Sławomir Nieściur - 03 Do zobaczenia w piekle.pdf

260 Pages • 64,965 Words • PDF • 2.8 MB
Uploaded at 2021-09-24 08:29

This document was submitted by our user and they confirm that they have the consent to share it. Assuming that you are writer or own the copyright of this document, report to us by using this DMCA report button.


COPYRIGHT © BY Sławomir Nieściur COPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2019 WYDANIE I ISBN 978-83-7964-351-6 PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta GRAFIKA NA OKŁADCE Ivan Khivrenko Aleksandrovich PROJEKT OKŁADKI Dark Crayon, black gear Paweł Zaręba ILUSTRACJE black gear Paweł Zaręba ebook lesiojot REDAKCJA Małgorzata Hawrylewicz-Pieńkowska KOREKTA Magdalena Byrska, Agnieszka Pawlikowska WYDAWNICTWO Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91

Renacie

Książki z serii: Michał Gołkowski – Ołowiany świt Michał Gołkowski – Drugi Brzeg Michał Gołkowski – Droga donikąd Michał Gołkowski – Sztywny Wiktor Noczkin – Ślepa plama Wiktor Noczkin – Czerep mutanta Wiktor Noczkin – Łańcuch pokarmowy Krzysztof Haladyn – Na skraju Strefy – tom 1 Krzysztof Haladyn – Na skraju Strefy – tom 2 Sławomir Nieściur – Wedle zasług Sławomir Nieściur – Ostatniego zeżrą psy Sławomir Nieściur – Do zobaczenia w piekle Michał Gołkowski – Powrót Joanna Kanicka – Bagno szaleńców Jacek Kloss – Ziemia złych uroków [w przygotowaniu]

Prolog Wcześniej... To nie może się nie udać, pomyślał Kola, przyklękając za pniem sosny. Kołysane wiatrem konary szeleściły cicho, gdzieś z tyłu pacnęła o ziemię szyszka, na stalkera posypało się pożółkłe igliwie. Kilka szpilek wpadło mu za kołnierz, drażniąc i tak już poobcierany szorstką tkaniną kark. Zirytowany, sięgnął ręką za plecy i nasunął na głowę kaptur. Z lewej strony coś się poruszyło: zza kępy jałowców wychynął Grigorij, ubrany w szturmowy maskałat. Spod okapu poobijanego hełmu błysnęły czarne jak smoła oczy. Okolone gęstym zarostem wargi Gruzina wykrzywiły się w drapieżnym uśmiechu. Uniósł rękę: w dłoni dzierżył granat. Kola gwałtownie pokręcił głową. – Nie! – wysyczał. – Żywcem bierzemy! Flankuj, idioto! – Wskazał tamtemu narożnik budynku, przysłonięty częściowo przez rosnące jeden przy drugim młodziutkie świerki. Niewysokie, góra trzymetrowe drzewka aż kłuły w oczy jasnozielonymi odrostami, stanowiącymi kontrast dla rdzawobrązowego sąsiedztwa umierającego lub już martwego starodrzewu. Nowe pokolenie roślin coraz lepiej radziło sobie z anomalną emisyjną energią. Grigorij wzruszył ramionami, po czym niechętnie schował granat do kieszeni. Z przewieszoną przez ramię dubeltówką ruszył chyłkiem w stronę młodniaka, zerkając co kilka kroków na niewysoki budynek z białej cegły. Po chwili zniknął w gęstwinie. – Tyłów nie musowo – zabrzmiało przy uchu Koli. Alosza! Ogromny Rosjanin zmaterializował się za nim bezszelestnie, jak zawsze. Zaskoczony Kola omal nie upuścił broni i natychmiast sklął się w duchu.

Poprzegryzany kłami ślepego kundla elegancki skórzany rzemień, na którym nosił kałasznikowa, poniewierał się teraz wraz ze ścierwem tegoż właśnie kundla na dnie głębokiego parowu, parę kilometrów stąd. On zaś od tamtej pory targał broń w łapach, jak skończony amator. Żeby tak choć kawałek sznurka, pomyślał. – Elektry. Z dziesięć chyba, pod samą ścianą. Spieczone wszystko do gołej ziemi, mysz się nie prześlizgnie – kontynuował ochryple Alosza. – Prawej strony pilnuje Mirko. Kola nie odpowiedział, podniósł tylko uniesiony kciuk, tak aby Rosjanin mógł dostrzec ten gest. – Kurwa, nie za bardzo jest czym strzelać – westchnął, mierząc wzrokiem kryjówkę stalkerów. Na wpół zrujnowany budynek z nadpalonym dachem i zawaloną ścianą szczytową miał zamurowane okna. U samej góry pozostawiono tylko maleńkie świetliki. Główne wejście zabarykadowano gruzem i nadgryzionymi przez rdzę kawałami blachy, przyciśniętymi dodatkowo nadpalonymi belkami. Na wierzchu sterty szarzały kłęby zakurzonej folii, pełniące funkcję uszczelnienia. Wąziuteńkie przejście pomiędzy tym usypiskiem a framugą osłaniała płachta brezentu. – Z zaskoczenia też nie wparujemy. Już nas wyczaili. – Westchnął, widząc wysuwającą się zza prowizorycznej kotary lufę strzelby. Sytuacja zaczynała się komplikować. – Wyczaili nas już dawno, mówiłem ci. – Alosza przycupnął obok niego. – To nie są byle zawodnicy, Kolka. Zwłaszcza ten mniejszy. Ja już go widziałem, tylko za chuja nie mogę sobie przypomnieć, gdzie i kiedy... A skoro do dziś łazi cały i zdrowy, musi być dobry. Drugi też nie wygląda na świeżaka. Teren znają. Coś mi się widzi, że oni specjalnie przeciągnęli nas przez najgorsze wertepy, żebyśmy się wykrwawili i wyprztykali z amunicji – wyliczył monotonnie. – Może odpuśćmy? – zakończył, spoglądając na herszta z pytaniem w oczach. Na jego topornym obliczu perliły się krople potu. Kola pomyślał, że olbrzym ma trochę racji. Ponadtygodniowy rajd tropem dwójki stalkerów eskortujących z Janowa

wylaszczoną po cycki dziunię, obwieszoną dodatkowo grzechoczącymi wesoło pojemnikami na artefakty, wymęczył ich niemiłosiernie. No i rzeczywiście dokumentnie wyprztykali się z zapasów. Już dwa dni wcześniej Mirko i Grigorij zaczęli przebąkiwać o odwrocie, żeby sobie odpuścić i powędrować na północ, bliżej Kordonu, tam gdzie krzyżowały się szlaki przemytnicze i którędy nieprzerwanym strumykiem płynęło zaopatrzenie dla wojennych, napierdalających po równo tak Monolit, jak i frakcje. Nerwowym ruchem poprawił kaptur. – Mowy nie ma – oświadczył. – Jest nas pięciu na nich dwóch. Baby nie liczę, bo ona będzie problemem dla nich, nie dla nas. Alosza pokiwał głową z aprobatą. – Racja. Biali rycerze żyją krótko – zgodził się. – No właśnie. Z drugiej strony czas działa na ich korzyść. Na bank zakitrali w tej norze masę barachła, mogą nas trzymać na dystans choćby i tydzień. A my nie mamy ani co żreć, ani co pić. O emisji nawet nie wspominam. Kiedy była ostatnio? – Będzie ze cztery dni. – Kurwa mać... – Kola znowu westchnął, tym razem o wiele ciężej. W zamyśleniu wyjął z kieszeni zapasowy magazynek. Położył go na ziemi. To samo uczynił z karabinem i małym płóciennym plecaczkiem. Wstał i przeciągnął się, aż chrupnęło w kościach. – Pogadam z nimi – oznajmił z rezygnacją. – Skoro stare wygi, może zachowają się rozsądnie – wyjaśnił, widząc zdumioną minę Aloszy. Coś szeptało mu do ucha, że to kiepski pomysł. Nie żeby się bał, w końcu negocjacje nie były dlań pierwszyzną i wiele razy udało mu się rozwiązać konflikt bez uciekania się do przemocy. Rzadko kiedy ludzie decydowali się oddać życie za kilka świecidełek. – No i nie wiedzą, czym dysponujemy – dodał. – Tego też nie byłbym pewien – mruknął pod nosem Alosza. Wprawnym ruchem przeładował broń. – Maksym gdzie? – zapytał Kola. Alosza wskazał lufą karłowatą sosnę, wśród której konarów majaczył ciemny kształt. Piąty członek bandy również gotów był

do akcji. Uspokojony nieco Kola wyszedł na otwartą przestrzeń i z rękoma wzniesionymi nad głową postąpił w stronę budynku, po czym zatrzymał się kilkanaście metrów od chroniącej wejście barykady. – Towarzysze stalkiery! Jeśli życie wam miłe, poddajcie się! – zawołał. Nie zamierzał bawić się w subtelności. Im szybciej tamci zrozumieją, że to nie przelewki, tym lepiej. – Czego chcecie? – dobiegło zza kotary. Niski baryton, pasujący raczej do kafara o posturze Aloszy, cokolwiek zbił Kolę z pantałyku. Szybko się jednak pozbierał. Opuścił ręce i zwiesił je luźno wzdłuż boków, jak rewolwerowiec. – Wszystkiego – odparł drwiąco. Jakby od niechcenia obejrzał się w stronę drzew. – Po dobroci, rzecz jasna – dodał, uśmiechając się kącikiem ust. Niech wiedzą, kto tu jest panem. – Po dobroci to możecie od nas dostać szklaneczkę czegoś mocniejszego. A i to pojedynczo, bo trochę tutaj ciasno! – padła natychmiastowa odpowiedź. – Nie pierdol, stalkier – zirytował się znienacka Kola. Znajomy głosik znowu szepnął mu, że właśnie spaprał sprawę. Miał to głęboko w dupie. Był zmęczony, głodny i coraz bardziej wkurwiony. Wielodniowe podchody, nieustanne napięcie, nocowanie pod gołym niebem, z włóczącą się wszędzie wokół wiecznie głodną czeredą paskudztw, to wszystko nie poprawiało samopoczucia. Swoje zrobiła również wciągnięta przed kilkoma kwadransami potężna krecha białego proszku. Zignorował zarówno chrząknięcie Aloszy, jak i nagły szelest wśród drzew. Po raz kolejny poprawił kaptur i postąpił kilka kroków do przodu. – Wyjazd z chaty! Teraz to nasza meta. Bierzcie babę, swoje giwery i wypad! – wrzasnął. – A jak będziecie się za długo namyślać, to se ją zostawimy... – dodał złowieszczo. W sumie to nie był nawet taki głupi pomysł, bo kobitka była niczego sobie. Poużywaliby sobie za wszystkie czasy, do tego gratis. – Coś ty powiedział, chłystku? – Szarpnięta gwałtownie kotara spadła na ziemię, a w wąskim przejściu pojawił się jeden ze

stalkerów, ten niższy. W dłoniach trzymał największą strzelbę, jaką Kola kiedykolwiek widział. Potężna lufa skierowana była w dół. Kola na chwilę stracił rezon. Skinął ręką na Aloszę. Kompan jednym susem przesadził kępę jałowców i przyczaił się za wysokim na metr i grubym jak beczka ułomkiem pnia. – Jajco. Zabieraj kumpla i tę cizię i poszli won! – ponowił żądanie. – Albo... – Albo co? – przerwał mu tamten, kompletnie ignorując czającego się za pniem Rosjanina. – Z gołymi łapami do mnie wyskoczysz? – Lufa strzelby powędrowała do góry. – Ostatni raz powtarzam, zabierać klamoty i wynocha. Za pięć minut was tu nie widzę. A jak nie... – Kola zawiesił głos. – Będzie wpierdol – dokończył złowrogo. Ku jego zdumieniu tamten zaczął się śmiać. Na cały głos, jakby usłyszał dobry żart. W wejściu zamajaczyła kolejna sylwetka, by po chwili zniknąć w mroku. Stalker śmiał się jeszcze przez chwilę, z oczu pociekły mu łzy. – Mówiłem ci, Fomka – zwrócił się do towarzysza, który czaił się zapewne za barykadą. – To zwykłe kiziory. A ty swoje, że my tutaj wszyscy bracia, a ja paranoik. – Spokojnie, Wołodia, spokojnie – dobiegła odpowiedź z wnętrza. – Oni sobie zaraz pójdą, prawda, chłopaki? – Zaszeleściła uszczelniająca wejście folia, a nad barykadą pojawiła się lufa dwururki. – To tylko takie wygłupy, no nie? Przecież powinniśmy trzymać się razem. Mało to złego czyha wokół na człeka? – Nie pójdą, mówię ci, nie bądź naiwny, Foma. Oni na gotowe przyszli, nachapać się czyjąś krwawicą. Ścierwa, obstawili budynek. Jeden szmaciarz nawet snajpera udaje. – Stalker wskazał podbródkiem siedzącego wśród gałęzi Maksyma. Ukrainiec poruszył się niespokojnie na swojej pozycji, na ziemię poleciały ułamane gałązki. Zdezorientowany Kola począł się wycofywać, ręka mimowolnie powędrowała za plecy, po tkwiącą za paskiem berettę. Zanim jednak zdążył wyszarpnąć pistolet, stalker podrzucił strzelbę do

ramienia, jednym płynnym ruchem wycelował i nacisnął spust. Huknął strzał. Przyczajony z tyłu Alosza runął na wznak z rozrzuconymi szeroko rękoma. Kurtkę na piersiach miał w strzępach. Posiekana śrutem tkanina błyskawicznie nasiąkała krwią. – Ty suko w dupę jebana! – wrzasnął Kola, rzucając się w popłochu na ziemię. Na czworakach, wykorzystując powalony pień jako osłonę, podpełzł do Aloszy. – Żyjesz? – zapytał. – Nie bardzo – powiedział, a właściwie wybulgotał Rosjanin. W ustach miał pełno krwi. – Uciekaj, Kola... Ja jewo znaju, etowo wtarowo toże...1 – dodał w ojczystym języku, po czym znieruchomiał. – Ni chuja, ni chuja! – Kola sięgnął po strzelbę leżącą na zbryzganym krwią igliwiu. Śliska od potu Aloszy, przyjemnie ciążyła w dłoni. W sumie to nawet się ucieszył, że Rusek oberwał – za silny był, za duży, za straszny. Z czasem na pewno spróbowałby wysiudać go z funkcji. Trudno, na zastępcę weźmie sobie Grigorija – ten świr pozbawiony był jakichkolwiek aspiracji. Tymczasem jednak musiał zajebać tych gnoi. Postanowił więc ich sprowokować, wkurwić, tak jak oni wkurwili przed chwilą jego. Kątem oka dojrzał skradającego się wzdłuż ściany budynku Grigorija, z drugiej strony lada chwila powinien pojawić się Mirko. Trzask łamanych patyków i głośny potok bluzgów dobiegające z lasu poinformowały go, że Maksym po krótkim locie i chyba bolesnym lądowaniu również zmienił pozycję na bezpieczniejszą. – Skurwysynie! Gnido! Zajebię cię! – krzyknął w stronę budynku. – No to dawaj, mutanci bękarcie! – usłyszał w odpowiedzi. – Co się tak chowasz, a? Śmiało! – Chciałbyś, pizdo – odkrzyknął. – Odłóż giwerę i chodź, to se zatańczymy! – Z kurwami nie tańczę! Nie no, tego już było za wiele nawet dla Koli. Rozjuszony jak 1 Ja go znam, tego drugiego też.

wściekły byk, wyskoczył zza swojej osłony, nie mierząc, wypalił w kierunku wejścia, a następnie zygzakując, aby utrudnić tamtym celowanie, pobiegł ukosem w stronę narożnika budynku, tam gdzie za stosikiem równo ułożonych cegieł zapadł Grigorij. Zza barykady padł kolejny strzał. Bluzgi Maksyma ucichły jak ucięte nożem, a Kola, chociaż wkurwiony, profilaktycznie rymnął na ziemię, prosto w plątaninę suchych gałęzi. Jak się zaraz okazało, nader słusznie, bo sekundę później nad głową zaświszczał mu grad kul, a na plecy posypały się ścięte patyki i drzazgi. Uzi, pomyślał, wtulając twarz w igliwie. Rozpłaszczony jak robak, trwał nieruchomo, czekając, aż któryś z kompanów raczy w końcu odpowiedzieć ogniem. Jak do tej pory strzelił tylko on. Raz. A i to bardziej na wiwat. Korzystając z chwili spokoju, gdy tamci zmieniali magazynki, uniósł głowę, by zobaczyć, co knuje Grigorij. Zuch Gruzin, pomyślał, widząc, jak tamten bierze szeroki zamach, po czym ciska w stronę barykady granat. I to nie byle jakie odłamkowe gówno, lecz czarnorynkową stuningowaną wersję przeciwpancerną. Draństwo miało nawet dokręcony trzonek. Kola nie miał pojęcia, skąd Grigorij wytrzasnął i jakim cudem ukrył przed wścibskimi kompanami tę kieszonkową bombę. Jeszcze mocniej wtulił się w ziemię, gdyby mógł, zakopałby się w niej jak kret. Wcisnął głowę w ramiona i wstrzymał oddech w oczekiwaniu na eksplozję. Powiedzieć, że wybuch był przepotężny, oznaczało nic nie powiedzieć, jako że łomotnęło tak masakrycznie, że Kola na chwilę ogłuchł. Fala uderzeniowa zmiotła chrust, pośród którego leżał, oderwała przymocowany na napy kaptur. Wyrzucone w powietrze szczątki barykady zaczęły opadać wszędzie dookoła jak deszcz meteorytów, aktywując drzemiące tu i ówdzie anomalie. Jedna z nich, zlokalizowana niespełna dwa metry od ściany budynku karuzela, porwała do szalonego tańca niczego niespodziewającego się Grigorija, po czym drącego się wniebogłosy rozsmarowała na ścianie budynku jak dżem na kromce chleba. Równie smutny los przypadł w udziale Mirkowi, którego

eksplozja zaskoczyła na otwartym terenie, kiedy długimi susami próbował dopaść linii drzew. Wirujący w powietrzu kawałek blachy zdekapitował go tak gwałtownie, że pozbawiona głowy reszta ciała przebiegła jeszcze dobre dziesięć kroków, zanim runęła bezwładnie na ziemię. Głowa nieszczęśnika zaś poturlała się jak piłka w sam środek aktywnej elektry, gdzie dziesiątki miniaturowych błyskawic w kilka chwil ugotowały na miękko zawartość czaszki.

Oszołomiony Kola uniósł się na łokciach, dokładnie w momencie, gdy podsmażany milionami woltów czerep Mirka eksplodował jak przegrzany samowar. W powietrzu zawisła różowawa chmurka odparowanej tkanki. Śmierć Grigorija przegapił, ale zwisający z kalenicy dachu poszarpany strzęp maskałatu oraz szkarłatny rozbryzg na poharatanej wybuchem ścianie nie pozostawiały wątpliwości co do aktualnej kondycji szalonego Gruzina. Kola miał już tego serdecznie dosyć. Odechciało mu się łupów, bandyterki i ogólnie wszystkiego. Ręce trzęsły mu się jak

menelowi, do gardła podchodziła paląca żołć, w piersiach coś kłuło boleśnie. Znał te objawy, bo znał siebie, i wiedział, że jeśli jak najszybciej nie zostawi za sobą tej jatki, narastający szok rozłoży go dokumentnie. A wtedy dorwą go albo stalkerzy (był dziwnie pewien, że są nie tylko zdrowi, ale i niewąsko wkurwieni), albo ścierwniki, które zapewne gnały już tutaj na złamanie karku w nadziei na ucztę. Z opuszczoną głową, powstrzymując torsje, podniósł się na nogi i potruchtał w stronę drzew. Plecak, magazynek i kałasznikow leżały tak, jak je zostawił, przyprószone warstewką piachu i paprochów, których tuman osiadł na wszystkim wokół. Jeszcze raz spojrzał w stronę budynku. Nad kupą szczątków rozrzuconych wokół wejścia unosił się obłok kurzu, przez który prześwitywały języki ognia płonącego wewnątrz. Z małych świetlików wykutych pod samym dachem wypływały czarne pasma dymu. Wychodziło na to, że granat wzbogacony został także o ładunek zapalający. Grigorij, ty pojebie, pomyślał z żalem, należało ci się. Tyle chabaru z dymem, tyle dobra... Ech... Odsuwając lufą karabinu zwisające nisko gałęzie, poczłapał przez zagajnik w stronę przebijających zza drzew plam brudnej czerwieni. Po przejściu kilkuset metrów stanął na krawędzi płytkiego parowu. Na jego dnie bielały pokruszone kawałki wapienia. Po drugiej stronie jaru kołysały się na wietrze purpurowe łany, szeleszcząc napuchniętymi od soku liśćmi. Krwawnik czarnobylski, ocenił ze znawstwem, przysmak mięsaczy. Niektóre z roślin pochylały się nad zboczem, inne wręcz leżały na stromiźnie. Ich korzenie, mniej więcej grubości kciuka, wystawały z ziemi jak pęki kabli elektrycznych. Nie marnując czasu na podziwianie widoków, zsunął się na dno parowu. Otrzepawszy siedzenie z piachu, podszedł do przeciwległego zbocza. Pozbawiony paska karabin zawadzał coraz bardziej. Przez kilka chwil Kola rozważał, czy nie upitolić nożem jednej z szelek plecaka i nie uwiązać na niej giwery, ale zaraz stwierdził, że to bez sensu. Raz, że szelki były za krótkie, a dwa, że nieustannie zsuwający się z ramienia płócienny tobół

wkurwiałby go zapewne jeszcze bardziej niż konieczność noszenia kałacha w rękach. Cisnął więc karabin nad krawędź jaru, a następnie, przytrzymując się łodyg krwawnika, zręcznie wywindował się na górę. Nieco zziajany, ale już znacznie spokojniejszy, usiadł po turecku w cieniu dorodnej kępy chwastów. Z tego miejsca widział zarówno skraj zagajnika, jak też dno parowu. Rozsznurował plecak i wyjął z niego manierkę. Potrząsnął nią delikatnie, próbując przypomnieć sobie, kiedy ostatnio ją uzupełniał. Z radością skonstatował, że we flaszce coś jeszcze chlupocze. Do jedzenia nie miał kompletnie nic, resztka prowiantu w postaci kilku puszek tuszonki i woreczka pokruszonych sucharów została w plecaku Maksyma. Dopiero w tym momencie do Koli dotarło, że tamtych już nie ma. Nie ma szurniętego Grigorija, nie ma silnego jak wół, pozbawionego skrupułów Aloszy, nie ma wiecznie narzekającego Mirka ani tego pyszałkowatego banderowca Maksyma. Nie żeby ich jakoś specjalnie kochał, ale zdążył się z nimi zżyć, przywyknąć. Byli jak irytujące rodzeństwo, wkurzające do białości, ale bez którego człowiek czuł się na świecie sam jak palec. I właśnie tak Kola poczuł się teraz: bez przyjaciół, otoczony wrogami, którzy gdzieś tam ostrzyli na niego noże. Musiał się gdzieś przyczaić, zadekować w jakiejś dziurze na miesiąc, a może dłużej, dopóki ci najbardziej zawzięci nie zajmą się czymś innym. Albo to inne zajmie się nimi. W tej kwestii Koli było wszystko jedno. Wskaźniki śmiertelności w Zonie oscylowały w granicach dziewięćdziesięciu procent, więc każdy dzień, który uda mu się przeżyć, statystycznie oznaczał będzie jednego wroga mniej. Odkorkował manierkę i przepłukał usta letnią wodą. Ostatni łyk, zamiast połknąć, wypluł na wymazane miąższem krwawnika dłonie, po czym szmatką pedantycznie oczyścił je z utleniającego się już i zalatującego zepsutym mięsem soku. Po jakimś czasie podniósł się, założył plecak i poprawił tkwiącą za paskiem berettę. Pistolet miał pełny magazynek, do kałasznikowa także miał komplet amunicji, nawet podwójny.

W zapasie miał jeszcze granat odłamkowy, jajowatą cytrynkę albo szyszkę, jak ją pieszczotliwie nazywali stalkerzy. Odrapana, wyślizgana przy żłobieniach trzystugramowa bryłka skondensowanej śmierci nieodmiennie dodawała mu plus pięć do pewności siebie. Amunicji powinno wystarczyć na kilka tygodni ostrożnej skradanki, a na obrzeżach, gdzie zmutowanego tałatajstwa było zdecydowanie mniej, nawet na dłużej. Z bronią wspartą na ramieniu, nieco zygzakując, by ominąć drzemiące wśród łanów krwawnika anomalie, pomaszerował w stronę majaczących w oddali słupów wysokiego napięcia. Gdzieś za nimi, kilka kilometrów za wysychającą rzeką, rozciągała się opuszczona przez Białorusinów niesławna linia umocnień. Tam będzie bezpieczny. *** – Kiedyś się doigrasz, zobaczysz... – oświadczył ponuro Jusupow, otrzepując się z kurzu. Z rozciętego tuż pod linią włosów czoła spływała mu strużka krwi. Rozmazał ją wierzchem dłoni. – E tam, jest ryzyko, jest zabawa. – Stojący w zrujnowanym wejściu Rybin odstawił pod ścianę dymiącą jeszcze strzelbę. Przód bluzy zachlapany miał krwią. Ściągnął ją, zrolował i rzucił na stertę gruzu. – Załatwione definitywnie. Nie ma Aloszy Niedźwiedzia. – Z kieszeni spodni wyjął zapalniczkę i rzucił Jusupowowi. Stalker chwycił ją zręcznie. – „Sońka” – odczytał wygrawerowany na wieczku napis. – Czyli jatka w Pierieszewie to rzeczywiście była jego robota. – Pokręcił głową z niedowierzaniem. – Miałeś co do tego wątpliwości? – zdziwił się Rybin. – Owszem. Gdybym nie miał, ubiłbym bydlaka już pod Janowem. – I cały misterny plan poszedłby w pizdu... – westchnął Rybin. – A tak dwa zlecenia za jednym zamachem. Wojenni się ucieszą. – Dużo ryzykowaliśmy, Wołodia. Za dużo. – Mówiłem, że to niedorozwoje. Cud, że dotarli aż tutaj.

Szefunio, zdaje się, dał nogę, ale długiego żywota to ja mu nie wróżę. Snorki pieruńsko zawzięte ostatnio, wojenni się skarżą, że im patrole dziesiątkują, pod sam Kordon podchodzą. – Cud, Wołodia, to jest taki, że nadal żyjemy. Jeszcze jeden taki moździerz i by nas pogrzebali żywcem. – Jusupow wskazał na popękaną, odkształconą ścianę nośną. Podpierająca ją belka leżała w drugim końcu pomieszczenia, odrzucona siłą wybuchu. – Skąd oni wzięli to draństwo? I czemu ono tak walnęło?! – To nie wiesz? – zdziwił się Rybin. – Ze zwykłych nasadkowych przerabiają. Drążą trzonek i dopychają jakimś paskudztwem... Zapalającym, burzącym, w zależności od preferencji klienta. W chuj niebezpieczne toto, wiadomo, samoróbka, ale jak pierdolnie... Sam widzisz. Ten chyba jakąś dubeltową mieszankę miał. – Znowu zapatrzył się na wymiecioną do czysta polanę przed budynkiem. Ostało się jedynie kilka grubszych pniaków, choć i te podmuch odarł z resztek kory. – Generała zdałoby się powiadomić, niechby te jego ogary w końcu się do czegoś przydały. Nie może tak być, żeby byle zbir rozpirzał porządnym ludziom chałupy. Przepytać rusznikarzy, nastraszyć, że konwencja genewska czy coś... Tyle pracy na marne... – Jusupow spojrzał ze smutkiem na zdemolowane pomieszczenie, potrzaskane regały, tlące się na drewnianej etażerce papiery. Ucierpiała też metalowa szafka, w której trzymali artefakty i za którą ukryli się, gdy pomalowany na zielono tłuczek upadł tuż przed progiem. To jej drzwiczkami stalker oberwał w czoło. – Ano, zdałoby się – przytaknął Rybin. – Trzeba nam na Kordon, Foma, i to jak najszybciej. Skończyć z woluntariatem, zlecenia normalne zacząć brać, zarobić w końcu trochę grosza i wtedy ogarnąć metę. Dobrze, że strop wytrzymał. Chociaż jak tak sobie patrzę na tę ścianę, to katastrofę budowlaną widzę. – Wytrzyma. A jak nie, to się odgruzuje i zagospodaruje piwnicę... O cholera! – Jusupow skoczył w stronę klapy. Była przywalona stertą połamanych, dymiących jeszcze szczap, pozostałości po drewnianej konstrukcji, po której wspinali się w razie potrzeby na dach. – Szybciej, Wołodia, ona maski nie

miała, zaczadzieje tam! Kopniakami roztrącił żarzące się ułomki, co większe odciągnął na bok. Zanim Rybin zdążył zareagować, już mocował się z klapą. Odkształcone zawiasy stawiły zacięty opór i poddały się dopiero, gdy Rybin podważył zamknięcie ostrzem saperki. Z piwnicy buchnęły kłęby dymu. Stalkerzy spojrzeli na siebie z przerażeniem. – Wskakuj, sprytniejszy jesteś! – zakomenderował Rybin. Jusupow szybko odpiął dyndającą przy pasku maskę i z wprawą naciągnął ją na twarz. Na jasnej gumie odbiły się odciski umorusanych sadzą palców. Rękawem przetarł szkiełka okularów, po czym na oślep zsunął się z krawędzi w głąb szybu. Rybin czekał na niego, kucając nad włazem. Od czasu do czasu rozpędzał dłonią wydobywający się z piwnicy dziwnie żrący dym. Coś tam się ewidentnie fajczyło. Po kilku nieznośnie długich chwilach usłyszał z dołu szuranie, jakiś rumor, a potem gwałtowny suchy kaszel. – Żyje – westchnął z ulgą. – Twarda dziewucha. – Pochylił się nad włazem, rękami wymacał pierwszy szczebel. Oparł na nim dłonie. – Dawaj ją, Foma! Trzymam drabinę! – krzyknął w ciemność. Odpowiedział mu nieartykułowany pomruk i jeszcze gwałtowniejszy kaszel. Chwilę później zatrzeszczały szczeble, a zaraz potem na najwyższym z nich zacisnęła się drobna dłoń z wypielęgnowanymi paznokciami, pomalowanymi w barwy maskujące. Rybin uśmiechnął się na ten widok. Chwycił dziewczynę za łokieć i pomógł jej wygramolić się na górę. Umorusaną i wciąż kaszlącą wyprowadził na zewnątrz, po czym usadził pod ścianą, na kawałku deski. Oparta plecami o cegły, wciągała spazmatycznie powietrze, co kilka wdechów krztusząc się i kaszląc. Z budynku, ocierając rąbkiem podkoszulka spoconą i zakrwawioną twarz, wyszedł Jusupow. On także ciężko dyszał. – Wszystko w porządku? – zapytał, siadając obok dziewczyny. Skinęła głową, po czym nagłym ruchem przytuliła się do jego ramienia.

– Tak się bałam... – wyszeptała ochryple. Zaczęła chlipać. Stalker objął ją czule, przycisnął do siebie jeszcze mocniej, drugą ręką zaś pogładził po wilgotnym od łez policzku. – Już dobrze – powiedział miękko. – Już nic ci nie grozi, zadaliśmy im bobu, prawda, Wołodia? – Prawda – potwierdził Rybin. Usiadł z drugiej strony. Sięgnął po ukryte za pazuchą papierosy, ale kiedy dziewczyna znowu zaniosła się kaszlem, schował je z powrotem. – Kim oni byli? – zapytała po chwili. – Chwasty jakieś – odpowiedział Jusupow. – Szli za nami od samego początku, chcieliśmy się ich pozbyć bez rozlewu krwi. Żeby Zona się nimi zajęła. Niestety, nie udało się. Doszli aż tutaj. – To na pewno banici – wtrącił Rybin. – Z Powinności. A co robi Powinność? No, słucham? – Delikatnie szturchnął dziewczynę łokciem. Milczała przez chwilę, udając, że szuka w pamięci właściwej odpowiedzi. – Powinność kuca do siku! – wypaliła w końcu. Stalkerzy ryknęli śmiechem. Dziewczyna też się uśmiechnęła, chociaż przez łzy. – Co tam się zajęło na dole? – zapytał Rybin, dotykając jej dłoni, wymazanej sinozielonym nalotem. Dziewczynie zrzedła mina. – Pojemnik się potłukł, ten ze skrętakami. – Westchnęła. – Zanim zdążyłam je porozdzielać, weszły w reakcję. Kierownik zmyje mi głowę, z pensji też na pewno potrąci. – Ceramiczne badziewie! Mówiłem, żeby w blaszane spakować. – Jusupow spojrzał na Rybina z wyrzutem. Przez chwilę nad czymś się zastanawiał. W końcu zabrał rękę z pleców dziewczyny. Z kieszonki bojówek wyjął pomięty, złożony na czworo karteluszek. Rozłożył go i położył jej na kolanach. – Weksel – wyjaśnił. – Na okaziciela. W Gubinie dostaniesz za to od Fiodora z dziesięć skrętaków. – Jakże to tak? – Dziewczyna delikatnie podniosła dokument, nie czytając nawet, złożyła na pół i oddała stalkerowi. – Stratni będziecie – dodała, zerkając na walające się w wejściu,

poszczerbione, wykruszone cegły. – Kryjówkę wam zniszczyli. – Całe życie jesteśmy stratni. Poza tym daliśmy gwarancję – przypomniał jej Rybin, wstając. – Że dotrzesz cała i zdrowa, z kompletnym dobytkiem. I słowa dotrzymamy. – Właśnie. – Jusupow oddał dziewczynie weksel i również się podniósł. – Generałowa by nas chyba ze skóry obdarła, gdyby synowej stała się krzywda. Bierz i nie wydziwiaj, a za to, co zostanie, wybierzcie się z Andriuszą na jakąś dobrą kolację albo do innego kina. Taki spóźniony prezent ślubny – dodał wesoło. – Nu, wstajemy, koniec przerwy. – Wyciągnął do niej rękę. Dziewczyna zatrzepotała rzęsami, jej sarnie oczy zaszkliły się podejrzanie. Chwyciła dłoń stalkera i podciągnęła się do góry. – Dziękuję – powiedziała, siąkając nosem, po czym uścisnęła mocno najpierw jego, a potem Rybina. Nieopodal na leżącym wśród sosen stygnącym trupie bandyty przysiadło niewielkie stworzonko. Czarnymi paciorkami oczu uważnie obserwowało trójkę tulących się do siebie istot. Nagi, cienki ogon poruszał się w lewo i prawo, jak miniaturowy bicz. Pod rdzawą sierścią drgały napięte węzełki mięśni. Po kilku chwilach, uspokojone zachowaniem hałaśliwych olbrzymów, wgryzło się łapczywie ostrymi jak igły ząbkami w ciepłe, świeże mięso. Dwa tygodnie później Targany torsjami, utytłany w wymiocinach Kola przeleżał zwinięty w kłębek wiele godzin, zanim dał radę wstać na nogi. Słaby jak kociak, ściągnął z siebie ufajdany podkoszulek i ochlapał twarz nad miską – kanister mulastej wody przytargał kilka dni wcześniej z położonego za wsią niewielkiego stawu. Obnażony do pasa, wytoczył się z suteryny wprost na podwórko. To była chyba najgorsza emisja, jaką przeżył. Nie pomogło zabicie dechami okienek piwnicy, ani nawet podsypanie ich warstwą ziemi. Huragan energii bezceremonialnie wdarł się do środka, oszałamiając Kolę skuteczniej niż najtęższy alkohol.

Drzwiczki pozostawił otwarte na oścież. Niech się wietrzy, pomyślał. Z bezsilną złością patrzył na swoje schronienie, murowany, wysoko podpiwniczony dom, najokazalszy i chyba najlepiej zachowany budynek w wiosce. Reszta chałup, co do jednej drewnianych, przedstawiała najróżniejsze stadia rozpadu: od wypaczonych, odartych z szalunku ścian przez zapadnięte dachy aż po kompletne rumowiska, spośród których sterczały smętnie okopcone paluchy kominów. Zdecydował się na ukrycie właśnie w tym budynku ze względu na rozległą suterynę. Skąd miał wiedzieć, że rudera, jakkolwiek murowana, stropy ma drewniane i tylko ocieplone z obu stron jakimś paździerzem? Gdy się zorientował, jak lichą stanowi osłonę, niebo czerwieniło się już w najlepsze, a w oddali narastał głuchy pomruk emisji. Ledwo zdążył zaryglować porządnie drzwiczki i dać nura w ciasną wnękę obok przymocowanego do ściany zardzewiałego bojlera. – Cholerne dziady, kutwy pierdolone, kołchoźniki zasrane – mamrotał inwektywy pod adresem dawnych mieszkańców. – Piwnice tynkować to było za co, ale żeby powały porządne zrobić, to już rubli było żal! Przytrzymując się rozchwierutanej poręczy, wdrapał się po schodkach na werandę. Suszyły się tam pod blachą bluza i kurtka, przewieszone na drucie. Nie przestając psioczyć, ubrał się w suche już ciuchy i poczłapał z powrotem do piwnicy, by zebrać swój skromny dobytek. Wysiedział się na tym pustkowiu wystarczająco długo, odpoczął, chyba nawet nabrał ciała – z tłuściutkiego mięsacza, którego udało mu się już pierwszego dnia ustrzelić za stodołą, pozostała tylko niejadalna, poprzerastana łuską słonina i naszpikowane kostnymi wypustkami mięso z łopatki, również niejadalne. Całą resztę, nie wyłączając podrobów, Kola zjadł kawałek po kawałeczku. Kości i opancerzoną skórę zakopał. Najwyższy czas się zbierać, pomyślał, rozglądając się po cuchnącym wymiocinami lokum. Spakowany już wcześniej plecak leżał przy drzwiach. Snopki lnu, które Kola znalazł na poddaszu jednej z chałup, a które służyły mu jako siennik

i których chyba tylko cudem udało mu się nie zarzygać, zepchnął pod ścianę i przyrzucił starym kocem, żeby nie zawilgotniały. Zrobił to na wszelki wypadek, gdyby kiedyś jeszcze zdarzyło mu się pojawić w tej okolicy. Wyjąwszy uprzednio magazynki, sprawdził broń; mechanizmy obu spluw chodziły płynnie i nie zanosiło się, aby w najbliższym czasie miały odmówić posłuszeństwa. Jeszcze raz omiótł wzrokiem zagracone wnętrze suteryny. Obok plecaka leżał portfel. Kola nie nosił w nim nic cennego, ot, kilka tylko niezbędników, takich jak pełniąca funkcję nieśmiertelnika zalaminowana karta z imieniem, nazwiskiem oraz datą urodzenia, żeby w razie czego wiedzieli, co napisać na nagrobku, wydrukowana na tanim papierze mapka Zony, na tyle szczegółowa, by można było na niej odnaleźć nawet te wioski, które buldożery zrównały z ziemią w osiemdziesiątym szóstym. Informacje te były o tyle istotne, że w takich miejscach wciąż istniały dobrze zachowane piwnice, stanowiące idealne schronienie przed emisjami. Do opuszczonego Kordonu miał w linii prostej nieco ponad pięć kilometrów, z czego najniebezpieczniejszy był środkowy odcinek trasy – przecinająca szeroki pas ugorów szosa. Lasy wokół nieużytków cieszyły się złą sławą. Skażona, najeżona anomaliami buczyna z uwagi na wzmożoną aktywność mutantów przypominała nieco Czerwony Las. Ku utrapieniu wędrujących tym szlakiem stalkerów krwiożercze tałatajstwo wyłaziło spomiędzy drzew i włóczyło się również w bezpośrednim sąsiedztwie matecznika. To był ostatni moment, żeby spróbować się prześlizgnąć przez równinę. Jutro oszołomiona emisją menażeria odzyska wigor i zaraz po tym, jak wyżre najsłabsze osobniki, rozlezie się po okolicy w poszukiwaniu kolejnych ofiar. Poczwary ze zdolnościami psionicznymi, wrażliwsze na wahnięcia energetyczne, dochodzić będą do siebie jeszcze przez kilka dni. Przynajmniej z nimi będzie spokój. Wsunął portfel za pazuchę kurtki i zarzucił na ramiona szelki plecaka. Z berettą za paskiem i przygotowanym do strzału

kałasznikowem ruszył w kierunku lasu. W kieszeni grzechotały mu zardzewiałe śruby wykręcone ze stelażu podtrzymującego bojler. Zawinięty w szmatkę granat przyjemnie uwierał w udo, rozpychając boczną kieszonkę bojówek. Skoncentrowany na wypatrywaniu przed sobą anomalii, pokłosia niedawnej emisji, nie zauważył zdeformowanych postaci kucających na dachu jednej z chałup. Odziane w strzępy mundurów, w zniszczonych, utytłanych brudem maskach przeciwgazowych, tkwiły w bezruchu, podpierając się sękatymi, szponiastymi dłońmi, dopóki nie zniknął między drzewami. A potem jak na komendę zsunęły się na ziemię i skacząc jak ogromne pasikoniki, ruszyły jego tropem. Linię lasu osiągnęły, zanim jeszcze przestały się kołysać poruszone przez Kolę najniżej zwisające gałęzie. Stalker tymczasem przedzierał się przez gęstwinę jałowców, prąc na ukos w kierunku pól. Świadomie zrezygnował z wędrówki szosą. Dobrze wiedział, że w lesie łatwiej jest dostrzec miejsca, w których czają się anomalie. Połamane, wyrwane z korzeniami drzewa, wymiecione do gołej ziemi placyki, to wszystko ostrzegało przed niebezpieczeństwem skuteczniej niż najbardziej wymyślne detektory. Depczące mu po piętach snorki zwolniły nieco; poruszanie się skokami w takim terenie mogło być łatwe dla wiewiórek, ale nie dla ważących po siedemdziesiąt, osiemdziesiąt kilogramów humanoidów, które musiałyby skakać po zasuszonych i kruchych konarach. Chcąc nie chcąc, mutanty musiały przemieszczać się dołem, podpierając się niezdarnie rękami, na podobieństwo małp człekokształtnych. Czyniły przy tym mnóstwo hałasu. Dopiero wtedy Kola uświadomił sobie, że coś idzie jego śladem. A gdy któryś ze stworów zaskrzeczał przeraźliwie, skaleczywszy się o wystający z igliwia najeżony drzazgami konar, ogarnięty zgrozą stalker pojął, co go ściga. Spanikowany, runął przed siebie na oślep, byle szybciej, byle dalej, choć w głębi duszy wiedział, że w zasadzie już jest po nim. Być może, gdyby osaczyły go wśród zabudowań, miałby jakieś szanse. W lesie nie miał żadnych. Równie dobrze mógł usiąść na

ziemi i czekać na śmierć albo po prostu strzelić sobie w łeb. Mimo to biegł. Potykając się o korzenie, chłostany po twarzy kolczastymi gałązkami, parł do przodu z ponurą determinacją, dopóki nie wpadł na porośniętą rachitycznymi krzewami polankę. Dysząc ciężko, zatrzymał się na jej środku, wyjął z plecaka ciężki wojskowy nóż i wbił go w ziemię obok siebie, a następnie przyklęknął i wycelowawszy z grubsza, przeciągnął z kałacha długą serią po krzakach, od lewej do prawej. Skrzek i głośne trzaski łamanych gałęzi nasiliły się jeszcze bardziej. Chwilę później na polanę wpadły mutanty. Kola przywitał je kolejną serią, jednego chyba nawet trafił, bo stworzenie straciło równowagę i zaryło okrytym maską pyskiem w ziemię. Kola odrzucił bezużyteczny już karabin i sięgnął po berettę. Zanim jednak zdążył choćby złożyć się do strzału, snork skoczył na niego i obalił na ziemię. Potężne szpony przeorały brzuch stalkera tuż pod mostkiem. Kola wrzasnął z bólu, resztką świadomości wymacał nóż, chwycił go za rękojeść i jednym chlaśnięciem odpłacił snorkowi pięknym za nadobne. Mutant odpełzł od niego, skrzecząc cicho, z rozpłatanego ciała wylewał mu się parujący kłąb jelit. Nad leżącym na plecach Kolą nachyliła się kolejna uzębiona paszcza. Niewiele myśląc, wbił ostrze pomiędzy rozwarte szczęki. Łeb stwora szarpnął się gwałtownie do tyłu. Rękojeść noża uciekła stalkerowi z dłoni. Niemal na autopilocie Kola wydłubał jeszcze granat z kieszonki. Zębami wyszarpnął zawleczkę i cisnął mordercze jajko za siebie. Huknęło potężnie. Nad zwijającym się z bólu Kolą i dogorywającymi obok niego snorkami przemknęła chmara odłamków, masakrując jeszcze jednego mutanta, który nie wiadomo skąd pojawił się po drugiej stronie polany. Granat eksplodował niecały metr od próbującego ogarnąć sytuację stwora. Koli coraz bardziej ciemniało przed oczami. W paroksyzmie bólu, którego ostrza wirowały w obłąkanym tańcu gdzieś pod żebrami, zwinął się w kłębek i znieruchomiał w szybko

powiększającej się plamie szkarłatu. Z zaciśniętymi powiekami, wciąż przytomny, czekał na kostuchę, która jakoś niespecjalnie się kwapiła, aby po niego przyjść. A później poczuł na ramieniu lekkie dotknięcie. Ktoś poklepał go delikatnie po policzku. Jęknąwszy głucho, otworzył oczy. Nad sobą ujrzał pucułowate, nakrapiane piegami oblicze. Spod zmarszczonych brwi patrzyła na niego para przeraźliwie błękitnych oczu. – To cię urządziły... – westchnął mężczyzna. – Ale dzielnie stawałeś – dodał z podziwem. Miękką szmatką otarł mu wilgotne od łez policzki. Kola poczuł nagłą dumę. – Powiesz im? Że ja sam... dwa ubiłem... Powiesz? – zapytał z wysiłkiem, ze świstem wciągając powietrze. Ból przeniósł się gdzieś wyżej, ściskając palącą obręczą klatkę piersiową. – Sam im powiesz, Kola. Sam – odparł miękko nieznajomy. Przyklęknął przy nim i podłożył mu rękę pod głowę. Usłyszawszy swoje imię, Kola nieco oprzytomniał. – Skąd... skąd wiesz... kto ja... – wyszeptał. Nieznajomy uśmiechnął się lekko, źrenice jego oczu rozszerzyły się, błękitne dotychczas tęczówki pociemniały. – Wszystkich was znam – wyjaśnił również szeptem. – Ale... To ty! – Kola szarpnął się, spróbował usiąść. Już wiedział. To był Ryży. Jeden z tamtych. Tych, którzy mogli i potrafili wszystko, dosłownie wszystko. – Pomóż mi... – jęknął. – Pomogę. Pewnie, że pomogę – odpowiedział mężczyzna. Na chwilę przymknął oczy, jakby nad czymś się zastanawiał, a potem jednym ruchem skręcił Koli kark. *** – Bożeż ty mój, dziecko, czemuś tam poszła?! – Na widok posiniaczonej synowej Galina Zelencewa załamała ręce. Opuściła klapę deski klozetowej i usiadła na niej. Trzymane pod pachą ręczniki położyła na kolanach. Westchnęła ciężko raz i drugi. Stojąca przed zaparowanym lustrem w samych tylko majtkach i staniku Natasza centymetr po centymetrze obmacywała

pokrytą strupami łydkę. Upięte na czubku głowy kruczoczarne włosy, poskręcane od wilgoci w drobniutkie spiralki, odsłoniły na szyi dziewczyny długie zadrapanie. Podobne ciągnęło się od prawej łopatki aż po biodro. Na pośladku rozlewał się soczystym fioletem potężny siniak. Kolejny, nieco mniejszy pysznił się na smukłym udzie. Przed kwadransem zapukała do mieszkania teściów. Blada, z podkrążonymi oczyma, zawinięta w kwiecistą chustkę, spod której wystawały kosmyki włosów, niemiłosiernie przetłuszczonych. Przez ramię przewieszoną miała ortalionową torbę, poplamioną i zakurzoną. Wyglądała tak, jakby przywędrowała do Kijowa pieszo. – Oj, mamo... Przecież wiesz, że musiałam. – Natasza odwróciła się do niej i uśmiechnęła promiennie. Podeszła bliżej, chwyciła ją za dłonie i ścisnęła lekko. – Taka praca. Poza tym szedł ze mną wujek Rybin. I wujek Jusupow. Obaj szli! Cóż mogło mi się przydarzyć? – Głupia ty. To Zona jest, tam nie ma mocnych. Ludzie giną dziesiątkami i setkami. Wchodzą i już nigdy nie wracają. – Galina wyzwoliła dłonie z uścisku dziewczyny i chwyciła ją za ramiona. – Radiacja! Emisje! – powiedziała z mocą, patrząc jej prosto w oczy. – To nie są przecież zwykłe burze, zapomniałaś?! Dobrze wiesz, co robią z ludźmi! Chcesz mieć dziecko? Pewnie, że chcesz, oboje chcecie. Żeby urodziło się zdrowe, śliczne i mądre, prawda? – Mamo... – Zarumieniona Natasza chciała wstać z kucek, ale Galina zacisnęła palce na jej ramionach, przytrzymała ją, nie pozwalając się podnieść. – Nataszo, wysłuchaj mnie. Ten jeden jedyny raz, proszę... – powiedziała cicho. – Dobrze. – Dziewczyna skinęła głową. Dopiero wtedy Galina pozwoliła jej wstać. Sama również się podniosła. Podała Nataszy wiszący na drzwiach szlafrok. – Nałóż to, porozmawiamy w kuchni – powiedziała, wychodząc z łazienki. Drzwi pozostawiła otwarte na oścież. Natasza podążyła za nią, utykając nieznacznie. Poobijane udo zaczynało doskwierać coraz bardziej, stłuczony pośladek

również. I plecy. I żebra. I otarte ciężkimi buciorami stopy, pokryte od spodu bąblami odparzeń. A na dokładkę musiała jeszcze wysłuchać kazania teściowej. Za kilka dni zapewne też Andrieja. Tego akurat obawiała się najmniej, jako że udobruchać męża potrafiła na wiele najprzeróżniejszych sposobów. Już sama myśl o tym sprawiła, iż poczuła przyjemne mrowienie w podbrzuszu, również obolałym. – Powiedz mi, Natasza, ale jak na spowiedzi, który to mądry cię tam wydelegował? – zapytała Galina, gdy synowa usadowiła się przy kuchennym stole. Postawiła przed dziewczyną filiżankę z herbatą i porcelanową cukiernicę. Sobie nalała soku pomarańczowego. Z leżącego na mikrofalówce etui wyjęła przypominającego wieczne pióro e-papierosa z plastikowym, spłaszczonym ustnikiem. Oparta o zlew, zaciągnęła się głęboko. W powietrzu rozszedł się delikatny zapach wanilii. – Karczenko? A może ten drugi... Jak on się nazywa? – Znowu się zaciągnęła. – Ławkin? – Tak, Ławkin. – Natasza skinęła głową. – Karczenko jest na zwolnieniu już trzeci miesiąc. I nie tylko on. Właściwie to cały jego zespół. Rozszczelnił się pojemnik z czarcim kisielem – wyjaśniła szybko. – Świństwo przeżarło się aż do piwnic, a tam kasetki na artefakty, ołowiane. Odparowały chyba wszystkie. No i się zatruli wyziewami. Po dziś dzień nikomu nie wolno tam zejść. – Jezu... – Galina zaciągnęła się ponownie liquidem, tym razem o wiele głębiej, zatrzeszczał zbyt mocno wduszony przycisk atomizera. – No i teraz nie za bardzo ma kto chodzić w teren. Zostałam tylko ja i stażyści. A Instytut biedny, pieniędzy na kurierów nie ma... – Natasza szczodrze posłodziła herbatę, długo, bardzo długo mieszała wywar, po czym upiła mały łyczek. – Niektóre badania muszą być prowadzone w sposób nieprzerwany, ciągły, inaczej wyniki będą niemiarodajne. – Więc Ławkin wysłał ciebie? Łajdak. Sam powinien pójść! Niech no tylko Anton się dowie... Na front drania wyśle! – zapowiedziała Galina złowieszczo. Ściskające e-papierosa palce

pobielały. – Mamo, ale ja sama się zgłosiłam, na ochotnika! – zaprotestowała Natasza. – Chciałam zobaczyć, jak tam jest... – dodała, rumieniąc się jeszcze bardziej. – I to ja namówiłam wujków, żeby ze mną poszli, bo wszyscy inni chcieli zapłatę z góry, a oni zgodzili się za darmo, a jak mi się potłukł zasobnik ze skrętakami, to mi weksel taki dali specjalny, żebym nie musiała odszkodowania Instytutowi płacić – mówiła coraz szybciej i ku rodzącemu się przerażeniu Galiny z coraz większym entuzjazmem. – Bo jak tylko wyszliśmy z Janowa, to jacyś bandyci zaczęli nas śledzić, a później... – Dość! Dość! – Galina podniosła rękę, powstrzymując ten słowotok. Obudowa papierosa trzeszczała, jakby za chwilę miała pęknąć. Natasza zamilkła przestraszona, widząc wyraz twarzy teściowej. – Wystarczy. Dopij tę herbatę i szoruj do łazienki. Ja... – Galina zawahała się na chwilę. – Ja muszę to sobie przemyśleć. Natasza, tknięta nagłym przeczuciem, podniosła się zza stołu i podeszła do niej. – Mamo, ja przepraszam – powiedziała cicho, mnąc w dłoniach pasek szlafroka. – Postąpiłam nieodpowiedzialnie i głupio. Wiem, że mogłam zginąć. Wiem, że ryzykowałam zdrowie. Wszystko to wiem. Wiem, ile przysporzyłam tobie i Andriejowi zgryzoty. Przepraszam cię bardzo mocno, ale... Ty też musisz mnie zrozumieć. Musiałam tam wrócić, musiałam znowu zobaczyć dom, choćby nawet zrujnowany, musiałam... pójść na mogiłę rodziców. Opowiedzieć im. O Andriuszy, o tobie i tacie, o wujkach stalkerach, o tym, jak wróciliście wtedy po mnie do Iwankowa... O wszystkim, co dobrego spotkało mnie w życiu. Rozumiesz, mamo? – Opuściła głowę i zamilkła. W ciasnej kuchni tykał stojący na parapecie zegar, cichutko buczała lodówka. Kapał niedokręcony kran. Zza uchylonego okna słychać było jednostajny szum sunących obwodnicą pojazdów. Gdzieś niedaleko odezwała się krótkim, urwanym jęknięciem syrena. Zaszczekał dokazujący przed blokiem psiak sąsiadów.

– Tak, kochanie – powiedziała po chwili Galina. – Rozumiem. Ulga na twarzy Nataszy była tak ogromna, że Galina z trudem powstrzymała uśmiech. – Idź już, idź. Ja zrobię coś do jedzenia. – Przepraszam, mamo. – Natasza uścisnęła ją z całej siły, cmoknęła w policzek i podreptała do łazienki. Galina, wciąż oparta o zlew, odczekała, dopóki strumień wody nie zaczął bębnić o ścianki kabiny prysznicowej, po czym przeszła do dużego pokoju i chwyciła za telefon. Z książki adresowej wybrała numer centrali garnizonu. Przez kilka chwil słuchała charakterystycznego zgrzytliwego sygnału, jakby impuls telefoniczny przewiercał się przez grubą blachę. Drugim uchem rejestrowała odgłosy z łazienki. Woda wciąż się lała. Kobieta zaczynała się już niecierpliwić, gdy w słuchawce coś szczęknęło, po czym odezwał się głos dyżurnego: – Słucham? – Łączcie z Antonem – poleciła. W słuchawce na chwilę zapadła cisza. – Z kim mam was połączyć? – Głos jakby stwardniał. – Z generałem Antonem Zelencewem. Proszę mu powiedzieć, że dzwoni jego żona, Galina – powiedziała, siląc się na spokój. – Tak jest! Już łączę! – Tym razem głos zabrzmiał tak, jakby dyżurny właśnie poderwał się z krzesła i stanął na baczność. W słuchawce znowu szczęknęło, a następnie zapadła kompletna cisza. Gdyby Galina nie znała tej sekwencji, pomyślałaby, że telefon właśnie się wyłączył. – Zelencew, słucham? – usłyszała po kilku nieznośnie długich sekundach. – Anton – zaczęła bez ceregieli, zerkając jednocześnie w stronę przedpokoju – jest u mnie Natasza. Wygląda jak siedem nieszczęść. Ten kretyn Ławkin wysłał ją do Zony! – Wiem... – Mówiłam, przenieś tę cholerną placówkę gdzieś dalej albo rozwiąż w diabły, Nataszę do Kijowa, do męża! Nie może tak być, że ona tam, on tutaj, niech razem na te konferencje jeżdżą albo... – urwała nagle, uświadamiając sobie, co właśnie powiedział

Anton. – Co niby wiesz? – warknęła. – Wiem, że była w Strefie. Połowa Kordonu o tym trąbi. Podobno do spółki z łowczymi rozbiła jedną z najgroźniejszych band na południe od Sarkofagu. Ustrzelili też Aloszę Niedźwiedzia, rzeźnika z Pierieszewa. Nie do wiary, on jest z tego dumny, jęknęła w duchu Galina. – Do kurwy nędzy, Anton... – tylko tyle zdołała z siebie wykrztusić. Rzadko przeklinała, właściwie nigdy, ale tym razem musiała. W zasadzie to miała ochotę wskoczyć do samochodu, pojechać do tego cholernego garnizonu i... Nabrała głęboko powietrza raz i drugi. – Galina, kochanie, uspokój się – odezwał się Anton. – Natasza była pod opieką łowczych, a to lepsza eskorta niż kompania wojska, dobrze o tym wiesz. Było, minęło, a co przeżyła, to jej. – Anton, jeżeli... – To się nie powtórzy, Galino. Przyrzekam. – Głos Antona zabrzmiał stanowczo. Uwielbiała, gdy tak mówił. – Obiecuję też, że rozwiążę tę cholerną placówkę. Personel przeniosę do Gubina. Dziewięćdziesiąt procent z nich i tak siedzi na zwolnieniach. Ławkin natomiast... – zamilkł na chwilę. – Tak, najwyższa pora, żeby poznał uroki pracy w terenie. Zadowolona? Galina się nie odzywała. Drań, zawsze tak robił. Rozbrajał ją niczym saper bombę. Jakby czytał w jej myślach i wiedział, co w danym momencie powiedzieć, co zrobić, żeby w jednej sekundzie znikała cała nagromadzona w niej złość i frustracja. Drań. Drań, drań, drań... I znowu naszła ją ochota, taka straszna i nieodparta, żeby jechać tam do niego, wparować do gabinetu... Poczuła, że się rumieni. – Kocham cię – powiedziała szybko, po czym się rozłączyła. W łazience buczała już suszarka do włosów. Gdy synowa weszła do kuchni, Galina układała na kanapkach ostatnie plasterki pomidora.

Rozdział 1 Leżąc na dnie szybu w kałuży śmierdzącej zgnilizną wody, Siwy przypomniał sobie inną złotą myśl Siergieja: „Życie, Saszka, to wzloty i upadki” – powiedział kiedyś instruktor, przyglądając mu się tymi skośnymi ślepiami. „Jednych i drugich, po równo”. Szkoda, że nie dodał przy tym, że upadki mogą być wieloetapowe, a każdy taki etap to odrębna porcja cierpienia, zupełnie jakby człowiek spadał ze schodów, obijając się coraz bardziej i bardziej. On zaliczył ich już trzy. Pierwszy raz zabolało (i to jak zabolało), gdy siedząc na słupie, oberwał kulkę od tego przybłędy. Nawet nie miał o to do niego pretensji. Wiadomo, jak to w życiu, raz na słupie, raz pod słupem. Zdarza się. Drugi raz skowyczał, kiedy krzaczory ścisnęły go tak, że o mało się nie zesrał. Ten etap trwał już o wiele dłużej, bo Siwy przeleżał w tym imadle nie wiadomo ile czasu, na przemian mdlejąc i odzyskując przytomność. Owszem, w końcu udało się wygramolić z potrzasku, ale okupił to wywichniętym barkiem. Ten bark to był etap trzeci. A potem była chwila wytchnienia, kiedy to kuśtykał przez zrytą transzejami buczynę, z ręką na wykonanym z paska od spodni, prowizorycznym temblaku, w samej tylko bluzie, bez płaszcza i kamizelki, które zostawił w krzakach i których było mu trochę żal, bo w sumie fajne łachy były, praktyczne. Niestety, w jego stanie ciężkie w chuj. I już, już zaczynał mieć nadzieję, że ta cholera, ta rozjechana zdzira w końcu mu odpuści, że przestanie się odgrywać, że wybaczy tę kilkudniową samowolkę, bo przecież wracał, lazł z powrotem w jej objęcia, jak cholerne zombi. Posiniaczony, obolały, umorusany. I spragniony jak chyba nigdy dotąd. To dlatego obrał azymut na opuszczony Kordon – w bunkrach wody było od cholery, a on musiał się napić, choćby śmierdziała całą

pleśnią świata. I znalazł wodę. I się, kurwa mać, napił. Do oporu wręcz. Wszystkim się napił: ustami, nosem, uszami nawet. Pierdolonej, odstałej deszczówki, tak zwodniczo połyskującej na dnie szybu. Prasnął z impetem w tę kałużę z dobrych czterech metrów, gdy przerdzewiała drabinka z trzaskiem oderwała się od ściany. Jeden z tych jebanych szczebli nadal kurczowo ściskał w dłoniach. I to był etap czwarty. Zabolało i tym razem nie miał już siły jęczeć. Właściwie to nawet nie mógł, bo żeby wydać z siebie choćby najsłabszy odgłos, wpierw musiał oczyścić gębę z błotnistego syfu, który wdarł mu się chyba aż do płuc. Kaszlał więc, charczał, tłukł się kułakiem w piersi, dopóki nie wykrztusił tego badziewia do reszty. Przecież wróciłem! – jęknął w duchu, dotykając językiem chwiejącego się w dziąśle ułomka górnej trójki. Poruszył szczęką. Odłamki nadkruszonego zęba zatrzeszczały paskudnie między trzonowcami. Jakby się najadł żużlu. Splunął raz i drugi. Zadarł głowę i popatrzył na wystające z omszałego betonu resztki kotew. Kurwa mać! Chociaż... jednego mógł być pewien: dopóki będzie tkwił w tej dziurze, już nigdzie nie spadnie. Zwyczajnie nie było takiej fizycznej możliwości. Naprzeciwko siebie dostrzegł obramowany jaśniejszą zaprawą wlot tunelu. Wymazany szlamem i przemoczony, przez dobry kwadrans trwał w bezruchu, czekając, aż cierpienie stanie się na tyle znośne, by można było w ogóle zacząć myśleć. A potem połknął resztę tabletek przeciwbólowych. Dopiero to pomogło. Skumulowane dawki ketonalu sprawiły, że miał wrażenie, jakby był przesunięty w fazie względem swojej poobijanej doczesnej powłoki, przesunięty na tyle nieznacznie, by tejże powłoki za bardzo nie czuć i jednocześnie móc nią jako tako zawiadywać. Innymi słowy, przyćpał. Jeszcze później zarejestrował to nieodmiennie paskudne uczucie mrowienia pod czaszką, od którego jeżyły się włosy na karku, na głowie i w ogóle wszędzie. Znał ten objaw, znał doskonale. Nadciągała emisja.

Podniósł się na nogi, szybkimi, choć niezdarnymi ruchami doprowadził do porządku przemoczoną garderobę. Obmacał kieszenie spodni. – Jakżeby inaczej?! – mruknął, wyczuwając pod palcami wilgotną papkę. Tyle zostało z trzech biełomorów, które zakitrał sobie na czarną godzinę. Zresztą rozmiękły nie tylko papierosy – taki sam los spotkał pudełko zapałek i wciśniętą w nie, zawiniętą w papierek szczyptę tabaki. Akurat jej nie było mu żal – gdyby teraz kichnął, chyba rozleciałby się na kawałki. Z niechęcią spojrzał w ciemny wlot tunelu. Nie lubił takich miejsc. Mroczne i ciasne, stanowiły idealne schronienie dla tuszkanów. Te nie większe od wiewiórki zębate skurwysyny mnożyły się w Zonie w przerażającym tempie, szybciej chyba niż ślepe psy. Gdyby nie to, iż te ostatnie wybitnie w nich zasmakowały, populacja gryzoni zalałaby Strefę jak szarańcza. W górze zahuczało. Głuchy, dudniący rumor, przypominający nieco odgłos wtaczającego się na drewniany most ciężkiego pojazdu, zdawał się trwać i trwać, a potem równie niespodziewanie, jak się rozpoczął, ucichł. Siwy nie musiał nawet podnosić wzroku – w spokojnej już tafli deszczówki jak w lustrze odbijało się purpurowe niebo. Zaszumiały korony pochylonych nad studzienką buków, na dno posypały się zeschłe liście, zapachniało ozonem. Skóra na potylicy Siwego zapiekła, jakby biegające po niej wcześniej widmowe mrówki zaczęły również kąsać. Skrzywił się, zmoczył dłoń w kałuży, potarł nią po karku. Nie pomogło. Pochylony, obmacując dłońmi śliskie od wilgoci ściany tunelu, zagłębił się w cuchnący szlamem mrok i ruszył przed siebie. Stąpał ostrożnie przy samej ścianie, co kilka kroków zatrzymując się i nasłuchując. Po kilkudziesięciu metrach uświadomił sobie, że ból głowy wprawdzie ustąpił, ale z kolei zaczął protestować nadwyrężony grzbiet. Niewygodna pozycja, w której przyszło mu wędrować, sprawiła, że rozbolał go krzyż, zaczęło też kłuć w boku, tam gdzie kevlar przyjął na siebie impet uderzenia kuli, omal nie gruchocząc przy tym żeber.

Gdy do zestawu dolegliwości dołączyło paskudne chrobotanie w barku, Siwy postanowił odsapnąć. Obejrzał się: od wejścia, z półokrągłego otworu, bił ciepły, pomarańczowy blask, migając łagodnie i kojąco. W tej pulsacji był rytm, szybki i prawie nieuchwytny, ale i to wystarczyło, żeby znowu poczuć znajomy dreszczyk na karku. Zamrugał gwałtownie i odwrócił głowę. Przez kilka chwil stał w bezruchu, z szeroko otwartymi oczyma, wbijając wzrok w ciemność przed sobą i czekając, aż znikną absurdalnie wręcz regularne emisyjne powidoki, jakby nawet durne fotony chciały go ogłupić. W końcu usiadł pod ścianą, przycisnął plecy do betonu. Przesiąkająca przez bluzę wilgoć przyjemnie schłodziła grzbiet. Zamknął oczy i odetchnął głęboko. Dopiero teraz poczuł, jak bardzo jest wyczerpany. Umościł się wygodniej, złożył ręce na podołku i zamknął oczy. Kiedy się ocknął, w tunelu było już tak ciemno, że gdyby nie pamiętał, iż wejście ma po swojej lewej, nie za bardzo wiedziałby, w którą stronę się obrócić. Podnosząc się, uświadomił sobie, że nie była to krótka drzemka, lecz długi, wielogodzinny sen. A właściwie letarg. Otumaniony prochami i maltretowany trwającą na powierzchni emisją mózg Siwego postanowił najwyraźniej wyłączyć się na dłużej, dając przy tym czas organizmowi na regenerację. Niestety, pojawiły się też nieprzyjemne skutki uboczne: stalker był zziębnięty, nogi zaś zdrętwiały mu do tego stopnia, że gdy na nich stanął, ugięły się, jakby były z waty. I wtedy poczuł dym. Na początku woń kopcącego się drewna była tylko delikatną sugestią, ulotnym wrażeniem, które z każdą sekundą, w miarę jak zapach stawał się coraz bardziej intensywny, zaczęło przeradzać się w pewność, że ktoś, i to chyba całkiem niedaleko, pali wilgotne drewno. A potem do jego nozdrzy dotarła woń pieczonego mięsa. – Uuch... – stęknął, przełykając ślinę. Był głodny. Potwornie, niewyobrażalnie wręcz głodny. Tak głodny, że gdyby w tym momencie wpadł mu w ręce choćby najbardziej sparszywiały tuszkan, pożarłby go w całości. Z sierścią, z ogonem, ze

wszystkim. Jak lunatyk ruszył przed siebie, nie przejmując się ani tym, że idzie w głąb tunelu, ani chlupoczącą w butach wodą, ani tym, że gęstniejący z każdą sekundą dym coraz bardziej utrudnia oddychanie. Niczym na autopilocie parł więc z wyciągniętymi rękami w woniejącą pieczystym ciemność dopóty, dopóki nie wyczuł dłońmi okrągłych, pokrytych czymś obślizgłym prętów. Dopiero wtedy oprzytomniał. Grzbietem dłoni przetarł oczy i rozejrzał się wokół siebie. Stał na dnie kolejnego szybu, tuż przed wymazaną ciemną cieczą drabinką, z której szczebli skapywały gęste, oleiste krople. Dotknął palcem jednej z nich. Podniósł go do ust i oblizał. Krew. Słodko-słona, o wyraźnym posmaku żelaza, smakowała... wybornie. A potem zobaczył, że pod drabinką jest jej więcej – małe bajorko pożywnej, lekko spienionej, choć krzepnącej z wolna juchy. I to jakiej juchy. Taka ilość posoki mogła wyciec jedynie z mięsacza. Zerknął do góry. Wylot szybu był nakryty zbitą z desek skrzynią, spod której krawędzi prześwitywało słabe światło. W jego blasku dojrzał falujący w powietrzu sinobłękitny opar. Jeszcze raz spojrzał na kałużę krwi, a potem klęknął przed nią i garściami zaczął pakować sobie do ust galaretowate grudy. Głośno mlaszcząc, przełykał kawałki skrzepu, wilgotne i śliskie, z każdym kęsem przyjemnie wypełniające żołądek, a kiedy z kałuży pozostała już tylko ciemna plama na posadzce, w żarłocznym transie przyssał się do jednego z zakrwawionych szczebli i wylizał go niemal do czysta. Potem wylizał następny. I jeszcze jeden. Stawiając stopy na kolejnych stopniach, wspinał się coraz wyżej i wyżej, dopóki nie uderzył głową w znajdującą się na górze prowizoryczną pokrywę tak mocno, że zadzwoniły mu zęby, w tym poluzowana i nadkruszona w wyniku niedawnego upadku górna trójka. Ognista błyskawica bólu wystrzeliła gdzieś spod nasady nosa, przemknęła przez kość policzkową, by w finale dziabnąć aż w oczodół. Rozjuszony cierpieniem, odepchnął przeszkodę na bok, wygramolił się przez krawędź, z furią pochwycił drewnianą, utytłaną zaschłymi resztkami zaprawy

skrzynię i cisnął nią o ścianę. Siła uderzenia była tak wielka, że pojemnik rozpadł się w drzazgi, a w powietrze wzbił się kłąb cementowego pyłu. Przyciskając dłoń do obolałych ust, Siwy rozejrzał się dookoła. Znajdował się wewnątrz niedużej, przypominającej rotundę budowli, nakrytej ciężką betonową pokrywą osadzoną na niewysokich stalowych wspornikach wystających z górnej krawędzi. Przez utworzoną w ten sposób szczelinę obserwacyjną wpadało do środka światło dzienne. Nieco poniżej zamocowana była kratownica, z której zwisały zarumienione na brązowo dwie pokaźne półtusze. Skapywały z nich powoli krople wytopionego tłuszczu, z sykiem spalając się w pokaźnym stosiku żarzącego się pod spodem drewna. Pomimo iż obżarty juchą, znowu poczuł ślinę napływającą do ust. Gdyby nie pulsujący ból zęba, natychmiast wgryzłby się w pachnące rozkosznie mięsiwo. Zamiast tego podszedł do masywnych blaszanych drzwiczek i spróbował je otworzyć. Ani drgnęły. Ktoś zamknął je od zewnątrz. Siwy niespecjalnie się tym przejął. Za pomocą kawałka deszczułki zepchnął na dno szybu rozżarzone drwa, a następnie dogasił je tradycyjnym, znanym każdemu mężczyźnie sposobem. Zapinając rozporek, jeszcze raz zlustrował wzrokiem pomieszczenie. Na podłodze leżał niewielki nożyk z porysowaną plastikową rękojeścią, pod ścianą zaś byle jak rzucona karimata oraz, co ucieszyło go chyba najbardziej, w połowie pełna półtoralitrowa butelka wody. – No to jesteśmy w domu – mruknął ukontentowany, rozkładając karimatę. Tajemniczy wędzarz powinien niedługo wrócić i uwolnić go z potrzasku. A gdyby zabrakło wody, zawsze będzie mógł wrócić i nabrać jej z tamtej kałuży. Spoglądając na dyndające połcie mięcha, Siwy doszedł do wniosku, że nigdzie, ale to absolutnie nigdzie mu się nie spieszy.

Rozdział 2 Co oni się tak wydzierają? – Generał Anton Zelencew, rozparty w wygodnym, specjalnie dla niego zaprojektowanym fotelu, poruszył się niespokojnie i spojrzał z dezaprobatą na ścianę, zza której dobiegały przytłumione odgłosy kłótni. – Zaraz ich uciszę. – Siedzący na kanapie pod oknem major Waruchin zamknął z trzaskiem opasłą teczkę, której zawartość w skupieniu wertował od dobrego kwadransa. Ze zmarszczonymi groźnie brwiami wyszedł na korytarz i zajrzał do sąsiedniego pomieszczenia. Niewielka salka z zamocowaną na jednej ze ścian trójdzielną, ciemnozieloną tablicą, poznaczoną jasnymi smugami byle jak startej kredy, i z rzędami dosuniętych do siebie biurek, na których pyszniły się czarne prostokąty wygaszonych już monitorów LCD, jako żywo przypominała szkolną pracownię informatyczną. W najdalszym jej kącie przy rozchwierutanym stoliku siedziało obok siebie dwóch żołnierzy, wpatrujących się w skupieniu w wyświetlacz potężnego laptopa. Za ich plecami, wsparty oburącz o poręcz krzesła, garbił się porucznik Jefimiuk. On również wpatrywał się w ekran. – Durny, ty nieżywemu swój ekwipunek oddał! – wrzasnął nagle jeden z siedzących. Jakby dla przydania mocy swoim słowom, plasnął otwartą dłonią w blat. – Co ty pierdolisz, Sońka? Przecież całego ze szpeju oskubałem! – odciął się natychmiast drugi. – W złe okienko wciągasz! – Jak to w złe?! – Z lewego w prawe ciągnij, gamoniu! No trzymajcie mnie, trupa w swoje łachy ubiera! – Żołnierz ukrył twarz w dłoniach. – Szeregowy Zajko ma rację – poparł go Jefimiuk. Blady jeszcze, z podkrążonymi oczyma, wyglądał, jakby za chwilę miał upaść.

Waruchin wciąż pamiętał jego zakrwawione oblicze, porozrywany, nadpalony w wielu miejscach kombinezon i obłęd w oczach, gdy przywlókł się do bazy z trwającego niecałą dobę zwiadu, by niemal natychmiast wylądować w karcerze. Rozwścieczony Starczenko nie uległ nawet prośbom samych poszkodowanych, czyli Jusupowa i Rybina, których wojenstalker tak bezczelnie obrabował z pieniędzy. Dopiero interwencja generała sprawiła, że mocno poturbowanego Jefimiuka mógł obejrzeć garnizonowy lekarz. – To slot z rzeczami nieboszczyka. Toż napisane macie: Witia Borsuk. A wy żaden Witia, tylko Wilk! – Porucznik pochylił się nad stołem i dźgnął palcem w wyświetlacz laptopa. – Job twoju mać! – Prowadzący rozgrywkę żołnierz w końcu zrozumiał swoją pomyłkę. – Tobym się na kontrolera wyrychtował... – Kilkoma ruchami myszki poprzesuwał ikonki na właściwe miejsca. – No to lecimy na miasto. – Zajko rozpogodził się i zatarł ręce z uciechy. – Zobaczymy, czy teraz będzie taki mocny. – Ja bym jeszcze granatów dokupił, tak dla pewności... – zawahał się jego kolega. Najechał kursorem na ekwipunek i poruszając ustami, z mozołem odczytywał sporządzony dziwaczną, kanciastą czcionką opis jakiejś broni. – A gdzie ty teraz handlarza znajdziesz? – No tak... – Kury tobie macać, Iwan, a nie grać! – I jak? Doszliście do czegoś? – zapytał Waruchin, podchodząc do stolika. Żołnierze na dźwięk jego głosu skoczyli na równe nogi (któryś chyba musnął dłonią klawiaturę, bo wyświetlacz laptopa raptem pociemniał, chociaż z głośników wciąż słychać było ponurą melodię soundtracku) i wyprężyli się w postawie na baczność. Jefimiuk wygładził nerwowo mundur i odsunął się pod ścianę. – Jeszcze nie, towarzyszu majorze – odpowiedział Zajko. – Podobno pod koniec odblokuje się dodatkowy poziom, z mapami i ze wszystkim. Za dwie, trzy godziny powinno być gotowe, chyba że ten niezdara znowu coś spier... Przepraszam, towarzyszu

majorze! – zreflektował się natychmiast, widząc minę Waruchina. – Do wieczora będzie załatwione – dokończył szybko. – Bardzo słabo chodzi, towarzyszu majorze – włączył się Iwan. – Emulator od podstaw napisaliśmy... ale i to niewiele dało. Co rusz kraszuje, błędy różne wyrzuca, czasami zapisy gubi i trzeba się cofać do starych. Dlatego tyle to trwa... – westchnął. – A nie że ja nie umiem przejść! – Spojrzał ze złością na kolegę. Tamten nie odpowiedział, a jedynie uniósł wzrok do góry, jakby zwracał się do Najwyższego z prośbą o dar cierpliwości. – Bardzo dobrze – skinął głową Waruchin. – Tylko nie wydzierajcie się tak. Generałowi przeszkadzacie. Zrozumiano? – Tak jest! – odparli unisono. Waruchin podniósł leżące obok laptopa pudełko z wytłoczonym srebrnymi literami napisem „Stalker” i uważnie je obejrzał. – Niesamowite... – mruknął. Pomimo nieustannych starań, gorączkowej krzątaniny służb, ścisłej blokady informacyjnej co rusz jakiś narwaniec próbował zwrócić uwagę opinii publicznej na czarnobylską anomalię. – Prawda? Najpierw po sieci krążyła, będzie z pół roku temu, podzielona na pakiety, bez dubbingu, muzyki, sama rozgrywka. Wyłapaliśmy. I pliki, i większość tych artystów – odezwał się nagle Jefimiuk, a Waruchin przypomniał sobie, że porucznik trafił na to zadupie na własne żądanie, wprost z sekcji analiz. I to od razu na pełną, roczną turę. – Szefostwo oczywiście dało nogę gdzieś na Zachód, no i mamy efekt, towarzyszu majorze. Dopracowali, znaleźli wydawcę, wypuścili parę tysięcy kopii. A teraz szukaj wiatru w polu. – Znajdą ich, poruczniku, bez obaw. Nie takich namierzali. – Waruchin uśmiechnął się lekko. Pomimo iż kombinator i łasy na profity, Jefimiuk zdecydowanie rokował. – A wy? Jak się czujecie? Podgoiło się? – Zerknął na obandażowaną dłoń oficera. Porucznik odruchowo pomacał zaczerwieniony, oklejony plastrami kark. – Oczywiście, towarzyszu majorze. Na mnie jak na psie! – odpowiedział dziarsko. – Mieliście dużo szczęścia. – Waruchin odwrócił się, podszedł

do okna i zapatrzył w spowite delikatną mgiełką odległe wzgórza, których rdzawe zbocza zasłaniały horyzont. – Ano miałem... – powiedział cicho Jefimiuk. – Na pewno więcej niż rozumu. Gdyby nie Ruscy... Byłoby po mnie. Życie za mnie oddali. Takie kacapy durne, kto by pomyślał... – westchnął. Wyjął z kieszeni papierośnicę, tanie plastikowe pudełeczko z metalowym zatrzaskiem. Kciukiem zwolnił zatrzask i otwartą położył na parapecie. – Częstujcie się, towarzyszu majorze – zachęcił, wskazując przyciśnięte kolorową gumką dwa rzędy papierosów. – Dlatego mówię, że mieliście szczęście. Młodzi, z ideałami, a tacy są... pożyteczni. – Waruchin wyłuskał papierosa, obrócił go w palcach, powąchał. – Na pewno tytoń? – zapytał, zerkając podejrzliwie na wystające z bibułki zielsko. – Oczywiście, towarzyszu majorze! – zapewnił porucznik, chociaż w jego głosie zabrzmiała jakaś dziwna nuta, jakby nie do końca był pewien prawdziwości swoich słów. – Nie całkiem legalny, ale tylko tytoń. Waruchin zapalił i ostrożnie zaciągnął się dymem. Przez chwilę trzymał go w płucach, po czym wydmuchnął. Woniejąca paloną szmatą błękitna chmura popłynęła leniwie w kierunku sufitu. – Pierwsza klasa to nie jest – stwierdził, otwierając okno. – Nie jest – zgodził się natychmiast Jefimiuk. – Ale idzie przywyknąć, towarzyszu majorze. Zwłaszcza po paru dniach postu, chciał dopowiedzieć Waruchin, ale w porę ugryzł się w język. Jefimiukowi oberwało się już wystarczająco i nie było potrzeby dodatkowo wyzłośliwiać się nad pechowym wojenstalkerem. Bądź co bądź, obaj robili w tym samym fachu, tyle że on nieco dłużej. W zasadzie to od samego początku. Za ich plecami ponownie rozbrzmiała ponura melodia, by po chwili ucichnąć niczym ucięta nożem. – Ja się zaraz pochlastam! – jęknął któryś z siedzących przy laptopie żołnierzy. Waruchin rozpoznał głos Zajki. – Znowu się wysypała! Mówiłem, żebyś zaczekał, aż się cała plansza załaduje! W tym miejscu jakaś pieprzona kolizja jest!

– Srałeś, a nie mówiłeś! – odciął się Iwan. – Poza tym nawet nie zdążyłem kliknąć ani nic! – Ze złością zatrzasnął laptop, po czym wstał od stołu i podszedł do oficerów przysłuchujących się tej wymianie zdań. – Mogę? – zapytał, po czym nie czekając na pozwolenie, sięgnął po papierośnicę. Wyraźnie rozbawiony Jefimiuk podsunął mu zapalniczkę. – I taka... to... robota – wydusił szeregowy już po tym, jak ustał targający nim kaszel. – Co to za gówno?! – Z obrzydzeniem zdusił papierosa w stojącej na parapecie doniczce, z której smętnie zwieszały się zasuszone pędy bluszczu. – Nie poznajecie? – zapytał Jefimiuk drwiąco. – Sto pięćdziesiąt za pół kilograma. Burley2, prosto od chłopa – dodał, marszcząc groźnie brwi, a właściwie ich smętne, ponadpalane resztki. – Jeezu... – stęknął Iwan. – Znowu podmienił... Cholerny oszust! Słyszałeś? – Skinął na Zajkę, który niemal leżąc na blacie stolika, mozolił się z wtyczką od zasilacza. – Co? – zapytał Zajko, nie odwracając głowy. – Ten gówniarz sprzedał nam felerną machorę – poinformował go Iwan ponuro. – O ile to w ogóle machorka... – Strzyknął brązowawą śliną w doniczkę. – Co za paskudztwo! – dodał, ocierając podbródek wierzchem dłoni. – Nie zapominacie się przypadkiem, towarzysze? – zapytał Waruchin, spoglądając znacząco w stronę gabinetu Zelencewa. – Ożeż... – zreflektował się natychmiast Iwan. – Wybaczcie, towarzyszu majorze. Mordujemy się z tym od rana, z dziesięć razy zaczynaliśmy ten poziom... – dodał na poły przepraszająco, na poły z wyrzutem, jakby Waruchin miał cokolwiek wspólnego z rozkazami, które otrzymali od swojego bezpośredniego przełożonego. – Wyłączcie – polecił major. – I szorujcie na kwatery. Wszyscy trzej. – Ale, towarzyszu majorze, my do dziewiętnastej mieliśmy... – zaprotestował słabo Iwan. – To rozkaz! – uciął Waruchin. – Dokończycie jutro. Odmaszerować. 2 Odmiana mocnego tytoniu.

– Tak jest! – Iwan strzelił obcasami, po czym ruszył do wyjścia z sali. Przechodząc obok stolika, klepnął w ramię mozolącego się z kablami kolegę. – Słyszałeś, koniec zmiany – powiedział, nie zatrzymując się. – Jutro powalczymy – rzucił przez ramię. Gdy za żołnierzami zamknęły się drzwi, Jefimiuk podniósł papierośnicę i schował ją do kieszeni. – Czułem, że czymś zalatują, ale wydawało mi się, że tak ma być. Że skoro tytoń swojski, czysty, to i perfumami nie będzie woniał... – Westchnął ciężko. – O ile to tytoń, poruczniku – odrzekł Waruchin. – A nie jakiś susz w lesie grabiony. Bo ja w tym wyczułem nutkę buczyny... – dodał, widząc kwaśną minę Jefimiuka. – No, znikajcie już, nie wyglądacie najlepiej, odpocząć wam trzeba. – Tak jest, towarzyszu majorze – skinął głową porucznik. Po chwili i on zniknął za drzwiami. Waruchin wrócił do gabinetu Zelencewa. Generał z założonymi do tyłu rękami stał przed rozwieszoną na ścianie mapą Zony i wpatrywał się intensywnie w górną jej część. – Więc mówisz, Marat, że niedaleko Usowa siedzieli? – zapytał, nie odrywając wzroku od umiejscowionego w tym miejscu wianuszka czerwonych pinezek. – O tutaj... – Waruchin podszedł do mapy, wyjął jedną z pinezek i wbił ją nieco wyżej, tuż przy skraju arkusza. – Mówiłem, żeby od razu tam wykręcić i kilka rakiet im posłać, to nie pozwalacie, towarzyszu generale – powiedział z wyrzutem. – Nie mogę ryzykować straty ostatniej maszyny! – żachnął się Zelencew. – I ciebie przy okazji, i stalkerów! I tak mamy szczęście, że drużyna Sazowa jako zwiad poszła, bobyśmy obaj ze Starczenką już na drugi dzień w ciemnicy siedzieli! – Przekuśtykał za biurko i opadł na fotel. – Ciężkie czasy nastały, Marat. Skończyła się autonomia, coraz skrupulatniej nas rozliczają. I ze sprzętu, i z ludzi. Zwłaszcza z ludzi. A wojenni wcale nie tacy głupi, nie pchają się do nas. Wolą w okopach sobie drzemać, od czasu do czasu posłać parę kulek Panu Bogu w okno. I wcale im się nie dziwię. Rosjanie jakby odpuścili, białoruskie gieroje też się wypstrykali ze wszystkiego, co mieli, i rura im

mięknie coraz bardziej... A separatyści? Któż by się garstką najmusów przejmował? – No nie wiem... – Waruchin pokręcił głową. – Ja bym nie był takim optymistą. Podobno na jesieni Białoruś rusza z nową ofensywą. Tak przynajmniej słyszałem. – Dezinformacja, Marat, to jednak potężna broń, a ty padłeś jej ofiarą. Tak samo jak Rosjanie. – Zelencew uśmiechnął się półgębkiem. – Słucham? – nie zrozumiał Waruchin. – Bo żadnej ofensywy nie będzie. Tylko że zanim sami się tego domyślą, zmarnują kilka miesięcy na przegrupowanie sił, a potem kolejnych kilka, żeby wrócić na pozycje wyjściowe. A tym sposobem my będziemy mieć spokój co najmniej do wiosny. – O cholera! – stwierdził z podziwem Waruchin. – No właśnie. Wszyscy na tym skorzystają. I nasi, i tamci. Każdemu według potrzeb. Kto wie, może przy okazji wierchuszka pójdzie po rozum do głowy i rozejm tamtym zaproponuje? – wyjaśnił generał. – Wtedy my na poważnie weźmiemy się za Strefę. Dość już tego bezhołowia. Fachowców się nazbiera, teren przeczesze dokładnie, oczyści z tałatajstwa. – Rozumiem, ale... – Żadnych ale, majorze. Póki co ja tutaj dowodzę.

Rozdział 3 Żegnaj, domku... – westchnął Dima. Potrząsnął pustym kanistrem, po czym cisnął obły pojemnik na stos gratów usypany pomiędzy regałami i piętrzący się niemal pod sufit. Poznosili do magazynu dosłownie wszystko: ubrania, koce, drewniane elementy wyposażenia, sprzęt; rozsierdzony Mietkin pozrywał nawet dywany, którymi niegdyś przyozdobił ściany swojej kwatery. Teraz to wszystko miało pójść z dymem. Ewentualnych szabrowników powitają jedynie pokryte sadzą ściany i powykręcane od żaru pudła kontenerów. – Nie żal róż, gdy płoną lasy – podchwycił stojący z tyłu Mikołaj. Oparty o worki z piaskiem, dłubał w ustach złamaną zapałką, próbując pozbyć się tkwiących pomiędzy zębami włókien suszonego mięsa, twardych jak wędkarska żyłka. U jego stóp walało się foliowe opakowanie po wołowinie. – Pierdolenie. Wyciągnęlibyśmy na dach tamte kulomioty i niechby spróbował kto podejść. – Dima skinął głową w kierunku otwartych na oścież wrót budynku. Na wyszczerbionym betonowym nadprożu, zamocowane na trójnogach, stały dwa miniguny. Obok nich, ułożone jedna na drugiej, spoczywały skrzynki z amunicją. – Sam pierdolisz – stwierdził Mikołaj. Z niezdrową fascynacją obejrzał nadziany na zapałkę okazały strzęp mięsa, po czym strzepnął zaśliniony farfocel na ziemię. – Myślisz, że na piechotę tutaj przyjdą? Puszczą ze śmigłowca parę rakiet i będzie po zawodach. Podpalaj i wynosimy się stąd. – Wyjął z kieszeni złachane pudełko zapałek i rzucił je Dimie. Ormianin z charakterystyczną dla siebie zręcznością złapał pudełeczko w locie, schował do kieszeni, po czym odwrócił się na pięcie i poczłapał do wyjścia. – Ejże! – krzyknął za nim Mikołaj. – A co z ogniskiem?

– No przecież trzeba to stąd zabrać – odrzekł Dima. Chwycił za uchwyty jedną ze skrzynek. – Pomóż! – rzucił przez ramię, podnosząc pojemnik wypełniony taśmami amunicji. Godzinę później śmiercionośny zestaw, zabezpieczony folią i przysypany warstwą wymieszanego z sosnowym igliwiem piachu, wylądował na dnie płytkiej jamy, którą gołymi rękami wydrążyli za tylną ścianą budynku. – Odfajkowane. – Dima wyprostował się z wysiłkiem i otrzepał z piachu. – Znaczy podpalamy? – zapytał Mikołaj. – Ot, piroman się znalazł. Co ci tak pilno? – Za długo zmitrężyliśmy. Chłopaki już pewnie przy emiterze. – Nie będę się z nimi ścigał – W głosie Dimy zabrzmiała nutka rezygnacji. – Chcesz, to leć, pokaż, jakiś zwinny... – dodał z goryczą. – Daj spokój, Dimka, tak tylko gadam – odparł zakłopotany Mikołaj. Pomimo że straszliwy w zwarciu i znakomity strzelec, Ormianin miał swoją piętę achillesową. Sto czterdzieści kilogramów żywej wagi i ledwie sto siedemdziesiąt wzrostu. Otłuszczony i niezgrabny, kompletnie nie nadawał się do pracy w terenie. – Ale sam pomyśl, to już tydzień przecież, odkąd Walerij przyuważył ich pod Jantarem. A to mnóstwo czasu, żeby zdążyli ekipę zmontować. – Co z tego? – wzruszył ramionami Dima. – Choćby i zaraz przyszli, podpalić zdążymy. I dać nogę do lasu też. A jak za nami pójdą, to będzie ich ostatnia przebieżka, już moja w tym głowa. – Uśmiechnął się drapieżnie. – Skończyło się spierdalanie. – Oj, Dima. Z wojennymi nie ma lekko, przecież wiesz. Coraz więcej tych zabawek mają, a i doświadczenia im nie brakuje. Zwłaszcza frontowcom. Siwy gadał, że pakt z Ruskimi zawarli, wspólne wyprawy organizują. – A jakie to ma znaczenie? – Grubas machnął lekceważąco ręką. – Cały ten sprzęt i tak diabli wezmą. Frontowcy. Doświadczenie. Technika. Ruscy. – Kolejno prostował serdelkowate paluchy, a potem zacisnął dłoń w pięść. – O tak im zrobimy. Zgnieciemy jak robactwo. A jak nie my, to Zona.

– Oj, nie byłbym tego taki pewien. – Mikołaj, jak zawsze sceptyczny, pokręcił głową. – Słyszałeś przecież, pod sam Jantar podjechali... Truposzy wysiekli. Posokowca naszego tak samo. Nawet giganta... Rakietami, ze śmigłowca... Ech... – westchnął ciężko, po czym przysiadł na kopczyku piasku. Zapalił papierosa. – Szkoda mi tych bydlaków... – powiedział ze smutkiem. – Ano szkoda. – Dima usiadł obok niego, swoim zwyczajem począł wachlować dłonią przed twarzą, rozpędzając w ten sposób snujące się leniwie w nieruchomym powietrzu pasemka dymu. Wytrzymał bez fajek trzynaście lat, miesiąc i jedenaście dni. Cóż z tego, skoro wciąż ciągnęło go do cygaretów, jakby rzucił palenie ledwie wczoraj. – Użyteczne mutasy były. Zwłaszcza ten duży... – Prawda? – Mikołaj przełożył papierosa do drugiej ręki i odsunął się nieco od Dimy. – Wyżerał tam wszystko jak leci. Niczemu nie przepuścił, byleby było w miarę świeże. A posokowiec... – Znowu westchnął, jeszcze ciężej. Zdusił papierosa w piasku. – Siwy im tego nie daruje. Kurwa, przecież on z tym... tym... tym Cthulhu prawie się zaprzyjaźnił! Pamiętasz, jakie mu imię wtedy po pijaku nadał... – Weź przestań! – Dima z trudem powstrzymał chichot. – Różne durnoty się wyczyniało po samogonie, ale żeby ochrzcić pijawkę... I to jeszcze jak! Milena... Ja pierdolę... – Tłusty brzuch Dimy zatrząsł się ze śmiechu. Mikołaj również parsknął śmiechem. – Ciekawe, co z nim? – zastanowił się Dima, poważniejąc. – Jakoś nie chce mi się wierzyć, że taki przechuj dał się ukatrupić zwykłemu przybłędzie. – Ani mnie, ale dzieciak widział przecież na własne oczy. – Mikołaj podniósł się i rozprostował grzbiet. Z rękawów wysypał mu się piach. – Gówno widział! – żachnął się Dima. On także wstał. – Przecież mówiłeś, że się stamtąd wcześniej zmył. Zresztą kto go tam wie jak naprawdę było. Ta mała gnida wszystkich nas wystrychnęła na dudka. Wszystkich, co do jednego. – Splunął ze złością na ziemię. – Mówię ci, Saszka żyje! Wspomnisz moje słowa.

Mikołaj zmarszczył brwi. Ruszył w kierunku narożnika budynku, minął go i się zatrzymał. Odwrócony plecami do Dimy, stał nieruchomo, wpatrując się w nieodległą ścianę drzew. W końcu odwrócił się do towarzysza i skinął na niego dłonią. Ormianin, zaintrygowany jego zachowaniem, podszedł i stanął obok. – Co? – zapytał. – Mówisz, że masz przeczucie? – odezwał się cicho Mikołaj. – Żadne tam przeczucie, pewność mam – oświadczył z mocą Dima. – Siwy żyje. Nie wiem, co odwinął, w co wdepnął, w jaką kabałę się wpierdolił. Nieważne. On nie mógł zginąć. Po prostu nie mógł! – Więc go poszukajmy, Dimka. – Twarz Mikołaja rozjaśniła się w uśmiechu. – Przegrzebiemy chabar, doposażymy się do oporu. – Wskazał na budynek. – I dopiero wtedy spalimy resztę. A potem... – zawiesił głos i spojrzał wyczekująco na Dimę. – Tak! Zajrzymy w każdy jebany wykrot, pod każdy krzak, a jak będzie trzeba, to i miejscowych się przesłucha! Dawaj, Mikołaj, pakujemy plecaki! – Grubas, który jeszcze niedawno usilnie wzbraniał się przed wymarszem, teraz dosłownie rwał się do działania. – Naszych nie musimy przecież gonić, wiadomo, gdzie będą. – Wiktor i tak ich spowolni – skinął głową Mikołaj. – Nieźle mu przylutowałeś. – A niby co miałem zrobić? Podziurawiłby wszystko, z wami włącznie. Ten drugi minigun miał dubeltową taśmę. Zresztą i tak nieomal mu się udało. Kurwa mać. – Dima aż się wzdrygnął, przypomniawszy sobie lawinę pocisków, którą opętany przez psionika Wiktor zasypał wnętrze budynku. Oberwał wtedy nawet skulony za stalową szafą Mikołaj. – A właśnie, jak tam bark? – zapytał, zerkając na spore wybrzuszenie na ramieniu stalkera. Szykujący się do wymarszu Mietkin nie miał czasu na subtelności. Nie musiał też oszczędzać na środkach opatrunkowych, skoro cały ich stos i tak miał pójść z dymem. – W porządku. To było tylko draśnięcie. Mięsień prawie nieruszony, jedynie skóra przeorana. To nawet nie była kula,

tylko skrawek blachy nią wyrwany. Nie ma o czym gadać. – Mikołaj obciągnął bluzę i docisnął mocniej ukryty pod nią zwitek gazy. – Co zabieramy? – zapytał. – To co zwykle, tylko więcej – wyjaśnił Dima. – Przecież nie musimy wszystkiego palić. Skrytkę sobie wyrychtujemy, będzie po bożemu i zgodnie ze sztuką. – Wskazał na piętrzącą się nieopodal stertę poczerniałych ze starości desek. – Dla Siwego będzie potem jak znalazł. Mikołaj podszedł do ściany budynku i pogładził dłonią chropowatą powierzchnię jednej z cegieł. – Masz rację, Dima – powiedział cicho. – Szkoda tego. Przywykł człowiek, urządził się jakoś, miał ten swój kąt... A teraz znowu przyjdzie się tułać, gnić całymi dniami po jakichś ruinach. Kurwa mać. – Zgnuśniałeś, brachu – stwierdził Dima. – Wszyscy zgnuśnieliśmy. Stąd te kłopoty. Rozleniwiliśmy się, czujność straciliśmy. Za dobrze nam się tu żyło, za wygodnie. Teraz przyjdzie pokutę odprawić. – Ominął Mikołaja i ruszył wzdłuż ściany budynku, starając się stawiać stopy na resztkach cementowej wylewki, której półmetrowej szerokości pasek chronił niegdyś podmurówkę przed deszczówką spływającą z pozbawionego okapów i rynien dachu. Wyraźnie posmutniały Mikołaj powlókł się za nim. Ze stosu przygotowanych do spalenia klamotów wspólnymi siłami wyszarpnęli obszerną brezentową płachtę i rozłożyli ją w przejściu między kontenerami. A potem zaczęli na niej układać pudła i paczki z przygotowanymi onegdaj przez Dimę zestawami wyposażenia, w tym również nieszczęsnymi pakietami jeden siedem, tymi samymi, o których zbyt skromną zawartość tyle szumu narobił swego czasu Ryży. – Świeć Panie nad jego duszą... – westchnął w pewnym momencie Dima, obracając w dłoniach zgrabny, zawinięty w szary papier pakuneczek, oklejony dodatkowo taśmą. – Co? – nie zrozumiał Mikołaj. Pochylony nad pudłem z lekarstwami, uważnie czytał etykiety poszczególnych medykamentów.

– Ryży. Wkurwiał się, że za biedne zestawy wyszykowałem – wyjaśnił Dima. Rzucił paczkę na plandekę, na kupkę identycznych. – Po prawdzie to trochę racji miał, bo o paru rzeczach faktycznie zapomniałem. – Abaszyn naprawdę go pochował? Miał pewność? – Mikołaj wyprostował się i obejrzał przez ramię na zasłonięte zakurzoną szmatą wejście do kwatery rudzielca. – Stwierdził, że tak. Ryży dostał dwie kulki. W serce i kręgosłup. Z tyłu, masz pojęcie? Trup na miejscu. Pierdolony chacheł 3! W krzakach, w błocie chłopa zostawił, jak psa. A ten się za nim wstawił przecież, dupę mu po drodze chronił... Biedny dureń... Mikołaj na powrót pochylił się nad pudłem, starając się powstrzymać napływające do oczu łzy. Swoją żałość po stracie przyjaciela wywrzeszczał już dawno. W piwnicy, za zamkniętymi stalowymi drzwiami, wykorzystując nieobecność pozostałych, na przemian szlochał, zgrzytał zębami, krzyczał i tłukł pięściami w beton, dopóki się nie zmęczył. Trochę pomogło, chociaż wiedział, że już zawsze będzie mu brakowało tej odrobiny człowieczeństwa, jaką nosił w sobie ów niepozorny rudzielec. Nie żeby uważał Ryżego za kogoś szlachetnego, ani nawet za specjalnie zrównoważonego, bo i Stiepan niejedno miał za uszami, ale miał tego zdecydowanie najmniej z nich wszystkich. – To też? – zapytał, zmieniając temat. Zważył w dłoni niewielki cylinder, pokryty warstewką rdzy i przypominający nieco termos, zamknięty z jednej strony ceramicznym wieczkiem. Był to pojemnik na artefakty, a właściwie jego odchudzona, pozbawiona najistotniejszego elementu – grubej ołowianej otuliny – i przez to znacznie lżejsza wersja. Można było w nim bezpiecznie transportować jedynie najmniej promieniotwórcze artefakty. Mikołaj potrząsnął mocno cylindrem; w środku coś zagrzechotało. 3 Pogardliwe określenie osób posługujących się językiem ukraińskim, używane przez Rosjan i inne narody byłego ZSRR oraz rosyjskojęzycznych mieszkańców Ukrainy. Nazwa ta pojawiła się ok. XIX wieku i prawdopodobnie pochodzi od tradycyjnej kozackiej fryzury – osełedca, nazywanego przez Rosjan „chachłem”, czyli kogucim grzebieniem.

– Zostaw. Sama drobnica, część rozładowana dokumentnie. Kamienna krew, do tego paskudnie zanieczyszczona, widać wkręciło jakąś padlinę – skrzywił się Dima. – Nikt tego nie weźmie, nawet na cele kolekcjonerskie. Na Wiktora chyba z pięć mi poszło. Ciut za mocno mu przylutowałem. Musiała kość trzasnąć, bo artefakty gasły jak świeczki, jeden po drugim, ledwo nadążałem zmieniać... – dodał z lekkim zażenowaniem. Mikołaj popatrzył jeszcze raz na pojemnik, po czym cisnął go na stertę przygotowanych do podpalenia gratów. Nawet rozładowane artefakty miały paskudny zwyczaj eksplodowania pod wpływem wysokiej temperatury. Według teorii Jurija był to efekt rozprężenia potwornie ściśniętej w niewielkiej objętości materii. – Będzie bum – powiedział, rozglądając się po wnętrzu budynku. – I to konkretne. – Dima otworzył kolejne pudło i wyjął z niego jeszcze dwa podobne pojemniki. One również wylądowały na kupie barachła. – Kamień na kamieniu nie zostanie. Nie będą się skurwysyny tuczyć naszym kosztem – dodał jadowicie. – Mówiłeś, że nic niewarte – zdziwił się Mikołaj. – Bo tak jest. Budynek miałem na myśli. Rozpirzy go w drobny mak. Niech sobie potem grzebią w rumowisku do usranej śmierci. No i roboty sobie zaoszczędzimy. W piwnicy masę sprzętu przecież zostało, zapomniałeś? – No tak... – Mikołajowi faktycznie wyleciał z pamięci ich niemal kompletnie wyposażony podziemny miniszpitalik i laboratorium w jednym. Potencjalny, nawet średnio rozgarnięty eksplorator, który by tam wlazł, nabrałby nielichych podejrzeń, gdyby znalazł kolekcję narzędzi chirurgicznych, którymi tak zręcznie potrafił posługiwać się Mietkin. Nie wspominając już o łańcuchach, kajdanach, parcianych i skórzanych pasach, którymi niekiedy pętali co bardziej żywotne obiekty badań. – No i widzisz. A ty już fajczyć chciałeś. A to trzeba na spokojnie, pomyśleć trochę, pokombinować. Mam! – Dima klasnął nagle w dłonie. – Po kiego grzyba nam się mordować, kolejny dół kopać, dechy targać z miejsca na miejsce. Upchniemy chabar

w piwnicy! – Złapał za krawędź plandeki i zaczął ją ciągnąć w stronę włazu. Po kilku krokach zatrzymał się i otarł spocone czoło. – Nie gap się tak, tylko pomóż! Ciężkie draństwo – wysapał, poprawiając uchwyt na brezencie. Mikołaj podszedł do niego i chwycił za płachtę. Wspólnymi siłami dowlekli ją do szybu, po czym bez ceregieli zsypali zawartość prosto w mroczną czeluść. Na koniec zaryglowali właz. – Teraz możesz się pobawić ogniem, chłopcze – zakomunikował Dima, wyjmując z kieszeni pogniecione pudełko zapałek. Sam chwycił kanister wypełniony do połowy naftą i skropił nią obficie górę klamotów. Na wierzch rzucił zrolowaną byle jak plandekę. – Ona nie jest przypadkiem ogniotrwała? – zapytał z niepokojem. – Nie jest – zapewnił Dima. – Białoruska jakość. Czyściuteńka bawełna plus odrobina plastiku. Obok impregnatu to nawet nie leżało – prychnął pogardliwie. – Podpalimy później, niech no tylko lepiej nasiąknie.

Rozdział 4 Człowieku, miejże litość... Muszę odsapnąć... – jęknął Wiktor. Z opuszczoną głową, wsparty dłońmi o zmurszały płot, oddychał chrapliwie. Po brudnym karku spływały mu strużki potu, żłobiąc na skórze jaśniejsze smugi. Na potylicy błyszczała paskudnym różem świeżo zabliźniona rana, częściowo tylko ukryta pod sklejonymi w strąki włosami. Kołnierz znoszonej wojskowej bluzy był brązowy od zaschniętej krwi. Stojący po drugiej stronie ogrodzenia Abaszyn westchnął ciężko. W normalnych warunkach obsobaczyłby Wiktora od góry do dołu. Niestety, warunki nie były normalne, a to, w jakiej kondycji był Wiktor, było wyłączną jego, Abaszyna, przewiną. To on pozwolił na eksperymenty z ofiarami pajęczynek, on wysłał Siwego poza Strefę, on dał się podejść jak małe dziecko temu Ukraińcowi. Skutek był taki, że stracili Ryżego, kryjówkę i wyniki wieloletniej harówki Mietkina. Wszystko wskazywało bowiem na to, że Waruchin zaiwanił zapiski doktora. – Pół godziny odpoczynku – oznajmił półgłosem. Pomachał do Jurija, przyczajonego za węgłem chałupy. Tyczkowaty Rosjanin wyprostował się, ściągnął z głowy kaptur i pokazał uniesiony kciuk. Z zawieszonym na ramieniu karabinkiem pobiegł truchtem przez zachwaszczone podwórko, w stronę solidnie wyglądającej obórki z czerwonej cegły. Posadowiony frontem do chałupy budynek osłaniał ich przed wzrokiem posokowca buszującego gdzieś pośród zabudowań po drugiej stronie szosy. Tego samego, którego postrzelił Abaszyn, gdy bydlę chciało wyssać upolowanego przez nich mięsacza. Niestety, zanim udało im się odpędzić go od zdobyczy, zdążył ją chlasnąć mackami, zanieczyszczając mięso żrącym jadem. W oborze, w głębokim cieniu, przyczaił się doktor Mietkin, tuląc do piersi wypchany brezentowy plecak. Łysina naukowca błyszczała w ciemnościach, jakby oddawała tłem. Tymczasem

Wiktor odsunął się od płotu i przycisnął dłoń do czoła. Wyglądał, jakby za chwilę miał zwymiotować. – Głowa? – zapytał Abaszyn. Coraz bardziej niepokoiła go pogarszająca się kondycja towarzysza. – Tak... – jęknął Wiktor. – Boli coraz bardziej... Aż mdli... – Opadł na kolana, skulił się i znieruchomiał w tej pozycji. – Nie ruszaj się – powiedział Abaszyn. – Zaraz wracam. Rozgarniając dłońmi wykoślawione łodygi komosy, przeszedł wzdłuż płotu i zatrzymał się w otwartych wrotach obórki. – Chodź! – Skinął na Mietkina. – No już! Z Wiktorem kiepsko! – ponaglił, widząc, że doktor niespecjalnie kwapi się do wyjścia. Mietkin odstawił ostrożnie plecak na ziemię, wewnątrz coś zabrzęczało melodyjnie, jakby stuknęły o siebie kryształowe kieliszki. – I co ja mu niby poradzę? – zamruczał pod nosem. – Tam jakiś wewnętrzny uraz musi być, inaczej już dawno doszedłby do siebie. – Powiedziawszy to, otworzył boczną kieszonkę plecaka i wyjął z niej niewielkie pudełeczko z wieczkiem zabezpieczonym gumką recepturką. – Daj mu, niech sobie wetrze w dziąsła. – Rzucił Abaszynowi wypełniony białym proszkiem woreczek. – Tylko niedużo, bo go przewróci. – Mówiłeś, że się skończyła – zmarszczył brwi Białorusin. Poślinił palec, nabrał nań odrobinę narkotyku i polizał. – Fiu, fiu, pierwszy sort – orzekł ze znawstwem. Przeciągnął językiem po wargach. – Zostaw! – skarcił go doktor. Odebrał mu woreczek i starannie docisnął strunowe zapięcie. – Sam mu to podam. – Westchnął i wyjrzał na zewnątrz. – Ot, pechowiec – odezwał się Jurij. Siedząc pod ścianą na odartym z kory pieńku, z nogą wspartą na stosie bierwion, ledwo widocznych spod warstwy sinawego bluszczu pnącego się po ich zmurszałej powierzchni, z niepokojem przyglądał się skulonemu pod płotem Wiktorowi. – Najpierw płaksa, potem psionik, a na koniec kolbą w łeb. Olbrzym by po tym wymiękł... – Ty się lepiej zajmij tamtym za szosą – burknął Mietkin, spoglądając z obawą w stronę drogi.

– Spokojnie, szefie. – Jurij musnął pieszczotliwie lufy obrzyna. – Nie podejdzie, poznał już nasze możliwości. To cwana bestia. – To mnie właśnie martwi. Włączy ten swój kamuflaż i będziemy mieć się z pyszna – wzdrygnął się Mietkin. – Bez obaw – odezwał się z tyłu Abaszyn. – Z dziesięć kul dostał, jucha poszła jak z kranu. Tego nie zamaskuje, dopóki się nie wygoi. Dlatego jeszcze nie zaatakował. – No właśnie, jeszcze... – burknął doktor. – Niepotrzebnie mitrężymy. – To się pospiesz! – odciął się Abaszyn. – Daj mu tę działkę i spierdalamy. – Nie podoba mi się tamta rudera, kurewsko nie podoba – oświadczył nagle Jurij. Podniósł się z pniaka i osłoniwszy dłonią oczy, zapatrzył się na dziwacznie przekrzywioną stodołę, której spory fragment widać było zza płotu. Budynek wyglądał tak, jakby z góry docisnął go niewidzialny tłok. – Tamtędy nie przejdziemy. – Co ty, anomalii się przestraszyłeś? – zdumiał się Abaszyn. – Toż to zwykły grawikoncentrat, tyle że w górze zawieszony. Patrz, jak ściany elegancko spuchły. – Właśnie to mnie martwi – odparł Jurij. – Powinno ściągać do środka, kollaps jakby robić, a nie na zewnątrz. Kurwa, takiego czegoś to ja jeszcze nie widziałem... – Ruszył przed siebie, nie spuszczając wzroku z dziwacznego, nawet jak na standardy Strefy, zjawiska. Bez słowa ominął pochylonego nad Wiktorem doktora, kopniakiem wyłamał wychodzącą na podjazd furtkę, przestąpił nad jej resztkami, by po chwili stanąć na środku smętnego wspomnienia asfaltówki. – Jurij! – dobiegło z podwórka. Zaszeleściły chwasty, szczęknęły elementy oporządzenia, na koniec zachrzęścił żwir. – Życie ci niemiłe? – wysyczał mu do ucha Abaszyn i pociągnął go za ramię do tyłu. – Ten bydlak tak łatwo nie odpuści! – Puszczaj! – wyszarpnął się Jurij. Odtrącił rękę Białorusina i znowu wybiegł na szosę. – Patrz, jak odkształciło, ja pierdolę... – wyszeptał, wskazując idealnie kuliste wybrzuszenie na jednej ze ścian stodoły. Deski, choć okropnie wykrzywione, nie wyglądały

na połamane, w szczelinach wciąż bielało zaschnięte wapno. Całość była wzdęta niczym balon. – Wracaj – nie dawał za wygraną Abaszyn. – Zejdź, kurwa, z widoku, idioto – wysyczał z irytacją. Z kałasznikowem ustawionym na ogień ciągły przykucnął na poboczu i zaczął lustrować ścianę chaszczy oddzielającą pobocze od zabudowań. Stodoła usytuowana była nieco dalej, chociaż z powodu anomalii widać ją było jak na dłoni – zarośla od strony szosy wyglądały, jakby kilkakrotnie przetoczył się po nich walec drogowy. Kurwa, to fluktuacja, pomyślał z nagłą trwogą. Nie zastanawiając się dłużej, doskoczył do Rosjanina, złapał go za kołnierz kurtki i z całej siły przyciągnął do siebie. – Odjebało ci już do reszty? – warknął mu do ucha. – Ona pulsuje. Życie ci niemiłe? Tym razem Jurij nie protestował. Pokornie, jak dziesięciolatek przyłapany przez dorosłego na paleniu papierosów, pozwolił zawlec się za kołnierz na podwórko. Cały czas jednak zerkał przez ramię na zniekształcony grawitacyjnym pływem budynek. Kontakt z rzeczywistością odzyskał dopiero w cuchnącym wnętrzu obory, do której bezceremonialnie wepchnął go Abaszyn. – Odpoczywać kazałem – burknął tamten na pożegnanie i wyszedł na zewnątrz. Przysiadł na tym samym pniaku, co wcześniej Jurij. W środku, oparty plecami o ścianę, siedział już Wiktor, masujący dłońmi skronie. Wzmocniona chemią kokaina zrobiła swoje. Mężczyzna oddychał spokojnie, na twarz powróciły mu rumieńce. Na widok Jurija uśmiechnął się lekko. Pod krótszą ścianą na podściółce odpoczywał Mietkin. Łokciem wspierał się na plecaku, jakby obawiał się utraty fizycznego kontaktu ze swoją własnością. – Ciekawa anomalia – wyjaśnił Jurij, widząc jego pytające spojrzenie. – Grawitacyjna, ale z odwróconym wektorem. I mocna okropnie, osnowę nawet ruszyła. Przydałoby się zbadać. – Nie ma czasu na pierdoły, Jurij. – Mietkin przyciągnął plecak nieco bliżej, machinalnie sprawdził zapięcia. – Gdy wyłączymy

stabilizator, nie takie rzeczy będą się działy. Szkoda, że nie ma z nami Mikołaja. – Westchnął. – Kiedyś robił z tym symulacje. Wyniki były, delikatnie mówiąc, zaskakujące. Mógłby ci o tym opowiedzieć... Zresztą, co się odwlecze, to nie uciecze – zakończył sentencjonalnie. Jurij przejechał dłonią po pokrytym szorstką szczeciną policzku. – Może i tak... – odrzekł, sadowiąc się obok Wiktora. – Lepiej już? – zapytał. – O tak. – Mężczyzna uśmiechnął się po raz kolejny. – Dużo, dużo lepiej. Mogę iść choćby zaraz. – Nie bądź taki wyrywny – zmitygował go Mietkin. – Kilka godzin cię potrzyma, ale później może być nie za ciekawie. Po tej mieszance bywają paskudne zjazdy. – To wciągnę następną dawkę – oznajmił Wiktor. Głos miał cokolwiek rozanielony. – Ile ty mu tego dałeś? – zainteresował się nagle Jurij. – Tyle, ile trzeba. Mocny towar po prostu – wzruszył ramionami doktor. – Musi być na chodzie – dodał, po czym szturchnął swego rozmówcę lekko łokciem ledwo dostrzegalnym gestem, tak by nie zauważył tego Wiktor. Następnie przyłożył palec do ust, a zaraz potem pokazał opuszczony kciuk. Jurij poczuł, że brakuje mu tchu. Spojrzał z rozpaczą na przysłuchującego się ich rozmowie Abaszyna. Siedzący na pieńku mężczyzna skinął lekko głową, po czym odwrócił wzrok. Zapadła cisza, przerywana jedynie popiskiwaniem kołysanej podmuchami wiatru obluzowanej furtki i nieco chrapliwym oddechem Wiktora.

Rozdział 5 Wyciągnięci na rozchwierutanych leżakach stalkerzy, obnażeni do pasa, wygrzewali się w promieniach południowego słońca. Obita arkuszami nierdzewnej blachy ściana znajdującego się naprzeciwko nich baraku oficerskiego odbijała światło, dodatkowo podświetlając ich parzącym refleksem. – Spójrz no, Fomka, kto idzie... – odezwał się szeptem Rybin, unosząc nieco zsuniętą na oczy czapeczkę z daszkiem. Kciukiem wskazał zbliżającego się wysypaną żwirem alejką Jefimiuka. Ze zwieszonymi ramionami, wzbijając butami obłoczki szarego pyłu, porucznik wlókł się zacienionym skrajem dróżki. Gdy dostrzegł wylegujących się w słońcu stalkerów, opuścił głowę i przyspieszył kroku. – Chuj z nim – odparł Jusupow, gdy oficer zniknął za rogiem baraku. Uniósł się na łokciu i sięgnął po stojący pod leżakiem aluminiowy kubek. Ostrożnym ruchem podniósł go do ust i upił mały łyczek, po czym odstawił naczynie delikatnie, zważając, by nie wywróciło się na grubych kawałkach tłucznia. – Karma wróciła. Dostał za swoje, i bardzo dobrze. – Ale pieniędzy nie oddał, bandzior jeden – westchnął Rybin. – Wojenni nie będą się z nami w nieskończoność cackać. Wdzięczność potrwa, dopóki generał nie wybędzie gdzie indziej. Braknie Zelencewa, to Starczenko raz-dwa nas stąd wykopie. – Opuścił nogi na ziemię i przez chwilę delektował się ciepłem, które nagrzane słońcem kamyki oddawały jego bosym stopom. – Póki co generał nigdzie się nie wybiera, więc nie panikuj. A Starczenko obiecał refundację. Mamy dwa tygodnie darmochy, a może nawet dłużej. Dach nad głową jest, mięcho trzy razy dziennie. I to jakie mięcho... – Jusupow oblizał usta na wspomnienie ociekających tłuszczem plastrów smażonej karkówki, którą wydawano im potajemnie na zapleczu garkuchni, w styropianowych pojemnikach, dla niepoznaki, żeby

nie drażnić stołujących się tam wojaków. – A pieniądze pułkownik obiecał zwrócić, zapomniałeś? Z premii tego ancymona. – Wskazał na oddalającego się Jefimiuka. Rybin znowu westchnął. – Jak myślisz, Fomka, kiedy on premię teraz dostanie? Toż podpadł. To po pierwsze. Po drugie, zanim wydobrzeje i będzie mógł ruszyć w teren, minie jeszcze kawał czasu. Premii za siedzenie na dupie nikt mu przecież nie da. Starczenko to stara gwardia i umie oszczędnie gospodarować zasobami. Mówię ci, my tych pieniędzy już nie zobaczymy. – Umiesz człowieka podbudować, oj, umiesz... – Jusupow uraczył się zawartością kubka. – Najwyżej weźmiemy jakieś zlecenie. Generał coś knuje, jak zwykle, a i Waruchina nosi strasznie. Znasz go, długo w miejscu nie usiedzi, a samego Zelencew go więcej razy nie puści, mowy nie ma... – Mrugnął porozumiewawczo do przyjaciela. Ponure dotychczas oblicze Rybina rozjaśniło się. – Masz rację – stwierdził. – Lepszej eskorty Maratowi nie znajdzie nigdzie... – Ani tańszej – wszedł mu w słowo Jusupow. – Zaśpiewamy Zelencewowi minimalną stawkę, ale nie za zlecenie, tylko na stałe. Kontrakt jak za dawnych czasów. Jeżeli będzie kwękał, wtedy opowiemy mu, ile kosztowało ratowanie ślicznego tyłeczka jego ukochanej synowej. – I że z tego powodu my jakby bezdomni teraz... – dodał Rybin. – A nagroda za Aloszę? Rozwiesili listy gończe i co? Alosza w piachu, a pieniędzy nikt nie chce wypłacić! – przypomniał sobie Jusupow. – Zresztą co tam Alosza, całą szajkę wybiliśmy! – Czyli tak: za bandziorów nam wiszą, za rozpirzoną metę nam wiszą – zaczął wyliczać Rybin, prostując kolejno palce. – Za artefakty, cośmy Nataszy dali, zasadniczo też, za robotę dla świętej pamięci Sazowa tak samo. – Daj spokój, artefaktów nie licz, dziewczynina niczemu nie winna, nawet nie chciała brać, samiśmy ją namówili – zreflektował go Jusupow.

– Niech ci będzie, świecidełek nie będę wypominał. – Rybin zgiął jeden palec. – Tak czy siak, wojsko wisi nam masę pieniędzy. A jeśli nie mają całej sumy, będą bulić w ratach, w ramach kontraktu, ot co! – A tymczasem, Wołodia, korzystajmy z urlopu. – Jusupow postanowił zakończyć temat reparacji. – Zostało jeszcze coś? – Wskazał leżące w cieniu zawiniątko. – Chyba tak... – Rybin wstał z leżaka, wziął kubek przyjaciela i pochylił się nad zwiniętą w rulon kurtką. Odwinął ostrożnie tkaninę, strzelił spojrzeniem na boki. Upewniwszy się, że nikt ich nie obserwuje, pokazał Jusupowowi wyjętą spod ciuchów butelkę, w jednej trzeciej wypełnioną przezroczystym płynem. – Nalać? – zapytał. Jusupow pokiwał energicznie głową. Sięgnął pod leżak, gmerał tam przez chwilę, po czym wyjął otwartą puszkę mielonki. Z tłustawej pulpy sterczał plastikowy widelczyk. Postawił konserwę na leżaku Rybina, podniósł się ze swojego i przeciągnął jak kot. – Do pełna? – zapytał Rybin, nalewając mu do kubka. – Tak, ale żeby wystarczyło i dla ciebie. Trzeba się znieczulić, Wołodia. Emisja tuż-tuż – odparł Jusupow, patrząc spod zmrużonych powiek w kierunku stalowych płyt widocznych w luce pomiędzy budynkiem dowództwa a przysadzistym barakiem oficerskim. Po wieńczących szczyt ogrodzenia kłębach drutu kolczastego pełgały błękitne ogniki, jakby wśród zadziorów ukryte były miniaturowe palniki gazowe. Kabel zasilający, podciągnięty do najbliższej wieżyczki strażniczej, bujał się jak skakanka, a z miejsc, gdzie izolacja była poprzecierana, zaczynało sypać iskrami. – Lepiej zejdźmy z widoku – zaproponował Rybin. Duszkiem wypił zawartość swojego kubka. Jusupow poszedł w jego ślady i jednym haustem wlał w gardło setkę pachnącej żytem gorzały, szybko zakąsił tuszonką, po czym zaczął wzuwać buty. Przy takich okazjach dekowali się na dachu jednego z baraków

w północnej części garnizonu. Budyneczek miał płaski dach, z jednej strony osłonięty konarami rosnącego przy ścianie rozłożystego kasztanowca. Ukryci przed wzrokiem personelu, mogli stamtąd spokojnie obserwować kłębiące się w oddali pióropusze energii, wsłuchiwać się w głuchy, jednostajny pomruk, od którego aż wibrowało w kościach, wdychać przesycone ozonem powietrze. Byle nie na trzeźwo, bo wtedy głowy bolały tak, że migrena przy tym to był pikuś. – Szybciej – ponaglił Rybin. – Za chwilę zacznie się ewakuacja. I rzeczywiście, dosłownie z pięć sekund później z umieszczonych na słupach głośników rozległ się jękliwy sygnał alarmu, do złudzenia przypominający syrenę okrętową. Na wieżyczkach strzelniczych zaczęły zamykać się metalowe osłony, zaterkotały prowadnice wukaemów, wciągając do wnętrza śmiercionośne lufy. Obsada stanowisk pospiesznie schodziła po drabinkach, aby ukryć się w schronie – potężnym betonowym sarkofagu na tyłach garnizonu. Ci z dalszych wieżyczek mieli do dyspozycji kilkumetrowej głębokości studzienki, rozmieszczone co kilkanaście metrów, w regularnych odstępach wzdłuż ogrodzenia. Zdaniem stalkerów wszystkie te zabezpieczenia, osłony, ekrany były nieco na wyrost. Emisje traciły swój impet już na ziemi niczyjej, muskając jedynie wypuszczone w głąb Strefy automatyczne stanowiska ogniowe, w większości i tak nieczynne z powodu braku funduszy na wymianę uszkodzonych podzespołów. Do właściwego Kordonu docierało jedynie echo, przesycony wysokoenergetycznymi cząstkami zefirek, bardziej uciążliwy niż groźny. „O wiele taniej byłoby dać ludziom od czasu do czasu po secie czegoś mocniejszego, niż wywalać pieniądze na te dziury w ziemi” – skwitował kiedyś Rybin. I trudno było się z tym nie zgodzić, z drugiej jednak strony emisje miały niekiedy dużą moc, o czym nawet oni sami nie raz i nie dwa boleśnie się przekonali, nie dziwiło ich więc, że wojskowi woleli nie ryzykować. Złożyli leżaki, pozbierali prowiant i klucząc pomiędzy barakami, pobiegli w stronę swojego ulubionego tarasu

widokowego. Gdy stanęli pod kasztanowcem, główna alejka roiła się już od żołnierzy zmierzających w stronę schronu. Przy otwartych na oścież stalowych wrotach kłębił się tłumek postaci w białych kitlach: budynek lazaretu znajdował się najbliżej bunkra i to medykom nieodmiennie przypadały najbardziej komfortowe miejscówki, te na najniższych poziomach, gdzie działała klimatyzacja i gdzie najłatwiej było znaleźć wygodną pryczę. Jak zwykle, pierwszy na drzewo wdrapał się Rybin. Pomimo pięćdziesiątki na karku ten drobny i żylasty mężczyzna wciąż był zwinny jak małpa i tak samo krzepki. Jeden po drugim chwycił rzucone mu przez Jusupowa leżaki i przerzucił je na barak. Następnie pomógł koledze wywindować się na najniżej położony konar, po którym obaj przepełzli na dach. – Jeszcze po kropelce? – Nie wiadomo skąd w dłoni Rybina pojawiła się piersiówka z brązowawą zawartością. – O! – zdziwił się Jusupow. – A to skąd? – Pod pryczą sobie któryś zakitrał. Prawdziwa szkocka, dasz wiarę? – Żartujesz! – Jusupow, który zdążył się już wygodnie umościć na leżaku, usiadł gwałtownie. – Dawaj! – Nadstawił kubek. – Ależ proszę bardzo. – Rybin z gracją odkorkował buteleczkę i pieczołowicie odmierzył mu połowę porcji. – Podziękuj tym biednym frajerom – powiedział, wskazując flaszeczką na biegnącą w stronę bunkra grupkę oficerów. – Spasiba, riebionki – zasalutował kubeczkiem Jusupow. W oddali nad wierzchołkami odartych z liści drzew niebo rozjarzyło się krwistą purpurą.

Rozdział 6 No ja nie mogę! To człek oczy se wypłakuje, a ten zabunkrował się w schronie i opycha dziczyzną! – Zdumiony Dima rozejrzał się po wnętrzu cuchnącej dymem i przypalonym mięsem betonowej konstrukcji. – Mniam, mniam – mlasnął, ściągając z haka na wpół ogryziony płat żeberek, i natychmiast się w nie wgryzł. – Pychota! – zamruczał. – Zostaw trochę dla mnie! – Mikołaj dał susa przez wygasłe już resztki ogniska i dopadł zawieszonego na kratownicy, mocno nadjedzonego już udźca. Mocnym szarpnięciem zerwał mięsiwo z uwięzi i przytulił do piersi, kompletnie nie zwracając uwagi na to, że upaskudził sobie cały przód bluzy. Siedzący na odwróconej do góry dnem kasterce Siwy parsknął śmiechem. Umorusany, nagi do pasa, z poszarzałymi od brudu, posklejanymi w strąki długimi włosami przypominał pustynnego eremitę, tyle że dobrze odżywionego. – Nie z własnego wyboru tu kibluję – wyjaśnił, sięgając po opróżnioną do połowy butelkę z samogonem. Nalał sobie odrobinę w plastikowy, wgnieciony kubeczek, powąchał zawartość, skrzywił się, po czym wypił jednym haustem. Otarł usta i zakąsił okrawkiem pieczeni. – Choć przyznaję, tiurma całkiem, całkiem. Człek odpoczął, sił nabrał, kontuzje podleczył. – Poklepał się po brzuchu. – Ty się opierdalasz, a u nas kłopoty, i to takie, że nic, tylko siąść i płakać – westchnął Dima. Zatłuszczonymi palcami oderwał od kości różowawy, poprzerastany żółtym smalcem kawałek wędzonki. – Dekonspiracja całkowita. Tajniak do nas przeniknął, wychujał Abaszyna, podpierdolił materiały doktorka, Ryżego ukatrupił na śmierć. Niewesoło jest, Saszka, oj, niewesoło. Dobrze, że tobie udało się wykaraskać. – Co?! – Kubeczek wypadł ze zmartwiałych nagle palców Siwego. – Jaka dekonspiracja, jaki tajniak? Stiepan nieżywy?!

Szaleju ty się najadł? – Zerwał się na nogi, doskoczył do grubasa i złapał go za klapy kurtki. – Co to za pierdolenie? Gadaj! Mikołaj podszedł do niego, chwycił go za nadgarstek i ścisnął. – Spokojnie, Sasza – powiedział niewyraźnie, plując jedzeniem. – Tak było i nie ma w tym kłamstwa. Wtopa jak stąd do Sarkofagu. Siwy puścił Dimę. Grubas jak gdyby nigdy nic wziął się z powrotem do obgryzania żeberek. – Opowiadajcie – westchnął Siwy, sadowiąc się ponownie na kasterce. Podniósł kubek, rozwałkował go w dłoniach, likwidując wgniecenia. Wlał weń resztkę księżycówki. – Nie, braciaszku – pokręcił głową Dima. – Najpierw ty nam opowiedz, jak to z tym Ukraińcem było i jak to się stało, że ot, tak sobie do nas przyszedł. No, śmiało, Saszka – zachęcił z uśmiechem. Na pulchnych policzkach pojawiły mu się sympatyczne dołeczki. Z Siwego jakby zeszło powietrze. Zgarbił się, oklapł. Już nie wyglądał jak dziarski pustelnik. – A co tu do opowiadania? – mruknął. Podniósł kubek do ust. Tym razem już nie wąchał, nie krzywił się z obrzydzenia. Wypił bimber, jakby to była najzwyklejsza w świecie woda. – Mnie też rozegrał jak frajera. Podesłałem dzieciaka, żeby mi go wykierował pod... – zamilkł na chwilę, jakby szukał właściwego słowa – ambonę. Gówniarz widać puścił farbę i w efekcie oberwałem ja. Cud, że kevlar wytrzymał, bo kaliber był konkretny. Straciłem przytomność, spadłem, w krzakach się zaklinowałem. Bolało w chuj... – Wzdrygnął się, dotykając dłonią żeber. Dima dopiero teraz zdał sobie sprawę, że pokaźna szarożółta plama na boku Siwego to nie zaschły brud, lecz ogromny krwiak, już się wchłaniający. – Jakoś się wygramoliłem, choć łatwo nie było – kontynuował stalker. – A potem wjebałem się do studzienki, razem z drabinką. Na dole było wejście do tunelu. W ten sposób dotarłem aż tutaj. – Zatoczył ręką wokół siebie. – Było zamknięte od zewnątrz. Ot i cała historia. Teraz wasza kolej.

– Lecisz, Mikołaj – zachęcił Dima, trącając łokciem dziwnie zamyślonego towarzysza. Mikołaj milczał przez kilka chwil, wyraźnie zbierając myśli. – Ta wędzarnia to nasza robota. Moja i Jurija – powiedział w końcu. – Mięsacz się nadział... – Nie zaczynaj od dupy strony – przerwał mu Dima. – No więc... – podjął cokolwiek niezbornie Mikołaj. – Szukaliśmy... eee... ciebie szukaliśmy i... – Ja pierdolę! – zniecierpliwił się Dima. – Jak wykłócać się o ekwipunek, to wyszczekani bardziej niż baby na jarmarku, a gdy przyjdzie coś zreferować, to ani be, ani me! – warknął, łypiąc na Mikołaja. – Ja opowiem. – Zamieniam się w słuch – oznajmił Siwy, sadowiąc się wygodniej na kasterce. – Tak więc nasz ukochany Walerij, taktyk nad taktykami, zrekrutował pierwszego z brzegu typka, który się napatoczył. Tego samego, co tak cię urządził. – Kurwa mać! – skwitował Siwy. – Ano właśnie. – Dima skinął głową. – I wysłał go w teren z Ryżym, szkoleniowo jakby. Niedługo później okazało się, że ten skurczybyk zinfiltrował nas, zaiwanił doktorowe zapiski i ogólnie wychujał, a na koniec, już pod Jantarem, bo tam poszli, ukatrupił Ryżego. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zwiał. Wojenni go podjęli śmigłowcem. No i kryjówka spalona. – Westchnął ciężko. – Co było w tych zapiskach? – zapytał Siwy ochryple. – Wszystko, Saszka, wszystko – odrzekł Dima. – Lokalizacje emiterów, kody dostępu, schematy konstruktów. – Ja pierdolę. – Siwy patrzył na obu stalkerów z oszołomieniem. – I to wszystko... – Przez ciebie – dokończył za niego Dima. – Gdybyś nie odpierdalał maniany, tylko siedział w pobliżu i rezał jak leci każdego, kto wlazł na podwórko, nie byłoby tej kołomyi. A tak? – Wzruszył ramionami. – Doktorek się wściekł, podpuścił Abaszyna i Jurija i pobiegli wyłączyć główny stabilizator. – Po co? – zdumiał się stalker. – Żeby zamieszać z emisjami. Zemsta taka. Bez wiązki

stabilizującej wszystko zacznie wariować, wyładowania energetyczne mocniejsze pójdą, Zona zacznie puchnąć i będzie puchła, dopóki nie przykręcimy zasilania w Jantarze – znowu wtrącił Mikołaj. – A gdy już to zrobimy, zasięg normalnych naświetleń spadnie o kilkanaście procent – wyjaśnił. – I o tyle zmniejszy się Strefa. – Ciasno się zrobi. Konkurencyjnie – westchnął Dima. – Trzeba będzie napierdalać się o miejsce przy paśniku. Znowu mordęga się zacznie, jak na początku... – Popatrzył na trzymany w ręku ochłap, po czym cisnął go pod ścianę. Mięso plasnęło cicho o beton. – Trzeba się pospieszyć. Siwy wstał, sięgnął po wiszącą na kratownicy bluzę. – No to chodźmy. Przebieżka dobrze mi zrobi – powiedział, klepiąc się po brzuchu.

Rozdział 7 Posokowca znaleźli nieopodal starej studni. Mutant, zwinięty w kłębek, z potężnymi łapami przyciśniętymi do zakrwawionego podbrzusza, spoczywał nieruchomo w kałuży brunatnej juchy. Był martwy. – Ojoj, biedactwo, nie zregenerowało się. No jak mi, kurwa, z tego powodu przykro. – Abaszyn kopniakiem obrócił truchło na plecy. Szponiaste łapy osunęły się bezwładnie na boki. – Ładnieś trafił – cmoknął z uznaniem Jurij. Podszedł bliżej. Lufą strzelby szturchnął jedną z macek gębowych stwora. Najeżona spiczastymi naroślami tkanki chrzęstnej trzydziestocentymetrowa wypustka z ohydnym mlaśnięciem osunęła się na ziemię. – Durne bydlę. Zamiast przycupnąć gdzieś w chaszczach i pozwolić organizmowi zrobić swoje, biegało na głodniaka, aż się wykrwawiło – stwierdził Abaszyn. Przysiadł na cembrowinie, karabin położył na okrywających ją poszarzałych ze starości deskach, połączonych dwoma listwami i przyciętych tak, aby stanowiły okrąg. Obok studni leżało zardzewiałe wiadro z oderwanym uchwytem. – Na pewno nieżywy? – zapytał Mietkin, podtrzymując chwiejącego się na nogach Wiktora. Podprowadził go bliżej studni, postawił wiadro do góry dnem i niemal siłą posadził na nim dryblasa. – Na pewno. Ślepia bielmem zaszły, jucha przestała płynąć, choć rany otwarte – uspokoił go Białorusin. – To nie zombi, co nie wie, że zdechł. – Wyprostował nogę i wydłubał z kieszeni spodni papierosy. – Chce któryś? – zapytał. Jurij i doktor jednocześnie pokręcili głowami. Wiktor, oszołomiony końską dawką narkotyku, chyba nawet nie usłyszał pytania. Siedząc na wiadrze, wpatrywał się bezmyślnie w przestrzeń.

– No to nie. – Wzruszył ramionami. – Tak czy owak, pięć minut przerwy. Jurij, obadaj tę szosę. Bez sensu mordować się po tych wertepach. – Wydmuchnął dym w stronę podwórka, zawalonego gruzem i nadpalonymi resztkami więźby dachowej. Za przechylonym płotem kołysały się lekko na wietrze purpurowe kępy komosy, pomiędzy którymi bielały rachityczne brzózki. Jurij skinął głową. Zarzucił strzelbę na ramię, jednym susem przesadził zmurszałe ogrodzenie i po chwili zniknął w gęstwinie. – Zdążymy przed zmrokiem? – Mietkin również usiadł na cembrowinie. – On tak długo nie pociągnie... – dodał szeptem. – Boję się dać mu więcej, a bez znieczulenia będzie do niczego. – Niedaleko jest – odszepnął Abaszyn. – Jeżeli nic nam nie przeszkodzi, to za godzinę, może półtorej będziemy na miejscu. Byleby wskazał właściwe przewody. A potem... – ściszył głos – potem chuj z nim, najwyżej go tam zostawimy – wyszemrał prawie niesłyszalnie. – Utrzymaj go na chodzie po prostu. – Spróbuję – odparł cicho Mietkin. Po ich prawej stronie, tam gdzie zarośla były najgęstsze, syknęło, rozległ się donośny trzask, a sekundę później ponad wierzchołki drzewek wystrzelił oślepiająco błękitny płomień, po kilku chwilach nieco dalej zapłonął następny. Na twarzach poczuli gorący powiew, jakby ktoś skierował na nich wylot ustawionej na maksimum nagrzewnicy. Wśród chwastów, tam gdzie było najwięcej suchych badyli, zaczęły pełgać pierwsze płomyki, tu i ówdzie opadł na ziemię żarzący się listek, w powietrzu rozniósł się odór spalenizny. – Dureń, niepotrzebnie aktywował. – Abaszyn pstryknął niedopałkiem w kępę chwastów. – Zmywamy się – zakomenderował, zsuwając się z betonowego obramowania studni. – Za chwilę będzie tutaj regularny pożar. Holuj Wiktora, ja wezmę graty. – Chwycił plecak doktora i zarzucił go sobie na ramię. – Poradzę sobie – odezwał się niespodziewanie Wiktor. Powoli wstał. Trącone piętą wiadro przewróciło się z cichym brzękiem. – Już tak nie napierdala – wyjaśnił, trąc czoło czubkami palców. – Trochę tylko ćmi. Dam radę.

Abaszyn otaksował go wzrokiem. Rzeczywiście, Wiktor stał prosto, nie chwiał się, spojrzenie miał przytomne, z policzków zniknęły nienaturalne rumieńce. Stuningowany naświetleniami organizm w ekspresowym tempie metabolizował narkotyk. – Niech będzie. Ale idź przed Jewgienijem, między nami, dobra? – zastrzegł Abaszyn. – Uważaj na niego, żeby się w jaką anomalię nie zatoczył – zwrócił się do Mietkina. – Poradzę sobie – powtórzył z uporem Wiktor. – No kurwa, nie wątpię! – zirytował się Abaszyn. – Ale z tyłu nie będziesz się wlókł. Koniec dyskusji! – Nie oglądając się za siebie, ruszył ukosem przez podwórko. Wiktor stał jeszcze przez chwilę, poruszając bezgłośnie ustami w daremnej próbie wyartykułowania ciętej riposty. W końcu wzruszył ramionami i poczłapał za Białorusinem. Uwolniony od ciężkiego plecaka Mietkin odetchnął z ulgą. Nie lubił takich eskapad i związanej z nimi mordęgi. Poprawił rozchełstaną na piersiach bluzę i zasunął pod brodę zamek błyskawiczny. Naciągnął kaptur na głowę, chroniąc w ten sposób łysinę przed fruwającymi wokół jak konfetti rozżarzonymi paprochami. Zarośla od strony szosy stały już w ogniu, płomienie lizały też rosnące za rowem brzózki, których najniżej zawieszone gałązki zapalały się jedna po drugiej, niczym dziwaczne kandelabry. Walerij miał rację, pomyślał, to wszystko zaraz się sfajczy. Nie zwlekając dłużej, podreptał w ślad za Wiktorem, który skręcał właśnie za osmalony narożnik chałupy. Jurij czekał na wysokości ostatnich zabudowań, kilkaset metrów dalej. Z daleka pomachał do nich, a potem wskazał ręką na pobocze. – Rowem idźcie! – krzyknął. – Środek cały w anomaliach! Rzeczywiście, nad zerodowanym do szczętu asfaltem wirowały w regularnych odstępach, niemal dokładnie wzdłuż osi jezdni, miniaturowe tornada śmieci. – O kurwa – zdumiał się Abaszyn. – Jaki porządeczek... Bokiem, koledzy, bokiem omijamy. Zszedł z szosy i brodząc po pas w wysokich chwastach, ruszył

do przodu, łypiąc nieufnie na szereg śmiertelnie niebezpiecznych anomalii. – Ruchy, ruchy! – ponaglał co kilka kroków stąpających za nim Wiktora i Mietkina, chociaż nie było takiej konieczności; trzaskające z tyłu płomienie, które zdążyły już objąć zarośla po obu stronach drogi, a także przyległe gospodarstwa, działały na nich dostatecznie mobilizująco. Już po kilku minutach nieco zdyszani stali obok Jurija i obserwowali płonącą wieś. Pośród szalejącego pożaru co rusz aktywowały się anomalie, budzone przez opadające na nie zwęglone resztki tego, czym karmił się ogień. Niesamowite wrażenie sprawiała stara stodoła odkształcona pływem grawitacyjnym. Przypominała teraz ogromną półprzezroczystą bańkę, na której powierzchni niczym w lustrze odbijały się płomienie. Na ich oczach sfera spuchła jeszcze bardziej, wchłaniając kolejny fragment terenu. Sięgała teraz pobocza. – Ja tamtędy wracał nie będę, mowy nie ma – oznajmił Jurij, gdy bania powiększyła się po raz kolejny, deformując już nie tylko drogę, ale też fragment podwórka, na którym jeszcze nie tak dawno odpoczywali. – Jak dobrze pójdzie, gdy będziemy wracać, już tego nie będzie. – Mietkin potarł załzawione oczy. Idący od pożaru gorący podmuch pchał w ich stronę kłęby burego dymu. – Długo będzie tak pęcznieć? – zainteresował się Abaszyn. – Dopóki nie wyłączymy stabilizatora – włączył się do rozmowy Wiktor. – To unikalna rzecz, nawet jak na Zonę. W środku muszą się dziać bardzo interesujące rzeczy... – Potem zniknie? – indagował Białorusin. – Na pewno się zmniejszy, i to znacznie... – Wiktor podrapał się po karku i aż syknął z bólu. – Właściwie... to tak. Zniknie. Kilka milimetrów średnicy to tak, jakby jej nie było, przynajmniej z naszego punktu widzenia. Ktoś tu kiedyś znajdzie piękny artefakt. – Jaki? – Abaszynowi zaświeciły się oczy. – Nie mam pojęcia, wszystko będzie zależało od tego, ile materii zgniecie. Mówię o pojemności energetycznej, rzecz jasna. Jakie

będzie to miało właściwości, Bóg jeden wie. Trzeba tu będzie wrócić, i to całkiem niedługo – mruknął. – Co racja, to racja – skinął głową Jurij. – Inaczej czeka nas chudy przednówek. Kilka metrów od nich pochylona nad rowem rosochata jabłonka wybuchła nagle jasnym płomieniem, jakby uderzył w nią piorun. Na stalkerów posypały się płonące patyki i liście. – Chodu! – krzyknął Abaszyn i nie oglądając się na towarzyszy, ruszył truchtem, byle dalej od ognistego inferno, w które coraz szybciej przekształcała się wioska Stieczanka. Pozostali ruszyli za nim, gęsiego, ostrożnie. Zamykający tę miniaturową kolumnę Mietkin co rusz wsuwał dłoń pod kaptur, ocierając spływające po potylicy strużki potu. Tuż za wsią droga lekko skręcała, by przez jakiś czas meandrować pomiędzy niewielkimi wapiennymi wzniesieniami, których szczyty porastały z rzadka zdeformowane, rachityczne sosny, wczepione wątłymi korzeniami w kamienisty grunt. Było niemal pewne, że szalejący niżej pożar nie pokona tej przeszkody, a jego łupem padną jedynie przydrożne chaszcze oraz kępy tarniny, których skupiska szarzały u podstawy najbliższych wzniesień. Nad nimi były już tylko nagie zbocza, nafaszerowane kanciastymi i białymi jak śnieg bryłami wapienia. – Uwaga! – ostrzegł Abaszyn, spoglądając na spoczywający na środku drogi duży, pęknięty na pół kamień. Na poboczu leżał kolejny, równie wielki, spod którego wystawały resztki znaku drogowego. Poobijany blaszany trójkąt musiał niegdyś ostrzegać kierowców przed serią ostrych zakrętów. – Karuzelka na zboczu – wyjaśnił, wskazując obłoczek kurzu wirujący mniej więcej w połowie wysokości skarpy. Nieco niżej w piaszczystym gruncie ziały dwie dziury o poszarpanych krawędziach, niczym pozostałości po ekstrakcji gigantycznych zębów. – Fiu, fiu, silne kurwiszcze – zagwizdał z podziwem Jurij. Na wszelki wypadek zszedł na przeciwległe pobocze i teraz stąpał ostrożnie przy samej podstawie drugiego wzniesienia. Tuż za nim niemal na czworakach podążał Wiktor. – Toż to z dziesięć ton kamulca!

– Wapień lekki – wysapał z tyłu Mietkin. – A i podłoże delikatne. – Gdzie wy, kurwa, leziecie?! – jęknął Abaszyn, widząc towarzyszy wchodzących w cień pokaźnego nawisu, który wyglądał tak, jakby lada moment miał się oderwać od szczytu skarpy. Nawet w tej chwili odpadały od niego drobiny żwiru. – Przysypie was! Ku jego zdziwieniu pierwszy z grożącego im niebezpieczeństwa zdał sobie sprawę Wiktor. Tak jak stał, a właściwie klęczał, odepchnął się ręką od podłoża i po prostu stoczył na jezdnię. Zaraz po nim z osuwiska zeskoczył Mietkin. Najdłużej zmarudził Jurij. Z typowym dla siebie spokojem najpierw zlustrował wzrokiem skarpę, a dopiero później niespiesznie wyszedł spod nawisu. Nie zwracając uwagi na mamroczącego pod nosem Abaszyna, poprawił szelki plecaka, po czym pomógł dźwignąć się do pionu Wiktorowi. – Wynośmy się stąd – zaproponował Mietkin, strząsając z butów grudki ziemi. – O niczym innym nie marzę – odburknął z irytacją Abaszyn. – Pierdolona Golgota.

Rozdział 8 Widziałeś cwaniaczków? – Stojący w oknie Zelencew rozchylił szerzej paski żaluzji. Skinął na Waruchina, aby ten podszedł bliżej. – Przy schronie, na dachu – powiedział, odsuwając się na bok, by podwładny mógł popatrzeć. – Co oni robią, towarzyszu generale? – zdziwił się Waruchin. – Jeszcze nic, ale jak tylko zamknie się schron, zaczną buszować w oficerskim. Za każdym razem tak jest – wyjaśnił Zelencew. – Darmowy barek sobie znaleźli. – Nie schodzą do bunkra? – Nigdy. Wygląda na to, że echo emisyjne ich nie rusza. – Szczęściarze. – Raczej spryciarze. Odsuń się – polecił generał. Utykając, podszedł do stojącej w rogu pomieszczenia pancernej szafy. Otworzył ją i wyjął ze środka niewielki pilocik z kilkoma przyciskami. Wycelował urządzenie w stronę okna i wdusił jeden z nich. W ścianach coś zahurgotało, szczęknęło metalicznie. Waruchin dopiero teraz zauważył w narożnikach pomieszczenia dwie wąskie, pomalowane na kolor ścian, sięgające sufitu listwy, które piszcząc niczym kółka sklepowego wózka, wysunęły się i idąc po prowadnicy, w kilka chwil później zetknęły się z trzaskiem krawędziami, zasłaniając okno. Na podłogę spadło kilka płatków farby. W pomieszczeniu zapanował półmrok, rozjaśniony delikatną poświatą padającą z ekranu leżącego na biurku laptopa. – Ot, technologia. – Wyraźnie ukontentowany Zelencew sięgnął do kontaktu i zapalił światło. – Dwa centymetry litej stali, niezależne zasilanie, w razie czego można wysunąć ręcznie. – Niezłe, towarzyszu generale – pochwalił uprzejmie Waruchin. – Konieczne, Marat, konieczne – posmutniał nagle Zelencew. – Nie bardzo mi idzie bieganie po schodach – dodał, masując się po

krzyżu. Na to stwierdzenie Waruchin nie odpowiedział. Nie było takiej potrzeby. Obaj doskonale pamiętali wydarzenia sprzed dziesięciu lat. Dwukrotnie postrzelony i porzucony na śmierć w przydrożnym rowie Zelencew nie tylko przeżył, ale już dwa dni później przeprowadził akcję ostatecznego zamknięcia Strefy. Przy okazji udało mu się zdemaskować i wyeliminować skorumpowanego naukowca i jego przydupasów. – Towarzyszu generale... – zaczął powoli. – Wystarczy mi kilku ludzi i uzbrojony śmigłowiec. Przecież nie musimy lecieć nad Strefą. Zatoczy się łuk i podleci od wschodu. Jeżeli tam jeszcze są, dorwiemy ich bez problemu. Myśliwi pomogą, bo też na nich cięci okropnie. Zgódźcie się, proszę! W jeden dzień się z tym uwinę, maszynie nic się nie stanie, przysięgam! – zakończył błagalnie. – A coś ty nagle taki zawzięty? – zapytał generał, sadowiąc się ostrożnie za biurkiem. – Miałeś okazję, trzeba było wybić jak szczury. Powtarzam po raz ostatni: nie będę ryzykował ostatniego śmigłowca. Zrozumiano? – Tak jest – burknął Waruchin. – Niech sobie dalej spokojnie kombinują, po co im przeszkadzać? Jak myślicie, towarzyszu generale, ile czasu zajmie im odtworzenie bazy danych? Jeżeli dorwą gdzieś fachowca od komputerów... Co ja mówię? Przecież oni mają własnego speca. – Nie histeryzuj. – Zelencew odwrócił się z fotelem i spojrzał na mapę. – Nad Zoną nie dacie rady, bo śmigłowiec po dwóch rajdach. Mechanicy zaczynają sarkać, że kończą się części zamienne. Wlecisz w przestrzeń powietrzną Białorusi, to cię z miejsca zestrzelą. Czujni okropnie. W ubiegłym tygodniu tym z północnego odcinka drona strącili. Chcesz, dam ci kilku ludzi, dokooptuję stalkerów i idź albo jedź. Helikoptera nie dam i to jest moje ostatnie słowo. Wspomnicie o tym jeszcze raz, majorze, a każę wam patrolować mokradła – dokończył urzędowo, marszcząc groźnie brew. – W porządku – poddał się Waruchin nieco profilaktycznie, jako że jak zwykle nie był do końca pewien, czy Zelencew, grożąc mu,

czyni to na serio, czy żartuje. Sparaliżowana lewa strona twarzy generała zdawała się potwierdzać to pierwsze założenie; prawa, na której igrał półuśmiech, drugie. – Bardzo dobrze. A teraz posłuchaj uważnie. I nie przerywaj. Niech sobie działają, niech odzyskują dane, nie będziemy im w tym przeszkadzać... Prosiłem! – Podniósł ostrzegawczo palec, widząc, że Waruchin już otwiera usta, by coś powiedzieć. – Właśnie zlikwidowałem tutejszą filię Instytutu. Personel przeniosłem do Gubina. Otrzymali do dyspozycji tę starą lecznicę. Pamiętasz ją? Waruchin skinął głową. – Parter jest w dobrym stanie, jest elektryczność, woda, działa nawet kanalizacja. Sprzęt z poprzedniej placówki już dostarczony, tylko na nowo poskładać. Do ochrony przydzieliłem pluton kontraktowy, więc będą mogli w spokoju prowadzić te swoje badania. Starczenko właśnie kończy selekcję w czwartej rozpoznawczej. Ma sformować trzy drużyny wojenstalkerów. Dwie ulokujemy w Gubinie, pod ogólnym dowództwem Jefimiuka, będzie miał szansę się zrehabilitować. Trzecią dostaniesz ty. Do wyłącznej dyspozycji i ze wszystkimi wynikającymi z tego faktu bonusami. – Nie rozumiem? – zapytał ostrożnie Waruchin. – A czego tu nie rozumieć? – zdziwił się generał. – Jakimi bonusami? Zelencew uśmiechnął się tryumfalnie. Pchnął w stronę podwładnego napoczętą paczkę papierosów, z której wystawała też niklowana końcówka zapalniczki. – Nadliczbowego zastępcę i dwa sloty... – błysnął znajomością komputerowego slangu. – Na cywilnych najemnych. Oba z apanażem – dokończył tryumfalnie. – Zadowolony? – Dzi...dziękuję... towarzyszu generale – wydukał oszołomiony Waruchin. Podniósł się z sofy, postąpił krok w stronę biurka i wyciągnął rękę do Zelencewa, zaraz jednak opuścił ją z zakłopotaniem, widząc, że ten znowu marszczy brwi. Zamiast tego strzelił obcasami i wyprężył się w postawie na baczność. – Dziękuję, towarzyszu generale – powtórzył raz jeszcze, tym

razem głośniej. – Doskonale. I jeszcze jedna sprawa. Zastępcę dobierzesz sobie sam, ale w kwestii cywilów zadecyduję ja. Właściwie to już zdecydowałem – oznajmił Zelencew. – Myśliwi? – domyślił się natychmiast Waruchin. – Zgadza się. Zasłużyli na odrobinę stabilizacji. Wiesz, że ubili tego cyborga Aloszę i wszystkich jego kompanów? – Niedźwiedzia?! – Waruchin wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Tego się nie spodziewał. Szalony Rosjanin, zesłany w ubiegłym roku do Strefy za niesubordynację i bójki, zdezerterował już pierwszego dnia i od dłuższego czasu skutecznie uprzykrzał życie tak wojskowym, jak i stalkerom. – Owszem. Przy okazji uratowali życie Nataszy. Masz pojęcie, że ta gnida jej szef wydelegował ją w teren, aż do pieprzonego Janowa?! Po jakąś cholerną przesyłkę? – Jezu... – Waruchin opadł na kanapę, poluzował kołnierzyk koszuli. – No właśnie. Nie wiem, rozum mu od tych radionuklidów odebrało czy co? – Głos Zelencewa zadrżał lekko, dłonie, złożone na biurku, ewidentnie się trzęsły. – Bogu dziękować, że nie dał funduszy na eskortę, bo jak nic wynajęłaby jakichś chłystków. A za darmo to musiała kogoś po znajomości ubłagać. Bogu dzięki... – powtórzył, zerkając na zawieszony nad drzwiami mały krucyfiks. – Przeprowadzili ją – stwierdził Waruchin. – Całą i zdrową. Gdyby było inaczej, skurwysyn dyndałby już na własnych flakach! – warknął Zelencew. – Ukatrupili przy okazji Aloszę – przypomniał, już nieco spokojniej. – Przy okazji... – powtórzył Waruchin z respektem. – A teraz są bez grosza, Jefimiuk zaiwanił im premię, bandziory kryjówkę zdemolowali. To, co uratowali, czyli trochę artefaktów, na siłę wcisnęli Nataszy, bo i jej chabar przepadł. Dług mam u nich, Marat. Dług taki, że chyba nigdy go nie spłacę... Przynajmniej w ten sposób pomogę im się odkuć. Bo za darmo nic nie wezmą, znasz ich. – O tak. Honorowi są... – zgodził się Waruchin, po czym

popatrzył z namysłem na zasłaniającą okno stalową płytę. – Przeważnie – dodał po chwili. – No cóż, nikt nie jest idealny – odrzekł generał. – Poczęstuj się. – Wskazał na papierosy. Spod blatu biurka wyjął niewielką ceramiczną popielniczkę. – Alarm odwołają za... – spojrzał na zegarek – jakąś godzinę. Napijesz się? Do moich zapasów nikt się jeszcze nie dobrał, przynajmniej na razie. – Chętnie. – Waruchin wstał z kanapy, zapalił papierosa, a następnie usiadł na stojącym z boku generalskiego biurka krześle. Następne pół godziny spędzili, delektując się bez pośpiechu przyjemnie schłodzoną wódką, zakąszając szynką parmeńską, której półkilogramowe opakowanie generał wyjął z ukrytej za kanapą miniaturowej hotelowej lodóweczki. Gdy w butelce pokazało się dno, Zelencew postawił na biurku kolejną i nie zważając na nieśmiałe protesty współbiesiadnika, nalał mu szczodrze do szklaneczki z grubego szkła, którą wyjął gdzieś spod biurka. – Pij, pij, Marat – powiedział nieco bełkotliwie. – Mnie już wystarczy, od rana udobruchiwałem Starczenkę, bo zły jak osa. Aż przykro słuchać, jak obsztorcowuje tych biedaków z aprowizacji. – Pułkownik zawsze taki... – zaczął ostrożnie Waruchin, zaraz jednak ugryzł się w język. – Nie w sosie – dokończył dyplomatycznie. – Wkurwiony, towarzyszu majorze, wkurwiony! – roześmiał się Zelencew. Alkohol ewidentnie wprawił go w dobry nastrój. – Nazywajmy rzeczy po imieniu. Wścieka się o stany magazynowe, wyprawka dla trzydziestu ludzi nie należy do najmniejszych. – Ale to przecież wy tutaj dowodzicie, towarzyszu generale. – Pomimo jowialnego tonu Zelencewa Waruchin wolał zachować ostrożność. – Wy decydujecie, co i jak. – Oczywiście, ale nie chcę, żeby mi zaczął oddolnie utrudniać. Wystarczy, że poskarży się komuś w sztabie głównym, pchnie jakiegoś maila albo zwyczajnie, przez telefon pojojczy, i będę się musiał gęsto tłumaczyć. Tak jak mówiłem, zaczęły się cięcia

i musimy sobie radzić z tym, co mamy. Jedyne, czego nie brakuje, to ludzi, ale tych zawsze było w nadmiarze. Jest jeszcze jedna sprawa, Marat... – Słucham? – Waruchin poczuł ukłucie niepokoju. – Kwestia twojego zastępcy. – Towarzyszu generale... – Wiem, wiem, to miała być twoja decyzja. – Generał uciszył go gestem dłoni. – I będzie. Proszę tylko, tak po przyjacielsku... i mając na względzie dawne czasy... żebyś rozważył taką jedną kandydaturę. Waruchin odetchnął z ulgą. W sumie i tak było mu wszystko jedno. W tych okolicznościach sprawa zastępcy jawiła się nie tyle kwestią praktyczną, co raczej regulaminową. Dziesięcioosobowym oddziałkiem można było kierować choćby i zdalnie. Poza tym on sam nigdy nie był zwolennikiem zbytniego wydłużania łańcucha dowodzenia. Tam, gdzie było zbyt wielu wodzów, a za mało Indian, sprawy najczęściej przybierały zły obrót. Poprawił się na krześle, zapalił kolejnego papierosa. W pomieszczeniu było już siwo od dymu. – Kogo, towarzyszu generale? – zapytał. – Kapitana Olega Filimonowa – odpowiedział Zelencew. Brwi Waruchina podjechały do góry. Przez chwilę siedział w milczeniu, wpatrzony w trzymaną w ręku szklaneczkę. W głowie błyskawicznie przewijała mu się lista nazwisk i stopni. – Gubin. Dwa tysiące szósty. Akcja z Gromyką – podpowiedział generał. – To on wtedy rozpracował tę gnidę, czym uratował nasze dupska. Już po wszystkim zaproponowałem mu wstąpienie do służby. Zgodził się, choć nie od razu. Pierwszorzędny wywiadowca. – Nigdy o nim nie wspominaliście. – A po co? Od kilku lat operuje we wschodniej ćwiartce i ma doskonałe rezultaty. Przyda ci się taki ktoś. Zonę zna, swoje przeszedł. Ręczę za niego. Tu masz jego teczkę. – Generał wyjął z biurka opasły segregator. – Sporo tego – mruknął Waruchin.

– Niestety. W komputerze trzymać tego nie chcę ani na żadnych nośnikach, z oczywistych względów – wyjaśnił Zelencew. – Papier. Zawsze papier, nie zapominaj o tym. – Otworzył segregator. – Najważniejsze rzeczy są na wierzchu, te zalaminowane. Reszta to dokumentacja wszystkich przykrywek, pod którymi działał. Zasadniczo makulatura. Przejrzyj na spokojnie, jutro wrócimy do tematu. – Nie ma takiej potrzeby. – Waruchin zamknął plastikową okładkę. – Oczywiście zapoznam się z tymi materiałami, ale moja odpowiedź już teraz brzmi: tak.

Rozdział 9 Przeprawa przez wzgórza zajęła im czas aż do zmierzchu. Zdaniem Abaszyna i tak był to znakomity wynik, zważywszy na pogarszający się stan Wiktora i zmęczenie pozostałych członków zespołu. On sam czuł się zadziwiająco dobrze, jakby to jemu, a nie Wiktorowi doktor zaaplikował kolejną szprycę. – Dacie radę jeszcze kawałek? – zapytał, oglądając się na kuśtykających z tyłu towarzyszy. Podtrzymywany przez Mietkina Wiktor ledwo powłóczył nogami, idący za nimi Jurij dyszał jak parowóz. – Ja nie dam – wystękał doktor. – On tym bardziej. – Objąwszy Wiktora wpół, pomógł mu usiąść na ziemi. – W porządku, odpocznijcie. Jurij, miej oczy dookoła głowy, ja rzucę okiem na tamto siedlisko. – Wskazał lufą karabinu kontury zabudowań majaczące na tle szybko ciemniejącej ściany lasu. Jurij skinął głową, że się zgadza, po czym natychmiast poszedł w ślady doktora i klapnął na trawę tam, gdzie stał. – Zjedzcie coś, napijcie się. – Abaszyn zdjął z ramion plecak i podał go Mietkinowi. – Tylko z umiarem, niewiele już zostało – zastrzegł, wygładzając kurtkę. Z kieszeni wyjął zapasowy magazynek, zważył go w dłoni, by po chwili namysłu zastąpić nim dotychczasowy, opróżniony niemal całkowicie przy okazji spotkania z posokowcem. Chyłkiem, lawirując wśród kęp burzanu, podkradł się do zagrody i przycupnął za ogrodzeniem. Ku jego zdziwieniu podwórko, choć mocno zachwaszczone, wyglądało na niedawno wysprzątane. Pod ścianą drewnianej szopy piętrzył się stos barachła, usypany z połamanych mebli, kawałów eternitu i desek, spomiędzy których wystawały na wskroś zardzewiałe elementy jakichś maszyn rolniczych. Przeznaczenia tych ostatnich mógł się jedynie domyślać, jako że wśród plątaniny żelastwa udało mu się zidentyfikować jedynie lemiesz konnego

pługa. – Meta jakaś? – mruknął do siebie, marszcząc brwi. Starając się robić jak najmniej hałasu, podkradł się do furtki, ale rychło okazało się, że jest zamknięta na kłódkę, równie zardzewiałą jak wszystko wokół. Klnąc w duchu, ruszył wzdłuż poszarzałych ze starości sztachet. Wiedział, że gdzieś przy rogu chałupy powinna być jeszcze jedna furtka, a raczej wrota, którymi niegdyś wjeżdżano furmanką na podwórze. I rzeczywiście były. Dwuskrzydłowe, wyższe niż płot i zabezpieczone drewnianym skobelkiem, który zresztą oderwał się z mocowania, gdy tylko Walerij nim poruszył. Zadowolony, prześlizgnął się przez zarośnięte wysoką trawą koleiny, kiedyś wysypane żwirem, który teraz cichutko chrzęścił pod stopami. Dopiero gdy przylgnął plecami do ściany budynku, zauważył rozciągnięte pod płotem, byle jak zamaskowane wiechciami suchej trawy spirale drutu kolczastego. Przy samej furtce na potencjalnego gościa czekały ułożone równiutko obok siebie dwie brony. Ich żelazne zęby, grube jak kciuki i długie na kilkanaście centymetrów, sterczały wycelowane w niebo. – A, to takie buty – wyszeptał. – Kryjóweczka, pułapki... Może jeszcze wilcze dołki? – warknął, obchodząc chałupę i ostrożnie badając grunt pod stopami. Był wściekły. Jak dotąd, to był ich teren i nie mogło być tak, żeby miał się tutaj panoszyć ktoś inny. Po prostu nie mogło. Już się nie czaił, nie garbił, nie skradał. Z karabinem gotowym do strzału wszedł po rozchwierutanych schodkach na werandę, następnie mocnym kopniakiem wkroczył do ciemnej sieni. W mroku majaczyły trzy jasne prostokąty: troje drzwi. Każde prawdopodobnie prowadzące do innego pomieszczenia. Bez wahania pchnął najbliższe skrzydło; otworzyło się z przeraźliwym skrzypnięciem, z izby buchnęło chłodną, zakurzoną stęchlizną. W ciemnościach załopotała poruszona przeciągiem folia, którą ktoś zawiesił na wygiętym karniszu, zaszeleściły kolorowe papierki walające się na podłodze. Podniósł jeden z nich, powąchał. Czekolada, karmel, ledwo wyczuwalna orzechowa nuta.

Powąchał kolejny i uśmiechnął się lekko. Wkurw spłynął z niego, jakby był czymś aksamitnie materialnym, muślinową, wiązaną na troczki pelerynką. Rozluźniony i spokojny, w imię zasad tylko sprawdził pozostałe izby, zerknął też na strych. Wszędzie poniewierały się opakowania po słodyczach, najwięcej zaś w piwnicy, gdzie tajemniczy lokator umościł sobie legowisko ze snopków poczerniałego ze starości lnu. Wyglądało na nieużywane od dawna: narzucona na len postrzępiona i wściekle wzorzysta kapa pokryta była warstewką kurzu. Nie przestając się uśmiechać, Abaszyn wyszedł na zewnątrz i usiadłszy na schodach, zapalił papierosa. Trzeba ich tu będzie ściągnąć, pomyślał, przypatrując się solidnie wyglądającej stodole, murowanej, choć pozbawionej dachu obórce i krytej blachą szopie, obitej z jednej strony grubymi, wyglądającymi na calówki deskami. Dopiero teraz dojrzał studnię. Podobnie jak ta w Stieczance, nakryta była drewnianym wiekiem, ale w odróżnieniu od tamtej posiadała kołowrót z nawiniętym łańcuchem. Tylko wiadra nigdzie nie było widać. Być może stało gdzieś w chałupie albo w którymś z budynków gospodarczych. To była świetna miejscówka. Położone na uboczu, doskonale zachowane i wolne od anomalii siedlisko, najwyraźniej porzucone przez dotychczasowego lokatora, idealnie nadawało się na długoterminowe lokum. Dopalił papierosa, przez kilka chwil kontemplował wzrokiem hałdę śmieci piętrzącą się obok szopy, po czym obszedł zabudowania, by upewnić się, czy wśród chwastów nie drzemie jakaś niespodzianka z gatunku tych, co to potrafiły użyźnić człowiekiem ładne kilka arów terenu. Nie znalazł żadnej anomalii, ani aktywnej, ani uśpionej. Nie oznaczało to, rzecz jasna, że usytuowane na uboczu gospodarstwo zawsze było bezpieczną enklawą. Za stodołą natknął się na pozostałość po żarniku w postaci kręgu spopielonej, poczerniałej ziemi, miejscami aż zeszklonej od wysokiej temperatury. Usatysfakcjonowany, podszedł do furtki, uważając na sterczące spośród trawy żelazne szpikulce. Zdjął z ramienia karabin i kilkoma uderzeniami kolby wybił deszczułki wraz

z przymocowanym do nich skoblem i kłódką. Przezwyciężając opór stawiany przez bujne trawsko, otworzył na oścież rozchwierutane już mocno drzwiczki. Rozciągniętą pomiędzy płotem a krawędzią jednej z bron cieniuteńką nylonową linkę dostrzegł dopiero wtedy, gdy się o nią potknął. Wybity z równowagi, zamachał rękoma w powietrzu, jednocześnie szarpiąc się w bok w jakimś nieludzkim piruecie, od którego trzasnęło mu w krzyżu, po czym opadł na kolana – tuż obok brony. – Kurwaa... – jęknął, dostrzegając kątem oka zawleczkę granatu, dyndającą radośnie na framudze furtki. Niczym na autopilocie, nie zważając na przeraźliwy ból nadwyrężonego grzbietu, przykucnął, zaparł się dłońmi o ziemię, po czym z całych sił odepchnął się w bok, w stronę studni, której zbawcza cembrowina szarzała kilka metrów dalej. Prawie się udało. Gdyby miał jeszcze dwie, trzy sekundy, być może zdążyłby ukryć się za wysokim na metr betonowym tubingiem. Niestety, nie zdążył. Granat eksplodował dokładnie w momencie, kiedy podnosił się z klęczek, by odbić się do kolejnego skoku. Siła wybuchu obróciła nim jak kręglem i cisnęła w okalający studnię wianek chwastów. Ocknął się w znajomo wyglądającej piwnicy, okryty po szyję kapą i czując w nozdrzach zapach butwiejącej sterty lnu i paździerza. Pomieszczenie oświetlała lampa naftowa, kołysząca się na haku pod nisko sklepionym sufitem. Odwróciwszy nieco głowę, dostrzegł Mietkina, siedzącego na plastikowej skrzynce. Na kolanach doktora leżał otwarty zeszyt z niemiłosiernie pozaginanymi rogami. W kącie pomieszczenia na rzuconych byle jak snopkach lnu, z daszkiem czapeczki opuszczonym na twarz, pochrapywał Wiktor. Jurija w piwnicy nie było. Przez kilka chwil Abaszyn testował motorykę kończyn, napinając poszczególne partie mięśni. Sprawdzian wyszedł

zaskakująco pozytywnie: udało się poruszyć palcami stóp, zgiąć nogi w kolanach, zacisnąć i rozewrzeć pięści. Gdyby nie tępe ćmienie pod żebrami i denerwujący szum w uszach, mógłby uznać, że cała ta akcja z granatem tylko mu się przyśniła. Starając się zignorować ból żeber, uniósł się powoli na łokciach, a następnie usiadł. – Pić... – wychrypiał w kierunku pogrążonego w lekturze Mietkina. – No, nareszcie! – ucieszył się doktor. Zamknął kajet i włożył go do plecaka. – Myśleliśmy, że już po tobie. Co to było? Mina jakaś? – Pić! – powtórzył Abaszyn, po czym opadł z powrotem na posłanie. – Jurij poszedł do studni. Trochę mu zejdzie, bo kołowrót wybuch zerwał. No i wiadra nigdzie nie mogliśmy znaleźć – wyjaśnił Mietkin. – Leż, nie wierć się, nie marudź. Regeneracja poszła jak ta lala, poza tym wlałem ci w żyłę prawie litr glukozy, więc bez obaw, nie odwodnisz się – mówił, okrywając go kapą. – Zostaniemy tu do rana, to miejsce ma jakąś dobrą aurę. Tak, tak, aurę, nie przesłyszałeś się – dodał szybko, widząc zdumione spojrzenie Abaszyna. – Nie wiem, z czego to wynika, ale nawet Wiktorowi się poprawiło, patrz, jak smacznie chrapie. Bez prochów, bez niczego. Ba! Pomagał cię tutaj przenieść! Jurij to już w ogóle, jakby się dopalaczy nałykał... A i ja nie narzekam. – Uśmiechnął się szeroko. – Niesamowita sprawa. Musowo tu będzie kiedyś wrócić i trochę pomiarów zrobić, bo to mi jakąś nową anomalią pachnie. – Coś jak wylinka – odezwał się niespodziewanie Wiktor. Abaszyn spojrzał w jego stronę. – Zdurniałeś? – parsknął Mietkin. – Wylinka to przecież ściema, dowcip robiony żółtodziobom, żeby jak durnie moczyli dupy w bagnie. – Przecież wiem – odparł Wiktor. – Ale tutaj naprawdę dopakowuje człowieka. Znaczy działa podobnie. – Hmm... – Doktor podrapał się po łysinie. – Coś w tym jest... – No właśnie. – Wiktor zsunął czapeczkę z twarzy, podłożył ręce pod głowę i w zamyśleniu popatrzył na sufit. – Te papierki

po słodyczach... Cukier, cukier i jeszcze raz cukier, podstawowe paliwko dla organizmu. Po chuj kombinować, szukać suplementów, mymłać czerstwy chleb, pitolić się z makronem czy inną kaszą, skoro wystarczy zjeść trochę cukru? Resztę zrobi anomalia. – Puścił oko do Mietkina. – Przyspieszony metabolizm? – zastanowił się doktor. – Raczej wydajniejszy. – Chyba wiem, kto tu mieszkał – wtrącił słabym głosem Abaszyn. Spojrzeli na niego pytająco. – Kojarzycie tego Rosjanina? – Którego niby? – zapytał Mietkin. – Tego dryblasa, Aloszę, co to go połowa Kordonu szuka. Obaj pokręcili przecząco głowami. – No tak... – westchnął Abaszyn. – Jurij będzie wiedział. Planowałem go zwerbować, ale po tym, co nawywijał, daliśmy sobie spokój. Cholernie niebezpieczny typ, wielki, szybki... i silny jak niedźwiedź. Bandos, który miał nas z nim spiknąć, mówił, że gdzieś w tych stronach ma kryjówkę... i że świruje na punkcie słodyczy. Sądzę, że to jego melina. W mroku kryjącym wąskie cementowe stopnie rozległo się skrzypnięcie podnoszonej klapy, a następnie brzdęknięcie metalu. Chwilę później do piwnicy wkroczył Jurij, ciągnąc za uchwyt ogromną, na oko dwudziestolitrową, zardzewiałą bańkę. Przy akompaniamencie przeraźliwego zgrzytu zawlókł ją pod ścianę, otworzył wieczko i odwrócił się z tryumfalnym uśmiechem. – Załatwione – oznajmił, nieco zdyszany. Mietkin natychmiast podszedł do baniaka i zajrzał do środka. W słabiuteńkim świetle lampy woda wyglądała na czarną, jak stary olej silnikowy. Powąchał. Zalatywała mułem i delikatną sugestią skwaśniałego mleka, ale chyba była zdatna do picia. – Bardzo skażona? – zapytał. – W ogóle – odpowiedział Jurij. – Sprawdziłem. – Poklepał się po bocznej, zapinanej na rzep kieszonce kurtki, z której wystawał fragment obudowy dozymetru. – Świeciłem też do studni, czy

jakie świństwo tam nie pływa, ale nic nie było. Ktoś dobrze z tą klapą wymyślił. – Odczepił od pasa powgniataną manierkę, odkorkował i zanurzył ją w bańce. – O, widzę, że kolega ożył – dodał, zerkając na wiercącego się w posłaniu Abaszyna. – Ożył, ożył – skinął głową Mietkin. – Farciarz. Pół podwórza zmiotło, a ten tylko kilka zadrapań. Widziałeś te brony? W stodołę jedną wbiło, razem z tym kołowrotem od studni. Ledwo dałem radę łańcuch wyplątać. – To nie jest fart. W anomalii siedzimy – wyjaśnił Mietkin, biorąc od niego manierkę. – W wylince. – Że co? – Coś tutaj ładnie człowieka podkręca – wzruszył ramionami doktor. – Pod każdym względem. Wiktor zadowolony, Walerij zaraz będzie brykał. A ty? Dopiero co wlokłeś się na ostatnich nogach, a teraz gołymi rękoma żelastwo z drewna wyciągasz. Ja też nie jestem wyjątkiem. – Zamknął bańkę, docisnął zatrzask, a następnie podniósł ją jedną ręką niemal na wysokość podbródka, zupełnie jakby nic nie ważyła. – Widzisz? – zapytał z uśmiechem, patrząc na zdumioną minę Jurija. – Kurwa! Podajcie wreszcie tę pierdoloną manierkę! – warknął z tyłu Abaszyn. – A nie mówiłem? Już jest na chodzie. – Mietkin mrugnął do Jurija porozumiewawczo. Rzucił manierkę Abaszynowi. Ten chwycił ją zręcznie, odkręcił i przytknął do warg. – No, od razu lepiej – oznajmił po chwili, ocierając usta. – Dobra? – zainteresował się Wiktor. W ręku trzymał cynowy, okopcony od spodu kubeczek. – Ujdzie – odrzekł Abaszyn. – Ciekawe, czy to ma stały, czy tylko przejściowy charakter – deliberował tymczasem Mietkin, obmacując sobie przedramiona. – Sądząc po tym, co wyczyniał ten pojeb, efekt może się utrzymywać dłużej. W Pierieszewie gołymi rękoma załatwił pięciu wojennych – powiedział Abaszyn, zakręcając manierkę. Ostrożnie, jakby testując możliwości organizmu, podniósł się na nogi. – O kim wy mówicie?! – Jurij wyglądał na coraz bardziej

zdezorientowanego. – O Aloszy Niedźwiedziu – wyjaśnił Abaszyn. – Wszystko wskazuje na to, że siedzimy w jego gawrze.

Rozdział 10 Tym razem nie było fali uderzeniowej ani efektownej ognistej kuli, nie było też słupa dymu i odłamków. Nawet niespecjalnie huknęło. Ot, fuknęło kurzem przez świetliki, dach budynku podskoczył do góry, a na ziemię posypały się kawałki papy. Główny impet wybuchu poszedł na stalowe wrota, które poleciały w stronę lasu jak pocisk, pozostawiając za sobą sinawobłękitną mgiełkę. – I tyle? – Skulony za drzewem Mikołaj wychylił się zza pnia i zawiedziony wpatrywał w prawie nienaruszony budynek. – Cierpliwości – powiedział Dima. Z podwiniętymi nogami i strzelbą na kolanach siedział nieopodal, na dnie głębokiego wykrotu, ogryzając z apetytem mięsaczowe żeberko. – Niech się dobrze nagrzeją. Zobaczysz, jak pierdolnie. Tam są, brachu, dwa pojemniki grawików. Osiem sztuk. Wiesz, jak one reagują na wysoką temperaturę? – O cholera! – Mikołaj wiedział aż za dobrze. Sprasowana w grawikach materia utrzymywała swój stan skupienia, dopóki oddziałująca na nią temperatura nie przekraczała pięciuset stopni. W wyższej artefakty eksplodowały z potworną siłą, roznosząc w pył wszystko w promieniu kilkunastu metrów. Beton, stal, skałę – wszystko. Błyskawicznie cofnął głowę, a następnie zaległ płasko na ziemi, osłonięty grubym jak beczka pniem starego buka. – No właśnie – zarechotał grubas. – Kilogram C4 to przy grawiku kapiszon. Trochę fosforu i jebut! Aż dziw, że te islamskie pały jeszcze na to nie wpadły. – Uważaj, bo wykraczesz – odezwał się Siwy z gęstwiny jeżyn, których kłębowisko niczym zasieki drutu kolczastego osłaniało powalony na ziemię pień sosny, spróchniały i pozbawiony kory. Dima roześmiał się jeszcze głośniej. – E tam, nie są głupi... – Nie dane mu było dokończyć, bo w tej

samej sekundzie nastąpiła eksplozja. Eksplozja przez duże, ale to naprawdę duże E. Tak duże, że dopiero po dłuższej chwili udało im się wygramolić spod zwałów ziemi przemieszanej z porozrywanym na szczapy drewnem. – Boże... – wyszeptał Mikołaj, tocząc wokół siebie błędnym wzrokiem. W miejscu, gdzie jeszcze niedawno stał budynek, teraz ział głęboki lej. Zniknął również spory fragment wzgórza – piaszczyste wzniesienie przypominało wielki bochen chleba, z którego ktoś wykroił pokaźną pajdę. Nad tym wszystkim wznosił się na wysokość dobrych pięćdziesięciu metrów słup dymu i kurzu, zwieńczony efektowną, rozszerzającą się coraz bardziej czapą. – Jak atomówka... Kurwa... To jest piękne... – zachwycił się Dima. Wsunął dłoń za pazuchę bluzy i szybkim ruchem, niczym iluzjonista, wyjął kraciastą chusteczkę. Rozprostował ją energicznym machnięciem, po czym otarł nią twarz. Utykając i posykując z bólu, dokuśtykał do niego Siwy. Ubranie miał w strzępach, z zadrapań na czole i policzkach sączyły się strużki krwi. Wyglądał jak siedem nieszczęść. – Wiesz co, Dima? – wychrypiał. – Ty to jednak jesteś popierdolony. Ormianin zmierzył go wzrokiem od stóp do głów. – Mówiłem, że chujowa osłona, taki pniak? – Westchnął ciężko. – Mówiłem. To nie słuchałeś. Za wzgórzem złożyliśmy podstawowy ekwipunek. – Wskazał na wydrążone detonacją zbocze. – Przebierz się, gębę obmyj, bo patrzeć hadko. Skrętaka przyłóż, kilka zostawiłem na takie okazje. – Sam se, kurwa, przyłóż – warknął Siwy, po czym zaniósł się kaszlem. Z ust wyleciał mu obłoczek pyłu. W końcu machnął ręką i powlókł się w stronę wzniesienia. Mikołaj tymczasem w dalszym ciągu próbował odzyskać równowagę wewnętrzną. Na wpół ogłuszony, z załzawionymi od kurzu oczyma, stał w bezruchu. – Ejże, panie stalkier. – Dima podszedł do niego i delikatnie poklepał po policzku. – Co to za stupor jakiś? – zapytał z troską. –

No już, wracamy, wracamy do żywych. Jak to mówią, jebło, to jebło, po chuj drążyć? – Położył mu ręce na ramionach, potrząsnął energicznie raz i drugi. Stalker zamrugał gwałtownie, nabrał powietrza, odetchnął. – Boże – powtórzył. – Troszeczkę przedobrzyliśmy, to fakt – zgodził się Dima. – My?! – Mikołaj postąpił niezgrabnie w stronę krateru. Nad lejem wciąż unosił się słup dymu. Zewsząd dobiegał cichy szelest opadających na ziemię rozdrobnionych na kaszę szczątków budynku. – Ja nawet nie wiedziałem, czego tam napchałeś! – Oj tam, oj tam. Walerij polecił pozacierać ślady, to zatarłem. Mogą sobie teraz węszyć do usranej śmierci – uśmiechnął się Dima. Zaraz jednak zmarszczył brwi. – Piwnicy trochę szkoda... Myślałem, że pójdzie bardziej na boki i do góry. Ciekawe, czy bardzo napromieniowało. – Powiedziawszy to, wyjął z plecaka dozymetr. Urządzenie natychmiast zatrzeszczało, wskazówka zadrżała i skoczyła do końca skali. – Oho, mamy skażenie – skonstatował spokojnie. Mikołaj zatrzymał się w pół kroku, po czym powolutku wycofał. – Duże? – zapytał. – Nawet bardzo – odpowiedział Dima. – Trzeba nam będzie entolimod wtrząchnąć. Niedobrze, na interior miał być... – Westchnął, chowając dozymetr. – Wynośmy się stąd, opad dopiero się zaczyna. Zdaje się, że zasyfiliśmy okolicę na dobre. Mikołaj rozejrzał się wokół siebie. Z buka, za którym się schował, pozostał tylko rozwarstwiony, najeżony zadziorami ułomek. Podobny los spotkał kryjówkę Siwego. Spróchniały pniak, kłębowisko jeżyn, kępa jałowców – wszystko to zwyczajnie znikło. W miejscu, gdzie leżał stalker, widać było tylko niewielkie wgłębienie w ziemi, mniej więcej rozmiarów człowieka. Domyślił się, że pniak przetoczył się po Siwym jak walec, wciskając tamtego w wygrzebaną wcześniej dziurę w piaszczystym podłożu jak rodzynkę w ciasto. Najmniej ucierpiał Dima. Niosący lawinę drewna podmuch

przemknął nad wykrotem, zasypując go warstwą ziemi, wymieszanej ze ściółką. Brnąc przez ten autentycznie postapokaliptyczny krajobraz, obeszli lej, przecisnęli się przez gąszcz młodych świerków, które przed podmuchem osłonił południowy stok wzgórza, by w końcu dotrzeć na przeciwległą stronę wzniesienia, gdzie oparty o sosnę czekał na nich Siwy, przebrany już w czysty uniform i z pooklejaną plastrami twarzą. U jego stóp spoczywała brezentowa torba z długim paskiem. Kilka kroków dalej na kikucie gałęzi dyndały oba kałasznikowy i krótka strzelba. – Mówiłem, żebyś artefakt przyłożył! – powiedział z naganą w głosie Dima, podchodząc do niego, by docisnąć dyndający przy żuchwie tamtego plaster. – Łapy przy sobie! – Siwy syknął z bólu i szarpnął głową do tyłu. – Przyłożyłem – wyjaśnił, wskazując wybrzuszenie na nogawce spodni, tuż poniżej kolana. – Rozwalona paskudnie, daleko bym na niej nie uszedł. – Pokaż – nakazał Dima. O dziwo, Siwy nie protestował. Podciągnął nogawkę i wysunął nogę do przodu. Ostrożnie rozwinął bandaż, po czym wyjął spod niego wymazany krwią artefakt. – O kurwa – skrzywił się Dima na widok paskudnej, kilkunastocentymetrowej rany na łydce stalkera. – Tu nawet kilka takich nie wystarczy – orzekł ze znawstwem. – Wierzchem może by przyłapało, ale żeby głębiej wygoiło, mowy nie ma. Podaj mi plecak! – rzucił przez ramię do Mikołaja. – Nie wystarczy? – zaniepokoił się Siwy. – Ano nie. Pamiętasz, Mikołaj, ile poszło na Jurija, gdy go złamiec łapskiem pociągnął? Mikołaj skinął tylko głową. Pamiętał doskonale, zwłaszcza że i jemu nieźle się wtedy oberwało, choć nie aż tak dotkliwie jak koledze. No ale sami byli sobie winni, w końcu mieli co jeść i nie musieli odpędzać żarłocznego dziadka od upolowanej zwierzyny, nawet jeśli to oni sami ją ustrzelili. Złamce, chyba najbardziej ludzkie spośród całej menażerii, nie były specjalnie agresywne, mało tego, zdarzało się, że

napotkawszy rannego stalkera, czuwały przy nim, odpędzały drapieżniki, a nawet próbowały go pielęgnować, choć przeważnie z opłakanym skutkiem. Mało który stalker był bowiem w stanie przeżyć zabieg zaczopowania rany postrzałowej wiechciem trawy tudzież wepchnięcia do jamy brzusznej wylewających się jelit. Niemniej liczyły się dobre chęci, a tych złamcom nie brakowało. Nieobliczalne robiły się jedynie wówczas, gdy przychodziło walczyć o pożywienie. Wtedy nie było zmiłuj. Rozsierdzony i głodny złamiec nie ustępował pola nikomu i niczemu, bez różnicy, czy był to uzbrojony człowiek, czy inny mutant. Gdy w ruch szła potwornie umięśniona prawa kończyna, zakończona wielką jak bochen dłonią ze szponami, jakich nie powstydziłby się pseudogigant, jedynym ratunkiem była ucieczka. Swego czasu Mikołaj na własne oczy widział zmasakrowaną przez głodnego złamca chimerę. Dwugłowe bydlę dogorywało z przetrąconym grzbietem i oderwaną zadnią łapą u stóp posilającego się jej zdobyczą zdeformowanego, na oko siedemdziesięcioletniego dziadunia w poszarpanej kufajce i resztkach uszanki na łysej głowie. Jego ogromna jak kafar ręka, zbryzgana juchą aż do wykoślawionego łokcia, zwisała nieruchomo, jakby dosztukowana do reszty ciała przez szalonego chirurga. – No właśnie. Z dziesięć skrętaków poszło, a i to śliwiło się tygodniami. Otwierać znowu musiał, dezynfekować, szyć. – I tak nie ma wyjścia – żachnął się Siwy. – Dawaj, ile masz, a ja będę się modlił, żeby dały radę. – Mam lepszy pomysł – oznajmił Dima. – W chuj stratny będę, ale czego się nie robi dla przyjaciół. – Z tajemniczą miną wydobył z plecaka plastikowe pudełeczko i podważył kciukiem wieko. Pokazał zawartość Siwemu. Twarz stalkera rozjaśniła się w szerokim uśmiechu. Zaintrygowany Mikołaj podszedł bliżej i również zajrzał do środka. Na dnie pudełeczka, zawinięte w kawałek folii bąbelkowej, leżały mamine korale. Od artefaktu biła ciepła, rubinowa poświata.

– I miałeś je przez cały czas? – zapytał, spoglądając ponuro na grubasa. – Ano miałem – wzruszył ramionami Dima. – Taki zaskórniak. Mikołaj wyprostował się, zacisnął pięści. – Czemuś nie dał Wiktorowi? – zapytał cicho. Dima nie odpowiedział od razu. Przez kilka chwil z namaszczeniem rozwijał folię, od czasu do czasu zgniatając palcami któryś z bąbelków. – Bo nie zasłużył – burknął w końcu. – To nie była jego wina i doskonale o tym wiesz – wycedził Mikołaj. – Moja też nie. – Noż do kurwy nędzy, Dima! – Mikołajem regularnie zatrzęsło. – Mogłeś go... nie wiem, obezwładnić, w szczękę huknąć, znasz przecież te wszystkie chwyty, to całe judo czy inne zapasy! A ty mu prawie roztrzaskałeś czaszkę. Kolbą, kurwa! – Odwal się, dobra? – Grubas na powrót zabandażował łydkę Siwego, pozostawiając odrobinę luzu, tak aby można było wcisnąć pod spód artefakt. – To była chwila. Nie mogłem mu pozwolić na powtórkę. – To trzeba było dać korale! – jęknął Mikołaj z rozpaczą. – Widziałeś, w jakim był stanie! – Skrętaki pomogły, nie pierdol. – Tak samo pomogły, jak i teraz Saszy! Dla przyjaciół wszystko, tak? Że niby Wiktor wróg? Na ostatnich nogach, półprzytomny poszedł teraz z tamtymi, ale co tam, on dla ciebie żaden przyjaciel, niech zdycha po drodze. – Głos Mikołaja ociekał goryczą. – Weź już mnie nie wkurwiaj! – warknął ewidentnie wyprowadzony z równowagi Dima. – I nie dramatyzuj. Nic mu, kurwa, nie będzie. Jedna, dwie emisje i się zregeneruje. A teraz, z łaski swojej, idź i sprawdź, czy cię nie ma w tamtych krzakach. Grzybów poszukaj albo coś. – Wskazał podbródkiem na pobliskie świerki. – Ja mam tu ranę do opatrzenia.

Rozdział 11 Pospiesz się, za siedem minut ich wypuszczą! – Stojący w drzwiach wejściowych Jusupow z niepokojem spoglądał na zegarek. Wskazówki stareńkiego poljota, o szkiełku porysowanym do tego stopnia, że wyglądało jak mleczne, wskazywały piętnastą dwadzieścia trzy. – Już, już, tylko poustawiam te pierdolone puszki! – padła odpowiedź. Z wnętrza baraku dobiegały metaliczne odgłosy, przeplatane siarczystymi przekleństwami. – Hobby se, kurwa, umyślił! Rozumiem znaczki, bilon. Małe toto, w klaserze się trzyma, porządek jest, w razie czego spakować łatwo, przenieść... A nie najebać pod sufit jakiegoś złomu! Żeby to chociaż aluminium było... – Wołodia! Zamknij się! – syknął Jusupow, powolutku wycofując się do środka. – Sam się zamknij! Co ja jestem... – Waruchin tu idzie! – Spanikowany Jusupow rozejrzał się po tonącym w mroku wnętrzu, szukając drogi ucieczki. Niestety, zaadaptowany na kwatery oficerskie wagon towarowy miał tylko jedno wejście. I ani jednego okna, nie licząc niewielkiego, zakratowanego świetlika. – Kto idzie? – nie dosłyszał Rybin. Balansując na taborecie i przyświecając sobie latarką, ustawiał właśnie puszkę po energetyku na szczycie kolorowej i nieco koślawej piramidki podobnych, chwiejących się niebezpiecznie na szafie. Gdzieś za ścianą zachrzęścił żwir, deptany ciężkimi buciorami. – Złaź! – Jusupow podbiegł do przyjaciela i pociągnął za kurtkę. Zaskoczony Rybin zachwiał się na taborecie i aby nie upaść, chwycił jedną ręką za krawędź szafy. To wystarczyło, aby pieczołowicie rekonstruowana piramidka runęła z przeraźliwym brzękiem najpierw na Rybina, a potem na zastygłego za nim Jusupowa.

– Kuuurwa... – jęknął Rybin, odzyskując równowagę. – Zobacz, co narobiłeś... – Obejrzał się przez ramię na Jusupowa. Zeskoczył ze stołka i podstawił mu pod nos trzymaną w ręku puszkę. Była wgnieciona. – Za chuja nie uwierzą, że same spadły – stwierdził ponuro. – Wołodia. Ty. Mnie. W ogóle. Nie. Słuchasz – wycedził Jusupow. Nie spuszczając z niego wzroku, pokazał kciukiem w kierunku wejścia. W jasnym prostokącie drzwi, podświetlony z tyłu pomarańczową, dogasającą już anomalną poświatą, z rękoma założonymi na piersiach, stał major Waruchin. – Zdrastwujtie, towariszcz major! – Rybin ani na sekundę nie stracił rezonu. Upuścił na podłogę puszkę, odepchnął ją stopą na bok. – Bałagan tutaj okropny mają, prawda? I pomyśleć, że to szarża, że przykładem powinni świecić... – Podszedł do najbliższej pryczy i kilkoma ruchami wygładził narzucony na nią oliwkowozielony koc. – Najęli was do sprzątania? – zapytał Waruchin. – No co wy, towarzyszu majorze – obruszył się Rybin. – Przechodziliśmy obok, usłyszeliśmy hałas, drzwi były otwarte... Myśleliśmy, że może któryś starszyzna do schronu nie zdążył i teraz słabość nieboraka tłucze. Ratować chcieliśmy, prawda, Fomka? – Szturchnął łokciem Jusupowa, który tylko westchnął ciężko. – No właśnie. – Weszliśmy, a tu nikogo, tylko to barachło poniewiera się wszędzie... – Kopnął kolejną puszkę. – A ten stołek to po co? – Waruchin przestąpił próg i krocząc ostrożnie wśród rozrzuconych puszek, podszedł do szafy. – Dajcie no latarkę. – Wyciągnął rękę do Rybina. Stalker z ociąganiem podał mu miniaturową, przypominającą obcięte cygaro punktówkę, po czym powolutku wycofał się do wyjścia. Jusupow, aczkolwiek zażenowany wpadką, pozostał na swoim miejscu. Z narastającym zdziwieniem obserwował Waruchina, który przysiadł na taborecie i przyświecając sobie latarką, majstrował jakimś drucikiem w zamku szafy. – Towarzyszu majorze, co wy robicie? – zapytał cicho Jusupow.

– Przeszukanie robię, ot co – odparł Waruchin. – Na rozkaz generała – dodał nieco głośniej, tak aby usłyszał go także Rybin. – Dowództwo otrzymało informację, że na teren jednostki przemycono alkohol. Został naruszony regulamin... Cholera jasna! – zaklął nagle i chwycił się za dłoń. Drucik upadł na podłogę. – Czy mogę coś wtrącić, towarzyszu majorze? – zapytał Rybin uprzejmie. – Ależ proszę bardzo – odrzekł równie uprzejmie Waruchin, po czym possał skaleczony palec. – Niepotrzebnie szarpiecie się z tym zamkiem. Ona jest otwarta. Szafa znaczy się – wyjaśnił stalker. – Słucham? – Otwarta jest. Wystarczy zapadkę podważyć, przez szparę. Choćby i nożem. Niepotrzebne wytrychy. – Nie mogliście od razu powiedzieć? – Powiedziałbym, gdybyście powiedzieli, że i wy chcecie się do niej włamać. – Wołodia... – jęknął Jusupow, kryjąc twarz w dłoniach. Waruchin nie wytrzymał i parsknął śmiechem. – Ech, wy stalkiery od siedmiu boleści – powiedział wesoło. – Generał już dawno przyuważył te wasze manewry. – Niby jak? – zdziwił się Rybin. – Przecież w bunkrze siedzi. – Doprawdy? Widzieliście z tego swojego daszku, żeby schodził z pozostałymi? Rybin podrapał się po głowie, spojrzał pytająco na Jusupowa, który tylko wzruszył ramionami. – No właśnie – stwierdził Waruchin. – Nie schodził, bo nie musiał. Gabinet ma ekranowany. Macie jakiś nóż? – zwrócił się do Jusupowa. Stalker po chwili wahania wręczył mu wielofunkcyjny scyzoryk z rozprostowanym już wąskim jak skalpel ostrzem. – Będzie w sam raz – mruknął, uciekając wzrokiem. Na zewnątrz od strony ogrodzenia dobiegł hurgot opuszczanych na wieżyczkach osłon. Z umieszczonych na słupach głośników rozległ się krótki, przeraźliwie wysoki

dźwięk, oznaczający koniec alarmu. Rybin natychmiast wyskoczył na zewnątrz. – Otwiera się! – poinformował, wskazując na bunkier. Umieszczone na stalowych odrzwiach koło obracało się powoli, a na zamontowanym w betonowej framudze panelu migało zielone światło. – Lepiej, żeby was tutaj nie spotkali – powiedział Waruchin. – Zmykajcie, ale już. – Odwrócił się z powrotem do szafy, wcisnął ostrze w szczelinę pomiędzy drzwiczkami szafy a framugą i energicznym ruchem pociągnął nim do góry. Chwycił za uchwyt i zamek odskoczył. – Na górnej półce, towarzyszu majorze – poinformował Jusupow. Szybkim krokiem ruszył do wyjścia. –Pod ręcznikami – rzucił już zza progu. Waruchin z trudem powstrzymał chichot. Stanąwszy na palcach, wsunął dłoń pod stosik złożonych w równą kostkę ręczników i niemal od razu wymacał obły kształt. A potem następny. I jeszcze jeden. – No i pięknie – zamruczał, wyjmując półlitrówkę wysokogatunkowej czystej. Upewniwszy się, że stalkerzy zniknęli z pola widzenia, poupychał butelki w przepastnych kieszeniach polowej kurtki, jedną, dla której zabrakło miejsca, wsunął za pas. Zamknął drzwiczki i równie szybko jak tamci wymknął się z baraku. Generał czekał na niego przed gabinetem z pękiem kluczy w ręku. – Rozumiem, że się udało? – zapytał. Utykając, ruszył w kierunku klatki schodowej. – Jeszcze jak – odpowiedział Waruchin. Podtrzymując wyciągnięte do kolan poły kurtki, podążył za przełożonym. – Cztery butelki polskiej żubrówki i dwie jakiejś nalewki, chyba szwedzkiej, a może norweskiej... Nie bardzo miałem czas się przyjrzeć, towarzystwo wracało już ze schronu. – Jedna będzie dla Starczenki, na ocieplenie stosunków bilateralnych – oświadczył Zelencew. – Jedną oddacie tym ancymonom. Jedna dla was, za fatygę. Ostatnią biorę ja. Nalewki

także. Będą dla Galiny, choć nie sądzę, żeby mi to w czymś pomogło, bo zła jak osa. – Westchnął ciężko. – A tak w ogóle to uwierzyli? – Zatrzymał się przed schodami i wręczył Waruchinowi klucze. – Rybin tak. Jusupow niekoniecznie, ale to nie ma znaczenia. Najważniejsze, że wiedzą, że my wiemy. – Każę Starczence dopisać stosowny punkt regulaminu. – Dobra myśl, towarzyszu generale – skinął głową Waruchin. – Które to? – zapytał, spoglądając bezradnie na klucze, błyszczące wszystkimi odcieniami stopów metali. – Dwa najdłuższe. Ciemny otwiera górny zamek, żółty dolny. A właśnie, sejf jest na szyfr. Osiem sześć zero cztery dwa sześć. Zapamiętasz? – Nie idziecie ze mną? – zdziwił się Waruchin. – A po co? – wzruszył ramionami generał. – I przyślijcie potem Siergieja, będzie mi potrzebny. – Tak jest! – Waruchin wspiął się na schody przy akompaniamencie delikatnego pobrzękiwania butelek. – Niech weźmie ze sobą laptop! – zawołał za nim Zelencew. – Przekażę! Poddasze, które co wrażliwszego przyprawić by mogło o atak klaustrofobii, od sufitu aż po podbity taflami grubej blachy dach wypełnione było stosami najróżniejszych rozmiarów drewnianych skrzyń, opatrzonych metalowymi plombami i ogromną ilością nalepek z ostrzeżeniami, wśród których dominowały symbole czaszek i niezliczone wykrzykniki. Oświetlając sobie drogę latarką, Waruchin przecisnął się wąskim przejściem do równie wąskich stalowych drzwi, broniących dostępu do schowka. Wskazane przez generała klucze gładko obróciły się w zamkach. Pomieszczenie, w którym Zelencew przechowywał swoje skarby, wystrojem i rozmiarami przypominało nieduże archiwum: na ustawionych pod ścianami regałach spoczywały sterty przewiązanych sznurkiem gazet, dokumentów, rzędy segregatorów, teczek i skoroszytów. Sejf, nie większy od przenośnej lodóweczki, tkwił w kącie, częściowo zasłonięty

regałem. Ku zdziwieniu Waruchina w jego pancernym wnętrzu oprócz pojemnika z artefaktami spoczywał ukradziony Mietkinowi kajet, teraz osuszony i starannie wyczyszczony z błota. Waruchin natychmiast się domyślił, w jakim celu adiutant Starczenki przytaszczył niedawno do gabinetu generała nowiuteńką, wypasioną kopiarkę. Oznaczało to, że ludzie z placówki naukowej już otrzymali kserokopie albo nawet skany notatek doktora i tylko kwestią czasu było, kiedy wydobędą z tych bazgrołów konkretne informacje. Włożył butelki do sejfu i zatrzasnął ciężkie drzwiczki. Jeszcze raz omiótł latarką pakamerę. Spod jednego z arkuszy dykty, którą obite były ściany, błysnął metal. To pomieszczenie również było ekranowane. Zapobiegliwość generała zdumiała go po raz kolejny. Lżejszy o półtora litra alkoholu, zszedł ostrożnie po schodach i starając się nie brzęczeć szkłem, wyślizgnął się na zewnątrz, odprowadzany zdziwionymi nieco spojrzeniami sztabowców powracających na swoje stanowiska.

Rozdział 12 O w mordę jeża! – westchnął Jurij, próbując ogarnąć wzrokiem metalową konstrukcję, której szczyt zdawał się niknąć w chmurach. – Robi wrażenie, prawda? – Mietkin stanął obok niego i zadarł głowę do góry. – Ponad sto tysięcy ton, kilometr długości i sto pięćdziesiąt metrów wysokości. Mokry sen złomiarza. – Uśmiechnął się pod nosem. Instalacja rzeczywiście była imponujących rozmiarów: dziesiątki wysokich masztów, ustawionych jeden obok drugiego, oplecionych pajęczyną dipoli i połączonych kładkami technicznymi, przypominały monstrualne rusztowanie. U podnóża konstrukcji znajdował się nieduży, parterowy budynek rozdzielni, wokół którego niczym kostki domina majaczyły rzędy szaf transformatorowych, na wpół zanurzone w tumanach mgły. – Będziesz wiedział które? – zapytał Mietkin, odwracając się do Wiktora. – Chyba tak... – odpowiedział Wiktor. – Za stabilizację odpowiada tamten zestaw. – Wskazał na środkową część instalacji, minimalnie niższą od całości, wzdłuż której zamocowane były poziomo wrzeciona promienników, niczym średniowieczne podwieszane klatki dla skazańców. Podtrzymujące je stalowe dźwigary obwieszone były zwojami kabli. – Wystarczy odciąć. – Sporo tego... – odezwał się z nabożeństwem w głosie Abaszyn. Stał z tyłu, między drzewami, przygarbiony i z opuszczonymi wzdłuż ciała rękami. Wyglądał, jakby za chwilę miał upaść na kolana. Ogrom konstrukcji i bijąca od niej prawie namacalna potęga onieśmieliły nawet jego. – Wszystkie te przewody? – zaniepokoił się doktor. – Niekoniecznie. To połączenie szeregowe. Ciachniemy główny

i po sprawie – wyjaśnił Wiktor. – Tylko najpierw musimy go znaleźć. – A nie mieliśmy tego przypadkiem wysadzić? – Jurij spojrzał na wypchany plecak Mietkina. – Co?! – Zdumiony Wiktor niemal podskoczył w miejscu. – Popierdoliło was?! Przecież... przecież to byłaby jebana katastrofa! Kataklizm dziesięć razy gorszy niż w dwa tysiące szóstym! Co ja gadam? Sto razy gorszy! Wysmażyłoby wszystko do gołej ziemi! Jezu... – Zamilkł, nie mogąc nabrać tchu ze wzburzenia. – Bez przesady... – spróbował zmitygować go Jurij. – Co bez przesady?! – Wiktor niemal wrzasnął. – Pamiętasz, jak pieprznęło?! Uruchomili tylko pół sekundy później niż emiter! Durne pół sekundy, rozumiesz?! To przecież jest pieprzony STABILIZATOR! On wszystko stabilizuje, kretynie jeden! Co z ciebie za elektryk, że tego nie ogarniasz?! – wykrzyczał Jurijowi w twarz. – Odpierdol się – zripostował z typową dla siebie finezją Jurij. – Ja tego nie wymyśliłem. Uwagi zgłaszaj do doktorka. Mnie nikt w szczegóły nie raczył wtajemniczyć. – Łypnął na Mietkina, który z niezmąconym spokojem przysłuchiwał się ich dyskusji. – A kto tu mówi o wysadzaniu? – wzruszył ramionami doktor. – Ładunki wziąłem dlatego, że rozdzielnia jest w podziemiach. A tam drzwi pancerne, gródź, a wszystko pozamykane na cztery spusty. W razie czego będziemy mogli się przebić do środka. Zdjął plecak i ostrożnie postawił go na ziemi. – Jest prostszy sposób – powiedział po chwili Wiktor. – Mianowicie? – Według schematów główny przewód zasilający idzie pod ziemią, potem rozgałęzia się na cztery, po jednej żyle do każdej sekcji stabilizatora, potem rozgałęzia się na tyle, ile jest dla sekcji przypisanych transformatorów. A potem odnogi znowu się łączą. Nie musimy wchodzić do podziemi, nie musimy też wdrapywać się na maszty. – Nie rozumiem. – Mietkin zmarszczył brwi. – Transformatory! – oznajmił Wiktor tryumfalnie. – Odłączymy

te, które odpowiadają za główną sekcję stabilizatora. – Czyli konkretnie które? – zapytał Abaszyn, wskazując na dziesiątki ciemnoszarych sześcianów otaczających budynek. Postąpił naprzód, w dalszym ciągu jakby niepewny i dziwnie wyciszony. – Jeszcze nie wiem, ale powinny mieć stosowne oznaczenia... – odpowiedział Wiktor. – Na planach podstawowa sekcja miała symbol X8, pomniejsze oznaczone były samymi cyframi... – dodał po chwili namysłu.

– I każdy jeden musowo odłączyć? Te obudowy wyglądają na solidne. – Abaszyn zsunął kaptur z głowy i przejechał dłonią po ostrzyżonej szczecinie. – Wystarczy kilka, skok napięcia wysmaży pozostałe. – Nie podoba mi się to – oświadczył Abaszyn. – Czemu? – zdziwił się Mietkin. W ręku trzymał wyjęty z plecaka i zwinięty w rurkę skoroszyt ze schematami. – Wiktor dobrze mówi, całe to ustrojstwo jest cholernie podatne na skoki

napięcia. Prawda, Jurij? Rosjanin, z wykształcenia elektrotechnik, skinął tylko głową na znak, że zgadza się ze słowami naukowca. – Zniszczymy je. Nieodwracalnie. To mnie martwi – westchnął Abaszyn. – A co będzie, jeżeli przy okazji pójdzie w pizdu cała reszta? – Nie pójdzie – stwierdził z przekonaniem Wiktor. – Sekcje są autonomiczne aż do bólu i mowy nie ma, żebyśmy niechcący załatwili całość. To jest po prostu fizycznie niemożliwe. – Dokładnie tak, wszystkiego naraz nie uszkodzimy – poparł go Mietkin. – A że nie będzie odwrotu? Coś za coś, Walerij. Kilometr czy dwa Strefy mniej kosztem konkretniejszego piekiełka w centrum to nie byle co. Niech się kotłuje, wysmaża do oporu, my tymczasem będziemy sobie spokojnie działać w Jantarze. Na tamtejszym sprzęcie i mając do dyspozycji dane z serwera, odtworzę nasze konstrukty w kilka miesięcy. – W porządku – ustąpił Abaszyn. – Zróbmy to. – Naciągnął kaptur, poprawił szelki plecaka. Z bronią przygotowaną do strzału ruszył przez karczowisko w kierunku ogrodzonego siatką skupiska transformatorów. Mgła, chociaż ograniczała widoczność, miała jedną nieocenioną zaletę: pozwalała bezbłędnie określić lokalizację anomalii. W zależności od rodzaju zaburzeń opar w jednych miejscach tańczył jak diabeł pustynny, w innych wirował majestatycznie po okręgu albo kłębił się wokół niewidzialnej bariery, jakby natrafił na ścianę ze szkła. Pole anomalii kończyło się jak nożem uciął kilka metrów przed ogrodzeniem, jedynie daleko po prawej, niemal na krawędzi widoczności, pulsowała błękitna poświata wyładowań elektrycznych. – Elektra? – zastanowił się Jurij, patrząc w tamtym kierunku. – Czy przebicie jakieś? Ociekająca kroplami wilgoci siatka, choć zardzewiała, mogła w tym momencie stanowić śmiertelne zagrożenie. – Sprawdź – zasugerował z wrednym uśmieszkiem Abaszyn. – Ażebyś wiedział, że sprawdzę – odpowiedział Rosjanin.

Brodząc po kolana w wysokiej trawie, podszedł do siatki. Z wewnętrznej kieszonki kurtki wyjął miniaturowy próbnik napięcia. Ostrożnie przytknął jego koniec do ogrodzenia. Dioda na rękojeści urządzenia pozostała ciemna. Na wszelki wypadek sprawdził jeszcze najbliższe słupki, do których przymocowana była siatka, wszędzie z takim samym efektem. – Elektra – oznajmił, pokazując jednocześnie Abaszynowi wyprostowany środkowy palec. Białorusin natychmiast odwzajemnił gest. – Skończyliście? To przełaźcie i sprawdźcie teren. – Mietkin uznał za stosowne przerwać tę zwyczajową wymianę uprzejmości. – On znowu słabnie – dodał nieco ciszej, oglądając się na Wiktora. Stalker kucał w trawie z odkrytą głową, masując skronie. – Noż kurwa mać! – westchnął Abaszyn. – Czemu? – A skąd mnie wiedzieć? Może to martwe pole? Oddziaływania znoszą się nawzajem? Nie mam pojęcia – żachnął się doktor. – Dam mu jeszcze jedną szprycę, ale czarno to widzę. – Jurij! Śmigaj na drugą stronę! – Abaszyn skinął na stojącego przy siatce dryblasa. – Zaraz do ciebie dołączę. Stalker skinął głową i zarzuciwszy sobie strzelbę na plecy, zręcznie pokonał ogrodzenie, by natychmiast przywarować za najbliższą skrzynią transformatora. Abaszyn tymczasem podszedł do Mietkina. – Zabierz go z powrotem do tej chałupy, może jak tam dłużej posiedzi, to wyzdrowieje... My zajmiemy się tym ustrojstwem. – Obejrzał się na instalację. – Jakby nie zadziałało, wysadźcie jeden z masztów – odezwał się słabym głosem Wiktor. – Obojętnie który... A potem... potem uciekajcie ile sił w nogach... Bóg jeden wie co tu się zacznie dziać. – Coś ty powiedział? – zapytał Abaszyn, odwracając się w jego stronę. – Co ma się niby wydarzyć? – Nie wiem! – jęknął Wiktor. – To stabilizator przecież... Widzisz, jak tu spokojnie. Bez niego... różnie może być. – Walerij, on ma rację – poparł go Mietkin. – Dopóki się nie wyrówna, będą fluktuacje.

– Co? – Abaszyn wyglądał na zdezorientowanego. – Zaburzenia. Może emisja? Nie mam pojęcia, Walerij – odparł doktor. – To wszystko jedna wielka zagadka. Emitery, to cholerne ustrojstwo pod Sarkofagiem, nawet Duga. Niby wiem, co robi, niby umiem coś przy tym pomajstrować, ale nic poza tym. Jestem trochę jak szympans, któremu wstawiono do klatki telewizor i dano do zabawy pilota. I on sobie, rozumiesz, wciska te wszystkie guziczki, czasem zmieni kanał, czasem włączy i wyłączy odbiornik, podgłośni, ściszy, a przy odpowiednio dużej liczbie powtórzeń zapamięta to i owo, a po jakimś czasie zacznie nawet coś kombinować z ustawieniami. – Z tym szympansem to faktycznie coś jest na rzeczy... – spróbował zażartować Abaszyn, ale przerwał, słysząc cichy jęk Wiktora. – Dasz radę iść? – zapytał. Pogrążony w cierpieniu naukowiec wymamrotał coś niewyraźnie, po czym upadł w trawę i zwinął się w kłębek, ściskając głowę rękoma. – Pójdzie – odpowiedział zamiast niego doktor. – Dostanie szprycę i pójdzie. Zsunął z ramion plecak i ukląkł przy skulonym w pozycji embrionalnej Wiktorze. Podwinął mu rękaw bluzy. Spokojnymi, wyćwiczonymi ruchami przygotował zastrzyk. – Idź już – rzucił za siebie, zaciskając na przedramieniu stalkera odpięty od panterki troczek. – Będziemy na was czekać w tej chałupie. Abaszyn chwycił plecak i przerzucił go na drugą stronę ogrodzenia. – Trzy, góra cztery dni, Jewgienij. Gdybyśmy nie wrócili... – zawiesił głos i spojrzał na wschód, w stronę Jantaru, gdzie przypominający z tej odległości srebrną szpilkę kłuł nieboskłon wierzchołek masztu emitera. – Zaczekamy, ile będzie trzeba, Walerij – odrzekł Mietkin. – I jeden dzień dłużej. – Trzymam za słowo – uśmiechnął się Abaszyn. Kilka chwil później zniknął pomiędzy transformatorami jak duch.

Rozdział 13 Entolimod wypijcie – polecił Dima. Ustawione na pniaku fiolki z jaskrawoczerwonymi nakrętkami wyglądały jak młodziutkie muchomory. Efekt potęgowały drobiny dziwnie lepkiego popiołu, osiadające na nich jasnoszarymi cętkami. – Wchłonęliśmy od cholery promieniowania – wyjaśnił. Podniósł jedną z buteleczek, wstrząsnął nią, by lepiej wymieszać zawartość, a następnie wręczył Siwemu. Z grymasem obrzydzenia przyglądał się, jak tamten niespiesznie, jakby z przyjemnością wlewa w siebie pięćdziesiątkę mlecznobiałego roztworu, którego molekuły wkrótce miały rozpocząć trudny proces absorpcji radionuklidów, a także pacyfikowania wolnych rodników. – Teraz ty. – Odwrócił się do Mikołaja, siedzącego w cieniu dorodnego świerka. Pomachał kolejną fiolką i rzucił ją w kierunku wciąż nadąsanego stalkera. Mikołaj chwycił ją w locie, z wprawą uporał się z zamknięciem, po czym tak samo jak Siwy wypił duszkiem. – Co teraz? – zapytał, ocierając usta. – Nic – wzruszył ramionami Dima. – Rozejdzie się po kościach, daj Bóg, organizm oczyści, a jak nie, to sobie trochę pochorujesz. Nie pierwszy i nie ostatni raz. – Nie o to pytam – warknął Mikołaj. Podniósł się i otrzepał spodnie z igliwia. – Co robimy dalej? – A co ty taki mało operatywny, a? – zdziwił się grubas. Niespiesznym ruchem otworzył ostatnią buteleczkę z lekarstwem i powąchał. – Nektar to nie jest – westchnął. – Pijałem gorszy syf – oświadczył Siwy, sięgając do plecaka po butelkę z wodą. – Choć żaden aż tak nie oklejał ryja. – Powiedziawszy to, upił trochę, przez kilka chwil obracał płyn w ustach, po czym wypluł. – Od razu lepiej – stwierdził. Kulejąc, podszedł do Mikołaja. – Spokojnie, Mykoła, bez nerwów. –

Poklepał go po ramieniu. – Z Wiktora twardy skurczybyk, twardszy niż niektórzy z nas. Poza tym jest z nim Jewgienij, a na leczeniu to on się zna jak mało kto. – Żeby leczyć, to trzeba mieć czym – odparł Mikołaj, patrząc wymownie najpierw na Dimę, a potem na grubo obandażowaną nogę Siwego. – Odpuść sobie, dobra? – poprosił ten pierwszy zmęczonym głosem. – Zrobiłem to, co uważałem za słuszne. Gdyby nie ja, nie siedziałbyś tu teraz. A Wiktor łaziłby na pasku psionika, zaśliniony i obsrany. Dobrze wiesz, co taka kurwa potrafi z człowiekiem wyczyniać. – Jeszcze raz przyjrzał się trzymanej w ręku fiolce. – Uratowałem wam wszystkim dupska. Tobie, Jewgienijowi, Jurijowi i tej ofermie także, więc skończ już, z łaski swojej pierdolić. – Powiedziawszy to, przytknął buteleczkę do ust i głośno przełykając, opróżnił ją do czysta. – No i widzisz. – Siwy znowu poklepał Mikołaja po ramieniu. – Nie ma tego złego... – Przestań! – żachnął się stalker. Przewiesił przez ramię karabin, po czym odwrócił się i przyciskając dłonią czapkę na głowie, wszedł w pachnący żywicą młodnik. – Mikołaj! Nie wydurniaj się! – zawołał za nim Siwy. Postąpił kilka kroków naprzód i obejrzał się bezradnie na Dimę. – Zrób coś, jest nam potrzebny! – syknął. Grubas, zajęty płukaniem ust po miksturze, machnął tylko uspokajająco ręką. – Zostaw, rozchodzi to – powiedział po chwili. – Ale co on taki nerwowy? – Siwy wpatrywał się w rozkołysane, obsypane zawiązkami szyszek gałęzie, pośród których znikł rozzłoszczony Mikołaj. – Śmierć Ryżego nim telepnęła. Najpierw udawał twardziela, że wiesz, Stiepan łajza, dał się ubić przybłędzie i takie tam, ale potem się rozkleił. A teraz wychodzi na to, że i Wiktor długo nie pociągnie. Oni zawsze trzymali sztamę, we trzech. – Przybłęda, jaasne... – pokręcił głową Siwy. – Rezun, i to pierwszej klasy. – Odruchowo pomacał się po żebrach. – Całe szczęście, że was wszystkich nie zaszlachtował.

– Raczej nasz pech – mruknął Dima. – Miałem chujka cały czas na oku, od pierwszej chwili, jak go Abaszyn przyprowadził... Ech, że się na nas od razu w kryjówce nie porwał... Jego ścierwo żarłyby teraz tuszkany i nie byłoby tej kołomyi. – Obyś nie powiedział tego w złą godzinę, Dimka. – Siwy rozejrzał się nerwowo dookoła, jakby obawiał się, że ktoś ich podsłuchuje. W lesie panował niczym niezmącony spokój, woniało rozgrzaną w słońcu żywicą i jedynie wciąż opadające płatki sadzy psuły efekt tej sielankowości. One i coraz bardziej wyczuwalny swąd spalenizny. – Zona nie lubi chojraków. – Ty i te twoje durne zabobony – skwitował grubas. Podszedł ociężale do rozbebeszonej torby, zamknął ją, wyregulował długość paska, po czym stękając z wysiłku, zarzucił na ramię. Buteleczki po entolimodzie paroma kopniakami posłał w krzaki. – Dasz radę iść? – zapytał. – Byle nie za szybko. – Siwy odchylił skraj bandaża i spojrzał na ranę. Pod kompletnie rozładowanym już artefaktem różowiała świeżo zabliźniona tkanka, poznaczona tu i ówdzie białymi kropkami odbudowywanych cebulek włosowych. Uśmiechnął się z zadowoleniem. To, co potrafiły zdziałać mamine korale, zakrawało na magię. – Świeżutkie wszystko, lepiej nie nadwyrężać. – O to możesz być spokojny – zapewnił Dima. –Sprinter ze mnie kiepski. No i będziemy robić przystanki. To diabelstwo waży ze czterdzieści kilo. – A Mikołaj? – zapytał Siwy, wydłubując ostrożnie artefakt spod opatrunku. Składające się nań kuleczki coraz boleśniej ugniatały łydkę. – Poczekamy na niego w Usowie, w tej dużej chałupie. – Tam od chuja snorków przecież... – skrzywił się Siwy. – Już nie. Podobno Ryży do spółki z tym całym Waruchinem zrobili z nimi porządek – odrzekł Dima. – Przez jakiś czas będzie spokój. – Może i tak. – W głosie Siwego zabrzmiało powątpiewanie. Immanentną cechą snorków były nieustanne stadne migracje pomiędzy oddalonymi od siebie żerowiskami. Usowo znajdowało

się dokładnie w centrum jednego z nich. – Bóg jeden wie ile tego tałatajstwa kręci się po okolicy. Bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że wytłukli całe stado. – Ale nie można tego wykluczyć. Walerij mówił, że w samej wsi ubitych znalazł cztery. Tyle samo niedaleko w lesie. Żywych nie przyuważył – wyjaśnił Dima. – Hmm... No cóż, pożyjemy, zobaczymy. – Odbarwiony, zmatowiały artefakt wylądował w kieszeni Siwego. Pozornie bezużyteczny, nie był jednak bezwartościowy. Placówki badawcze z całego świata płaciły handlarzom całkiem sporo za każdy okruch korali, nawet tych rozładowanych. – Wyrzuć to – mrugnął do niego porozumiewawczo Dima. – Za Jantarem jest od cholery grawików. Jak grzyby można zbierać. – Niby gdzie? – natychmiast zainteresował się Siwy. Niegdyś zapalony grzybiarz, uwielbiał zbieranie artefaktów. – Złaziłem kiedyś tamtejsze wzgórza i bieda była straszna. Ot, parę skrętaków, do tego wysoko i w tarninie. Niewarta skórka wyprawki. – Trzeba wiedzieć, gdzie szukać, Saszka. – Grubas uśmiechnął się z wyższością. – Szukać, że tak powiem, z głową, a nie tylko łazić w nadziei, że coś się trafi. – Nie ucz ojca dzieci robić – skontrował Siwy. Wyglądał na urażonego. – Jak mówię, że nie ma, to nie ma. – A ja mówię, że są. Całe wiadra. – Sam jesteś wiadro – burknął Siwy. – A raczej... – Uważaj, Saszka, zanim chlapniesz coś, czego będziesz potem żałował – wszedł mu w słowo Dima. – Poważnie mówię. Kawałek za kompleksem jest taki wąwóz. W dwa tysiące szóstym sprasowało tam kolumnę pancerną. Samych beteerów ze dwadzieścia, czołgów kilka i mnóstwo drobniejszego sprzętu. Szli na Jantar, ale nie zdążyli. Oberwali pierwszą emisją, oczadzieli, rozleźli się po okolicy, a sprzęt pozostał. Drugie pierdolnięcie wygenerowało w tym miejscu od cholery wirów. – Metal. Dużo metalu! – do Siwego dotarł w końcu ten oczywisty fakt. Ściskane w anomaliach grawitacyjnych żelastwo zmieniało się z czasem w lewitujące tuż nad ziemią srebrzyste,

półpłynne i przeraźliwie zimne kleksy. Jedno takie cudeńko włożone do plecaka potrafiło zmniejszyć ciężar bagażu praktycznie do zera. Zdaniem fizyków grawiki w jakiś niepojęty sposób niwelowały oddziaływania grawitacyjne. Poza tym świetnie sprawdzały się jako chłodziwo. – Brawo, brawo, brawo. – Dima zaklaskał teatralnie. – Ktoś tu zaczyna myśleć. – Zaraz, zaraz... – Siwy spojrzał na niego podejrzliwie. – A skąd ty masz takie informacje? W teren nie chodzisz, z pośrednikami kontaktowałem się ja. Abaszyn i reszta, gdyby o tym wiedzieli, z marszu ogołociliby to eldorado... O ile kto inny już tego nie zrobił. – Oj, Sasza, niedowiarku – westchnął Dima. – Tam nie da się dotrzeć ot tak – pstryknął palcami – z marszu. Z jednego końca od chuja elektr, wiadomo, przekaźnik blisko, z drugiego Jantar i okoliczny inwentarz. Oprócz nas nikt się tam nie dostanie. – Pytałem, skąd to wszystko wiesz – przypomniał Siwy. – Że konwój, że zniszczony, że anomalie? – Bo w odróżnieniu od ciebie zdarza mi się przeczytać coś więcej niż tylko etykiety na flaszkach. – Stalker zdjął z ramienia torbę, otworzył boczną kieszonkę i wyjął z niej plik wymiętolonych kartek. – Ryży przyniósł to kiedyś ze starych koszar – wyjaśnił. – Tych pod Janowem – doprecyzował, wygładzając papiery. – Operaty, stany osobowe, godziny wyjazdu, cele misji. Czarno na białym, gdzie, kto i po co. Reszta to już proste wnioskowanie plus odrobina rozeznania w terenie. – Czyli zgadujesz – skwitował Siwy. – To pewnik jest! – Mimo wszystko zatrzymam ten ulepek. – Siwy dopiął wybrzuszoną przez artefakt kieszonkę. – Na pewno nie chcesz poczekać na Mikołaja? – zapytał. Dima pokręcił głową. – Nie ma czasu. Wybuch to chyba nawet w Kijowie usłyszeli, grzyb też widać z kilometrów. Lada chwila zaroi się tu od patroli. Nie mam zamiaru ganiać się z nimi po krzakach, już nie to zdrowie. I nie z tą pukawką. – Spojrzał z pogardą na opartą o pień

sosny dubeltówkę. – Mnie wystarczy – powiedział Siwy, podążając za jego wzrokiem. – To oraz porządny majcher. Nic nie daje takiego kopa jak zapach juchy o poranku – dodał jakby rzewnie. – Psychopata! – roześmiał się Dima. – I kto to mówi – odciął się Siwy. – A właśnie, nie masz tam przypadkiem jakiego noża? – Podszedł do torby i szturchnął ją delikatnie czubkiem buta. – Ostrożnie! – syknął Dima. Pochylił się z troską nad ekwipunkiem, jeszcze raz posprawdzał zamki i rzepy. – Coś się powinno znaleźć, ale nie będę teraz wszystkiego wywalał i szukał – powiedział, prostując się. – W Usowie dam. Tymczasem musi ci wystarczyć to. – Wręczył Siwemu mały, składany kozik z drewnianą rękojeścią. – I to... – Podniósł z ziemi ułamaną, sękatą gałąź i chwyciwszy ją oburącz, spróbował przełamać o kolano. Drewno wciąż było sprężyste. – Oskrobiesz i będziesz miał kostur jak malowanie. Podeprzeć się takim można, a i przypierdolić także. Wielofunkcyjna rzecz. – Teraz gadasz do rzeczy – stwierdził z uznaniem Siwy. Noga, choć na pierwszy rzut oka wygojona, rwała niepokojąco za każdym razem, gdy przenosił na nią ciężar ciała, i pomimo że nadrabiał miną, perspektywa kilkukilometrowego, forsownego marszu napawała go przerażeniem. – No to do dzieła – oznajmił Dima, wstając z ziemi. – Tylko nie złam ostrza, ten nóż ma dla mnie wartość sentymentalną.

Rozdział 14 Do dupy z tym wszystkim! – Rybin zerwał się ze swojego leżaka, wziął szeroki zamach i cisnął opróżnioną piersiówką o ścianę. Brzęknęło tłuczone szkło. – Tak głupio wpaść... – Mówiłem przecież, że idzie, ostrzegałem – przypomniał Jusupow z wyrzutem. On również wstał. W dłoni trzymał puszkę energetyku. Wypoczynek bez czegoś mocniejszego bulgoczącego we flaszce jakoś stracił na atrakcyjności. – Ciut za późno! – odciął się Rybin. – Od razu trzeba było, jak tylko ze sztabowego wylazł. – Schron obserwowałem, do licha! – Jusupow obejrzał się na górującą nad barakami fasadę budynku dowództwa. – W ostatniej chwili go przyuważyłem. Cholerny służbista! – Splunął lepką od napoju śliną. – Miarkuj, Foma – zmitygował go przyjaciel. – Znasz go, chłop z zasadami. Po prostu robił swoje. To myśmy skrewili. – Zasady srady. Zepsuł wszystko, ot co! – nakręcał się coraz bardziej Jusupow. – Niechby sobie kadra robiła tę kontrabandę, co to komu szkodziło? Ty, Wołodia... – Zmarszczył nagle brwi. – On... coś o regulaminie ględził, prawda? – zapytał z namysłem. – Chyba tak... – Rybin podrapał się po głowie. – Ja ten regulamin czytałem, i to nie raz. – Na ogorzałym obliczu Jusupowa pojawił się wyraz intensywnego skupienia. – Pamiętasz, jak nas z tym spirytem do odkażania sprzętu Siergiej nie chciał wpuścić? Dopiero jak mu ten nieszczęsny regulamin punkt po punkcie wyjaśniłem, to zmiękł. Ani słowa o żadnym alkoholu tam nie było, nic z tych rzeczy... – Zamilkł na chwilę, po czym westchnął głęboko raz i drugi. – Majorek nas wychujał. We dwóch wychujali, z Zelencewem. Teraz siedzą i raczą się naszą wódeczką, podczas gdy my skaczemy sobie do gardeł – zakończył ponuro, po czym zabrał się do składania leżaka. Na kwaterę wracali w milczeniu, pogrążeni w niewesołych

myślach. – Nic tu po nas, Fomka – stwierdził Rybin, gdy już rozsiedli się w mrocznym wnętrzu przydzielonej im przez Starczenkę pakamery, znajdującej się na tyłach magazynu z zaopatrzeniem. Od palet z żywnością i sprzętem oddzielała ich gruba druciana siatka. – Masz rację – zgodził się Jusupow. – Za długi ten urlop, za nudny. Wiadomo, w Zonie nie wypijesz, bo strach, ale tu? Niech się wypchają z tą swoją prohibicją. – Chodźmy do Gubina – zaproponował Rybin. – Zbierzemy po drodze trochę artefaktów albo oskubiemy jakiegoś nygusa z Powinności, podobno zatrzęsienie ich w okolicy. – A co oni tutaj, na wschodzie, robią? – Jusupow wyglądał na zaskoczonego. – Na białoruskich wojennych się zawzięli. Pomsty jakoby chcą, odwet wziąć czy coś. – Za co? – Jakiemuś watażce kobietę odstrzelili, co na legalu chciała wyjść ze Strefy. Wiesz, jak to jest, na wieżyczkach nie brakuje narwańców. Do swoich potrafią wygarnąć, a co dopiero do obwieszonego bronią przybłędy. No i zrobiła się afera, bo okazało się, że kobita nie dość, że ustosunkowana, to jeszcze i przy nadziei. – Jezu – sapnął Jusupow. – Ano właśnie. I teraz ci durnie robią krucjatę. Ruchawka konkretna, mówię ci. Gadałem niedawno z takim jednym kurierem, w kantynie mnie zaczepił. Opowiadał, że na wschód od Gubina to strach wyściubić nos zza Kordonu. Gdzie jaki krzaczor, to za nim czai się powinnościowiec i wali do wszystkiego, co się rusza. I do tego, co się nie rusza też, a raczej przede wszystkim. Znaczy w wieżyczki rakietami walą. – No to ci z Wolności muszą być teraz w siódmym niebie. Biali rycerze żyją krótko. – Jusupow wyjął z kieszeni miniaturowy śrubokręcik i podszedł do siatki. Łebki wkrętów, którymi była przymocowana do listwy wzmacniającej, połyskiwały świeżymi zadrapaniami. – Przynieść i tobie? – zapytał, kolejno je

odkręcając. – Tak. W ogóle weź więcej, będzie na drogę. I tę farbę. Śruby musowo pomalować. Jusupow skinął głową. Jeden po drugim wkręty wylądowały z brzękiem na posadzce. Rybin pozbierał je i ułożył w rządku na nakrytym postrzępioną ceratą stoliku. Następnie odciągnął siatkę do góry i przytrzymał, dopóki kompan nie przeczołgał się na drugą stronę. Teoretycznie to jemu, jako drobniejszemu, łatwiej było prześlizgnąć się do magazynu. Niestety, niski wzrost utrudniał mu myszkowanie wśród półek znajdujących się pod sufitem, a to właśnie na nich składowane były skrzynki z prowiantem. Wyższy o dobre dwadzieścia centymetrów Jusupow miał ułatwione zadanie, poza tym z nich dwóch był silniejszy, a pakowane po czterdzieści półkilogramowych puszek pojemniki ważyły swoje. Pół godziny później wypchane tuszonką i suszonym mięsem plecaki spoczęły w najciemniejszym kącie pakamery, za rozchwierutaną szafą. Napoczęta puszka emalii i drewienko, które posłużyło Rybinowi za pędzel, wylądowały w stojącym na dworze kontenerze na śmieci. – Jutro? – zapytał Rybin, wycierając szmatą ubrudzone farbą palce. – Z samego rana. Wachmanom nie będzie się chciało drążyć, a nawet jeśli, to naczalstwo o tej porze śniada i strach je ruszyć – wyjaśnił Jusupow. – Przepustek Starczenko nie anulował? – upewnił się Rybin. – Dużo się działo, nikt nie zapytał, to i ja się nie wyrywałem... Ważne są do pojutrza. – Jusupow błysnął zębami w uśmiechu. – I kto tu jest debeściak? – Strażnik będzie kwękał, zobaczysz. – Nie będzie, przecież cały czas ci tłumaczę. – Obyś się nie mylił. – Rybin nie wyglądał na przekonanego. – W razie czego pójdziemy do generała. Było nie było, trochę nam zawdzięcza. – I dlatego polecił Waruchinowi odebrać nam wódkę? Oni wszyscy dobrzy, milutcy, Fomka, gdy czegoś chcą. Jak koty się

łaszą. Jakoś wtedy nie ma, że regulamin, że formalności, że to, że tamto. Ale gdy już przestaniesz im być potrzebny, to wtedy nie wolno, nie można, nie da się i ogólnie pierdol się, stalkier. – W głosie Rybina pojawiła się złość. – Chyba ty do niego pójdziesz, bo ja już więcej o nic nie będę prosił, Fomka. I koniec z przysługami. Umowa, kasa z góry, w ostateczności zaliczka. – Znaczy foch? – Usta Jusupowa podejrzanie zadrgały. – Nie. Pragmatyzm, Foma, pragmatyzm. Sam widzisz, co nam przyszło z tego woluntariatu. Najgorsze ofermy mają jakieś oszczędności, chałupy wyrychtowane, żyją jak ludzie. A my? Jak włóczęgi jakieś. Całe życie kątem u kogoś, w szopie czy innym garażu. – Rozejrzał się z niesmakiem po szaroburych ścianach pakamery. Wpadające przez zakratowane okno promienie zachodzącego słońca jeszcze bardziej uwydatniały surowy wygląd pomieszczenia. – Był czas przywyknąć – wzruszył ramionami Jusupow. – Do niewygód owszem. Do biedy nie przyzwyczaję się nigdy – powiedział Rybin z goryczą. – Dlatego jutro wyruszamy. – Jusupow podszedł do drzwi. – Amunicję mamy, żarcia wystarczy na minimum tydzień. Przejdę się do jajogłowych, może uda mi się wydębić pojemniki na artefakty. Wyczyść broń, będziesz miał przynajmniej jakieś zajęcie. – Wskazał stojące w kącie dubeltówki, po czym wyszedł na zewnątrz. – Tylko nie zmitręż do północy! – zawołał za nim Rybin. Fomka nie odpowiedział, bo i nie było takiej potrzeby. Pogwizdując pod nosem, przeszedł wzdłuż magazynu, ominął szerokim łukiem barak oficerski, a potem budynek sztabu. Nie dał tego po sobie poznać (żeby jeszcze bardziej nie rozsierdzić Wołodii), ale i on czuł się urażony do żywego. Jak dzieciak, który dostał od rodziców szlaban na komputer. Gdyby miał pewność, że nikt się nie domyśli, czyja to sprawka, zakradłby się nocą pod sztab i napisał sprayem na ścianie: „Waruchin to chuj i Zelencew też”. Przydzielony naukowcom budynek znajdował się kilkaset metrów za schronem, już poza terenem garnizonu. Wiodła do

niego wąska ścieżka, wijąca się przez gęsty brzeziniak i ogrodzona rozciągniętym między drzewami drutem kolczastym. Po zmroku drogę oświetlały lampki solarne, wbite w piaszczystą ziemię co paręnaście kroków. Niektóre z nich, te w najbardziej zacienionych miejscach, zaczęły już świecić. Korciło go, żeby zapalić papierosa, ale postanowił zwalczyć tę pokusę; szeleszcząca pod stopami warstwa suchych jak pieprz, pokruszonych liści i jeszcze grubsze ich pokłady tuż za drutem nakazywały zachowanie maksymalnej ostrożności. Na dymka pozwolił sobie dopiero po wejściu na wyasfaltowany placyk znajdujący się przed frontonem budynku. Niedopałek zdusił w stojącej tuż przy drzwiach wejściowych otwartej skrzyni, po brzegi wypełnionej szarawym piaskiem. Nacisnął przycisk dzwonka. Gdzieś w głębi rozległ się trzeszczący dźwięk, przypominający wzmocniony po wielokroć odgłos dozymetru alarmującego o radiacji. Wszystko wskazywało na to, że głośnik urządzenia dokonuje żywota. Nie doczekawszy się żadnej reakcji, wdusił guzik jeszcze raz i tym razem przytrzymał nieco dłużej. Znowu bez efektu. Szarpnięcie za klamkę również nic nie dało. Drzwi były zamknięte. Zdecydowany czekać do oporu, usiadł na najniższym schodku i zapalił kolejnego papierosa. Oparty o poręcz, rozglądał się po podwórzu, próbując odgadnąć pierwotne przeznaczenie budynku. Postawiony w szczerym polu, otoczony betonowym ogrodzeniem, którego smętne resztki w postaci skruszonych płyt sterczały tu i ówdzie pomiędzy brzozami, ledwo widoczne spod wysokich chwastów. Sama budowla pozbawiona była jakichkolwiek architektonicznych udziwnień, ot, typowy, jakby odlany z foremki, piętrowy, podpiwniczony sześcian z dużymi, dzielonymi na pół oknami, centralnie umieszczonym wejściem, długi na jakieś pięćdziesiąt, szeroki na dziesięć metrów. Tym, co mogło zdziwić postronnego obserwatora, był jego zaskakująco dobry stan techniczny, przynajmniej z zewnątrz – rzecz w tych stronach niespotykana. Pozbawiona jakichkolwiek odprysków i pęknięć elewacja, prosto zamocowane w uchwytach rynny, bez

śladu rdzy, niewytłuczone szyby w oknach, to wszystko sprawiało, że budynek wyglądał nawet lepiej niż dopiero co wyremontowany dom kultury, w którym urzędowało dowództwo odcinka. Za plecami Jusupowa szczęknął zamek, zaskrzypiały otwierane drzwi. Stalker podniósł się niespiesznie, otrzepał spodnie z kurzu i dopiero wtedy się odwrócił. Na schodach stał niewysoki, korpulentny brodacz w poplamionych smarem dżinsach i tak samo zapaskudzonym podkoszulku. – Wy kto? – zapytał, mierząc wzrokiem Jusupowa. Oczy miał szkliste i stalker natychmiast się domyślił, że tamten jest nieco wczorajszy. – Jusupow – przedstawił się. – Przewodnik. Dla wojennych robię – dodał, wskazując kciukiem za siebie, w stronę ścieżki. – Czego chcecie? – Mężczyzna zmarszczył krzaczaste brwi. – Do Ławkina mam sprawę. – Doktora nie ma – oznajmił brodacz. – Nikogo nie ma. Wynieśli się stąd, będzie ze dwa dni już. Do Gubina, tam teraz będą urzędować. – Jak to? – zdziwił się Jusupow. – Przecież jeszcze przedwczoraj... – Przedwczoraj było przedwczoraj, a dzisiaj jest dzisiaj – wzruszył ramionami mężczyzna. – Zebrali się i pojechali. Po co mieli siedzieć, skoro wcześniej cały sprzęt im wywieźli. – Wy... strażnik? – zapytał ostrożnie stalker. Wyjął z kieszeni papierosy, podsunął mężczyźnie nieco wygniecioną paczkę. – Dziękuję. – Spojrzenie brodacza złagodniało. Wydłubał jednego, zapalił. – Oleg jestem – powiedział, wydmuchując chmurę dymu tuż nad głową Jusupowa. Wyciągnął rękę w jego stronę. Uścisk dłoni miał mocny, zdecydowany. – Żaden ze mnie strażnik. Za technicznego robię. Rozbabrali instalacje. – Obejrzał się przez ramię na mroczne wnętrze przedsionka. – Generatory, hydraulikę, wszystko. Nawet się patałachom rur pozaślepiać nie chciało. W piwnicy wody po kostki, kable wywleczone. Strach tam zejść. Próbowałem pompę uruchomić, bo spalinowa, ale gdzie tam... Wachę jakiś mądry spuścił... Chuj, nie robota –

westchnął. – Naczalstwu zgłoście. Przyślą wóz gaśniczy, raz-dwa piwnicę osuszy – podpowiedział Jusupow. Zeskoczył ze schodka, uklęknął przy jednym z piwnicznych okienek i spróbował je uchylić. – Lepiej się odsuńcie – ostrzegł mężczyzna. – Bo i wy oberwiecie. – Że co? – Jusupow profilaktycznie odsunął się od lufcika. – Nie dość, że mokro, to jeszcze żelastwem coś smyrga. O, jak mnie załatwiło. – Brodacz zadarł podkoszulek i wskazał palcem siniaka pod żebrami. – Kolanko. Chyba żeliwne, bo aż mnie zatkało – wyjaśnił. – Jak to się stało? – zapytał przyciszonym głosem stalker. Nie spuszczając wzroku z okienka, wycofał się na placyk. – Sam nie wiem – wzruszył ramionami mężczyzna. – Szukałem paliwa do tej cholernej pompy. Myślę, prądu i tak nie ma, gumiaki nałożę, sprawdzę w suterynach, może tam zakitrali jakiś kanister. Na samym końcu, zaraz za generatorami, taka graciarnia jest – wyjaśnił, wskazując na północny narożnik budynku. – Rumor tam był okropny. Myślę sobie, zwierzak jakiś wpadł, bo tam jest takie zapasowe wyjście, zsyp właściwie, i teraz nie może wyleźć. Trzeba mu pomóc, drzwi pootwierać, niech wyiwania normalnie korytarzem do schodów, przynajmniej widno będzie miał. Otworzyłem więc na oścież, kopnąłem pary razy w blachę, tak na zachętę, i czekałem, aż smyrgnie w stronę światła. Z pięć minut tak czekałem... A tam cisza... – przerwał, pogłaskał brodę z namysłem, najwyraźniej zbierając myśli. Jusupowowi opadła szczęka. Dosłownie i w przenośni. – No to wszedłem do środka, żeby wypłoszyć – podjął tamten. – I się zaczęło. Mówię wam, waliło wszystkim o ściany jak w wirówce jakiejś. W żebra na samym początku oberwałem, po głowie też, ale na szczęście jakąś drobnicą... Dobrze, że na glebę od razu padłem i się wyczołgałem na korytarz, boby mnie tam ubiło chyba. Ubranie przemoczyłem, w gumowcach woda, no i teraz muszę łazić w tych brudach. – Spojrzał z odrazą na koszulkę.

– I ono... to coś cały czas tam jest? – wyjąkał zaszokowany stalker. – Na to wygląda – westchnął brodacz. – Tłucze się cały czas. Na wszelki wypadek zamknąłem piwnicę. Co się będę z jakimś diabelstwem użerał? – zapytał retorycznie. – Zrobię, co jest do zrobienia tu, na górze, a o podziemia niech się sami martwią... – Uciekajcie stąd – przerwał mu Jusupow. – Tak szybko, jak potraficie. – A to niby dlaczego? – zdziwił się brodacz, nie ruszając się z miejsca. – Bo macie pod podłogą mutanta. Dlatego. – Co mam? – Mutanta. Słyszeliście kiedyś o mutantach? Takich z Zony? – zapytał Jusupow. Nie mógł się zdecydować, co jest bardziej niesamowite: obecność mutanta po tej stronie Kordonu czy ten szalony facet. Po chwili już wiedział. – Oż w mordę kopany! – Mężczyzna błysnął zębami w szerokim uśmiechu. – Chodźmy mu wpierdolić! – zaproponował, rozglądając się dookoła, ewidentnie w poszukiwaniu czegoś ciężkiego. – Wracam do garnizonu po posiłki – oznajmił Jusupow. – Jeśli wam życie miłe, to chodźcie ze mną – spróbował przemówić mu do rozsądku. – Ten mutant to burer, psychokinetyk, cholernie niebezpieczny. Nawet nie macie pojęcia, ile mieliście szczęścia. – E tam. – Mężczyzna machnął ręką z lekceważeniem. – Rzucił we mnie złomem i tyle. Wielkie mecyje. – Macie rację, to, że w was rzucał, to jest nic – uśmiechnął się Jusupow. – Gorzej by było, gdyby zaczął rzucać wami. – Jak to? – Brodacz spojrzał na niego podejrzliwie. – Normalnie. Jak workiem kartofli. Ile ważycie? Osiemdziesiąt kilo? Dla takiego to tyle co nic. Rozklepałby was jak schab na kotlety. A potem zeżarł. – Żartujecie sobie... – Mężczyzna jakby pobladł. – Nie żartuję – zapewnił Jusupow. – To jak? Idziecie ze mną? – zapytał, po czym nie czekając na odpowiedź, zeskoczył ze

schodów i ruszył w stronę podświetlonej lampkami ścieżki. Brodacz stał przez chwilę niezdecydowany, jakby nie do końca dowierzał ostrzeżeniom stalkera. Dopiero kiedy w podziemiach budynku rozległ się rumor, a jeden z piwnicznych lufcików eksplodował, wyrzucając na zewnątrz kaskadę szkła i ceglanego kurzu, zastosował się do sugestii Jusupowa i runął w ślad za nim, byle dalej od szalejącego w budynku potwora.

Rozdział 15 Mam! Znalazłem to cholerstwo! – rozległ się wytłumiony przez mgłę głos Jurija. Porządnie już zirytowany Abaszyn mógł w końcu odetchnąć z ulgą. Od dwóch godzin chodzili od transformatora do transformatora i przyświecając sobie latarkami, z mozołem odczytywali oznaczenia urządzeń, ledwo widoczne spod warstwy kurzu i rdzy. – Gdzie? – odkrzyknął, stąpając ostrożnie pomiędzy wijącymi się na betonie kablami. – Ostatni rząd, przy samych drzwiach! – Jasny gwint... – westchnął Abaszyn. Było mu trochę głupio, że nie posłuchał sugestii Jurija, by poszukiwania rozpocząć od tamtej strony, nie zaś od odgrodzenia. Ominąwszy wyjątkowo okazałe kłębowisko przewodów, z grubsza jedynie powiązanych w pęczki, dotarł do frontowej ściany budynku. Jurij czekał na niego przy wejściu do rozdzielni, oparty plecami o mur. – Ta – powiedział, omiatając światłem latarki najbliższą szafę transformatora. Na blaszanych drzwiczkach widać było namalowany koślawo symbol X8. – I następna – dodał, oświetlając kolejną. – W sumie jedenaście. Abaszyn podszedł bliżej, musnął opuszkami chłodną powierzchnię metalu. – Dasz radę otworzyć? – zapytał, wskazując trójkątny otworek mniej więcej w połowie wysokości drzwiczek. – Żaden problem. Dziecko by sobie poradziło – odparł Jurij. Wyjął z kieszeni fantazyjnie wygięty kawałek metalu. Włożył go w otwór i delikatnie obrócił. – I już. – Otworzył drzwiczki i dał krok do tyłu. Poświecił latarką do środka. – Nie będzie łatwo – stwierdził, drapiąc się po głowie. – O co chodzi? – Abaszyn wyszedł zza drzwiczek i zajrzał do

środka. Żebrowana obudowa transformatora szczelnie wypełniała wnętrze szafy. Jedynie u góry urządzenia, tam gdzie wystawały ceramiczne grzyby izolacji przepustów, było odrobinę wolnego miejsca. Tym, co natychmiast go uderzyło, był brak jakichkolwiek przewodów. Transformator wyglądał jak przerośnięty, niepodłączony do instalacji kaloryfer. – Nie mam pojęcia, jak to ugryźć – powiedział bezradnie Jurij. – Kable prosto w ziemię wpuszczone, dla lepszej izolacji. – Szturchnął czubkiem buta kilkunastocentymetrowy postument, na którym stała szafa. – Osłony przestrzelić też się nie da, chyba że z jakiejś haubicy. Obszedł transformator dookoła, oświetlając latarką ścianki. Po dwóch okrążeniach znowu zatrzymał się przed otwartymi na oścież drzwiczkami. – Chyba że porozbijamy przepusty – powiedział z namysłem, po czym stuknął kolbą w jeden z izolatorów. Na gładkiej jak szkło powierzchni zarysowała się siateczka pęknięć. – Trochę szkoda – westchnął. – Bo to pierwszorzędna robota. Pomyśl, już ponad dziesięć lat to śmiga bez żadnego nadzoru, bez konserwacji. – Co racja, to racja – zgodził się Abaszyn. Jego również to zastanawiało. Wszystko wokół: maszty, anteny, kable, wibrujące mocą słupy wysokiego napięcia, wszystko to, choć oblepione warstewką wieloletniego brudu i miejscami zardzewiałe, sprawiało wrażenie, jakby miało działać w nieskończoność. – To jak zrobimy? – zapytał, zdejmując z ramienia automat. Stalowa rama kolby wyglądała bardzo solidnie. – Ja będę kolejno otwierał, ty rozbijaj izolatory – powiedział Jurij. – Nie musisz rozwalać doszczętnie. Wystarczy trochę ukruszyć tu i tu... – Wskazał na wierzchołki izolatorów. – Rdzenie wysmażą się w paręnaście minut. – Zdążymy zwiać? – Abaszyn spojrzał na górującą nad budynkiem gigantyczną kratownicę. Z bliska wyglądała wręcz przytłaczająco. – A niby przed czym? – zdumiał się Jurij. – Jewgienij coś o fluktuacjach mówił, Wiktor też...

– Pierdolenie – machnął ręką Jurij. – Rozejrzyj się dookoła. Cisza, spokój, ani mutasa, ani cholernej anomalii. Martwe pole, i to z prawdziwego zdarzenia. – No i co z tego? – zmarszczył brwi Abaszyn. – Ano to, że to taka sama anomalia jak każda inna i jedyne, co może z nią zrobić ewentualna fluktuacja, to ją spotęgować. – Jurij podszedł do kolejnej szafy i zaczął majstrować przy zamknięciu. – Nie rozumiem. – Abaszyn przytknął kolbę karabinu do izolatora. Chciał trafić dokładnie w to samo miejsce, które wcześniej naruszył Jurij. – Kubusia Puchatka czytał? – zapytał Jurij. Zaskrzypiały nieoliwione od dekady zawiasy. – Co? – Zaskoczony pytaniem Abaszyn opuścił broń i obejrzał się w stronę towarzysza. – Tam był taki fajny tekst, że IM BARDZIEJ Puchatek zaglądał DO ŚRODKA, TYM BARDZIEJ Prosiaczka W ŚRODKU NIE BYŁO. Kojarzysz? Identycznie będzie z martwym polem. – Obyś miał rację... – westchnął Abaszyn. Jeszcze raz przymierzył, po czym wziął zamach i z całej siły rąbnął kolbą w izolator. Okruchy rozbitej ceramiki zabębniły o blachę, potoczyły się z grzechotem po betonie. Spomiędzy resztek otuliny wyłonił się gładki, gruby jak kciuk metalowy pręt przepustu. Zapachniało ozonem. Zaniepokojony stalker przyjrzał się kolbie. Jej drewniana krawędź była zarysowana i ku jego nieprzyjemnemu zaskoczeniu – osmalona. Izolację drugiego przepustu potraktował już o wiele delikatniej. Zgodnie z sugestią Jurija obstukał ją najpierw u góry, potem u dołu, tak aby tylko minimalnie odsłonić ukryty wewnątrz przepust. – Jeden załatwiony! – zawołał do Jurija, przechodząc do następnej szafy. Rosjanin natychmiast podbiegł do uszkodzonego transformatora, by ocenić fachowym okiem rozmiar wyrządzonych szkód. – Dobra robota – pochwalił. Założył wyjętą przed chwilą

z kieszeni rękawiczkę i strącił na ziemię zaklinowany między żeberkami osłony okruch izolacji. – Uważaj na to cholerstwo – ostrzegł Abaszyn. – Karabin przysmażyło, choć tylko musnąłem. – Powiedziawszy to, zabrał się do demolki kolejnych urządzeń. Godzinę później, zmęczeni, ale dziwnie usatysfakcjonowani, obserwowali z bezpiecznej odległości strzelające błękitnymi iskrami sterty rozgrzanego do czerwoności żelastwa, w jakie zamieniły się uszkodzone przez nich transformatory. – Czujesz jakąś różnicę? – zapytał Abaszyn, zaciągając się papierosem. Oparty o betonową podmurówkę ogrodzenia, siedział na trawie, z kałasznikowem ułożonym w poprzek ud. – To chyba nie tak od razu... Kondensatory muszą oddać swoje. – Siedzący obok Jurij wskazał na zamocowane w regularnych odstępach wzdłuż masztów skrzynie. Z każdej z nich wychodziły dziesiątki kabli podłączonych do wrzecion promienników. – Nie wiem, ile ich tam upchnęli ani jaką mają pojemność, ale... – Cicho! – przerwał mu znienacka Abaszyn. – Posłuchaj... – powiedział szeptem i przystawił dłoń do ucha. – Jakby buczy... Jurij posłusznie zamilkł i również zaczął nasłuchiwać. Rzeczywiście, gdzieś na krawędzi słyszalności, zagłuszana szumem wiatru i trzaskami żarzących się transformatorów, pojawiła się jakaś wibracja, niska, basowa nuta, przypominająca odgłos lądującego śmigłowca. – Emisja? – mruknął. – To coś innego, Jurij – Abaszyn podniósł się i rozejrzał dookoła, jakby próbował zlokalizować źródło tajemniczego dźwięku. – A tam co się, kurwa, dzieje?! – jęknął nagle. Jednocześnie szturchnął nogą Jurija. – Patrz! – sapnął, wskazując na zachód, tam gdzie kopciły się najpóźniej uszkodzone transformatory. Rosjanin podniósł się niezdarnie, pstryknął niedopałkiem za siatkę. – Że niby co? – zapytał, wytężając wzrok. Oprócz dwóch słupów dymu, ledwo widocznych na tle ciemniejącego coraz szybciej nieba, nie dostrzegł niczego istotnego. – Nie rusza się.

– Słucham? – nie zrozumiał Jurij. – Dym, iskry, wszystko nieruchome... – wyjaśnił grobowym głosem Abaszyn, po czym nie czekając, aż Rosjanin dostrzeże to, co on, chwycił z ziemi plecak i przerzucił go za ogrodzenie. – Nadal nie widzisz?! – zapytał, gramoląc się na siatkę. Chwilę później klęczał już po drugiej stronie. – Jurij, spierdalamy – zakomunikował. – Czekaj, czekaj... Chyba widzę... – Rosjanin ruszył przed siebie, nawet się na niego nie oglądając. – Niesamowite... Molekuły... – mruczał do siebie. – Jezusie najsłodszy... Nawet fotony... – Szedł coraz wolniej i wolniej, aż w końcu się zatrzymał. Abaszyn podbiegł kawałek i zrównał się z nim. Sięgnął ręką przez siatkę i szarpnął go za ramię. – Zmywajmy się! – warknął. – Nie widzisz, że idzie w naszą stronę?! Później będziesz rozkminiał, co i jak! Wyrwany z zamyślenia stalker spojrzał nań cokolwiek nieprzytomnie. – Martwe pole, Walerij – powiedział. – Kapujesz? Mikołaj i Wiktor od samego początku próbowali to rozgryźć. Ileż razy się kłócili... A tu proszę, wystarczyło zwielokrotnić efekt i zagadka rozwiązana... – Pokręcił głową, jakby nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Durny jajogłowy, jęknął w duchu Abaszyn. Nie po raz pierwszy był świadkiem, gdy ni stąd, ni zowąd u Jurija górę brała natura badacza, tłumiąc przy tym instynkt samozachowawczy. Zresztą przytrafiało się to nie tylko Rosjaninowi. Mikołaj, Wiktor, Ryży: każdy z nich od czasu do czasu fiksował na widok nowej aberracji. Chyba najtrafniej podsumował to kiedyś przy kieliszku Dima: „Anomalie są dla nich trochę jak baby. Zobaczy jeden z drugim dorodną sztukę i głupieje. Aż ta go wyżmie, wykręci... i po chłopie”. – No i dobrze, cieszę się razem z tobą! – Zniecierpliwiony Abaszyn kopnął w siatkę, aż zabrzęczało. – Bierz bambetle i wiejemy! Bo i nas unieruchomi! Do Jurija w końcu dotarło. Zawrócił na pięcie i skoczył po plecak. Zanim Abaszyn dobiegł do miejsca, w którym pozostawił

swój, Rosjanin zdążył już wdrapać się na ogrodzenie i zeskoczyć na drugą stronę. Nie wdając się w dalsze dywagacje, potruchtali zarośniętą ścieżką, oglądając się co chwila na rosnącą nieubłaganie strefę energetycznej martwicy.

Rozdział 16 Usowo powitało ich unoszącym się w powietrzu delikatnym smrodkiem gnijącej padliny. – Fuj! – skrzywił się wyczulony na takie rzeczy Siwy. Wlókł się kilkanaście metrów za Dimą, co jakiś czas klnąc i złorzecząc, gdy jego prowizoryczny kostur zapadał się głęboko w piaszczysty grunt, zmuszając go tym samym do przeniesienia ciężaru ciała na kontuzjowaną nogę. – Szybciej! – ponaglił Dima, przyspieszając kroku. Do najbliższych zabudowań pozostało im już mniej niż sto metrów ugoru, zrytego racicami mięsaczy. – Kiedy nie mogę! – jęknął Siwy, po raz kolejny tracąc równowagę. Tym razem zahaczył stopą o kępę darni. Zrezygnowany opadł na kolana, omal przy tym nie nadziewając się na kij. Dima westchnął i zawrócił w jego stronę. – Pomogę ci – wysapał, podając mu rękę. – Jak noga? – zapytał, czekając, aż towarzysz doprowadzi się do porządku. – Kiepsko. Za długa ta przebieżka. – Siwy zdjął z ramion plecak, by skrócić szelki. – Wkrótce odpoczniesz – pocieszył go Dima. On też nie czuł się najlepiej. Zdyszany, zlany potem i purpurowy na twarzy, wyglądał, jakby właśnie ukończył forsowny półmaraton, nie zaś przeszedł spacerkiem niecałe trzy kilometry, w większości po asfalcie. Weszli między pierwsze zabudowania. Odór zgnilizny nasilił się jeszcze bardziej. Niedługo później, przechodząc przez jedno z podwórek, zlokalizowali jego źródło: w zrujnowanej szopie pośród potrzaskanych desek i rozrzuconych polan walały się potwornie okaleczone truchła snorków. – Ja pierdolę... – wymamrotał Siwy, zatykając dłonią usta i nos. – Że też komuś się chciało...

– Ryżego robota. Zawsze był staranny – stwierdził Dima. – Szedł tędy z tym Ukraińcem. – Czknął raz i drugi, splunął, otarł ślinę z podbródka. – Skąd wiesz? – zapytał Siwy. – A kto inny by się tak asekurował? Stiepan zawsze był ostrożny. – Dużo mu z tego przyszło... – mruknął Siwy. – Tak po prawdzie to nasza wina, Saszka. Abaszyna i moja. Ryży wkurwiał się okropnie, żeśmy obcego przypuścili, ostrzegał, że źle się to skończy – westchnął Dima. – Głupio mi teraz strasznie. – Było, minęło. – Siwy ruszył w stronę spróchniałego płotu, oddzielającego posesję od zarośniętego chwastami sąsiedniego podwórka. Prowizoryczna furtka, sklecona z nieoheblowanych deszczułek, wisiała krzywo na parcianych paskach zastępujących zawiasy. – Nielicha utarczka... – zauważył, oglądając się na podziurawioną odłamkami ścianę szczytową chałupy, rozbryzgi krwi na podmurówce i całą jej kałużę zaschniętą na resztkach cementowej wylewki. – Wbrew pozorom Stiepan to był niezły zawodnik – powiedział Dima z szacunkiem. – Amator zawsze pozostanie amatorem – wzruszył ramionami Siwy. Krzywiąc się z bólu, sforsował kępę rdestu, którego łodygi uginały się pod ciężarem oplatających je pnączy sinolistnego powoju, i zatrzymał się przed kolejnym płotem. Popatrzył tęsknie na nieodległą szosę. Gdyby nie anomalie, których dziwnie dużo kotłowało się nad sponiewieranym, przemielonym niemal na proszek asfaltem, do punktu kontaktowego dotarliby w parę minut. Zamiast tego musieli gramolić się przez chaszcze, od płotu do płotu, od zagrody do zagrody. Punkt kontaktowy – okazały dom, w stanie technicznym zgoła do standardów Zony niepasującym – znajdował się kilkanaście posesji dalej. Niby blisko, ale dla sponiewieranego serią kontuzji Siwego masakrycznie daleko. – Dosyć tego! – oświadczył w pewnym momencie, po czym usiadł tam, gdzie stał, czyli pod frontową ścianą jednej z chałup. – Dalej nie idę! Zdrowia na loterii nie wygrałem.

– Trochę jednak wygrałeś, nie oszukujmy się – wysapał Dima, otrzepując kombinezon ze śmiecia i paprochów. Zakurzyło się, jakby trzepał dywan. – Już niedaleko, weź się w garść. Posiedzimy w cywilizowanych warunkach, a nie w tym syfie. – Spojrzał z niesmakiem na zapadnięty dach chałupy, pozbawione szyb okna, złuszczoną do reszty farbę na ściankach werandy oraz walające się dookoła barachło w postaci zniszczonych doszczętnie sprzętów domowych oraz bielejących tu i ówdzie kości – czyli scenerię typową dla sadyby zaanektowanej przez snorki. – Martwi mnie ta noga, Dimka – wyznał w końcu Siwy. – Sam zobacz. – Rozsznurował but i podwinął nogawkę. Nie musiał nawet zdejmować opatrunku, jako że bandaż już dawno zsunął się z łydki i dyndał teraz luźno wokół kostki, szary od brudu. – Auć! – skrzywił się Dima na widok rozlanej pod skórą paskudnej ciemnogranatowej plamy, na której tle odcinała się bielą zabliźniona już na dobre rana. – Musiało jakieś naczynko trzasnąć. – Powiększa się i coraz bardziej napierdala... – poskarżył się Siwy. – Hmm... – Zafrasowany Dima znowu zmierzył wzrokiem chałupę. – Faktycznie, trzeba by jej dać odpocząć, w górze potrzymać, może w końcu przyschnie... Ty, a może ja bym artefaktu jakiego poszukał, a? Na szosie od cholery anomalii, a nuż któraś coś urodziła? Skrętaki ładnie goją, może dałyby radę sięgnąć w głąb? – Mała szansa, ale spróbować można – zgodził się Siwy. Podniósł się z wysiłkiem i podskakując na jednej nodze, wdrapał się na werandę. – Wystarczy – powiedział, sadowiąc się na podłodze między drzwiami do sieni a ścianką. – Byleby się na łeb nie lało... – Czekaj, podłożymy coś pod tę nogę. – Dima wyszarpnął z chwastów niewielki zydelek z odłamaną nóżką, kilkoma ruchami pozbył się pozostałych trzech. Powstałą w ten sposób prowizoryczną podpórkę wsunął pod stopę Siwego. Po krótkim namyśle wymościł ją zrolowaną kapą, którą znalazł w sieni

zawieszoną na gwoździu. – No i elegancko – podsumował, podziwiając rezultat swoich starań. Zsunął z ramion plecak i położył go obok Siwego. – Zjedz coś, napij się. Niedługo wrócę – powiedział, wyjmując pojemnik na artefakty. Wyszedł na podwórko. – Tylko nie zeżryj wszystkiego! – zawołał już z zewnątrz. Nie doczekał się odpowiedzi. Siwy nie miał ochoty na przekomarzanki. Wyczerpany, oparł głowę o ścianę i przymknął oczy. Zanim Dima przedarł się przez chwasty do usianej anomaliami szosy, on już chrapał w najlepsze. Pierwszy artefakt Dima wypatrzył w płytkim rowie po drugiej stronie drogi. Fioletowo-czarna kropla zagęszczonej materii unosiła się kilkanaście centymetrów nad ziemią, drżąc lekko i od czasu do czasu obracając się wokół własnej osi. Na ten widok stalker uśmiechnął się szeroko. Łezka. – I slozy nakonieeeeeec4!– zanucił z emfazą, ciskając przed siebie garść żwiru. Zasyczało, fuknęło, część kamyków znikła w feerii rozbłysków, reszta śmignęła do góry, zatoczyła szeroki łuk, by po chwili opaść na ziemię w postaci rozwiewających się obłoczków pyłu. – Niedobrze... – westchnął stalker. Mozolne wytyczanie trasy pomiędzy anomaliami nie uśmiechało mu się ani trochę. Był wyczerpany, głodny i najchętniej, tak jak Siwy, zaległby gdzieś w cieniu. Poszukiwanie artefaktów nigdy nie było jego ulubionym zajęciem. Raz, że trzeba się było przy tym nielicho nachodzić, dwa, że było cholernie niebezpieczne. Jak grzybobranie na poligonie w czasie manewrów wojskowych. Przeszedł kilkanaście kroków wzdłuż wysokiego ogrodzenia, szorując plecami o deski i starając się nie spuszczać oka z tańczących nad asfaltem zawirowań powietrza. Wygenerowane na relatywnie niewielkim obszarze anomalie przemieszczały się nieustannie wskutek wzajemnych oddziaływań. Na oczach stalkera rozkręcający się w najlepsze wir zassał skwierczącą zygzakami wyładowań elektrę, porwał ją do szalonego tańca, tworząc wirujące tornado wysokoenergetycznej plazmy, które 4 „I wreszcie łzy” – fragment piosenki rosyjskiej „Вечная любовь” w wykonaniu Antona Makarskiego.

natychmiast zostało rozerwane przez grawitacyjne żarna karuzelki. Dima nie musiał już nawet rzucać kamykami. Wywołana przez aktywujące się anomalie zawierucha odrywała resztki asfaltu, rzeźbiła w nawierzchni okręgi i półkola, niczym szalony artysta wyposażony w potężną frezarkę. Nie było rady, musiał jakoś obejść ten kocioł, a to oznaczało dodatkowy kilometr brnięcia przez ugory, jako że pas anomalii ciągnął się wzdłuż szosy i sięgał aż pod las, z którego tak niedawno obaj wyszli. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie szukać przejścia, idąc w przeciwnym kierunku, czyli w głąb wioski, ale uświadomiwszy sobie, że musiałby wówczas cały czas przemieszczać się rowem, gramolić przez przepusty i ogólnie ryzykować pochwycenie przez anomalię, postanowił obejść pas aberracji od strony lasu. Jak się niebawem okazało, była to bardzo dobra decyzja: po drugiej stronie jezdni, nie więcej niż sto metrów od ściany lasu znalazł pierwszego skrętaka – szarobrązowa, skręcona w spiralę grudka leżała sobie jak gdyby nigdy nic wśród wprasowanych w ziemię badyli krwawnika. Nieco dalej dostrzegł następnego. Chwilę później artefakty grzechotały w sześciokomorowym, izolowanym warstewką ołowiu pojemniku. Jedną przegródkę Dima zarezerwował na łezkę, najrzadszy i najdroższy spośród wszystkich rodzajów artefaktów, jakie kiedykolwiek wypluła z siebie Zona. Gładkie jak szkło, zawsze przyjemnie ciepłe, o harmonijnie stonowanych barwach łezki były po stokroć piękniejsze od kwiatów-kamieni i po tysiąckroć od nich bezpieczniejsze. Oraz trwalsze. Dima w swoim życiu na żywo widział takie cudeńko tylko raz, w Gubinie na aukcji. Umieszczone w pancernej kasetce z przezroczystym wieczkiem i pilnowane przez uzbrojonych po zęby ochroniarzy. Za samą możliwość popatrzenia z bliska należało uiścić u jednego z wachmanów półtorej setki. Drugie tyle kosztował zaszczyt obserwowania aukcji. Na myśl, że za chwilę będzie miał w pojemniku artefakt wart dziesiątki tysięcy zielonych, Dima poczuł przyjemny dreszcz.

Nucąc pod nosem, pomaszerował w kierunku podskakującej w oddali łezki.

Rozdział 17 Plany jakieś są? – zapytał Starczenko, podchodząc do grupki oficerów, prowadzących ożywioną dyskusję ze stalkerami. Jego adiutant, Siergiej, stał nieco z boku i z zainteresowaniem przysłuchiwał się rozmowie. – Melduję, że nie, towarzyszu pułkowniku! – odpowiedział natychmiast, prężąc się w postawie zasadniczej. – Przecież to wy odbieraliście papiery! – zmarszczył brwi pułkownik. – Zgadza się, towarzyszu pułkowniku, ale planów budynku w dokumentacji nie było – wyjaśnił cierpliwie Siergiej. – Spis inwentarza, wypisy z ksiąg, protokoły... – Mogliście o nie wystąpić! – przerwał mu Starczenko. – Spartaczyliście! – warknął. – Skąd miałem... – Milczeć! – ryknął pułkownik. W polowym oporządzeniu, obwieszony granatami i z ciężkim pekaemem5 w dłoniach wyglądał tak, jakby zamierzał w pojedynkę oczyścić budynek z grasującego w piwnicach plugastwa. Siergiej aż się skulił. – Plany nie będą do niczego potrzebne, towarzyszu pułkowniku – oświadczył jeden ze stalkerów, ten młodszy. Przecisnął się zdecydowanie pomiędzy zesztywniałymi ze strachu sztabowcami i wskazał na budynek. – Standardowe budownictwo, korytarz przez całość, jedno wejście do piwnicy, żadnych dróg ewakuacyjnych. Układ pomieszczeń identyczny i na górze, i pod ziemią. – Bzdury opowiadacie, Jusupow – prychnął Starczenko. – W tych stronach nic nie jest standardowe. Ten wasz mutant nie wziął się w suterynie znikąd. Stamtąd przylazł! – Machnął lufą karabinu w kierunku umocnień Kordonu. 5 PKM – uniwersalny karabin maszynowy kalibru 7,62 mm.

– Fomka, pułkownik dobrze kombinuje – odezwał się drugi stalker. – Musi być jakiś tunel albo kanał. Burery uwielbiają anektować takie nory. Wlazł w Zonie, wylazł aż tutaj. I się wkurwia, bo przecież teraz cały tunel jego. Zostawimy, to przywlecze resztę familii – dodał, zapalając papierosa. – Ot, nareszcie ktoś kompetentny się trafił – stwierdził z zadowoleniem Starczenko. – Co zatem radzicie? – zapytał. – A co tu radzić? – wzruszył ramionami stalker. – Burera ubić, zlokalizować wlot tunelu, zaczopować betonem i po kłopocie. – Można by też sprawdzić, dokąd prowadzi – zasugerował Jusupow. – Po co? – zmarszczył brwi Starczenko. – One urzędują w głębi Strefy, burery znaczy się. Na obrzeżach pojawiają się sporadycznie... Więc jeżeli ten nasz przywędrował aż stamtąd, to będziecie mogli wykorzystać ten szlak do własnych celów. Rozumiecie, o co mi chodzi? Jak szczury. Tup, tup, tup i już macie ludzi w centrum. Kilka, może kilkanaście godzin marszu. Tanio, bezpiecznie i w ogóle. – Ożeż kurwa... – westchnął Siergiej i natychmiast zakrył dłonią usta. – Przepraszam, towarzyszu pułkowniku! Starczenko machnął tylko ręką. Zamyślony, tarł się odzianą w skórzaną rękawiczkę dłonią po gładko ogolonej szczęce, co kilka chwil przerywając tę czynność, by unieść opadającą nieco na czoło stalową przesłonę hełmu. – Szlak, powiadacie... – mruknął w końcu. – Zgadza się – przytaknął Jusupow. – A jeżeli to tylko jakaś mysia dziura? Burery to kurduple, a nam potrzeba konkretnego przejścia. Nikt nie da rady czołgać się kilometrami obładowany sprzętem. – On też się nie czołgał, towarzyszu pułkowniku. Te cholery lubią mieć wokół siebie trochę przestrzeni – odezwał się Rybin, gasząc obcasem niedopałek. – A skoro on przeszedł, to i my przejdziemy. – Potrzebują miejsca, żeby smyrgnąć czymś w intruza – pospieszył z wyjaśnieniem Jusupow, widząc skonsternowaną minę Starczenki. – Albo intruzem – dodał ponuro.

– Tak czy owak, musimy go stamtąd wykurzyć – oświadczył pułkownik. Odpiął przymocowane do paska radio, po czym odwrócił się w kierunku wyszykowanego naprędce gniazda cekaemu, usytuowanego u wylotu ścieżki prowadzącej na teren garnizonu. Tyły budynku zabezpieczała drużyna wojenstalkerów, uzbrojona w miotacze ognia i granatniki. Wdusił guzik nadawania. – Strzelać tylko na mój rozkaz! Zrozumiano? – krzyknął do mikrofonu. Zwolnił przycisk. – Nie strielatʹ biez nakaza! – zatrzeszczało w radiu. – Tak jest – rozległo się zza usypanej z gruzu prowizorycznej osłony. – Zwabimy go bliżej wyjścia, żeby nie zdołał nam smyrgnąć z powrotem do tunelu. Wy – wskazał na Rybina – odetniecie mu odwrót. – Dlaczego ja?! – oburzył się stalker. – Mowy nie ma! Jakiegoś swojego gieroja poślijcie! – Żaden nie przeciśnie się przez okno – odpowiedział spokojnie Starczenko. – Wy tak. Dostaniecie noktowizor i coś naprawdę szybkostrzelnego, żeby nie miał czasu na te swoje sztuczki. A wtedy wkroczę ja... – Cały w bieli – mruknął Jusupow. Któryś z oficerów zachichotał, ale natychmiast umilkł szturchnięty łokciem przez kolegę. Starczenko zgromił go wzrokiem. – ...i Jusupow – dokończył. – Słucham?! – Stalker niemal podskoczył w miejscu. – Nie pójdziemy. Ani ja, ani Wołodia. To wasza jurysdykcja i wasz cholerny problem! – Pójdziecie – powtórzył Starczenko. Wciąż był dziwnie rozluźniony. – Towarzyszu pułkowniku, pogadajmy jak ludzie rozsądni – zaczął pojednawczo Rybin. – Macie do dyspozycji cztery kompanie uzbrojonych po zęby chłopaków, z czego połowa aż się pali do walki. Po kiego chcecie nadstawiać karku i jeszcze wciągacie w to nas? Burery to cholernie niebezpieczne stworzenia. Zwłaszcza najstarsze osobniki. Niech wam się nie

wydaje, że ot, zbombarduje nas żelastwem, kamieniami czy innym śmieciem. Najsilniejsze potrafią zerwać strop albo ścianę na człowieka zwalić. Sądząc po odgłosach, ten nie jest słabeuszem. Jakby na potwierdzenie jego słów w budynku trzasnęło coś potężnie, potem zazgrzytało, jakby wewnątrz turlało się młyńskie koło. Jedna z narożnych rynien wypadła z mocowań i z przeraźliwym brzękiem rymnęła o ziemię. Kręcący się w pobliżu wejścia żołnierze rozbiegli się na wszystkie strony, w biegu odbezpieczając broń. – Nie strzelać! – huknął na nich Starczenko. – Pozostać na stanowiskach! Sami widzicie dlaczego – zwrócił się do stalkerów. – Może i daliby radę mutantowi, tylko że przy okazji zrównaliby wszystko z ziemią. A skoro mam tu zorganizować punkt przerzutowy, budynek musi pozostać w stanie nienaruszonym. – Nie możecie nas zmusić – oznajmił buńczucznie Rybin. Jusupow pokiwał głową na znak, że zgadza się z kolegą. – Nie mogę – przytaknął pułkownik. – Ale mogę kilka innych rzeczy. Anulować wasze przepustki i nie wydać następnych. Mogę też rozesłać dowódcom innych odcinków odpowiednie... hmm... raporty. Bo ja dużo mogę, towarzysze stalkiery. Bardzo dużo. – Uśmiechnął się paskudnie. – I nie, nic nie dadzą wasze konszachty z generałem i jego pupilkiem. Rozdzielność kompetencji, braciaszki. I pozioma, i pionowa – dodał zjadliwie, widząc, że stalkerzy nie wyglądają na przejętych jego pogróżkami. Byli łowczy popatrzyli na siebie zaniepokojeni. – Daliście słowo – przypomniał po chwili Jusupow. – Oficerskie słowo – wtrącił Rybin. – Do tej pory się nie wywiązaliście. A teraz jeszcze straszycie wilczym biletem... – powiedział z goryczą Jusupow. – Tak się nie godzi, towarzyszu pułkowniku, to...to nieetyczne jest! – A za co ja wam miałem dać kontrakt? – zapytał drwiąco Starczenko. – Może za to, że wy mi zmotoryzowany oddział na pewną śmierć poprowadzili? A może... – Zamilkł nagle, widząc wycelowaną w swoją stronę lufę dubeltówki Jusupowa.

Przysłuchujący się tej wymianie zdań oficerowie zamarli w bezruchu. – Jeszcze słowo, towarzyszu pułkowniku – powiedział cicho Jusupow. – Jedno pierdolone słowo i będą was zeskrobywać z asfaltu. Starczenko westchnął ciężko, odłożył pekaem na ziemię. – Nie dajecie mi wyboru – powiedział ze smutkiem. – A ja nie tylko kij dla was mam, ale i marchewkę. Opuśćcie broń, a pogadamy o marchewce. Jusupow spojrzał pytająco na Rybina. – Porozmawiać zawsze można – stwierdził Sybirak, nie przestając mierzyć w zesztywniałych sztabowców, wśród których kulił się przerażony rozwojem wypadków Siergiej. – Mówcie – burknął Jusupow, opuszczając lufę. W budynku znowu rozległ się łomot. Tym razem posypały się szyby z okien na piętrze. Pułkownik spojrzał w tamtą stronę, po czym przywołał gestem dłoni Siergieja. Adiutant przecisnął się pomiędzy oficerami i łypiąc podejrzliwie na stalkerów, podszedł bliżej. – Daj ten kwit. – Starczenko, nie spuszczając wzroku z Jusupowa, wystawił rękę w stronę Siergieja. – Załatwimy to od razu, żeby potem nie było, że Starczenko niehonorowy. Siergiej wyjął zza pazuchy złożoną we czworo kartkę oraz długopis. – Przepustka – wyjaśnił Starczenko, wygładzając papier. – Nielimitowane przejścia, bezterminowa, bezwarunkowa. Z przeniesieniem prawa jej cofnięcia na generała Zelencewa. Wystarczy, że podpiszę. To jak? – O ja pierdolę... – wyszeptał Rybin. – Fomka, masz pojęcie, co to oznacza? – Życie stanie się prostsze, Wołodia, o wiele prostsze. – Jusupow wpatrywał się jak urzeczony w trzymany przez pułkownika świstek papieru. – Wchodzimy w to, towarzyszu pułkowniku, ale musicie obiecać nam jeszcze jedną rzecz – oznajmił, ignorując palący wzrok Rybina. – Jeszcze wam mało? – zdziwił się Starczenko.

– Gdy już otworzycie ten szlak, zakontraktujecie nasze usługi. – Nie przesadzacie, Jusupow? – zapytał pułkownik, spoglądając na stalkera spod przymrużonych powiek. – Niby w jakim charakterze mielibyście dla mnie pracować? – Choćby jako przewodnicy. Albo dodatkowa eskorta. Przypominam, że to będzie głęboka Zona. My umiemy się tam poruszać. Wasi ludzie, niestety, nie, o czym przekonaliście się niedawno. – W kwestii Sazowa to ja jeszcze z wami nie skończyłem, stalkiery! – najeżył się Starczenko. Chociaż nie dawał tego po sobie poznać, dobrze wiedzieli, jak bardzo wstrząsnęła nim śmierć kapitana i jego ludzi oraz utrata wartego setki tysięcy dolarów sprzętu. – Więc skończcie, towarzyszu pułkowniku – odrzekł Jusupow półgłosem, zerkając na stojących nieopodal oficerów. – Nie powinno się mówić źle o zmarłym, ale powiedzieć o kapitanie, że był durniem, to nic nie powiedzieć – zakończył niemal szeptem. – Wy mówicie Sazow, my mówimy Jefimiuk – dorzucił grobowym głosem Rybin. – Złodziej i partacz. Takich macie specjalistów od eksploracji. Ilu podkomendnych wróciło z nim z patrolu, a? Wyuczył ich, że ho, ho. Złodziejskiego fachu chyba. Kontroler ich dopadł... Jaasne. Mutas się zawziął i cały patrol otumanił. Pięciu chłopa naraz. I tylko jeden Jefimiuk się nie dał. Oczywiście. – O czym wy mówicie, Rybin? – zapytał pułkownik, podchodząc bliżej. – Że łże jak pies. Psioników w tych stronach ze świecą szukać, a nawet gdyby na jakiegoś natrafili, to wszystkich i tak nie dałby rady utrzymać. Kontroler, pułkowniku, z trudem radzi sobie z dwoma. – Coś sugerujecie? – Starczenko spojrzał na stalkera uważnie. Bardzo uważnie. – Tak – potwierdził dobitnie Rybin. – Radziłbym wam zbadać tę sprawę nieco dokładniej, bo jak na moje oko, to ten cwaniak na bandosów ich poprowadził. Albo na bojówkę frakcji. Rozbójnik od siedmiu boleści. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało,

że przehandlował cudze życie w zamian za własne. – To są poważne zarzuty, Rybin. Bardzo poważne – stwierdził pułkownik. – Lepiej, żebyście mieli jakieś dowody na ich poparcie. – Dowody gniją gdzieś tam! – Coraz bardziej zdenerwowany stalker wskazał dłonią odległe zasieki. – Kiedyś rzucę je skurwysynowi w twarz. – Spokojnie, Wołodia – zmitygował go Jusupow. – Prawda jest jak oliwa. Wcześniej czy później na wierzch wypłynie. To jak będzie, pułkowniku? Mamy umowę? – zapytał. Starczenko skinął głową. Zbyt luźno zamocowana przesłona opadła mu tym razem aż do linii brwi. Zniecierpliwiony, zdjął hełm, upuścił go na ziemię, po czym mocnym kopniakiem posłał w krzaki. – Niech wam będzie – westchnął, przeczesując dłonią pociemniałą od potu szczecinę. – A teraz do roboty – powiedział, podnosząc pekaem. – Siergiej, zaiwaniaj do tamtych. – Wskazał na róg budynku. – I pilnuj, żeby któremuś nie przyszło do łba strzelać, gdy będziemy w środku. – Tak jest! – strzelił obcasami adiutant. Ruszył truchtem przez placyk i po chwili zniknął za budynkiem. – A wy, Jusupow, znajdźcie tego brodatego gieroja. Zna budynek, więc się przyda.

Rozdział 18 Mietkina dogonili po godzinie intensywnego marszu. Rozebrany do podkoszulka i umorusany jak nieboskie stworzenie doktor siedział na skraju polany i kawałkiem patyka oczyszczał z błota składaną saperkę. – Gdzie Wiktor? – zapytał tknięty straszliwym przeczuciem Jurij. – Tam – odpowiedział Mietkin. Nie podnosząc głowy, wskazał ostrzem saperki przeciwległy skraj polany. Wśród połamanych, zdeptanych paproci majaczył kopczyk wilgotnej, tłustej ziemi. – Płytko kopałem, bo korzenie, ale przynajmniej nie będzie leżał na widoku – wyjaśnił ze smutkiem, po czym wrócił do czyszczenia łopatki. – Przykro mi, stary. – Stojący z tyłu Abaszyn podszedł do Jurija i położył mu dłoń na ramieniu. – Szkoda człowieka. – Nie wysilaj się! – warknął stalker. Zezując, spojrzał na widoczne przy nadgarstku Abaszyna sznyty. – Możesz wydziarać sobie następną – dodał, odtrącając ze wstrętem dłoń Białorusina. – Jak to się stało? – zapytał, siadając obok doktora. – Nijak – wzruszył ramionami Mietkin. – Szedł i nagle upadł. Krew z nosa, z uszu, z oczu... – Wzdrygnął się. – Wylew, Jurij, wylew ogromny. Ja nie wiem, nie rozumiem, jak on z takim krwawieniem dał radę tyle przejść?! Przecież tam wszystko musiało pływać, ciśnienie śródczaszkowe... Boże... – Znowu nim zatrzęsło. – Dostał szprycę, to szedł – mruknął Abaszyn. – I tak by w końcu zdechł. – Wiesz co, Walerij? – Doktor wsunął saperkę do pokrowca i podniósł się na nogi. – Czasami lepiej jest ugryźć się w jęzor. Naprawdę lepiej – powiedział, wycierając ręce o spodnie. – Niby czemu? – Abaszyn spojrzał na niego ze zdziwieniem. – Bo kiedyś ktoś nie wytrzyma i ci ten jęzor upitoli. Wraz

z łepetyną – poinformował go Mietkin. – Jurij, odłóż to – dodał zmęczonym głosem. – Nie będę kopał następnej mogiły. Abaszyn odwrócił się gwałtownie i natychmiast znieruchomiał na widok wymierzonej w swoją stronę lufy strzelby. – A tobie co odjebało? – wycedził, podnosząc ręce do góry. – Słyszałeś, co powiedział Jewgienij? – zapytał matowym głosem Rosjanin. – Zamknij ryj. Ten jeden jedyny raz. – Wystarczy, Jurij, bo znowu komuś stanie się krzywda – wkroczył między nich Mietkin. Niefrasobliwym ruchem odsunął na bok lufę. W ręku trzymał wyjęty z plecaka nóż i rolkę taśmy. – Walerij już wie, że komuś, kto oddał życie za sprawę, należy się odrobina szacunku. – Odwrócił się do Abaszyna. – Mam rację, Walerij? – zapytał, dyskretnie puszczając oczko. Białorusin natychmiast się rozluźnił. – Przepraszam, Jurij – mruknął pojednawczo. – Za dużo wrażeń, jak na jeden dzień. Pomogło, jak zawsze. Choć na twarzy Jurija w dalszym ciągu malowała się wściekłość, to jednak opuścił broń. Abaszyn postanowił pójść za ciosem. – Wystrugam mu krzyż – zaoferował się. – Będzie po chrześcijańsku. – Sam to zrobię – odburknął Jurij. Wziął od Mietkina nóż i taśmę, po czym powlókł się przez polanę w kierunku mogiły. Po kilku chwilach w gęstwinie nieopodal kopczyka ziemi rozległ się trzask łamanych gałęzi. – Kurwa, niewiele brakowało – westchnął Abaszyn, przypalając papierosa. – Po cholerę go prowokowałeś?! – zirytował się Mietkin. – Tak mi się jakoś wyrwało... – To niech ci się więcej nie wyrywa! Kto mi potem pomoże w Jantarze? Ty? Dima? Siwy? – Przecież to on mierzył we mnie... – udał oburzenie Abaszyn. – Walerij, nie rozśmieszaj mnie, dobra? Już ja dobrze wiem, czym się kończy grożenie ci bronią – jęknął doktor. – Oj tam, oj tam... – machnął ręką Abaszyn. – Różnie mogło być. Jurij to groźny przeciwnik.

– Wiesz co, Walerij? Gdybym miał pewność, że to on ciebie, a nie ty jego, to ja bym się jemu pod lufę nie pchał. – Dziękuję ci pięknie! – parsknął śmiechem Abaszyn i natychmiast zatkał dłonią usta. Obejrzał się na Jurija. Rosjanin kręcił się wśród zarośli w poszukiwaniu kawałka drewna, który nadałby się na krzyż. – Jewgienij, on naprawdę miał wylew? – zapytał szeptem. – Naprawdę – odparł równie cicho doktor. – Prochy nic nie dały, ledwo go dowlokłem do lasu. Gdy mu odjęło czucie w nodze i ręce, to już w ogóle nie było się po co męczyć. No i jęczał strasznie. Pamiętasz tego bandosa, co go wtedy nad rzeką kaban żywcem pożarł? – Co mam nie pamiętać? Darł się z pół dnia. Nie szło wytrzymać – skrzywił się Abaszyn. Niechętnie wspominał tamten dzień. Dwa dni ścigali gnoja, a gdy już, już mieli go dopaść, ten kretyn, ta łajza cholerna, wlazł prościuteńko w legowisko maciory kabana. Dużej maciory. Z młodymi. Rozjuszone bydlę najpierw wypatroszyło nieszczęśnika półmetrowymi kłami, a potem pozwoliło warchlakom najeść się świeżymi podrobami do syta. – No więc Wiktor też się tak zaczął drzeć. I sam już nie wiem, czy z bólu, czy coś mu się po prostu w głowie poprzestawiało. Tu wokół od cholery różnego tałatajstwa się włóczy, więc wiesz... – Mietkin zamilkł, opuścił z zakłopotaniem głowę. – ...więc go uciszyłeś – dokończył za niego Abaszyn, po czym poklepał go uspokajająco po ramieniu. – Uszy do góry, Jewgienij. On i tak był spisany na straty, od samego początku na rezerwie jechał. Dima ma cholernie ciężką rękę – powiedział. – Tak było trzeba. – Niby tak... – westchnął doktor. – Ale czuję się paskudnie. Abaszyn podsunął mu napoczętą paczkę papierosów. – Normalka, Jewgienij. W końcu to swojak. Kota człek utopi, psa w lesie do drzewa przywiąże albo gdzieś na bezludziu wyrzuci i potem mu jakoś niewyraźnie... A to przecież tylko durne sierściuchy. A tutaj przecież człowiek był, towarzysz. Musi dusza pocierpieć – powiedział, pstrykając zapalniczką. – Od razu mi lepiej, Walerij, od razu. Byłby z ciebie

pierwszorzędny psychoanalityk – uśmiechnął się słabo Mietkin. Zaciągnął się głęboko raz i drugi. – Teraz ty mi opowiedz, jak poszło. Wyłączyliście? – zapytał, spoglądając w górę, na ciemniejące coraz szybciej niebo. – Mniej więcej. Do kabli nie szło się dobrać, więc porozbijaliśmy izolatory. Przepusty sfajczyły się w try miga. – Ciekawe, czy to zadziała? – zastanowił się doktor. – Od razu zadziałało – powiedział Abaszyn. – Ledwo zdążyliśmy uciec. Tam jest martwe pole – dodał tytułem wyjaśnienia. – A wahnięcie ten efekt jeszcze wzmocniło. Mówię ci, niesamowity widok. Wszystko stanęło w miejscu. Normalnie jakbyś pauzę wcisnął. Wyście nic nie zauważyli? – Nie – pokręcił głową Mietkin. – Zresztą nie bardzo był czas się rozglądać. Z drugiego końca polany dobiegł do ich uszu trzask oddzieranej taśmy, a potem rytmiczne stukanie. – Szybko mu poszło – skwitował Abaszyn. – I bardzo dobrze. Musimy się zbierać, Walerij, gdzieś przycupnąć, i to jak najszybciej. – Mietkin rozgarnął palcami ściółkę i zdusił papierosa w znajdującym się pod spodem wilgotnym mchu. – Emisji tylko patrzeć. – Przecież niedawno była – zdziwił się Abaszyn. – To bez znaczenia – odrzekł doktor. – Bez stabilizatora zacznie smażyć do oporu. Na obrzeżach również... Co ja gadam, zwłaszcza na obrzeżach – zreflektował się. – Ona spuchnie, Walerij. Jak balon. Dopóki nie przykręcimy kurka w Jantarze, będzie grzało jak wtedy, za pierwszym razem. – I sięgnie Kordonu, nie będzie wojennych, nie będzie tej suki Zelencewa... – rozmarzył się Białorusin. Jego kwadratowe oblicze rozjaśnił szeroki uśmiech. – Na ich miejsce przyjdą następni – ostudził jego entuzjazm doktor. – Wiesz, jak to jest. Po złym panie jeszcze gorszy nastanie – dodał ponuro. – I tutaj się mylisz, Jewgienij – stwierdził Abaszyn. – Pewnie, że przyjdą, ale nie będą gorsi, tylko głupsi. A to jest dla nas różnica. Zasadnicza, rzekłbym. – Uśmiech na jego twarzy zawstydziłby

w tym momencie nawet kota z Cheshire. Zaszeleściła ściółka. Z gęstniejących ciemności wyłonił się Jurij. – Zrobione – oznajmił, rzucając na rozbebeszony plecak doktora nóż i taśmę. Rozpiął kurtkę i wyciągnąwszy spod paska podkoszulek, wytarł nim twarz. – Gdzie jego plecak? – zapytał, rozglądając się dookoła. – Tutaj. – Mietkin odchylił nogą wiecheć połamanych paproci. – Nic tam ciekawego nie ma, papiery zabrałem – wyjaśnił, podnosząc drelichowy marynarski worek związany u góry sznurkiem. Podał go Jurijowi. – Maskę wyjąłeś? – zapytał Rosjanin, rozplątując sznurek. – Nie. Mam zapasową – odparł Mietkin. – Tobie potrzebna? – Jemu zostawię. Miał podpisaną – odrzekł Rosjanin. – Nie będzie gnił bezimiennie, jak byle chłystek. – Racja, trzeba prawilnie – odezwał się Abaszyn. Jurij nawet nań nie spojrzał. Wyjąwszy maskę, odwrócił się na pięcie i poszedł w stronę mogiły. – Ech, żeby on wiedział, jak to się naprawdę odbyło... – mruknął Abaszyn. – Ani się waż, Walerij. Ani się waż mu powiedzieć! – syknął doktor, łypiąc z niepokojem w stronę mogiły, gdzie Jurij właśnie mocował na krzyżu maskę przeciwgazową. – Mikołajowi też ani słowa, bo zbiesi się do reszty. – Z nimi w ogóle teraz trzeba ostrożnie – stwierdził Białorusin. – Owszem – zgodził się doktor. – Są nam jakby niezbędni. I jeden, i drugi. A ty masz zadbać, żeby im nie spadł włos z głowy. Potraktuj to jako polecenie służbowe. – Tak jest, szefie! – zasalutował do kaptura Abaszyn. – Jak za starych, dobrych czasów.

Rozdział 19 Tak jak podejrzewał Siwy, okłady ze skrętaków nie zdały się na wiele. Przykładane do rany artefakty kolejno matowiały, traciły wewnętrzny blask, jeden nawet pękł na pół, odsłaniając gąbczastą strukturę, przypominającą nafaszerowany szklanymi drobinkami pumeks. Zafascynowany tym Dima przez kilka minut próbował dłubać skrętaka nożem, ale szybko dał sobie spokój, po tym jak w pewnym momencie omal nie rozharatał sobie ręki. Szczęściem dla niego ostrze ześlizgnęło się po pasku od zegarka, trochę tylko rysując szkiełko. Stalker nie przejął się tym w ogóle, bo zegarek i tak był popsuty. Jedynym efektem kuracji było to, że krwiak nieco przyblakł. Zdaniem Siwego jedno z pękniętych naczynek musiało znajdować się na tyle płytko pod skórą, by sięgnęła doń emanacja artefaktu. Niestety, noga przy każdym stąpnięciu nadal rwała niemiłosiernie. – Szlag by to jasny trafił! – poddał się w końcu Dima, zatrzaskując pojemnik, w którym pozostała już tylko łezka, starannie zawinięta w szmatkę. – W końcu przejdzie... – spróbował pocieszyć go Siwy. Nie przyznałby się do tego za żadne skarby, ale rola pacjenta zaczęła mu się podobać. Po raz pierwszy od nie wiadomo kiedy ktoś się o niego zatroszczył. I nic a nic nie przeszkadzało mu, że tym kimś był stuczterdziestokilogramowy, spocony jak prosiak i tak samo jak prosiak cuchnący Ormianin. – Wiem, że przejdzie, zawsze przechodzi, ale nam musowo popierdalać do Jantaru, Saszka! Już, teraz, zaraz! – jęknął Dima. – Dopiero co mówiłeś, że nie ma pośpiechu i że zaczekamy na Mikołaja – przypomniał stalker, opuszczając nogawkę. Spróbował sięgnąć po but bez wstawania, ale ten, rzucony niedbale, leżał za daleko. Siwy podparł się rękami, by wstać. – Siedź – powstrzymał go Dima. Podniósł kamasz, poluzował

sznurowadła. – Mówiłem tak, bo nie chciałem cię popędzać – wyjaśnił, kładąc but obok Siwego. – I tak ledwo się wlokłeś. – Ale skąd ten pośpiech? Kryjówka zlikwidowana, nikt nam po piętach nie depcze, instalację chłopaki ogarną albo już ogarnęli – powiedział Siwy, wzuwając but i wiążąc mocno sznurowadła. Ulga była natychmiastowa: usztywniony cholewką staw skokowy pozwolił odpocząć poharatanym mięśniom łydki. Dima usiadł, a właściwie to klapnął na spróchniałą podłogę jak wór kartofli i natychmiast zabrał się do przetrząsania zawartości plecaka. Chwilę później dziobał nożem w puszce z tuszonką. Siwy poprzestał na kilku łykach wody. – Ty, Dimka, a może on już tam czeka? – powiedział, rzucając grubasowi do połowy opróżnioną manierkę. – To niech czeka! – żachnął się grubas. – Musisz wydobrzeć. Nie mam zamiaru dźwigać cię na plecach. – Możesz iść beze mnie – zaproponował Siwy. – Zostawisz mi trochę żarcia i picia, przekimam tu dzień lub dwa. Noga się podgoi, to przyjdę. I tak wam w niczym nie pomogę. – Hmm... – Dima podrapał się po głowie. – W sumie, racja. – Znowu sięgnął do plecaka. – Trzy wystarczą? – zapytał, wykładając na podłogę przykurzone nieco konserwy. – Powinny. Ciekawe, czy jest tu jakaś piwnica... – Siwy przysunął się bliżej drzwi i zerknął do mrocznej sionki. Nasiąknięte wilgocią, zbutwiałe deski podłogi upstrzone były pozwijanymi płatkami łuszczącej się farby. W najdalszym kącie majaczył na podłodze ciemniejszy kwadrat. – Jest klapa – ucieszył się stalker. – Czekaj, sprawdzę. – Dima wyjął z kieszeni kurtki niewielką latarkę, podniósł się ociężale i wszedł do sieni. Kucnął przy klapie, uniósł ją i zajrzał do środka. – W porządku. Są schodki... I nawet sucho – oznajmił, świecąc latarką w cuchnącą stęchlizną ciemność. Zostawiwszy klapę otwartą, wrócił na ganek. – Niespecjalnie głęboka, ale ma chyba jeszcze jedno pomieszczenie. Widziałem drzwiczki – powiedział, kładąc obok Siwego puszki z tuszonką. Po krótkim namyśle podał mu również

swoją manierkę. Siwy potrząsnął naczyniem. – Nie masz więcej? – zapytał. – No właśnie nie... – odpowiedział Dima. – Racjonuj sobie jakoś. Później zaczerpniesz sobie z tej sadzawki za wsią. Trochę oddaje tłem, ale za to czysta. No to co, Saszka? Nam się znowu pożegnać. – Westchnął ze smutkiem, wyciągając w stronę Siwego pulchną dłoń. – Od kiedy ty taki sentymentalny? – zdziwił się stalker, oddając uścisk. – Bo już raz cię pochowałem, Saszka. I nie chciałbym tego robić po raz drugi – powiedział cicho Dima. Odwrócił się i wyszedł na schodki. – Uważaj na siebie – rzucił przez ramię. – Tobie też nie chorować – odpowiedział Siwy. Dima omal nie wybuchnął śmiechem, słysząc te słowa. Przez ostatnie dziesięć lat ani razu się nie przeziębił, ani razu nie miał kataru, gardło dokuczało mu, tylko gdy był na kacu, a i to pod warunkiem, że pijaństwo zakończyło się spontanicznym karaoke. Nie miał problemów z żołądkiem, nie odczuwał bólów głowy, wątroba, niegdyś otłuszczona i nieustannie przypominająca o sobie paskudnym kłuciem pod żebrami, pracowała absolutnie dyskretnie. Poza okazjonalnymi dolegliwościami, będącymi skutkiem czysto mechanicznych kontuzji, przemęczenia tudzież przedawkowania radionuklidów, nie dolegało mu absolutnie nic i nigdy. Zasadniczo czuł się zdrów jak ryba. Tłusta, mięsożerna ryba. Na kraniec wioski dotarł bez większych problemów, trochę tylko rozgrzany płomieniem żarnika, który ni stąd, ni zowąd aktywował się, gdy Dima przechodził przez jedno z podwórek. Szczęściem dla niego gejzer ognia wystrzelił za rdzewiejącym w chwastach wrakiem ciągnika, więc skończyło się jedynie na osmalonym rękawie bluzy i kilku bąblach na szyi, które zresztą natychmiast rozdrapał, żeby zmusić naskórek do szybszej regeneracji. Z traktora pozostała tylko niekształtna bryła stopionego metalu, dymiąca pośrodku kręgu wypalonej ziemi. Złorzecząc pod nosem, nałożył na oparzone miejsce trochę maści

z antybiotykiem, żeby się nie śliwiło, po czym zakleił całość jałowym opatrunkiem. Jak się okazało, Siwy całkiem trafnie przewidział rozwój wydarzeń, bo gdy Dima dotarł w końcu na miejsce, Mikołaj już tam był – rozparty wygodnie na ławeczce pod ścianą chałupy, w rozchełstanej na piersiach koszuli, palił papierosa. U jego stóp walała się puszka po mielonce. Obok niej stała manierka i to po nią Dima sięgnął najpierw. – Dalej idziemy we dwóch – oznajmił, upiwszy kilka łyków. – A Siwy? – Z nogą trochę nie teges. Musi odpocząć. Dołączy do nas na miejscu, drogę zna. Mikołaj skinął głową. Z Usowa do Jantaru było w linii prostej niespełna osiem kilometrów. Okolica była spokojna, z rzadka usiana anomaliami, jedyny problem mogły stanowić mokradła po drugiej stronie rzeki, ale tylko w sensie mordęgi związanej z przedzieraniem się przez grząski teren. – Ktoś tu niedawno urzędował – powiedział, wskazując kciukiem podsypane ziemią okienka suteryny. – Co z zapasami? – Zaniepokojony Dima podszedł do jednego z nich, uklęknął i zajrzał do środka. – Nie znaleźli – uspokoił go Mikołaj. – Jest wszystko oprócz tego, co wziąłem. – Szturchnął butem puszkę. – Woda też? – Dima podniósł się i otrzepał spodnie z ziemi. – Prawie cały baniak, choć trochę jakby zielonkawa, ale nie śmierdzi ani nic. Zresztą piłeś przed chwilą. – Tfu! – Dima skrzywił się paskudnie i splunął pod nogi. – Mogłeś powiedzieć – burknął z wyrzutem. – Nie pytałeś – wzruszył ramionami Mikołaj. – Ciesz się, że w ogóle jest. Chyba że wolisz tę z bajorka, skażoną. – Ułożył się bokiem na ławce, pod głowę podłożył zwiniętą kurtkę. Karabin, oparty o ścianę, miał w zasięgu ręki. – Pół godzinki dla słoninki – zakomunikował, przymykając oczy. Był ewidentnie zrelaksowany, co bardzo ucieszyło Dimę. Porywczość, zmienność nastrojów i groteskowa wręcz emocjonalność, które zawstydziłyby niejedną pełnokrwistą zołzę, od dziesięciu lat stanowiły niemal immanentne cechy wszystkich członków ich

grupy. Jak sięgał pamięcią, nie mógł sobie przypomnieć żadnej dysputy, która nie zakończyłaby się pyskówką albo fochem przynajmniej jednego interlokutora. A najczęściej wszystkich naraz. Na szczęście dla zainteresowanych, rozpalone emocjami głowy stygły równie szybko. – Słusznie – stwierdził Dima, otwierając drzwiczki do suteryny. – Miej tu wszystko na oku, ja też muszę odsapnąć. Ruszamy jutro rano. – W porządku. – Mikołaj sięgnął po karabin i położył go na ziemi, tuż przy ławce. – Śrub w skrytce nie dokręcałem, więc częstuj się śmiało. Czym chata bogata! – zawołał za schodzącym już na dół Dimą. W suterynie faktycznie ktoś do niedawna pomieszkiwał i sądząc po duszącym fetorze wymiocin, nie wylewał za kołnierz. Smród był taki, że Dima w pierwszym odruchu zatkał palcami nos, a następnie cofnął się do wyjścia i otworzył drzwiczki na oścież. Już wiedział, dlaczego Mikołaj wybrał twardą ławkę w palącym słońcu zamiast przyjemnego chłodku piwnicy. Nie zamierzał jednak wybrzydzać. Wstrzymawszy oddech, podbiegł do najbliższego okienka i nie zważając na osuwającą się do środka ziemię ani też wyrwany z ościeżnicy haczyk, otworzył je gwałtownym szarpnięciem. Po kilku chwilach, gdy smród już nieco zelżał, podszedł do zamocowanego w kącie bojlera i zdjął z niego górną pokrywę. W zardzewiałym wnętrzu zbiornika piętrzył się stosik konserw i opakowań z suszonym mięsem, poowijane kolorową taśmą magazynki z amunicją oraz kilka wojskowych apteczek. Na tym wszystkim spoczywał dziesięciolitrowy baniak z wodą. – No i elegancko – mruknął Dima, wyjmując z bojlera szeleszczącą paczuszkę suszonej wołowiny. Apetyt na mielonkę w kontekście ohydnych kałuż, którymi upstrzona była posadzka, stracił definitywnie. Rozejrzał się wokół w poszukiwaniu jakiegoś kubka. W kącie pomieszczenia stał łuszczący się beżowymi płatkami farby kuchenny kredens. Na wyłożonym kawałkiem ceraty blacie Dima dostrzegł filiżankę z utrąconym uszkiem i zakurzony litrowy

słoik po ogórkach. Usatysfakcjonowany znaleziskiem, napełnił oba naczynia wodą, po czym rozsiadł się na stercie ułożonych pod ścianą lnianych snopków i przystąpił do niespiesznej konsumpcji twardego jak podeszwa mięsa.

Rozdział 20 Skulony za kotłem grzewczym Jusupow odchrząknął, nabrał powietrza w płuca, po czym wystawił głowę zza osłony. – Te! Kurdupel! Cho no tutaj, chuju na kaczych nogach! Słyszysz, pokurczu?! – wydarł się w stronę piwnicznego korytarza. – I jak? – zapytał półgłosem przyczajonego przy drzwiach Starczenkę. – Nie jestem pewien, jak odebrał to burer – odparł pułkownik – ale Rybin obraził się na pewno. – Towarzyszu pułkowniku... – westchnął stalker. Wszystkiego się w życiu spodziewał, ale tego, że ze Starczenki taki dowcipniś, to jakoś nie. – Poślijmy mu trochę ołowiu – zasugerował pułkownik. Szorując plecami po ścianie, przesunął się do przodu i nie przejmując się zalaną posadzką, przyklęknął za niewielką blaszaną szafką. – Może spróbuje się zrewanżować – dodał, rozkładając zamocowane pod lufą karabinu podpórki. Wycelował w głąb piwnicy. – Zmarnujemy tylko amunicję – odrzekł Jusupow. – Burery nie są głupie, towarzyszu pułkowniku. To nie snorki czy inne posokowce. On już wie, że my tutaj w konkretnej sprawie. Dlatego siedzi cicho i czeka, aż sami do niego przyjdziemy. – Więc chodźmy. – Starczenko podniósł się i wyszedł zza szafki. Spodnie na kolanach miał doszczętnie przemoczone. Kurwa mać! – zaklął w duchu Jusupow. Ekscytacja w głosie pułkownika zwiastowała nieliche kłopoty. Stalkerowi natychmiast przypomniał się Sazow i to, jak postanowił wykorzystać jego i Wołodię w charakterze przynęty na pseudogiganta. – Szarża przodem – zaproponował uprzejmie, odsuwając się na bok. – Spasiba – równie uprzejmie podziękował pułkownik. Zapalił przymocowaną do naramiennika kamizelki latarkę i chwyciwszy

mocniej potężny karabin, ruszył w głąb piwnicy. Jusupow niechętnie poszedł za nim. Starał się przy tym trzymać jak najbliżej ściany. Do końca korytarza nie było daleko, piętnaście, może dwadzieścia metrów wzdłuż przypominających drewniane klatki niewielkich boksów. Za ostatnim z przepierzeń korytarz kończył się metalowymi drzwiami, aktualnie zamienionymi w pogiętą kupę żelastwa, dyndającą na jednym odkształconym zawiasie. – Jego sprawka? – zapytał na ich widok Starczenko. – Na to wygląda... – odparł szeptem stalker. – Mówiłem, z takim nie ma żartów. – Przycupnął za pułkownikiem, sprawnym ruchem przełamał strzelbę i wyjął naboje z komór. – Lepszy będzie śrut – wyjaśnił. – Cicho! – syknął pułkownik. Gdzieś z przodu rozległa się seria plaszczących dźwięków, jakby ktoś uderzał mokrym ręcznikiem o ścianę. Albo przebiegł na bosaka po mokrym betonie. Po chwili odgłos się powtórzył, ale już znacznie bliżej. – Idzie na nas – zakomunikował beznamiętnie Jusupow. Trzasnęła złożona na powrót dubeltówka. Starczenko przyklęknął, lufę pekaemu oparł na odstającym od krawędzi zdeformowanych drzwi kątowniku. Szczęknęła dźwignia bezpiecznika. Maksymalnie skoncentrowani, wpatrywali się w półmrok, gotowi zareagować na najlżejsze poruszenie. Upłynęła minuta, potem kolejna. Jusupowowi zaczęły drżeć ręce – dwulufowa IZH-43 trochę ważyła, swoje robiło też zdenerwowanie. Nie lubił podziemi, nie lubił panującego w nich mroku. Na otwartej przestrzeni zawsze było jakieś pole manewru, przeciwnika można było obejść, oskrzydlić, ostatecznie dać nogę w dowolnym, wybranym przez siebie kierunku. W piwnicach opcje były tylko dwie. Albo w przód, albo w tył, przy czym najczęściej okazywało się, że żadna z nich nie była dobra. W rezultacie człowiek siedział i dygotał, czekając nie wiadomo na co.

Starczenko miał chyba podobne odczucia, bo raptem podniósł się i wyszedł zza osłony. – Nu, dawaj, burier! Posmotrim, katoryj łuczszyj gieroj! – zawołał po rosyjsku i zanim stalker zdążył zareagować, ruszył do przodu. Tym razem doczekali się reakcji. W głębi piwnicy coś zazgrzytało, rozległ się głośny plusk, a zaraz po nim metaliczne szczęknięcia. – Pułkowniku! Na ziemię! – wrzasnął Jusupow, przeczuwając, co nastąpi za chwilę. W paru susach doskoczył do Starczenki i objąwszy go wpół, obalił na ziemię niczym zawodowy zapaśnik. Zaskoczony pułkownik wypuścił pekaem z rąk. – Co jest, kurwa?! – wykrztusił, plując i parskając wodą. W tym samym momencie z ciemności przed nimi wyleciał jak pocisk ogromny kształt. Ciągnąc za sobą pajęczynę poodrywanych przewodów, śmignął im nad głowami i z impetem rąbnął w jeden z boksów, rozbijając w drzazgi drewniane przepierzenia oraz miażdżąc znajdujące się w środku regały. – Właśnie to! – jęknął Jusupow, obmacując ostrożnie ciemię. Kawałek drewna uderzył go tuż nad uchem tak mocno, że zerwał mu kaptur z głowy. – Nie bawcie się w kowboja, pułkowniku – dodał. – I podziękujcie opatrzności, że on tak samo chujowo widzi po ciemku, jak i my. W innym przypadku latalibyśmy tutaj jak kulki w grzechotce. – Więc jak go ubić?! – Normalnie, jak każdą inną francę – odrzekł stalker. – Trzeba albo jakoś podejść, albo poczekać, aż sam wlezie pod lufę. Jest gdzieś za tamtymi szafami. – Wskazał na sięgające sklepienia ciężkie regały. – Ale musimy uważać, bo mocny z niego skurwysyn. Ten generator z pół tony ważył... – Westchnął, oglądając się na rumowisko za plecami. – Gdzie ten Rybin, do cholery? – Starczenko położył dłoń na krótkofalówce, którą miał przymocowaną z przodu kamizelki. – Pogoniłby go w naszą stronę... – Lepiej nie – zaoponował natychmiast Jusupow. – Ogień krzyżowy tutaj to nie jest dobry pomysł. – A mogłem wziąć noktowizor... – mruknął Starczenko.

Przechylił karabin, by wylać wodę z lufy, następnie odpiął magazynek. Nacisnął kilkakrotnie spust. Kliknięcia iglicy potwierdziły, że broń działa bez zarzutu. – Musimy podejść bliżej – stwierdził stalker. Przebiegł chyłkiem pod przeciwległą ścianę i wcisnął się w lukę pomiędzy wysokimi, sięgającymi sufitu metalowymi szafami, przytwierdzonymi do posadzki imponujących rozmiarów śrubami. Ryzyko, że mutant zdoła dopchnąć jedną do drugiej i tym samym zgniecie ukrytego między nimi intruza, było minimalne. Pułkownik także ruszył do przodu, by po kilku krokach przykucnąć za stertą przesiąkniętych wodą worków z cementem. – Tam. Po lewej, w kącie... – poinformował ściszonym głosem Jusupow, mierząc w kierunku ciemnej wnęki w drugim końcu pomieszczenia. – Nie widzę... – odszepnął Starczenko, bezskutecznie wytężając wzrok. – Przy samych drzwiach, w kącie – wyszeptał Jusupow. – Strzelajcie na mój sygnał. Nie wolno dać mu czasu na te jego sztuczki. Gotowi? – Tak – odszepnął Starczenko. Delikatnie ustawił statyw pekaemu na workach. – Gotów. – Ognia! – zakomenderował stalker, po czym nacisnął spust. Huknął wystrzał, zaraz po nim kolejny, a w stronę wnęki pomknęły dwie wiązki śrucin. Niemal równocześnie rozległo się miarowe dudnienie karabinu Starczenki, wypluwającego z długiej lufy dziesiątki pocisków. W towarzyszących kanonadzie rozbłyskach ognia Jusupow dojrzał podziurawiony kulami tynk i kołyszące się na haku strzępy jakiejś szmaty. – Pułkowniku! – zawołał, ale jego okrzyk zaginął w ogłuszającym łoskocie pekaemu. Chcąc nie chcąc, musiał przeczekać, aż pułkownik wystrzela całą taśmę. Gdy tylko huk ucichł, stalker wyskoczył ze swojej kryjówki i podbiegł do Starczenki, mocującego się już z kolejną taśmą. – Nie ma go! – wysapał, wskazując w stronę drzwi.

– Co? – Zaabsorbowany przeładowywaniem broni Starczenko nie od razu zrozumiał, o co mu chodzi. – Burer nas wychujał! – Znaczy zwiał? – Pułkownik dopchnął taśmę i zatrzasnął pokrywę komory nabojowej. – Raczej coś knuje... – odparł stalker. Jakby na potwierdzenie jego słów, gdzieś w trzewiach piwnicy rozległ się głośny bulgot, przechodzący stopniowo w narastający szum. Twarze obu mężczyzn owiała wilgotna bryza. – Ki czort? – zdumiał się Starczenko. Podniósł się i wpatrzył w mrok piwnicy.

– Towarzyszu pułkowniku, radzę się czegoś przytrzymać – odezwał się chrapliwym głosem Jusupow.Stalker omiótł snopem światła ostrzelany przed paroma chwilami zakamarek i sąsiadujące z nim przejście do kolejnego pomieszczenia. – O ja pierdolę... – jęknął. Tuż za progiem obracał się z szumem, niczym miniaturowe

tornado, wodny lej. – Ta kurwa chce nas utopić! – Odwrót? – zasugerował Starczenko. – Zdecydowanie! – Jusupow poderwał się na nogi, chwycił strzelbę i ruszył galopem w stronę schodów. Pułkownik podążył za nim, oglądając się od czasu do czasu przez ramię na szumiący w ciemnościach, uformowany telekinezą żywioł. Wirujący słup wody i potrzaskanego barachła runął przez piwnicę niemal w tej samej chwili, w której oni dopadli schodów, i już, już miał ich ogarnąć, gdy raptem zatrzymał się i opadł z głośnym pluskiem, mocząc ich przy tym od stóp do głów. Skuleni, mokrzy, osłaniając rękami głowy, trwali na schodach jeszcze przez kilkanaście sekund, zanim dotarło do nich, że mutant przerwał atak, a w piwnicy panuje niczym niezmącona cisza. – Jest tam kto? – rozległo się po chwili z ciemności. – Fomka?! Jusupow wyprostował się, poklepał dygoczącego z przerażenia Starczenkę po ramieniu. – To Wołodia, pułkowniku – powiedział z uśmiechem. Zeskoczył ze schodów, włączył latarkę i pomachał nią energicznie. – Tutaj! – zawołał. Z tyłu za nim Starczenko przy akompaniamencie pobrzękiwania sprzączek ściągnął z siebie nasiąkniętą wodą kamizelkę taktyczną. – Od razu lepiej – stwierdził, przeciągając się z ulgą. – Dobra robota! – zawołał w kierunku nadchodzącego Rybina. – Ktoś musiał! – odkrzyknął stalker, gramoląc się przez rumowisko desek, spod którego wystawała obła krawędź generatora. Rozejrzał się. – Nieźle się tu zabawialiście – skwitował, poklepawszy dłonią poobijaną blachę. – Mocny skurczybyk, przebiegły. – Jusupow podszedł bliżej i pomógł mu zeskoczyć na posadzkę. – Wszystko w porządku? – zapytał z troską na widok zachlapanej brunatną posoką bluzy przyjaciela. – Trochę jakby wpadliśmy na siebie – wyjaśnił Rybin. – Giwerę zdążył mi wyrwać, więc pojechałem mu klasykiem. A wiesz, że

one mają strasznie miękkie czaszki? Normalnie jak z tektury. Aż się zdziwiłem... – dodał, siadając na schodku, obok porzuconej kamizelki pułkownika. – Ma który papierosa? – zapytał, spoglądając ze wstrętem na ufajdaną bluzę. – Będzie ciężko. – Starczenko schylił się po kamizelkę. – Wszystko mokre. – Widziałeś, skąd wylazł? – zapytał Jusupow, wyjmując z kieszeni bojówek nienapoczętą, zafololiowaną jeszcze paczkę papierosów. – Tak. Na samym końcu znalazłem tunel, i to całkiem konkretny. Wejście jest, a właściwie to było, zakratowane i zamaskowane dyktą. Stamtąd wylazł – odpowiedział Rybin. Wybrudzonymi zaschłą krwią palcami wydłubał papierosa z paczki. – Człowiek się tam zmieści? – zainteresował się Starczenko, podając mu zapalniczkę: solidne zippo. Zapaliła za pierwszym pstryknięciem. – Bez kłopotu. To bardziej korytarz niż tunel – odpowiedział stalker, zaciągając się dymem. – I jeżeli prowadzi głębiej w Zonę, to będziecie mieli, pułkowniku, elegancki szlak. – No właśnie, jeżeli prowadzi głębiej... – westchnął Starczenko. – To raczej pewne – odezwał się Jusupow. – Burery to nie są przygraniczne popierdułki. – Foma słusznie prawi, pułkowniku – poparł go Rybin. – Mutant przyszedł z daleka. Z bardzo daleka. – W takim razie im szybciej zrobimy rekonesans, tym lepiej – oświadczył Starczenko, schylając się po kamizelkę.

Rozdział 21 Co to za zamieszanie? – zapytał Zelencew. Wsparty dłońmi o parapet, stał w wychodzącym na dziedziniec garnizonu oknie i przyglądał się gorączkowej krzątaninie wokół magazynu. Przy otwartych na oścież stalowych wrotach kłębił się bezładnie tłum żołnierzy. Gniewne wrzaski oficerów próbujących zaprowadzić ład w szeregach słychać było nawet przez podwójną szybę. Stojący obok Waruchin zdusił papierosa w przepełnionej popielniczce. – Pułkownik zarządził stan podwyższonej gotowości dla kompanii rezerwowej – wyjaśnił, prostując się. – Rekruci, towarzyszu generale, z ostatniego poboru. Nieopierzeni jeszcze. – No właśnie widzę – westchnął Zelencew. – Z jakiego powodu ten alarm? – Stalkerzy zlokalizowali mutanta. W podziemiach, u naukowców. – Mutanta?! – zdumiał się generał. – Po tej stronie Kordonu?! Jakim cudem dotarł aż tutaj? – Jusupow uważa, że musi być jakiś podziemny łącznik. I że to tamtędy stwór przywędrował. – Niemożliwe. Cała okolica skanowana była z milion razy. Rachunki za georadary i sondy spływają po dziś dzień – powiedział sceptycznie generał. – Pachnie mi tu jakimś szwindlem, oj, pachnie. – Uważacie, towarzyszu generale, że ktoś go przemycił z Zony? – Wcale bym się nie zdziwił. Ławkin to podejrzany typ. – Mało prawdopodobne – pokręcił głową Waruchin. – Ten mutant to podobno burer, a takiego nie da się ot tak złapać i przetransportować... Co ja mówię? – zreflektował się. – W ogóle się nie da, towarzyszu generale. To nie durny kundel ani zdeformowany kaban, że wlezie w sidła czy inne wnyki, a potem czeka, aż po niego przyjdą. Burery nie są zwierzętami. To

hominidy, całkiem inteligentne zresztą, co z kolei oznacza, że potrafią być bardzo wredne. – Gadasz, jakbyś miał z nimi do czynienia. – Bo miałem, towarzyszu generale. I nie mam ochoty na powtórkę z rozrywki. Niech się tym paskudztwem zajmą fachowcy, dla nich to chleb powszedni. – Myśliwi? – Owszem. Odesłałem ich do pułkownika. Efekt jak na załączonym obrazku – uśmiechnął się Waruchin, rozchylając szerzej paski żaluzji. – Słusznie, ale na przyszłość informuj również mnie – powiedział z pretensją w głosie Zelencew. – Nie za bardzo było jak, towarzyszu generale – odrzekł skruszony Waruchin. – Jusupow larum okropne podniósł. Zanim zdążyłem go usadzić w miejscu, wrzało już w całym sztabie jak w ulu. Pułkownik natychmiast zbiórkę specjalnych zarządził. Szybko poszło, bo akurat szykowali się do jakichś ćwiczeń. – Ech, co ja z wami mam... – westchnął generał. – Jeden zapomni zameldować, drugi robi, co chce i kiedy chce. – Pułkownik ma własne prerogatywy – przypomniał delikatnie Waruchin. – Wiem! – żachnął się Zelencew. – Mimo to powinien takie sprawy konsultować ze mną, bo to ja odpowiadam za eksplorację Strefy i cały ten naukowy szajs! A Starczenko dowodzi tylko odcinkiem Kordonu. – I właśnie dlatego zajął się mutantem. Budynek wchodzi w skład tutejszej infrastruktury, więc to na pułkowniku spoczywa obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa w jego obrębie. – Tym razem Waruchin nie miał zamiaru grzecznie przytakiwać generałowi. Istniejący w garnizonie dualizm łańcucha dowodzenia, choć niejednokrotnie wymagający od niego lawirowania na pograniczu niesubordynacji, dawał jednocześnie niesamowitą swobodę działania. Najistotniejszym tego czynnikiem była śladowa komunikacja pomiędzy pionami dowodzenia. Zelencew odwrócił się od okna i spojrzał na Waruchina spod

zmrużonych powiek. – Nie pogrywaj sobie ze mną, Marat. Doskonale wiesz, o co mi chodzi – powiedział groźnie. – Jeżeli mówię, że masz mnie informować o wszystkim, to masz to robić. Rozumiesz? – Tak jest, towarzyszu generale! – Doskonale. A teraz idź i ogarnij ten burdel na placu. Patrzeć hadko! – westchnął ciężko, odsuwając się od okna. Waruchin skinął tylko głową, po czym ruszył do drzwi. – Marat! – zatrzymał go Zelencew, nim major zdążył przekroczyć próg. – Tak? – Jak już będzie po wszystkim, wywiedz się dokładniej w temacie tego mutanta. Jeżeli rzeczywiście przedostał się tutaj tunelem, to będę musiał poważnie porozmawiać z wywiadem geologicznym... – Zmarszczył groźnie brwi. – Bardzo poważnie, bo o pieniądzach – doprecyzował, widząc zdziwione spojrzenie Waruchina. Jeszcze raz wyjrzał przez okno. Pokrzykiwania oficerów nasilały się z każdą upływającą chwilą. – Niedorajdy – mruknął, opuszczając żaluzje. Gdy za majorem zamknęły się drzwi, usadowił się za biurkiem, na którego blacie obok włączonego laptopa leżał pękaty segregator, zawierający przemieszane ze sobą akta osobowe oddelegowanych do Gubina naukowców. Gdzieś pośród tego bałaganu były papiery Andrieja i Nataszy. Zamierzał wysłać je do Kijowa wraz ze stosownymi instrukcjami dla dyrektora tamtejszej filii Instytutu. Zajęty wertowaniem dokumentów, nie od razu zwrócił uwagę na rozlegający się za oknem stłumiony łoskot, przypominający nieco odgłos lądującego śmigłowca, oraz na delikatną wibrację, od której zagrzechotały w drucianym przyborniku ołówki i długopisy. Odłożył dokumenty dopiero wówczas, gdy stojąca na parapecie doniczka z przerośniętą, kwitnącą właśnie pelargonią roztrzaskała się z hukiem o podłogę, zasypując ją ziemią i czerwonymi jak krew płatkami. – Ki diabeł? – Wzdrygnął się, przytrzymując sunący w stronę

krawędzi blatu laptop. – Trzęsienie ziemi? Nie wstając z fotela, odłączył urządzenie od zasilacza i włożył je do zamykanej na kluczyk szuflady biurka. Starając się zachować spokój, podniósł słuchawkę telefonu i wdusiwszy przycisk łączący bezpośrednio z wartownią przy głównej bramie, przyłożył ją do ucha. Niestety, na linii panowała głucha cisza, niezakłócona najlżejszym nawet trzaskiem, nie mówiąc o sygnale zajętości czy jakimkolwiek innym. Coraz bardziej zaniepokojony, wstał zza biurka, nie za bardzo wiedząc, co robić, w którą stronę się obrócić. W tym samym momencie na zewnątrz uruchomiły się syreny alarmowe, przeraźliwym, nieprzerwanym jękiem, który zdawał się trwać i trwać. Znał tę sekwencję aż za dobrze i gdzie jak gdzie, ale tutaj, w Kordonie, nie spodziewał się jej usłyszeć. – Że co, kurwa?! Emisja?! Jakim cudem? – wymamrotał, rozglądając się gorączkowo po gabinecie w poszukiwaniu pilota sterującego roletami. Finał niedawnej nasiadówki z Waruchinem przypominał sobie jak przez mgłę – skonfiskowana stalkerom wódka, pomimo iż wyborna w smaku, sponiewierała go niczym rasowy samogon. Śpiewał tego wieczoru jak natchniony, jego ostatnim wspomnieniem zaś był widok Waruchina z pilotem wycelowanym w stronę okna. Gdzie major odłożył wtedy przyrząd, tego jego otumaniony żubrówką mózg, niestety, już nie zarejestrował. Klnąc pod nosem, sprawdził w obu szafach, w pozostałych szufladach biurka, zajrzał nawet do małej turystycznej lodóweczki stojącej dyskretnie w ukrytej wnęce za kanapą. Do wycia syren dołączyło zgrzytliwe charczenie czujnika radiacji, którego głośniczek zamocowany był tuż nad framugą drzwi. Sensor, wspólny dla całego budynku, zlokalizowany był na szczycie ustawionego na dachu wysokiego masztu. Jego podstawową funkcją był bieżący monitoring poziomu skażenia napływających ze Strefy mas powietrza. Także ten dźwięk, podobnie jak ciągłą sekwencję sygnałową, słyszał na żywo po raz pierwszy, a to już było niepokojące,

bardzo niepokojące, zwłaszcza że budynek w żaden sposób nie był zabezpieczony przed radionuklidami. Stalowe ekrany, zarówno te osłaniające wieżyczki, jak i te zamontowane u niego w gabinecie, chroniły co prawda przed relatywnie słabym echem emisji, niestety, dla wysokoenergetycznych cząstek niesionych wraz z właściwym wyładowaniem nie stanowiły żadnej przeszkody. Otwarte gwałtownie drzwi z trzaskiem uderzyły o ścianę. Do gabinetu wpadł zdyszany Waruchin. Nie mówiąc ani słowa, doskoczył do kanapy, odrzucił na bok jedną ze skórzanych poduch służących za oparcie, po czym wcisnął dłoń w szczelinę między siedziskiem a poręczą. Ku zdumieniu Zelencewa wyciągnął stamtąd zaginionego pilota. – Emisja – oznajmił krótko, wciskając guzik uruchamiający mechanizm przesuwu rolet. – Coś podobnego... – Siląc się na spokój, Zelencew podszedł do szafy i zdjął z wieszaka bluzę mundurową. Nie tracąc czasu na rozpinanie ciasnawych mankietów, narzucił ją sobie na ramiona. – Towarzyszu generale, to coś naprawdę dużego. Nadciąga z północnego zachodu. Szybko nadciąga – powiedział nieco drżącym głosem Waruchin, przyglądając się sunącym po prowadnicach stalowym listwom. – Obawiam się, że tym razem to nie wystarczy – oznajmił Zelencew. Wskazał kciukiem ku górze, na wciąż wibrujący głośnik detektora. Z okrywającej membranę siateczki sypały się na podłogę drobinki kurzu. – Jak to nie wystarczy? – Waruchin rzucił pilota na kanapę i podszedł do okna. – Przecież to stal! – powiedział, przykładając dłoń do płyty. – A ściany liche, stropy, wszystko – skrzywił się generał. – Bieda, jak wszystko tutaj. Idziemy na poddasze – zarządził, wychodząc na korytarz. – Do tego magazynku. On jest naprawdę ekranowany. Żelbet, ołów i coś tam jeszcze, nie pamiętam już co, ale na pewno dużo tego. Monterzy musieli pod nim wzmocnić strop belkami, tyle toto waży. No już, pospiesz się! – ponaglił, wkładając klucz w zamek.

Waruchin natychmiast opuścił gabinet. Korytarz skąpany był w jasnopomarańczowym świetle, padającym z okien wychodzących na północ. Major podszedł do jednego z nich i odsunął pożółkłą firankę. – Popatrzcie na to – rzucił przez ramię do dłubiącego przy drzwiach Zelencewa. Generał uporał się z ostatnim zamkiem. Dla pewności szarpnął jeszcze za klamkę – w gabinecie pozostało na wierzchu stanowczo zbyt wiele dokumentów, by mógł sobie pozwolić na chociażby odrobinę niefrasobliwości. – Boże kochany... – wyszeptał, spoglądając we wskazanym przez majora kierunku. Niebo nad Strefą płonęło, dosłownie i w przenośni. Zza wzgórz strzelały w górę i na boki zygzaki gigantycznych wyładowań, sięgając niezliczonymi odgałęzieniami podstawy chmur, szarpiąc je i rozrywając na strzępy. Błyskawice przeskakiwały również pomiędzy samymi chmurami tak gęsto i intensywnie, że nieboskłon nie tyle migotał, co raczej żarzył się jak wnętrze pieca hutniczego. Całe to piekło sunęło nieubłaganie w stronę umocnień Kordonu. Nawet z tej odległości widać było, jak jeden po drugim padają na ziemię nadwątlone korozją słupy linii wysokiego napięcia oraz aktywują się dziesiątki i setki drzemiących pośród ugorów anomalii. – Co tam właściwie jest, towarzyszu generale?! – zapytał Waruchin, kuląc się odruchowo, gdy we framugę okna uderzył niesiony porywistym wiatrem odłamek drewna. – Gdzie? – nie zrozumiał pytania Zelencew. – Za tymi wzgórzami. – Nic nie ma... – odpowiedział trochę niepewnie generał. – Bezdroża zwykłe, trochę lasów. – Coś musi być! – stwierdził z mocą Waruchin. – Ta energia nie bierze się znikąd! – Być może – skinął głową Zelencew. – Tylko że teraz ani miejsce, ani czas na snucie domysłów. Na górę! – Utykając nieznacznie, ruszył w kierunku klatki schodowej. Waruchin wpatrywał się jeszcze przez chwilę w zbliżające się

w coraz szybszym tempie anomalne inferno, modląc się jednocześnie w duchu, by schron na poddaszu okazał się tak wytrzymały, jak twierdził generał.

Rozdział 22 Wszędzie dobrze, ale na starych śmieciach najlepiej – oświadczył Dima, waląc się całym ciężarem ciała na zakurzony fotel. Mebel zatrzeszczał niepokojąco, rozległ się odgłos dartego materiału, a spod siedziska posypały się okruchy stwardniałej na kamień wyściółki. Wędrówka z Usowa, która powinna im zająć maksymalnie dwa dni, zupełnie nieoczekiwanie zamieniła się w niemal czterodniową odyseję. W jej trakcie musieli gorączkowo szukać schronienia przed wyjątkowo paskudną burzą energetyczną, która zaskoczyła ich w momencie, gdy mieli zamiar przekroczyć koryto rzeki. Szczęściem dla nich, na rdzewiejącej nieopodal na mieliźnie barce, do połowy kadłuba zanurzonej w wyschniętym na beton mule, znaleźli maleńkie pomieszczenie, którego ściany wyłożone były grubaśną warstwą izolacji termicznej, prawdopodobnie chłodnię. Niebagatelne znaczenie miał również fakt, że schowek zlokalizowany był na samym dnie kadłuba. Gdy po niemal dwunastu godzinach, na wpół przytomni z gorąca i duchoty, śmierdząc szczynami jak najgorsi menele, odważyli się wypełznąć na zwęglone doszczętnie deski pokładu, oczom ich ukazał się iście księżycowy, a raczej wenusjański krajobraz. Wszędzie wokół unosiły się kłęby dymu i pary, wśród tlących się na drugim brzegu resztek sitowia bulgotała podgrzana do temperatury wrzenia błotnista woda. Jak pochodnie płonęły zawieszone rzędem wzdłuż jednej z burt opony samochodowe, pełniące niegdyś funkcję odbijaczy. Krztusząc się i kaszląc, czekali jeszcze przez kilka godzin, aż skończy się paliwo dla szalejącej wokół pożogi, a potem – aż wystygnie pogorzelisko. Jeszcze później zabłądzili na moczarach, a na koniec, jakby już wszystko sprzysięgło się przeciwko nim, weszli prosto

w anomalię przestrzenną, która przeniosła ich niemal siedem kilometrów na wschód, wprost do starego basenu strażackiego, w jednej trzeciej wypełnionego brudną deszczówką. Gdyby nie fart w postaci zwalonej przez wiatr na wpół zmurszałej topoli, po której wspięli się na powierzchnię, pozostaliby w zbiorniku na zawsze. Powrót na szlak i ponowne pokonanie mokradeł zajęło im kolejne dwa dni. – Mógłbyś być odrobinę delikatniejszy! – upomniał go Mikołaj. – To wszystko ma już swoje lata. – Na bosaka, w samych tylko spodniach i przepoconym podkoszulku siedział przy stoliku, na którego blacie stał pokaźnych rozmiarów monitor. Po ekranie urządzenia przesuwały się w szybkim tempie kolumny cyfr i liter. System po ponadtrzyletnim okresie nieprzerwanej pracy wymagał przede wszystkim solidnej defragmentacji i chociaż Mietkin nalegał, aby jak najszybciej zaktualizować wartości naświetleń, on nie zamierzał tego robić bez wcześniejszego uporządkowania danych oraz koniecznego w tej sytuacji restartu. – Marudzisz jeszcze gorzej niż Jewgienij – westchnął grubas, kładąc na kolanach napoczętą puszkę tuszonki. – Chcesz trochę? – zapytał, wyjąwszy z kieszonki plastikowy widelczyk z ułamaną rączką. – Nie jestem głodny – skrzywił się Mikołaj. Nie cierpiał mielonki, budziła w nim irracjonalny wstręt. Już sam jej zapach sprawiał, że robiło mu się niedobrze. Od dziesięciu lat żywił się wyłącznie suszonym mięsem, w ostateczności dziczyzną, pod warunkiem że była świeża. – Nie to nie – wzruszył ramionami Dima, po czym zabrał się do jedzenia. – Długo to jeszcze potrwa? – zapytał po chwili, wskazując widelcem w stronę monitora. – Nie wiem – odparł Mikołaj. – Może dwie godziny, może dwa dni. Na dyskach jest cała masa uszkodzonych sektorów. Przeskładanie tego wszystkiego na nowo trochę zajmie. Sprzęt też jakby przestarzały, więc się ślimaczy. – Ale Jewgienij mówi... – zaczął Dima, zamilkł jednak, widząc wściekłe spojrzenie Mikołaja.

– Niech on się lepiej swoją robotą zajmie! – warknął tamten. – Wiem, co mam robić. System należy najpierw uporządkować! – Szturchnął kolanem stojącą pod stołem zakurzoną obudowę jednostki centralnej. – Co tak się ciskasz? – odciął się Dima. – Martwię się o Siwego, żeby go po drodze nie usmażyło. Widziałeś, co się wyrabia na zewnątrz. – Dziabnął ze złością widelcem w tuszonkę, aż ten ułamał się do reszty. – Cholera jasna! – zaklął, oglądając go ze wszystkich stron. – Poradzi sobie, jak zawsze – odpowiedział Mikołaj. – Do jutra powinienem skończyć – dodał już znacznie spokojniej. – Pospiesz się, Mykoła, dobrze ci radzę. – Dima podniósł się ociężale i z puszką w dłoni ruszył w kierunku wyjścia. – Zapasów prawie nie mamy, kilkanaście puszek ledwie, suchego żarcia ani grama – dodał znacząco. – Dokupić trzeba, i to jak najszybciej. Póki w ogóle jest jeszcze z kim handlować. – Powiedziałem, że się zrobi? Powiedziałem – odburknął Mikołaj, pochylając się nad klawiaturą. Mimowolnie przełknął ślinę. Wzmianka Dimy o braku suchego prowiantu zmartwiła go okropnie. Wszystko wskazywało na to, że przez najbliższe dni, a może nawet tygodnie będzie chodził bardzo, ale to bardzo głodny. Poirytowany, sięgnął po leżące na obudowie komputera opasłe tomiszcze z kodem źródłowym. Poprawki, które naniósł ołówkiem przed dziesięciu laty, wciąż były czytelne, choć marnej jakości papier nieco pożółkł. Po uporządkowaniu plików Mikołaj zamierzał wprowadzić zmiany na nowo, linijka po linijce, następnie postawić system na jeszcze minimum dwóch maszynach, które nigdy nierozpakowane, od ponad dekady czekały w magazynie. Przez szum pracującej nieopodal maszynerii przebiły się odgłosy dyskusji. – Jak mówię, że ten, to ten! Napisane masz! X8! – Takiego wkurwu w głosie flegmatycznego z natury Jurija Mikołaj nie słyszał już dawno. Zaciekawiony zerwał się z krzesła, wzuł buty i wybiegł z boksu. Hala tonęła w mroku: z dziesiątek wiszących pod sklepieniem

lamp świeciło może pół tuzina, z czego większość wątłą, trupią poświatą charakterystyczną dla dogorywających neonówek. – Głupoty pierdolisz! – zabuczał w odpowiedzi Abaszyn. – Tamten jest zielony, a ten niebieski, więc jakim cudem to ma być ten? – Daltonista, jak słowo daję, daltonista! To jest ten sam kabel! Z tej samej wiązki, takie same oznaczenia, nawet w dotyku taki sam. Pomacaj, to się przekonasz! Głosy najwyraźniej dobiegały zza masywnego korpusu najbliższej przetwornicy. Kiedy Mikołaj ją obszedł, ujrzał klęczącego wśród kłębowiska przewodów Jurija. Kilka kroków dalej, z toporkiem strażackim w rękach stał Abaszyn. – Co kombinujecie? – zapytał Mikołaj, podchodząc do Białorusina. – Będziemy odcinać zasilanie – wyjaśnił tamten, wskazując toporkiem splecione kable. – Masz latarkę? – zapytał, po czym uniósł stopą najgrubszy przewód. – Tylko zapalniczkę – odparł Mikołaj. – Poświeć na to i powiedz mi, jaki ma kolor. Mikołaj kucnął nad kablem, pstryknął i osłaniając dłonią płomyk, przysunął go bliżej kabla. – Zielony – oznajmił, po czym zgasił zapalniczkę. – Mówiłem przecież! – odezwał się ze złością Jurij, wstając. – I siekierą chcecie upitolić? – zdumiał się Mikołaj. – No tak. – Tym razem nad kablem pochylił się Abaszyn. – Trzeba będzie ciachnąć gdzieś tutaj. – Dotknął ostrzem izolacji w miejscu, gdzie przewód znikał w wychodzącej z betonu tulei. – Walerij, ale ty wiesz, że ten tasak ma metalowy trzonek? – zapytał Mikołaj, łypiąc podejrzliwie na Jurija. Rosjanin bez słowa ruszył w kierunku boksów. – A ty dokąd? – zawołał za nim Abaszyn. – Po rękawice! – odkrzyknął Jurij, znikając w jednym z pomieszczeń. – O ja pierdolę... – Do Abaszyna dopiero w tym momencie dotarł sens pytania informatyka. Upuścił narzędzie, jakby już było pod napięciem. – Tobym się załatwił.

– Uważaj na niego, dobrze ci radzę – powiedział cicho Mikołaj, wskazując podbródkiem na boksy. Abaszyn popatrzył w tamtą stronę, po czym przeniósł wzrok na toporek leżący u stóp. – Skurkowaniec... – powiedział z uznaniem i ku zaskoczeniu Mikołaja błysnął zębami w szerokim uśmiechu. – Taki zawodnik to skarb – stwierdził, wyjmując z kieszonki na piersi zmaltretowanego nieco papierosa. – Nie można jakoś normalnie odłączyć? – zapytał Mikołaj. Podszedł do przetwornicy i czubkiem buta szturchnął przewiązaną nylonową linką wiązkę kabli wychodzących z otworu w przyśrubowanej do korpusu machiny żeliwnej płycie. – Może i by się dało, ale śruby zapieczone na amen. Nijak nie szło odkręcić – wyjaśnił Abaszyn. Mikołaj dopiero teraz dostrzegł otwartą skrzynkę z narzędziami. – Bądźcie ostrożni – powiedział. – Żebyście przypadkiem nie odcięli głównego zasilania. – Wskazał podbródkiem na rozjarzone ostrym światłem wnętrze kanciapy z serwerem. – Nie działa żaden upees, nie ma awaryjnego generatora... Nigdy nie zrozumiem, jakim cudem to wszystko działa bezawaryjnie. To przecież pierdolone dziesięć lat! – Pokręcił z niedowierzaniem głową. – Bo kiedyś robili porządny sprzęt, nie to co chiński szajs, co to go Dima od paserów kupuje – stwierdził Abaszyn. – Poza tym ekranowania takiego jak tutaj na dole nie znajdziesz nigdzie, więc i entropia tak nie szaleje. Widziałeś windę? – zapytał, wypuszczając chmurę dymu. – Przeżarta korozją, jakby miała ze sto lat. A galeryjka? Sam zobacz, świeci się jak psu jajca. – Machnął ręką w kierunku zawieszonego niemal pod sufitem metalowego podestu, okolonego stalową barierką. Pręty, z których były zespawane poręcze, wyglądały jak chromowane. – Bez obaw, odetniemy tylko ten jeden kabel. Jurij, pospiesz się! – zawołał, przykładając dłonie do ust. – Już idę! – odkrzyknął Rosjanin. Trzasnęły zamykane drzwiczki jakiejś szafki. Chwilę później

z boksu wyłonił się Jurij. W obu dłoniach trzymał grube, białoczarne rękawice spawacza. – Wracam do serwera – oznajmił Mikołaj. – I błagam, nie uszkodźcie instalacji elektrycznej – dodał niemal płaczliwie. – Będzie dobrze – odparł uspokajająco Abaszyn. – Skoro poradziliśmy sobie z transformatorami, to poradzimy sobie z jednym głupim kablem.

Rozdział 23 Zaszlachtowany przez Rybina burer przypominał namoknięty wodą kłąb brudnych szmat. Kiedy stalker kopniakiem obrócił truchło na grzbiet, a następnie końcem lufy zsunął okrywający łeb stwora kaptur, ujrzeli szeroki, żabi pysk wypełniony rzędami ostrych, trójkątnych, niemal rekinich zębów. Rozpłatane od ucha do ucha podgardle, z którego niczym rzadki kisiel wypłynęła zmieszana z wodą krew, nie pozostawiało żadnych złudzeń co do aktualnej kondycji mutanta. Na wpół otwarte, czarne jak smoła ślepia zdążyły już podejść bielmem. – Paskudny – skwitował Starczenko, oświetlając truchło latarką. – No, piękne to one nie są... – zgodził się z nim Rybin. – Nie widzieliście jeszcze takiego? – spytał, z powrotem nasuwając kaptur na ohydny pysk burera. – Raz, podczas sekcji, tylko że łeb miał już wtedy rozprawiony całkowicie – odparł pułkownik. Przykucnął i ostrożnie dotknął palcem rozcapierzonej łapy. Skóra potwora była dziwnie gładka i wciąż ciepła. – To prawda, że... że one... że to kiedyś były dzieci? – spytał cicho. – Takie chodzą słuchy... – powiedział Jusupow. – Tuż po Katastrofie z przedszkola w Iwankowie zniknęły wszystkie dzieciaki, ponad setka. Jakby się rozpłynęły w powietrzu. Braliśmy z Wołodią udział w akcji poszukiwawczej. Trzy kompanie wojska szukały, śmigłowce, psy. Bite dwa tygodnie przetrząsaliśmy okolicę. I nic, najdrobniejszego śladu. Ani ubrania, ani zabawki, kompletnie nic. Potem musowo było akcję przerwać, warunki stały się zbyt trudne... Bo to już była regularna Zona. Z całym dobrodziejstwem inwentarza. Psy coś pozagryzało, rozbił się helikopter, kilku żołnierzy wpadło w anomalie. No i zakończyliśmy poszukiwania dzieciaczków. – A potem któraś z ekspedycji natknęła się na grupkę takich jak ten pokurczy – odezwał się cokolwiek ponuro Rybin. – Pół tuzina

burerów kontra trzy plutony piechoty zmotoryzowanej. Do bazy wrócił jeden wóz. Ten, który jechał na końcu. Bo zanim te kurduple dobrały się do niego, zdążył zawrócić i uciec. – Czytałem o tym... – Starczenko wyprostował się i omiótł światłem latarki wnętrze piwnicy. W tej jej części znajdował się uszkodzony fragment instalacji wodnej: z niewielkiej rurki wystającej z jednej ze ścian nieustannie ciurkał strumyk wody. – Ale co mają do tego te zaginione dzieci? Stalkerzy popatrzyli na siebie znacząco. – No bo to nas potem wysłali, żeby nieśmiertelniki pozbierać i dokumenty, jeżeli jakieś ocalały – powiedział po chwili Jusupow. – No więc poszliśmy... I burery wciąż tam były... i... – zawahał się. – Ty opowiedz, Wołodia – zwrócił się do Rybina. – A co tu dużo opowiadać – wzruszył ramionami stalker. – Wystrzelaliśmy tałatajstwo, ludzi, a przynajmniej to, co z nich zostało, pochowaliśmy. – No i? – Pułkownik zerkał to na jednego, to na drugiego, próbując zrozumieć, do czego zmierza ta opowieść. – I jeden z tych stworów miał w uchu kolczyk! – wyrzucił z siebie Jusupow. – Dziewczęcy, z takim małym serduszkiem. Wrośnięty w skórę, jakby się z nim urodził. – Przy drugim misia znaleźliśmy, takiego pluszaka, macie pojęcie? – dodał Rybin. – To były te dzieciaki... – domyślił się nagle Starczenko. – I ten też?! Boże pomiłuj... – jęknął, odsuwając się aż pod ścianę, jak najdalej od mutanta. – Dajcie spokój, pułkowniku. Nie widzieliście, co one potrafią z ludźmi wyczyniać – westchnął Jusupow. – Ten tutaj najpierw by was zamienił w worek pogruchotanych kości, a potem wpieprzałby was jak bitkę, aż by mu się uszy trzęsły. Poza tym... poza tym, pułkowniku, od tamtej pory minęło dziesięć lat. To już nie dziecko. – Dokładnie tak – przytaknął Rybin. – To mały, morderczy skurwysyn. W sinym świetle latarki twarz Starczenki wydawała się stalkerom śmiertelnie blada.

– Gdzie ten tunel? – zapytał, ocierając twarz rękawem. – Kurwa mać! – zaklął nagle i dotknął palcami czoła, na którym ni stąd, ni zowąd pojawiła się paskudna szrama. – Cholerna ładownica – dodał, obmacując palcami naszyty na rękaw rząd tulejek na amunicję. – Tam. – Rybin odwrócił się do niego tyłem i wskazał piętrzący się pod sufit stos drewnianych palet. – Za tym barachłem jest wnęka. – No to ruszamy – zarządził Starczenko dziarskim tonem. – A tamci? – Jusupow wskazał na sufit. – Skąd będą wiedzieć, że już po wszystkim? Nie odwołacie ich? – Już odwołałem – uśmiechnął się Starczenko, klepiąc po wypukłej kieszonce kamizelki, z której wystawał futerał z radiem. – Niby kiedy? – zapytał osłupiały stalker. – Od razu, jak tylko zeszliście na dół. – Dlaczego?! – Bo wiedziałem, że sobie poradzicie bez nich – uśmiechnął się pułkownik. – Oraz dla mojego i waszego bezpieczeństwa. – Nie rozumiem... – Narwańcy? – zapytał krótko Rybin. – Otóż to, otóż to. – Starczenko pokazał mu uniesiony kciuk. – Granatniki, miotacze ognia. Pogrzebaliby nas tutaj żywcem. Zostały tylko cekaemy. Teraz rozumiecie? – zwrócił się do Jusupowa. Stalker pokiwał głową. – Bardzo roztropnie – powiedział. Zarzucił strzelbę na ramię i jako pierwszy ruszył we wskazanym wcześniej przez Wołodię kierunku. W słabiuteńkiej poświacie, padającej ze znajdującego się w ostatnim pomieszczeniu okienka, tego samego, przez które wślizgnął się do środka Rybin, dojrzał leżącą pod ścianą odkształconą jakby uderzeniem gigantycznego tarana kratę, na wpół przysypaną kawałkami rozmokniętej dykty. Zatrzymał się i skinął na Rybina. – Zaglądałeś tam, więc pójdziesz przodem – oznajmił, wskazując otwór w ścianie.

– Czemu mnie to nie dziwi? – mruknął tamten. Zsunął z ramienia niewielki plecaczek i wyjął z niego latarkę. Piwnicę zalało jaskrawożółte światło, tak intensywne, że musieli na chwilę przymknąć oczy. – Cóż to za reflektor? – odezwał się z tyłu Starczenko. – Zdobyczny – wyjaśnił krótko Rybin, majstrując przy obudowie urządzenia. – Od cholery ma tych lumenów, ale można zmniejszyć. – Zróbcie to – poprosił pułkownik. Z rany na czole sączyła mu się krew, spływając strużką między oczy i na nos. Otarł ją wierzchem dłoni. – Już się robi – odrzekł Rybin, gasząc latarkę całkowicie i zapalając ją ponownie. Tym razem światło było zdecydowanie mniej jaskrawe. Stąpając ostrożnie, by nie zawadzić stopą o sterczący kilka centymetrów nad posadzką, częściowo oderwany od podłoża kątownik, wszedł do tunelu. – Droga wolna! – zakomunikował, omiatając promieniem pokryte szarym nalotem ceglane ściany i łukowate sklepienie, z którego w równych, mniej więcej dwumetrowych odstępach sterczały zardzewiałe, niezatrzaśnięte metalowe obejmy. Po chwili nadszedł Starczenko. – Szeroki. Przestronny. Bardzo dobrze – stwierdził z zadowoleniem. – Trzeba będzie tylko to żelastwo poodkręcać... – Sięgnął ręką do najbliższej obejmy i spróbował ją oderwać. Mocowanie klamry zatrzeszczało, na głowę pułkownika posypały się płatki rdzy i okruchy zaprawy. – Uważajcie! – ostrzegł stalker, odskakując pod ścianę i przytulając się do niej plecami. – To się może zawalić! – Mała szansa. – Starczenko szarpnął ponownie, tym razem mocniej, odrywając ostatecznie obejmę. – Sklepienie półokrągłe. Solidna robota – wyjaśnił. Rzucił żelastwo pod ścianę, po czym strzepnął z ramion drobiny pokruszonego cementu. – No nie wiem... – powiedział sceptycznie Rybin. – Fomka, chodźże wreszcie! – zawołał, świecąc latarką w stronę piwnicy. – Przecież idę! – odkrzyknął Jusupow, wyłaniając się z otworu

i wchodząc do tunelu. – Karabińczyk poszedł. – Uniósł do góry strzelbę, z której zwisał odczepiony z jednego końca rzemień. – Czekajcie... – Starczenko pogmerał w bocznej kieszeni spodni, po czym podał mu długi i wąski, ząbkowany kawałek plastiku. – Trytytka dobra na wszystko. – Trytytka? To tak się to nazywa? – zapytał Rybin ze swojego miejsca pod ścianą. – Czego to ludzie nie wymyślą... – westchnął, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Nie wiedziałeś? – roześmiał się Jusupow. Przewlókł plastikowy zacisk przez uchwyt na kolbie dubeltówki. – Mówi się trytytka, bo robi try-ty-ty-tyt! – oznajmił. – O, właśnie tak. – Energicznym ruchem zaciągnął opaskę, która zacisnęła się z cichym chrobotem. – Możemy iść – oznajmił, przewiesiwszy broń przez ramię. Pobrzękując oporządzeniem, ruszyli w chłodną, zalatującą wilgotną stęchlizną ciemność.

Rozdział 24 Pierwszy z budynku wykuśtykał Zelencew. Krztusząc się i kaszląc, niezgrabnymi ruchami zerwał z siebie dymiącą marynarkę i cisnął ją precz. Chwilę później na zewnątrz wytoczył się Waruchin. Pomagając sobie nawzajem, niczym dwójka pijaczków powlekli się w stronę placu apelowego, tam gdzie dymu i szczątków było najmniej. – Co to było, u diaska?! – wysapał generał, ocierając podkoszulkiem umorusaną twarz. – Wiem tyle samo co wy, towarzyszu generale – odparł Waruchin, rozglądając się dookoła. – Ale to raczej nie emisja. Zbyt gorące, zbyt niszczycielskie... – Widząc, że generał chwieje się na nogach, chwycił poniewierający się nieopodal metalowy kanister bez korka. Ścianki pojemnika wciąż były ciepłe. Pchnął go po ziemi w stronę Zelencewa. – Odpocznijcie – powiedział. Generał nie protestował. Powoli, trzymając się za obolałe biodro, usiadł na prowizorycznym siedzisku. – Skoro nie emisja, to co? – zapytał, oglądając się na przesłonięte kłębami dymu i kurzu segmenty ogrodzenia oddzielające ich od ziemi niczyjej. Stalowe płyty wyglądały na nieuszkodzone, jednak fala uderzeniowa zdmuchnęła umocowane na ich szczycie kamery i czujniki. Ten sam los podzieliły wieżyczki strzelnicze oraz maszt nadajnika dalekiego zasięgu. Przełamana w połowie konstrukcja runęła na barak oficerski, niszcząc doszczętnie jego środkową część. Nie lepiej wyglądały też kwatery zlokalizowane w pobliżu wieżyczek. Strącone z podestów masywne stalowe sześciany, po brzegi wypakowane śmiercionośną bronią i amunicją, zamieniły budyneczki w kupy gruzu i potrzaskanych desek. – Nie wiem. – Waruchin rozłożył bezradnie ręce. – Ale lepiej,

żeby się nie powtórzyło – powiedział, zerkając na płonący budynek dowództwa, z którego przed paroma minutami z takim trudem udało im się wydostać. – Cóż, musimy jakoś ogarnąć ten bałagan – stwierdził zmęczonym głosem generał. – Trzeba uruchomić drużyny gaśnicze, wezwać wsparcie z południa, ekipy remontowe skądś ściągnąć... – wyliczał powoli. – I transport dla mnie. Wszystko z dymem poszło, nawet zmiany skarpetek nie mam – zakończył z rezygnacją. – Od czego zaczynamy? – zapytał Waruchin, gotów już do działania. Zelencew podniósł się z kanistra. – Każ im stamtąd wyjść – powiedział, wskazując palcem na schron. – Domofon raczej nie zadziała... – westchnął Waruchin. Nawet z tej odległości widać było iskry tryskające z umieszczonego przy wrotach panelu. – No to zapukasz. I będziesz pukał, dopóki nie wylezą! – zniecierpliwił się Zelencew. – I niech się tutaj natychmiast zamelduje Starczenko! Wykonać! – Tak jest! – Waruchin odwrócił się na pięcie i ruszył biegiem przez plac, rozglądając się w poszukiwaniu czegoś ciężkiego i jednocześnie poręcznego, czym mógłby walnąć dostatecznie mocno w grube stalowe odrzwia bunkra. Jego wybór padł na walający się w zaroślach przy magazynie fragment zbrojenia w postaci długiego na kilkadziesiąt centymetrów kawałka stalowego pręta, zakończonego pokaźną grudą betonu. Maczuga spełniła swoje zadanie: zaledwie po kilku uderzeniach z drugiej strony wrót rozległa się seria zgrzytów i szczęknięć. Chwilę później drzwi otworzyły się na oścież. – Wychodźcie, już po wszystkim – zakomunikował Waruchin, upuszczając na ziemię niepotrzebny już pręt, i odsunął się na bok, robiąc miejsce pierwszym wychodzącym. – Gdzie pułkownik? – zapytał, dostrzegłszy wśród nich Siergieja. Adiutant Starczenki, zaszokowany ogromem zniszczeń, nie

odpowiedział. Potrącany przez mijających go ludzi, wodził wzrokiem po zdemolowanym otoczeniu. – Szeregowy! – przywołał go do rzeczywistości Waruchin. – Pytałem o pułkownika! – przypomniał. Siergiej zamrugał szybko i odwrócił się w jego stronę. – Przepraszam, towarzyszu majorze. To... to okropne jest – wyjąkał. – Jak po bombardowaniu jakimś... – Wzdrygnął się. – Pułkownik poszedł do Instytutu ze stalkerami, na mutanta zapolować – dodał szybko, widząc poirytowaną minę majora. – Co? – zdumiał się Waruchin. – To nie ma go w schronie?! – Ano nie ma... – Siergiej nerwowo przełknął ślinę. Do niego też dotarło złowrogie znaczenie tego faktu. – Cholera jasna! – zaklął Waruchin, oglądając się w stronę Zelencewa, który natychmiast pomachał mu dłonią, dając znak, by się pospieszył. – Widzicie generała? – zwrócił się do Siergieja. Żołnierz skinął głową. – Biegnijcie więc do niego i zameldujcie, że poszedłem szukać pułkownika. Macie telefon? – Mam, towarzyszu majorze. – Prywatny? – Tak. – Użyczycie generałowi, zrozumiano? – Tak jest... – przytaknął Siergiej nieco mniej ochoczo. – I ogólnie, róbcie wszystko, co wam będzie kazał. Dopóki nie odnajdzie się pułkownik Starczenko, będziecie pełnić funkcję adiutanta generała. – Tak jest! – Siergiej natychmiast odzyskał animusz. – Wy! – huknął na przebiegających akurat obok, ewidentnie zdezorientowanych rekrutów. Żołnierze zatrzymali się jak wryci, jeden z nich zdołał nawet przyjąć postawę zasadniczą. – Z której kompanii jesteście? – zwrócił się do niego Siergiej. – Czwarta wsparcia, towarzyszu... – wyrzucił z siebie rekrut, po czym zamilkł na chwilę, zerkając na pozbawione dystynkcji pagony Siergieja. – Młodszy sierżancie – dokończył za niego Waruchin. – Młodszy

sierżant – powtórzył nieco dobitniej, podchodząc do oniemiałego ze zdziwienia Siergieja. – ...towarzyszu młodszy sierżancie! – dokończył rekrut gromko. – Ja... ja... towarzyszu majorze... – wyjąkał świeżo upieczony sierżant. – Ja dziękuję... – Nie ma za co. Zasłużyliście już dawno. Myślę, że generał poprze mój wniosek, a pułkownik... No cóż, w tej kwestii nie będzie miał nic do gadania – powiedział Waruchin i poklepał go po ramieniu. – Gratuluję. – Słyszeliście? – Rozpromieniony Siergiej odwrócił się w stronę rekrutów, nie mniej niż on zaskoczonych rozwojem wypadków. – Zbierzcie pluton, odbezpieczcie hydranty i podczepcie do nich węże gaśnicze. Są w tamtej szopie. – Wskazał niewielką wiatę w rogu placu. – I udrożnijcie podjazd dla wozów gaśniczych. Te dechy muszą stamtąd zniknąć! – Z zatroskaniem spojrzał na płonący budynek dowództwa. Piętro i dach stały w ogniu, z pozbawionych szyb okien na parterze buchały kłęby czarnego dymu. – I to szybko! – dodał, pokazując na obszerny garaż, oznaczony czerwonym okręgiem wymalowanym na wrotach. W środku oczekiwały na drużynę gaśniczą dwa wozy strażackie, wydębione przez Starczenkę przy okazji likwidacji przez władze obwodu jednostki straży pożarnej z Przyborska. Waruchin spojrzał na żołnierza z uznaniem. Pozornie niezdarny i zahukany przez swojego zwierzchnika Siergiej okazał się pierwszorzędnym dowódcą. Major pomyślał, że Starczenko doskonale wiedział, co robi, mianując Siergieja swoim adiutantem. – Tylko nie zapomnijcie o generale! – rzucił na odchodnym, po czym ominąwszy powiększający się z każdą chwilą tłum żołnierzy, ruszył wzdłuż schronu w stronę ogrodzonej palikami dróżki, wiodącej przez las do ewakuowanej niedawno filii Instytutu. Wąski, rozjeżdżony kołami samochodów trakt, normalnie oczyszczony z najdrobniejszego nawet śmiecia, usłany był teraz gałęziami, a miejscami zatarasowany przez wyrwane z korzeniami drzewa i połamane krzewy do tego stopnia, że po

kilkudziesięciu metrach Waruchinowi nie pozostało nic innego, jak zejść ze szlaku i obejść ten anomalny wiatrołom szerokim łukiem, co też natychmiast uczynił. Gdy nieludzko wyczerpany dowlókł się w końcu na miejsce, słońce zdążyło się już skryć za sponiewieranymi kataklizmem koronami drzew. Z najwyższym trudem przecisnął się przez szczelinę między nadgryzionymi przez czas betonowymi płytami, których nierówny szereg okalał obszerny dziedziniec przed budynkiem, i stanąwszy naprzeciwko otwartych na oścież drzwi wejściowych, zawołał: – Jest tam kto?! Nie doczekawszy się odpowiedzi, wszedł do środka. Czujny i spięty, starając się robić jak najmniej hałasu, sprawdził najpierw parter, a następnie piętro. W budynku panowała niczym niezmącona cisza, a jedynym odgłosem, jaki niósł się po opustoszałych korytarzach i ogołoconych z wyposażenia izbach, był chrzęst miażdżonych podeszwami odłamków szkła. Do piwnicy nie udało mu się wejść. Obite blachą dwuskrzydłowe drzwi były zamknięte od wewnątrz. Coraz bardziej zniechęcony, obszedł jeszcze dookoła plac. Jedyną godną uwagi rzeczą, na jaką się natknął, były porzucone stanowiska strzeleckie, dwa zlokalizowane u wylotu ścieżki i jedno na tyłach budynku. Na tym ostatnim, prowizorycznie zamaskowany gałęziami i wiechciami zielska, wciąż tkwił na statywie wukaem Kord, identyczny jak te zamontowane na wieżyczkach. Obok karabinu na rozłożonej płachcie brezentu spoczywała wypełniona po brzegi skrzynka z amunicją. Po żołnierzach nigdzie nie było śladu. Pomyślał, że obsługa wukaemu, widząc zbliżającą się nawałnicę energii, uciekła w pośpiechu, prowizorycznie tylko maskując stanowisko. Coraz bardziej wyczerpany (i głodny), poczuł nagle, że ma tego wszystkiego serdecznie powyżej uszu, a zwłaszcza Starczenki, który zamiast dowodzić garnizonem, włóczył się teraz gdzieś pod ziemią, udając stalkera. Złorzecząc w duchu, zdemontował wukaem, zatrzasnął wieczko zasobnika amunicyjnego, po czym zawinął wszystko w brezent

i przyrzucił gałęziami. – Bekniecie za to, gagatki, oj, bekniecie, już ja się o to postaram... – mruknął pod adresem nieobecnych żołnierzy. Westchnąwszy ciężko, usiadł na ściółce i ćmiąc pierwszego od kilku godzin papierosa, popatrzył na różowiejące z wolna niebo nad Strefą. Po raz pierwszy od wielu lat widział je bezchmurne i nieskazitelnie czyste. Jedynie na wschodzie biły w górę słupy dymu.

Rozdział 25 Wszelki duch! – wrzasnął Abaszyn na widok schodzącego ostrożnie po metalowych schodach Siwego. – Siwy, mordo ty moja! Łazarzu! Cziterze czarnobylski! – wykrzykiwał, przeskakując rozciągnięte między przetwornicami kable w stylu, jakiego nie powstydziłby się olimpijski płotkarz. Nieco zasapany, uściskał mocno Siwego, ledwie ten zszedł z ostatniego stopnia. – Żyjesz... – Uśmiechnął się radośnie, cofając się o dwa kroki i mierząc go wzrokiem. – Ano żyję – odpowiedział Siwy, wyraźnie zażenowany tą niespodziewaną erupcją serdeczności, tak niepodobnej do Abaszyna. – Chociaż co to za życie... – westchnął, ściągając z siebie poprzepalaną na ramionach i ubłoconą kurtkę. Cisnął ją niedbale pod schody. – Chodź, Dima właśnie robi inwentaryzację zapasów, da ci jakieś ciuchy na zmianę i coś do żarcia, chociaż od razu mówię, że za wiele chabaniny to nie ma – powiedział Abaszyn. Pociągnął go za łokieć w kierunku najobszerniejszego boksu, jako jedynego wyposażonego w zamykane na klucz drzwi. – Nie jestem głodny – odrzekł Siwy, klepiąc się po brzuchu. – Obżarłem się nad rzeką za wszystkie czasy. – Polowałeś? – zainteresował się Abaszyn. – Nie musiałem. Pożoga straszna tamtędy przeszła, zwierzyna nie zdążyła uciec. Nic nie zdążyło... więc pieczyste wala się dosłownie wszędzie. – Żartujesz sobie. – Mówię poważnie, Walerij. Leżą tego całe tony, mięsaczy, kabanów, tarków. Najwięcej w górę rzeki, gdzie las najgęstszy. Bliżej mokradeł to już tylko niejadalne paskudztwo, co się dymem podusiło. Abaszyn aż przełknął ślinę.

– Dima, mamy gościa – oznajmił, otwierając na oścież drzwi składziku. Odwrócony tyłem do wejścia i pochylony nad kartonowym pudłem grubas wyprostował się gwałtownie i odwrócił w ich stronę. – Udało ci się! – powiedział z ulgą. Podbiegł do Siwego i poklepał go po ramieniu. – Jak noga? – zapytał, zerkając na jego poplamione zaschłą krwią spodnie. – W porządku. Zagoiła się raz-dwa. Wystarczyło trochę odpocząć. Sam zobacz. – Siwy podciągnął nogawkę i dotknął palcem łydki. – Nawet blizna nie została. – To na pewno TA noga? – zdumiał się Dima, kucając przy nim, by lepiej przyjrzeć się rozharatanej niedawno kończynie. Rzeczywiście, po ranie pozostało jedynie wspomnienie w postaci ledwo widocznego, różowawego paska zregenerowanego naskórka. – Oczywiście, że tak – parsknął śmiechem Siwy. – Dimka, wiesz, co on mi opowiedział? – odezwał się Abaszyn. Podszedł do stołu i szybko przeliczył ustawione na blacie puszki z tuszonką. Nie było ich nawet dwóch tuzinów. – Co? – zapytał Dima, popychając w stronę Siwego pamiętający lepsze czasy fotel obrotowy z odłamanym podłokietnikiem. – Nad rzeką jest do wzięcia góra jedzenia – oznajmił tryumfalnie Abaszyn. – Słucham? – Dima zamrugał szybko. – To wyładowanie, co udupiło was po drodze, usmażyło też od cholery mutasów. Siwy mówi, że tylko iść i wykroić co lepsze kęski. – Ja tego nie powiedziałem – zaprotestował Siwy, sadowiąc się na krześle. – Mówiłem tylko, że mnóstwo mięcha się marnuje. – Ale tak pomyślałeś, przyznaj się – upierał się przy swoim Abaszyn. – Kurwa... – westchnął Siwy, masując palcami skronie. – No dobra, myślałem. Zadowolony? – O czym wy gadacie? – Dima spoglądał to na jednego, to na drugiego z coraz bardziej zdziwioną miną. – Gdzie się marnuje?

Jakie mięso? – No przecież cały czas tłumaczymy – wyjaśnił cierpliwie Abaszyn. – Pełno usmażonych mutantów leży nad rzeką, zdałoby się tam wybrać i przytachać, ile który da radę unieść. Tej brei – wskazał na konserwy – nie wystarczy nawet na tydzień. Kiedy tamtędy szedłeś? – zapytał Siwego. – Wczoraj pod wieczór. Las się jeszcze palił, więc głębiej nie za bardzo było jak sprawdzić. Tak czy owak, mnóstwo ścierwa leżało nad brzegiem, widocznie chciały zwiać do wody, ale nie zdążyły. – Lodówki na chodzie? – Abaszyn podszedł do drzwi i wyjrzał na zewnątrz. – Laboratoryjne? – zapytał Dima. – A są jakieś inne? – Nie ma. – No to co się głupio pytasz? Pewnie, że laboratoryjne. – A to nie wiem – wzruszył ramionami Dima. – Gadaj z Jewgienijem. Siedzi tam na okrągło i nikogo nie wpuszcza. Jurij z pół godziny się dobijał, zanim łaskawie zezwolił mu na audiencję. A chodziło tylko o głupi przedłużacz. – Słuchajcie, co tak naprawdę się wydarzyło? – Siwy wstał z fotela i wziął sobie butelkę wody ze stołu. – Ta emisja, pożary, cały ten zgiełk... To wasza sprawka? – W pewnym sensie tak – odrzekł Abaszyn po chwili namysłu. – Centralny emiter troszeczkę rozregulowaliśmy, no i poooszło... – Narobiliście strasznego bałaganu. – Siwy popatrzył na niego z dezaprobatą. – Gdzie jaki krzak, to się fajczy, radionuklidy z dymem wędrują, gdzie chcą. W którą stronę się człowiek obróci, to albo anomalia, albo dozymetr trzeszczy jak głupi. Po chuj to było? – Dźgnął palcem w szeroką pierś Abaszyna. – To się nazywa obrona konieczna, Saszka. – Białorusin uśmiechnął się drapieżnie. – Naruszają nasze terytorium, wyrządzają szkodę. Cały czas. Nieustannie. Tak dłużej być nie może. Każdej akcji odpowiada reakcja. – I to jest ta nasza reakcja? – westchnął Siwy. – Totalna demolka Zony?

– Raczej oczyszczenie z niepożądanego elementu – rozległ się od wejścia ochrypły głos Mietkina. – Cieszę się, że cię widzę. – Podszedł do Siwego z wyciągniętą w geście powitania ręką. – I vice versa – uśmiechnął się Siwy. Uścisnęli sobie dłonie. – Walerij, skocz po Jurija i Mikołaja, musimy to uczcić – odezwał się Dima. Gdy Abaszyn wyszedł, grubas otworzył stojącą w kącie metalową, pomalowaną na biało szafę. Śledzony uważnymi spojrzeniami towarzyszy, myszkował przez jakiś czas wśród zastawionych najprzeróżniejszymi medykamentami półek. Po kilku chwilach odwrócił się z tryumfalnym uśmiechem na okrągłej twarzy. – Czyściuteńki, rektyfikowany – oznajmił, stawiając z hukiem na stole dwie półlitrowe butelki z chlupoczącą, przezroczystą zawartością. – O kurwa! Tylko nie to! – Przerażony Mietkin odskoczył pod ścianę, jakby zamiast niewinnie wyglądających flaszek ze spirytusem Dima położył na stole odbezpieczone granaty. – Nu szto ty, Jewgienij, butelek ty się przestraszył? – roześmiał się Dima. – Toż to spiryt, przyjaciel każdego człowieka. – Ale nie mój! – odburknął doktor z ponurą miną. Z założonymi do tyłu rękoma przeszedł w drugi koniec pomieszczenia, rozłożył jedno z leżących tam składanych krzesełek i usiadł na nim. – Jewgienij, przecież nie wypijemy wszystkiego, trochę musowo zostawić do wykorzystania zgodnie z przeznaczeniem – spróbował go udobruchać Dima, nie przestając się przy tym śmiać. – Skoro tak, to czemu od razu nie schowasz połowy? – zapytał podejrzliwie Mietkin. – A czy ja powiedziałem, że ma zostać połowa? Gdyby tak miało być, wyjąłbym tylko jedną – wyjaśnił. – Upij jeszcze trochę – powiedział, odwracając się do Siwego, który odstawiał właśnie opróżnioną w trzech czwartych okazałą, dwulitrową butlę mineralnej. – Zrobimy pięćdziesiąt na pięćdziesiąt – wyjaśnił, mrugając porozumiewawczo. – Bez obaw, doktorku, naparsteczek spirytusu jeszcze nikomu rozumu nie odebrał.

Ostrożnie, by nie uronić ani kropli, przelał spirytus do butelki Siwego, zakręcił ją, po czym zaczął nią energicznie potrząsać. – Jeżeli to jest pół na pół, to ja jestem mutant – stwierdził Mietkin, podchodząc do stołu. Podniósł opatrzoną zieloną etykietą flaszkę na wysokość oczu. – Przecież jesteś! – parsknął śmiechem Dima, kontynuując proces mieszania. – Wszyscy jesteśmy. Zatem można śmiało uznać, że proporcje zostały dobrane właściwie. – Taaa... „właściwie”. Akurat – skrzywił się doktor. – Ile tu zostało? Setka? – zapytał, przechylając butelkę. – I czym ja teraz będę was dezynfekował? Sasza, powiedz coś, do cholery! – Odwrócił się do Siwego, który z wyraźnym rozbawieniem słuchał jego lamentu, nie spuszczając przy tym wzroku z chlupoczącej zawartości butli, którą wymachiwał Dima. – A o czym tu gadać? – Siwy wzruszył ramionami. – Dwa litry gorzałki na... niech policzę... – zamilkł na chwilę – sześciu? Albo nawet i siedmiu, jeżeli ty również się przyłączysz... Poczerwieniałe z emocji oblicze Mietkina pobladło nagle, butelka z resztką spirytusu wysunęła mu się z dłoni, jakby stracił raptem czucie w palcach. Zachwiał się na nogach. – Ejże, Jewgienij, co jest? – zapytał z niepokojem Siwy. Podniósł się szybko z krzesła i przysunął je do stołu. – Źle się czujesz? – Objął Mietkina w pasie i pomógł mu usiąść. Doktor klapnął ciężko na krzesło i oparłszy łokcie na stole, ukrył twarz w dłoniach. – Nic, nic, wszystko gra – wymamrotał. – A chuja tam gra – stwierdził Dima. – Stres pourazowy tobą trzęsie, ot co. A na tę przypadłość jest tylko jedno lekarstwo. – Postawił przed Mietkinem butlę z alkoholem, odkręcił korek, po czym rozejrzał się po magazynku w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby pełnić funkcję musztardówki. – Zaraz, zaraz, jaki stres pourazowy? – Zaintrygowany Siwy przyniósł sobie z kąta krzesełko i usiadł obok doktora. – Wiktora pochował niedawno. Własnoręcznie – poinformował Dima, kładąc na stole opakowanie kubków jednorazowych. – Prawda, Jewgienij? – Poklepał doktora po plecach.

– Uhm... – mruknął Mietkin z twarzą wciąż ukrytą w dłoniach. – Kurwa mać... – westchnął Siwy. – Przykra sprawa. – Dla doktorka nawet bardzo przykra – powiedział Dima. Rozerwał folię i wyjął z niej kubeczki. Jeden z nich postawił przed Mietkinem. – Czemu? – Siwy spojrzał na niego pytająco. – No bo to on go zaciukał – odpowiedział grubas, rozlewając spirytus do kubków. – Dima! Do jasnej cholery, ciszej trochę! – Mietkin poderwał głowę i spojrzał z przerażeniem w stronę drzwi. – Zabiłeś Wiktora? – zdumiał się Siwy. Nie czekając na odpowiedź, wychylił zawartość kubka, by przez kilka następnych sekund toczyć heroiczną walkę o oddech, gdy porażona etanolem krtań stężała w niemożliwym do przezwyciężenia skurczu. – Musiałem, Bóg mi świadkiem, że musiałem. On miał wylew, rozumiesz? Wylew! Skowyczał z bólu. Co niby miałem zrobić? – Rozumiem... – wykrztusił Siwy, odzyskawszy w końcu oddech. – Mus to mus. – Powiedz to Jurijowi – westchnął ciężko Mietkin. – Zobaczymy, czy będziesz taki chojrak. – Nie rozumiem? – Wkurwiony okropnie łazi. Masz pojęcie, że do Abaszyna chciał strzelać tylko dlatego, że nie okazał nieboszczykowi należytego szacunku? – po raz kolejny wtrącił Dima. – Telenowela normalnie. Jeden z traumą, drugi wkurwiony, trzeci siedzi i przemyśla, kogo by tu jeszcze zajebać. – Ponownie napełnił kubek Siwego, po czym nadstawił ucha, wsłuchując się w dochodzące z zewnątrz odgłosy. – Idą już, gieroje – powiedział po chwili. – Tylko ani słowa Jurijowi. Błagam – poprosił Mietkin zduszonym głosem, po czym odetchnąwszy głęboko, sięgnął po kubek ze spirytusem.

Rozdział 26 Obiecany Siergiejowi awans ku zadowoleniu Waruchina obudził w tym stłamszonym przez Starczenkę chłopaku istnego demona przedsiębiorczości. W ciągu paru godzin, które Waruchin zmitrężył na poszukiwania Starczenki, świeżo upieczony adiutant generała nie dość, że sprawnie pokierował akcją gaśniczą, to jeszcze udało mu się doprowadzić do jakiej takiej używalności te pomieszczenia budynku, które ocalały z pożogi, w tym również kwaterę swojego nowego pryncypała. – Masz pojęcie, że zanim zdążyłem o tym pomyśleć, ten skurczybyk załatwił od Fedorowskiego brygadę inżynieryjną? Podobno już tu jadą. A teraz gania po jednostce i sprawdza stany osobowe. Złoto, szczere złote mi podarowałeś, Marat. – Zelencew, w swoim ulubionym szlafroku, kuśtykał po gabinecie, wycierając ręcznikiem włosy. – Gdyby nie on, wszystko poszłoby z dymem. – Rozejrzał się dookoła. W pomieszczeniu nadal unosił się swąd spalenizny, z sufitu kapała woda, wsiąkając w gruby, wzorzysty dywan. – Są jakieś straty w ludziach? – zapytał Waruchin, wyglądając przez okno. Przed wejściem do lazaretu kręciło się kilku sanitariuszy z białymi opaskami na rękawach. Zajęci byli rozpakowywaniem owiniętych w fabryczną folię noszy. – Niestety tak – westchnął Zelencew. – Dwudziestu trzech zabitych, osiemnastu zaginionych, pół setki rannych, w tym czterech ciężko. A to jeszcze nie wszystko. Siergiej nie dostarczył ostatecznego bilansu. Poza tym nie wiemy, gdzie podziała się eskorta Starczenki, prawda? Waruchin skinął głową. Po tym jak zabezpieczył stanowisko wukaemu i odsapnął, pokręcił się jeszcze po lesie, przeszedł kawałek niemiłosiernie spękaną asfaltówką, a na koniec wdrapał się na sięgającą wierzchołków drzew pryzmę porośniętej rzadką trawą ziemi, by stamtąd zlustrować okolicę.

Schodząc, a właściwie zsuwając się po stromym zboczu kopca, zachodził w głowę, gdzie też mogła być zlokalizowana odkrywka, z której przetransportowano taką masę ilastej gleby. Z góry niczego nie wypatrzył, a sądząc po rozmiarach usypiska, dziura musiała być imponujących rozmiarów. Jeszcze bardziej zaintrygowało go przeznaczenie wyłożonej żelbetowymi płytami dróżki, wiodącej prosto jak strzelił od podnóża nasypu aż do południowego narożnika budynku Instytutu i kończącej się dosłownie pół metra przed zamurowanym czerwoną cegłą otworem w ścianie. – Jakby się zapadli pod ziemię. Niewykluczone, że kręcą się teraz gdzieś tam. – Machnął ręką w stronę okna. – Albo pułkownik zabrał ich ze sobą... – Jak to? – Generał rozwiesił ręcznik na oparciu krzesła, po czym opadł ciężko na sofę. – Towarzyszu generale, tam nikogo nie ma, dosłownie. Piwnica zamknięta na głucho, nigdzie żywej duszy. – Może mutant ich załatwił? – Towarzyszu generale... – jęknął błagalnie Waruchin. – Oj, żartowałem – uśmiechnął się półgębkiem Zelencew. – Masz jakąś teorię na temat tej... tej niespodziewanej absencji? – Tak mi się wydaje – odpowiedział po chwili namysłu Waruchin. – Ale to tylko domysły – zastrzegł. – Mów. – Generał oparł się wygodniej o poduszkę. Pomagając sobie rękami, wyprostował prawą nogę. Kontuzjowany przed laty kręgosłup wciąż dawał o sobie znać bolesnymi przykurczami raz uda, innym razem łydki, a czasami, tak jak teraz, przeraźliwą sztywnością w kolanie. – Rozejrzałem się trochę po okolicy... – Waruchin przysunął sobie krzesło i przysiadł na brzeżku, uważając, by nie dotknąć plecami mokrego ręcznika. – Towarzyszu generale, sprawujecie nadzór nad Instytutem? – zapytał, spoglądając generałowi prosto w oczy. – A cóż to za pytanie? – zmarszczył brwi Zelencew. – Oczywiście, że tak. To, że tutejsza filia została przeniesiona do Gubina, nic nie znaczy. Posiadane przeze mnie prerogatywy nie

uległy zmianie – dodał sztywno, jakby odczytywał na głos fragment okólnika. – Zatem wiedzieliście, że jakiś czas temu prowadzone tam były szeroko zakrojone, że tak powiem... – Waruchin wyprostował się, założył nogę na nogę, po czym nonszalanckim gestem wyjął z kieszeni papierosy. – Roboty ziemne? – dokończył, wypuszczając w kierunku generała chmurę aromatycznego dymu. – Czy wy się, majorze, przypadkiem nie zapominacie? – zapytał cicho Zelencew, rozpędzając dłonią błękitny opar. Waruchin szarpnął się na krześle, zamrugał, jakby wyrwany ze snu, papieros wypadł mu z dłoni i natychmiast zgasł na mokrym dywanie. – Towarzyszu generale... Ja przepraszam! – Zerwał się na nogi, strzelił obcasami, wyprężył się, by po chwili przygarbić się, opaść z powrotem na krzesło. – Wybaczcie, nie wiem, co mnie naszło, zaćma jakaś chwilowa – wymamrotał, ukrywszy twarz w dłoniach. – Marat, Marat, Marat... – westchnął smutno Zelencew, chociaż wewnątrz dosłownie skręcał się ze śmiechu. – Potrzebny ci urlop. Taki prawdziwy, porządny reset. – Wychylił się w stronę podwładnego i poklepał go przyjacielsko po ramieniu. – No już, już, bierzemy się w garść. Swoją drogą, to całkiem zgrabnie wszedłeś w tryb śledczego, jeszcze chwila, a wyśpiewałbym ci wszystko jak na spowiedzi. – Nie wytrzymał i zachichotał. – I ten papieros... Szczęście, że elektryka zalana, bo jak nic lampą bym po oczach oberwał. – Towarzyszu generale... – wyjęczał Waruchin, jeszcze bardziej kuląc się na krześle. – Złóżmy to na karb zmęczenia – zlitował się nad nim Zelencew. – O co chodziło z tymi robotami? – zapytał. Znowu przyjął wygodną pozycję, w czym dopomogła mu druga poduszka, o którą wsparł się łokciem. Major podniósł w końcu głowę. Twarz miał czerwoną jak burak, niemal purpurową. Rumieniec przebijał nawet przez szorstki, nietknięty żyletką od ładnych paru tygodni zarost.

– Coś tam było kopane, i to na dużą skalę – podjął tak niefortunnie przerwaną rozmowę. – Paręset metrów za budynkiem znajduje się hałda ziemi, ogromna hałda. Relatywnie niedawno usypana, przynajmniej tak mi się wydaje, bo jeszcze dobrze zielskiem nie zdążyła obrosnąć. Mówi wam to coś, generale? – zapytał, tym razem już nie tak obcesowo jak przed niespełna dwiema minutami. – Mieli tam jakiś remont, mniej więcej dwa lata temu, pamiętam, że monitowali o materiały budowlane. Starczenko, jak to on, opędzał się od nich... – powiedział powoli Zelencew. – Musiałem interweniować, bo już się przymierzali do ministerstwa protest smarować. Dostali wtedy kilka ton cementu i cegłę. Dużo cegły, ze cztery ciężarówki, o ile dobrze pamiętam. I przycichli. Ale jaki był zakres robót, nie wiem. Na pewno nic nie dobudowali – stwierdził, sięgając ręką za plecy, by rozmasować bolący krzyż. – Generale, od budynku do hałdy prowadzi solidna, utwardzona droga. Ta ziemia była po niej wożona, to jasne jak słońce. Najpierw myślałem, że może z odkrywki albo z placu budowy tutaj ktoś wywoził, ale jakieś nieprawdopodobne mi się to później wydało. Bo niby z jakiej okazji aż tutaj, pod lufy Kordonu, ktoś miałby wozić? Bez sensu. – A może oni ją, tę ziemię, brali na jakieś swoje potrzeby? Wiesz, mieli pod nosem usypisko, więc postanowili skorzystać – podpowiedział Zelencew. – Raczej nie, pryzma regularna, jak piramida, z jednej strony lekko wypłaszczona, żeby lepiej było podjechać i ładunek zrzucić – zaoponował Waruchin. – Żadnych dołków, wyrobisk, nic... Zdecydowanie nie, tu ziemię przywożono – stwierdził, ponownie sięgając po papierosy. – Zapalicie? – zapytał, podsuwając je generałowi. – Towarzyszu generale? – Potrząsnął dłonią przed znieruchomiałym nagle obliczem przełożonego. – Generale! – powtórzył głośniej. Zelencew zamrugał gwałtownie, rozejrzał się po zawilgoconym pomieszczeniu, by w końcu skupić wzrok na Waruchinie, który pochylony w jego stronę i z wyciągniętą ręką przyglądał mu się

uważnie. – Powtarzam jeszcze raz: nie posiadam informacji dotyczących realizowanych na terenie tutejszej placówki badawczej inwestycji budowlanych – powiedział generał, podnosząc się z kanapy. Z rękami w kieszeniach szlafroka podszedł do okna. – Poza tym wspomniana kwestia stała się nieistotna z uwagi na fakt likwidacji filii numer osiem, która niespełna tydzień temu została oficjalnie wykreślona z ewidencji placówek terenowych podległych Instytutowi. Realizowane przez filię numer osiem projekty badawcze uległy zawieszeniu na czas nieokreślony, personel zaś przeniesiono do utworzonej w Gubinie filii numer jedenaście – wyrecytował mechanicznym głosem, od którego Waruchinowi przeszły ciarki po plecach. Przerażony, zerwał się na nogi, jednym susem doskoczył do pogrążonego w transie mężczyzny i zastosował jedyną sobie znaną metodę cucenia: złapawszy generała za ramiona, zaczął nim gwałtownie potrząsać. – Towarzyszu generale, ocknijcie się! – wykrzyczał. – To ja, Waruchin! Słyszycie?! Nie podziałało. Zelencew w dalszym ciągu patrzył na niego nieruchomym wzrokiem, źrenice miał rozszerzone. Z kącika na wpół otwartych ust spływała mu ślina, rozmazując się po podbródku. Sparaliżowany od lat policzek, zawsze nieco obwisły, teraz wyglądał jeszcze gorzej, jakby wypreparowano z niego resztkę mięśni. – Generale! – Spanikowany Waruchin pociągnął go w stronę kanapy, usadził na niej jak manekina, obłożył z obu stron poduchami. Nie miał pojęcia, co dalej robić, czy biec po pomoc do lazaretu, po lekarza, żeby jakiś dopalacz wstrzyknął, czy też usiąść i zaczekać, aż przełożony wybudzi się z transu. Zdesperowany, postanowił wypróbować jeszcze inny sposób, bezpośredni i najprostszy z możliwych: uderzył Zelencewa w twarz. Z zamachu, mocno, aż zapiekła dłoń. Głowa mężczyzny odskoczyła w bok, po czym wróciła do pionu, jakby była zamocowana na ukrytej w karku sprężynie, nie zaś na mało elastycznych, mających już najlepsze czasy za sobą kręgach

szyjnych. Towarzyszyło temu ciche chrupnięcie. – Jezu... – wyszeptał bezgłośnie major. – Generale... Na litość boską... – Usiadł obok Zelencewa, jedną ręką objął go wpół, drugą pomachał przed oczyma. – Obudźże się, człowieku! Anton! – wrzasnął mu prosto do ucha. – Słyszysz mnie?! – ryknął z mocą, aż zadrapało go w gardle. I nagle generał oprzytomniał. W jednej sekundzie siedział sztywno, jakby kij połknął, w następnej osunął się na siedzisku i gdyby nie to, że Waruchin go podtrzymał, ani chybi zsunąłby się na podłogę jak worek kartofli. – Co... co... co się stało? – wykrztusił, spoglądając na siedzącego obok majora. – Zemdlałem? – zapytał, po czym jęknął i chwycił się dłonią za kark. – Tak jakby... Patrzcie na mój palec! – Waruchin stanął przed nim i zaczął wodzić mu ręką przed twarzą, starając się przy tym nie zwracać uwagi na paskudnego, w błyskawicznym tempie podchodzącego fioletem siniaka na lewym, zdrowym policzku generała. – Podaj mi przeciwbólowe, są w biurku – poprosił zbolałym głosem Zelencew. Przeniósł dłoń z karku na policzek i musnął palcami krwiak. Syknął z bólu. – Albo nie. Najpierw nalej mi kielicha. Wiesz, gdzie szukać. – Tak. – Waruchin obszedł kanapę i wyjął z lodówki butelkę z wydłużoną szyjką, wypełnioną pod korek nieco mętnym płynem w kolorze cienkiej herbaty. Musztardówek nie musiał szukać: stały tam, gdzie odstawił je poprzedniego dnia, fachowo ustawione denkami do góry. – Sobie też nalej. To twoja sprawka? – Generał w dalszym ciągu obmacywał szczękę. – Musiałem was jakoś otrzeźwić – wzruszył ramionami Waruchin. Odwrócił szklanki i napełnił je po brzegi samogonem. – A nie dało się jakoś... hmm... delikatniej? – Zapewniam was, że nie. – Waruchin postawił jedno szkło na blacie biurka, drugie podał generałowi. – Okropnie mocno was wbiło w ten trans. Takiego czegoś jeszcze nie widziałem. – Trans?! – wytrzeszczył oczy Zelencew. – O czym ty gadasz,

Marat? – Spokojnie, towarzyszu generale... – odpowiedział szeptem Waruchin i podniósł palec do ust. – Uwarunkowali was, i to konkretnie, mnie chyba zresztą też... – wyjaśnił, rozglądając się po gabinecie. – Kto?! – Zelencew podskoczył na kanapie jak oparzony, upuszczając musztardówkę i rozchlapując przy tym samogon. – I gdzie?! – Pewności nie mam, ale wygląda mi to na robotę psionika – odrzekł Waruchin, po czym szybkim ruchem opróżnił swoją szklankę. – I mnie, i was łapało, gdy rozmowa schodziła na temat... – zawiesił głos i wskazał kciukiem w stronę korytarza – prac budowlanych prowadzonych sami wiecie gdzie – powiedział szybko, po czym uniósł dłoń, uciszając generała, zanim ten zdążył otworzyć usta. – Miałem już do czynienia z podobnymi przypadkami – kontynuował półgłosem. – Wystarczy, że zostanie użyta odpowiednia kombinacja słów, gest, bodziec, cokolwiek, na co ofiara została uwarunkowana, a zaczyna ona zachowywać się zgodnie z określonym scenariuszem, również wgranym. – O kurwa – westchnął generał. – I że niby nas tak urobili? Tam? – Zerknął w stronę drzwi. – Wszystko na to wskazuje. Bywaliście tam od czasu do czasu, tak samo ja. A tylko oni posiadali odpowiednie możliwości. Mieli sprzęt, mieli wiedzę i najwidoczniej mieli też psionika. I chyba zajmowali się czymś bardzo, ale to bardzo nielegalnym. – A potem rozpierzchli się jak szczury – stwierdził ponuro Zelencew. – Najpierw wypadek z czarcim kisielem, potem zwolnienia, urlopy, wyjazdy. Z całej obsady pozostało raptem kilkanaście osób, w tym Natasza. I Andriej... Boże kochany... Mogli zginąć! – jęknął. – Nie, towarzyszu generale, komu jak komu, ale akurat im nic nie groziło – powiedział Waruchin z przekonaniem. – Właśnie ze względu na was. Nie zdziwiłbym się, gdyby oboje byli wręcz pod ochroną. – I dlatego Ławkin posłał Nataszkę w Zonę? – Zrobił to, bo dureń i tchórz. Mało tego, to dowodzi, że nie był

w nic umoczony. Winni zmyli się wcześniej, po wypadku. Tak na marginesie, były wtedy ofiary śmiertelne? – Oczywiście, że były. Dwóch techników, wszyscy z ochrony i o ile dobrze pamiętam, jakiś cywil, podobno stalker. Podobno, bo nie udało się zidentyfikować ciała, a raczej kałuży, która po nim została. – A więc pozbyli się niewygodnych świadków. Szczwane bestie. – W głosie Waruchina zabrzmiał autentyczny podziw. – Dorwę drani. Wiem, kto tam pracował, mam papiery każdego z nich. – Zelencew podkuśtykał do jednej z szaf i otworzywszy na oścież metalowe drzwiczki, wskazał zapełnione szczelnie tekturowymi teczkami półki. – Patrz. To jest twoje nowe zadanie, Marat – oznajmił na poły uroczyście, na poły groźnie. – Masz odnaleźć tych drani. Wszystkich, co do jednego. Odnaleźć i przesłuchać. Ich dalsze losy mnie nie interesują, zrobisz, co uznasz za stosowne. Tak jak zawsze. Zrozumiano? Waruchin podniósł z podłogi upuszczoną przez generała musztardówkę, obejrzał ją pod światło, wytarł o rękaw, po czym napełnił samogonem. – Ilu? – zapytał, podchodząc do szafy. – To się dopiero okaże – odparł generał. – Dużo ich... – westchnął major. – Owszem – zgodził się Zelencew. – Ale większość można wykluczyć od razu. Na przykład tych. – Wskazał najniższe półki. Na krawędzi jednej z nich naklejony był pasek papieru z napisem „2004–2012”. – I tych. – Położył dłoń na stosiku kolorowych skoroszytów leżącym na samej górze. – Stażyści. Przyjęci jesienią. Politechnika w Charkowie. Dzieciaki jeszcze. – Nie wiem, towarzyszu generale, naprawdę nie wiem. To jest ze sto osób, albo i więcej, jeżeli zamieszani byli ludzie z zewnątrz. Robota na lata – stwierdził Waruchin. – Nie musisz się spieszyć. – Będę potrzebował zespołu. – Dostaniesz zespół – powiedział Zelencew. – Dostaniesz też sprzęt i środki – dodał wyprzedzająco. – W takim razie zgoda.

Rozdział 27 Jak myślicie, głęboko jesteśmy? – zapytał Starczenko, świecąc latarką po sklepieniu tunelu. Na pokrytych tłustym szarawym nalotem cegłach błyszczały krople wilgoci. – Będzie ładnych parę metrów – stwierdził Rybin. – Nie wiem, czy zauważyliście, ale od dłuższego czasu tunel jakby opada. – Chłodniej jest. I mokro – dodał Jusupow. – Ale jak głęboko? – powtórzył pułkownik. – A skąd mnie to wiedzieć? – wzruszył ramionami Jusupow. – Dziesięć metrów, piętnaście? – Bez przesady, Fomka – zmitygował go Rybin. – Góra pięć, aczkolwiek docelowo może wyjść trochę więcej, bo ciągnie się dalej. – Poświecił w głąb tunelu. – Gdyby nie to, wody byłoby po kolana. – Swoją drogą, to ktoś odwalił kawał porządnej roboty – powiedział Starczenko z podziwem. – Tyle kilometrów i ani jednego zawaliska, żadnego gruzu, nic. Niesamowite. – Ciekawe, skąd Instytut wziął fundusze? Toż to musiało kosztować grube miliony... – zastanowił się stalker. – Dziadowali od zawsze, o każdy grosz musowo się było wykłócać, a tu proszę, jakie metro sobie odjebali. Można? Można. – Naprawdę nic o tym nie wiedzieliście, pułkowniku? – zapytał Jusupow, marszcząc brwi. – Oczywiście, że nie – pokręcił głową Starczenko. – Jajogłowi to działka generalicji, Zelencewa trzeba by było pytać... chociaż wydaje mi się, że i on będzie niewąsko zaskoczony, kiedy dowie się o tym miejscu. Chyba że... – podszedł do ściany, postukał palcami w cegły, zdrapał odrobinę zaprawy – wydrążyli ten tunel wcześniej, jeszcze przed Drugą Katastrofą. Pamiętacie, ile wszędzie wtedy szło tych inwestycji. Bunkry, laboratoria, całe ośrodki powstawały. Taki tunel, choćby i długi, to przy tym drobiazg.

– Nie, pułkowniku, taki stary to ten tunel nie jest – zawyrokował Jusupow. – Widać po cegłach, widać po zaprawie, zwłaszcza tutaj. Poza tym sami wiecie, jak się robi masówkę. Zbrojenie, beton, te sprawy. Albo gotowe prefabrykaty. Tutaj macie ręczną, misterną robotę, łuki murowane od formy, cegła po cegle, posadzka wylewana w miarę kopania, krótkimi odcinkami. Tak samo zresztą jak ściany. Zobaczcie. – Przejechał dłonią po cegłach. – Te mają inny kolor, tamte inny. Drążyli powolutku, niewykluczone, że w ścisłej tajemnicy. – Sugerujecie, Jusupow, że mieliśmy pod samiuteńkim nosem kanał przerzutowy? – zapytał ponuro Starczenko. – Jacy my, pułkowniku? – odezwał się drwiąco Rybin. – Wy mieliście. Szmugiel tędy szedł, aż miło. Jak to się mówi, pod latarnią najciemniej. – Niech no ja dorwę tego Ławkina – zazgrzytał zębami pułkownik. – Pasy każę drzeć, a potem umieszczę to ścierwo w kompanii karnej. Albo do Prypeci z pierwszym lepszym patrolem wyślę. I nie będzie zmiłuj, że Zelencew, że to, że tamto! Kurwa! – ostatnie słowa wykrzyczał, uderzając pięścią w ścianę. – Na waszym miejscu, towarzyszu pułkowniku, to ja bym jak najszybciej postarał się zapomnieć o sprawie – zasugerował Rybin, gdy Starczenko skończył się pieklić. – A to niby czemu? – warknął pułkownik. – Bo już dawno jest po wszystkim. Sami widzieliście, że tunel zamknięty był na głucho, czyli co mieli przemycić, to przemycili. Poza tym mało prawdopodobne, że akcją kierował któryś z jajogłowych. To robota jakiejś większej organizacji. – Którejś z frakcji – podpowiedział Jusupow. – Bardzo możliwe – zgodził się Rybin. – Posolili komu trzeba, wykopali tunel, zorganizowali dostawców. Pomyślcie, jak znakomity mieli punkt przeładunkowy. Wszystko na miejscu, aparatura, pojemniki na artefakty, wszystko... i, co najważniejsze, masa wykwalifikowanych naukowców na głodowych państwowych pensyjkach. – I dlatego mam nie wszczynać śledztwa? – zdziwił się Starczenko.

– Pułkowniku, naprawdę nie rozumiecie, w czym rzecz? – Rybin popatrzył na niego z politowaniem. – Kogo niby chcecie złapać? Może tych przemytników?! – Ławkina dorwę! – I co wam to da? Rzuci wam kilka ksywek, pseudonimów, być może wsypie paru kolegów. Mleko już dawno się rozlało, kontrabanda poszła w świat, a połowa tych szabrowników nie żyje, bo wiadomo, w Zonie śmiertelność duża. A właśnie! – Stalker plasnął się w czoło, coś sobie przypominając. – Wiecie, że w tej placówce zatrudniony był młody Zelencew i jego ślubna? – zapytał, uśmiechając się lekko. – Pomyślcie więc, co się stanie, jeżeli ta gnida postanowi ich wrobić. – Cholera jasna! – wzdrygnął się Starczenko. Roztoczona przez stalkera wizja, której finałową sceną było aresztowanie generalskiego jedynaka i jego ślicznej synowej, sprawiła, że przeszedł go zimny dreszcz. I to bynajmniej nie dlatego, że lękał się konfrontacji z wszechmocnym Zelencewem, która sama w sobie mogłaby być interesującym wyzwaniem. Bał się czegoś, a raczej kogoś innego. Tym kimś była Galina Zelencewa. – No właśnie. – Rybin wyjął z plecaka złożony w zgrabną kostkę okrawek brezentowej płachty i rozłożył go pod ścianą, gdzie posadzka była najmniej wilgotna. – Siadajcie – zaprosił towarzyszy, przesuwając się jednocześnie na skraj prowizorycznego siedziska, aby zrobić im miejsce. Włączoną latarkę położył na plecaku. Z westchnieniem ulgi zzuł buty, po czym odwinął przepocone onuce. – Nóg już nie czuję – poskarżył się, masując stopy. – Za to ja tak! – Jusupow teatralnym gestem zatkał nos i wycofał się pod przeciwległą ścianę. – Spierdalaj! – odciął się Rybin, pokazując mu wyprostowany środkowy palec. – Odpocznijcie chociaż wy, towarzyszu pułkowniku – zachęcił Starczenkę. Wojskowy zdjął plecak, oparł pekaem o cegły i usiadł na płachcie, nie zwracając uwagi na unoszący się w powietrzu zapaszek, przypominający nieco woń nadpsutego mięsa. – Chcecie? – Rybin podsunął mu otrzymaną wcześniej od Fomy

paczkę papierosów. – Uhm – skinął głową pułkownik, częstując się wymiętolonym biełomorem. – A ty? – zapytał Rybin ukrytego w mroku Jusupowa i nie czekając na odpowiedź, rzucił mu pudełko. Podniósł latarkę i jeszcze raz poświecił w głąb korytarza. – Chciałbym wiedzieć, dokąd prowadzi... – mruknął. – Na moje oko gdzieś w stronę Jantaru – stwierdził Jusupow. – Kierunek pasuje. Domyślam się nawet, gdzie jesteśmy. – Gdzie? – zapytał Starczenko. – Jezioro Jantarskie, a raczej pozostałe po nim mokradła. Stąd ta wilgoć. I dlatego, Wołodia, uważam, że jesteśmy o wiele głębiej, niż ci się wydaje. – A to niby dlaczego? – zdziwił się Rybin. Skierował snop światła na przyjaciela. – Zabierz to! – Oślepiony Jusupow odwrócił głowę i dodatkowo osłonił dłonią oczy. – Tunel musi być głęboko, bo idzie pod dnem jeziora – podjął po chwili. – W ogóle zbiorniki wodne mają to do siebie, że ich dna są wklęsłe, czasami nawet bardzo. – Jaki ty dowcipny dzisiaj, Fomka. Boki zrywać – westchnął zmęczonym głosem Rybin. – Poza tym Jantarskie dodatkowo pogłębili w latach osiemdziesiątych – ciągnął niezrażony Jusupow. – Miało służyć jako zapasowy rezerwuar dla elektrowni, w razie gdyby coś się przytrafiło rzece, bo już wtedy miała tendencję do wysychania. To właśnie wtedy wykopali to coś, co najpierw rozpieprzyło im reaktor, a potem stało się matrycą dla tych cholernych emisji. Starczenko poruszył się niespokojnie, zgasił papierosa o wilgotną ścianę. Wstał. – Czujecie to? – zapytał, węsząc w powietrzu jak pies. – Ja czuję. Coś pomiędzy padliną a wyziewami siarki – potwierdził Jusupow, z trudem ukrywając wesołość. – Foma, nie wkurwiaj mnie! – W głosie Rybina zabrzmiały ostrzegawcze nuty. – Uspokójcie się! Obaj! – warknął Starczenko. Podniósł karabin i nie przestając węszyć, postąpił kilka kroków w kierunku,

z którego przyszli. – Jakby izolacja gdzieś się paliła... Słyszycie? Słychać nawet, jak się smaży! – Faktycznie. – Rybin również podniósł się na nogi i zrobił kilka głębokich wdechów. – Ozon... Dużo ozonu – wymruczał po chwili. – Coo? – Jusupow odebrał mu latarkę i ominąwszy bezceremonialnie Starczenkę, szybkim krokiem ruszył w kierunku, z którego napłynął swąd i dobiegało, teraz już doskonale słyszalne, skwierczenie. – Po co on tam poszedł? – Zaniepokojony Starczenko odczepił od lufy pekaemu latarkę i zapalił ją. – Poświećcie mi – poprosił Rybin, schylając się po onuce. Zręcznymi ruchami owinął je wokół stóp i nałożył buty. Byle jak zwinięty brezent wepchnął do plecaka. – Anomalia – powiedział, zarzucając strzelbę na ramię. – Sądząc po zapachu i odgłosach, elektra. W tej norze może być groźna jak diabli, bo będzie się przemieszczać, dopóki nie zakotwiczy na czymś solidnym. Teraz zapewne topi sobie po kolei te zaciski. – Wskazał na zamontowaną przy suficie obejmę. – Na powierzchni musiała przejść niezła emisja, skoro draństwo aktywowało się aż tutaj. W głębi tunelu rozbłysło błękitne światło, na suficie przemknął zygzak wyładowania elektrycznego, by wybuchnąć snopem iskier na jednej z obejm, rozżarzając ją do czerwoności. W blasku sypiących się z góry iskier dostrzegli uciekającego co sił w nogach Jusupowa. – Dajesz, dajesz, Fomka! – zawołał Rybin na widok kolejnej błyskawicy, która wystrzeliła z ciemności, niszcząc inny zacisk. Chwilę później Jusupow był już przy nich i zgięty wpół, z dłońmi wspartymi o uda dyszał, próbując wyrównać oddech. – Mało brakowało... – wysapał w końcu – żebym w nią wlazł. Suka, ledwie się żarzyła! – dodał tonem usprawiedliwienia. – Daj Panie Boże, żeby była z tych, co przy dużej różnicy potencjałów znikają bezpowrotnie, bo inaczej będziemy wracać górą. – Jak to? – Starczenko zaszurał nogami, gotów w każdej chwili dać drapaka przed chłostającym sklepienie skupiskiem energii. – Jeżeli nie trafi na solidny przewodnik, będzie latać w tę i we w tę po tunelu. – Stalker wyprostował się, odetchnął głęboko raz

i drugi. – Na powierzchni takie przemieszczają się po okręgu, koncentrycznie. Palą wszystko, dopóki nie zakotwiczą na czymś konkretnym. Wraku auta, szynie kolejowej, fragmencie zbrojenia, czymkolwiek, co ma dobre przewodnictwo i odpowiednią wytrzymałość. I wtedy przekształcają się w normalne elektry. A z takimi, wiadomo, zawsze łatwiej. Byliście kiedyś przy Pogłębiarce, pułkowniku? – zapytał, poprawiając troczki plecaka. Starczenko zaprzeczył. – Szkoda. Wokół tego ustrojstwa wiruje takich kilka. Od lat tak się kręcą i nie mogą zakotwiczyć, bo maszynę karuzelki jak muchy obsiadły i wszystko odpychają. Taki anomalny pat się zrobił. Kiedyś paru idiotów zawody tam sobie urządziło, kto przedostanie się najbliżej Pogłębiarki. Zwycięzca, a właściwie to jego kości po dziś dzień fruwają nad jedną z gąsienic... – Zamilkł, gdy w oddali rozległ się trzask wyładowania, a po nim brzdęknięcie metalu o beton. Kolejna obejma podzieliła los poprzedniczek. – Lepiej się stąd wynośmy – dokończył, gdy hałas ucichł.

Rozdział 28 No i widzisz, doktorku? Nie taki diabeł straszny – oznajmił Dima radośnie, odwracając do góry dnem opróżnioną półlitrówkę. – Mówiłem, że na tylu chłopa to wyjdzie po naparstku. – Niektórym wystarczyło aż nadto – burknął w odpowiedzi Mietkin. Zgniótł trzymany w ręku plastikowy kubeczek, po czym cisnął nim w drzemiącego na krześle Siwego. – Daj spokój, Jewgienij, chłopisko po przejściach, wymęczony okrutnie. Nie dziwota, że go zmogło. – Nie o to chodzi, Dimka. Słyszałeś, co mówił. Mnóstwo żarcia poniewiera się nad rzeką. Trzeba tam iść i zebrać, ile się da, póki nie zaśmierdło. Przyda się każda para rąk. – Jak zwykle histeryzujesz. – Dima machnął lekceważąco ręką. – Przecież to niedaleko. Ze trzy razy dacie radę obrócić. – My, czyli kto? – zainteresował się Mietkin. – No jak to kto? Ty, Jurij, Walerij, Mikołaj – wyliczył na palcach Dima. – Czterech chłopa, silnych jak byki. – A ty? – Co ja? – Siebie nie policzyłeś. – Nu szto ty, Jewgienij? – parsknął śmiechem Dima. – Gdzież mnie chodzić po bagnach? – Wstał od stołu i poklepał się po potężnym brzuszysku. – I do tego z obciążeniem. Myśl, Jewgienij, myśl! – Postukał się palcem w skroń. Pogwizdując pod nosem, zaczął krzątać się przy szafie z medykamentami. Mietkin przyglądał mu się przez kilka chwil, po czym również wstał i ruszył w kierunku wyjścia. W progu przystanął, jakby nagle coś sobie przypomniał. – Wiesz co? – zapytał. – Tak? – Grubas odwrócił się do niego z uśmiechem na pucułowatej twarzy. Do szerokiej klatki piersiowej przyciskał

oburącz zgrzewkę buteleczek z wodą utlenioną. – Jesteś cholernym leserem! – wypalił z irytacją Mietkin, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł na halę, ścigany głośnym rechotem Dimy. Przestał go słyszeć, dopiero gdy z hukiem zatrzasnął za sobą drzwi. Otrzepując się z płatków farby, które jak brudny śnieg obsypały mu ramiona, podszedł do rzędu zamrażarek ustawionych w najdalszym końcu laboratorium. Sześć potężnych, kilkusetlitrowych, otwieranych od góry skrzyń czekało na uruchomienie po niemal dekadzie bezczynności. Wskaźniki poziomu chłodziwa przy pokrytych warstewką kurzu agregatach pomimo upływu lat wciąż pokazywały wartości dodatnie. – Już ja ci znajdę zajęcie, cwaniaczku – mruknął pod nosem. Jedną po drugiej pootwierał zamrażarki, starając się przy tym oddychać ustami. Wnętrza urządzeń, niewyszorowane do czysta przed wyłączeniem, upstrzone były plamami zaschniętej pleśni, a smród, który buchnął ze środka, dosłownie wyciskał łzy z oczu. Z trudem powstrzymując torsje, Mietkin podbiegł do zamontowanej przy drzwiach tablicy rozdzielczej i uruchomił wentylację. Osłonięta metalową siatką gardziel pompy ssącotłoczącej umieszczona pod sufitem, tuż obok kanału wentylacyjnego, w ciągu niespełna kwadransa wyciągnęła z pomieszczenia cały smród. W czasie gdy aparatura filtrowała powietrze, czyniąc je na powrót zdatnym do normalnego oddychania, doktor przetrząsnął niewielką, przylegającą do laboratorium pakamerę w poszukiwaniu akcesoriów potrzebnych do umycia zamrażarek. Mutancie mięso samo z siebie woniało nie najciekawiej, nawet mocno przyprawione; włożone do śmierdzącej zamrażarki byłoby już całkiem nie do przełknięcia. Przynajmniej dla niego, bo co do pozostałych, nie miał już takiej pewności. Na własne oczy widział kiedyś Siwego i Abaszyna pałaszujących upieczone nad ogniskiem szaszłyki z mięsa padlinożernych tuszkanów. Z naręczem ścierek, gąbek oraz kanisterkiem mydła w płynie wrócił do laboratorium. Zostawiwszy to wszystko na stole, wyszedł na halę i przywołał gestem kręcącego się przy jednej

z przetwornic Jurija. Rosjanin odłożył ostrożnie na posadzkę trzymany w dłoniach pęk przewodów i zbliżył się niespiesznym krokiem. – O co chodzi? – zapytał, wycierając ręce o poplamiony uniform. – Gdzie Abaszyn? – Tam. – Jurij zadarł głowę i wskazał ręką do góry. Wysoko na zamontowanej tuż pod sklepieniem kratownicy poruszał się jakiś cień. – Żarówki wkręca. Całe pudło znaleźliśmy – wyjaśnił Jurij. Jakby na potwierdzenie jego słów pod sufitem rozbłysło dodatkowe źródło światła. W hali zrobiło się zauważalnie jaśniej. – Zawołać go? – zapytał. – Tak. Przebierzcie się, pójdziemy po to mięso, o którym mówił Siwy. – Nad rzekę? – Zgadza się. Musimy się pospieszyć. Weźcie trochę więcej amunicji, bo ścierwniki też nie będą się długo zastanawiać – powiedział Mietkin. Jurij, małomówny jak zawsze, skinął głową i bez słowa ruszył w stronę schodów prowadzących na połączony z kratownicą podest. Zanim zdążył wejść na górę, pod sklepieniem zapaliła się kolejna lampa, dokładnie nad magazynkiem, zalewając pakamerę ostrym światłem. Po chwili w otwartych drzwiach składziku pojawiła się przysadzista sylwetka Dimy. Ewidentnie zaciekawiony grubas wyszedł na środek hali i osłoniwszy dłonią oczy, popatrzył na krzątającego się ponad dziesięć metrów wyżej Abaszyna. – Dima! – zawołał do niego Mietkin. – Do laboratorium, natychmiast! – Nie czekając na reakcję tamtego, wrócił do pomieszczenia badawczego. Drzwi pozostawił otwarte na oścież. – Wyczyścisz tamte zamrażarki – zakomunikował, ledwo Dima przekroczył próg. – I bez, kurwa, dyskusji! – warknął złowrogo, widząc, że grubas już otwiera usta, by zaprotestować. – Wyczyścisz, poczekasz, aż przeschną, a potem powłączasz. My idziemy po zapasy. Jak wrócimy, mają lśnić jak psu jajca. – Hola, hola – zaoponował w końcu Dima. – A może zmieniłem

zdanie? Może ja też chcę iść? – Przestań, dobrze? – powiedział zmęczonym głosem Mietkin. – To nie jest dobry moment na przekomarzanki, nie ma na to czasu. Wkrótce wyruszamy. Będziesz miał... – spojrzał na zegarek – jakieś trzy godziny. Spokojnie dasz radę, pod warunkiem że zaczniesz od razu. – Czym mam to umyć? – poddał się Dima. – Na stole masz wszystko, co trzeba. Wyszoruj, wytrzyj do sucha, zaczekaj, aż obeschną, a potem je pozamykaj i włącz. Na full. – Tak jest! – zasalutował żartobliwie grubas. Kołysząc się jak pingwin, podszedł do stołu i podniósł do oczu kanister ze środkiem czyszczącym. – Mydło? – zdziwił się. – Owszem – skinął głową Mietkin. – Nie ma się czego bać – dodał, kładąc dłoń na klamce. – Śmiało, nie zaszkodzi ci! – zawołał już zza progu, po czym zatrzasnął za sobą drzwi. Gdy zerknął przez wizjer do środka, Dima pokazał mu wyprostowany środkowy palec. Doktor uśmiechnął się po raz pierwszy od dłuższego czasu. Wysoko nad jego głową brzdęknęły stalowe płyty podestu, chwilę później po schodach zeszli Jurij i Abaszyn, ten ostatni z pudłem zakurzonych żarówek pod pachą. Mietkin dopiero teraz uświadomił sobie, że w hali zrobiło się jasno jak w dzień. Jeszcze raz zajrzał przez szybkę do laboratorium. Ormianin z kanisterkiem w jednej ręce i kraciastą ścierką w drugiej pochylał się właśnie nad jedną z zamrażarek. – A ty co się tak czaisz za drzwiami? Znowu nam się posokowiec przypałętał? – zapytał Abaszyn, zatrzymując się obok. Odstawił pudło pod ścianę. – Sam zobacz – wyszczerzył się doktor, robiąc mu miejsce. Abaszyn przetarł rękawem zaparowaną oddechem szybkę, po czym zajrzał do środka. Przez kilka sekund stał nieruchomo, z twarzą niemal przyklejoną do okienka. – O cholera... – wyszeptał w końcu, odwracając się do Jurija, który oparty o poręcz schodów, przypalał właśnie papierosa. – Chcesz zobaczyć interesującą anomalię? – zapytał z tajemniczym

uśmiechem. Rosjanin bez słowa podszedł do wizjera. – Nazywa się Rów Ormiański – oznajmił Abaszyn, krztusząc się ze śmiechu. Jurij powoli odwrócił głowę w jego stronę. – Jesteś pojebany – stwierdził z kamienną twarzą. – Całkowicie, trwale i nieodwracalnie... – zastanowił się przez chwilę, szukając w myślach właściwego określenia – jebnięty na umyśle. Abaszyn roześmiał się na cały głos. – Takie riposty szanuję – powiedział po chwili, ocierając cieknące z oczu łzy. – Ty też z nami idziesz? – zapytał Mietkina. – A mam wyjście? – wzruszył ramionami doktor. – Siwy pijany, Mikołaj dłubie w kodzie, a Dima... za ciężki na bagna. – Na bagna każdy jest za ciężki – mruknął Jurij. – Chrzanić to – podsumował Abaszyn. – Naznosimy tyle, ile damy rady. Jak nie wystarczy, to się pójdzie na polowanie albo zrobi handelek z kimś z Dużej Ziemi. Nikt nas przecież tutaj na siłę nie będzie trzymał.

Rozdział 29

A nie mówiłem? – W głosie Jusupowa zabrzmiała nutka satysfakcji. – Ponad dziesięć kilometrów, nie było takiej opcji, żeby kopiąc, trafili dokładnie w punkt. – Przecież nawet nie wiesz, gdzie chcieli wycelować – powiedział Rybin. Położył na ziemi strzelbę, zsunął z ramion plecak i przeciągnął się, aż chrupnęło. – Tego akurat nietrudno się domyślić – odparł Jusupow, spoglądając na znajdujący się nieopodal rządek niskich wiat – wkopanych w podmokły grunt bali nakrytych płatami zardzewiałej blachy, rozpiętej na niezgrabnych stelażach. Kilkadziesiąt metrów dalej ciągnęła się porośnięta chwastami stromizna nasypu kolejowego. – Jantar? – zapytał Starczenko, wskazując majaczące w oddali zabudowania, nad którymi górował wysoki maszt, oklejony czaszami anten. – Tak – potwierdził Jusupow. – Sazow i reszta... To właśnie tam? – przełknął ślinę pułkownik. – Z drugiej strony. Przy wyjeździe z doliny. Tam ich mutant poharatał, żołnierzy znaczy się – wyjaśnił stalker. – Nie wszystkich – sprecyzował ponuro Rybin. – Sazowa i tego drugiego, Marka, dokończył posokowiec. Pięćdziesiąt metrów. Tyle zabrakło, żeby udało im się ukryć w budynku. Pierdolona pijawka. – Splunął z obrzydzeniem. – Pochowam ich – oznajmił pobladły nagle Starczenko. – Z honorami i ze wszystkim. Każę przetransportować ich zwłoki, jak tylko uruchomimy szlak. Nie będą tutaj gnić. Mowy nie ma! – Ohoho, widzę, że kogoś ruszyło sumienie – zadrwił Jusupow. – Muszę was zmartwić, towarzyszu pułkowniku – dodał, kompletnie ignorując złowrogi grymas, który pojawił się na twarzy Starczenki. – Tam już nie za bardzo będzie co grzebać. To,

czego nie zeżarł nibyolbrzym, na bank rozwlokły ślepe psy. W dolince szlaja się ich całe mnóstwo. – Nieważne. To byli moi ludzie! Ja ich tu wysłałem i to ja ich stąd zabiorę! – oświadczył pułkownik twardo. – No i popatrz, Wołodia – Jusupow szturchnął łokciem przyjaciela – zupełnie inny człowiek z naszego pułkownika się nagle zrobił. Wystarczył jeden tyci – rozstawił kciuk i palec wskazujący – tyciusieńki burerek. – Zaśmiał się cicho. – I elektra – uzupełnił Rybin, również się uśmiechając. – Aż się boję pomyśleć, co się zrobi z towarzysza pułkownika, gdy zobaczy wir albo, nie daj Boże, snorka – kontynuował Jusupow, cofając się przy tym, by znaleźć się poza zasięgiem rąk Starczenki. – Sprawiedliwym wśród Narodów Świata zostanie. Kontrakty podpisze, za zlecenia zacznie płacić, ludzi szanować będzie – zarechotał Rybin. W odróżnieniu od Jusupowa nie ruszył się z miejsca. Ku zdziwieniu obu stalkerów pułkownik przyjął ich docinki ze stoickim spokojem, zupełnie jakby nie dotyczyły jego osoby. – Ta anomalia... – Podszedł do szybu, z którego wygramolili się przed kilkudziesięcioma minutami, i zajrzał do środka. – Długo tak będzie latać? – zapytał, trącając czubkiem buta wystający z otworu kątownik z przymocowanym do niego zardzewiałym drutem, którego całą szpulę Jusupow znalazł pod jedną z wiat. Drugi koniec przewodu doczepili do jednej z szyn kolejowych na nasypie. – Dopóki nie wytopi wszystkich obejm. Potem zacznie szukać innych przewodników. W końcu trafi na kątownik i po drucie śmignie na tory. Przecież wam tłumaczyłem. Trochę jej to zajmie. – To się nawet dobrze składa – oświadczył Starczenko, odsuwając się od szybu. Podniósł przykurzony nieco i zachlapany błotem pekaem; ostatni odcinek tunelu pokonali, brodząc po kolana w rzadkim błocku. – Tymczasem rozejrzymy się po okolicy. Sprawdzimy, czy jest tak, jak mówicie... że ścierwniki zeżarły moich chłopców. Stalkerzy popatrzyli na siebie znacząco.

– „Moich chłopców” – szepnął Jusupow półgębkiem. – Tatko zmartwiony taki... Rybin tylko przewrócił oczami. – Słyszałem, Jusupow – powiedział Starczenko. Karabin ułożył sobie na barkach niczym nosidło do wiader. – I lojalnie uprzedzam, że jeszcze jeden taki tekst, a nici z kontraktów. Z pyskaczami współpracować nie zamierzam. – Nie strasz, nie strasz... – zaczął buńczucznie stalker, ale urwał w pół słowa, zgromiony wzrokiem przez Wołodię. – Nie gniewajcie się, towarzyszu pułkowniku – powiedział pojednawczo Rybin. – Kolega miewa czasami niewyparzony jęzor. Z czasem przywykniecie. A ty, Fomka, miarkuj trochę, nasz pułkownik i tak ma wysoki próg tolerancji. – Dobra, wystarczy tego pitolenia – skwitował Starczenko. Ominąwszy obu stalkerów, ruszył przez wysoką trawę w stronę nasypu. Mężczyźni patrzyli w milczeniu na oddalającą się zwalistą sylwetkę, zgarbioną pod ciężarem potężnego karabinu. – Kurwa, mam déjà vu – mruknął w końcu Jusupow, potrząsając głową, jakby budził się z krótkiej drzemki. – Ja też. Z daleka to on wygląda trochę jak Marko – zgodził się Rybin. Osłoniwszy dłonią oczy, zlustrował wzrokiem szczyt nasypu. Powietrze nad torami drżało, podgrzewane ciepłem oddawanym przez tłuczeń, prażony lipcowym słońcem. Sterczące spomiędzy kamieni rachityczne pędy kostrzewy kołysały się łagodnie, muskane delikatną bryzą ciągnącą od mokradeł. W oddali u podstawy nasypu wirował lejkowaty tuman śmiecia i kurzu, odchylając się na boki, niczym gotujący się do ataku jadowity wąż. – Idiota! – stwierdził z dezaprobatą Rybin, widząc, że Starczenko gramoli się już na górę. – Chodźmy, bo się jeszcze w jakąś anomalię wtarabani. – Nie czekając na Jusupowa, rzucił się w ślad za wojskowym. – Życie wam niemiłe?! – wydyszał, wskakując na torowisko i chwytając pułkownika za ramię. – Widzicie tamten wir?! – Siłą obrócił Starczenkę w kierunku

odległej o kilkadziesiąt metrów anomalii. – Łapy przy sobie! – Pułkownik szarpnął się, chciał się odwrócić do stalkera, ale ten tylko mocniej zacisnął dłonie na jego barkach. – Pytałem, czy widzicie? – wycedził. Zdumiony jego nieludzką siłą, Starczenko oklapł, przestał się wyrywać. Choć wyższy o dobre trzydzieści centymetrów i o tyle samo kilogramów cięższy, miał wrażenie, że tamten, jeżeli tylko zechce, połamie mu ręce jak patyki. – Widzę – jęknął. – To jest wir – wyjaśnił Rybin. – Zakonotujcie sobie. Wir. – Przecież wiem... – Starczenko zagryzł wargi, żeby nie wrzasnąć z bólu, gdy stalker ścisnął jeszcze mocniej. – Gówno wiecie – stwierdził Rybin. – Teraz to paskudztwo jest uśpione. Ot, miętoli trochę śmiecia, kurzu, paprochów. Lekkie to wszystko jak puch, słabo oddziaływa, więc anomalia sobie drzemie – kontynuował monotonnie. – Ale niech no tylko wyczuje większą masę... Ile ważycie? Dziewięćdziesiąt? Sto kilo? – zapytał. – Coś koło tego – zgrzytnął zębami pułkownik. – Wtedy zareaguje adekwatnie – odezwał się, stając obok niego, Jusupow. – Obudzi się. I już nie będzie malutkiego wiru, tylko potężna wirująca zgniatarka. – Teraz rozumiecie? – Rybin zwolnił uchwyt i jak gdyby nigdy nic wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Starczenko nie odpowiedział. Przysiadł na szynie i krzywiąc się z bólu, zaczął rozmasowywać ramiona. – Poczęstujcie się. – Stalker położył obok niego papierosy i zapalniczkę. – Słonko jeszcze wysoko, zdążymy obrócić w tę i we w tę. Bo nocować bezpieczniej będzie tutaj, przy wiatach, no i będziemy widzieć, czy i kiedy elektra przeskoczy na tory. Pułkownik, choć wciąż milczący, wziął paczkę i nieco drżącymi palcami wydłubał z niej papierosa. – I jeszcze jedno, pułkowniku – poinformował go Jusupow, przysiadając na drugiej szynie, by oczyścić buty, oklejone grubą warstwą błota. – Od tego momentu słuchacie naszych poleceń. Zapominacie o szarży, zapominacie o starszeństwie, zapominacie

o wydawaniu jakichkolwiek rozkazów. Jesteśmy w interiorze, w pobliżu jednego z epicentrów tego całego bałaganu. Chcecie wrócić cali i zdrowi, to musicie zachowywać się jak szeregowiec, jak żółtodziób najgorszy. Starczenko popatrzył na niego ponuro, zaciągnął się dymem raz i drugi. – A jeżeli nie, to co? – zapytał w końcu. – Jeżeli nie będziecie nas słuchać? – Tak. – To nie wrócicie – wzruszył ramionami stalker. – Tak jak Sazow i reszta – dodał. – Oni nie słuchali. To jak będzie? – spytał, zerkając wymownie na wirujące nieopodal miniaturowe tornado. – A jak ma być? – Starczenko zdusił niedopałek o kamień i podniósł się na nogi. – Prowadźcie, stalkiery. – I to jest właściwa postawa – pochwalił Rybin, on również wstał. – Pójdziemy tamtędy – powiedział, wskazując lufą dubeltówki odległy o jakieś dwieście metrów szpaler topoli, biegnący równolegle do nasypu. Nad ogołoconymi z liści koronami drzew sterczały w równych odstępach wierzchołki słupów energetycznych, z których zwisały smętnie resztki zerwanych przewodów. – Szosą? – zdziwił się Jusupow. – A dlaczego nie? Wolisz bujać się po tych wertepach? – Rybin popatrzył krytycznie na rozległy ugór, podziurawiony jak sito dołami wydrążonymi przez anomalie grawitacyjne. W niektórych z zagłębień coś się kotłowało, z innych buchały kłęby dymu i pary, od czasu do czasu błyskało upiorne błękitne światło. Na ich oczach z jednej z wyrw wystrzelił w górę słup ognia, spopielając do reszty badyle zwisające nad krawędzią otworu. – Chodźmy torami – zaproponował Starczenko. – Noż kurwa mać! – zirytował się Rybin. – A może zróbmy głosowanie? Jusupow parsknął śmiechem. – Strasznieś drażliwy ostatnio – stwierdził. – Pomyślałby kto, że masz stracha. – No bo mam! – odwarknął Rybin. – To przeklęte miejsce, a my

pchamy się tam już drugi raz. – Przyzwyczajajcie się, Rybin. Gdy uruchomię szlak, będziecie tu bywać o wiele częściej – oznajmił Starczenko. – Placówka będzie jak malowanie. Ze trzy plutony się zakwateruje na stałe, skombinuje drezynę, podjazd do szybu inżynieryjni zrobią... – rozmarzył się nagle. – A może i w tunelu wąskotorówkę dadzą radę ułożyć... Tak... To by było coś. Oczyści się teren z mutantów, poodgradza anomalie. I co wy na to, Rybin? – Ja? Ja na to, pułkowniku, że za przeproszeniem, pierdolicie jak potłuczony – westchnął stalker. Starczenko spojrzał na niego osłupiały. – Słucham? – wykrztusił. – Wołodia powiedział, że to się nie uda, towarzyszu pułkowniku – pospieszył z wyjaśnieniem Jusupow. Mina Starczenki oraz sposób, w jaki trzymał pekaem, nie wróżyły w tym momencie niczego dobrego. Tak samo jak trzask bezpiecznika, który rozległ się sekundę wcześniej. – Sukcesem będzie, jeżeli waszym ludziom uda się od czasu do czasu zrobić tutaj rekonesans. W sensie, że bez nadmiernych strat w ludziach. – Właśnie! – przytaknął skwapliwie Rybin. On również wyczuł niebezpieczeństwo. – Emisje tutaj o wiele silniejsze, miejsc pojawienia się anomalii nijak nie można przewidzieć, promieniowanie też wysokie, o wiele wyższe niż na obrzeżach. A gdzie radionuklidów dużo, tam roi się od mutantów. Odwieczne prawo natury. – Oczywiście to nie będzie tak, że nie da się nic, kompletnie nic zorganizować. Jakiś rotacyjny posterunek gdzieś w podziemiach albo w bunkrze zawsze można wystawić, chociażby po to, żeby patrole miały gdzie odsapnąć i uzupełnić ekwipunek – dodał na pocieszenie Jusupow. Pułkownik mierzył ich przez chwilę wzrokiem, potem obejrzał się w stronę Jantaru. Ku niekłamanej uldze obu stalkerów zdjął palec ze spustu i przesunął dźwigienkę bezpiecznika. – Pożyjemy, zobaczymy – mruknął. – Dlatego pójdziemy szosą – oznajmił kategorycznie Rybin. – Dosyć już tej debaty, skończyła się demokracja. Ja prowadzę,

Foma ubezpiecza tyły.

Rozdział 30 Towarzyszu majorze, samochód przygotowany! – Zdyszany Siergiej wręczył Waruchinowi kluczyki i pomiętą, zatłuszczoną smarem kopertę z dokumentami wozu. – Mechanik mówi, że auto jak żyleta, tylko żebyście uważali ze wstecznym, bo się zacina. – Dziękuję – skinął głową Waruchin. Wrzucił kluczyki do kieszeni bluzy, kopertę wsunął za pazuchę. – Jak idzie akcja? – zapytał, spoglądając w stronę okna. – Wszystko pod kontrolą, towarzyszu majorze. Magazyn opróżniony, broń z uszkodzonych wieżyczek zdemontowana i załadowana na ciężarówki. Rannych właśnie ładujemy do autokaru. Przedłużyło się trochę, bo musieliśmy wymontować część siedzeń, żeby nosze pomieścić. – A co z barachłem na poddaszu? Żołnierz stropił się, przestąpił z nogi na nogę. – Z tym mamy problem, towarzyszu majorze. Zawaliła się spora część dachu, ta nadpalona, no i gdzieniegdzie tli się jeszcze jakieś świństwo. Nie idzie do tego podejść, towarzyszu majorze, a co dopiero mówić o posprzątaniu. Poza tym to w większości chemikalia. – Więc zostawcie to w diabły. Nie ma sensu narażać ludzi – stwierdził Waruchin. – Spróbujemy przynajmniej zabezpieczyć, towarzyszu majorze. Jefimiuk wymyślił, żeby zlać to taką specjalną pianą. Utwardzalną. – Jefimiuk? – zdziwił się Waruchin. – Tak! Porucznik Jefimiuk. On jest przecież po szkole pożarniczej, towarzyszu majorze. Zadzwonił nawet do jakiegoś znajomka w Kijowie, tamten do swojego i już do nas z tym jadą. – No proszę, kto by pomyślał... – mruknął pod nosem Waruchin. – Słucham? – Nic, nic... – Major machnął ręką, po czym wyjął z szafy

przewiązany sznurkiem plik teczek. – Ten schowek na górze... Rozumiem, że do niego udało się dostać? – Zgadza się, towarzyszu majorze – potwierdził Siergiej. – A jak się generał ucieszył... – dodał z uśmiechem. – Bardzo dobrze – pochwalił Waruchin, kładąc pakunek na stos identycznych, piętrzących się na stojącym obok szafy krześle. Na zewnątrz rozległ się przytłumiony huk, zabrzęczały szyby w oknie, stojąca na parapecie popielniczka spadła na podłogę i poturlała się po dywanie. Zaniepokojony Siergiej podbiegł do okna i rozchylił żaluzje. – Ogrodzenie, towarzyszu majorze – poinformował. – Leży jedno przęsło... Nie... chwileczkę... – Przycisnął twarz do szyby. – Dwa! To coś chyba się przemieszcza! – Będzie gorzej, Siergiej, o wiele gorzej – powiedział ze spokojem Waruchin. – Z jakiegoś powodu Zona się powiększa. Musicie się pospieszyć – oświadczył, zamykając szafę. – Mamy łączność z tymi strażakami z Kijowa, tymi, co tu jadą? – Mamy, towarzyszu majorze. – Każcie im zawrócić. – Ale, towarzyszu majorze, poddasze znowu zacznie się palić, a tam jest masa chemii, pójdzie skażenie... – zaczął protestować Siergiej, ale Waruchin uciszył go gestem dłoni. – No to trudno! – uciął ostro. – A skażeniem się nie przejmujcie. Kiedy zaczną pojawiać się anomalie, ono będzie naszym najmniejszym problemem – dodał nieco łagodniej. – Przyspieszcie też ewakuację lazaretu. Lżej ranni mogą jechać choćby w beteerach. Za godzinę ma tu nikogo nie być, z wami włącznie. Zrozumiano? – Tak jest, towarzyszu majorze! – strzelił obcasami Siergiej, po czym wybiegł z gabinetu. Waruchin spojrzał na zegarek. Dochodziła dziewiętnasta. Od wylotu śmigłowca upłynęły już prawie trzy godziny. Patrząc na stos dokumentów, zaczął żałować, że nie zabrał się z generałem. Do tej pory zdążyłby już rozgościć się na kwaterze w Gubinie i przy odrobinie szczęścia siedziałby sobie teraz w którejś z tamtejszych mordowni przy kufelku piwa.

Wziął pod pachę największą wiązkę dokumentów, po chwili namysłu zarzucił na ramię torbę z laptopem generała, ciśniętą przez rzeczonego byle jak w kąt, po tym jak okazało się, iż zalane wodą urządzenie nie daje oznak życia. A ponieważ Waruchin doskonale znał stosunek Zelencewa do wszelakiej elektroniki, nawet nie próbował przekonać go do próby uratowania danych, chociażby poprzez wymontowanie z uszkodzonej jednostki twardego dysku. Zamiast tego zaproponował, że spakuje poupychaną w szafach dokumentację oraz w miarę możliwości będzie nadzorował ewakuację garnizonu. Za oknem znowu rozległ się łoskot. Tym razem towarzyszył mu przeraźliwy chrzęst miażdżonej blachy i przestraszone okrzyki uwijających się na dziedzińcu żołnierzy. Nawet nie musiał wyglądać przez okno, by domyślić się, że łupem anomalii padł kolejny fragment stalowej bariery. To już nie były przelewki. Od wielu godzin strefa anomalii przesuwała się nieubłaganie z północnego zachodu, paląc, miażdżąc i rozrywając na strzępy wszystko, co napotkała na swojej drodze. Pierwsze niepokojące sygnały o nadciągającej zagładzie dotarły do sztabu przed południem w postaci meldunków z wysuniętego w głąb ziemi niczyjej posterunku obserwacyjnego. Stacjonująca tam drużyna wojenstalkerów meldowała przez radio najpierw o licznych, idących w dziesiątki wykwitach anomalii, głównie żarników, potem zaś o gwałtownie wzrastającym poziomie radiacji. Godzinę później radio zamilkło. Kolejne alarmujące wieści pochodziły od dowódcy odcinka Rozważów – Prywar. Wysłany przez niego konwój ciężarówek ze sprzętem budowlanym i częściami zamiennymi do systemów automatycznego prowadzenia ognia został uwięziony w polu anomalii, które ni stąd, ni zowąd pojawiło się na wylotówce z Iwankowa. Ze śmiercionośnej pułapki wydostał się tylko jeden wóz, reszta została zmiażdżona bądź rozerwana na strzępy przez anomalie grawitacyjne. Później zaś niepotrzebne już były meldunki: falanga anomalnej aktywności poczęła sunąć w stronę garnizonu, pożerając kolejne odcinki umocnień niczym komputerowy Pac-Man.

Gdy Waruchin wyszedł przed budynek, w grawitacyjnych żarnach potężnego wiru znikały właśnie stalowe wrota bramy wjazdowej. Następna w kolejce była budka wartownicza i górująca nad nią, dopiero co osadzona na legarach platforma strzelecka. Obie konstrukcje trzeszczały niepokojąco, przechylając się centymetr po centymetrze w stronę anomalii. Po drugiej stronie ogrodzenia na wyłożonym betonowymi płytami podjeździe wystrzelił słup ognia, momentalnie odparowując przeciągnięte nad szosą przewody elektryczne. Ich odcięte końce opadły na asfalt, sypiąc iskrami. Gorąco bijące od anomalii sprawiło, że zajęły się nagromadzone przez lata pod płotem sterty śmieci i porastające je bujne chwasty. W kilka chwil ogrodzenie oraz jego bezpośrednie otoczenie spowiły kłęby tłustego, czarnego dymu. Uginając się pod ciężarem dokumentów, Waruchin podbiegł do zaparkowanego przy narożniku budynku stareńkiego UAZa i przez kilka nieznośnie długich sekund mocował się z nadżartą korozją klamką tylnych drzwiczek. W końcu zirytowany otworzył te od strony kierowcy. Rzucił dokumenty na fotel pasażera, torbę z laptopem położył na tylnej kanapie. Nie trudząc się zamykaniem samochodu, ruszył biegiem do budynku po resztę teczek oraz worek marynarski, do którego zaraz po wyjeździe generała spakował swoje rzeczy osobiste. Uporawszy się z załadunkiem, obszedł auto dookoła, sprawdził stan ogumienia. Kawałkiem znalezionej w bagażniku szmaty wytarł z kurzu przednią szybę i reflektory, a po chwili namysłu także tablice rejestracyjne. Trasę, którą zamierzał dojechać do Gubina, nieustannie patrolowała milicja, on zaś nie miał najmniejszej ochoty na jałową dyskusję z potencjalnym nadgorliwym funkcjonariuszem, któremu nie spodobają się zachlapane błotem blachy. Na koniec zajrzał do bagażnika i po raz kolejny pochwalił w duchu zapobiegliwość Siergieja: w skrzyni ładunkowej spoczywało koło zapasowe, lśniący nowością lewarek i starannie zwinięta linka holownicza. Obok, wciśnięty między nadkole i oparcie kanapy, tkwił kanister z benzyną, na oko

dziesięciolitrowy. Za lazaretem zabuczał na wysokich obrotach silnik autobusu, chwilę później zawtórował mu następny. Siergiej nie próżnował. Zanim Waruchin zdążył usiąść za kierownicą, spomiędzy baraków wytoczył się z chrzęstem opon biało-błękitny podmiejski PAZ. Pozostawiając za sobą chmurę spalin, przejechał przez plac apelowy, zgrabnym slalomem ominął walające się tu i ówdzie fragmenty ogrodzenia, przeciął trawnik, po czym zniknął za garażami. Zaraz po nim na plac wjechały kolejne autokary. Z otwartych drzwi jednego z nich wypadło na zewnątrz postrzępione siedzisko i siejąc dokoła kawałkami białej wyściółki, potoczyło się po ziemi. Waruchin odprowadził je wzrokiem, a potem z niepokojem popatrzył na wieżyczkę przy głównych wrotach. Konstrukcja przechylała się coraz bardziej, przyciągana przez szalejącą nieopodal anomalię. Na jego oczach jedna ze stalowych podpór oderwała się od betonowego postumentu przy akompaniamencie pękających śrub. Wieżyczka była już mocno zdeformowana, a ze szczelin obserwacyjnych chlustały ciemne strugi – uszkodzeniu uległ zbiornik z płynem chłodzącym. Nie było sensu dłużej zwlekać. Wydłubał z kieszonki kluczyki i wsunął się za kierownicę UAZ-a. Gdy już miał zamknąć drzwiczki, usłyszał wołanie Siergieja. – Towarzyszu majorze! Towarzyszu majorze! Zaczekajcie – krzyczał żołnierz, biegnąc w stronę samochodu i wymachując gorączkowo rękami. Na plecach podskakiwał mu wypchany marynarski worek. – Odjechali... swołocze... Zostawili... jak psa! – wydyszał, moszcząc się w fotelu pasażera. – Autokary? – zapytał Waruchin, przekręcając kluczyk w stacyjce. – Nie, towarzyszu majorze, autokarem to ja się mogłem zabrać bez problemu. Beteerem mi odjechali, dranie! A mieli czekać do końca! – Wyraźnie poirytowany, chwycił leżący pod nogami plik teczek i przerzucił je na tył. Na ich miejsce wepchnął swój bagaż. – Bogu dziękować, że rannych udało się pomieścić. Ledwo, ledwo, ale jednak – dodał już nieco spokojniej.

Waruchin popatrzył przez porysowaną szybę na wyrzucone z autokaru siedzisko. Nawet z tej odległości widać było na nim plamy krwi. – Kto odjechał tym beteerem? – zapytał cicho. – Było, minęło, towarzyszu majorze... – odparł z wahaniem żołnierz. – Grunt, że ranni... – Pytam: kto?! – przerwał mu Waruchin. Zaciśnięte na kierownicy dłonie pobielały. Siergiej aż się skulił na siedzeniu. – No? – warknął major. – Porucznik Jefimiuk i szeregowy Zajko – wyrzucił z siebie żołnierz. – Jefimiuk, no jasne. Któż by inny – westchnął ciężko Waruchin. – Na Gubin pojechali? – Tak – skinął głową Siergiej. – Generał wyznaczył punkt zborny na rogatkach. – Doskonale – stwierdził Waruchin. – Jak już sytuacja trochę się uspokoi, sporządzicie raport, w którym szczegółowo opiszecie całe zajście. Zrozumiano? – Tak jest, towarzyszu majorze – potwierdził bez entuzjazmu Siergiej. Z tyłu rymnęło coś potężnie, samochód zakołysał się na resorach. W karoserię zabębniły okruchy gruzu. Przez opuszczone szyby wdarły się do środka tumany kurzu, oślepiając ich niemal doszczętnie. Krztusząc się i kaszląc, Waruchin wymacał dźwignię zmiany biegów. Ignorując przeraźliwy zgrzyt wydobywający się gdzieś z trzewi auta, wrzucił jedynkę i puścił sprzęgło. UAZ skoczył do przodu jak spłoszony koń, leżące z tyłu papiery zsunęły się na podłogę. – Co to było, towarzyszu majorze? – zapytał, a raczej wykasłał Siergiej, gdy udało im się już wyjechać poza teren garnizonu, na poprzerastaną samosiejkami żużlówkę. – Upadło kolejne przęsło – odparł Waruchin. – Prosto na kantynę, tak mi się przynajmniej wydaje. – Pochylony nad kierownicą, usiłował dostrzec cokolwiek przez zabrudzoną szybę. Stareńki łazik nie był wyposażony w spryskiwacze,

a wygięta dziwacznie wycieraczka majtała się bezużytecznie w tę i z powrotem, w zasadzie nie dotykając powierzchni szkła. Siergiej obrócił się nieco na siedzeniu i spojrzał do tyłu. – Pułkownik nie wrócił... – powiedział ze smutkiem. – Wróci, to więcej niż pewne – stwierdził Waruchin. – Przecież poszedł z myśliwymi. Nie martwcie się, jeszcze zdąży napsuć wam krwi – dodał z uśmiechem. Jeszcze bardziej pochylił się nad kierownicą i mocniej przycisnął pedał gazu. Podskakując na wybojach, pomknęli w stronę Gubina.

Rozdział 31 I to ma być ta łatwiejsza trasa? – zapytał Jusupow z przekąsem. Ostrożnie, uważając, by nie zahaczyć plecakiem o sterczące z betonu zbrojenie, wgramolił się na stojącą w poprzek jezdni wysoką na półtora metra zaporę, po czym zeskoczył na drugą stronę. Z niedopiętej kieszonki bojówek wysypały mu się zardzewiałe muterki i z grzechotem potoczyły po spękanym asfalcie. – Oj, już nie narzekaj – odparł Rybin. Z papierosem w jednej ręce i dubeltówką w drugiej przyglądał się zbierającemu nakrętki przyjacielowi. – Bierz przykład z pułkownika – dodał, oglądając się na Starczenkę. Wojskowy stał już przy następnej zaporze i osłaniając dłonią oczy, patrzył w kierunku Jantaru. Obite sidingiem zabudowania kompleksu odbijały bladożółte promienie zachodzącego słońca. – Tam ktoś się kręci – oznajmił po chwili. – Gdzie? – Rybin podszedł do zapory i stając na palcach, spróbował dojrzeć coś pomiędzy sterczącymi u jej szczytu prętami. Jeszcze dalej jezdnia zatarasowana była żelbetowymi krzyżakami rozstawionymi w kilkumetrowych odstępach na całej jej szerokości. – Tam, przy tym środkowym budynku. – Starczenko wskazał piętrowy budynek w sąsiedztwie obłego, wpuszczonego w ziemię bunkra. Rybin natychmiast rozpoznał biurowiec, w którego piwnicach ukrywali się swego czasu przed emisją. – Widzicie ten łącznik? Tam ktoś jest. – Widzę – potwierdził stalker. Rzeczywiście, wewnątrz metalowej konstrukcji, za wybitymi resztkami szyb, poruszały się jakieś cienie. – Niewykluczone, że to zombi... – powiedział z namysłem. – Chociaż, jak na moje oko, trochę za szybkie. Umarlaki przeważnie siedzą w miejscu. – Bo to nie zombiaki, Wołodia... – odezwał się z tyłu Jusupow.

Obdarzony sokolim wzrokiem, stał na betonowym ułomku słupa energetycznego i przekrzywiając głowę niczym drapieżny ptak, wpatrywał się we wskazanym przez Starczenkę kierunku. – Oni coś przenoszą. Jakieś pakunki. – Cholera jasna! – zaklął Rybin. – Tylko tego nam brakowało! – Bandyci? – zapytał Starczenko. – Mało prawdopodobne. Nie tutaj – odpowiedział Jusupow, nie przestając obserwować zabudowań. – Czekajcie... – Przekrzywił głowę jeszcze bardziej, niemal dotykając policzkiem ramienia. – Dwóch... Nie, trzech. Tak samo ubrani, więc na pewno nie bandziory... Wnoszą coś do bunkra... – Zeskoczył ze słupa i podszedł bliżej zapory. – Za daleko, nawet dla mnie – stwierdził, rozmasowując dłonią kark. – Niedobrze – westchnął Rybin. – Bardzo niedobrze. Może sobie darujemy tę wycieczkę, pułkowniku? – Nie – odparł krótko Starczenko. – To wygląda na zorganizowaną akcję, a w takich nie biorą udziału byle chłystki. Niewykluczone, że to przemytnicy albo, co gorsza, któraś z frakcji. Z takimi nie ma żartów. – Powiedziałem: nie! – powtórzył wojskowy z uporem. Wychylił się przez barierę i ostrożnie przełożył karabin na drugą stronę. – Mam zawrócić z powodu trzech szabrowników? – zapytał, mierząc stalkerów pogardliwym wzrokiem. – Pułkowniku, nie wiemy, ilu ich tam naprawdę jest – zaoponował Rybin. – Ani jaką dysponują siłą ognia. – Mogą mieć też snajpera – dodał Jusupow. – Na dachu, gdzieś w oknie, gdziekolwiek. – Wskazał dłonią na odległe budynki. – Są w zakazanej strefie, nielegalnie przekroczyli Kordon... – Starczenko podciągnął się na rękach i sprawnie wdrapał na zaporę. Przez krótką chwilę balansował na jej szczycie, po czym z gracją zeskoczył na asfalt. – A za to grozi kryminał – dokończył groźnie. – Na litość boską, coście się tak zawzięli? – jęknął Jusupow, wznosząc oczy ku niebu. – Skoro uwili sobie tutaj gniazdko, to tak szybko się nie wyniosą. Wrócimy niedługo ze wsparciem i wtedy zrobimy z nimi porządek. Ale nie teraz i nie tymi

pukawkami! Trzymajcie! – Ściągnął dubeltówkę z ramienia i ze złością podał ją Starczence. – To jest broń dobra na mutasy, a nie do napierdalania się na dystans z najemnikami! Pułkownik wziął od niego strzelbę i oparł ją o barierę. Podniósł swój pekaem i pieszczotliwym gestem pogładził podczepiony doń zasobnik z amunicją. – Tą zabaweczką można skosić kompanię piechoty. – Wyszczerzył zęby w drapieżnym uśmiechu. – Pod warunkiem, że ma się odpowiednią ilość amunicji – powiedział stalker. – Ile wam zostało? Połowa? Czy może mniej? – zapytał. Uśmiech na twarzy Starczenki znikł jak zdmuchnięty. – No właśnie – pokiwał głową Jusupow. – Proponuję kompromis. Podejdziemy bliżej, zrobimy rozpoznanie. Potem pójdziemy tamtymi wzgórzami. – Wskazał pasmo niewysokich, porośniętych rachitycznymi brzózkami wzniesień na wschód od Jantaru. U ich podnóża, otoczone wysokim płotem, celowały w niebo czasze czterech ogromnych anten. – Niech wam będzie – ustąpił nieoczekiwanie pułkownik. – Wóz Sazowa daleko? – zapytał. – Kawałek jest... – odezwał się Rybin. – Od wzgórz będzie jeszcze z kilometr równiną. – To niedaleko – stwierdził Starczenko. – Niedaleko to by było na Dużej Ziemi, pułkowniku – odparł stalker. – Tutaj to minimum dwie godziny człapania, pod warunkiem że wszystko pójdzie gładko, w co osobiście bardzo wątpię. – Nie przesadzacie z tym pesymizmem? – Tym razem to Starczenko przewrócił oczami. – Jestem realistą, pułkowniku – wzruszył ramionami Rybin. – W Zonie nic nie idzie zgodnie z planem. Nic i nigdy – zakończył dobitnie. – Bzdury wygadujecie – stwierdził pułkownik. – Żadne bzdury! – oburzył się stalker. – Jak tylko weszliśmy do tego cholernego tunelu, zaczęło się wszystko chrzanić! Nie zauważyliście? Mieliśmy się tylko rozejrzeć i co? – Powiódł

wzrokiem dookoła. – Sterczymy pośrodku niczego, po tunelu lata anomalia, przed nami jakieś typki spod ciemnej gwiazdy. I tak jest za każdym jebanym razem! – Poirytowany, kopnął walającą się pod nogami grudę asfaltu. Odłamek nawierzchni poturlał się na pobocze i znikł w trawie. – Bo chujowo planujecie, stalkiery, ot co! – żachnął się pułkownik. – Osiem lat dowodzę odcinkiem i ani razu, podkreślam, ani razu nie straciłem człowieka w Strefie! Owszem, zdarzały się wypadki, kontuzje, zniszczeniu ulegał sprzęt, ale żaden z moich ludzi nie zginął. A potem pojawiliście się wy! I się zaczęło! Sazow, oddział Jefimiuka, a teraz mutant w Instytucie! Czyja to wina?! – Wycelował w Rybina oskarżycielsko palcem. Porażony absurdalnością tego oskarżenia stalker aż się zatchnął. Przez dłuższą chwilę stał w milczeniu, poruszając ustami jak ryba wyjęta z wody. W sukurs przyszedł mu Jusupow. – Nie wiem czyja, pułkowniku, ale na pewno nie nasza – powiedział, siląc się na spokój. – Przestrzegaliśmy Sazowa, żeby uważał, żeby nie szarżował, że z Zoną nie ma żartów. Nie słuchał nas ani przez sekundę. Co mieliśmy zrobić? Rozbroić go? A może kluczyki odebrać? – zapytał. – Prawda jest taka, że wysłaliście w Zonę nieopierzonego narwańca, więc błagam, nie róbcie kurwy z logiki. – A ten wasz Jefimiuk? – Rybin w końcu odzyskał głos. – Bandyta i złodziej! Wiedzieliście, co to za ziółko, cały czas wiedzieliście, a mimo to pozwoliliście mu dowodzić patrolem. Gdzie są teraz jego ludzie? No gdzie? To także nasza wina? – wycedził, patrząc wojskowemu prosto w oczy. Starczenko spurpurowiał, na szerokim karku nabrzmiały węzły żył. Z zaciśniętymi pięściami postąpił w kierunku Jusupowa. Stalker nawet nie drgnął. Z rękoma w kieszeniach przyglądał mu się beznamiętnie, czekając na odpowiedź. – Macie rację – burknął w końcu Starczenko, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Wciąż spięty, odwrócił się na powrót w stronę Jantaru. Zabudowania kompleksu rzucały coraz dłuższe cienie.

– No to skoro sobie nareszcie wyjaśniliśmy tę kwestię, ruszajmy – zaproponował Rybin, schylając się po broń. – Słusznie – skinął głową Jusupow. – Do tamtego wraku. – Wskazał palcem rdzewiejący na poboczu dwieście metrów dalej przysadzisty pojazd z potężną lufą wycelowaną w stronę położonych w oddali budynków. Tuż obok niego odchodziła od szosy stara gruntówka. Rozjeżdżone niegdyś kołami koleiny wciąż jeszcze były widoczne wśród bujnie pleniących się chwastów. – Potem odbijemy na wzgórza. Nie ma sensu pchać się tamtym pod lufy – wyjaśnił. Klucząc pomiędzy krzyżakami i trzymając się na dystans od drzemiących tu i ówdzie anomalii, których obecność zdradzało bądź falowanie powierza, bądź kręgi stopionej na żużel masy bitumicznej, doczłapali po kilku minutach do wraku. – To dopiero były maszyny... – powiedział z podziwem w głosie Starczenko, zatrzymując się przy zardzewiałym potworze. – ISU152, samobieżne działo pancerne, czterdzieści sześć ton, armata kaliber sto pięćdziesiąt dwa i cztery, prędkość wylotowa sześćset na sekundę, nośność trzynaście kilometrów. – Poklepał masywną płytę pancerza czołowego, jakby to był koń. – Dwa, trzy trafienia i płytowce składały się jak domki z kart. Chałupy, jeżeli stały ładnie w rządku, to i trzy naraz udawało się zawalić. Potęga. – Znacie się na tym? – Zaciekawiony Rybin obszedł wrak i stanął przed wylotem lufy. – Czy się znam? – Starczenko uśmiechnął się pod nosem. – W osiemdziesiątym szóstym trzema takimi zrównaliśmy ziemią osiemnaście wiosek. Dwie ciężarówki pocisków poszło. – Strzelaliście... z tego?! – zdumiał się Rybin. – Słyszałeś, Fomka? – zawołał do Jusupowa, znowu obserwującego teren Jantaru. Z miejsca, do którego dotarli, widoczność była o wiele lepsza niż z położonego niżej odcinka szosy. Dodatkowo promienie słońca odbijały się teraz od zachodniej ściany biurowca, oświetlając łącznik i spory fragment placu wokół niego. – Słyszałem! – rzucił na odczepnego Jusupow, dostrzegając ruch na placu. Jeszcze bardziej wytężył wzrok. W plamę światła

wkroczyły właśnie trzy postacie. Widział je teraz całkiem wyraźnie: trójka mężczyzn, ubranych w identyczne ciemne uniformy, w czapeczkach z daszkami i obwieszonych bronią, dyskutowała o czymś zawzięcie, gwałtownie przy tym gestykulując. – Czyściutka, jakby wypolerowana. Nówka normalnie! – usłyszał z boku zdziwiony głos Rybina. Kątem oka zarejestrował, jak tamten, podciągając się na rękach, zagląda w wylot lufy. – Strzelałem, robiłem za kierowcę, czasami też i mechanika – powiedział z dumą pułkownik. – No proszę, numer sto – dodał, przecierając wiechciem trawy bok wieżyczki. – W raportach stało, że eksplodowała w nim amunicja i że zniszczony. Uszkodzona armata po dziś dzień stoi w muzeum w Kijowie. Dziwne. Bardzo dziwne. – Zaintrygowany, wdrapał się na pogięty błotnik, przestąpił nad rozwartymi obejmami, w których niegdyś zamocowane były zapasowe zbiorniki paliwa, i z przyzwyczajenia chwycił za uchwyt włazu. – Zaspawane – poinformował z dołu Rybin, uśmiechając się od ucha do ucha. Wspiął się na przedni pancerz i zastukał palcem w połyskującą srebrem spoinę. – Przecież widzę! – odburknął Starczenko, cofając dłoń. – Swoją drogą, to ktoś tu odwalił niezłą fuszerkę – stwierdził stalker, przyglądając się krytycznie nierównym, w kilku miejscach wręcz przerywanym liniom spawów. – Albo... – zawiesił głos i sięgnął po dyndający przy kurtce dozymetr. Odpiął urządzenie, pstryknął kilkakrotnie w porysowaną obudowę, po czym przyłożył je do pancerza. Z miniaturowego głośniczka dozymetru natychmiast rozległy się trzaski, wskazówka skoczyła na czerwone pole. – Bardzo się spieszył – dokończył, zeskakując najpierw na błotnik, a potem na ziemię. Starczenko natychmiast poszedł w jego ślady. – Napromieniowany? – zapytał, wycierając ręce o spodnie. – I to bardzo – odrzekł stalker. – Kurwa mać! – zaklął pułkownik. Zsunął z ramion plecak i wyjął zeń małą buteleczkę z niebieską etykietką. – Znowu będę musiał wypić to świństwo. – Skrzywił się z obrzydzeniem na

widok jej chlupoczącej mlecznobiałej zawartości. – Entolimod? – zapytał Rybin, spoglądając z zaciekawieniem na buteleczkę. – Podobno drogie toto okropnie. – Fakt, tanie nie jest – skinął głową pułkownik. – I nie szkoda wam tak marnować? – Na zdrowiu oszczędzał nie będę. Poza tym to przydziałowe. Raz na kwartał przysyłają nam po dawce – odpowiedział Starczenko. – W zasadzie to mógłbym komuś odsprzedać, ale tylko durnie tak robią... – dodał z dezaprobatą. – I mają rację. Te wszystkie mikstury to pic na wodę, placebo dla naiwnych, żeby lżej im było umierać. Na radionuklidy jest tylko jedno lekarstwo – oświadczył stalker. – Niby jakie? – Wódka. Pułkownik westchnął tylko, po czym zabrał się do odkręcania buteleczki. Stojący nieopodal Jusupow zaklął nagle, po czym podbiegł kilka kroków do przodu i wspiął się na porośnięty trawą kopczyk ziemi. – Wołodia, chodź tutaj! – zawołał cicho. – Popatrz tam i powiedz, że nie mam, kurwa, przywidzeń – wyszeptał, wskazując na Jantar, gdy przyjaciel stanął już obok niego i nieco zdezorientowany zaczął rozglądać się dookoła. – Ale że co... – zaczął Rybin i nagle urwał. Ocieniwszy dłonią oczy, patrzył w stronę zabudowań i bezgłośnie poruszał ustami. – O ja cię nie pierdolę... – wykrztusił po chwili. – To oni, prawda? – upewnił się Jusupow. – Mietkin... Jurij... i ta suka Abaszyn... – Rybin zesztywniał, przygarbił się. Wyglądał, jakby szykował się do skoku. – Co się dzieje? – zaniepokojony Starczenko podbiegł do nich, przyklęknął w pozycji strzeleckiej i odbezpieczył pekaem. – Nasi starzy znajomi – wyjaśnił Jusupow. – Zdaje się, że wyrychtowali sobie kryjówkę w Jantarze. – Jacy znajomi? – Och, z pewnością słyszeliście o nich, i to nie raz. Banda Mietkina, jajogłowi spod ciemnej gwiazdy – mówiąc to, Jusupow

zdjął z ramienia dubeltówkę i przełamał ją, by upewnić się, że jest załadowana. – Mietkin?! Doktor Jewgienij Mietkin?! – osłupiał Starczenko. – Przecież to za nim, odkąd pamiętam, ugania się Zelencew! To jego ludzie wyrżnęli Chorodowskiemu tyle patroli na zachodzie, że chłopisko musiał o uzupełnienia żebrać! – Podniósł się i pogroził pięścią poruszającym się w oddali postaciom. – Fomka, co robimy? – zapytał Rybin, zerkając przez ramię na Jusupowa. – Nie mam zielonego pojęcia – odrzekł tamten. – Jak to co?! Chodźmy im wpierdolić! – zazgrzytał zębami Starczenko. – Nie róbcie sobie żartów, pułkowniku – zmitygował go stalker. – Trzeba będzie zorganizować wsparcie, teren spróbować jakoś otoczyć, a potem dopiero wybić jak psy – powiedział z namysłem. – Ja nie żartuję! – warknął pułkownik. – Dopiero co klarowaliście, że najważniejszy jest dobry plan – przypomniał mu uszczypliwie Rybin. – To rezuny, pułkowniku. Pierwszej klasy zawodowcy. Parę lat temu, pod Czeremoszną, w ósemkę dali radę czterem drużynom specjalnych, a przecież tamci mieli i wsparcie z powietrza, i moździerze. My sami ledwo wtedy uszliśmy z życiem. – Moździerze, powiadacie? – Starczenko zmarszczył brwi i powoli opuścił broń. – Moździerze... – powtórzył w zadumie. – A co? Macie jakieś zakitrane w pobliżu? – zapytał złośliwie stalker. – Moździerze? Skądże – odpowiedział Starczenko. – Akurat tego to ja nie mam. Ale... – zawiesił na chwilę głos – mam coś większego. O wiele większego! – zakończył tryumfalnie, po czym wskazał ręką na ISU-152. Stalkerom dosłownie i w przenośni opadły szczęki. Na widok ich min Starczenko uśmiechnął się szeroko. – Z tego... z tego złomu da się w ogóle wystrzelić? – wyjąkał po dłuższej chwili Jusupow. – To nie jest aż taki złom, na jaki wygląda. Podwozie i system napędowy, owszem, złom. Ale nie sama armata. – Pułkownik

spojrzał na Rybina. – Armata to prawie nówka, prawda? – Na starą nie wygląda, to fakt – skinął głową wciąż zaszokowany stalker. – Wszystko wskazuje na to, że ktoś tę maszynę kiedyś wyremontował. Wymienił działo, podjechał aż tutaj, wycelował w kompleks, a potem porzucił. Czemu porzucił, po co je tu stawiał? Nie wiem. – Porzucił, bo emisje poszły i radionuklidami nasiąkło – mruknął Rybin. – Możliwe – zgodził się Starczenko. – Reasumując, jeżeli uda nam się otworzyć właz, a w środku jest amunicja, to powinno się udać wystrzelić, kto wie, może nawet więcej niż raz. – O kurwa – stwierdził Rybin. – O kurwa – powtórzył jak echo Jusupow. – Zatem bierzmy się do roboty – zatarł dłonie podekscytowany Starczenko, po czym ruszył w kierunku działa. Oszołomieni stalkerzy podążyli za nim. Chwilę później stali we trójkę przy bocznym pancerzu ISU. – Potrzebny będzie łom – oświadczył Starczenko, rozglądając się dookoła. – Klapa byle jak przylutowana, wystarczy mocniej podważyć i spawy puszczą. – Zaczekajcie chwilę. – Jusupow odwrócił się na pięcie i wybiegł na szosę. Wrócił po kilku minutach, nieco zdyszany. W rękach trzymał długi na metr, zardzewiały szpikulec z przyśrubowaną z jednego końca trójkątną tabliczką ostrzegającą przed radiacją. – Nada się? – zapytał, wręczając go Starczence. Pułkownik zważył w dłoniach to prowizoryczne narzędzie, po czym uderzył nim w krawędź błotnika, pozbywając się tym sposobem tabliczki. – Teraz tak – powiedział. Wspiął się na wieżyczkę, wcisnął ostry koniec w jedną z niedospawanych do końca szczelin i całym ciężarem ciała nacisnął na pręt. Klapa puściła prawie natychmiast. Pułkownik uniósł ją, opadł na kolana i zajrzał do wnętrza pojazdu. – Dobra nasza, stalkiery! – oznajmił radośnie. – Jest amunicja! –

Podniósł się na nogi i zeskoczył na ziemię. – Sam nie dam rady – powiedział. – Potrzebny mi będzie pomocnik do załadowania armaty. Pociski ciężkie, pięćdziesiąt kilo prawie, ale dla was... dla was, Rybin, to chyba nie będzie problem – stwierdził, spoglądając z respektem na niziutkiego stalkera. Mimowolnie pomasował ramię. – Nie będzie – potwierdził Rybin. – Musimy się szybko uwijać, bo oddaje tłem, więc wyjaśnię ile się da tutaj, na dworze, żeby potem niepotrzebnie nie mitrężyć. Zgoda? Stalkerzy pokiwali aprobująco. – Więc będzie tak – podjął Starczenko. – Ja i Rybin zajmiemy się załadowaniem armaty i jej wycelowaniem. To w ogóle będzie odrębna zabawa, bo z tego, co zauważyłem, draństwo ma wymontowaną optykę. Nie wiem, czy zabrali ją ze sobą, czy też zwyczajnie nie założyli podczas remontu. – Wyszedł z cienia pojazdu i spojrzał w kierunku Jantaru. – To zresztą i tak nieistotne, bo system celowania potrzebny jest do ostrzału dalekiego, a my będziemy grzać prawie z przyłożenia i do tego trochę w dół. – Stanął dokładnie pod lufą, wyciągnął przed siebie wyprostowaną rękę i przymierzył. – Zdecydowanie w dół. I zrobimy to dokładnie w ten sposób. Ja będę stał przy lufie, tak jak teraz, a wy będziecie nią poruszać według moich wskazówek. – To nią można poruszać? – zdziwił się Jusupow. – Oczywiście, że tak. Jak niby mieliby z tego strzelać? Całym pojazdem kręcić? – uśmiechnął się pułkownik. – W pionie od minus trzech do plus dwudziestu stopni można, w poziomie do dziesięciu procent. W tym konkretnym przypadku wystarczy przesunąć dosłownie odrobinę. Pod warunkiem, że korbowód nie za bardzo zardzewiał... – zafrasował się raptownie. – Obrócę. A jak nie pójdzie, to sobie pomogę łomem – mruknął Rybin. – W porządku, idźmy zatem dalej. Kwestia samego, że tak powiem, pociągnięcia za spust. To będzie najbardziej niebezpieczna część. I tutaj przydacie się wy, Jusupow. – Jak to? – zaniepokoił się tamten.

– Spokojnie, stalkier, spokojnie. – Na twarz Starczenki znowu powrócił uśmiech. – Sprzęt jest w kiepskim stanie i podczas strzału może wydarzyć się dosłownie wszystko, więc najlepiej będzie, jeżeli w momencie odpalenia będziemy znajdować się w bezpiecznej odległości. Mamy szczęście, towarzysze, bo armata jest starego typu, widać wzięli jakąś z demobilu, i wystrzał dokonuje się też po staremu, poprzez odciągnięcie kurka za pomocą linki. My tę linkę po prostu odpowiednio wydłużymy. Widzicie ten otwór z tyłu wieży, ten z klapką? Tamtędy ją przeciągniemy. – Uff... – odetchnął Jusupow. – Ale jaka będzie w tym moja rola? – zapytał podejrzliwie. – Wy, Jusupow, załatwicie linkę. Rybin, który tymczasem zdążył zapalić papierosa, zakrztusił się nagle dymem. Drobnymi kroczkami wycofał się za ISU. – Słucham? – nie zrozumiał w pierwszej chwili Jusupow. – Sznurek, linkę, nawet drut. Cokolwiek, byle dało się uwiązać do kurka – wyjaśnił cierpliwie Starczenko. – I to wszystko?! To całe moje zadanie? – Owszem. Chociaż... – Starczenko potarł się z namysłem po szczęce. – Jak się dobrze sprawicie, będziecie mogli za tę linkę pociągnąć – dodał. Ukryty za pojazdem Rybin wył ze śmiechu. – Bardzo śmieszne – mruknął Jusupow. – Bardzo – powtórzył, choć i jemu zadrgały kąciki ust. – Mówicie, że drut też się nada? – zwrócił się do Starczenki. – Byle dało się go przyczepić. – Taki może być? – Stalker obejrzał się na leżący nieopodal słup energetyczny. Wokół potrzaskanych izolatorów sterczało kłębowisko przewodów i kabli. – O właśnie! – ucieszył się pułkownik. – Odetnijcie ile się da, najlepiej, żeby wystarczyło aż do tego pagórka. – Wskazał kopczyk, na którym niedawno stał Jusupow. – Będzie się za czym schować. Kwadrans później kulili się na ziemi, ukryci za wzgórkiem. Załadowana i wycelowana w jantarski bunkier armata

z przywiązanym do kurka kablem telefonicznym czekała na odpalenie, skąpana w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. – Weszli? – zapytał Starczenko, usiłując dojrzeć coś ponad ramieniem Jusupowa. W zaciśniętej pięści dzierżył koniec kabla. – Dwóch tak. Trzeci jeszcze łazi – poinformował stalker, nie spuszczając wzroku z zabudowań. – Ciekawe, co oni tak znoszą w tych płachtach? – zastanowił się na głos. – Może upolowali coś dużego? – podpowiedział Rybin. – Chyba słonia. Już ze dwadzieścia takich porcji wciągnęli do bunkra – odburknął Jusupow, wciąż obrażony na przyjaciela. – No dobra, weszli. Pułkowniku, w które miejsce dokładnie wycelowaliście? – zapytał. – W drzwi, oczywiście. To najsłabszy punkt konstrukcji. W sensie, że najłatwiej przebić. Resztę załatwi fala uderzeniowa i odłamki. – Czyli bunkra nie zawalimy? – jęknął stalker z rozczarowaniem. – No co wy? – prychnął Starczenko. – Na takie coś to bombę by trzeba, półtonówkę najbiedniej. – Strzelacie czy gadacie? – zniecierpliwił się Rybin. – W porządku. Głowy w dół i módlcie się, żeby zadziałało – powiedział Starczenko. Uniósł się na kolana. Wiedział, że ryzykuje, ale takiego czegoś nie mógł przegapić, po prostu nie mógł. – Uwaga! – ostrzegł. – Trzy... dwa... jeden... ognia! – odliczył, po czym z całej siły szarpnął kabel do siebie i wtulił głowę w ramiona. Huk wystrzału był porażający. Zadrżała ziemia, siła odrzutu wyrwała stalowego kolosa z jego ziemnego legowiska i pchnęła do tyłu o dobre dwa metry, z otwartego włazu buchnął kłąb białego dymu. Mniejsze obłoczki wypłynęły ze szczelin obserwacyjnych. Dwie sekundy później w oddali rozległ się kolejny huk, tym razem cichszy i przytłumiony odległością. – Trafienie! – wrzasnął uradowany Starczenko do gramolących

się na nogi stalkerów. – Trafienie! – powtórzył, widząc unoszący się nad bunkrem słup dymu i kurzu, z wolna formujący się w kształt grzyba. – Patrzcie! Patrzcie! Dokładnie w punkt! Bez przyrządów, bez niczego! – Podskoczył w miejscu, wymachując rękoma w powietrzu, jak futbolista cieszący się ze zdobytej bramki.

Oszołomieni, utytłani ziemią stalkerzy spoglądali to na dymiące ze wszystkich otworów ISU, to na rumowisko betonu, w które zamieniło się wejście do bunkra. – Widzicie? Tak się strzela! – Radość Starczenki zdawała się nie mieć granic. Zeskoczywszy z pagórka, chwycił w objęcia najpierw Jusupowa, potem Rybina. – Co za potęga, co za moc! – wykrzykiwał podekscytowany. – Jeden strzał, jedno trafienie, jak za starych, dobrych czasów! Wyściskawszy stalkerów, podbiegł do ISU i potykając się o grudy świeżej ziemi, obszedł powoli maszynę, szacując zniszczenia. Na widok zadartej do góry lufy zmarkotniał. – Nie wytrzymała? – zapytał Jusupow, podchodząc bliżej.

– Wytrzymała, wszystko wytrzymało, ale chyba nie zadziałał oporopowrotnik. Dlatego tak pchnęło do tyłu. Teraz już nie wycelujemy. Lufy nie da się bardziej opuścić. Będzie przenosiło górą. Szkoda... – westchnął Starczenko. – Głowa do góry, pułkowniku – odezwał się z tyłu Rybin. – Dojebaliśmy im konkretnie. – Rzekłbym nawet, ostatecznie – dodał Jusupow, po czym odwróciwszy się w stronę zasnutego dymem Jantaru, zawołał: – Do zobaczenia w piekle, skurwysyny! Koniec Lublin, październik 2017 – luty 2018

Sucze syny. Nawet o nic nie pytają! Bez słowa kopniakami wpychają Aloszę do piwnicy, sadzają związanego na krześle. Zaczynają bić. Metodycznie, w milczeniu. Próbuje coś powiedzieć – nie pozwalają, wciskają tylko gałgan w usta. Uderzenia następują seriami. Jedno ucho, drugie ucho, szczęka, na koniec nos. I powtórka. I jeszcze raz. Chwila przerwy, kroki wokół krzesła, a potem uderzenia. W pierś, w mostek, wreszcie w kark. Znowu kroki. Ostatni cios, w policzku coś chrupie jak rozgryzany drops. Czyżby pękła kość policzkowa? Noż kurwa mać, wyje w duchu Alosza. To boli! Następny cios. I wstrząs, i błysk pod zaciśniętymi powiekami. Pisk w uszach, zachłyśnięcie śliną i krwią, chwila bezdechu. I ulga. Głowa opada mu na piersi, wiotczeją związane za plecami ręce, zakrwawiona szmata wysuwa się spomiędzy zmiażdżonych warg. Alosza na chwilę odpływa, ale nie na długo. Budzi się, gwałtownie wciąga powietrze. Coś ciepłego spływa po policzku. To chyba nie krew, smakuje jakoś inaczej... Dranie, wybili mi oko, myśli, smakując koniuszkiem języka zbierającą się w kąciku ust słonawą ciecz. A może to tylko łzy? Narasta w nim gniew, coraz potężniejszy, dławiący, straszny. – Dosyć! – warczy i podrywa się na nogi. Krępujący nadgarstki sznur pęka z trzaskiem, krzesło leci w tył. Stojący przed nim żołnierz cofa się, sięga do kabury. Za wolno, o wiele za wolno. Alosza doskakuje do niego, wali od spodu w szczękę, upadającego chwyta za krocze i szyję. Podnosi do góry i ciska o ścianę jak szmacianą lalkę. Bezwładne ciało osuwa się na cementową posadzkę, znacząc tynk szkarłatną smugą, ale on już tego nie widzi. Odwróciwszy się na pięcie, dostrzega drugiego z oprawców. Wojskowy szarpie się ze skoblem. Jest nieuzbrojony i chce uciec. Nic z tego, myśli Alosza. Chwyta krzesło i miota nim z całej siły. Mebel trafia tamtego w środek pleców i rozpada się na kawałki, żołnierz z jękiem osuwa się na kolana. Alosza już przy nim jest.

Kopniakiem obala go na podłogę, kolejnym obraca na plecy. Siada mu okrakiem na udach, chwyta ułamaną nogę krzesła i wbija w brzuch. Przyszpilony do podłogi mężczyzna wrzeszczy z udręki. Oszalały z bólu, zaciska dłonie na wystającym z ciała kawałku drewna, z obrzydliwym mlaśnięciem wyszarpuje go z rany. Chlusta krew. Wrzask zamienia się w wycie. Rozpaczliwe, nieludzkie. Drzwi za plecami Aloszy otwierają się gwałtownie, oderwany skobel brzęczy o posadzkę. Huk wystrzału. Coś gorącego smaga Aloszę po ramieniu, w tynku pojawia się maleńka dziurka, okruchy kłują w twarz. Stalker nurkuje w bok, z ręką wyciągniętą w stronę leżącego pod ścianą bezwładnego ciała. Z rozpiętej kabury tamtego wyszarpuje pistolet. Odbezpiecza, naciska spust. Stojący w drzwiach żołnierz upuszcza broń i chwyta się za gardło. Spomiędzy palców tryska krew. Alosza drugi raz strzela mu w czoło. Leżący przy drzwiach ranny wciąż wyje i łka. Zwinięty w kłębek, przyciska dłonie do brzucha. Na próżno. Kałuża krwi i wydzielin, w której leży, cały czas się powiększa. Alosza podnosi się powoli, podchodzi do wejścia, zerka na korytarz. Nikogo. Puściuteńko. Prowadzące na górę schody skąpane są w słońcu. Ostatni z oprawców zostawił otwarte na oścież drzwi. I dobrze, i źle. Dobrze, bo Alosza nie lubi mroku, źle – bo ktoś mógł usłyszeć odgłosy walki. Do obozowiska wojennych niedaleko. Ale piwnica jest głęboka. Lament rannego staje się coraz bardziej irytujący. Drażni. Czemu on się tak wydziera? Przecież i tak nie wyzdrowieje. Jeszcze się taki nie urodził, co by dał radę chodzić bez kiszek. Podchodzi do wyjca, opiera mu stopę na szyi i mocno dociska. Krótkie chrupnięcie i w piwnicy zapada cisza. Alosza przeszukuje ciała. Znajduje kilka dolarów, dwie napoczęte paczki biełomorów, zapalniczkę. Elegancką, pozłacaną zippo. I pudełeczko landrynek, okrągłe, blaszane, które od razu

otwiera. Alosza uwielbia słodycze, gdyby tylko miał, to jadłby nawet cukier w kostkach. Landrynki mają truskawkowy smak. Wrzuca ich do ust całą garść. Pycha. Chrupiąc cukierki, wciąga do piwnicy trupa z korytarza. Temu też zabiera spluwę. Poranione, napuchnięte wargi trochę pieką, ćmi naruszony trzonowiec, więc Alosza gryzie landrynki tylko jedną stroną. Z jednego z nieboszczyków ściąga podkoszulek. Trochę ciasny, ale jego ukochana tielniaszka jest w strzępach i nadaje się tylko do wyrzucenia. Alosza używa jej w charakterze szmaty. Bawełna chłonie krew jak gąbka i po kilku chwilach przed drzwiami widnieje tylko niewielka, odrobinę ciemniejsza od podłoża plama, którą zasypuje garścią kurzu i paździerza. W piwnicy ciągnie chłodem, więc Alosza zakłada bluzę mundurową. Nie tak ciasna jak podkoszulek, wygodna jest, praktyczna i ma dużo kieszonek. Najbardziej podobają mu się naszyte na rękawy ładownice, każda na pięć nabojów. Szkoda tylko, że puste. W jedną z usztywnionych tulejek próbuje wcisnąć zapalniczkę. Za duża, nie mieści się. Może to i lepiej, myśli, jeszcze bym zgubił. Mocnymi szarpnięciami odrywa z ramion pagony. – Ech, wy cieniasy, nawet stopni wam nie dali... – mówi z pogardą i spluwa na najbliższego trupa. Nitka śliny, lepka od cukru, przykleja mu się do podbródka, kołysze się przez chwilę jak wahadełko, po czym skapuje na but. Alosza wyciera go o zwłoki. Buty też mają pierwsza klasa, myśli, patrząc na swoje podniszczone kamasze z wytartymi noskami. Po opinaczach zostało jedynie wspomnienie w postaci paru sterczących nitek. Niestety, już na pierwszy rzut oka widać, że buty żołnierzy będą na niego za małe. Alosza ma duże stopy. Cały jest duży. „Czy to rycerz, czy to zbój, gdzie duża stopa, tam duży chuj” – przypomina mu się wierszyk zasłyszany kiedyś przy ognisku. Alosza uśmiecha się wyniośle i wychodzi z piwnicy. Starannie zamyka drzwi. Na sztabie wisi nowiuteńka kłódka, a w niej kluczyk. Zatrzaskuje ją, kluczyk wrzuca do kieszeni. Niech się

trochę pomęczą. Wspina się po schodach i ostrożnie zerka na zewnątrz. Nikogo. Wychodzi na zarośnięte burzanem podwórko. Naprzeciwko niego jest stodoła. Poczerniałe ze starości wrota są uchylone, ale Alosza wie, że nikogo tam nie ma, bo i nie może być: buzująca przy ścianie elektra tylko czeka, aż ktoś podejdzie bliżej. Chałupa, na wpół zawalona, również nie zachęca do przekroczenia progu. Nawet stąd Alosza dostrzega rumowisko drewnianych belek i potrzaskanego azbestu wypełniające przedsionek. Po prawej stronie widzi drewutnię. Wykoślawiona szopa wygląda, jakby lada chwila miała się zawalić. Pod jej ścianą coś bieleje. Alosza mruży oczy, usiłując dojrzeć, co to. Za daleko. Biały kształt rozmazuje się. Palcem wskazującym rozciąga oko, aż piecze powieka. Czasami musi tak zrobić, bo wtedy lepiej widzi. Wyraźniej. – O kurwa... – szepcze do siebie. – Złamiec. Zwłoki mutanta muszą tu leżeć od dawna, szkielet oczyszczony jest do białości, ale o dziwo, wcale nie rozwleczony przez ścierwniki. Zetlała, wypłowiała na słońcu marynarka, w którą jest odziany martwy mutant, choć na wysokości piersi cała w strzępach, jest zapięta na najwyższy guzik, tak samo jak koszula z poszarzałym kołnierzykiem. Marynarce brakuje jednego rękawa. Wygląda na urwany. Spod obszarpanej tkaniny wystaje nienaturalnie gruba kość przedramienia. Alosza unosi wzrok na ścianę szopy i znowu stosuje sztuczkę z naciąganiem powieki. Już wie, co tutaj zaszło. Rozpoznaje ślady po śrutówce, widzi ciemniejszy o jeden odcień rozbryzg, dawno temu zaschłą krew. Ktoś ustrzelił złamca, myśli. Najpierw bił śrutem, a później czymś grubszym. Łapę mu urwał. Może jako trofeum wziął? Tego Alosza nie wie. Ale wie, że łapa u takiego dziadka to potężna i straszna broń, pięść większa nawet niż jego, i to ze dwa razy. On nie dałby rady złamać ręką drzewka, a złamiec owszem, i to bez wysiłku. Dziwne stworzenie, taki złamiec. Zza stodoły słychać warkot silnika. To wojenni. W kółko

sprawdzają, czy maszyny na chodzie. Wiadomo, Zona. Rzeczy działają, ale do czasu. Alosza już do tego przywykł. Żyje skromnie, bez udogodnień. Byleby było co zjeść, w co się ubrać i z czego strzelać. To nie jest złe życie, myśli, tylko żeby się nikt nie wpierdalał w paradę. Nagle Alosza słyszy rozmowę. Wyjmuje pistolet zza paska. Obok chałupy rośnie jabłoń. A właściwie rosła, bo teraz to już tylko suchy pniak. W stronę drzewa idzie dwóch mężczyzn. Wyższy i niższy. Trochę dziwnie ubrani. Mają panterki i oliwkowozielone czapki, takie zwykłe, wełniane. Nie mają kałaszy, tylko myśliwskie dwururki. I tobołki na plecach, zawiązane u góry zwykłym sznurkiem. Jeden z nich pokazuje palcem w stronę szkieletu złamca, drugi patrzy na chałupę, po czym wykonuje znak krzyża. Obaj ściągają czapki. Z opuszczonymi głowami stoją i stoją, aż kucającego w wysokich chwastach Aloszę zaczyna strzykać w kolanach. Wycofuje się za piwnicę, obchodzi ją z drugiej strony. Idzie na tyły chałupy i obserwuje tamtych zza węgła. Żałuje, że nie ma noża, bo widzi, że kieszenie mają wypchane amunicją do strzelb. Złociste otoczki gilz błyszczą kusząco. Zajebiście pasowałyby do jego ładownic przy bluzie. Gdyby miał nóż, ciachnąłby ich obu i wtedy miałby naboje. Strzelbę też by sobie wziął. A może by tak normalnie? Podkraść się, konwencjonalnie pięścią przypierdolić, nieprzytomnym łby poukręcać? Nie. Z tymi może się nie udać, myśli. Niby sobie stoją zwyczajnie, gawędzą jakby nigdy nic, ale jakoś strach. I nagle dostrzega jeszcze kilka innych rzeczy. Ich kciuki zahaczone o paski strzelb, jakoś tak inaczej, fachowo. Pistolety w kaburach. Spokojny i jednocześnie czujny wzrok, ledwo dostrzegalne ruchy głów. Oczy popatrujące to tu, to tam. Nieustannie. I już wie, że nie zdoła się do nich podkraść. Nigdy w życiu. Zaczyna odczuwać niepokój. Nieprzyjemne uczucie, bo Alosza nie lubi bać się na zapas. Jeżeli ci dwaj pracują dla wojennych... Stalker wzdryga się. Będą mnie szukać, myśli. Niedobrze.

Chowa pistolet i rusza w stronę pól. Im szybciej się stąd wyniesie, tym lepiej. Żeby tylko nie wpierdolić się w jakąś anomalię, przemyka mu przez głowę. Nie chce bawić się w rzucanie kamykami i inne cudowanie. Aktywowane anomalie robią mnóstwo hałasu, a on woli pomykać bezszelestnie. Jak duch. Odszedłszy daleko w pole, zakręca o dziewięćdziesiąt stopni i dalej idzie wzdłuż zabudowań. Paręnaście minut później stoi za wsią, na wzgórzu, w cieniu rzucanym przez spróchniałą, martwą topolę. Po drugiej stronie szosy zauważa przechyloną, zardzewiałą na brzegach tablicę z nazwą miejscowości. Napis, choć nieco zatarty, wciąż jeszcze można odczytać. – Pie-rie-sze-wo... – sylabizuje powoli. – Pierieszewo, Pierieszewo... – powtarza kilkakrotnie. Nie wie czemu, ale z jakiegoś powodu chce zapamiętać tę nazwę. Siada pod drzewem, zapala papierosa. Znów pieką go usta. Na bluzie zauważa brunatną plamkę. Draśnięte kulą ramię jakoś nie chce przyschnąć. – Jebać to – mruczy Alosza. I tak jest pięć do zera dla niego, bo tamte ćwoki, co ryje stawiali, też długo nie pociągną. I bardzo, kurwa, dobrze. Nie musieli go haltować, kiedy szedł sobie spokojnie w swoją stronę. Nikomu nie wadził. Nawet pierwszy do nich zagadał. Kontrolę sobie umyślili, suki, jakby mieli tu jakąś władzę. Żandarmi się, kurwa, znaleźli. A potem płacz, bo im wpierdol spuścił. Oni zaś w ramach rewanżu Guantanamo mu w piwnicy wyrychtowali. – Macie swoje Guantanamo, chujki – mówi na głos. Wyjmuje jeszcze jednego papierosa. Zippo odpala za pierwszym pstryknięciem. Alosza z lubością wpatruje się w tańczący na wietrze płomyk. Zamyka klapkę, płomyk znika. Patrzy na łany chwastów, spływające burym dywanem w stronę wioski. Wszystko to suche, wynędzniałe, tylko gdzieniegdzie sterczy zielona kępa barszczu, albo czerwona, tam gdzie zakorzeniła się łoboda, albo czarna plama – ślad po żarniku. Po karku mizia Aloszę wiaterek, badyle kładą się w stronę wsi,

jakby chciały mu wskazać kierunek. „Wracaj, Alosza, i wyrżnij tych skurwysynów” – szeleszczą. „Nie chcemy ich tutaj”. Uśmiecha się. Z pękniętej wargi spływa po brodzie kropelka krwi. Zlizuje ją. – Nie ma głupich – mówi i pokazuje zielsku wyprostowany środkowy palec. – Mam lepszy pomysł. Wykurzę ich, będą spierdalać w podskokach jak zające. Znowu trzaska wieczko zapalniczki. Alosza schyla się, wyrywa źdźbła suchej trawy. Kiedy ma ich już cały wiecheć, wychodzi z cienia i idzie przez ugór. Dziesięć kroków, dwadzieścia, trzydzieści, liczy, udeptując chwasty. Miażdży je butami, wgniata w ziemię. Powstaje elegancka ścieżka, taka miniprzesieka. Wystarczy. Spogląda z góry na wioskę i widzi namioty wojennych rozbite na łączce za stodołą. Widzi też zawaloną chałupę, a nawet okolone krzakami wejście do piwnicy, z której dopiero co zwiał. Podpala wiecheć, a gdy ten zajmuje się ogniem, wraca pod drzewo, muskając nim po drodze suche badyle jak pędzlem. Z uśmiechem patrzy na sunącą w stronę wsi ścianę płomieni. Za nią nie widać już nic, widok przesłaniają kłęby sinego dymu. Wiatr jeszcze się wzmaga. Alosza jest usatysfakcjonowany. Zapala kolejnego papierosa, chowa zapalniczkę do kieszeni. Odwraca się plecami do pożogi i wychodzi na szosę. Zbiera grudki pokruszonego asfaltu, wkłada je do kieszeni. Brzęczą o pudełko z cukierkami. Przed nim obraca się tuman śmieci. Leniwie płyną w powietrzu suche liście, badyle, patyki. Pęknięty kanister bez korka sunie po nawierzchni, prawie samym środkiem jezdni. Za chwilę coś ściąga go w stronę pobocza. Pojemnik, kołysząc się, wzlatuje do góry i przyłącza się do wirującej chmurki barachła. Alosza rzuca przed siebie kamyk, delikatnie, z wyczuciem. Bryłka turla się swobodnie i znika w zaroślach. Bardzo dobrze. Na wszelki wypadek rzuca kolejny, bardziej na środek szosy. Szuu! Anomalia zgarnia go natychmiast. – Trzeba poboczem – wzdycha Alosza. Jest zmęczony i wolałby po równym. Chociaż do Gubina kawał drogi, to dzień jeszcze

młody. Zdąży przed nocą. Rusza skrajem drogi. Mija anomalię. Trochę za blisko, myśli, gdy coś delikatnie szarpie go za rękaw bluzy. Przyspiesza kroku. Szarpanie ustaje, karuzela, jakby rozzłoszczona tym, że jej umknął, fuka donośnie, uwięzione w jej objęciach śmieci znikają rozpylone na atomy. Nieco później Alosza znajduje artefakt. – Za-je-biś-cie – mruczy do siebie. Sznur złączonych ze sobą kuleczek leży na ziemi i pulsuje szkarłatem, jakby w każdej z nich biło maleńkie serce. Zresztą kto wie, może i bije? W końcu to mamine korale. Podnosi artefakt i ogląda go uważnie ze wszystkich stron. Jedna z kuleczek ciemnieje, gaśnie. Wygląda teraz jak przejrzała wiśnia. Alosza odkłada artefakt na ziemię i podnosi dłoń do oczu. Jest! Między kciukiem a palcem wskazującym widnieje niewielkie zadrapanie, strupek właściwie. Podważa go paznokciem, w końcu całkiem odrywa. Skóra pod spodem jest różowiutka, gładka, świeżo zabliźniona. – Zajebiście – powtarza. Rozbiera się do pasa, siada obok artefaktu, bierze go w ręce. Przykłada: to do policzka, to do warg, to do spuchniętego, zatkanego skrzepami nosa. Potem dotyka zakrwawionego barku. Kuleczki matowieją jedna po drugiej, a gdy Alosza kończy, mamine korale już nie są piękne. Nie są nawet ładne. Wyglądają jak bryłka nadtopionego żużlu. – Jak dobrze – wzdycha Alosza błogo. Nic go nie boli, nikogo się nie boi i przed nikim nie ucieka. Wyciąga się więc na ziemi, podkłada ręce pod głowę i patrzy w niebo. Puszyste obłoki przesuwają się na tle błękitu. Są jak wata cukrowa. Zamyka oczy. Stoi na metalowej galeryjce. Pod nim tonie w mroku zrujnowana hala. Podłogę zaściełają kawały betonu, niektóre wyższe od dorosłego człowieka, najeżone powyginanymi prętami zbrojeniowymi. Spod żebrowanego sklepienia na resztkach mocowań zwisa metalowa konstrukcja, dawna kładka techniczna. Wzdłuż ścian, poznaczonych liszajami zacieków, wiją się wężowe sploty zakurzonych kabli i rur. Nieliczne, pozbawione szyb okienka

wpuszczają do środka tylko odrobinę światła. Niedużo, ale wystarczająco wiele, by dostrzec rosnące na stercie gruzu drzewko. Drobne listki mienią się w słabym świetle ciemną żółcią. Pod drzewkiem, oparty plecami o pień, siedzi chłopak w dżinsowej kurtce. Na głowie ma białą czapeczkę z daszkiem. Nasunięta na czoło, zasłania mu twarz. Nie rusza się, nawet kiedy w hali rozlega się głośny trzask, a gałęzie drzewka stają w płomieniach. Poskręcane od żaru listki opadają na beton, pasemka dymu unoszą się do góry, wiją wokół kratownic. Do nozdrzy Aloszy dociera swąd spalenizny. Chłopak podnosi głowę i spogląda wprost na stalkera. Oczy ma szeroko otwarte. – Uciekaj! – mówi głośno i wyraźnie. – Uciekaj, Alosza! Alosza budzi się i natychmiast podrywa na nogi. Kurwa mać! Nie dalej jak dziesięć metrów od niego huczy ściana ognia, szosę spowijają kłęby dymu. Pali go w gardle, sklejone snem oczy zachodzą łzami. To ten jebany wiatr! Zmienił kierunek! Trzeba spierdalać! Biegnie w sinym tumanie, wokół fruwają iskry, drobiny popiołu osiadają na ubraniu. Żeby tylko nie w anomalię, żeby nie w anomalię, powtarza w myślach jak mantrę. I biegnie jeszcze szybciej. Uderzenie jest tak silne, że Alosza traci oddech. Leżąc na plecach, porusza ustami jak ryba wyjęta z wody. Sparaliżowana wstrząsem przepona nie chce współpracować. Ale on się nie poddaje. Nigdy. Siada, choć w dołku dławi go coraz bardziej. Uderza się w pierś raz i drugi. Potrząsa głową. No dalej, kurwo! I nagle odzyskuje oddech. Wciąga powietrze głębokimi haustami, wirujące przed oczyma plamy znikają, jakby ktoś przetarł szybę wilgotną szmatką. Kłuje go w piersiach. To przez ten dym. No i stracił całą przewagę, pożar znowu jest blisko. Za blisko. W co właściwie przypierdolił? Coś przed nim majaczy, jakiś ciemny kształt. Pień drzewa? Słupek? Dym jest coraz gęstszy, robi się gorąco. Nie widać już nieba, wszystko przesłania siny opar. Alosza porusza się jak we mgle. Kształt znika, po chwili znowu się pojawia, niewyraźny, jakby uformowany z dymu.

– O skurwysyn... – szepcze Alosza. Cofa się o krok i sięga po pistolet. Sprawdza magazynek. Sięga po drugą spluwę. Już wie, z czym się zderzył. Stojący przed nim posokowiec wygląda na zdezorientowanego. Węszy wśród dymu, ohydne macki wiją się przy pysku jak ośmiornice. Muskularne ciało na przemian to przyobleka kamuflaż, to staje się widoczne. Jedna z łap potwora zwisa bezwładnie. Jest złamana, z przedramienia wystaje żółtawa kość. Z wykoślawionych paluchów skapuje na ziemię gęsta jucha. Alosza nie zwleka. Wóz albo przewóz. Doskakuje do mutanta, przykłada mu obie lufy do łba i naciska spusty. Maszkaron wali się na ziemię jak worek kartofli. Można? Można, myśli Alosza, a ponieważ nie lubi niepotrzebnie ryzykować, więc na wszelki wypadek opróżnia jeden z magazynków do końca. Łeb potwora wygląda jak siekana wołowina. – No i chuj, no i cześć – mówi Alosza, upuszczając bezużyteczny już pistolet na ziemię. W magazynku drugiego jest chyba jeszcze kilka nabojów. To sprawdzi później. Przeskakuje nad zewłokiem i truchta dalej poboczem. Dym zaczyna rzednąć, odgłosy pożaru cichną. Wiatr po raz kolejny zmienia kierunek. Alosza dociera do lasu. Przystaje, ogląda się za siebie: jak okiem sięgnąć ugory stoją w płomieniach. Już wie, że sprawy wymknęły się spod kontroli, ale zasadniczo ma to w dupie. Będzie po prostu szybciej szedł, bo taki pożar to całkiem niezły motywator. Tymczasem jednak musi chwilę odetchnąć. W oddali po jego prawej sunie w kierunku lasu stadko mięsaczy. Słyszy ich pokwikiwanie. Zastanawia się, przed czym właściwie uciekają, bo na pewno nie przed ogniem: opancerzone jak czołgi, na tych swoich szpikulcach bez problemu przejdą i przez płomienie, i przez gorące pogorzelisko. Nad biegnącym na końcu zwierzęciem dostrzega nagle rozbłysk, miniaturową błyskawicę. Trafiony zygzakowatym wyładowaniem mięsacz toczy się po ziemi w plątaninie szczudlastych kończyn, kwicząc przeraźliwie, ale zaraz zrywa się

na nogi i utykając, podąża za resztą stada. Alosza zadziera głowę, mruży oczy i dostrzega na tle zasnutego dymem nieba obły kształt, pikujący jak odrzutowiec. Poltergeist. – No, no... – cmoka Alosza, bo to naprawdę rzadki widok, zwłaszcza za dnia. Tymczasem mutant zawisa w powietrzu na chwilę, po czym leci nad las, minimalnie wyprzedzając biegnące dołem mięsacze. Alosza profilaktycznie kryje się za pniem drzewa. Z poltergeistami nie ma żartów. Lata toto nad głową jak sroka, razi prądem nie gorzej niż ten Imperator z kosmosu, co to go Alosza widział kiedyś na filmie. Mordę też ma do tamtego podobną, niby ludzką, a pomarszczoną jak kutas na mrozie. Nawet przyziemiony jest groźny, bo chociaż nie ma nóg, to łapy u niego jak bochny, do tego pazurzaste okropnie. U poltergeista, nie u kutasa. Mięsacze wpadają między drzewa, a mutant obniża lot i wisząc nieruchomo w powietrzu, czeka na marudera. Znowu błyskawica, po niej zaś kwik, skrzeczenie, gwałtowna kotłowanina wśród traw i raptem Alosza widzi płynącego nisko nad ziemią prosto w jego stronę poltergeista. W potężnych łapach stwór trzyma wierzgającego mięsacza. Alosza chowa się za pniem, przykuca. Łowca i jego ofiara przelatują najwyżej dwa metry od niego. Alosza nie wytrzymuje i wygląda zza drzewa. Mutant dostrzega go, szczerzy zębiska w niemej groźbie. Żółte ślepia z poziomymi źrenicami wpatrują się w Aloszę zimno. Oszalały z trwogi i bólu mięsacz drze się wniebogłosy, kwiczy jak prawdziwa świnia, próbuje wyrwać się z uścisku, ale nie ma szans. Szpony poltergeista zaciskają się jeszcze mocniej i wbijają w twardy, zdawałoby się, pancerz jak w tekturę. Paskudny to widok, ale Alosza umie docenić myśliwski kunszt i krzepę mutanta. Kiwa więc głową z aprobatą i pokazuje stworowi uniesiony kciuk. Odprowadza go wzrokiem, dopóki ten nie znika za drzewami. Przedstawienie skończone. Co za pojebany dzień, myśli Alosza, po czym wraca na szosę.

Znowu czuje woń spalenizny. Idzie teraz środkiem jezdni, spokojnym, odmierzonym krokiem. Co ma być, to będzie, dochodzi do wniosku. Dopiero teraz przypomina sobie o sprawdzeniu stanu magazynka. Wyjmuje go z pistoletu. No tak, osiem naboi. Trzeba uważać.

W gęstwinie rozlega się trzask, a potem głuchy łomot. Alosza przyspiesza kroku, halsuje w stronę pobocza. Kolejne trzaski. Każdemu z nich towarzyszy łoskot walącego się na ziemię pnia. Ziemia zaczyna drżeć. Coś zmierza w stronę szosy. Alosza już nie biegnie, Alosza zapierdala jak mały samochodzik. Nad lasem niesie się klekot, mechaniczne stukanie, jakby ktoś nakręcał ogromny zegar. Żniwiarka! Choć zdawałoby się to niemożliwe, Alosza przyspiesza jeszcze bardziej. Nie zwalniając, zygzakuje wśród anomalii, w szalonym pędzie wymija aktywujący się żarnik. Słup ognia osmala mu włosy, mankiet bluzy wybucha płomieniem, ale stalker nie zwalnia. W biegu gołą ręką gasi tlącą się tkaninę. Z tyłu za nim coś zgrzyta i jęczy.

Niewidzialny pług wytacza się na szosę, w asfalcie otwierają się szerokie bruzdy, przydrożne krzaki po obu stronach jezdni znikają jak zdmuchnięte, by po chwili opaść w deszczu wiórów i poszatkowanych liści. Alosza biegnie dalej. Nie zwalnia, nie ogląda się. Las jest coraz bliżej. Dwieście metrów, sto... I w końcu meta! Alosza wali się na ziemię, dyszy jak parowóz, spazmatycznie wciąga powietrze. Po jakimś czasie wstaje, zdejmuje bluzę, wyciera nią spoconą twarz. Podkoszulek klei się do pleców, pod pachami rozlały się ciemne plamy. Obwiązuje rękawy bluzy wokół pasa. Z lasu wciąż dobiega rytmiczny hałas. Klang, klang, klang. Alosza ma wrażenie, że tempo uderzeń jakby zwalnia. I rzeczywiście. Nie mija nawet minuta, gdy klekot ustaje. Upiorna syrena ochrypłym wyciem oznajmia koniec pracy. – Spierdalaj – odpowiada jej Alosza, po czym siada na przewróconym słupku kilometrowym. Ćmi papierosa i spogląda w stronę wzgórz na zachodzie. Zaczyna swędzieć go kark, jakby ktoś łaskotał piórkiem. Dwoma piórkami. – Co jeszcze? No co?! – wzdycha stalker, wznosząc oczy ku niebu. Powolnym ruchem kładzie pistolet na podołku. – Nie ruszaj się – słyszy z tyłu stłumiony głos. – Ręce na kark! Matko Zono, jęczy Alosza w duchu, miejże litość. Po krótkim namyśle wybiera opcję pierwszą, więc siedzi i się nie rusza. – Ty, głuchy? – Głos się przybliża. – Powiedziałem, ręce do góry! – Wpierw powiedziałeś, żeby się nie ruszał... – odzywa się ktoś po lewej. Alosza zezuje w tamtą stronę. Cywil, konstatuje z ulgą. Zdejmuje palec ze spustu, dłonie zaplata na karku. – Dezerter? – pyta ten po lewej. Alosza kręci przecząco głową. – Zdobyczne ciuchy – wyjaśnia. – Wstań i odwróć się! – pada komenda. – Spluwę mam na kolanach. Odbezpieczoną – mówi Alosza. – Może wypalić – dodaje.

– To zabezpiecz i rzuć za siebie. Tylko powoli! Alosza uspokaja się. Nie żeby wcześniej był jakoś specjalnie przejęty, ale jak to mówią, w seksie od tyłu najważniejsze jest, żeby być z tyłu. Wykonuje polecenie. Glock upada na trawę, zsuwa się do rowu. Alosza odwraca się powolutku, ręce trzyma sztywno wyprostowane nad głową. Napięty materiał koszulki zaczyna pić pod pachami, przykusy łach wysuwa się coraz bardziej spod opasującej go w pasie bluzy. Alosza przygląda się intruzom. Stalkerzy, to nie ulega wątpliwości. Ten przyczajony z boku wygląda na niebezpiecznego. Przygarbiony, z przyklęku mierzy do niego z dragunowa. Długa lufa ani drgnie, jakby była wsparta na statywie. Nasunięty na głowę kaptur sprawia, że twarz tamtego pozostaje w cieniu. Snajper, dochodzi do wniosku Alosza. Przydałby mu się taki kompan wtedy pod topolą, gdy kombinował, jak uprzykrzyć życie wojennym. Drugi stalker stoi sobie centralnie przed Aloszą, po przeciwnej stronie płytkiego rowu, kałasznikowa trzyma nonszalancko: palec przy spuście, lufa skierowana w dół. Jest nieco tęższy od swojego towarzysza, a może tylko grubiej ubrany. Długi do kolan gumowy płaszcz rozpycha mu kamizelka taktyczna. Alosza widzi na jego czole krople potu. – Nie gorąco ci w tym? – pyta z troską. Z niego pot spływa strumieniami, strużki wilgoci suną wzdłuż kręgosłupa, podkoszulek można będzie za chwilę wyżymać. Nawet gacie ma mokre. – Nie twój interes – odszczekuje się stalker, ale bez złości. – Ktoś ty? – Przechyla głowę i mierzy Aloszę wzrokiem. Alosza jest do tego przyzwyczajony. Nieznajomi zawsze tak na niego patrzą, jakby był jakimś dziwolągiem. – Alosza – odpowiada krótko. – Niedźwiedź? – pyta snajper. – Niedźwiedź – potwierdza Alosza. – Ten Niedźwiedź? – upewnia się snajper. – Ten sam. – Alosza odwraca się w jego stronę, nabiera głębiej

powietrza. Koszulka zaczyna trzeszczeć w szwach. Tamten opuszcza lufę, zsuwa kaptur, uśmiecha się z podziwem. Przeczesuje palcami podgoloną czuprynę. – Mogę opuścić ręce? – Alosza odwraca się do stalkera w płaszczu. Mężczyzna kiwa głową. On również przestaje w niego mierzyć, wiesza broń na ramieniu. Dopiero teraz Alosza dostrzega leżący z tyłu wypchany plecak. Pokazuje nań palcem. – Macie coś do picia? – pyta, oblizując spierzchnięte usta. Stalker bez słowa otwiera plecak, gmera w nim przez chwilę, po czym rzuca Aloszy manierkę. Siada nad rowem i w milczeniu przygląda się, jak Alosza pije. Snajper również siada na ziemi, z karabinem w poprzek ud. – Jestem Maksym – mówi. – A on Kola – wskazuje na stalkera. – Kto cię skroił? – pyta. – Wojenni – odpowiada Alosza. Zakręca manierkę, odrzuca ją stalkerowi. Znowu siada na słupku. – Pluton zmotoryzowany. Trochę się z nimi poprztykałem – wyjaśnia i spogląda w stronę lasu. W oddali unoszą się słupy dymu. Stalkerzy spoglądają na siebie nawzajem, potem znowu na niego. – Ten pożar to twoja sprawka? – pyta Maksym. – Tak jakby. Wkurwili mnie – mówi Alosza. Trochę mu wstyd, ale tylko trochę. – Jeden beteer będzie wracał na pusto – dodaje chełpliwie. Nie lubi się chwalić, nie lubi się popisywać, ale potrzebuje kompanii, a w tych dwóch wyczuwa potencjał. Niech wiedzą, że sroce spod ogona nie wypadł. Maksym śmieje się do rozpuku. Kola, o dziwo, nie. Znowu świdruje Aloszę wzrokiem, wyraźnie się nad czymś zastanawia. – Montuję ekipę – mówi w końcu. – Przydałby mi się taki zawodnik. Bingo, myśli Alosza i z trudem powstrzymuje wybuch radości. Udaje, że rozważa propozycję, drapie się po głowie, wzdycha. Wyjmuje z kieszonki bluzy papierosy, zapala jednego. Widząc łakome spojrzenia stalkerów, ciska im całą paczkę. Częstują się natychmiast.

Błękitny dymek wije się nad rowem, a potem rozmywa w powietrzu. – Wchodzę w to. – Alosza zsuwa się do rowu, wdrapuje na drugą stronę. Ściskają sobie dłonie. Maksym klepie go po plecach, z podziwem dotyka bicepsów, dźga palcem w klatkę piersiową. Alosza znosi to cierpliwie. Do tego też przywykł. Potem opowiada im o swojej bijatyce z wojennymi, o maminych koralach, o tym, jak podpalił ugory, o poltergeiście, o widmowej żniwiarce. Tylko o czołówce z posokowcem nie wspomina ani słowem, bo wie, że nie uwierzą. I tak mają dziwne miny, co rusz popatrują na niego z niedowierzaniem, kręcą głowami, jakby sobie to wszystko wymyślił... A dla niego to przecież zwyczajny dzień, może tylko ciut bardziej intensywny. Niedługo znowu będzie się byczył w swojej kryjówce, pogryzając czekoladę albo wsuwając jedno po drugim te zajebiste ciastka od handlarza, kruche i całe oklejone kryształkami cukru. Na samą myśl o nich burczy Aloszy w brzuchu. Długo, głośno, jakby siedział tam mały burer. Stalkerzy znowu się śmieją. Częstują go tuszonką i sucharami, potem Kola daje mu swój kałach. Mówi, że w kryjówce ma drugi, lepszy. Alosza niby się wzbrania, niby odmawia, ale oczy aż mu błyszczą, bo giwera ładna, lakierowana na oliwkowo. W końcu przyjmuje prezent. Maksym obdarowuje go pudełkiem brenek. Naboje jak ulał pasują do ładownic na rękawach. Zabrana nieżywemu wojennemu bluza nareszcie wygląda tak, jak zdaniem Aloszy powinna wyglądać od samego początku, czyli szykownie i jednocześnie groźnie. Ruszają w stronę stanicy. Popadająca w ruinę dawna baza wypadowa myśliwych straszy rdzewiejącym na placu śmigłowcem bojowym. Przy ogrodzeniu rządek mogił; zbutwiałe krzyże stoją krzywo, ledwo widoczne wśród purpurowo-zielonej gęstwiny krwawnika. Ogrodzony drutem kolczastym właz do ukrytego pod ziemią laboratorium jest zamknięty na głucho. Masywny rygiel obwiązano grubym łańcuchem, wejście zaspawano. Maksym

wyjaśnia, że to dlatego, że spod ziemi ciągle jakieś maszkary wychodziły, jakby lęgły się w mroku, i że nie skutkowały granaty ani nawet napalm, więc wojenni po prostu zaspawali właz. Alosza, który zna historię tego miejsca, nie odzywa się, udaje zaciekawienie, ale tak naprawdę zmyłby się stąd jak najprędzej. Nie lubi nawiedzonych miejsc, budzą w nim jakiś atawistyczny lęk. Zjaw nie da się zastrzelić, dziabnąć kosą, ani nawet zdzielić pięścią. I lepiej tego nie próbować. Już niejeden się na tym przejechał. Nawet brawura Aloszy ma swoje granice, więc gdy stalkerzy myszkują wśród zabudowań, on zostaje na czatach, w bramie wjazdowej. Za jednym z budynków stalkerzy znajdują skrętaka. Artefakt jest stary i cały w paprochach, ale wciąż naładowany. Włożony do pojemnika stuka o ścianki, jakby chciał wydostać się na zewnątrz. W garażu, obok powgniatanej beczki leży zakurzony pokrowiec, a w nim dwie strzelby, obie dwururki, obie z nabojami w komorach. Wyglądają jak nowe. Takiej znajdźki nie spodziewał się żaden z nich. – Będzie dla Aloszy – mówi Maksym, wieszając sobie jedną na ramieniu. Drugą wraz z pokrowcem bierze Kola. – U Fiodora pójdzie za pięćdziesiąt. Najbiedniej! – cieszy się. Omija plamę oleju na posadzce, potrąca butem zakurzone kombinerki. Podnosi je. Przydadzą się, w jego przedpotopowej tetetce co rusz zacina się iglica, odblokowuje ją gwoździem. Kombinerkami będzie szybciej i łatwiej. Wychodzą na podwórze. Alosza ćmi papierosa, oparty o płot. Muskularny, potężny, czubkiem głowy sięga szczytu ogrodzenia, a przecież stoi przygarbiony. Papieros w jego ogromnej dłoni wygląda jak patyk od lizaka. – Wierzysz mu? – pyta Kola, gdy lawirując pomiędzy stosami pustych palet, idą w stronę bramy. Po sczerniałych deszczułkach pną się sznury powoju. Pod podeszwami chrzęszczą odłamki szkła. – To Alosza Niedźwiedź – odpowiada Maksym, jakby to

wyjaśniało wszystkie wątpliwości. Kola już więcej nie pyta. Pokazują Aloszy strzelbę. Twarz olbrzyma rozjaśnia się w uśmiechu. Oddaje Koli kałasznikowa, bierze dubeltówkę, przełamuje ją i wyciąga naboje z komór. – Śrutowe są w sam raz na ślepe psy – mówi. – Zaraz nas wywęszą. – Wskazuje ręką w stronę przystanku, którego zżarte rdzą blaszane ścianki sterczą wśród wysokich chwastów jakieś dwieście metrów dalej. Coś tam się porusza, coś szeleści. Po chwili z chaszczy wychodzi pies. Zdeformowany, pokryty liszajami pysk trzyma nisko przy ziemi. Strzyże resztkami uszu, a potem unosi łeb do góry i węszy. Bezużyteczne ślepia ma na wpół przymknięte. Alosza wpycha nowe naboje do komór i zatrzaskuje strzelbę. – Spierdalamy? – sugeruje Kola. – Nie ma sensu. Pójdą za nami – kłamie Alosza. – Trzeba to załatwić tu i teraz – mówi, po czym wychodzi na szosę. Maksym zdejmuje z ramienia dragunowa i przyklęka obok Aloszy. Podnosi broń do ramienia, mierzy do psa. Podbiega Kola. Wygląda na przestraszonego. Zza przystanku wychodzi kolejne zwierzę. Obślizgły od wydzielin grzbiet połyskuje wilgocią. Z krzaków po drugiej stronie jezdni pojawiają się następne zwierzęta. Zwiadowca szczeka krótko i chrapliwie. Sfora gromadzi się wokół niego, skądś wyłania się jeszcze jeden kundel. Znowu szczeknięcie. Stadko rusza truchtem w stronę trójki mężczyzn. Trzy karabiny otwierają ogień równocześnie. Gdy kanonada ustaje, na szosie leży pięć psich zewłoków. Spieniona, ciemna jucha spływa w zagłębienia asfaltu. – O kurwa... – mówi Kola. – O kurwa... Podchodzi do pobojowiska. Czubkiem buta trąca jedno ze ścierw, po czym odwraca się do Aloszy i Maksyma. – Takich dwóch jak nas trzech to nie ma ani jednego! – oświadcza uroczyście. Alosza marszczy brwi, zaczyna liczyć na palcach. Arytmetyka w wykonaniu Koli jest dla niego zbyt zawiła, dopiero na widok skręcającego się ze śmiechu Maksyma pojmuje, że to tylko taka

gra słów. Teraz rechoczą już wszyscy trzej. Bardzo dobrze, myśli Alosza. Trochę szkoda mu wystrzelanej amunicji. Nie lubi marnotrawstwa. Ale czasami musowo coś poświęcić. Dla dobra sprawy. A nic tak nie łączy ludzi jak napierdalanka ze wspólnym wrogiem, nawet jeżeli tym wrogiem jest tylko sparszywiały kundel. Rozgląda się dookoła. Niedługo zacznie zmierzchać. Cienie robią się coraz dłuższe, rozmywają się w narastającej szarości. W oddali coraz wyraźniej widać łunę pożaru. Smugi dymu wznoszą się pasmami, dotykają nisko zawieszonych chmur, białych i puchatych jak wata cukrowa. Alosza sięga do kieszeni po landrynki. Lubi słodkie. Koniec Lublin, 6–7 lipca 2017

Od Autora Wychodzę z Zony. Wychodzę jako inny człowiek. Zostawiam ją, ale ona i tak na zawsze pozostanie ze mną. Bo jest moja, najmojsza. Żyłem w niej i żyłem nią. Widziałem anomalie, widziałem mutanty, dotykałem artefaktów. Spałem w lesie, na zakurzonym strychu i w wilgotnej, zatęchłej piwnicy. Jadłem przeterminowane konserwy i ociekające tłuszczem, na wpół surowe mięso. Piłem samogon, paliłem podły tytoń. Wyłem z bólu, opatrywałem rany, majaczyłem w gorączce. Śmiałem się, płakałem, umierałem. Tak jak oni – Rybin, Jusupow, Waruchin, Zelencew, Abaszyn, Mietkin, Dima i Siwy. Bo każdy z nich jest mną, nawet Alosza. Zwłaszcza on.

Podziękowania Żonie – za nieustające wsparcie, cierpliwość i wyrozumiałość. Kochanie, gdyby te trzy rzeczy można było porcjować i sprzedawać, zostałabyś najbogatszą kobietą świata. Jakubowi – za dwudziestoczterogodzinne pogotowie informatyczne. Oliwii Grambs – za nieustanne dziamganie, zawracanie głowy i za to, że nawet jak już kompletnie nikogo nie było, to ona była. Dziękuję, Szkrabie! Marii Szymczak, Pawłowi Jezierskiemu, Robertowi Dulembie, Maćkowi Głowackiemu, Darkowi Ulfigowi, Sławkowi Niznerowi, Mariuszowi Klimkiewiczowi, Michałowi Misztalowi, Jackowi Klossowi, Andrzejowi Przeszłowskiemu i innym moim ulubionym fejsbukowym znajomym. Dziękuję Wam za pamięć, za słowa wsparcia, niekończące się pogaduchy, za przysyłane linki, filmiki i memy. Wiedzcie, że nie ma niczego bardziej otrzeźwiającego niż niespodziewany sygnał powiadomienia z komunikatora. Tomkowi Koskowi – najlepszemu artylerzyście wśród stalkerów. Bez Twojej pomocy nie wystrzeliłbym z tego ISU-152, mowy nie ma.
Sławomir Nieściur - 03 Do zobaczenia w piekle.pdf

Related documents

260 Pages • 64,965 Words • PDF • 2.8 MB

260 Pages • 64,965 Words • PDF • 2.8 MB

16 Pages • 2,916 Words • PDF • 608.3 KB

179 Pages • 76,466 Words • PDF • 856.2 KB

623 Pages • 192,233 Words • PDF • 3.6 MB

5 Pages • 974 Words • PDF • 303.5 KB

623 Pages • 192,233 Words • PDF • 3.6 MB

228 Pages • 82,628 Words • PDF • 1.2 MB

46 Pages • 21,825 Words • PDF • 13 MB

79 Pages • PDF • 70.9 MB

140 Pages • 38,246 Words • PDF • 1.5 MB

179 Pages • 76,466 Words • PDF • 856.2 KB