roku. Policjanci w tym czasie przyglądali się cenom terenów, przez które miała przebiegać droga. I znów nie dopatrzyli się niczego nielegalnego. Budowa zakończyła się w 2007 roku. Pierwsze naprawy na nowo oddanej do użytku autostradzie zaczęły się siedem miesięcy później. D47 nikt jeszcze nie przebadał pod kątem przecięcia żył wodnych. Sprawę zwieńczono jedynie stwierdzeniem, że nie doszło do popełnienia przestępstwa. Najsłynniejszą autostradą Czech jest jednak D11. W założeniach planistów ma ona łączyć Pragę z polską granicą w Górach Kamiennych, a stamtąd — już jako S3 — biec przez zachodnią Polskę do Szczecina. Niespodziewanie jednak piękna czteropasmowa droga, przedzielona pasem zieleni, do 2017 roku kończyła się w szczerym polu jakieś trzy kilometry przed Hradcem Králové, zaraz za zjazdem na Pardubice. Swój kres pośród niczego zawdzięczała transformacji ustrojowej, zmianom w prawie własnościowym, a w szczególności paniom Ludmile Havránkovej i jej siostrze Jaroslavie Štrosovej — właścicielkom kawałka pola, przez które na planach przebiega fragment autostrady. Z Havránkovą i Štrosovą walczyło kilkunastu czeskich ministrów transportu. Polegli prawie wszyscy. Trwający od dwudziestu lat spór dotyczył mierzącej czternaście arów działki rolnej. Wielokrotnie ogłaszano ugodę z państwem, a właścicielkom grożono wywłaszczeniem, co sprawiło, że dociągnięcie drogi do Hradca Králové trwało 27 lat.

Za ten niewielki kawałek ziemi władze proponowały rolniczkom prawie 200 tysięcy koron (równowartość około 30 tysięcy złotych), a więc cenę zbliżoną do rynkowej wartości okolicznych działek budowlanych. Kobiety się na to nie zgodziły. Żądały dziesięć razy więcej. Spędziły tam całe życie, dla nich to miejsce było bezcenne, ale tego nie potrafił zrozumieć żaden obywatel, żaden kierowca ani żaden urzędnik państwowy. Sprawa zapewne skończyłaby się dużo wcześniej, gdyby syn Štrosovej nie był praskim adwokatem. Znając prawo, skutecznie bronił interesów matki i ciotki. Siłę państwa, w tym oraz w innych przypadkach, poznaje się po tym, jak radzi sobie z podobnymi problemami. Dysfunkcją jest wygnanie obywatela z rodzinnego domu, gdy nie daje się wiele w zamian. Historia Mostu pokazała, dokąd prowadzą projekty korzystne z perspektywy ogółu, ale niedobre dla jednostek, dające abstrakcyjny wzrost PKB, rozwój, gospodarkę, a realizujące ideę i plan. Ale większość nie dostrzega tego mikrodramatu przeżywanego przez krzywdzone jednostki. I nikt z nas zapewne nie chciałby znaleźć się na miejscu pani Štrosovej. Czechy regularnie — jak w serialu — obiegała wiadomość o nadchodzącym porozumieniu. Ostatecznie w lipcu 2014 roku rada miejska Hradca Králové zgodziła się na wykup gruntów należących do Štrosovej za sumę 1,7 miliona koron (275 tysięcy złotych). Kilka miesięcy później porozumienie zawarła Havránková. Na mocy ugody z państwem za fragment własnego pola dostała ziemię rolną, którą dotychczas dzierżawiła. Dzięki temu autostradą od sierpnia 2017 roku można wjechać do Hradca Králové. Ale doprowadzenie D11 do granicy z Polską nadal stoi pod znakiem zapytania, choć władze sugerują, że inwestycja mogłaby się zakończyć jeszcze w tym dziesięcioleciu. Najnowsze plany ŘSD przewidują budowę blisko 64-kilometrowego odcinka w kierunku polskiej granicy na lata 2018 – 2024. Powoli rozkręca się budowa piętnastu kilometrów autostrady między Hradcem Králové a Smiřicami; są już koparki, a jeśli czescy drogowcy zmieszczą się w czasie, skończą do 2022 roku. Do tej pory im się nie udawało, więc pozostałbym sceptyczny, tym bardziej że jeśli chodzi o część bliższą Polski, wciąż brakuje decyzji z zakresu planowania przestrzennego.

„Co będzie dalej, jest zapisane w gwiazdach” — mówił, odnosząc się do budowy drogi, hradecki radny Lubomír Štěpán. W tym czasie Polacy zdążyli znacząco zbliżyć się z S3 do granicy z Czechami. Droga dziś kończy się w Bolkowie, a prace na budowie w kierunku granicy trwają. Sama Praga, podobnie jak większość stolic Europy Środkowej, nie doczekała się autostradowego ringu z prawdziwego zdarzenia. Dziś ma dwie autostrady obchodzące miasto od wschodu i południa, kawałek drogi ekspresowej od zachodu, ale wciąż nie ma domkniętego pierścienia od północy. Ponadto kilka dróg szybkiego ruchu poprowadzonych jest przez ścisłe centrum miasta, m.in. przecinająca Florenc ulica Wilsonova, widoczna zawsze, gdy wychodzi się z głównego dworca kolejowego, albo Evropská, którą po latach walki biurokratycznej i budowlanej, zarzutów korupcyjnych i o niegospodarność, odciążył w północnej i zachodniej części miasta niedawno dokończony tunel Blanka. To, że część dróg wtłacza potoki samochodów do Pragi, zamiast je wyprowadzać i proponować alternatywę, sprawia, że czeska stolica jest bez przerwy zakorkowana i tonie w smogu. Sytuację w pewnym stopniu ratują pociągi, trzy nitki metra i budowane m.in. w miejscu starych, likwidowanych linii kolejowych drogi rowerowe, ale nie eliminują one korków i wiążącego się z nimi smrodu spalin w mieście. Ruch uliczny dla mieszkańców czeskiej stolicy jest na tyle uciążliwy, że w 2016 roku grupa obywateli miasta oskarżyła Ministerstwo Środowiska o niedotrzymywanie wymaganych przez prawo limitów pyłów zawieszonych i tlenków azotu. Dowodzili tego za pomocą prowadzonych samodzielnie pomiarów stężeń spalin. I ostatecznie sąd przyznał im rację. Jedna ze skarżących w 2017 roku dostała się do Izby Poselskiej jako reprezentantka Partii Piratów. Tunel Blanka stał się zaś symbolem korupcji i nieudolności praskiego ratusza. W planach jako część śródmiejskiej obwodnicy Pragi pojawił się już w latach 70. XX wieku. Budowę najpierw wstrzymywały ważniejsze projekty infrastrukturalne gospodarki ČSSR, a po zmianie ustroju i aksamitnym rozwodzie — chroniczny brak środków. Projektanci uzupełnili plany w 1997 roku, pierwsze pozwolenia wydano w roku 2003 i dopiero po wejściu Czech do Unii Europejskiej, gdy droga znalazła się

wśród kluczowych inwestycji transportowych, a ruch na ulicach Pragi stawał się nie do wytrzymania, w 2006 roku prezydent Pragi Pavel Bém — z zawodu lekarz psychiatra, członek prezydium Obywatelskiej Partii Demokratycznej ODS, związany z frakcją konserwatywną zgromadzoną wokół prezydenta Václava Klausa — podpisał pierwsze kontrakty. W 2007 roku ruszyła z dawna oczekiwana budowa. Podziemna konstrukcja została wyceniona na 17,2 miliarda koron (w przybliżeniu równowartość 2,9 miliarda złotych) bez VAT. Prace miały się zakończyć w 2011 roku. Jednak stało się zupełnie inaczej. Budowa przeciągała się, a koszty rosły, zmieniało się prawo i dwa razy podniesiono podatek VAT. Przeciw niespodziewanym rozwiązaniom wykonawcy protestowały ruchy miejskie i ekolodzy. Mimo upływu czasu budowa co rusz była wstrzymywana. Plac budowy sam w sobie dla prażan był wielkim utrudnieniem, gdyż sąsiadował bezpośrednio z centrum i blokował bardzo duży obszar miasta. Wywoływał też dodatkowe ograniczenia w ruchu, przez co centrum stało w jeszcze większych korkach niż dotychczas, a przez serce Pragi przetaczało się jeszcze więcej aut niż wcześniej. Nikt przedtem nie pomyślał, z czym może się wiązać realizacja tak ogromnego projektu w wielkim ośrodku miejskim, więc oprócz wspomnianych uciążliwości mieszkańcy i turyści doświadczali hałasu pracujących maszyn i dodatkowego kurzu. We współczesnym języku czeskim słowo „tunel”, oprócz „drogi przebiegającej pod ziemią” czy „wyrobiska górniczego”, oznacza także „wyprowadzenie środków”, „defraudację”, „sprzeniewierzenie pieniędzy”. Stąd też budowa tunelu Blanka już na poziomie języka nabierała podwójnego znaczenia: przedsięwzięcia niekoniecznie zgodnego z prawem. Wzbudzała zarówno śmiech oraz przerażenie, jak i wściekłość mieszkańców, którzy latami czekali na realizację inwestycji, gdy po latach z gazet i telewizji dowiadywali się, że publiczne pieniądze, przeznaczone na wykonanie kluczowej dla stolicy podziemnej arterii, zniknęły lub trafią na prywatne rachunki. Ostatecznie budowa zakończyła się we wrześniu 2015 roku. Tunel — jak oszacowano — kosztował prawie trzy razy więcej, niż zakładano: w sumie 43 miliardy koron czeskich. I możliwe, że to nie wszystko. Blanka to w rzeczywistości kompleks dróg szybkiego ruchu, złożony z trzech tuneli o łącznej długości 5,5 kilometra. Zaczyna się na północy

miasta na Troji, gdzie stanowi przedłużenie autostrady D8 biegnącej z Uścia nad Łabą. Przechodzi pod Wełtawą i skręca na zachód pod parkiem Stromovka, pod Letną i stadionem Sparty oraz Hradczanami. Jest najdłuższym tunelem autostradowym w Czechach i najdłuższym miejskim tunelem w Europie. Mimo że jest już przejezdna, Praga wciąż musi się mierzyć z niezapłaconymi fakturami. Jak ujawnili dziennikarze, najprawdopodobniej jeszcze 600 milionów koron trafi na rachunek rosyjskiego miliardera Igora Kima, który przejął czeski bank Expobank CZ, a wraz z nim należności dotyczące finansowania niektórych prac budowlanych. Skomplikowana sprawa znalazła swój wątek też w sądach. Jeden z urzędników praskiego ratusza Jan Beránek może trafić na osiem lat za kraty. Według prokuratury bezprawnie bez przetargu wydał zgodę jednej z firm na przeprowadzenie robót budowlanych i spowodował tym samym szkody w wysokości co najmniej 30 milionów koron. Prezydent Bém z korupcją w Czechach chciał walczyć w niecodzienny sposób. Kiedy coraz głośniej było w mediach o chaosie i niegospodarności w praskim magistracie, a także gdy na jaw wyszły jego nieoficjalne rozmowy z przedsiębiorcą Romanem Janouškiem, jednym z najbogatszych Czechów, wreszcie potwierdziły się plotki o splocie biznesu z polityką. Bém zaproponował więc, by publicznie zakazać używania słów: „korupcja” oraz „kmotr”. „Kmotr” to według słownika współczesnego języka czeskiego „ojciec chrzestny”. Potocznie jednak słowo nabrało szerszego znaczenia i opisuje również lobbystów oraz osoby o dużych wpływach, lecz działające zakulisowo, inaczej tzw. baronów i szare eminencje. Do języka w tym znaczeniu wprowadził je były premier Mirek Topolánek, który na kongresie ODS w 2009 roku mówił o przecięciu biznesu z polityką, zwłaszcza w regionach i samorządach. Rok później odwołał się też do tego zjawiska następca Topolánka, Petr Nečas, gdy podkreślał potrzebę odbudowy wiarygodności partii. Ale słowo zaczęło żyć własnym życiem i funkcjonuje do dziś. A czescy dziennikarze co rusz publikują nowe listy z nazwiskami prawdziwych i potencjalnych „kmotrów”.

O położeniu i granicach, nie tylko zycznych, ale  także czasowych i  kulturowych, oraz o  górach, bez których nie da się mówić o Czechach Granica polsko-czeska (wówczas jeszcze polsko-czechosłowacka) była pierwszą granicą państwową, którą przekroczyłem. Miałem wtedy jakieś cztery lata — ojciec zabrał mnie i siostrę na położony w Kotlinie Kłodzkiej Śnieżnik. Tę prawdziwie środkowoeuropejską górę, leżącą pośrodku słowiańszczyzny i położoną w masywie, z którego rzeki wpadają do trzech mórz: Bałtyckiego, Północnego i Czarnego, przecina granica państwa, wtedy patrolowana jeszcze przez Wojska Ochrony Pogranicza. Na zamglonym, wietrznym szczycie znajdowały się jaskrawożółte tablice z obcym napisem, który do dziś wyrył mi się w pamięci. „Pozor! Státní hranice”. Dla nas, dzieci, postawienie stóp po drugiej, nieznanej stronie świata było niezwykłym przeżyciem. Oczywiście nie mogliśmy pójść dalej; granice były zamknięte, nikt nie wyobrażał sobie, że kiedyś będzie można jeździć po Europie bez żadnych ograniczeń i paszportów. A wyjazd do Czechosłowacji jeszcze na długo pozostawał w sferze nieosiągalnych marzeń, mimo że w domu odbieraliśmy dwa kanały czechosłowackiej telewizji i zazwyczaj względnie orientowaliśmy się w tym, co się dzieje u naszych sąsiadów z południa. Z czasem granice między Polską a Czechami zniknęły. Pojawiły się natomiast gdzie indziej: między Czechami a Słowacją, między miastami a wsiami, między centrum a peryferiami. Dziś jedna z najwyraźniejszych granic, jakie znam, położona jest na praskim śródmieściu. To miejsce, gdzie Vršovice przechodzą w Vinohrady.

Świetnie ją widać, gdy idzie się w kierunku bramy głównej Havlíčkovych sadów. Chodnik, obsikany przez psy, pełen nieczystości, fekaliów i nierówności, przedstawiający mieszankę różnych stylów lania betonu i układania kostek brukowych, nagle zamienia się we wzorzysty, lśniący granit i zaznacza swój wyższy status niebieską linią strefy płatnego parkowania. W jednym punkcie; bez żadnych znaków i zapowiedzi. Właśnie tam przydałaby się dziś tablica z napisem: „Pozor, hranice”. Ten styk dwóch części miasta zawsze pokazuje mi, jak różnorodne i niejednoznaczne są Czechy. Podobne granice dzielą je na innych płaszczyznach, choć może nie tak wyraźnych dla ludzi, którzy tego kraju nie obserwują na co dzień. W literaturze to linia dzieląca zagadkową twórczość Franza Kafki od konkretnego języka Karla Čapka. Biedermeierowską monotonię Boženy Němcovej — zmorę czeskich uczniów, gdyż jej okrutnie nudna powieść Babička to szkolna lektura obowiązkowa — od dynamicznej stylistyki książek najpopularniejszego dziś w Czechach pisarza Michala Viewegha. W malarstwie — niebanalnej i tajemniczej kreski szkiców Toyen i sielskich karkonoskich krajobrazów Františka Kavána. Monumentalnych filmów legendy czeskiej kinematografii Otokara Vávry od głupkowatych komedii Davida Ondříčka. Czy wreszcie w muzyce — dostojeństwa Antonína Dvořáka od kiczowatości Karla Gotta i Heleny Vondračkovej oraz współczesnych, sztampowych i niczym niewyróżniających się, masowo produkowanych przebojów puszczanych w czeskich stacjach radiowych. Kaván, co mnie zaskakuje, jest najczęściej podrabianym czeskim malarzem. Śpiewająca od czterdziestu pięciu lat Vondračková to wciąż liga światowa; jej albumy do dziś sprzedaje się na całym globie i osiągnęły łączny nakład około dwustu milionów egzemplarzy. Viewegha można czasem spotkać w kawiarni Baretta przy ulicy Nuselskiej. W kawiarni Mlýnská na Kampie można porozmawiać (jak jest trzeźwy) z artystą Davidem Černym. Ciekawą kawiarnię literacką prowadzi przy Nuselskich schodach poeta Petr Borkovec. Elegancką winiarnię z winami Europy Środkowej na Żiżkowie ma nagradzany polsko-czeski pisarz i poeta Bogdan Trojak. Vondračkovej spotkać nie można, ale uśmiecha się zazwyczaj z reklam porozwieszanych na miejskich tablicach reklamowych. Nie można też spotkać czeskich polityków, gdyż zazwyczaj z obstawą poruszają się limuzynami. Wyjątkiem jest Karel Schwarzenberg, do

niedawna szef czeskiej dyplomacji, który w niedziele chadzał (a być może i dalej chadza) na msze w kościele św. Urszuli koło Teatru Narodowego. Aby poznać prawdziwą, codzienną Pragę, wystarczy przestąpić jedną z tych niewidocznych granic i powłóczyć się uliczkami mniej znanych osiedli. Czasem warto nawet zapuścić się dalej, aby poznać gwar gospody w porze obiadu, wciąż — mimo zmiany trybu życia — podawanego o niewybaczalnie nieludzkiej porze, między 11.30 a 14.00, i dostać piwo od niechlujnego i skrzywionego kelnera, który przyniesie je, rozlewając trochę z kufla lub szklanki na postawioną wcześniej w notatniku kreskę. Piwo nadal liczy się na kreski. Dawniej, jeszcze w latach 90., wchodziło się do knajpy i obsługa natychmiast po zajęciu przez nas miejsca przy stole stawiała obok nas „dziesiątkę” lub „jedenastkę”, a obok kartę, na której umieszczała swoje hieroglify. Dziś w ten sposób obsługuje się tylko štamgastów, czyli stałych bywalców gospód. Coraz więcej Czechów decyduje się jednak nie pić w ciągu dnia i w większości wybiera się na coca-colę albo zamawia nealko, czyli piwo bezalkoholowe, ku mojemu zaskoczeniu równie dobre jak to zwykłe. Dzięki dobremu nealko moja żona jakoś mogła przeżyć wyjścia do gospód, gdy była w ciąży. W Pradze jest jeszcze jedna wyraźna granica oddzielająca świat zwykłych Czechów od świata przyjezdnych. Dwie rzeczywistości spotykają się, czasem nawet mieszają, na Starym Mieście, Malej Stranie i Hradczanach, gdzie turystycznym korytarzem biegnącym od Bramy Prochowej, przez Celetną, Rynek staromiejski, Karlovą, most Karola, Mostecką i Nerudovą — bez względu na porę dnia — wlewa się potok zwiedzających, a tuż obok, na Kampie, przy Alei Narodowej oraz placu Republiki, toczy się zwykłe życie prażan. Obok setek innych, jednym z moich ulubionych miejsc w Pradze niezmiennie pozostaje plac Wacława. To miejsce, w którym zazwyczaj zaczynały się podczas studiów weekendowe eskapady do Złotego Miasta po wyjściu z położonego w pobliżu Dworca Głównego, kończyły się imprezy, gdyż tylko tam przez całą dobę otwarte były budki z jedzeniem i słynną václavskou klobásou, czy też mijało się go w czasie przesiadki lub przejścia w inny rejon centrum. Mieszkając już w Pradze, gdy tylko potrzebowałem refleksji i kontrastu ludzkich postaw, szedłem popatrzeć na pojawiające i znikające w tłumie

twarze. We Wrocławiu tę rolę pełnił rynek i pomnik Aleksandra Fredry, gdzie stykały się szlaki turystów i mieszkańców miasta. W Warszawie podobnie jest na Trakcie Królewskim w okolicach placu Zamkowego. Tylko że to nie ta skala. Niezapomnianych wrażeń dostarczyły mi dwie fotografujące się na tle pomnika św. Wacława i Muzeum Narodowego Rosjanki. Stanęły na środku placu, między szpalerem krzewów i pośród wysokich kamienic, obłożone torbami z zakupami z najlepszych markowych sklepów. Pstryknęły zdjęcie i, oglądając je na wyświetlaczu aparatu, z radością wykrzyknęły: „Nu, smotri! Eta kak u nas w Magnitogorskie!”. Nigdy nie byłem w Magnitogorsku. Lecz przemysłowe miasta Uralu wyobrażam sobie zupełnie inaczej niż złote serce Europy Środkowej. W kontekście Polski i Czech granica ma jeszcze jeden wymiar: granica polsko-czeska jest najdłuższą z polskich granic. Mierzy 796 kilometrów, biegnie przez Dolny Śląsk, Opolszczyznę i Górny Śląsk. To także jedna z najpiękniejszych polskich granic, wznosząca się na skaliste szczyty Karkonoszy, błądząca wśród skalnych labiryntów Zaworów i Gór Stołowych, meandrująca przez zimne Góry Orlickie, wietrzny Masyw Śnieżnika, opadająca na zielone Góry Opawskie, przecinająca Odrę, towarzysząca Olzie i znów wspinająca się na otoczony mgłami Beskid Śląski. Granica ta przyczyniła się też do obalenia totalitaryzmu w Polsce i Czechosłowacji. W Karkonoszach właśnie na przełomie lat 70. i 80. XX wieku spotykali się, dyskutowali i poznawali polscy i czescy dysydenci. Ze strony polskiej byli to ludzie związani z KOR, m.in. Jacek Kuroń, Adam Michnik, Antoni Macierewicz, Zbigniew Bujak, Zbigniew Romaszewski, Jan Lityński i Henryk Wujec, z czeskiej — działacze Karty 77: Václav Havel, Jiří Dienstbier, Petr Uhl, Jaroslav Šabata, Anna Šabatová czy Alexandr Vondra. Te środowiska uformowały porewolucyjne elity obu państw: Havel został pierwszym niekomunistycznym prezydentem Czechosłowacji (po podziale państwa Republiki Czeskiej), Dienstbier był pierwszym po 1948 roku niekomunistycznym ministrem spraw zagranicznych ČSSR, Uhl był szefem czechosłowackiej agencji prasowej ČSTK, a później redaktorem naczelnym dziennika „Právo”. Šabatová to jego żona, dziś pełni rolę Rzecznika Praw Obywatelskich, a do niedawna była szefową Czeskiego Komitetu Helsińskiego. Vondra zasiadał w trzech

rządach centroprawicy na fotelach ministrów spraw zagranicznych, ds. europejskich i obrony. Wszyscy wymienieni dawni działacze Karty 77 otrzymali polskie odznaczenia. Położona w najwyższym punkcie granicy polsko-czeskiej, na 1602 metrach nad poziomem morza, Śnieżka do niedawna była miejscem spotkań polskich i czeskich przywódców. W 1990 roku wspólne piwo wypili tam ze sobą Lech Wałęsa i Václav Havel, w 2010 roku na górze rozmawiali Bronisław Komorowski i Václav Klaus. Klausa nadal można spotkać przypadkiem w Karkonoszach. W sierpniu 2012 roku swoją obecnością uświetnił otwarcie najwyżej położonego w Europie browaru, mieszczącego się na wysokości 1410 metrów nad poziomem morza, około dwa kilometry od Śnieżki, w Luční boudzie — dawniej ośrodku szkoleniowym Wehrmachtu i czechosłowackiej armii, później schronisku górskim, a dziś hotelu, do którego w żaden sposób nie da się dojechać, lecz można tylko dojść pieszo z Karpacza (osiem kilometrów) i z Peca pod Sněžkou (pięć kilometrów). Były prezydent regularnie też wspina się na Śnieżkę w dniu św. Wawrzyńca, a więc 10 sierpnia. To nadal miejsce polsko-czeskich spotkań. Przez Karkonosze biegnie trzydziestokilometrowy szlak sudecki nazwany „drogą przyjaźni polskoczeskiej”. Z ust mijających się wędrowców z obu krajów usłyszeć można ciepłe polskie i czeskie pozdrowienie: „Cześć” oraz „Ahoj”. O niemiłych, sfrustrowanych Czechach i mniejszościach, w tym o znikających Polakach z Zaolzia W zakładzie fryzjerskim pani Novotnej przy ulicy Pruběžnej przez cały dzień grało radio. I wyjątkowo, w odróżnieniu od innych miejsc, gdzie puszczano tylko muzykę, zawsze słychać w nim było najnowsze informacje. Wiadomości przeplatane były niewybrednymi, okraszonymi kuchenną łaciną komentarzami właścicielki. „Czeka pan” — mówiła opryskliwie. Odkładała na bok nożyczki lub trymer i z zaciętym wyrazem twarzy słuchała tego, co mieli do powiedzenia prowadzący serwis informacyjny. „Za komunistów tego nie było!” — skarżyła się. „Mnie co chwilę podwyższają podatki. Ledwo już daję radę utrzymać ten zakład, a tego łapią z milionami”.

Na moje słowa, że przed 1990 rokiem nie mogłaby prowadzić własnego zakładu, tylko pracowałaby w przedsiębiorstwie państwowym, wzruszała ramionami. „Co mi z tego, jak ledwo mi starcza na rachunki. Na to samo by wyszło” — odpowiadała i z niechęcią wracała do pracy. Rzeczywiście, klientów miała coraz mniej. Ale też nie można powiedzieć, żeby jej zakład fryzjerski wyróżniał się czymś nadzwyczajnym. Był czysty, zadbany, wyłożony ładnymi kaflami w śródziemnomorskim stylu, na stole zawsze leżał skrupulatnie ułożony stos czasopism, głównie bulwarowych, ale czasem też opiniotwórczych. Lecz po przeciwnej stronie ulicy wyrósł fryzjer większy, specjalizujący się we fryzurach damskich, choć strzygący też mężczyzn. W pobliżu można było obciąć włosy jeszcze w co najmniej trzech miejscach. A w przeciwieństwie do konkurentów Novotná miała zły zwyczaj znikania bez zapowiedzi i zamykania firmy na kilka godzin, o czym informowała zawieszona w witrynie kartka „Zaraz wracam”. Intuicyjnie Novotná miała rację, choć nie potrafiła tego nazwać. W jej małym kraju jak w soczewce skupiły się wszystkie związane z transformacją problemy Europy Środkowej. To państwo dysfunkcyjne — chciałoby się powiedzieć — „kartonowe”, które na większe problemy reagowało ad hoc, aby tylko nie stracić wizerunku. Nie działało jednak systemowo, krok po kroku i według planu, by rozwijać się na korzyść obywateli; nie wspierało też obywatelskich inicjatyw, gdyż właśnie ludzi — zdawało się — obawiało się najbardziej. Państwo to — nie wiadomo, czy celowo, czy przypadkiem — stworzyło system quasi-oligarchiczny, w którym jeden biznesmen powoływał partię polityczną i wprowadzał ją do parlamentu, a drugi przejmował firmę za firmą, kupował medialny koncern, który dzięki swojej potędze i środkom mógł formować umysły i opinie mieszkańców kraju, wciskać im, że państwem da się zarządzać jak przedsiębiorstwem, po czym wygrywał wybory i stawał na czele rządu, a z całych Czech — jak żartowano — robił swój wielki holding. W słowach Novotnej, jak i innych mieszkańców Czech słychać było tęsknotę za silną władzą, powrotem króla, który wszystko naprawi i pokona całe zło odkryte wcześniej poza granicami państwa w postaci ludzi uciekających z obcych rejonów świata przed wojną. Czesi, których karmiono strachem przed uchodźcami, zapomnieli, że to od nich zależy, jak

będzie wyglądać ich własne podwórko, kto stanie na czele ich rządu i jak media przedstawią otaczający ich świat. Nikt obcy im nie zagraża od lat. Doświadczają natomiast czegoś zupełnie innego: słabości państwa i instytucji — zamiast więc ich bronić, bo są ich, oddają je biernie bez walki. Ta bierność wyraża się poprzez dyskryminację różnorodnych mniejszości, niechęć do ich integracji i przymykanie oka na ich podstawowe potrzeby oraz zagrożone bezpieczeństwo; niezrozumienie dla demokracji, która pojmowana jest jako bezkompromisowe rządy większości, a nie ochrona słabszych; krytykę politycznej poprawności, dla wielu wyrazu słabości i uległości wobec miękkich idei z Zachodu, a nie wynikającego z humanitarnej tradycji Zachodu szacunku dla odmienności; ogromną korupcję, powstrzymującą realizację istotnych dla ludności projektów; nieudolność policji, która nie potrafi poradzić sobie z garstką ekstremistów czy odnaleźć zaginionych dzieci, a za to umie dokonać szarży i pacyfikacji uczestniczących we mszy Romów; błędy sądów i prokuratury, oskarżających i skazujących na podstawie poszlak — nie dowodów — być może niewinnych; czy wreszcie kreowanie przez media przejaskrawionego obrazu świata, publiczne ferowanie wyroków i kar czy nieprzemyślane i nieodpowiedzialne narażanie ludzi poprzez ujawnianie niesprawdzonych informacji i wynajdywanie problemów, które nie mają zbyt wiele wspólnego z faktami i rzeczywistością. Ale także obywatele mają problem z rozróżnieniem dobra od zła: ofiary wojny uważają za zagrożenie, a napastników próbują tłumaczyć z największych podłości wobec słabszych. Krajobraz okolicy Novotnej zmieniał się w oczach. Obok starych kamienic z lat 60. XX wieku wyrosły nowe, eleganckie osiedla, parkowało coraz więcej aut z wyższej półki, pojawiły się śmietniki do segregacji odpadów, z których jednak najwięcej korzystali grzebiący w nich bezdomni. Co chwilę zamykały się ulokowane w podcieniach kamienic sklepy i małe firemki, a ich miejsce zajmowały wietnamskie „večerki”, czyli prowadzone przez Wietnamczyków sklepy wielobranżowe, czynne zazwyczaj od godziny 6.00 do 22.00, a często nawet dłużej. Gdyby nie wietnamskie sklepy, niejednokrotnie w weekend zostałbym bez pieczywa. Ratowały sytuację szczególnie w mniejszych miastach, gdzie w sobotę i niedzielę życie totalnie zamierało. Te sklepy oferują niemal wszystko: pieczywo, słodycze, alkohol, kosmetyki czy — w razie potrzeby

— śrubokręt lub superglue. Z jakością bywa różnie — kilka razy kupiłem stary chleb i skwaśniałe mleko, lecz zawsze dostawałem w zamian uprzejmy uśmiech i kilkakrotnie powtórzone słowo „dziękuję”. Wietnamczycy dzięki swojej dynamice wypełnili lukę, którą wytworzyły czeskie lenistwo i niechęć do przedsiębiorczości. W latach 90. wietnamscy imigranci przejęli niemal cały handel przygraniczny, a po likwidacji przejść granicznych i stref wolnocłowych z bazarów weszli do miast i zaczęli przejmować osiedlowe sklepy. Wygrali tym, że te czeskie zamykano najpóźniej o 18.00, a w weekendy w ogóle ich nie otwierano. Wietnamskie pracują na okrągło przez siedem dni w tygodniu. Ponieważ jednak czeski rynek detaliczny jest niewielki i w Czechach istnieje o wiele mniej hurtowni niż w Polsce, wietnamska konkurencja — pomimo formalnie działającego wolnego rynku — doprowadziła do absurdów. W sklepach wielkich sieci handlowych, jak Tesco, Billa, Lidl, Penny Market czy Albert, gdzie często ogłasza się różne promocje i sprzedaje towar w preferencyjnych cenach, wprowadzono limity zakupów. Nie można więc kupić więcej niż pięć czy dziesięć sztuk danego produktu, na przykład popularnej w Polsce czekolady Studentskiej, gdyż wietnamscy sklepikarze, korzystając z okazji, wykupywali cały asortyment i sprzedawali (z odpowiednią marżą) u siebie. Handel to nie jedyna gałąź gospodarki, którą opanowali Wietnamczycy. Zdominowali też rynek narkotyków. Czeskie media regularnie informują o likwidacji upraw marihuany prowadzonych w wielkich halach produkcyjnych, gdzie nowi, nielegalni imigranci pracują w niewolniczych warunkach, często w ogóle nie wiedząc, w jakim są kraju. Właściciel mieszkania, w którym mieszkałem, opowiedział mi kiedyś historię swojego kolegi wynajmującego lokal Wietnamczykom. Mężczyzna z początku był bardzo zadowolony, gdyż klienci płacili sporo i regularnie, nie było z nimi żadnych kłopotów. Ale pewnego dnia urwał się z nimi kontakt, przestały też przychodzić przelewy za wynajem. Zaniepokojony pojechał do mieszkania. Zastał otwarte drzwi. Wyglądało, jakby zostało opuszczone w pośpiechu. Na stole w jednym z pokojów znalazł aparaturę chemiczną, w której produkowano metamfetaminę, obok leżał stos pieniędzy. Skończyło się policyjnym dochodzeniem. Zaległego czynszu nie odzyskał.

Oficjalne dane czeskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych mówią, że w Czechach żyje blisko 57 tysięcy Wietnamczyków. Według czeskich mediów może ich być nawet dwa razy więcej. Czechom trudno ich rozróżnić, policjanci skarżą się, że sprawdzając dokumenty, nie są w stanie się porozumieć i jednoznacznie stwierdzić, czy osoba na zdjęciu odpowiada rysopisowi tej stojącej przed nimi. W dodatku czescy Wietnamczycy żyją we własnych enklawach i nie integrują się z lokalną społecznością. Najwięcej mieszka ich w Pradze i w Chebie, pod niemiecką granicą, w najbardziej na zachód wysuniętym punkcie kraju. Mniejszość jednak się zmienia. Wietnamczycy od kilku lat co roku organizują wybory swojej miss w Czechach, a w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku po raz pierwszy wystartował wietnamski polityk Cong Hung Nguyen. Miał wówczas 27 lat i kandydował z list Obywatelskiej Partii Demokratycznej. Nguyen przybył do Czech jako ośmiolatek. „W ogóle nie znałem czeskiego. Na szczęście w szkole i na podwórku koledzy mnie zaakceptowali” — opowiadał o sobie. W wyborach otrzymał zaledwie siedemset głosów, ale jak podkreślał, nie zamierza na tym poprzestać. Wśród swoich celów wymienia zintegrowanie czeskich Wietnamczyków z czeskim otoczeniem i zbliżenie obu kultur. Wskazywał, że miejscowi Wietnamczycy to już nie tylko pospolici „straganiarze”, lecz coraz częściej ludzie wykształceni, wyrafinowani i o coraz większych wpływach. Oficjalnie największą mniejszością narodową w Czechach (według statystyk z 2011 roku), gromadzącą 147 tysięcy ludzi, są Słowacy. Wiąże się to z jednej strony ze wspólną historią sąsiadujących ze sobą narodów, ale i z możliwościami, które Słowakom, m.in. ze względu na bliskość językową i kulturową, dają zachodni sąsiedzi. Do dziś Słowacy mogą w urzędach posługiwać się swoim językiem, do tego przysługuje im bezpłatne prawo do nauki na czeskich uczelniach. Słowaków jest jednak w Czechach coraz mniej, choć są równie znaczący i wpływowi jak przed aksamitną rewolucją. Ósmym i przedostatnim prezydentem Czechosłowacji był Słowak Gustáv Husák. Słowak Andrej Babiš, przedsiębiorca i polityk, do niedawna był ministrem finansów, a dziś stoi na czele czeskiego rządu.

Obok Słowaków za tradycyjną mniejszość uważani są Polacy, głównie mieszkańcy Zaolzia oraz pozostałych rejonów czeskiego Śląska. Ich liczba jednak systematycznie spada — podczas gdy podczas spisu powszechnego z 2001 roku narodowość polską w Czechach deklarowało blisko 52 tysiące ludzi, w 2011 roku przyznawało się do tego niecałe 40 tysięcy osób. Koleżanka z Zaolzia, dziennikarka lokalnej prasy, tłumaczyła mi, że z jednej strony to skutek otwartych granic — wielu Polaków mogło wrócić do Polski i tam szukać swego szczęścia, z drugiej — postępującej bohemizacji, która spowodowała, że wiele osób — pomimo wychowania się w polskim środowisku — czuje się dziś bardziej Czechami, a mniej Polakami, nie używa języka rodziców, nie ma kontaktów z Polską. Najbardziej znani Polacy urodzeni w Czechach to Jerzy Buzek, premier Polski w latach 1997 – 2001 i szef Parlamentu Europejskiego z lat 2009 – 2012, piosenkarki Ewa Farna i Halina Mlynková czy poeta (i winiarz) Bogdan Trojak, laureat najważniejszej czeskiej nagrody literackiej Magnesia Litera. Zaskakującą, wzbudzającą wiele emocji mniejszością w Czechach są Romowie. Choć do przynależności do niej przyznaje się zaledwie niecałe 13 tysięcy obywateli (natomiast do języka romskiego — ponad 40 tysięcy), nagłówki gazet i dyskusje w gospodach wskazywałyby na jej ogromne wpływy i zasięg. To najbardziej skryta mniejszość, najczęstsza ofiara czeskiego rasizmu. Napiętnowana innością, niedoinwestowana, zmarginalizowana, właściwie żyjąca w gettach i pozostawiona sama sobie. Segregowana w specjalnych szkołach i klasach. I nawet jeśli kolejne czeskie rządy deklarują zmianę i poprawę, niewiele w życiu romskiej społeczności w Czechach się zmienia. Romowie w Czechach zjawili się w przeważającej większości po drugiej wojnie światowej, przybywając ze wschodu Czechosłowacji. Zasiedlili tereny pogranicza, głównie wzdłuż granic z PRL, NRD i RFN, z których na mocy dekretów prezydenta Beneša wygnano z kraju i wywłaszczono około trzech milionów Niemców, formalnie wciąż obywateli Czechosłowacji. Amnesty International wielokrotnie zwracała uwagę na ogromną presję, z jaką ze strony Czechów muszą się mierzyć Romowie od najmłodszych lat. Na przykładzie szkoły w ostrawskich Vítkovicach wskazywała, jak dzieci z romskich rodzin, m.in. na podstawie testów kwalifikacyjnych, od

samego początku szkoły wykluczane są ze społeczeństwa, trafiają na zajęcia w gorszych budynkach szkolnych i do klas o niższym poziomie nauczania. Pozbawiane są też dodatkowych zajęć pozalekcyjnych, takich jak na przykład szkolne kluby sportowe. AI oraz komentatorzy zwracali uwagę, że nie było to działanie celowe, za którym stałby system edukacji, lecz bardzo silne lobby rodzicielskie, które po prostu nie chciało swoich dzieci widzieć w klasach integracyjnych. A ze szkół, które nie pozwalały na segregację, tzw. biali swoje dzieci zabierali. Romski działacz społeczny Karel Holomek zauważał, że niechęć do Romów oraz presja wywierana na mniejszość doprowadziły do tego, że ludzie w trakcie spisu powszechnego po prostu nie przyznawali się do swego pochodzenia, tym bardziej że odpowiedź nie była obowiązkowa. Zdaniem Holomka liczba 13 tysięcy członków mniejszości romskiej jest bardzo zaniżona. Według jego szacunków Romów w Czechach jest około 250 tysięcy. Mniejszość, która w Czechach z jednej strony jest uważana za tradycyjną, ale jednocześnie rosnąca w wyjątkowym tempie i dziś najliczniejsza, to Ukraińcy. Dane Czeskiego Urzędu Statystycznego z cenzusu z 2011 roku wskazywały, że są ich w Czechach ponad 53 tysiące. Wydaje się to jednak nieprawdopodobne, między innymi dlatego, że dziś w Pradze na ulicy równie często jak czeski słychać język ukraiński. Jednocześnie ponad 110 tysięcy obywateli Ukrainy ma zalegalizowany pobyt na terenie Republiki Czeskiej. Przybyszów z Ukrainy, zwłaszcza po aneksji Krymu przez Rosję i wybuchu wojny w Donbasie, jest jednak coraz więcej. Służby nie są w stanie oszacować, jak wielki jest napływ imigrantów i gastarbeiterów, jednak zauważają, że Ukraińcy stanowią niemal jedną trzecią z tych zatrzymanych bez odpowiednich dokumentów. Do Czech trafiają przez Polskę, na podstawie ułatwień w ruchu turystycznym między Unią Europejską a Ukrainą, pozwalających im na pobyt bez wizy do dziewięćdziesięciu dni. Inne mniejszości są niewidoczne. I choć czeskie media i politycy od lat straszą, że Republice grozi masowy napływ przybyszów z Bliskiego Wschodu, Afryki i Azji, nic takiego się nie dzieje. Czechy, od wieków

zamknięte w małej kotlince, są omijane szerokim łukiem przez imigrantów zmierzających do miejsc, gdzie mogą liczyć na milsze przyjęcie. Mało kto, a zwłaszcza pani Novotná, potrafi sobie przypomnieć, że Słowianie przybyli na te ziemie zaledwie 1500 lat temu. Wcześniej w dorzeczach Morawy, Wełtawy i Łaby mieszkali germańscy Markomanowie, przed którymi jeszcze swoje oppida zakładali tu celtyccy Bojowie.

O Sudetach, pograniczu, dekadencji i  strachu przed pożarem To było górskie schronisko, w którym królowała dekadencja. W większej grupie świętowaliśmy urodziny przyjaciela. Oprócz nas były rodziny z dziećmi, spędzające aktywny weekend w górach. Byli samotni wędrowcy, którzy sprawdzali swoje umiejętności survivalowe w arktycznych warunkach sudeckiej zimy. Wreszcie, była obsługa schroniska, pijana w sztok, ganiająca na golasa po całym budynku i lejąca piwo i wódkę bez limitów, tak by goście, którzy tę noc mieli spędzić wraz z nimi, zapamiętali ją do końca życia. Jesioniki to góry bardzo dzikie i surowe, mimo że — tak jak i w innych częściach Sudetów — niemal z każdego szczytu można dostrzec jakiś budynek lub światła wsi. Czuje się w nich pogranicze, ferment, a także smutną przeszłość upadku Sudetenlandu. Mijane osady są zaniedbane, wiele domów opuszczonych, remizy uśpione, a kościoły zamknięte na cztery spusty. Ponieważ nie ma tam już właściwie przemysłu innego niż drzewny, mało która droga utrzymana jest w dobrym stanie. Nie ma też jednoznacznego centrum regionu, nadającego rytm pozostałym miejscom, dlatego kto tylko może, ucieka stamtąd. Z Jesioników pochodził najsłynniejszy bohater czeskiego komiksu, a później nakręconego na jego podstawie filmu, Alois Nebel. Był on dyżurnym ruchu na fikcyjnej stacji kolejowej Bílý Potok, tuż obok szpitala psychiatrycznego. Opowieść o nim ukazuje pogranicze i jego trudną historię, splecione losy środkowoeuropejskich Niemców, Czechów, Polaków i Żydów. Rzeczywistość w Jesionikach miesza się ze snem głównego bohatera, a jego nazwisko (Nebel po niemiecku to „mgła, mgławica, zamglenie”) — poprzez zachodzącą jego oczy od czasu do czasu mgłę — nabiera dwojakiego sensu. Znaczenie ma tu też szpital, w którym

spotykają się sen, jawa, ludzie, normalność i anomalie; jego obecność sprawia wrażenie, że w Europie Środkowej nic nie może być zwyczajne i realne. Mgła, zdawałoby się prosto z opowieści o Neblu, zastała mnie właśnie w Švýcarnie, najstarszym schronisku Jesioników, powstałym w 1887 roku dwa i pół kilometra od najwyższej góry pasma, Pradziada. Samą chatę wybudowano na zboczach góry Mały Dziad, przy skrzyżowaniu uczęszczanych do dziś szlaków turystycznych, łączących najważniejsze punkty regionu: przełęcz Czerwonogórską, Kouty nad Desną, Pradziada, Jelení Studánkę, Bělą pod Pradědem, przełęcz Videlską, Karlovą Studánkę oraz liczący pięć na stałe zamieszkanych domów Bílý Potok, część miasta Vrbno pod Pradědem. Schronisko, choć znacząco zaniedbane, obite obdrapaną boazerią, w mocno turystycznym standardzie i w każdym kącie pełne zapachu gotowanej kapusty, przyjmuje gości cały rok, a oprócz noclegów z obfitym śniadaniem oferuje dobrze nalane piwo oraz całkiem niezłą tradycyjną czeską kuchnię. To, co z początku wyglądało na nierzeczywiste, m.in. z powodu obchodzonych hucznie od ponad doby urodzin przyjaciela z Pragi, okazało się jednak najprawdziwszym dymem palącego się drewna. Gryzący swąd spalenizny wzbudzał coraz większy niepokój gości, tym bardziej że na sali ogólnej zostali już tylko ci najbardziej zabawowi — rodziny z dziećmi oraz narciarze i amatorzy wielogodzinnej wyczynowej wędrówki położyli się spać zaraz po kolacji. Obsługa tymczasem kompletnie go nie dostrzegała, zatracona całkowicie w swoim balu, grze w karty i śpiewach. Zbagatelizowała też sugestię, by sprawdzić, co się dzieje, ponieważ według nas drewniany, stary budynek mógł się zająć ogniem dosłownie w moment. W Sudetach ogień był od zawsze największym wrogiem górskich chat. Nikt dokładnie nie zliczył, ile z nich dotąd zmieniło się w popioły. Spośród najsłynniejszych spłonęły karkonoskie schroniska księcia Henryka, Bronka Czecha, Kamieńczyk, Petrovka, Kotelská bouda, Rennerova bouda (ta starsza), Liščí bouda, Klínová bouda, Havlova bouda, Bobí bouda, niedościgniony wzór lokalnej architektury — Gospoda pod Lipami w Przesiece, izerskie kawiarnia Wczasowa i ośrodek Zameczek, dusznickie Grenzdorfer Hohbaude, Hinderburgbaude oraz Hohe MenseBaude. Tuż obok jesenickiej Švýcarny paliło się w 2014 roku schronisko Braborka, na szczęście pożar udało się w porę ugasić i budynek uratowano.

Tam jednak nawet zimą można dojechać szosą, do Švýcarny straż pożarna szybko się nie dostanie. Ze zgliszczy po pożarze z 2003 roku z pomocą środków UE odbudowano ostatnio Kramářovą chatę w Górach Orlickich. Ta przez kilkanaście lat niszczała — do czasu, aż doszczętnie strawił ją ogień. Najlepszy los spotkał dotychczas tylko Luční boudę, która najpierw po pożarze z 1938 roku, odbudowie oraz latach zniszczeń i zapomnienia z pomocą nowych właścicieli stała się przepięknym hotelem u stóp Śnieżki, z towarzyszącym jej najwyżej położonym w Europie browarem, warzącym kilka rodzajów wybornego piwa na bazie wody czerpanej wprost ze źródeł Białej Łaby. Do niedawna zredukowana do wystających lekko ponad skały fundamentów Petrovka pod czujnym okiem konserwatora zabytków powoli odzyskuje swój dawny sudecki charakter i blask. Już dziś widoczna jest z okien Odrodzenia oraz Špindlerovej boudy, choć jeszcze kilka lat będzie musiała czekać na zakończenie prac i otwarcie. Nie czekając na reakcję obsługi i mając w pamięci, co stało się z wieloma drewnianymi budowlami w Sudetach, natychmiast spakowaliśmy się i przygotowaliśmy do opuszczenia schroniska. Tymczasem dym i swąd stawały się coraz intensywniejsze. Choć mgliste jęzory pojawiały się w różnych pomieszczeniach, udało nam się zidentyfikować źródło ucieczki spalin przedostających się do mieszkalnej części budynku. Żar z ogrzewającego budynek kotła węglowego musiał wcześniej przepalić część przechodzącego przez jedną z łazienek komina. Z przewodu odprowadzającego dym na zewnątrz ziała teraz śmierdząca węglem oraz siarką i buchająca spalinami niczym parowóz czarna czeluść, jakby pod piwnicą Švýcarny powstała wyrwa do samego piekła. W tym wszystkim opętańczy taniec obsługi schroniska i jej szaleńczy chichot zdawały się czymś nadzwyczaj złowieszczym. Przyciągnięci siłą pracownicy recepcji i baru, pod groźbą wezwania policji i straży pożarnej, gdy zobaczyli dymiącą dziurę, natychmiast wytrzeźwieli. Ich dotychczasowe komentarze trywializujące zdarzenie ustąpiły szybkim działaniom: ktoś pobiegł do kotłowni wygasić piec, ktoś inny pootwierał większość okien w budynku, a ktoś jeszcze zabezpieczył łazienkę z gorejącym kominem przed zaspanymi i zagubionymi w nocnej ciszy gośćmi.

Gdy nalegaliśmy, by na wszelki wypadek powiadomiono o sprawie strażaków, aby sprawdzili palenisko i zabytkową budowlę, proszono nas, by poczekać z tym do rana. Gdy zaczęliśmy sprawę drążyć, mając na uwadze bezpieczeństwo ludzi, w tym dzieci przebywających w schronisku, przyznali się, że przepełnili piec, aby przez noc nie wygasł, a oni mogli spokojnie do rana pić i bawić się, tak jak robili to wcześniej, biegając po piętrach nago, grając ze wszystkimi w karty i lejąc do kufli mocny alkohol zamiast gaszącego pragnienie słabego piwa. W schronisku nie było żadnych procedur na wypadek pożaru. Oprócz niewielkich planów, na których oznaczono wyjścia ewakuacyjne i z których część tonęła w lutowym śniegu, nie było też kontaktu do najbliższej jednostki straży pożarnej czy osoby odpowiedzialnej za bezpieczeństwo budynku. Nie znaleźliśmy też radia zapewniającego połączenie ze światem zewnętrznym i możliwość wezwania pomocy na wypadek utraty zasięgu łączności komórkowej. Był za to strach, że ogień pojawi się znikąd i odetnie jedyną drogę ucieczki, a Švýcarnę spotka ten sam los, jaki dotknął wiele innych zabytkowych budowli i domów Sudetów. Że skończy się tragedią na dymiących wśród śniegu zgliszczach, bo nikt nie pomyślał wcześniej, że ludziom należy zostawić podstawowe narzędzia pomocy oraz że na obsłudze w Europie Środkowej, zwłaszcza pośród Słowian z ich niecodzienną fantazją i zamiłowaniem do zabawy nawet w najbardziej dramatycznych okolicznościach, niekoniecznie można polegać. I nawet gdyby udało się powiadomić strażaków lub inne służby o zagrożeniu, na jedynej drodze dojazdowej do Švýcarny zalegało ponad półtora metra śniegu, a do najbliższych budynków były co najmniej trzy kilometry, więc ewentualna pomoc nie przybyłaby szybko. Dobrze, że nie spaliśmy tej nocy.

O ideałach, prawdziwej polityce oraz oszustwach na mniejszą i większą skalę Czechy gdzieś się zgubiły. Straciły te ideały, którymi kierowały się w latach 90. Trudno nie odnieść wrażenia, że przemiana nastąpiła wraz ze zmianą warty na Praskim Zamku. Gdy Havel przestał być prezydentem, a na Hrad wszedł Klaus, miejsce idealistów i intelektualistów zajęli oportuniści i karierowicze. Nierzadko bardzo kontrowersyjni. Gdy zdziera się zasłonę naszych pielęgnowanych stereotypów, odcedza się naszą niewiedzę, okazuje się, że Czechy to nie kraj niesamowitych przygód kocura Mikeša, psa Bohouša, co warzył piwo w Karkonoszach, nie Czeski raj, gdzie mieszkali dobry zbój Rumcajs z żoną Hanką i synem Cypiskiem, a brutalny świat epoki transformacji, ostrych sporów ideologicznych i twardych starć politycznych między Havlem, Klausem a Zemanem; ziemia niczyja na kształt Dzikiego Zachodu i okrutna rzeczywistość, w której trwa ciągła walka o wpływy, pieniądze, pozycję w Europie i rząd dusz. Początek zmian na gorsze da się nawet jednoznacznie określić. To moment, gdy Republika Czeska z demokracji liberalnej stała się demokracją fasadową; gdy rząd i opozycja podpisały umowę dotyczącą podziału władzy i pozbawiły ją opozycyjnej kontroli. Ta umowa sprawiła też, że Czesi ogromnie rozczarowali się polityką i zwątpili w demokrację. Rezultat dostrzega się gołym okiem: podczas gdy w 1998 roku w wyborach parlamentarnych głosowało ponad 74 procent uprawnionych, w 2002 roku do urn poszło zaledwie 58 procent czeskich obywateli. „Umowę o stworzeniu stabilnej przestrzeni politycznej” podpisało 9 lipca 1998 roku kierownictwo Czeskiej Partii Socjaldemokratycznej (ČSSD) z Milošem Zemanem na czele wraz z szefostwem Obywatelskiej

Partii Demokratycznej (ODS), którą wówczas kierował Václav Klaus. Porozumienie gwarantowało po przedterminowych wyborach władzę mniejszościowemu rządowi lewicy, a z centroprawicowej opozycji de facto czyniło koalicjanta. Porozumienie według niektórych powoływało „wielką koalicję”, choć żaden prawicowy polityk nie wchodził do rządu, a prawica formalnie wciąż pozostawała w opozycji do władzy. Oczywiście nikt z podpisujących też nigdy nie przyznał, że czyni swoim wyborcom świństwo; tłumaczyli, że zapobiegają w ten sposób kolejnym przedterminowym wyborom parlamentarnym i głębszej destabilizacji sceny politycznej w ważnym środkowoeuropejskim kraju. Lecz ludzie bardzo dobrze wyczuli intencje i ocenili moralność polityków. A politologowie i komentatorzy przetłumaczyli język propagandy na potoczny, mówiąc o „deformacji demokracji”, „świadomym i ekstensywnym okłamywaniu opinii publicznej” oraz „przekręcie z etykietami, podobnym do tego, w którym sprzedawca na butelkę wyprodukowanej w kraju wódki nakleił metkę z whisky Jim Beam i z tym szedł na targ”. Naruszenie demokratycznego porządku zaczęło nabierać kształtów, gdy w listopadzie 1997 roku upadł koalicyjny gabinet centroprawicy. Mniejszościowy rząd, łączący Obywatelską Partię Demokratyczną (ODS), Unię Chrześcijańsko-Demokratyczną i Czechosłowacką Partię Ludową (KDU-ČSL) oraz Obywatelski Sojusz Demokratyczny (ODA), pod kierownictwem Klausa — w fotelu premiera już po raz drugi — przetrwał zaledwie półtora roku pośród coraz większych kłopotów gospodarczych. Ale ten najpoważniejszy we współczesnej historii Czech kryzys rządowy, którego skutki kraj wciąż odczuwa po dwudziestu latach, wywołały nie makroekonomia, lecz podejrzenia o nieprawidłowościach związanych z finansowaniem ODS. Partia nie potrafiła wyjaśnić sięgających po kilka milionów koron dotacji zaksięgowanych w 1995 roku, a pochodzących z prywatyzowanych przedsiębiorstw i od pojedynczych obywateli, często zwykłych słupów oraz osób o egzotycznych, zmyślonych nazwiskach. Prasa z czasem ujawniła, że do finansowych operacji partyjnych, niekoniecznie w zgodzie z prawem, posługiwano się tajnym, otwartym w Szwajcarii rachunkiem bankowym. I Klaus miał o tym wszystkim wiedzieć.

Upadek drugiego rządu Klausa nazywa się „zamachem sarajewskim”. W listopadzie 1997 roku premier przebywał z roboczą wizytą w Sarajewie, stolicy Bośni i Hercegowiny — jednego z państw powstałych na gruzach dawnej Jugosławii — gdy dwaj zastępcy w partii, Jan Ruml i Ivan Pilip, zażądali jego dymisji z funkcji szefa ODS oraz wycofania się z polityki. Klaus zręcznie ugasił pożar w partii, odejść zaś i założyć własne ugrupowanie polityczne zmuszeni byli jego oponenci. Nie zdołał jednak utrzymać się na czele rządu i na ręce prezydenta Václava Havla złożył dymisję. Wówczas, krzycząc ze swej limuzyny, Klaus zapewniał dziennikarzy: „Nic się nie kończy, jedziemy dalej!”. Wóz przebijał się przez tłumy sympatyków ODS zebranych na Malej Stranie pod gmachem Izby Poselskiej. A partia zrobiła z tego później klip wyborczy na potrzeby kampanii z 1998 roku. Wypowiedziane przez Klausa zza szyby samochodu słowa na zawsze zapisały się w kronikach. I stały się jednym z powtarzanych przy różnych okazjach bon motów. Politycznie straty — wydawałoby się — były nie do odrobienia: do czasu wyborów powołano gabinet przejściowy, ODS straciła wielu zwolenników i część kierownictwa, które dodatkowo powołało konkurencyjne ugrupowanie. Sondaże przed zaplanowanymi na czerwiec 1998 roku wyborami pikowały. Ale twarde jądro partii zwarło się wokół Klausa i po podliczeniu głosów okazało się, że centroprawicowa ODS zajęła drugie miejsce, tuż za lewicą. I choć to ČSSD wygrała, w dwustumiejscowej Izbie Poselskiej zdobyła tylko 74 mandaty. Nie mogła więc rządzić samodzielnie i potrzebowała koalicjanta. Jak każda czeska partia po 1989 roku, nie chciała wiązać się z komunistami. Ludowcy oraz rozłamowcy z ODS, którzy weszli do parlamentu jako Unia Wolności i Unia Demokratyczna (US-DEU), nie chcieli zaś się z nią wiązać. ČSSD musiała więc samodzielnie powołać rząd mniejszościowy. Lecz aby przetrwać, potrzebowała zabezpieczeń. Podpisanie „umowy opozycyjnej” w zamian za oddanie Klausowi stanowiska przewodniczącego Izby Poselskiej zagwarantowało lewicy poparcie prawicy w głosowaniu o wotum zaufania dla rządu, a także nietykalność ze strony opozycji na całą kadencję.

Aneks do umowy w postaci zawartego między ČSSD a ODS w 2000 roku tzw. patentu tolerancyjnego zabezpieczał też lewicy poparcie opozycji podczas głosowań nad budżetem państwa. Z głosami prawicy miał ponadto doprowadzić do zmiany ordynacji wyborczej, która jeszcze bardziej zakonserwowałaby czeską scenę polityczną i wyeliminowała z niej mniejsze partie. Zmiany w ordynacji na szczęście zakwestionował prezydent Havel i odesłał wątpliwą ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Trybunał zgodził się z głową państwa i odrzucił niekonstytucyjne przepisy. Havel przewidział, że porozumienie stwarzało również ryzyko przekazywania sobie władzy bez końca między ODS a ČSSD i utrwalenia w państwie ułomności, w której zacierają się różnice ideologiczne. Prawica od lewicy różniłaby się więc tylko podczas kampanii, a po wyborach następowałoby niwelowanie różnic poglądowych. Krytyka umowy pojawiła się także wśród obywateli, zwłaszcza oddanych wartościom i tradycji wyborców prawicy, którzy czuli się oszukani i rozczarowani. Narastała niechęć do polityki, a ludzie znów coraz mniej angażowali się społecznie. Czara goryczy jednak się przelała. W papierosowym dymie w praskiej kawiarni Slavia, tuż na brzegiem Wełtawy i obok Teatru Narodowego, szóstka aktywistów z 1989 roku w dziesiątą rocznicę wybuchu aksamitnej rewolucji sformułowała manifest, który wyrażał to, co czuli wtedy obywatele Czech. Martin Mejstřík, Šimon Pánek, Igor Chaun, Vlastimil Ježek, Josef Brož i Vratislav Řehák napisali: „Dziękujemy, odejdźcie”. Sześciu intelektualistów bardzo prosto wyraziło to, czego nikt nie potrafił wcześniej zdefiniować. Opisywali marazm, który zapanował w kraju po podpisaniu przez ČSSD i ODS umowy koalicyjnej. Domagali się zerwania porozumienia blokującego mechanizmy demokratycznej kontroli państwa między dwoma największymi partiami oraz ustąpienia Zemana i Klausa. W ciągu miesiąca manifest podpisało ponad 170 tysięcy obywateli dziesięciomilionowego państwa. Sytuacja stała się na tyle nieznośna i niespokojna, że w grudniu 1999 roku doprowadziła do największych od 1989 roku protestów ulicznych. Na placu Wacława, świętym miejscu Czechów, gdzie ludzie łączą się, by razem przeżywać każde ważne dla narodu wydarzenie, znów zebrał się tłum co najmniej pięćdziesięciu tysięcy

ludzi. W mniejszych miastach protestowały tysiące. I tak jak przed dziesięcioma laty, gdy przeganiali schyłkową władzę komunistów, znów dzwonili kluczami, dodając: „Dziękujemy, odejdźcie”. Manifestacje niezadowolonych poparły różne środowiska: Havel i jego otoczenie, w tym wielu dawnych dysydentów i działaczy antykomunistycznych, komuniści oraz partie prawicy, które dystansowały się od ODS. Środkowoeuropejskie pragnienie spokoju, niezrozumienie obywatela dla realpolitik, niedojrzałość społeczną, głębokie rozczarowanie stanem życia publicznego, dziką prywatyzacją, zapaścią gospodarczą, pogłębiającymi się różnicami majątkowymi z tych lat doskonale wyraził w napisanej w 1997 roku piosence-skardze do prezydenta Havla czeski bard Jaromír Nohavica. Śpiewał: „Panie prezydencie mojej republiki, Właśnie zwolnili mnie dziś z mojej fabryki. Przez trzydzieści lat wszystko było okej, Ale przyszli nowi, młodzi; rządzą się, że hej. Pan to zrozumie. Przecież Pan wszystko umie. Pan się naradzi, Pan to naprawi, Pan przecież mnie zbawi. Panie prezydencie, Marzy mi się szczęście, Przecież właśnie po to dzwoniliśmy Wtedy kluczami na mieście”. Lecz politycy stojący u władzy, którzy złożyli podpisy pod umową opozycyjną, nie odeszli. Klaus oskarżał demonstrujących o próbę destabilizacji kraju, jego partyjny kolega, poseł i późniejszy premier Petr Nečas porównywał organizatorów ruchu do przedwojennych czechosłowackich faszystów, inni członkowie ODS straszyli, że rozpisanie kolejnych przedterminowych wyborów grozi opóźnieniem akcesji Czech do Unii Europejskiej. Zeman zaś wtórował im w swoim stylu, podkreślając, że „żadna demonstracja, która łączy anarchistów i skinheadów, komunistów

i liberałów, jak wielka by nie była, nic w tej kwestii (umowy opozycyjnej) nie może zmienić”. Głosy władzy przeważyły. Ulica poległa. Ruch wygasł niemal tak szybko, jak się pojawił. W ciągu roku niemalże całkowicie zniknął, choć próbowano na jego fali powołać nową siłę polityczną. Upragniony i wyczekiwany przez Czechów król na białym koniu nie przyjechał, a protesty rozwiały się wraz z zimowym wiatrem w 2000 roku. Do senatu, i to dopiero po długich staraniach, dostał się tylko Mejstřík. Klaus i Zeman, choć poobijani, utrzymali władzę. Klaus zdołał zbudować dla siebie spore poparcie, co w 2003 roku dało mu fotel prezydenta republiki. Jako następca Havla zasiadał w nim dwie kadencje. Jednak dziś, z dystansu, umowę opozycyjną określa się też mianem politycznej korupcji, za którą w dużej mierze odpowiadali Klaus i Zeman. I to, że Zeman na Praskim Zamku zastąpił w 2013 roku Klausa, ze słów Havla o przekazywaniu władzy uczyniło niemal proroctwo. Zemanowi trzeba przyznać zwycięstwo na bardziej sprawiedliwych zasadach. W 2013 roku, dzięki zmienionej rok wcześniej konstytucji, po raz pierwszy prezydent Czech został wybrany w wyborach powszechnych, a nie przez parlament. Jako trzeci prezydent Republiki Czeskiej, na mocy silnego mandatu udzielonego mu przez wyborców, pełni urząd już drugą kadencję. Wydawać się może, że umowa opozycyjna tak mocno scementowała czeską politykę, że nie było w niej miejsca dla nikogo innego niż Klaus i Zeman. A te same twarze stojące na czele państwa od ponad trzydziestu lat tylko pogłębiały rozczarowanie, którego przez lata nie dostrzegało się z zewnątrz, spoza kraju. Podobne draństwo, choć już na mniejszą skalę, czeskie elity polityczne zafundowały wyborcom po wyborach samorządowych w 2010 roku. W Pradze najwięcej głosów otrzymał należący do konserwatywnej partii Tradycja Odpowiedzialność Prosperity 2009 (TOP 09) były prezes czeskiego banku centralnego Zdeněk Tůma. Mieszkańcy stolicy głosowali na niego z nadzieją, że jako prezydent miasta będzie w stanie rozbić lub choćby osłabić rządzący w Pradze układ. Przeliczyli się; ODS znów porozumiała się z ČSSD, nie dając Tůmie szans na prezydenturę, a prezydentem został szef praskiej ODS Bohuslav Svoboda.

W odpowiedzi na tę „małą umowę opozycyjną” przez Złote Miasto przetoczyły się demonstracje, pod ratuszem przeciw ignorowaniu wyborców protestowało wiele osobistości czeskiego życia publicznego. „Nie głosowaliśmy w ten sposób”, „Praga to nie Palermo!” — krzyczeli pod ratuszem i na placu Wacława. Żądali też rozpisania nowych wyborów w Pradze, podkreślając, że powołanie koalicji pomimo rezultatów głosowania to „przekręt stulecia”. Tůma, pomimo bardzo dużego poparcia społecznego, ostatecznie został z niczym. Praskie ruchy miejskie tłumaczyły, że taki wynik wyborów ODS i ČSSD jest tylko i wyłącznie skutkiem podziału na obwody wyborcze dokonane kilkanaście lat wcześniej przez Obywatelską Partię Demokratyczną.

O agencyjnej rutynie, dzwonach żałobnych i śmierci Václava Havla W jednej chwili Praga stała się stolicą świata. A ja, stojąc w tłumie reporterów wszystkich liczących się agencji prasowych — Reutersa, Associated Press, AFP, EFE i BBC, globalnych rozgłośni radiowych i stacji telewizyjnych, z grypą i przy czterdziestostopniowej gorączce, zamiast mówić, co przyciągnęło na chwilę uwagę wszystkich ludzi na Ziemi, rozmawiałem o tym, że koledze z telewizji przysłano niewłaściwą pomoc, a mi dopiero co urodził się syn. Relacje na żywo z placu Hradczańskiego, tuż na tyłach Praskiego Zamku, opuszczone do połowy masztu flagi państwowe, nagle — niemalże obwieszczona dekretem władz — powaga i wszechobecny, szczery smutek zdominowały cały kraj. I ten przekaz natychmiast trafił za granicę. Oczywiście największe zainteresowanie zdarzenia wzbudziły wśród sąsiadów: Słowaków, Polaków, Niemców, Austriaków. Ale zjawili się też ludzie z najdalszych zakątków globu, w tym przyjaciele z Ameryki. Atakującą mnie grypę planowałem wyleżeć w łóżku i jednocześnie jakoś pomóc przez weekend żonie w opiece nad dziećmi. Ale w niedzielę telefony rozdzwoniły się na długo przed południem. „Nie śpisz?” — pytała w słuchawce koleżanka z redakcji zagranicznej. „Zmarł Havel. Dałam pilną i piszę krótką. Zrób opis i sylwetkę. Wspierają nas krajowa i newsroom” — przekazała. W świat poszły już więc pierwsze depesze o śmierci ostatniego prezydenta Czechosłowacji i pierwszego prezydenta Czech. Uczono mnie, by być gotowym na takie sytuacje; mogą się zdarzyć w dowolnej chwili pracy reportera i korespondenta. Lecz pomimo przygotowania, zbieranych latami notatek, wspomnień i obserwacji, wypracowanych procedur, skala wydarzenia i postać, którą darzyłem

ogromnym szacunkiem, powodowała, że praca nie przebiegała tak automatycznie, jak powinna i jak mógłbym to sobie wyobrazić. Ale byłem gotowy. Havel od dłuższego czasu chorował, miał problemy z płucami, których nabawił się w latach 80. XX wieku, gdy czechosłowaccy komuniści skazali go na wiele lat więzienia. Od dłuższego czasu nie występował publicznie, nie udzielał wywiadów, jedynie od czasu do czasu przypominał światu, że wciąż się przejmował losem globu, poprzez spotkanie z Dalajlamą (prywatnie jego bliskim przyjacielem) lub poprzez krytykę autorytaryzmu w Rosji czy na Białorusi. Zły stan Havla wyjątkowo uświadamiały dwie rzeczy: gdy nie przybył na festiwal filmowy w Karlowych Warach, gdzie zawsze przyjeżdżał, i gdy spostrzeżono, że chodzi o lasce. W wywiadzie dla dziennika „Mladá fronta Dnes” skarżył się, że „nie jest w stanie zrobić nawet jednej dziesiątej z tego, co wcześniej”, a największą trudność sprawia mu chodzenie po schodach. Jego pierwszy (i zarazem jedyny) film, który premierę miał zaledwie kilka miesięcy wcześniej, nosił tytuł Odejścia (Odchazeni). Havel tuż przed pokazem wyszedł ze szpitala. Redakcja od samego początku mojego pobytu w Pradze nalegała na wywiad z Havlem, bo przecież dawno takiego nie udzielił, zwłaszcza polskim mediom. Z początku zadanie potraktowałem poważnie — to wielkie wyzwanie, ale i ogromny prestiż móc przeprowadzić rozmowę z kimś tak znanym i rozpoznawalnym. Ale im dłużej byłem w Czechach i im więcej wiedziałem, co się z Havlem dzieje, tym bardziej rozumiałem, że nie warto, to już nie ten moment, że nie godzi się, by legendzie — choć wciąż żywej — zakłócać spokój. Ostatecznie odwiodła mnie od wywiadu znajoma, która znała Havla osobiście i dobrze wiedziała, jaki był stan jego zdrowia. Redakcji do dnia jego odejścia chyba nie udało mi się do końca przekonać. Opis poszedł. Pisałem sylwetkę — zgodnie z agencyjną sztuką. Pracowałem nad tekstem kilkunastu depesz naraz, setkami zdań, tysiącami słów, dziesiątkami tysięcy znaków. W międzyczasie dzwoniły telefony z innych redakcji i wchodziłem na żywo, by komentować śmierć Václava Havla z Pragi dla różnych mediów w Polsce. Bo byłem tam wtedy jedynym korespondentem pracującym przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Zadzwonił też mój ówczesny szef, z którym omówiliśmy plan działania. Dzwonili inni, żeby wymienić się opiniami, podzielić emocjami i w jakiś

sposób wesprzeć, gdyż — mimo że nie byliśmy rodziną zmarłego — czuliśmy się z nim związani, w jakiś sposób ukształtował nasz obraz Czech, wiele dla nas znaczył i właściwie też wiele nas nauczył. Dzwoniłem też ja, prosząc innych znanych Czechów o komentarze, ponieważ agencyjna machina potrzebuje milionów słów, które zapełnią bieżący serwis i ukażą zdarzenie z różnych perspektyw. A jednocześnie dlatego, że informacja dziś żyje pioruńsko krótko i bardzo łatwo zastąpić ją dowolną inną. Tym razem Praga stała się stolicą świata. Choć był to świat pełen smutku, gdzie coraz głośniej biły żałobne dzwony, znalazłem się w samym centrum tych zdarzeń. Jak przy każdym wielkim wydarzeniu w najnowszej historii Czech, ludzie zaczęli się spontanicznie zbierać na placu Wacława. Pod „koniem” — pomnikiem św. Wacława — zaczęli składać kwiaty, palić świece i umieszczać zdjęcia zmarłego prezydenta. Również pod płotem górskiego domu w Hradečku, na Pogórzu Karkonoskim, gdzie Havel zmarł we śnie w nocy z 17 na 18 grudnia 2011 roku, ludzie pozostawiali — choć w mniejszych ilościach niż w Pradze — kwiaty, obrazki, a nawet butelkę jego ulubionego piwa Krakonoš z Trutnova. To właśnie w trutnovskim browarze Havel w 1974 roku przez dziewięć miesięcy pracował jako pomocnik. „Václav Havel — polityk, intelektualista, człowiek — zmarł. Jego dzieło, myśl i dziedzictwo zostają z nami. Od nas zależy, czy wyciągniemy z nich naukę i inspirację, które będziemy potrafili wykorzystać na rzecz naszego kraju i przyszłości” — oznajmił światu prezydent Václav Klaus. Obrazy, które obiegły potem za pośrednictwem kamer cały świat, zdecydowanie zaprzeczały stereotypowemu wizerunkowi Czechów, zgodnie z którym nie są zainteresowani niczym wokół poza własną wsią i gospodą. Okazało się, że potrafią kochać i pożegnać ukochanych, że gdy trzeba, zbiorą się i pokażą jedność. Później powtórzyło się to w jeszcze większej skali: gdy ciało zmarłego wystawiono na widok publiczny w dawnym kościele św. Anny i — czekając w długiej kolejce po kilka godzin — żegnali go mieszkańcy całego kraju. Nieżywy eksprezydent jechał jak król na koronację; kondukt pogrzebowy, któremu poza najbliższymi zmarłego towarzyszył wielotysięczny tłum Czechów, wąskimi ulicami praskiego Starego Miasta

i Malej Strany, po dawnym trakcie królewskim — Liliovą, Karlovą, mostem Karola, przez plac Malostrański, Nerudovą, Úvoz i Loretańską — odprowadzał Havla po raz ostatni do Praskiego Zamku. Jego ciało złożono w renesansowej Sali Władysławowskiej do czasu oficjalnych uroczystości. Na ostatnim etapie nowoczesny karawan zastąpiła wojskowa laweta żałobna, zaprzężona w sześć karych koni, pochodzących ze słynnej stadniny w Kladrubach nad Łabą. Na tej samej lawecie chowano twórcę Czechosłowacji i jej pierwszego prezydenta, Tomáša Garrigue Masaryka. Czeski parlament przyjął specjalną uchwałę, która uznała zasługi Havla dla państwa oraz jego wkład w walkę o wolność i demokrację. Przed Havlem posłowie i senatorowie uhonorowali w ten sposób tylko ojców założycieli I Republiki Czechosłowackiej z 1918 roku: a więc Masaryka oraz Milana Rastislava Štefánika. Państwowe uroczystości pogrzebowe pięć dni później w południe rozpoczęły minuta ciszy i dzwony żałobne. Do katedry Świętego Wita weszło więcej niż tysiąc osób; żegnali go wszyscy dostojnicy państwowi, rodzina oraz liczni goście i przyjaciele, także z zagranicy. To była piękna, choć potwornie smutna uroczystość, której rytm nadawało Requiem Antonína Dvořáka. „Mówiłeś, że miłość musi zwyciężyć nad nienawiścią. Prawda i miłość były dążeniem twego serca”. „Nie umiera idea, że wolność to wartość, dla której warto ponosić ofiary. O prawdę, jeżeli człowiek jest do niej przekonany, jest sens walczyć, nawet podejmując ryzyko osobiste. Nie umiera idea, że łatwo jest stracić wolność, kiedy niewystarczająco o nią dbamy. Nie umiera idea, że słowo ma niezmierną wagę: potrafi zabijać i leczyć, potrafi szkodzić i pomóc, potrafi zmieniać świat. Nie umiera idea, iż mniejszościowe poglądy nie są zawsze niesłuszne i że musimy o nich dyskutować”. „Ze słów o miłości wielu się wyśmiewało. A mimo to są one fundamentem ludzkiej walki. W tej walce nigdy nie możemy się poddać. Za prawdę i miłość będziemy nadal walczyć, nie przestaniemy. Może Pan na nas polegać”. „Jesteśmy smutni, płaczemy, ale nie tak jak ci, którzy nie mają nadziei”. „Wolność cenił nie jako cel sam w sobie, ale środek, za pomocą którego osiągniemy to, że prawda zwycięży. Mało kto był Czechem bardziej od Havla”. „Prawda i miłość muszą zwyciężyć nad kłamstwem i nienawiścią” — rozlegał się ponad Hradczanami odtwarzany z taśmy głos zmarłego

ostatniego prezydenta Czechosłowacji, pierwszego prezydenta Czech, dramaturga, pisarza, intelektualisty, dysydenta, męża stanu, wreszcie, rewolucjonisty, łączącego politykę z undergroundem i humanizmem, który swą siłą bezsilnych i poprzez bierny opór pomógł obalić totalitaryzm w swoim kraju i innych miejscach Europy Środkowej. A ja stałem tam, pod katedrą, w tłumie mediów ze wszystkich zakątków świata, z kapiącym nosem, potwornym bólem głowy i gorączką, w jednej ręce trzymając długopis, notes i dyktafon, w drugiej telefon komórkowy, w tym samym czasie tłumacząc słowa prymasa Dominika Duki, prezydenta Klausa, szefa dyplomacji Karla Schwarzenberga i byłej sekretarz stanu USA Madeleine Albright z czeskiego i angielskiego na polski i dyktując redakcji w Polsce, co ma napisać, by miało to sens oraz jak najlepiej i jak najszybciej oddało to, co się w tamtej chwili działo w Pradze. Kiedy żołnierze wynieśli trumnę z ciałem prezydenta przez Złotą Bramę Praskiego Zamku do karawanu, zgromadzone na placu Hradczańskim tłumy prażan oddały mu hołd oklaskami i, tak jak w 1989 roku, dzwoniły na pamiątkę wygnania komunistów kluczami. Z Hradczan kondukt pojechał do krematorium na Strašnicach — osiedlu, na którym mieszkałem i które mieściło się zaraz za murem szpitala vinohradzkiego, gdzie kilkanaście dni wcześniej moja żona rodziła naszego drugiego syna. W krematoryjnej sali obrzędowej w czasie prywatnej ceremonii już po zmroku żegnała się ze zmarłym rodzina. Na do widzenia zagrali Havlowi Modlitwę dla Marty, nieformalny hymn czeskiej opozycji antykomunistycznej, Imagine Johna Lennona i Perfect Day Lou Reeda, dobrego przyjaciela nieżyjącego prezydenta. Zagrała też legenda czeskiego podziemia muzycznego — Plastic People of the Universe, którego Havel był tzw. niegrającym członkiem. Ale to nie był koniec niecodziennej żałoby, gdyż przyjaciele Havla wraz z jego drugą żoną, Dagmar, zorganizowali pożegnanie, jakiego świat nie widział. W należącym do rodziny Havlów praskim klubie Lucerna — przy samym placu Wacława, między Vodičkovą a Štěpańską — splotły się tego wieczora jazz, punk rock, protest songi i muzyka klasyczna. Wystąpiły gwiazdy światowego formatu, kolejni przyjaciele zmarłego: Suzanne Vega, Ivan Kral, Plastic People of the Universe oraz Velvet Underground Revival Band.

W tych dniach czeskie media zachowały się wyjątkowo dostojnie. Gazety publikowały specjalne dodatki i dziesiątki zdjęć Havla ze spotkań z osobistościami całego świata: byłym prezydentem USA Billem Clintonem, duchowym przywódcą Tybetańczyków Dalajlamą XIV, Rolling Stonesami, królową Elżbietą II. Cytowano jego eseje, sztuki i przemówienia, w tym to z pierwszej wizyty Jana Pawła II w Czechosłowacji z 1990 roku, które weszło już do kanonu: „Nie wiem, czy wiem, co to jest cud, ale cudem jest to, że jesteś tu dzisiaj”. Część tych gazet i zdjęć trzymam do dzisiaj. Pożegnania trwały ponad dwa tygodnie. W ostatnim dniu grudnia 2011 roku przyjaciele Havla, tuż obok jego praskiego mieszkania na wybrzeżu Aloisa Rašina, spławili na Wełtawę łódź pełną wieńców i kwiatów przyniesionych w czasie uroczystości pogrzebowych. W ten symboliczny sposób, nawiązujący do starożytnych obrzędów, chcieli zamknąć ziemską podróż przywódcy Czech. W Děčínie, mieście na północy kraju, wrzucili potem kwiaty do Łaby. Te z nurtem rzeki przez Niemcy popłynęły w kierunku Morza Północnego. W pierwszych dniach stycznia 2012 roku i dokładnie w piętnastą rocznicę ślubu z Dagmar na Cmentarzu Vinohradzkim w rodzinnym grobie złożono urnę z prochami byłego prezydenta. Miejsce łatwo odnaleźć: rodzinna krypta Havlów znajduje się w arkadach kaplicy cmentarnej. Oprócz pierwszej żony prezydenta — Olgi, spoczywają tam rodzice Václava Havla oraz jego dziadkowie. Na tej samej nekropolii pochowani są jeszcze dwaj czechosłowaccy prezydenci: oskarżony o kolaborację z hitlerowcami Emil Hácha oraz komunista odpowiedzialny za kontynuację stalinowskich represji w Czechosłowacji po śmierci swego poprzednika Klementa Gottwalda, Antonín Zápotocký. „Václav Havel — polityk, intelektualista, człowiek — zmarł. Jego dzieło, myśl i dziedzictwo zostają z nami. Od nas zależy, czy wyciągniemy z nich naukę i inspirację, które będziemy potrafili wykorzystać na rzecz naszego kraju i przyszłości” — na zawsze wyryło się w mojej głowie.

O nieszczęściu i  frustracji z życia w Europie Środkowej Najwyraźniej teraz w Czechach wyczuwa się rozczarowanie i frustrację. Ten kraj, w którym z perspektywy Polski zawsze żyło się lepiej, który wydawał się szczęśliwszy i mniej poszkodowany przez los, gdzie wreszcie transformacja ustrojowa podobno powiodła się bez bólu i nie przyniosła tak wielkich szkód społecznych jak w pozostałych państwach Europy Środkowej, nagle jawi się piekłem. A życie — jak mawiało wielu (i równie wielu to krytykuje) — lepsze było za komunistów, za czym ludzie otwarcie tęsknią. Być może Czesi zrozumieli, że trwająca od trzydziestu lat gonitwa za Zachodem nigdy się nie skończy. A Polska, Czechy, Słowacja i Węgry mogą tylko zająć pozycję lokalnej potęgi w granicach większej Europy Środkowej i nigdy nie będą w stanie konkurować z dużymi i bardziej rozwiniętymi państwami, gdyż zapóźnienie wobec Zachodu — nie tylko gospodarcze, ale i intelektualne — sięga już nie kilkunastu, a kilkudziesięciu lat. Co więcej, choć poziom życia jest względnie wysoki, świadomość, że Niemiec za tę samą pracę zarabia kilka razy więcej, a Polak i Słowak już żyje tak jak Czech, nie daje ludziom spać. Niedziałające i nieskładne państwo, które nie potrafi zaś złapać kontaktu z obywatelami, nie potrafi dokończyć autostrady, upilnować szkół oraz mediów czy pomimo toczącego się od lat śledztwa — wyjaśnić afery korupcyjnej, a nawet jeśli kogoś wsadzi za korupcję do więzienia, to ułaskawi ich prezydent, nie daje im zbyt wielkich nadziei na przyszłość. Problemy, z którymi mierzy się Republika Czeska, są liczne i namacalne. To zanieczyszczenie powietrza w miastach, skutki dewastacji środowiska w regionach, szczególnie na północy kraju, wszechobecna korupcja, nieudolność urzędników, niewydolność administracji, ograniczony dostęp do sądów, szczególnie strony społecznej, powolne

działanie służb, zanik krajowego przemysłu czy, wreszcie, napływ imigrantów, ale nie z Bliskiego Wschodu, Azji i Afryki, a tych z Ukrainy i krajów byłego Związku Radzieckiego. To wszystko pogłębia niezadowolenie obywateli, którzy oczekują natychmiastowych i prostych rozwiązań, wierzą, że one istnieją i ktoś je wreszcie wprowadzi. A ponieważ tkwią głęboko w świecie wykreowanym przez tabloidy i seriale, kwestionują rzeczową i rzetelną wiedzę, w czym wspiera ich internet. Prywatne problemy topią w alkoholu i ukrywają w radykalnych postawach. Kompleks narasta, bo przecież Czesi jeszcze sto lat temu należeli do liderów światowych zmian społecznych, kulturowych i gospodarczych, a Pierwsza Republika, czerpiąca z masarykowskiej tradycji, stanowiła bastion demokracji pośród mniej lub bardziej autorytarnych reżimów Europy. Teraz obywatele odnoszą wrażenie, że mieszkają na śmietniku Europy, dostają ochłapy, a Unia Europejska ich wykorzystuje. „Niby panuje dobrobyt, lecz nie ma jak z niego korzystać. Nie starcza czasu, by cieszyć się życiem”, mówił mój znajomy. To otwiera drogę populistom, którzy proponują proste rozwiązania na trudne czasy. Czescy politycy, z którymi rozmawiałem — z ODS, ČSSD, ludowców, TOP 09 czy ostatnio z Partii Piratów — zawsze podkreślali, że kraj należy zmienić już teraz, że to, co robią rządzący, jest niewłaściwe, potrzebuje korekty. Lecz nikt z nich nie wspomniał o potrzebie zmiany systemowej, która wyprowadziłaby Czechy z pułapki średniego rozwoju, poza tę montownię Europy, w której obywatele też coś zyskają w zamian za wytrzymałość ciężkich lat transformacji. Kiedyś w Czechach spotykałem ludzi uśmiechniętych, cierpliwych. Dziś widzę jedynie sfrustrowanych, zgorzkniałych, niezadowolonych, wreszcie — wściekłych.

O czeskich mitach i o arach transformacji ustrojowej Mariusz Szczygieł, autor trzech książek o Czechach, w tym wybitnego Gottlandu, w rozmowie z Petrem Vavroušką — dziennikarzem czeskiego radia i byłym korespondentem w Polsce — przyznał się, że pod wpływem wydarzeń, między innymi na czeskiej scenie politycznej, stracił swoje idealistyczne wyobrażenie o sąsiadach i doszedł do konkluzji, że wygląda to u nich tak jak w Polsce. W podobnym tonie wypowiedział się też były prezydent Czech Václav Klaus w wywiadzie udzielonym mi na przełomie 2014 i 2015 roku. „Jesteśmy narodami bliskimi, ale znamy się niezbyt dobrze. Mamy wobec siebie wiele uprzedzeń” — zauważył. Te uprzedzenia, mity i stereotypy stały się tak powszechne, że bardzo trudno jest mówić dziś o Czechach inaczej niż przez pryzmat kilkudniowych wyjazdów turystycznych do Pragi, odłamków kultury popularnej docierającej w postaci komedii Petra Zelenki, kreskówek o kreciku i Rumcajsie albo piosenek Ivana Mládka czy Heleny Vondračkovej. Tymczasem Czechy to obszar świata dotknięty przez transformację ustrojową równie mocno jak pozostali sąsiedzi w Europie Środkowej i jeden z najbardziej skorumpowanych krajów regionu; mocno uprzemysłowiony, ale i ogromnie zniszczony i zanieczyszczony; gdzie ludzie są bierni, sfrustrowani, opryskliwi, których aktywne życie zazwyczaj zamiera po wyjściu z pracy. Czechy dziś są skansenem, który zakonserwował świat z przełomu lat 80. i 90. XX wieku. W radiu lecą te same hity co trzydzieści lat temu. I mimo że pojawił się internet, rytm dnia i tygodnia wciąż wyznaczają codzienne wizyty w gospodzie i weekendowe wypady na daczę. Gdy jeszcze przed piętnastoma laty, odwiedzając przyjaciela, który w ramach stypendium studiował na Uniwersytecie Karola, od mężczyzny

poznanego w nadwełtawskim, nieistniejącym już obecnie klubie studenckim Manes (dziś mieści się tam galeria), słyszałem całą wyliczankę czeskich fenomenów gospodarczych i kulturowych, jak Škoda, Avia, piwo, semtex, Havel, a potem krytykę gospodarki polskiej, która w konsekwencji transformacji zwijała swój przemysł stoczniowy, lotniczy i motoryzacyjny. Wtedy widziałem dzielącą nas i pogłębiającą się przepaść rozwojową. Kilkanaście lat później okazało się, że Škoda to tylko montownia aut niemieckich, Avia od dawna nie produkuje samolotów i nie może sprzedać swoich furgonetek, semteksu nie kupują już bliskowschodni terroryści, Havel nie żyje, a rewolucja piwna, która owładnęła niemal całą Europą, a w Polsce nabrała masowego charakteru, powoli wypiera też ze stołów i sklepów czeskie lagery. Wiedza i znajomość języka pozwoliły pozbyć się złudzeń i zrozumieć, że Czechy są krajem jak każdy inny, a krzywdy i radości tego narodu są równie wielkie jak nasze. Jednak wyobrażenia i stereotypy, a także egoizm zaburzyły obraz i prowadziły do kompletnej dystorsji postrzegania sąsiadów. To samo, niestety, dotyczy naszego spojrzenia na Niemców, Rosjan, Białorusinów, Ukraińców i Słowaków oraz inne narody. Pośród tych burz, które wstrząsają co rusz zarówno Czechami, jak i całą Europą Środkową, jedno od 1968 roku się nie zmienia. Wciąż aktualne są słowa Modlitwy dla Marty — pieśni, którą wykonała piosenkarka Marta Kubišová i która z czasem stała się nieformalnym hymnem czeskiej opozycji. Modlitwę można usłyszeć przy różnych okazjach ważnych dla narodu. Kubišová — wykluczona na lata przez komunistów z życia artystycznego i będąca na indeksie czechosłowackiej cenzury — śpiewała ją w grudniu 1989 roku, stojąc obok Havla na balkonie wydawnictwa Melantrich nad placem Wacława, gdy upadał reżim totalitarny. Tłumy podchwytywały pieśń — symbol praskiej wiosny i aksamitnej rewolucji — w czasie różnych protestów w miastach i miasteczkach Czech. Nucono ją i puszczano też przy pogrzebie Havla, gdy świat żegnał go po raz ostatni. „Niech pokój nastanie nad tą krainą. Złość, zawiść, uraza, strach i swar — Te niech przeminą, niech już przeminą”. Warszawa, lipiec 2018

Podziękowania Ta książka nigdy nie powstałaby bez kilku osób, które pomogły mi uporządkować wiedzę o Czechach i zachodniej Słowiańszczyźnie. Ale dopiero za namową dwóch koleżanek z redakcji zagranicznej PAP — Marty Fity-Czuchnowskiej i Anny Wróbel — wziąłem się za pisanie, więc to im jestem niezwykle wdzięczny za zachętę do stworzenia czegoś dłuższego niż reportaż agencyjny lub ponadstandardowa depesza pozbawiona papowskiej sygnatury. Dziękuję Maciejowi Jastrzębskiemu — korespondentowi Polskiego Radia w Moskwie i autorowi książek o Rosji oraz Gruzji — za mobilizację oraz skontaktowanie mnie w odpowiedniej chwili z wydawnictwem, dzięki czemu praca nad tekstem nabrała tempa i sensu. Ogromne podziękowania kieruję do przyjaciół: Marty Miernik i Ondřeja Beránka, bez których życie w Pradze i poznawanie innych zakątków Republiki nie nabrałyby nigdy głębi, tylko toczyłyby się po powierzchni i zapewne nie wyszły poza znane stereotypy; szczególnie dziękuję im za wielogodzinne dyskusje na temat Polski, Czech, Europy, świata i ich mieszkańców, wspólne wyjazdy i wędrówki po czeskich, morawskich i śląskich górach. Dziękuję Martinowi Ehlowi — szefowi redakcji zagranicznej dziennika „Hospodářské noviny” — za możliwość poznania czeskich mediów zupełnie od środka oraz dyskusje o bezustannie zmieniającej się Europie Środkowej. Dziękuję również praskim przyjaciołom: Irenie, Beacie, Szymonowi — którzy zawsze znajdują czas na spotkanie i bez których nigdy nie poznałbym wielu niesamowitych miejsc w Pradze. Osobne podziękowania należą się Dorocie, mojej żonie, za zaufanie i cierpliwość do mojej pracy, szczególnie w niestabilnych i trudnych praskich czasach. Michał Zabłocki

Bibliogra a Maria Janion, Niesamowita Słowiańszczyzna, Kraków 2007. Alois Jirásek, Stare podania czeskie, przeł. Maria Erhardtowa, Katowice 1989. Aleksander Kaczorowski, Praski elementarz, Wołowiec 2001. Aleksander Kaczorowski, Havel. Zemsta bezsilnych, Wołowiec 2014. Proměny sudetské krajiny, praca zbiorowa, Domažlice 2006. Angelo Maria Ripellino, Praga magica, Torino 2011. Słownik kultury dawnych Słowian, red. Lech Leciejewicz, Warszawa 1990. Mariusz Surosz, Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów, Warszawa 2010. Mariusz Surosz, Ach te Czeszki, Warszawa 2015. Mariusz Szczygieł, Gottland, Wołowiec 2006. Mariusz Szczygieł, Zrób sobie raj, Wołowiec 2010. Mariusz Szczygieł, Láska nebeská, Warszawa 2012. Zofia Tarajło-Lipowska, Historia literatury czeskiej: zarys, Wrocław 2010. Jerzy Tomaszewski, Czechy i Słowacja, Warszawa 2008. Petr Vavrouška, Polské duše, Praha 2015.

Spis treści Przedmowa Wstęp O raju, zniszczeniach przemysłowych, bezrobociu, a także o wielkich eksperymentach społeczno-gospodarczych O pustyniach i różnych odcieniach czeskiej depresji O zbrodni, chaosie i braku empatii w sercu Europy O prześladowaniach, segregacji, powtórkach z historii i o odmrażanych konfliktach O języku, jego dychotomii i wulgaryzmach, które przekraczają granice smaku, ale nie państwa O kuchni, otyłości, piwie i uzależnieniach O energii, przemyśle oraz słowiańskim bałaganie wokół elektrowni atomowych O poruszaniu się, wypadkach, dziurawych autostradach, tunelach i korupcji O położeniu i granicach, nie tylko fizycznych, ale także czasowych i kulturowych, oraz o górach, bez których nie da się mówić o Czechach O Sudetach, pograniczu, dekadencji i strachu przed pożarem O ideałach, prawdziwej polityce oraz oszustwach na mniejszą i większą skalę O agencyjnej rutynie, dzwonach żałobnych i śmierci Václava Havla O nieszczęściu i frustracji z życia w Europie Środkowej O czeskich mitach i ofiarach transformacji ustrojowej Podziękowania Bibliografia
Michał Zabłocki - To nie jest raj. Szkice o współczesnych Czechach.pdf

Related documents

313 Pages • 65,146 Words • PDF • 2.2 MB

228 Pages • 68,117 Words • PDF • 1.3 MB

213 Pages • 47,974 Words • PDF • 1.4 MB

213 Pages • 47,974 Words • PDF • 1.4 MB

308 Pages • 85,394 Words • PDF • 1.3 MB

1 Pages • 307 Words • PDF • 205.9 KB

175 Pages • 32,177 Words • PDF • 899.6 KB

557 Pages • 522,259 Words • PDF • 32.9 MB