Stulecie 03 - Krawędź wieczności.pdf

1,067 Pages • 321,956 Words • PDF • 5.6 MB
Uploaded at 2021-09-24 11:06

This document was submitted by our user and they confirm that they have the consent to share it. Assuming that you are writer or own the copyright of this document, report to us by using this DMCA report button.


O książce

Trylogia STULECIE to epicka opowieść autora Filarów Ziemi, przedstawiająca splątane ze sobą losy członków pięciu rodzin - amerykańskiej, niemieckiej, rosyjskiej, angielskiej i walijskiej - na tle wydarzeń minionego wieku. Akcja Krawędzi wieczności, ostatniej części trylogii, obejmuje okres od wzniesienia muru berlińskiego do zwycięstwa Baracka Obamy w wyborach prezydenckich. Od rewolucyjnej Hawany, przez

gorące

południe Stanów

Zjednoczonych,

waszyngtońskie salony władzy i Londyn lat sześćdziesiątych, aż po bezkresną Syberię. W świecie, w którym z niespotykaną dotąd determinacją w dążeniu do władzy ścierają się mocarstwa, bohaterowie powieści - każdy na swój sposób - próbują znaleźć dla siebie miejsce. Realizują marzenia, knują spiski, cierpią, tęsknią, zdradzają i kochają, podczas gdy świat wkracza w erę zimnej wojny, ofiarami zamachów padają Martin Luther King i J.F. Kennedy, rock and roll przeżywa swój złoty wiek i próbuje nie ugiąć się pod naporem Beatlesów, dzieci kwiaty protestują przeciwko wojnie w Wietnamie, w Związku Radzieckim następuje odwilż, a na ulicach Pragi i Warszawy ludzie domagają się wolności - i wreszcie ją uzyskują.

KEN FOLLETT

Światowej sławy brytyjski pisarz, urodzony w Walii w 1949 r. Po ukończeniu studiów filozoficznych na University College w Londynie podjął pracę jako reporter w małej gazecie. Publikował powieści sensacyjne pod pseudonimem. Jedenasta z kolei, Igła, wydana w 1978 r., przyniosła mu światową sławę. Kolejne tytuły, m.in. Klucz do Rebeki, Trzeci bliźniak, Zabójcza pamięć, Lot Ćmy, Zamieć, Świat bez końca, Upadek gigantów, Zima świata oraz najnowsza, Krawędź wieczności, utrwaliły jego pozycję jako autora bestsellerów. Choć książki odwołujące się do wydarzeń z okresu II wojny światowej dominują w jego twórczości, autor nadal za swoje najważniejsze dzieło uważa Filary Ziemi - sagę napisaną pod wpływem zainteresowania średniowieczem. Na podstawie powieści Folletta nakręcono filmy oraz seriale, m.in. Igłę, Lwy Pansziru, Klucz do Rebeki, Na skrzydłach orłów, Zamieć, Trzeciego bliźniaka oraz Filary Ziemi. www.ken-follett.com

Tego autora

Powieści historyczne

UCIEKINIER NIEBEZPIECZNA FORTUNA CZŁOWIEK Z SANKT PETERSBURGA

Filary Ziemi

FILARY ZIEMI ŚWIAT BEZ KOŃCA

Stulecie UPADEK GIGANTÓW ZIMA ŚWIATA KRAWĘDŹ WIECZNOŚCI

Thrillery wojenne IGŁA KRYPTONIM KAWKI LOT ĆMY KLUCZ DO REBEKI NOC NAD OCEANEM

Thrillery MŁOT EDENU ZABÓJCZA PAMIĘĆ TRÓJKA

ZAMIEĆ SKANDAL Z MODIGLIANIM TRZECI BLIŹNIAK LWY PANSZIRU PAPIEROWE PIENIĄDZE

Literatura faktu NA SKRZYDŁACH ORŁÓW

Wszystkim bojownikom o wolność, a zwłaszcza Barbarze

Wszystkie cytaty z wypowiedzi Martina Luthera Kinga wykorzystane zostały w porozumieniu z występującą w imieniu jego spadkobierców prawnych firmą Writers House, Nowy Jork. Prawo autorskie dr Martin Luther King, Jr., copyright © 1963, 1968, odnowione w 1991 i 1996 roku przez Corettę Scott King. Niniejsza książka to fikcja literacka. Nazwiska, osoby, postacie, miejsca oraz wydarzenia albo są wytworem wyobraźni autora, albo też zostały użyte fikcyjnie, tak że wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych, firm, wydarzeń i miejsc jest całkowicie przypadkowe.

GŁÓWNI BOHATEROWIE

Amerykanie Rodzina Dewarów Cameron Dewar Ursula „Beep” Dewar, jego siostra Woody Dewar, jego ojciec Bella Dewar, jego matka Rodzina Peshkovów-Jakesów George Jakes Jacky Jakes, jego matka Greg Peshkov, jego ojciec Lev Peshkov, jego dziadek Marga, jego babka Rodzina Marquandów Verena Marquand Percy Marquand, jej ojciec Babe Lee, jej matka CIA Florence Geary Tony Savino Tim Tedder, częściowo na emeryturze Keith Dorset Inni Maria Summers Joseph Hugo, FBI Larry Mawhinney, Pentagon Nelly Fordham, dawna miłość Grega Peshkova Dennis Wilson, asystent Bobby’ego Kennedy’ego Skip Dickerson, asystent Lyndona Johnsona Leopold „Lee” Montgomery, dziennikarz Herb Gould, producent telewizyjny w programie This Day

Suzy Cannon, dziennikarka, autorka kolumn plotkarskich Frank Lindeman, właściciel sieci telewizyjnej Postacie historyczne John F. Kennedy, trzydziesty piąty prezydent USA Jackie, jego żona Robert (Bobby) Kennedy, jego brat Dave Powers, asystent prezydenta Kennedy’ego Pierre Salinger, rzecznik prasowy prezydenta Kennedy’ego doktor Martin Luther King, pastor, przewodniczący organizacji o nazwie Konferencja Chrześcijan Południowych Lyndon B. Johnson, trzydziesty szósty prezydent USA Richard Nixon, trzydziesty siódmy prezydent USA Jimmy Carter, trzydziesty dziewiąty prezydent USA Ronald Reagan, czterdziesty prezydent USA George H.W. Bush, czterdziesty pierwszy prezydent USA Brytyjczycy Rodzina Leckwithów-Williamsów Dave Williams Evie Williams, jego siostra Daisy Williams, jego matka Lloyd Williams, parlamentarzysta, jego ojciec Eth Leckwith, babka Dave’a Rodzina Murrayów Jasper Murray Anna Murray, jego siostra Eva Murray, jego matka Muzycy z zespołu Guardsmen i Plum Nellie Lenny, kuzyn Dave’a Williamsa Lew, perkusista Buzz, basista Geoffrey, gitarzysta prowadzący Inni hrabia Fitzherbert, zwany Fitzem Sam Cakebread, przyjaciel Jaspera Murraya Byron Chesterfield (prawdziwe nazwisko Brian Chesnowitz), agent muzyczny

Hank Remington (prawdziwe nazwisko Harry Riley), gwiazda muzyki pop Eric Chapman, dyrektor wytwórni płytowej Niemcy Rodzina Francków Rebecca Hoffmann Carla Franck, adopcyjna matka Rebekki Werner Franck, adopcyjny ojciec Rebekki Walli Franck, syn Carli Lili Franck, córka Wernera i Carli Maud von Ulrich, z domu Fitzherbert, matka Carli Hans Hoffmann, mąż Rebekki Inni Bernd Held, nauczyciel Karolin Koontz, piosenkarka folkowa Odo Vossler, pastor Postacie historyczne Walter Ulbricht, pierwszy sekretarz Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec Erich Honecker, następca Ulbrichta Egon Krenz, następca Honeckera Polacy Stanisław „Staś” Pawlak, oficer Lidka, dziewczyna Camerona Dewara Danuta Górska, działaczka Solidarności Postacie historyczne Anna Walentynowicz, suwnicowa Lech Wałęsa, przywódca Związku Zawodowego „Solidarność” generał Wojciech Jaruzelski, premier Rosjanie Rodzina Dworkinów-Peszkowów Tania Dworkina, dziennikarka Dimka Dworkin, asystent na Kremlu, brat bliźniak Tani Nina, dziewczyna Dimki Ania Dworkina, ich matka Grigorij Peszkow, ich dziadek

Katerina Peszkowa, ich babka Władimir, zawsze nazywany Wołodią, ich wujek Zoja, żona Wołodii Inni Danił Antonow, redaktor w agencji prasowej TASS Piotr Opotkin, redaktor naczelny Wasilij Jenkow, dysydent Natalia Smotrowa, urzędniczka w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Nik Smotrow, mąż Natalii Jewgienij Filipow, asystent ministra obrony Rodiona Malinowskiego Wiera Pletner, sekretarka Dimki Walentin, przyjaciel Dimki marszałek Michaił Pusznoj Postacie historyczne Nikita Siergiejewicz Chruszczow, pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego Andriej Gromyko, minister spraw zagranicznych za czasów Chruszczowa Rodion Malinowski, minister obrony za czasów Chruszczowa Aleksiej Kosygin, przewodniczący Rady Ministrów Leonid Breżniew, następca Chruszczowa Jurij Andropow, następca Breżniewa Konstantin Czernienko, następca Andropowa Michaił Gorbaczow, następca Czernienki Inne narodowości Paz Oliva, kubański generał Frederik Bíró, węgierski polityk Enok Andersen, duński księgowy

CZĘŚĆ PIERWSZA Mur

1961

ROZDZIAŁ 1 Rebecca Hoffmann otrzymała wezwanie z tajnej policji w deszczowy poniedziałek 1961 roku. Dzień zaczął się zwyczajnie. Mąż Rebekki odwiózł ją do pracy swoim brązowym trabantem 500. Urokliwe stare uliczki śródmieścia Berlina wciąż poznaczone były wyrwami po wojennych bombardowaniach, tylko w niektórych miejscach stanęły betonowe budynki odcinające się od otoczenia niczym źle dobrane sztuczne zęby. Hans siedział za kierownicą i opowiadał o swojej pracy. - Sądy służą sędziom, adwokatom, policji i władzom. Wszystkim oprócz ofiar przestępstw - mówił. - Tego można się spodziewać w zachodnich krajach kapitalistycznych, ale w komunizmie sądy powinny służyć obywatelom. Moi koledzy zachowują się tak, jakby tego nie rozumieli. - Hans był urzędnikiem w Ministerstwie Sprawiedliwości. - Prawie od roku jesteśmy małżeństwem, znam cię od dwóch lat, a jak dotąd nie spotkałam żadnego z twoich kolegów - zauważyła Rebecca. - Zanudziliby cię - odparł bez namysłu. - To sami prawnicy. - Żadnych kobiet? - Nie. W każdym razie w moim wydziale. - Praca Hansa miała charakter administracyjny: przydzielał sprawy sędziom, wyznaczał terminy rozpraw, zarządzał budynkami sądowymi. - Mimo to chciałabym ich poznać. Hans był silnym mężczyzną, który nauczył się panować nad sobą. Jej upór wywołał w nim gniew, Rebecca dostrzegła znajomy błysk w oczach męża. Powściągnął go siłą woli. - Coś zorganizuję - rzekł. - Może któregoś wieczoru wybierzemy się razem do baru. Był pierwszym poznanym przez Rebeccę mężczyzną, który dorównywał jej ojcu. Cechowała go pewność siebie i władczość, ale zawsze wysłuchiwał zdania żony. Miał dobrą posadę - niewielu ludzi w Niemczech Wschodnich stać było na samochód. Ci, którzy zajmowali stanowiska we władzach, zwykle bywali twardogłowymi komunistami, lecz Hans, o dziwo, podzielał polityczny sceptycyzm Rebekki. I podobnie jak jej ojciec był wysoki, przystojny i dobrze się ubierał. Mogła śmiało powiedzieć, że to mężczyzna, na którego czekała. Tylko jeden raz przed ślubem na krótko w niego zwątpiła. Zdarzył im się drobny wypadek drogowy. Wina leżała całkowicie po stronie kierowcy drugiego samochodu, który

bez zatrzymania się wyjechał z bocznej ulicy. Takie rzeczy dzieją się codziennie, lecz Hans wpadł we wściekłość. Choć uszkodzenia wozów były minimalne, wezwał policję, wyciągnął legitymację urzędnika Ministerstwa Sprawiedliwości, po czym kazał aresztować sprawcę stłuczki i wsadzić do więzienia za niebezpieczną jazdę. Później przeprosił Rebeccę, twierdząc, że poniosły go nerwy. Mściwość Hansa przestraszyła ją i omal z nim nie zerwała. Wytłumaczył jednak, że nie był sobą z powodu stresu związanego z pracą zawodową, a ona mu uwierzyła. Później okazało się, że postąpiła słusznie, ponieważ Hans nigdy więcej w taki sposób się nie zachował. Gdy minął rok, odkąd się poznali, Rebecca zaczęła się zastanawiać, dlaczego jeszcze nie poprosił jej, by za niego wyszła. Nie byli już dziećmi: ona miała dwadzieścia osiem lat, on trzydzieści trzy, od sześciu miesięcy weekendowe noce spędzali przeważnie razem. W końcu sama mu się oświadczyła. Zaskoczyło go to, ale się zgodził. Zatrzymał samochód przed szkołą, w której pracowała. Budynek był nowoczesny i dobrze wyposażony, ponieważ komuniści poważnie traktowali oświatę. Przed bramą pięciu lub sześciu chłopców ze starszych klas stało pod drzewem i paliło papierosy. Nie zwracając uwagi na ich spojrzenia, pocałowała Hansa w usta i wysiadła. Chłopcy przywitali się grzecznie, lecz gdy Rebecca przemierzała kałuże na szkolnym podwórku, czuła na swoim ciele tęskne spojrzenia nastolatków. Pochodziła z rodziny związanej z polityką. Dziadek należał do Socjaldemokratycznej Partii Niemiec i zasiadał w Reichstagu, niemieckim parlamencie, aż do czasu dojścia Hitlera do władzy. Matka była radną miejską z ramienia tej samej partii w króciutkim okresie po wojnie, gdy w Berlinie Wschodnim panowała demokracja. Teraz jednak Niemcy Wschodnie były komunistyczną dyktaturą i Rebecca nie widziała sensu w angażowaniu się w politykę. Swój idealizm skierowała na nauczanie i miała nadzieję, że następne pokolenie będzie wykazywało mniej dogmatyzmu, za to więcej mądrości i współczucia dla ludzi. W pokoju nauczycielskim rzuciła okiem na tablicę ogłoszeń. Większość lekcji tego dnia miała się odbyć w podwojonym składzie, co oznaczało, że w jednej klasie trzeba będzie zmieścić dwie grupy uczniów. Przedmiotem Rebekki był rosyjski, ale będzie musiała poprowadzić również angielski. Nie mówiła po angielsku, choć przyswoiła sobie odrobinę tego języka od swojej babci Angielki, Maud, która w wieku siedemdziesięciu lat wciąż tryskała energią. Już drugi raz poproszono ją o zastępstwo na zajęciach z angielskiego. Zaczęła zastanawiać się nad tekstem do wykorzystania. Za pierwszym razem posłużyła się ulotką, którą

rozdawano

amerykańskim

żołnierzom,

zawierającą

instrukcję

postępowania

z Niemcami. Tekst bardzo rozbawił uczniów i przy okazji dużo się nauczyli. Postanowiła, że dzisiaj zapisze na tablicy słowa jakiejś znanej im piosenki, na przykład The Twist, i poprosi o przetłumaczenie na niemiecki. Piosenkę stale puszczano w radiu amerykańskich sił zbrojnych. Nie będzie to typowa lekcja języka obcego, ale Rebecca doszła do wniosku, że nic lepszego nie wymyśli. Szkoła borykała się z dotkliwymi brakami kadrowymi: połowa nauczycieli wyemigrowała do Niemiec Zachodnich, gdzie miesięczne pensje były wyższe o trzysta marek, a obywatele mogli cieszyć się wolnością. Taka sama sytuacja panowała w większości szkół w Niemieckiej Republice Demokratycznej. I nie dotyczyła jedynie nauczycieli. Lekarze, wyjeżdżając na zachód, mogli podwoić swoje zarobki. Matka Rebekki, Carla, była naczelną pielęgniarką w dużym szpitalu w Berlinie Wschodnim i rwała sobie włosy z głowy z powodu niedoboru zarówno pielęgniarek, jak i lekarzy. Rąk do pracy brakowało także w przemyśle, ubywało ludzi nawet w wojsku. Problem osiągnął rozmiary kryzysu narodowego. Rebecca notowała w zeszycie tekst piosenki The Twist i usiłowała przypomnieć sobie wers ze słowami my little sis, kiedy do pokoju nauczycielskiego wszedł zastępca dyrektora szkoły. Nazywał się Bernd Held i prawdopodobnie był najlepszym poza rodziną znajomym Rebekki. Szczupły, ciemnowłosy czterdziestolatek nosił na czole wyrazistą bliznę w miejscu, które przeciął odłamek; stało się to w ostatnich dniach wojny podczas obrony wzgórz Seelow. Uczył fizyki, lecz podzielał zainteresowanie Rebekki rosyjską literaturą, kilka razy w tygodniu jadali wspólnie kanapki w porze lunchu. - Słuchajcie - odezwał się. - Niestety, mam złe wiadomości. Anselm odszedł. Rozległ się szmer zdziwienia. Anselm Weber był naczelnym nauczycielem szkoły i lojalnym komunistą, bo tylko tacy mogli piastować to stanowisko. Najwyraźniej jednak zachodnioniemiecki dobrobyt i swoboda wzięły górę nad zasadami. - Będę go zastępował, dopóki nie zostanie wyznaczony nowy naczelny - ciągnął Bernd. Rebecca, podobnie jak reszta kadry dydaktycznej, wiedziała, że to on powinien zarządzać placówką, ponieważ ma odpowiednie kwalifikacje i umiejętności. Jednak był wykluczony z racji tego, że nie wstąpił do Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec, która w istocie była partią komunistyczną. Z tego samego powodu także Rebecca nie miała szans, by zostać naczelną nauczycielką. Anselm prosił ją, żeby zapisała się do partii, lecz nawet o tym nie myślała. Jej zdaniem to byłoby tak, jakby zamieszkała w szpitalu psychiatrycznym i udawała, że wszyscy pensjonariusze są zdrowi na umyśle. Bernd wyłuszczał zaistniałą sytuację, ona zaś zastanawiała się, kiedy zostanie

mianowany nowy naczelny. Za rok? Jak długo potrwa kryzys? Nikt tego nie wiedział. Przed pierwszą lekcją zajrzała do swojej przegródki pocztowej, ale nic w niej nie było. Korespondencja jeszcze nie dotarła. Może listonosz również wyemigrował do Niemiec Zachodnich. List, który miał wywrócić jej życie do góry nogami, wciąż był w drodze. Na pierwszych zajęciach omawiała rosyjski poemat Jeździec miedziany z liczną grupą siedemnasto - i osiemnastolatków. Lekcję taką prowadziła rok w rok, odkąd została nauczycielką. Jak zawsze podsuwała uczniom radziecką interpretację ideologiczną, tłumacząc, że w obliczu konfliktu między dobrem osobistym a powinnością społeczną autor wiersza, Aleksander Puszkin, opowiada się po stronie tej drugiej. W czasie przerwy obiadowej wzięła kanapkę i poszła do gabinetu dyrektora. Usiadła przy dużym biurku naprzeciwko Bernda i popatrzyła na półkę z tanimi glinianymi popiersiami:

znalazły

tam

miejsce

podobizny

Marksa,

Lenina

oraz

przywódcy

wschodnioniemieckiej partii komunistycznej Waltera Ulbrichta. Bernd podążył za spojrzeniem koleżanki. - Szczwany lis z tego Anselma - rzucił z uśmiechem. - Przez całe lata udawał prawowiernego, a teraz fru!, i już go nie ma. - A ciebie nie kusi? - zaciekawiła się Rebecca. - Rozwiodłeś się, nie masz dzieci ani innych zobowiązań. Bernd rozejrzał się, jakby podejrzewał, że ktoś może słuchać rozmowy. Potem wzruszył ramionami. - Myślałem o tym, bo kto nie myślał? A ty? Przecież twój ojciec pracuje w Berlinie Zachodnim, prawda? - Tak, ma fabrykę telewizorów. Ale mama jest zdecydowana, by zostać na Wschodzie. Powiada, że problemy trzeba rozwiązywać, a nie przed nimi uciekać. - Poznałem ją, prawdziwa z niej tygrysica. - To prawda. Poza tym dom, w którym mieszkamy, należy do rodziny od pokoleń. - A co na to twój mąż? - Poświęca się pracy. - W takim razie nie muszę się obawiać, że cię stracę. To dobrze. - Bernd... - zaczęła Rebecca i zawahała się. - No, wyduś to. - Mogę ci zadać osobiste pytanie? - Naturalnie.

- Odszedłeś od żony, bo miała romans. Bernd zesztywniał, ale odpowiedział: - Owszem. - Jak się dowiedziałeś? Skrzywił się, jakby poczuł nagły ból. - Wolisz, żebym nie pytała? - zaniepokoiła się Rebecca. - To zbyt osobiste? - Tobie mogę powiedzieć - odparł. - Spytałem wprost i przyznała się. - Dlaczego zacząłeś ją podejrzewać? - Świadczyło o tym wiele drobnostek... - Na przykład dzwoni telefon - wpadła mu w słowo Rebecca - ty odbierasz i przez kilka sekund nikt się nie odzywa, a potem rozłącza. Bernd potwierdził skinieniem głowy. - Małżonek drze kartkę na drobne kawałeczki i spuszcza w sedesie - ciągnęła. W weekend ktoś wzywa go na niezapowiedziane zebranie. Wieczorami pisze coś przez dwie godziny i nie chce ci pokazać. - Ojej - odezwał się ze smutkiem Bernd. - Ty mówisz o Hansie. - Ma kochankę, prawda? - Rebecca odłożyła kanapkę, straciła apetyt. - Powiedz mi, co o tym sądzisz, ale szczerze. - Przykro mi. Bernd pocałował ją kiedyś; to było przed czterema miesiącami, w ostatni dzień semestru jesiennego. Żegnali się i życzył jej wesołych świąt Bożego Narodzenia, a potem ujął ją lekko za ramię, nachylił głowę i pocałował w usta. Poprosiła, by nigdy więcej tego nie robił, i oznajmiła, że nadal chce się z nim przyjaźnić. W styczniu oboje wrócili do pracy i udawali, że nic się nie wydarzyło. Parę tygodni później Bernd powiedział jej nawet, że umówił się na randkę z wdową rówieśniczką. Rebecca nie zamierzała rozbudzać nadziei, wiedząc, że nie zdoła ich spełnić, lecz Bernd był jedyną osobą, z którą mogła porozmawiać poza rodziną, a tej na razie nie chciała martwić. - Byłam pewna, bardzo pewna, że Hans mnie kocha - wyznała z oczami pełnymi łez. Bo ja go kocham. - Może on też cię kocha. Niektórzy mężczyźni po prostu nie potrafią oprzeć się pokusie. Rebecca nie wiedziała, czy Hans jest zadowolony z ich pożycia intymnego. Nigdy się nie skarżył, ale kochali się mniej więcej raz w tygodniu; ona uważała, że to za rzadko jak na

nowożeńców. - Ja tylko pragnę własnej rodziny, takiej jak rodzina mamy, w której wszyscy znajdują miłość, wsparcie i poczucie bezpieczeństwa - tłumaczyła. - Myślałam, że mogę to mieć z Hansem. - Może nadal jest to możliwe - zauważył Bernd. - Romans nie musi oznaczać końca małżeństwa. - W pierwszym roku związku? - To źle wróży, zgadzam się. - Co mam robić? - Musisz go o to zapytać. Może się przyzna, może zaprzeczy, ale będzie wiedział, że jesteś świadoma tego, że coś się dzieje. - I co potem? - A czego byś chciała? Rozwieść się z nim? Pokręciła głową. - Nigdy bym nie odeszła. Małżeństwo to przyrzeczenie. Trzeba go dotrzymywać nawet wbrew własnym skłonnościom, a nie tylko wtedy, gdy ci to pasuje. Właśnie taki jest jego sens. - Ja postąpiłem zupełnie inaczej. Na pewno tego nie pochwalasz. - Nie osądzam ciebie ani nikogo innego, mówię jedynie o sobie. Kocham męża i chcę, żeby był mi wierny. Bernd uśmiechnął się z podziwem i odrobiną żalu. - Mam nadzieję, że twoje pragnienia się spełnią. - Dobry z ciebie przyjaciel. Odezwał się dzwonek wzywający na pierwszą popołudniową lekcję. Rebecca wstała i włożyła kanapkę z powrotem do papierowego opakowania. Nie zamierzała jej zjeść ani teraz, ani później, lecz myśl o wyrzuceniu chleba napawała ją trwogą; takie same odczucia miała większość tych, którzy przeżyli wojnę. Dotknęła chusteczką wilgotnych oczu. - Dziękuję, że mnie wysłuchałeś. - Niewiele cię pocieszyłem. - Ależ tak - powiedziała i wyszła. Zbliżając się do klasy, uświadomiła sobie, że nie zdążyła opracować tekstu piosenki. Była jednak nauczycielką nie od wczoraj i potrafiła improwizować. - Kto słyszał piosenkę The Twist? - zapytała głośno, otwierając drzwi. Okazało się, że wszyscy.

Podeszła do tablicy i wzięła kawałek kredy. - Jak idą słowa? Uczniowie zaczęli wykrzykiwać tekst. - Come on, baby, let’s do the twist. - Rebecca zapisała na tablicy pierwszą linijkę. Jak to będzie po niemiecku? Na jakiś czas zapomniała o swoich strapieniach. W czasie przerwy popołudniowej znalazła w przegródce list. Zabrała go do pokoju nauczycielskiego i przed otwarciem zaparzyła sobie kawy instant. Kiedy zaczęła czytać, filiżanka wyleciała jej z ręki. Kartka była jedna, w nagłówku widniała nazwa Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwa. Tak oficjalnie nazywała się tajna policja Stasi. Nadawcą listu był sierżant Scholz, nakazywał Rebecce stawić się w siedzibie policji na przesłuchanie. Wytarła rozlaną kawę i przeprosiła kolegów, udając, że nie stało się nic złego. Potem poszła do damskiej toalety i zamknęła się w kabinie. Musiała pomyśleć, zanim komukolwiek się zwierzy. Każdy obywatel Niemieckiej Republiki Demokratycznej wiedział o istnieniu takich listów i wszyscy się ich bali. Oznaczał on, że Rebecca popełniła jakieś przewinienie, być może drobne i nieznaczące, ale jednak takie, które zwróciło uwagę szpicli. Z tego, co mówili inni, zorientowała się, że nie ma sensu udawać niewinności. Policja wychodziła z założenia, że wezwany musi być winny, bo w przeciwnym razie z jakiej racji by go przesłuchiwali. Sugestie, że zaszła pomyłka, traktowali jako obrazę dla swojej fachowości, to zaś samo w sobie uważali za wykroczenie. Rebecca spojrzała ponownie na list i zobaczyła, że ma się zgłosić o siedemnastej. Czym zawiniła? Jej rodzina, rzecz jasna, wzbudzała głębokie podejrzenia. Ojciec Werner był kapitalistą i miał fabrykę, do której wschodnioniemieckie władze nie mogły się dobrać, ponieważ znajdowała się w Berlinie Zachodnim. Matka Carla była dobrze znaną członkinią Socjaldemokratycznej Partii Niemiec. Z kolei babka, Maud, była siostrą angielskiego hrabiego. Wszelako władze od kilku już lat nie naprzykrzały się rodzinie i Rebecca sądziła, że wychodząc za urzędnika Ministerstwa Sprawiedliwości, uzyskała dla siebie i bliskich pewną dozę szacunku. Najwyraźniej się łudziła. Czy popełniła jakieś przestępstwo? Miała w księgozbiorze antykomunistyczną alegorię George’a Orwella Folwark zwierzęcy, co było wbrew prawu. Jej młodszy brat Walli, obecnie piętnastoletni, grał na gitarze i śpiewał amerykańskie protest songi w rodzaju This

Land is Your Land. Rebecca jeździła czasem do Berlina Zachodniego na wernisaże malarstwa abstrakcyjnego. W podejściu do sztuki komuniści wykazywali taki sam konserwatyzm jak matrony z epoki wiktoriańskiej. Myjąc ręce, zerknęła w lustro. Nie wyglądała jak osoba zalękniona. Miała prosty nos, wyrazisty podbródek i oczy o głębokiej orzechowej barwie. Jej niesforna ciemna czupryna była mocno zaczesana do tyłu. Wysoki wzrost i posągowa budowa wzbudzały u niektórych strach. Rebecca potrafiła stanąć przed klasą rozwydrzonych osiemnastolatków i uciszyć ich jednym słowem. A mimo to czuła lęk. Jej obawy płynęły ze świadomości, że funkcjonariusze Stasi zdolni są do wszystkiego. Nie znali żadnych prawdziwych ograniczeń, samo poskarżenie się na nich zakrawało na przestępstwo. Przypominało to Rebecce postępowanie Armii Czerwonej pod koniec wojny. Sowieccy żołdacy mogli swobodnie rabować, gwałcić i mordować Niemców, korzystanie z tej wolności przybrało u nich postać niewymownego barbarzyństwa. Ostatnia lekcja Rebekki tego dnia miała być poświęcona stronie biernej w języku rosyjskim. Zajęcia się rozlazły i były z całą pewnością najgorszymi, jakie przeprowadziła od początku swojej pracy dydaktycznej. Uczniowie zorientowali się, że stało się coś złego, i ku jej wzruszeniu okazali pomoc; czasem trafnie podpowiadali, kiedy nauczycielce zabrakło słów. Dzięki ich wyrozumiałości jakoś dobrnęła do końca. Bernd przyjmował w gabinecie urzędników z Ministerstwa Edukacji, zapewne wspólnie zastanawiali się, jak prowadzić dalej szkołę, gdy odeszła połowa kadry nauczycielskiej. Rebecca nie chciała udawać się do siedziby Stasi, nikogo nie powiadomiwszy, dlatego na wszelki wypadek zostawiła przełożonemu kartkę z informacją. Potem wsiadła do autobusu, który mokrymi od deszczu ulicami zawiózł ją na Normannen Strasse w dzielnicy Lichtenberg na przedmieściu. Kwatera tajnej policji mieściła się w szpetnym nowym biurowcu. Budynek nie był ukończony: na parkingu stały buldożery, a przy jednej ze ścian pięło się rusztowanie. W deszczu gmach sprawiał posępne wrażenie, w blasku słońca nie będzie wyglądał weselej. Wchodząc, Rebecca nie wiedziała, czy kiedykolwiek wyjdzie z powrotem. Przemierzyła ogromny przedsionek i zawieziono ją windą na piętro. Jej lęk narastał wraz z wysokością. Wysiadła i znalazła się w korytarzu pomalowanym na koszmarny kolor musztardowej żółci. Zaprowadzono ją do małego pustego pomieszczenia, w którym jedynymi meblami były stół z blatem z tworzywa oraz dwa niewygodne krzesełka z metalowych rurek. Powietrze przesycała gryząca woń farby. Mężczyzna, który eskortował Rebeccę, zostawił ją samą.

Siedziała pięć minut, trzęsąc się. Zaczęła żałować, że nie pali - papieros mógłby nieco ukoić jej nerwy. Z trudem powstrzymywała łzy. Do pomieszczenia wszedł sierżant Scholz. Był nieco młodszy od Rebekki, oceniła jego wiek na mniej więcej dwadzieścia pięć lat. Trzymał w rękach cienką teczkę. Usiadł, odchrząknął, otworzył teczkę i skrzywił się. Przyszło jej do głowy, że usiłuje przydać sobie ważności. Pomyślała, że to może być jego pierwsze przesłuchanie. - Jesteście nauczycielką w technikum Fryderyka Engelsa - stwierdził. - Tak. - Gdzie mieszkacie? Rebecca odpowiedziała, ale pytanie ją zdziwiło. Czyżby bezpieka nie znała jej adresu? To by tłumaczyło, dlaczego list przyszedł do szkoły, a nie do jej domu. Musiała podać nazwiska oraz wiek rodziców i dziadków. - Kłamiecie! - oznajmił triumfalnie Scholz. - Mówicie, że matka ma trzydzieści dziewięć lat, a wy dwadzieścia dziewięć. Czyżby urodziła was jako dziesięciolatka? - Jestem adoptowana - odrzekła Rebecca. Poczuła ulgę, mogąc udzielić niewinnego wyjaśnienia. - Moi prawdziwi rodzice zginęli pod koniec wojny, kiedy nasz dom został trafiony pociskiem. - Miała wtedy trzynaście lat. Pociski Armii Czerwonej padały wszędzie, miasto leżało w gruzach, a ona była sama, oszołomiona i przerażona. Grupka żołnierzy wybrała sobie pulchną nastolatkę, przymierzając się do gwałtu. Ocaliła ją Carla, która poświęciła się w zamian. Jednak tamto przerażające wydarzenie sprawiło, że Rebecca podchodziła do seksu niepewnie i z lękiem. Czuła, że jeśli Hans nie jest usatysfakcjonowany, musi to być jej wina. Zadrżała, starając się odsunąć złe wspomnienie. - Carla Franck uratowała mnie przed... - Powstrzymała się w samą porę. Komuniści zaprzeczali, jakoby żołnierze Armii Czerwonej popełniali gwałty, mimo że potworną prawdę znała każda kobieta, która w 1945 roku przebywała na terenie Niemiec Wschodnich. - Carla mnie ocaliła - dodała, pomijając kontrowersyjne szczegóły. - Później ona i Werner zaadoptowali mnie zgodnie z prawem. Scholz notował wszystko skrupulatnie. Taka teczka nie może zawierać wielu informacji, pomyślała Rebecca, ale coś musi w niej być. Jeśli policjant ma tak skąpą wiedzę o rodzinie wezwanej osoby, co zwróciło jego uwagę? - Jesteście nauczycielką angielskiego - stwierdził. - Nie, uczę rosyjskiego.

- Znowu kłamiecie. - Nie kłamię i przedtem też nie kłamałam - odparła zwięźle Rebecca, dziwiąc się samej sobie, że tak buńczucznie odzywa się do funkcjonariusza bezpieki. Nie czuła już takiej obawy jak na początku. Może to głupota. Ten człowiek był młody i niedoświadczony, lecz wciąż mógł zrujnować jej życie. - Mam dyplom z języka i literatury rosyjskiej - ciągnęła, siląc się na przyjazny uśmiech. - W szkole kieruję wydziałem rusycystycznym, ale połowa nauczycieli wyjechała na Zachód, więc musimy sobie jakoś radzić. Dlatego w zeszłym tygodniu poprowadziłam dwie lekcje angielskiego. - Czyli jednak miałem rację! I w czasie lekcji zatruwacie umysły dzieci amerykańską propagandą. - O cholera - jęknęła Rebecca. - Czyżby chodziło o ulotkę z poradami dla amerykańskich żołnierzy? Policjant przeczytał z notatek: - Tu jest napisane: „Miejcie w pamięci, że w Niemczech Wschodnich nie ma wolności słowa”. Czy to nie jest amerykańska propaganda? - Wytłumaczyłam

uczniom,

że

Amerykanie

kultywują

prymitywne

przedmarksistowskie wyobrażenie wolności - odparowała Rebecca. - Przypuszczam, że wasz informator zapomniał o tym wspomnieć. - Zastanawiała się, kto był tą szują. Na pewno uczeń bądź rodzic, któremu powiedziano o zajęciach. Stasi miało więcej szpicli niż naziści. - A dalej: „W Berlinie Wschodnim nie pytajcie o drogę policjantów. W odróżnieniu od amerykańskich, nie mają oni za zadanie pomagać ludziom”. Co wy na to? - Czy to nieprawda? - odpowiedziała pytaniem Rebecca. - Czy jako nastolatek zapytaliście kiedyś Vopo, jak dojść na stację metra? - Policja w Niemczech Wschodnich nazywała się Volkspolizei, w skrócie Vopo. - Nie mogliście znaleźć odpowiedniejszego materiału do nauczania dzieci? - Może sami przyjdziecie do szkoły i dacie lekcję angielskiego? - Nie znam angielskiego! - Ani ja! - zawołała Rebecca i od razu pożałowała, że podniosła głos. Ale Scholz się nie rozgniewał, sprawiał wrażenie trochę onieśmielonego. Z pewnością brakowało mu doświadczenia, lecz mimo to nie powinna sobie pozwalać na nierozwagę. - Ani ja powtórzyła ciszej. - Improwizuję i korzystam ze wszelkich materiałów w języku angielskim, jakie wpadną mi w ręce. - Przyszło jej na myśl, że pora udać skruchę. - Z pewnością popełniłam błąd i bardzo tego żałuję, sierżancie. - Sprawiacie wrażenie inteligentnej osoby - rzucił policjant.

Zmrużyła lekko powieki. Czyżby zastawiał na nią pułapkę? - Dziękuję za komplement - odparła neutralnym tonem. - Potrzeba nam inteligentnych osób, zwłaszcza kobiet. Rebecca się zdziwiła. - Do czego? - Do tego, by miały oczy otwarte, orientowały się w sytuacji i dawały nam znać, kiedy dzieje się coś złego. Teraz Rebeccę ogarnęło wzburzenie. - Prosicie

mnie,

bym

została

informatorką

Stasi?

-

spytała

po

chwili

z niedowierzaniem. - To jest ważne działanie obywatelskie. Ma kluczowe znaczenie zwłaszcza w szkołach, bo tam kształtują się ludzkie postawy. - Rozumiem. Rebecca rozumiała i to, że młody bezpieczniak popełnił poważny błąd. Zdobył informacje o jej poczynaniach w miejscu pracy, ale nie dowiedział się nic o rodzinie, która u komunistycznych władz miała bardzo złą opinię. Gdyby to sprawdził, z całą pewnością nie zwróciłby się do niej z taką propozycją. Mogła sobie wyobrazić, jak do tego doszło. Nazwisko Hoffmann było jednym z najpospolitszych, a imię Rebecca także nie należało do nietypowych. Żółtodziób z tajnej policji mógł łatwo podążyć tym fałszywym tropem. - Jednak ci, którzy wykonują tę pracę, muszą być całkowicie uczciwi i godni zaufania - oświadczył Scholz. Omal nie parsknęła śmiechem, usłyszawszy ten paradoks. - Uczciwi i godni zaufania? - powtórzyła. - I mają szpiegować znajomych? - Jak najbardziej - potwierdził, nie dostrzegając ironii. - Są także pewne korzyści dodał, ściszając głos. - Stalibyście się jedną z nas. - Nie wiem, co odpowiedzieć. - Nie musicie podejmować decyzji w tej chwili. Idźcie do domu i zastanówcie się, ale nikomu o tym nie opowiadajcie. Sprawa musi pozostać w tajemnicy, oczywiście. - Oczywiście. Rebecca odczuła ulgę. Scholz szybko odkryje, że wybrał nader niewłaściwą kandydatkę, i wycofa propozycję. Jednak w tej chwili trudno mu było znów udawać, że ma do czynienia z siewczynią kapitalistycznej propagandy. Może uda jej się wyjść z opresji bez szwanku.

Wstał, ona zaś poszła za jego przykładem. Czy to możliwe, by wizyta w kwaterze Stasi zakończyła się tak pomyślnie? To było zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Grzecznie otworzył jej drzwi i poprowadził ją nieprzyjemnie żółtym korytarzem. Przed drzwiami windy stało pięciu lub sześciu agentów bezpieki i żywo o czymś rozprawiało. Na widok znajomej postaci aż się zlękła: mężczyzna był rosły i barczysty, o lekko pochylonej postawie. Miał na sobie jasnoszary flanelowy garnitur, który także doskonale znała. Zbliżała się do windy i patrzyła, nic nie rozumiejąc. To był jej mąż, Hans. Dlaczego się tu znalazł? W pierwszej chwili z obawą pomyślała, że on także stawił się na przesłuchanie. Jednak po chwili, spoglądając na mężczyzn, uświadomiła sobie, że pozostali nie traktują go jak podejrzanego. A zatem? Serce biło jej ze strachu, ale czego się bała? Może wezwały go obowiązki urzędnika Ministerstwa Sprawiedliwości, zastanawiała się w duchu. Nagle usłyszała, jak jeden z mężczyzn mówi: „Z całym szacunkiem, poruczniku...”. Nie dosłyszała reszty zdania. Poruczniku? Pracownicy administracji państwowej nie nosili stopni wojskowych - chyba że byli w policji... I wtedy Hans zauważył żonę. Dostrzegła emocje na jego twarzy, mężczyźni są tak łatwi do rozszyfrowania. Najpierw zmarszczył czoło, jakby ujrzał coś dobrze znanego w nietypowym otoczeniu, na przykład buraka w bibliotece. Potem otworzył szerzej oczy i lekko rozchylił usta, uświadomiwszy sobie, kogo widzi. Jednakże najsilniejsze wrażenie zrobiło na niej to, co stało się potem: policzki męża zaczerwieniły się ze wstydu i odwrócił głowę, chcąc ukryć poczucie winy. Milczała dłuższą chwilę, usiłując ogarnąć sytuację. A później, wciąż nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co się dzieje, powiedziała: - Dzień dobry, poruczniku Hoffmann. - Znacie porucznika? - spytał zaskoczony i przestraszony Scholz. - I to całkiem dobrze - odparła Rebecca. Z trudem panowała nad sobą, czując, jak narasta w niej zatrważające podejrzenie. - Zastanawiam się, czy już od jakiegoś czasu mnie nie inwigilował. - Ale to chyba niemożliwe, myślała. A może jednak? - Naprawdę? - zdziwił się głupio Scholz. Rebecca mierzyła Hansa ostrym wzrokiem, czekając na jego reakcję. Miała nadzieję, że wyśmieje jej supozycję i bez wahania poda prawdziwe, niewinne wytłumaczenie sytuacji. On zaś otworzył usta, jakby chciał coś odrzec, ale widziała, że nie zamierza powiedzieć

prawdy: miał minę kogoś, kto rozpaczliwie, lecz bezskutecznie usiłuje wymyślić jakąś prawdopodobną bajeczkę. - Nie wiedziałem! - tłumaczył się Scholz, który był bliski płaczu. - Jestem żoną Hansa - oznajmiła Rebecca, nie odrywając wzroku od męża. Wyraz jego twarzy znów się zmienił, poczucie winy ustąpiło miejsca gniewowi. W końcu odpowiedział, ale nie zwracał się do Rebekki: - Stul pysk, Scholz. Naraz Rebecca zrozumiała i jej świat się zawalił. Scholz był zbyt oszołomiony i puścił mimo uszu ostrzeżenie Hansa. - Jesteście tą Frau Hoffmann? - zapytał Rebeccę. Wściekły Hans zareagował błyskawicznie: zamachnął się prawą ręką i duża twarda pięść wylądowała na twarzy Scholza. Ten zatoczył się do tyłu, jego usta krwawiły. - Ty cholerny durniu - warknął Hans. - Właśnie spaprałeś dwa lata mozolnej tajniackiej pracy. - Dziwne telefony, nagłe zebrania, podarte kartki... - wyliczała cicho Rebecca. A więc jednak Hans nie miał kochanki. Prawda była o wiele gorsza. Kręciło jej się w głowie, ale wiedziała, że jeśli chce poznać prawdę, ma teraz jedyną szansę. Wszyscy byli zbici z tropu, lecz później zaczną kłamać i preparować sobie wymówki. - Ożeniłeś się ze mną po to, by mnie szpiegować? Patrzył na nią bez słowa. Scholz odwrócił się i ruszył korytarzem. - Idźcie za nim - polecił Hans kolegom. Nadjechała winda, Rebecca wsiadła do kabiny. - Aresztować tego idiotę i do celi z nim! - krzyknął Hans. Chciał coś powiedzieć do żony, ale drzwi się zamknęły. Rebecca wcisnęła guzik. Ledwie widziała przez łzy, kiedy przemierzała hol. Nikt jej nie zaczepił, widok zapłakanych ludzi był tam zapewne codziennością. Pokonała w deszczu parking i dotarła do przystanku autobusowego. Małżeństwo okazało się jednym wielkim fałszem. Rebecce trudno się było z tym pogodzić. Spała z Hansem, kochała go i wyszła za niego, a on przez cały czas ją oszukiwał. Niewierność można uznać za chwilowe potknięcie, lecz Hans był fałszywy od samego początku. Na pewno zaczął się z nią umawiać na randki po to, by ją szpiegować. Nie zamierzał się z nią żenić. Prawdopodobnie za pomocą flirtu chciał wślizgnąć się

do domu. Podstęp udał się aż nazbyt dobrze. To musiał być dla niego szok, kiedy Rebecca zaproponowała ślub. Może wymuszono na nim tę decyzję: albo odmówi i zaprzestanie inwigilacji, albo ożeni się i będzie mógł kontynuować robotę. Niewykluczone, że dostał rozkaz, by przyjąć oświadczyny. Rebecca zastanawiała się teraz, jak mogła tak bardzo dać się wyprowadzić w pole. Nadjechał autobus. Wsiadła szybko i ze spuszczoną głową przeszła na koniec. Usiadłszy, ukryła twarz w dłoniach. Wspominała okres ich narzeczeństwa. Kiedy przywoływała na pamięć kwestie, które stanęły na drodze jej poprzednich romansów - poglądy feministyczne i antykomunistyczne, bliski związek z Carlą - Hans zawsze udzielał poprawnych odpowiedzi. Uwierzyła, że oboje mają podobne przekonania, co było nieomal cudem. Nigdy nie przyszło jej na myśl, że narzeczony przez cały czas udaje. Autobus w ślimaczym tempie wlókł się ulicami wśród ruin i nowych budynków z betonu, zmierzając ku centralnej dzielnicy Mitte. Rebecca usiłowała skupić się na przyszłości, ale nie była w stanie. W jej głowie nieustannie przewijały się obrazy przeszłości. Przypominała sobie dzień ślubu, miodowy miesiąc i pierwszy rok związku. Hans traktował wszystko jak przedstawienie, w którym grał. Ukradł jej dwa lata życia i tak ją to rozgniewało, że przestała płakać. Wróciła myślą do tego wieczoru, kiedy oświadczyła się Hansowi. Spacerowali w Parku Ludowym we Friedrichshain i zatrzymali się przed starą baśniową fontanną, by popatrzeć na kamienne rzeźby żółwi. Miała na sobie sukienkę w swoim ulubionym granatowym kolorze. Hans był ubrany w nową tweedową marynarkę: udawało mu się znajdować dobre ubrania, mimo że pod względem mody Niemcy Wschodnie stanowiły pustynię. Gdy otaczał ją ramieniem, Rebecca czuła się bezpieczna, chroniona i hołubiona. Pragnęła jednego mężczyzny na zawsze i właśnie go znalazła. „Pobierzmy się, Hans”, rzekła z uśmiechem. Pocałował ją i odparł: „Wspaniały pomysł”. Ależ ja byłam głupia, pomyślała ze złością. Jedna sprawa się wyjaśniła: Hans na razie nie chciał mieć dzieci. Oznajmił, że najpierw wolałby zaczekać na następny awans i uzbierać na własny dom. Nie wspominał o tym przed ślubem, i Rebecca się zdziwiła: ona miała już dwadzieścia dziewięć lat, on zaś trzydzieści cztery. Teraz poznała prawdziwy powód. Wysiadając z autobusu, czuła już wściekłość. Szybkim krokiem szła w deszczu i wietrze do wysokiej starej kamienicy, w której mieszkała. Z przedpokoju przez otwarte drzwi zobaczyła matkę pogrążoną w rozmowie z Heinrichem von Kesselem, który po wojnie

był wraz z Carlą w radzie miejskiej z ramienia Socjaldemokratycznej Partii Niemiec. Rebecca minęła ich szybko i bez słowa. Jej dwunastoletnia siostra Lili odrabiała lekcje przy stole w kuchni. Z dużego pokoju płynęły dźwięki fortepianu, to jej brat Walli grał bluesa. Rebecca weszła na górę do dwupokojowego mieszkania, które zajmowała z Hansem. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła, była makieta, nad którą pracował od początku ich związku. Z zapałek i kleju budował miniaturę Bramy Brandenburskiej i wszyscy znajomi musieli mu oddawać zużyte zapałki. Makieta, prawie skończona, tkwiła na stoliku pośrodku pokoju. Hans zrobił już centralny łuk i skrzydła, a teraz pracował nad kwadrygą, czterokonnym rydwanem stojącym na szczycie, który był o wiele trudniejszy do wykonania. Z pewnością się nudził, pomyślała z goryczą Rebecca. Projekt pomagał mu przetrwać wieczory, które musiał spędzać z niekochaną kobietą. Ich małżeństwo było taką właśnie makietą, lichą kopią czegoś prawdziwego. Podeszła do okna i wyjrzała na dwór, deszcz wciąż padał. Po minucie przy krawężniku zatrzymał się brązowy trabant i wysiadł z niego Hans. Jak śmiał się tutaj pokazać? Otworzyła okno, nie zważając na wiatr i ulewę. - Wynoś się! Hans zatrzymał się na mokrym chodniku i uniósł głowę. Wzrok Rebekki padł na parę butów, które stały na podłodze tuż obok. Uszył je sędziwy szewc, którego Hans znalazł. Wzięła jeden do ręki i cisnęła. Rzut był dobry: mimo że Hans próbował się uchylić, but trafił go w czubek głowy. - Ty oszalała krowo! - ryknął. Walli i Lili weszli do pokoju i stanęli w drzwiach. Spoglądali na dorosłą siostrę, jakby stała się inną osobą. Niewykluczone, że mieli rację. - Ożeniłeś się ze mną na rozkaz Stasi! - zawołała. - Które z nas oszalało? Rzuciła drugim butem, lecz tym razem chybiła. - Co ty wyprawiasz? - zdziwiła się Lili. - Rany, ale odjazd - powiedział z uśmiechem Walli. Dwoje przechodniów zatrzymało się na chodniku, sąsiad stanął na progu i gapił się na dziwne widowisko. Hans zgromił ich wzrokiem. Żona robiła z niego durnia na oczach innych, raniło to do żywego jego dumę. Rebecca rozejrzała się za następnym pociskiem i jej wzrok spoczął na zapałczanym modelu Bramy Brandenburskiej. Stał na płycie ze sklejki i był ciężki, lecz Rebecca zdołała go dźwignąć.

- O kurczę - odezwał się Walli. Rebecca podeszła z makietą do okna. - Nie waż się! - krzyknął Hans. - To jest moje! Oparła drewnianą podstawę o parapet. - Zrujnowałeś mi życie, ty bandyto ze Stasi! Jedna z kobiet stojących na chodniku parsknęła szyderczym śmiechem. Wściekły Hans rozejrzał się, usiłując zlokalizować jego źródło, ale na próżno. To, że ktoś się z niego naigrawał, było najgorszą z tortur. - Odłóż makietę, zdziro! - pieklił się. - Pracowałem nad nią cały rok! - A ja przez rok walczyłam o nasze małżeństwo - odcięła się i uniosła makietę. - Rozkazuję ci! - wrzasnął. Rebecca z wysiłkiem wysunęła model za parapet i puściła. Odwrócił się w locie tak, że sklejka znalazła się u góry, a kwadryga na dole. Spadał długo, Rebecca miała wrażenie, że czas na chwilę stanął. A potem makieta rąbnęła w chodnik z odgłosem przypominającym zgniatanie papieru. Zapałki rozprysły się na wszystkie strony, fragmenty konstrukcji spoczęły bezładnie na mokrym betonie. Sklejka leżała nieruchomo, wszystko, co wcześniej na niej było, zniknęło jak zdmuchnięte. Hans przez dłuższą chwilę gapił się na resztki makiety z rozdziawionymi ustami. Potem się opanował i wyciągnął palec w stronę Rebekki. - Zapamiętaj moje słowa - rzekł zimnym głosem, który nagle ją przeraził. - Pożałujesz tego, ty i twoja rodzina. Będziecie tego żałowali do końca swoich dni. Przyrzekam. Wsiadł do samochodu i odjechał.

ROZDZIAŁ 2 Na śniadanie matka podała George’owi Jakesowi naleśniki z borówkami i bekon z płatkami. - Jeśli pochłonę to wszystko, będę musiał przejść do wagi ciężkiej - oznajmił George, który ważył prawie osiemdziesiąt kilogramów i był gwiazdą zapaśniczej reprezentacji Harvardu w wadze półśredniej. - Jedz do syta i daj sobie spokój z zapasami - odparła. - Nie wychowałam cię, żebyś został tępym wygibusem. - Usiadła naprzeciwko niego przy stole w kuchni i nasypała płatków na talerz. Wiedziała, że George nie jest tępakiem. Niebawem miał ukończyć harwardzki wydział prawa. Zaliczył egzaminy końcowe i był niemal pewny, że je zdał. Teraz przyjechał do skromnego podmiejskiego domku matki w hrabstwie Prince George w Marylandzie nieopodal Waszyngtonu. - Chcę zachować dobrą kondycję - wyjaśnił. - Może zostanę trenerem szkolnej reprezentacji w zapasach. - Pozazdrościć pomysłu. Spojrzał na nią czule. Jacky Jakes miała kiedyś urodę, widział jej zdjęcia z czasów, gdy była nastolatką i marzyła o karierze filmowej. Nadal wyglądała młodo, jej skóra o barwie ciemnej czekolady się nie marszczyła. „Dobra czerń nie pęka”, mawiały murzyńskie kobiety. Jednakże usta uśmiechające się szeroko na starych zdjęciach teraz przybrały wyraz posępnej determinacji. Nie została aktorką, może nigdy nie miała szans. Nieliczne role czarnych kobiet na ogół przypadały ślicznotkom o jasnej cerze. Tak czy inaczej, jej kariera dobiegła końca, zanim się zaczęła, gdy w wieku szesnastu lat zaszła w ciążę. Urodziła George’a i jej twarz zmąciła troska, ponieważ przez dziesięć lat musiała go samotnie wychowywać. Pracowała jako kelnerka, mieszkała w malutkim domku na tyłach Union Station i wpajała synowi, że musi pracować, uczyć się i zabiegać o szacunek. - Kocham cię, mamo, ale i tak pojadę na Rajd Wolności. Zacisnęła usta z dezaprobatą. - Masz dwadzieścia pięć lat - odparła po chwili. - Zrobisz, jak zechcesz. - Wcale nie. Każdą ważną decyzję, którą podjąłem, najpierw omówiłem z tobą. I pewnie zawsze tak będzie. - Ale mnie nie słuchasz.

- Nie zawsze. Mimo to jesteś najmądrzejszą osobą, jaką znam, nie wyłączając tych, które poznałem na Harvardzie. - A teraz mi słodzisz - odparła Jacky, lecz syn widział, że sprawił jej przyjemność. - Mamo, Sąd Najwyższy orzekł, że segregacja w autobusach międzystanowych i na dworcach jest sprzeczna z konstytucją, ale południowcy mają to za nic. Musimy jakoś zareagować! - I myślisz, że przejazdy autobusami coś zmienią? - Wsiądziemy tu, w Waszyngtonie, i pojedziemy na południe. Zajmiemy miejsca na przodzie, będziemy korzystali z poczekalni tylko dla białych i prosili, by nas obsłużono w barach dla białych, a kiedy ktoś odmówi, powiemy mu, że prawo jest po naszej stronie, a on je haniebnie łamie. - Synku, wiem, że masz rację, nie musisz mi tego tłumaczyć. Rozumiem konstytucję, ale jak sądzisz, co się stanie? - Prędzej czy później nas aresztują, dojdzie do procesu i będziemy publicznie bronić swoich praw. Jacky pokręciła głową. - Chciałabym wierzyć, że pójdzie wam tak łatwo. - Co masz na myśli? - Dorastałeś jako dziecko uprzywilejowane - zauważyła. - W każdym razie tak było od czasu, gdy twój biały ojciec pojawił się w naszym życiu. Miałeś wtedy sześć lat. Nie wiesz, jaki jest świat większości kolorowych. - Przykro mi, że tak mówisz - odparł George. Czarni aktywiści wielokrotnie mu to wypominali, aż krew się w nim gotowała. - Biały bogaty dziadek płaci za moje wykształcenie, ale to nie czyni mnie ślepym. Wiem, co się dzieje obok. - W takim razie wiedz i to, że aresztowanie wcale nie jest najgorszą rzeczą, jaka może cię spotkać. A jeśli sprawy potoczą się naprawdę źle? George zdawał sobie sprawę, że matka ma rację. Uczestnicy Rajdów Wolności narażali się na coś gorszego niż więzienie. Chciał ją jednak uspokoić. - Odbyłem zajęcia z biernego oporu. - Wszyscy, którzy mieli uczestniczyć w Rajdach Wolności, byli doświadczonymi bojownikami. Poza tym przechodzili specjalne szkolenie, jego program obejmował rodzaj psychodramy, w której wcielano się w różne role. - Biały facet udający brutala przezywał mnie czarnuchem, popychał i szturchał, a potem wywlókł z sali za nogi. Pozwoliłem mu na to, chociaż mogłem jedną ręką wyrzucić go przez okno. - Kto to był?

- Aktywista, bojownik o prawa obywatelskie. - A więc to nie było naprawdę. - Jasne, że nie. Grał swoją rolę. - No dobrze - westchnęła Jacky. George wiedział, że myśli coś przeciwnego. - Nic mi nie będzie, mamo. - Nie powiem już ani słowa. Zjesz te naleśniki? - Spójrz na mnie - odparł George. - Mam moherowy garnitur, krótko ostrzyżone włosy i buty wyglansowane tak, że można się w nich przeglądać. - George sam z siebie ubierał się elegancko na co dzień, lecz uczestników Rajdów Wolności instruowano, że mają budzić szacunek swoją prezencją i ubiorem. - Wyglądasz bardzo dobrze, tylko to kalafiorowate ucho. - George zniekształcił sobie prawe ucho za sprawą zapasów. - Kto chciałby zrobić krzywdę takiemu miłemu kolorowemu chłopcu? - Nawet sobie nie wyobrażasz... - zaczęła z nagłym gniewem Jacky. - Ci biali na Południu, oni... - George z przerażeniem zobaczył łzy w oczach matki. - Boże, tak bardzo się boję, że cię zabiją. Wyciągnął rękę i ujął jej dłoń. - Będę ostrożny, mamo, przyrzekam. Otarła twarz fartuchem. Chcąc zrobić jej przyjemność, George zjadł trochę bekonu, mimo że nie miał apetytu. Nie dawał tego po sobie znać, ale był zaniepokojony. Matka wcale nie przesadzała. Niektórzy aktywiści oponowali przeciwko Rajdom Wolności, argumentując, że prowokują do aktów przemocy. - Spędzisz dużo czasu w tym autobusie - zauważyła. - Przejazd stąd do Nowego Orleanu zajmie trzynaście dni. Codziennie wieczorem będziemy się zatrzymywać na zebrania i wiece. - Co masz do czytania? - Autobiografię Mahatmy Gandhiego. George uważał, że powinien wiedzieć dużo o Gandhim, którego filozofia stała się inspiracją dla pokojowej, wolnej od przemocy działalności na rzecz praw obywatelskich. Jacky wzięła książkę, która leżała na lodówce. - Mam tutaj coś bardziej rozrywkowego. To bestseller. Od zawsze dzielili się lekturami. Ojciec Jacky wykładał literaturę w college’u dla czarnoskórych studentów, toteż od dzieciństwa czytała książki. Kiedy George był mały, razem czytali książeczki z cyklu Bobbsey Twins i Hardy Boys, mimo że wszyscy bohaterowie

mieli białą skórę. Teraz regularnie wymieniali się przeczytanymi książkami. George spojrzał na tom w przezroczystej foliowej okładce świadczącej o tym, że został wypożyczony z biblioteki publicznej. - Zabić drozda - przeczytał na głos. - Ta książka niedawno zdobyła Pulitzera, prawda? - Miejsce akcji to Alabama, gdzie właśnie się wybierasz. - Dzięki. Kilka minut później George ucałował matkę na pożegnanie i z niewielką walizeczką w dłoni wyszedł z domu, by złapać autobus do Waszyngtonu. Wysiadł na dworcu linii Greyhound w śródmieściu. W kawiarni spotkała się grupka aktywistów ruchu praw obywatelskich. George znał niektórych ze szkolenia. Byli wśród nich czarni i biali, mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi. Oprócz kilkunastu uczestników rajdu znaleźli się tam organizatorzy z Kongresu Równości Rasowej CORE, paru dziennikarzy z murzyńskiej prasy i ludzi popierających akcję. Postanowiono podzielić rajd na dwie grupy: połowa miała wyruszyć z dworca Trailways po przeciwnej stronie ulicy. Nigdzie nie było transparentów ani kamer telewizyjnych, wyjazd miał się odbyć bez rozgłosu, co należało uznać za dobry znak. George przywitał się z Josephem Hugo, białym kolegą ze studiów, który miał lekko wyłupiaste niebieskie oczy. Wspólnie zorganizowali bojkot sieci jadłodajni Woolworth’s w Cambridge

w stanie

Massachusetts,

której

placówki

były w większości

stanów

zintegrowane, lecz na Południu, podobnie jak w autobusach, obowiązywała segregacja. Jednakże Joe zazwyczaj ulatniał się tuż przed konfrontacją i George wyrobił sobie o nim opinię jako o tchórzu z dobrymi intencjami. - Jedziesz z nami? - zapytał, starając się ukryć sceptycyzm. Joe pokręcił głową. - Przyszedłem tylko, żeby się pożegnać. Palił długiego mentolowego papierosa z białym filtrem i nerwowym ruchem strzepywał popiół o krawędź blaszanej popielniczki. - Szkoda. Ty jesteś z Południa, prawda? - Z Birmingham w Alabamie. - Będą nas wyzywali od nasłanych podżegaczy. Dobrze byłoby mieć w autobusie kogoś z Południa, wytrącilibyśmy im argument z ręki. - Nie mogę, mam parę spraw do załatwienia. George nie naciskał, bo i on czuł obawę. Gdyby zaczęli rozmawiać o zagrożeniach, mógłby sam siebie zniechęcić. Rozejrzał się i ucieszył na widok Johna Lewisa, cichego, lecz zasługującego na podziw studenta teologii. John był jednym z założycieli Studenckiego

Komitetu Aktywizmu bez Przemocy, jednej z najbardziej radykalnych organizacji walczących o prawa obywatelskie. Przewodniczący poprosił o uwagę i zaczął wygłaszać krótkie oświadczenie dla prasy. George zauważył, że do kawiarni wszedł wysoki biały mężczyzna w wieku czterdziestu lat, ubrany w pomięty lniany garnitur. Był przystojny, ale tęgi, miał lekko zaczerwienioną twarz pijaka. Wyglądał jak pasażer autobusu i nikt nie zwrócił na niego uwagi. Usiadł obok George’a, objął go ramieniem i lekko uścisnął. Był to senator Greg Peshkov, jego ojciec. Ich

pokrewieństwo

stanowiło

tajemnicę

poliszynela,

wiedziano

o nim

w Waszyngtonie, lecz nigdy jej publicznie nie potwierdzono. Greg nie był jedynym politykiem ukrywającym tego rodzaju tajemnicę. Senator Strom Thurmond opłacał edukację córki służącej, która pracowała w jego domu rodzinnym. Dziewczyna była podobno jego dzieckiem, co nie przeszkadzało Thurmondowi w pozostawaniu wściekłym segregacjonistą. Kiedy Greg pierwszy raz spotkał się z sześcioletnim synem, który zupełnie go nie znał, kazał mu nazywać się wujkiem Gregiem, nie znaleźli później lepszego eufemizmu na określenie tego związku krwi. Greg był egoistą i nie można było na niego liczyć, ale do pewnego stopnia troszczył się o syna. Jako nastolatek George długo żywił gniew wobec ojca, lecz w końcu pogodził się z sytuacją i zaakceptował go takim, jaki był. Uznał, że lepiej jest mieć ojca połowicznie niż nie mieć go wcale. - George - odezwał się cicho Greg. - Martwię się. - Nie tylko ty, mama także. - Co powiedziała? - Uważa, że rasiści z Południa wszystkich nas zabiją. - Nie sądzę, by do tego doszło, ale możesz stracić posadę. - Czy pan Renshaw coś o tym wspomniał? - Cholera, nie, jeszcze nic nie wie. Ale szybko się dowie, jeśli cię aresztują. Renshaw pochodził z Buffalo i był przyjacielem Grega z dzieciństwa, a obecnie starszym wspólnikiem w prestiżowej kancelarii prawniczej Fawcett Renshaw. Latem zeszłego roku Greg wystarał się dla syna o wakacyjną pracę biurową w firmie i zgodnie z ich nadziejami, staż zaowocował propozycją pełnego etatu po ukończeniu studiów. To było jak wygrana na loterii, gdyż George miał zostać pierwszym Murzynem, który otrzyma w kancelarii pracę inną niż sprzątanie. - Rajd Wolności to nie jest łamanie prawa, nie jesteśmy wichrzycielami - tłumaczył

poirytowany George. - Działamy na rzecz egzekwowania tego, co zapisano w konstytucji, przestępcami są oni, zwolennicy segregacji. Adwokat taki jak Renshaw powinien to rozumieć. - I rozumie, ale mimo to nie może zatrudnić kogoś, kto miał utarczki z policją. Wierz mi, gdybyś był biały, sytuacja wyglądałaby tak samo. - Ale prawo jest po naszej stronie! - Życie bywa niesprawiedliwe, twoje studenckie czasy dobiegły końca: witaj w prawdziwym świecie. - Przygotujcie bilety i sprawdźcie bagaże! - zawołał szef grupy. George wstał. - Chyba ci tego nie wyperswaduję, prawda? - spytał Greg. Miał tak smutną minę, że George zapragnął ulec jego namowom, nie mógł jednak tego zrobić. - Nie, już postanowiłem. - A więc proszę cię, żebyś zachował ostrożność. George’a ogarnęło wzruszenie. - Szczęściarz ze mnie, bo mam ludzi, którzy się o mnie martwią - rzekł. - Wiem o tym. Greg uścisnął go za ramię i wyszedł niepostrzeżenie. Jego syn ustawił się w kolejce i kupił bilet do Nowego Orleanu. Podszedł do granatowo-szarego autobusu i podał bagaż, który został umieszczony w luku. Na boku pojazdu namalowany był duży chart oraz hasło reklamowe: „Jak dobrze jest rozsiąść się w autobusie... A my nim pokierujemy”. George wsiadł. Szef rajdu skierował go do miejsca w przedniej części. Pozostali mieli dobrać się tak, by biali siedzieli obok czarnych. Kierowca nie zwrócił uwagi na grupę, zwykli pasażerowie okazali niewielkie zainteresowanie. George otworzył książkę, którą dostał od matki, i przeczytał pierwszą linijkę. Po chwili lider skierował do George’a jedną z kobiet. Zadowolony George powitał ją skinieniem głowy. Spotkali się kilkakrotnie i polubił ją. Nazywała się Maria Summers i była ubrana w skromną jasnoszarą sukienkę z bawełny z dekoltem pod szyję. Miała skórę w głębokim ciemnym odcieniu podobną do skóry matki George’a, ładny płaski nosek i usta, które nasuwały myśl o pocałunku. Wiedział, że studiuje na wydziale prawa w Chicago i tak samo jak on jest na ostatnim roku, prawdopodobnie byli więc rówieśnikami. Domyślał się, że jest nie tylko inteligentna, ale także zdeterminowana, inaczej nie dostałaby się na uczelnię, ponieważ przeciwko niej przemawiały zarówno kolor skóry, jak i płeć.

George zamknął lekturę, gdy kierowca uruchomił silnik i autobus ruszył z miejsca. Maria spojrzała na okładkę książki. - Zabić drozda. Latem ubiegłego roku byłam w Montgomery w Alabamie. Montgomery było stolicą stanu. - Co tam porabiałaś? - zainteresował się George. - Ojciec jest adwokatem, jego klient pozwał władze stanowe. W wakacje pomagałam tacie w pracy. - Wygraliście sprawę? - Nie. Ale zdaje się, że przeszkadzam ci w lekturze. - Chyba żartujesz. Poczytać mogę zawsze, a nieczęsto zdarza się, żeby taka ładna dziewczyna usiadła obok faceta. - Ojej. Ostrzegano mnie, że umiesz słodko gadać. - Zdradzę ci mój sekret, jeśli chcesz. - No, słucham. - Jestem szczery. Roześmiała się. - Tylko tego nie rozpowiadaj - poprosił George. - Zrujnowałabyś mi opinię. Autobus przejechał nad Potomakiem i znalazł się w Wirginii na drodze numer jeden. - Jesteś teraz na Południu - oznajmiła Maria. - Masz już stracha? - No jasne. - Ja też. Trasa wiodła prosto jak strzelił przez ciągnący się na wiele kilometrów las o barwie wiosennej zieleni. Mijali miasteczka, w których mężczyźni nie mieli nic lepszego do roboty, toteż zatrzymywali się, by popatrzeć na sunący autobus. George rzadko wyglądał przez okno. Dowiedział się, że Maria wychowała się w bardzo religijnej rodzinie, jej dziadek był kaznodzieją. On zaś zdradził, że do kościoła chodzi głównie po to, by sprawić przyjemność matce, wtedy Maria wyznała, że z nią jest tak samo. Przegadali całą drogę do Fredericksburga, czyli osiemdziesiąt kilometrów. Uczestnicy rajdu zamilkli, gdy autobus wjechał do małego historycznego miasteczka, w którym wciąż utrzymywała się supremacja białych. Dworzec linii Greyhound znajdował się między dwoma kościołami z czerwonej cegły i z białymi drzwiami. Wiara chrześcijańska na Południu niekoniecznie stanowiła dobry sygnał. Autobus zatrzymał się i George ze zdziwieniem zobaczył, że na drzwiach poczekalni nie wiszą tabliczki z napisami „Tylko dla białych” i ”Tylko dla kolorowych”.

Pasażerowie wysiedli z autobusu i stali, mrużąc oczy w słońcu. George przyjrzał się drzwiom dokładniej i zauważył jaśniejsze plamy: zapewne tabliczki segregacyjne zostały zdjęte całkiem niedawno. Aktywiści i tak postanowili zrealizować plan. Biały uczestnik rajdu wszedł do brudnej toalety na tyłach, najwyraźniej przeznaczonej dla Murzynów. Nic mu się nie stało, lecz to była łatwiejsza część zadania. George zgłosił się na ochotnika, by rzucić wyzwanie regulaminowi jako czarny. - No to jazda - rzekł do Marii i wszedł do czystej, świeżo wymalowanej toalety, z której bez wątpienia dopiero co usunięto tabliczkę „Tylko dla białych”. Młody biały mężczyzna czesał swoją bujną fryzurę. Zerknął w lusterku na George’a, ale się nie odezwał. George był zbyt przestraszony, by się wysikać, nie mógł jednak tak po prostu wyjść, więc umył ręce. Tamten także wyszedł, lecz pojawił się inny, starszy, i wszedł do boksu. George wytarł ręce w papierowy ręcznik. Nie było nic więcej do zrobienia, więc opuścił toaletę. Czekała na niego reszta aktywistów. Wzruszył ramionami. - Nic się nie stało. Nikt mnie nie zatrzymywał, nikt nic nie mówił. - Poprosiłam o colę przy ladzie i kelnerka mnie obsłużyła - oznajmiła Maria. - Wydaje mi się, że ktoś podjął tutaj decyzję, by unikać kłopotów. - Czy tak pozostanie aż do samego Nowego Orleanu? - zastanawiał się głośno George. - Będą się zachowywali tak, jakby nic się nie stało? A później, kiedy odjedziemy, znowu narzucą segregację? W ten sposób stracimy grunt pod nogami! - Nie martw się - odparła Maria. - Poznałam tych, którzy rządzą w Alabamie. Uwierz mi, nie są tacy bystrzy.

ROZDZIAŁ 3 Walli Franck grał na fortepianie w pokoju na górze. Ojciec Wallego dbał o to, żeby pełnowymiarowy instrument Steinwaya był nastrojony, tak by babcia Maud mogła go używać. Walli usiłował sobie przypomnieć akordy piosenki Elvisa Presleya A Mess of Blues. Były w tonacji C, co ułatwiało sprawę. Babcia czytała nekrologi w ”Berliner Zeitung”. Siedemdziesięcioletnia dama była szczupła i trzymała się prosto, miała na sobie granatową sukienkę z kaszmiru. - Dobrze sobie radzisz z tą muzyką - stwierdziła, nie odrywając wzroku od gazety. Masz mój słuch i moje zielone oczy. Dziadek Walter, po którym odziedziczyłeś imię, nigdy nie umiał grać ragtime’u, pokój jego duszy. Chciałam go nauczyć, ale to było beznadziejne. - Ty grałaś ragtime? - zapytał zdziwiony Walli. - Zawsze słyszałem, jak grasz klasykę i nic poza tym. - Ragtime ocalił nas od głodu, kiedy twoja mama była malutka. Po pierwszej wojnie światowej grywałam w klubie Nachtleben, tu, w Berlinie. Zarabiałam miliardy marek za wieczór i ledwo starczało na chleb. Ale czasem trafił się napiwek w obcej walucie i przez tydzień można było przeżyć za dwa dolary. - O rany. - Nie wyobrażał sobie, by jego babcia o srebrnych włosach grała na fortepianie za napiwki w nocnym klubie. Do pokoju weszła siostra Wallego. Była prawie o trzy lata młodsza i od pewnego czasu nie wiedział, jak się do niej odnosić. Odkąd pamiętał, stanowiła utrapienie niczym młodszy brat, tyle że głupszy. Jednak ostatnio nabrała rozumu, a sprawy skomplikowały się jeszcze bardziej, bo niektórym z jej koleżanek urosły piersi. Odwrócił się od fortepianu i wziął gitarę, którą przed rokiem kupił w lombardzie w Berlinie Zachodnim. Pewnie jakiś amerykański żołnierz zastawił ją za pożyczkę, której nie spłacił. Producent nazywał się Martin i choć instrument nie kosztował dużo, zdaniem Wallego był bardzo dobry. Podejrzewał, że ani właściciel lombardu, ani żołnierz nie zdawali sobie sprawy z jego wartości. - Posłuchaj tego - rzekł do Lili i zaczął śpiewać pochodzącą z Bahamów melodię All My Trials z angielskim tekstem. Usłyszał ją w zachodniej stacji radiowej, cieszyła się popularnością wśród amerykańskich grup folkowych. Molowe akordy nadawały jej melancholijny charakter, Walli był zadowolony z tęsknie brzmiących szarpnięć strun, które sam opracował.

Kiedy skończył, babcia Maud uniosła głowę znad gazety i oznajmiła po angielsku: - Twój akcent jest absolutnie koszmarny, dziecko drogie. - Sorry. - Ale zaśpiewałeś ładnie - pochwaliła Maud, wróciwszy do niemieckiego. - Dziękuję. - Walli spojrzał na Lili. - A ty co sądzisz o tym kawałku? - Ciut ponury. Może bardziej mi się spodoba, kiedy usłyszę go więcej razy. - To kiepsko. Chcę go dzisiaj zagrać w Minnesänger. - Był to klub miłośników muzyki folkowej niedaleko Kurfürstendamm w Berlinie Zachodnim. Nazwa oznaczała trubadura. Lili to zaimponowało. - Wystąpisz w Minnesänger? - To wyjątkowy wieczór. Organizują konkurs, każdy może zagrać. Zwycięzca dostanie szansę regularnego koncertowania. - Nie wiedziałam, że w klubach są takie imprezy. - Zwykle ich nie ma. To wyjątek. - A nie trzeba być starszym, żeby chodzić do takich lokali? - zaciekawiła się babcia. - Owszem, ale ja już tam bywałem. - Walli wygląda na starszego, niż jest - dodała jego siostra. - Hm. - Nigdy nie śpiewałeś przed publicznością - zauważyła Lili. - Masz tremę? - No jasne. - Powinieneś zagrać coś weselszego. - Pewnie tak. - Może This Land is Your Land? Bardzo to lubię. Walli zagrał, a Lili śpiewała razem z nim. Weszła ich starsza siostra Rebecca. Walli ją ubóstwiał. Po wojnie, kiedy rodzice harowali ze wszystkich sił, by wyżywić rodzinę, Rebecca często opiekowała się młodszym rodzeństwem. Była jak druga matka, ale nie tak surowa. I miała ikrę! Podziwiał ją, kiedy wyrzuciła przez okno zapałczaną makietę budowaną przez męża, uważał, że to było niesamowite. Walli nigdy nie darzył sympatią Hansa, w skrytości ducha cieszył się, że już go nie ma. Wszyscy sąsiedzi paplali o tym, że Rebecca nieświadomie wyszła za oficera Stasi. Walli zyskał dzięki temu sławę w szkole, do tej pory nikt nie sądził, by rodzina Francków zasługiwała na uwagę. Zwłaszcza dziewczęta uznały to za fascynujące, że przez niemal rok

tajna policja wiedziała o wszystkim, co działo się w jego domu. Rebecca była siostrą Wallego, lecz mimo to podziwiał jej urodę. Miała cudowną figurę oraz śliczną twarz, w której były i łagodność, i siła. Teraz jednak zauważył, że siostra wygląda jak osoba pogrążona w żałobie. Przestał grać. - Co się stało? - Wyrzucono mnie z pracy - odparła Rebecca. Babcia Maud odłożyła gazetę. - To jakiś obłęd! - oburzył się Walli. - Chłopaki z twojej szkoły mówią, że jesteś najlepszą nauczycielką! - Wiem. - Dlaczego cię wylali? - Wydaje mi się, że to zemsta Hansa. Walli przypomniał sobie jego słowa po tym, jak tysiące zapałek rozprysło się wśród kropel deszczu na chodniku. „Pożałujesz tego”, ryknął, spoglądając w górę. Walli uznał to za blef, lecz gdyby się chwilę zastanowił, doszedłby do wniosku, że agent tajnej policji ma możliwość wprowadzenia groźby w czyn. „Ty i twoja rodzina”, wrzeszczał tajniak. Walli zadrżał, uświadomiwszy sobie, że przekleństwo objęło także jego. - Czy szkole nie doskwiera brak nauczycieli? - dociekała babcia Maud. - Bernd Held miota się z rozpaczy - odparła Rebecca - ale dostał polecenie z góry. - I co teraz poczniesz? - chciała wiedzieć Lili. - Znajdę sobie inną pracę, to nie powinno być trudne. Bernd wystawił mi wzorową opinię. Nauczycieli brakuje w każdej szkole w Niemczech Wschodnich, bo wielu przeniosło się na Zachód. - Ty też powinnaś - stwierdziła Lili. - Wszyscy powinniśmy - poparł ją Walli. - Mama się nie zgodzi, przecież wiecie - przypomniała Rebecca. - Mówi, że problemy powinno się rozwiązywać, a nie przed nimi uciekać. W drzwiach stanął ojciec Wallego ubrany w granatowy garnitur i kamizelkę. Prezentował się po staroświecku, lecz elegancko. - Dobry wieczór, mój drogi - rzekła Maud. - Rebecca powinna się czegoś napić, zwolniono ją z pracy. - Babcia często sugerowała, że ktoś potrzebuje drinka. Wtedy sama także korzystała z okazji. - Wiem o tym - odparł krótko. - Rozmawiałem z nią. Musiał być w złym humorze, skoro odezwał się tak niegrzecznie do teściowej, którą

kochał i podziwiał. Walli nie odgadł, co wyprowadziło starego z równowagi. Niebawem się dowiedział. - Chodźmy do gabinetu, Walli, chcę zamienić z tobą słowo. - Przeszedł podwójnymi drzwiami do mniejszego pokoju, z którego uczynił swój gabinet. Walli podążył za nim. Ojciec usiadł przy biurku, syn wiedział, że ma stać. - Miesiąc temu rozmawialiśmy o paleniu papierosów. Wallego opadło poczucie winy. Zaczął palić, żeby pozować na starszego. Polubił to i teraz palił z przyzwyczajenia. - Przyrzekłeś, że rzucisz - wypomniał mu ojciec. Zdaniem Wallego ojca nie powinno obchodzić, czy syn pali, czy nie. - Rzuciłeś? - Tak - zełgał Walli. - Nie wiesz, że papierosy cuchną? - Chyba wiem. - Wyczułem je, gdy tylko wszedłem do mieszkania. Teraz Wallemu zrobiło się głupio. Został przyłapany na dziecinnym kłamstwie. To nie nastroiło go życzliwiej do ojca. - Dlatego wiem, że nie rzuciłeś. - W takim razie po co pytałeś? - Walli wychwycił nieprzyjemną nutę irytacji w swoim głosie. - Miałem nadzieję, że odpowiesz zgodnie z prawdą. - Miałeś nadzieję mnie przyłapać. - Możesz tak myśleć, jeśli chcesz. Pewnie masz teraz paczkę w kieszeni. - Owszem. - Połóż ją na biurku. Walli wyjął z kieszeni paczkę papierosów i gniewnie cisnął na blat. Ojciec wziął ją i mimochodem wrzucił do szuflady. Były to papierosy Lucky Strike, a nie nędzne wschodnioniemieckie f6, niemal pełna paczka. - Przez cały miesiąc nie wyjdziesz z domu wieczorem - zawyrokował ojciec. Przynajmniej nie będziesz przesiadywał w barach, w których gra się na banjo i bez przerwy ćmi papierosy. Wallego ścisnęło w żołądku ze strachu. Ledwie zdołał zachować spokój i rozsądek. - Nie na banjo, tylko na gitarze. I nie mogę nie wychodzić przez cały miesiąc. - Dość tych głupstw. Będzie tak, jak mówię.

- Zgoda - rzekł zdesperowany Walli. - Ale nie od dzisiaj. - Od teraz. - Dziś wieczorem muszę iść do klubu Minnesänger. - Właśnie od takich lokali masz się trzymać z daleka. Stary jest niemożliwy! - pomyślał Walli. - Nie wyjdę przez miesiąc od jutra, zgoda? - Kwarantanna nie może być dostosowana do twoich planów, ponieważ mijałaby się z celem. Ma być dla ciebie niewygodna. Ojciec był w takim nastroju, że trudno było mu cokolwiek wyperswadować, lecz przyparty do muru Walli mimo to podjął próbę. - Nie rozumiesz! Dzisiaj w klubie mam wziąć udział w konkursie, to wyjątkowa szansa. - A ja nie zamierzam odkładać twojej kary, żebyś mógł sobie pograć na banjo! - To jest gitara, ty stary idioto! Gitara! - wrzasnął Walli i wybiegł z pokoju. Trzy kobiety w sąsiednim pomieszczeniu wszystko słyszały i teraz patrzyły na niego. - Och, Walli... - odezwała się Rebecca. Jej brat wziął gitarę i wyszedł. Zszedł na dół bez żadnego planu, powodowany jedynie gniewem. Kiedy jednak ujrzał frontowe drzwi, wiedział już, co dalej robić. Z instrumentem w dłoni wybiegł z domu i trzasnął drzwiami tak mocno, że zatrząsł się cały dom. Okno na piętrze się otworzyło. - Wracaj, słyszysz? Wracaj w tej chwili, bo pożałujesz. Walli nie zwolnił kroku. Z początku był zły, lecz później poczuł uniesienie. Postawił się ojcu, a nawet nazwał go starym idiotą! Maszerował dziarskim krokiem w kierunku zachodnim. Wkrótce jednak euforia opadła i jął zastanawiać się nad konsekwencjami. Ojciec nie lekceważył nieposłuszeństwa. Miał władzę nad dziećmi i pracownikami i oczekiwał, że będą spełniali jego polecenia. Ale co może zrobić? Walli od dwóch lub trzech lat był za duży na klapsy. Dzisiaj ojciec usiłował zatrzymać go w domu niczym w więzieniu, lecz zamiar się nie powiódł. Czasami straszył, że wypisze go ze szkoły i każe u siebie pracować, Walli jednak uważał, że to pusta groźba: ojciec nie czułby się komfortowo ze świadomością, że niesubordynowany nastolatek snuje się po jego drogocennej fabryce. Mimo to chłopak miał przeczucie, że stary zdoła coś wykombinować. Ulica, którą szedł, prowadziła do Berlina Zachodniego, który zaczynał się za

skrzyżowaniem. Na rogu sterczało leniwie trzech Vopo, czyli wschodnioniemieckich gliniarzy. Mieli prawo zaczepić każdego, kto przekraczał niewidzialną granicę. Nie mogli nagabywać wszystkich, gdyż codziennie przekraczały ją tysiące ludzi, wśród nich wielu Grenzgänger, jak nazywali się berlińczycy ze Wschodu pracujący w zachodniej części miasta za wysokie pensje wypłacane w wartościowych markach zachodnich. Ojciec Wallego był jednym z nich, jakkolwiek pracował dla dochodu, a nie za pensję. Walli przekraczał granicę co najmniej raz w tygodniu, zwykle po to, by chodzić z kolegami do kin w Berlinie Zachodnim. Można w nich było oglądać wciągające amerykańskie filmy pełne przemocy, o wiele ciekawsze niż propagandowe bajeczki wyświetlane w komunistycznych kinach. W praktyce Vopo zatrzymywali każdego, kto zwrócił ich uwagę. Jeśli granicę przekraczała cała rodzina z dziećmi, było prawie pewne, że zostanie zatrzymana, zwłaszcza jeśli niosła bagaże, podejrzewano bowiem, że tacy ludzie zamierzają na stałe pożegnać Berlin Wschodni. Policjanci lubowali się także w nękaniu nastolatków, szczególnie tych ubranych według zachodniej mody. Wielu chłopaków z Berlina Wschodniego należało do szajek występujących przeciwko establishmentowi, nosiły one nazwy takie jak Texas Gang, Jeans Gang, Elvis Presley Appreciation Society i tym podobne. Nienawidzili policji, a policja odwzajemniała im się tym samym. Walli miał na sobie czarne spodnie, białą koszulkę i brązową kurtkę. Wyglądał fajnie, tak w każdym razie sądził, trochę jak James Dean, ale nie jak członek gangu. Jednakże gitara mogła ściągnąć na niego uwagę gliniarzy. Stanowiła ona skrajny symbol tego, co określano mianem „amerykańskiej antykultury” i uważano za coś jeszcze gorszego niż komiksy o Supermanie. Przeciął ulicę, starając się nie spoglądać w stronę Vopo. Mimo to kątem oka zauważył, że jeden z policjantów mu się przygląda. Ale nie padło ani jedno słowo i Walli wkroczył na terytorium wolnego świata. Wsiadł do tramwaju obok południowego końca parku. Jego zdaniem najlepsze w Berlinie Zachodnim było to, że wszystkie dziewczęta nosiły pończochy. Dotarł do klubu Minnesänger mieszczącego się w suterenie przy uliczce odchodzącej od Ku’damm, serwowano w nim cienkie piwo i bułki z parówką. Przyszedł wcześnie, lecz lokal już się zapełniał. Zagadnął młodego właściciela klubu Danniego Hausmanna i wpisał się na listę uczestników konkursu. Kupił sobie piwo i nikt nie zapytał go o wiek. W klubie było wielu podobnych do niego chłopaków z gitarami, niewiele mniej dziewczyn oraz parę starszych osób. Godzinę później zaczął się konkurs. Każdy uczestnik wykonywał dwie piosenki.

Niektórzy byli beznadziejni, potrafili wybrzdąkać jedynie najprostsze akordy, lecz było też kilku bardziej zaawansowanych od Wallego. Wykonawcy w większości przypominali wyglądem amerykańskich artystów, których utwory starali się naśladować. Trzech ubranych jak Kingston Trio odśpiewało piosenkę Tom Dooley, a dziewczyna z długimi czarnymi włosami, akompaniująca sobie na gitarze, wykonała Dom Wschodzącego Słońca całkiem jak Joan Baez. Nagrodzono ją głośnymi brawami i aplauzem. Dwaj starsi mężczyźni ubrani w sztruksy wstali i zaśpiewali piosenkę o uprawie roli zatytułowaną Im Märzen der Bauer do akompaniamentu akordeonu. Była to muzyka folkowa, lecz nie takiej pragnęła widownia. Dostali podszyte ironią oklaski, byli niedzisiejsi. Walli z niecierpliwością czekał na swoją kolej, gdy nagle podeszła do niego ładna dziewczyna. Często mu się to zdarzało. Sądził, że ma nietypową twarz z wydatnymi kośćmi policzkowymi i oczami w kształcie migdałów, trochę jak u Japończyka, lecz wiele dziewcząt uważało, że jest atrakcyjny. Ta, która podeszła teraz do niego, wyglądała na starszą o rok lub dwa i przedstawiła się jako Karolin. Jej owalną twarz okalały długie proste włosy z przedziałkiem pośrodku. W pierwszej chwili pomyślał, że jest taka sama jak wszystkie inne wielbicielki muzyki folkowej, miała jednak szeroki uśmiech, który przyprawił go o drżenie serca. - Chciałam wziąć udział w konkursie razem z bratem, który gra na gitarze, ale puścił mnie kantem - oznajmiła. - Nie miałbyś ochoty ze mną wystąpić? Walli w pierwszym odruchu zamierzał odmówić. W jego repertuarze nie było piosenek do śpiewania w duecie. Jednak Karolin była czarująca i pragnął dalej z nią rozmawiać. - Musielibyśmy zrobić próbę - odrzekł z wahaniem. - Możemy wyjść na zewnątrz. Jakie piosenki miałeś w planie? - All My Trials, a później This Land is Your Land. - A co byś powiedział na Noch Einen Tanz? Walli nie miał tego utworu w repertuarze, ale go znał, poza tym melodia była łatwa do zagrania. - Nie myślałem, że wykonam taki żartobliwy numer. - Publiczności się spodoba. Zaśpiewałbyś partię męską, w której on każe jej iść do domu do chorego męża, wtedy ja włączę się z jeszcze jeden taniec, a ostatni wers odśpiewamy wspólnie. - No to spróbujmy. Wyszli na dwór, był początek lata i jeszcze się nie ściemniło. Usiedli na progu

i zaśpiewali. Ich głosy dobrze współbrzmiały. Ostatnie słowa Walli zaśpiewał drugim głosem, improwizując. Karolin miała czysty kontralt, który zdaniem Wallego mógł brzmieć przejmująco, zaproponował, by dla kontrastu druga piosenka była smutna. Dziewczyna odrzuciła All My Trials, twierdząc, że jest zbyt dołujący, ale spodobał jej się wolny utwór w stylu spirituals zatytułowany Nobody’s Fault but Mine. Kiedy go śpiewali, Wallemu zjeżyły się włoski na karku. Jakiś amerykański żołnierz wchodził akurat do klubu. - Boże drogi, toż to Bobbsey Twins - odezwał się po angielsku. Karolin parsknęła śmiechem. - Zdaje się, że jesteśmy podobni, te jasne włosy i zielone oczy - powiedziała do Wallego. - Kim są Bobbsey Twins? Walli nie dostrzegł koloru jej tęczówek, ale pochlebiło mu, że ona zwróciła uwagę na jego oczy. - Nigdy o nich nie słyszałem - odparł. - Tak czy owak, to dobra nazwa dla duetu. Coś jak Everly Brothers. - Potrzebna jest nam nazwa? - Będzie potrzebna, jeśli wygramy. - No dobra, wracajmy. Pewnie zbliża się nasza kolej. - Jeszcze jedno - rzuciła Karolin. - Podczas śpiewania Noch Einen Tanz powinniśmy co jakiś czas spoglądać na siebie i się uśmiechać. - Okay. - Prawie tak, jakbyśmy byli parą, wiesz? To dobrze wypadnie na scenie. - Jasne. - Walli pomyślał, że nietrudno mu będzie uśmiechać się do Karolin, jak gdyby była jego dziewczyną. Na scenie wykonawczyni o jasnych włosach przygrywała sobie na gitarze i śpiewała Freight Train. Nie była tak ładna jak Karolin, lecz jej uroda bardziej rzucała się w oczy. Później jakiś świetny gitarzysta zagrał trudnego bluesa wymagającego wielkiej zręczności palców. A potem Danni Hausmann wywołał nazwisko Wallego. Ten zdenerwował się, stanąwszy twarzą do publiczności. Większość gitarzystów miała instrumenty z ozdobnymi skórzanymi paskami, jednak Walli nigdy nie zaprzątał sobie tym głowy i gitara wisiała na jego szyi na sznurku. Nagle pożałował, że nie ma paska. - Dobry wieczór, jesteśmy Bobbsey Twins - rzekła Karolin. Walli trącił struny i zaczął śpiewać, brak paska przestał mieć znaczenie. Piosenka była

na melodię walca, Walli grał ją zadziornie. Karolin udawała rozwiązłą, Walli zaś wystąpił w roli surowego pruskiego podoficera. Słuchacze zanosili się śmiechem. Wtedy w Wallim zaszła przemiana. W kawiarni było około setki ludzi, którzy nagradzali wykonawców wybuchami wesołości, lecz on poczuł coś, czego do tej pory nie znał. To było jak pierwsze sztachnięcie się papierosem. Publiczność zaśmiała się jeszcze kilka razy, a na koniec nastąpiły rzęsiste brawa. Wallemu spodobało się to jeszcze bardziej. - Polubili nas - szepnęła z radością Karolin. Walli zaczął grać Nobody’s Fault but Mine, szarpiąc struny paznokciami dla spotęgowania efektu melancholijnie brzmiących akordów septymowych. Widownia ucichła. Karolin zamieniła się teraz w upadłą kobietę pogrążoną w rozpaczy. Walli obserwował słuchaczy, wszyscy milczeli. Jakaś kobieta miała łzy w oczach, przemknęło mu przez myśl, że być może doświadczyła tego, o czym śpiewa Karolin. Pełna skupienia cisza brzmiała jeszcze przyjemniej niż śmiech. Na koniec publiczność nagrodziła wykonawców głośnymi oklaskami i domagała się kolejnych piosenek. Zgodnie z zasadami konkursu każdy uczestnik miał wykonać dwa numery, toteż Walli i Karolin zeszli ze sceny, ignorując okrzyki słuchaczy, lecz Hausmann kazał im na nią wrócić. Nie przećwiczyli trzeciej piosenki i teraz patrzyli na siebie z przestrachem. - Znasz This Land is Your Land? - spytał Walli. Dziewczyna pokiwała głową. Widownia przyłączyła się do wykonawców i Karolin zaśpiewała głośniej. Walli był zaskoczony siłą jej głosu. Zaśpiewał wyżej i ich głosy wzniosły się ponad chór słuchaczy. Schodząc ze sceny, czuł uniesienie, oczy Karolin błyszczały. - Naprawdę dobrze nam poszło! - oznajmiła. - Jesteś lepszy od mojego brata. - Masz fajki? - zapytał Walli. Konkurs trwał jeszcze godzinę, a oni siedzieli i palili papierosy. - Moim zdaniem byliśmy najlepsi - stwierdził Walli. Karolin była ostrożniejsza w sądach. - Spodobała im się ta jasnowłosa dziewczyna, która zaśpiewała Freight Train. Ogłoszono werdykt. Duet Bobbsey Twins zajął drugie miejsce. Wygrała naśladowczyni Joan Baez. Rozzłościło to Wallego.

- Nie umiała grać! - orzekł. Karolin podeszła do sprawy ze stoickim spokojem: - Ludzie kochają Joan Baez. Lokal zaczął pustoszeć, Walli i Karolin skierowali się do wyjścia. Wallego ogarnęło przygnębienie. Kiedy wychodzili, zagadnął ich Danni Hausmann. Dwudziestokilkuletni właściciel klubu ubierał się nowocześnie i swobodnie, miał na sobie czarny golf i dżinsy. - Zagralibyście półgodzinny koncert w przyszły poniedziałek? - zaproponował. Walli był tak zaskoczony, że nie odpowiedział, lecz Karolin zareagowała błyskawicznie. - No pewnie! - Ale konkurs wygrała ta dziewczyna udająca Joan Baez - odezwał się Walli, zanim zdążył się ugryźć w język. - Mam wrażenie, że potraficie bawić publikę dłużej, niż trwa jedna czy dwie piosenki - stwierdził Danni. - Macie tyle utworów, żeby wystarczyło na mały koncert? Walli ponownie się zawahał, lecz Karolin odpowiedziała za niego: - Do poniedziałku będziemy mieli. Walli przypomniał sobie, że zgodnie z zapowiedzią ojca przez miesiąc nie będzie mógł wieczorem wyjść z domu, ale postanowił o tym nie mówić. - Dzięki - rzucił Danni. - Zagracie wcześnie, o wpół do dziewiątej. Bądźcie o dziewiętnastej trzydzieści. Niesieni radością wyszli na oświetloną latarniami ulicę. Walli nie wiedział, jak poradzi sobie z ojcem, lecz optymistycznie zakładał, że wszystko się jakoś ułoży. Okazało się, że Karolin także mieszka w Berlinie Wschodnim. Wsiedli do autobusu i zaczęli rozmawiać o repertuarze na przyszły tydzień. Znali całe mnóstwo piosenek w stylu folk. Wysiedli i ruszyli w głąb parku. Karolin ściągnęła brwi. - Ten facet za nami. Walli obejrzał się. W odległości jakichś trzydziestu lub czterdziestu metrów zobaczył mężczyznę w czapce, który szedł za nimi, paląc papierosa. - Co chcesz powiedzieć? - Czy on aby nie był w klubie? Walli popatrzył nieznajomemu prosto w oczy, lecz ten odwrócił wzrok. - Nie wydaje mi się. Lubisz Everly Brothers? - Tak!

Szli dalej, a Walli zaczął śpiewać All I Have to Do is Dream, przygrywając sobie na gitarze wiszącej na sznurku na jego szyi. Karolin ochoczo się przyłączyła. Śpiewali, przemierzając park. Później Walli zagrał Back in the USA Chucka Berry’ego. Wyśpiewywali głośno refren cieszę się, że mieszkam w USA, kiedy Karolin nagle się zatrzymała. - Ciii! Walli uświadomił sobie, że doszli do granicy. Pod latarnią stało trzech Vopo i mierzyło ich wrogim spojrzeniem. Zamilkł momentalnie i miał nadzieję, że zdążyli w porę. Jeden z gliniarzy, sierżant, spojrzał za plecy Wallego. Chłopak obejrzał się i zobaczył, że nieznajomy w czapce krótko skinął głową. Sierżant podszedł do Wallego i Karolin. - Dokumenty. - Mężczyzna w czapce powiedział coś do krótkofalówki. Walli zmarszczył czoło. A więc Karolin miała rację: ktoś ich śledził. Przyszło mu na myśl, że to sprawka Hansa. Czy to możliwe, by był aż taki małostkowy i mściwy? Jak najbardziej. Sierżant spojrzał na legitymację Wallego. - Masz dopiero piętnaście lat, nie powinieneś być o tej godzinie poza domem. Walli zacisnął zęby, spieranie się z policjantami nie miało sensu. Sierżant popatrzył na legitymację Karolin. - A ty masz siedemnaście! Co robisz z tym dzieciakiem? Walli przypomniał sobie kłótnię z ojcem. - Nie jestem dzieckiem - rzucił ze złością. Policjant puścił to mimo uszu. - Mogłabyś chodzić ze mną, jestem prawdziwy chłop - oznajmił. Dwaj koledzy zarechotali z aprobatą. Karolin milczała, lecz Vopo nie dawał za wygraną: - No co ty na to? - Chyba ci odbiło - odparła cicho Karolin. Policjant poczuł się dotknięty. - To było niegrzeczne. Walli zauważył, że niektórzy mężczyźni, słysząc odmowę od dziewczyny, reagowali oburzeniem, lecz każdą inną reakcję traktowali niczym zachętę. Jak kobieta miała się zachować?

- Proszę mi oddać legitymację - powiedziała Karolin. - Jesteś dziewicą? - zapytał sierżant. Zarumieniła się. Policjanci znów zarechotali. - Kobiety powinny mieć informacje w dowodach tożsamości - kontynuował sierżant. Dziewica czy nie. - Przestań - rzekł Walli. - Łagodnie obchodzę się z dziewicami. Walli gotował się w środku. - Mundur nie daje ci prawa dręczenia dziewcząt! - Naprawdę? - mruknął sierżant, wciąż ściskając w dłoni ich legitymacje. Nadjechał brązowy trabant 500 i wysiadł z niego Hans Hoffmann. Wallego ogarnął lęk. Dlaczego go tak dręczą? Przecież tylko śpiewał piosenki w parku. Hans zbliżył się do grupki. - Pokaż mi to, co masz na szyi. - Dlaczego? - odparł Walli, zbierając się na odwagę. - Bo

podejrzewam,

kapitalistyczno-imperialistycznej

że

wykorzystujesz

propagandy

na

to

terytorium

do

szmuglowania

Niemieckiej

Republiki

Demokratycznej. Dawaj. Gitara była dla Wallego rzeczą tak cenną, że mimo lęku nie posłuchał. - A jeśli jej nie dam? Aresztujecie mnie? Sierżant potarł prawą dłonią knykcie lewej. - Tak, później cię aresztujemy - potwierdził Hans. Odwaga Wallego się wyczerpała. Zdjął sznurek z szyi i podał Hansowi instrument. Tajniak ujął gitarę tak, jakby chciał na niej zagrać, a potem zaśpiewał po angielsku: - Jesteś tylko psem gończym, niczym więcej. - Vopo parsknęli histerycznym śmiechem. Wyglądało na to, że nawet oni słuchali stacji z muzyką pop. Hans wsunął dłoń pod struny i zaczął macać w otworze akustycznym. - Uważaj! - powiedział chłopak. Najwyższa struna E pękła z piskliwym brzękiem. - To delikatny instrument! - ostrzegł z rozpaczą w głosie Walli. Struny ograniczały zasięg palców Hansa. - Ktoś ma nóż?

Sierżant sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął nóż z szerokim ostrzem, Walli był pewien, że nie należy on do standardowego wyposażenia. Hans usiłował przeciąć struny, lecz okazały się twardsze, niż przypuszczał. Zdołał zerwać struny H i G, lecz grubszych nie udawało mu się przepiłować. - Tam nic nie ma - błagał Walli. - Przecież czujesz po ciężarze. Tajniak spojrzał na niego, uśmiechnął się i mocno wbił ostrze w pudło rezonansowe obok podstawka. Klinga przeszła przez drewno, Walli aż krzyknął z bólu. Uradowany jego reakcją Hans powtórzył ruch, wybijając dziury w gitarze. Powierzchnia osłabła, napięte struny pociągnęły podstawek i otaczające go drewno, odrywając od korpusu instrumentu. Hans podważył resztę, odsłaniając wnętrze niczym pustą trumnę. - Nie ma kontrabandy - stwierdził. - Gratuluję, jesteś niewinny. - Podał Wallemu szczątki gitary, chłopak wziął ją. Sierżant z uśmieszkiem oddał dwojgu młodym ludziom legitymacje. Karolin ujęła Wallego pod rękę i odciągnęła go. - Chodź - rzekła cicho. - Wynośmy się stąd. Walli pozwolił się prowadzić. Nie widział, dokąd zmierza, bo nie mógł powstrzymać łez.

ROZDZIAŁ 4 George Jakes wsiadł do autobusu Greyhound w Atlancie w stanie Georgia w niedzielę, czternastego maja 1961 roku. Był Dzień Matki. Przepełniał go strach. Obok niego siedziała Maria Summers, zawsze siadali razem. Dla wszystkich stało się oczywiste, że puste miejsce obok niego zarezerwowane jest dla Marii. By ukryć zdenerwowanie, zaczął z nią rozmawiać. - Jakie wrażenie zrobił na tobie Martin Luther King? King stał na czele Konferencji Chrześcijan Południowych, jednej z najważniejszych organizacji walczących o prawa obywatelskie. Poznali go wczoraj podczas obiadu w restauracji w Atlancie należącej do czarnoskórego właściciela. - Niezwykły człowiek - powiedziała Maria. George nie był przekonany. - Wspaniale wyrażał się o uczestnikach Rajdu Wolności, ale nie ma go tu z nami. - Spróbuj postawić się na jego miejscu - odrzekła rozsądnie. - Jest przywódcą innej organizacji, która także walczy o prawa obywatelskie. Generał nie może zostać szeregowcem w oddziale, którym dowodzi ktoś inny. George nie pomyślał o tym w ten sposób. Maria była bardzo inteligentna. Prawie się w niej zakochał. Bardzo chciał znaleźć się z nią sam na sam, lecz ci, którzy gościli uczestników rajdu w swoich domach, szacowni czarni obywatele - wielu z nich było gorliwymi chrześcijanami - ani myśleli pozwalać młodym ludziom wykorzystywać swoich kwater do obściskiwania się. Maria zaś, tak powabna, nie robiła nic poza tym, że siedziała obok George’a, rozmawiała z nim i śmiała się z jego żartów. Nie wykonała żadnego drobnego gestu, którymi kobiety dają znać, że chcą czegoś więcej niż przyjaźń: nie dotknęła jego ręki, nie podała mu dłoni podczas wysiadania z autobusu, nie przycisnęła się do niego w tłoku. Nie flirtowała. Niewykluczone, że w wieku dwudziestu pięciu lat była dziewicą. - Długo z nim rozmawiałaś - zauważył George. - Gdyby nie był pastorem, pomyślałabym, że na mnie leci. George nie wiedział, jak na to zareagować. Wcale by się nie zdziwił, gdyby kaznodzieja przystawiał się do tak czarującej dziewczyny. Ależ ona ma naiwne wyobrażenie o mężczyznach, pomyślał. - Ja też zamieniłem z nim parę zdań.

- I co ci powiedział? George zawahał się, ponieważ przyczyną jego lęku były właśnie słowa pastora Kinga. Mimo to doszedł do wniosku, że Maria ma prawo je znać. - Jego zdaniem nie zdołamy przejechać przez Alabamę. Dziewczyna pobladła. - Naprawdę tak powiedział? - Tak. Od tej chwili bali się oboje. Greyhound ruszył z dworca. Przez pierwszych kilka dni George obawiał się, że Rajd Wolności przebiega zbyt spokojnie. Zwykli pasażerowie nie zwracali uwagi na to, że czarnoskórzy siedzą na niewłaściwych miejscach, i czasem przyłączali się do ich śpiewów. Nic się nie działo, kiedy aktywiści lekceważyli napisy „Tylko dla białych” oraz „Dla kolorowych” umieszczone na dworcach autobusowych. W niektórych miastach nawet je zamalowano. George zląkł się, że zwolennicy segregacji rasowej opracowali perfekcyjną strategię działania. Nie dochodziło do żadnych utarczek i nie było rozgłosu, kolorowych uczestników rajdu grzecznie obsługiwano w restauracjach dla białych. Co wieczór wysiadali z autobusu i nienapastowani udawali się na spotkania, zwykle odbywające się w kościołach, a następnie szli na noc do domów sympatyków. Jednak George przeczuwał, że kiedy wyjadą z miasta, znaki zostaną przywrócone, a wraz z nimi powróci segregacja. To zaś oznaczałoby, że Rajd Wolności jest marnowaniem czasu. Uderzająca ironia losu. Jak daleko George sięgał pamięcią, zawsze czuł się dotknięty i rozgniewany niezmiennie obecną, czasem jedynie w podtekście, lecz czasem wypowiadaną głośno opinią, że jest kimś gorszym. Nieważne, że był inteligentniejszy od dziewięćdziesięciu dziewięciu procent białych Amerykanów. Nie liczyło się, że jest pracowity, grzeczny i dobrze ubrany. Patrzyli na niego z pogardą szpetni biali, zbyt głupi lub zbyt leniwi, by nauczyć się czegoś więcej niż nalewania drinków albo pompowania paliwa na stacji. Nie mógł wejść do sklepu, usiąść w restauracji albo ubiegać się o pracę, nie zastanowiwszy się wpierw, czy z powodu koloru skóry nie zignorują go lub nie wskażą drzwi. To było palące upokorzenie. A teraz, o paradoksie, odczuwał rozczarowanie, że nic złego się nie dzieje. Tymczasem Biały Dom był w rozterce. Trzeciego dnia rajdu prokurator generalny Robert Kennedy wygłosił mowę na Uniwersytecie Stanu Georgia, w której zapowiedział, że wymusi stosowanie praw obywatelskich na Południu. Jednak trzy dni później jego brat prezydent zrobił krok wstecz, wycofując poparcie dla dwóch ustaw o tychże prawach.

Czy właśnie w taki sposób zatriumfują zwolennicy segregacji rasowej? - zastanawiał się George. Unikając konfrontacji i postępując tak samo jak do tej pory? Okazało się, że nie. Pokój potrwał zaledwie cztery dni. Piątego dnia rajdu jednego z uczestników aresztowano za to, że domagał się usługi od pucybuta. Przemoc rozpętała się szóstego dnia. Ofiarą padł student teologii John Lewis. Rzuciły się na niego zbiry w toalecie dla białych w miejscowości Rock Hill w Karolinie Południowej. Pozwolił się okładać i kopać, nie stawiając oporu. George nie widział incydentu i tak chyba było lepiej, bo nie miał pewności, czy zdołałby tak jak Lewis zachować zasadę samoograniczenia sformułowaną przez Mahatmę Gandhiego. Nazajutrz przeczytał w gazetach relacje o tym wydarzeniu, lecz niestety przyćmiły je doniesienia o pierwszym locie kosmicznym Amerykanina Alana Sheparda. Kogo to obchodzi? - myślał z goryczą George. Pierwszym człowiekiem w przestrzeni okołoziemskiej został radziecki kosmonauta Jurij Gagarin, rakieta wyniosła go na orbitę niespełna miesiąc wcześniej. Rosjanie nas wyprzedzili. Biały Amerykanin może latać wokół Ziemi, lecz czarnemu nie wolno wejść do łazienki. W Atlancie wysiadających z autobusu uczestników rajdu powitał wiwatujący tłum i George znów poczuł się pokrzepiony na duchu. To jednak było w Georgii, a teraz wjeżdżali do Alabamy. - Dlaczego King powiedział, że nie przedostaniemy się przez Alabamę? - zapytała Maria. - Krążą pogłoski, że Ku-Klux-Klan szykuje coś w Birmingham - odparł ponuro George. - FBI podobno wie o wszystkim, ale nic nie zrobiło, żeby ich powstrzymać. - A lokalna policja? - Też należy do cholernego Ku-Klux-Klanu. - A co z tamtymi? - Dziewczyna ruchem głowy wskazała dwóch białych barczystych mężczyzn siedzących jeden rząd za nimi po drugiej stronie przejścia. George zerknął na nich przez ramię. - Co mianowicie? - Nie wyczuwasz glin? Domyślił się, o co jej chodzi. - Sądzisz, że są z FBI? - Mają zbyt tanie łachy jak na federalnych. Podejrzewam, że to tajniacy ze stanowego

patrolu drogowego. Zaimponowała tym George’owi. - Jak to możliwe, że jesteś taka bystra? - Mama kazała mi jeść warzywa. A ojciec jest adwokatem w Chicago, gangsterskiej stolicy USA. - Co twoim zdaniem zamierzają ci dwaj? - Pewności nie mam, ale wydaje mi się, że są tutaj po to, by bronić naszych praw obywatelskich. Nieprawdaż? George wyjrzał przez okno i zobaczył tablicę z napisem „Witamy w Alabamie”. Spojrzał na zegarek, była trzynasta. Na błękitnym niebie świeciło słońce. Piękny dzień na umieranie, pomyślał. Maria chciała działać w polityce lub służbie publicznej. - Aktywiści mają duży wpływ na bieg wydarzeń, ale ostatecznie świat zmieniają rządy - zauważyła. George zastanowił się nad tym stwierdzeniem. Maria złożyła podanie o pracę w biurze prasowym Białego Domu i wezwano ją na rozmowę kwalifikacyjną, lecz posady nie zdobyła. - W Waszyngtonie nie zatrudnia się zbyt wielu czarnoskórych prawników oznajmiła z żalem. - Pewnie zostanę w Chicago i będę pracowała w kancelarii ojca. Naprzeciwko George’a, po drugiej stronie przejścia, siedziała biała kobieta w średnim wieku ubrana w płaszcz. Miała kapelusz na głowie, a na kolanach trzymała białą torebkę z tworzywa sztucznego. Uśmiechnął się do niej. - Piękna pogoda na wycieczkę autobusową. - Jadę w odwiedziny do córki w Birmingham - odrzekła, mimo że o to nie zapytał. - O, to miło. Jestem George Jakes. - Cora Jones. Pani Jones. Córka w tym tygodniu będzie rodzić. - Pierwsze dziecko? - Trzecie. - Wygląda pani młodo jak na babcię, jeśli wolno mi tak powiedzieć. Było widać, że czuje się mile połechtana tym komplementem. - Mam czterdzieści dziewięć lat - odparła. - Nigdy bym nie zgadł! Greyhound nadjeżdżający z przeciwka mignął światłami i ten, którym jechali uczestnicy rajdu, zatrzymał się. Do okna kierowcy podszedł biały mężczyzna. „Na przystanku w Anniston zebrał się tłum ludzi”, poinformował. Kierowca coś odrzekł, ale tego już George nie usłyszał. „Bądź ostrożny”, dodał tamten.

Autobus ruszył. - Co to znaczy „tłum”? - zapytała Maria z niepokojem w głosie. - To może być dwudziestu ludzi albo tysiąc. Mogą nas powitać z otwartymi ramionami lub wrogo. Dlaczego nie powiedział czegoś więcej? George domyślał się, że pod jej irytacją kryje się obawa. Przypomniał sobie słowa matki: „Tak bardzo się boję, że cię zabiją”. Niektórzy aktywiści deklarowali, że gotowi są zginąć za wolność. George nie był pewien, czy chce zostać męczennikiem. Istniało tyle innych rzeczy, których pragnął. Na przykład przespać się z Marią. Minutę później wjechali do Anniston, miasteczka, jakich wiele na Południu, z niskimi zabudowaniami i prostopadłą siatką ulic, zakurzonych i rozpalonych słońcem. Wzdłuż trasy ustawili się ludzie jak w czasie parady. Wielu miało na sobie odświętne ubrania, kobiety nosiły na głowach kapelusze, dzieci były wypucowane, bez wątpienia wszyscy wracali z kościoła. - Kogo się spodziewają, rogatego luda? - rzucił George. - Patrzcie, ludziska, oto my, prawdziwi Murzyni z Północy, mamy przyodziewek i trzewiki na nogach. Mówił tak, jakby zwracał się do nich, choć słyszała go tylko Maria. - Przybywamy, by odebrać wam spluwy i zaprowadzić komunizm. Gdzie wasze białe dziewczęta chodzą się kąpać? Maria parsknęła śmiechem. - Gdyby cię usłyszeli, nie wzięliby tego za żart. George w gruncie rzeczy nie żartował, to było jak pogwizdywanie na cmentarzu. Próbował zignorować lęk ściskający mu żołądek. Autobus skręcił na dworzec, który sprawiał wrażenie opuszczonego. Domy były pozamykane na głucho. Ich widok napawał trwogą. Kierowca otworzył drzwi. George nie zauważył, skąd nadciągnął tłum. Nagle autobus otoczyli biali. Jedni mieli na sobie ubrania robocze, inni niedzielne garnitury. Trzymali w dłoniach kije bejsbolowe, metalowe rurki i żelazne łańcuchy. Wszyscy pokrzykiwali. W większości były to nieartykułowane wrzaski, ale padały także słowa wyrażające nienawiść, dało się słyszeć nawet Sieg heil! George wstał i chciał zamknąć drzwi, jednak uprzedzili go dwaj mężczyźni, w których Maria rozpoznała policjantów stanowych. Może są tu po to, by walczyć w naszej obronie, pomyślał George, a może po prostu ratują swoją skórę.

Spojrzał za okno. Nigdzie nie było widać policji. Jak policja może nie wiedzieć o tym, że uzbrojony tłum gromadzi się na dworcu autobusowym? Gliny musiały działać ręka w rękę z Ku-Klux-Klanem. Żadna niespodzianka. Po chwili poszły w ruch narzędzia. Łańcuchy i łomy z przerażającym grzechotem spadły na karoserię autobusu. Pękły szyby, pani Jones krzyknęła ze strachu. Kierowca uruchomił silnik, lecz jeden z napastników położył się przed kołami. George pomyślał, że szofer go przejedzie, ten jednak zatrzymał autobus. Kamień uderzył w okno, rozbijając je, i George poczuł ostre ukłucie w policzek, jak ukąszenie pszczoły. Trafił go odłamek szkła. Maria, która siedziała przy oknie, znalazła się w niebezpieczeństwie. Chwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie. - Uklęknij w przejściu! - krzyknął. Jakiś szczerzący zęby w uśmiechu mężczyzna wsunął pięść z nałożonym kastetem przez okno tuż obok pani Jones. - Proszę uklęknąć obok mnie! - zawołała Maria. Pociągnęła panią Jones i otoczyła ją ramionami. Wrzaski były coraz głośniejsze. - Komuchy! Tchórze! - Schyl się, George! - krzyknęła Maria. On jednak nie mógł się zmusić do tego, by kulić się przed bandziorami. Nagle jazgot przycichł. Łomotanie w ściany autobusu ustało, szkło przestało pękać. George zauważył funkcjonariusza policji. No, wreszcie, pomyślał. Policjant machał pałką, lecz jednocześnie rozmawiał przyjaźnie z uśmiechniętym mężczyzną z kastetem. George zobaczył jeszcze trzech gliniarzy. Uspokoili motłoch, ale nie zrobili nic więcej. Zachowywali się tak, jakby nie popełniono żadnego wykroczenia. Gawędzili z napastnikami, którzy najwyraźniej byli ich przyjaciółmi. Dwaj funkcjonariusze z patrolu drogowego usiedli na swoich miejscach i przyglądali się temu zdezorientowani. George podejrzewał, że mieli szpiegować uczestników rajdu. Nie przewidzieli, że padną ofiarą napaści rozwydrzonego tłumu. Sytuacja zmusiła ich do tego, by stanęli w obronie aktywistów. Może przy okazji nauczyli się widzieć sprawy z nowej perspektywy. Autobus ruszył. George zobaczył, że jeden z policjantów usuwa napastników sprzed czoła pojazdu, drugi zaś macha ręką na kierowcę, by ten jechał. Tuż za dworcem czekał

radiowóz, który eskortował ich aż do granic miasteczka. George poczuł się odrobinę lepiej. - Chyba się wymknęliśmy - stwierdził. Maria wstała. Na szczęście nic jej się nie stało. Wyjęła chusteczkę z kieszonki na piersi marynarki George’a i delikatnie otarła mu twarz. Biała bawełna zaczerwieniła się od krwi. - Drobne rozcięcie, ale nieprzyjemne - oceniła. - Przeżyję. - Tyle że nie będziesz już taki śliczny. - A jestem? - Byłeś, ale teraz... Chwila normalności nie potrwała długo. George obejrzał się i zobaczył długi rząd pick-upów i osobówek ciągnących za autobusem. Siedzący w nich mężczyźni wznosili okrzyki. - Jednak się nie wymknęliśmy - jęknął George. - W Waszyngtonie, zanim wsiedliśmy, rozmawiałeś z młodym białym mężczyzną powiedziała Maria. - To był Joseph Hugo. Studiuje prawo na Harvardzie. Czemu o nim wspominasz? - Zdawało mi się, że widziałam go w mieście wśród tłumu. - Josepha? Nie. Jest po naszej stronie. Musiałaś się pomylić. - Jednak George przypomniał sobie, że Hugo pochodzi z Alabamy. - Miał wyłupiaste niebieskie oczy - dodała Maria. - Jeśli trzyma z nimi, to znaczy, że udawał, że wspiera ruch praw obywatelskich, a tymczasem nas szpiclował. Nie, to niemożliwe. - Naprawdę? George się obejrzał. Policyjny radiowóz zawrócił na rogatkach miasta, lecz pozostałe samochody jechały dalej. Ci, którzy w nich siedzieli, ryczeli tak głośno, że słychać ich było mimo warkotu silników. Za przedmieściami, na długim pustym odcinku drogi numer 202 dwa wozy osobowe wyprzedziły autobus i zmusiły kierowcę, by zwolnił. Usiłował je wyminąć, lecz auta zajeżdżały mu drogę i blokowały przejazd. Cora Jones pobladła i trzęsła się, ściskając w dłoniach białą torebkę niczym koło

ratunkowe. - Przykro mi, że z naszego powodu znalazła się pani w tej sytuacji - rzekł George. - Mnie także - odparła. Samochody osobowe zjechały na bok i autobus mógł je wyminąć, lecz koszmar się nie skończył, gdyż konwój wciąż za nim podążał. George usłyszał znajomy dźwięk, jakby stuknięcie. Autobus zaczął jechać wężykiem po całej jezdni i było jasne, że złapał gumę. Kierowca zwolnił, po czym zatrzymał się obok przydrożnego sklepu spożywczego. George odczytał nazwę: Forsyth & Son. Kierowca wysiadł pospiesznie. George usłyszał, jak mówi: „Dwa kapcie?”. Wszedł do sklepu przypuszczalnie po to, by wezwać pomoc. George był zdenerwowany do granic możliwości. Jedną przebitą oponę można uznać za przypadek, ale dwie oznaczają zasadzkę. Samochody zatrzymywały się i wyskakiwali z nich biali mężczyźni w niedzielnych garniturach. Wykrzykiwali przekleństwa i wymachiwali narzędziami walki niczym dzikusy na wojennej ścieżce. George znów poczuł ściskanie w żołądku, widząc paskudne gęby wykrzywione nienawiścią. Teraz już wiedział, dlaczego oczy matki napełniły się łzami, kiedy wspomniała o białych z Południa. Biegnący na czele bandy nastolatek z uśmiechem strzaskał okno łomem. Drugi mężczyzna usiłował wedrzeć się do autobusu. Jeden z dwóch rosłych białych stanął nad schodkami i sięgnął po broń, potwierdzając w ten sposób hipotezę Marii, która uznała tajemniczych pasażerów za gliniarzy w cywilnych ubraniach. Intruz cofnął się i policjant zamknął drzwi. George uznał to za błąd, bo co, jeśli aktywiści będą chcieli szybko się ewakuować? Napastnicy zaczęli kołysać autobusem, jakby zamierzali go wywrócić. - Śmierć czarnuchom! Śmierć czarnuchom! - skandowali coraz bardziej wściekle. Kobiety krzyczały. Maria trzymała George’a i sprawiłoby mu to przyjemność, gdyby nie lęk o życie. Zobaczył, że nadjeżdżają dwaj policjanci, i w jego serce wstąpiła nadzieja, lecz po chwili ustąpiła miejsca złości, gdyż nie zrobili nic, by powstrzymać motłoch. Spojrzał na dwóch tajniaków we wnętrzu autobusu: wyglądali głupio i paraliżował ich strach. Koledzy w mundurach najwyraźniej nie wiedzieli o ich obecności. Policja drogowa stanu Alabama zdradzała, że jest źle zorganizowana i przesiąknięta rasizmem. George rozglądał się rozpaczliwie, usiłując wymyślić ratunek dla Marii i siebie. Wysiąść z autobusu i uciec? Położyć się na podłodze? Wyrwać policjantowi pistolet

i rozwalić paru białych? Każda z tych możliwości wydawała się gorsza niż bierność. Napawał go wściekłością widok dwóch policjantów, którzy stali sobie jakby nigdy nic. Na miłość boską, wszak są gliniarzami! Co oni sobie wyobrażają? Jeśli nie pilnują przestrzegania prawa, to z jakiej racji noszą mundury? Nagle zobaczył Josepha Hugo. Nie było wątpliwości: George doskonale znał te wyłupiaste niebieskie oczy. Hugo podszedł do policjanta i coś do niego powiedział, a potem obaj parsknęli śmiechem. A więc jednak szpicel. Jeśli wyjdę z tego żywy, pomyślał George, ta szuja pożałuje. Napastnicy krzykiem wzywali aktywistów do wyjścia. - Wyłazić, sługusy czarnuchów! Dostaniecie za swoje! George uznał, że w autobusie jest bezpieczny. Ale nie trwało to długo. Jeden z bandytów poszedł do swojego samochodu i otworzył bagażnik, a po chwili wrócił z płonącym tobołkiem w rękach. Wrzucił go przez wybite okno i sekundę później z zawiniątka buchnął szary dym. Nie była to jednak wyłącznie bomba dymna. Od ognia zajęła się tapicerka, pasażerowie zaczęli się dusić czarnymi oparami. - Czy tam na przodzie jest więcej powietrza?! - krzyknęła jakaś kobieta. - Spalić czarnuchów! - usłyszał George. - Usmażyć! Wszyscy próbowali się wydostać. Przejście między siedzeniami zapełniło się ludźmi, którzy rozpaczliwie łapali ustami powietrze. Niektórzy przepychali się, lecz coś blokowało drogę. - Wysiadać z autobusu! - ryknął George. - Wszyscy wysiadać! - Drzwi nie chcą się otworzyć! - zawołał ktoś na przodzie. George przypomniał sobie, że uzbrojony policjant zamknął drzwi przed atakującymi. - Trzeba wyskakiwać oknami! - krzyknął. - Szybciej! Stanął na siedzeniu i kopniakiem wybił resztkę szyby z okna. Potem ściągnął marynarkę i położył na krawędzi, by choć trochę przykryć odłamki sterczące z ramy. Maria krztusiła się i kaszlała. - Wyjdę pierwszy i złapię cię - powiedział do niej. Oparł się ręką o tył fotela, stanął na krawędzi okna, schylił się i wyskoczył. Usłyszał, że koszula zawadziła o coś i rozdarła się, lecz nie poczuł bólu i stwierdził, że nie odniósł rany. Wylądował na trawie przy szosie. Tłum przestraszył się ognia i wycofał. George odwrócił się i wyciągnął ręce do Marii. - Wychodź tak jak ja!

Miała na nogach tenisówki, o wiele słabsze od jego butów z podkutymi czubkami. Na widok jej drobnych stóp na ramie okna ucieszył się, że poświęcił marynarkę. Maria była niższa od niego, lecz kobiece kształty czyniły ją szerszą. Skrzywił się, kiedy zahaczyła biodrem o odłamek szkła. Przecisnęła się jednak i nie rozdarła sukienki. Po chwili zeskoczyła prosto w jego ramiona. Bez trudu ją utrzymał. Nie ważyła zbyt dużo, a on był wytrenowany. Postawił ją, ale opadła na kolana, łapiąc oddech. Popatrzył dokoła. Bandyci nadal trzymali się w pewnej odległości od autobusu. George zajrzał do środka. Cora Jones stała w przejściu i krztusiła się dymem. Była zbyt oszołomiona i skołowana, by się ratować. - Cora, tutaj! - zawołał. Usłyszała swoje imię i odwróciła głowę. - Wyjdź przez okno tak jak my! Pomogę ci! Zrozumiała podpowiedź i z trudem wspięła się na fotel, wciąż ściskając w dłoniach torebkę. Zawahała się na widok ostrych odłamków szkła sterczących z ramy okna, miała jednak na sobie gruby płaszcz i doszła do wniosku, że lepsze skaleczenie niż uduszenie oparami. Postawiła stopę na krawędzi okna. George podszedł, złapał kobietę za rękę i pociągnął. Rozdarła sobie płaszcz, ale poza tym nic się jej nie stało. Postawił ją na ziemi, a wtedy zatoczyła się i jęknęła, że chce wody. - Musimy odejść od autobusu! - krzyknął George do Marii. - Zbiornik paliwa może wybuchnąć. - Dziewczyna kasłała tak mocno, że była jak sparaliżowana. Położył jedną rękę na jej plecach, a drugą ujął ją pod kolanami i dźwignął. Ruszył w stronę sklepu i posadził Marię dopiero wtedy, kiedy uznał, że oddalili się na bezpieczną odległość. Obejrzał się i zobaczył, że autobus błyskawicznie pustoszeje. W końcu otwarto drzwi i pojawili się w nich osłabieni pasażerowie, inni zaś wyskakiwali oknami. Ogień ogarnął już cały pojazd. Wszyscy ludzie wyszli, a tymczasem wnętrze autobusu zamieniło się w ogromny piec. Ktoś krzyknął o baku z paliwem. - Zaraz wybuchnie! - wrzeszczeli napastnicy. - Zaraz wybuchnie! Rozpierzchli się przerażeni, byle znaleźć się jak najdalej. Rozległ się głuchy huk, buchnęły płomienie i autobus zakołysał się od eksplozji. George był niemal pewny, że wszyscy zdążyli uciec. Na szczęście nikt nie zginął, pomyślał. Na razie. Wydawało się, że wybuch paliwa zaspokoił żądzę przemocy tłumu. Napastnicy stali i patrzyli na płonący pojazd. Ze sklepu wyległa grupa miejscowych, niektórzy zagrzewali bandytów do działania.

Pojawiła się młoda dziewczyna z wiaderkiem wody i plastikowymi kubkami. Podała wodę pani Jones, a potem podeszła do Marii, ta wychyliła jeden kubek i poprosiła o więcej. Zbliżył się młody biały mężczyzna z zatroskanym wyrazem twarzy, która przypominała szczurzy pysk za sprawą cofniętego czoła i podbródka. Młokos miał ostry nos i duże zęby, brązoworude włosy lśniły od brylantyny. - Jak się czujesz, kochana? - odezwał się do Marii. Kiedy otworzyła usta, by odpowiedzieć, uniósł rękę z łomem, który ukrywał za plecami. Zamachnął się, mierząc w czubek jej głowy. George wysunął rękę i żelazne narzędzie spadło na jego lewe przedramię. Ryknął od straszliwego bólu. Napastnik ponownie uniósł łom. Nie zważając na ból, George rzucił się z wysuniętą prawą ręką. Wpadł z impetem na tamtego i powalił go na ziemię. Odwrócił się do Marii i zobaczył, że w jego kierunku pędzi trzech innych zbirów, najwyraźniej chcących pomścić kumpla ze szczurzą gębą. Za wcześnie stwierdził, że zaspokoili żądzę przemocy. Był przyzwyczajony do walki. W czasie studiów na Harvardzie ćwiczył zapasy, a później, przed zdobyciem dyplomu trenował drużynę. To jednak nie będzie czysta walka z przestrzeganiem zasad, a w dodatku miał tylko jedną sprawną rękę. Z drugiej jednak strony, zanim poszedł na Harvard, uczył się w szkole na przedmieściu Waszyngtonu i wiedział, na czym polega brudna walka. Zbliżali się ławą, więc odsunął się w bok. Dzięki temu napastnicy oddalili się od Marii, a jednocześnie musieli ustawić się gęsiego. Pierwszy zamachnął się wściekle żelaznym łańcuchem. George odskoczył, łańcuch śmignął w powietrzu. Napastnik stracił równowagę i zatoczył się, wtedy George go podciął, aż tamten runął na ziemię. Łańcuch wypadł mu z ręki. Drugi potknął się na koledze. George zbliżył się bokiem i uderzył go prawym łokciem w szczękę. Bandzior wydał stłumiony wrzask, po czym upadł, wypuszczając łyżkę do opon. Trzeci napastnik stanął przestraszony. George zrobił krok i z całej siły zdzielił go pięścią w twarz. Trafił prosto w nos: kość pękła, trysnęła krew i mężczyzna ryknął z bólu. To był najprzyjemniejszy cios, jaki George zadał w swoim życiu. Pal licho Gandhiego, pomyślał. Rozległy się dwa strzały. Wszyscy znieruchomieli i spojrzeli w tamtą stronę. Jeden z umundurowanych policjantów trzymał pistolet w górze. - No dobra, chłopcy, zabawiliście się - rzekł. - A teraz w drogę. Zabawiliście się? - pomyślał z gniewem George. Gliniarz był świadkiem usiłowania

zabójstwa i mówi o zabawie? Mundur policyjny niewiele znaczył w Alabamie. Napastnicy wrócili do samochodów. George ze złością zauważył, że żaden z czterech funkcjonariuszy nie pofatygował się, by spisać numery rejestracyjne. Nie zanotowali także nazwisk, bo zapewne znali wszystkich uczestników napaści. Joseph Hugo zniknął. We wraku autobusu nastąpiła druga eksplozja. George domyślił się, że pojazd miał dwa baki z paliwem. Teraz jednak wszyscy stali daleko i nikomu nie groziło niebezpieczeństwo. Ogień powoli dogasał. Kilka osób, które nawdychało się dymu, wciąż leżało na ziemi, łapiąc ustami powietrze. Inni krwawili z ran. Niektórzy byli aktywistami, uczestnikami rajdu, a inni zwykłymi pasażerami obu ras. George trzymał się prawą ręką za lewe przedramię. Przyciskał je do boku, żeby się nie poruszało, gdyż każdy ruch powodował przeszywający ból. Czterej napastnicy, którzy go zaatakowali, wlekli się do swoich aut, pomagając sobie nawzajem. Podszedł do policjantów. - Potrzebujemy karetki - odezwał się. - Może dwóch. Młodszy z funkcjonariuszy zmierzył go wzrokiem. - Co mówiłeś? - Ci ludzie potrzebują pomocy medycznej. Proszę wezwać karetkę! Twarz mężczyzny zdradzała wściekłość, George uświadomił sobie swój błąd: powiedział białemu, co ma zrobić. - Daj spokój, daj spokój - mitygował go starszy kolega. - Karetka już jedzie, chłopcze. Po kilku minutach nadjechał ambulans wielkości małego autobusu i uczestnicy rajdu zaczęli pomagać sobie przy wsiadaniu. Kiedy jednak podeszli George i Maria, kierowca powiedział: - Wy nie. George popatrzył na niego z niedowierzaniem. - Słucham? - To karetka dla białych, a nie dla czarnuchów. - Co ty powiesz. - Nie wkurzaj mnie, chłopcze. Biały aktywista, który już siedział w karetce, wysiadł. - Musi pan zawieźć do szpitala wszystkich, czarnych i białych - oznajmił kierowcy. - To nie jest karetka dla czarnuchów - powtórzył tamten z uporem. - Bez naszych przyjaciół nie pojedziemy. - Biali aktywiści zaczęli jeden po drugim

wysiadać z samochodu. Zaskoczyło to kierowcę. Byłoby mu głupio, gdyby wrócił z miejsca wypadku bez pacjentów, pomyślał George. Podszedł starszy z umundurowanych policjantów. - Lepiej ich zabierz, Roy. - Skoro tak mówisz - odrzekł kierowca. George i Maria wsiedli do karetki. Kiedy ruszyła, George spojrzał na autobus. Z poczerniałego korpusu wznosiły się smugi dymu, nadpalone belki rusztowania dachu sterczały niczym żebra męczennika spalonego na stosie.

ROZDZIAŁ 5 Tania Dworkina wcześnie zjadła śniadanie i opuściła syberyjski Jakuck, najzimniejsze miasto świata. Na pokładzie wojskowego tupolewa Tu-16 poleciała do Moskwy, która leżała w odległości niespełna pięciu tysięcy kilometrów. Kabina była przystosowana do przewozu sześciu żołnierzy, ale projektant nie zawracał sobie głowy ich wygodą: siedzenia zrobiono z dziurkowanego aluminium, ścianki nie były dźwiękoszczelne. Lot trwał osiem godzin z międzylądowaniem na uzupełnienie paliwa. Różnica czasu między Moskwą a Jakuckiem wynosi sześć godzin, toteż Tania zdążyła na drugie śniadanie. W Moskwie było lato, a ona miała na sobie gruby kożuch i czapkę futrzankę. Wsiadła do taksówki i pojechała do rządowego apartamentowca przeznaczonego dla elity władzy. Mieszkała razem z matką Anią i bratem bliźniakiem Dmitrijem zwanym zdrobniale Dimką. Apartament był duży, miał trzy sypialnie, lecz matka Tani mawiała, że jest uważany za przestronny jedynie według radzieckich standardów. W dzieciństwie, kiedy dziadek Grigorij był dyplomatą, zajmowali w Berlinie o wiele większe lokum. Tego ranka w moskiewskim mieszkaniu panowała cisza, ponieważ matka i Dimka wyszli już do pracy. Ich wierzchnie okrycia wisiały w przedpokoju na gwoździach, które ojciec Tani wbił ćwierć wieku temu. Było ciepło, więc Dimka zostawił w domu swój ciemny płaszcz nieprzemakalny, a matka brązowe tweedowe palto. Tania powiesiła kożuch na gwoździu i postawiła walizkę w sypialni. Nie spodziewała się zastać matki i brata, a mimo to czuła lekkie rozczarowanie, że mama nie zaparzy jej herbaty, a Dimka nie posłucha relacji o przygodach siostry na dalekiej Syberii. Pomyślała, że mogłaby złożyć wizytę dziadkom Grigorijowi i Katerinie Peszkowom, którzy mieszkali na innym piętrze w tym samym gmachu, ale doszła do wniosku, że właściwie nie ma na to czasu. Wzięła prysznic i przebrała się, a potem pojechała autobusem do siedziby radzieckiej agencji prasowej TASS. Była jednym z ponad tysiąca reporterów pracujących w agencji, lecz niewielu wożono wojskowymi odrzutowcami. Ona, wschodząca gwiazda, potrafiła pisać żywe i ciekawe artykuły przemawiające do wyobraźni młodych ludzi, a zarazem zgodne z linią partii. Miało to wszakże złą stronę: często przydzielano jej trudne zadania o dużym ciężarze gatunkowym. Zjadła w bufecie miskę kaszy ze zsiadłym mlekiem, a następnie udała się do działu reportażu, gdzie pracowała. Chociaż uważano ją za gwiazdę, nie zasłużyła jeszcze na własny gabinet. Przywitała się z kolegami, usiadła przy biurku, umieściła w maszynie papier z kalką

i zaczęła pisać. W samolocie tak trzęsło, że nie mogła nawet robić notatek, ale plan tekstu Tania miała w głowie. Mogła więc pisać płynnie, z rzadka tylko zaglądając do zapisków. Jej artykuł miał zachęcić młode radzieckie rodziny do przeprowadzki na Syberię i zatrudnienia się w przeżywających okres boomu gałęziach przemysłu wydobywczego; nie było to łatwe zadanie. Łagry zapewniały dużo niewykwalifikowanej siły roboczej, lecz w regionie potrzeba było geologów, inżynierów, mierniczych, architektów, chemików i kadry instruktorskiej. Tania pominęła jednak w swoim tekście mężczyzn i napisała o ich żonach. Rozpoczęła od Klary, młodej i atrakcyjnej matki, która z zapałem i humorem opowiadała o tym, jak radzić sobie w ujemnych temperaturach. Przed południem zwierzchnik Tani, redaktor Danił Antonow, wziął jeden arkusz i zaczął czytać. Drobny mężczyzna był łagodny w obejściu, co stanowiło ewenement w środowisku dziennikarskim. - Świetne - rzekł po chwili. - Kiedy dostanę resztę? - Przebieram palcami najszybciej, jak mogę. - Czy dotarły do ciebie wieści o Ustinie Bodianie, gdy byłaś na Syberii? - spytał Antonow. Bodian był śpiewakiem operowym, przyłapano go z dwoma egzemplarzami powieści Doktor Żywago, które zdobył podczas występów we Włoszech. Trafił za to do obozu pracy. Serce Tani zaczęło bić szybciej. Czyżby Danił ją podejrzewał? Miał nadzwyczajną intuicję jak na mężczyznę. - Nie - skłamała. - Dlaczego pytasz? A ty coś słyszałeś? - Nic nie słyszałem - odparł redaktor i wrócił do swojego biurka. Tania prawie skończyła pisać trzeci artykuł, gdy zatrzymał się obok niej Piotr Opotkin i z papierosem w ustach jął czytać tekst. Opotkin, krępy mężczyzna o brzydkiej cerze, kierował działem reportażu. W odróżnieniu od Daniła nie był dziennikarzem, lecz komisarzem politycznym. Jego zadanie polegało na pilnowaniu, by artykuły nie łamały wytycznych Kremla, a jedyne kryterium stanowiło ścisłe przestrzeganie partyjnej ortodoksji. Przeczytał kilka stron reportażu. - Mówiłem ci, że masz nie pisać o pogodzie. Opotkin pochodził z wioski na północ od Moskwy i wciąż zachował północnorosyjski akcent. Tania westchnęła. - Piotrze, ten cykl jest poświęcony Syberii. Ludzie i tak wiedzą, że tam jest zimno.

Nikt się nie nabierze. - Ale tutaj wszystko dotyczy pogody. - Piszę o młodej zaradnej kobiecie z Moskwy, która w trudnych warunkach dba o swoją rodzinę i traktuje to jak przygodę. - Tania ma rację, Piotrze - wtrącił się do rozmowy Danił. - Jeśli pominiemy kwestię niskich temperatur, czytelnicy będą wiedzieli, że autorka wciska im kit, i nie uwierzą w ani jedno słowo. - Mnie się to nie podoba - upierał się Opotkin. - Ale musisz przyznać, że tekst jest wciągający - nie dawał za wygraną Danił. Opotkin się zastanowił. - Może masz rację - rzekł, odkładając kartkę. - W sobotę wieczór wydaję przyjęcie powiedział do Tani. - Córka kończy studia. Może przyszłabyś z bratem? Opotkin był karierowiczem nieudacznikiem, który urządzał koszmarnie nudne imprezy. Tania wiedziała, że może wypowiedzieć się za brata. - Bardzo bym chciała i Dimka na pewno też, ale obchodzimy urodziny mamy. Strasznie mi przykro. - To szkoda - stwierdził urażony Opotkin i odszedł. - Twoja matka nie obchodzi w sobotę urodzin, prawda? - spytał Danił. - Nie. - Opotkin to sprawdzi. - I zrozumie, że grzecznie się wymówiłam, bo nie chciałam iść na jego przyjęcie. - Powinnaś na nich bywać. Tania nie miała ochoty się spierać, co innego zaprzątało jej teraz głowę. Chciała dokończyć pisanie artykułów, wyjść z pracy i ocalić życie Ustina Bodiana. Jednak Danił był dobrym szefem i miał otwarty umysł, więc stłumiła zniecierpliwienie. - Piotra nie obchodzi, czy bywam na jego przyjęciach. Zależy mu na moim bracie, który pracuje u Chruszczowa. Tania zdążyła już przywyknąć, że niektórzy chcą się z nią zaprzyjaźniać ze względu na wpływową rodzinę. Jej nieżyjący ojciec był pułkownikiem KGB, a wujek Wołodia służył w wywiadzie wojskowym GRU w stopniu generała. Daniła cechował dziennikarski upór. - Piotr poszedł nam na rękę w kwestii artykułów o Syberii, powinnaś okazać mu wdzięczność. - Nie znoszę tych prywatek. Jego kumple upijają się i obmacują nawzajem swoje

żony. - A ja nie chcę, żeby żywił do ciebie urazę. - Niby dlaczego? - Jesteś wyjątkowo atrakcyjna. - Danił nie przystawiał się do Tani. Mieszkał z przyjacielem mężczyzną i była pewna, że jest jednym z tych, którzy nie czują pociągu do kobiet. Zwracał się do niej rzeczowym tonem. - Piękna, zdolna, a co najgorsze, młoda. Piotrowi łatwo będzie cię znienawidzić. Postaraj się trochę bardziej. Uświadomiła sobie, że zapewne ma rację, ale postanowiła pomyśleć o tym później i znowu skupiła uwagę na pracy. W południe przyniosła sobie z bufetu sałatkę z ziemniaków z marynowanymi śledziami i zjadła przy biurku. Wkrótce potem skończyła trzeci artykuł i zaniosła teksty Daniłowi. - Idę do domu, chcę się wyspać. Nie dzwoń, proszę. - Dobra robota - pochwalił. - Śpij dobrze. Schowała notes do torebki i wyszła z budynku. Musiała sprawdzić, czy ktoś jej nie śledzi. Była zmęczona, to zaś oznaczało, że może popełnić głupi błąd. Niepokoiła się tym. Minęła przystanek autobusowy, przeszła pieszo do następnego przy tej samej trasie i dopiero tam wsiadła. Były to działania sprzeczne z logiką: gdyby ktoś za nią szedł, musiałby zrobić dokładnie to samo i w ten sposób się ujawnić. Nikt jej nie śledził. Wysiadła przed wielkim pałacem z epoki przedrewolucyjnej, którego komnaty zamieniono w kwatery mieszkalne. Obeszła kwartał, by sprawdzić, czy ktoś nie obserwuje budynku. Na wszelki wypadek powtórzyła manewr. Potem weszła do posępnego holu i po spękanych marmurowych schodach wspięła się do mieszkania Wasilija Jenkowa. Już miała włożyć klucz do zamka, gdy drzwi otworzyły się i stanęła w nich szczupła blondynka w wieku około osiemnastu lat. Za nią pojawił się Wasilij. Tania zaklęła w duchu. Było za późno, by uciec lub udawać, że przyszła do innej kwatery. Blondynka zmierzyła Tanię ostrym wzrokiem, taksując jej fryzurę, figurę i ubranie. Następnie pocałowała Wasilija w usta, posłała Tani triumfalne spojrzenie i zeszła po schodach. Wasilij miał trzydzieści lat, ale lubił młódki. Ulegały mu, bo był wysoki i przystojny: miał twarz jak wyrzeźbioną, gęste ciemne włosy, zawsze odrobinę za długie, oraz łagodne, brązowe, zmysłowe oczy. Tania podziwiała go z zupełnie innych powodów, a mianowicie za

inteligencję i odwagę; poza tym był światowej klasy pisarzem. Weszła do gabinetu i rzuciła torebkę na krzesło. Wasilij pracował jako redaktor audycji radiowych i miał naturę bałaganiarza. Biurko zasłane było papierami, na podłodze piętrzyły się stosy książek. Pracował nad radiową adaptacją pierwszej sztuki Maksyma Gorkiego Mieszczanie. Na tapczanie spała bura kotka Mademoiselle. Tania zepchnęła ją i usiadła. - Co to była za smarkula? - Moja mamusia. Tania parsknęła śmiechem pomimo irytacji. - Przykro mi, że na nią trafiłaś - rzekł Wasilij, mimo że wcale nie wyglądał na zasmuconego. - Wiedziałeś, że mam przyjść. - Myślałem, że zjawisz się później. - Widziała moją twarz. Nikt nie powinien wiedzieć, że utrzymujemy jakiekolwiek kontakty. - To zwykła ekspedientka. Pracuje w GUM-ie, ma na imię Warwara. Niczego nie będzie podejrzewała. - Wasilij, proszę cię, nie dopuszczaj więcej do takich sytuacji. To, co robimy, i tak jest niebezpieczne, nie powinniśmy się dodatkowo narażać. Nastolatkę możesz zaliczyć w dowolny dzień. - Masz rację, to się więcej nie powtórzy. Zaparzę ci herbaty. Chyba jesteś zmęczona. Wasilij zakrzątnął się koło samowara. - Owszem, jestem zmęczona. Ale Ustin Bodian umiera. - Szlag by to trafił. Na co? - Zapalenie płuc. Tania nie znała osobiście Bodiana, lecz przeprowadziła z nim wywiad, zanim napytał sobie biedy. Miał nadzwyczajny talent, a poza tym był pełnym ciepła i dobroci mężczyzną. Radziecki

artysta

uprzywilejowanego,

podziwiany wciąż

na

potrafił

całym

świecie,

publicznie

prowadzący wyrazić

życie

człowieka

oburzenie

z powodu

niesprawiedliwości dotykającej tych, którym powiodło się gorzej niż jemu. Właśnie dlatego zesłano go na Sybir. - Nadal zmuszają go do pracy? - spytał Wasilij. - Nie mogą - odparła Tania, kręcąc głową. - Ale nie chcą go puścić do szpitala. Leży przez cały dzień na pryczy i jest coraz bardziej chory.

- Widziałaś się z nim? - Cholera, nie. To, że o niego zapytałam, było samo w sobie niebezpieczne. Gdybym wybrała się do obozu pracy, już bym stamtąd nie wyszła. Wasilij podał jej herbatę i cukier. - Czy on w ogóle ma jakąś opiekę lekarską? - Nie. - Dowiedziałaś się, ile życia mu zostało? Tania pokręciła głową. - Wiesz teraz tyle co ja. - Musimy rozesłać wici. Przyznała mu rację. - Można go uratować tylko w jeden sposób: trzeba upublicznić wiadomość o chorobie i mieć nadzieję, że władze się zawstydzą. - Wydajemy numer specjalny? - Tak - potwierdziła Tania. - Jeszcze dzisiaj. Wasilij i Tania wspólnie tworzyli nielegalny biuletyn informacyjny, któremu nadali nazwę „Niezgoda”. Donosili w nim o ingerencjach cenzury, procesach pokazowych i więźniach politycznych. W swoim gabinecie w Radiu Moskwa Wasilij miał powielacz białkowy, zwykle wykorzystywany do kopiowania scenariuszy. Potajemnie przygotowywał na nim pięćdziesiąt odbitek każdego numeru „Niezgody”. Większość spośród tych, którzy otrzymywali egzemplarz, kopiowała go na maszynie do pisania, a nawet ręcznie, i w ten sposób nakład się rozrastał. Ta metoda publikacji nazywała się samizdatem i była szeroko rozpowszechniona, rozprowadzano w ten sposób nawet powieści. - Ja napiszę. Tania podeszła do szafki i wyjęła duże tekturowe pudło suchej karmy dla kota. Wsunęła ręce między grudki i sięgnęła opakowanej maszyny do pisania. Właśnie na niej tworzyli teksty do swojej gazetki. Pisanie na maszynie przypomina ręczne. Każda ma swoje cechy charakterystyczne. Litery nigdy nie układają się idealnie równo: jedne wypadają trochę wyżej, inne są niecentryczne. Poszczególne czcionki ścierają się lub uszkadzają w specyficzny sposób. Dzięki temu policja może dopasować urządzenie do tekstu, który z niego wyszedł. Gdyby „Niezgoda” powstawała na tej samej maszynie, na której Wasilij pisał scenariusze, ktoś mógłby to zauważyć. Dlatego ukradł starego grata z działu planowania, przyniósł do domu i ukrył w karmie dla Mademoiselle, żeby nie zauważył go ktoś przypadkowy. Gdyby

w mieszkaniu przeprowadzono rewizję, urządzenie na pewno zostałoby znalezione, lecz wtedy Wasilij i tak byłby skończony. W pudle znajdowały się również arkusze specjalnego woskowanego papieru przeznaczonego do powielacza. Maszyna nie miała taśmy, czcionki przebijały papier, powielacz zaś wpuszczał atrament do otworów o kształcie liter. Tania napisała tekst o Bodianie: stwierdzała w nim, że pierwszy sekretarz partii Nikita Chruszczow będzie ponosił osobistą odpowiedzialność, jeśli jeden z najwybitniejszych radzieckich tenorów umrze w obozie pracy. Przypomniała przebieg procesu sądowego Bodiana, którego oskarżono o działalność antyradziecką. Wspomniała o jego namiętnej obronie wolności artystycznej. By odsunąć od siebie podejrzenie, informację o chorobie śpiewaka przypisała wyimaginowanemu oficerowi KGB, który miał być miłośnikiem opery. Skończywszy, podała Wasilijowi dwa arkusze perforowanego papieru. - Streszczałam się - oznajmiła. - Zwięzłość to siostra talentu, tak powiedział Czechow. - Powoli przeczytał tekst i skinął głową. - Pojadę do radia i zrobię odbitki. Później musimy je dostarczyć na plac Majakowskiego. Tani to nie zdziwiło, ale była zaniepokojona. - Czy to bezpieczne? - Jasne, że nie. To wydarzenie kulturalne, którego nie organizują władze. I dlatego przysłuży się naszemu celowi. Tego roku młodzi moskwianie zaczęli zbierać się nieoficjalnie wokół pomnika bolszewickiego poety Włodzimierza Majakowskiego. Czytali na głos wiersze, przyciągając więcej ludzi. Powstało coś w rodzaju nieustającego festiwalu poezji, niektóre utwory zawierały zawoalowaną krytykę władz. Zjawisko takie za Stalina nie przetrwałoby dziesięciu minut, lecz Chruszczow był reformatorem. Jego program zakładał pewną dozę tolerancji w zakresie kultury i jak dotąd nie podjęto żadnych działań przeciwko odczytom poetyckim. Jednakże liberalizacja postępowała na zasadzie jeden krok w przód, dwa kroki wstecz. Brat Tani twierdził, że wszystko zależy od tego, czy Chruszczow czuje się silny politycznie, czy też napotyka na opór i obawia się przewrotu ze strony twardogłowych na Kremlu. Tak czy owak, nie dało się przewidzieć, jak postąpi władza. Tania była za bardzo zmęczona, żeby o tym myśleć. Przyszło jej do głowy, że właściwie wszędzie jest tak samo niebezpiecznie. - Idź do radia, a ja tymczasem się zdrzemnę.

Skierowała kroki do sypialni. Pościel była w nieładzie, zapewne Wasilij i Warwara spędzili poranek w łóżku. Naciągnęła na wierzch narzutę, zdjęła buty i położyła się. Odczuwała wyczerpanie fizyczne i psychiczne. Bała się, a mimo to chętnie poszłaby na plac Majakowskiego. „Niezgoda” była ważnym biuletynem, choć powstawała w warunkach amatorskich i miała ograniczony nakład. Stanowiła materialny dowód na to, że władze komunistyczne nie są wszechmocne. Pokazywała dysydentom, że nie są osamotnieni. Przywódcy religijni zmagający się z prześladowaniami czytali teksty o piosenkarzach folkowych aresztowanych za wykonywanie protest songów i vice versa. Dzięki temu każdy z nich mógł poczuć, że nie jest odosobnionym głosem w monolitycznym społeczeństwie. Opozycjoniści uświadamiali sobie, że stanowią fragment wielkiej sieci i że istnieją tysiące ludzi pragnących innej, lepszej władzy. I właśnie oni mogli ocalić Ustina Bodiana. Wreszcie Tanię zmorzył sen. Zbudziła się, czując, że ktoś głaszcze ją po policzku. Otworzywszy oczy, zobaczyła, że Wasilij ułożył się obok niej. - Odwal się - powiedziała. - To moje łóżko. Usiadła. - Mam dwadzieścia dwa lata, jak na twój gust to o wiele za dużo. - Dla ciebie zrobię wyjątek. - Dam ci znać, kiedy będę chciała przyłączyć się do twojego haremu. - Oddałbym wszystkie za ciebie. - Akurat ci wierzę. - Naprawdę. - Może na pięć minut. - Na zawsze. - Wytrzymaj pół roku, to się zastanowię. - Pół roku? - No i widzisz? Nie potrafisz zachować czystości przez pół roku, więc jak możesz obiecywać, że będziesz ze mną na zawsze? Do licha, która godzina? - Przespałaś całe popołudnie. Nie wstawaj. Tylko zdejmę ubranie i położę się obok. Tania wstała. - Musimy już iść. Wasilij dał za wygraną. Zapewne nie mówił poważnie, czuł przymus, by składać

propozycje młodym kobietom. Teraz spełnił obowiązek, więc przestanie jej się narzucać, przynajmniej przez jakiś czas. Podał Tani plik, w którym było około dwudziestu pięciu arkuszy papieru zadrukowanych po obu stronach rzędami rozmazanych liter: były to egzemplarze najnowszego numeru „Niezgody”. Pogoda była ładna, lecz Wasilij zawiązał sobie na szyi czerwoną bawełnianą chustę, która przydawała mu artystycznego fasonu. - No więc chodźmy - rzekł. Tania kazała mu zaczekać i poszła do łazienki. Z lustra spoglądały na nią intensywnie błękitne oczy okolone jasnymi włosami, była ostrzyżona na chłopczycę. Założyła okulary przeciwsłoneczne, by ukryć oczy, a na głowie zawiązała niepozorną brązową chustkę. Teraz nie różniła się od innych młodych kobiet. W kuchni nalała sobie do szklanki wody z kranu i napiła się, nie zważając na Wasilija, który niecierpliwie przytupywał czubkiem buta. - Jestem gotowa. Poszli na stację metra. Pociąg był zapełniony robotnikami wracającymi z zakładów. Do stacji Majakowskiego dojechali linią Zamoskworiecką. Nie zamierzali długo zabawić na placu - po rozdaniu biuletynu natychmiast się stamtąd oddalą. - W razie czego pamiętaj, że się nie znamy - zaznaczył Wasilij. Rozdzielili się i wyszli na górę w odstępie pięciu minut. Słońce wisiało już nisko, letni dzień zaczynał się ochładzać. Włodzimierz Majakowski był poetą cieszącym się międzynarodowym uznaniem, a także bolszewikiem i chlubą Związku Radzieckiego. Wysoki na sześć metrów pomnik poety wznosił się pośrodku placu nazwanego jego imieniem. Na trawie zgromadziło się kilkaset osób, przeważnie młodych. Niektórzy byli ubrani na zachodnią modłę w dżinsy i golfy. Jakiś chłopak w czapce sprzedawał wydrukowaną na powielaczu własną powieść z dziurkowanym grzbietem związanym za pomocą sznurka. Nosiła tytuł Dorastanie wspak. Długowłosa dziewczyna trzymała gitarę, ale na niej nie grała, może traktowała ją niczym dodatek do stroju taki sam jak torebka. Był tylko jeden policjant w mundurze, lecz tajniacy komicznie odróżniali się od tłumu: pomimo ciepłej pogody byli ubrani w skórzane kurtki, pod którymi ukrywali pistolety. Tania unikała ich wzroku, ponieważ w gruncie rzeczy nie budzili wesołości. Autorzy wierszy wstawali i recytowali jeden lub dwa utwory. Przeważali mężczyźni, lecz było także parę kobiet. Chłopak z szelmowskim uśmiechem przeczytał wiersz o rolniku niezgule, który usiłował zagonić stadko gęsi; wszyscy szybko pojęli, że jest to metafora partii komunistycznej, starającej się panować nad narodem. Słuchacze zanosili się od śmiechu, nie

śmiali się tylko agenci KGB, których miny zdradzały niezrozumienie. Tania przesuwała się mimochodem, słuchając wiersza poety, który w stylu przypominającym futurystyczne utwory Majakowskiego wyrażał młodzieńczy gniew. Jednocześnie wyciągała z kieszeni po jednym egzemplarzu gazetki i dyskretnie wsuwała w rękę każdemu, kto miał życzliwy wyraz twarzy. Zerkała na Wasilija, który robił to samo. Po chwili usłyszała okrzyki zatroskania i niepokoju: uczestnicy zgromadzenia zaczęli wymieniać się informacją o Bodianie. Niemal wszyscy obecni na placu wiedzieli, kim jest i dlaczego został uwięziony. Czym prędzej rozdała pozostałe egzemplarze, by zdążyć, nim milicjanci się połapią. Jakiś krótko ostrzyżony mężczyzna wyglądający na byłego żołnierza wstał i zamiast deklamować wiersz, jął czytać na głos artykuł Tani o Bodianie. Ucieszyła się: wieść roznosiła się nadspodziewanie szybko. Rozległy się gniewne okrzyki, gdy czytający dotarł do informacji o tym, że śpiewak nie ma opieki medycznej. Tajniacy w skórzanych kurtkach wychwycili zmianę nastroju zgromadzonych ludzi i wzmogli czujność. Jeden z nich zaczął mówić naglącym tonem do krótkofalówki. Tania miała jeszcze pięć kopii „Niezgody”, które prawie paliły się jej w kieszeni. Tajniacy stojący dotąd na obrzeżach tłumu ruszyli w kierunku mówcy. Zbliżali się, a on wyzywającym gestem machał egzemplarzem nielegalnego biuletynu. Część słuchaczy podeszła bliżej postumentu, chcąc utrudnić poczynania agentom KGB. Ci zaczęli się rozpychać. W taki sposób wybuchały zamieszki. Zaniepokojona Tania wycofała się ku zewnętrznemu kręgowi zgromadzenia. Miała jeszcze jeden egzemplarz gazetki. Upuściła go na ziemię. Raptem pojawiło się pół tuzina mundurowych milicjantów. Tania nie wiedziała, skąd się wzięli. Rozejrzała się nerwowo i jej wzrok zatrzymał się na budynku po przeciwnej stronie ulicy. Funkcjonariusze wysypywali się z drzwi, zapewne ukryli się wcześniej w środku i czekali na sygnał. Dobyli pałek i wymachiwali nimi, uderzając kogo popadnie. Tania zauważyła, że Wasilij odwraca się i szybko odchodzi. Zrobiła to samo. Jakiś przerażony nastolatek wpadł na nią i przewrócił ją na ziemię. Upadek oszołomił Tanię. Kiedy znów się rozejrzała, zobaczyła biegnących ludzi. Wstała, lecz kręciło jej się w głowie. Ktoś popchnął ją i znów się przewróciła. Nagle obok pojawił się Wasilij. Chwycił ją obiema rękami i dźwignął z ziemi. Spojrzała na niego zaskoczona: nie spodziewała się, że zaryzykuje własne bezpieczeństwo, by ją ratować. Naraz milicjant trzasnął Wasilija pałką w głowę i ten upadł. Funkcjonariusz przyklęknął, odciągnął mu ręce do tyłu i wprawnie, szybkimi ruchami założył kajdanki.

Wasilij uniósł głowę, zobaczył Tanię i ruchem ust nakazał jej: „Uciekaj!”. Odwróciła się i rzuciła biegiem, lecz po chwili wpadła na mundurowego. Złapał ją za ramię. Usiłowała się wyrwać. - Puszczaj! - krzyknęła. Milicjant mocniej zacisnął rękę. - Jesteś aresztowana, zdziro.

ROZDZIAŁ 6 Kremlowska sala Niny Oniłowej została nazwana na cześć kobiety obsługującej karabin maszynowy w bitwie pod Sewastopolem. Na ścianie wisiało oprawione w ramkę czarno-białe zdjęcie generała Armii Czerwonej, który kładł na jej mogile Order Czerwonego Sztandaru. Fotografia wisiała nad kominkiem z białego marmuru poplamionego niczym palce nałogowego palacza. Wszędzie widać było ozdobne reliefy okalające prostokąty jaśniejszej farby w miejscach, gdzie wisiały inne obrazy, co świadczyło o tym, że ścian nie malowano od czasów rewolucji. Może pomieszczenie było niegdyś eleganckim salonem? Teraz stały w nim proste stoliki zepchnięte razem w długi prostokąt, przy którym ustawiono około dwudziestu tanich krzesełek. Na stołach znajdowały się kamionkowe popielnice, które wyglądały tak, jakby codziennie je opróżniano, ale nigdy nie wycierano. Do pomieszczenia wszedł Dimka Dworkin, miał zamęt w głowie i ściskało go w brzuchu. Było to miejsce stałych spotkań asystentów ministrów i sekretarzy wchodzących w skład Prezydium Rady Najwyższej, ciała zarządzającego ZSRR. Dimka

był

asystentem

Nikity

Chruszczowa,

pierwszego

sekretarza

partii

i przewodniczącego Prezydium, a mimo to czuł, że nie powinno go tam być. Do szczytu wiedeńskiego zostało kilka tygodni. Miało to być pierwsze spotkanie Chruszczowa z nowym prezydentem USA Johnem Kennedym, wydarzenie niezwykłej wagi. Jutro, w czasie najważniejszego posiedzenia Prezydium w całym roku, przywódcy Związku Radzieckiego podejmą decyzję o strategii postępowania w czasie szczytu. Asystenci zebrali się, żeby przygotować się do obrad. Była to narada, w czasie której miano zadecydować o przebiegu innego, donioślejszego spotkania. Przedstawiciel Chruszczowa powinien zaprezentować linię przywódcy, dzięki czemu pozostali asystenci będą mogli przygotować swoich pryncypałów na jutrzejsze obrady. Drugie, niewyrażone wprost zadanie Dimki polegało na wykryciu potencjalnych punktów oporu wobec koncepcji Chruszczowa i, jeśli to możliwe, zdławieniu ich. W istocie miał postarać się, by jutrzejsze posiedzenie przebiegło bez zakłóceń i po myśli pierwszego sekretarza. Dimka znał zamysły Nikity Chruszczowa w odniesieniu do szczytu, a mimo to czuł, że nie sprosta zadaniu. Był najmłodszym i najmniej doświadczonym z asystentów Chruszczowa. Dopiero rok temu skończył uczelnię. Nigdy wcześniej nie uczestniczył

w naradzie przed posiedzeniem Prezydium Rady Najwyższej, gdyż był zbyt młody. Jednak przed dziesięcioma minutami jego sekretarka Wiera Pletner poinformowała go, że starszy asystent zachorował, a dwaj inni mieli wypadek samochodowy. Dimka musiał ich zastąpić. Posadę asystenta pierwszego sekretarza otrzymał z dwóch powodów. Pierwszy był taki, że plasował się na czele wszystkich klas i grup, do których uczęszczał od przedszkola do uniwersytetu. Po drugie, jego wuj był generałem. Dimka nie potrafił ocenić, który powód ma większą wagę. Światu zewnętrznemu Kreml prezentował się jako monolit, lecz w istocie stanowił pole bitwy. Władza Chruszczowa nie była mocna. Ten komunista z krwi i kości dostrzegał niedomogi radzieckiego systemu i chciał wdrożyć nowe pomysły. Jednakże starzy staliniści na Kremlu jeszcze się nie poddali. Tylko czekali na okazję, by osłabić pozycję pierwszego sekretarza i cofnąć jego reformy. Narada była nieoficjalna - asystenci zdjęli marynarki i rozluźnili krawaty. Rozmawiali, popijając herbatę albo paląc papierosy. Większość była płci męskiej, lecz nie wszyscy. Dimka wypatrzył twarz życzliwej osoby: Natalii Smotrowej, asystentki ministra spraw

zagranicznych

Andrieja

Gromyki.

Dwudziestokilkuletnia

kobieta

wyglądała

atrakcyjnie, mimo że miała na sobie nieefektowną czarną sukienkę. Dimka nie znał dobrze Natalii, ale kilkakrotnie z nią rozmawiał. Usiadł obok. Spojrzała na niego ze zdziwieniem. - Konstantinow i Pajarij mieli wypadek - wyjaśnił. - Ranni? - Niezbyt poważne. - Co z Alkajewem? - Zachorował na półpasiec. - Paskudna sprawa. A więc reprezentujesz pierwszego sekretarza. - I mam pietra. - Będzie dobrze. Rozejrzał się. Wydawało się, że wszyscy obecni na coś czekają. - Kto przewodniczy tej naradzie? - spytał cicho Natalię. Usłyszał go Jewgienij Filipow, asystent konserwatywnie nastawionego ministra obrony Rodiona Malinowskiego. Trzydziestokilkuletni mężczyzna ubierał się, jakby był dużo starszy: miał na sobie workowaty garnitur z okresu powojennego i szarą flanelową koszulę. Głośno, karcącym tonem powtórzył pytanie Dimki: - Kto przewodniczy tej naradzie? Ty, oczywiście. Jesteś asystentem szefa Prezydium, tak czy nie? No to do roboty, studenciku.

Dimka poczuł, że się czerwieni. Przez chwilę brakowało mu słów. Potem doznał olśnienia. - Dzięki wspaniałemu lotowi kosmicznemu majora Jurija Gagarina towarzysz Chruszczow pojedzie do Wiednia, mając w uszach słowa gratulacji narodów całego świata. Miesiąc wcześniej Gagarin jako pierwszy człowiek wyleciał rakietą w przestrzeń kosmiczną, zaledwie o kilka tygodni wyprzedzając Amerykanów. Był to oszałamiający triumf naukowy i propagandowy Związku Radzieckiego i Nikity Chruszczowa. Zebrani przy stole asystenci zaczęli klaskać, samopoczucie Dimki się poprawiło. Głos ponownie zabrał Filipow: - Dla pierwszego sekretarza byłoby lepiej, gdyby w uszach dźwięczało mu przemówienie inauguracyjne prezydenta Kennedy’ego. - Wydawało się, że Filipow nie potrafi wypowiadać się bez drwiącego tonu. - W razie gdyby zebrani tutaj towarzysze zapomnieli, Kennedy oskarżył nas, że dążymy do dominacji nad światem, i poprzysiągł powstrzymać nas za wszelką cenę. Wykonaliśmy tak wiele przyjaznych gestów, zdaniem niektórych doświadczonych towarzyszy nieroztropnie, a Kennedy bardzo jasno wyraża swoje agresywne zamiary. - Filipow uniósł palec niczym nauczyciel w szkole. - Możemy na to odpowiedzieć tylko w jeden sposób: zwiększeniem potęgi wojskowej. Dimka dopiero obmyślał ripostę, kiedy uprzedziła go Natalia: - Tego wyścigu nie zdołamy wygrać - oznajmiła lekkim rzeczowym tonem. - Stany Zjednoczone są bogatsze od Związku Radzieckiego i jeśli powiększymy siłę armii, z łatwością mogą nam pod tym względem dorównać. Dimka doszedł do wniosku, że Natalia ma więcej rozsądku niż jej twardogłowy szef. Spojrzał na nią z wdzięcznością. - Właśnie dlatego towarzysz Chruszczow stawia na pokojowe współistnienie, które pozwoli nam wydawać mniej na zbrojenia, a inwestować w rozwój rolnictwa i przemysłu. Zwolennicy

twardej

linii

na

Kremlu

z nienawiścią

myśleli

o pokojowym

współistnieniu. W ich pojęciu konflikt z kapitalizmem i imperializmem oznaczał walkę na śmierć i życie. Kątem oka Dimka zobaczył, że do sali wchodzi jego sekretarka Wiera. Była to inteligentna, energiczna kobieta w wieku czterdziestu lat. Odprawił ją machnięciem ręki. Filipow nie dawał za wygraną. - Nie powinniśmy patrzeć naiwnie na globalną politykę i pozwalać sobie na redukcję naszej armii - rzekł z przyganą. - Trudno uznać, że wygrywamy na scenie międzynarodowej. Chińczycy rzucają nam wyzwanie. To osłabia naszą pozycję w Wiedniu.

Dlaczego Filipow tak usilnie dąży do tego, by Dimka wyszedł na głupca? Naraz Dimka przypomniał sobie, że asystent Malinowskiego ubiegał się o stanowisko w biurze Chruszczowa, właśnie to, które przypadło jemu. - Klęska w Zatoce Świń osłabiła Kennedy’ego - zauważył Dimka. Amerykański prezydent zatwierdził opracowany przez CIA plan inwazji na Kubę. Operacja zakończyła się fiaskiem i Kennedy został upokorzony. - Uważam, że pozycja naszego przywódcy jest teraz mocniejsza. - Mimo to Chruszczow poniósł porażkę... - Filipow zamilkł, zorientowawszy się, że posunął się za daleko. W czasie wstępnych narad pozwalano sobie na szczerość, lecz tylko w określonych granicach. Dimka postanowił wykorzystać chwilę słabości przeciwnika. - W czym Chruszczow poniósł porażkę, towarzyszu? - spytał. - Oświeć nas, proszę. Filipow szybko się poprawił. - Nie zdołaliśmy osiągnąć głównego celu naszej polityki zagranicznej, którym jest trwałe unormowanie sytuacji Berlina. Niemcy Wschodnie to nasza wysunięta placówka w Europie. Zabezpieczają granice Polski i Czechosłowacji. Ta sprawa musi zostać uregulowana. - No dobrze - zgodził się Dimka, ze zdziwieniem słysząc nutę pewności w swoim głosie. - Sądzę, że wystarczy na dziś dyskusji o ogólnych zasadach. Zanim zamknę posiedzenie, przedstawię aktualny pogląd pierwszego sekretarza na tę kwestię. Filipow otworzył usta, by wyrazić sprzeciw wobec nagłego zakończenia narady, lecz Dimka nie pozwolił mu dojść do słowa: - Towarzysze będą zabierali głos po zaproszeniu przewodniczącego narady - oznajmił szorstkim tonem i wszyscy zamilkli. - W Wiedniu Chruszczow oświadczy Kennedy’emu, że nie możemy dłużej zwlekać. Przedłożyliśmy Amerykanom rozsądne propozycje uregulowania sytuacji w Berlinie i wciąż słyszymy, że nie chcą żadnych zmian. - Kilku uczestników narady pokiwało głowami. - Jeśli nie przystaną na plan przedstawiony przez Chruszczowa, podejmiemy jednostronne działania. A jeżeli Amerykanie spróbują nas powstrzymać, na siłę odpowiemy siłą. Nastąpiła dłuższa chwila ciszy. Dimka wykorzystał to i wstał. - Dziękuję towarzyszom za udział w naradzie. Natalia wypowiedziała na głos wątpliwość nurtującą wszystkich: - Czy to oznacza, że z powodu Berlina jesteśmy gotowi pójść na wojnę z Amerykanami?

- Pierwszy sekretarz nie uważa, by doszło do wojny - odparł Dimka, powtarzając wymijającą odpowiedź, której udzielił mu Chruszczow. - Kennedy nie jest szaleńcem. Odchodząc od stołu, zauważył spojrzenie Natalii, w którym zdumienie mieszało się z podziwem. Nie mógł uwierzyć, że zachował się tak bezkompromisowo. Nigdy nie był potulny, lecz tutaj miał do czynienia z grupą wpływowych i inteligentnych ludzi i zdołał ich poskromić. Pomogło mu w tym stanowisko: mimo że był nowicjuszem, biurko w kwaterze pierwszego sekretarza dawało władzę. I paradoksalnie wrogość Filipowa przysłużyła się Dimce. Wszyscy mogli sympatyzować z tym, który daje zdecydowany odpór urzędnikowi kwestionującemu pozycję przywódcy. Wiera czekała w przedsionku. Była doświadczoną asystentką polityczną i bez powodu nie ulegała panice. Nagle Dimkę tknęło złe przeczucie. - Chodzi o moją siostrę, prawda? Wiera aż się przeraziła. Otworzyła szeroko oczy. - Jak ty to robisz? - spytała z podziwem. Nie było w tym nic nadprzyrodzonego. Dimka od pewnego czasu spodziewał się, że Tania wpadnie w jakąś kabałę. - Co zmalowała? - Aresztowali ją. - Niech to diabli. Wiera wskazała telefon na małym stoliku. Dimka podniósł słuchawkę zdjętą z widełek. Dzwoniła jego matka Ania. - Tania jest na Łubiance! - powiedziała. Siedziba KGB mieściła się przy placu Łubiańskim. Matka była bliska histerii. On zaś nie czuł się zaskoczony. Tak samo jak siostra bliźniaczka uważał, że wiele spraw w Związku Radzieckim toczy się w złym kierunku. Jednak Dimka był zdania, że potrzebne są reformy, ona natomiast sądziła, że należy odrzucić komunizm. Wiedli spór intelektualny, który jednak nie zmieniał faktu, że darzyli się uczuciem. Byli dla siebie najlepszymi przyjaciółmi od zawsze. Dimka wiedział, że do aresztu można trafić nawet za to, że myśli się tak jak Tania była to jedna z ciemnych stron Związku Radzieckiego. - Uspokój się, mamo, wydobędę ją stamtąd - obiecał. Miał nadzieję, że zdoła sprostać temu zapewnieniu. - Wiesz, co się stało? - Było jakieś spotkanie poetyckie, doszło do zamieszek! - Na pewno poszła na plac Majakowskiego. Jeśli tylko tyle... - Nie wiedział

o wszystkich poczynaniach siostry, ale podejrzewał ją o coś więcej niż uczestnictwo w spotkaniu poetów. - Dimka, musisz coś zrobić! Zanim tamci... - Wiem. - Matka chciała powiedzieć: Zanim zaczną ją przesłuchiwać. Dimka poczuł dreszcz strachu, jakby przesunął się nad nim groźny cień. Perspektywa przesłuchań w okrytych najgorszą sławą kazamatach siedziby KGB napawała trwogą każdego radzieckiego obywatela. W pierwszej chwili pomyślał, że powinien zatelefonować, doszedł jednak do wniosku, że to nie wystarczy. Musi udać się tam osobiście. Zawahał się: gdyby ktoś dowiedział się, że poszedł na Łubiankę po to, by wydostać siostrę, mogłoby to zagrozić jego karierze. Ale rozterka trwała tylko chwilę. Tania miała pierwszeństwo przed nim, Chruszczowem i całym Związkiem Radzieckim. - Idę tam, mamo - oznajmił. - Zadzwoń do wujka Wołodii i opowiedz mu o wszystkim. - O tak, to dobry pomysł! Mój brat będzie wiedział, co zrobić. Dimka odłożył słuchawkę. - Dzwoń na Łubiankę - polecił Wierze. - Powiedz im, że telefonujesz z biura pierwszego sekretarza, który dowiedział się o aresztowaniu czołowej dziennikarki Tani Dworkinej i jest zaniepokojony. Dodaj, że w drodze do nich jest asystent towarzysza Chruszczowa, chce zadać im parę pytań i do chwili jego przybycia mają się wstrzymać od wszelkich działań. Sekretarka notowała. - Czy wezwać samochód? Łubianka znajdowała się niespełna dwa kilometry od kompleksu kremlowskiego. - Na dole mam motocykl, tak będzie szybciej. - Dimka był szczęśliwym posiadaczem woschoda 175 z pięciobiegową skrzynią biegów i dwiema rurami wydechowymi. Przewidział, co paradoksalne, że siostra wpadnie w kłopoty, ponieważ przestała mu o wszystkim mówić. Zwykle nie mieli przed sobą żadnych sekretów. Dzielili się sprawami, o których nie mówili nikomu więcej. Kiedy nie było matki, Tania chodziła po mieszkaniu nago, na przykład gdy potrzebowała wyjąć z szafy czystą bieliznę, a Dimka sikał w łazience, nie zamykając drzwi. Koledzy Dimki pokpiwali czasem, że łączący ich związek ma charakter erotyczny, lecz w gruncie rzeczy było odwrotnie: mogli być ze sobą tak blisko właśnie dlatego, że traktowali się aseksualnie. Jednak w ciągu minionego roku zorientował się, że siostra coś przed nim ukrywa. Nie

wiedział, co to jest, ale mógł się domyślić. Nie chodziło o chłopaka, tego był pewny: zwierzali się sobie ze swojego życia emocjonalnego, dzielili się spostrzeżeniami i odczuciami. Prawie na pewno w grę wchodziła polityka. Jedynym powodem, dla którego Tania coś przed nim zatajała, była troska o brata. Podjechał pod tchnący grozą budynek, pałac z żółtej cegły wzniesiony przed rewolucją, który stanowił wówczas siedzibę towarzystwa ubezpieczeniowego. Na samą myśl o tym, że siostra jest w nim więziona, zrobiło mu się słabo. Przez chwilę bał się, że zwymiotuje. Postawił motocykl na wprost głównego wejścia, zebrał się w sobie i wszedł do środka. Był tam już szef Tani, redaktor Danił Antonow, spierał się o coś z kagiebistą w holu. Antonow był niewysoki i drobnej budowy, Dimka uważał go za niegroźnego, teraz jednak emanowały z niego pewność siebie i zdecydowanie. - Chcę się zobaczyć z Tanią Dworkiną, teraz, w tej chwili - oświadczył. Wyraz twarzy funkcjonariusza KGB przywodził na myśl upartego muła. - To niemożliwe. Do rozmowy wtrącił się Dimka: - Jestem z biura pierwszego sekretarza. Na kagiebiście nie zrobiło to wrażenia. - I co tam porabiasz, synku? Pewnie parzysz herbatkę. Jak się nazywasz? Pytanie

miało

zastraszyć

rozmówcę,

ludzie

bali

się

podawać

nazwisko

funkcjonariuszom bezpieki. - Dmitrij Dworkin. Mam wam przekazać, że towarzysz Chruszczow osobiście interesuje się tą sprawą. - Spieprzaj, Dworkin - odrzekł kagiebista. - Towarzysz Chruszczow nic o tej sprawie nie wie. Przychodzisz, żeby wyciągnąć siostrę z kłopotów. Pewność siebie i opryskliwość mężczyzny zaskoczyły Dimkę. Podejrzewał, że wielu takich, którzy usiłowali wydobyć z Łubianki krewnych bądź przyjaciół, powoływało się na osobiste powiązania z wpływowymi ludźmi. On jednak ponowił atak. - Jak wasze nazwisko? - Jestem kapitan Mec. - Jakie zarzuty stawiacie Tani Dworkinie? - Napaść na oficera. - Czyżby dziewczyna poturbowała draba w skórzanej kurtce? - rzucił drwiąco Dimka. - Najpierw musiałaby odebrać mu broń. Dajcie spokój, Mec, nie bądźcie durniem.

- Brała udział w wywrotowym zgromadzeniu, rozprowadzano antysowieckie pisma. Mec podał Dimce pognieciony arkusz papieru. - Uczestnicy okazali niesubordynację. Dimka spojrzał na kartkę. W nagłówku widniała nazwa „Niezgoda”. Słyszał o tym nielegalnym biuletynie. To było jasne, że Tania mogła mieć z nim coś wspólnego. Numer poświęcony był śpiewakowi operowemu Ustinowi Bodianowi. Szokujące doniesienie o tym, że Bodian umiera na zapalenie płuc w syberyjskim obozie pracy, na chwilę odwróciło uwagę Dimki od aktualnych spraw. Raptem przypomniał sobie, że Tania właśnie wróciła z Syberii, i już wiedział, że to ona jest autorką artykułu. Ta sprawa mogła się dla niej skończyć naprawdę źle. - Sugerujecie, że Tania miała w posiadaniu ten papier? - dociekał. Mec się zawahał, więc Dimka dodał szybko: - Sądzę, że nie. - Nie powinna tam przebywać - upierał się mężczyzna. - Jest reporterką, durniu - wtrącił się Danił. - Obserwowała zdarzenie tak samo jak wasi funkcjonariusze. - Ona nie jest funkcjonariuszką. - Wszyscy reporterzy TASS współpracują z KGB, wiecie o tym. - Nie możecie udowodnić, że była tam oficjalnie. - Tak, mogę. Jestem redaktorem, to ja ją tam skierowałem. Dimka wątpił, czy to prawda. Był wdzięczny Daniłowi, że nadstawia karku w obronie Tani. Mec tracił pewność siebie. - Była w towarzystwie niejakiego Wasilija Jenkowa, który miał w kieszeni pięć egzemplarzy gazetki. - Tania nie zna człowieka o takim nazwisku - zapewnił Dimka. To mogła być prawda, skoro on, jej brat bliźniak, z pewnością nigdy o nim nie słyszał. - Jeśli powstało zamieszanie, skąd możecie wiedzieć, z kim była? - Muszę porozmawiać z przełożonymi - oznajmił Mec i odwrócił się. - Tylko niech to nie trwa zbyt długo - warknął Dimka. - Bo z Kremla może się tutaj pofatygować ktoś inny niż chłopiec od parzenia herbatki. Mec zszedł schodami w dół i na ten widok Dimka zadrżał. Wszyscy wiedzieli, że w podziemiu znajdują się pokoje przesłuchań. Po chwili do Dimki i Daniła podszedł starszy mężczyzna z papierosem zwisającym z kącika ust. Miał brzydką mięsistą gębę ze sterczącym podbródkiem sugerującym agresywność. Danił nie ucieszył się na jego widok. Przedstawił go Dimce jako Piotra

Opotkina, redaktora naczelnego. Opotkin spojrzał na Dimkę, mrużąc oczy z powodu dymu. - A więc twoją siostrę aresztowali za uczestnictwo w antyradzieckim zgromadzeniu odezwał się gniewnym tonem. Dimka wyczuł, że z jakiegoś powodu Opotkin odczuwa satysfakcję. - Deklamowano tam wiersze - sprostował. - Niewielka różnica. - Ja ją tam wysłałem - wtrącił się Danił. - W dniu, w którym wróciła z Syberii? - spytał z niedowierzaniem Opotkin. - To nie było oficjalne polecenie. Zasugerowałem, że może by tam poszła i zorientowała się w sytuacji. - Nie kłam - burknął Opotkin. - Gadasz tak, bo chcesz ją chronić. Danił uniósł głowę i rzucił mu wyzywające spojrzenie. - A ty nie po to przyszedłeś? Zanim zapytany zdążył odpowiedzieć, wrócił kapitan Mec. - Sprawa jest nadal rozpatrywana. Opotkin przedstawił się i wylegitymował. - Kwestia nie polega na rozstrzygnięciu, czy Tania Dworkina powinna ponieść karę, tylko na określeniu jej wymiaru. - Otóż to - przytaknął z szacunkiem Mec. - Zechcecie pójść ze mną? Naczelny skinął głową i oficer poprowadził go schodami w dół. - Chyba nie pozwoli im jej torturować? - spytał cicho Dimka. - Opotkin już wcześniej wściekł się na Tanię - odparł zmartwiony Danił. - Dlaczego? Zdawało mi się, że dobra z niej dziennikarka. - Świetna, ale odrzuciła zaproszenie na jego sobotnie przyjęcie. Ciebie też chciał zaprosić. Piotr bardzo lubi ważnych ludzi. Lekceważenie traktuje jak wielką obrazę. - Niech to szlag. - Mówiłem jej, że powinna się zgodzić. - Naprawdę wysłałeś ją na plac Majakowskiego? - Ależ skąd, nie ma szans, by puścić materiał o nielegalnym zgromadzeniu. - Dziękuję, że starasz się jej bronić. - To nic takiego, zresztą obawiam się, że niewiele wskórałem. - Jak sądzisz, co będzie? - Mogą ją wyrzucić z posady. Bardziej prawdopodobne, że oddelegują w jakieś

nieprzyjemne miejsce, na przykład do Kazachstanu. - Danił ściągnął brwi. - A ja muszę wymyślić kompromisowe rozwiązanie, które zadowoli Opotkina, ale nie będzie zbyt dotkliwe dla Tani. Dimka zerknął na drzwi wejściowe. Pojawił się w nich czterdziestokilkuletni mężczyzna z włosami ostrzyżonymi na wojskową modłę prawie do skóry. Miał na sobie mundur generalski. - Nareszcie, wujku. Wołodia Peszkow miał niebieskie oczy podobne do oczu Tani i takie samo intensywne spojrzenie. - Co tu się narobiło? - rzucił gniewnie. Dimka zrelacjonował przebieg wydarzeń. Właśnie kończył, gdy pojawił się Opotkin. - Towarzyszu generale - rzekł konfidencjonalnym tonem do Wołodii. - Omówiłem kwestię waszej siostrzenicy z naszymi przyjaciółmi z KGB. Zgodzili się, żebym potraktował sprawę jako problem wewnętrzny TASS i sam ją rozwiązał. Dimka poczuł wielką ulgę. Nagle zdał sobie sprawę, że być może Opotkin specjalnie poprowadził sprawę tak, by wyjść na tego, który wyświadczył przysługę generałowi. - Pozwólcie sobie coś zasugerować - odparł Peszkow. - Można uznać przewinienie za poważne i nikogo nie obarczać winą, a potem przenieść Tanię na inne stanowisko. O takiej właśnie karze wspomniał przed chwilą Danił. Opotkin skinął z namysłem głową, jakby to rozważał. Dimka był pewien, że skwapliwie przystanie na każdą sugestię generała Peszkowa. - Można ją wysłać na placówkę zagraniczną - zasugerował Danił. - Tania zna niemiecki i angielski. Dimka miał świadomość, że dziennikarz przesadza. Tania uczyła się w szkole obu języków, to jednak nie znaczyło, że się nimi posługuje. Danił usiłował uchronić podopieczną przed zsyłką na zapadłą prowincję Związku Radzieckiego. - Nadal mogłaby pisać materiały do mojego działu - dodał Danił. - Wolałbym jej nie tracić, jest zbyt dobrą dziennikarką. Opotkin spojrzał na niego z powątpiewaniem. - Nie możemy wysłać jej do Londynu czy Bonn. To byłaby nagroda. Miał słuszność. Przydziały do krajów kapitalistycznych były wysoko cenione. Wiązały się z nimi ogromne diety na utrzymanie i choć nie można było za nie kupić tyle, ile w ZSRR, obywatele radzieccy żyli na Zachodzie o wiele lepiej niż w ojczyźnie. - Może do Berlina albo Warszawy - podpowiedział generał.

Opotkin skinął głową. Przeniesienie do innego kraju komunistycznego już bardziej przypominało karę. - Rad jestem, że udało się nam rozwiązać ten problem - podsumował Peszkow. - W sobotę wieczorem wydaję przyjęcie - rzucił Opotkin do Dimki. - Może byś przyszedł? Dimka domyślił się, że to oznacza dobicie targu. Skinął głową. - Tania mi o tym wspomniała - oświadczył z udawaną radością. - Przyjdziemy oboje. Opotkin się rozpromienił. - Tak się składa, że wiem o jednym wakacie w kraju komunistycznym - dodał Danił. Musimy tam kogoś pilnie wysłać. Tania mogłaby wyjechać nawet jutro. - Gdzie to jest? - zaciekawił się Dimka. - Na Kubie. - To jest do przyjęcia - odrzekł Opotkin, wyraźnie teraz uradowany. Lepsze to niż Kazachstan, pomyślał Dimka. W holu pojawił się Mec, obok niego szła Tania. Dimce aż skoczyło serce z radości: jego siostra była blada i wylękniona, ale nie miała żadnych obrażeń. Mec odezwał się tonem, w którym dał się słyszeć szacunek, a jednocześnie wyzwanie; tak szczeka przestraszony pies. - Pozwolę sobie zasugerować, by młoda towarzyszka Tania na przyszłość trzymała się z daleka od odczytów poetyckich. Wujek Wołodia wyglądał, jakby miał ochotę udusić durnia, ale powiedział z uśmiechem: - To bez wątpienia roztropna rada. Wyszli z budynku, na dworze było już ciemno. - Mam motor, odwiozę cię do domu - zaproponował Dimka. - Tak, proszę - odparła Tania. Było widać, że zależy jej na rozmowie z bratem. Wujek Wołodia nie umiał czytać w jej myślach tak dobrze jak Dimka. - Pozwól odwieźć się samochodem. Jesteś zbyt roztrzęsiona na przejażdżkę motorem. - Dziękuję, wujku, ale pojadę z Dimką. Nieco zaskoczony generał wzruszył ramionami i wsiadł do czekającej limuzyny ZIŁ. Danił i Piotr pożegnali się i odeszli. Kiedy tylko zniknęli, Tania odwróciła się do brata. Z jej oczu wyzierał strach. - Wspomnieli coś o Wasiliju Jenkowie? - Tak, że z nim byłaś. To prawda? - Tak.

- Cholera. Ale on chyba nie jest twoim chłopakiem? - Nie. Wiesz, co się z nim stało? - Miał w kieszeni pięć egzemplarzy „Niezgody”, więc nieprędko wyjdzie z Łubianki, nawet jeśli ma wysoko postawionych przyjaciół. - Szlag! Myślisz, że będą go przesłuchiwali? - Jestem tego pewny. Będą chcieli wiedzieć, czy tylko rozprowadza biuletyn, czy go wydaje. To drugie przestępstwo byłoby o wiele poważniejsze. - Przeszukają mieszkanie? - Oczywiście, w przeciwnym wypadku popełniliby zaniedbanie. Czemu pytasz? Co tam znajdą? Tania rozejrzała się, w pobliżu nikogo jednak nie było. Mimo to ściszyła głos. - Maszynę, na której pisana jest „Niezgoda”. - Wobec tego cieszę się, że Wasilij nie jest twoim chłopakiem, bo następnych dwadzieścia pięć lat spędzi na Syberii. - Nie mów tak! Dimka zmarszczył czoło. - Hm, widzę, że nie jesteś w nim zakochana, ale... nie jest ci całkowicie obojętny. - To dzielny człowiek i wspaniały poeta, nie romansujemy jednak ze sobą. Nigdy go nawet nie pocałowałam. Jest jednym z tych, którzy muszą mieć wiele kobiet. - Wypisz wymaluj mój przyjaciel Walentin. - Walentin Lebiediew, z którym w czasie studiów Dimka mieszkał w jednym pokoju, był prawdziwym donżuanem. - Właśnie tak. - A więc... To dla ciebie bardzo ważne, że agenci KGB znajdą maszynę w mieszkaniu Wasilija? - Bardzo. Razem wydawaliśmy „Niezgodę”, to ja napisałam dzisiejszy numer. - Niech to szlag, tego się bałem. - Teraz Dimka już znał sekret, który siostra ukrywała przed nim od roku. - Musimy natychmiast pójść do jego mieszkania, zabrać stamtąd maszynę i pozbyć się jej - oznajmiła. Dimka cofnął się o krok. - Nie ma mowy, zapomnij o tym. - Musimy! - Nie. Dla ciebie zrobię wszystko i mógłbym wiele zaryzykować dla faceta, którego kochasz, ale dla tego Jenkowa nie będę nadstawiał głowy. Kurwa mać, możemy wylądować

na Syberii. - W takim razie sama to zrobię. Dimka ściągnął brwi, jakby oceniał zagrożenie związane z taką akcją. - Kto jeszcze wie o tobie i Wasiliju? - Nikt, zachowywaliśmy ostrożność. Kiedy do niego szłam, sprawdzałam, czy ktoś mnie nie śledzi. Nigdy się nie spotykaliśmy w miejscach publicznych. - A więc śledztwo nie doprowadzi KGB do ciebie. Zawahała się i Dimka zrozumiał, w jak głębokie bagno oboje się wpakowali. - No co? - To zależy od tego, jak bardzo będą dociekliwi. - Dlaczego? - Dzisiaj rano, kiedy poszłam do Wasilija, była u niego pewna dziewczyna, Warwara. - O kurwa. - Akurat wychodziła, nie zna mojego nazwiska. - Jeśli kagiebiści pokażą jej zdjęcia osób aresztowanych na placu Majakowskiego, rozpozna cię? Tania była wyraźnie zafrasowana. - Dokładnie mnie zlustrowała, od stóp do głów, myślała, że mogę być jej rywalką. Tak, rozpoznałaby moją twarz. - Boże drogi, w takim razie musimy zabrać stamtąd tę maszynę. Jeżeli jej nie będzie, pomyślą, że Wasilij tylko rozdawał gazetkę, i nie będą tropili każdej jego siksy, zwłaszcza jeśli jest ich tak wiele. Może ci się upiecze. Ale gdy znajdą maszynę, jesteś skończona. - Zrobię to sama. Masz rację, nie mogę cię narażać. - A ja nie mogę zostawić cię samej w niebezpieczeństwie - odparł Dimka. - Gdzie to jest? Podała mu adres. - Niedaleko. Wsiadaj. - Zapalił motocykl. Tania zawahała się, a potem usiadła za bratem. Dimka włączył reflektor i ruszył. Zastanawiał się, czy agenci KGB już są w mieszkaniu Wasilija. Doszedł do wniosku, że to możliwe, ale mało prawdopodobne. Jeśli zgarnęli czterdzieści czy pięćdziesiąt osób, przez większość nocy będą przeprowadzali wstępne przesłuchania, spisywali nazwiska i adresy, a potem decydowali, na kim się skupić. Mimo to należało zachować ostrożność. Dotarłszy do adresu podanego przez Tanię, przejechał bez zwalniania. Blask

ulicznych latarni wydobywał z cienia wielkie dziewiętnastowieczne gmaszysko. Wszystkie budynki tego rodzaju zostały zamienione w siedziby urzędów lub podzielone na kwatery mieszkalne. Przed wejściem nie stały samochody, nie czaili się kagiebiści w skórzanych kurtkach. Dimka objechał cały kwartał i nie wypatrzył niczego podejrzanego. Zatrzymał motor kilkaset metrów od drzwi pałacu. Zsiedli z motocykla i ruszyli w stronę budynku. Jakaś kobieta, która wyprowadzała psa na spacer, powiedziała „Dobry wieczór” i poszła dalej. Weszli do środka. Przedsionek musiał być kiedyś imponujący. Teraz spękaną i podrapaną marmurową posadzkę oświetlała jedna żarówka. W balustradzie wspaniałych schodów brakowało kilkunastu tralek. Wspięli się po stopniach. Tania wyjęła z torebki klucz i otworzyła mieszkanie, a kiedy znaleźli się w środku, zamknęła drzwi. Skierowała się do dużego pokoju. Bura kotka obserwowała ich z obawą. Tania wyjęła z szafki pokaźne pudło, wypełnione do połowy kostkami kociej karmy. Pogrzebała w nich i wydobyła opakowaną maszynę do pisania. Potem wyjęła jeszcze plik arkuszy. Podarła je, wrzuciła do kominka i podpaliła zapałką. Dimka patrzył na płomień. - Dlaczego, u diabła, ryzykujesz wszystko dla daremnego protestu? - zapytał gniewnie. - W naszym kraju panuje bezwzględna tyrania. Musimy coś robić, by podtrzymać nadzieję. - W naszym kraju rozwija się komunizm - odparował Dimka. - To trudne zadanie, zmagamy się z przeciwnościami. A ty powinnaś pomagać je przezwyciężać, zamiast siać niepokój. - Jak można rozwiązywać trudności, skoro nikomu nie wolno o nich mówić? - Na Kremlu stale je omawiamy. - Ta sama garstka mężczyzn o ciasnych poglądach zawsze dochodzi do wniosku, by nie dokonywać żadnych poważnych zmian. - Nie wszyscy mają ciasne poglądy. Niektórzy wiele robią, by coś zmienić. Daj nam czas. - Od rewolucji minęło czterdzieści lat. Ile czasu potrzebujecie, by przyznać, że komunizm poniósł klęskę? Arkusze papieru szybko obróciły się w czarny popiół. Dimka spojrzał na siostrę z frustracją. - Spieraliśmy się o to chyba tysiąc razy. A teraz lepiej zbierajmy się stąd. - Dźwignął

maszynę. Tania wzięła kotkę i wyszli. W holu zobaczyli mężczyznę z aktówką. Mijając rodzeństwo na schodach, skinął głową. Dimka miał nadzieję, że w mdłym świetle nie zobaczył dokładnie twarzy jego i siostry. Tania postawiła zwierzaka na chodniku. - Teraz zostajesz sama, Mademoiselle. Kotka oddaliła się z demonstracyjną pogardą. Rodzeństwo skierowało się ku skrzyżowaniu. Dimka bezskutecznie usiłował ukryć maszynę pod kurtką. Wzeszedł księżyc i było ich wyraźnie widać na ulicy. Dotarli do motoru. Dimka podał siostrze maszynę. - Jak chcesz się jej pozbyć? - spytał szeptem. - Rzeka? Pomyślał chwilę i przypomniał sobie ustronne miejsce, w którym w czasach studenckich bywał z kolegami, spędzali tam całe noce przy wódce. - Wiem gdzie. Wsiedli na motor i Dimka skierował się na południe. Miejsce, do którego zmierzał, leżało na peryferiach. Dzięki temu zmniejszała się szansa, że ktoś ich zauważy. Jechał szybko dwadzieścia minut i zatrzymał się przed monastyrem Pieriewinskim. Zabytkowy kompleks ze wspaniałą cerkwią Mikołaja Cudotwórcy był teraz ruiną, niezamieszkaną od dziesięcioleci i ogołoconą ze skarbów. Leżał na pasie ziemi, który ciągnął się między linią kolejową prowadzącą na południe i rzeką Moskwą. Pobliskie pola zamieniono w plac budowy, na którym miały stanąć mieszkalne wysokościowce, lecz wieczorem teren był opustoszały. Dimka wprowadził motocykl między drzewa i postawił go, a potem przez zarośla powiódł siostrę ku ruinom monastyru. Księżyc zalewał opuszczone budowle niesamowitą bladą poświatą. Cebulkowate kopuły cerkwi zapadały się, lecz pokryte zieloną dachówką zabudowania klasztoru w większości się zachowały. Dimka nie mógł się pozbyć uczucia, że przez strzaskane szyby w oknach obserwują go pokolenia zakonników. Kroczył po podmokłym terenie w stronę rzeki. - Skąd znasz to miejsce? - spytała Tania. - Przychodziliśmy tu w czasach studenckich. Piliśmy i oglądaliśmy wschód słońca. Dotarli do brzegu. Było tam szerokie zakole rzeki, leniwie płynąca woda wydawała się w blasku księżyca wyjątkowo spokojna. Jednak Dimka wiedział, że jest wystarczająco

głęboka. Tania się zawahała. - Co za strata. Dimka wzruszył ramionami i odparł: - Maszyny do pisania są drogie. - Nie chodzi wyłącznie o pieniądze, ale o głos sprzeciwu, o inne spojrzenie na świat, inne myślenie. Maszyna to wolność słowa. - Więc lepiej się jej pozbądź. Tania podała bratu urządzenie. Przesunął wałek do końca w prawo, by mieć za co chwycić. - No to raz - powiedział i zamachnął się, a potem z całej siły rzucił maszynę w nurt rzeki. Nie poleciała daleko, lecz z miłym dla ucha pluśnięciem momentalnie zniknęła z widoku. Rodzeństwo patrzyło na kręgi na wodzie rozchodzące się w świetle księżyca. - Dziękuję - odezwała się po chwili Tania. - Dziękuję tym bardziej, że nie wierzysz w to, co robię. Otoczył ją ramieniem i odeszli.

ROZDZIAŁ 7 George miał podły nastrój. Ręka wciąż bolała go jak diabli, mimo że była w gipsie i wisiała

na

temblaku.

Upragnioną

pracę

stracił,

zanim



rozpoczął.

Zgodnie

z przewidywaniami Grega kancelaria Fawcett Renshaw wycofała ofertę, gdy tylko nazwisko Jakes pojawiło się w gazetach na liście poszkodowanych uczestników Rajdu Wolności. Teraz nie wiedział, co ze sobą pocznie przez resztę życia. Ceremonia ukończenia studiów odbywała się na starym dziedzińcu Uniwersytetu Harvarda, trawiastym placu otoczonym murami gmachów uniwersyteckich z pięknej czerwonej cegły. Członkowie Rady Nadzorczej byli ubrani w cylindry i fraki. Doktoraty honorowe otrzymali brytyjski minister spraw zagranicznych, pozbawiony podbródka arystokrata nazywany lordem Home, oraz McGeorge Bundy, jeden z doradców prezydenta Kennedy’ego. Pomimo nie najlepszego nastroju George odczuwał także odrobinę smutku z powodu ukończenia uczelni, na której spędził siedem lat. Poznał niezwykłych ludzi i zawarł cenne przyjaźnie. Zaliczył wszystkie egzaminy, do których podszedł. Spotykał się z wieloma dziewczynami i z trzema poszedł do łóżka. Raz się upił i czuł się okropnie, utraciwszy nad sobą kontrolę. Dzisiaj jednak gniew nie pozwalał mu folgować nostalgii. Po wybuchu przemocy w Anniston spodziewał się zdecydowanej reakcji ze strony rządu. W czasie wyborów Jack Kennedy zaprezentował

się

ludziom

jako

zwolennik

liberalizmu

i zdobył

głosy

czarnoskórych. Bobby Kennedy był prokuratorem generalnym, najwyższym przedstawicielem wymiaru sprawiedliwości w kraju. George oczekiwał po nim, że oznajmi głośno i wyraźnie, że Konstytucja Stanów Zjednoczonych obowiązuje w Alabamie tak samo jak wszędzie indziej. Nie doczekał się. Za napaść na uczestników rajdu nikogo nie aresztowano. Ani miejscowa policja, ani FBI nie wszczęły śledztwa w sprawie żadnego groźnego przestępstwa, które tam popełniono. W Ameryce w 1961 roku na oczach policji białym rasistom wolno było atakować ludzi protestujących w obronie praw obywatelskich, łamać im kości, usiłować spalić ich żywcem i nie wyciągano wobec nich żadnych konsekwencji. George po raz ostatni widział Marię Summers w gabinecie lekarskim. Aktywistów nie przyjęto w najbliższym szpitalu, lecz ostatecznie znaleźli ludzi, którzy chętnie udzielili im pomocy. Pielęgniarka właśnie opatrywała mu złamaną rękę, kiedy weszła Maria i oznajmiła,

że wraca samolotem do Chicago. Chciał wstać i ją objąć, ale to ona podeszła, ucałowała go w policzek i zniknęła. Nie wiedział, czy ją jeszcze kiedyś zobaczy. Mogłem się w niej zakochać na zabój, myślał. Może już się tak stało. Rozmawiali ze sobą na okrągło przez dziesięć dni i ani razu się nie znudził: była równie inteligentna jak on, może inteligentniejsza. Zachowywała się niewinnie, a mimo to jej ciepłe brązowe oczy sprawiały, że wyobrażał ją sobie w blasku świec. Ceremonia dobiegła końca o wpół do dwunastej. Studenci, rodzice i absolwenci ze starszych roczników zaczęli się rozchodzić w różne strony w cieniu wysokich wiązów; ci ostatni odbiorą dyplomy podczas oficjalnych uroczystości. George rozejrzał się za rodziną, ale w pierwszej chwili nikogo nie wypatrzył. Zauważył jednak Josepha Hugo. Stał sam obok brązowego pomnika Johna Harvarda i palił długiego papierosa. W tradycyjnej todze jego biała skóra jeszcze bardziej niż zwykle przypominała ciasto. George zacisnął pięści, miał ochotę dokopać szczurowi. Ale jego lewa ręka była bezużyteczna, a poza tym gdyby pobił się z kimś akurat tego dnia na starym dziedzińcu uniwersytetu, drogo by za to zapłacił. Być może nawet straciłby dyplom. I tak miał dość kłopotów. Najrozsądniej byłoby zignorować Hugo i minąć go bez słowa. Jednak postąpił inaczej. - Hugo, to parszywy gnoju. Tamten wyglądał na przestraszonego, mimo że George miał niesprawną rękę. Był tego samego wzrostu co George i prawdopodobnie dorównywał mu siłą, ale zdawał sobie sprawę, że George ma po swojej stronie gniew. Odwrócił głowę i usiłował obejść przeciwnika. - Nie mam ochoty z tobą rozmawiać - wymamrotał. - Wcale się nie dziwię. - George zastąpił mu drogę. - Patrzyłeś, jak atakuje mnie wściekły tłum. Bandyci złamali mi łapsko. Hugo zrobił krok do tyłu. - Po coś się pchał do Alabamy? - A ty udawałeś bojownika praw obywatelskich i przez cały czas nas szpiclowałeś. Kto ci płacił, Ku-Klux-Klan? Hugo uniósł brodę, George miał ochotę w nią rąbnąć. - Zgłosiłem się na ochotnika, żeby przekazywać informacje FBI. - A więc robiłeś to za darmo! Nie wiem, czy to lepiej, czy gorzej. - Ale już niedługo przestanę być ochotnikiem. W przyszłym tygodniu zaczynam pracę w Biurze. - Hugo mówił wyzywająco, a jednocześnie z zawstydzeniem kogoś, kto przyznaje

się, że należy do sekty religijnej. - Dobrze spisałeś się jako szpicel i dlatego cię przyjęli. - Zawsze chciałem pracować w wymiarze sprawiedliwości. - Ale nie tym zajmowałeś się w Anniston. Tam byłeś po stronie bandytów. - Jesteście komunistami, słyszałem, jak mówisz o Karolu Marksie. - A także o Heglu, Wolterze, Gandhim i Jezusie Chrystusie. Daj spokój, Hugo, nawet ty nie jesteś tak głupi. - Nie znoszę naruszania porządku. I w tym problem, skonstatował z goryczą George. Ludzie nie znoszą, kiedy narusza się porządek. Dziennikarze zarzucili uczestnikom rajdu, że wywołują zamieszki, nie mieli jednak nic do zwolenników segregacji rasowej uzbrojonych w kije bejsbolowe i bomby. Doprowadzało go to do obłędu - czyżby nikogo w Ameryce nie obchodziło, co jest słuszne? Po przeciwnej stronie trawiastego dziedzińca wypatrzył Verenę Marquand, która do niego machała. Momentalnie stracił zainteresowanie Josephem Hugo. Verena skończyła wydział filologii angielskiej. Jednak na Harvardzie studiowało tak niewielu kolorowych, że wszyscy się znali. Poza tym była piękna, więc zauważyłby ją, nawet gdyby na uczelni było tysiąc ciemnoskórych dziewcząt. Miała zielone oczy i karnację o barwie lodów kakaowych. Pod togą dostrzegł krótką zieloną sukienkę odsłaniającą długie smukłe nogi. Biret tkwił na bakier na jej głowie. Verena była prawdziwą seksbombą. Mówiono, że ona i George dobrze do siebie pasują, ale nigdy się nie umówili. Ilekroć on był wolny, Verena z kimś się spotykała i vice versa. Teraz było już za późno. Verena, zapalona aktywistka kampanii praw obywatelskich, po skończeniu studiów zamierzała pracować u Martina Luthera Kinga. - Wasz rajd wywołał prawdziwą lawinę! - stwierdziła z entuzjazmem. Była to prawda. Po gwałtownym starciu w Anniston George z ręką w gipsie opuścił Alabamę na pokładzie samolotu, lecz inni bojownicy podjęli wyzwanie. Dziesięciu studentów z Nashville pojechało autobusem do Birmingham i zostało aresztowanych. Pierwszą grupę zastąpiła druga. Biali rasiści odpowiedzieli aktami przemocy. Rajdy Wolności przeistoczyły się w masowy ruch. - Ale ja straciłem posadę - zauważył George. - Jedź ze mną do Atlanty i pracuj dla Kinga - zaproponowała bez namysłu Verena. - Doktor King kazał ci mnie zaprosić? - zdziwił się świeżo upieczony absolwent. - Nie, ale potrzebny mu prawnik, a ci, którzy się zgłosili, nie umywają się do ciebie. George był zaintrygowany. Prawie zakochał się w Marii Summers, lecz chyba

powinien o niej zapomnieć, bo prawdopodobnie nigdy więcej jej nie zobaczy. Ciekawe, czy Verena zechce z nim chodzić, jeśli oboje podejmą pracę u Kinga. - To jest myśl - powiedział. Musiał się jednak zastanowić. - Są tutaj twoi rodzice? spytał, zmieniając temat. - Jasne, chodź, poznam cię z nimi. Rodzice Vereny byli sławnymi ludźmi i zwolennikami Kennedy’ego. George miał nadzieję, że wystąpią z otwartą krytyką prezydenta za jego słabą reakcję na przestępcze działania segregacjonistów. Może wespół z Vereną zdoła ich namówić do tego, by wygłosili publiczne oświadczenie. Ból jego ręki znacznie by dzięki temu zelżał. Ruszył za Vereną przez trawnik. - Mamo, tato, to mój kolega George Jakes - oznajmiła dziewczyna, kiedy dotarli do jej rodziców. Oboje państwo Marquand byli wysokiego wzrostu i dobrze ubrani: on miał ciemną skórę, a ona - białą. Poza tym matka Vereny nosiła wymyślną blond fryzurę. George wiele razy widział jej zdjęcia, gdyż stanowili słynną mieszaną parę. Percy’ego Marquanda nazywano „czarnym Bingiem Crosbym”, grał w filmach i śpiewał romantyczne piosenki. Babe Lee była aktorką teatralną specjalizującą się w rolach kobiet z ikrą. Percy odezwał się ciepłym barytonem, który wszyscy znali z licznych przebojów. - Panie Jakes, w Alabamie złamano panu rękę, kiedy występował pan w sprawie, która dotyczy nas wszystkich. Jestem zaszczycony, że mogę uścisnąć panu dłoń. - Dziękuję panu, ale proszę mi mówić po imieniu. Babe Lee także podała George’owi rękę i spojrzała mu w oczy tak, jakby chciała za niego wyjść. - Jesteśmy ci bardzo wdzięczni, a także dumni. Zachowywała się tak uwodzicielsko, że George poczuł się nieswojo. Zerknął na męża Babe, spodziewając się, że ten się rozgniewa. Jednak ani Percy, ani Verena nie zareagowali. George’owi przyszło na myśl, że Babe zachowuje się w taki sposób wobec każdego poznanego mężczyzny. Uwolniwszy dłoń z jej uścisku, zwrócił się do Percy’ego: - Wiem, że podczas zeszłorocznej kampanii agitował pan za Kennedym. Nie jest pan teraz zły, że prezydent tak, a nie inaczej odnosi się do walki o prawa obywatelskie? - Wszyscy mamy poczucie rozczarowania - odrzekł Percy. - Jakżeby inaczej! - wtrąciła Verena. - Bobby Kennedy zaapelował do aktywistów, by na jakiś czas odpuścili. Wyobrażacie sobie? CORE, rzecz jasna, odmówiło. W Ameryce

rządzi prawo, a nie motłoch! - Takie słowa powinny paść z ust prokuratora generalnego - podchwycił George. Percy skinął głową, nie przejąwszy się tym zdwojonym atakiem. - Słyszałem, że administracja prezydenta dobiła targu z południowymi stanami oświadczył. George nadstawił uszu, gdyż ta wiadomość nie przebiła się na łamy prasy. Gubernatorzy zobowiązali się do wzięcia band w karby, a tego pragną obaj bracia Kennedy. George wiedział, że w polityce nie daje się niczego za darmo. - Co obiecano im w zamian? - Prokurator generalny przymknie oko na nielegalne aresztowania uczestników Rajdów Wolności. Verena zirytowała się na ojca. - Szkoda, że wcześniej o tym nie napomknąłeś, tato - wypomniała mu ostrym tonem. - Wiedziałem, że się wściekniesz, skarbie. Protekcjonalne potraktowanie przez ojca rozeźliło dziewczynę jeszcze bardziej. Odwróciła głowę, jej twarz pociemniała. George powrócił do swojego pytania: - Wygłosi pan publicznie swój protest, panie Marquand? - Zastanawiałem się nad tym, ale wątpię, czy to coś da. - Może sprawić, że w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym czarni wyborcy zagłosują przeciwko Kennedy’emu. - Czy aby na pewno tego chcesz? Wszyscy wyszlibyśmy na tym gorzej, gdyby w Białym Domu zamieszkał ktoś pokroju Dicka Nixona. - W takim razie co możemy zrobić? - spytała gniewnie Verena. - Wydarzenia na Południu, do których doszło w ubiegłym miesiącu, pokazują ponad wszelką wątpliwość, że prawo jest za słabe. Potrzebna jest nowa ustawa o prawach obywatelskich. - Święte słowa - rzekł George. - Być może uda mi się coś zrobić w tym kierunku - ciągnął Percy. - W tej chwili mam odrobinę wpływów w Białym Domu. Jeśli skrytykuję Kennedych, nie będę ich miał w ogóle. George uważał, że Percy powinien publicznie zabrać głos. Verena wyraziła to samo przekonanie: - Masz obowiązek głośno powiedzieć, co jest słuszne, a co nie. W Ameryce pełno jest ludzi ważących słowa. Właśnie dlatego wpadliśmy w takie bagno. Jej matka poczuła się urażona.

- Twój tata słynie z tego, że mówi, co jest słuszne - odezwała się z oburzeniem. Wiele razy nadstawiał karku. George zrozumiał, że nie da się przekonać Percy’ego. Ale może aktor miał rację. Potrzebują nowej ustawy, która uniemożliwi południowcom prześladowanie Murzynów. Niewykluczone, że to jedyne prawdziwe rozwiązanie problemu. - Pójdę poszukać rodziców - oznajmił. - To był dla mnie zaszczyt, że państwa poznałem. - Pamiętaj o mojej propozycji! - zawołała Verena, kiedy nieco się oddalił. W miejscu, w którym miano rozdawać dyplomy prawa, zbudowano tymczasową scenę, ustawiono także namioty i stoły na kozłach. George od razu znalazł rodziców. Matka miała na sobie nową żółtą sukienkę. Musiała oszczędzać, by ją kupić: była dumna i nie zgodziłaby się przyjąć czegokolwiek od bogatego Peshkova. Brała od niego pieniądze tylko dla George’a. Zlustrowała od góry do dołu syna ubranego w ceremonialny strój. - Nigdy w życiu nie byłam taka dumna - oznajmiła, a potem ku jego zdumieniu wybuchła płaczem. To było niezwykłe. Przez dwadzieścia pięć lat nie okazała słabości. Otoczył ją ramieniem i przytulił. - Szczęściarz ze mnie, mamo, że mam cię przy sobie. Odsunął się od niej delikatnie i czystą chusteczką otarł jej łzy. Potem odwrócił się do ojca. Tak jak większość absolwentów dawniejszych roczników Greg miał na głowie słomkowy kapelusz z opaską, na której wydrukowany był rok ukończenia studiów. Na jego kapeluszu widniała liczba 1942. - Gratuluję ci, mój chłopcze - rzekł, podając mu dłoń. Przyszedł, a to już coś, pomyślał George. Po chwili nadeszli dziadkowie George’a. Oboje byli rosyjskimi imigrantami. Dziadek, Lev Peshkov, zaczynał od prowadzenia barów i klubów nocnych w Buffalo, a teraz był właścicielem studia w Hollywood. Zawsze nosił się jak dandys, dziś miał na sobie biały garnitur. George nigdy nie wiedział, co o nim sądzić. Powiadano, że jest bezwzględnym biznesmenem mającym prawo w niskim poważaniu. Z drugiej zaś strony dobrze traktował wnuka, płacił za jego naukę i dawał mu sute kieszonkowe. Lev ujął go za ramię. - Dam ci jedną radę - rzekł konfidencjonalnie. - Kiedy już zostaniesz adwokatem, nie broń kryminalistów.

- A to czemu? - Bo to ofermy - odparł dziadek i parsknął śmiechem. Powszechnie uważano, że Lev Peshkov także jest kryminalistą, który w czasach prohibicji trudnił się przemytem. - Czy wszyscy kryminaliści to ofermy? - dociekał George. - Ci, którzy dadzą się złapać - wyjaśnił. - Pozostali nie potrzebują adwokatów - dodał i zaśmiał się gromko. Marga ucałowała czule wnuka. - Nie słuchaj dziadka - powiedziała. - Muszę go słuchać, płacił za moje wykształcenie. Lev skierował na niego palec. - Cieszę się, że o tym nie zapominasz. Marga puściła to mimo uszu. - Miło na ciebie spojrzeć - mówiła głosem pełnym uczucia. - Taki przystojny, i do tego prawnik! George był jedynym wnukiem Margi i rozpieszczała go. Później zapewne wsunie mu niepostrzeżenie do ręki pięćdziesiątaka. Marga śpiewała kiedyś w nocnym klubie i teraz, w wieku sześćdziesięciu pięciu lat, nadal poruszała się tak, jakby była na scenie i miała na sobie powłóczystą suknię. Jej czarne włosy przypuszczalnie zawdzięczały obecnie kolor farbowaniu. Miała na sobie więcej biżuterii, niż wypadało przy takiej okazji. George podejrzewał, że jako kochanka, a nie żona, czuje potrzebę silniejszego podkreślania swojej pozycji. Była kochanką Lva od niemal pięćdziesięciu lat. Greg był ich jedynym dzieckiem. Żona Lva, Olga, mieszkała w Buffalo z ich córką Daisy, która potem wyszła za Anglika i przeniosła się do Londynu. George miał zatem angielskich kuzynów, których nigdy nie poznał. Zakładał, że są biali. Marga pocałowała Jacky. George zauważył, że stojący nieopodal ludzie przyglądają im się ze zdziwieniem i dezaprobatą. Nawet na Harvardzie, na którym panowały liberalne poglądy, nieczęsto widywało się białego, który obejmuje Murzyna. Jednak rodzina George’a, rzadko pokazująca się w miejscach publicznych, zawsze przyciągała uwagę. Nawet w miejscach, w których akceptowane były osoby wszystkich ras, mieszana rodzina i tak wydobywała z białych ukryte uprzedzenia. Wiedział, że usłyszy tego dnia szeptane pod nosem słowo „kundel”. Zignoruje obelgę. Jego czarni dziadkowie dawno zmarli i tych czworo stanowiło jedyną rodzinę, jaką miał. Dzisiaj, w dniu wręczenia dyplomów, nie posiadali się

z dumy, a to było warte każdej ceny. - Zjadłem wczoraj lunch ze starym Renshawem - oznajmił Greg. - Namówiłem go, żeby ponowił propozycję posady dla George’a w kancelarii. - Och, wspaniale! - zawołała uradowana Marga. - A więc jednak będziesz pracował jako adwokat w Waszyngtonie! Jacky obdarzyła Grega uśmiechem, co czyniła niezwykle rzadko. - Dziękuję ci. Greg uniósł palec w ostrzegawczym geście. - Ale są pewne warunki. - Oj, George zgodzi się na rozsądne warunki - zapewniła Marga. - To dla niego fantastyczna okazja. Zapewne chciała powiedzieć: fantastyczna okazja dla czarnego chłopaka. George odgadł jej intencje, lecz nie zaoponował. Tak czy owak, miała rację. - Jakie to warunki? - spytał ostrożnie. - Nieróżniące się od tych, które obowiązują każdego prawnika na świecie - odparł Greg. - Nie wolno ci pakować się w tarapaty, to wszystko. Prawnik nie może mieć zatargów z władzą. - Jak to: nie pakować się w tarapaty? - indagował podejrzliwie George. - Nie będziesz angażował się w ruchy protestu, marsze, demonstracje i tym podobne. Zresztą jako początkujący pracownik i tak nie będziesz miał na to czasu. Propozycja wzbudziła gniew George’a. - A więc swoje życie zawodowe rozpocznę od przysięgi, że wstrzymam się od wszelkich działań na rzecz wolności? - Nie powinieneś patrzeć na to w taki sposób - przestrzegł ojciec. George ugryzł się w język, by nie odpowiedzieć z irytacją. Najbliżsi chcieli dla niego jak najlepiej, wiedział o tym. - A jak powinienem na to patrzeć? - zapytał neutralnym tonem. - Twoja rola w ruchu na rzecz praw obywatelskich nie będzie polegała na walce na pierwszej linii, to wszystko. Zostań jednym z tych, którzy ją wspierają. Raz w roku wysyłaj czek na konto NAACP. - National Association for the Advancement of Colored People1, bo tak brzmiała jej pełna nazwa, była najstarszą i najbardziej zachowawczą organizacją działającą na rzecz praw obywatelskich. Wypowiadała się przeciwko Rajdom Wolności, uważając je za zbyt prowokacyjne. - Spuść nieco z tonu, niech ktoś inny wsiądzie do tego autobusu.

- Może istnieje inny sposób - odrzekł George. - Jaki mianowicie? - Mógłbym pracować u Martina Luthera Kinga. - Zaproponował ci posadę? - Zgłosił się ktoś od niego. - Ile będzie ci płacił? - Nie za wiele, jak się domyślam. - Tylko nie sądź, że możesz odrzucić ofertę świetnie płatnej pracy, a potem przychodzić do mnie po kieszonkowe - ostrzegł Lev. - Dobrze, dziadku - przytaknął George, miał na to dokładnie taki sam pogląd. - Ale myślę, że i tak wezmę tę posadę. Do dyskusji włączyła się jego matka. - Och, nie rób tego. - Chciała powiedzieć coś jeszcze, lecz absolwentów wezwano, by ustawili się w kolejce po dyplomy. - No, idź, później porozmawiamy. George ustawił się w ogonku. Ceremonia rozpoczęła się i powoli przesuwał się ku przodowi. Wspominał pracę w kancelarii Fawcett Renshaw latem ubiegłego roku. Pan Renshaw uważał się za bohatera liberalizmu, skoro zatrudnia czarnego stażystę. Jednak George dostał zadania, które byłyby uwłaczająco łatwe nawet dla studenta pierwszego roku. Okazał cierpliwość, czekał na sposobność i w końcu się doczekał. Wykonał kwerendę prawną, dzięki której kancelaria wygrała sprawę. Wtedy zaoferowano mu pracę po ukończeniu studiów. Z takimi sytuacjami stykał się nader często. Wszyscy zakładali, że harwardczyk musi być zdolny i inteligentny, chyba że ma czarną skórę, bo wtedy wszelkie założenia szły w odstawkę. George przez całe życie musiał udowadniać, że nie jest idiotą. Budziło to w nim odruch niechęci. Żywił nadzieję, że jego dzieci, jeśli się ich doczeka, będą dorastały w innym świecie. Nadeszła jego kolej. Wchodząc po niskich schodkach na podest, ze zdumieniem usłyszał syki. Zachowanie takie stanowiło tradycję na Harvardzie: zwykle stosowano je wobec wykładowców, którzy źle uczyli lub byli niemili dla studentów. George był tak poruszony, że przystanął na stopniach i obejrzał się. Uchwycił wzrok Josepha Hugo. Na pewno nie on jeden syczał - odgłos wydawał się zbyt donośny - lecz z pewnością dyrygował tym chórem. George wyczuł falę nienawiści. Był zbyt upokorzony, by wstąpić na scenę. Zastygł w bezruchu, krew nabiegła mu do twarzy.

Nagle ktoś zaczął klaskać. George rozejrzał się i zobaczył, że któryś z profesorów wstaje. Był to Merv West, jeden z młodszych wykładowców. Inni przyłączyli się do braw i szybko zagłuszyli syki. Kolejne osoby wstawały. George odgadł, że nawet ci, którzy go nie znają, domyślili się, kim jest, widząc jego zagipsowaną rękę. Powróciła odwaga i wszedł na podest. Kiedy odbierał dyplom, odezwały się wiwaty na jego cześć. Odwrócił się powoli do widowni i skromnym skinieniem głowy podziękował za brawa. Następnie zszedł po schodkach. Jego serce biło mocno, gdy znalazł się wśród kolegów studentów. Kilku w milczeniu uścisnęło mu dłoń. Syczenie, które usłyszał, wstępując na stopnie, przeraziło go, lecz aplauz wprawił w uniesienie. Zauważył, że się poci, i otarł twarz chusteczką. Przeżył chwilę prawdziwej udręki. Dalszą część ceremonii oglądał jak oniemiały, ciesząc się, że ma czas na to, by ochłonąć. Gdy minął szok, uprzytomnił sobie, że syczenie było sprawką Hugo i garstki prawicowych fanatyków, natomiast reszta liberalnie nastawionej społeczności uczelni oddała mu hołd. Powiedział sobie, że ma powód do dumy. Absolwenci wrócili do swoich rodzin, by zjeść posiłek. Matka uściskała George’a. - Bili ci brawo. - Tak - potwierdził Greg. - Choć przez chwilę zdawało się, że będzie inaczej. George rozłożył ręce i spojrzał na swoich bliskich. - Jak mogę zrezygnować z walki? Naprawdę chcę pracować w kancelarii i chcę sprawić radość rodzinie, która wspierała mnie przez lata nauki, ale to nie wyczerpuje sprawy. Co się stanie, jeśli będę miał dzieci? - Byłoby miło! - rzuciła Marga. - Tak, babciu, ale moje dzieci będą kolorowe. W jakim świecie przyjdzie mi je wychowywać? Czy zostaną Amerykanami drugiej kategorii? Rozmowę przerwał Merv West, który podszedł, by uścisnąć rękę George’a i pogratulować mu dyplomu. Profesor był ubrany nieco zbyt swobodnie jak na tę podniosą okazję: miał na sobie tweedowy garnitur i koszulę z kołnierzykiem zapinanym na guziki. - Dziękuję, że zainicjował pan brawa dla mnie, panie profesorze - rzekł George. - Proszę mi nie dziękować, zasłużył pan na to. George przedstawił rodzinę. - Przed chwilą rozmawialiśmy o mojej przyszłości. - Mam nadzieję, że nie podjęli państwo jeszcze ostatecznej decyzji. To było intrygujące. Co miały znaczyć słowa wykładowcy?

- Jeszcze nie - odparł George. - Dlaczego pan pyta? - Rozmawiałem z prokuratorem generalnym Bobbym Kennedym, który, jak państwo wiedzą, jest absolwentem Harvardu. - Jego postępowanie w obliczu zajść w Alabamie to hańba dla narodu. Mam nadzieję, że pan mu to powiedział. West uśmiechnął się z goryczą. - Nie użyłem takich słów. Ale obaj zgodziliśmy się, że reakcja władz była nieadekwatna. - I to bardzo. Nie sądzę, by... - George nie dokończył zdania, tknięty nagłą myślą. - Co to ma wspólnego z decyzjami o mojej przyszłości? - Bobby postanowił zatrudnić młodego czarnego prawnika, by zespół pracowników prokuratora generalnego wzbogacił się o punkt widzenia Murzynów na kwestię praw obywatelskich. Zapytał, czy znam kogoś godnego polecenia. - Chce pan powiedzieć... - zaczął oszołomiony George. West uniósł rękę. - Nie proponuję panu posady, to może zrobić jedynie Bobby. Ale mogę załatwić rozmowę kwalifikacyjną, jeśli pan zechce. - George! - odezwała się Jacky. - Posada u Roberta Kennedy’ego! To byłoby wspaniałe. - Mamo, bracia Kennedy strasznie nas zawiedli. - W takim razie zacznij pracować u Bobby’ego i postaraj się to zmienić! George zawahał się. Spojrzał na pełne zapału oblicza matki, ojca, babki i dziadka. Na koniec jego wzrok znów spoczął na matce. - Może się zgodzę - rzekł.

ROZDZIAŁ 8 Dimka wstydził się, że w wieku dwudziestu dwóch lat nadal jest prawiczkiem. W czasie studiów umawiał się z paroma dziewczynami, ale żadna nie poszła z nim na całość. Zastanawiał się, czy tak nie było lepiej. Nikt nie powiedział mu wprost, że seks powinien być elementem długotrwałego związku uczuciowego, lecz on sam to czuł. Nigdy nie trawił go gorączkowy pośpiech, by to zrobić, czym różnił się od niektórych chłopców. Jednakże teraz brak doświadczeń stawał się dla niego źródłem zakłopotania. Jego przyjaciel Walentin Lebiediew stanowił przeciwieństwo Dimki. Wysoki, z czarnymi włosami i niebieskimi oczami, emanował pewnością siebie i roztaczał mnóstwo czaru. Nim minął pierwszy rok studiów na Uniwersytecie Moskiewskim, zaliczył większość adeptek wydziału politycznego oraz jedną wykładowczynię. Niemal na samym początku znajomości Dimka zwrócił się do niego z pytaniem: - Słuchaj, co wiesz o zapobieganiu ciąży? - To problem dziewczyny, no nie? - odrzekł beztrosko Walentin. - W ostateczności, jeśli dojdzie do najgorszego, bez problemu można załatwić skrobankę. Z rozmów z innymi kolegami Dimka wywnioskował, że tak samo myśli wielu chłopców w kraju. Mężczyźni nie zachodzą w ciążę, więc nie jest to ich problem. Aborcja była dostępna na żądanie w czasie pierwszych dwunastu tygodni. Jednak podejście Walentina nie odpowiadało Dimce, być może dlatego, że siostra tak bardzo je potępiała. Seks był u Walentina na pierwszym miejscu, nauka zajmowała drugie. U Dimki było na odwrót i być może dlatego został asystentem na Kremlu, Walentin zaś pracował w moskiewskim wydziale parków. Dzięki znajomościom w tym wydziale Walentin zdołał załatwić, by w lipcu 1961 roku obaj mogli spędzić tydzień w leninowskim obozie wakacyjnym dla młodych komunistów. Obóz miał nieco wojskowy charakter, namioty zostały ustawione jak pod sznurek i o wpół do jedenastej zaczynała się cisza nocna, lecz były tam basen i jezioro, po którym pływało się łodzią, a także całe zastępy dziewcząt. Tygodniowy pobyt na obozie uważano za wielki i niesłychanie pożądany przywilej. Dimka był przekonany, że zasłużył na takie wakacje. Szczyt w Wiedniu okazał się wielkim sukcesem Związku Radzieckiego, a on miał w tym pewien udział. Rozmowy zaczęły się niepomyślnie dla Chruszczowa. Kennedy ze swoją olśniewającej urody żoną wjechali do miasta w długim korowodzie limuzyn, na których

łopotały dziesiątki gwiaździstych chorągiewek. Kiedy przywódcy obu krajów stanęli naprzeciwko siebie, telewidzowie na całym świecie zobaczyli, że amerykański prezydent jest o kilkanaście centymetrów wyższy i patrzy na pierwszego sekretarza z góry. Jego patrycjuszowski nos górował nad łysiną rozmówcy. Amerykański prezydent nosił starannie skrojone marynarki i wąskie krawaty, Chruszczow prezentował się przy nim jak wieśniak w niedzielnym garniturze. Stany Zjednoczone zwyciężyły bezapelacyjnie w konkursie mody i urody, gdyż Związek Radziecki nawet nie przeczuwał, że do takiego konkursu dojdzie. Kiedy jednak rozpoczęły się rozmowy, Chruszczow zaczął dominować. Kennedy usiłował prowadzić przyjazną dysputę, jaka przystoi roztropnym mężczyznom, lecz Chruszczow odzywał się głośno i napastliwie. Prezydent USA zauważył, że jest nielogiczne, by Związek Radziecki propagował i wspierał komunizm w krajach Trzeciego Świata, a potem z oburzeniem protestował, gdy zarzucono mu, że Amerykanie starają się ograniczyć go do radzieckiej półkuli. Chruszczow wyjaśnił gniewnie, że rozprzestrzenianie się komunizmu jest nieuniknione z historycznego punktu widzenia i żaden przywódca nie zdoła postawić mu tamy. Kennedy słabo orientował się w ideologii marksistowskiej i nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Zatriumfowała strategia obmyślona przez Dimkę i pozostałych asystentów. Po powrocie do Moskwy Chruszczow polecił rozprowadzić dziesiątki kopii zapisów rozmów: miały trafić nie tylko do krajów bloku wschodniego, lecz także do przywódców tak odległych państw jak Kambodża i Meksyk. Po zakończeniu szczytu Kennedy zamilkł, nie zareagował nawet na groźbę Chruszczowa, który oznajmił, że zajmie Berlin Zachodni. Dimka tymczasem wybrał się na urlop. Pierwszego dnia włożył nowe ubranie: kraciastą koszulkę z krótkimi rękawami i szorty, które matka uszyła mu ze znoszonych spodni z niebieskiej serży. - Czy takie szorty są modne na Zachodzie? - zaciekawił się Walentin. Dimka parsknął śmiechem. - O ile mi wiadomo, raczej nie. Walentin zaczął się golić, a Dimka poszedł po prowiant. Z przyjemnością zauważył młodą kobietę, która tuż obok rozpalała mały przenośny piecyk będący na wyposażeniu każdego namiotu. Była nieco starsza, ocenił jej wiek na dwadzieścia siedem lat. Miała gęste rudobrązowe włosy obcięte na pazia i miłą twarz usianą piegami. Wyglądała aż za bardzo modnie w pomarańczowej bluzce i obcisłych czarnych spodniach tuż za kolana. - Cześć! - zagadnął z uśmiechem Dimka. Dziewczyna uniosła głowę. - Pomóc ci?

Zapaliła gaz zapałką i bez słowa zniknęła w namiocie. No cóż, z nią utrata dziewictwa nie jest mi pisana, pomyślał Dimka i ruszył dalej. W sklepie obok budynku z sanitariatami kupił jajka i chleb. Kiedy wrócił, przed namiotem stały dwie dziewczyny: ta, do której się odezwał, oraz ładna blondynka o zgrabnej figurze. Blondynka była ubrana w takie same czarne spodnie jak koleżanka, lecz jej bluzka miała kolor różowy. Oczywiście rozmawiał z nimi Walentin, obie się śmiały. Walentin przedstawił dziewczyny Dimce. Ruda miała na imię Nina i nie wspomniała ani słowem o wcześniejszym spotkaniu, mimo to zachowywała się z rezerwą. Jasnowłosa Anna była bardziej otwarta, częściej się uśmiechała i pełnym wdzięku gestem odgarniała włosy. Dimka i Walentin przywieźli na obóz jeden metalowy rondel, w którym zamierzali przyrządzać wszystkie posiłki. Dimka napełnił go wodą, by ugotować jajka. Dziewczyny były lepiej wyekwipowane. Nina wzięła od niego jajka i zaproponowała, że usmaży bliny. Widoki się poprawiają, ucieszył się w duchu Dimka. Podczas posiłku zerkał na Ninę. Wąski nos, małe usta i zgrabny wydatny podbródek sprawiały, że wyglądała, jakby nigdy nie zapominała o przezorności i stale coś rozważała. Była jednak ponętna i kiedy Dimka wyobraził sobie, jak wygląda w kostiumie kąpielowym, zaschło mu w gardle. - Chcemy wypożyczyć łódkę i przepłynąć na drugą stronę jeziora - oznajmił Walentin. Dimka nie wiedział, że mają taki plan, ale milczał. - Może wybralibyśmy się całą czwórką? Moglibyśmy urządzić sobie piknik. To nie może być takie łatwe, pomyślał Dimka. Przecież dopiero co się poznali! Dziewczyny spojrzały na siebie, jakby usiłowały porozumieć się telepatycznie. - Zobaczymy - odparła z werwą Nina. - Najpierw posprzątajmy. Zabrała się do zbierania talerzy i sztućców. Odpowiedź mogła rozczarować, ale być może nie kończyła sprawy. Dimka zaproponował, że zaniesie brudne naczynia do budynku sanitarnego. - Skąd masz takie szorty? - zapytała po drodze Nina. - Mama mi uszyła. Dziewczyna się roześmiała. - To urocze. Dimka zastanowił się, co miałaby na myśli jego siostra, używając tego określenia w odniesieniu do mężczyzny. Doszedł do wniosku, że oznacza to, iż jest miły, ale nieatrakcyjny.

W murowanym

budynku

mieściły

się

ubikacje,

prysznice

i duże

wspólne

zlewozmywaki. Dimka patrzył na Ninę myjącą naczynia. Usiłował wymyślić, co powiedzieć, ale nic mu się nie nasuwało. Gdyby zapytała go o kryzys berliński, mógłby przegadać cały dzień. Nie miał jednak daru radosnego ględzenia o niczym, co Walentinowi przychodziło bez wysiłku. - Od dawna przyjaźnisz się z Anną? - spytał w końcu. - Razem pracujemy w administracji moskiewskiej centrali związku zawodowego pracowników stalowni - odparła. - Rok temu się rozwiodłam, a Anna szukała kogoś do wspólnego mieszkania, więc teraz mieszkamy razem. Rozwiedziona, czyli doświadczona seksualnie, pomyślał Dimka. Onieśmieliło go to. - Jaki był twój mąż? - To gnój - odparła Nina. - Nie lubię o nim mówić. - W porządku. - Desperacko usiłował wymyślić coś neutralnego. - Anna sprawia bardzo miłe wrażenie. - Jest ustosunkowana. Była to dziwna uwaga w odniesieniu do kogoś zaprzyjaźnionego. - To znaczy? - Jej ojciec załatwił nam ten urlop. Jest sekretarzem moskiewskiego okręgu związku wyjaśniła z dumą Nina. Dimka odniósł czyste naczynia do namiotów. - Naszykowaliśmy kanapki z szynką i serem - oznajmił wesoło Walentin. Anna spojrzała na Ninę i zrobiła gest wyrażający bezradność, jakby chciała pokazać, że nie zdołała zatrzymać rozpędzonego niczym pociąg Walentina. Jednak Dimka nie miał wątpliwości, że w gruncie rzeczy nawet tego nie próbowała. Nina wzruszyła ramionami i stało się jasne, iż wybiorą się razem na piknik. Godzinę spędzili w oczekiwaniu na łódź, lecz moskwianie byli przyzwyczajeni do kolejek. W końcu przed południem wypłynęli na taflę czystej zimnej wody. Walentin i Dimka wiosłowali na zmianę, dziewczyny zaś chłonęły słońce. Nikt nie zdradzał ochoty do pogawędki. Po przeciwnej stronie jeziora zacumowali łódkę na niewielkiej plaży. Walentin ściągnął koszulę, Dimka poszedł w jego ślady. Anna zdjęła bluzkę i spodnie: pod spodem miała błękitny dwuczęściowy kostium. Dimka wiedział, że tego rodzaju kostium nosi nazwę bikini i jest modny na Zachodzie, lecz nigdy podobnego nie widział i zawstydził się, że czuje takie podniecenie. Ledwie mógł oderwać wzrok od płaskiego brzucha dziewczyny i jej pępka.

Jednak ku jego rozczarowaniu Nina się nie rozebrała. Zjedli kanapki i Walentin wyjął butelkę wódki. Dimka wiedział, że w obozowym sklepiku nie sprzedawano alkoholu. - Dostałem u kierownika wypożyczalni łodzi - wyjaśnił przyjaciel. - Gość prowadzi małe kapitalistyczne przedsiębiorstwo. - Dimka się nie zdziwił: większość chodliwych towarów sprzedawano na czarnym rynku, od telewizorów po granatowe dżinsy. Butelkę podawano sobie z rąk do rąk, każda z dziewcząt wzięła długi łyk. Nina otarła usta wierzchem dłoni. - Obaj pracujecie w wydziale parków miejskich? - Nie - odparł ze śmiechem Walentin. - Mój przyjaciel jest na to za mądry. - Pracuję na Kremlu - wyjaśnił Dimka. Zaimponowało to Ninie. - Czym się zajmujesz? - spytała. Dimka nie chciał mówić całej prawdy, bo zabrzmiałoby to jak przechwałki. - Jestem asystentem pierwszego sekretarza. - To znaczy towarzysza Chruszczowa! - dopowiedziała dziewczyna ze zdumieniem. - Tak. - Jak, u diabła, zdobyłeś tę pracę? - Mówiłem wam, że jest mądry - wtrącił Walentin. - Był najlepszym uczniem w każdej klasie, do której chodził. - Takiej posady nie dostaje się za same dobre stopnie - zauważyła trzeźwo Nina. Kogo znasz? - Mój dziadek Grigorij Peszkow szturmował Pałac Zimowy w czasie rewolucji październikowej. - To też nie gwarantuje nikomu dobrej posady. - Hm, ojciec był w KGB, zmarł w zeszłym roku. Wujek jest generałem. A poza tym jestem mądry. - I do tego skromny - rzuciła Nina drwiąco, lecz nie bez odrobiny życzliwości. - Jak nazywa się twój wujek? - Władimir Peszkow. Mówimy na niego Wołodia. - Słyszałam o generale Peszkowie. A więc to twój wujek. Skoro masz taką rodzinę, dlaczego nosisz szorty domowej roboty? Dimka był zmieszany. Nina po raz pierwszy okazywała mu zainteresowanie, nie wiedział jednak, czy go podziwia, czy mówi to z przekąsem. Może taki miała sposób bycia.

Walentin wstał. - Chodź, rozejrzymy się po terenie - rzekł do Anny. - A ci dwoje niech omówią razem kwestię szortów. - Wyciągnął rękę. Anna podała mu dłoń i dźwignął dziewczynę na nogi. Odeszli między drzewa, trzymając się za ręce. - Twój kolega mnie nie lubi - stwierdziła Nina. - Ale za to polubił Annę. - Jest ładna. - A ty jesteś piękna - rzucił cicho Dimka. Nie obmyślił tego, po prostu tak wyszło. Powiedział jednak prawdę. Nina popatrzyła na niego z namysłem, jakby oceniała go na nowo. - Chcesz popływać? - zapytała. Dimka nie był wielbicielem wody, ale bardzo chciał zobaczyć Ninę w kostiumie. Zdjął ubranie, pod szortami nosił kąpielówki. Nina miała na sobie brązowy kostium jednoczęściowy, lecz jej kształty wypełniały go tak ładnie, że Dimka nie poczuł rozczarowania. Wyglądała jak przeciwieństwo smukłej Anny: miała wydatne piersi i szerokie biodra oraz piegi na szyi. Zauważyła, że się jej przygląda, odwróciła się i pobiegła w stronę jeziora. Poszedł w jej ślady. Woda była lodowato zimna, mimo że świeciło słońce, lecz jej zmysłowy dotyk na całym ciele sprawił mu przyjemność. Pływali energicznie, by zachować ciepło. Odpłynęli nieco od brzegu, a potem w wolniejszym tempie wrócili ku plaży. Zatrzymali się w pewnej odległości od piasku, Dimka opuścił nogi i wyczuł dno. Woda sięgała mu do pasa. Spojrzał na biust Niny. Chłód wody sprawił, że jej sutki się naprężyły i stały się widoczne przez materiał. - Przestań się gapić - upomniała go żartobliwie i chlapnęła mu wodą w twarz. Odpowiedział jej tym samym. - A masz! - zawołała, po czym chwyciła go za głowę i usiłowała wepchnąć pod wodę. Okręcił się i złapał ją w pasie. Zaczęli się siłować. Ciało Niny było ciężkie, lecz jędrne i miało w sobie przyjemną solidność. Objął dziewczynę obiema rękami i dźwignął, odrywając jej nogi od dna. Zachichotała, próbując się uwolnić, lecz przyciągnął ją mocniej, aż począł na twarzy dotyk jej miękkich piersi. - Poddaję się! - zawołała. Niechętnie postawił ją z powrotem i przez chwilę patrzyli na siebie. Dostrzegł w jej oczach błysk pożądania. Z jakiegoś powodu zmieniła stosunek do niego: może sprawiła to wódka, może świadomość, że jest wysoko postawionym aparatczykiem, a może figle

w wodzie. A może wszystko naraz. To było bez znaczenia. Zobaczył jej zapraszający uśmiech i pocałował ją w usta. Skwapliwie odwzajemniła pocałunek. Zapomniał o chłodzie wody, zagubił się w dotyku jej ust i języka. Po kilku minutach Nina zadygotała. - Wyjdźmy na brzeg. Ujął ją za rękę i brodząc, wyszli na plażę. Położyli się nieco dalej na trawie i znów zaczęli się całować. Dimka dotykał piersi Niny i pomyślał, że być może jeszcze tego dnia straci dziewictwo. Nagle odezwał się szorstki głos mówiący przez megafon: - Czas wypożyczenia dobiegł końca! Proszę oddać łódź do wypożyczalni! - Sekspolicja - mruknęła Nina. Dimka zaśmiał się na przekór rozczarowaniu. Uniósł głowę i zobaczył mały gumowy ponton z silnikiem przepływający w odległości stu metrów od brzegu. Zamachał ręką. Wypożyczyli łódkę na dwie godziny. Odgadł, że gdyby dali łapówkę kierownikowi, mogliby przedłużyć sobie czas, teraz jednak było za późno. Wtedy nie przyszło mu do głowy, że tak szybko zdoła zbliżyć się do Niny. - Nie możemy wrócić bez nich - rzekła Nina, lecz po chwili Walentin i Anna wynurzyli się z lasu. Zapewne byli bardzo blisko i słyszeli wezwanie do zwrotu łódki. Obaj oddalili się nieco od dziewcząt i wszyscy włożyli ubrania na kostiumy. Dimka usłyszał, że Nina i Anna rozmawiają ściszonymi głosami. Anna powiedziała coś z zapałem, a Nina zachichotała i skinęła głową. Potem Anna posłała Walentinowi znaczące spojrzenie. Wyglądało to na umówiony wcześniej sygnał. Walentin skinął głową i odwrócił się do Dimki. - Wieczorem całą czwórką wybierzemy się na tańce - powiedział cicho. - Po powrocie Anna przyjdzie do naszego namiotu, a ty pójdziesz z Niną do ich namiotu. Zgoda? Perspektywa była ekscytująca. - Ustaliłeś to z Anną? - chciał wiedzieć Dimka. - Tak, a Nina przed chwilą wyraziła zgodę. Dimce aż trudno było w to uwierzyć. Przez całą noc będzie mógł obejmować jędrne ciało Niny. - Podobam się jej! - To pewnie te szorty.

Wsiedli do łódki i zaczęli wiosłować. Dziewczęta oznajmiły, że zaraz po powrocie do obozu chcą wziąć kąpiel. Dimka zastanawiał się, co zrobić, by czas pozostały do wieczora upłynął jak najszybciej. Dopłynąwszy do kładki, zobaczyli czekającego na brzegu mężczyznę w czarnym garniturze. Dimka instynktownie odgadł, że jest to goniec z informacją dla niego. Mogłem to przewidzieć, westchnął w duchu, sprawy układały się za dobrze. Wysiedli z łodzi i Nina spojrzała na nieznajomego, który pocił się w garniturze. - Aresztuje nas za to, że przetrzymaliśmy łódkę? - żartowała, lecz tylko połowicznie. - Przybyliście po mnie? - zapytał Dimka. - Jestem Dmitrij Dworkin. - Tak, Dmitriju Iljiczu - odrzekł mężczyzna, z szacunkiem używając patronimiku. Jestem waszym kierowcą. Zawiozę was na lotnisko. - Jakieś nagłe wypadki? Szofer wzruszył ramionami. - Pierwszy sekretarz was potrzebuje. - Tylko pójdę po walizkę - powiedział z żalem Dimka. Na pocieszenie miał to, że Nina popatrzyła na niego z respektem.

Zawieziono go na lotnisko Wnukowo położone na południowy zachód od Moskwy. Czekała tam Wiera Pletner z dużą kopertą oraz biletem do Tbilisi, stolicy Gruzińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Chruszczow nie przebywał w Moskwie, lecz w swojej daczy w Picundzie. Był to kurort nad Morzem Czarnym dla najwyższych dygnitarzy państwowych. Właśnie tam miał się udać Dimka. Nigdy przedtem nie leciał samolotem. Nie był jedynym asystentem, któremu skrócono urlop. W hali odlotów, akurat w chwili, gdy Dimka miał otworzyć kopertę, podszedł do niego Jewgienij Filipow. Mimo że panowała letnia pogoda, jak zwykle miał na sobie szarą flanelową koszulę. Wyglądał na zadowolonego, to zaś źle wróżyło. - Twoja strategia poniosła fiasko - oznajmił z nieukrywaną satysfakcją. - Co się stało? - Prezydent Kennedy wygłosił przemówienie telewizyjne. Przez siedem tygodni, bo tyle upłynęło od szczytu wiedeńskiego, Kennedy milczał.

Stany Zjednoczone nie zareagowały na groźbę Chruszczowa, który oświadczył, że podpisze układ z Niemcami Wschodnimi i zajmie Berlin Zachodni. Dimka doszedł do wniosku, że amerykański prezydent się zląkł i nie zdoła przeciwstawić się Chruszczowowi. - Czego dotyczyło? - Kazał rodakom sposobić się do wojny. A więc to był powód wszczęcia alarmu. - Co powiedział Kennedy? - spytał Dimka Filipowa. - Jakich słów użył? - ”Atak na to miasto uznamy za atak na nas wszystkich”, to o Berlinie. W kopercie masz pełny zapis wystąpienia. Wsiedli na pokład, Dimka wciąż był w szortach. Kiedy startowali, wyjrzał przez okno odrzutowca Tupolew Tu-104. Znał zasadę lotu samolotów - wygięcie górnej powierzchni płatu skrzydła wytwarza różnicę ciśnień - lecz kiedy maszyna wzbijała się w powietrze, wyglądało to jak czary. W końcu zdołał oderwać wzrok i otworzył kopertę. Filipow ani trochę nie przesadził. Przemówienie Kennedy’ego nie należało do kategorii czczych pogróżek. Proponował trzykrotnie zwiększyć liczbę poborowych, zmobilizować rezerwistów i rozbudować armię do miliona żołnierzy. Zamierzał uruchomić nowy most powietrzny do Berlina, przerzucić do Europy sześć dywizji i nałożyć sankcje gospodarcze na kraje Układu Warszawskiego. Na dodatek zwiększył budżet wojskowy o ponad trzy miliardy dolarów. Dimka uświadomił sobie, że strategia nakreślona przez Chruszczowa i jego doradców zrobiła katastrofalną klapę. Nikt nie docenił młodego przystojnego prezydenta USA. Okazało się, że jednak nie da się go zastraszyć. Jak może się zachować Chruszczow? Niewykluczone, że przyjdzie mu ustąpić ze stanowiska. Do tej pory żaden radziecki przywódca tego nie uczynił - Lenin i Stalin zmarli w czasie sprawowania urzędu - lecz w polityce rewolucyjnej coś zawsze musi wydarzyć się po raz pierwszy. Przeczytał wystąpienie dwa razy i przez dalszą część dwugodzinnego lotu mielił je w głowie. Chruszczow nie musiał rezygnować. Dimka dostrzegał alternatywę. Pierwszy sekretarz mógł wyrzucić wszystkich doradców, przyjąć nowych, przemeblować Prezydium, dać więcej władzy wrogom, przyznając się tym samym do błędu, i zobowiązać się, że w przyszłości będzie szukał roztropniejszych rad. Tak czy owak, krótka kariera Dimki na Kremlu dobiegła końca. Może byłem zbyt ambitny, pomyślał ze zgrozą. Jego przyszłość bez wątpienia będzie skromniejsza.

Ciekawe, czy ponętna Nina nadal będzie chciała spędzić z nim noc. Odrzutowiec wylądował w Tbilisi. Dimka i Filipow wsiedli do małego samolotu wojskowego, który przetransportował ich na niewielkie lotnisko na wybrzeżu. Czekała tam na nich Natalia Smotrowa z Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Od wilgotnego morskiego powietrza jej włosy zrobiły się lekko kędzierzawe, przydając dziewczynie figlarności. - Złe wieści od Pierwuchina - oznajmiła, wioząc przybyszów samochodem. Michaił Pierwuchin był radzieckim ambasadorem w Niemczech Wschodnich. - Emigracja na Zachód przybrała rozmiar rzeki. Filipow był zły, zapewne dlatego, że Natalia dowiedziała się o tym wcześniej niż on. - Jakie są dane liczbowe? - Tysiąc osób dziennie. - Tysiąc osób dziennie? - powtórzył zdumiony Dimka. Natalia potwierdziła skinieniem głowy. - Pierwuchin mówi, że wschodnioniemiecki rząd utracił stabilność, kraj zbliża się do upadku. Może dojść do powstania. - Widzisz? - rzekł Filipow do Dimki. - Oto, do czego doprowadziła twoja polityka. Dimka nie znalazł na ten zarzut odpowiedzi. Natalia dojechała drogą wzdłuż wybrzeża do lesistego półwyspu i skręciła w stronę potężnej żelaznej bramy osadzonej w długim murze. Pośród nieskazitelnie utrzymanych trawników bieliła się willa z długim tarasem na piętrze. Obok znajdował się pełnowymiarowy basen. Dimka nigdy nie widział domu z basenem. - Jest nad morzem - rzekł wartownik do Dimki, wskazując głową kierunek. Dimka przeszedł między drzewami do kamienistej plaży. Żołnierz z pistoletem maszynowym zmierzył go srogim spojrzeniem, a potem machnął przyzwalająco ręką. Chruszczow relaksował się pod palmą. Drugi z najpotężniejszych ludzi na świecie był niski, tęgi, łysy i brzydki. Miał na sobie spodnie od garnituru na szelkach oraz białą koszulę z podwiniętymi rękawami. Plażowy fotel z wikliny tkwił obok małego stolika, na którym stały dzbanek wody i szklany kufel. Pierwszy sekretarz siedział, jak się zdawało, bezczynnie. - Skąd masz te spodenki? - zagadnął, spojrzawszy na Dimkę. - Matka mi je zrobiła. - Mnie też by się takie przydały. Dimka wypowiedział słowa, które wcześniej przećwiczył. - Towarzyszu pierwszy sekretarzu, składam na wasze ręce natychmiastową

rezygnację. Chruszczow pominął to milczeniem. - W ciągu następnych dwudziestu lat prześcigniemy Stany Zjednoczone pod względem potęgi wojskowej i dobrobytu gospodarczego - oznajmił, jakby kontynuował przemowę. - Ale do tego czasu musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, w jaki sposób powstrzymać większe mocarstwo, by nie zdominowało globalnej polityki i nie zahamowało postępu światowego komunizmu. - Nie wiem - odparł Dimka. - Patrz - rzekł Chruszczow. - Ja jestem Związkiem Radzieckim. - Wziął dzbanek i powoli nalał wody do kufla, aż się wypełnił. Podał dzbanek Dimce. - Ty jesteś Stanami Zjednoczonymi. Teraz przelej wodę do szklanki. Dimka spełnił polecenie. Woda przepełniła kufel i rozlała się na biały obrus. - Widzisz? - powiedział pierwszy sekretarz, jakby czegoś dowiódł. - Kiedy szklanka jest pełna, nie można dodać więcej, bo robi się bałagan. Zdezorientowany Dimka zadał pytanie, którego najwyraźniej oczekiwano: - Co to oznacza, Nikito Siergiejewiczu? - Polityka międzynarodowa jest jak ta szklanka. Agresywne ruchy którejś ze stron są dolaniem wody. Jej nadmiar to wojna. Dimka zrozumiał. - Kiedy napięcie osiąga maksimum, nikt nie może wykonać ruchu, nie wywołując wojny. - Słusznie. Amerykanie nie chcą wojny, tak samo jak my. A więc jeśli utrzymamy napięcie międzynarodowe na najwyższym poziomie, na krawędzi, amerykański prezydent będzie bezradny. Nie będzie mógł nic zrobić, żeby nie spowodować wojny, i pozostanie mu zachowanie bezczynności! Dimka uzmysłowił sobie, jak błyskotliwa jest ta koncepcja. Pozwalała ona dominować słabszemu. - A więc Kennedy jest w tej chwili bezradny? - upewnił się. - Ponieważ następny jego ruch będzie oznaczał wojnę! Czyżby na tym polegał długofalowy plan Chruszczowa? - głowił się Dimka. A może wymyślił go na poczekaniu, żeby się usprawiedliwić? Potrafił improwizować jak mało kto. Teraz jednak miało to niewielkie znaczenie. - Jak w takim razie zaradzicie kryzysowi w Berlinie? - Wybudujemy mur - odrzekł pierwszy sekretarz KPZR.

ROZDZIAŁ 9 George zabrał Verenę Marquand na lunch do klubu jeździeckiego. W istocie nie był to klub, lecz elegancka nowa restauracja w hotelu Fairfax, która przypadła do gustu członkom ekipy Kennedy’ego. Stanowili najlepiej ubraną parę w sali: Verena miała na sobie oszałamiającą kraciastą suknię z szerokim czerwonym pasem, a on szytą na miarę granatową lnianą marynarkę i prążkowany krawat. Mimo to zaproponowano im stolik przy drzwiach kuchni. Waszyngton wyzbył się segregacji, lecz nie uprzedzeń. George postanowił się tym nie przejmować. Verena przyjechała do stolicy z rodzicami. Zostali zaproszeni do Białego Domu na koktajl party. George wiedział, że przyjęcie wydano, aby uhonorować sławnych zwolenników prezydenta, takich jak Marquandowie, lecz także po to, by zapewnić sobie ich przychylność w czasie następnej kampanii. Verena rozejrzała się z uznaniem. - Dawno nie byłam w porządnej restauracji - powiedziała. - Atlanta to pustynia. - Jej rodzice byli gwiazdami Hollywood i wychowała się w przekonaniu, że wystawny tryb życia to normalność. - Powinnaś się tutaj sprowadzić - odrzekł George, spoglądając w cudownie zielone oczy. Suknia bez rękawów odsłaniała jej nieskazitelną kakaową skórę, dziewczyna bez wątpienia zdawała sobie z tego sprawę. Gdyby przeniosła się do Waszyngtonu, George zaprosiłby ją na randkę. Starał się zapomnieć o Marii Summers. Chodził obecnie z Norine Latimer, absolwentką historii pracującą jako sekretarka w Muzeum Historii Amerykańskiej. Była atrakcyjna i inteligentna, lecz mimo to nie bardzo im się układało: George i tak stale myślał o Marii. Może Verena okazałaby się lepszym lekarstwem. Rzecz jasna zachowywał takie spostrzeżenia dla siebie. - Tam w Georgii jesteś oddalona od głównego nurtu. - Nie bądź taki pewny - odparła. - Pracuję u Martina Luthera Kinga, a on zmieni Amerykę bardziej niż John F. Kennedy. - Dlatego, że doktor King zajmuje się tylko jednym zagadnieniem, a mianowicie prawami obywatelskimi. Prezydent ma ich na głowie setki. Jest obrońcą wolnego świata, w tej chwili najwięcej zmartwień przysparza mu Berlin. - Ciekawe, prawda? Opowiada się za wolnością i demokracją dla Niemców w Berlinie

Wschodnim, ale o Murzynach na amerykańskim Południu nie myśli. George się uśmiechnął. Verena nigdy nie przestawała być wojowniczką. - Nie chodzi o to, czego prezydent pragnie, lecz o to, co może osiągnąć. Verena wzruszyła ramionami. - A ty możesz dużo zmienić? - Departament Sprawiedliwości zatrudnia dziewięciuset pięćdziesięciu prawników. Zanim się pojawiłem, czarnych było tylko dziesięciu. A zatem poprawa już wynosi dziesięć procent. - Co do tej pory osiągnąłeś? - Resort przyjął twardą linię wobec Komisji Handlu Międzystanowego. Bobby wystąpił do niej z wnioskiem o wydanie zakazu segregacji w autobusach. - Dlaczego uważasz, że ten przepis będzie egzekwowany lepiej niż poprzednie? - Jak dotąd niewiele na to wskazuje - przyznał George. Był sfrustrowany, ale wolał nie okazywać tego przed Vereną. - W najbliższym kręgu współpracowników Bobby’ego jest pewien młody biały prawnik, Dennis Wilson. Uważa mnie za osobiste zagrożenie i stara się nie dopuszczać do naprawdę ważnych narad. - Jak to możliwe? Przecież to Robert Kennedy cię zatrudnił, czy nie chce zasięgać twoich rad? - Muszę zdobyć jego zaufanie. - Jesteś dodatkiem kosmetycznym - orzekła z przyganą Verena. - Bobby wziął cię po to, by móc pokazać wszystkim, że w kwestii praw obywatelskich doradza mu Murzyn. Nie musi znać twojego zdania. George obawiał się, że rozmówczyni ma rację, lecz tego nie przyznał. - To zależy ode mnie. Muszę go przekonać, że warto wysłuchać mojej opinii. - Przyjedź do Atlanty. Stanowisko u doktora Kinga wciąż jest wolne. Pokręcił głową. - Karierę będę robił tutaj. - Pamiętał słowa Marii i przytoczył je: - Aktywiści mają duży wpływ na bieg wydarzeń, ale ostatecznie świat zmieniają rządy. - Jedne tak, drugie nie - zauważyła Verena. Po wyjściu z restauracji zastali w hotelowym lobby matkę George’a. Umówił się z nią, ale nie myślał, że będzie czekała na zewnątrz. - Dlaczego do nas nie przyszłaś? Zignorowała jego pytanie i zwróciła się do Vereny. - Poznałyśmy się w czasie ceremonii na Harvardzie. Jak się miewasz, Vereno? - Była

aż do przesady grzeczna. George wiedział, że jest to znak, iż w gruncie rzeczy nie darzy dziewczyny sympatią. Odprowadził Verenę do taksówki i pocałował ją w policzek. - Miło mi było znów cię zobaczyć - powiedział. Ruszyli z matką pieszo do siedziby Departamentu Sprawiedliwości. Jacky chciała zobaczyć, gdzie pracuje jej syn. George wybrał na wizytę spokojny dzień: Bobby Kennedy przebywał w gmachu CIA w Langley w Wirginii, jakieś dwanaście kilometrów za miastem. Matka wzięła wolny dzień w pracy i włożyła kapelusz i rękawiczki, jakby szła do kościoła. - Co sądzisz o Verenie? - spytał George. - Piękna z niej dziewczyna - odparła szybko matka. - Spodobałyby ci się jej przekonania polityczne. Również Chruszczowowi. - George przesadzał, lecz córka Marquandów i Jacky miały ultraliberalne poglądy. - Verena uważa, że Kubańczykom wolno być komunistami, jeśli tego pragną. - I owszem - potwierdziła Jacky. - A więc co ci się nie podoba? - Nic. - Mamo, my, mężczyźni, nie jesteśmy obdarzeni zbyt wielką intuicją, lecz ciebie rozpracowuję przez całe życie i wiem, kiedy masz zastrzeżenia. Uśmiechnęła się i dotknęła czule jego ręki. - Verena cię pociąga i doskonale to rozumiem. Trudno jej się oprzeć. Nie chcę obmawiać dziewczyny, która przypadła ci do gustu, ale... - Ale co? - Małżeństwo z Vereną może być trudne. Coś mi mówi, że ona na pierwszym, drugim i właściwie każdym innym miejscu stawia własne potrzeby. - Uważasz, że jest samolubna. - Wszyscy są trochę samolubni. A ta dziewczyna jest rozpieszczona. George skinął głową i postanowił się nie obrażać. Matka prawdopodobnie miała rację. - Nie musisz się martwić - rzekł. - Verena postanowiła zostać w Atlancie. - Może tak będzie najlepiej. Chcę tylko, żebyś był szczęśliwy. Departament Sprawiedliwości miał swoją siedzibę w imponującym klasycystycznym gmachu naprzeciwko Białego Domu. Kiedy do niego wchodzili, Jacky odrobinę napuszyła się z dumy. Było jej przyjemnie, że syn pracuje w tak prestiżowym miejscu. George’owi spodobała się reakcja matki. Miała do niej prawo: poświęciła mu życie i to była jej nagroda.

Weszli do wielkiego holu. Jacky przypadły do gustu freski przedstawiające sceny z życia w Ameryce, lecz krzywym okiem spojrzała na aluminiową rzeźbę Ducha Sprawiedliwości, która miała postać kobiety z obnażoną piersią. - Nie jestem pruderyjna, ale nie rozumiem, dlaczego sprawiedliwość musi mieć odkryty biust. Umiesz to wytłumaczyć? George się zastanowił. - Może po to, by pokazać, że nie ma nic do ukrycia. Jacky parsknęła śmiechem. - Bardzo przekonujące. Wjechali windą na górę. - Jak twoja ręka? Gips był już zdjęty i George nie potrzebował temblaka. - Nadal boli - odparł. - Jest lepiej, kiedy trzymam ją w kieszeni. Dzięki temu ma się na czym oprzeć. Wysiedli na czwartym piętrze. George zaprowadził matkę do sali, w której pracował także Dennis Wilson i paru innych. Gabinet prokuratora generalnego znajdował się obok. Dennis siedział przy biurku nieopodal drzwi. Był blondynem o bladej cerze, przedwcześnie łysiejącym. - Kiedy wraca? - zapytał George. Zagadnięty wiedział, że chodzi o szefa resortu. - Myślę, że nie wcześniej niż za godzinę. - Chodź, obejrzymy gabinet Bobby’ego - zaproponował George matce. - Jesteś pewien, że można? - Sądzę, że Bobby nie miałby nic przeciwko temu. George przeprowadził matkę przez przedpokój, po drodze kiwając głową dwóm sekretarkom. Gabinet prokuratora generalnego przypominał salon w wiejskiej rezydencji: był wyłożony orzechową boazerią i miał wielki kamienny kominek, na podłodze leżał wzorzysty dywan, zasłony także były we wzory. Stało w nim również kilka stolików z lampami. Pomieszczenie było ogromne, lecz Bobby jakoś zdołał sprawić, że wyglądało na zagracone. Wśród sprzętów znalazły się akwarium oraz wypchany tygrys. Na olbrzymim biurku walały się papiery, między którymi dostrzegli popielniczki oraz zdjęcia rodzinne. Na ściennej półce za fotelem stały cztery aparaty telefoniczne. - Pamiętasz mieszkanie za Union Station, które zajmowaliśmy, kiedy byłeś mały? spytała Jacky.

- Jasne, że tak. - W tym gabinecie zmieściłby się cały nasz dom. George się rozejrzał. - Chyba tak. - A to biurko jest większe niż łóżko, w którym spałeś ze mną do czwartego roku życia. - My oboje i jeszcze pies. Na biurku spoczywał zielony beret, nakrycie głowy amerykańskich sił specjalnych, które Bobby bardzo podziwiał. Jednak większe zainteresowanie Jacky wzbudziły fotografie. George wziął do ręki oprawione zdjęcie Bobby’ego i Ethel, którzy siedzieli na trawniku przed dużym domem w otoczeniu siedmiorga swoich dzieci. - Zrobione przed Hickory Hill. Tak właśnie nazywa się ich dom w McLean w Wirginii - wyjaśnił George, podając matce zdjęcie. - Ładne - pochwaliła. - Widać, że troszczy się o rodzinę. - Kto mianowicie? - padło pytanie. Głos miał bostoński akcent i znamionował pewność siebie. George błyskawicznie się odwrócił i ujrzał Kennedy’ego, który wchodził do gabinetu. Miał na sobie pomięty popielaty letni garnitur. Krawat zwisał luźno, kołnierzyk koszuli był rozpięty. Robert nie był tak przystojny jak starszy brat, a to z powodu dużych przednich zębów przypominających królicze. - Proszę wybaczyć - odezwał się zbity z tropu George. - Myślałem, że wróci pan później. - Nic się nie stało - odparł Bobby, lecz George nie miał pewności, czy naprawdę tak myśli. - To pomieszczenie stanowi własność narodu amerykańskiego, więc jego przedstawicielom wolno je oglądać, jeśli mają ochotę. - Oto moja matka Jacky Jakes - dokonał prezentacji George. Bobby energicznie uścisnął jej dłoń. - Pani Jakes, ma pani wspaniałego syna - powiedział, starając się ją oczarować jak każdego potencjalnego wyborcę. Twarz Jacky pociemniała z zawstydzenia, lecz odpowiedź padła natychmiast: - Dziękuję. Pan ma ich kilkoro, co widać na zdjęciu. - Czterech synów i trzy córki. Wszyscy są cudowni, mówię to z pełnym obiektywizmem. Cała trójka się roześmiała. - Miło było panią poznać, pani Jakes - rzekł Bobby. - Proszę nas odwiedzać.

Było to taktowne pożegnanie, George i jego matka wyszli z gabinetu. - Czułam się zażenowana, ale Bobby był miły - powiedziała Jacky, idąc korytarzem. - To zostało zaplanowane - stwierdził ze złością George. - Robert nigdy nie zjawia się przed czasem. Dennis specjalnie nas podpuścił, chciał, żebym wyszedł na pyszałka. Matka poklepała go po ramieniu. - Jeśli nie spotka nas dzisiaj nic gorszego, to nie powinniśmy się skarżyć. - No nie wiem. - George przypomniał sobie zarzut Vereny, która oceniła, że odgrywa rolę ozdoby. - Sądzisz, że Bobby zatrudnił mnie po to, by udawać, że słucha głosu Murzynów, podczas gdy w rzeczywistości nic sobie z nich nie robi? Jacky myślała przez chwilę. - Owszem, to możliwe. - Może zdziałałbym więcej, pracując dla Martina Luthera Kinga w Atlancie. - Rozumiem, co czujesz, ale myślę, że powinieneś tu zostać. - Wiedziałem, że tak powiesz. George wyprowadził matkę z gmachu. - Jak tam twoje mieszkanie? - zapytała. - Muszę je zobaczyć w następnej kolejności. - Jest świetne. - George wynajął lokum na najwyższym piętrze w wąskim wiktoriańskim szeregowcu nieopodal Kapitolu. - Zajrzyj w niedzielę. - Ugotować obiad na twojej kuchence? - Jakże miło z twojej strony. - Poznam twoją dziewczynę? - Zaproszę Norine. Pocałowali się na pożegnanie. Jacky wsiądzie do pociągu i pojedzie do domu w hrabstwie Prince George w Marylandzie. Przed odejściem miała mu coś jeszcze do powiedzenia: - Pamiętaj. Tysiąc inteligentnych młodych ludzi pali się do pracy u Martina Luthera Kinga. Ale tylko jeden Murzyn siedzi w biurze sąsiadującym z gabinetem Roberta Kennedy’ego. Ma rację, pomyślał George. Zwykle ją miała. Wróciwszy do biura, nie odezwał się do Dennisa, tylko usiadł przy biurku i napisał dla prokuratora generalnego streszczenie raportu o integracji w szkołach. O siedemnastej Robert Kennedy i jego doradcy wsiedli do limuzyn, by odbyć krótką przejażdżkę do Białego Domu, gdzie Bobby umówił się na spotkanie z prezydentem. George po raz pierwszy miał wziąć udział w naradzie w Białym Domu i nie wiedział, czy cieszyć się,

że zdobywa zaufanie pryncypała, czy uznać, że narada jest jedną z mniej ważnych. Weszli do Zachodniego Skrzydła, a następnie do Sali Gabinetowej. Było to podłużne pomieszczenie z czterema wysokimi oknami. Wokół stołu o kształcie trumny stało około dwudziestu krzeseł obitych ciemnoniebieską skórą. W tej sali podejmowane są decyzje, od których świat drży w posadach, pomyślał uroczyście George. Minął kwadrans, a prezydenta wciąż nie było. - Wyjdź i sprawdź, czy Dave Powers wie, gdzie jesteśmy - rzekł Dennis do George’a. Powers był osobistym asystentem prezydenta. - Jasne - zgodził się George. Siedem lat studiów na Harvardzie i robię za chłopca na posyłki, myślał. Przed spotkaniem z bratem prezydent miał wstąpić na koktajl party dla sław, które go popierały. George przeszedł do głównej części budynku i ruszył w kierunku, z którego dobiegał gwar. Pod ogromnymi kandelabrami w Sali Wschodniej sto osób od ponad godziny raczyło się trunkami. George pomachał do rodziców Vereny, Percy’ego Marquanda i Babe Lee, którzy rozmawiali z kimś z komitetu wyborczego Partii Demokratycznej. Prezydenta nie było. George rozejrzał się i zauważył wejście kuchenne. Wiedział o tym, że prezydent często korzysta z drzwi dla personelu i tylnych wejść, by unikać ciągłego nagabywania. Wyszedł drzwiami dla personelu i zauważył orszak głowy państwa. Przystojny, opalony i młody, bo zaledwie czterdziestoczteroletni prezydent miał na sobie granatowy garnitur, białą koszulę i wąski krawat. Wyglądał na zmęczonego i podenerwowanego. - Nie mogą mi zrobić zdjęcia w towarzystwie mieszanej pary! - odezwał się tonem pełnym frustracji, jakby mówił o tym nie pierwszy raz. - Straciłbym dziesięć milionów wyborców! George zauważył w sali tylko jedną mieszaną parę, stanowili ją Percy Marquand i Babe Lee. Zbulwersowało go to. A więc prezydent o liberalnych przekonaniach boi się tego, że pstrykną mu z nimi zdjęcie! Dave Powers był sympatycznym mężczyzną w średnim wieku z dużym nosem i łysiną, w niczym nie przypominał swojego szefa. - Więc co mam zrobić? - spytał, zwracając się do Kennedy’ego. - Zabierz ich stąd! Dave był przyjacielem prezydenta i nie bał się okazać mu irytacji. - Na litość boską, co im powiem? Raptem George powściągnął gniew i zaczął kombinować. Czyżby nadarzała się dla

niego okazja? Odezwał się, zanim obmyślił cały plan: - Panie prezydencie, jestem George Jakes, pracuję u prokuratora generalnego. Czy mogę rozwiązać za pana ten problem? Spojrzał na twarze prezydenta i jego doradcy. Jeśli Percy’ego Marquanda ma spotkać obraza w Białym Domu, będzie o wiele lepiej, jeśli dozna jej ze strony czarnoskórego. - Tak, do cholery - zgodził się Kennedy. - Będę ci wdzięczny. - Tak jest, panie prezydencie - rzekł George i skierował się do sali balowej. I co teraz? - głowił się, zmierzając po wypolerowanej podłodze w stronę Percy’ego i Babe. Trzeba na kwadrans lub dwadzieścia minut wyprowadzić ich stamtąd, to wszystko. Ale co im powiedzieć? Byle nie prawdę, to pewne. Dotarłszy do pogrążonej w rozmowie gromadki, delikatnie dotknął ramienia Percy’ego Marquanda. Mimo to wciąż nie wiedział, jak załatwić sprawę. Percy odwrócił się, rozpoznał go i uśmiechnął się. - Słuchajcie! - rzekł, ściskając rękę George’a. - Oto jeden z uczestników Rajdu Wolności! Babe Lee chwyciła go obiema dłońmi za ramię, jakby bała się, że ktoś go uprowadzi. - Jesteś bohaterem. Nagle George wiedział, co musi zrobić. - Panie Marquand, panno Lee, pracuję obecnie dla Roberta Kennedy’ego. Prokurator generalny chciałby pomówić z państwem chwilę o prawach obywatelskich. Mogę was do niego zaprowadzić? - Naturalnie - odparł Percy i wyszli z sali. George momentalnie pożałował swoich słów, serce mu dudniło, kiedy prowadził gości do Zachodniego Skrzydła. Jak zareaguje Bobby? Może powiedzieć: „Do diabła, nie mam czasu”. Jeśli dojdzie do żenującej sytuacji, będzie to wina jego, George’a. Powinien był trzymać buzię na kłódkę. - Zjedliśmy lunch z Vereną - zagaił. - Och, nasza mała uwielbia pracę w Atlancie - odparła Babe Lee. - Konferencja Chrześcijan Południowych to mała organizacja, lecz dokonuje wspaniałych rzeczy. - Doktor King to niezwykły człowiek - podchwycił Percy. - Spośród wszystkich przywódców walki o prawa obywatelskie właśnie on zrobił na mnie największe wrażenie. Dotarli do drzwi Sali Gabinetowej i weszli. Przy końcu długiego stołu siedziała grupa mężczyzn, rozmawiali, niektórzy palili papierosy. Spojrzeli z zaskoczeniem na przybyszów.

George wyszukał wzrokiem szefa. Twarz Kennedy’ego wyrażała zdziwienie i irytację. - Bobby, znasz Percy’ego Marquanda i Babe Lee. Państwo chętnie porozmawiają z nami przez kilka minut o kwestii praw obywatelskich. Twarz Roberta pociemniała ze złości i George uświadomił sobie, że już po raz drugi w tym dniu zaskakuje prokuratora generalnego, sprowadzając niespodziewanych gości. Nagle Kennedy się uśmiechnął. - Jakże mi miło! - rzekł. - Proszę usiąść. Dziękuję, że zechcieli państwo poprzeć brata w wyborach. George się ucieszył. Nie dojdzie do kompromitacji, przynajmniej na razie. Bobby odruchowo zaczął czarować przybyłych. Pytał o ich poglądy i szczerze opowiadał o kłopotach, jakich jemu i bratu przysparzają w Kongresie demokraci z Południa. Goście poczuli się zaszczyceni. Kilka minut później nadszedł prezydent. Podał dłoń Percy’emu i Babe, a potem poprosił Powersa, by odprowadził ich na przyjęcie. Gdy tylko zamknęły się drzwi, Bobby naskoczył na George’a. - Nigdy więcej mi tego nie rób! - Jego twarz wyrażała gniew, który dotąd powściągał. George zauważył, że Dennis Wilson prawie się uśmiecha. - Za kogo ty się uważasz? - wściekał się Robert. George’owi zdawało się, że brat prezydenta go uderzy. Zakołysał się lekko na stopach, gotów zrobić unik. - Prezydent chciał się ich pozbyć! - oznajmił z desperacją. - Nie chciał, by sfotografowano go z Percym i Babe. Bobby spojrzał na brata, a ten skinął głową. - Miałem pół minuty na wymyślenie pretekstu, który by ich nie uraził - tłumaczył George. - Powiedziałem, że chcesz się z nimi spotkać. Udało się, prawda? Nie są obrażeni, a nawet pomyśleli, że potraktowano ich jak bardzo ważnych gości! - To prawda - potwierdził prezydent. - George wybawił nas z kłopotliwej sytuacji. - Chodziło mi o to, byśmy nie stracili ich poparcia w następnej kampanii - dodał George. Bobby przez chwilę usiłował ogarnąć przebieg wydarzeń. - Powiedziałeś im, że chcę z nimi pogadać. To był sposób na to, by nie pojawili się na zdjęciach z prezydentem. - Tak - odparł George. - Wykazałeś dobry refleks - pochwalił prezydent.

Wyraz twarzy Roberta uległ zmianie. Po chwili parsknął śmiechem, a pozostali także się przyłączyli. Potem położył rękę na ramieniu George’a. Ten nadal czuł się niepewnie. Jeszcze przed chwilą myślał, że wyleci z pracy. - No to jesteś swój chłop! - orzekł Bobby. George uprzytomnił sobie, że został dopuszczony do ścisłego grona. Przeniknęło go poczucie wielkiej ulgi. Jednakże nie było w nim dumy. Za pomocą drobnego fortelu dopomógł prezydentowi, który postanowił podlizywać się krzewicielom uprzedzeń rasowych. Najchętniej umyłby teraz ręce. Nagle spostrzegł zachmurzone oblicze Dennisa Wilsona i od razu zrobiło mu się lepiej.

ROZDZIAŁ 10 W sierpniu Rebeccę powtórnie zawezwano do siedziby tajnej policji. Z lękiem dociekała, czego tym razem chce od niej Stasi. Bezpieka już zrujnowała jej życie. Wciągnęli ją w lipne małżeństwo, a teraz nie mogła znaleźć pracy. Było jasne, że szkoły dostały zakaz jej zatrudniania. Co jeszcze mogą uczynić? Bo chyba tajniacy nie zamkną Rebekki w więzieniu, skoro już jest ich ofiarą? Owszem, Stasi mogło zrobić wszystko, czego zapragnęło. To był upalny dzień w Berlinie. Rebecca wsiadła do autobusu. Nowa kwatera główna była tak odrażająca jak formacja, która ją zajmowała: wyglądała niczym prostokątne betonowe pudło. Jej wnętrze zapełniali ludzie o kanciastych umysłach. Rebeccę skierowano do windy i zawieziono pod eskortą na górę, gdzie poprowadzono ją korytarzami pomalowanymi na jadowicie żółty kolor, lecz tym razem zamiast do pokoju przesłuchań trafiła do gabinetu. Czekał tam na nią jej mąż Hans. Kiedy go ujrzała, przeraźliwy lęk ustąpił miejsca jeszcze większej złości. Miał władzę i mógł wyrządzić jej krzywdę, lecz czuła się zbyt rozgniewana, żeby się przed nim korzyć. Był ubrany w nowy niebieskoszary garnitur, którego wcześniej nie widziała. Gabinet wyglądał na przestronny, z dwoma oknami i nowoczesnym wyposażeniem. Hans zajmował więc wyższe stanowisko, niż sądziła. Rebecca potrzebowała czasu na zebranie myśli. - Spodziewałam się sierżanta Scholza. Hans odwrócił głowę. - Nie nadawał się do służby bezpieczeństwa. Zorientowała się, że coś przed nią ukrywa. Prawdopodobnie Scholz został zwolniony albo zdegradowany i przeniesiony do drogówki. - Pewnie popełnił błąd, przesłuchując mnie w siedzibie Stasi, a nie na posterunku policji. - W ogóle nie powinien był cię przesłuchiwać. Siadaj. - Hans wskazał krzesło przed swoim dużym brzydkim biurkiem. Mebel wykonano z metalowych rurek i twardego pomarańczowego tworzywa. Rebecca domyślała się, że chodziło o to, by zwiększyć poczucie dyskomfortu ofiar. Nie usiadła, lecz podeszła do okna i wyjrzała na parking. - Zmarnowałeś swój czas, co? Tyle zachodu tylko po to, by śledzić moją rodzinę, i nie

wykryłeś ani jednego szpiega czy sabotażysty. - Odwróciła się do męża. - Szefowie muszą być na ciebie wściekli. - Wprost przeciwnie. Operacja uważana jest za jedną z najskuteczniejszych, jakie Stasi kiedykolwiek przeprowadziło. Rebecca nie rozumiała, jak to możliwe. - Przecież nie dowiedziałeś się niczego ciekawego. - Moja ekipa sporządziła wykaz wszystkich socjaldemokratów w Niemieckiej Republice Demokratycznej - oznajmił z dumą. - Kluczowe informacje pochodzą z twojego domu. Twoi rodzice znają wszystkich najważniejszych reakcjonistów, wielu tam bywało. Rebecca zmarszczyła czoło. Owszem, większość osób odwiedzających rodziców należała kiedyś do partii socjaldemokratycznej, to było naturalne. - Ale to tylko znajomi - podkreśliła. Hans parsknął szyderczym śmiechem. - Tylko znajomi! Daj spokój, wiem, że nie uważasz nas za tytanów intelektu, wiele razy to mówiłaś, kiedy razem mieszkaliśmy, ale nie jesteśmy do cna bezmyślni. Rebecce przyszło do głowy, że Hans i wszyscy agenci bezpieki mieli obowiązek wierzyć - albo udawać, że wierzą - w istnienie perfidnych spisków wymierzonych we władze kraju. W przeciwnym razie ich robota nie miałaby sensu. Tak więc Hans stworzył wyimaginowaną siatkę socjaldemokratów powiązaną z domem rodzinnym Francków, dążącą do obalenia komunistycznego rządu. Gdybyż to była prawda. - Oczywiście nie planowałem, że się z tobą ożenię - ciągnął Hans. - To miał być tylko flirt. Chodziło o to, bym dostał się do waszego domu. - Moje oświadczyny musiały was postawić w trudnej sytuacji. - Wszystko szło dobrze, informacje, które zdobywałem, miały kluczową wagę. Każda osoba, którą u was zauważyłem, prowadziła nas do kolejnych socjaldemokratów. Gdybym się uchylił, odciąłbym się od źródła. - Wykazałeś się wielką dzielnością - zadrwiła Rebecca. - Pewnie pękasz z dumy. Przyglądał się jej i przez chwilę nie mogła odczytać jego zamiarów. Coś chodziło mu po głowie, a ona nie wiedziała co. Przemknęło jej przez myśl, że chce ją objąć lub pocałować. Dostała gęsiej skórki. Hans potrząsnął głową, jakby próbował rozjaśnić myśli. - Nie spotkaliśmy się po to, by rozmawiać o małżeństwie - oznajmił z irytacją. - A więc po co? - Spowodowałaś incydent w biurze pośrednictwa pracy.

- Incydent? Zapytałam faceta stojącego przede mną w kolejce, od jak dawna jest bezrobotny. Baba w okienku wstała i wrzasnęła: „W krajach komunistycznych nie ma bezrobocia!”. Spojrzałam na tych, którzy stali przede mną, i parsknęłam śmiechem. To ma być incydent? - Śmiałaś się histerycznie i nie chciałaś przestać, potem wyrzucono cię z budynku. - Faktycznie nie mogłam przestać. To, co powiedziała ta kobieta, było absurdalne. - To żaden absurd! - Hans grzebał palcami w paczce papierosów f6. Tak jak każdy drań denerwował się, kiedy ktoś mu się postawił. - Urzędniczka miała rację. W Niemieckiej Republice Demokratycznej nikomu nie brakuje pracy. Komunizm rozwiązał problem bezrobocia. - Przestań, proszę - odparła Rebecca. - Bo znów zacznę się śmiać i stąd także trzeba będzie mnie wyrzucić. - Drwiny nie wyjdą ci na dobre. Na ścianie wisiało oprawione w ramkę zdjęcie, na którym Walter Ulbricht, przywódca Niemiec Wschodnich, ściskał rękę Hansa. Ulbricht był łysy, miał niewielką bródkę i wąsy i zdradzał nieco komiczne podobieństwo do Lenina. - Co ci powiedział? - Pogratulował mi awansu na kapitana. - Między innymi za to, że w okrutny sposób zwiodłeś żonę. Powiedz, jeśli nie jestem bezrobotna, to jak byś mnie określił? - Jesteś przedmiotem śledztwa jako pasożyt społeczny. - To niedorzeczne! Pracowałam bez przerwy od ukończenia studiów. Przez osiem lat nie wzięłam ani dnia zwolnienia lekarskiego. Dostałam awans i przydzielono mi dodatkowe obowiązki, między innymi nadzór nad nowymi nauczycielami. Nagle dowiaduję się, że mój mąż to szpieg Stasi, i wkrótce potem wylatuję z pracy. Od tego czasu byłam na sześciu rozmowach kwalifikacyjnych. Każda szkoła chciała, bym czym prędzej rozpoczęła zajęcia. A później za każdym razem, nie podając powodu, przysyłali mi list z informacją, że nie mogą zaoferować mi stanowiska. Wiesz może dlaczego? - Nikt nie chce cię przyjąć. - Każdy chce mnie przyjąć. Jestem dobrą nauczycielką. - Nie jesteś wiarygodna ideologicznie. Mogłabyś mieć zły wpływ na podatną młodzież. - Od poprzedniego pracodawcy dostałam wyśmienitą opinię. - To znaczy od Bernda Helda. On także jest przedmiotem śledztwa, z tych samych

przyczyn. Rebecca poczuła zimny dreszcz w piersi, ale starała się niczego po sobie nie pokazać. To byłoby straszne, gdyby tak dobry i uzdolniony człowiek jak Bernd wpadł w tarapaty z jej powodu. Muszę go ostrzec, pomyślała. Nie zdołała zmylić Hansa. - Ta informacja wstrząsnęła tobą, co? Zawsze miałem wobec niego podejrzenia. Lubiłaś go. - Marzył mu się romans ze mną - przyznała Rebecca. - Ale ja nie chciałam cię oszukiwać, wyobraź sobie. - Dowiedziałbym się. - Jednak to ja się dowiedziałam. - Spełniałem swój obowiązek. - Więc teraz pilnujesz, żebym nie dostała pracy, i oskarżasz o to, że jestem pasożytem. Co mam zrobić, wynieść się na Zachód? - Emigracja bez zezwolenia to zbrodnia. - Bardzo wielu tak robi! Słyszałam, że liczba emigrantów wzrosła do prawie tysiąca dziennie. Nauczyciele, lekarze, inżynierowie, nawet policjanci. Och! - Nagle Rebeccę olśniło. - Czy tak postąpił sierżant Scholz? Było widać, że Hans czuje się nieswojo. - Nie twoja sprawa. - Widzę to po twojej twarzy. A więc Scholz przeszedł na Zachód. Dlaczego ci wszyscy ludzie łamią prawo, jak sądzisz? Czy dlatego, że chcą żyć w kraju, w którym są wolne wybory i tym podobne? - Wolne wybory dały nam Hitlera! - odparował gniewnie. - Czy tego chcą ci ludzie? - Może nie chcą mieszkać w kraju, w którym tajnej policji wolno robić wszystko, na co przyjdzie jej ochota. Wyobrażasz sobie, jak niepewnie można się czuć w takiej sytuacji. - Dotyczy to tylko tych, którzy mają coś złego do ukrycia! - A jaki jest mój sekret, Hans? No, przecież ty musisz wiedzieć. - Jesteś pasożytem społecznym. - Więc uniemożliwiasz mi zdobycie pracy, a później grozisz więzieniem za to, że jej nie mam. Przypuszczam, że trafiłabym do obozu pracy, prawda? Wtedy miałabym robotę, tyle że by mi za nią nie płacono. Uwielbiam komunizm, jest taki logiczny! Ciekawe tylko, dlaczego ludzie tak desperacko przed nim wieją? - Twoja matka wiele razy mi mówiła, że nigdy nie wyemigruje na Zachód. Uważałaby

to za rejteradę. Rebecca nie wiedziała, do czego zmierza jej mąż. - I co z tego...? - Jeśli popełnisz zbrodnię nielegalnej emigracji, nigdy nie będziesz mogła wrócić. Teraz już Rebecca przeczuwała, co za chwilę usłyszy. Ogarnęła ją rozpacz. - Nigdy więcej nie ujrzysz rodziny - zawyrokował triumfalnie Hans.

Zdruzgotana, wyszła z budynku i stanęła na przystanku. Jakkolwiek by na to patrzeć, była skazana na utratę albo rodziny, albo wolności. W poczuciu przygnębienia wsiadła do autobusu i pojechała do szkoły, w której kiedyś pracowała. Tęsknota runęła na nią z przemożną siłą, gdy tylko Rebecca znalazła się w środku: usłyszała rozmowy młodych ludzi, zapach kredy i środków czystości, zobaczyła tablice ogłoszeń, buty piłkarskie i napis „Nie biegać”. Nagle uprzytomniła sobie, jaka była szczęśliwa jako nauczycielka. Wykonywała niesłychanie ważną pracę i była w niej dobra. Nie mogła znieść myśli, że przyjdzie jej z tego zrezygnować. Bernd był w gabinecie dyrektora, miał na sobie czarny garnitur ze sztruksu. Materiał był wytarty, lecz Bernd bardzo dobrze wyglądał w tym kolorze. Na widok Rebekki cały się rozpromienił. - Mianowali cię dyrektorem? - spytała, mimo że mogła się domyślić odpowiedzi. - To nigdy nie nastąpi. Ale robię swoje, i to z przyjemnością. Nasz dawny dyrektor Anselm kieruje dużą szkołą w Hamburgu i zarabia dwa razy tyle, ile miał u nas. A co u ciebie? Siadaj. Opowiedziała mu o rozmowach kwalifikacyjnych. - Zemsta Hansa. Niepotrzebnie wyrzuciłam przez okno ten zakichany model z zapałek. - Może nie o to chodzi. Widywałem takie sytuacje. Człowiek nienawidzi osoby, którą skrzywdził, to swoisty paradoks. Myślę, że powodem jest to, że ofiara nieustannie przypomina mu o jego niegodziwości. Bernd był bardzo mądry, tęskniła za nim. - Obawiam się, że ciebie także może nienawidzić. Powiedział, że jesteś przedmiotem śledztwa z powodu nieprawomyślności ideologicznej, ponieważ napisałeś mi doskonałą opinię. - O cholera. - Bernd potarł ręką bliznę na czole. To zawsze był znak, że coś go trapi.

Utarczki ze Stasi nigdy nie kończyły się pomyślnie. - Przykro mi. - Niepotrzebnie. Cieszę się, że napisałem ci tę opinię, zrobiłbym to ponownie. Ktoś w tym parszywym kraju musi mówić prawdę. - Poza tym Hans jakoś wykombinował, że... pociągałam cię. - Jest zazdrosny? - Trudno to pojąć, prawda? - Bynajmniej. Nawet szpieg musiał coś do ciebie poczuć. - Nie pleć bzdur. - Po to przyszłaś? - chciał wiedzieć Bernd. - Żeby mnie ostrzec? - I jeszcze po to, by powiedzieć... - musiała zachować dyskrecję, nawet wobec niego że prawdopodobnie przez jakiś czas mnie nie zobaczysz. - Ach. - Skinął głową ze zrozumieniem. Ci, którzy przechodzili na Zachód, rzadko to zapowiadali. Można było trafić do aresztu za samo planowanie ucieczki. Ten zaś, kto dowiedział się o takich planach i nie doniósł policji, popełniał przestępstwo. Tak więc nikt poza rodziną nie chciał mieć tak obciążającej wiedzy. Rebecca wstała. - Dziękuję za przyjaźń, którą mnie obdarzyłeś. Bernd obszedł biurko i ujął jej dłonie. - Nie, to ja ci dziękuję. I życzę powodzenia. - Ja tobie także. Uprzytomniła sobie, że podświadomie już podjęła decyzję o przejściu na Zachód. Właśnie myślała o tym z zaskoczeniem i niepokojem, gdy Bernd nieoczekiwanie schylił głowę i ją pocałował. Tego się nie spodziewała. To był delikatny pocałunek. Dotknął ustami jej warg, ale nie otworzył ust. Zamknęła oczy. Po roku udawanego małżeństwa dobrze było poczuć, że ktoś naprawdę uważa ją za godną pożądania, a nawet miłości. Zapragnęła objąć Bernda ramionami, lecz stłumiła ten odruch. Inicjowanie w takiej chwili romansu skazanego na niepowodzenie byłoby szaleństwem. Po dłuższej chwili wysunęła się z jego objęć. Była bliska łez i nie chciała, by Bernd zobaczył, że płacze. - Do widzenia - wydusiła, a potem odwróciła się i szybko wyszła.

Postanowiła wyruszyć za dwa dni, w niedzielę rano. Wszyscy wstali z łóżek, by się z nią pożegnać. Nie mogła zjeść śniadania, była zanadto rozkojarzona. - Chyba pojadę do Hamburga - oznajmiła, udając dobry nastrój. - Anselm Weber jest tam teraz dyrektorem szkoły, na pewno mnie przyjmie. Babcia Maud miała na sobie jedwabny purpurowy szlafrok. - Znajdziesz pracę wszędzie w Niemczech Zachodnich. - Ale byłoby miło znać przynajmniej jedną osobę w mieście - rzekła smutno Rebecca. - W Hamburgu jest podobno świetna scena muzyczna - włączył się do rozmowy Walli. - Przyjadę do ciebie zaraz po skończeniu szkoły. - Jeśli odejdziesz ze szkoły, będziesz musiał rozpocząć pracę - ostrzegł cierpkim tonem ojciec. - To byłaby dla ciebie nowość. - Tylko się dzisiaj nie kłóćcie - poprosiła Rebecca. Ojciec wręczył jej kopertę z pieniędzmi. - Kiedy znajdziesz się po drugiej stronie, złap taksówkę i jedź prosto do Marienfelde. W południowej części miasta, nieopodal lotniska Tempelhof znajdował się ośrodek dla uchodźców. - Zgłoś się tam od razu. Na pewno będziesz musiała czekać w kolejce, to potrwa godziny albo nawet dni. Kiedy wszystko należycie załatwisz, przyjdź do fabryki. Załatwię ci rachunek w zachodnioniemieckim banku i tym podobne sprawy. Matka była we łzach. - Będziemy się widywać, możesz przylecieć do Berlina Zachodniego, kiedy tylko zechcesz, przekroczymy granicę i spotkamy się. Urządzimy sobie piknik nad jeziorem Wannsee. Rebecca powstrzymywała się, by nie płakać. Pieniądze schowała do małej torebki, oprócz niej niczego ze sobą nie brała, bo gdyby miała więcej bagażu, Vopo mogliby ją aresztować na przejściu. Pragnęła spędzić w domu jeszcze trochę czasu, ale obawiała się, że całkiem się załamie. Ucałowała wszystkich i uściskała babcię Maud, przybranego ojca Wernera, przybrane rodzeństwo Lili i Wallego, a na koniec Carlę, która uratowała jej życie, matkę, która jej nie urodziła i dlatego była Rebecce jeszcze droższa. Później z załzawionymi oczami wyszła z domu. W ten jasny letni ranek niebo było błękitne i bezchmurne. Rebecca przywoływała optymizm: oto rozpoczyna nowe życie z dala od ponurych represji komunistycznego reżimu. Poza tym w taki czy inny sposób spotka się jeszcze z rodziną. Maszerowała raźnym krokiem uliczkami starego centrum miasta. Minęła rozległy

teren szpitala Charité i skręciła w Invaliden Strasse. Po lewej stronie miała most Sandkrug, po którym samochody przejeżdżały nad kanałem Berlin-Spandau do Berlina Zachodniego. Jednakże tego dnia ich nie było. W pierwszej chwili Rebecca nie ogarniała myślą tego, co miała przed oczami. Sznur aut zatrzymał się tuż przed mostem. Stali tam ludzie i na coś patrzyli. Może na moście zdarzył się wypadek. Jednak po prawej stronie, na Platz vor dem Neuen Tor, stało bezczynnie dwudziestu lub trzydziestu enerdowskich żołnierzy. Za nimi ustawiły się dwa radzieckie czołgi. Widok był zagadkowy i przerażający. Rebecca przecisnęła się przez gapiów i zobaczyła, na czym polega trudność. Na wskroś wejścia na most ustawiono surowe zasieki z drutu kolczastego. Niewielkiej luki pilnowali policjanci, którzy nikogo nie przepuszczali. Miała ochotę zapytać ich, co się dzieje, ale nie chciała zwracać na siebie uwagi. Była niedaleko stacji Friedrich Strasse, mogła tam wsiąść do metra i dojechać bezpośrednio do Marienfelde. Skręciła na południe i przyspieszyła kroku; zygzakując, mijała budynki uniwersytetu i zbliżała się do dworca. Tam też coś było nie tak. Przy wejściu tłoczyło się kilkadziesiąt osób. Rebecca przepchnęła się naprzód i przeczytała informację na płachcie papieru przyklejonej do muru, stwierdzającą to, co oczywiste: stacja została zamknięta. Na szczycie schodów stał rząd uzbrojonych policjantów. Nikogo nie wpuszczano na perony. Rebeccę ogarnął lęk. Może to zbieg okoliczności, że pierwsze dwa przejścia okazały się zamknięte. A może nie. Miejsc, w których można było przejść z Berlina Wschodniego do Zachodniego, było osiemdziesiąt jeden. Najbliższe znajdowało się przy Bramie Brandenburskiej: szeroka aleja Unter den Linden przebiegała tam pod monumentalnym łukiem w stronę Tiergarten. Rebecca ruszyła Friedrich Strasse w kierunku południowym. Gdy tylko skręciła Unter den Linden na zachód, wiedziała, że ma problem. Już z daleka widziała żołnierzy i czołgi. Przed słynną bramą zgromadziły się setki ludzi. Dotarłszy do czoła tłumu, zobaczyła zasieki z drutu kolczastego rozpięte na drewnianych kozłach i pilnowane przez enerdowskich policjantów. Młodzi chłopcy podobni do Wallego, ubrani w skórzane kurtki i wąskie spodnie, z fryzurami w stylu Elvisa Presleya, rzucali obelgi z bezpiecznej odległości. Po zachodniej

stronie ustawiły się podobne wyrostki i pokrzykiwały gniewnie, co jakiś czas ciskając kamieniami w policję. Rebecca przyjrzała się uważniej i zauważyła, że funkcjonariusze z różnych formacji Vopo, pogranicznicy i strażnicy z fabryk - wykuwają otwory w jezdni i ustawiają w nich wysokie betonowe słupy, a następnie rozciągają między nimi drut kolczasty, przygotowując trwalszą zaporę. Uświadomiła to sobie i poczuła się tak, jakby ziemia się pod nią rozstąpiła. - Tak jest wszędzie? - spytała mężczyzny stojącego obok. - Ten płot? - Wszędzie - odparł. - Dranie. Wschodnioniemiecki reżim uczynił to, co zdaniem wszystkich było niemożliwe: wzniósł mur przez środek Berlina. A Rebecca znalazła się po jego niewłaściwej stronie.

CZĘŚĆ DRUGA Pluskwa

1961-1962

ROZDZIAŁ 11 George nie bez obaw poszedł na lunch do baru Electric Diner z Larrym Mawhinneyem. Nie wiedział, dlaczego Larry zaproponował ten lokal, ale zgodził się z ciekawości. On i Larry byli rówieśnikami i pracowali na podobnych stanowiskach: Larry był asystentem szefa sztabu sił powietrznych generała Curtisa LeMaya. Jednakże ich pryncypałowie byli skłóceni, ponieważ bracia Kennedy nie darzyli zaufaniem wojska. Larry nosił mundur porucznika lotnictwa. Wyglądał po wojskowemu: był starannie ogolony, miał krótko ostrzyżone jasne włosy, ciasno związany krawat i wyglansowane buty. - W Pentagonie nienawidzą segregacji rasowej. George uniósł brwi. - Doprawdy? Zdawało mi się, że w wojsku panuje zadawniona nieufność wobec Murzynów z bronią. Mawhinney uniósł pojednawczo rękę. - Wiem, co masz na myśli, ale po pierwsze, to nastawienie zawsze ustępowało w obliczu konieczności i Murzyni walczyli we wszystkich konfliktach zbrojnych od czasu wojny o niepodległość. Po drugie, to już historia. Dzisiaj Pentagon potrzebuje kolorowych mężczyzn w wojsku. Poza tym nie chcemy zbędnych wydatków i utrudnień, które wiążą się z utrzymywaniem segregacji: dublowanych łazienek i koszar, a także uprzedzeń i nienawiści między tymi, którzy mają walczyć ramię w ramię. - No dobra, niech ci będzie - odparł George. Larry odkroił kęs grzanki z serem, a George nadział na widelec porcję chili con carne. - A więc Chruszczow dopiął swego w Berlinie - zagaił Mawhinney. George wyczuł, że kolega zaprosił go na lunch, by poruszyć ten właśnie temat. - Bogu dzięki, że nie musimy iść na wojnę z Sowietami. - Kennedy się spietrał - orzekł Larry. - Wschodnioniemiecki reżim był o krok od upadku. Gdyby prezydent przyjął twardszą linię, mogłoby dojść do kontrrewolucji. Jednak mur zatrzymał falę uchodźców na Zachód i teraz Sowieci mogą w Berlinie Wschodnim robić, co im się żywnie podoba. Nasi sojusznicy z Niemiec Zachodnich są wściekli jak diabli. - Prezydent uniknął trzeciej wojny światowej! - zaperzył się George. - Za cenę tego, że Sowieci mocniej zacisnęli łapę na swoich zdobyczach. Trudno to nazwać zwycięstwem. - Takie jest przekonanie Pentagonu?

- Z grubsza. Jakżeby inaczej, pomyślał ze złością George. Teraz zrozumiał: Mawhinney ma go przekonać do linii Pentagonu, pozyskać jego wsparcie. Powinienem się poczuć doceniony, stwierdził w duchu, uznali mnie za członka najbliższego kręgu doradców Roberta Kennedy’ego. Nie zamierzał jednak wysłuchiwać ataku na prezydenta i nie odciąć się. - Zapewne nie powinienem się spodziewać niczego innego po generale LeMayu. W końcu nazywają go „Bombowym”. Mawhinney zmarszczył czoło. Jeśli przydomek szefa go bawił, to tego nie okazywał. George był zdania, że natarczywy, znany ze zwyczaju żucia cygar generał zasługuje na drwiny. - Podobno palnął kiedyś, że jeśli wybuchnie wojna jądrowa i zostanie przy życiu dwóch Amerykanów i jeden Rusek, to znaczy, że wygraliśmy. - Nigdy nie słyszałem, by coś takiego mówił. - Prezydent odrzekł ponoć: „Oby tylko ci Amerykanie byli różnej płci”. - Musimy być silni! - argumentował zirytowany Mawhinney. - Straciliśmy Kubę, Laos i Berlin Wschodni, grozi nam utrata Wietnamu. - Co twoim zdaniem możemy zrobić w sprawie Wietnamu? - Wysłać armię - odparł bez wahania Larry. - Czy nie mamy tam już tysięcy doradców wojskowych? - To za mało. Pentagon wielokrotnie zwracał się do prezydenta z prośbą o wysłanie lądowych jednostek bojowych. Ale on chyba nie ma odwagi. Niesprawiedliwa ocena dotknęła George’a. - Prezydentowi nie brakuje odwagi. - W takim razie dlaczego nie uderzy na komunistów w Wietnamie? - Nie sądzi, byśmy mogli wygrać. - Powinien posłuchać doświadczonych i znających się na rzeczy generałów. - Czyżby? To oni podpowiedzieli mu, by wsparł idiotyczną inwazję w Zatoce Świń. Jeśli generalicja jest taka doświadczona i oblatana, to czemu nie ostrzegła prezydenta, że desant kubańskich uchodźców nie ma żadnych szans powodzenia? - Kazaliśmy mu wysłać osłonę lotniczą... - Wybacz, Larry, ale sens tej operacji polegał na tym, by uniknąć wikłania w nią Amerykanów. Ale gdy tylko okazało się, że spaliła na panewce, Pentagon zapragnął wysłać w bój marines. Bracia Kennedy podejrzewali was o to, że zadaliście im podstępny cios.

Wciągnęliście prezydenta w inwazję skazaną na klęskę tylko po to, by nakłonić go do wysłania amerykańskich wojsk. - To nieprawda. - Może, teraz jednak prezydent uważa, że w ten sam sposób chcecie go wplątać w Wietnam. I jest zdeterminowany, by nie dać się wykołować po raz drugi. - No dobrze, więc ma do nas pretensje o Zatokę Świń. Ale poważnie, George, czy to jest powód, by oddać komuchom Wietnam? - Będziemy musieli podpisać protokół rozbieżności. Mawhinney odłożył sztućce. - Masz ochotę na deser? - Przed chwilą uświadomił sobie, że marnuje czas: George nigdy nie zostanie sojusznikiem Pentagonu. - Nie, dzięki - odparł George. Przyszedł do urzędu prokuratora generalnego po to, by walczyć o prawa swoich dzieci, o to, by mogły dorastać jako pełnoprawni Amerykanie. Z komunizmem w Azji niech walczy kto inny. Mawhinney zamachał do kogoś ręką, wyraz jego twarzy się zmienił. George obejrzał się i doznał szoku. Jego rozmówca machał do Marii Summers. Nie dostrzegła go. Odwróciła głowę do towarzyszki, białej dziewczyny w zbliżonym wieku. - Czy to Maria Summers? - spytał George. - Taak. - Znasz ją. - Jasne. Studiowaliśmy razem prawo w Chicago. - Co ona porabia w Waszyngtonie? - To zabawna historia. Ubiegała się o posadę w biurze prasowym Białego Domu i ją odrzucono. Potem wybrana osoba się nie sprawdziła, a Maria była kandydatką numer dwa. George’a przeszył dreszcz radości. Maria w Waszyngtonie - na stałe! Postanowił, że zanim wyjdzie z restauracji, musi z nią porozmawiać. Przyszło mu na myśl, że może zdoła wyciągnąć więcej od Mawhinneya. - Chodziliście ze sobą w czasie studiów? - Nie, umawiała się tylko z kolorowymi chłopakami, i to z niewieloma. Nazywano ją górą lodową. George nie potraktował tych słów jako niepodważalnej prawdy. Zdaniem niektórych mężczyzn każda dziewczyna, która mówi „nie”, to góra lodowa.

- Miała kogoś wyjątkowego? - Był jeden gość, z którym chodziła mniej więcej rok, ale ją rzucił, bo nie chciała mu dać. - Nie dziwię się - rzekł George. - Maria pochodzi z rodziny o surowych zasadach. - Skąd o tym wiesz? - Byliśmy razem na pierwszym Rajdzie Wolności. Trochę z nią pogadałem. - Ładna jest. - Bez wątpienia. Podzielili się rachunkiem pół na pół. W drodze do wyjścia George przystanął obok stolika Marii. - Witaj w Waszyngtonie. Uśmiechnęła się do niego ciepło. - O, cześć, George. Zastanawiałam się, kiedy na siebie wpadniemy. - Cześć, Mario - odezwał się Larry. - Właśnie opowiadałem George’owi, jak to w Chicago nazywali cię górą lodową. - Parsknął śmiechem. To była typowa męska odzywka, nic szczególnego, lecz Maria się zarumieniła. Larry wyszedł, ale George został. - Przykro mi z powodu jego słów. I wstydzę się, że je usłyszałem. To było chamskie. - Dziękuję - odparła Maria, po czym wskazała ręką koleżankę. - Poznaj Antonię Capel, ona także jest prawniczką. Antonia sprawiała wrażenie osoby poważnej i nieco wyniosłej. Była szczupła, a włosy zaczesała do tyłu w surowym stylu. - Miło mi cię poznać - rzekł George. Maria zwróciła się do Antonii: - George’owi złamano rękę, kiedy bronił mnie w Alabamie przed segregacjonistą uzbrojonym w łom. Dziewczynie to zaimponowało. - Prawdziwy dżentelmen z ciebie. George zorientował się, że dziewczęta zbierają się do wyjścia: rachunek leżał na stole przykryty paroma banknotami. - Mogę cię odprowadzić do Białego Domu? - zapytał Marii. - No pewnie. - A ja muszę iść do apteki - oznajmiła Antonia. Wyszli z lokalu. Jesienne powietrze w Waszyngtonie było przyjemnie łagodne.

Antonia pomachała im na pożegnanie. George i Maria ruszyli w kierunku siedziby prezydenta. George kątem oka obserwował dziewczynę, kiedy przemierzali Pennsylvania Avenue. Była ubrana w elegancki czarny płaszcz i biały golf, jednakże strój poważnej urzędniczki nie mógł przesłonić jej ciepłego uśmiechu. Była urodziwą dziewczyną z małym noskiem i drobnym podbródkiem, miała duże brązowe oczy i delikatne zmysłowe usta. - Spierałem się z Mawhinneyem o Wietnam - rzekł George. - Chyba miał nadzieję, że zrobi ze mnie pośrednika i przekona w ten sposób Bobby’ego. - Na pewno tak było - zgodziła się Maria. - Ale prezydent nie ulegnie w tej kwestii Pentagonowi. - Skąd wiesz? - Dziś wieczorem wygłosi przemówienie i powie, że istnieją granice tego, co możemy osiągnąć w polityce zagranicznej. Nie zdołamy naprawić każdego zła i odwrócić każdej niesprzyjającej okoliczności. Napisałam komunikat dla prasy w związku z tym wystąpieniem. - Cieszę się, że prezydent okaże zdecydowanie. - George, nie usłyszałeś, co powiedziałam. To ja napisałam ten komunikat! Nie rozumiesz, jakie to niezwykłe? Przeważnie takie teksty układają mężczyźni, kobiety tylko wystukują je na maszynie. Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Gratuluję ci. - Cieszył się, że znów z nią jest. Szybko i bez wysiłku wrócili do przyjacielskich relacji. - Zaraz będę w biurze i poznam opinie innych. A co się dzieje w twoim resorcie? - Wygląda na to, że nasz Rajd Wolności coś zmienił - odparł z zapałem George. Niebawem we wszystkich autobusach międzystanowych pojawią się napisy „Miejsca w tym pojeździe zajmowane są bez względu na rasę, kolor skóry, wyznanie i narodowość”. Ta sama informacja będzie wydrukowana na biletach. - Był dumny z tego osiągnięcia. - I co ty na to? - Brawo - pochwaliła Maria, lecz od razu zadała kluczowe pytanie: - Czy ten przepis będzie egzekwowany? - To zależy od naszego resortu, staramy się jak nigdy dotąd. Wielokrotnie występowaliśmy przeciwko władzom Missisipi i Alabamy. I aż dziw, że tak wiele miast w innych stanach stosuje się do tych zaleceń bez szemrania. - Trudno uwierzyć, że naprawdę zwyciężamy. Zawsze się okazuje, że segregacjoniści mają w zanadrzu jakąś brudną sztuczkę. - Nasz następny ruch będzie dotyczył rejestracji wyborców. Martin Luther King chce,

by przed końcem roku podwoiła się na Południu liczba czarnych, którzy biorą udział w wyborach. - Bardziej niż wszystko inne potrzebna jest nowa ustawa o prawach obywatelskich, która utrudni południowym stanom postępowanie wbrew przepisom - zauważyła z namysłem Maria. - Pracujemy nad tym. - Chcesz powiedzieć, że Bobby Kennedy popiera prawa obywatelskie? - Do licha, nie. Rok temu tej kwestii nawet nie było na liście jego priorytetów. Jednak jego i prezydenta oburzyły fotografie ilustrujące akty zbiorowej przemocy białych na Południu. Trafiły na pierwsze strony gazet całego świata i zaszkodziły wizerunkowi braci Kennedych. - A globalna polityka to jest to, na czym naprawdę im zależy. - No właśnie. George chciał się umówić z Marią, ale nie zrobił tego. Musi najpierw zerwać z Norine Latimer. Teraz, kiedy Maria jest w Waszyngtonie, nie da się tego uniknąć. Czuł jednak, że powinien powiedzieć Norine o zakończeniu ich romansu, zanim zaprosi na randkę Marię. Inne postępowanie byłoby nieuczciwe. Zwłoka nie będzie długa, bo za kilka dni spotka się z Norine. Weszli do Zachodniego Skrzydła. Widok czarnych twarzy był w Białym Domu tak niezwykły, że przyciągał spojrzenia mijanych osób. Dotarli do biura prasowego. George zdziwił się na widok małej salki zastawionej biurkami. Pracowało tam intensywnie pół tuzina ludzi korzystających z szarych maszyn do pisania marki Remington oraz telefonów z migającymi światełkami. Z sąsiedniego pomieszczenia dobiegał terkot dalekopisów, a od czasu do czasu dzwonek obwieszczający nadejście szczególnie ważnej wiadomości. Był tam także gabinet, który, jak przypuszczał George, musiał należeć do sekretarza prasowego Pierre’a Salingera. Wszyscy byli bardzo skupieni, nikt nie rozmawiał ani nie wyglądał przez okno. Maria pokazała gościowi swoje biurko i przedstawiła sąsiadkę, atrakcyjną kobietę w wieku trzydziestu paru lat. - George, to moja koleżanka panna Fordham. Nelly, czemu wszyscy tak ucichli? Zanim zagadnięta zdążyła odpowiedzieć, z gabinetu wychynął Salinger, niski zaokrąglony człowieczek ubrany w europejski garnitur. Był z nim prezydent Kennedy. Uśmiechnął się do obecnych, skinął głową George’owi i odezwał się do Marii: - Zapewne Maria Summers. Napisała pani dobry komunikat, wyrazisty i dobitny.

Brawo. Zaczerwieniła się, słysząc pochwałę. - Dziękuję, panie prezydencie. Kennedy’emu się nie spieszyło. - Czym pani się zajmowała przed podjęciem pracy tutaj? - spytał, jakby nie było na świecie ciekawszej dla niego kwestii. - Studiowałam prawo w Chicago. - Podoba się pani praca w biurze prasowym? - O tak, jest bardzo ciekawa. - Doceniam dobrą robotę. Oby tak dalej. - Będę się starała. Prezydent wyszedł, a za nim Salinger. George spojrzał z rozbawieniem na Marię. Wyglądała na oszołomioną. Po chwili odezwała się Nelly Fordham: - No i tak to działa. Przez chwilę byłaś najpiękniejszą kobietą na świecie. Maria spojrzała na nią. - Owszem, właśnie tak się poczułam.

Maria była trochę samotna, ale poza tym szczęśliwa. Uwielbiała swoją pracę w Białym Domu w otoczeniu inteligentnych, szczerych osób, które pragnęły jedynie uczynić świat lepszym. Czuła, że może wiele osiągnąć w administracji. Zdawała sobie sprawę, że czeka ją walka z uprzedzeniami wobec kobiet i Murzynów, lecz wierzyła, że inteligencją i determinacją zdoła pokonać wszelkie przeciwności. Jej rodzinie udawało się to od dawien dawna. Dziadek Marii, Saul Summers, dotarł pieszo do Chicago z rodzinnego miasteczka Golgotha w Alabamie. W drodze został aresztowany za „włóczęgostwo” i skazany na trzydzieści dni pracy w kopalni węgla. Zobaczył tam, jak strażnicy zakatowali człowieka pałkami za próbę ucieczki. Po trzydziestu dniach nie zwolniono go, a gdy złożył skargę, wymierzono mu karę chłosty. Postawił życie na szali, uciekł i doszedł do Chicago. Później został pastorem w Kościele Pełnej Ewangelii Betlejemskiej. Teraz, w wieku osiemdziesięciu lat, był częściowo na emeryturze, ale od czasu do czasu wygłaszał kazania. Ojciec Marii, Daniel, ukończył college i uczelnię prawną dla Murzynów. W 1930 roku, w czasie wielkiego kryzysu, otworzył kancelarię w dzielnicy South Side, gdzie nikogo

nie było stać na znaczek, a co dopiero na adwokata. Maria często słyszała jego wspominki o tym, jak klienci płacili mu w naturze: domowymi wypiekami, jajkami od swoich kur, darmowym strzyżeniem włosów, robotami stolarskimi w kancelarii. Zanim Nowy Ład Roosevelta zaczął przynosić efekty i gospodarka podźwignęła się z zapaści, był już najpopularniejszym czarnoskórym adwokatem w Chicago. Tak więc Maria nie lękała się przeszkód. Jednakże była sama. Zewsząd otaczali ją biali. Jej dziadek mawiał często: „Nie trzeba mieć pretensji do białych. Oni tylko nie są czarnymi”. Wiedziała, co miał na myśli. Biali nie rozumieli, co to takiego „włóczęgostwo”. Jakoś im umknęło, że w Alabamie aż do 1927 roku zsyłano Murzynów na przymusowe roboty. Jeśli zaczynała o tym mówić, przez chwilę robili smutne miny, a potem odwracali głowy i wiedziała, że w ich pojęciu przesadza. Czarni opowiadający o uprzedzeniach zanudzali białych tak jak chorzy, którzy wyliczają objawy swoich schorzeń. Ucieszyła się niezmiernie, kiedy znów spotkała George’a. Chętnie odszukałaby go od razu po przybyciu do Waszyngtonu, ale skromna dziewczyna nie ugania się za mężczyzną bez względu na to, jak bardzo jest czarujący. Poza tym nie wiedziała, co mu powiedzieć. George podobał jej się bardziej niż jakikolwiek inny facet od czasu, gdy przed dwoma laty zerwała z Frankiem Bakerem. Wyszłaby za Franka, gdyby ją poprosił, ale on zaproponował seks bez małżeństwa, ona zaś tę ofertę odrzuciła. Kiedy George odprowadził ją do pracy, była pewna, że zaprosi ją na randkę, i poczuła rozczarowanie, gdy tego nie zrobił. Zajmowała mieszkanie z dwiema czarnymi dziewczętami, lecz niewiele ją z nimi łączyło. Obie były sekretarkami i interesowały się głównie modą i kinem. Maria przywykła do swojej wyjątkowości. W college’u nie studiowało wiele czarnoskórych kobiet, a na studiach prawniczych była tylko ona. Teraz jako jedyna czarna kobieta pracowała w Białym Domu, jeśli nie liczyć sprzątaczek i kucharek. Nie narzekała, bo wszyscy traktowali ją życzliwie. Jednak czuła się osamotniona. Na drugi dzień po tym, jak spotkała George’a, uważnie czytała przemówienie wygłoszone przez Fidela Castro, wyszukując cenne okruchy, które biuro prasowe mogłoby wykorzystać, kiedy nagle zadzwonił telefon i ktoś powiedział: - Może poszlibyśmy popływać? Mężczyzna mówił ze znajomym bostońskim akcentem, lecz w pierwszej chwili nie zdołała go rozpoznać. - Z kim rozmawiam? - Z Dave’em. To był Dave Powers, osobisty doradca prezydenta, określany czasem mianem jego

najlepszego przyjaciela. Maria rozmawiała z nim dwa lub trzy razy. Był miły i życzliwy tak jak większość personelu Białego Domu. Jego telefon zaskoczył Marię. - Ale gdzie? - spytała. Dave się roześmiał. - Tu, w Białym Domu, naturalnie. Przypomniała sobie, że w zachodniej galerii między Białym Domem a Zachodnim Skrzydłem jest basen. Nigdy go nie widziała, pamiętała jednak, że został zbudowany dla prezydenta Roosevelta. Słyszała, że prezydent Kennedy lubi sobie popływać przynajmniej raz dziennie, ponieważ woda łagodzi jego ból pleców. - Będą też inne dziewczęta - dodał Dave. Maria momentalnie pomyślała o włosach. Niemal wszystkie czarnoskóre kobiety wykonujące prace biurowe używały peruk. Zarówno czarni, jak i biali uważali, że mocno kręcone włosy nie przystają do powagi urzędów. Tego dnia Maria miała na głowie nakładkę starannie przypiętą do własnych włosów, które zostały wygładzone specjalnym preparatem tak, by całość przypominała proste fryzury białych kobiet. Nie stanowiło to żadnej tajemnicy: każda czarna kobieta zauważała peruczkę na pierwszy rzut oka. Jednak biały mężczyzna, na przykład Dave, niczego nie dostrzegał. Jak zatem Maria mogła pójść na pływalnię? Jeśli zmoczy włosy, fryzura się zmierzwi i nijak nie da się jej uratować. Była zbyt zakłopotana, by wyjaśnić, w czym problem, ale szybko znalazła wymówkę: - Nie mam kostiumu kąpielowego. - Ale my mamy - odpowiedział Dave. - Przyjdę po ciebie w południe. - Następnie odłożył słuchawkę. Maria spojrzała na zegarek. Była za dziesięć dwunasta. Jak postąpić? Czy będzie mogła ostrożnie zanurzyć się w płytszej części basenu, tak by włosy pozostały suche? Naraz uświadomiła sobie, że stawia niewłaściwe pytania. Powinna wybadać, z jakiego powodu została zaproszona i czego się od niej oczekuje - a także czy będzie tam prezydent. Spojrzała na koleżankę. Nelly Fordham jako jedyna kobieta pracowała w Białym Domu od dziesięciu lat. Kiedyś aluzyjnie napomknęła, że przed laty doznała zawodu miłosnego. Od samego początku służyła Marii pomocą. Teraz spojrzała na nią z zaciekawieniem. - Nie mam kostiumu kąpielowego? - powtórzyła pytającym tonem.

- Zaproszono mnie na prezydencki basen. Powinnam iść? - Oczywiście! Pod warunkiem że po powrocie wszystko mi opowiesz. - Zapowiedział, że będą tam inne dziewczęta - szepnęła Maria. - Myślisz, że prezydent także przyjdzie? Nelly rozejrzała się, ale nikt nie nadstawiał uszu. - Czy Jack Kennedy lubi sobie popływać w otoczeniu ładnych dziewcząt? To pytanie za zero punktów. Maria nadal nie miała pewności, czy powinna iść. Raptem przypomniała sobie, że Larry Mawhinney nazwał ją górą lodową. To ją dotknęło. Nie była zimna. W wieku dwudziestu pięciu lat pozostawała dziewicą, bo nie spotkała mężczyzny, któremu pragnęła się oddać ciałem i duszą. Ale nie była lodowata. W drzwiach stanął Dave Powers. - Idziesz? - A co tam, idę - odparła. Poprowadził ją pod arkadami biegnącymi wzdłuż krawędzi Ogrodu Różanego. Przy wejściu na basen pojawiły się jeszcze dwie dziewczyny. Maria już je widziała, zawsze trzymały się razem, były sekretarkami. - Poznaj Jennifer i Geraldine - rzekł Dave. - Nazywamy je Jenny i Jerry. Dziewczęta zaprowadziły Marię do przebieralni, w której na haczykach wisiał tuzin kostiumów kąpielowych. Szybko zrzuciły ubrania i Maria zauważyła, że mają doskonałe figury. Nieczęsto widywała nagie białe dziewczęta. Były blondynkami, lecz miały ciemne włosy łonowe przystrzyżone w równy trójkąt. Przyszło jej na myśl, że być może przycinają je nożyczkami. Nigdy na to nie wpadła. Wszystkie kostiumy były jednoczęściowe i uszyte z bawełny. Maria zrezygnowała z tych najefektowniejszych i wybrała skromny granatowy. Potem ruszyła za Jenny i Jerry w kierunku basenu. Ściany z trzech stron pomalowane były w karaibskie sceny z palmami i żeglującymi statkami. Na czwartej umieszczono lustro i Maria mogła się przejrzeć. Nie jestem gruba, pomyślała, tylko tyłek mam za duży. Granatowy kolor dobrze się prezentował na tle jej ciemnobrązowej skóry. Zauważyła stolik z kanapkami i napojami, ale była zbyt rozdygotana, by się poczęstować. Dave usadowił się na krawędzi basenu z podwiniętymi nogawkami spodni i machał stopami w wodzie. Jenny i Jerry kręciły się w pobliżu, rozmawiając i śmiejąc się. Maria

usiadła naprzeciwko Dave’a i opuściła nogi do wody. Woda była ciepła jak w wannie. Minutę później pojawił się prezydent i serce Marii zaczęło bić szybciej. Jak zwykle był ubrany w ciemny garnitur, białą koszulę i wąski krawat. Stanął obok basenu, uśmiechając się do dziewcząt. Maria wyczuła zapach wody kolońskiej 4711. - Mogę się przyłączyć? - zapytał, jakby basen należał do nich, a nie do niego. - Ależ prosimy! - odpowiedziała Jenny. Ona i jej koleżanka Jerry nie zdziwiły się na widok Kennedy’ego i Maria domyśliła się, że nie po raz pierwszy będą pływały z nim w basenie. Po chwili prezydent wrócił z przebieralni ubrany w granatowe spodenki. Był szczupły i opalony i prezentował się świetnie jak na czterdziestoczterolatka, opaleniznę zawdzięczał prawdopodobnie żeglowaniu w Hyannis Port na Cape Cod, gdzie miał letni domek. Usiadł na krawędzi basenu i z westchnieniem zsunął się do wody. Pływał przez kilka minut, a Maria zastanawiała się, co powiedziałaby na jej widok matka. Na pewno nie spodobałoby jej się, że córka wchodzi do basenu z żonatym mężczyzną, gdyby był nim kto inny, a nie prezydent. Ale przecież w Białym Domu nie mogło się zdarzyć nic złego, zwłaszcza że w pobliżu byli Dave Powers oraz Jenny i Jerry. Prezydent podpłynął do niej. - Jak pani sobie radzi w biurze prasowym, Mario? - zapytał, jakby to była najważniejsza kwestia na świecie. - Bardzo dobrze. Dziękuję, panie prezydencie. - Pierre jest dobrym szefem? - Świetnym, wszyscy go lubią. - Ja też go lubię. Z tej odległości Maria dostrzegła nikłe zmarszczki przy kącikach oczu i ust Kennedy’ego, a także szczyptę siwizny na gęstych rudobrązowych włosach. Jego oczy nie były całkiem niebieskie, miały orzechowy odcień. Wie, że mu się przyglądam, pomyślała Maria, jednak wcale mu to nie przeszkadza. Może przywykł, a może to lubi. - Jakie prace pani wykonuje? - zapytał z uśmiechem. - Różne - odparła. Czuła się wyróżniona. Być może prezydent chciał być wobec niej miły, ale zdawało się, że zadaje pytania z nieudawaną ciekawością. - Przeważnie zbieram i przeglądam materiały dla Pierre’a. Dzisiaj rano przesiewałam wystąpienie Castro. - Dobrze, że spadło to na panią, a nie na mnie. Jego mowy są długachne! Maria roześmiała się. Jestem na basenie z prezydentem i żartujemy sobie z Fidela

Castro. - Czasem Pierre prosi mnie o napisanie komunikatu prasowego i to lubię najbardziej. - Proszę mu powiedzieć, żeby robił to częściej. Jest pani w tym dobra. - Dziękuję, panie prezydencie. Nie potrafię wyrazić, jak wiele to dla mnie znaczy. - Jest pani z Chicago, prawda? - Tak, panie prezydencie. - Gdzie pani teraz mieszka? - W Georgetown. Wynajmuję wspólne mieszkanie z dwiema koleżankami, które pracują w Departamencie Stanu. - To świetnie. Rad jestem, że się pani zadomowiła. Wysoko cenię pani pracę i wiem, że Pierre też ją docenia. Odwrócił się i zaczął rozmawiać z Jenny, lecz Maria nie słyszała słów. Była zbyt uszczęśliwiona. Prezydent pamiętał jej imię, wiedział, że pochodzi z Chicago, i uważał, że dobrze wypełnia swoje obowiązki. Poza tym nie sposób nie zauważyć, że jest niesłychanie atrakcyjnym mężczyzną. Maria była w siódmym niebie. Dave spojrzał na zegarek. - Jest dwunasta trzydzieści, panie prezydencie. Maria zdziwiła się, że spędziła na basenie aż pół godziny. Miała wrażenie, że upłynęły zaledwie dwie minuty. Jednak prezydent wyszedł z basenu i skierował się do przebieralni. Dziewczęta także wyszły. - Poczęstujcie się kanapką - zachęcił Dave. Podeszły do stolika; Maria chciała coś przekąsić - to była przerwa na lunch - lecz miała wrażenie, że żołądek skurczył jej się do rozmiarów szpilki. Wypiła butelkę przesłodzonego napoju gazowanego. Dave odszedł i dziewczęta przebrały się w szatni. Maria spojrzała w lustro. Jej włosy były lekko wilgotne, ale fryzura nie ucierpiała. Pożegnała się z Jenny i Jerry i wróciła do biura. Na jej biurku leżał gruby raport o stanie służby zdrowia i kartka od Salingera, który chciał, by w ciągu godziny napisała dwustronicowe streszczenie. Zauważyła spojrzenie Nelly. - No i o co chodziło? Maria zastanowiła się przez chwilę. - Nie mam pojęcia.

George otrzymał informację z zaproszeniem do Josepha Hugo w siedzibie FBI. Hugo pracował obecnie jako osobisty asystent dyrektora J. Edgara Hoovera. Z kartki dowiedział się, że Biuro posiada ważne informacje o Martinie Lutherze Kingu, którymi Hugo chce się podzielić z pracownikami prokuratury generalnej. Hoover nienawidził doktora Kinga. W FBI nie było ani jednego czarnego agenta. Dyrektor nienawidził również Roberta Kennedy’ego. Wielu było ludzi, których nienawidził. George pomyślał, że może odmówić. Nie miał najmniejszej ochoty rozmawiać z Hugo. Uważał go za gnoja, który zdradził aktywistów ruchu praw obywatelskich i jego, George’a, osobiście. Wciąż jeszcze czasami odczuwał ból przedramienia zranionego podczas starcia w Anniston. Hugo gapił się na to, gawędził z policjantami i ćmił papierosa. Z drugiej jednak strony, jeśli FBI zdobyło niekorzystne informacje o Martinie Lutherze Kingu, wolał je poznać pierwszy. Może przyłapali go na romansie pozamałżeńskim lub czymś podobnym. George chętnie skorzystałby z szansy, by ukrócić rozpowszechnianie złych wiadomości o ruchu praw obywatelskich. Wolał, żeby nie roznosił ich ktoś taki jak Dennis Wilson. Dlatego postanowił wybrać się do Hugo i narazić na jego ewentualne przechwałki. Siedziba FBI mieściła się na innym piętrze gmachu, w którym znajdował się Departament Sprawiedliwości. Pokój asystenta był mały i sąsiadował z gabinetem dyrektora. Hugo miał krótko obcięte włosy - była to popularna fryzura wśród pracowników FBI - i nosił gładki popielaty garnitur, białą nylonową koszulę i granatowy krawat. Na biurku leżała paczka papierosów mentolowych oraz teczka. - Czego chcesz? - zapytał George. Hugo wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Jeden z doradców Martina Luthera Kinga to komunista - obwieścił z uśmiechem. To była szokująca informacja i mogła pogrążyć cały ruch praw obywatelskich. George poczuł, że robi mu się zimno. Trudno dowieść, że ktoś nie jest komunistą, a poza tym prawda mało się liczyła: ważna była zabójcza sugestia. Tak jak z oskarżeniami o czary w średniowieczu, łatwo było wzniecić nienawiść głupców i ignorantów. - Kto jest tym doradcą? - chciał wiedzieć George. Hugo zerknął w teczkę, jakby potrzebował odświeżyć sobie pamięć. - Stanley Levison. - Nazwisko nie wskazuje, by to był Murzyn. - Bo to Żyd - odparł Hugo, wyjmując z teczki zdjęcie i kładąc na biurku.

George spojrzał na niczym niewyróżniającą się białą twarz, przerzedzone włosy i duże okulary. Mężczyzna nosił muszkę zamiast krawata. George poznał w Atlancie doktora Kinga i jego ekipę i nie zobaczył nikogo podobnego. - Jesteś pewien, że ten mężczyzna należy do Konferencji Chrześcijan Południowych? - Nie powiedziałem, że pracuje u Kinga. To adwokat z Nowego Jorku i zarazem dobrze prosperujący biznesmen. - A więc w jakim sensie jest jego doradcą? - Pomógł Kingowi wydać książkę i bronił go przed sądem w Alabamie w sprawie o uchylanie się od podatków. Nie spotykają się często, ale rozmawiają przez telefon. George wyprostował się. - Skąd możesz o tym wiedzieć? - Mam swoje źródła - odparł z zadowoloną miną Hugo. - Twierdzisz, że doktor King co pewien czas dzwoni do adwokata w Nowym Jorku i zasięga u niego porad w kwestiach płacenia podatków i publikacji książek. - Ten człowiek jest komunistą. - Skąd możesz to wiedzieć? - Mam źródła. - Jakie źródła? - Nie wolno nam ujawniać tożsamości informatorów. - Możesz je ujawnić prokuratorowi generalnemu. - Ale ty nim nie jesteś. - Znasz numer legitymacji Levisona? - Co takiego? - stropił się Hugo. - Członkowie partii komunistycznej otrzymują legitymacje partyjne. Każdy ją ma. Jaki jest numer legitymacji Levisona? Hugo udał, że szuka tej informacji. - Zdaje się, że w teczce nie ma tego numeru. - A zatem nie możesz dowieść, że Levison jest komunistą. - Nie potrzebujemy niczego dowodzić - odparł zirytowany Hugo. - Nie ścigamy go. My tylko informujemy prokuratora generalnego o naszych podejrzeniach, to nasz obowiązek. - Szkalujecie doktora Kinga, twierdząc, że adwokat, z którym się konsultował, jest komunistą, i nie przedstawiacie żadnych dowodów? - rzekł podniesionym głosem George. - Masz rację - przyznał Hugo ku zaskoczeniu rozmówcy. - Potrzeba nam więcej dowodów i właśnie dlatego wystąpimy o zgodę na założenie podsłuchu w telefonie Levisona.

- Podsłuchiwanie rozmów telefonicznych nie mogło się odbywać bez zezwolenia prokuratora generalnego. - Ta teczka jest dla was. George nie przyjął akt. - Jeśli założycie podsłuch Levisonowi, będziecie słuchali niektórych rozmów doktora Kinga. Hugo wzruszył ramionami. - Ci, którzy gadają z komuchami, sami narażają się na podsłuchiwanie. Co w tym złego? Zdaniem George’a w wolnym kraju nie powinno tak być, lecz nie skomentował słów Hugo. Zamiast tego powiedział: - Nie wiemy, czy Levison jest komunistą. - W takim razie musimy się dowiedzieć. George wziął teczkę, wstał i otworzył drzwi. - Przy następnym spotkaniu z Bobbym Hoover na pewno wspomni o tej sprawie, więc nie próbuj zatrzymywać akt dla siebie - ostrzegł Hugo. Taka możliwość przyszła George’owi do głowy, ale po chwili doszedł do wniosku, że to nie jest dobry pomysł. - To oczywiste. - A więc co zamierzasz? - Przekażę informację Bobby’emu, a on zadecyduje - odparł George i wyszedł. Wjechał windą na czwarte piętro. Kilku urzędników Departamentu Sprawiedliwości wychodziło z gabinetu Kennedy’ego. George zajrzał do środka. Prokurator generalny jak zwykle był bez marynarki i miał okulary na nosie, rękawy jego koszuli były podwinięte. Wszystko wskazywało na to, że przed chwilą zakończył jakąś naradę. George spojrzał na zegarek: za parę minut rozpocznie się następne spotkanie. Wszedł. Robert Kennedy przywitał go ciepło. - Cześć, George, jak się masz? Zachowywał się w taki sposób od dnia, w którym George odniósł wrażenie, że brat prezydenta ma zamiar mu przyłożyć. Później traktował go jak serdecznego kompana. George doszedł do wniosku, że już tak z nim jest: Bobby musi się najpierw z kimś pokłócić, by się z nim zaprzyjaźnić. - Mam złe wieści. - Siadaj i opowiadaj. George zamknął drzwi.

- Hoover twierdzi, że namierzył komunistę w kręgu Martina Luthera Kinga. - Hoover to podżegacz i lachociąg - zawyrokował prokurator generalny. Jego asystent aż się wzdrygnął. Czyżby szef chciał powiedzieć, że Hoover jest pedziem? Wydawało się to niemożliwe. Może chodziło tylko o to, by mu ubliżyć? - Niejaki Stanley Levison. - Co to za jeden? - Adwokat, doktor King radził się go w sprawie podatków i nie tylko. - W Atlancie? - Nie, Levison urzęduje w Nowym Jorku. - To znaczy, że nie jest bliskim znajomym Kinga. - Ja też tak uważam. - Ale to bez znaczenia - zauważył z rezygnacją Bobby. - Hoover zawsze może rozdmuchać sprawę. - FBI twierdzi, że Levison to komuch, ale dowodów nie chcieli mi przedstawić. Może tobie je pokażą. - Nie chcę nic wiedzieć o ich źródłach informacji - oznajmił Kennedy, unosząc ręce w obronnym geście. - Później obwinialiby mnie o każdy przeciek. - Nie znają nawet numeru legitymacji partyjnej Levisona. - Bo, kurwa, nic nie wiedzą - warknął prokurator. - Snują domysły, ale to nie ma znaczenia. Ludzie i tak uwierzą. - Co robimy? - King musi zerwać z tym Levisonem - powiedział zdecydowanie Bobby. W przeciwnym razie Hoover zleci kontrolowany przeciek, który zaszkodzi Kingowi, i ucierpi na tym ten zakichany ruch praw obywatelskich. George nie określiłby ruchu praw obywatelskich przymiotnikiem „zakichany”, lecz bracia Kennedy tak właśnie myśleli. Chodziło jednak o to, że potencjalny zarzut Hoovera stanowił zagrożenie, z którym należało się uporać, i Robert miał rację: najprościej dla Kinga byłoby, gdyby zerwał kontakty z Levisonem. - Ale jak go do tego nakłonimy? - chciał wiedzieć George. - Polecisz do Atlanty i mu to przekażesz - odparł Kennedy. Taka perspektywa zatrwożyła George’a. Martin Luther King słynął z niepokorności wobec władzy. George wiedział od Vereny, że trudno go do czegokolwiek przekonać zarówno w prywatnych rozmowach, jak i publicznie. Nie zdradził jednak swoich obaw. - Zadzwonię i umówię się na spotkanie - oznajmił i podszedł do drzwi.

- Dziękuję, George - rzekł z wyraźną ulgą prokurator. - Bardzo się cieszę, że mogę na tobie polegać.

Nazajutrz po dniu, w którym Maria pływała z prezydentem w basenie, znów usłyszała w słuchawce głos Dave’a Powersa. - O siedemnastej trzydzieści jest zebranie personelu. Masz ochotę przyjść? Maria zamierzała wybrać się ze współlokatorkami do kina, by zobaczyć Audrey Hepburn i seksownego George’a Pepparda w filmie Śniadanie u Tiffany’ego, lecz młodsze pracownice Białego Domu nie odmawiały Dave’owi Powersowi. Dziewczęta będą musiały zachwycać się bez niej. - Gdzie to będzie? - Na górze. - Na górze? - Tak zwykło się określać prywatne pokoje prezydenta. - Przyjdę po ciebie - oznajmił Dave i się rozłączył. Maria natychmiast pożałowała, że nie włożyła czegoś efektowniejszego. Była ubrana w plisowaną spódnicę i prostą białą bluzkę z drobnymi złotymi guziczkami. Jej dzisiejsza peruka to były prosto obcięte włosy sięgające szyi z dwoma dłuższymi kosmykami, które opadały po obu stronach brody. Obawiała się, że nie różni się niczym od pierwszej lepszej biuralistki w Waszyngtonie. Odwróciła się do Nelly. - Czy ciebie też zaproszono na wieczorne spotkanie personelu? - Nie. A gdzie ma się odbyć? - zapytała koleżanka - Na górze. - Szczęściara z ciebie. O siedemnastej piętnaście Maria poszła do łazienki, by poprawić fryzurę i makijaż. Zauważyła, że jako jedyna podejmuje takie starania, i domyśliła się, że inne kobiety nie dostały zaproszenia. Może spotkanie było przeznaczone dla pracownic z najkrótszym stażem. Kiedy zegar wskazał wpół do szóstej, Nelly wzięła torebkę i skierowała się do drzwi. - Uważaj na siebie - rzekła do Marii. - Ty też. - Mówię poważnie - odparła Nelly i wyszła, zanim koleżanka zdążyła zapytać, co oznaczają jej słowa. Minutę później zjawił się Dave Powers. Podążyli zachodnią kolumnadą obok wejścia

na pływalnię, wsiedli do windy i wjechali na piętro. Drzwi otworzyły się na wielki hol z dwoma żyrandolami. Ściany pomalowano na kolor pośredni między błękitem a zielenią. Maria nazwała go w myślach szmaragdowym, ale nie miała czasu, by dobrze się przyjrzeć. - Jesteśmy w Zachodnim Salonie - oznajmił Dave i otwartymi drzwiami wprowadził ją do pomieszczenia, w którym rozstawiono wygodne kanapy. Przez duże łukowate okno widać było zachód słońca. Maria zobaczyła dwie sekretarki Jenny i Jerry, lecz nikogo poza tym. Usiadła, zastanawiając się, czy przyjdzie ktoś jeszcze. Na stoliku stała taca ze szklankami do koktajlu oraz dzbanek. - Spróbuj daiquiri - zachęcił Dave i nalał jej, nie czekając na odpowiedź. Maria nieczęsto piła alkohol, ale wzięła łyk i drink jej zasmakował. Potem poczęstowała się chrupką serową. Nadal nie wiedziała, czego powinna się spodziewać. - Przyjdzie Pierwsza Dama? - spytała. - Bardzo chciałabym ją poznać. Na chwilę zapadła cisza, jakby popełniono nietakt. - Jackie wyjechała do Glen Ora - odrzekł Dave. Tak nazywała się farma w Middleburgu w Wirginii. Jackie Kennedy hodowała tam konie i jeździła w klubie myśliwskim Orange County Hunt. Miejscowość była oddalona od Waszyngtonu mniej więcej o godzinę jazdy. - Zabrała Caroline i John Johna - dodała Jenny. Caroline Kennedy miała cztery lata, a John John rok. Gdybym to ja była żoną takiego mężczyzny, nie zostawiałabym go, by pojeździć konno, pomyślała Maria. Nagle wszedł prezydent i wszyscy wstali. Widać było, że jest zmęczony fizycznie i psychicznie, ale jak zwykle uśmiechał się ciepło. Zdjął marynarkę, rzucił ją na oparcie krzesła, usiadł na kanapie, odchylił się w tył i położył nogi na stoliku. Maria poczuła, że została dopuszczona do najbardziej ekskluzywnego grona towarzyskiego, jakie istnieje na świecie. Znajdowała się w domu prezydenta Stanów Zjednoczonych, który siedział z nogami opartymi na stoliku, a ona piła drinka i kosztowała przekąsek. Cokolwiek się stanie, na zawsze zachowa to w pamięci. Dopiła drinka i Dave jej dolał. Dlaczego pomyślała: „Cokolwiek się stanie?”? Coś było nie tak. Zajmowała się wyszukiwaniem informacji w biurze prasowym i marzyła o awansie na stanowisko asystentki.

Panowała swobodna atmosfera, ale Maria nie znajdowała się wśród bliskich znajomych. Nikt z obecnych nic o niej nie wie, więc co ona tu robi? Prezydent wstał. - Mario, oprowadzić panią po apartamentach? Przechadzka z samym prezydentem? Któż by odmówił? - Oczywiście. - Wstała. Od daiquiri zakręciło jej się w głowie, lecz tylko przez chwilę. Prezydent wyszedł bocznymi drzwiami, a ona za nim. - To była sypialnia dla gości, ale pani Kennedy przerobiła ją na jadalnię - oznajmił. Ściany zdobiły tapety ze scenami bitewnymi z wojny o niepodległość. Kwadratowy stolik na środku wydawał się Marii za mały jak na to pomieszczenie, świecznik natomiast za duży w stosunku do stolika. Jednak jej głową zawładnęła przede wszystkim jedna myśl: Jestem sama z prezydentem w prywatnych apartamentach Białego Domu! Ja, Maria Summers! Uśmiechnął się i spojrzał jej w oczy. - Co pani sądzi? - zapytał, jakby bez pomocy Marii nie umiał wyrobić sobie zdania. - Bardzo mi się podoba - odparła, żałując, że nie zdobyła się na inteligentniejszy komplement. - Tędy. - Przeszli przez Zachodni Salon i dotarli do następnego pokoju. - To sypialnia pani Kennedy - oznajmił prezydent, a gdy oboje znaleźli się w środku, zamknął drzwi. - Piękna - szepnęła Maria. Naprzeciwko były dwa długie okna z jasnoniebieskimi zasłonami. Po lewej stronie znajdowały się kominek i kanapa stojąca na dywaniku z wzorem w tym samym błękitnym odcieniu. Na gzymsie umieszczono zbiór oprawionych w ramki rysunków, znamionowały dobry gust i intelektualny sznyt pani domu. Przykrycie łóżka i baldachim także pasowały do reszty, podobnie jak obrus, którym przykryty był okrągły stolik w kącie. Maria nigdy nie widziała takiego pomieszczenia, nawet w kolorowych magazynach. Jej myśli zaprzątało jednakże co innego. Dlaczego prezydent nazwał to pomieszczenie sypialnią pani Kennedy? Czyżby nie spędzał tu nocy? Wielkie podwójne łoże było podzielone na dwie odrębne części. Maria pamiętała, że ze względu na chory kręgosłup prezydent musi spać na twardym materacu. Zaprowadził ją do okna i wyjrzeli. Miękkie wieczorne światło padało na południowy trawnik i fontannę, w której czasami pluskały się dzieci państwa Kennedych. - Jakie to piękne - zachwyciła się Maria. Prezydent położył prawą rękę na jej ramieniu. Pod wpływem jego dotyku dziewczyna

lekko drgnęła. Wyczuła zapach wody kolońskiej prezydenta: nuta cytrusów i rozmarynu zaprawiona piżmem. Spojrzał na nią z nikłym, lecz jakże kuszącym uśmiechem. - To bardzo prywatne pomieszczenie - rzekł cicho. Spojrzała mu w oczy. - Tak - szepnęła. Odczuwała głęboką bliskość z tym mężczyzną, jakby znała go przez całe życie i wiedziała bez cienia wątpliwości, że może mu ufać i bezgranicznie go kochać. Przez krótką chwilę miała poczucie winy z powodu George’a Jakesa, ale on nawet nie zaprosił jej na randkę. Odsunęła tę myśl. Prezydent położył lewą rękę na drugim ramieniu Marii i delikatnie pchnął dziewczynę. Jej nogi dotknęły łoża i usiadła. Pchnął ją dalej, aż musiała się oprzeć na łokciach. Wciąż spoglądając Marii w oczy, zaczął rozpinać jej bluzkę. Zawstydziła się z powodu tanich złotych guzików, które znalazły się w tak niewypowiedzianie eleganckim pokoju. Potem położył jej dłonie na piersiach. Nagle ogarnęła ją złość na nylonowy stanik, który oddzielał jego skórę od jej skóry. Szybko rozpięła pozostałe guziki i zdjęła bluzkę, a potem sięgnęła za plecy, rozpięła stanik i odrzuciła go na bok. Spojrzał z czułością na jej piersi, a potem ujął je w miękkie dłonie. Delikatnie pogłaskał, a następnie ścisnął nieco mocniej. Sięgnął pod plisowaną spódnicę i ściągnął z niej figi. Maria pożałowała, że nie przystrzygła sobie włosów łonowych tak jak Jenny i Jerry. Prezydent dyszał, ona także. Rozpiął spodnie i zsunął je, a potem położył się na Marii. Czy to zawsze dzieje się tak szybko? - zastanawiała się. Wszedł w nią gładko i znieruchomiał, napotkawszy opór. - Nigdy tego nie robiłaś? - spytał ze zdziwieniem. - Nie. - Wszystko dobrze? - Tak. - Czuła się lepiej niż dobrze. Była szczęśliwa, chętna i spragniona. Poruszył się łagodnie i coś ustąpiło pod naporem. Maria odczuła ostry ból i nie zdołała zdławić cichego krzyku. - Wszystko dobrze? - powtórzył prezydent. - Tak. - Maria nie chciała, by przestał. Zamknął oczy, a ona patrzyła na jego twarz: dostrzegła skupienie i uśmiech zadowolenia. Potem westchnął z satysfakcją i było po wszystkim. Wstał i wciągnął spodnie. - Tam jest łazienka - oznajmił z uśmiechem. Wskazał drzwi w kącie i zapiął rozporek.

Naraz Maria poczuła zakłopotanie, leżąc obnażona na łóżku. Szybko wstała, podniosła bluzkę i stanik, schyliła się po majtki i wbiegła do łazienki. Spojrzała w lustro. - Co się stało? - zapytała swoje odbicie. Straciłam

dziewictwo,

odpowiedziała

sobie

w myślach.

Odbyłam

stosunek

z cudownym mężczyzną, który jest prezydentem Stanów Zjednoczonych. Było mi przyjemnie. Włożyła ubranie i poprawiła makijaż. Na szczęście Jack nie potargał jej fryzury. To jest jej łazienka, pomyślała z poczuciem winy i nagle zapragnęła stamtąd wyjść. Prezydenta nie było w sypialni. Podeszła do drzwi, a potem odwróciła się i spojrzała na łoże. Uprzytomniła sobie, że ani razu jej nie pocałował. Przeszła do Zachodniego Salonu. Prezydent siedział sam, jego nogi spoczywały na stoliku. Dave i dziewczęta wyszli, pozostawiając tackę ze szklankami i resztę przekąsek. Gospodarz robił wrażenie odprężonego, jak gdyby nic nie zaszło. Czyżby to była dla niego codzienność? - Chcesz coś zjeść? Tam jest kuchnia. - Nie, dziękuję, panie prezydencie. Przed chwilą mnie zerżnął, a ja nadal mówię do niego „panie prezydencie”. Kennedy wstał. - Przed południowym portykiem czeka samochód, który odwiezie cię do domu. Odprowadził Marię do głównego holu. - Wszystko w porządku? - zapytał po raz trzeci. - Tak. Nadjechała winda. Maria zadała sobie w myślach pytanie, czy prezydent pocałuje ją na dobranoc. Nie pocałował. Wsiadła do windy. - Dobranoc, Mario. - Dobranoc - odpowiedziała i drzwi się zamknęły.

Upłynął jeszcze tydzień, nim George’owi nadarzyła się okazja, by powiedzieć Norine Latimer, że ich znajomość dobiegła końca. Drżał na myśl o tym. Rzecz jasna zdarzało mu się już wcześniej zrywać z dziewczętami. Po jednej czy

dwóch randkach było łatwo: po prostu się nie dzwoniło. Z jego doświadczenia wynikało, że w przypadku dłuższego związku obie strony odczuwały jedynie ulgę, dawno pogodzone z myślą, że nic z tego nie będzie. Jednak Norine mieściła się pomiędzy tymi dwiema skrajnościami. Spotykali się zaledwie od paru miesięcy i układało im się dobrze. Od pewnego czasu miał nadzieję, że spędzą razem noc. Norine nie była przygotowana na rozstanie. Umówili się na lunch. Chciała, by zaprosił ją do restauracji w podziemiach Białego Domu zwanej mesą, lecz nie wpuszczano tam kobiet. Wolał nie zabierać jej do wytwornego lokalu takiego jak Jockey Club, gdyż mogłaby pomyśleć, że chce się jej oświadczyć. Ostatecznie poszli do Old Ebbitt’s, restauracji od dawna odwiedzanej przez polityków, która najlepsze czasy miała już za sobą. Norine bardziej przypominała Arabkę niż Afrykankę. Miała wyrazistą urodę, falujące czarne włosy, oliwkową skórę i zakrzywiony nos. Włożyła puchaty sweter, który jej nie pasował. George domyślił się, że stara się nie onieśmielać swojego szefa. Mężczyźni czuli się w biurach nieswojo w obecności kobiet, których aparycja sugerowała silny charakter. - Bardzo mi przykro, że musiałem odwołać wczorajsze spotkanie - oznajmił, kiedy złożyli zamówienie. - Wezwano mnie na naradę u prezydenta. - No cóż, z nim nie mogę się równać. George uznał to za głupią odzywkę. To oczywiste, że nie mogła się równać z prezydentem, bo z nim nikt nie mógł się równać. Nie chciał jednak wdawać się w dyskusję. Przeszedł od razu do sedna. - Słuchaj, coś się wydarzyło. Zanim cię poznałem, była inna dziewczyna. - Wiem - odrzekła Norine. - Jak to? - Lubię cię - oznajmiła. - Jesteś inteligentny, zabawny i miły. No i przystojny, może poza tym uchem. - Ale... - Ale umiem się domyślić, kiedy facet pali się do innej. - Naprawdę? - Domyślam się, że chodzi o Marię. George nie mógł wyjść ze zdziwienia. - Skąd, u licha, o tym wiesz? - Wymieniłeś jej imię cztery lub pięć razy, a nie wspomniałeś o żadnej innej dziewczynie z przeszłości. Nie trzeba być geniuszem, by odgadnąć, że wciąż jest dla ciebie ważna. Ale przebywa w Chicago, więc pomyślałam, że może uda się ciebie zdobyć. - Norine

nagle posmutniała. - Sprowadziła się do Waszyngtonu - powiedział George. - Mądra dziewczyna. - Nie z mojego powodu. Dostała tutaj pracę. - Tak czy siak, chcesz mnie rzucić dla niej. Trudno mu było potwierdzić te słowa. Jednak Norine odgadła prawdę, więc milczał. Podano posiłek, lecz dziewczyna nie wzięła widelca do ręki. - Życzę ci jak najlepiej. Uważaj na siebie, George. - Ty też... Wstała. - Do widzenia. Mógł powiedzieć tylko jedno: - Do widzenia, Norine. - Możesz zjeść moją sałatkę - rzekła i wyszła. Przez kilka minut grzebał widelcem w talerzu, czując się podle. Norine na swój sposób zachowała się z godnością. Ułatwiła mu sprawę. Miał nadzieję, że da sobie radę. Nie zasługiwała na to, by ją ranić. Wyszedł z restauracji i skierował swe kroki do Białego Domu. Musiał wziąć udział w zebraniu prezydenckiej komisji do spraw równości zatrudnienia, której przewodniczył wiceprezydent Lyndon Johnson. George zawiązał sojusz z doradcą Johnsona, Skipem Dickersonem. Jednak do narady zostało pół godziny, postanowił więc odszukać Marię. Miała na sobie sukienkę w groszki i dopasowaną do niej opaskę na włosy, która prawdopodobnie przytrzymywała perukę. Większość czarnoskórych dziewcząt nosiła wymyślne tupeciki. Śliczna fryzura Marii z pewnością nie była naturalna. Zapytała go, jak się miewa, a on nie wiedział, co odpowiedzieć. Dręczyło go poczucie winy z powodu Norine, lecz teraz mógł z czystym sumieniem zaprosić Marię na randkę. - W sumie całkiem nieźle. A ty? - Bywają takie dni, że nienawidzę białych - odparła ściszonym głosem. - A to czemu? - Nie poznałeś mojego dziadka. - Nie poznałem nikogo z twojej rodziny. - Dziadek nadal od czasu do czasu wygłasza kazania w Chicago, ale większość czasu spędza w rodzinnym miasteczku Golgotha w Alabamie. Mówi, że w gruncie rzeczy nigdy nie przywykł do zimnego wiatru na Środkowym Zachodzie. Jednak wciąż ma w sobie

zadziorność. Włożył najlepszy garnitur i pojechał do sądu w Golgotha, żeby zarejestrować się na liście głosujących. - I co się stało? - Upokorzyli go. - Maria pokręciła głową. - Znasz te ich sztuczki. Robią ludziom sprawdzian z umiejętności pisania, trzeba przeczytać fragment konstytucji stanowej, wyjaśnić go i zapisać. Urzędnik wybiera zdanie do przeczytania. Białym daje proste, na przykład: „Nikt nie może trafić do więzienia za długi”. Ale Murzyni dostają długie skomplikowane ustępy, które tylko prawnik zdoła pojąć. Potem to urzędnik orzeka, czy ktoś jest piśmienny, czy nie, i oczywiście zawsze wychodzi na to, że biali umieją pisać, a Murzyni są analfabetami. - Sukinsyny. - To nie wszystko. Murzyni usiłujący zapisywać się na listy wyborców są za karę wyrzucani z pracy, jednak z dziadkiem nie mogli tak postąpić, bo jest na emeryturze. Dlatego kiedy wychodził z sądu, zgarnęli go za włóczęgostwo. Przesiedział noc w więzieniu, a to żadna igraszka, kiedy ma się osiemdziesiątkę na karku - zakończyła ze łzami w oczach. Jej opowieść wzmocniła determinację George’a. Czy on ma powody do narzekania? Owszem, zrobił parę rzeczy, po których miał ochotę umyć ręce. Praca w resorcie Roberta Kennedy’ego dawała najlepszą możliwość, by dopomóc ludziom takim jak dziadek Marii. Pewnego dnia rasiści z Południa zostaną zmiażdżeni. Spojrzał na zegarek. - Mam spotkanie u Lyndona. - Opowiedz mu o moim dziadku. - Być może to zrobię. - Kiedy George był z Marią, czas zawsze upływał za szybko. Przepraszam, że muszę już uciekać, ale może spotkalibyśmy się po pracy? Moglibyśmy pójść na drinka albo na kolację. Uśmiechnęła się. - Dziękuję, ale jestem umówiona na wieczór. - Och - westchnął zaskoczony. Jakoś nie przyszło mu na myśl, że Maria może z kimś chodzić. - Jutro wyjeżdżam do Atlanty, wrócę za dwa lub trzy dni. Może spotkalibyśmy się w weekend? - Nie, dziękuję. - Zawahała się, a potem dodała tonem wyjaśnienia: - To stały układ, coś w tym rodzaju. Poczuł się zdruzgotany, lecz było to z jego strony głupie, bo niby dlaczego tak atrakcyjna dziewczyna jak Maria nie miałaby związać się z kimś na stałe? Ależ okazał się

głupcem. W tej chwili był zdezorientowany, jakby utracił grunt pod nogami. - Szczęściarz z niego. Uśmiechnęła się. - Miło, że tak mówisz. George chciał wiedzieć, kto jest jego rywalem. - Kto to taki? - Nie znasz go. Może i nie, ale poznam, jeśli usłyszę nazwisko, pomyślał. - Daj mi szansę. Pokręciła głową. - Wolę nie mówić. To było niezmiernie frustrujące. Miał rywala, lecz nie znał nawet jego nazwiska. Chciał przycisnąć Marię, bał się jednak, że wyjdzie na brutala, a dziewczyny tego nie znoszą. - Okay - rzekł niechętnie i dodał z rażącą nieszczerością: - Baw się dobrze. - Oczywiście. Rozdzielili się. Maria ruszyła w kierunku biura prasowego, a George do pokoi wiceprezydenta. Było mu ciężko na sercu. Maria podobała mu się bardziej niż jakakolwiek inna dziewczyna i stracił ją na rzecz kogoś innego. Ciekawe, co to za jeden? - zachodził w głowę.

Rozebrała się i weszła z prezydentem do wanny. Jack Kennedy przez cały dzień zażywał leki, lecz nic nie uśmierzało jego bólu pleców tak jak woda. Rano nawet golił się w wannie. Gdyby mógł, spałby w basenie. Byli w jego łazience, na półce nad wanną stała turkusowo-złota butelka z wodą kolońską 4711. Od tamtego razu Maria nigdy nie weszła do pokoi Jackie. Prezydent miał osobną sypialnię i łazienkę połączoną z pokojami żony krótkim korytarzem, w którym z jakiegoś powodu umieszczono gramofon. Jackie ponownie wyjechała. Maria nauczyła się nie zadręczać myślami o małżonce kochanka. Miała świadomość, że w niecny sposób dopuszcza się zdrady wobec przyzwoitej kobiety, i zasmucało ją to, więc starała się o tym nie myśleć. Wprawiała ją w zachwyt łazienka jak ze snów, w której były miękkie ręczniki, białe szlafroki i drogie mydła, a także rodzinka żółtych gumowych kaczuszek.

To weszło im już w nawyk. Dave Powers mniej więcej raz w tygodniu zapraszał po pracy Marię, ona zaś wjeżdżała windą na górę. W Zachodnim Salonie nieodmiennie stał wtedy dzbanek daiquiri oraz przekąski. Czasem był obecny Dave, czasem Jenny i Jerry, a czasem nikogo nie było. Maria wypijała drinka i częstowała się przekąskami, a potem czekała pełna gotowości, lecz cierpliwie na przybycie prezydenta. Niebawem przenosili się do sypialni. To było jej ulubione miejsce na świecie: łóżko ze słupkami i niebieskim baldachimem, dwa fotele przed prawdziwym kominkiem, stosy książek, kolorowych magazynów i gazet. Z radością spędziłaby w tym pomieszczeniu resztę życia. Delikatnie nauczył ją seksu oralnego. Okazała się gorliwą uczennicą. Zwykle tego właśnie od niej oczekiwał na początku. Często się spieszył, jakby popadł w desperację, i ta jego niecierpliwość miała w sobie coś podniecającego. Ale najbardziej lubiła go później, kiedy odprężał się i okazywał jej więcej ciepła i czułości. Czasami włączał płytę. Lubił Sinatrę, Tony’ego Bennetta i Percy’ego Marquanda. Nie znał Miracles ani Shirelles. W kuchni zawsze było coś zimnego na kolację: kurczak, krewetki, kanapki, sałatka. Po posiłku rozbierali się i szli do łazienki. Maria usadowiła się w wannie. Prezydent włożył do wody dwie kaczki. - Założę się o ćwierć dolara, że moja popłynie szybciej niż twoja. - oznajmiał z bostońskim akcentem niczym Anglik, nie wymawiając głoski „r”. Ujęła kaczkę w dłoń. Najbardziej lubiła go, gdy był właśnie taki: skory do żartów i psot, dziecinny. - Zgoda, panie prezydencie, ale załóżmy się o dolara, jeśli ma pan odwagę. Wciąż nazywała go przeważnie panem prezydentem. Żona mówiła na niego Jack, bracia zaś - Johnny. Maria w chwilach wielkiej namiętności również używała tego zdrobnienia. - Nie stać mnie na utratę dolara - odparł ze śmiechem. Był jednak wrażliwy i wyczuł, że Maria nie jest w odpowiednim nastroju. - Co cię gnębi? - No nie wiem. - Wzruszyła ramionami. - Zwykle nie rozmawiam z tobą o polityce. - Czemu nie? Polityka to moje życie i twoje także. - Przez cały dzień ci się naprzykrzają. A my, kiedy jesteśmy razem, powinniśmy się zrelaksować i dobrze bawić. - Zróbmy wyjątek. - Ujął w dłoń jej stopę, która spoczywała w wodzie obok jego uda, i pogładził ją po palcach. Maria wiedziała, że ma piękne stopy, zawsze malowała sobie

paznokcie. - Coś cię zafrasowało - rzekł cicho. - Powiedz, słucham. Kiedy z taką intensywnością patrzył na nią swoimi orzechowymi oczami, uśmiechając się krzywo, stawała się bezradna. - Przedwczoraj mojego dziadka zamknięto w więzieniu za to, że chciał wpisać się na listę uprawnionych do głosowania. - W więzieniu? Nie wolno tego robić. Pod jakim zarzutem? - Włóczęgostwa. - Och, to musiało się stać gdzieś na Południu. - W Golgotha w Alabamie, jego rodzinnym mieście. - Zawahała się, lecz postanowiła wyjawić prezydentowi całą prawdę, choć miała świadomość, że mu się ona nie spodoba. Wiesz, co powiedział po wyjściu? - No co? - ”Myślałem, że skoro w Białym Domu mieszka prezydent Kennedy, będę mógł głosować, ale chyba się myliłem”. Tak mi powiedział. - Jasna cholera - przeklął z westchnieniem prezydent. - Uwierzył we mnie, a ja go zawiodłem. - Wydaje mi się, że tak właśnie uważa. - Co o tym sądzisz, Mario? - spytał, wciąż głaszcząc ją po palcach. Ponownie się zawahała, spoglądając na swoją ciemną stopę spoczywającą w białych dłoniach. Lękała się, że wprawi prezydenta w rozgoryczenie. Był bardzo wyczulony na najdrobniejsze wzmianki sugerujące, że jest nieszczery bądź niegodny zaufania lub że jako polityk nie dotrzymał złożonych obietnic. Czuła, że jeśli przyciśnie go za mocno, ich romans dobiegnie końca. A wtedy ona umrze. Jednakże musiała być szczera. Wzięła głęboki oddech i usiłowała zachować spokój. - Moim zdaniem kwestia nie jest zbyt złożona - zaczęła. - Południowcy poczynają sobie w ten sposób, ponieważ im wolno. Prawo jest takie, jakie jest, i pozwala, by na przekór konstytucji uchodziło im to na sucho. - Niezupełnie - zauważył Kennedy. - Mój brat przyspieszył bieg kilku pozwów Departamentu Sprawiedliwości dotyczących łamania praw wyborczych. Współpracuje z nim pewien młody bystry Murzyn prawnik. Maria skinęła głową. - George Jakes, znam go. Ale te działania są niewystarczające. Prezydent wzruszył ramionami. - No cóż, nie przeczę.

Maria brnęła dalej: - Wszyscy są zgodni co do tego, że należy zmienić ustawę o prawach obywatelskich. Wielu sądzi, że obiecałeś to w czasie kampanii. I teraz nikt nie rozumie, dlaczego jeszcze tego nie zrobiłeś... - Zagryzła wargę i dodała: - Ja również. Twarz prezydenta przybrała surowy wyraz. Maria momentalnie pożałowała swojej szczerości. - Nie gniewaj się - rzekła błagalnie. - Za nic nie chciałabym cię denerwować, ale zapytałeś, a ja musiałam być uczciwa. - Łzy nabiegły jej do oczu. - Mój biedny dziadzio przesiedział noc w więzieniu, a miał na sobie najlepszy garnitur. Prezydent zmusił się do uśmiechu. - Nie gniewam się, Mario, w każdym razie nie na ciebie. - Możesz mi powiedzieć wszystko. Ubóstwiam cię i nigdy nie będę cię osądzać, chcę, żebyś to wiedział. Po prostu wyznaj, co czujesz. - Złoszczę się chyba dlatego, że jestem słaby - odparł. - Mamy większość w Kongresie tylko wtedy, gdy możemy liczyć na demokratów z Południa. Jeśli przedłożę projekt ustawy o prawach obywatelskich, storpedują ją, ale to nie wszystko. W odwecie zagłosują przeciwko całemu pakietowi ustaw dotyczących programu polityki wewnętrznej, między innymi Medicare. A ten program mógłby poprawić warunki życia kolorowych Amerykanów nawet bardziej niż ustawa o prawach obywatelskich. - Czy to znaczy, że zrezygnowałeś z kwestii praw obywatelskich? - Nie. W listopadzie przyszłego roku są wybory uzupełniające. Zwrócę się do rodaków z prośbą, by pozwolili zasiąść w Kongresie większej liczbie demokratów, i wtedy będę mógł spełnić swoje obietnice z kampanii. - Pójdą na to? - Zapewne nie. Republikanie atakują mnie za politykę zagraniczną. Utraciliśmy Kubę, utraciliśmy Laos, tracimy Wietnam. Musiałem pozwolić Chruszczowowi wznieść zasieki z drutu kolczastego w samym środku Berlina. Stoję teraz jak przyparty do muru. - Jakie to dziwne - zauważyła Maria. - Nie możesz zezwolić Murzynom na Południu głosować, bo masz słabą pozycję w polityce zagranicznej. - Każdy przywódca musi być silny na scenie globalnej, bo inaczej nic nie zdziała. - Nie możesz chociaż spróbować? Mógłbyś zaproponować ustawę o prawach obywatelskich, nawet jeśli prawdopodobnie zakończy się to porażką w głosowaniu. Ludzie będą przynajmniej wiedzieli, że jesteś szczery. Prezydent pokręcił głową.

- Jeśli wysunę projekt i przegram, osłabię się i narażę wszystko inne na szwank. I nigdy nie dostanę drugiej szansy z ustawą o prawach obywatelskich. - Więc co mam powiedzieć dziadkowi? - Że nie jest łatwo iść za głosem sumienia, nawet prezydentowi. Wstał i Maria także się podniosła. Wytarli się nawzajem ręcznikiem i poszli do sypialni. Maria włożyła jego miękką koszulę nocną z niebieskiej bawełny. Znów się kochali. Kiedy prezydent był zmęczony, trwało to krótko, tak jak za pierwszym razem, dzisiaj jednak czuł się swobodnie i znów wpadł we frywolny nastrój. Leżeli na łóżku i pieścili się, jakby nie liczyło się nic innego na świecie. Później szybko zasnął, a Maria leżała obok niego rozkosznie szczęśliwa. Nie chciała, by nadszedł ranek, gdyż wtedy będzie musiała ubrać się, pójść do biura prasowego i pracować cały dzień. Żyła w prawdziwym świecie niczym we śnie: wyczekiwała telefonu od Dave’a Powersa, który oznaczał, że niebawem się przebudzi i wróci do jedynej rzeczywistości, która się liczyła. Wiedziała, że niektórzy koledzy odgadli prawdę. Wiedziała, że Kennedy nigdy nie zostawi dla niej żony. Wiedziała, że powinna martwić się możliwością zajścia w ciążę. Wiedziała również, że to, co robi, jest głupie i niewłaściwe i że nie może się szczęśliwie skończyć. Jednak była za bardzo zakochana, by się tym przejmować.

George rozumiał, dlaczego szef cieszy się, że może go pchnąć do Kinga. Kiedy Bobby potrzebował wywrzeć presję na aktywistów ruchu praw obywatelskich, czarny emisariusz dawał mu znacznie większe szanse powodzenia. George uważał, że prokurator generalny nie mylił się co do Levisona, lecz mimo to nie czuł się komfortowo w swojej roli; poczucie to coraz częściej stawało się jego udziałem. W Atlancie panował ziąb i padało. Na lotnisku czekała Verena, była ubrana w brązowy płaszcz z czarnym futrzanym kołnierzem. Wyglądała pięknie, lecz George za bardzo cierpiał po odrzuceniu przez Marię, by zwrócić na to uwagę. - Znam Stanleya Levisona - oznajmiła, wioząc go przez rozległe miasto. - To bardzo porządny facet. - Jest adwokatem, prawda? - I nie tylko. Pomógł Martinowi w pisaniu Stride Toward Freedom2. Przyjaźnią się. - FBI twierdzi, że Levison to komunista.

- W mniemaniu FBI każdy, kto nie zgadza się z J. Edgarem Hooverem, jest komunistą. - Bobby nazwał Hoovera lachociągiem. Verena parsknęła śmiechem. - Myślisz, że naprawdę tak uważa? - Nie mam pojęcia. - Hoover milaskiem? - Pokręciła głową z niedowierzaniem. - To zbyt piękne, by było prawdziwe. Życie nie jest aż tak zabawne. Jechali w deszczu przez dzielnicę Old Fourth Ward, w której znajdowały się setki firm czarnoskórych właścicieli. Można też było odnieść wrażenie, że na każdym rogu stoi kościół. Auburn Avenue nazwano kiedyś najzamożniejszą murzyńską ulicą w Ameryce. Siedziba Konferencji Chrześcijan Południowych znajdowała się pod numerem 320. Verena zatrzymała samochód przed podłużnym piętrowym budynkiem z czerwonej cegły. - Bobby uważa doktora Kinga za aroganta - poinformował ją George. Dziewczyna wzruszyła ramionami. - Martin sądzi to samo o Bobbym. - A ty jak myślisz? - Obaj mają rację. George parsknął śmiechem. Lubił cięty dowcip Vereny. Szybko przemierzyli chodnik i weszli do budynku. Czekali kwadrans przed gabinetem Kinga, potem ich wezwano. Martin Luther King był przystojnym trzydziestotrzylatkiem z wąsem i przedwcześnie przerzedzonymi czarnymi włosami. Był niski - George ocenił jego wzrost na niespełna metr siedemdziesiąt - i nieco zaokrąglony. Miał na sobie starannie odprasowany ciemnoszary garnitur, białą koszulę i wąski krawat z czarnej satyny. W kieszonce na piersi tkwiła biała jedwabna chusteczka, a w mankietach koszuli błyszczały duże spinki. George wyczuł zapach wody kolońskiej. Odniósł wrażenie, że ma do czynienia z mężczyzną, dla którego ważne jest poczucie godności. Doskonale to rozumiał, ponieważ był pod tym względem podobny. King uścisnął mu dłoń. - Kiedyśmy się ostatnio widzieli, uczestniczyłeś w Rajdzie Wolności i jechałeś do Anniston. Jak tam ręka? - Całkowicie się zagoiła, dziękuję - odparł George. - Rzuciłem zapasy, ale i tak miałem to zrobić. Teraz trenuję drużynę szkolną w Ivy City. - Była to dzielnica Waszyngtonu zamieszkiwana przez Murzynów.

- Dobrze - pochwalił go doktor King. - Trzeba uczyć naszych chłopców wykorzystywać siłę w sporcie, zgodnie z zasadami. Usiądź, proszę. - Skinieniem ręki wskazał gościowi krzesło, a sam usiadł przy biurku. - Powiedz, dlaczego prokurator generalny przysyła cię do mnie. W głosie Kinga dała się słyszeć nutka urażonej dumy. Może uważał, że Kennedy powinien osobiście się do niego pofatygować. Aktywiści ruchu praw obywatelskich nadali mu przydomek Jaśnie Pan. George pokrótce opisał kwestię związaną ze Stanleyem Levisonem, pomijając jedynie wniosek o założenie podsłuchu. - Bobby polecił, bym z całą mocą zachęcił pana do zerwania wszelkich kontaktów z panem Levisonem - zakończył. - Tylko to uchroni pana przed zarzutem o działanie ręka w rękę z komunistami. Oskarżenie takie może wyrządzić niepowetowane szkody ruchowi, w który obaj wierzymy. - Stanley Levison nie jest komunistą - odrzekł King. George otworzył usta, by coś powiedzieć. Doktor King uniósł rękę. Nie znosił, gdy mu przerywano. - Nigdy nie należał do partii komunistycznej. Komunizm jest ateistyczny, a ja jako wyznawca Pana naszego Jezusa Chrystusa nie mógłbym pozostawać w zażyłych stosunkach z ateistą. Ale... - gospodarz oparł się o blat biurka - to nie jest cała prawda. Zamilkł na dłuższą chwilę, lecz George wiedział, że ma się nie odzywać. - Wyjawię ci całą prawdę o Stanleyu Levisonie - podjął King i George’owi przyszło na myśl, że usłyszy kazanie. - Stanley jest dobry w zarabianiu pieniędzy. To wprawia go w zakłopotanie. Ma poczucie, że powinien spędzić życie, niosąc pomoc innym. Więc kiedy był młody, uległ... uwiedzeniu. Tak, to właściwe słowo. Uwiodły go ideały komunizmu. Nigdy nie wstąpił do partii, lecz wykorzystywał swoje nadzwyczajne zdolności do tego, by na różne sposoby wspomagać Amerykańską Partię Komunistyczną. Gdy tylko zorientował się, że to błąd, zerwał kontakty i zaczął popierać sprawę wolności i równości dla Murzynów. I tak został moim przyjacielem. George poczekał, aż stało się jasne, że gospodarz skończył. - Bardzo mi przykro, pastorze. Jeśli Levison udzielał porad finansowych partii komunistycznej, jest na zawsze splamiony. - Ale on się zmienił. - Ja panu wierzę, lecz inni nie uwierzą. Podtrzymując związki z Levisonem, będzie pan dostarczał amunicji naszym wrogom.

- Niech więc tak będzie - odparł doktor King. George aż zaniemówił ze zdumienia. - Jak to...? - Zasad moralnych należy przestrzegać, kiedy nie jest to dla nas wygodne. Bo w przeciwnym razie do czego byłyby nam potrzebne? - Ale jeśli zważy pan... - Nie należy ważyć - wpadł mu w słowo King. - Stanley popełnił błąd, wspierając komunistów. Żałował tego i odkupuje swoją winę. Jestem kaznodzieją w służbie Pana. Muszę przebaczyć tak jak Jezus i przyjąć Stanleya z otwartymi ramionami. Radość w niebiesiech czeka na nas za jednego grzesznika, który odkupił swoje grzechy, a nie za dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych. Zbyt często sam potrzebuję łaski boskiej, by móc odmówić litości drugiemu. - Jednak cena... - Jestem chrześcijańskim pastorem, George. Doktryna przebaczenia sięga w głąb mojej duszy, głębiej niż pragnienie wolności i sprawiedliwości. Nie mogę się od niej odwrócić za żadną cenę. George uświadomił sobie, że jego misja jest skazana na porażkę. Nie było szans, by przekonać doktora Kinga. - Dziękuję, że zechciał pan poświęcić mi czas i przedstawić swój punkt widzenia rzekł, wstając. - Dziękuję w imieniu swoim i prokuratora generalnego. - Niech Bóg cię błogosławi - zakończył King. George i Verena wyszli z gabinetu i z budynku, po czym bez słowa wsiedli do samochodu. - Podrzucę cię do hotelu - oznajmiła. Skinął głową. Myślał o słowach wypowiedzianych przez Kinga. Nie miał ochoty na spacer. W milczeniu dojechali na miejsce. - No i co? - zapytała dziewczyna. - Doktor King mnie zawstydził - wyznał George.

- Tak właśnie postępują kaznodzieje - stwierdziła matka. - Na tym polega ich rola. To ci dobrze zrobi. - Nalała mu mleka do szklanki i podała kawałek ciasta. Nie chciał ani pić, ani jeść.

Opowiedział jej wszystko, siedząc z nią w kuchni. - Ależ on ma siłę. Kiedy zrozumiał, co jest słuszne, zamierzał zgodnie z tym postąpić bez względu na okoliczności. - Nie wynoś go pod niebiosa - przestrzegła Jacky. - Nikt nie jest aniołem, a już zwłaszcza chłop. - Było późne popołudnie, a ona wciąż miała na sobie roboczy strój składający się z prostej czarnej sukienki i butów na płaskiej podeszwie. - Wiem, ale byłem tam, usiłowałem go namówić, by z cynicznych, politycznych pobudek zerwał z lojalnym przyjacielem. Tymczasem on po prostu powiedział mi, co jest słuszne, a co nie. - A jak się miewa Verena? - Szkoda, że jej nie widziałaś w płaszczu z czarnym futrzanym kołnierzem. - Zabrałeś ją gdzieś? - Zjedliśmy kolację. - George nie pocałował jej na dobranoc. - Lubię tę Marię Summers - oznajmiła ni stąd, ni zowąd Jacky. George się zdziwił. - Skąd ją znasz? - Należy do klubu. - Jacky była opiekunką kolorowych pracownic w Uniwersyteckim Klubie Kobiecym. - Mamy niewielu czarnych członków, więc oczywiście ze sobą rozmawiamy. Wspomniała, że pracuje w Białym Domu, a ja powiedziałam jej o tobie i zorientowałyśmy się, że się znacie. Ma miłą rodzinę. - Skąd możesz to wiedzieć? - zapytał rozbawiony George. - Zaprosiła rodziców na lunch. Jej ojciec to znany chicagowski prawnik, przyjaźni się z Daleyem. - Burmistrz Daley był wielkim zwolennikiem Kennedy’ego. - Wiesz o niej więcej niż ja! - Faceci gadają, a kobiety słuchają. - Ja też lubię Marię. - To dobrze. - Jacky ściągnęła brwi, przypominając sobie, o czym rozmawiali. - Co powiedział Bobby Kennedy, kiedy wróciłeś z Atlanty? - Zamierza wydać zgodę na podsłuch u Levisona. To znaczy, że agenci FBI będą słuchali niektórych rozmów telefonicznych doktora Kinga. - Jakie to ma znaczenie? Wszystko, co robi King, przeznaczone jest do upublicznienia. - Mogą dowiedzieć się zawczasu o jego planach. Jeśli to zrobią, dadzą cynk segregacjonistom, a ci będą mogli zaplanować następne kroki i zniweczyć poczynania Kinga. - To źle, ale to jeszcze nie koniec świata.

- Mógłbym dać Kingowi cynk o podsłuchu. Powiedzieć Verenie, a ona ostrzegłaby Kinga, żeby uważał, co mówi Levisonowi przez telefon. - Zdradziłbyś w ten sposób kolegów z pracy, którzy ci zaufali. - To mnie martwi. - Prawdopodobnie musiałbyś złożyć rezygnację. - Otóż to. Ponieważ czułbym się jak zdrajca. - Poza tym mogliby dowiedzieć się o przecieku, zaczęliby szukać winnego i zobaczyliby tylko jedną czarną twarz, czyli twoją. - Może i tak powinienem to zrobić, jeżeli to jest słuszne. - Jeśli odejdziesz, w najbliższym otoczeniu Bobby’ego Kennedy’ego nie pozostanie ani jedna czarna twarz. - Wiedziałem, że każesz mi się zamknąć i zostać. - To trudne, ale tak, myślę, że tak właśnie powinieneś postąpić. - Ja również - przyznał George.

ROZDZIAŁ 12 - Mieszkasz w niesamowitym domu - powiedziała Beep Dewar do Dave’a Williamsa. Trzynastoletni Dave mieszkał w tym domu, odkąd pamiętał, i właściwie nigdy nie zwrócił na niego uwagi. Spojrzał na murowaną fasadę z regularnymi rzędami georgiańskich okien. - Niesamowitym? - zdziwił się. - Jest taki stary. - Z osiemnastego wieku. Chyba. Ma tylko ze dwieście lat. - Tylko! - Beep się roześmiała. - W San Francisco nic nie ma dwustu lat! Dom stał przy Great Peter Street w Londynie, kilka minut marszu od gmachu parlamentu. Większość okolicznych budynków pochodziła z osiemnastego stulecia. Dave miał niejasną świadomość, że zbudowano je dla posłów i parów, którzy musieli bywać na posiedzeniach

Izby Gmin i Izby Lordów.

Ojciec

Dave’a,

Lloyd

Williams,

był

parlamentarzystą. - Palisz? - zapytała Beep, wyjmując paczkę papierosów. - Tylko kiedy nadarzy się sposobność. Poczęstowała go i oboje zapalili. Ursula Dewar zwana Beep także miała trzynaście lat, ale wyglądała na starszą od Dave’a. Nosiła szykowne amerykańskie ubrania, ciasne swetry oraz wąskie dżinsy i wysokie buty. Chwaliła się, że umie prowadzić samochód. Brytyjskie radio uważała za nudziarstwo: były zaledwie trzy stacje, żadna nie grała rock and rolla, a poza tym kończyły nadawanie o północy! Kiedy przyłapała Dave’a na tym, że gapi się na drobne wybrzuszenia jej piersi pod czarnym golfem, nie zawstydziła się, tylko uśmiechnęła. Jednakże nie dała mu okazji do pocałunku. Nie byłaby pierwszą dziewczyną, którą całował. Chętnie by jej to powiedział, żeby sobie nie myślała, iż brakuje mu doświadczenia. Byłaby trzecią, jeśli liczyć Lindę Robertson, która po prawdzie nie odwzajemniła jego całusa. Najważniejsze, że Dave wiedział, o co chodzi. Ale z Beep jak dotąd mu się nie udało. Mimo że był blisko. Dyskretnie objął ją ramieniem, kiedy siedzieli na tylnym siedzeniu humber hawka jego ojca, lecz dziewczyna odwróciła głowę i patrzyła na oświetlone latarniami ulice. Nie chichotała, kiedy się ją łaskotało. Tańczyli jive’a przy muzyce

odtwarzanej w pokoju jego piętnastoletniej siostry Evie z gramofonu Dansette, nie chciała jednak zatańczyć z nim wolnego tańca, gdy położył na talerzu gramofonu płytę z utworem Elvisa Presleya Are You Lonesome Tonight? Pomimo to żył nadzieją. Niestety, to nie była odpowiednia chwila, kiedy tak stali w zimowe popołudnie w małym ogrodzie. Beep obejmowała się ramionami, oboje byli opatuleni w najlepsze ubrania. Czekało ich oficjalne spotkanie rodzinne, ale później zaplanowano prywatkę. Beep miała w torebce ćwierćlitrową butelkę wódki, którą będzie można zaprawić bezalkoholowe drinki, podczas gdy ich rodzice hipokryci będą się raczyli whisky i ginem. A potem wszystko mogło się zdarzyć. Wpatrywał się w różowe usta dziewczyny przywierające do filtra chesterfielda i tęsknie wyobrażał sobie, jak to będzie. - Chodźcie, zbieramy się! - zawołała z amerykańskim akcentem matka Dave’a. Rzucili niedopałki na klomb i weszli do środka. Obie rodziny gromadziły się w holu. Babcia Dave’a Eth Leckwith miała zostać „przedstawiona” w Izbie Lordów. Oznaczało to, że stanie się baronessą i uzyska oficjalny tytuł Lady Leckwith, a poza tym zasiądzie jako par z ramienia Partii Pracy w izbie wyższej parlamentu. Lloyd i Daisy, rodzice Dave’a, czekali z jego siostrą Evie oraz młodym przyjacielem rodziny Jasperem Murrayem. Byli tam również Dewarowie, przyjaciele z czasów wojny. Woody Dewar pracował jako fotograf i otrzymał roczny kontrakt w Londynie. Przybył ze swoją żoną Bellą oraz dziećmi Cameronem i Beep. Teatr brytyjskiego życia publicznego fascynował wszystkich Amerykanów, toteż Dewarowie przyłączyli się do świętowania. Liczną grupą opuścili domostwo i skierowali się ku Parliament Square. Kiedy podążali zamglonymi ulicami Londynu, uwaga Beep przeniosła się z Dave’a na Jaspera Murraya. Osiemnastolatek przypominał wikinga: był wysoki, szeroki w barach i jasnowłosy. Miał na sobie grubą tweedową marynarkę. Dave marzył o tym, by być dorosły i męski i żeby Beep spoglądała na niego z wyrazem podziwu i pragnienia. Traktował Jaspera jak starszego brata i prosił go o radę. Wyznał mu, że ubóstwia Beep i nie wie, jak zdobyć jej serce. - Staraj się dalej - odparł chłopak. - Czasem wystarczy sama wytrwałość. Teraz słyszał ich rozmowę. - A więc jesteś kuzynem Dave’a? - zapytała Beep, gdy przemierzali plac przed gmachem parlamentu. - Niezupełnie - zaprotestował Jasper. - Nie jesteśmy spokrewnieni. - To dlaczego mieszkasz tu za darmochę?

- Moja matka chodziła do szkoły w Buffalo razem z jego matką. Tam poznały twojego ojca i od tej pory wszyscy się przyjaźnią. Dave wiedział, że nie była to pełna opowieść. Matka Jaspera Eva była uciekinierką z nazistowskich

Niemiec,

a Daisy,

matka

Dave’a,

z charakterystyczną

dla

siebie

szlachetnością przyjęła ją do siebie. Jednak Jasper wolał nie podkreślać ogromu długu swojej rodziny wobec Williamsów. - Co studiujesz? - chciała wiedzieć Beep. - Francuski i niemiecki. Jestem w St. Julian’s, jednym z większych college’ów Uniwersytetu Londyńskiego. Ale przede wszystkim piszę w studenckiej gazetce, będę dziennikarzem. Dave poczuł zazdrość. Nigdy nie nauczy się francuskiego ani nie pójdzie na wyższą uczelnię. Był w ogonie klasy ze wszystkich przedmiotów, a ojciec rozpaczał. - Gdzie są twoi rodzice? - indagowała Beep. - W Niemczech. Wędrują po świecie razem z armią. Ojciec jest pułkownikiem. - Pułkownikiem! - powtórzyła dziewczyna z podziwem. - Co ona sobie myśli, ta mała smarkula? - szepnęła Dave’owi na ucho jego siostra Evie. - Najpierw robi do ciebie słodkie oczy, a potem flirtuje z pięć lat starszym facetem! Nie skomentował tego, wiedział, że siostra ma słabość do Jaspera. Mógł z niej zadrwić, ale się powstrzymał. Lubił siostrę, a poza tym lepiej jest zachować coś takiego dla siebie i wykorzystać, kiedy Evie zajdzie mu za skórę. - Czy arystokratą trzeba się urodzić? - dociekała Beep. - Nawet w najstarszych rodzinach musi być ten pierwszy - odparł Jasper. - Ale teraz mamy dożywotnich parów, którzy nie przenoszą tytułów na potomstwo. Pani Leckwith zostanie takim właśnie parem. - Będziemy musieli się jej kłaniać? Jasper się zaśmiał. - Nie, idiotko. - Czy królowa będzie obecna na ceremonii? - Nie. - Jestem rozczarowana! - Głupia zdzira - syknęła Evie. Weszli do pałacu Westminster wejściem dla lordów. Przywitał ich mężczyzna w dworskim ubraniu składającym się między innymi z bryczesów do kolan i jedwabnych pończoch. Dave usłyszał słowa babki, która oznajmiła ze śpiewnym walijskim akcentem:

- Przestarzałe stroje to niezawodny znak, że instytucja wymaga reformy. Dave i Evie przychodzili do gmachu parlamentu przez całe życie, lecz dla Dewarów była to nowość i wprawiła ich w podziw. Beep, do tej pory w uroczy sposób wyrażająca swój zachwyt, zawołała: - Wszystkie powierzchnie pokryte ozdobami! Terakota, wzorzyste dywany, tapety, boazeria, witraże i rzeźbiony kamień! Jasper spojrzał na nią z większym niż dotąd zainteresowaniem. - Typowy wiktoriański gotyk. - Naprawdę? Dave’a zaczęło denerwować, że starszy kolega tak imponuje Beep. Grupa rozdzieliła się i większa część podążyła schodami na galerię umieszczoną nad salą plenarną. Byli tam już znajomi Ethel. Beep usiadła obok Jaspera, lecz Dave zdołał zająć miejsce z jej drugiego boku. Evie usadowiła się obok niego. Dave często bywał w Izbie Gmin, która znajdowała się na drugim krańcu pałacu; wnętrze Izby Lordów było bardziej ozdobne, ławki deputowanych pokryto czerwoną, a nie zieloną skórą. Po długiej chwili oczekiwania ukazała się babka Dave’a w towarzystwie czterech osób; wszyscy mieli na głowach śmieszne kapelusze oraz dziwaczne togi z futrzanymi obszyciami. - To niesamowite! - zachwyciła się Beep, a Dave i Evie parsknęli śmiechem. Grupa zatrzymała się przed tronem i ich babcia przyklęknęła, choć nie bez trudu, w końcu miała sześćdziesiąt osiem lat. Uczestnicy ceremonii podawali sobie z ręki do ręki zwoje, które należało głośno odczytać. Daisy, matka Dave’a i Evie, po cichu objaśniała wszystko rodzicom Beep, wysokiemu Woody’emu i pulchnej Belli. Dave tymczasem się wyłączył. Jego zdaniem wszystko to było do chrzanu. Ethel i dwie osoby z jej eskorty usiedli na ławce i wtedy rozpoczęła się najzabawniejsza część ceremonii. Usiedli, a potem od razu wstali, po czym zdjęli kapelusze i ukłonili się. Ponownie usiedli i włożyli na głowy kapelusze. Następnie powtórzyli cały układ jeszcze raz niczym kukiełki na sznurkach: wstać, zdjąć kapelusze, ukłonić się, usiąść, włożyć kapelusze. Dave i Evie z trudem tłumili śmiech. Sekwencja została powtórzona po raz trzeci i Dave usłyszał słowa siostry, która niemal się krztusiła: - Nie, przestańcie już! To rozśmieszyło go jeszcze bardziej. Daisy posłała im surowe spojrzenie, lecz sama także była rozbawiona i uśmiechnęła się.

Ceremonia dobiegła końca, Ethel wyszła z izby. Członkowie rodziny i znajomi wstali. Matka Dave’a poprowadziła ich labiryntem korytarzy i schodów do podziemia, w którym przygotowano poczęstunek. Dave zerknął na swoją gitarę stojącą bezpiecznie w kącie. On i Evie mieli dać występ, lecz gwiazdą była Evie, on będzie jej tylko akompaniować. W ciągu paru minut w pomieszczeniu zgromadziło się około setki osób. Evie osaczyła Jaspera i zaczęła go wypytywać o studencką gazetkę. Temat był bliski jego sercu, toteż odpowiadał z zapałem, lecz Dave był pewien, że Evie stoi na straconej pozycji. Jasper potrafił zadbać o swoje interesy. Miał teraz do dyspozycji luksusową stancję, i to za darmo, od uczelni dzieliła go krótka przejażdżka autobusem. W zaprawionej cynizmem opinii Dave’a nie narazi tak komfortowego układu, wdając się w romans z córką gospodarzy. Jednakże Evie zwróciła na siebie uwagę Jaspera, odciągając go od Beep i zostawiając pole dla brata. On zaś przyniósł jej piwo imbirowe i zapytał, co sądzi o ceremonii. Dziewczyna ukradkiem dolała sobie wódki do drinka. Minutę później wszyscy zaczęli bić brawo, gdy pojawiła się Ethel: miała już na sobie normalne ubranie składające się z czerwonej sukni i dopasowanego do niej płaszcza oraz małego kapelusika, który spoczywał na jej srebrnych lokach. - W młodości musiała wyglądać zabójczo - szepnęła Beep. Dave’owi przeszły ciarki po plecach na samą myśl o tym, że jego babcia mogła być atrakcyjną kobietą. - To dla mnie wielka przyjemność, że jesteście tu ze mną przy okazji tego wydarzenia - odezwała się Ethel. - Żałuję jedynie, że mój ukochany Bernie nie dożył tego dnia. Był najmądrzejszym człowiekiem, jakiego znałam. Dziadek Bernie zmarł przed rokiem. - To takie dziwne, kiedy ktoś zwraca się do mnie „lady”, tym bardziej że przez całe życie byłam socjalistką - ciągnęła przy wtórze śmiechów. - Bernie zwykł pytać, czy pokonałam wrogów, czy tylko do nich przystałam. Pragnę więc państwa zapewnić, że dołączyłam do grona parów z myślą o tym, by znieść tę instytucję. Rozległy się oklaski. - Mówiąc poważnie, towarzysze, zrzekłam się miejsca deputowanej do parlamentu z okręgu Aldgate, bo uznałam, że czas zwolnić miejsce dla kogoś innego, ale nie odchodzę na emeryturę. Zbyt wiele jest niesprawiedliwości w naszym społeczeństwie, zbyt wiele biedy i ruder, zbyt dużo głodu na świecie, a mnie pozostało na działalność zaledwie dwadzieścia lub trzydzieści lat! Tą deklaracją Ethel wzbudziła następną salwę śmiechu.

- Doradzono mi, że tu, w Izbie Lordów, roztropnie jest wybrać sobie jakąś specjalizację i trzymać się jej, dokonałam więc wyboru. Zapanowało milczenie. Wszyscy zawsze chcieli wiedzieć, jaki będzie następny krok Ethel Leckwith. - W ubiegłym tygodniu zmarł mój drogi stary przyjaciel Robert von Ulrich. Walczył w pierwszej wojnie światowej, w latach trzydziestych naraził się nazistom, a potem przybył do Cambridge i prowadził tam najlepszą restaurację. Dawno temu, gdy byłam młodą szwaczką harującą ponad siły w warsztacie w East Endzie, kupił mi nową sukienkę i zabrał na kolację do Ritza. Muszę dodać... - Ethel uniosła wyzywająco brodę - że był homoseksualistą. W pomieszczeniu rozległ się głośny szmer zaskoczenia. - Jasny gwint! - mruknął Dave. - Podoba mi się ta twoja babcia - oznajmiła Beep. Ludzie nie byli przyzwyczajeni, by kwestię tę poruszano tak otwarcie, zwłaszcza jeśli robiła to kobieta. Dave się uśmiechnął. Zacna babunia, teraz już starsza pani, nadal lubi zamącić. - Proszę zaniechać pomruków, w gruncie rzeczy nikt nie jest zbulwersowany - rzekła cierpko. - Wszyscy wiecie, że niektórzy mężczyźni kochają innych mężczyzn. Nie wyrządzają nikomu krzywdy, z mojego doświadczenia wynika, że są delikatniejsi niż pozostali, a mimo to ich postępowanie jest według obowiązującego w naszym kraju prawa przestępstwem. Nie koniec na tym: policyjni detektywi w cywilnych ubraniach, udający im podobnych zastawiają na nich pułapki, aresztują i wsadzają do więzienia. W moim przekonaniu jest to równie naganne jak ściganie kogoś za to, że jest żydem, pacyfistą albo katolikiem. Tak więc głównym celem moich działań tu, w Izbie Lordów, będzie reforma przepisów dotyczących homoseksualistów. Mam nadzieję, że wszyscy państwo życzą mi powodzenia. Dziękuję. Odpowiedziały jej entuzjastyczne brawa. Dave pomyślał, że niemal wszyscy zebrani szczerze życzą jego babci szczęścia. Był pod wrażeniem. Zamykanie ciot uważał za kretyństwo. Opinia, którą miał o Izbie Lordów, poprawiła się: jeśli w tym przybytku da się prowadzić tego rodzaju kampanię, to może instytucja ta nie jest do cna śmieszna. - A teraz piosenka na cześć naszych amerykańskich krewnych i przyjaciół zakończyła swoje wystąpienie Ethel. Evie wyszła na środek, Dave podążył za nią. - Już babcia się postara, żeby mieli nad czym myśleć, to pewne - szepnęła Evie do brata. - I założę się, że dopnie swego.

- Zwykle jej się to udaje - przytaknął Dave, po czym wziął do ręki gitarę i trącił strunę G. Evie zaczęła śpiewać: Och, czy widzisz w świetle poranka Większość zgromadzonych stanowili Brytyjczycy, nie Amerykanie, lecz wszyscy nadstawili uszu. To, co tak dumnie żegnaliśmy w ostatnim świetle zmierzchu Dave uważał, że patriotyczna duma to dyrdymały, lecz mimo to lekko ścisnęło go w gardle. Stało się tak za sprawą głosu Evie. Szerokie pasy i świetliste gwiazdy wśród niebezpieczeństw boju Nad szańcami widzieliśmy, dumnie powiewały Zrobiło się cicho jak makiem zasiał, Dave słyszał własny oddech. Evie miała taki dar. Kiedy wchodziła na scenę, przykuwała wszystkie spojrzenia. Flary czerwony blask i grzmiący huk bomb Dawały świadectwo nocy, że nasza flaga tam jest Dave zauważył, że matka ociera łzy. Ach, rzeknij, czy gwiaździsty sztandar załopotał już Nad ziemią ludzi wolnych i domem dzielnych? Rozległy się brawa i okrzyki. Dave musiał przyznać, że siostra czasem daje się we znaki, lecz potrafi zaczarować widownię. Poszedł po piwo imbirowe i rozejrzał się, ale Beep nie było w pomieszczeniu. Zauważył jej starszego brata Camerona, którego uważał za dziwaka. - Hej, Cam, gdzie się podziała Beep? - Chyba poszła zapalić. Dave nie wiedział, czy zdoła ją znaleźć, mimo to postanowił spróbować. Odłożył drinka. Zbliżył się do wyjścia jednocześnie z babcią, więc przytrzymał jej drzwi. Zapewne

zmierzała do łazienki, miał niejasne pojęcie, że stare kobiety muszą się tam często udawać. Uśmiechnęła się do niego i ruszyła po schodach przykrytych czerwonym dywanem. Dave nie miał pojęcia, gdzie się znajduje, podążył więc za nią. Na półpiętrze zatrzymał ją starszy pan opierający się na lasce. Dave zauważył, że ubrany jest w elegancki jasnopopielaty garnitur w wąskie białe prążki. Z kieszonki na piersi wystawała jedwabna chusteczka we wzory. Miał twarz upstrzoną plamami i białe włosy, lecz nie ulegało wątpliwości, że był kiedyś przystojny. - Gratuluję, Ethel - rzekł, podając jej rękę. - Dziękuję, Fitz. - Wyglądało na to, że dobrze się znają. Mężczyzna przytrzymał dłoń Ethel. - A zatem jesteś teraz baronessą. Uśmiechnęła się. - Czy życie nie jest dziwne? - Jedna wielka zagadka. Blokowali przejście, a Dave stał i czekał. Wypowiadali zwyczajne słowa, lecz rozmowa podszyta była silnymi emocjami. Nie potrafił ich określić. - Nie przeszkadza ci, że twoja pokojówka została wyniesiona do godności para? Pokojówka? Dave wiedział, że babcia zaczynała jako służąca w wielkim domu w Walii. Nieznajomy musiał być jej pracodawcą. - Już dawno przestały mi przeszkadzać tego rodzaju rzeczy - odparł. Poklepał Ethel po ręce i puścił ją. - Za czasów rządu Attlee, jeśli chodzi o ścisłość. Roześmiała się. Najwyraźniej lubiła z nim rozmawiać. W ich słowach kryło się coś bardzo silnego, lecz nie była to ani miłość, ani nienawiść. Gdyby nie byli tacy starzy, Dave pomyślałby, że to seks. Zniecierpliwiony odkaszlnął. - Oto mój wnuk David Williams - przedstawiła go Ethel. - Jeśli naprawdę zmieniłeś podejście, uściśnij mu dłoń. Dave, poznaj hrabiego Fitzherberta. Hrabia zawahał się i przez chwilę Dave miał wrażenie, że odmówi uścisku, potem jednak podjął decyzję i wyciągnął rękę. Dave również wyciągnął swoją. - Dziękuję, Fitz - rzekła Ethel. Właściwie tego nie powiedziała, bo uniemożliwiło jej to ściśnięte gardło. Odeszła, nie dokończywszy zdania. Dave skinął grzecznie sędziwemu hrabiemu i za nią podążył. Po chwili zniknęła za drzwiami damskiej toalety.

Dave domyślił się, że między Ethel i Fitzem coś kiedyś zaszło. Postanowił zapytać matkę. Nagle dostrzegł drzwi, które mogły prowadzić na zewnątrz, i zapomniał o dwojgu starszych ludziach. Wyszedł i znalazł się na wewnętrznym dziedzińcu, który miał nieregularny kształt. Z boku stały kosze na śmieci. Idealne miejsce na pokątne obściskiwanie się, pomyślał. Nie było przejścia, nie wychodziły na nie żadne okna, a tu i ówdzie miało niewielkie zakamarki. Jego nadzieje wzrosły. Nigdzie nie dostrzegł Beep, ale wyczuł woń dymu papierosowego. Obszedł kosze i zerknął za róg. Znalazł ją tam, tak jak się tego spodziewał. Trzymała papierosa w lewej dłoni. Ale był z nią Jasper i tonęli w swoich objęciach. Dave wybałuszył na nich oczy. Stali jak przyklejeni do siebie i całowali się namiętnie. Jej prawa ręka mierzwiła włosy Jaspera, a jego ściskała drobne piersi dziewczyny. - Podstępny z ciebie drań, Jasperze Murray - szepnął Dave, po czym odwrócił się i wszedł do gmachu.

Podczas

przygotowań

do

szkolnej

inscenizacji

Hamleta

Evie

Williams

zaproponowała, że w scenie szaleństwa Ofelii wystąpi nago. Na samą myśl o tym Cameronowi Dewarowi zrobiło się niepokojąco ciepło. Ubóstwiał Evie, ale nie znosił jej poglądów. Popierała każdą ckliwą krucjatę ogłaszaną w gazetach, od przeciwdziałania okrutnemu traktowaniu zwierząt po protesty wobec zbrojeń nuklearnych, tych zaś, którzy nie postępowali tak samo, oskarżała o brutalność i głupotę. Jednakże Cameron do tego przywykł, gdyż nie zgadzał się z poglądami większości rówieśników i rodziny. Rodzice mieli beznadziejnie liberalne przekonania, a babcia była kiedyś redaktorką gazety o nieprawdopodobnym tytule „Buffalo Anarchist”. Williamsowie, lewicowcy jeden w drugiego, byli nie lepsi. Jedynym jako tako rozsądnie myślącym mieszkańcem domu przy Great Peter Street był cyniczny darmozjad Jasper Murray. Londyn stanowił gniazdo wywrotowców i był pod tym względem gorszy niż rodzinne miasto Camerona San Francisco. Ucieszyłby się, gdyby kontrakt ojca dobiegł końca i gdyby mogli wrócić do Ameryki. Tylko że wtedy tęskniłby za Evie. Cameron miał piętnaście lat i po raz pierwszy w życiu się zakochał. Nie pragnął romansu, miał zbyt wiele zajęć. Jednak kiedy siedział w szkolnej ławce i wkuwał na pamięć francuskie i łacińskie słownictwo, nagle przypomniał

sobie, jak Evie śpiewała Gwiaździsty sztandar. Lubiła go, był tego pewien. Wiedziała, że jest mądry, i zadawała mu szczere pytania: Jak działa elektrownia atomowa? Czy Hollywood to rzeczywiste miejsce? Jak traktuje się Murzynów w Kalifornii? A co ważniejsze, z uwagą słuchała odpowiedzi. Nie uprawiała pogaduszek: plecenie bzdur jej nie interesowało, tak samo jak jego. W fantazjach Camerona byli parą uznanych intelektualistów. Przez ten rok oboje chodzili do postępowej szkoły w Londynie, w której, jak zauważył Cameron, większość nauczycieli wyznawała poglądy komunistyczne. Kontrowersyjny pomysł Evie o odegraniu sceny szaleństwa piorunem obiegł szkołę. Nauczyciel prowadzący zajęcia teatralne, Jeremy Faulkner, brodacz z pasiastą apaszką na szyi, wyraził zgodę. Jednakże dyrektor nie okazał się równie głupi i kategorycznie odrzucił koncepcję. W tym jednym jedynym przypadku Cameron ucieszyłby się, gdyby górę wzięła liberalna dekadencja. Obie rodziny wybrały się wspólnie na przedstawienie. Cameron nie znosił Szekspira, ale bardzo chciał zobaczyć, jak Evie poradzi sobie na scenie. Dostrzegał w niej rys intensywności, który najpełniej ujawniał się wobec widowni. Była podobna do pradziadka Daia Williamsa, pioniera ruchu związkowego i ewangelickiego kaznodziei - tak w każdym razie utrzymywała Ethel, jego córka. „Mój ojciec miał w oczach ten sam blask wielkości”, powiedziała kiedyś. Cameron uważnie przestudiował Hamleta - tak jak wszystko, by zebrać dobre oceny i wiedział, że rola Ofelii należy do trudnych. Postać ta miała wzbudzać litość, lecz za sprawą nieprzyzwoitych piosenek mogła łatwo popaść w komizm. Jak zagra ją piętnastolatka, czy porwie widownię? Cameron nie chciał, by się potknęła (aczkolwiek kołatało w jego głowie niejasne marzenie, że po upokarzającej klęsce aktorki otacza ręką jej delikatne ramiona i niesie pociechę). Wszedł z rodzicami i młodszą siostrą do auli odgrywającej jednocześnie rolę sali gimnastycznej, dzięki czemu wypełniała ją w równej mierze woń zakurzonych śpiewników kościelnych i przepoconych tenisówek. Zajęli miejsca obok Lloyda Williamsa, deputowanego do parlamentu z ramienia Partii Pracy, jego amerykańskiej żony Daisy, Ethel Leckwith, babci, oraz Jaspera Murraya, lokatora. Dave, młodszy brat Evie, przebywał gdzie indziej i zajmował się organizowaniem poczęstunku, który miał się odbyć w antrakcie. W ostatnich miesiącach Cameron kilkakrotnie usłyszał opowieść o tym, jak jego matka i ojciec poznali się w Londynie w czasie wojny: stało się to podczas przyjęcia wydanego przez Daisy. Tata odprowadził mamę do domu. Kiedy o tym opowiadał, w jego

oczach zapalał się osobliwy blask, a mama posyłała mu spojrzenie, które mówiło, by zamknął buzię. Cameron i Beep snuli sprośne domysły na temat tego, co porabiali ich rodzice podczas tej przechadzki. Parę dni później tata wylądował na spadochronie w Normandii, mama zaś myślała, że nigdy więcej go nie zobaczy. Mimo to zerwała zaręczyny z innym mężczyzną. „Moja matka się wściekła - opowiadała. - Nigdy mi tego nie wybaczyła”. Cameron już dawno doszedł do wniosku, że szkolne krzesła są tak niewygodne, iż nie nadają się nawet na półgodzinne posiedzenie w czasie porannego apelu. Wieczór zapowiadał się na istny czyściec. Doskonale wiedział, że pełna inscenizacja sztuki trwa pięć godzin. Evie zapewniła go, że szkolna wersja będzie skrócona. Cameron chętnie by się dowiedział o ile. - Jak będzie ubrana Evie podczas sceny obłędu? - zapytał Jaspera. - Nie wiem, nikomu nie chciała powiedzieć. Światła zgasły i kurtyna odsłoniła blanki murów Elsynoru. Widoczne w tle malowidła tworzące scenografię były dziełem Camerona. Miał dobre wyczucie malarskie, które prawdopodobnie odziedziczył po ojcu fotografie. Najbardziej cieszył go księżyc, który udanie maskował reflektor oświetlający wartowników. Poza tym niewiele było do podziwiania. Każde przedstawienie szkolne, które Cameron dotąd obejrzał, okazało się koszmarne, a to nie będzie stanowiło wyjątku. Siedemnastoletni chłopak grający Hamleta usiłował stworzyć wrażenie zagadkowości, lecz wypadał drętwo. Jednak Evie się wyróżniała. W pierwszej scenie Ofelia jedynie wysłuchiwała napuszonego ojca i brata odnoszącego się do niej protekcjonalnie. Dopiero pod koniec ostrzegła tego drugiego przed hipokryzją w krótkiej kwestii wygłoszonej ze zjadliwą rozkoszą. Jednak w kolejnej scenie, w której opowiadała ojcu o szaleńczym wtargnięciu Hamleta do jej prywatnej komnaty, rozkwitła. Z początku była roztrzęsiona, a potem uspokoiła się i skupiła. Publiczność niemal wstrzymała oddech, kiedy Ofelia mówiła: „Wydał z siebie ciężkie, żałosne westchnienie”3. A potem, gdy w następnej scenie rozwścieczony Hamlet wydziera się na nią, by wstąpiła do klasztoru, Evie była tak oszołomiona i zraniona, że Cameron zapragnął wbiec na podest i przywalić draniowi. Jeremy Faulkner roztropnie postanowił zakończyć na tym pierwszą część. Publiczność nagrodziła występ ogromnym aplauzem. DaHave kierował bufetem, w którym kilkoro znajomych sprzedawało napoje bezalkoholowe i słodycze. Mieli pełne ręce roboty. Cameron był pod wrażeniem, gdyż nigdy nie widział tak pracowitych uczniów. - Podałeś im jakieś środki dopingujące? - zapytał, biorąc sobie napój wiśniowy.

- Nie, tylko dwudziestoprocentową marżę od sprzedaży - odparł Dave. Cameron miał nadzieję, że Evie wyjdzie w przerwie, by porozmawiać z rodziną, lecz rozległ się dzwonek sygnalizujący początek drugiej części, a jej wciąż nie było. Wrócił rozczarowany na miejsce i z niecierpliwością czekał na pojawienie się dziewczyny na scenie. Hamlet wypadł lepiej, kiedy na oczach wszystkich jął nękać Ofelię sprośnymi żartami. Może wykonawca roli czuje się w tym naturalnie, pomyślał zgryźliwie Cameron. Zawstydzenie i zdenerwowanie Ofelii graniczyło z histerią. Jednak dopiero scena jej szaleństwa rzuciła widownię na kolana. Weszła na scenę niczym pensjonariuszka psychiatryka w podartej i poplamionej nocnej koszuli z cienkiej bawełny, która sięgała do połowy uda. Wcale nie budziła litości, była napastliwa i drwiąca niczym pijana prostytutka na ulicy. Kiedy wypowiedziała zdanie „Sowa była córką piekarza” - w opinii Camerona nic nieznaczące - zabrzmiało ono niczym zjadliwe szyderstwo. - Nie mogę uwierzyć, że ma dopiero piętnaście lat - szepnęła matka Camerona do męża. Przy zdaniu „Mężczyzna młody narobi szkody, gdy mu się tylko pozwoli” Ofelia zrobiła ruch, jakby chciała chwycić króla za jądra. Publiczność przyjęła to nerwowym śmiechem4. Raptem nastąpiła zmiana. Po jej policzkach spłynęły łzy i głos zniżył się prawie do szeptu. Widzowie zamilkli, gdy Ofelia znów była dzieckiem i mówiła o zmarłym ojcu: „Ale nie mogę powstrzymać się od płaczu, kiedy pomyślę, że go złożyli w tej zimnej ziemi”. Cameronowi także zachciało się płakać. Potem przewróciła oczami, zatoczyła się i zagdakała niczym obłąkana stara wiedźma: „Hej, kareta! Zajeżdżać!”. Chwyciła dłońmi za dekolt koszuli i rozdarła ją. Publiczność westchnęła do wtóru słów: „Dobranoc miłym paniom”. Odzienie spadło na podłogę. Nagusieńka aktorka raz jeszcze zawołała „Dobranoc, dobranoc!”, po czym zbiegła ze sceny. Później sztuka oklapła. Grabarz nie był śmieszny, a pojedynek na szpady wypadł sztucznie i nudno. Cameron myślał wyłącznie o obnażonej Ofelii stojącej na scenie tuż przed audytorium. Włosy na jej wzgórku łonowym miały płomiennobrązowy kolor - oto piękna dziewczyna doprowadzona do szaleństwa. Podejrzewał, że to samo czuł każdy mężczyzna obecny na widowni. Hamlet nie obchodził nikogo. Kiedy aktorzy wyszli na koniec na scenę, Evie zebrała największe brawa. Jednak dyrektor nie pojawił się, by podziękować i wylewnie pochwalić uczestników, choć działo się tak zawsze po amatorskich inscenizacjach, nawet tych najbardziej beznadziejnych.

Później wszyscy patrzyli na rodzinę Evie. Daisy gawędziła wesoło z pozostałymi rodzicami, robiąc dziarską minę. Lloyd, ubrany w ascetyczny ciemnoszary garnitur i kamizelkę, nic nie powiedział, lecz wyglądał posępnie. Babcia Evie, Ethel Leckwith, uśmiechała się blado: być może miała zastrzeżenia, lecz nie narzekała. Reakcje członków rodziny Camerona także były mieszane. Matka wydęła usta z dezaprobatą. Ojciec uśmiechał się tolerancyjnie, a Beep tryskała podziwem. - Twoja siostra jest rewelacyjna - rzekł Cameron do Dave’a. - Mnie też podoba się twoja - odparł z uśmieszkiem. - Ofelia skradła Hamletowi spektakl! - Evie jest genialna - przyznał Dave. - Nasi rodzice aż chodzą po ścianach. - Czemu? - Nie uważają show-biznesu za poważne zajęcie. Chcą, żebyśmy oboje poszli w politykę - wyjaśnił, przewracając oczami. Usłyszał to ojciec Camerona, Woody Dewar. - Ja też miałem taki sam problemem. Ojciec był senatorem, dziadek również. Nijak nie mogli pojąć, dlaczego chcę zostać fotografem. Nie traktowali tego jak prawdziwego zawodu. - Woody pracował w ”Life”, prawdopodobnie najlepszym po „Paris Match” magazynie ilustrowanym świata. Obie rodziny udały się na zaplecze sceny. Evie wyszła z garderoby w niewinnie wyglądającym bliźniaku i spódniczce za kolana, jej strój miał zapewne mówić: Nie jestem ekshibicjonistką, to była Ofelia. Wszelako mina dziewczyny zdradzała poczucie cichego triumfu. Bez względu na to, co mówiono o jej obnażeniu, nikt nie mógł zaprzeczyć, że gra młodocianej aktorki porwała widownię. - Mam tylko nadzieję, że nie aresztują cię za obrazę przyzwoitości - odezwał się Lloyd. - Wcale tego nie planowałam - odparła Evie, jakby usłyszała komplement. - To była decyzja podjęta w ostatniej chwili. Nawet nie miałam pewności, czy koszula się rozedrze. Ale chrzani, pomyślał Cameron. Zjawił się Jeremy Faulkner w swojej charakterystycznej apaszce. Jako jedyny z grona nauczycielskiego pozwolił uczniom zwracać się do siebie po imieniu. - To było bajeczne! - zapiał. - Szczytowa chwila! Jego oczy błyszczały zachwytem. Cameronowi przyszło na myśl, że on także jest zakochany w Evie. - Jerry, to są moi rodzice, Lloyd i Daisy Williamsowie - powiedziała dziewczyna.

Nauczyciel jakby się przestraszył, lecz szybko doszedł do siebie. - Na pewno są państwo jeszcze bardziej zaskoczeni niż ja - zagaił, zręcznie zrzucając z siebie odpowiedzialność. - Winienem państwu wyjaśnienie, że Evie jest najbardziej błyskotliwą uczennicą, jaką kiedykolwiek miałem. - Uścisnął rękę Daisy, a potem Lloyda, który wyraźnie nie miał na to ochoty. - Jesteś zaproszony na przyjęcie dla obsady - oznajmiła Evie Jasperowi. - Będziesz moim specjalnym gościem. Lloyd zmarszczył czoło. - Przyjęcie po czymś takim? - Najwidoczniej uważał, że świętowanie było nie na miejscu. Daisy dotknęła jego ręki. - W porządku - powiedziała. Jej mąż wzruszył ramionami. - Tylko na godzinę! - zaznaczył Jeremy. - Bo rano do szkoły! - Jestem za stary, nie pasowałbym do towarzystwa - odparł Jasper. - Jesteś tylko o rok starszy od szóstoklasistów - zaprotestowała Evie. Cameron zachodził w głowę, po kiego diabła ona go tam wlecze. Naprawdę był za stary. Zabawa licealistów to nie miejsce dla studenta. Na szczęście Jasper się nie zgodził. - Zobaczymy się w domu - oznajmił zdecydowanie. - Nie później niż o jedenastej, proszę - wtrąciła się Daisy. Rodzice odeszli. - Na Boga, upiekło ci się! - rzekł Cameron. Evie się uśmiechnęła. - Wiem. Fetowali przedstawienie kawą i ciastkami. Cameron żałował, że nie ma Beep, ponieważ ochrzciłaby kawę wódką, jednak nie brała udziału w przygotowaniu sztuki, więc podobnie jak Dave poszła do domu. W centrum uwagi była Evie. Nawet chłopak grający Hamleta przyznał, że to ona jest gwiazdą wieczoru. Jeremy Faulkner bez przerwy plótł o tym, że nagość wyrażała bezbronność Ofelii. Rozpływał się nad Evie tak, że w końcu stało się to kłopotliwe i jakby dziwnie śliskie. Cameron czekał cierpliwie, pozwalając innym zagadywać Evie. Wiedział, że ostatecznie ma nad wszystkimi przewagę, ponieważ to on odprowadzi ją do domu.

Wyszli o wpół do jedenastej. - Cieszę się, że tata dostał ten kontrakt w Londynie - oznajmił Cameron, kiedy zygzakowali bocznymi uliczkami. - Bardzo nie chciałem wyjeżdżać z San Francisco, ale tu jest całkiem fajnie. - To dobrze - rzuciła Evie bez entuzjazmu. - A najlepsze jest to, że poznałem ciebie. - Uroczo z twojej strony. Dziękuję. - To naprawdę zmieniło moje życie. - Ależ nie. Rozmowa nie przebiegała zgodnie z wyobrażeniami Camerona. Szli tuż obok siebie pustymi ulicami wśród plam światła i mroku, lecz brakowało w tym poczucia bliskości. W taki sposób ludzie prowadzą niezobowiązujące pogaduszki. Mimo to nie dawał za wygraną. - Chcę, abyśmy się zaprzyjaźnili. - Już się przyjaźnimy - odparła Evie ze szczyptą zniecierpliwienia. Dotarli do Great Peter Street, a on wciąż nie powiedział tego, co chciał powiedzieć. Kiedy zbliżyli się do domu, przystanął. Evie zrobiła jeszcze jeden krok, więc złapał ją za rękę i przytrzymał. - Evie, zakochałem się w tobie. - Och, Cam, nie bądź śmieszny. Poczuł się tak, jakby dostał cios pięścią. Chciała iść dalej. Zacisnął dłoń, nie zważając na to, że sprawia jej ból. - Śmieszny? - powtórzył i usłyszał w swoim głosie zawstydzające drżenie. Wziął się w garść. - Co w tym jest śmiesznego? - Nie masz o niczym pojęcia - stwierdziła zniecierpliwionym tonem. To zabolało szczególnie mocno. Szczycił się tym, że dużo wie, i wyobrażał sobie, że Evie go za to lubi. - Niby o czym nie mam pojęcia? Energicznym szarpnięciem wyrwała rękę z jego dłoni. - Kocham Jaspera, ty idioto - powiedziała i weszła do domu.

ROZDZIAŁ 13 Rano, kiedy wciąż było ciemno, Rebecca i Bernd ponownie się kochali. Od trzech miesięcy mieszkali razem w kamienicy w Berlin-Mitte. Dom na szczęście był duży, gdyż musieli go zajmować wspólnie z jej rodzicami, Wernerem i Carlą, a także z bratem Wallim i siostrą Lili oraz babcią Maud. Miłość na jakiś czas przyniosła im pociechę i pozwoliła zapomnieć o wszystkim, co utracili. Oboje nie mieli pracy i mimo że Niemcy Wschodnie cierpiały na dotkliwy niedobór nauczycieli, tajna policja uniemożliwiała im jej znalezienie. Przeciwko obojgu prowadzono śledztwo w związku z pasożytnictwem społecznym polegającym na tym, że żyli w kraju komunistycznym i pozostawali bez zatrudnienia. Prędzej czy później zostaną skazani i uwięzieni. Bernd zapewne trafi do obozu pracy i tam prawdopodobnie umrze. Dlatego zamierzali uciec. Ten dzień był ostatnim całym dniem, który spędzą w Berlinie Wschodnim. Bernd delikatnie wsunął rękę pod koszulę nocną Rebekki. - Jestem za bardzo roztrzęsiona. - Być może nigdy więcej nie będzie szansy. Objęła go i przytuliła się. Wiedziała, że ma rację. Oboje mogli zginąć podczas próby ucieczki. Albo mogło się skończyć jeszcze gorzej: jedno mogło zginąć, a drugie przeżyć. Bernd sięgnął po prezerwatywę. Umówili się, że wezmą ślub, kiedy przedostaną się do wolnego świata, i do tej pory będą unikali ciąży. Gdyby plany spełzły na niczym, Rebecca nie chciała wychowywać dziecka w Niemczech Wschodnich. Namiętność Rebekki okazała się silniejsza niż jej lęki: zareagowała chętnie na dotyk Bernda. Dopiero niedawno odkryła pożądanie. Seks z Hansem zazwyczaj sprawiał jej umiarkowaną przyjemność, podobnie jak współżycie z dwoma poprzednimi kochankami, jednak nigdy dotąd pragnienie nie zawładnęło nią tak całkowicie, że na jakiś czas zapominała o wszystkim. Teraz uświadomiła sobie, że to naprawdę może być ostatni raz, i żądza stała się jeszcze bardziej intensywna. - Tygrysica z ciebie - rzekł Bernd, kiedy skończyli. Roześmiała się. - Przedtem taka nie byłam. To twoja sprawka.

- Nasza. Jesteśmy dopasowani. - Ludzie uciekają codziennie - powiedziała, odzyskawszy oddech. - Nikt nie wie ilu. Uciekinierzy przepływali kanały i rzeki, wspinali się przez zasieki z drutu kolczastego, ukrywali się w samochodach i ciężarówkach. Niemcy z Zachodu, których wpuszczano do Berlina Wschodniego, przywozili podrobione zachodnioniemieckie paszporty dla krewnych. Żołnierzom alianckim wolno było chodzić wszędzie, więc pewien Niemiec ze Wschodu kupił sobie w sklepie z kostiumami teatralnymi mundur amerykańskiego żołnierza i nienagabywany przekroczył posterunek kontrolny. - I wielu ginie - dodała Rebecca. Strażnicy na granicy nie mieli litości ani wstydu. Strzelali, by zabić. Czasem pozostawiali rannych na ziemi niczyjej, by ci się wykrwawiali - miało to stanowić nauczkę dla innych. Karą za próbę opuszczenia komunistycznego raju była śmierć. Rebecca i Bernd zamierzali zbiec przez Bernauer Strasse. Jednym z ironiczno-ponurych aspektów istnienia muru było to, że na niektórych ulicach budynki stały w Berlinie Wschodnim, lecz chodniki należały do zachodniej części miasta. W niedzielę trzynastego sierpnia 1961 roku mieszkańcy wschodniej strony Bernauer Strasse otworzyli drzwi i zobaczyli, że zasieki z drutu kolczastego uniemożliwiają im wydostanie się na zewnątrz. Wielu wyskoczyło z okien na piętrze prosto ku wolności: niektórzy odnieśli obrażenia, inni spadli na koc trzymany przez zachodnioniemieckich strażaków. Teraz wszystkie budynki opustoszały: mieszkańców wysiedlono, drzwi i okna były zabite deskami. Rebecca i Bernd mieli inny plan. Ubrali się i zeszli na dół, by zjeść śniadanie z rodziną. Wiedzieli, że prawdopodobnie przez długi czas nie spożyją wspólnie posiłku. Podobnie napięta sytuacja zdarzyła się trzynastego sierpnia ubiegłego roku. Wtedy rodzina była pełna smutku i niepokoju. Rebecca zamierzała odejść, ale nie za cenę ryzykowania życia. Tym razem wśród domowników panował strach. Usiłowała podnieść ich na duchu. - Może pewnego dnia wszyscy dołączycie do nas po drugiej stronie granicy. - Wiesz, że tego nie zrobimy - odparła Carla. - Ty musisz iść, bo nie ma tu dla ciebie życia. Ale my zostajemy. - A co z pracą taty? - Na razie robię swoje - odparł Werner. Nie mógł już chodzić do fabryki, gdyż

znajdowała się w Berlinie Zachodnim. Usiłował kierować nią na odległość, lecz było to prawie niewykonalne. Nie istniały połączenia telefoniczne między rozdzielonymi częściami miasta, musiał więc załatwiać wszystko pocztą, a korespondencja zawsze mogła się opóźnić za sprawą cenzury. Rebecca odczuwała niewymowny ból. Rodzina była dla niej najważniejsza na świecie, lecz została zmuszona do jej opuszczenia. - No cóż, żaden mur nie stoi wiecznie - stwierdziła. - Pewnego dnia Berlin się zjednoczy i znów będziemy mogli być razem. Rozległ się dzwonek u drzwi i Lili zerwała się z krzesła. - Mam nadzieję, że to listonosz z rachunkami z fabryki - rzekł Werner. - Przejdę na drugą stronę muru, kiedy tylko będę mógł - oznajmił Walli. - Nie zamierzam spędzić życia na Wschodzie, słuchając starych komuchów, którzy będą mi rozkazywali, jaką muzykę mam grać. - Będziesz mógł o sobie decydować, gdy tylko dorośniesz - odparła Carla. Lili weszła do kuchni z zalęknioną miną. - To nie listonosz - powiedziała. - To Hans. Rebecca krzyknęła cicho. Ależ to niemożliwe, żeby jej były mąż dowiedział się o planie ucieczki. - Jest sam? - spytał Werner. - Tak mi się wydaje. Babcia Maud zwróciła się do Carli: - Pamiętasz, jak uporałyśmy się z Joachimem Kochem? Carla spojrzała na dzieci. Nie powinny wiedzieć, w jaki sposób uporano się z Joachimem Kochem. Werner podszedł do szafki kuchennej i otworzył dolną szufladę, w której znajdowały się ciężkie rondle. Wysunął ją do końca i postawił na podłodze. Następnie sięgnął ręką w głąb otworu i wydobył czarny pistolet z brązową rączką oraz małe pudełko amunicji. - O Jezu - westchnął Bernd. Rebecca nie znała się za dobrze na broni, ale pomyślała, że to walther P38, a Werner zapewne zatrzymał go po wojnie. Co się stało z Joachimem Kochem? - zastanawiała się w duchu. Czyżby został zabity? Przez mamę? Oraz babcię? - Jeśli Hans Hoffmann zabierze cię z tego domu, nigdy więcej cię nie zobaczymy rzekł Werner do Rebekki, ładując pistolet.

- Może nie przyszedł jej aresztować - zauważyła Carla. - Słusznie - przyznał Werner i zwrócił się do córki: - Porozmawiaj z nim i wybadaj, czego chce. W razie czego krzycz. Rebecca wstała, Bernd także. - Ty nie - powstrzymał go Werner. - Twój widok może go rozgniewać. - Ale... - Tata ma rację - odezwała się Rebecca. - Czekaj i bądź gotowy, jeśli zawołam. - No dobrze. Wzięła głęboki oddech, uspokoiła nerwy i wyszła do przedpokoju. Hans miał na sobie nowy szarogranatowy garnitur i krawat w prążki, który Rebecca dała mu na urodziny. - Otrzymałem dokumenty rozwodowe - oznajmił. Rebecca skinęła głową. - Spodziewałeś się ich, naturalnie. - Możemy o tym pomówić? - A jest coś do powiedzenia? - Być może. Otworzyła drzwi jadalni, z której korzystano sporadycznie podczas oficjalnych obiadów; poza tym dzieci odrabiały w niej lekcje. Usiedli, ale Rebecca nie zamknęła drzwi. - Na pewno tego chcesz? - zapytał Hans. Rebecca się przestraszyła. Czyżby miał na myśli ucieczkę? Czy wie? - To znaczy czego? - Rozwodu. Poczuła się skołowana. - Dlaczego nie? Przecież tobie też o to chodzi. - Naprawdę? - Hans, co chcesz powiedzieć? - Że nie musimy brać rozwodu. Możemy zacząć od nowa. Tym razem nie będzie oszukiwania. Wiesz już, że jestem funkcjonariuszem Stasi, więc kłamstwa staną się zbędne. Rebecca miała wrażenie, że znalazła się w idiotycznym śnie, w którym dzieją się rzeczy niemożliwe. - Ale dlaczego? - spytała. Hans schylił się nad stołem. - Nie wiesz? Nie domyślasz się chociaż?

- Nie! - odparła, mimo że zaświtało jej przerażające podejrzenie. - Kocham cię - oznajmił Hans. - Na litość boską! - zawołała Rebecca. - Jak mogłeś powiedzieć coś takiego po wszystkim, co zrobiłeś! - Mówię poważnie. Z początku udawałem, ale po jakimś czasie dotarło do mnie, że jesteś wspaniałą kobietą. Chciałem się z tobą ożenić, nie chodziło tylko o służbę. Jesteś piękna, mądra i uczysz z poświęceniem... a ja podziwiam poświęcenie. Nigdy nie spotkałem takiej kobiety jak ty. Wróć do mnie, proszę... - Nie! - krzyknęła. - Przemyśl to. Daj sobie dzień, tydzień. - Nie! Rebecca krzyczała na cały głos, lecz on zachowywał się tak, jakby nieśmiało markowała opór. - Jeszcze porozmawiamy - rzekł z uśmiechem. - Nie! Nigdy! Nigdy! Przenigdy! - zawołała i wybiegła z pokoju. Wszyscy stali przy otwartych drzwiach kuchni; ich twarze wyrażały strach. - Co? - spytał Bernd. - Co się stało? - Nie chce rozwodu - odparła zawodzącym głosem Rebecca. - Mówi, że mnie kocha i że chce zacząć od nowa. Żebyśmy dali sobie jeszcze jedną szansę! - Uduszę gnoja - warknął Bernd. Nie było potrzeby go powstrzymywać, gdyż w tej samej chwili trzasnęły zamykane drzwi. - Poszedł sobie - stwierdziła Rebecca. - Dzięki Bogu. Bernd przygarnął ją i wtuliła twarz w jego ramię. - Ojej, czegoś takiego się nie spodziewałam - rzekła Carla z drżeniem w głosie. Werner wyjął naboje z pistoletu. - To jeszcze nie koniec - odezwała się babcia Maud. - Hans wróci. Funkcjonariusze Stasi uważają, że zwyczajni ludzie nie mogą im odmawiać. - I mają rację - powiedział Werner. - Rebecco, musisz wyruszyć jeszcze dzisiaj. Wysunęła się z objęć Bernda. - O nie... Dzisiaj? - Natychmiast - mówił ojciec. - Grozi ci straszliwe niebezpieczeństwo. - Twój tata ma rację - potwierdził Bernd. - Hans może wrócić ze wsparciem. Musimy zrobić już teraz to, co zaplanowaliśmy na jutro rano.

- A więc dobrze - zgodziła się Rebecca. Wbiegli po schodach do swojego pokoju. Bernd włożył czarny sztruksowy garnitur, białą koszulę i czarny krawat. Wyglądał, jakby wybierał się na pogrzeb. Rebecca także ubrała się na czarno. Oboje wsunęli stopy w czarne tenisówki. Bernd wyjął spod łóżka zwinięty sznur do prania kupiony w ubiegłym tygodniu. Zarzucił go na siebie niczym bandolet, a potem włożył jeszcze brązową skórzaną kurtkę, która przykryła sznur. Rebecca zamaskowała krótkim ciemnym płaszczem czarny golf i czarne spodnie. Przygotowania zajęły im zaledwie kilka minut. Rodzina czekała w przedpokoju. Rebecca uściskała i ucałowała wszystkich. Lili płakała. - Nie daj się zabić - wyszlochała. Bernd i Rebecca włożyli skórzane rękawiczki i ruszyli w stronę drzwi. Pomachali jeszcze raz bliskim, a potem wyszli.

Walli podążał w pewnej odległości za nimi. Chciał zobaczyć, w jaki sposób tego dokonają. Nikomu nie ujawnili swojego planu, nawet rodzinie. Mama powiedziała, że jeśli chce się coś zachować w sekrecie, nie należy nikomu o tym mówić, to jedyny sposób. Ona i ojciec twardo przy tym obstawali; Walli nabrał podejrzeń, że kierują się zagadkowymi doświadczeniami z okresu wojny, o których nigdy nie opowiadali. Przed wyjściem z domu zapowiedział, że będzie grał na gitarze w swoim pokoju. Miał teraz gitarę elektryczną. Rodzice, nie słysząc hałasu, pomyślą, że gra bez podłączenia instrumentu do gniazdka. Wymknął się tylnymi drzwiami. Rebecca i Bernd szli, trzymając się pod ręce. Maszerowali żwawym krokiem, lecz bez pośpiechu, by nie zwracać na siebie uwagi. Było wpół do dziewiątej i poranna mgła zaczęła się unosić. Walli bez problemu widział dwie postacie: zwój sznura wypychał kurtkę na ramieniu Bernda. Nie oglądali się, a tenisówki Wallego sprawiały, że poruszał się cicho. Zauważył, że oni także mają tenisówki, lecz nie wiedział po co. Odczuwał podniecenie, a zarazem lęk. Cóż za niezwykły poranek. Widok ojca wyciągającego pistolet zza szuflady omal nie zwalił Wallego z nóg. Stary był gotów ukatrupić Hansa Hoffmanna! Może jednak nie jest totalnie zdziadziałym frajerem. Walli lękał się o swoją ukochaną siostrę, która za kilka minut mogła zginąć,

a jednocześnie czuł dreszcz uniesienia. Jeśli ona zdoła zbiec, jemu także może się udać. Nadal był zdecydowany na ucieczkę. Kiedy wbrew zakazowi ojca poszedł do klubu Minnesänger, nie został ukarany. Ojciec uznał, że strata gitary była wystarczającą karą. Mimo to cierpiał z powodu dwóch tyranów, Wernera Francka oraz pierwszego sekretarza Waltera Ulbrichta, i postanowił, że przy pierwszej okazji wyzwoli się od nich obu za jednym zamachem. Rebecca i Bernd dotarli do ulicy prowadzącej bezpośrednio do muru. Na jej końcu widać było dwóch wartowników, którzy radzili sobie z porannym chłodem, tupiąc nogami. Z ich ramion zwisały radzieckie pistolety maszynowe PPSch-41, bardziej znane jako pepesze, z magazynkami bębenkowymi. Walli ocenił, że w obecności strażników nikt nie przedostanie się przez zasieki z drutu kolczastego. Jednakże Rebecca i Bernd skręcili i weszli na cmentarz. Walli nie mógł iść za nimi alejkami, gdyż na otwartej przestrzeni za bardzo rzucałby się w oczy. Ruszył szybko pod kątem prostym do kierunku ich marszu i znalazł się za kapliczką pośrodku cmentarza. Wyjrzał zza węgła. Najwyraźniej go nie zauważyli. Doszli do północno-zachodniego narożnika cmentarza. Był tam płot z drutu, a za nim tylne podwórze domu. Rebecca i Bernd pokonali ogrodzenie. To dlatego włożyli tenisówki, domyślił się Walli. Ale po co im sznur do suszenia bielizny?

Budynki przy Bernauer Strasse były opuszczone, lecz w bocznych uliczkach normalnie mieszkali ludzie. Rebecca i Bernd zalęknieni i spięci przekradli się przez podwórze jednego z domów pięć numerów od końca ulicy zamkniętej murem. Przesadzili drugie ogrodzenie, a potem trzecie, coraz bardziej przybliżając się do muru. Rebecca miała trzydzieści lat i była zwinna, czterdziestoletni Bernd też nie narzekał na formę - opiekował się szkolną drużyną piłkarską. Przedostali się na tyły trzeciego domu od końca ulicy. Byli już wcześniej na cmentarzu, także ubrani na czarno, by wyglądać jak żałobnicy, choć w rzeczywistości badali teren. Nie przyjrzeli się dokładnie budynkom, ponieważ nie mogli skorzystać z lornetki - wydawało się to zbyt niebezpieczne - lecz byli prawie pewni, że na dach trzeciego domu można się wdrapać. Jeden dach prowadził do drugiego i umożliwiał dotarcie do opuszczonych kamienic przy Bernauer Strasse.

Im bardziej zbliżali się do celu, tym silniejsze obawy nurtowały Rebeccę. Zaplanowali, że wdrapią się na niziutką komórkę na węgiel, z niej na płaski dach, a dalej na wystający parapet okna umieszczonego obok szczytu dwuspadowego dachu. Jednak z cmentarza wysokości wydawały się mniejsze. Teraz, gdy uciekinierzy znaleźli się blisko, wspinaczka zapowiadała się przerażająco. Wejścia do środka nie brali nawet pod uwagę. Mieszkańcy mogliby wszcząć alarm. Gdyby tego nie zrobili, czekałaby ich później sroga kara. Dachy były wilgotne od mgły i zapewne śliskie, ale na szczęście nie padało. - Gotowa? - spytał Bernd. Rebecca wcale nie była gotowa. Czuła przerażenie. - Cholera, pewnie, że tak - odparła. - Tygrysica z ciebie. Wspięli się na dach komórki sięgający do piersi. Ich miękkie buty nie robiły wiele hałasu. Bernd oparł się łokciami o krawędź płaskiej przybudówki i dźwignął się. Ułożywszy się na brzuchu, wyciągnął ręce w dół i wywindował Rebeccę. Stanęli na dachu. Poczuła, że są widoczni jak na dłoni, lecz rozejrzawszy się, dostrzegła tylko jedną daleką postać w głębi cmentarza. Następny etap wspinaczki był przeraźliwie trudny. Bernd oparł kolano na parapecie, lecz ten okazał się wąski. Na szczęście zasłony zaciągnięto, więc jeśli w środku ktoś był, to niczego nie mógł widzieć, chyba że usłyszałby szmer i podszedł do okna, by zbadać jego źródło. Z pewnym trudem Bernd umieścił na parapecie drugie kolano. Oparłszy się ręką o ramię Rebekki, zdołał stanąć prosto. Teraz, stojąc mocno na wąskim parapecie, pomógł jej się wspiąć. Uklękła na występie i starała się nie patrzeć w dół. Bernd wyciągnął rękę i dotknął spadzistego dachu stanowiącego następny etap wspinaczki. Nie mógł się na niego dostać z miejsca, w którym stał, gdyż nie było się czego uchwycić poza krawędzią dachówki. Już wcześniej omówili tę kwestię. Rebecca, wciąż w pozycji klęczącej, przygotowała się na przyjęcie obciążenia. Bernd postawił stopę na jej prawym ramieniu. Dla zachowania równowagi, trzymając się krawędzi dachu, oparł na niej ciężar całego ciała. Zabolało ją, ale wytrzymała. Po chwili lewa stopa Bernda znalazła się na jej lewym ramieniu. Ciężar był równo rozłożony i mogła go przez kilka chwil utrzymać. Sekundę później Bernd przełożył nogę nad krawędzią dachu i przetoczył się. Rozłożył się, by opierać się o dach jak największą powierzchnią ciała, a potem

wyciągnął ręce w dół. Odzianą w rękawicę dłonią chwycił kołnierz płaszcza Rebekki, ona zaś złapała go za ramię. Nagle zasłony się rozsunęły i Rebecca ujrzała twarz kobiety spoglądającej na nią z odległości kilkunastu centymetrów. Nieznajoma krzyknęła. Bernd z wysiłkiem dźwignął towarzyszkę, aż zdołała przełożyć nogę nad krawędzią spadzistego dachu, a następnie podciągnął ją w bezpieczniejsze miejsce. Jednakże oboje utracili przyczepność i zaczęli się zsuwać. Rebecca rozłożyła ręce i przycisnęła dłonie w rękawicach do dachówek, Bernd uczynił to samo. Mimo to dalej się zsuwali, powoli, lecz nieubłaganie. Naraz podeszwa tenisówki Rebekki oparła się o żelazną rynnę. Nie było to pewne oparcie, ale wytrzymało i oboje znieruchomieli. - Co to był za krzyk? - spytał z niepokojem Bernd. - Z wewnątrz zobaczyła mnie jakaś kobieta. Nie sądzę, by usłyszał ją ktoś na ulicy. - Ale może podnieść alarm. - Nic na to nie poradzimy. Idźmy dalej. Gramolili się bokiem po spadzistym dachu niczym kraby. Domy były stare i niektóre dachówki popękały. Rebecca starała się nie opierać całym ciężarem na rynnie, której dotykała stopami. Posuwali się nieznośnie powoli. Wyobraziła sobie rozmowę nieznajomej kobiety z mężem. „Jeśli nic nie zrobimy, oskarżą nas o współudział. Możemy powiedzieć, że spaliśmy twardo i niczego nie słyszeliśmy, ale pewnie i tak nas aresztują. A nawet jeśli wezwiemy policję, mogą nas zgarnąć, bo będziemy podejrzani. Kiedy się coś dzieje, aresztują wszystkich w okolicy. Najlepiej będzie, jeśli udamy, że o niczym nie wiemy. Zaciągnę zasłony”. Zwykli ludzie unikali wszelkiego kontaktu z policją, lecz nieznajoma kobieta mogła nie być kimś zwykłym. Jeśli ona lub jej mąż należeli do partii, mieli dobrą posadę i przywileje, nie musieli się aż tak obawiać nękania przez policję, to zaś oznaczało, że bez wątpienia wszczęliby alarm. Jednak mijały sekundy, a Rebecca nie słyszała żadnego poruszenia. Może jej i Berndowi się upiekło. Dotarli do załomu dachu. Oparłszy stopy na przeciwległych stronach, Bernd zdołał wspiąć się wyżej i oprzeć ręce na krawędzi. Uzyskał bezpieczniejsze oparcie, lecz narażał się na to, że policjanci na ulicy zauważą palce jego ciemnych rękawic. Zmienił kąt poruszania się i czołgał się dalej, z każdą sekundą przybliżając się do

Bernauer Strasse i wolności. Rebecca podążała za nim. Zerknęła przez ramię: chciała wiedzieć, czy ktoś ich dostrzegł. Ubiory w ciemnych kolorach nie rzucały się w oczy na tle szarych dachówek, lecz nie zapewniały niewidzialności. Czy ktoś obserwuje? Widziała podwórza kamienic oraz cmentarz. Ciemna sylwetka, którą dostrzegła przed minutą, mknęła teraz od kaplicy ku bramie cmentarza. Jej żołądek wypełnił strach ciężki niczym ołów. Czyżby ktoś ich wyśledził i postanowił zawiadomić policję? Przez chwilę Rebecca spanikowała, lecz naraz uprzytomniła sobie, że zna tę sylwetkę. - Walli? - szepnęła. Co on, u diabła, wyprawia? Najwyraźniej szedł za nią i Berndem. Ale w jakim celu? I dokąd mu tak spieszno? To było bardzo niepokojące. Dotarli do tylnej ściany budynku mieszkalnego przy Bernauer Strasse. Okna były zabite deskami. Bernd i Rebecca rozważali, czy włamać się do środka, a następnie przedostać się przez następną blokadę od frontu, lecz doszli do wniosku, że byłoby to zbyt hałaśliwe, czasochłonne i trudne. Stwierdzili, że łatwiej będzie przejść górą. Krawędź dachu, na którym się znajdowali, była na poziomie rynien przyległego budynku, mogli więc łatwo przejść z jednego dachu na drugi. Od tej chwili będą wyraźnie widoczni z poziomu bocznej uliczki, gdzie ustawili się wartownicy z pistoletami maszynowymi. Zbliżała się najniebezpieczniejsza chwila przeprawy. Bernd wczołgał się po dachu na szczyt, usiadł na nim okrakiem, a potem wszedł na wyższy dach budynku mieszkalnego i skierował się ku górze. Rebecca podążała za nim, dysząc ciężko. Miała poobcierane kolana, ramiona bolały ją w miejscach, na których stanął stopami Bernd. Usiadłszy okrakiem na niższym dachu, zerknęła w dół. Znajdowała się niebezpiecznie blisko policjantów. Ci zaś właśnie zapalali papierosy. Gdyby któryś uniósł głowę, wszystko byłoby stracone. Ona i Bernd stanowili łatwe cele dla automatów. Jednakże od wolności dzieliło oboje zaledwie parę kroków. Przygotowała się, by przeczołgać się na następny dach. Coś poruszyło się pod jej lewą stopą. Tenisówka obsunęła się, a wraz z nią Rebecca. Wciąż siedziała okrakiem i uderzyła się boleśnie w krocze. Wydała zduszony krzyk i przez chwilę pełna straszliwego lęku znieruchomiała w odchylonej pozycji. Potem odzyskała równowagę. Niestety, luźna dachówka, sprawca kłopotu, zsunęła się z dachu, przetoczyła przez

rynnę i z rozgłośnym trzaskiem rozprysła się na ulicy. Gliniarze usłyszeli hałas i spojrzeli na chodnik. Rebecca zamarła. Policjanci rozglądali się. Za chwilę połapią się, że dachówka musiała spaść z dachu, i spojrzą w górę. Jednak zanim to zrobili, jeden został trafiony kamieniem. - Wszyscy policjanci to piździelcy! - ryknął ktoś. Rebecca rozpoznała głos brata.

Walli podniósł następny kamień i cisnął w wartowników. Tym razem chybił. Drażnienie się ze wschodnioniemiecką policją było zajęciem samobójczo głupim, wiedział o tym. Istniało duże prawdopodobieństwo, że zostanie aresztowany, skatowany i zamknięty w więzieniu. Ale musiał to zrobić. Widział, że Bernd i Rebecca znaleźli się w beznadziejnej sytuacji, byli widoczni jak na dłoni. Gliniarze zauważą ich lada chwila, a strzelali do uciekinierów bez wahania. Odległość była niewielka, wynosiła jakieś piętnaście metrów. W ciągu kilku sekund oboje podziurawią kule. Chyba że ktoś odwróci uwagę policjantów. Nie byli wiele starsi od Wallego. On miał szesnaście lat, oni wyglądali na dwadzieścia. Rozglądali się zdezorientowani, trzymając w ustach dopiero co zapalone papierosy. Wciąż nie rozumieli, dlaczego dachówka roztrzaskała się o beton i dlaczego w ich stronę poleciały dwa kamienie. - Świńskie ryje! - wrzasnął Walli. - Gówniane łby! Wasze matki to dziwki! Wtedy go zobaczyli. Znajdował się o sto metrów od nich, był widoczny pomimo mgły. Gdy tylko wypatrzyli napastnika, ruszyli w jego stronę. Zaczął się wycofywać. Tamci zerwali się do biegu. Walli odwrócił się i popędził. Przy bramie cmentarza obejrzał się przez ramię. Jeden z mężczyzn zatrzymał się z pewnością dotarło do niego, że nie powinni obaj opuszczać posterunku obok muru po to, by ścigać kogoś, kto jedynie obrzucił ich kamieniami. Jeszcze nie zaświtało im w głowie pytanie, w jakim celu ktoś poważył się na taki czyn. Drugi gliniarz przyklęknął i uniósł broń. Walli śmignął na cmentarz.

Bernd zawiązał sznur na murowanym kominie, sporządził bezpieczny węzeł i go zacisnął. Rebecca leżała płasko na dachu, oddychając głęboko i spoglądając w dół. Widziała policjanta biegnącego za Wallim, który rwał przez cmentarz. Drugi gliniarz wracał na posterunek, lecz na szczęście oglądał się na kolegę. Rebecca doznawała rozdwojenia: czuła ulgę, a jednocześnie lękała się o brata, który ryzykował życie, by przez kilka kluczowych sekund ściągnąć na siebie uwagę gliniarzy. Popatrzyła w drugą stronę, tam, gdzie zaczynał się wolny świat. Na Bernauer Strasse, po przeciwnej stronie, stało dwoje ludzi, mężczyzna i kobieta. Obserwowali ją i rozmawiali z ożywieniem. Trzymając sznur, Bernd usiadł i zsunął się na siedzeniu ku krawędzi zachodniej strony dachu. Następnie owinął się dwa razy liną na wysokości piersi pod ramionami, zostawiając około piętnastu metrów. Teraz mógł się wychylić za krawędź, ponieważ wisiał na sznurze przymocowanym do komina. Wrócił do Rebekki i usiadł okrakiem na szczycie dachu. - Usiądź prosto - powiedział. Przewiązał ją wolnym końcem liny i zacisnął węzeł. Trzymał linę mocno w dłoniach obleczonych w rękawice. Rebecca spojrzała po raz ostatni na Berlin Wschodni. Zobaczyła Wallego, który zręcznie wspiął się na ogrodzenie cmentarza po przeciwnej stronie. Chwilę później przemierzył jezdnię i zniknął w bocznej uliczce. Policjant dał za wygraną i zawrócił. Wtem przypadkowo spojrzał w górę i jego wzrok padł na dach budynku mieszkalnego. Ze zdumienia otworzył usta. Z całą pewnością zobaczył Rebeccę. Ona i Bernd tkwili na wierzchołku dachu, wyraźnie widoczni na tle nieba. Gliniarz krzyknął i wskazał dłonią, a potem ruszył biegiem. Rebecca stoczyła się z krawędzi i pomału zsunęła się po spadzistym dachu, aż podeszwy jej tenisówek dotknęły rynny. Usłyszała salwę z pistoletu maszynowego. Bernd stał wyprostowany obok niej, poprawiając linę. Rebecca poczuła, że dźwiga ciężar jej ciała. A więc do dzieła, pomyślała. Przetoczyła się nad rynną i zawisła w powietrzu. Lina zacisnęła się boleśnie na jej klatce piersiowej nad biustem. Przez chwilę wisiała,

a potem Bernd popuścił linę i Rebecca jęła opadać krótkimi odcinkami. Ćwiczyli to w domu jej rodziców. Bernd opuścił ją z najwyższego okna aż na wewnętrzne podwórze. Mówił, że bolą go ręce, ale dokona tego, jeśli będzie miał dobre rękawiczki. Mimo to podpowiedział jej, by wykorzystała każdą okazję do zatrzymania się i oparcia na parapecie okna, a on w tym czasie odsapnie. Do jej uszu doleciały okrzyki zachęty i domyśliła się, że grupa ludzi zebrała się na Bernauer Strasse po zachodniej stronie muru. Pod sobą widziała chodnik oraz kolczasty drut biegnący wzdłuż fasady budynku. Czy jestem już w Berlinie Zachodnim? Policja na granicy strzelała do wszystkich po wschodniej stronie, lecz miała ścisłe polecenie, by nie otwierać ognia do nikogo po zachodniej stronie, gdyż Sowieci nie chcieli prowokować incydentów dyplomatycznych. Jednak Rebecca zawisła dokładnie nad zasiekami ani w jednym kraju, ani w drugim. Usłyszała drugą serię z broni maszynowej. Gdzie są policjanci i kogo ostrzeliwują? Domyśliła się, że spróbują wspiąć się na dach i zastrzelić ją i Bernda, zanim będzie za późno. Jeśli wybiorą tę samą uciążliwą marszrutę, którą wymknęła się ich zwierzyna, nie dogonią jej w porę. Jednak zapewne oszczędzą czas, wchodząc do budynku i po prostu wbiegając schodami na górę. Rebecca była prawie u celu. Dotknęła stopami drutu kolczastego i odepchnęła się od ściany budynku, lecz nogi nie do końca oderwały się od drutu. Poczuła, że kolce przebijają spodnie i boleśnie rozdzierają skórę. Ludzie zebrani na dole pomogli jej: wyplątali Rebeccę z drutu, odwinęli sznur z klatki piersiowej i postawili ją na ziemi. Kiedy stanęła na gruncie, spojrzała w górę. Bernd znajdował się na krawędzi dachu, luzując linę na piersi. Rebecca odeszła nieco dalej od budynku, aby lepiej widzieć. Policjanci jeszcze nie dotarli na dach. Bernd uchwycił linę mocno w dłonie, a następnie zszedł tyłem z dachu. Zsuwał się powoli po ścianie, wypuszczając sznur z dłoni. Było to szalenie trudne, gdyż cały ciężar jego ciała zawisł w dłoniach trzymających linę. Ćwiczył to w domu, złażąc po tylnej ścianie. Robił to nocą, kiedy nikt nie mógł go zobaczyć. Jednakże ten budynek był wyższy. Dopingowali go gapie zebrani na ulicy. Raptem na dachu pojawił się gliniarz. Bernd przyspieszył schodzenie, ryzykując, że lina wymsknie mu się z dłoni. - Przynieście koc! - zawołał ktoś. Rebecca zdawała sobie sprawę, że nie ma na to czasu. Policjant wymierzył z pistoletu maszynowego do Bernda, ale zawahał się. Nie wolno

mu było strzelać w kierunku terytorium Niemiec Zachodnich, gdyż mógł trafić nie w tę osobę, do której celował. Taki incydent mógł doprowadzić do wybuchu wojny. Odwrócił głowę i spojrzał na linę zawiązaną wokół komina. Na pewno zdołałby ją odwiązać, lecz zanimby tego dokonał, Bernd zdążyłby zejść na ziemię. Czy miał nóż? Wyglądało na to, że nie. Naraz doznał olśnienia. Przyłożył lufę pistoletu do napiętej liny i oddał pojedynczy strzał. Rebecca krzyknęła. Sznur pękł, jego koniec śmignął w powietrzu nad Bernauer Strasse. Bernd runął w dół niczym kamień. Ludzie rozbiegli się. Bernd uderzył w chodnik z przerażającym głuchym odgłosem. I nie poruszył się.

Trzy dni później otworzył oczy i spojrzał na Rebeccę. - Cześć. - Och, Bogu dzięki - westchnęła. Zamartwiała się do kresu wytrzymałości. Lekarze mówili jej, że Bernd odzyska przytomność, lecz nie chciała uwierzyć, dopóki tego nie zobaczy. Przeszedł szereg zabiegów, podawano mu duże dawki medykamentów. Dopiero teraz Rebecca ujrzała w jego oczach błysk świadomości. Powstrzymując się od płaczu, nachyliła się nad szpitalnym łóżkiem i pocałowała go w usta. - Wróciłeś - rzekła. - Tak się cieszę. - Co się stało? - Spadłeś. Bernd skinął głową. - Tak, z dachu. Pamiętam, ale... - Policjant przerwał linę. Spojrzał w dół. - Jestem w gipsie? Rebecca pragnęła, by odzyskał przytomność, ale zarazem bała się tej chwili.

- Od pasa w dół. - Nie mogę poruszyć nogami, nie czuję ich. - Spojrzał na nią z przerażeniem. Amputowano mi nogi? Rebecca wzięła głęboki oddech. - Nie. Połamałeś większość kości nóg, ale nie czujesz ich, bo masz częściowo przerwany rdzeń kręgowy. Przez długą chwilę Bernd milczał w zamyśleniu. - Czy to się zagoi? - Lekarze mówią, że nerwy mogą się zagoić, ale powoli. - A więc... - Być może kiedyś odzyskasz sprawność dolnej części ciała. Jednak szpital opuścisz na wózku inwalidzkim. - Powiedzieli, jak długo to potrwa? - Mówią... - Rebecca z trudem powstrzymywała się od płaczu. - Musisz przygotować się na ewentualność, że to może być na stałe. Odwrócił głowę. - Zostałem kaleką. - Ale jesteśmy wolni, jesteśmy w Berlinie Zachodnim. Wydostaliśmy się. - I trafiłem prosto na wózek. - Nie myśl o tym w ten sposób. - Co ja teraz, u diabła, mam robić? - Myślałam o tym. - Rebecca nadała głosowi zdecydowany i pewny ton, choć wcale nie czuła pewności. - Ożenisz się ze mną i wrócisz do pracy dydaktycznej. - To mało prawdopodobne. - Dzwoniłam już do Anselma Webera. Pamiętasz, jest teraz dyrektorem szkoły w Hamburgu. Ma pracę dla nas obojga, zaczniemy we wrześniu. - Nauczyciel na wózku? - A co za różnica? Nadal potrafisz wytłumaczyć fizykę tak, że zrozumie najbardziej tępe dziecko w klasie. Do tego nie trzeba nóg. - Po co ci wychodzić za kalekę? - Za kalekę nie, ale za ciebie tak - odparła. - I zrobię to. - Nie możesz wyjść za mężczyznę pozbawionego funkcji poniżej pasa - stwierdził gorzko Bernd. - Posłuchaj - odrzekła groźnie. - Jeszcze trzy miesiące temu nie wiedziałam, czym jest

miłość. Dopiero cię znalazłam, więc nie zamierzam teraz utracić. Uciekliśmy, przeżyliśmy i będziemy żyć. Pobierzemy się, będziemy uczyli w szkole, będziemy się kochali. - Nie wiem. - Chcę od ciebie tylko jednego - mówiła Rebecca. - Nie wolno ci tracić nadziei. Wszystkim trudnościom będziemy stawiali czoło razem, spróbujemy razem rozwiązywać problemy. Poradzę sobie ze wszystkim, jeśli będę miała ciebie. Przyrzeknij mi, Berndzie Held, że nigdy się nie poddasz. Przenigdy. Nastąpiła długa pauza. - Przyrzeknij - powtórzyła. Uśmiechnął się. - Jesteś tygrysicą.

CZĘŚĆ TRZECIA Wyspa

1962

ROZDZIAŁ 14 Dimka i Walentin kręcili się na diabelskim kole w parku Gorkiego z Niną i Anną. Kiedy Dimkę wezwano z obozu wypoczynkowego, Nina poznała jakiegoś inżyniera i spotykała się z nim przez kilka miesięcy, później jednak zerwali i znów była wolna. Tymczasem Walentin i Anna zostali parą. Walentin spędzał w mieszkaniu dziewcząt większość weekendów. Poza tym kilkakrotnie ujawnił Dimce coś istotnego: że uprawianie seksu z jedną kobietą, a potem z drugą, to pewien etap w życiu, przez który przechodzą młodzi mężczyźni. Ale mi się poszczęściło, pomyślał Dimka. W pierwszy ciepły weekend krótkiego moskiewskiego lata Walentin zaproponował podwójną randkę. Dimka zgodził się z zapałem. Nina, inteligentna i obdarzona silną wolą, stanowiła wyzwanie, co bardzo mu się podobało. Lecz przede wszystkim była seksowna. Często wspominał, z jaką namiętnością go pocałowała. Bardzo pragnął repety. Pamiętał także jej sutki naprężone w zimnej wodzie. Zastanawiał się, czy ona również wraca myślą do tamtego dnia nad jeziorem. Jego kłopot polegał na tym, że nie potrafił lekkomyślnie wykorzystywać dziewcząt, tak jak robił to Walentin, który gotów był powiedzieć dziewczynie wszystko, byle tylko zaciągnąć ją do łóżka. Dimka uważał, że nie wypada manipulować i pomiatać ludźmi. Był także zdania, że jeśli ktoś odmawia, należy się z tym pogodzić. Walentin zaś sądził, że „nie” zawsze oznacza „może jeszcze nie teraz”. Park Gorkiego był swoistą oazą na surowej pustyni komunizmu, miejscem, do którego moskwianie ciągnęli po prostu po to, by się zabawić. Wkładali najlepsze ubrania, kupowali lody i słodycze, flirtowali z nieznajomymi i całowali się w krzakach. Anna udawała, że boi się diabelskiego młyna, Walentin zaś podejmował tę grę: otaczał ją ramieniem i zapewniał, że nic jej nie grozi. Nina zachowywała się spokojnie i Dimka wolał to niż udawany lęk, ale dziewczyna tym samym nie dawała mu okazji do zbliżenia. Wyglądała

ładnie

w bawełnianej

szmizjerce

w pomarańczowo-zielone

paski.

Szczególnie kusząco prezentowała się z tyłu; Dimka dostrzegł to, kiedy wsiadali na karuzelę. Przed randką zdobył parę amerykańskich dżinsów i niebieską koszulę w kratę. W zamian za ciuchy dał komuś dwa bilety na widowisko baletowe, których nie chciał Chruszczow; w Teatrze Bolszoj wystawiano Romea i Julię.

- Co porabiałeś od czasu, kiedy się ostatnio widzieliśmy? - zapytała Nina, gdy spacerowali po parku, popijając letni napój pomarańczowy kupiony w budce. - Pracowałem - odparł Dimka. - I nic poza tym? - Zazwyczaj przychodzę do biura godzinę przed Chruszczowem, pilnuję, żeby wszystko było gotowe: dokumenty, zagraniczne gazety, teczki, które być może będą mu potrzebne. Często pracuje do późnego wieczora, a ja rzadko wychodzę przed nim. - Dimka nie mógł ujawnić, jak ekscytujące jest w rzeczywistości to, czym się zajmuje. - Nie mam wiele czasu na inne sprawy. - W czasie studiów był taki sam - rzucił Walentin. - Nic, tylko praca, praca, praca. Na szczęście Nina nie uważała, że życie Dimki jest monotonne. - Naprawdę jesteś dzień w dzień z towarzyszem Chruszczowem? - Przeważnie. - Gdzie mieszkasz? - W domu rządowym. - Tak nazywano budynek mieszkalny dla elity władzy stojący nieopodal Kremla. - To miłe. - Razem z matką - dodał Dimka. - Gdybym mogła mieszkać w takim budynku, matka by mi nie wadziła. - Przeważnie mieszka też z nami moja siostra bliźniaczka, ale wyjechała na Kubę. Jest reporterką agencji TASS. - Chciałabym pojechać na Kubę - rzekła tęsknie Nina. - To ubogi kraj. - Zniosłabym to, w tamtym klimacie nie ma zimy. Wyobraź sobie taniec na plaży w styczniu. Dimka skinął głową. Kuba przysporzyła mu radości pod innym względem. Rewolucja Fidela Castro pokazała, że sztywne rygory ustroju radzieckiego nie są jedyną możliwą formą komunizmu. Castro miał nowe, odmienne koncepcje. - Mam nadzieję, że Castro przetrwa - dodał Dimka. - Dlaczego miałby nie przetrwać? - zdziwiła się Nina. - Amerykanie już dokonali jednej napaści. W Zatoce Świń ponieśli klęskę, ale podejmą następną próbę z większym korpusem, prawdopodobnie w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym, kiedy prezydent Kennedy będzie się ubiegał o reelekcję. - To straszne! Czy nic nie można zrobić?

- Castro stara się zawrzeć pokój z Kennedym. - Uda mu się? - Pentagon jest przeciwny, a konserwatywni kongresmeni robią wokół tego szum, więc sprawa zmierza donikąd. - Musimy udzielić poparcia rewolucji kubańskiej! - Zgadzam się, ale naszym twardogłowym Castro także się nie podoba. Nie mają pewności, czy jest prawdziwym komunistą. - Co będzie dalej? - To zależy od Amerykanów. Mogą zostawić Kubę w spokoju, ale myślę, że nie są tacy mądrzy. Wydaje mi się, że będą nękali Fidela Castro tak długo, aż dojdzie do wniosku, że jedynym krajem, który może mu pomóc, jest Związek Radziecki. Dlatego prędzej czy później zwróci się do nas o ochronę. - I co możemy zdziałać? - Dobre pytanie. - Zgłodniałem - wtrącił się Walentin. - Dziewczyny, macie w domu coś do jedzenia? - Oczywiście - odparła Nina. - Kupiłam golonkę na gulasz. - A więc na co czekamy? Po drodze kupimy z Dimką piwo. Pojechali metrem. Dziewczęta miały lokum w budynku zarządzanym przez związek zawodowy pracowników przemysłu stalowego, który dawał im zatrudnienie. Było niewielkie, składało się z sypialni z dwoma łóżkami, pokoiku z kanapą i telewizorem, kuchni z malutkim stolikiem oraz łazienki. Dimka domyślił się, że to Anna kupiła koronkowe poduszki leżące na kanapie i wazon z plastikowymi kwiatami na telewizorze, natomiast pasiaste zasłony i plakaty na ścianie z widokami gór były pomysłem Niny. Z niepokojem myślał o wspólnej sypialni. Jeśli Nina zechce się z nim przespać, to czy obie pary będą się kochały w tym samym pokoju? Takie układy nie były czymś niespotykanym, kiedy w czasach studenckich gnieździł się w zatłoczonych akademikach. Jednak Dimce to nie odpowiadało. Niezależnie od wszystkiego wolał, by Walentin nie wiedział, jak bardzo jest niedoświadczony. Zastanawiał się, gdzie sypiała Nina, kiedy Walentin zostawał u dziewcząt na noc. Spostrzegł niewielki stos koców na podłodze w pokoju stołowym i odgadł, że kładła się na kanapie. Nina włożyła mięso do pokaźnego rondla, Anna zaś pokroiła dużą brukiew. Walentin rozłożył sztućce i talerze, a Dimka rozlał piwo do naczyń. Wydawało się, że wszyscy oprócz niego wiedzą, co dalej nastąpi. Był trochę roztrzęsiony, ale się przystosowywał.

Potem Nina naszykowała przekąski: marynowane grzyby, bliny, kiełbasę i ser. Gulasz się gotował, a oni przeszli do pokoju. Nina usiadła na kanapie i klepnięciem wskazała miejsce obok siebie, na którym miał usiąść Dimka. Walentin rozsiadł się w fotelu, a Anna przycupnęła na podłodze u jego stóp. Słuchali muzyki z radia i pili piwo. Nina wrzuciła ziół do garnka i aromat wionący z kuchni sprawił, że Dimka poczuł głód. Rozmawiali o rodzicach. Rodzice Niny się rozwiedli, Walentina żyli w separacji, Anny zaś pałali do siebie nienawiścią. - Matka nie lubiła ojca - wyznał Dimka. - Ja również. Kto by lubił kagiebistę. - Byłam kiedyś mężatką, nigdy więcej - zakomunikowała Nina. - Znasz szczęśliwą mężatkę albo żonatego faceta? - Owszem - odparł Dimka. - Wujka Wołodię. Ale ciocia Zoja to piękna kobieta. Fizyk z wykształcenia, a wygląda jak gwiazda filmowa. Kiedy byłem mały, mówiłem na nią ciocia z obrazka, bo przypominała piękności ze zdjęć w kolorowych gazetach. Walentin pogładził Annę po włosach, a ona oparła głowę na jego udzie. Dimka pomyślał, że to bardzo seksowne. Pragnął dotknąć Niny i był pewien, że nie miałaby nic przeciwko temu - bo inaczej po co zaprosiła go do siebie? - ale czuł się nieswojo i jakoś niezręcznie. Chciał, żeby wykazała inicjatywę, ostatecznie to ona miała doświadczenie. Jednak dziewczyna zadowalała się słuchaniem muzyki i piciem piwa, na jej twarzy błąkał się nikły uśmiech. Gulasz okazał się przepyszny. Nina była świetną kucharką. Zjedli danie z ciemnym chlebem. Kiedy skończyli jeść i pozmywali, Walentin i Anna poszli do sypialni i zamknęli drzwi. Dimka wszedł do łazienki. Twarz, którą widział w lustrze nad umywalką, nie była przystojna. Najkorzystniejszym jej elementem były duże niebieskie oczy. Ciemnobrązowe włosy zostały przystrzyżone krótko w wojskowym stylu przyjętym wśród młodych aparatczyków. Wyglądał jak młody, poważny mężczyzna, który nie zajmuje się sprawami tak przyziemnymi jak seks. Dotknął prezerwatywy, którą miał w kieszeni. Stanowiła towar deficytowy i zdobycie jej kosztowało go niemało trudu. Jednak Dimka nie zgadzał się z podejściem Walentina, który uważał ciążę za problem kobiety. Miał przeczucie, że seks nie sprawiłby mu przyjemności, gdyby wiedział, iż w konsekwencji być może zmusi dziewczynę do urodzenia dziecka lub aborcji. Wrócił do głównego pokoju i ze zdziwieniem zobaczył, że Nina ma na sobie płaszcz.

- Pomyślałam, że odprowadzę cię na dworzec metra. Dimka się zdziwił. - Dlaczego? - Chyba nie znasz tej okolicy, nie chciałabym, żebyś się zgubił. - To znaczy, że mam sobie iść? - A co chciałbyś robić? - Zostać i cię pocałować. Nina parsknęła śmiechem. - Brakuje ci wyrafinowania, ale nadrabiasz entuzjazmem. - Zdjęła płaszcz i usiadła. Dimka usadowił się obok i pocałował ją niepewnie. Odpowiedziała chętnie, co dodało mu pewności siebie. Z radością uświadomił sobie, że nie zważała na jego brak wprawy. Wkrótce potem zapalczywie zmagał się z guzikami jej sukienki. Miała cudownie duży biust. Był opakowany w nieco odstręczający toporny stanik, lecz zdjęła go i podsunęła mu piersi do całowania. Później sprawy potoczyły się szybko. Kiedy nadeszła wielka chwila, ułożyła się na kanapie z głową na oparciu i jedną nogą na podłodze. Przyjęła tę pozycję, jakby była do tego przygotowana, i Dimka pomyślał, że robi to nie pierwszy raz. Pospiesznie wyjął kondom z kieszeni, ale Nina powiedziała: - Nie ma potrzeby. Dimka się przestraszył. - Co to znaczy? - Nie mogę rodzić dzieci, wiem to od lekarzy. Dlatego mąż się ze mną rozwiódł. Upuścił kondom na podłogę i ułożył się na niej. - Delikatnie - podpowiedziała, wprowadzając go w siebie. A więc udało się, pomyślał. Wreszcie straciłem dziewictwo.

Motorówka była długa, wąska i bardzo szybka, a do tego okropnie niewygodna takimi

przewożono

kiedyś

rum.

Pokonywała

Cieśninę

Florydzką

z prędkością

osiemdziesięciu węzłów, wpadając na każdą falę z impetem samochodu obalającego płot. Sześciu siedzących w niej mężczyzn przypiętych było pasami, tylko to zapewniało jakie takie bezpieczeństwo w pędzącej łodzi. W niewielkim luku bagażowym mieli karabinki automatyczne M3, pistolety oraz bomby zapalające. Zmierzali na Kubę.

George nie powinien z nimi być. Spoglądał na zalaną księżycowym blaskiem wodę i targały nim mdłości. Czterej pasażerowie łodzi byli kubańskimi uchodźcami mieszkającymi w Miami. George znał jedynie ich imiona. Nienawidzili komunizmu, Castro i każdego, kto się z nimi nie zgadzał. Szóstym był Tim Tedder. Zaczęło się, kiedy Tedder wszedł do biura w Departamencie Sprawiedliwości. George skojarzył go z CIA, jednak mężczyzna był oficjalnie na emeryturze i pracował jako konsultant do spraw bezpieczeństwa. George był sam w biurze. - Mogę w czymś pomóc? - spytał grzecznie. - Przyszedłem na naradę w sprawie Mangusty. George słyszał o operacji Mangusta, w którą zaangażowany był niebudzący jego zaufania Dennis Wilson, lecz nie znał szczegółów. - Proszę wejść - rzekł i wskazał krzesło. Tedder trzymał pod pachą tekturowe pudło. Był o mniej więcej dziesięć lat starszy od George’a, ale wyglądał jak żywcem wzięty z lat czterdziestych: miał na sobie dwurzędowy garnitur, a jego falista czupryna z przedziałkiem błyszczała brylantyną. - Dennis niedługo wróci - dodał George. - Dziękuję. - Jak idzie? To znaczy operacja Mangusta. Tedder spojrzał na niego z rezerwą. - Powiem na spotkaniu. - Nie będzie mnie na nim - odparł George, zerkając na zegarek. Fałszywie sugerował, że jest zaproszony, choć nie był, jednak trawiła go ciekawość. - Mam spotkanie w Białym Domu. - A szkoda. George przypomniał sobie strzęp informacji. - Zgodnie z planem powinniście realizować już fazę drugą, przygotowawczą. Twarz Teddera rozpogodziła się. Uznał, że George należy do kręgu wtajemniczonych. - Tu jest raport - rzekł, otwierając teczkę. George udawał, że wie więcej, niż naprawdę wiedział. Projekt Mangusta zakładał pomoc

kubańskim

antykomunistom

we

wznieceniu

kontrrewolucji.

Zgodnie

z harmonogramem obalenie Fidela Castro planowano na październik, tuż przed wyborami uzupełniającymi do Kongresu. Przeszkolone przez CIA grupy infiltracyjne miały zająć się

organizacją akcji politycznych i propagandowych skierowanych przeciwko reżimowi na Kubie. Tedder podał rozmówcy dwa arkusze papieru. Ten udał, że go zbytnio nie interesują, chociaż w istocie było inaczej. - Czy wszystko się odbywa według harmonogramu? Przybysz uniknął odpowiedzi na pytanie. - Trzeba zwiększyć presję. Pokątne rozprowadzanie ulotek ośmieszających Castro nie przynosi skutków, o które nam chodzi. - Jak możemy zwiększyć presję? - Wszystko jest tam zapisane - odparł Tedder, wskazując raport. George spojrzał na papiery. To, co czytał, przedstawiało się gorzej, niż oczekiwał. CIA postulowała organizowanie sabotażu mostów, rafinerii ropy, elektrowni, cukrowni oraz sieci transportu. W tej samej chwili wszedł Dennis Wilson. George zauważył, że nosi się podobnie jak Robert Kennedy: miał rozpięty kołnierzyk koszuli, rozluźniony krawat i podwinięte rękawy, jednak jego przerzedzone włosy nie mogły się równać z bujną strzechą Bobby’ego. Zauważywszy, że Tedder rozmawia z George’em, zdziwił się, a następnie zaniepokoił. - Jeżeli wysadzicie rafinerię i ktoś zginie, wtedy w Waszyngtonie każdy spośród tych, którzy wydali na to zgodę, będzie winny zabójstwa - rzekł George do Teddera. - Co mu ujawniłeś? - spytał gniewnie Wilson. - Myślałem, że ma uprawnienia! - Bo mam - odparł George. - Takie same jak Dennis. - Odwrócił się do Wilsona. Więc dlaczego tak skrzętnie to przede mną ukrywałeś? - Bo wiedziałem, że narobisz szumu. - I miałeś rację. Nie prowadzimy wojny z Kubą, zabijanie Kubańczyków to mord. - Właśnie że prowadzimy wojnę. - Czyżby? - zdziwił się George. - W takim razie jeśli Castro przyśle agentów do Waszyngtonu, a oni podłożą bombę i zabiją twoją żonę, to nie będzie przestępstwo? - Nie bądź śmieszny. - Po pierwsze, byłby to mord, a po drugie, pomyśl, jaki będzie smród, jeśli sprawa wyjdzie na jaw. Skandal na skalę międzynarodową! Wyobraź sobie Chruszczowa w siedzibie ONZ wzywającego naszego prezydenta, by ten zaprzestał finansowania terroryzmu. I jeszcze wyobraź sobie artykuły w ”New York Timesie”. Niewykluczone, że Bobby musiałby zrezygnować. A kampania reelekcyjna prezydenta? Czy nikt nie zastanowił się nad

konsekwencjami politycznymi tej operacji? - Oczywiście, że się zastanawialiśmy. Dlatego sprawa ma klauzulę najwyższej tajności. - I jak ona się sprawdza? - George przewrócił kartkę. - Czy mnie oczy nie mylą? Zamierzamy zlikwidować Fidela Castro za pomocą zatrutych cygar? - Nie należysz do grupy operacyjnej - oświadczył Wilson. - Więc po prostu o tym zapomnij, dobra? - Cholera, ani mi się śni. Idę z tym prosto do Bobby’ego. Wilson parsknął śmiechem. - Ty palancie, nie rozumiesz? To on tym wszystkim kieruje! Informacja zwaliła George’a z nóg. Mimo to udał się do Kennedy’ego, a ten rzekł spokojnie: - Pojedź do Miami i przyjrzyj się tej operacji. Niech Tedder ci wszystko pokaże. Potem wrócisz i powiesz mi, jakie jest twoje zdanie. I tak George trafił do dużego nowego obozu CIA na Florydzie, w którym szkolono kubańskich uchodźców, przygotowując ich do akcji infiltracyjnych. Później Tedder zaproponował: „Może wybierzesz się z nami? Zobaczysz wszystko na własne oczy”. To było wyzwanie i Tedder nie spodziewał się, że George je przyjmie. Ten jednak pojął, że odmawiając, osłabi swoją pozycję. W tej chwili miał przewagę, gdyż sprzeciwiał się operacji Mangusta z pobudek moralnych i politycznych. Gdyby odrzucił zaproszenie do udziału w przerzucie, wyszedłby na lękliwego. Poza tym być może nie umiał oprzeć się pokusie dowiedzenia swojej odwagi. „Zgoda - odparł nieroztropnie. - Ty też tam będziesz?” Zaskoczył tym Teddera i wnet się zorientował, że ten wolałby wycofać propozycję. Teraz jednak jemu także rzucono wyzwanie. Greg Peshkov nazywał to konkursem sikania wzwyż. Tedder również nie umiał odmówić, lecz po namyśle zastrzegł: „Rzecz jasna nie będziemy mogli powiedzieć Bobby’emu, że z nami byłeś”. W taki oto sposób obaj znaleźli się w motorówce. Szkoda, myślał George, że Jack Kennedy tak bardzo gustuje w powieściach szpiegowskich brytyjskiego pisarza Iana Fleminga. Prezydent, jak się zdawało, uważał, że James Bond może ocalić świat nie tylko w thrillerach, ale i w rzeczywistości. Bond otrzymał tak zwaną licencję na zabijanie. Bzdura. Nikt nie ma licencji na to, by zabijać. Zmierzali do małego miasteczka La Isabela leżącego na wąskim półwyspie sterczącym niczym palec z północnego wybrzeża wyspy. Znajdował się tam port i nie działała żadna gałąź przemysłu oprócz handlu. Celem akcji było zniszczenie instalacji portowych.

Mieli dotrzeć na miejsce o brzasku. Niebo na wschodzie zaczynało szarzeć, gdy sternik Sanchez przydusił potężny silnik łodzi i ryk przeszedł w niski gulgot. Sanchez dobrze znał ten odcinek wybrzeża, bo przed rewolucją jego ojciec miał w pobliżu plantację trzciny cukrowej. Na niewyraźnym horyzoncie zamajaczyła sylwetka miasta, sternik zgasił silnik i wyciągnął parę wioseł. Przybój sam niósł ich w kierunku portu, wiosła służyły głównie do sterowania. Sanchez perfekcyjnie obliczył podejście. W polu widzenia ukazało się betonowe molo. Za nim George niewyraźnie dostrzegł pokaźne magazyny ze spadzistymi dachami. W porcie nie było dużych jednostek - nieco dalej stało zacumowanych kilka niewielkich kutrów rybackich. Po plaży niósł się szmer niskich fal, poza tym wszystko okrywała cisza. Sunąca bezgłośnie motorówka stuknęła o betonowy pirs. Pasażerowie wyjęli broń z luku. Tedder podsunął George’owi pistolet, lecz ten pokręcił głową. - Weź - zachęcił agent. - Tu jest niebezpiecznie. George zdawał sobie sprawę, do czego tamten dąży: chciał, by splamił sobie ręce krwią. W ten sposób utraciłby możliwość krytykowania operacji Mangusta. Jednak George nie dał się wmanewrować. - Nie, dzięki. Jestem tu wyłącznie jako obserwator. - Kieruję tą akcję, wydaję ci rozkaz. - A ja na to: wal się. Tedder dał za wygraną. Sanchez umocował łódź i wszyscy wysiedli. Nikt się nie odzywał. Sanchez wskazał dłonią najbliższy magazyn, który wydawał się największy. Pobiegli w jego stronę, George zamykał tyły. W zasięgu wzroku nikogo nie było. George dostrzegał szereg domów wyglądających niczym drewniane szałasy. Spętany osioł skubał rzadką trawę przy gruntowej drodze. Jedynym widocznym pojazdem był zardzewiały pick-up z lat czterdziestych. George uświadomił sobie, że w miasteczku panuje wielkie ubóstwo, mimo iż kiedyś musiało być ruchliwym portem. Domyślił się, że do ruiny doprowadził je prezydent Eisenhower, nakładając w 1960 roku embargo na handel między USA i Kubą. Gdzieś zaszczekał pies. Budynek magazynu miał drewniane ściany i dach z falistej blachy, lecz nie było w nim okien. Sanchez znalazł małe drzwi i otworzył je kopniakiem. Wtargnęli do środka. Walały się tam jedynie popękane skrzynie i pudła do pakowania, kawałki lin i sznurków,

worki i podarte sieci. - Doskonale - orzekł Sanchez. Czterej Kubańczycy cisnęli na podłogę bomby zapalające. Po chwili ładunki zapłonęły i śmieci momentalnie zajęły się ogniem. Drewniane ściany także za chwilę staną w płomieniach. Wszyscy wybiegli. - Hej? - krzyknął jakiś głos po hiszpańsku. - Co jest? George odwrócił się i zobaczył Kubańczyka z białymi włosami ubranego w jakiś mundur. Za stary na policjanta lub żołnierza, musiał być nocnym stróżem. Nosił sandały na nogach. Jednak przy pasku miał również pistolet i zaczął przy nim gmerać. Zanim zdążył dobyć broni, Sanchez oddał do niego strzał. Na białej koszuli munduru na piersi pojawiła się plama krwi i mężczyzna runął na plecy. - Idziemy! - rozkazał Sanchez i cała piątka ruszyła biegiem w kierunku motorówki. George przyklęknął obok starca. Oczy leżącego skierowane były na jaśniejące niebo i nic nie widziały. - Dawaj, George! - ponaglił Tedder. Przez chwilę z piersi mężczyzny krew biła mocnym strumieniem, a potem zamieniła się w strużkę. George sprawdził puls i go nie wyczuł. Jedyna pociecha, że śmierć nastąpiła szybko. Pożar w magazynie błyskawicznie się rozprzestrzeniał, George wyczuwał bijący żar. - Bo cię zostawimy! - zagroził Tedder. Ryknął silnik motorówki. George zamknął oczy zmarłego i wyprostował się. Stał kilka sekund bez ruchu z pochyloną głową. Następnie odwrócił się i pobiegł ku łodzi. Gdy tylko się w niej znalazł, odbiła od nabrzeża i pomknęła przez zatokę. George przypiął się pasem. - Co ty tam, kurwa, wyprawiałeś?! - ryknął mu do ucha Tedder. - Zabiliśmy niewinnego. Pomyślałem, że zasługuje na chwilę szacunku. - Pracował dla komuchów! - Był nocnym stróżem, pewnie nie miał zielonego pojęcia, co to takiego komunizm. - Cholerna cipa z ciebie. George odwrócił głowę. Magazyn zamienił się w olbrzymie ognisko. Wokół budynku zaroiło się od ludzi, zapewne chcieli ugasić pożar. George skierował wzrok na morze i więcej się za siebie nie oglądał. Kiedy dopłynęli do Miami i stanęli znów na twardym gruncie, zwrócił się do Teddera:

- W czasie przeprawy nazwałeś mnie cipą. - Wiedział, że to niemal tak samo głupie jak zgoda na udział w wypadzie, lecz był zbyt dumny i nie umiał się powstrzymać. - Teraz jesteśmy na lądzie, nie musimy się martwić o bezpieczeństwo. Może powtórzysz te słowa? Tedder wlepił w niego wzrok. Był wyższy od George’a, lecz nie tak szeroki w barach. Na pewno ćwiczył walkę wręcz, George widział, że waży szanse. Kubańczycy przyglądali się temu z bezstronnym zaciekawieniem. Przeciwnik zerknął na zmasakrowane ucho George’a. - Chyba powinniśmy to puścić w niepamięć. - Tak mi się zdawało - odrzekł George. W samolocie sporządził szkic raportu dla Roberta Kennedy’ego, w którym napisał, że jego zdaniem operacja Mangusta jest nieskuteczna i że nic nie wskazuje, by mieszkańcy Kuby (w odróżnieniu od uchodźców) pragnęli obalenia Fidela Castro. Dodał, że akcja stanowi zagrożenie dla międzynarodowego prestiżu Stanów Zjednoczonych, a w razie ujawnienia wzbudzi wrogość do Ameryki. Przekazując szefowi raport, oznajmił zwięźle: - Operacja Mangusta nic nie daje i jest niebezpieczna. - Wiem - odparł Bobby. - Ale musimy coś robić.

Dimka postrzegał wszystkie kobiety w inny sposób. On i Walentin większość weekendów spędzali z Niną i Anną w mieszkaniu dziewcząt: pary na przemian sypiały w łóżku albo na podłodze w dużym pokoju. Kochali się z Niną dwa lub nawet trzy razy w ciągu nocy. Dowiedział się, dokładniej niż marzył, jak wygląda, pachnie i smakuje kobiece ciało. Odtąd patrzył na przedstawicielki drugiej płci w inny, bardziej świadomy sposób. Wyobrażał je sobie nagie, oczami wyobraźni widział łuki ich piersi i owłosienie, ich twarze podczas aktu miłosnego. W pewnym sensie, poznawszy jedną kobietę, poznał wszystkie. Czuł się odrobinę niewierny wobec Niny, kiedy na plaży w Picundzie podziwiał Natalię Smotrową ubraną w kanarkowy kostium, z mokrymi włosami i zapiaszczonymi stopami. Jej szczupła figura nie miała zaokrągleń takich jak u Niny, a mimo to budziła nie mniejszy zachwyt. Być może zasługiwał na pobłażanie, gdyż od dwóch tygodni przebywał na wybrzeżu Morza Czarnego w towarzystwie Chruszczowa i prowadził życie mnicha. Tak czy owak, nie traktował tej pokusy poważnie, bo Natalia nosiła na palcu obrączkę. Czytała przepisany na maszynie raport, a on poszedł popływać; było południe. Potem włożyła sukienkę na kostium, on zaś w tym samym czasie przebierał się w szorty domowej

roboty. Później razem wrócili z plaży do budynku, który nazywali koszarami. Był to brzydki nowy obiekt z pokojami dla gości niższej rangi takich jak oni. W jadalni cuchnącej gotowaną wieprzowiną i kapustą spotkali się z pozostałymi asystentami. W przyszłym tygodniu miało się odbyć posiedzenie Politbiura, obecne zaś spotkanie służyło do tego, by każdy mógł sobie przygotować pozycję wyjściową. Cel jak zwykle polegał na określeniu kwestii spornych i ocenie potencjalnego wsparcia dla tej bądź innej opcji. Tym sposobem asystent mógł uchronić pryncypała przed kłopotliwą sytuacją, gdy ten opowiada się za propozycją, która zostanie później utrącona. Dimka niezwłocznie przystąpił do ataku. - Dlaczego Ministerstwo Obrony tak się ociąga z wysłaniem broni naszym towarzyszom na Kubie? To jedyne państwo rewolucyjne na kontynencie amerykańskim. Dowód, że marksizm przemawia do narodów całego świata, a nie tylko tych na wschodzie. Entuzjazm Dimki wobec kubańskiej rewolucji brał się nie tylko z pobudek ideologicznych. Brodaci bohaterowie prezentowali się wspaniale w mundurach polowych, jakże byli różni od posępnych radzieckich przywódców w szarych garniturach. Komunizm powinien być radosną krucjatą, która uczyni świat lepszym. Czasami Związek Radziecki przypominał

średniowieczny

klasztor,

w którym

wszyscy

złożyli

śluby

ubóstwa

i posłuszeństwa. Jewgienij Filipow, asystent ministra obrony, najeżył się. - Castro nie jest prawdziwym marksistą, lekceważy słuszną linię wytyczoną przez Socjalistyczną Partię Ludową Kuby. - Była to partia promoskiewska. - Jego działania są rewizjonistyczne. Zdaniem Dimki rewizjonizm bardzo dobrze by zrobił komunizmowi, ale rzecz jasna nie powiedział tego na głos. - Rewolucja kubańska to potężny cios w kapitalistyczny imperializm. Powinniśmy go wspierać choćby dlatego, że bracia Kennedy tak bardzo nienawidzą Fidela Castro! - Doprawdy? Ja tego nie wiem. Od inwazji w Zatoce Świń minął rok. Co od tego czasu zrobili Amerykanie? - Castro wysyłał sygnały, że chce pokoju, a oni je odrzucili. - Owszem, konserwatyści w Kongresie nie pozwolili Kennedy’emu zawrzeć pokoju z Castro, choć do tego dążył. Ale to nie znaczy, że pójdzie na wojnę. Dimka rozejrzał się po twarzach asystentów ubranych w koszule z krótkimi rękawami i sandały. Obserwowali w milczeniu starcie dwóch gladiatorów, by zorientować się, kto wyjdzie z niego zwycięsko.

- Musimy uczynić wszystko, by rewolucja kubańska nie została obalona. Towarzysz Chruszczow uważa, że Amerykanie przeprowadzą drugą inwazję, tym razem lepiej zorganizowaną i szczodrzej finansowaną. - Gdzie są na to dowody? Dimka poczuł się pokonany. Podjął ofensywę i starał się, ale jego pozycja była zbyt słaba. - Nie mamy dowodów świadczących za jednym albo za drugim - przyznał. - Musimy działać na podstawie rachunku prawdopodobieństwa. - Możemy także poczekać z uzbrojeniem Castro, aż sytuacja się wyjaśni. Kilku uczestników narady pokiwało głowami. Filipow zdobył dużo punktów w potyczce z Dimką. Wtedy głos zabrała Natalia. - Ściśle rzecz biorąc, istnieją pewne dowody - oznajmiła, podając Dimce kartki przeczytane na plaży. Ten zerknął na dokument. Był to raport dyrektora placówki KGB w Stanach Zjednoczonych zatytułowany Operacja Mangusta. Czytał błyskawicznie kolejne strony, Natalia tymczasem mówiła dalej: - Wbrew temu, co twierdzi towarzysz Filipow z Ministerstwa Obrony, KGB ma pewność, że Amerykanie nie zrezygnowali z Kuby. - Dlaczego nie rozdano wszystkim tego dokumentu? - spytał wściekły Filipow. - Ponieważ dopiero dotarł z Waszyngtonu - odparła beznamiętnie Natalia. Dostaniecie egzemplarze po południu, jestem pewna. Zawsze jakoś tak się składa, że kluczowe informacje wpadają w jej ręce wcześniej niż innym, uświadomił sobie Dimka. To była wielka umiejętność asystenta. Na pewno szef Natalii, minister spraw zagranicznych Gromyko, wysoko ceni jej zdanie. Bez wątpienia właśnie to było powodem, dla którego młodej kobiecie powierzono tak ważne stanowisko. Dimka czytał tekst ze zdumieniem. Wynikało z niego, że w sporze z Filipowem rację miał on, Dimka, lecz kubańskiej rewolucji wróżył fatalnie. - Sytuacja jest gorsza, niż obawiał się towarzysz Chruszczow! - oznajmił. - Grupy sabotażowe CIA przedostają się na Kubę, by niszczyć cukrownie i elektrownie. To wojna podjazdowa! Co więcej, Amerykanie knują spisek na życie Fidela Castro! - Czy te informacje są wiarygodne? - powątpiewał adwersarz, rozpaczliwie usiłując ratować sytuację. Dimka spojrzał na niego.

- Jaka jest twoja opinia o KGB, towarzyszu? Uciszył tym Filipowa. Następnie wstał. - Wybaczcie, że przedwcześnie zamykam posiedzenie, ale moim zdaniem pierwszy sekretarz musi natychmiast zobaczyć ten dokument - oświadczył, po czym wyszedł z budynku. Do białej willi Chruszczowa prowadziła ścieżka wśród sosnowego zagajnika. W środku wisiały białe zasłony, a meble zrobione były z drewna pobejcowanego tak, że przypominało deski wyrzucone falami na morski brzeg. Dimka zastanawiał się, kto wybrał tak nowoczesny styl, bo na pewno nie prosty wieśniak Chruszczow, który - jeśli w ogóle dostrzegał sprzęty - wolałby zamszowe obicia i dywany w kwieciste wzory. Dimka zastał przywódcę na górnym tarasie z widokiem na zatokę. Chruszczow dzierżył w dłoniach mocną lornetkę wyprodukowaną przez KOMZ. Asystent nie czuł zdenerwowania; wiedział, że zaskarbił sobie sympatię Chruszczowa. Przywódca cenił to, że Dimka stawia się innym asystentom. - Pomyślałem, że zechcecie od razu przeczytać ten raport - odezwał się Dimka. Operacja Mangusta... - Przed chwilą czytałem - wpadł mu w słowo Chruszczow i podał lornetkę. - Spójrz tam - polecił, wskazując dłonią w kierunku wybrzeży Turcji. Dimka uniósł instrument. - Amerykańskie pociski atomowe - dodał pierwszy sekretarz partii. - Wycelowane prosto w moją daczę! Jego asystent nie dostrzegł pocisków ani Turcji odległej o dwieście pięćdziesiąt kilometrów. Rozumiał jednak, że charakterystyczny teatralny gest Chruszczowa był w istocie uzasadniony. Amerykanie rozmieścili na terytorium Turcji pociski Jupiter, które choć przestarzałe, wcale nie były nieszkodliwe. Dimka uzyskał tę informację od wujka Wołodii, który służył w wywiadzie Armii Czerwonej. Teraz nie bardzo wiedział, jak ma się zachować. Udać, że widzi pociski przez lornetkę? Przecież Chruszczow wie, że to niemożliwe. Pryncypał rozwiązał za niego problem, niemal wyrywając mu szkła. - I wiesz, co zrobię? - Proszę powiedzieć. - Dam Kennedy’emu posmakować, jak to jest. Postawię pociski atomowe na Kubie, wycelowane w jego daczę!

Dimce odjęło mowę. Tego się nie spodziewał i wątpił, by to był dobry pomysł. Podzielał zdanie szefa, że trzeba zwiększyć pomoc wojskową dla Kuby, i walczył o to z Ministerstwem Obrony, lecz Chruszczow chciał posunąć się za daleko. - Pociski atomowe? - powtórzył, by dać sobie czas do namysłu. - Właśnie tak! - Chruszczow wskazał palcem raport KGB o operacji Mangusta, który Dimka wciąż trzymał w dłoniach. - A to przekona Prezydium KPZR, by dać mi poparcie. Zatrute cygara. Ha! - Nasza oficjalna linia była taka, że nie rozmieścimy broni nuklearnej na Kubie zauważył Dimka w sposób, w jaki podaje się przyczynkową informację niestanowiącą argumentu w sporze. - Kilka razy zapewnialiśmy o tym Amerykanów, i to publicznie. Chruszczow wyszczerzył zęby w szelmowskim uśmiechu. - A więc Kennedy zdziwi się jeszcze bardziej! Kiedy Chruszczowa ogarniał podobny nastrój, Dimka wpadał w popłoch. Pierwszy sekretarz nie był głupcem, lecz miał zacięcie hazardzisty. Jeśli wymyślony przez niego plan spali

na

panewce,

może

doprowadzić

do

upokorzenia

dyplomatycznego,

które

spowodowałoby upadek jego przywództwa w ZSRR. Tym samym dalsza kariera Dimki stanęłaby pod znakiem zapytania. Co gorsza, Amerykanie mogliby zostać sprowokowani do przeprowadzenia inwazji na Kubę, choć w zamyśle miało być odwrotnie. Na wyspie przebywała ukochana siostra Dimki. Istniała nawet możliwość, że w toku wydarzeń zapłonie iskra wojny jądrowej, ta zaś położy kres kapitalizmowi, komunizmowi, a być może także istnieniu całej rasy ludzkiej. Z drugiej strony Dimka nie mógł pohamować dreszczu emocji. Cóż to byłby za przeolbrzymi cios w zadufanych, pewnych siebie braci Kennedych, w Stany Zjednoczone, tego globalnego łotra, oraz w cały blok mocarstw kapitalistyczno-imperialistycznych. Gdyby zagrywka się powiodła, przyniosłaby wielki triumf Związkowi Socjalistycznych Republik Radzieckich i Chruszczowowi. Jak postąpić? Dimka jął myśleć praktycznie, w jaki sposób ograniczyć apokaliptyczne zagrożenia związane z planem pierwszego sekretarza. - Moglibyśmy zacząć od podpisania traktatu pokojowego z Kubą. Amerykanom trudno byłoby zaprzeczyć, że planowali napaść na ubogi kraj Trzeciego Świata. - Chruszczow spojrzał na Dimkę bez entuzjazmu, lecz milczał, Dimka więc mówił dalej: - Potem przyspieszylibyśmy dostawę broni konwencjonalnej na Kubę. Kennedy’emu niezręcznie byłoby protestować, bo dlaczego jakiś kraj nie miałby kupować uzbrojenia dla swojej armii? Na koniec moglibyśmy wysłać pociski...

- Nie - przerwał Chruszczow. Dimka przypomniał sobie, że jego pryncypał nigdy nie był zwolennikiem stopniowania działań. - Zrobimy inaczej. Wyślemy pociski po cichu, zapakujemy je do skrzyń z napisami „rury melioracyjne” albo coś w tym rodzaju. Nawet kapitanowie statków nie będą wiedzieli, co jest w środku. Przerzucimy na Kubę specjalistów, którzy zmontują wyrzutnie. Amerykańcy się nie połapią, co kombinujemy. Dimce zakręciło się w głowie od lęku i ekscytacji. Tak wielkie przedsięwzięcie będzie niesłychanie trudno zachować w sekrecie, nawet w Związku Radzieckim. Tysiące ludzi weźmie udział w pakowaniu sprzętu, wysyłaniu go koleją do portów, rozpakowywaniu na Kubie i rozmieszczaniu. Czy to w ogóle możliwe, by zapewnić sobie milczenie ich wszystkich? Mimo to nie protestował. - A potem, kiedy rakiety będą gotowe do odpalenia - ciągnął Chruszczow - wydamy oświadczenie. Sprawa zostanie zamknięta, Amerykanie nic nie będą mogli na to poradzić. Chruszczow uwielbiał takie monumentalne gesty. Dimka uświadomił sobie, że za nic nie zdoła mu tego wyperswadować. - Zastanawiam się tylko, jak prezydent Kennedy zareaguje na taki komunikat - rzekł ostrożnie. Chruszczow prychnął pogardliwie. - To chłoptaś, bojaźliwy i słaby żółtodziób. - Oczywiście - przytaknął Dimka, lecz obawiał się, że pierwszy sekretarz może nie doceniać młodego prezydenta Stanów Zjednoczonych. - Ale szóstego listopada odbędą się wybory uzupełniające. Jeśli informację o pociskach ujawnimy w czasie kampanii, Kennedy znajdzie się pod ogromną presją polityczną, by poczynić drastyczne kroki. Tylko w taki sposób mógłby uniknąć haniebnej klęski wyborczej. - Wobec tego trzeba dopilnować, by do szóstego listopada sprawa pozostała w tajemnicy. - Kto ma to zrobić? - zapytał Dimka. - Wy. Będziecie kierować tą operacją i odpowiadać za moje kontakty z Ministerstwem Obrony, które będzie musiało wszystko przeprowadzić. Waszą rolą będzie dopilnować, żeby nie doszło do przecieku, zanim będziemy gotowi. - Dlaczego wybraliście właśnie mnie? - wykrztusił wstrząśnięty Dimka. - Nienawidzicie tego kutasa Filipowa, więc postaracie się go przeczołgać. Dimka był zbyt oszołomiony, by dociekać, skąd Chruszczow wie o jego niechęci do Filipowa. Armia otrzymała prawie niewykonalne zadanie i to na niego, Dimkę, spadnie wina,

jeśli coś się nie powiedzie. Sytuacja była wręcz katastrofalna. Wiedział doskonale, że nie wolno mu wyrażać swoich obaw. - Dziękuję wam, Nikito Siergiejewiczu - rzekł oficjalnie. - Możecie na mnie polegać.

ROZDZIAŁ 15 Limuzyna GAZ-13 zwana była mewą ze względu na opływowe tylne skrzydła w amerykańskim stylu. Mogła wyciągnąć sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę, choć przy jeździe z taką prędkością po radzieckich drogach o komforcie nie mogło być mowy. Występowała w kolorze wiśniowo-kremowym z białymi oponami, lecz Dimka miał czarną. Samochód podjeżdżał do nabrzeża przystani w Sewastopolu na Ukrainie, on zaś siedział na jego tylnej kanapie. Miasto usadowiło się na koniuszku Półwyspu Krymskiego, który wrzynał się w Morze Czarne. Przed dwudziestu laty Niemcy zrównali je z ziemią bombardowaniami lotniczymi i artyleryjskimi. Po wojnie Sewastopol odbudowano: balkony w stylu śródziemnomorskim i weneckie łuki miały nadawać mu klimat radosnego nadmorskiego kurortu. Dimka wysiadł i spojrzał na zacumowany przy pirsie frachtowiec do przewozu drewna z ponadwymiarowymi lukami ładunkowymi na pnie drzew. W blasku palącego letniego słońca dokerzy ładowali na pokład narty i kartony zimowej odzieży wyraźnie oznaczone tak, by sprawiały wrażenie, że statek kieruje się na lodowatą północ. Dimka wykoncypował zwodniczą nazwę operacja Anadyr - tak nazywało się miasto na Czukotce. Obok auta Dimki zaparkowała druga mewa. Wysiadło z niej czterech mężczyzn w mundurach wywiadu Armii Czerwonej i stanęło, czekając na jego polecenia. Wzdłuż doku biegły tory kolejowe, nad nimi zaś stanął okrakiem wielki dźwig suwnicowy umieszczony tak, by można było przenosić ładunek z wagonów prosto na statek. Dimka zerknął na zegarek. - Pierdolony pociąg powinien już tu być. Nerwy miał napięte do granic. Nigdy czegoś takiego nie odczuwał i dopóki nie rozpoczęła się ta operacja, właściwie nie wiedział, czym jest stres. Najwyższą szarżą Armii Czerwonej obecną w porcie był pułkownik Pankow. Zwracał się do Dimki oficjalnie i z szacunkiem. - Mam zadzwonić, Dmitriju Iljiczu? - Zdaje się, że nadjeżdża - odezwał się drugi oficer, porucznik Mejer. Dimka spojrzał na tory. Z oddali sunął powoli długi wąż niskich, odkrytych wagonów załadowanych podługowatymi drewnianymi skrzyniami. - Czemu, do kurwy nędzy, wszyscy uważają, że kwadrans spóźnienia jest dozwolony? - warknął Dimka.

Obawiał się działalności szpiegów. Złożył wizytę w miejscowej placówce KGB i przejrzał listę podejrzanych osób zamieszkałych na tym terenie. Byli to sami dysydenci: poeci, księża, malarze abstrakcyjni i Żydzi pragnący wyjechać do Izraela - czyli typowi radzieccy malkontenci, równie groźni jak członkowie klubu cyklistów. Mimo to Dimka kazał ich wszystkich aresztować, jednak żaden nie wydał mu się niebezpieczny. CIA niemal na pewno miała w Sewastopolu prawdziwych agentów, lecz KGB nie wiedziało, kim są. Ze statku zszedł po trapie mężczyzna w mundurze kapitana i zwrócił się do Pankowa: - To wy tutaj dowodzicie, pułkowniku? Pankow skinieniem głowy wskazał Dimkę. - Mój statek nie może płynąć na Półwysep Czukocki - oznajmił kapitan, lecz z mniejszym niż poprzednio szacunkiem. - Wasz port docelowy jest utajniony - poinformował go Dimka. - Macie o nim nie mówić. Trzymał w kieszeni zalakowaną kopertę, którą kapitan otworzy po przejściu z Morza Czarnego na Śródziemne. Wtedy dowie się, że zmierza na Kubę. - Potrzebny jest mi olej do niskich temperatur, płyny rozmrażające, sprzęt do odladzania... - Stulcie, kurwa, pysk - warknął Dimka. - Muszę zaprotestować. Warunki syberyjskie... Dimka zwrócił się do porucznika Mejera: - Rąbnijcie go w zęby. Mejer, rosłe chłopisko, uderzył mocno. Kapitan runął na ziemię z krwawiącymi ustami. - Wracać na pokład, czekać na rozkazy i gęba na kłódkę - polecił Dimka. Kapitan oddalił się, a mężczyźni zebrani na nabrzeżu skierowali uwagę na nadjeżdżający pociąg. Anadyr to była operacja zakrojona na dużą skalę. Zbliżający się skład będzie pierwszym z dziewiętnastu podobnych, a wszystko to po to, by przerzucić do Sewastopola zaledwie pierwszą z wielu jednostek rakietowych. W sumie Dimka ekspediował na Kubę pięćdziesiąt tysięcy ludzi i dwieście trzydzieści tysięcy ton sprzętu. Oddano mu do dyspozycji flotyllę osiemdziesięciu pięciu statków. Nadal nie miał pomysłu, w jaki sposób utrzymać przedsięwzięcie w tajemnicy. Wielu ludzi władzy w Związku Radzieckim cechowały lekkomyślność, lenistwo, skłonność do kieliszka oraz najzwyklejsza głupota. Nie rozumieli poleceń, zapominali, nie

przykładali się do postawionych zadań i z nich rezygnowali, a czasem po prostu uznawali, że wiedzą lepiej. Przekonywanie ich za pomocą argumentów nie zdawało egzaminu, zjednywanie sobie przynosiło skutki jeszcze gorsze. Jeśli ktoś okazywał im uprzejmość, uznawali go za durnia, którego można zignorować. Pociąg wlókł się mozolnie torami wzdłuż statku, stalowe hamulce piszczały. Każdy specjalnie zbudowany wagon wiózł jedną skrzynię o długości dwudziestu pięciu i szerokości niespełna trzech metrów. Suwnicowy wspiął się do kabiny. Dokerzy wskoczyli na wagony i jęli przygotowywać skrzynie do przeładunku. Kompania żołnierzy, która jechała pociągiem, zaczęła pomagać robotnikom. Dimka z ulgą zauważył, że zgodnie z jego poleceniem usunęli z mundurów oznaczenia jednostki rakietowej. Z jednego z wagonów zeskoczył mężczyzna w cywilnym ubraniu i Dimka ze złością rozpoznał Jewgienija Filipowa, swojego oponenta z Ministerstwa Obrony. Filipow podszedł do Pankowa, podobnie jak wcześniej kapitan statku, lecz ten oznajmił: - Tutaj dowodzi towarzysz Dworkin. Filipow wzruszył ramionami. - Parę minut spóźnienia - rzucił z zadowoloną miną. - To przez to, że... Nagle Dimka coś zauważył. - O jasna cholera, nie - zaklął. - Co się stało? - chciał wiedzieć Filipow. Dimka tupnął nogą o betonowe nabrzeże. - Kurwa mać! Kurwa mać! - O co chodzi? Dimka zmierzył go wściekłym spojrzeniem. - Kto dowodzi pociągiem? - Jest z nami pułkownik Kac. - Dawaj mi tu zaraz tego tępego gnojka. Filipowowi było nie w smak, że ma spełniać rozkazy wroga, jednakże nie mógł odmówić. Pankow spojrzał pytająco na asystenta Chruszczowa. - Widzicie, co jest napisane na boku każdej skrzyni? - spytał ten ze złością i rezygnacją. Pankow skinął głową. - Wojskowe oznaczenie kodowe. - Otóż to - potwierdził gorzkim tonem Dimka. - Oznacza ono „Pocisk balistyczny

R-Dwanaście”. - O szlag. Dimka w poczuciu bezradności pokręcił głową. - Dla niektórych tortury to za mało. Już od dawna nurtowała go obawa, że prędzej czy później przyjdzie mu stoczyć bój z wojskowymi. Lepiej, że doszło do tego teraz, przy okazji pierwszego transportu. I był przygotowany na tę potyczkę. Filipow wrócił w towarzystwie pułkownika i majora. - Dzień dobry, towarzysze - odezwał się starszy stopniem oficer. - Jestem pułkownik Kac. Drobne opóźnienie, ale poza tym wszystko przebiega gładko... - Nic podobnego, ty tępy kutasie - wpadł mu w słowo Dimka. - Coście powiedzieli? - Kac nie dowierzał swoim uszom. - Słuchaj, Dworkin, nie wolno ci się tak odzywać do oficera - zwrócił mu uwagę Filipow. Dimka go zignorował. - Swoją niesubordynacją naraziliście bezpieczeństwo całej operacji. Otrzymaliście rozkaz, by zamalować wojskowe numery na skrzyniach. Dostaliście nowe szablony napisów „Plastikowe rury konstrukcyjne”. Mieliście je umieścić na skrzyniach. - Zabrakło czasu - oburzył się Kac. - Bądź rozsądny, Dworkin - powiedział Filipow. Dimka podejrzewał, że asystent ministra obrony być może cieszy się z tego, że tajemnica wycieknie, bo wówczas Chruszczow zostanie zdyskredytowany i może nawet utracić władzę. Wskazał na południe, w kierunku morza. - Kac, ty cholerny idioto, dwieście pięćdziesiąt kilometrów stąd zaczyna się państwo członkowskie NATO. Nie wiesz, że Amerykanie mają szpiegów? I że wysyłają ich do miejsc takich jak Sewastopol, który jest ważną radziecką bazą morską i portem? - Oznaczenia są zakodowane... - Zakodowane? Co wy macie w mózgu, psie gówno? Wyobrażacie sobie, że jak są szkoleni kapitalistyczno-imperialistyczni szpiedzy? Uczy się ich rozpoznawać oznaczenia mundurów, na przykład insygnia jednostki rakietowej, które macie na kołnierzu, co także jest wbrew rozkazom. Oraz inne oznaczenia wojsk i sprzętu. Ty durny knucie, każdy zdrajca i informator CIA w Europie potrafi odczytać te wojskowe znaczki na skrzyniach. Kac odwołał się do swojej godności.

- Za kogo wy się uważacie? Nie ważcie się tak do mnie odzywać. Mam dzieci starsze od was. - Jesteście odsunięci od dowodzenia - oznajmił Dimka. - Nie bądźcie śmieszni. - Proszę mu pokazać. Pułkownik Pankow wyjął z kieszeni kartkę papieru i podał Kacowi. - Jak widzicie, mam odpowiednie uprawnienia - rzekł Dimka. Zauważył, że Filipow stoi z otwartymi ustami. - Aresztuję was jako zdrajcę. Pójdziecie z tymi żołnierzami. Porucznik Mejer i drugi z podwładnych Pankowa podeszli do Kaca z obu stron, wzięli go pod ręce i zaprowadzili do limuzyny. Filipow pozbierał myśli. - Dworkin, na litość boską... - Jeśli nie masz nic sensownego do powiedzenia, zamknij gębę, do kurwy nędzy przerwał mu Dimka i zwrócił się do majora pułku rakietowego, który jak dotąd stał bez słowa: - Jesteście pierwszym zastępcą Kaca? - Tak jest, towarzyszu - odparł przerażony oficer. - Major Spektor do waszych usług. - Teraz wy dowodzicie. - Dziękuję. - Zabierzcie ten pociąg. Na północ stąd jest spory kompleks zabudowań kolejowych. Załatwcie z kierownictwem kolei, że postawicie tam skład na dwanaście godzin. Przemalujecie skrzynie i przyprowadzicie go tutaj jutro. - Tak jest, towarzyszu. - Pułkownik Kac pojedzie do obozu pracy na Syberii i spędzi tam resztę życia, a długo nie pożyje. Zatem, majorze Spektor, nie popełnijcie błędu. - Nie popełnię. Dimka wsiadł do limuzyny i odjechał. Filipow znieruchomiał na nabrzeżu i wyglądał tak, jakby wciąż nie mógł ogarnąć rozumem tego, co się przed chwilą stało.

Tania Dworkina stała na nabrzeżu w Mariel na Kubie. Miejscowość leżała na północnym wybrzeżu wyspy, czterdzieści kilometrów od Hawany. Był tam wąski przesmyk stanowiący wejście do ogromnej naturalnej przystani ukrytej wśród wzgórz. Spoglądała z niepokojem na radziecki statek zacumowany przy betonowym pirsie. Tuż obok zaparkowała

rosyjska ciężarówka ZIŁ-130 z przyczepą długości dwudziestu pięciu metrów. Dźwig zdejmował z pokładu statku długą drewnianą skrzynię i nieznośnie powoli przenosił ją w powietrzu ku przyczepie. Na skrzyni widniał napis po rosyjsku „Plastikowa rura konstrukcyjna”. Widziała to wszystko w blasku reflektorów. Z rozkazu jej brata statki rozładowywano nocą. Wszystkie inne jednostki musiano usunąć z portu. Wejście do zatoki odcięły łodzie patrolowe. Nurkowie przeszukali otoczenie frachtowca, by wyeliminować zagrożenia podwodne. Nazwisko Dimki wymawiano ze strachem: jego słowo jest prawem, jego gniewu lepiej nie oglądać, powiadano. Tania pisała dla agencji TASS artykuły opowiadające o tym, jak Związek Radziecki niesie pomoc Kubie, oraz o wdzięczności narodu kubańskiego wobec sojusznika w dalekiej części ziemskiego globu. Jednak prawdziwe informacje przekazywała bratu pracującemu na Kremu za pomocą telegrafu, który należał do KGB. Dimka zlecił jej nieoficjalne zadanie polegające na kontrolowaniu, czy jego polecenia wykonywane są sumiennie. I to właśnie budziło niepokój dziewczyny. Towarzyszył jej generał Paz Oliva, najurodziwszy mężczyzna, jakiego w życiu poznała. Paz był oszałamiająco atrakcyjny: wysoki i silny, budził odrobinę lęku, dopóki nie odezwał się miękkim basowym głosem, który przywodził na myśl dźwięk strun wiolonczeli pieszczonej smyczkiem. Miał trzydzieści parę lat; większość wojskowych Fidela Castro była w młodym wieku. Ciemna karnacja skóry i kędzierzawe włosy sprawiały, że przypominał bardziej Murzyna niż Latynosa. Wyglądał jak model z plakatu sławiącego prowadzoną przez Castro politykę równości rasowej, tak odmienną od poczynań Kennedy’ego. Tania pokochała Kubę, ale nie od razu. Tęskniła za Wasilijem bardziej, niż przewidywała. Uświadomiła sobie, jak bardzo go lubi, mimo że nigdy nie zostali kochankami. Martwiła się, że cierpi głód i chłód w syberyjskim obozie pracy. Kampania, za którą został ukarany - rozpowszechnianie informacji o chorobie śpiewaka Ustina Bodiana - przyniosła częściowe powodzenie: Bodiana zwolniono z więzienia, lecz zaraz potem zmarł w moskiewskim szpitalu. Wasilij z pewnością dostrzegłby znaczącą ironię takiego obrotu zdarzeń. Do niektórych rzeczy nie potrafiła przywyknąć. Wychodząc, nadal wkładała płaszcz, mimo że nigdy nie było zimno. Znudziły ją fasola i ryż i ze zdumieniem odkryła, że tęskni za miską kaszy z kwaśnym mlekiem. Po niekończących się dniach gorącego letniego słońca z nadzieją wyglądała ulewy, która odświeżyłaby ulice miasta.

Kubańscy rolnicy byli równie biedni jak radzieccy chłopi, lecz wydawali się szczęśliwsi, być może za sprawą klimatu. W końcu nieodparta radość życia Kubańczyków oczarowała Tanię. Paliła cygara i piła rum z tuKolą, miejscowym odpowiednikiem coca-coli. Uwielbiała tańczyć z Pazem w zniewalającym rytmie tradycyjnej muzyki o nazwie trova. Castro nakazał zamknąć wszystkie nocne kluby, lecz nikt nie mógł zabronić Kubańczykom gry na gitarach, toteż muzycy przenieśli się do małych barów zwanych casas de la trova. Mimo to martwiła się o ten naród, który rzucił wyzwanie Stanom Zjednoczonym Ameryki Północnej, olbrzymiemu sąsiadowi oddalonemu o zaledwie sto pięćdziesiąt kilometrów szerokości Cieśniny Florydzkiej. Miała świadomość, że któregoś dnia mieszkańcy Kuby mogą za to zapłacić. Na myśl o tym czuła się niczym zuchwały ptaszek, który siada między otwartymi szczękami krokodyla i wydziobuje pokarm spomiędzy ostrych jak noże zębów wielkiej bestii. Czy cena, jaką zapłacą Kubańczycy, nie będzie zbyt wysoka? Tylko czas mógł przynieść odpowiedź na to pytanie. Tania wątpiła w szanse zreformowania komunizmu, lecz niektóre poczynania Fidela Castro budziły podziw. Rok 1961 ogłoszono rokiem edukacji i dziesięć tysięcy studentów rozeszło się po wsiach, by uczyć rolników czytać. Ta heroiczna krucjata miała na celu wyeliminować analfabetyzm za jednym zamachem. Pierwsze zdanie elementarza brzmiało „Rolnicy pracują w spółdzielni” - ale czy to było ważne? Ci, którzy potrafią czytać, łatwiej przejrzą oficjalną propagandę rządową. Fidel Castro żadną miarą nie był bolszewikiem. Odrzucał sztywną ideologię i bez wytchnienia poszukiwał nowych koncepcji. To właśnie budziło irytację Kremla. Jednak nie był także demokratą. Tania ze smutkiem usłyszała, jak ogłasza, że rewolucja sprawiła, iż wybory są niepotrzebne. Pod jednym wszak względem niewolniczo naśladował wzorce zaczerpnięte ze Związku Radzieckiego: z pomocą doradców z KGB stworzył bezwzględną i skuteczną tajną policję, która miała zdławić wszelki opór wobec systemu. Z drugiej strony Tania dobrze życzyła rewolucji. Kuba musiała wyzwolić się z jarzma zacofania i kolonializmu. Nikt nie chciał powrotu Amerykanów z ich kasynami i prostytucją. Ale Tania nie miała pewności, czy Kubańczycy kiedykolwiek uzyskają szansę decydowania we własnym imieniu. Wrogość Ameryki pchnęła ich w ramiona Sowietów, lecz im bardziej Castro zbliżał się do ZSRR, tym większe stawało się prawdopodobieństwo amerykańskiej inwazji. W istocie Kuba potrzebowała, by zostawiono ją w spokoju. Być może teraz nadarzała się szansa. Tania i generał Paz należeli do garstki osób wiedzących, co kryje się w podłużnych drewnianych skrzyniach. Składała raporty bezpośrednio bratu, oceniała w nich skuteczność zastosowanych środków kamuflażu. Jeśli

plan się powiedzie, Kuba na dobre uwolni się od zagrożenia amerykańską inwazją i zyska wolną przestrzeń do kształtowania swojej drogi ku przyszłości. Tania w każdym razie żywiła taką nadzieję. Znała Paza od roku. - Nigdy nie opowiadałeś mi o swojej rodzinie - zagadnęła, kiedy obserwowali układanie skrzyni na przyczepie ciężarówki. Zwracała się do niego po hiszpańsku, który to język zdołała w miarę płynnie opanować. Przyswoiła sobie również szczyptę amerykańskiej angielszczyzny, którą Kubańczycy czasami się posługiwali. - Rewolucja jest moją rodziną - odrzekł generał. Chrzanisz, pomyślała. Mimo to czuła, że prawdopodobnie pójdzie z nim do łóżka. Być może okaże się ciemnoskórym odpowiednikiem Wasilija - przystojnym, czarującym i niewiernym. Przez jego łóżko zapewne przewijały się czeredy kubańskich dziewcząt z roziskrzonymi oczami. Skarciła samą siebie za cynizm. To, że mężczyzna jest powalająco przystojny, nie musi czynić z niego bezmyślnego casanovy. Może Paz czeka na właściwą kobietę, która zostanie jego życiową partnerką, i wspólnie będą w pocie czoła budowali nową Kubę. Pocisk rakietowy opakowany w skrzynię spoczął na przyczepie. Do Paza podszedł niski, służalczy porucznik Lorenzo. - Ładunek gotowy do transportu, towarzyszu generale. - Kontynuować akcję - rozkazał Paz. Ciężarówka ruszyła z wolna. Gromada motocykli z rykiem silników wyjechała przed nią na drogę. Tania i Paz wsiedli do zielonego wojskowego kombi Buick LeSabre i podążyli za konwojem. Kubańskie drogi nie były przystosowane do ciężarówek o długości dwudziestu pięciu metrów. W ostatnich trzech miesiącach inżynierowie Armii Czerwonej postawili nowe mosty i przebudowali wąskie jak agrafka zakręty, lecz kawalkada przez większość czasu i tak wlokła się w tempie spacerowym. Tania odnotowała z ulgą, że z dróg usunięto wszystkie inne pojazdy. Niskie drewniane dwupokojowe domki w mijanych wioskach stały ciemne, ich okiennice były zamknięte. Dimka przeczyta o tym z satysfakcją. Jego siostra wiedziała, że na przystani drugi pocisk jest już przeładowywany na ciężarówkę. Operacja potrwa do świtu. Przeniesienie całego ładunku zajmie dwie noce. Do tej pory plan Dimki zdawał egzamin. Wydawało się, że nikt nie podejrzewa, co Związek Radziecki szykuje na Kubie. Nie szeptało się o tym w kołach dyplomatycznych,

żadne informacje nie ukazały się na nieobjętych kontrolą łamach zachodnich gazet. Eksplozja gniewu Białego Domu, której tak się obawiano, jak dotąd nie nastąpiła. Wszelako do amerykańskich wyborów uzupełniających pozostały jeszcze dwa miesiące. Przez ten czas olbrzymie rakiety muszą zostać w całkowitej tajemnicy przygotowane do odpalenia. Tania nie potrafiła odpowiedzieć na pytanie, czy jest to wykonalne. Po dwóch godzinach konwój wjechał do szerokiej doliny, która przeszła we władanie Armii Czerwonej. Inżynierowie wznosili tam wyrzutnię rakiet, jedną z kilkunastu ukrytych przed ludzkim wzrokiem wśród załomów gór. Instalacje miały być rozsiane na całej długości Kuby, która wynosiła tysiąc dwieście pięćdziesiąt kilometrów. Tania i Paz wysiedli z samochodu, by obserwować zdejmowanie pocisku z przyczepy. Ta część operacji również odbywała się przy świetle reflektorów. - Udało się nam - stwierdził z satysfakcją Paz. - Mamy broń nuklearną. - Po tych słowach wyjął cygaro i zapalił. - Jak długo potrwa rozmieszczanie rakiet? - zapytała ostrożnie Tania. - Niezbyt długo - odparł lekceważąco generał. - Dwa tygodnie. Nie był w nastroju, by zaprzątać sobie głowę trudnościami, lecz Rosjanka miała wrażenie, że operacja może zająć więcej niż dwa tygodnie. Dolina wyglądała jak zakurzony plac budowy, na którym niewiele dotąd zdziałano. Mimo to Paz miał rację: najtrudniejszy etap, czyli przetransportowanie broni jądrowej na Kubę bez wiedzy Amerykanów, został ukończony. - Spójrz na to maleństwo - powiedział Paz. - Pewnego dnia może wylądować w samym środku Miami. Buch. Tania aż zadrżała na tę myśl. - Mam nadzieję, że nie. - Dlaczego? Czyżby naprawdę nie był tego świadom? - Ta broń ma służyć do odstraszania. Chodzi o to, by Amerykanie bali się napaść na Kubę. Jeśli choć raz zostanie użyta, będzie to znaczyło, że nie spełniła pokładanych w niej nadziei. - Może i tak. Ale jeśli nas zaatakują, będziemy mogli zmieść z powierzchni całe amerykańskie miasta. Tanię zaniepokoił ton niekłamanej satysfakcji, jakim generał roztoczył tę zatrważającą wizję.

- I co dobrego by z tego wynikło? Jej pytanie go zaskoczyło. - Przysporzyłoby to dumy narodowi kubańskiemu. - Hiszpańskie słowo dignidad Paz wypowiedział tak, jakby było święte. Tania nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. - A więc byłbyś gotów rozpętać wojnę atomową dla poczucia dumy? - Oczywiście. A co może być ważniejszego? - Na przykład przetrwanie gatunku ludzkiego! - odparła z oburzeniem. Machnął lekceważąco ręką. - Przejmujesz się gatunkiem ludzkim. Ja troszczę się o swój honor. - Niech to szlag - żachnęła się Tania. - Czyś ty oszalał? Paz przeniósł na nią wzrok. - Prezydent Kennedy gotów jest użyć broni atomowej, jeśli ktoś zaatakuje Stany Zjednoczone. Sekretarz Chruszczow użyje swojej, jeśli zaatakowany zostanie Związek Radziecki. To samo dotyczy de Gaulle’a we Francji i przywódcy Wielkiej Brytanii, ktokolwiek nim jest. Gdyby któryś powiedział inaczej, pozbawiliby go urzędu w ciągu kilku godzin. - Pykał przez chwilę cygaro, a potem wydmuchnął dym. - Jeśli ja oszalałem, to oni wszyscy także.

George nie rozumiał powodu alarmu. We wtorek rano, szesnastego października Robert Kennedy wezwał jego i Dennisa Wilsona na kryzysową naradę w Białym Domu. George podejrzewał, że tematem będzie tytuł na pierwszej stronie „New York Timesa”: Zdaniem Eisenhowera polityka zagraniczna jest słabością prezydenta Niepisana zasada nakazywała byłym prezydentom wstrzymywać się od ataków na następców. Jednak George nie zdziwił się, że Eisenhower złamał przyjętą konwencję. Jack Kennedy wygrał wybory dzięki temu, że określił Eisenhowera mianem „słabego” i wymyślił nieistniejącą „lukę rakietową”, która rzekomo dawała Sowietom przewagę. Tamten cios poniżej pasa najwyraźniej wciąż bolał Ike’a. Teraz, gdy Kennedy stał się podatny na podobne zarzuty, eksprezydent brał rewanż - a działo się to trzy tygodnie przed wyborami uzupełniającymi. Istniała druga, gorsza, możliwość. George najbardziej obawiał się przecieku informacji o operacji Mangusta. Ujawnienie, że prezydent i jego brat biorą udział

w organizowaniu

międzynarodowego

terroryzmu,

dostarczyłoby

amunicji

każdemu

kandydatowi republikanów. Twierdziliby, że bracia Kennedy to przestępcy, bo dopuszczają się takich czynów, a zarazem głupcy, ponieważ nie umieli utrzymać sprawy w tajemnicy. I można byłoby zastanawiać się, jakie środki odwetowe wymyśli Chruszczow. George widział, że pryncypał jest wściekły. Bobby nie radził sobie z maskowaniem uczuć. Jego gniew zdradzały zaciśnięte szczęki, przygarbione ramiona i zimny blask niebieskich oczu. Lubił Bobby’ego za to, że ten okazuje emocje. Ci, którzy z nim współpracowali, często mieli okazję zaglądać w głąb jego serca. Czyniło go to łatwiejszym celem ataków, lecz zarazem zjednywało sympatię. Weszli do sali gabinetowej; prezydent już tam był. Siedział po przeciwnej stronie długiego stołu, na którym stało kilka dużych popielniczek. Zajmował centralne miejsce, na ścianie za jego plecami widniała prezydencka pieczęć. Po obu jej stronach znajdowały się wysokie, zwieńczone łukami okna wychodzące na Ogród Różany. Była z nim mała dziewczynka w białej sukience, najwyraźniej jego niespełna pięcioletnia córka Caroline. Podobnie jak ojciec miała krótkie jasnobrązowe włosy z przedziałkiem z boku - były zaczesane w tył i spięte prostym klipsem. Mówiła do niego poważnie, coś tłumacząc, on zaś słuchał z uwagą, jakby jej słowa były równie istotne jak wszystkie inne, które padały w tym pomieszczeniu. Siła więzi między ojcem i córką była uderzająca. Jeśli kiedykolwiek będę miał córkę, pomyślał George, postaram się jej słuchać właśnie w taki sposób, by wiedziała, że jest najważniejszą osobą na świecie. Asystenci zajęli miejsca przy ścianie. George usiadł obok Skipa Dickersona, który pracował w biurze wiceprezydenta Lyndona Johnsona. Skip miał bardzo jasne proste włosy i bladą skórę, wyglądał prawie jak albinos. Odgarnął z oczu jasny kosmyk i odezwał się z południowym akcentem: - Wiesz, gdzie wybuchł pożar? - Bobby nic nie mówi - odparł George. Do sali weszła jakaś kobieta i wyprowadziła Caroline. - CIA ma dla nas pewne informacje - oznajmił prezydent. - Zaczynajmy. W końcu pomieszczenia przed kominkiem stał statyw z dużą monochromatyczną fotografią. Stojący obok mężczyzna przedstawił się jako biegły fotointerpretator. George nie wiedział, że istnieje taka profesja. - Zdjęcia, które państwo zobaczą, zrobiono w niedzielę z lecącego nad Kubą na dużej wysokości samolotu U-Dwa, który należy do CIA.

Wszyscy wiedzieli o samolotach szpiegowskich CIA. Przed dwoma laty Sowieci zestrzelili taki nad Syberią i postawili pilota przed sądem za szpiegostwo. Uczestnicy narady spojrzeli na fotografię. Była niewyraźna i ziarnista, George dostrzegał na niej jedynie drzewa, nic poza tym. Tylko ekspert był w stanie wyjaśnić, co przedstawia. - To jest dolina na Kubie leżąca około trzydziestu kilometrów w głąb lądu od portu Mariel - podjął spec z CIA, pokazując miejsce małą wskazówką. - Dobrej jakości nowa droga prowadzi do dużego otwartego pola. Te małe kształty rozrzucone wokół to pojazdy budowlane: koparki, spychacze i wywrotki. A tutaj... - Mężczyzna stuknął w zdjęcie dla podkreślenia

swoich

słów.

-

O tu,

pośrodku,

widzą

państwo

szereg

obiektów

przypominających deski leżące w szeregu. Są to skrzynie o długości dwudziestu pięciu metrów i szerokości dwustu siedemdziesięciu centymetrów. Każda ma dokładnie taki kształt i wymiary, by pomieścić radziecki pocisk balistyczny średniego zasięgu R-Dwanaście przeznaczony do przenoszenia głowic jądrowych. George powstrzymał brzydkie słowo cisnące mu się na usta, lecz inni nie zdołali i przez chwilę sala rozbrzmiewała przekleństwami i wyrazami zdumienia. - Czy jest pan tego pewien? - padło pytanie. - Proszę pana, od lat zajmuję się zdjęciami ze zwiadu - odparł fotointerpretator. Mogę dać gwarancje co do dwóch rzeczy: po pierwsze, właśnie tak wygląda pocisk atomowy, a po drugie, nic innego tak nie wygląda. Boże, miej nas w opiece, pomyślał z przestrachem George, cholerni Kubańczycy mają atomówki. - Jak, u diabła, się tam znalazły? - zapytał ktoś. - Najwyraźniej Sowieci dostarczyli je na wyspę przy zachowaniu najwyższej tajności odparł analityk. - I ustawili je nam tuż pod nosem, kurwa mać - dodał autor pytania. - Jaki jest zasięg tych pocisków? - spytał inny uczestnik narady. - Około dwóch tysięcy kilometrów. - A więc mogą trafić... - W ten budynek, proszę pana. George musiał zwalczyć w sobie impuls, który nakazywał mu wstać i natychmiast wyjść. - Ile czasu by to zajęło? - Przelot z Kuby do tego miejsca? Według naszych obliczeń trzynaście minut.

George mimowolnie spojrzał na okna, jakby mógł zobaczyć pocisk nadlatujący nad Ogrodem Różanym. - Ten skurczybyk Chruszczow mnie okłamał - oznajmił prezydent. - Zarzekał się, że nie rozmieszczą pocisków nuklearnych na Kubie. - A CIA radziła nam, by mu wierzyć - dodał Robert. - Ten wątek zdominuje pozostałą część kampanii wyborczej - zauważył ktoś. - A to jeszcze trzy tygodnie. George z ulgą skierował myśli na konsekwencje polityczne tego wydarzenia w kraju. Możliwość wybuchu wojny atomowej była zbyt zatrważająca, żeby się nad nią zastanawiać. Przyszedł mu na myśl tytuł artykułu w ”New York Timesie”. Teraz Eisenhower mógłby powiedzieć o wiele więcej! Kiedy on był prezydentem, przynajmniej nie pozwolił ZSRR zamienić Kuby w komunistyczną bazę atomową. To była katastrofa, i to nie tylko na polu polityki zagranicznej. Republikański desant na Kongres w listopadzie oznaczałaby, że przez ostatnie dwa lata kadencji Kennedy będzie politycznie kulawy, to zaś położyłoby kres kampanii praw obywatelskich. Gdyby do Demokratów z Południa, oponujących przeciwko równości rasowej, dołączyło więcej republikanów, nie byłoby szans na uchwalenie ustawy o prawach obywatelskich. Jak długo dziadek Marii musiałby czekać na to, aż będzie mu wolno zarejestrować się na liście wyborców, nie narażając się na aresztowanie? W polityce wszystko jest ze sobą powiązane. Trzeba coś przedsięwziąć w kwestii tych pocisków, myślał George. Ale nie miał pomysłu, co można zrobić. Na szczęście miał go Jack Kennedy. - Po pierwsze, powinniśmy nasilić obserwację Kuby z samolotów U-Dwa - oznajmił prezydent. - Musimy się dowiedzieć, ile mają pocisków i gdzie zostały umieszczone. A później, na Boga, zniszczymy je. George momentalnie poczuł się lepiej. Nagle skala problemu się zmniejszyła. Stany Zjednoczone miały setki samolotów i tysiące bomb. Prezydent podejmie zdecydowane, agresywne działania dla ochrony Ameryki, to zaś nie zaszkodzi Partii Demokratycznej w wyborach uzupełniających. Wszyscy spojrzeli na generała Maxwella Taylora, szefa połączonych sztabów, najwyższego po prezydencie dowódcę wojsk amerykańskich. Generał miał falujące włosy z wysokim przedziałkiem błyszczące brylantyną; widok tej czupryny nasuwał podejrzenie, że wojskowy jest próżny. Ufał mu zarówno Jack, jak i Bobby, choć George nie bardzo wiedział

dlaczego. - Po ataku lotniczym musiałaby nastąpić totalna inwazja na Kubę - stwierdził Taylor. - Mamy na to odpowiedni plan awaryjny. - W ciągu tygodnia po bombardowaniu możemy wysadzić na wyspie sto pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy. Kennedy nadal zastanawiał się nad likwidacją sowieckich rakiet. - Czy będziemy mieli gwarancję, że zniszczymy wszystkie wyrzutnie na Kubie? spytał. - Nigdy nie będzie stuprocentowej pewności, panie prezydencie - odrzekł Taylor. George nie brał pod uwagę tej zagwozdki. Kuba miała tysiąc dwieście pięćdziesiąt kilometrów długości: lotnicy mogą nie wykryć wszystkich wyrzutni, a co dopiero mówić o ich zniszczeniu. - Można domniemywać, że jeśli po ataku lotniczym pozostaną jakieś wyrzutnie, wróg natychmiast odpali z nich rakiety na USA - stwierdził Kennedy. - Musimy przyjąć takie założenie, panie prezydencie - potwierdził Taylor. Prezydent nagle pobladł i George uprzytomnił sobie, jak potworny ciężar odpowiedzialności spoczywa na jego barkach. - Proszę powiedzieć, jakie byłyby straty, gdyby jeden z pocisków uderzył w średniej wielkości amerykańskie miasto? George zapomniał o meandrach polityki wewnętrznej i znowu krew ścięła mu się w sercu na myśl o wojnie nuklearnej. Generał Taylor naradzał się chwilę ze swoimi asystentami, po czym wrócił do stołu. - Panie prezydencie, według naszych rachunków zginęłoby sześćset tysięcy ludzi.

ROZDZIAŁ 16 Ania, matka Dimki, zapragnęła spotkać się z Niną. To go zaskoczyło. Związek z Niną sprawiał mu mnóstwo radości. Sypiał z nią przy każdej okazji, ale co miała z tym wspólnego jego matka? Zadał jej to pytanie, a ona odpowiedziała w tonie desperacji: - Byłeś najlepszym uczniem w szkole, ale czasem straszny z ciebie głuptas. Każdy weekend, jeśli nie wyjeżdżasz z Chruszczowem, spędzasz z tą kobietą. To jasne, że się dla ciebie liczy. Spotykasz się z nią od trzech miesięcy. Nic w tym dziwnego, że matka chce wiedzieć, jaka ona jest! Co to za pytanie? Pomyślał, że matka ma rację. Nina nie była zwykłą dziewczyną, z którą się umawiał. Była kochanką, stała się częścią jego życia. Kochał matkę, lecz nie we wszystkim jej słuchał: nie pochwalała, że jeździ motocyklem, że nosi dżinsy, że koleguje się z Walentinem. Jednak gotów był zrobić wszystko w granicach zdrowego rozsądku, by ją zadowolić, zaprosił więc Ninę do domu. Z początku odmówiła. - Nie pozwolę, żeby twoja rodzina robiła mi przegląd, jakbym była używanym autem, które zamierzasz kupić - odparła z niechęcią. - Powiedz matce, że nie chcę ślubu. Od razu przestanie się mną interesować. - Ale tu nie chodzi o całą moją rodzinę, tylko o nią. Ojciec nie żyje, siostra jest na Kubie. A w ogóle, co masz przeciwko małżeństwu? - Co to, oświadczasz mi się? Dimka się stropił. Nina była atrakcyjna i seksowna, a on nigdy nie związał się tak blisko z kobietą, lecz jak dotąd w jego głowie nie postała myśl o ożenku. Czy chce z nią przeżyć resztę życia? Uchylił się od odpowiedzi na pytanie. - Ja tylko usiłuję cię zrozumieć. - Spróbowałam małżeństwa i mi nie posmakowało. Zadowolony? Nina stale rzucała mu wyzwania, taka była jej psychika. Nie miał nic przeciwko temu, między innymi dlatego uznawał dziewczynę za tak atrakcyjną. - Wolisz być sama - powiedział z namysłem. - No jasne. - Co w tym fajnego?

- Nie muszę się starać, żeby mężczyźnie było dobrze, mogę robić to, co mnie sprawia przyjemność. A kiedy mam ochotę na odmianę, mogę się spotkać z tobą. - A ja dobrze ci się wpasowuję. Uśmiechnęła się, dostrzegając dwuznaczność tych słów. - No właśnie. Zamyśliła się przez chwilę, a potem dodała: - Do licha, nie chcę sobie robić wroga z twojej matki. A więc dobrze, zgoda. W dniu wizyty Dimka czuł się roztrzęsiony. Nina była nieprzewidywalna. Kiedy coś wyprowadziło ją z równowagi - stłuczony przez nieuwagę talerz, prawdziwa lub wyimaginowana obraza, ton nagany w głosie Dimki - jej gniew był niczym poryw północnego wichru zimą w Moskwie. Miał nadzieję, że polubi jego matkę. Nina nigdy przedtem nie była w domu rządowym. Zaimponował jej hol wielkości małej sali balowej. Mieszkanie nie było rozległe, lecz luksusowo wyposażone w porównaniu z większością domów w Moskwie: na podłodze leżały grube dywany, a ściany pokrywała droga tapeta. Była w nim także radiola, czyli szafka z drewna orzechowego, w której kryły się gramofon i radio. Takimi przywilejami cieszyli się starsi oficerowie KGB, a wśród nich ojciec Dimki. Ania naszykowała bogatą tacę z przekąskami, którą moskwianie przedkładali nad oficjalne obiady. Znalazły się na niej wędzona makrela, jajka gotowane na twardo z papryką na białym chlebie, małe kanapki z żytniego chleba z ogórkiem i pomidorami oraz jej największa specjalność: owalne tosty z pokrojonymi w trójkąciki kawałkami sera nadzianymi na wykałaczki sterczące niczym maleńkie maszty. Włożyła nową sukienkę i użyła pudru. Po śmierci ojca Dimki przybrała nieco na wadze i pasowało jej to. Dimka czuł, że matka jest szczęśliwsza po śmierci męża. Może Nina ma rację co do związków małżeńskich. - Dwadzieścia trzy lata i Dimka po raz pierwszy przyprowadził do domu dziewczynę tak brzmiały pierwsze słowa, którymi matka zwróciła się do gościa. Nie ucieszyło go to, gdyż wypadał na nowicjusza. Był nim i Nina już dawno się zorientowała, lecz mimo to wolał, by mu o tym nie przypominano. Jednak szybko się uczył. Nina powiedziała, że jest dobrym kochankiem, lepszym niż jej mąż, choć nie chciała zagłębiać się w szczegóły. Ku jego zdziwieniu Nina zachowywała się w miły sposób wobec matki: nazywała ją grzecznie Anią Grigorjewną, pomagała w kuchni, pytała, gdzie dostała sukienkę. Po kilku kieliszkach wódki Ania poczuła się swobodniej.

- Nino, mój Dimka mówi, że nie chcesz wychodzić za mąż. - Mamo, to zbyt osobiste pytanie! - jęknął Dimka. Jednak Nina nie miała nic przeciwko temu. - Jestem taka jak pani, już byłam mężatką. - Ale ja jestem stara. Miała czterdzieści pięć lat. Powszechnie uważano, że kobiety w tym wieku są za stare na powtórne wyjście za mąż i że nie mają już pragnień, a jeśli je miały, traktowano to z pogardą. Szacowna wdowa w średnim wieku, która po raz drugi brała ślub, mówiła wszystkim, że to tylko dla towarzystwa. - Nie wygląda pani staro, Aniu Grigorjewno - stwierdziła Nina. - Mogłaby pani być starszą siostrą Dimki. Była to bzdura, lecz Ani się spodobała. Może kobiety zawsze lubią tego rodzaju pochlebstwa, nawet te niewiarygodne. Tak czy owak, Ania nie zaprzeczyła. - Ale jestem za stara, by mieć dzieci. - Ja także nie mogę ich mieć. - Och! - Ta rewelacja wstrząsnęła Anią i zburzyła fantazje, które snuła. Na chwilę zapomniała o taktowności. - Dlaczego? - Ze względów medycznych. - Och. Najwyraźniej Ania chciała się dowiedzieć więcej. Dimka już dawno zauważył, że zawiłości medyczne interesują wiele kobiet. Jednakże Nina zamilkła. Zawsze się tak zachowywała, kiedy mowa była o tej kwestii. Rozległo się pukanie do drzwi i Dimka westchnął. Domyślał się, kto przyszedł. Otworzył drzwi wejściowe. Jego dziadkowie mieszkali w tym samym gmachu. - O, Dimka! - rzekł z udanym zdziwieniem Grigorij Peszkow. Był w mundurze. Zbliżał się do siedemdziesięciu czterech lat, ale nie chciał odejść na emeryturę. Zdaniem Dimki starcy niewiedzący, kiedy odejść, stanowili poważny problem w Związku Radzieckim. Babcia Katerina zrobiła sobie fryzurę. - Przynieśliśmy kawior - oznajmiła. Udawali, że zajrzeli do mieszkania córki i wnuka mimochodem, lecz najwyraźniej tak nie było. Dowiedzieli się o wizycie Niny i przyszli, by wybadać sytuację. Nina obawiała się, że rodzina Dimki podda ją inspekcji, i miała rację. Dimka przedstawił dziadków. Babcia ucałowała Ninę, a dziadek trzymał jej dłoń dłużej, niż było to konieczne. Dimka z ulgą zauważył, że Nina nadal zachowuje się czarująco;

do dziadka zwracała się „towarzyszu generale”. Momentalnie wyczuła, że jest podatny na dziewczęcą urodę, i ku jego radości flirtowała z nim. Jednocześnie posyłała babci Dimki kobiece spojrzenia, mówiące „Obie wiemy, jakie te chłopy są”. Dziadek zapytał ją o pracę. Odparła, że niedawno dostała awans i jest teraz redaktorką kierującą wydawaniem gazetki związku pracowników przemysłu stalowego. Babcia zapytała o rodzinę, a Nina odpowiedziała, że nieczęsto widuje swoich bliskich, którzy mieszkają w jej rodzinnym mieście Perm, dwadzieścia cztery godziny podróży koleją na wschód. Po chwili zaczęła rozmawiać z dziadkiem na jego ulubiony temat, czyli historyczne nieścisłości w filmie Siergieja Eisensteina Październik. Generał szczególną uwagę zwracał na sceny przedstawiające szturm na Pałac Zimowy, w którym brał udział. Dimka cieszył się, że tak dobrze się rozumieją, lecz trapiło go nieprzyjemne poczucie, że nie kontroluje przebiegu wypadków. Miał wrażenie, jakby znalazł się na statku żeglującym po spokojnych wodach ku nieznanemu miejscu przeznaczenia - tymczasem wszystko przebiega pomyślnie, ale co kryje się za horyzontem? Zadzwonił telefon i Dimka podniósł słuchawkę. Wieczorem to on zawsze odbierał połączenia, gdyż zwykle dzwoniono do niego z Kremla. - Przed chwilą otrzymałam wiadomość z placówki KGB w Waszyngtonie - oznajmiła Natalia Smotrowa. Poczuł się nieswojo, rozmawiając z nią w obecności Niny. To głupie, powiedział sobie, nigdy nawet nie tknął Natalii. Ale jednak o tym myślał. Czy mężczyzna powinien mieć poczucie winy z powodu swoich myśli? - Co się stało? - Prezydent Kennedy zamówił sobie czas telewizyjny na dziś wieczór, by przemówić do narodu amerykańskiego. Jak zwykle miała najgorętsze informacje. - W jakim celu? - Nie wiadomo. Dimka momentalnie pomyślał o Kubie. Na wyspie znajdowała się już większość pocisków oraz głowice atomowe. Przewieziono wiele ton sprzętu towarzyszącego oraz tysiące żołnierzy. Za kilka dni rakiety będą gotowe do odpalenia. Zadanie było prawie ukończone. Jednakże do wyborów uzupełniających w Ameryce pozostały dwa tygodnie. Dimka rozważał wcześniej, czy polecieć na Kubę - istniało liniowe połączenie lotnicze z Pragi do Hawany - i dopilnować, by przez kilka kolejnych dni nadal niczego nie ujawniano. Tajemnica musiała pozostać tajemnicą jeszcze przez jakiś czas, to było bardzo ważne.

Modlił się w myślach, by niespodziewane wystąpienie Kennedy’ego w telewizji poświęcone było czemuś innemu, na przykład Berlinowi albo Wietnamowi. - O której godzinie jest transmisja? - zapytał. - O dziewiętnastej czasu wschodniego. W Moskwie będzie wtedy druga w nocy. - Od razu do niego zadzwonię. Dziękuję - powiedział, po czym przerwał połączenie i wybrał numer telefonu w rezydencji Chruszczowa. Odebrał Iwan Tepper, szef personelu domu, który był odpowiednikiem lokaja. - Cześć, Iwan - rzekł Dimka. - Pierwszy sekretarz jest? - Kładzie się spać. - Powiedz mu, żeby wciągnął spodnie. Kennedy będzie przemawiał w telewizji o drugiej w nocy naszego czasu. - Chwileczkę, już idzie. Dimka usłyszał stłumione słowa, a potem głos pierwszego sekretarza: - Wykryli nasze pociski! Dimkę ścisnęło w sercu. Pierwsze przeczucia Chruszczowa zwykle bywały trafne. Tajemnica wyszła na jaw i wina spadnie na Dimkę. - Dobry wieczór, towarzyszu pierwszy sekretarzu - powiedział i cztery osoby zgromadzone w pokoju zamilkły. - Nie wiemy jeszcze, o czym będzie mówił Kennedy. - O rakietach, o niczym innym. Zwołaj nadzwyczajne zebranie Prezydium. - Kiedy? - Za godzinę. - Dobrze. Chruszczow odłożył słuchawkę. Dimka zadzwonił do domu swojej sekretarki. - Cześć, Wiera. Zebranie nadzwyczajne Prezydium, dzisiaj o dziesiątej. Chruszczow jest już w drodze na Kreml. - Zaraz zacznę dzwonić. - Masz numery w domu? - Tak. - Oczywiście. Dziękuję. Za kilka minut będę w biurze - oznajmił Dimka i zakończył połączenie. Wszystkie oczy były skierowane na niego. Słyszeli, jak mówił „Dobry wieczór, towarzyszu pierwszy sekretarzu”. Twarz dziadka promieniała dumą, babcia i mama były

zatroskane. Oczy Niny błyszczały. - Będę musiał pojechać do pracy - rzekł niepotrzebnie. - Stało się coś nadzwyczajnego? - chciał wiedzieć dziadek. - Jeszcze nie wiemy. Poklepał Dimkę po ramieniu i spojrzał z rozrzewnieniem. - Skoro mężczyźni tacy jak ty i mój syn Wołodia kierują sprawami, wiem, że sprawa rewolucji jest bezpieczna. Dimka miał ochotę powiedzieć, że zazdrości mu tej pewności. - Dziadku, postarasz się, by odwieziono Ninę do domu wojskowym samochodem? - Pewnie, że tak. - Przepraszam, że psuję spotkanie... - Nie martw się. Twoja praca jest ważniejsza. No, idź już. Dimka włożył płaszcz, pocałował Ninę i wyszedł. Jadąc windą na dół, rozpaczliwie zastanawiał się, czy w jakiś sposób, pomimo wszystkich wysiłków, pozwolił, by sekret kubańskich pocisków wyszedł na jaw. Przeprowadził operację z niesłychaną ostrożnością. Postępował skutecznie, nawet brutalnie. Niczym tyran karał surowo za błędy, poniżał durniów, łamał kariery tych, którzy nie wypełnili drobiazgowo jego rozkazów. Co jeszcze można było zrobić? Na ulicy trwały ćwiczenia przed defiladą wojskową z okazji Dnia Rewolucji przypadającego za dwa tygodnie. Po nabrzeżu Moskwy sunęły niekończące się szeregi czołgów, armat i żołnierzy. Wszystko to na nic nam się zda, jeśli wybuchnie wojna atomowa, myślał Dimka. Amerykanie o tym nie wiedzieli, lecz Związek Radziecki miał niewielkie zasoby broni nuklearnej, znacznie mniejsze niż te, którymi dysponował przeciwnik. Owszem, Sowieci mogli wyrządzić szkody Ameryce, jednak Ameryka mogła zetrzeć Związek Radziecki z powierzchni ziemi. Droga była zablokowana przez wojsko, Kreml zaś znajdował się niespełna o dwa kilometry, toteż Dimka zostawił motocykl w domu i poszedł pieszo. Kreml był trójkątną fortecą usadowioną na północnym brzegu rzeki. W jej obrębie mieściło się kilka pałaców, obecnie zamienionych w budynki rządowe. Dimka udał się do osiemnastowiecznego Pałacu Senatu, żółtego z białymi kolumnami, i wjechał windą na trzecie piętro. Do gabinetu Chruszczowa szło się wysokim korytarzem wyłożonym czerwonym dywanem. Pierwszy sekretarz jeszcze nie przybył. Dimka podążył dalej, do sali Prezydium. Na szczęście była czysta i utrzymana w porządku. Prezydium Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego

stanowiło w praktyce ciało zarządzające ZSRR. Jego przewodniczącym był Chruszczow, tam znajdowało się źródło władzy. Jak postąpi Chruszczow? Dimka dotarł na miejsce pierwszy, lecz niebawem zaczęli się pojawiać członkowie Prezydium oraz ich asystenci. Nikt nie wiedział, co powie Kennedy. Jewgienij Filipow przybył ze swoim pryncypałem, ministrem obrony Rodionem Malinowskim. - Totalna klapa - rzekł Filipow, z trudem maskując radość. Dimka puścił to mimo uszu. Pojawiła się Natalia z czarnowłosym, eleganckim ministrem spraw zagranicznych Andriejem Gromyką. Najwyraźniej doszła do wniosku, że późna pora narady usprawiedliwia swobodny

strój;

prezentowała

się

atrakcyjnie

w ciasnych

granatowych

dżinsach

w amerykańskim stylu oraz luźnym wełnianym swetrze z dużym wywiniętym kołnierzem. - Dziękuję za wczesne ostrzeżenie - powiedział cicho Dimka. - Jestem naprawdę wdzięczny. Dotknęła jego ramienia. - Jestem po twojej stronie, wiesz o tym. Przybył Chruszczow i otworzył naradę. - Jestem przekonany, że telewizyjne orędzie Kennedy’ego będzie dotyczyło Kuby. Dimka usiadł przy ścianie za Chruszczowem, przygotowany, by spełniać jego polecenia. Przywódca mógł potrzebować jakichś dokumentów, gazety albo raportu, mógł poprosić o herbatę, piwo albo kanapkę. Obok Dimki zajęło miejsca dwóch innych asystentów pierwszego sekretarza. Żaden nie znał odpowiedzi na ważne pytania. Czy Amerykanie wykryli pociski? A jeśli tak, to kto dopuścił do ujawnienia tajemnicy? Na szali leżała przyszłość świata, lecz Dimka, choć nie przynosiło mu to chwały, z równą intensywnością martwił się o własną przyszłość. Niecierpliwość doprowadzała go do szału. Kennedy przemówi za cztery godziny. Jednak członkowie Prezydium powinni poznać treść jego wystąpienia wcześniej, w końcu od czego jest KGB? Minister obrony Malinowski wyglądał jak podstarzały gwiazdor ekranu: miał regularne rysy twarzy i gęste siwe włosy. Utrzymywał, że USA nie dokonają inwazji na Kubę, wywiad Armii Czerwonej miał swoich ludzi na Florydzie. Odnotowano tam zgromadzenie sił, lecz jego zdaniem było ich o wiele za mało do przeprowadzenia inwazji. - To jakaś zagrywka przed wyborami - mówił. Dimka ocenił, że jest przesadnie pewny swego. Chruszczow również potraktował sceptycznie opinię ministra. Może to i prawda, że

Kennedy nie chce wojny z Kubą, ale czy może postępować zgodnie ze swoją wolą? Pierwszy sekretarz wierzył, że amerykański prezydent jest przynajmniej częściowo kontrolowany przez Pentagon i kapitalistów-imperialistów takich jak rodzina Rockefellerów. - Musimy mieć gotowy plan, na wypadek gdyby Amerykanie jednak uderzyli. Nasze wojska muszą być przygotowane na każdą ewentualność. - Zarządził dziesięciominutową przerwę, by zebrani mogli rozważyć różne opcje. Dimkę przeraziło, że Prezydium tak błyskawicznie przeszło do omawiania wojny. Nie takie były intencje! Chruszczow, postanawiając o wysłaniu pocisków na Kubę, nie przewidywał, że doprowadzi to do starcia. Dimka zastanawiał się rozpaczliwie, w jaki sposób mogło do tego dojść. Zauważył, że Filipow oraz paru innych uczestników narady skupiło się wokół Malinowskiego; wyglądało to złowróżbnie. Filipow coś notował. Po wznowieniu debaty minister obrony przedstawił projekt rozkazu dla radzieckiego dowódcy na Kubie, generała Issy Plijewa. Była w nim mowa o użyciu wszelkich dostępnych środków w celu obrony kraju. Dimce cisnęło się na usta pytanie: „Czy wyście oszaleli?”. Chruszczow podzielał te odczucia. - Dalibyśmy Plijewowi uprawnienia do rozpoczęcia wojny atomowej! - zauważył gniewnie. Na szczęście Anastas Mikojan poparł pierwszego sekretarza. Zawsze pokojowo nastawiony Mikojan przypominał aparycją małomiasteczkowego adwokata ze schludnymi wąsami i przerzedzoną czupryną. Potrafił jednak wyperswadować Chruszczowowi najbardziej niewyważone plany. Teraz wystąpił przeciwko Malinowskiemu. Miał wyjątkowy autorytet, jako że odwiedził Kubę tuż po rewolucji. - A gdybyśmy przekazali kontrolę nad pociskami w ręce Fidela Castro? - spytał Chruszczow. Dimka niejeden raz słyszał niedorzeczności wygadywane przez szefa, zwłaszcza kiedy dochodziło do snucia hipotez, lecz ta propozycja była wyjątkowo nieodpowiedzialna, nawet jak na niego. Co on sobie myślał? - Odradzam takie rozwiązanie, jeśli wolno - rzekł łagodnym tonem Mikojan. Amerykanie wiedzą, że nie chcemy wojny atomowej, i jeśli będziemy trzymali arsenał w swoim ręku, będą dążyli do rozwiązania dyplomatycznego. Ale Castro nie ufają. Jeśli dowiedzą się, że to on trzyma palec na cynglu, mogą podjąć próbę zniszczenia wszystkich rakiet na Kubie za pomocą jednego potężnego uderzenia. Chruszczow przyjął ten argument, lecz nie był gotów, żeby całkowicie wyłączyć broń

atomową z gry. - To by znaczyło, że Amerykanom wolno z powrotem przejąć Kubę! - stwierdził z oburzeniem. Głos zabrał Aleksiej Kosygin, najbliższy sojusznik Chruszczowa, choć o dziesięć lat od niego młodszy. Wyłysiał i tylko na wierzchołku jego głowy pozostała kępka włosów, przypominająca dziób okrętu. Miał czerwoną facjatę pijaka, lecz Dimka uważał go za najinteligentniejszego człowieka na Kremlu. - Nie powinniśmy zastanawiać się, kiedy sięgnąć po broń atomową. Jeśli do tego dojdzie, będzie to dla nas oznaczało katastrofalną klęskę. Pytanie, które powinniśmy sobie postawić, brzmi: Jakie posunięcia możemy dzisiaj wykonać, żeby sytuacja nie wymknęła się spod kontroli i żeby nie doszło do wojny atomowej? Bogu dzięki, pomyślał Dimka, nareszcie rozległ się głos rozsądku. - Proponuję - ciągnął Kosygin - by generałowi Plijewowi dać uprawnienia pozwalające bronić Kubę wszelkimi środkami z wyjątkiem broni atomowej. Malinowski miał zastrzeżenia. Obawiał się, że amerykański wywiad może w jakiś sposób poznać ten rozkaz, lecz mimo to, ku wielkiej uldze Dimki, propozycja została przyjęta i wysłano wiadomość. Groźba nuklearnej zagłady wciąż wisiała nad światem, lecz przynajmniej Prezydium skupiło się na dążeniu do uniknięcia wojny, a nie jej prowadzeniu. Do sali zajrzała Wiera Pletner i zawołała Dimkę, a potem w szerokim korytarzu wręczyła mu sześć arkuszy papieru. - Przemówienie Kennedy’ego - rzekła cicho. - Bogu dzięki! - Dimka spojrzał na zegarek. Była pierwsza piętnaście, amerykański prezydent miał rozpocząć wystąpienie telewizyjne za czterdzieści pięć minut. - Jak to zdobyliśmy? - Amerykański rząd był tak uprzejmy, że dostarczył egzemplarze naszej ambasadzie w Waszyngtonie, a w Ministerstwie Spraw Zagranicznych ekspresowo je przetłumaczono. Dimka czytał szybko, stojąc w korytarzu z Wierą. Ten rząd zgodnie z obietnicą bardzo dokładnie śledził gromadzenie sowieckich sił zbrojnych na wyspie Kubie. Prezydent Kennedy określił Kubę mianem wyspy, jakby to nie było prawdziwe państwo, zauważył Dimka. W ubiegłym tygodniu jednoznaczne dowody potwierdziły fakt, że na tej zniewolonej wyspie przygotowywanych jest szereg wyrzutni ofensywnych pocisków rakietowych.

Dowody, myślał Dimka, jakie dowody? Cel istnienia tych baz może być tylko jeden: stworzenie możliwości przeprowadzenia ataku nuklearnego przeciwko zachodniej półkuli. Dimka czytał dalej, lecz ze złością zauważył, że Kennedy nie ujawnia, w jaki sposób uzyskał wspomniane informacje - od zdrajców czy od szpiegów, w Związku Radzieckim czy na Kubie, lub innymi metodami. Asystent Chruszczowa nadal nie wiedział, czy do kryzysu doszło z jego winy. Kennedy dużo uwagi poświęcał temu, że Sowieci utrzymywali swoje działania w tajemnicy, i nazywał to zwodzeniem. Zdaniem Dimki miał prawo tak mówić; w podobnej sytuacji Chruszczow wysunąłby taki sam zarzut. Ale co zamierza uczynić amerykański prezydent? Dimka przerzucił kartki i dotarł do najważniejszej części. Po pierwsze, w celu powstrzymania tych agresywnych kroków wprowadza się ścisłą kwarantannę dostaw na Kubę wszelkiego ofensywnego sprzętu wojskowego. Ach tak, blokada, pomyślał Dimka. Takie posunięcie było niezgodne z prawem międzynarodowym, dlatego Kennedy określił je mianem kwarantanny. Zabrzmiało to tak, jakby chodziło o zwalczanie zarazy. Wszystkie statki dowolnego rodzaju zmierzające na Kubę z jakiegokolwiek kraju lub portu będą zawracane, jeśli zostanie na nich znaleziony ładunek broni zaczepnej. Dimka od razu zorientował się, że to zaledwie wstęp. Kwarantanna niczego nie zmieni, gdyż większość pocisków była już na miejscu i prawie gotowa do odpalenia. Kennedy musiał o tym wiedzieć, jeśli jego informacje wywiadowcze były tak dobre, na jakie wyglądały. Blokada miała wymiar symboliczny. Jednocześnie stanowiła groźbę. Nasz kraj przyjmuje zasadę, że każdy atak nuklearny przeprowadzony z Kuby na dowolne państwo na zachodniej półkuli będzie uważany za napaść Związku Radzieckiego na Stany Zjednoczone i spotka się z pełną reakcją odwetową na Związek Radziecki. Dimka poczuł się tak, jakby coś zimnego i ciężkiego wpadło mu do żołądka. To była straszliwa groźba. Kennedy nie będzie dociekał i rozstrzygał, czy pocisk został wystrzelony przez Kubańczyków, czy Armię Czerwoną. Nie będzie także robił różnicy między celami.

Uderzenie w Chile zostanie potraktowane tak samo jak atak na Nowy Jork. Jeśli wystrzelony zostanie choćby jeden pocisk dostarczony pod nadzorem Dimki na Kubę, USA zamienią Związek Radziecki w radioaktywną pustynię. Dimka ujrzał w myślach znany wszystkim obraz: atomową chmurę w kształcie grzyba. Widział, jak rośnie nad centrum Moskwy, nad ruinami Kremla, jego domu i wszystkich znajomych budynków. Spalone trupy unosiły się niczym odrażająca zawiesina na zatrutej wodzie rzeki Moskwy. Jego wzrok przykuło następne zdanie wystąpienia: Trudno jest rozwiązywać lub nawet omawiać tego rodzaju kwestie w klimacie zastraszenia. Hipokryzja Amerykanów dosłownie zapierała dech w piersi. Bo czym, jeśli nie zastraszeniem, była operacja Mangusta? To właśnie ona przekonała niechętne Prezydium do tego, by wysłać pociski na Kubę. Dimka zaczynał nabierać podejrzeń, że agresja w polityce międzynarodowej obraca się przeciwko sprawcy. Stwierdził, że przeczytał wystarczająco dużo. Wrócił do sali, podszedł do Chruszczowa i podał mu plik arkuszy. - Telewizyjne wystąpienie Kennedy’ego - oznajmił na tyle głośno, by wszyscy usłyszeli. - Egzemplarz dostarczony z wyprzedzeniem przez Amerykanów. Chruszczow chwycił papiery i jął czytać. W pomieszczeniu zaległa cisza. Nie było sensu się odzywać, dopóki uczestnicy narady nie znali treści dokumentu. Przyswojenie oficjalnego, abstrakcyjnego języka zajęło pierwszemu sekretarzowi trochę czasu. Co jakiś czas parskał z pogardy lub zaskoczenia. Dimka wyczuł, że w miarę jak przewraca strony, jego niepokój ustępuje miejsca uldze. Po kilkunastu minutach odłożył ostatnią kartkę. Nadal nic nie mówił, tylko myślał. W końcu uniósł głowę i rozejrzał się. Na jego chłopskim obliczu malował się uśmiech. - Towarzysze - powiedział. - Uratowaliśmy Kubę!

Jacky jak zwykle wypytywała George’a o jego sprawy sercowe. - Spotykasz się z kimś? - Dopiero co zerwałem z Norine. - Dopiero co? Pół roku temu. - Och, rzeczywiście. Przygotowała

pieczonego

kurczaka

z okrą

i pulpeciki

obtaczane

w mące

kukurydzianej, które nazywała pieskami. To było ulubione danie George’a w czasach dzieciństwa. Teraz miał dwadzieścia siedem lat i wolał krwisty befsztyk z sałatką lub makaron z sosem z małży. Poza tym zwykle jadał obiad o dwudziestej, a nie o osiemnastej. Mimo to pochłonął wszystko i nie wspomniał ani słowem o swoich zmienionych upodobaniach. Nie chciał psuć matce przyjemności z ugotowanego dla niego posiłku. Siedziała w kuchni naprzeciwko niego, jak to miała w zwyczaju. - Co u tej miłej dziewczyny, Marii Summers? George powstrzymał grymas. Stracił Marię na rzecz innego mężczyzny. - Maria ma kogoś na stałe. - Ach tak. Któż to taki? - Nie wiem. Jacky prychnęła z niezadowolenia. - Nie zapytałeś? - Oczywiście, że tak, ale nie chciała powiedzieć. - A to czemu? Wzruszył ramionami. - To żonaty facet - stwierdziła pewnym tonem Jacky. - Mamo, nie możesz tego wiedzieć - zaoponował George, lecz straszne podejrzenie kazało mu sądzić, że matka ma rację. - Zwykle dziewczyna chwali się chłopakiem, z którym się spotyka. Jeśli trzyma buzię na kłódkę, to ze wstydu. - Może istnieć inny powód. - Jaki na przykład? George zastanawiał się przez chwilę, lecz nic nie przychodziło mu do głowy. - To pewnie ktoś, z kim pracuje - ciągnęła Jacky. - Mam tylko nadzieję, że jej dziadek kaznodzieja się nie dowie. George’owi nasunęła się inna możliwość. - Może jest biały. - Żonaty i biały, założę się. Jaki jest ten szef biura prasowego Pierre Salinger? - Przyjemny gość po trzydziestce, nosi dobre francuskie ubrania, ciut za gruby. Jest żonaty i słyszałem, że kręci z sekretarką, więc na pewno nie ma czasu dla drugiej dziewczyny. - Może go znaleźć, jeśli to Francuzik. George się uśmiechnął.

- Poznałaś kiedyś jakiegoś Francuza? - Nie, ale źle się o nich mówi. - O Murzynach mówi się, że to leniuchy. - Masz rację, nie powinnam tak gadać. Każdy ma własną osobowość. - Tego mnie zawsze uczyłaś. George nie potrafił całkowicie skupić się na rozmowie. Wiadomość o pociskach rakietowych na Kubie przez tydzień utrzymywano w tajemnicy przed Amerykanami, lecz wkrótce miała zostać ujawniona. Był to tydzień intensywnych narad w wąskim gronie dopuszczonych do tajemnicy, ale niewiele udało się ustalić. Patrząc wstecz, George doszedł do wniosku, że początkowo nie docenił powagi sytuacji. Myślał głównie o zbliżających się wyborach uzupełniających i ich konsekwencjach dla kampanii praw obywatelskich. W pierwszej chwili nawet ucieszył się na myśl o amerykańskim odwecie. Dopiero później dotarła do niego prawda: jeśli wybuchnie wojna atomowa, prawa obywatelskie przestaną mieć znaczenie i nie będzie więcej wyborów. Jacky zmieniła temat. - Szef kuchni lokalu, w którym pracuję, ma śliczną córkę. - Doprawdy? - Cindy Bell. - Cindy to skrócona forma od Cinderella? - Od Lucinda. W tym roku skończyła Uniwersytet Georgetown. Było to miasto nieopodal Waszyngtonu, lecz niewielu członków czarnej większości mieszkańców stolicy studiowało na tej prestiżowej uczelni. - Jest biała? - Nie. - A więc musi być mądra. - Bardzo. - Katoliczka? - Uniwersytet Georgetown został założony przez jezuitów. - Nic złego w tym, że ktoś jest katolikiem - odparła tonem sprzeciwu Jacky. Należała do Kościoła Ewangelickiego Bethel, lecz miała otwarty umysł. - Katolicy także wierzą w Pana. - Ale nie są zwolennikami kontroli urodzin. - Ja też nie wiem, czy jestem zwolenniczką. - Co takiego? Nie mówisz poważnie. - Gdybym zastosowała kontrolę urodzeń, nie miałabym ciebie.

- Ale nie chciałabyś odebrać innym kobietom prawa wyboru. - Och, nie spieraj się. Nie chcę zakazu kontroli urodzin. - Jacky uśmiechnęła się czule. - Po prostu cieszę się, że w wieku szesnastu lat byłam nieuświadomiona i lekkomyślna. Wstała. - Zrobię kawę. - Zadzwonił dzwonek. - Zobaczysz, kto przyszedł? George otworzył drzwi i zobaczył atrakcyjną czarną dziewczynę w wieku dwudziestu paru lat, ubraną w ciasne spodnie i luźny sweter. Zdziwiła się na jego widok. - Och! Przepraszam - powiedziała. - Myślałam, że tu mieszka pani Jakes. - Owszem - odparł George. - Jestem z wizytą. - Ojciec poprosił, żebym to przekazała, kiedy będę przechodzić. - Podała mu książkę zatytułowaną Statek szaleńców. George słyszał o niej, była bestsellerem. - Zdaje się, że tato pożyczył ją od pani Jakes. - Dziękuję - rzekł George, biorąc książkę. - Może wejdziesz? - zapytał grzecznie. Dziewczyna się zawahała. Jacky podeszła do drzwi kuchni. Widziała stamtąd, kto stoi u drzwi, dom nie był duży. - Cześć, Cindy. Właśnie o tobie opowiadałam. Wejdź, zaparzyłam świeżej kawy. - Ładnie pachnie - powiedziała Cindy i przekroczyła próg. - Możemy wypić kawę w salonie, mamo? - spytał George. - Już prawie czas na wystąpienie prezydenta. - Przecież nie oglądasz telewizji, prawda? Usiądź i porozmawiaj z Cindy. George otworzył drzwi saloniku. - Nie będzie ci przeszkadzało, jeśli obejrzymy prezydenta? Ogłosi coś ważnego. - Skąd wiesz? - Pomagałem przy pisaniu przemówienia. - W takim razie muszę to zobaczyć. Weszli do pokoju. Dziadek George’a Lev Peshkov kupił i wyposażył dom dla Jacky i wnuka w 1949 roku. Później Jacky dumnie odmówiła przyjmowania czegokolwiek od Lva. Wyjątek stanowiło czesne za szkołę oraz inne koszty wykształcenia George’a. Jej skromna pensja nie mogła wystarczyć na remont, toteż salonik nie zmienił się wiele w ciągu minionych trzynastu lat. George’owi podobały się obicia z frędzelkami, orientalny dywan i chińska szafka. Wszystko wyglądało staroświecko, lecz domowo. Najważniejszą nowinkę stanowił telewizor RCA Victor. George włączył go i czekali, aż zielony ekran się rozgrzeje. - Twoja mama pracuje w uniwersyteckim Klubie Kobiecym z moim tatą, prawda? zapytała Cindy.

- Owszem. - A więc nie musiał posyłać mnie z książką, mógł zwrócić ją jutro rano w pracy. - To prawda. - Zostaliśmy wrobieni. Dziewczyna zachichotała. - Ech, a co tam. George’owi spodobało się takie podejście. Jacky wniosła tackę. Kiedy podawała kawę, na czarno-białym ekranie widać już było prezydenta Kennedy’ego. „Dobry wieczór, rodacy”. Siedział przy biurku, a przed nim na niewielkiej podstawce stały dwa mikrofony. Miał na sobie ciemny garnitur, białą koszulę i wąski krawat. Cienie na jego twarzy spowodowane przeraźliwym napięciem zostały zamaskowane telewizyjnym makijażem. Kiedy oznajmił, że Kuba ma „możliwości przeprowadzenia ataku nuklearnego przeciwko zachodniej półkuli”, Jacky aż westchnęła, a Cindy powiedziała: „O mój Boże”. Z bezbarwnym bostońskim akcentem prezydent czytał z arkuszy leżących na podstawce, nie wymawiając „r” w środku wyrazów. Mówił monotonnie, prawie nudno, lecz treść słów była elektryzująca. „Każdy z tych pocisków, mówiąc w skrócie, jest w stanie uderzyć w Waszyngton...” Jacky krzyknęła cicho. „...Kanał Panamski, przylądek Canaveral, miasto Meksyk...” - I co zrobimy? - chciała wiedzieć Cindy. - Poczekaj - odparł George. - Zaraz się dowiesz. - Jak do tego doszło? - spytała Jacky. - Sowieci są podstępni. „Nie pragniemy zdominować ani podbić żadnego kraju, ani narzucić jego narodowi naszego ustroju”. Kiedy wypowiadał takie słowa, Jacky zwykle rzucała drwiące uwagi o inwazji w Zatoce Świń, lecz w tej chwili nie miała ochoty na przycinki polityczne. Kamera zrobiła zbliżenie na twarz Kennedy’ego. „W celu powstrzymania tych agresywnych kroków wprowadza się ścisłą kwarantannę dostaw na Kubę wszelkiego ofensywnego sprzętu wojskowego”. - Ale po co? - zdziwiła się Jacky. - Pociski już tam są, sam tak powiedział! „Nasz kraj przyjmuje zasadę, że każdy atak nuklearny przeprowadzony z Kuby na dowolne państwo na zachodniej półkuli będzie uważany za napaść Związku Radzieckiego na

Stany Zjednoczone i spotka się z pełną reakcją odwetową na Związek Radziecki”. - O Boże - powtórzyła Cindy. - A więc jeśli z Kuby wystrzelą chociaż jeden pocisk, dojdzie do totalnej wojny atomowej. - Właśnie tak - potwierdził George, uczestnik narady, podczas której ukuto tę zasadę. Gdy tylko prezydent powiedział: „Dziękuję państwu i życzę dobrej nocy”, Jacky zgasiła telewizor i osaczyła George’a. - I co z nami będzie? Chciał ją uspokoić, dać poczucie bezpieczeństwa, ale nie mógł. - Nie wiem, mamo. - Ta kwarantanna niczego nie zmienia, nawet ja to rozumiem - stwierdziła Cindy. - To tylko wstępny krok. - Jaki będzie następny? - Tego nie wiemy. - George, powiedz prawdę - rzekła matka. - Czy będzie wojna? Zawahał się. Głowice atomowe ładowane były na pokłady odrzutowców i wożone po terenie całego kraju: chciano mieć pewność, że przynajmniej część przetrwa pierwsze uderzenie Sowietów. Dopracowywano plan inwazji na Kubę, a Departament Stanu wybierał kandydatów, którzy stanęliby na czele proamerykańskiego rządu na Kubie. Dowództwo Strategicznych Sił Powietrznych podniosło poziom gotowości do trzeciego stopnia, co oznaczało gotowość do rozpoczęcia ataku atomowego w ciągu kwadransa. Jaki był najbardziej prawdopodobny rozwój wydarzeń? - Tak, mamo - przyznał z ciężkim sercem George. - Myślę, że będzie wojna.

Ostatecznie Prezydium wydało polecenie, by wszystkie radzieckie statki z pociskami rakietowymi zmierzające na Kubę zawróciły do kraju. Chruszczow uznał, że niewiele na tym traci, i Dimka zgodził się z jego oceną. Kuba miała już rakiety, liczba się nie liczyła. Związek Radziecki unikał ryzykownej konfrontacji i mógł się przedstawiać jako pokojowy negocjator w czasie kryzysu - a tymczasem wciąż zachowywał bazę pocisków atomowych w odległości stu pięćdziesięciu kilometrów od USA. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że na tym rzecz się nie zakończy. Dwa supermocarstwa wciąż nie odpowiedziały na prawdziwe pytanie: co zrobić z pociskami nuklearnymi już znajdującymi się na Kubie. Kennedy pozostawiał otwarte wszystkie opcje i zdaniem Dimki większość z nich prowadziła do wojny.

Chruszczow postanowił, że tej nocy nie uda się do domu. Wolał nie oddalać się od centrum decyzyjnego nawet na odległość paru minut jazdy samochodem; w razie wybuchu wojny musiał być na miejscu i decydować natychmiast. Jego wspaniały gabinet sąsiadował z pokoikiem, w którym stał wygodny tapczan. Pierwszy sekretarz partii położył się na nim w ubraniu. Większość członków Prezydium postąpiła tak samo i przywódcy drugiego mocarstwa świata z niepokojem położyli się spać w swoich gabinetach. Dimka miał do dyspozycji niewielką klitkę na tym samym piętrze. Nie było w niej kanapy, tylko twardy fotel, proste biurko i szafka na dokumenty. Właśnie zastanawiał się, które miejsce będzie najmniej niewygodne na to, by się położyć, gdy usłyszał pukanie do drzwi i weszła Natalia. Wniosła ze sobą subtelną woń niepodobną do żadnych radzieckich perfum. Uświadomił sobie, że postąpiła przezornie, ubierając się w luźne rzeczy; tej nocy wszyscy będą spać w ubraniach. - Podoba mi się twój sweter. - Nazywa się sloppy joe - odparła, używając angielskich słów. - Co to znaczy? - Nie wiem, ale podoba mi się brzmienie tej nazwy. Roześmiał się. - Właśnie kombinowałem, gdzie by tu się przespać. - Ja też. - Ale z drugiej strony nie jestem pewien, czy usnę. - Bo nie wiesz, czy jeszcze się w ogóle obudzisz? - No właśnie. - Czuję to samo. Dimka pomyślał przez chwilę. Nawet jeśli ma zarwać całą noc, zamartwiając się, może to zrobić w jakimś wygodnym miejscu. - Jesteśmy w pałacu, i to pustym - rzekł i po chwili zawahania dodał: - Rozejrzymy się? - Nie był pewny, dlaczego to powiedział. Coś takiego mogłoby paść z ust jego przyjaciela Walentina, pożeracza niewieścich serc. - Dobrze - zgodziła się Natalia. Dimka wziął płaszcz, by użyć go jako koca. Przestronne sypialnie i buduary pałacu zostały w mało elegancki sposób podzielone na gabinety biurokratów i maszynistek; wszędzie rozstawiono tanie sprzęty z drewna sosnowego

i plastiku. W kilku większych pomieszczeniach przeznaczonych dla znaczniejszych osób znajdowały się wyściełane fotele, lecz ani jednego mebla nadającego się do spania. Dimka zaczął się zastanawiać, w jaki sposób przygotować posłanie na podłodze. Kiedy jednak dotarli do końca skrzydła budynku i minęli korytarz zastawiony kubłami i ścierkami, natrafili na rozległą salę pełną mebli. Była nieogrzewana, oddechy Natalii i Dimki zamieniały się w białą parę. Duże okna zaszły szronem, pozłacane kinkiety na ścianach i kandelabry miały miejsca na świeczki, lecz wszystkie puste. Blade światło padało z dwóch nagich żarówek zwisających z pomalowanego sufitu. Zebrane sprzęty wyglądały tak, jakby stały w tej sali od czasów rewolucji. Były tam pokancerowane stoliki z cienkimi wygiętymi nogami, fotele ze zbutwiałą brokatową tapicerką, rzeźbione regały na książki z pustymi półkami. W taki sposób skarby carów zamieniono w rupiecie. Meble gniły, ponieważ pochodziły z czasów ancien régime i wyglądałyby niestosownie w gabinetach komisarzy, jednak Dimka przypuszczał, że ich sprzedaż na aukcjach antyków na Zachodzie przyniosłaby fortunę. Wypatrzył łóżko z czterema słupkami. Draperię pokrywała gruba warstwa kurzu, lecz wyblakła niebieska kapa pozostała nietknięta; był nawet materac i poduszki. - No proszę, jest i łóżko - powiedział Dimka. - Chyba będziemy musieli się nim podzielić - zauważyła Natalia. Taka myśl przeszła mu przez głowę, ale ją zlekceważył. Czasami w marzeniach ładne dziewczęta mimochodem proponowały, że pójdą z nim do łóżka, lecz w prawdziwym życiu nigdy się to nie zdarzało. Aż do dzisiaj. Jednak czy tego chciał? Nie był mężem Niny, ale ona bez wątpienia wolałaby, żeby pozostał jej wierny, on zaś tego samego oczekiwał od niej. Z drugiej strony Niny tam nie było, a Natalia owszem. - Sugerujesz, żebyśmy spali razem? - zapytał głupio. - Tylko po to, by się ogrzać - odparła. - Mogę ci zaufać, prawda? - Oczywiście. - Uznał, że wszystko jest w porządku. Natalia uniosła starą kapę; wzbił się kurz i kichnęła. Pościel pożółkła ze starości, ale była nienaruszona. - Mole nie lubią bawełny - zauważyła.

- Nie wiedziałem. Zdjęła buty, a potem w dżinsach i swetrze wsunęła się w pościel. Zadrżała. - No, nie wstydź się - zachęciła Dimkę. Okrył ją płaszczem, a następnie rozsznurował buty i je zdjął. Było dziwnie, ale podniecająco. Natalia chciała z nim spać, lecz nie chciała się kochać. Nina nigdy w to nie uwierzy. Ale przecież musiał się gdzieś położyć. Zdjął krawat i wszedł do łóżka. Pościel była zimna jak lód. Objął Natalię. Oparła głowę na jego ramieniu i przycisnęła się do niego całym ciałem. Obszerny sweter, który miała na sobie, oraz jego garnitur nie pozwalały mu wyczuć kształtów dziewczyny, lecz mimo to dostał wzwodu. Jeśli go wyczuła, nie dała po sobie poznać. Po kilku minutach przestali się trząść i zrobiło im się cieplej. Twarz Dimki spoczywała we włosach Natalii: były falujące, gęste i pachniały mydłem cytrynowym. Trzymał ręce na jej plecach, lecz przez grubą warstwę swetra nie wyczuwał skóry. Czuł natomiast na szyi oddech dziewczyny. Jego rytm się zmienił, stał się równy i płytki. Pocałował ją w czubek głowy, ale nie zareagowała. Nie mógł jej rozgryźć. Była tylko asystentką, tak jak on, i wyglądała na starszą o trzy lub cztery lata, lecz jeździła dwunastoletnim, pięknie utrzymanym mercedesem. Zazwyczaj ubierała się w typowe siermiężne ciuchy, jakie widywało się na Kremlu, a mimo to pachniała drogimi importowanymi perfumami. Zachowywała się czarująco, na granicy flirtu, a potem jechała do domu i gotowała obiad mężowi. Zwabiła Dimkę do łóżka, a później zasnęła. Był pewien, że nie zmruży oka, leżąc z ciepłą dziewczyną w ramionach. A jednak zmorzył go sen. Na zewnątrz wciąż było ciemno, kiedy się obudził. - Która godzina? - wymamrotała Natalia. Dalej spoczywała w jego objęciach. Dimka wygiął szyję, by spojrzeć na zegarek na nadgarstku, który znajdował się za lewym ramieniem Natalii. - Wpół do siódmej. - A my wciąż żyjemy. - Amerykanie nas nie zbombardowali. - Jeszcze nie. - Lepiej wstańmy - zaproponował Dimka i momentalnie tego pożałował. Chruszczow jeszcze się pewnie nie obudził. A nawet jeśli, to Dimka nie musiał przedwcześnie kończyć tej

rozkosznej chwili. Był skołowany, ale szczęśliwy. Po kiego diabła mówił o wstawaniu? Jednakże Natalia jeszcze nie była na to gotowa. - Za minutkę - powiedziała. Ucieszył się na myśl, że podoba jej się to, że leży w jego ramionach. Potem pocałowała go w szyję. Dotknięcie jej ust było najlżejszym z możliwych: jakby ze stareńkiej pościeli wyleciał mól i musnął skrzydłami jego skórę. Ale nie wyobraził sobie tego. Pocałowała go. Pogłaskał ją po włosach. Odchyliła głowę i spojrzała na niego. Miała leciutko rozchylone usta i nieznacznie się uśmiechała, jakby przyjemnie zaskoczona. Dimka słabo znał się na kobietach, lecz nawet on musiał dostrzec zachętę. Mimo to wciąż się wahał, czy ją pocałować. - Dzisiaj prawdopodobnie nas zbombardują i nic nie zostanie - rzekła Natalia. Wtedy ją pocałował. Pocałunek eksplodował jak ogień. Ugryzła go w wargę i wsunęła mu język do ust. Dimka przetoczył się na nią i wsunął dłonie pod rozciągnięty sweter. Szybkim ruchem rozpięła stanik. Miała rozkoszne, małe jędrne piersi z dużymi sutkami, które od razu stwardniały pod dotykiem jego palców. Kiedy wziął je do ust, westchnęła z zadowolenia. Usiłował zdjąć jej dżinsy, ale ona miała inny pomysł. Pchnęła go na plecy i gorączkowo rozpięła mu spodnie. Lękał się, że od razu dojdzie - zdarzało się to wielu mężczyznom, jak twierdziła Nina - ale tak się nie stało. Natalia wyjęła jego członka. Pogłaskała go obiema dłońmi, dotknęła policzkiem i pocałowała, a potem wzięła do ust. Czując, że za chwilę eksploduje, chciał go wyjąć, odpychając jej głowę; Nina tak wolała. Jednak Natalia wydała odgłos sprzeciwu, pocierała jego penisa i ssała mocniej, więc Dimka utracił panowanie nad sobą i wytrysnął w jej ustach. Po dłuższej chwili go pocałowała i wyczuł swoje nasienie na wargach dziewczyny. Czy zachowała się dziwnie? Miał wrażenie, że to była zwykła czułość. Zdjęła dżinsy i figi i zrozumiał, że teraz jego kolej, by sprawić jej rozkosz. Na szczęście Nina go tego nauczyła. Jej owłosienie było kędzierzawe i bujne tak samo jak czupryna. Zatopił w nim twarz, pragnąc odwzajemnić rozkosz, którą mu sprawiła. Kierowała go naciskiem dłoni, delikatnie wskazując, kiedy pocałunki mają być mocniejsze lub słabsze, przesuwała jego usta w górę bądź w dół, sygnalizując, w których miejscach ma ją pieścić. Była dopiero drugą kobietą, której to robił. Zagubił się w jej cudownym smaku i zapachu.

Z Niną to była jedynie gra wstępna, jednak zaskakująco szybko Natalia krzyknęła i najpierw przycisnęła do siebie jego głowę, a potem, jakby rozkosz była zbyt wielka, odepchnęła ją. Leżeli obok siebie i łapali oddech. To było dla Dimki całkowicie nowe doświadczenie. - Całe to zagadnienie seksu jest bardziej złożone, niż mi się wydawało - zauważył refleksyjnie. Ku jego zaskoczeniu Natalia roześmiała się gromko. - Co ja takiego powiedziałem? Zaśmiała się jeszcze mocniej i odparła: - Och, Dimka, uwielbiam cię.

La Isabela było miastem duchów. Ten niegdyś kwitnący kubański port ogromnie ucierpiał z powodu embarga nałożonego przez Eisenhowera. Miasteczko leżało na uboczu, zewsząd otoczone słonymi bagnami i mangrowymi grzęzawiskami. Ulicami włóczyły się wychudłe kozy. Na przystani cumowała garstka nędznych łodzi rybackich oraz Aleksandrowsk, radziecki frachtowiec o wyporności pięciu tysięcy czterystu ton załadowany po brzegi głowicami atomowymi. Jednostka miała popłynąć do Mariel. Po tym, jak prezydent Kennedy ogłosił blokadę wyspy, większość radzieckich statków zawróciła, lecz kilka znajdowało się o parę godzin od portów i otrzymały rozkaz, by jak najprędzej do nich dotrzeć. Tania i Paz patrzyli, jak frachtowiec w strumieniach ulewy przybliża się do betonowego nabrzeża. Działka przeciwlotnicze na pokładzie przykryto zwojami lin. Była przerażona, nie miała pojęcia, co będzie dalej. Na przekór wszystkim usiłowaniom jej brata tajemnica wydała się przed wyborami uzupełniającymi w Ameryce i Dimkę czekały zapewne ciężkie chwile - to jednak martwiło Tanię najmniej. Było jasne, że blokada jest tylko przygrywką. Teraz Kennedy musiał pokazać siłę. A skoro on miał być silny, Kubańczycy zaś gotowi byli bronić swojego cennego dignidad, mogło się zdarzyć wszystko, od amerykańskiej inwazji po globalną zagładę atomową. Tania i Paz zbliżyli się do siebie. Opowiadali sobie o dzieciństwie, o rodzinach i byłych miłościach. Często się dotykali i śmiali. Jednak powstrzymywali się przed romansem. Tania czuła pokusę, ale się jej opierała. Miała wrażenie, że jest coś niestosownego w kochaniu się z mężczyzną tylko dlatego, że jest wyjątkowo przystojny. Lubiła Paza pomimo jego dziwacznego wyobrażenia o dignidad - lecz się w nim nie zakochała. Dawniej

całowała się z mężczyznami, których nie kochała, zwłaszcza w czasach studenckich, ale nie uprawiała z nimi seksu. Poszła do łóżka tylko z jednym mężczyzną. Kochała go albo tak się jej wówczas wydawało. Mogła jednak przespać się z Pazem chociażby po to, by czuć na sobie czyjeś ramiona, gdy spadną bomby. Największy portowy magazyn był spalony. - Ciekawe, jak to się stało - powiedziała Tania, wskazując ręką. - Podpaliła go CIA - odparł Paz. - Takich ataków terrorystycznych jest wiele. Rozejrzała się. Zabudowania przy nabrzeżu stały puste i zaniedbane. Większość domów stanowiły parterowe drewniane budy. Na drogach gruntowych utworzyły się kałuże deszczówki. Amerykanie mogliby wysadzić całe miasto w powietrze, nie wyrządzając zauważalnej szkody reżimowi Fidela Castro. - Dlaczego? Paz wzruszył ramionami. - To jest koniec półwyspu, łatwy cel. Przypływają motorówką z Florydy, wyskakują na brzeg, coś wysadzają, zabijają jednego lub dwóch niewinnych ludzi i wracają do Ameryki. Pieprzone tchórze - zakończył po angielsku. Tani przyszło na myśl pytanie, czy wszystkie rządy są takie same. Bracia Kennedy opowiadali o wolności i demokracji, a jednocześnie wysyłali przez morze uzbrojone bandy, by terroryzować Kubańczyków. Radzieccy komuniści głosili, że pragną wyzwolenia proletariatu, a jeśli ktoś się z nimi nie zgadzał, zamykali go w więzieniu lub mordowali, albo zsyłali na Syberię tak jak Wasilija. Czy istnieje na świecie choć jeden uczciwy reżim? - Ruszajmy - powiedziała. - Do Hawany daleka droga, a ja muszę przekazać Dimce, że statek dotarł bezpiecznie do portu. W Moskwie postanowiono, że Aleksandrowsk jest blisko celu i może do niego dopłynąć, lecz Dimka się niepokoił i oczekiwał potwierdzenia. Wsiedli do buicka i wyjechali z miasteczka. Po obu stronach drogi wyrastały wysokie gąszcze trzciny cukrowej. Unosiły się nad nimi ptaki urubu, polując na tłuste polne szczury. W oddali wznosił się wysoki komin cukrowni niczym pocisk wymierzony w niebo. Płaskie tereny centralnej Kuby pocięte były jednotorowymi liniami kolejowymi przeznaczonymi do transportu trzciny z pól do przetwórni. Tam, gdzie nie było terenów uprawnych, przeważnie rosła dżungla z ognistymi drzewami, jakarandami i strzelistymi palmami królewskimi; gdzieniegdzie pleniły się twarde krzewy, które ogryzało bydło. Smukłe czaple podążające za krowami wyglądały jak wdzięczne ozdobniki burego krajobrazu. Transport na wiejskich terenach wyspy wciąż odbywał się głównie za pomocą

konnych wozów, lecz w miarę jak buick zbliżał się do Hawany, na drogach było coraz więcej wojskowych ciężarówek i autokarów, które rozwoziły rezerwistów do baz. Castro zarządził pełny alarm bojowy, naród wkroczył na wojenną ścieżkę. Widząc samochód Paza, żołnierze machali rękoma i wołali: Patria o muerte!, „Ojczyzna lub śmierć!”, Cuba si, yanqui no! Na przedmieściu stolicy Tania zobaczyła nowy plakat, który pojawił się nocą i teraz zasłaniał każdą ścianę. Był czarno-biały, przedstawiał dłoń trzymającą karabin maszynowy i napis A las armas, czyli „Do broni”. Castro rozumie zasady propagandy, zauważyła Tania; różnił się tym od starców z Kremla, tworzących hasła w rodzaju „Realizujemy postanowienia dwudziestego zjazdu partii!”. Wiadomość Tania napisała i zakodowała już wcześniej, teraz musiała tylko wpisać dokładny czas wejścia Aleksandrowska do portu. Zabrała ją do radzieckiej ambasady i przekazała oficerowi komunikacyjnemu, którego dobrze znała. Dimka przyjmie informację z ulgą, lecz jego siostra wciąż czuła lęk. Czy to dobrze, że na Kubę dotarł jeszcze jeden ładunek broni nuklearnej? Czy naród kubański - oraz Tania - nie byłby bezpieczniejszy, nie mając jej w ogóle? - Masz dzisiaj inne obowiązki? - zapytała Paza, kiedy wyszli. - Moje zadanie polega na utrzymywaniu kontaktu z tobą. - Ale w czasie tego kryzysu... - W czasie tego kryzysu nie ma nic ważniejszego niż dobra komunikacja z naszymi radzieckimi sojusznikami. - Wobec tego przespacerujmy się razem po Malecón. Pojechali nad brzeg morza i Paz zaparkował auto przed słynnym hotelem Nacional. Żołnierze ustawiali przed nim działko przeciwlotnicze. Tania i jej towarzysz zostawili samochód i ruszyli promenadą. Północny wiatr pędził gniewne bałwany i rozbijał je o kamienny falochron. Woda eksplodowała niezliczonymi kroplami, które spadały deszczem na deptak. Było to popularne miejsce przechadzek, wydawało się jednak, że dzisiaj ludzi jest więcej niż zwykle. Ich nastrój nie był sielankowy. Stali w niewielkich grupach, od czasu do czasu coś mówili, lecz często zapadało wśród nich milczenie. Nie flirtowali, nie opowiadali sobie żartów ani nie popisywali się najlepszymi ubraniami. Wszyscy spoglądali w tę samą stronę: na północ, ku wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Wypatrywali yanquis. Tania wraz z Pazem przez jakiś czas robili to samo. Czuła w głębi serca, że inwazja musi nastąpić. Niszczyciele będą pruły fale, okręty podwodne wynurzą się o kilka metrów od nabrzeża, z chmur wysypią się samoloty z niebiesko-białymi gwiazdkami obładowane

bombami, które zrzucą na Kubańczyków i ich radzieckich przyjaciół. Nagle Tania ujęła w dłoń rękę Paza i lekko ją ścisnęła. Spojrzała w jego głębokie brązowe oczy. - Myślę, że czeka nas śmierć - oznajmiła spokojnie. - Tak. - Chcesz przedtem pójść ze mną do łóżka? - Tak - powtórzył. - Pojedziemy do mnie? - Tak. Wrócili do samochodu i dojechali do wąskiej uliczki na starym mieście w pobliżu katedry. Tania miała kwaterę na piętrze w kolonialnej kamienicy. Jej pierwszym i jedynym kochankiem był Petr Ilojan, wykładowca uniwersytecki. Ubóstwiał jej młode ciało, wpatrywał się w piersi, gładził skórę i całował włosy, jakby nigdy nie widział czegoś tak cudownego. Paz był w tym samym wieku co Petr, lecz Tania szybko uprzytomniła sobie, że miłość z nim będzie inna. To jego ciało znajdzie się w centrum uwagi. Powoli zdjął ubranie, jakby się z nią drażnił, a potem stanął nagi, dając jej czas na podziwianie swojej nieskazitelnej skóry i łuków mięśni. Z przyjemnością przysiadła na skraju łóżka i podziwiała Paza. Ten popis musiał go podniecić, gdyż jego członek już nabrzmiał i prawie się wyprostował; nie mogła się doczekać, kiedy ujmie go w dłonie. Petr był powolnym, delikatnym kochankiem. Potrafił doprowadzić ją do gorączki oczekiwania, a później wstrzymywać się nieznośnie długo. Kilkakrotnie zmieniał pozycje, ustawiał ją na górze, klęczał za nią, a potem kazał się dosiadać okrakiem. Paz nie był szorstki, lecz pełen wigoru. Tania poddała się radości i rozkoszy. Później usmażyła jajecznicę i zaparzyła kawy. Paz włączył telewizor i spożywając posiłek, oglądali przemówienie Fidela Castro. Siedział na tle kubańskiej flagi państwowej, jej szerokie niebieskie i białe pasy wyglądały w monochromatycznym telewizorze jak czarno-białe. Jak zawsze miał na sobie mundur polowy, jedyną odznaką stopnia była gwiazdka na epolecie. Tania nigdy nie widziała go w cywilnym ubraniu ani w bombastycznym galowym mundurze oblepionym medalami, który tak pokochali komunistyczni przywódcy innych krajów. Poczuła przypływ optymizmu. Castro nie był głupcem. Wiedział, że nie zdoła pokonać Stanów Zjednoczonych w wojnie, nawet ze Związkiem Radzieckim u boku. Z pewnością wykona jakiś mocny gest pojednania, przedstawi inicjatywę, która odmieni sytuację i rozbroi tykającą bombę zegarową.

Jego głos był wysoki i piskliwy, lecz do cna przepojony emocją. Bujna broda przydawała mu aury proroka wołającego na pustyni, mimo że bez wątpienia znajdował się w studiu telewizyjnym. Czarne brwi poruszały się ekspresyjnie na wysokim czole. Gestykulował dużymi dłońmi, od czasu do czasu unosząc wskazujący palec niczym dyrektor szkoły, często zaciskał też pięść. Chwilami przytrzymywał się podłokietników fotela, jakby się bał, że wystrzeli w górę niczym rakieta. Nie było widać tekstu przemówienia ani nawet notatek. Twarz przywódcy wyrażała oburzenie, dumę, przyganę i gniew, lecz nigdy sceptycyzm. Fidel Castro żył w świecie niezachwianej pewności. Punkt po punkcie atakował wystąpienie telewizyjne Kennedy’ego, które na żywo transmitowało kubańskie radio. Kpił z apelu amerykańskiego prezydenta do - jak to ujął „zniewolonego narodu kubańskiego”. „Naszej suwerenności nie zawdzięczamy łasce jankesów”, oznajmił z pogardą. Jednakże nie wspomniał ani słowem o Związku Radzieckim ani o broni nuklearnej. Mowa trwała półtorej godziny i nacechowana była churchillowską intensywnością: oto dzielna mała Kuba rzuca wyzwanie wielkiej bandyckiej Ameryce i nigdy się nie podda. Zapewne podziałała jak zastrzyk wzmacniający morale narodu kubańskiego, lecz poza tym niczego nie zmieniła. Tania poczuła gorzkie rozczarowanie i jeszcze większy lęk. Castro nawet nie podjął próby zapobieżenia wojnie. Na koniec zakrzyknął: „Ojczyzna albo śmierć, zwyciężymy!”. Potem zerwał się z fotela i wybiegł, jakby nie miał chwili do stracenia w dziele ocalenia Kuby. Tania spojrzała na Paza. W jego oczach szkliły się łzy. Pocałowała go i znów się kochali na tapczanie przed migającym telewizorem. Tym razem przebiegło to wolniej i sprawiło jej więcej przyjemności. Potraktowała go tak, jak Petr traktował kiedyś ją. Nie było trudno wielbić ciało Paza, a on z całą pewnością lubił uwielbienie. Ściskała jego ramiona, całowała sutki i wsuwała palce w kędziory. - Jesteś taki piękny - szeptała, ssąc ucho Kubańczyka. Później, leżąc i paląc wspólnie cygaro, usłyszeli jakiś rwetes na zewnątrz. Otworzyła drzwi balkonowe. Podczas przemówienia Castro w mieście panowała cisza, teraz jednak ludzie wylegli na wąskie uliczki. Zapadła noc, niektórzy nieśli świece i pochodnie. W Tani obudził się instynkt dziennikarski. - Muszę tam iść - rzekła do kochanka. - Dzieje się coś ważnego. - Pójdę z tobą. Ubrali się i wyszli z kamienicy. Na ulicach było mokro, lecz deszcz przestał padać. Ludzi było coraz więcej, panowała atmosfera karnawału. Wszyscy skandowali i wykrzykiwali

jakieś hasła. Wielu śpiewało hymn państwowy La Bayamesa. W melodii nie było nic latynoskiego - przypominała raczej niemiecką piosenkę biesiadną - lecz śpiewający wierzyli w każde słowo. Żyć w kajdanach to żyć W hańbie i poniżeniu. Słuchajcie, oto zabrzmiał dźwięk rogu:

Pospieszcie, o dzielni, do broni! Krocząc z Pazem wśród tłumu uliczkami starego miasta, Tania zauważyła, że wielu mężczyzn rzeczywiście miało ze sobą broń. A ponieważ nie mieli karabinów, zabrali narzędzia ogrodnicze i maczety, a także noże i tasaki kuchenne, które trzymali za paskami, jakby zamierzali stoczyć z Amerykanami walkę na promenadzie Malecón. Tania przypomniała sobie, że jedna amerykańska latająca forteca Boeing B-52 przenosi ponad trzydzieści jeden ton bomb. Biedni głupcy, na co zdadzą się wasze noże? - pomyślała z goryczą.

ROZDZIAŁ 17 George nigdy nie czuł bliższej obecności śmierci niż w środę, dwudziestego czwartego października podczas narady w Sali Gabinetowej Białego Domu. Spotkanie rozpoczęło się o dziesiątej, George był przekonany, że wojna wybuchnie przed jedenastą. Formalnie rzecz biorąc, grono zebranych osób nazywało się komisją wykonawczą Rady Bezpieczeństwa Narodowego, w skrócie ExComm. W praktyce prezydent wezwał wszystkich, którzy jego zdaniem mogli dopomóc w rozwiązaniu kryzysu. Był wśród nich jego brat Robert. Doradcy zajęli miejsca na skórzanych krzesłach rozstawionych wokół długiego stołu. Ich asystenci siedzieli na podobnych, lecz przy ścianach. Napięcie panujące w pomieszczeniu dławiło oddech. Dowództwo Powietrznych Sił Strategicznych zmieniło poziom zagrożenia na DEFCON-2, czyli tuż poniżej bezpośredniego zagrożenia wojną. Wszystkie bombowce czekały w gotowości. Wiele z nich bez ustanku krążyło w powietrzu z głowicami atomowymi na pokładach; patrolowały przestrzeń powietrzną nad Kanadą, Grenlandią i Turcją, najbliżej granic ZSRR, jak to było możliwe. Wszystkie miały przydzielone cele uderzenia na terenie tego kraju. W razie wybuchu wojny Amerykanie rozpętaliby atomową burzę, która zrównałaby z ziemią wszystkie większe miasta Związku Radzieckiego. Miliony ludzi poniosłyby śmierć, Rosja nie podźwignęłaby się przez setki lat. Sowieci zapewne planowali coś podobnego wobec Stanów Zjednoczonych. O dziesiątej zaczęto egzekwować blokadę. Każda radziecka jednostka w promieniu pięciuset mil od wybrzeży Kuby stała się dozwolonym łupem. Spodziewano się, że pierwszym okrętem, który przechwyci sowiecki statek z pociskami atomowymi, będzie USS Essex. Miało to nastąpić między dziesiątą trzydzieści a jedenastą. O jedenastej wszyscy uczestnicy narady w Białym Domu mogli być martwi. Dyrektor CIA John McCone zaczął od dokonania przeglądu wszystkich sowieckich jednostek zmierzających na Kubę. Jego monotonny głos jeszcze bardziej spotęgował napięcie, dokładając do niego zniecierpliwienie. Które sowieckie statki marynarka powinna przechwycić w pierwszej kolejności? Co nastąpi później? Czy Sowieci pozwolą na inspekcję swoich jednostek? Czy otworzą ogień? Jak powinna wtedy zareagować marynarka?

Uczestnicy narady usiłowali odgadnąć, co myślą o tym wszystkim w Moskwie, kiedy asystent McCone’a przyniósł mu notatkę. Dyrektor CIA był wytwornym szpakowatym mężczyzną w wieku sześćdziesięciu lat. Był także biznesmenem. George podejrzewał, że zawodowi funkcjonariusze CIA nie mówili swojemu szefowi o wszystkim, czym się zajmowali. McCone zerknął na kartkę przez okulary bezoprawkowe i zrobił zdziwioną minę. - Panie prezydencie - rzekł po chwili. - Właśnie otrzymaliśmy z Biura Wywiadu Morskiego informację, że wszystkie sześć radzieckich statków znajdujących się obecnie na kubańskich wodach terytorialnych zatrzymało się albo zawróciło. Co to znaczy, u diabła? - zastanawiał się George. Sekretarz stanu Dean Rusk, łysy mężczyzna o nosie mopsa, zapytał: - Na kubańskich wodach, to znaczy gdzie? Tego McCone nie wiedział. Robert McNamara, prezes Forda, którego Kennedy mianował sekretarzem obrony, odparł: - Większość

z tych

jednostek

odpływa

z Kuby

i kieruje

się

do

Związku

Radzieckiego... - Może byśmy to sprawdzili? - przerwał mu z irytacją prezydent. - Mówimy o statkach przybywających na Kubę czy o tych, które odpływają? - Dowiem się - odparł McCone i wyszedł. Napięcie wzrosło o jeszcze jedną kreskę. George zawsze sobie wyobrażał, że kryzysowe narady w Białym Domu cechuje atmosfera mocy nadprzyrodzonej. Myślał, że wszyscy uczestnicy dostarczają prezydentowi dokładnych informacji, on zaś je roztropnie ocenia. To jednak był największy kryzys ze wszystkich, a w czasie narady panowały totalny zamęt i dezorientacja. Budziło to w George’u jeszcze większą obawę. Wrócił McCone. - Wszystkie statki płyną na zachód, w kierunku Kuby - oznajmił, po czym wymienił ich nazwy. Głos zabrał McNamara. Miał czterdzieści sześć lat i nadano mu przydomek genialnego dziecka, po tym jak pod jego kierownictwem firma Ford Motor Company, dotąd przynosząca straty, odnotowała zysk. Prezydent Kennedy ufał mu najbardziej spośród zgromadzonych poza swoim bratem Bobbym. McNamara z pamięci wymienił położenie wszystkich sześciu jednostek. Większość znajdowała się setki mil morskich od Kuby.

- John, co nasi z tym robią? - zwrócił się zniecierpliwiony prezydent do szefa CIA. - Jednostki albo się zatrzymały, albo zawróciły i popłynęły w przeciwnym kierunku odparł McCone. - Czy to są wszystkie sowieckie statki? - Tylko te wybrane. W sumie naliczyliśmy ich dwadzieścia cztery. McNamara ponownie się wtrącił i podał kluczową informację: - Wygląda na to, że te znalazły się najbliżej obszaru kwarantanny. - Sowieci wycofują się przed linię graniczną - szepnął George do Skipa Dickersona. - Obyś miał rację - mruknął Skip. - Nie zamierzamy przejmować żadnego z tych statków, prawda? - indagował prezydent. - Nie zamierzamy przejmować żadnych statków, które nie będą dalej płynąć w kierunku Kuby - powiedział McNamara. Generał Maxwell Taylor, szef połączonych sztabów, podniósł słuchawkę telefonu. - Połączcie mnie z George’em Andersonem. - Admirał Anderson był szefem operacji morskich i dowodził blokadą. Po kilku sekundach Taylor zaczął mówić cichym głosem. Nastąpiła pauza. Wszyscy usiłowali przyswoić nowe informacje i odgadnąć, co znaczą. Czyżby Sowieci się ugięli? - Musimy to najpierw sprawdzić - oznajmił prezydent. - Jak się dowiedzieć, czy sześć statków zmienia kierunek jednocześnie? Panie generale, co flota mówi o tym doniesieniu? Taylor uniósł głowę. - Statki z całą pewnością zawracają. - Bądźcie w kontakcie z Essexem i każcie im poczekać godzinę. Musimy działać szybko, bo mają przechwycić wrogą jednostkę między dziesiątą trzydzieści a jedenastą. Wszyscy jednocześnie spojrzeli na zegarki. Była dziesiąta trzydzieści dwie. George zerknął na twarz Bobby’ego. Prokurator generalny wyglądał jak skazaniec, któremu odroczono egzekucję. Bezpośrednie zagrożenie zostało zażegnane, lecz George w ciągu kilku minut uświadomił sobie, że kryzysu nie rozwiązano. Wprawdzie Sowieci wycofywali się, chcąc uniknąć konfrontacji morskiej, ale ich pociski z głowicami atomowymi wciąż znajdowały się na Kubie. Zegar cofnięto o godzinę, lecz on wciąż tykał. Uczestnicy narady zaczęli omawiać kwestię Niemiec. Obawiali się, że w odwecie za blokadę Kuby Chruszczow może ogłosić blokadę Berlina Zachodniego. Na to również nic nie

można było poradzić. Zamknięto posiedzenie. George nie był potrzebny prokuratorowi generalnemu na następnym spotkaniu, wyszedł więc ze Skipem Dickersonem. - Jak się miewa twoja koleżanka Maria? - zapytał Skip. - Chyba dobrze. - Odwiedziłem wczoraj biuro prasowe. Była na zwolnieniu lekarskim. Serce George’a uderzyło szybciej. Porzucił już wszelką nadzieję na romans z Marią, lecz na wieść o jej chorobie przeraził się. - Nie wiedziałem - odparł, marszcząc czoło. - To nie moja sprawa, ale fajna z niej dziewczyna i pomyślałem, że może powinieneś wybadać, co się dzieje. George ścisnął go lekko za ramię. - Dzięki, że dałeś mi znać. Dobry z ciebie kumpel. Członkowie personelu Białego Domu nie brali zwolnień chorobowych w samym środku największego kryzysu zimnej wojny, chyba że byli poważnie chorzy. Niepokój George’a się pogłębił. Czym prędzej poszedł do biura prasowego. Krzesło Marii stało puste. - Maria nie czuje się dobrze - powiedziała Nelly Fordham, miła kobieta pracująca przy sąsiednim biurku. - Słyszałem. Mówiła, co jej dolega? - Nie. George ściągnął brwi. - Może udałoby mi się urwać na godzinę i zobaczyć ją. - Byłoby dobrze - odparła Nelly. - Ja też się martwię. Zerknął na zegarek. Był raczej pewny, że Bobby nie będzie go potrzebował przed lunchem. - Chyba dam radę. Maria mieszka w Georgetown, prawda? - Tak, ale wyprowadziła się z tamtego mieszkania. - Dlaczego? - Powiedziała, że współlokatorki za bardzo wściubiają nosy w nie swoje sprawy. Brzmiało to sensownie. Koleżanki zapewne gotowe były wiele zrobić, by poznać tożsamość tajemniczego ukochanego. Marii zależało, by pozostała nieznana, więc się wyprowadziła. Świadczyło to o tym, że bardzo jej na nim zależy. Nelly przerzucała wizytówki na kółku.

- Zapiszę ci adres. - Dzięki. Podała mu kartkę papieru. - Ty jesteś Georgy Jakes, prawda? - Tak - potwierdził z uśmiechem. - Ale od dawna nikt nie powiedział do mnie „Georgy”. - Znałam kiedyś senatora Peshkova. Wymieniła nazwisko Grega, to zaś niemal na pewno oznaczało, że wiedziała, iż jest ojcem George’a. - Naprawdę? Gdzie go poznałaś? - Spotykaliśmy się, jeśli chcesz znać prawdę. Ale nic z tego nie wyszło. Jak on się miewa? - Całkiem dobrze. Raz w miesiącu spotykamy się na lunchu. - Pewnie się nie ożenił. - Jeszcze nie. - A chyba jest po czterdziestce. - Zdaje się, że w jego życiu jest jakaś kobieta. - Och, nie bój się, nie poluję na niego. Podjęłam tę decyzję dawno temu. Mimo to życzę mu jak najlepiej. - Przekażę Gregowi twoje słowa. A teraz złapię taksówkę i pojadę zobaczyć, co z Marią. - Dziękuję, Georgy... Powinnam powiedzieć: George. Wybiegł z budynku. Nelly była atrakcyjną kobietą o dobrym sercu. Czemu Greg się z nią nie ożenił? Może pasował mu stan kawalerski. - Pracuje pan w Białym Domu? - zapytał taksówkarz. - Jestem prawnikiem, pracuję z Bobbym Kennedym. - Coś takiego! - Kierowca nie ukrywał zdziwienia faktem, że Murzyn jest prawnikiem i pracuje w tak ważnym urzędzie. - Powiedz mu pan, że powinniśmy zasypać Kubę bombami. Właśnie tak. Rozpirzyć w drobny mak. - Wie pan, ile wynosi długość wyspy od końca do końca? - A co to, zgadywanka telewizyjna? - odrzekł z urazą taksówkarz. George wzruszył ramionami i nic więcej nie powiedział. Od pewnego czasu unikał rozmów o polityce z osobami z zewnątrz. Zwykle mieli gotowe i łatwe odpowiedzi na wszystko: odesłać Meksykanów do domu, Aniołów Piekieł wziąć w kamasze, wykastrować

cioty. A im większa była ich ignorancja, tym radykalniejsze wygłaszali opinie. Georgetown leżało o kilka minut jazdy od centrum Waszyngtonu, lecz droga się George’owi dłużyła. Wyobrażał sobie, że Maria leży na łóżku bliska śmierci albo w śpiączce. Okazało się, że mieszka obecnie w urokliwym starym domu podzielonym na kwatery typu studio. Nie podeszła do drzwi, lecz otworzyła je czarna dziewczyna wyglądająca na studentkę; wskazała pokój Marii. Sama Maria pokazała się na progu ubrana w szlafrok. Wyglądała na chorą, jej twarz była blada, jakby odpłynęła z niej krew, i wyrażała przygnębienie. Nie zaprosiła George’a do środka, ale odeszła, zostawiając drzwi otwarte, więc wszedł. Odetchnął z ulgą, widząc, że stan jej zdrowia pozwala się poruszać. Obawiał się, że jest gorzej. Mieszkanko było maleńkie, składało się z pokoiku i aneksu kuchennego. Domyślił się, że łazienka była wspólna. Spojrzał na dziewczynę. Była nie tylko chora, lecz także przybita. Ten widok sprawił mu ból. Zapragnął wziąć ją w ramiona, wiedział jednak, że nie będzie to dobrze przyjęte. - Mario, co się stało? Okropnie wyglądasz! - Kobiece sprawy, i tyle. Wyrażeniem tym zwykło się określać miesiączkę, ale George był prawie pewny, że kryje się w tym coś więcej. - Zaparzę ci kawy, a może herbaty? - zaproponował, zdejmując płaszcz. - Nie, dziękuję. Postanowił nie posłuchać odmowy; chciał pokazać, że mu na niej zależy. Nagle zerknął na krzesło, na którym zamierzała usiąść. Było poplamione krwią. Maria zauważyła to w tej samej chwili i zarumieniła się. - O cholera. Niewiele wiedział o ciele kobiety. Przyszło mu na myśl kilka możliwości. - Miałaś poronienie? - Nie - zaprzeczyła beznamiętnym tonem. Wahała się. George czekał cierpliwie. - To była skrobanka - rzekła w końcu. - Biedactwo. - George chwycił ściereczkę kuchenną, złożył ją i umieścił na plamie. Usiądź na tym i odpocznij. - Na półce nad lodówką wypatrzył paczkę herbaty jaśminowej. Domyślił się, że Maria ją lubi. Zagrzał wody i milczał, dopóki napój nie był gotowy. Przepisy aborcyjne różniły się w poszczególnych stanach. W dystrykcie stołecznym dopuszczały aborcję, gdy miała na celu ochronę zdrowia matki. Wielu lekarzy interpretowało

je swobodnie tak, by chronić zdrowie kobiety w sensie ogólnym. W praktyce oznaczało to, że każdy, kto miał pieniądze, mógł znaleźć lekarza gotowego dokonać zabiegu. Maria wzięła kubek, chociaż wcześniej mówiła, że nie chce herbaty. Usiadł naprzeciwko niej. - Twój tajemniczy kochanek. Domyślam się, że to on... Skinęła głową. - Dzięki za herbatę. Przypuszczam, że trzecia wojna światowa jeszcze nie wybuchła, bo w przeciwnym razie by cię tu nie było. - Sowieci zawrócili swoje statki, więc groźba starcia na morzu się oddaliła. Jednak Kubańczycy nadal mają rakiety z głowicami nuklearnymi wymierzone w nasz kraj. Maria była zbyt załamana, żeby się tym przejmować. - Nie chciał się z tobą ożenić - stwierdził George. - Ano nie. - Dlatego, że już jest żonaty? Pominęła to milczeniem. - Znalazł ci lekarza i zapłacił rachunek. Skinęła głową. Zdaniem George’a był to postępek godny pogardy, lecz nie powiedział tego. Maria zapewne by go wyprosiła za obrazę ukochanego. Powściągając gniew, zapytał: - Gdzie on teraz jest? - Zadzwoni. - Spojrzała na zegar. - Już niebawem. George postanowił nie zadawać więcej pytań. Niegrzecznie byłoby ją indagować, a strofowanie za to, że postąpiła głupio, było zbyteczne. Czego potrzebowała? Postanowił się tego dowiedzieć. - Potrzeba ci czegoś? Mogę coś dla ciebie zrobić? Rozpłakała się. - Ledwie cię znam - wykrztusiła między jednym a drugim szlochem. - Jak to możliwe, że jesteś moim jedynym przyjacielem w mieście? George znał odpowiedź na to pytanie. Miała sekret, którym nie chciała się dzielić. To utrudniało innym zbliżenie się do niej. - Szczęściara ze mnie, że jesteś taki dobry. Jej wdzięczność wprawiła George’a w zakłopotanie. - Boli cię? - spytał. - Jak diabli.

- Zadzwonić po lekarza? - Nie jest aż tak źle. Uprzedzali mnie, że tak będzie. - Masz aspirynę? - Nie. - Może ci kupić? - Zrobiłbyś to? Nie lubię wysyłać kogoś po zakupy. - W porządku, to sytuacja nadzwyczajna. - Apteka jest na rogu. George odstawił kubek i szybko włożył płaszcz. - Mogę cię poprosić o jeszcze większą przysługę? - Jasne. - Potrzebuję wkładek higienicznych. Kupiłbyś mi paczkę? Zawahał się. Mężczyzna miałby kupować podpaski? - Nie, za dużo wymagam - powiedziała. - To nieważne. - Do licha, przecież mnie nie aresztują. - Marki Kotex. George skinął głową. - Niedługo wrócę. Odwaga nie wystarczyła na długo. Dotarłszy do apteki, poczuł paraliżujące zawstydzenie. Powiedział sobie, że musi wziąć się w garść. Niewygodna sytuacja, lecz jego rówieśnicy narażali życie w dżungli Wietnamu. Czy to, co ma zrobić, naprawdę jest aż takie straszne? W sklepie były trzy regały samoobsługowe oraz lada. Aspiryny nie wystawiono na półkach, trzeba było kupić ją przy ladzie. George z przerażeniem zorientował się, że z kobiecymi artykułami higienicznymi jest tak samo. Wziął tekturowy pojemnik z sześcioma butelkami coli. Maria krwawiła, więc potrzebne jej były płyny. Nie mógł jednak długo odkładać chwili, która napawała go lękiem. Zbliżył się do lady. Farmaceutką była pani w średnim wieku. Ale ze mnie farciarz, pomyślał George. Postawił napoje na ladzie. - Poproszę aspirynę. - Jakiej wielkości opakowanie? Mamy małe, średnie i duże butelki. George się stropił. A jeśli ekspedientka zapyta, w jakim rozmiarze mają być wkładki?

- Mm, chyba duże. Farmaceutka postawiła na ladzie dużą buteleczkę aspiryny. - Coś jeszcze? Młoda kobieta z zakupami podeszła i stanęła za George’em z wiklinowym koszyczkiem z kosmetykami. Z pewnością usłyszy wymianę zdań. - Coś jeszcze? - powtórzyła farmaceutka. No, okaż się mężczyzną, George. - Paczkę wkładek higienicznych. Kotex. Stojąca za nim młoda kobieta stłumiła śmiech. Farmaceutka spojrzała na niego nad okularami. - Młody człowieku, założyłeś się z kimś? - Nie, proszę pani! - odparł zirytowany. - To dla dziewczyny, która jest chora i nie może przyjść do sklepu. Zlustrowała go od góry do dołu. Zobaczyła ciemnoszary garnitur, białą koszulę, gładki krawat i złożoną chusteczkę w kieszonce. George był rad, że nie wygląda jak student żartowniś. - Dobrze, wierzę panu - powiedziała kobieta, po czym sięgnęła pod ladę i wyjęła opakowanie. George spojrzał z przestrachem. Nazwa Kotex wydrukowana była na boku dużymi literami. Miałby nieść coś takiego ulicą? Farmaceutka jakby czytała w jego myślach. - Pewnie chce pan, żebym to zapakowała. - Tak, poproszę. Szybkimi wprawnymi ruchami owinęła paczkę w brązowy papier i włożyła do torby wraz z aspiryną. George uregulował należność. Farmaceutka zmierzyła go ostrym spojrzeniem, a później wyraz jej twarzy złagodniał. - Przepraszam, że panu nie wierzyłam. Zdaje się, że jest pan dobry dla jakiejś dziewczyny. - Dziękuję - odrzekł George i szybko wyszedł z apteki. Pocił się mimo październikowego chłodu. Wrócił do Marii. Zażyła trzy tabletki aspiryny, a później skierowała się do łazienki z owiniętą paczką. George wstawił colę do lodówki i rozejrzał się. Na półce stały podręczniki prawnicze,

pod nią zaś znajdowało się biurko z oprawionymi w ramki zdjęciami. Jedno z nich przedstawiało, jak sądził, rodziców oraz duchownego w starszym wieku, zapewne jej zacnego dziadka. Na drugim widać było Marię w todze podczas ceremonii wręczenia dyplomów. Stała tam także fotografia prezydenta Kennedy’ego. Maria miała telewizor, radio i gramofon. Przejrzał płyty. Podobała jej się najnowsza muzyka rozrywkowa: Crystals, Little Eva, Booker T. and the M.G.’s. Na nocnym stoliku obok łóżka spoczywała bestsellerowa powieść Statek szaleńców. Nagle zadzwonił telefon. George podniósł słuchawkę. - To telefon Marii. - Mogę z nią mówić? - powiedział mężczyzna. George miał wrażenie, że zna jego głos, ale nie umiał połączyć go z osobą. - Wyszła - odparł. - Kto... Chwileczkę, właśnie wróciła. Maria prawie wyrwała mu słuchawkę. - Halo? O, cześć... To znajomy, kupił mi aspirynę... Nie tak źle, poradzę sobie... - Wyjdę, nie będę przeszkadzał - powiedział George. Bardzo źle oceniał kochanka Marii, uważał go za gnojka. Nawet jeśli był żonaty, powinien jej towarzyszyć. Przez niego zaszła w ciążę, więc powinien się nią zaopiekować po skrobance. Ten głos... George już go słyszał. Czy naprawdę natknął się na kochanka Marii? Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby okazał się nim kolega z jej pracy. George tak właśnie podejrzewał. Ale to nie był głos Pierre’a Salingera. W holu pojawiła się dziewczyna, która wpuściła George’a. Uśmiechnęła się do niego, widząc, że stoi niczym niegrzeczny uczeń. - Przeskrobałeś coś w szkole? - zapytała. - Chciałbym - odparł. Roześmiała się i poszła dalej. Maria otworzyła drzwi. - Muszę już wracać do pracy - oznajmił George. - Wiem. Przyszedłeś mnie odwiedzić w samym środku kryzysu kubańskiego, nigdy tego nie zapomnę. Po rozmowie z ukochanym była wyraźnie szczęśliwsza. Nagle George doznał olśnienia. - Ten głos w telefonie!

- Rozpoznałeś go? George nie mógł wyjść ze zdumienia. - Masz romans z Dave’em Powersem? Roześmiała się głośno, a on się zawstydził. - Och, proszę! Od razu sobie uświadomił, jakie to było nieprawdopodobne. Dave, osobisty asystent prezydenta, był przeciętnie wyglądającym mężczyzną około pięćdziesiątki i wciąż nosił kapelusz. Było raczej wykluczone, by zdobył serce pięknej i pełnej życia młodej kobiety. Po chwili George uprzytomnił sobie, z kim Maria ma romans. - O Boże - wykrztusił ze zdumieniem. Maria milczała. - Sypiasz z prezydentem Kennedym. - Nie mów o tym nikomu! - rzekła błagalnie. - Jeśli to zrobisz, on mnie zostawi. Przyrzeknij, proszę cię! - Przyrzekam - powiedział George.

Po raz pierwszy w dorosłym życiu Dimka zachował się w sposób niegodziwy i godny potępienia. Nina nie była jego żoną, lecz spodziewała się po nim wierności, on zaś zakładał, że jest wierna jemu; nie miał zatem najmniejszych wątpliwości, że ją zdradził, spędzając noc z Natalią. Kiedy owa noc się zaczynała, uważał, że może być ostatnią w jego życiu. Tak się jednak nie stało i wymówka była marna. Nie odbył stosunku z Natalią, lecz to również go nie usprawiedliwiało. To, co robili, było jeszcze bardziej intymne i czułe niż zwykły seks. Miał okropne poczucie winy. Do tej pory nigdy nie uważał się za niegodnego szacunku i nieuczciwego. Jego przyjaciel Walentin, gdyby znalazł się w takiej sytuacji, zapewne romansowałby dalej z obiema kobietami, dopóki rzecz nie wyszłaby na jaw. Dimka nawet nie brał tego pod uwagę. Czuł się bardzo źle po jednej nocy, nie mógłby postępować tak stale. Skończyłoby się tym, że rzuciłby się do rzeki Moskwy i utopił. Musi albo przyznać się Ninie, albo z nią zerwać, a może zrobić jedno i drugie. Nie może żyć w tak piramidalnym fałszu. Uzmysłowił sobie, że się boi. To było idiotyczne. Nazywał się Dmitrij Iljicz Dworkin i był siepaczem samego Chruszczowa, niektórzy go

nienawidzili, u wielu budził strach. Jak może bać się dziewczyny? A jednak się bał. A co z Natalią? Miał do niej setki pytań. Chciał się dowiedzieć, co czuje do męża. Dimka nic o nim nie wiedział poza tym, że ma na imię Nik. Czy zamierzają się rozwieść? A jeśli tak, to czy rozpad ich małżeństwa ma coś wspólnego z nim, Dimką? A co ważniejsze, czy Natalia widziała dla niego jakąś rolę w swojej przyszłości? Nadal wpadali na siebie na Kremlu, lecz nie było szans, że zostaną sam na sam. We wtorek odbyły się trzy posiedzenia Prezydium - rano, po południu i wieczorem - a w czasie przerw na posiłki asystenci mieli jeszcze więcej do roboty. Ilekroć Dimka spojrzał na Natalię, wydawała mu się jeszcze cudowniejsza. On, tak samo jak inni mężczyźni, dalej miał na sobie garnitur, w którym spał, ale ona przebrała się w ciemnoniebieską sukienkę i żakiet, który sprawiał, że budziła respekt i jednocześnie pożądanie. Dimka nie potrafił się skupić w czasie narad, mimo że ich celem było zapobieżenie trzeciej wojnie światowej. Spoglądał na Natalię, przypominał sobie, co razem robili, a potem z zakłopotaniem odwracał głowę, lecz po chwili znów się na nią gapił. Jednak tempo pracy było tak intensywne, że nie zdołał z nią zamienić nawet kilku słów. We wtorek późnym wieczorem Chruszczow pojechał na noc do domu i wszyscy inni postąpili tak samo. W środę z samego rana Dimka przekazał mu radosną wiadomość, uzyskaną od siostry prosto z Kuby, że statek Aleksandrowsk dobił bezpiecznie do przystani La Isabela. Reszta dnia upłynęła w takim samym natłoku zajęć. Stale wpadał na Natalię, lecz nie mieli ani chwili dla siebie. Jednakże Dimka zaczął stawiać sobie pytania. Co dla niego oznaczała noc z poniedziałku na wtorek? Czego pragnie w przyszłości? Jeśli któreś z nich będzie za tydzień wśród żywych, to czy chce spędzić resztę życia z Natalią, czy z Niną, a może z żadną z nich? W czwartek rozpaczliwie łaknął odpowiedzi. Ogarnęło go irracjonalne poczucie, że nie może zginąć w wojnie atomowej, dopóki nie rozwiąże swojego dylematu. Na wieczór był umówiony z Niną, mieli iść do kina z Walentinem i Anną. Jeśli zdoła wyrwać się z Kremla i pójść na randkę, co powie Ninie? Prezydium rozpoczynało obrady normalnie o dziesiątej rano, toteż asystenci spotkali się na nieoficjalnej naradzie o ósmej w Sali Oniłowej. Dimka miał przedstawić kolegom nową propozycję Chruszczowa. Liczył także na rozmowę z Natalią. Chciał do niej podejść, gdy zjawił się Jewgienij Filipow z porannymi wydaniami europejskich gazet. - Pierwsze strony wyglądają strasznie - oznajmił, udając niepokój i żal, lecz Dimka

wiedział, że się cieszy. - Zawrócenie naszych statków jest przedstawiane jako upokarzający odwrót Związku Radzieckiego! Dimka spojrzał na gazety, które Filipow rozłożył na tanich nowoczesnych stołach, i zorientował się, że jego wróg nie przesadza. Natalia wystąpiła w obronie Chruszczowa. - Jasne, że tak mówią. Wszystkie te gazety są w rękach kapitalistów. Spodziewałeś się, że zaczną wychwalać mądrość i powściągliwość naszego przywódcy? Jesteś aż tak naiwny? - A ty nie jesteś naiwna? Londyński „Times”, włoski „Corriere della Sera”, paryski „Le Monde”... Te gazety czytają i wierzą im przywódcy krajów Trzeciego Świata, których pragniemy przeciągnąć na naszą stronę. Mówił prawdę. Mimo że było to niesprawiedliwe, ludzie na całym świecie ufali prasie kapitalistycznej bardziej niż publikacjom komunistów. - Nie możemy kierować naszą polityką zagraniczną pod dyktando zachodnich gazet odparowała Natalia. - Ta operacja miała być w najwyższym stopniu utajniona - stwierdził Filipow. A mimo to Amerykanie się o niej dowiedzieli. Wszyscy wiemy, kto odpowiadał za bezpieczeństwo. - Miał na myśli Dimkę. - Dlaczego ten człowiek nadal siedzi przy stole? Czy nie powinien być przesłuchiwany? - Winna być może ochrona wojskowa - odrzekł Dimka. Filipow podlegał ministrowi obrony. - Kiedy dowiemy się, jak tajemnica wyszła na jaw, wtedy postanowimy, kogo powinno się przesłuchać. - Była to słaba obrona, lecz Dimka nadal nie miał pojęcia, co zawiodło. Filipow zmienił taktykę. - Na porannym posiedzeniu Prezydium przedstawiony zostanie raport KGB, z którego wynika, że Amerykanie w wielkim stopniu przyspieszyli mobilizację na Florydzie. Pociągi przewożą mnóstwo czołgów i armat, tor wyścigowy Hallandale został przejęty przez Pierwszą Dywizję Pancerną, w hali śpią tysiące żołnierzy. Fabryki amunicji pracują na okrągło, produkując pociski lotnicze, które spadną na radzieckich i kubańskich żołnierzy. Bomby napalmowe... - Tego również można się było spodziewać - wpadła mu w słowo Natalia. - Ale jak postąpimy, jeśli dokonają inwazji na Kubę? - kontynuował Filipow. - Jeśli odpowiemy bronią konwencjonalną, nie wygramy, bo Amerykanie są za silni. Czy zdecydujemy się na uderzenie atomowe? Prezydent Kennedy powiedział, że jeśli z Kuby wystrzelony zostanie choć jeden pocisk z ładunkiem nuklearnym, zbombarduje Związek

Radziecki. - Na pewno nie zamierza zrealizować tej groźby - zaoponowała Natalia. - Przeczytaj raporty wywiadu Armii Czerwonej. Amerykańskie bombowce okrążają nas! - Filipow wskazał sufit, jakby można tam było zobaczyć samoloty. - Możliwe są tylko dwa scenariusze: upokorzenie na arenie międzynarodowej, jeśli dopisze nam szczęście, i atomowa śmierć, jeśli go zabraknie. Natalia milczała. Nikt z uczestników narady nie znalazł odpowiedzi na te słowa. Nikt oprócz Dimki. - Towarzysz Chruszczow rozwiązał ten problem. Wszyscy spojrzeli na niego z zaskoczeniem. - Na porannym posiedzeniu pierwszy sekretarz zaproponuje, byśmy złożyli ofertę Stanom Zjednoczonym - ciągnął Dimka wśród całkowitej ciszy. - Zdemontujemy nasze pociski na Kubie... Ze wszystkich stron dobiegły westchnienia i okrzyki sprzeciwu. Uniósł dłoń. - Usuniemy nasze pociski w zamian za gwarancję, o którą przez cały czas nam chodziło. Amerykanie będą musieli się zobowiązać, że nie uderzą na Kubę. Przez dłuższą chwilę uczestnicy narady w milczeniu przyswajali sobie propozycję Chruszczowa. Pierwsza zareagowała Natalia: - To doskonały pomysł. Jak Kennedy mógłby odmówić? Musiałby przyznać, że zamierzał przeprowadzić inwazję na biedne państwo Trzeciego Świata, a wtedy wszyscy potępiliby go za politykę kolonialną. Jednocześnie dostarczyłby powodu, by Kuba miała broń nuklearną i mogła się bronić. Natalia była nie tylko najurodziwszą, lecz także najinteligentniejszą z siedzących przy stole osób. - Ale jeśli Kennedy się zgodzi, przyjdzie nam ściągnąć rakiety do kraju - zauważył Filipow. - Nie będą już potrzebne! - skontrowała Natalia. - Rewolucja kubańska zostanie ocalona. Filipow chciał się spierać, lecz nie miał argumentów. Chruszczow wpędził Związek Radziecki w tarapaty, ale obmyślił honorowy sposób wykaraskania się z nich. Po zakończeniu narady Dimka wreszcie zdołał podejść do Natalii. - Musimy omówić tekst propozycji Chruszczowa dla Kennedy’ego. Usiedli w rogu pomieszczenia. Dimka spoglądał na przód sukienki dziewczyny,

przypominając sobie jej małe piersi z naprężonymi sutkami. - Nie możesz się na mnie gapić - powiedziała. Dimka poczuł się głupio. - Nie gapię się - odparł, choć była to oczywista nieprawda. Natalia pominęła jego słowa. - Jeśli nie przestaniesz, nawet mężczyźni zauważą. - Wybacz, nie mogę się powstrzymać - rzekł przygnębiony Dimka. Spodziewał się rozmowy przepojonej radosną intymnością, lecz było inaczej. - Nikt nie może się dowiedzieć o tym, co robiliśmy - powiedziała z lękiem Natalia. Poczuł się tak, jakby rozmawiał z zupełnie inną osobą niż beztrosko seksowna dziewczyna, która zaledwie dwa dni temu go uwiodła. - Nie zamierzałem tego rozpowiadać, ale nie wiedziałem, że chodzi o tajemnicę wagi państwowej. - Jestem mężatką! - Chcesz zostać z Nikiem? - Co to za pytanie? - Macie dzieci? - Nie. - Ludzie się rozwodzą. - Mój mąż nigdy nie zgodzi się na rozwód. Dimka patrzył na nią. To nie był racjonalny argument: kobieta mogła wziąć rozwód wbrew woli męża. Jednak rozmowa nie dotyczyła w istocie kwestii prawnych. Natalia wyraźnie była przerażona. - Właściwie dlaczego to zrobiłaś? - Myślałam, że wszyscy zginiemy! - A teraz żałujesz? - Jestem mężatką! - powtórzyła. Nie była to odpowiedź na pytanie, lecz Dimka domyślił się, że nic więcej od niej nie usłyszy. - Dimka, pospiesz się! - krzyknął z przeciwnego końca bufetu Boris Kozłow, inny asystent Chruszczowa. - Możemy pomówić później? - spytał cicho Dimka, wstając. Natalia spuściła wzrok i nic nie odpowiedziała. - No, chodź już! - ponaglał Boris.

Dimka wyszedł. Przez większość dnia Prezydium omawiało propozycję Chruszczowa. Istniały komplikacje. Czy Amerykanie będą się upierali, by przeprowadzić inspekcje wyrzutni i na miejscu stwierdzić, czy pociski zostały zdemontowane? Czy Castro wyrazi na nie zgodę? Czy zobowiąże się, że nie przyjmie broni nuklearnej z innego źródła, na przykład od Chin? Pomimo tych wszystkich wątpliwości Dimka był zdania, że rozwiązanie zaproponowane przez Chruszczowa daje najlepszą nadzieję na pokój. Nieco uspokojony rozmyślał o Ninie i Natalii. Zanim rano porozmawiał z Natalią, wydawało mu się, że wybór między dwiema kobietami należy do niego. Teraz uświadomił sobie, że to były złudzenia. Natalia nie zamierzała odejść od męża. Jednocześnie stało się dla niego jasne, że szalał za Natalią tak, jak nigdy nie szalał za Niną. Ilekroć usłyszał pukanie do drzwi, miał nadzieję, że to ona. Bez końca odtwarzał w pamięci ich wspólne chwile i raz po raz słyszał jej niezapomniane słowa: „Och, Dimka, uwielbiam cię”. To nie było: „Kocham cię”, ale prawie. Jednak nie chciała brać rozwodu. Mimo to Dimka właśnie jej pragnął. Dlatego musi powiedzieć Ninie, że ich romans się skończył. Nie mógł dalej romansować z dziewczyną, jeśli inną lubił bardziej, to byłoby nieuczciwe. Wyobrażał sobie, jak Walentin wykpiwa jego skrupuły, lecz nie potrafił się ich pozbyć. Sęk w tym, że Natalia chciała zostać z mężem i Dimka nie miałby nikogo. Dziś wieczorem powie Ninie. Mieli się spotkać całą czwórką w mieszkaniu dziewcząt. Weźmie Ninę na stronę i oznajmi jej... co? Kiedy usiłował wymyślić, co dokładnie jej powie, rzecz stawała się trudniejsza. No, dalej, strofował się w duchu, pisałeś przemówienia dla Chruszczowa, napiszesz jedno i dla siebie. Wszystko, co przychodziło mu na myśl, brzmiało okrutnie. Czyżby inaczej się nie dało? Może i tak. A naga prawda? Poznałem inną, naprawdę ją kocham... To zabrzmiało najgorzej. Po południu Chruszczow postanowił, że Prezydium powinno zademonstrować dobrą wolę i en masse pójść do Teatru Bolszoj - Amerykanin Jerome Hines śpiewał partię Borysa Godunowa w najpopularniejszej rosyjskiej operze. Zaproszono także asystentów. Dimka uważał, że to głupie. Kto się nabierze? Z drugiej strony ucieszył się, że może odwołać randkę z Niną, której się lękał.

Zadzwonił do jej pracy i zdążył ją złapać, zanim wyszła. - Nie dam rady dzisiaj przyjść. Muszę iść z kierownictwem do Teatru Bolszoj. - A nie możesz się wymigać? - Chyba żartujesz. - Ten, kto pracował w biurze pierwszego sekretarza, wolałby nie pójść na pogrzeb matki niż okazać nieposłuszeństwo. - Chcę się z tobą zobaczyć. - To wykluczone. - Przyjdź po operze. - Będzie późno. - Nieważne, że będzie późno, przyjdź do mnie. Będę czekała nawet całą noc. Zdziwił się. Zazwyczaj Nina tak mocno nie nalegała. Jej głos zabrzmiał tak, jakby była w wielkiej potrzebie, a to do niej nie pasowało. - Czy coś się stało? - Musimy o czymś pomówić. - O czym? - Powiem ci wieczorem. - Powiedz teraz. Rozłączyła się. Włożył płaszcz i poszedł pieszo do teatru, który znajdował się kilka kroków od Kremla. Jerome Hines miał sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu i nosił na głowie koronę z krzyżem. Prezentował się monumentalnie. Oszałamiająco mocny bas wypełnił salę teatru tak, że jej rozległe przestrzenie wydały się znikome. Mimo to Dimka niewiele usłyszał z opery Musorgskiego. Nie interesowało go, co dzieje się na scenie. Przez cały wieczór z niepokojem myślał o odpowiedzi Amerykanów na propozycję pokojową pierwszego sekretarza i reakcji Niny, kiedy ta dowie się o końcu romansu. Kiedy Chruszczow wreszcie się pożegnał, Dimka ruszył pieszo do mieszkania dziewcząt znajdującego się mniej więcej o półtora kilometra od teatru. Po drodze usiłował odgadnąć, co Nina chce mu zakomunikować. Czyżby sama postanowiła zakończyć ich romans? Przyjąłby to z ulgą. Niewykluczone, że zaproponowano jej awans, który wymagałby przeprowadzki do Leningradu. Może kogoś poznała i doszła do wniosku, że to właśnie on jest tym jedynym. Albo zapadła na śmiertelną chorobę związaną z tajemniczym powodem, dla którego nie może zajść w ciążę. Wszystkie te możliwości podsuwały Dimce łatwą drogę wyjścia z sytuacji i uświadomił sobie, że ucieszyłby się z każdej, nawet - o zgrozo - z wieści

o śmiertelnej chorobie. Nie, pomyślał, wcale nie życzę jej śmierci. Czekała na niego zgodnie z obietnicą. Była ubrana w jedwabny zielony szlafrok, jakby szykowała się do snu, lecz miała nienagannie uczesane włosy i makijaż na twarzy. Pocałowała go w usta, a on odpowiedział na pocałunek, czując wstyd w głębi serca. Zdradzał Natalię, smakując całusa, i Ninę, myśląc o Natalii. Podwójne poczucie winy przyprawiło go o ból w brzuchu. Nalała piwa do szklanki i wypił szybko połowę, jakby to mogło mu dodać odwagi. Usiadła obok niego na kanapie. Był prawie pewny, że nie ma nic pod szlafrokiem. Poczuł lekkie podniecenie i obraz Natalii w jego pamięci odrobinę zblakł. - Wojna na razie nie wybuchła - oznajmił. - To jest moja nowina. A twoja? Nina wzięła od niego szklankę i odstawiła ją na stolik do kawy. Ujęła jego dłoń. - Jestem w ciąży. Dimka poczuł się jak rażony piorunem. Patrzył nierozumiejącym wzrokiem na Ninę. - W ciąży - powtórzył głupawo. - Dwa miesiące z kawałkiem. - Jesteś pewna? - Wypadły mi dwa kolejne okresy. - Ale nawet jeśli... - Spójrz. - Rozchyliła poły szlafroka, by pokazać piersi. - Są większe. Istotnie są większe, stwierdził Dimka, czując jednocześnie pożądanie i oszołomienie. - I bolą. - Nina ponownie otuliła się szlafrokiem, ale niezbyt dokładnie. - A od palenia papierosów boli mnie w brzuchu. Cholera, czuję się ciężarna. To nie może być prawda. - Ale mówiłaś... - Że nie mogę mieć dzieci. - Nina odwróciła głowę. - Tak mi powiedział lekarz. - Widziałaś się z nim? - Tak, potwierdził ciążę. - I co teraz mówi? - spytał z niedowierzaniem Dimka. - Że to cud. - Lekarze nie wierzą w cuda. - Ja też tak myślałam. Dimce kręciło się w głowie i usiłował to opanować. Przełknął głośno ślinę, zmagając się z szokiem. Musiał podejść do tego praktycznie.

- Nie chcesz brać ślubu i ja też, za cholerę. Co masz zamiar z tym zrobić? - Musisz mi dać pieniądze na skrobankę. Dimka ponownie przełknął ślinę. - Dobrze, zgoda. - W Moskwie łatwo dało się załatwić skrobankę, ale nie były darmowe. Zastanowił się, skąd wziąć pieniądze. Zamierzał sprzedać motocykl i kupić używany samochód. Gdyby to odłożył na później, prawdopodobnie zdołałby uzbierać odpowiednią sumę. Mógł także pożyczyć od dziadków. - Jakoś dam radę. Nina od razu złagodniała. - Powinniśmy zapłacić po połowie. Razem zrobiliśmy to dziecko. Raptem Dimka poczuł się inaczej. Nina użyła słowa „dziecko” i to wywołało w nim poczucie wewnętrznego konfliktu. Wyobraził sobie siebie z dzieckiem w ramionach. Widział, jak maluch stawia pierwsze kroki, jak z jego pomocą uczy się czytać, jak razem wędrują do szkoły. - Jesteś pewna, że chcesz usunąć ciążę? - A ty jak czujesz? - Czuję się nieswojo. - Zastanowił się, skąd bierze się to poczucie. - Nie uważam tego za grzech czy coś w tym rodzaju. Po prostu, wiesz, wyobraziłem sobie małe dziecko. - Dimka nie był pewien, skąd wzięły się te wyobrażenia. - A moglibyśmy dać dziecko do adopcji? - Urodzić, a później oddać maleństwo obcym? - Wiem, mnie też się to nie podoba. Ale trudno jest wychować samej dziecko. Choć ja bym ci pomagał. - Dlaczego? - To będzie też moje dziecko. Ujęła go za rękę. - Dziękuję, że to powiedziałeś - szepnęła i nagle wydała się Dimce bardzo krucha. Poczuł drżenie serca. - Kochamy się, prawda? - Tak. - W tej chwili rzeczywiście ją kochał. Pomyślał o Natalii, lecz jej obraz stał się niewyraźny i odległy, a Nina siedziała przy nim i była kobietą z krwi i kości. Nagle odczuł wyraźniej znaczenie tego określenia. - Oboje będziemy kochać dziecko, prawda? - Tak. - W takim razie... - Ale ty nie chcesz ślubu. - Nie chciałam.

- Użyłaś czasu przeszłego. - Tak czułam, kiedy nie byłam w ciąży. - Zmieniłaś zdanie? - Teraz wszystko odczuwam inaczej. Dimka był skołowany. Czyżby rozmawiali o ślubie? Nie wiedząc, co powiedzieć, uciekł się do żartu: - Jeśli mi się oświadczasz, to przydałyby się chleb i sól. Tradycyjna ceremonia zaręczynowa wymagała wymiany darów w postaci chleba i soli. Ku jego zdumieniu Nina wybuchła płaczem. Dimce zmiękło serce i otoczył ją ramionami. W pierwszej chwili się opierała, lecz w końcu pozwoliła się objąć. Jej łzy wsiąkały w jego koszulę. Dimka gładził dziewczynę po włosach. Uniosła twarz do pocałunku, ale zaraz się odsunęła. - Będziesz się ze mną kochał, zanim przytyję i zbrzydnę? Spomiędzy rozchylonego szlafroka wyzierała miękka pierś z uroczymi piegami. - Tak - odrzekł beztrosko. Obraz Natalii oddalił się jeszcze bardziej. Nina znów go pocałowała, a on ujął jej pierś. Była cięższa niż kiedyś. - Nie myślałeś tego, co powiedziałeś na początku, prawda? - zapytała, ponownie się od niego odsuwając. - A co powiedziałem? - Że za cholerę nie chcesz się żenić. Uśmiechnął się, nie wypuszczając z dłoni jej piersi. - Nie, wcale tak nie myślałem.

Czwartkowe południe przyniosło George’owi Jakesowi szczyptę optymizmu. W garncu wrzało, lecz pokrywka nadal tkwiła na swoim miejscu. Kwarantanna była realizowana, sowieckie statki zawróciły, na oceanie nie doszło do konfrontacji. Stany Zjednoczone nie napadły na Kubę, nikt nie odpalił pocisków atomowych. Może mimo wszystko uda się zażegnać groźbę wybuchu trzeciej wojny światowej. Poczucie to trwało jeszcze przez jakiś czas. Doradcy Roberta Kennedy’ego mieli w swoim pomieszczeniu w Departamencie Sprawiedliwości odbiornik telewizyjny, o siedemnastej oglądali transmisję z siedziby

Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku. Obradowała Rada Bezpieczeństwa: wokół stołu w kształcie podkowy znajdowało się dwadzieścia krzeseł. We wnętrzu podkowy siedzieli tłumacze ze słuchawkami na uszach. Resztę sali zapełniali doradcy i obserwatorzy, którzy śledzili bezpośrednie starcie dwóch supermocarstw. Amerykańskim ambasadorem przy ONZ był Adlai Stevenson, łysy intelektualista, który ubiegał się o nominację Partii Demokratycznej w 1960 roku i przegrał z bardziej medialnym Jackiem Kennedym. Przedstawiciel Sowietów, bezbarwny Walerian Zorin, jak zwykle przemawiał jednostajnym głosem, zaprzeczając, by na Kubie była jakakolwiek broń atomowa. - Cholerny kłamca! - skomentował ze złością George. - Stevenson powinien wyjąć zdjęcia. - To właśnie kazał mu zrobić prezydent - powiedział Wilson. - Więc dlaczego ich nie pokazuje? Wilson wzruszył ramionami. - Ludzie pokroju Stevensona zawsze uważają się za mądrzejszych. Ambasador Stevenson wstał. - Pozwoli pan, panie ambasadorze Zorin, że zadam panu proste pytanie. Czy zaprzecza pan, ambasadorze Zorin, że ZSRR rozmieścił i nadal rozmieszcza dwa rodzaje pocisków średniego zasięgu na terytorium Kuby? Tak czy nie? - W to mi graj, Adlai - pochwalił George. Zawtórowały mu pomruki zadowolenia kolegów. Stevenson patrzył prosto na Zorina, który siedział kilka miejsc od niego i nie przestawał pisać w notatniku. - Proszę nie czekać na tłumaczenie - rzekł zniecierpliwiony Stevenson. - Tak czy nie? Zebrani przed telewizorem asystenci Roberta Kennedy’ego parsknęli śmiechem. Ostatecznie Zorin odpowiedział po rosyjsku, a tłumacz przełożył jego słowa: - Proszę kontynuować swoje oświadczenie, panie Stevenson, otrzyma pan odpowiedź we właściwym czasie, bez obaw. - Jestem gotów czekać na odpowiedź tak długo, aż piekło zamarznie - oznajmił amerykański ambasador. Doradcy prokuratora generalnego głośno wyrażali radość. Ameryka nareszcie odpłacała tamtym pięknym za nadobne! - Jestem również gotów przedstawić na tej sali dowody - dodał Stevenson. - Tak! - zawołał George, triumfalnie wznosząc zaciśniętą pięść.

- Jeśli państwo pozwolą - ciągnął Stevenson - ustawimy tutaj statyw i wszyscy, mam nadzieję, będą mogli zobaczyć. Kamera skupiła się na kilku mężczyznach w garniturach, którzy szybko i sprawnie montowali statyw umożliwiający prezentację powiększonych fotografii. - Mamy drani! - cieszył się George. Ambasador dalej mówił tonem opanowanym i suchym, lecz w jakiś sposób zdołał przesycić go oburzeniem. - Pierwsze zdjęcie pokazuje teren na północ od wioski Candelaria w pobliżu San Cristobal na południowy zachód od Hawany. Zostało zrobione pod koniec sierpnia tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego drugiego roku, widać na nim spokojne tereny rolnicze. Delegaci państw i obserwatorzy stłoczyli się wokół statywu, by zobaczyć, o czym mówi amerykański ambasador. - Na drugim zdjęciu widać ten sam teren w zeszłym tygodniu. Pojawiło się kilka namiotów i pojazdów oraz nowe odgałęzienie drogi. Główna droga została ulepszona. Stevenson zrobił pauzę, w sali panowała cisza. - Trzecie zdjęcie, zrobione dwadzieścia cztery godziny po drugim, pokazuje instalacje dla pocisków średniego zasięgu. Rozległy się okrzyki delegatów i pomruki zdziwienia. Stevenson mówił dalej, pokazano kolejne zdjęcia. Do tej chwili niektórzy przywódcy państw wierzyli zaprzeczeniom radzieckiego ambasadora. Teraz wszyscy poznali prawdę. Zorin siedział z kamienną twarzą i milczał. Do pomieszczenia, w którym asystenci prokuratora generalnego oglądali transmisję z Nowego Jorku, wszedł Larry Mawhinney. George zerknął na niego z ukosa, rozmawiali ze sobą tylko raz i Larry się na niego zezłościł. Teraz jednak był przyjaźnie nastawiony. - Cześć, George - odezwał się, jakby się nigdy nie pokłócili. - Jakie wieści z Pentagonu? - spytał neutralnym tonem George. - Przychodzę was uprzedzić, że zamierzamy wkroczyć na pokład sowieckiej jednostki. Prezydent podjął decyzję kilka minut temu. Serce George’a zaczęło bić w przyspieszonym rytmie. - Niech to szlag, a już myślałem, że sytuacja się uspokaja. - Uważa, że kwarantanna nic nie będzie znaczyła, jeśli nie przechwycimy i nie dokonamy inspekcji przynajmniej jednego podejrzanego statku - ciągnął Mawhinney. - Już ciska gromy, bo przepuściliśmy jeden tankowiec. - Jaki statek aresztujemy?

- Marucla, libański frachtowiec z grecką załogą wyczarterowany przez sowiecki rząd. Wyszedł z Rygi rzekomo z ładunkiem papieru, siarki i części zamiennych do radzieckich ciężarówek. - Trudno mi sobie wyobrazić, by Sowieci powierzyli swoje pociski greckiej załodze. - Jeśli masz rację, nie będzie kłopotu. George zerknął na zegarek. - Kiedy to się stanie? - Na Atlantyku jest teraz ciemno, będą musieli zaczekać do rana. Larry wyszedł, a George zastanawiał się, jak wielkie jest niebezpieczeństwo. Trudno było to określić. Jeśli statek Marucla rzeczywiście jest niewinny, inspekcja przebiegnie bez użycia siły. Ale jeżeli ma na pokładzie broń atomową, to co? Prezydent Kennedy podjął kolejną decyzję, która stawiała sprawę na ostrzu noża. Oraz uwiódł Marię Summers. George nie zdziwił się zbytnio, że Kennedy romansuje z czarną dziewczyną. Jeśli prawdą była choćby połowa plotek, nie cechowała go wybredność w wyborze kobiet. Wprost przeciwnie: lubił dojrzałe i nastolatki, blondynki i brunetki, damy ze śmietanki towarzyskiej i bezmyślne maszynistki. Ciekawe, czy Maria orientuje się, że jest jedną z wielu, pomyślał George. Prezydent nie przywiązywał dużej wagi do rasy, zawsze traktował ją jako kwestię czysto polityczną. Nie chciał, by zrobiono mu zdjęcie z Percym Marquandem i Babe Lee, obawiając się utraty głosów, lecz radośnie podawał dłoń czarnym mężczyznom i kobietom, rozmawiał z nimi i śmiał się. George słyszał, że Kennedy bywał na prywatkach z udziałem prostytutek o wszystkich kolorach skóry, nie potrafił jednak stwierdzić, czy te pogłoski są prawdziwe. Wstrząsnęła nim jednak gruboskórność prezydenta wobec Marii. Nie chodziło jedynie o zabieg, choć i ten z pewnością był bardzo nieprzyjemny, lecz o to, że pozostała sama. Mężczyzna, który ją zapłodnił, powinien po operacji odwieźć do domu i dopilnować, by nic jej nie groziło. Rozmowa telefoniczna to za mało. To, że Kennedy był prezydentem, nie stanowiło wystarczającej wymówki. Jack Kennedy bardzo wiele stracił w oczach George’a. Myślał o nieodpowiedzialnych mężczyznach, przez których dziewczęta zachodziły w ciążę, gdy pojawił się jego ojciec. George zdziwił się, ponieważ Greg nigdy dotąd nie był w jego urzędzie. - Cześć - powiedział i uścisnęli sobie dłonie, jakby nie byli ojcem i synem. Greg miał na sobie pomięty garnitur z miękkiego niebieskiego materiału w prążki, który wyglądał, jakby

była w nim domieszka kaszmiru. Gdyby stać mnie było na taki garnitur, pomyślał jego syn, postarałbym się, aby był wyprasowany. Często przychodziły mu takie myśli do głowy, kiedy patrzył na Grega. - Cóż za nieoczekiwana wizyta. Jak się miewasz? - Przechodziłem obok. Masz ochotę na kawę? Skierowali się do bufetu. Greg zamówił herbatę, a George butelkę coli ze słomką. - Ktoś o ciebie pytał przedwczoraj - rzekł George, gdy siadali. - Jedna pani z biura prasowego. - Jak się nazywa? - Nell coś-tam. Zaraz sobie przypomnę. Nelly Ford? - Nelly Fordham. - Greg zapatrzył się w dal, jego twarz wyrażała tęsknotę za na wpół zapomnianymi rozkoszami. - Wygląda na to, że była twoją dziewczyną - zauważył z rozbawieniem jego syn. - Więcej. Byliśmy zaręczeni. - Ale się nie pobraliście. - Ona zerwała. George się zawahał. - Może to nie moja sprawa... Dlaczego? - No cóż... Jeśli chcesz znać prawdę, dowiedziała się o tobie i stwierdziła, że nie chce wychodzić za mężczyznę, który ma już rodzinę. George z fascynacją słuchał ojca, który rzadko mówił otwarcie o tamtych czasach. Teraz na jego twarzy pojawiła się zaduma. - Nelly pewnie miała rację. Ty i Jacky byliście moją rodziną. Ale nie mogłem ożenić się z twoją mamą. Nie było szansy, by zrobić karierę w polityce, jeśli miało się czarną żonę. Wybrałem więc karierę. I nie mogę powiedzieć, żeby dało mi to szczęście. - Nigdy mi o tym nie mówiłeś. - Wiem. Trzeba było zagrożenia trzecią wojną światową, bym powiedział ci prawdę. Jak twoim zdaniem rozwija się sytuacja? - Zaraz, poczekaj. Czy to kiedykolwiek wchodziło w grę, żebyś ożenił się z mamą? - Kiedy miałem piętnaście lat, pragnąłem tego bardziej niż czegokolwiek innego na świecie. Ale ojciec diabelnie mocno się postarał, żeby tak się nie stało. Szansa powtórzyła się dziesięć lat później, ale wtedy byłem już starszy i rozumiałem, jaki to szalony pomysł. Mieszane pary jeszcze dzisiaj, w latach sześćdziesiątych, mają ciężkie życie. A wyobraź sobie, jak by to wyglądało w latach czterdziestych. Pewnie gorzko byśmy tego żałowali, cała

trójka - mówił ze smutkiem Greg. - Poza tym brakowało mi odwagi, i taka jest prawda. Teraz opowiedz mi o kryzysie. George nie bez trudu skierował myśli na kwestię pocisków na Kubie. - Jeszcze godzinę temu zaczynałem wierzyć, że może nam się uda, ale prezydent polecił, by jutro rano nasza marynarka zatrzymała sowiecką jednostkę. - George opowiedział ojcu o Marucli. - Jeśli statek nie ma nic do ukrycia, nie będzie problemu - orzekł Greg. - Słusznie. Nasi wkroczą na pokład, sprawdzą ładunek, a później rozdadzą trochę batoników i odpłyną. - Batoników? - Każda jednostka biorąca udział w akcji otrzymała przydział tak zwanych produktów humanitarnych o wartości dwustu dolarów, czyli słodyczy, kolorowych gazet i tanich zapalniczek do papierosów. - Boże, błogosław Amerykę. Ale... - Ale jeśli załoga składa się z sowieckich żołnierzy, a ładunek to głowice atomowe, statek prawdopodobnie nie zatrzyma się na żądanie. I dojdzie do wymiany ognia. - To może lepiej wracaj na stanowisko pracy i ratuj świat. Wstali i wyszli z bufetu. W korytarzu uścisnęli sobie ręce. - Przyszedłem, ponieważ... George czekał. - Być może w ten weekend wszyscy zginiemy, a zanim do tego dojdzie, chcę, żebyś o czymś wiedział. - W porządku. - George stał i zachodził w głowę, co usłyszy. - Jesteś tym, co w moim życiu najlepsze. - O rany - powiedział cicho George. - Kiepski był ze mnie ojciec i niewiele zrobiłem dla twojej matki, ale... wiesz o tym. Jestem jednak z ciebie dumny. Nie zasługuję na honory, mam tego świadomość, ale na Boga, jestem dumny. W oczach Grega błyszczały łzy. George nie przypuszczał, że ojciec żywi do niego tak silne uczucia. Czuł się oszołomiony. Nie wiedział, jak zareagować w obliczu tak niespodziewanych emocji. - Dziękuję ci - rzekł po dłuższej chwili. - Do widzenia, George. - Do widzenia.

- Niech Bóg ma cię w swojej opiece - powiedział Greg i odszedł.

W piątek wcześnie rano George znalazł się w Pokoju Dowodzenia Białego Domu. Prezydent Kennedy kazał urządzić to pomieszczenie w podziemiu Zachodniego Skrzydła; wcześniej znajdowała się tam kręgielnia. Oficjalnym powodem była chęć przyspieszenia komunikacji w sytuacjach kryzysowych. W istocie Kennedy uważał, że wojsko ukrywało przed nim informacje podczas kryzysu w Zatoce Świń, i postanowił zrobić wszystko, by generalicja nigdy więcej nie miała takiej możliwości. Tego ranka ściany pokrywały mapy Kuby oraz szlaków morskich, które do niej prowadziły. Telegrafy terkotały niczym cykady w ciepłą noc. W sali narad kopiowano telegramy z Pentagonu i prezydent mógł się przysłuchiwać wymienianym komunikatom wojskowym. Kwarantanną dowodzono z pomieszczenia w Pentagonie zwanego Centrum Planowania Floty, lecz w Białym Domu można było słuchać rozmów radiowych prowadzonych z poszczególnymi jednostkami. Wojskowi nienawidzili Pokoju Dowodzenia. George siedział na niewygodnym nowoczesnym krzesełku i nadstawiał uszu. Nadal mielił w głowie wczorajszą rozmowę z Gregiem. Czyżby ojciec spodziewał się, że zarzuci mu ręce na szyję i zawoła z płaczem „Tatusiu!”? Zapewne nie. Greg sprawiał wrażenie, jakby rola dobrego wujaszka była dla niego wygodna, i George nie chciał tego zmieniać. Miał dwadzieścia sześć lat i nie mógł nagle zacząć go traktować jak normalnego ojca. Mimo to słowa Grega sprawiły mu pewną radość. Ojciec mnie kocha, myślał, w tym nie może być nic złego. O świcie okręt USS Joseph P. Kennedy wywołał Maruclę. Kennedy był niszczycielem o wyporności dwóch tysięcy czterystu ton uzbrojonym w osiem pocisków rakietowych, wyrzutnię rakiet do zwalczania okrętów podwodnych, sześć wyrzutni torped oraz dwie pięciocalowe armaty morskie. Mógł także przenosić broń jądrową. Marucla natychmiast zatrzymała silniki. George odetchnął spokojniej. Z Kennedy’ego spuszczono łódź i sześciu marynarzy podpłynęło do frachtowca. Morze było wzburzone, lecz załoga Marucli usłużnie zrzuciła drabinę linową. Mimo to uderzenia fal utrudniały wejście na pokład. Dowodzący oficer nie chciał się ośmieszyć wpadnięciem do wody, lecz w końcu zaryzykował, chwycił drabinkę i wspiął się. Podwładni zrobili to samo. Grecy chcieli poczęstować ich kawą.

Skwapliwie otworzyli też luki ładowni i okazało się, że jest w nich to, co zostało zadeklarowane. W pewnej chwili powstało napięcie, gdyż Amerykanie nalegali, by pozwolono im zajrzeć do skrzyni z napisem „Przyrządy naukowe”, lecz znaleziono w niej sprzęt laboratoryjny, w jaki wyposażone bywają szkolne pracownie. Amerykanie opuścili pokład i jednostka podjęła rejs w kierunku Hawany. George telefonicznie przekazał pomyślne wieści Robertowi Kennedy’emu, a potem wsiadł do taksówki. Kazał się zawieźć na róg Piątej Ulicy i K Street, czyli do jednej z najgorszych dzielnic miasta. Nad salonem samochodowym znajdowało się Narodowe Centrum Interpretacji Zdjęć CIA. Chciał się dowiedzieć, na czym polega ta sztuka, i zwrócił się z prośbą o instruktaż; pracował w urzędzie prokuratora generalnego, więc zgodzono się. Przedostał się przez chodnik usłany butelkami od piwa i przeszedł przez bramkę bezpieczeństwa. Następnie zaprowadzono George’a na trzecie piętro. Wtajemniczał go siwowłosy fotointerpretator Claud Henry, który nauczył się warsztatu w czasie drugiej wojny światowej, analizując zdjęcia lotnicze zniszczeń po bombardowaniach Niemiec. - Wczoraj marynarka wysłała nad Kubę odrzutowce Crusader - oznajmił George’owi. - Dzięki temu mamy fotografie zrobione na mniejszej wysokości, które o wiele łatwiej odczytać. Zdaniem George’a nie było to wcale łatwe. Zdjęcia poprzyklejane do ścian pomieszczenia wyglądały jak dzieła sztuki abstrakcyjnej, dostrzegał jedynie bezładnie rozrzucone, nic nieznaczące kształty. - To jest sowiecka baza wojskowa - oznajmił Claud. - Skąd pan wie? - Tu widać boisko piłkarskie, a Kubańczycy nie grają w piłkę. W kubańskim obozie byłoby boisko do baseballu w kształcie wycinka koła. George skinął głową. Mądrala z niego, pomyślał. - A tu mamy rząd czołgów T-Pięćdziesiąt Cztery. George dojrzał tylko ciemne prostokąty. - Te namioty to hangary na pociski. Tak twierdzą nasi namiotolodzy. - Namiotolodzy? - Tak. Ja jestem skrzynologiem. Napisałem podręcznik CIA o skrzyniach. George spojrzał na niego z uśmiechem. - Pan, zdaje się, nie żartuje.

- Kiedy Sowieci przewożą bardzo duże ładunki, na przykład myśliwce, muszą umieszczać je na pokładach statków. Maskują je za pomocą skrzyń. Ale zwykle udaje się nam określić gabaryty skrzyni. MiG-Piętnaście wchodzi do innej skrzyni niż MiG-Dwadzieścia Jeden. - Proszę mi powiedzieć - odezwał się George. - Czy Sowieci mają takich ekspertów? - Uważamy, że nie, bo proszę się zastanowić. Zestrzelili nasz U-Dwa, więc wiedzą, że mamy samoloty z kamerami latające na dużym pułapie. A mimo to myśleli, że mogą wysłać pociski na Kubę, a my się o tym nie dowiemy. Jeszcze do wczoraj, dopóki nie pokazaliśmy zdjęć, twierdzili, że rakiet nie ma. Zatem wiedzieli o istnieniu samolotów szpiegowskich i kamer, ale nie domyślali się, że potrafimy wypatrzeć ich rakiety ze stratosfery. Dlatego uważam, że na polu fotointerpretacji zostawiliśmy ich w tyle. - Brzmi przekonująco. - A oto nasze najnowsze odkrycie. - Claud wskazał obiekt z lotkami widoczny na jednym ze zdjęć. - Mój szef za godzinę będzie o tym opowiadał prezydentowi. Jest to pocisk krótkiego zasięgu przeznaczony do użycia na polu bitwy. Ma dziesięć metrów długości. Mówimy na nie Frog5. - Użyją go, jeśli amerykańskie oddziały wylądują na Kubie. - Tak. Pocisk jest zaprojektowany do przenoszenia głowic jądrowych. - Niech to szlag - zaklął George. - Zapewne to samo powie prezydent - odrzekł Claud.

ROZDZIAŁ 18 W piątkowy wieczór w kuchni mieszkania przy Great Peter Street grało radio. Ludzie na całym świecie siedzieli przy radioodbiornikach, z lękiem nasłuchując doniesień agencyjnych. Była to duża kuchnia, pośrodku której stał stół z polerowanej sosny. Jasper Murray przygotowywał tost i czytał gazety. Lloyd i Daisy Williamsowie przejrzeli wszystkie londyńskie oraz kilka kontynentalnych. Głównym polem zainteresowań Lloyda jako parlamentarzysty były sprawy zagraniczne; nie zmieniło się to od czasu, gdy walczył w wojnie domowej w Hiszpanii. Jasper przeglądał artykuły, szukając czegoś, co dawałoby powód do nadziei. Nazajutrz, w sobotę, w Londynie miał się odbyć marsz protestacyjny. Jeśli rano Londyn będzie jeszcze istniał. Jasper wybierze się tam jako reporter „St. Julian’s News”, gazety studenckiej. W gruncie rzeczy nie przepadał za reportażami, wolał pisać dłuższe, bardziej refleksyjne artykuły, w których autor mógł sobie pozwolić na więcej. Miał nadzieję, że pewnego dnia znajdzie pracę w prasie, a może nawet w telewizji. Najpierw jednak chciał zostać redaktorem naczelnym „St. Julian’s News”. Stanowisko zapewniało niewielką pensyjkę oraz roczny urlop dziekański. Było bardzo pożądane, gdyż w praktyce dawało gwarancję zdobycia dobrej dziennikarskiej posady po ukończeniu studiów. Jasper ubiegał się o nie, lecz pokonał go Sam Cakebread. Nazwisko Cakebread było sławne w środowisku dziennikarskim: ojciec Sama był zastępcą redaktora naczelnego „Timesa”, wujek zaś bardzo lubianym komentatorem radiowym. Miał też młodszą siostrę w St. Julian’s College, która zaliczyła staż w magazynie „Vogue”. Jasper podejrzewał, że to nazwisko Sama, a nie umiejętności, pozwoliło mu zdobyć tę robotę. W Wielkiej Brytanii umiejętności nigdy nie wystarczały. Dziadek Jaspera dochrapał się stopnia generała, a ojciec był na dobrej drodze, by zrobić podobną karierę, lecz popełnił błąd: ożenił się z żydowską dziewczyną i zatrzymał się na randze pułkownika. Brytyjski establishment nigdy nie wybaczał tym, którzy złamali jego reguły. Jasper słyszał, że w Stanach Zjednoczonych jest inaczej. W kuchni razem z Jasperem siedziała przy stole Evie Williams; przygotowywała transparent z napisem: „Ręce precz od Kuby”. Jej dziewczęce zauroczenie Jasperem minęło, a on przyjął to z ulgą. Miała teraz szesnaście lat i emanowała eteryczną urodą, lecz jak na jego gust podchodziła do życia zbyt

poważnie i ze zbyt wielką intensywnością. Jeśli ktoś z nią chodził, musiał podzielać jej namiętne

poświęcenie

dla

wielu

kampanii

społecznych

przeciw

okrucieństwu

i niesprawiedliwości: od walki z apartheidem w Południowej Republice Afryki po domaganie się zaprzestania eksperymentów na zwierzętach. Jasper w nic się nie angażował, a poza tym wolał takie dziewczęta jak psotna Beep Dewar, która w wieku trzynastu lat wkładała mu język do ust i ocierała się o jego wzwód. Jasper patrzył, jak do litery „o” Evie wpisuje czteroramienny symbol kampanii na rzecz rozbrojenia atomowego. - A więc twoje hasło będzie nawoływało do dwóch idealistycznych spraw za jednym zamachem! - zauważył Jasper. - Nie ma w tym nic z idealizmu - odparła cierpko. - Wiesz, jaki będzie pierwszy cel sowieckich bomb jądrowych, jeśli dzisiaj wybuchnie wojna? Wielka Brytania. A to dlatego, że mamy broń nuklearną, którą będą chcieli zniszczyć, zanim uderzą na Stany Zjednoczone. Nie zbombardują Norwegii, Portugalii ani żadnego kraju, który ma dość rozumu, by nie włączać się do wyścigu nuklearnego. Każdy, kto myśli logicznie o obronie naszego kraju, wie, że broń atomowa nas nie chroni, tylko naraża na niebezpieczeństwo. Jasper nie sądził, że jego uwaga spotka się z tak poważnym potraktowaniem, lecz Evie do wszystkiego podchodziła serio. Przy stole siedział również czternastoletni brat Evie, Dave, który robił miniaturki kubańskich flag. Rysował pisakiem paski na arkuszach grubego papieru, a następnie przyczepiał je do patyków za pomocą pożyczonego zszywacza biurowego. Jasperowi nie podobało się, że Dave może korzystać z przywilejów życia u boku zamożnych wyrozumiałych rodziców, ale starał się być życzliwy. - Ile ich będzie? - spytał. - Trzysta sześćdziesiąt. - To zapewne nieprzypadkowa liczba. - Jeśli dziś wieczorem nie zginiemy od bomb, jutro sprzedam je na demonstracji po sześć pensów za jedną. Trzysta sześćdziesiąt sześciopensówek daje sto osiemdziesiąt szylingów, czyli dziewięć funtów. Tyle wynosi cena wzmacniacza gitarowego, który chcę sobie kupić. Dave miał nosa do interesów. Podczas szkolnego przedstawienia nastoletni uczniowie uwijali się jak w ukropie, sprzedając napoje gazowane, ponieważ Dave płacił im prowizję. Jednak słabo radził sobie w szkole, miał najgorsze lub prawie najgorsze stopnie ze wszystkich przedmiotów. Doprowadzało to do szału ojca Dave’a, gdyż poza tym chłopak wydawał się

bystry. Lloyd zarzucał mu lenistwo, lecz Jasper uważał, że sprawa jest bardziej złożona. Dave miał kłopot z czytaniem tekstów. Jego własne pismo było okropne, roiło się od błędów ortograficznych, a nawet odwróconych liter. Przywodził mu na myśl najlepszego kolegę ze szkoły, który nie umiał zaśpiewać szkolnej piosenki, bo nie potrafił odróżnić swojego zawodzenia na jednej nucie od melodii, którą śpiewali pozostali chłopcy. Dave musiał się skupić, by dostrzec różnice między literami „d” i ”b”. Bardzo chciał zaspokoić wymagania rodziców, którzy tak wiele osiągnęli, ale nigdy nie zdołał im sprostać. Łącząc zszywkami swoje flagi za sześć pensów, najwyraźniej myślał o czymś zupełnie innym, bo nagle powiedział bez związku: - Nasze matki nie miały ze sobą nic wspólnego, kiedy się poznały. - Owszem - potwierdził Jasper. - Daisy Peshkov była córką rosyjsko-amerykańskiego gangstera, a Eva Rothmann pochodziła z berlińskiej rodziny inteligenckiej. Wysłano ją do Ameryki, by ocalić dziewczynę przed nazistami. Twoja matka przyjęła moją do domu. - Moja mama po prostu ma wielkie serce - odezwała się Evie, która otrzymała imię po matce Jaspera. - Chciałbym, żeby ktoś wysłał mnie do Ameryki - oznajmił Jasper. - To dlaczego tam nie pojedziesz? - spytała Evie. - Mógłbyś powiedzieć im, żeby dali spokój Kubańczykom. Jasper miał w nosie Kubańczyków. - Nie stać mnie. - Mimo że nie płacił czynszu, i tak miał za mało pieniędzy na bilet do Stanów Zjednoczonych. W tej samej chwili do pokoju weszła kobieta, o której przed chwilą powiedziano, że ma wielkie serce. Daisy Williams, niebieskooka dama z jasnymi włosami, w wieku czterdziestu sześciu lat wciąż wyglądała atrakcyjnie. Kiedy była młoda, pewnie nie mogła się opędzić od adoratorów, pomyślał Jasper. Miała na sobie skromną niebieską spódnicę i odpowiedni żakiet; nie włożyła żadnej biżuterii. Kiedy gra się żonę polityka, lepiej jest ukrywać bogactwo, przyszło mu do głowy. Zachowała dobrą figurę, choć nie była już tak szczupła jak kiedyś. Wyobraziwszy ją sobie nagą, doszedł do wniosku, że w łóżku byłaby lepsza niż jej córka Evie. Daisy przypominałaby gotową na wszystko Beep. Jasper zdziwił się, że fantazjuje o kobiecie w wieku jego matki. Jak to dobrze, że kobiety nie potrafią czytać w myślach mężczyzn. - Cóż za miły obrazek - rzekła czule. - Troje młodych po cichutku wykonuje swoje zadania. - Daisy nadal miała wyraźny amerykański akcent, choć minimalnie wygładzony po spędzeniu ćwierci wieku w Londynie. Zaskoczona spojrzała na flagi Dave’a. - Nieczęsto

okazujesz zainteresowanie polityką światową. - Będę je sprzedawał po sześć pensów. - Mogłam się domyślić, że twoje poczynania nie mają nic wspólnego z pokojem na świecie. - Pokój na świecie zostawiam Evie. - Ktoś musi się o to martwić - stwierdziła z zapałem Evie. - Być może wszyscy zginiemy, zanim rozpocznie się manifestacja. A wszystko przez hipokryzję Amerykanów. Jasper spojrzał na Daisy, lecz ta nie wyglądała na urażoną. Przywykła do szorstkich ocen etycznych wyrażanych przez córkę. - Podejrzewam, że Amerykanie bardzo się przestraszyli rakiet na Kubie - odparła łagodnym tonem. - Więc powinni wyobrazić sobie, jak czują się inni, i zabrać swoje rakiety z Turcji. - Myślę, że masz rację, prezydent Kennedy popełnił błąd, umieszczając je tam. Mimo to jest różnica. Tu, w Europie, jesteśmy przyzwyczajeni do wymierzonych w nas rakiet, po obu stronach żelaznej kurtyny. Kiedy jednak Chruszczow potajemnie wysłał pociski na Kubę, w szokujący sposób zakłócił status quo. - Sprawiedliwość to sprawiedliwość. - A realna polityka to co innego. Ale spójrz, jak historia się powtarza. Mój syn przypomina mojego ojca: zawsze wyczuje możliwość zarobienia paru dolców, nawet w obliczu trzeciej wojny światowej. Córka natomiast jest podobna do bolszewika wujka Grigorija, koniecznie chce zmienić świat. Evie uniosła głowę. - Jeśli był bolszewikiem, to naprawdę zmienił świat. - Ale czy na lepsze? Wszedł Lloyd. Tak jak jego przodkowie górnicy był niskiej postury i szeroki w barach. Jakaś cecha jego chodu przypomniała Jasperowi, że był kiedyś mistrzem bokserskim. Ubrał się ze staroświecką fantazją w czarny garnitur w nikłe jasne prążki, w kieszonce na piersi miał wyprasowaną chusteczkę z białego lnu. Wyglądało na to, że wybierają się na imprezę o charakterze politycznym. - Jestem gotowy, czekam na ciebie, kochanie - powiedział do Daisy. - Czemu będzie poświęcony ten wiec? - chciała wiedzieć Evie. - Kubie, a czemuż by innemu? - odrzekł ojciec i zauważył transparent, który przygotowywała. - Widzę, że już zajęłaś stanowisko w tej kwestii. - To nic trudnego, prawda? Kubańczycy powinni mieć prawo decydowania o swoim

losie, czy nie na tym polega demokracja? Jasper widział zapowiadającą się kłótnię. W tej rodzinie połowa sporów dotyczyła polityki. Jego jednak nudził idealizm Evie. - Remington zaśpiewa jutro Poison Rain na Trafalgar Square - wtrącił się do rozmowy. Hank Remington, młody Irlandczyk, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Harry Riley, stał na czele zespołu Kords. Tematem piosenki był opad po wybuchu bomby jądrowej. - Hank jest wspaniały, tak jasno wyraża myśli - stwierdziła Evie. Chłopak był jednym z jej idoli. - Przyszedł mnie odwiedzić - oznajmił Lloyd. - Nic mi nie powiedziałeś! - zawołała Evie. - To się stało dopiero dzisiaj. - I jakie wywarł na tobie wrażenie? - Prawdziwy geniusz z klasy robotniczej. - W jakiej sprawie się do ciebie zwrócił? - Chciał, żebym wystąpił w Izbie Gmin i potępił prezydenta Kennedy’ego jako podżegacza wojennego. - Powinieneś to zrobić! - A co będzie, jeśli laburzyści wygrają w następnych wyborach powszechnych? Przypuśćmy, że zostanę ministrem spraw zagranicznych. Być może musiałbym udać się do Białego Domu i poprosić prezydenta o poparcie jakiegoś projektu, na którym zależałoby naszemu rządowi, na przykład w sprawie rezolucji ONZ przeciwko dyskryminacji rasowej w Południowej Republice Afryki. Kennedy mógłby pamiętać moje wystąpienie i posłać mnie do diabła. - I tak powinieneś to zrobić - upierała się Evie. - Nazwanie kogoś podżegaczem wojennym zazwyczaj nic nie zmienia. Gdybym uważał, że dopomógłbym w ten sposób w rozwiązaniu obecnego kryzysu, zrobiłbym to. Ale taką kartą można zagrać tylko raz, a ja wolę ją zachować na lepszą okazję. Jasper pomyślał z aprobatą, że Lloyd jest pragmatycznym politykiem. Evie była innego zdania. - Uważam, że ludzie powinni otwarcie mówić prawdę. Ojciec uśmiechnął się. - Jestem dumny, że mam taką córkę. I ufam, że przez całe życie będziesz wierna temu przekonaniu. Ale teraz muszę już iść i wytłumaczyć moim zwolennikom w East Endzie, na czym ten kryzys polega.

- Do widzenia, dzieci - rzekła Daisy. - Kto wygrał w tym sporze? - zapytała Evie, kiedy rodzice wyszli. Twój ojciec, i to bezapelacyjnie, pomyślał Jasper, lecz tego nie powiedział.

George wracał do centrum Waszyngtonu w stanie podekscytowania. Wszyscy działali na podstawie założenia, że inwazja na Kubę musi zakończyć się powodzeniem, lecz pociski Frog całkowicie zmieniły sytuację. Wojska amerykańskie miałyby do czynienia z taktyczną bronią jądrową. Być może mimo to by zwyciężyły, lecz wojna byłaby trudniejsza i kosztowała więcej ofiar. Wynik już nie był przesądzony. Wysiadł z taksówki przed Białym Domem i zaszedł do biura prasowego. Maria siedziała przy biurku. Ucieszył się, widząc, że wygląda o wiele lepiej niż przed trzema dniami. „Czuję się dobrze, dziękuję”, odparła w odpowiedzi na pytanie George’a. Odrobina niepokoju spadła mu z serca, lecz większość nadal ciążyła jak kamień. Maria wracała fizycznie do zdrowia, ale nie wiedział, jakie szkody duchowe spowodował jej potajemny romans. Nie mógł zadawać dalszych pytań osobistych, gdyż ktoś jej towarzyszył. Był to młody czarnoskóry mężczyzna w tweedowej marynarce. - Poznaj Leopolda Montgomery’ego - powiedziała Maria. - Pracuje w Agencji Reutera. Przyszedł po komunikat dla prasy. - Mów mi Lee. - Podejrzewam, że niewielu kolorowych dziennikarzy odpowiada za wiadomości z Waszyngtonu - rzekł George. - Jestem jedynym. - George Jakes pracuje w Departamencie Sprawiedliwości u Roberta Kennedy’ego oznajmiła Maria. Lee nagle okazał większe zainteresowanie. - I jaki jest twój szef? - To wspaniała praca - zapewnił George, unikając odpowiedzi na pytanie dziennikarza. - Doradzam głównie w kwestiach dotyczących praw obywatelskich. Podejmujemy działania prawne przeciwko południowym stanom, w których Murzynom zabrania się głosować. - Potrzebna jest nowa ustawa. - Słusznie, bracie. - George zwrócił się do Marii: - Nie mogę zostać, cieszę się, że czujesz się lepiej.

- Pójdę

z tobą,

jeśli

idziesz

w kierunku

Departamentu

Sprawiedliwości

-

zaproponował Lee. George unikał towarzystwa dziennikarzy, lecz poczuł odrobinę sympatii do Lee, który podobnie jak on usiłował się przebić w białym Waszyngtonie. - W porządku. - Dzięki, że wpadłeś, Lee - powiedziała Maria. - Zadzwoń, jeśli będziesz miał jakieś wątpliwości w związku z komunikatem. - Jasna sprawa. George i Lee wyszli z budynku i ruszyli Pennsylvania Avenue. - Co jest w tym komunikacie? - spytał George. - Statki wprawdzie zawróciły, lecz Sowieci nadal budują wyrzutnie na Kubie, i to w wielkim pośpiechu. George pomyślał o zdjęciach lotniczych, które niedawno widział. Korciło go, by powiedzieć o nich Lee. Chętnie podsunąłby gorący temat młodemu czarnoskóremu dziennikarzowi. Byłoby to jednak złamanie zasad bezpieczeństwa, więc się powstrzymał. - Na to wygląda - odparł niezobowiązująco. - A rząd nic nie robi - stwierdził Lee. - Co chcesz powiedzieć? - Kwarantanna najwyraźniej nie zdaje egzaminu, a prezydent nie podejmuje innych działań. George poczuł się dotknięty. Należał do rządu, jakkolwiek stanowił tylko maleńką jego cząstkę, i poczuł się niesłusznie oskarżony. - W przemówieniu telewizyjnym w poniedziałek prezydent ogłosił, że kwarantanna dopiero się rozpoczęła. - A więc będą dalsze działania? - To właśnie miał na myśli. - Ale co konkretnie zrobi? George uśmiechnął się, zdając sobie sprawę, że jest sondowany. - Rozglądaj się uważnie - odparł. Kiedy wrócił do biura, okazało się, że Bobby jest wściekły. Nie wyrażał tego za pomocą wrzasków i przekleństw i nie rzucał przedmiotami. Jego gniew był zimny, przenikliwy. Ci, którzy go znali, opowiadali o przerażającym spojrzeniu jego niebieskich oczu. - Kto go tak wkurzył? - spytał George Dennisa Wilsona.

- Tim Tedder. Facet wysłał na Kubę trzy grupy infiltracyjne po sześciu ludzi. A następne czekają w kolejce. - Co? Jak to? Kto wydał polecenie CIA? - To część operacji Mangusta i wygląda na to, że nikt jej nie zakończył. - Ależ w ten sposób mogą na własną rękę doprowadzić do wybuchu trzeciej wojny światowej! - Właśnie dlatego Bobby tak się wścieka. Poza tym dwuosobowa grupa dostała zadanie wysadzenia kopalni miedzi i niestety utracono z nią łączność. - Pewnie ci dwaj siedzą teraz w więzieniu i na prośbę sowieckich agentów rysują plany placówki CIA w Miami. - Taak. - Najgłupsza chwila, żeby robić coś takiego. I to z wielu powodów - stwierdził George. - Kuba szykuje się do wojny. Castro zawsze dba o bezpieczeństwo, ale teraz kraj jest w stanie podwyższonej gotowości. - Otóż to. Bobby za parę minut wybiera się do Pentagonu na posiedzenie w sprawie operacji Mangusta i myślę, że ukrzyżuje Teddera. George nie towarzyszył Robertowi w Pentagonie. Nadal nie zapraszano go na narady dotyczące Mangusty i przyjmował to z ulgą. Wycieczka do La Isabela utwierdziła go w przekonaniu, że operacja ma charakter przestępczy, i nie chciał mieć z nią więcej do czynienia. Usiadł przy biurku, lecz trudno mu było się skupić. Kwestia praw obywatelskich zeszła na dalszy plan; w tym tygodniu nikomu nie chciało się myśleć o równości dla Murzynów. Miał wrażenie, że kryzys wymyka się prezydentowi spod kontroli. Wbrew temu, co podsuwał mu rozsądek, Kennedy wydał rozkaz wkroczenia na pokład Marucli. Obyło się bez kłopotów, ale co się stanie następnym razem? Na Kubie znajdowała się już taktyczna broń jądrowa. Ameryka wciąż może dokonać inwazji, lecz cena będzie wysoka. A jakby zagrożenie nie było wystarczająco duże, CIA dalej toczyła własną grę. Wszystkim zależało na obniżeniu temperatury, działo się jednak coś przeciwnego: mimo że nikt tego nie chciał, kryzys narastał, osiągając koszmarne rozmiary. Po południu Bobby wrócił z Pentagonu z wydrukowanym doniesieniem prasowym w dłoni. - Co to ma być, u diabła? - spytał, zwracając się do asystentów. Zaczął czytać: - „W reakcji na przyspieszenie budowy instalacji rakietowych na Kubie spodziewane są szybkie

działania prezydenta Kennedy’ego”. - Uniósł palec i dokończył: - „Według źródeł zbliżonych do prokuratora generalnego”. - Bobby rozejrzał się. - Kto się wygadał? - O kurwa - powiedział George. Wszyscy spojrzeli na niego. - Masz mi coś do powiedzenia, George? Zapytany najchętniej zapadłby się pod ziemię. - Przepraszam, ja tylko zacytowałem fragment przemówienia prezydenta, w którym zapowiada, że kwarantanna to jedynie początek. - Nie wolno mówić takich rzeczy dziennikarzom! Podsunąłeś facetowi nowy temat. - O rany, nie wiedziałem. - I przyczyniłeś się do eskalacji kryzysu, który staramy się załagodzić. Następny artykuł będzie pełen spekulacji o tym, co prezydent miał na myśli. A kiedy nic nie zrobi, napiszą, że się waha. - Rozumiem. - Dlaczego w ogóle z nim rozmawiałeś? - Przedstawiono mi go w Białym Domu, a później szedł ze mną Pennsylvania Avenue. - Czy ten kawałek pochodzi z Agencji Reutera? - spytał Dennis Wilson. - Tak, a co? - Pewnie napisał go Lee Montgomery. George aż jęknął w środku. Wiedział, co będzie dalej. Wilson specjalnie przedstawiał incydent w najgorszym świetle. - Dlaczego tak sądzisz? - zapytał Kennedy. Wilson zawahał się, więc George odpowiedział za niego: - Montgomery jest Murzynem. - To jest powód, dla którego z nim rozmawiałeś? - Zdaje się, że nie chciałem posyłać go do diabła. - Następnym razem właśnie tak masz powiedzieć każdemu dziennikarzowi, który spróbuje coś od ciebie wyciągnąć, bez względu na kolor skóry. George z ulgą przyjął słowa „następnym razem”, ponieważ oznaczały, że nie wylatuje z pracy. - Dziękuję, zapamiętam to sobie. - Oby tak było - rzekł Bobby i wszedł do swojego gabinetu. - Upiekło ci się - powiedział Wilson do George’a. - Szczęśliwy z ciebie drań. - Taak - odparł George i dodał z przekąsem: - Dzięki za pomoc.

Wszyscy wrócili do swoich zajęć. George nie mógł uwierzyć, że popełnił taki błąd. Mimowolnie dolał oliwy do ognia. Nadal siedział przygnębiony, gdy odebrał połączenie z Atlanty. - Cześć, George, tu Verena Marquand. Ucieszył się, słysząc jej głos. - Jak się masz? - Martwię się. - Wraz z całym światem. - Doktor King kazał mi zadzwonić i dowiedzieć się, jaka jest sytuacja. - Zapewne wiesz tyle samo co ja - odparł George. Nadal doskwierała mu reprymenda Bobby’ego i nie zamierzał ryzykować po raz wtóry. - Wszystko albo prawie wszystko jest w gazetach. - Naprawdę zaatakujemy Kubę? - To wie tylko prezydent. - Wybuchnie wojna jądrowa? - A tego nawet on nie wie. - Stęskniłam się za tobą, George. Chciałabym usiąść z tobą i po prostu pogadać. To go zaskoczyło. Nie poznał dobrze Vereny na Harvardzie i nie widział się z nią od pół roku. Nawet się nie spodziewał, że lubi go na tyle, by za nim tęsknić. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Na szczęście w słuchawce znowu usłyszał głos Vereny: - Co mam przekazać doktorowi Kingowi? - Powiedz mu... - George zrobił pauzę i pomyślał o ludziach otaczających prezydenta Kennedy’ego: o generałach z rozpalonymi głowami pragnących natychmiastowej wojny, o agentach CIA udających Jamesa Bonda, o dziennikarzach, którzy roztropność prezydenta nazywali niezdecydowaniem. - Powiedz mu, że ster trzyma najmądrzejszy człowiek w Stanach Zjednoczonych, lepszego nie moglibyśmy sobie wymarzyć. - Tak zrobię - odrzekła Verena i rozłączyła się. George zastanawiał się, czy wierzy w to, co powiedział. Pragnął znienawidzić Jacka Kennedy’ego za sposób, w jaki ten potraktował Marię. Ale czy ktoś poradziłby sobie z bieżącym kryzysem lepiej niż on? Nie. George nie wyobrażał sobie innego człowieka, który łączyłby w odpowiednich proporcjach odwagę, mądrość, powściągliwość i spokój. Późnym popołudniem Wilson odebrał telefon, a potem oznajmił wszystkim obecnym: - Otrzymaliśmy list od Chruszczowa. Przechodzi przez Departament Stanu.

- Co w nim jest? - zapytał ktoś. - Jak dotąd wiemy niewiele - odparł Wilson i zajrzał do notesu. - Jeszcze nie mamy całości. „Grozicie nam wojną, ale dobrze wiecie, że odpowiedzielibyśmy co najmniej w taki sam sposób i doświadczylibyście takich samych skutków...” Dostarczono go do naszej ambasady w Moskwie tuż przed dziesiątą naszego czasu. - O dziesiątej! - zauważył George. - Jest osiemnasta. Dlaczego to tak długo trwa? Wilson

odpowiedział

znudzonym

protekcjonalnym

tonem,

jakby

tłumaczył

nowicjuszowi elementarne zasady: - Nasi ludzie w Moskwie muszą przetłumaczyć go na angielski, a następnie zaszyfrować i wystukać na maszynie. Później tu, w Waszyngtonie, urzędnicy Departamentu Stanu muszą go odszyfrować i znów napisać na maszynie. Każde słowo trzeba sprawdzić potrójnie, zanim prezydent rozpocznie działania. To długi proces. - Dziękuję - rzekł George. Wilson był zadufanym bubkiem, ale dużo wiedział. Był piątkowy wieczór, lecz nikt nie wybierał się do domu. Wiadomość od Chruszczowa docierała do nich po kawałeczku. Jak należało się spodziewać, to, co najważniejsze, znalazło się na końcu. Chruszczow napisał, że jeśli Stany Zjednoczone przyrzekną, że nie przeprowadzą inwazji na Kubę, „zniknie konieczność, by przebywali tam nasi specjaliści wojskowi”. Była to kompromisowa propozycja i należało się z niej cieszyć. Ale co dokładnie oznaczała? Zapewne to, że Sowieci wycofają z Kuby swoją broń jądrową. Inne rozwiązania by się nie liczyły. Jednak czy Stany Zjednoczone mogły złożyć zobowiązanie, że nie przeprowadzą inwazji na Kubę? Czy prezydent Kennedy w ogóle zechce rozważyć sytuację, w której będzie miał związane ręce? Zdaniem George’a porzucenie wszelkiej nadziei na pozbycie się Fidela Castro będzie dla niego bardzo przykre. Jak na taki układ zareaguje świat? Czy zostanie on uznany za triumf polityki zagranicznej Chruszczowa? A może światowa opinia publiczna stwierdzi, że Kennedy zmusił Sowietów do wycofania się? George nie potrafił ocenić, czy jest to pomyślne rozwiązanie kryzysu. Larry Mawhinney wsunął przez drzwi swoją głowę z krótko ostrzyżoną czupryną. - Kuba ma broń atomową krótkiego zasięgu. - Wiemy o tym - odparł George. - CIA wczoraj ją wykryła. - To znaczy, że my także musimy ją mieć - stwierdził Larry.

- Jak to? - Siły inwazyjne, które uderzą na Kubę, muszą być wyposażone w taktyczne pociski jądrowe. - Naprawdę? - Oczywiście! Szefowie połączonych sztabów będą się tego domagali. Wysłałbyś naszych żołnierzy na pole bitwy z gorszym uzbrojeniem niż to, które ma wróg? Miał rację, George był tego świadom, lecz konsekwencje wydały mu się straszliwe. - Więc teraz każda wojna z Kubą musi być wojną atomową, od samego początku. - No właśnie, cholera - potwierdził Larry i wyszedł.

George wysiadł przed domem matki. Jacky zaparzyła kawy i postawiła przed nim talerz z ciastkami. Nie wziął ani jednego. - Widziałem się wczoraj z Gregiem. - Jak się miewa? - Tak jak zawsze, tylko że... Powiedział mi, że nic lepszego ode mnie nie przydarzyło mu się w życiu. - Hm! - prychnęła lekceważąco matka. - A co go do tego skłoniło? - Chciał, żebym wiedział, że jest ze mnie dumny. - Proszę, proszę. Nadal jest w tym człowieku coś dobrego. - Kiedy ostatnio widziałaś Lva i Margę? Jacky spojrzała podejrzliwie na syna. - Co to za pytanie? - Lubicie się z babcią Margą. - To dlatego, że cię kocha. Kiedy ktoś kocha twoje dziecko, to jest bardzo miłe. Sam zobaczysz, gdy będziesz miał dzieci. - Nie spotkałaś się z nią od ceremonii wręczenia dyplomów, czyli ponad rok. - Owszem, to prawda. - W weekend nie pracujesz. - Klub jest zamknięty w soboty i niedziele. Kiedy byłeś mały, musiałam brać wolne w weekendy, żeby zająć się tobą, bo nie szedłeś do szkoły. - Pierwsza Dama zabrała Caroline i Johna juniora do Glen Ora. - I pewnie uważasz, że powinnam pojechać do domku na wsi w Wirginii i pojeździć kilka dni na koniach?

- Mogłabyś odwiedzić Margę i Lva w Buffalo. - Jechać na weekend do Buffalo? - spytała z niedowierzaniem Jacky. - Zlituj się, dziecko! Całą sobotę spędziłabym w pociągu, jadąc tam, i niedzielę także, bo musiałabym wrócić. - Mogłabyś polecieć samolotem. - Nie stać mnie. - Kupię ci bilet. - Dobry Boże. Ty myślisz, że Rosjanie zbombardują nas w ten weekend, prawda? - Nigdy nie było to bardziej możliwe. Jedź do Buffalo. Jacky dopiła kawę, wstała i podeszła do zlewu, by umyć kubek. - A co będzie z tobą? - spytała po chwili. - Muszę zostać i zrobić wszystko, co się da, by temu zapobiec. Matka z determinacją pokręciła głową. - Nie pojadę do Buffalo. - Byłoby mi o wiele lżej na sercu, mamo. - Jeśli chcesz ulżyć sercu, pomódl się do Pana. - Wiesz, co powiadają Arabowie? „Miej ufność w Allacha, lecz spętaj wielbłąda”. Pomodlę się, jeśli pojedziesz do Buffalo. - Skąd wiesz, że Rosjanie nie zbombardują Buffalo? - Nie wiem tego na pewno, sądzę jednak, że to drugorzędny cel. I być może jest poza zasięgiem rakiet na Kubie. - Słaba argumentacja jak na prawnika. - Mówię poważnie, mamo. - Ja też - odparła Jacky. - Dobry z ciebie syn, martwisz się o matkę. Ale posłuchaj mnie. Odkąd skończyłam szesnaście lat, poświęcam życie tylko temu, by cię wychować. Jeśli wszystko to ma zdmuchnąć atomowy błysk, nie chcę przeżyć i o tym wiedzieć. Zostanę tam, gdzie ty jesteś. - Albo oboje przetrwamy, albo oboje zginiemy. - Pan daje, Pan odbiera - zacytowała. - Błogosławione niech będzie imię Pańskie.

Stany Zjednoczone dysponowały ponad dwustoma pociskami z głowicami jądrowymi, które mogły dosięgnąć Związku Radzieckiego - tak twierdził wuj Dimki Wołodia z wywiadu Armii Czerwonej. Jego zdaniem Amerykanie uważali, że Związek Radziecki ma około

połowy tej liczby rakiet międzykontynentalnych. W rzeczywistości ZSRR miał ich dokładnie czterdzieści dwie. Niektóre z nich były przestarzałe. Kiedy Stany Zjednoczone nie odpowiedziały od razu na kompromisową radziecką propozycję, Chruszczow rozkazał, by przygotowano do startu nawet najstarsze i najbardziej niepewne pociski balistyczne. Wczesnym rankiem w sobotę Dimka zadzwonił do bazy Bajkonur w Kazachstanie, w której prowadzono testy rakiet. Znajdowały się tam dwie pięciosilnikowe semiorki, przestarzałe rakiety R-7 - takie same jak ta, która przed pięcioma laty wyniosła na orbitę Sputnika. Przygotowywano je do wystrzelenia z sondą marsjańską. Dimka odwołał lot na Marsa. Semiorki zaliczały się do rakiet interkontynentalnych. Były potrzebne do użycia w trzeciej wojnie światowej. Polecił naukowcom, by umieścili w obu głowice atomowe i napełnili zbiorniki paliwem. Przygotowania do wystrzelenia trwały dwadzieścia godzin. R-7 korzystały z niestabilnego paliwa płynnego i nie można było utrzymywać ich w gotowości dłużej niż jeden dzień. Należało ich użyć w najbliższy weekend lub wcale. Semiorki często wybuchały podczas startu. Gdyby jednak nie eksplodowały, mogły dolecieć do Chicago. Każda miała przenosić bombę o mocy dwóch i ośmiu dziesiątych megatony. Gdyby jedna z nich trafiła w cel, zmiotłaby wszystko w promieniu jedenastu kilometrów od centrum Chicago: od brzegu jeziora po Oak Park. Tak wynikało z atlasu, z którego Dimka korzystał. Upewniwszy się, że oficer dowodzący należycie zrozumiał jego rozkazy, Dimka położył się spać.

ROZDZIAŁ 19 Dzwonek telefonu obudził Dimkę. Jego serce uderzyło mocniej - czy to wojna? Ile minut życia mu pozostało? Chwycił słuchawkę. To była Natalia, jak zwykle pierwsza miała najnowsze wiadomości: - Jest depesza od Plijewa. - Co? - powiedział Dimka. - I co pisze? - Uważają, że Amerykanie uderzą dzisiaj o świcie ich czasu. W Moskwie nadal było ciemno. Dimka zapalił lampkę nocną i spojrzał na zegarek. Była ósma rano, już powinien być na Kremlu. Ale do świtu na Kubie zostały jeszcze cztery godziny. Jego serce odrobinę zwolniło. - Skąd wiedzą? - Nie to jest najważniejsze - rzuciła niecierpliwie Natalia. - A co? - Posłuchaj ostatniego zdania: „Postanowiliśmy, że w razie ataku USA na nasze instalacje użyjemy wszystkich dostępnych środków obrony powietrznej”. Użyją głowic jądrowych. - Nie wolno im tego zrobić bez naszej zgody! - Ale to właśnie proponują. - Malinowski im nie pozwoli. - Nie założyłabym się o to. Dimka zaklął pod nosem. Czasem naprawdę można było odnieść wrażenie, że wojskowi pragną atomowej zagłady. - Spotkajmy się w bufecie. - Daj mi pół godziny. Najpierw szybko wykąpał się pod prysznicem. Matka chciała mu podać śniadanie, ale odmówił; wcisnęła mu kromkę czarnego żytniego chleba na drogę. - Nie zapomnij, że dzisiaj są urodziny dziadka - przypomniała. Grigorij obchodził siedemdziesiąte czwarte urodziny i w jego mieszkaniu miało się odbyć duże przyjęcie. Dimka obiecał, że przyprowadzi Ninę. Zamierzali zrobić wszystkim niespodziankę, ogłaszając zaręczyny. Jeśli jednak Amerykanie uderzą na Kubę, przyjęcia nie będzie. Ania zatrzymała syna, kiedy wychodził.

- Powiedz mi prawdę. Co się stanie? Objął ją. - Przykro mi, mamo. Nie mam pojęcia. - Twoja siostra jest na Kubie. - Wiem. - Bezpośrednio na linii ognia. - Amerykanie mają rakiety międzykontynentalne. Wszyscy jesteśmy na linii ognia. Przytuliła go, a potem się odwróciła. Dimka pojechał motocyklem. Wszedł do gmachu Prezydium. Natalia czekała w bufecie. Tak samo jak on ubierała się w pośpiechu i wyglądała odrobinę nieporządnie. Włosy opadały jej na twarz w sposób, który Dimka uznał za uroczy. Muszę przestać tak myśleć, zganił się, postąpię jak należy, ożenię się z Niną i będziemy wychowywali nasze dziecko. Ciekawe, co powie Natalia, kiedy ją o tym poinformuję. Ale to nie była właściwa chwila. Wyjął z kieszeni chleb. - Szkoda, że nie ma herbaty. - Drzwi bufetu były otwarte, lecz nikt jeszcze nie obsługiwał. - Słyszałam, że w Stanach Zjednoczonych restauracje otwierane są, kiedy ktoś chce coś zjeść albo się napić, a nie wtedy, gdy obsłudze chce się pracować - powiedziała Natalia. Myślisz, że to prawda? - Pewnie propaganda - mruknął Dimka i usiadł. - Napiszmy szkic odpowiedzi dla Plijewa - zaproponowała i otworzyła notes. Dimka jadł chleb, koncentrując się na zadaniu. - Prezydium powinno zakazać Plijewowi użycia broni atomowej bez specjalnych rozkazów z Moskwy. - Wolałabym zakazać mu montowania głowic w rakietach. Wtedy nie będzie można odpalić ich przez przypadek. - Słusznie. Do bufetu wszedł Jewgienij Filipow. Miał na sobie brązowy pulower i szarą marynarkę. - Dzień dobry, Filipow, przyszedłeś, żeby mnie przeprosić? - Za co? - Powiedziałeś, że to przeze mnie wyciekła tajna informacja o pociskach na Kubie. Sugerowałeś nawet, że powinno się mnie aresztować. Teraz wiemy, że pociski sfotografował

samolot szpiegowski CIA. Jesteś mi winien potężne przeprosiny, to jasne. - Nie bądź śmieszny - zaperzył się Filipow. - Nie przypuszczaliśmy, że na zdjęciach zrobionych z dużej wysokości można zobaczyć coś tak małego jak pocisk rakietowy. Co wy tu we dwójkę knujecie? Natalia odpowiedziała zgodnie z prawdą. - Rozmawiamy o porannej depeszy od Plijewa. - Już rozmawiałem o niej z Malinowskim. - Filipow pracował w Ministerstwie Obrony, którym kierował Malinowski. - Podziela zdanie Plijewa. Dimka się przeraził. - Nie wolno pozwolić, by Plijew z własnej inicjatywy rozpoczął trzecią wojnę światową! - Nie rozpocznie jej, będzie jedynie bronił naszych wojsk przed amerykańską napaścią. - Poziom intensywności obrony nie powinien zależeć od decyzji podjętej na miejscu. - Może nie być czasu na inne rozwiązanie. - Plijew musi go znaleźć, a nie inicjować wymianę ciosów atomowych. - Malinowski uważa, że trzeba bronić środków wojskowych, które mamy na Kubie. Gdyby Amerykanie je zniszczyli, osłabiliby naszą zdolność obrony ZSRR. Dimka nie brał tego pod uwagę. Na Kubie znalazła się pokaźna część radzieckich zasobów broni jądrowej. Amerykanie mogli zniszczyć całe to kosztowne uzbrojenie, dotkliwie osłabiając Związek Radziecki. - Nie - zaoponowała Natalia. - Cała nasza strategia musi się opierać na zasadzie nieużywania broni jądrowej. Dlaczego? Bo mamy jej bardzo mało w porównaniu z amerykańskim arsenałem. - Oparła się na blacie stołu. - Posłuchaj mnie, Jewgienij. Jeżeli doszłoby do totalnej wojny atomowej, oni wygrają. - Wyprostowała się. - Dlatego możemy się przechwalać, możemy pohukiwać, ale nie wolno nam odpalić naszych pocisków. Dla nas wojna jądrowa to samobójstwo. - Ministerstwo Obrony Narodowej patrzy na to inaczej. Natalia się zawahała. - Mówisz tak, jakby decyzja już zapadła. - Owszem, Malinowski poparł propozycję Plijewa. - Chruszczowowi się to nie spodoba - oznajmił Dimka. - Wprost przeciwnie - odrzekł Filipow. - Wyraził zgodę. Dimka uświadomił sobie, że ominęły go poranne debaty, bo bardzo późno położył się

spać. Znalazł się przez to w niekorzystnej sytuacji. - Chodźmy - powiedział do Natalii, wstając. Wyszli z bufetu i stanęli przed windą. - Cholera, musimy doprowadzić do cofnięcia tej decyzji - stwierdził Dimka. - Jestem pewna, że Kosygin zechce podnieść tę kwestię na dzisiejszym posiedzeniu Prezydium. - Może przepisałabyś na maszynie rozkaz, który naszkicowaliśmy, i zaproponowała Kosyginowi, żeby przyniósł go na naradę? Ja postaram się zmiękczyć Chruszczowa. - Dobrze. Rozdzielili się i Dimka poszedł do gabinetu Chruszczowa. Pierwszy sekretarz czytał tłumaczenia artykułów z zachodnich gazet; każde było przypięte do wyciętego oryginału. - Czytałeś tekst Waltera Lippmanna? Lippmann był zrzeszonym w związku dziennikarskim felietonistą o liberalnych poglądach. Mówiło się, że jest blisko prezydenta Kennedy’ego. - Nie - odparł Dimka, który jeszcze nie zdążył przejrzeć prasy. - Proponuje wymianę: my wycofamy nasze pociski z Kuby, a oni swoje z Turcji. To wiadomość dla mnie od Kennedy’ego! - Lippmann to tylko dziennikarz... - Nie, nie. Jest tubą prezydenta. Dimka wątpił, czy demokracja amerykańska funkcjonuje w ten sposób, ale nic nie odpowiedział. - To znaczy, że jeśli zaproponujemy taką wymianę, Kennedy się zgodzi - ciągnął Chruszczow. - Ale już wysunęliśmy inną ofertę. Amerykanie mieliby się zobowiązać, że nie napadną na Kubę. - A więc pozwólmy Kennedy’emu dalej zgadywać! Z pewnością będzie zdezorientowany, pomyślał Dimka. Taki był sposób postępowania Chruszczowa. Spójność i konsekwencja? Ale po co, one tylko ułatwiają życie wrogowi. Dimka zmienił temat. - Na posiedzeniu Prezydium padną pytania o depeszę od Plijewa. Dostał pełnomocnictwa sięgnięcia po broń jądrową... - Nie ma obawy - wpadł mu w słowo Chruszczow, machając lekceważąco ręką. Amerykanie teraz nie uderzą. Rozmawiają nawet z sekretarzem generalnym ONZ. Chcą pokoju.

- Oczywiście - rzekł z szacunkiem Dimka. - Chciałem tylko, żebyście wiedzieli, czego się spodziewać na posiedzeniu. - Tak, tak. Kilka minut później przywódcy Związku Radzieckiego zebrali się w wyłożonej boazerią sali prezydialnej. Chruszczow otworzył naradę długim wystąpieniem, w którym przekonywał, że czas na amerykański atak minął. Następnie przytoczył, jak to nazwał, ofertę Lippmanna. Propozycja nie wywołała entuzjazmu osób zgromadzonych przy długim stole, lecz nikt nie wysunął sprzeciwu. Większość miała świadomość, że przywódca musi prowadzić dyplomację we własnym stylu. Chruszczow był tak uradowany nową koncepcją, że od razu w obecności wszystkich podyktował odpowiedź dla Kennedy’ego. Potem polecił, by została odczytana głośno w Radiu Moskwa. W ten sposób ambasada amerykańska mogła przekazać ją do Waszyngtonu z ominięciem czasochłonnego procesu szyfrowania. Na koniec Kosygin poruszył kwestię depeszy Plijewa. Argumentował, że władza nad bronią jądrową musi pozostać w Moskwie, i przeczytał projekt rozkazu, który napisali Dimka i Natalia. - Tak, tak, wysłać to - rzucił niecierpliwie Chruszczow. Dimka odetchnął z ulgą. Godzinę później Dimka jechał z Niną windą w domu rządowym. - Spróbujmy na chwilę zapomnieć o troskach - rzekł. - Nie rozmawiajmy o Kubie. Idziemy na przyjęcie, więc się bawmy. - Jestem za - odparła Nina. Znaleźli się przed drzwiami mieszkania dziadków Dimki. Drzwi otworzyła im Katerina. Była ubrana w czerwoną sukienkę. Dimka ze zdumieniem zobaczył, że sukienka zgodnie z najnowszą zachodnią modą sięga do kolan i że jego babka nadal ma szczupłe nogi. Mieszkała na Zachodzie, kiedy mąż był w dyplomacji, wtedy nauczyła się ubierać bardziej stylowo niż większość radzieckich kobiet. Zlustrowała Ninę od góry do dołu z bezceremonialną ciekawością starszych ludzi. - Dobrze wyglądasz - stwierdziła, a Dimka nie wiedział, dlaczego powiedziała to nieco osobliwym tonem. Nina potraktowała jej słowa jak komplement. - Dziękuję, wy również. Skąd wzięliście taką suknię? Katerina zaprowadziła gości do dużego pokoju. Dimka pamiętał, że przesiadywał w nim jako dziecko. Babcia zawsze częstowała go tradycyjnymi rosyjskimi cukierkami o smaku jabłkowym. Ślinka napłynęła mu do ust, chętnie zjadłby jednego także teraz.

Gospodyni poruszała się trochę niepewnie w szpilkach. Grigorij jak zwykle siedział w fotelu naprzeciwko telewizora, mimo że odbiornik był wyłączony. Już zdążył otworzyć butelkę wódki. Może właśnie dlatego babcia ciut się chwiała. - Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, dziadku - rzekł Dimka. - Napij się - odparł Grigorij. Dimka musiał uważać, bo Chruszczow miałby niewielki pożytek z pijanego asystenta. Wychylił kieliszek, który podał mu Grigorij, a potem odstawił go poza jego zasięgiem, tak by dziadek nie mógł mu dolać. Jego matka już była u rodziców i pomagała babce. Wyszła z kuchni, niosąc talerz krakersów z czerwonym kawiorem. Nie odziedziczyła elegancji Kateriny. Cokolwiek włożyła, zawsze sprawiała wrażenie przyjemnie przysadzistej. Ucałowała Ninę na powitanie. Zadzwonił dzwonek u drzwi i wszedł wujek Wołodia z rodziną. Miał czterdzieści osiem lat, jego krótko ostrzyżone włosy były siwe. Zjawił się w mundurze, w każdej chwili mógł zostać wezwany na służbę. Za Wołodią podążała Zoja. Zbliżała się do pięćdziesiątki, lecz nadal wyglądała jak bladolica rosyjska bogini. Dwoje nastoletnich kuzynów Dimki, Kotia i Galina, weszło za matką. Dimka przedstawił Ninę. Wołodia i Zoja przywitali ją ciepło. - Teraz jesteśmy w komplecie! - oznajmiła Katerina. Dimka rozejrzał się wokół, popatrzył na dwoje dziadków, od których wszystko się zaczęło, na pospolitą matkę i jej przystojnego niebieskookiego brata, na piękną ciotkę i swoich młodocianych kuzynów oraz na ponętną rudowłosą dziewczynę, z którą zamierzał się ożenić. To była jego rodzina, najcenniejsza część wszystkiego, co poszłoby dzisiaj na zatratę, gdyby spełniły się jego obawy. Wszyscy mieszkali w promieniu dwóch kilometrów od Kremla. Jeśli dziś wieczorem Amerykanie zasypią Moskwę pociskami jądrowymi, osoby zgromadzone w pokoju będą leżały rano martwe: ich mózgi się zagotują, ciała ulegną zdruzgotaniu, skóra spali się na czarno. Jedyne pocieszenie dawała Dimce myśl, że nie będzie musiał ich opłakiwać, ponieważ sam także zginie. Wypili zdrowie Grigorija. - Szkoda, że nie ma z nami mojego małego brata Lwa - powiedział solenizant. - I Tani - dodała Ania. - Lev Peshkov nie jest już mały, tato - zauważył Wołodia. - Ma sześćdziesiąt siedem lat i jest milionerem w Ameryce. - Ciekawe, czy ma wnuki w tej Ameryce.

- Nie w Ameryce - odparł Wołodia. Wywiad Armii Czerwonej mógł łatwo zdobyć takie informacje, Dimka wiedział o tym. - Nieślubny syn Lva, Greg, senator, jest kawalerem. Ale jego prawowita córka Daisy mieszka w Londynie i ma dwoje dzieci, chłopca i dziewczynę. Są mniej więcej w wieku Kotii i Galiny. - A więc mam brytyjskich prabratanków - stwierdził z rozbawieniem Grigorij. - Jakie imiona noszą? Pewnie John i Bill. - Pozostali roześmieli się, słysząc dziwnie brzmiące angielskie imiona. - David i Evie - poinformował Wołodia. - Wiecie, to ja miałem być tym, który wyjedzie do Ameryki - mówił Grigorij. - Ale w ostatniej chwili musiałem oddać bilet Lwowi. - Zaczął snuć wspomnienia. Jego bliscy znali już tę historię, chętnie jednak słuchali, pozwalając mu folgować sobie w dniu urodzin. Po chwili Wołodia wziął Dimkę na stronę. - Jak przebiegło poranne posiedzenie Prezydium? - Wydali Plijewowi rozkaz, by nie odpalał broni jądrowej bez specjalnych rozkazów z Kremla. - Marnowanie czasu - burknął lekceważąco Wołodia. - A to czemu? - zdziwił się Dimka. - Taki rozkaz niczego nie zmienia. - Chcesz powiedzieć, że Plijew go nie wykona? - Myślę, że żaden dowódca by nie wykonał. Nie brałeś nigdy udziału w bitwie, co? Wołodia zmierzył Dimkę przenikliwym spojrzeniem. - Kiedy cię atakują, kiedy bijesz się o życie, bronisz się wszystkim, co ci wpadnie w ręce. To jest w trzewiach, nie panujesz nad tym. Jeśli Amerykanie uderzą na Kubę, nasze siły rzucą przeciw nim wszystko bez względu na rozkazy Moskwy. - Szlag - zaklął Dimka. Jeśli Wołodia miał rację, wszystkie wysiłki podjęte rano poszły na marne. Opowieść dziadka dobiegła końca. Nina dotknęła ręki Dimki. - Teraz jest dobry moment. Dimka zwrócił się do rodziny. - Oddaliśmy cześć dziadkowi z okazji urodzin, chcę teraz coś ogłosić. Proszę o ciszę. Zaczekał, aż nastoletni kuzyni zamilkną. - Poprosiłem Ninę, by za mnie wyszła, a ona przyjęła oświadczyny. Wszyscy zaczęli bić brawo. Nalano wódki do kieliszków, lecz Dimka zdołał się wymówić.

Ania go pocałowała. - Brawo, synku. Nina nie chciała wychodzić za mąż, dopóki ciebie nie poznała! - Może niebawem będę miał prawnuki! - powiedział Grigorij i puścił oko do Niny. - Tato, nie zawstydzaj biednej dziewczyny - odrzekł Wołodia. - Ja miałbym ją zawstydzać? Bzdura. Jesteśmy przyjaciółmi. - Nie ma obawy - odezwała się Katerina, która była już pijana. - Nina już jest w ciąży. - Mamo! - zaprotestował Wołodia. Wzruszyła ramionami. - Kobieta widzi takie rzeczy. A więc to dlatego tak dokładnie przyglądała się Ninie, kiedy wchodziliśmy, pomyślał Dimka. Zobaczył, że Wołodia i Zoja wymieniają spojrzenia. Wołodia uniósł brwi, a jego żona lekko skinęła głową. Wujek powiedział „Och!” ruchem ust. Ania była wstrząśnięta. - Przecież mówiłaś... - Wiem - wpadł jej w słowo Dimka. - Myśleliśmy, że Nina nie może mieć dzieci, ale lekarze się pomylili! Grigorij znów wzniósł kieliszek. - Zdrowie lekarzy, którzy popełniają błędy! Chcę chłopca, Nino. Mój prawnuczek przedłuży ród Peszkowów-Dworkinów! Nina się uśmiechnęła. - Zrobię, co w mojej mocy, Grigoriju Siergiejewiczu. Twarz Ani nadal wyrażała zatroskanie. - Lekarze popełnili błąd? - Znacie ich, oni nigdy się do tego nie przyznają - odparła Nina. - Mówią, że to cud. - Mam tylko nadzieję, że dożyję tego dnia i zobaczę prawnuka - rzekł Grigorij. - Do diabła z Amerykanami. - Wychylił kieliszek. - Dlaczego Amerykanie mają więcej pocisków niż my? - chciał wiedzieć szesnastoletni Kotia. Odpowiedziała mu Zoja: - Kiedy my, naukowcy, zaczęliśmy w tysiąc dziewięćset czterdziestym pracować nad energią jądrową, poinformowaliśmy władze, że można ją będzie wykorzystać do stworzenia supersilnej bomby. Stalin nam nie uwierzył. Dlatego Zachód nas wyprzedził i wciąż wyprzedza. Tak się dzieje, kiedy rządy nie słuchają uczonych. - Ale nie powtarzaj w szkole tego, co powiedziała matka, dobrze? - dodał Wołodia.

- Kogo to obchodzi? - odezwała się Ania. - Stalin wybił połowę z nas, Chruszczow wykończy drugą. - Aniu! - sprzeciwił się Wołodia. - Nie przy dzieciach! - Współczuję Tani - mówiła Ania, puszczając mimo uszu napomnienia brata. Znalazła się na Kubie i czeka, aż Amerykanie zaatakują. - Rozpłakała się. - Obym jeszcze kiedyś zobaczyła moją małą ślicznotkę. - Po jej policzkach płynęły obfite łzy. - Tylko raz, zanim zginiemy.

W sobotę rano Stany Zjednoczone były gotowe do uderzenia na Kubę. Larry

Mawhinney

przekazał

George’owi

szczegóły

w podziemnym

Pokoju

Dowodzenia Białego Domu. Prezydent nazywał to pomieszczenie gołębnikiem, bo uważał je za zbyt ciasne. Lecz on wychowywał się w wielkich przestronnych domach, a tymczasem sala była większa niż mieszkanie George’a. Ze słów Mawhinneya wynikało, że siły powietrzne miały pięćset siedemdziesiąt sześć maszyn rozmieszczonych w pięciu bazach i gotowych do uderzenia, które zamieniłoby Kubę w dymiące pogorzelisko. Zgromadzono sto pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy mających później dokonać inwazji. Wyspę okrążało dwadzieścia sześć niszczycieli i trzy lotniskowce. Asystent generała LeMaya przedstawiał te dane z dumą, jakby stanowiły miarę jego własnych osiągnięć. George uważał, że Mawhinney zbyt lekko podchodzi do tematu. - Wszystko to na nic się nie zda przeciwko pociskom jądrowym. - Na szczęście my też je mamy - odparł tamten. To także nie rozwiązywało sprawy. - W jaki sposób się je odpala? - dociekał George. - Co dokładnie robi prezydent? - Musi zadzwonić do sztabu w Pentagonie. Telefon w Gabinecie Owalnym ma czerwony przycisk, który łączy momentalnie. - I co dalej? - Prezydent ma walizkę z czarnej skóry z zestawem kodów, z których musi skorzystać. Walizka wędruje z nim wszędzie... - A potem...? - Wszystko dzieje się automatycznie. Jest program o nazwie Zintegrowany Plan Operacyjny. Nasze bombowce startują z trzema tysiącami głowic jądrowych na pokładach i kierują się do celów na terenie państw bloku wschodniego. - Mawhinney zrobił ruch ręką,

jakby coś wyrównywał. - Zrównują je z ziemią - zakończył z lubością. George’owi nie spodobało się to podejście. - A oni robią to samo z nami. - Jeśli uda się nam zadać pierwsze uderzenie - odrzekł poirytowany Mawhinney możemy zniszczyć większość ich uzbrojenia, zanim oderwie się od ziemi. - Ale go nie zadamy, bo nie jesteśmy barbarzyńcami i nie chcemy wszczynać wojny atomowej, w której zginęłyby miliony. - I w tym wy, politycy, się mylicie. Pierwsze uderzenie to droga do zwycięstwa. - Nawet jeżeli zrobimy tak, jak chcecie, zniszczymy tylko większość ich broni, zgodnie z tym, co powiedziałeś. - To jasne, że nie sto procent. - A zatem, cokolwiek się stanie, bomby i tak spadną na USA. - Wojna to nie piknik - zauważył gniewnie Mawhinney. - Jeśli jej unikniemy, będziemy mogli dalej piknikować. Larry spojrzał na zegarek. - O dziesiątej jest posiedzenie ExCommu. Wyszli z Pokoju Dowodzenia i udali się na górę do Sali Gabinetowej. Zbierali się w niej starsi doradcy prezydenta oraz ich asystenci. Prezydent przyszedł kilka minut po dziesiątej. George widział go po raz pierwszy od skrobanki Marii i patrzył na niego inaczej. Ten mężczyzna w średnim wieku ubrany w ciemny garnitur w blade prążki przeleciał młodą kobietę, a później kazał jej iść samej do lekarza. George poczuł przypływ czystej, zajadłej nienawiści. W tej chwili gotów był uśmiercić Jacka Kennedy’ego. Prezydent tymczasem nie wyglądał jak niegodziwiec. Niemal w sensie dosłownym dźwigał na barkach troski świata i George mimo woli mu współczuł. Posiedzenie jak zwykle otworzył szef CIA John McCone, przedstawiając raport wywiadowczy. Swoim charakterystycznym sennym tonem przekazał wiadomości tak przerażające, że nikomu nie chciało się spać. Bazy rakiet średniego zasięgu na Kubie uzyskały pełną gotowość operacyjną. W każdej znajdowały się cztery pociski, tak więc w Stany Zjednoczone wymierzonych było dwadzieścia pocisków jądrowych gotowych do odpalenia. Przynajmniej jeden z nich mierzy w ten budynek, pomyślał ponuro George i ze strachu ścisnęło go w żołądku. McCone proponował całodobową obserwację baz. Osiem odrzutowców marynarki mogło w każdej chwili wystartować z Key West i na niskiej wysokości przelecieć nad

platformami startowymi. Kolejnych osiem wykonałoby taki sam przelot po południu. Po zmierzchu powtórzyłyby ten sam manewr, oświetlając bazy racami. Dodatkowo na dużej wysokości odbywałyby się loty zwiadowcze samolotów szpiegowskich U-2. George zastanawiał się, co by to dało. Z powietrza można wykryć przygotowania do wystrzelenia rakiet, ale co poza tym zdołaliby zrobić Amerykanie? Nawet gdyby bombowce wystartowały momentalnie, nie dotarłyby do Kuby przed odpaleniem pocisków. Istniał jeszcze jeden problem. Oprócz rakiet z głowicami jądrowymi wycelowanymi w terytorium USA Armia Czerwona miała na Kubie pociski ziemia-powietrze do zwalczania samolotów. McCone oznajmił, że wszystkie dwadzieścia cztery baterie SAM są gotowe do użycia, ich radary zostały włączone. Tak więc amerykańskie samoloty przelatujące nad Kubą zostałyby namierzone i wzięte na cel. Do sali narad wszedł jeden z asystentów z długą wstęgą papieru oderwaną z teleksu i podał ją prezydentowi. - Wiadomość z placówki Associated Press w Moskwie - oznajmił Kennedy i odczytał ją na głos: - „Premier Chruszczow przekazał wczoraj prezydentowi Kennedy’emu, że wycofa ofensywną broń atomową z Kuby, jeśli Stany Zjednoczone wycofają rakiety z Turcji”. - Nic podobnego - odezwał się Mac Bundy, doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego. George był zdziwiony nie mniej od innych. We wczorajszym liście Chruszczow zażądał, by USA zobowiązały się, że nie uderzą na Kubę. Nie było w nim nic o Turcji. Czyżby pracownicy Associated Press się pomylili? A może Chruszczow sięgnął po jedną ze swoich sztuczek? - To może być zapowiedź drugiego listu - domyślił się prezydent. Okazało się, że tak właśnie jest. Kilka minut później nadeszły następne doniesienia, dzięki którym sytuacja stała się jaśniejsza. Chruszczow szykował zupełnie nową propozycję i nadał ją przez Radio Moskwa. - Postawił nas w niezręcznej sytuacji - zauważył prezydent Kennedy. - Większość ludzi uzna to za całkiem rozsądną propozycję. Macowi Bundy’emu to się nie spodobało. - Co to znaczy „większość ludzi”, panie prezydencie? - Myślę, że trudno będzie wytłumaczyć, dlaczego chcemy podjąć wrogie działania wojskowe na Kubie, kiedy druga strona mówi: „Zabierzcie swoją broń z Turcji, a my zabierzemy swoją z Kuby”. Wydaje mi się, że to jest czuły punkt. Bundy przekonywał, że trzeba wrócić do pierwszej propozycji Chruszczowa.

- Po co mielibyśmy ruszać nowym tropem, skoro wczoraj podsunął nam inny? - To jest ich najnowsza oferta - odparł ze zniecierpliwieniem prezydent. - Na dodatek przedstawili ją publicznie. - Dziennikarze prasowi jeszcze nie wiedzieli o liście Chruszczowa, lecz nowa propozycja została wysunięta za pośrednictwem mediów. Bundy nie dawał za wygraną. Uważał, że amerykańscy sojusznicy z NATO poczują się zdradzeni, jeśli Stany Zjednoczone będą handlowały pociskami. Sekretarz obrony Robert McNamara wyraził zdumienie i lęk, które wszyscy odczuwali: - Odebraliśmy list z propozycją układu, a teraz dostajemy drugi. Jak mamy negocjować z kimś, kto zmienia warunki, zanim zdążymy zareagować? Nikt nie umiał na to odpowiedzieć.

W tamtą sobotę królewskie poinsecje na ulicach Hawany kwitły jaskrawoczerwonymi kwiatami, które wyglądały jak krwawe plamy na niebie. Bladym świtem Tania poszła do sklepu i w posępnym nastroju kupiła artykuły na koniec świata: wędlinę, mleko w puszce, ser topiony, karton papierosów, butelkę rumu oraz baterie do latarki. Mimo wczesnej pory w sklepie ustawiła się kolejka, ale Tania stała w niej zaledwie kwadrans, czyli tyle co nic dla kogoś, kto przywykł do ogonków w Moskwie. W wąskich uliczkach starego miasta zalegał nastrój sądnego dnia. Hawańczycy nie wymachiwali już maczetami i nie śpiewali hymnu. Zbierali piasek do wiader, by gasić nim pożary, zaklejali papierem okna, by zminimalizować ilość odłamków, przynosili do domów torby z mąką. Popełnili głupstwo, rzucając wyzwanie sąsiadowi, który był supermocarstwem, a teraz miała ich za to spotkać kara. Powinni byli być mądrzejsi. Czy mieli rację? Czy wojna jest nieunikniona? Tania była pewna, że żaden ze światowych przywódców jej nie chce, nawet Castro, którego przemówienia zaczynały trącić obłędem. Mimo to mogła wybuchnąć. Tania pomyślała posępnie o wydarzeniach 1914 roku. Wtedy także nikt nie chciał wojny. Jednakże cesarz austriacki uważał niepodległość Serbii za zagrożenie. Tak samo jak Kennedy, który jako zagrożenie traktował niepodległość Kuby. A gdy Austria wypowiedziała wojnę Serbii, klocki domina jęły przewracać się w sposób nieunikniony i ze śmiercionośną konsekwencją. Połowa państw świata została wciągnięta w konflikt, który okazał się bardziej okrutny i krwawy niż jakikolwiek wcześniej. Ale chyba tym razem można tego uniknąć? Jej myśli powędrowały do Wasilija Jenkowa uwięzionego w obozie na Syberii. Jak na

ironię Wasilij miał szansę przeżycia wojny atomowej. Kara mogła go ocalić. Tania miała taką nadzieję. Wróciwszy do mieszkania, włączyła radio nastawione na amerykańską stację nadającą z Florydy. Podawano, że Chruszczow zaproponował Kennedy’emu układ. Zapowiedział, że zabierze pociski z Kuby, jeśli Kennedy postąpi tak samo w Turcji. Tania spojrzała na puszkę mleka z poczuciem wszechogarniającej ulgi. Może jednak wojenne racje żywnościowe okażą się zbędne. Po chwili upomniała samą siebie, że jeszcze za wcześnie na poczucie bezpieczeństwa. Czy Kennedy zgodzi się na propozycję? Czy okaże się mądrzejszy niż ultrakonserwatywnie nastawiony cesarz Franciszek Józef? Z ulicy dobiegł odgłos klaksonu. Tania od dawna była umówiona z Pazem na wycieczkę do wschodniej części Kuby: miała napisać reportaż o radzieckiej baterii przeciwlotniczej. W gruncie rzeczy nie spodziewała się, że przyjedzie, lecz wyjrzawszy, zobaczyła buicka zaparkowanego przy krawężniku. Wycieraczki zmagały się z tropikalną ulewą. Wzięła płaszcz i torbę i wyszła. - Widziałaś, co zrobił twój przywódca? - spytał gniewnie Paz, kiedy wsiadła. Jego złość ją zaskoczyła. - Masz na myśli propozycję pokojową? - Nawet nie zapytał nas o zdanie! - Paz jechał zbyt szybko wąskimi uliczkami. Tani w ogóle nie przyszło do głowy, że kubańscy przywódcy powinni wziąć udział w negocjacjach. Najwyraźniej Chruszczow także nie widział potrzeby dla takiej kurtuazji. Świat postrzegał kryzys jako starcie supermocarstw, lecz naturalnie Kubańczycy nadal wyobrażali sobie, że chodzi o nich. Propozycję pokojową, która zamajaczyła niewyraźnie na horyzoncie, uznali za zdradę. Tania musiała uspokoić Paza choćby po to, by zapobiec wypadkowi drogowemu. - A co byś odpowiedział, gdyby Chruszczow zwrócił się do ciebie? - Że nie przehandlujemy swojego bezpieczeństwa za bezpieczeństwo Turcji! - odparł generał, waląc dłonią w kierownicę. Broń jądrowa nie zapewniła Kubie bezpieczeństwa, pomyślała Tania. Wprost przeciwnie. Suwerenność Kuby była teraz bardziej zagrożona niż kiedykolwiek. Rosjanka nie wspomniała o tym, by nie rozwścieczać jeszcze bardziej Paza. Dojechał do lotniska wojskowego pod Hawaną, na którym czekał ich samolot: był to radziecki lekki transportowiec z napędem śmigłowym Jak-16. Tania spojrzała na niego z zainteresowaniem. Nigdy nie zamierzała być korespondentką wojenną, lecz by nie wypaść

na ignorantkę, zadała sobie wiele trudu i przyswoiła sobie informacje o sprzęcie, na którym zwykle znali się tylko mężczyźni. Umiała rozpoznawać samoloty, czołgi i okręty. Zauważyła, że samolot został zmodyfikowany dla celów wojskowych: miał zamontowaną na kadłubie wieżyczkę z karabinem maszynowym. Wraz z Tanią i Pazem w dziesięciomiejscowej kabinie usiadło dwóch majorów z 32 Gwardyjskiego Pułku Przeciwlotniczego. Byli ubrani w jaskrawe kraciaste koszule i spodnie z mankietami - dzięki temu topornemu kamuflażowi radzieccy żołnierze mieli przypominać Kubańczyków. Start przyniósł zbyt wiele wrażeń jak na jej gust: na Karaibach była pora deszczowa i wiały porywiste wiatry. Spojrzawszy w dół, Tania widziała między chmurami kratownicę brązowych i zielonych pól pociętych nieregularnymi liniami żółtych gruntowych dróg. Małym samolotem rzucało w powietrzu przez dwie godziny. Później niebo się przejaśniło z typową dla tropików raptownością zmian pogody i lądowanie w pobliżu miejscowości Banes przebiegło gładko. Powitał ich pułkownik Armii Czerwonej Iwanow, który wiedział już o Tani i artykule, który pisała. Zawiózł gości do bazy przeciwlotniczej. Dotarli na miejsce o dziesiątej czasu kubańskiego. Baza miała układ sześcioramiennej gwiazdy z punktem dowodzenia w środku i wyrzutniami na wierzchołkach. Obok każdej z nich stała przyczepa transportera z jednym pociskiem ziemia-powietrze. Żołnierze wyglądali żałośnie w zalanych wodą okopach. W punkcie dowodzenia oficerowie uporczywie wpatrywali się w monotonnie piszczące zielone ekrany radarów. Iwanow przedstawił Paza i Tanię majorowi dowodzącemu baterią. Mężczyzna był wyraźnie spięty. Z pewnością wolałby w takim dniu nie przyjmować odwiedzin VIP-ów. Kilka minut po ich przybyciu zauważono obcy samolot, który wchodził w przestrzeń powietrzną Kuby w odległości trzystu dwudziestu kilometrów na zachód. Przypisano mu nazwę Cel numer 33. Wszyscy mówili po rosyjsku, toteż Tania musiała tłumaczyć Pazowi. - To musi być samolot szpiegowski U-Dwa - orzekł. - Nic innego tak wysoko nie lata. Tania podeszła do tej informacji podejrzliwie. - Czy to są ćwiczenia? - spytała, zwracając się do Iwanowa. - Zamierzaliśmy coś zamarkować z myślą o was, ale to dzieje się naprawdę. Miał tak zatroskaną minę, że mu uwierzyła. - Ale nie zestrzelimy go, prawda?

- Nie wiem. - Arogancja Amerykanów! - zżymał się Paz. - Latają prosto nad naszymi głowami! Co by powiedzieli, gdyby kubański samolot przeleciał nad Fort Bragg? Wyobraźcie sobie ich oburzenie! Major ogłosił alarm bojowy. Radzieccy żołnierze zaczęli przenosić pociski z transporterów na wyrzutnie i podłączać kable. Robili to spokojnie i sprawnie, Tania domyśliła się, że wielokrotnie ćwiczyli ten manewr. Kapitan wykreślał kurs samolotu na mapie. Kuba miała podłużny, wąski kształt. Ze wschodu na zachód liczyła tysiąc dwieście pięćdziesiąt kilometrów, lecz z północy na południe zaledwie od osiemdziesięciu do stu sześćdziesięciu. Tania widziała, że U-2 wleciał już osiemdziesiąt kilometrów w głąb wyspy. - Jaką prędkość osiągają? - Osiemset kilometrów na godzinę - odparł Iwanow. - A pułap? - Dwadzieścia jeden tysięcy metrów, mniej więcej dwa razy tyle co zwykły odrzutowiec pasażerski. - Naprawdę możemy trafić w cel, który leci tak wysoko i szybko? - Nie musimy trafić go bezpośrednio. Pocisk ma zapalnik zbliżeniowy, wybucha, kiedy znajdzie się blisko celu. - Rozumiem, że namierzamy ten samolot - powiedziała Tania. - Ale nie mówcie mi, proszę, że do niego wystrzelimy. - Major dzwoni, żeby zapytać o rozkazy. - Ale Amerykanie mogą wykonać atak odwetowy. - To nie moja decyzja. Radar śledził wrogi samolot, porucznik odczytujący dane z ekranu ogłosił jego pułap, prędkość i odległość. Radzieccy operatorzy ustawili wyrzutnie, by podążały za Celem numer 33. U-2 przeleciał nad Kubą z północy na południe, a następnie skręcił na wschód i lecąc wzdłuż wybrzeża, zbliżał się do Banes. Wyrzutnie pocisków przeciwlotniczych obracały się powoli na ruchomych podstawach, śledząc go niczym wilki węszące w powietrzu. - A jeśli wystrzelą przez przypadek? - spytała Tania Paza. Jednak myśli generała zaprzątało coś innego. - Robi zdjęcia naszych pozycji! Zostaną wykorzystane przez ich wojska podczas inwazji, która może nastąpić w ciągu paru godzin. - Jeśli zabijecie amerykańskiego pilota, inwazja stanie się o wiele bardziej

prawdopodobna! Major obserwował radar kontrolny, trzymając słuchawkę przy uchu. Spojrzał na Iwanowa. - Zwracają się do Plijewa. Tania wiedziała, że generał Plijew jest głównodowodzącym radzieckich wojsk na Kubie. Ale chyba nie każe zestrzelić amerykańskiego samolotu bez zezwolenia Moskwy. Maszyna szpiegowska dotarła do najdalej wysuniętego na południe koniuszka Kuby, skręciła i poleciała wzdłuż północnego wybrzeża. Banes leżało nieopodal morza. U-2 leciał takim kursem, że znajdzie się dokładnie nad miejscowością. Jednak w każdej chwili mógł odbić na północ, a później, lecąc z prędkością około półtora kilometra na sekundę, szybko znajdzie się poza zasięgiem rakiet. - Zestrzelić go! - zawołał Paz. - Natychmiast! Wszyscy go zignorowali. Samolot skręcił na północ i znalazł się prawie dokładnie nad baterią przeciwlotniczą na wysokości dwudziestu tysięcy metrów. Jeszcze tylko kilka sekund, proszę, myślała Tania, modląc się do dowolnego boga. Ona, Paz i Iwanow wpatrywali się w majora, on zaś nie odrywał wzroku od ekranu. W pomieszczeniu słychać było jedynie piszczenie radaru. - Tak jest, towarzyszu - powiedział major. Odroczenie czy wyrok? Nie odkładając słuchawki, oficer zwrócił się do żołnierzy: - Zniszczyć Cel numer trzydzieści trzy. Odpalić dwie rakiety. - Nie! - zaprotestowała Tania. Coś zaryczało, wyjrzała przez okno. Z wyrzutni oderwał się pocisk i zniknął w mgnieniu oka. Po kilku sekundach wystrzelił drugi. Tania zakryła usta dłonią, czując, że zwymiotuje ze strachu. Wejście na pułap dwudziestu tysięcy metrów zajmie im około minuty. Coś może się nie udać, myślała Tania. Pociski mogą być wadliwe, mogą zejść z kursu i spaść do morza, nie wyrządzając nikomu krzywdy. Na ekranie radaru widać było dwie małe kropki zbliżające się do większej. Tania modliła się, by chybiły. Przesuwały się szybko, a później zlały się w jedną. Paz ryknął triumfalnie. Ekran zapełniły rozpryskujące się punkciki.

- Cel numer trzydzieści trzy zniszczony - oznajmił major do słuchawki telefonu. Tania wyjrzała przez okno, jakby mogła zobaczyć samolot U-2 roztrzaskujący się o ziemię. - Mamy strącenie - oznajmił podniesionym głosem major. - Brawo, żołnierze. - Co zrobi teraz z nami prezydent Kennedy? - zapytała Tania.

W sobotę po południu George’a przepełniała nadzieja. Wiadomości od Chruszczowa były niespójne i wprowadzały zamieszanie, lecz wyglądało na to, że sowiecki przywódca szuka wyjścia z kryzysu. A prezydent Kennedy z pewnością nie chciał wojny. Jeśli po obu stronach istniała dobra wola, ich dążenia nie mogły spełznąć na niczym. Po drodze do Sali Gabinetowej George wstąpił do biura prasowego i zastał Marię przy biurku. Była ubrana w elegancką szarą sukienkę, ale miała na głowie jasnoróżową opaskę, jakby chciała pokazać całemu światu, że nic jej nie dolega i jest szczęśliwa. George postanowił nie pytać jej o zdrowie, gdyż najwyraźniej nie życzyła sobie, by traktowano ją jak inwalidkę. - Jesteś zajęta? - zagadnął. - Czekamy na odpowiedź prezydenta dla Chruszczowa. Radziecka propozycja padła publicznie, więc spodziewamy się, że amerykańska odpowiedź zostanie przekazana prasie. - Idę ze swoim szefem na naradę, która będzie poświęcona opracowaniu odpowiedzi. - Wymiana pocisków na Kubie na pociski w Turcji, to brzmi rozsądnie - stwierdziła Maria. - Zwłaszcza że może ocalić nam życie. - Oby tak się stało. - Powiedzonko twojej mamy. Roześmiał się i ruszył w dalszą drogę. W Sali Gabinetowej doradcy i ich asystenci gromadzili się przed naradą ExCommu, która miała się zacząć o szesnastej. Larry Mawhinney stał wśród gromady asystentów wojskowych. - Nie możemy dopuścić, żeby oddali Turcję komuchom! - mówił. George prawie jęknął. Wojskowi wszystko traktowali jak walkę na śmierć i życie. W rzeczywistości nikt nie zamierzał oddawać Turcji. Propozycja dotyczyła paru pocisków, które i tak były przestarzałe. Czy Pentagon naprawdę wystąpi przeciwko układowi pokojowemu? Trudno było w to uwierzyć. Wszedł prezydent i zajął swoje zwyczajowe miejsce pośrodku długiego stołu, przed oknami. Wszyscy mieli kopie projektu odpowiedzi, który został przygotowany wcześniej.

Napisano w nim, że USA nie mogą omawiać kwestii pocisków w Turcji, dopóki nie zostanie rozwiązany kryzys kubański. Prezydentowi nie spodobały się użyte sformułowania. - Odrzucamy jego przesłanie - mówił. Zaimek „jego” odnosił się do Chruszczowa, bo Kennedy od początku postrzegał kryzys jako konflikt osobisty. - To nie przyniesie powodzenia. Ogłosi, że odrzucamy jego propozycję. Nasze stanowisko powinno zawierać sugestię, że ucieszymy się, mogąc omawiać tę kwestię, kiedy uzyskamy pewne sygnały świadczące o tym, że Sowieci zaprzestali działań na Kubie. - W ten sposób naprawdę włączymy Turcję do wymiany - zauważył ktoś. - O to się martwię - odezwał się doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego Mac Bundy. Miał dopiero czterdzieści trzy lata i już łysiał. Pochodził z republikańskiej rodziny i skłaniał się do radykalnych posunięć. - Jeśli sojusznicy z NATO i inni odniosą wrażenie, że chcemy dobić tego targu, będziemy mieli poważne kłopoty. Jego słowa przygnębiły George’a: Bundy opowiadał się po stronie Pentagonu, przeciwko układowi. - Jeżeli inni dojdą do wniosku, że ochronę Turcji wymieniamy na zagrożenie z Kuby, będziemy mieli do czynienia ze znacznym spadkiem skuteczności sojuszu. George uświadomił sobie wagę problemu. Rakiety Jupiter były przestarzałe, lecz stanowiły symbol amerykańskiej determinacji w powstrzymywaniu szerzenia się komunizmu. Teza Bundy’ego nie przekonała prezydenta. - Sytuacja zmierza właśnie w tę stronę, Mac. - Uzasadnieniem tej wiadomości jest to, że spodziewamy się, że zostanie odrzucona nie dawał za wygraną Bundy. Naprawdę? - zdziwił się w duchu George. Był prawie pewny, że prezydent i jego brat tak nie uważają. - Oczekuje się, że jutro albo pojutrze wykonamy jakiś ruch przeciwko Kubie - ciągnął doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego. - Jakie są nasze plany wojskowe? George przewidywał, że spotkanie będzie miało zupełnie inny przebieg. Mieli rozmawiać o pokoju, a nie o wojnie. Na pytanie odpowiedział sekretarz obrony Robert McNamara, bystrzak, który przyszedł z koncernu Forda. - Silne uderzenie z powietrza, po którym nastąpi inwazja. - Wrócił do argumentu dotyczącego Turcji. - W celu zminimalizowania odpowiedzi Sowietów przeciwko NATO po naszym ataku na Kubę możemy wcześniej zabrać jupitery z Turcji i uprzedzić o tym Rosjan. Wtedy, jak sądzę, nie zaatakują Turcji.

O ironio, pomyślał George: aby ochronić Turcję, konieczne jest wycofanie z niej broni jądrowej. Głos zabrał sekretarz stanu Dean Rusk, którego George uważał za jednego z najmądrzejszych w tym gronie: - Mogą podjąć jakieś inne działania, na przykład w Berlinie. Prezydent USA nie może zaatakować karaibskiej wyspy, nie biorąc pod uwagę reperkusji swojej decyzji w Europie Wschodniej, oddalonej o osiem tysięcy kilometrów, myślał George. Cała kula ziemska stała się szachownicą, na której toczą grę dwa supermocarstwa. - W tej chwili nie rekomendowałbym uderzenia z powietrza na Kubę - oznajmił McNamara. - Mówię tylko, że musimy spojrzeć na sprawę bardziej realistycznie. Przemówił generał Maxwell Taylor, który utrzymywał kontakt z Kolegium Szefów Połączonych Sztabów: - Dowódcy uważają, że duże uderzenie lotnicze, plan operacyjny trzysta dwanaście, powinno być przeprowadzone do poniedziałku rano, chyba że pojawią się niezbite dowody świadczące o tym, że rozpoczęło się demontowanie broni ofensywnej. Mawhinney i jego gromadka, siedzący za Taylorem, wyglądali na zadowolonych. Typowi wojacy, pomyślał George: nie mogą się doczekać bitwy, nawet jeśli miałaby oznaczać koniec świata. Modlił się, by politycy zgromadzeni w sali gabinetowej nie pozwolili kierować sobą wojskowym. - Po ataku z powietrza, siedem dni później, powinno nastąpić wykonanie planu trzysta szesnaście, czyli inwazja. - Jestem wielce zaskoczony - rzucił z sarkazmem Robert Kennedy. Odpowiedziała mu salwa śmiechu. Wszyscy, jak się zdawało, uważali, że rekomendacje wojskowych są przewidywalne aż do granic absurdu. George poczuł ulgę. Ale nastrój sposępniał w jednej chwili, gdy McNamara odczytał treść notatki podanej mu przez asystenta: - Zestrzelono U-Dwa. George westchnął. Wiedział o tym, że samolot szpiegowski CIA zamilkł podczas wykonywania akcji nad Kubą, lecz wszyscy mieli nadzieję, że zepsuło mu się radio i jest w drodze powrotnej. Prezydent Kennedy najwyraźniej nie został poinformowany o zaginięciu maszyny. - Zestrzelono U-Dwa? - spytał z lękiem w głosie. George rozumiał, skąd bierze się ów lęk. Aż do tej pory supermocarstwa straszyły się

nawzajem, dotykając nosami, ale nic poza tym. Teraz oddano pierwszy strzał. Od tej chwili trudniej będzie uniknąć wojny. - Wright przed chwilą to przekazał - rzekł McNamara. Pułkownik John Wright służył w Agencji Wywiadu Obrony, DIA. - Czy pilot zginął? - chciał wiedzieć Robert Kennedy. Jak to często bywało, zadał kluczowe pytanie. - Ciało pilota jest w samolocie - odparł generał Taylor. - Czy ktoś widział pilota? - spytał prezydent. - Tak jest, panie prezydencie. Wrak leży na ziemi, a pilot nie żyje. W pomieszczeniu zapadła cisza. To zdarzenie wszystko zmieniało. Zginął Amerykanin zestrzelony nad Kubą z sowieckiej broni. - Powstaje kwestia odwetu - stwierdził Taylor. Bez wątpienia tak właśnie było: naród amerykański będzie domagał się zemsty. George czuł to samo. Nagle zapragnął, by prezydent wydał zgodę na potężne uderzenie z powietrza, którego domagał się Pentagon. Ujrzał w wyobraźni setki bombowców sunących w ciasnych formacjach na Cieśniną Florydzką i zrzucających ładunki na Kubę niczym śmiercionośny grad. Pragnął, by każda wyrzutnia odpaliła rakietę, by zginęli sowieccy żołnierze, śmierć dosięgła Fidela Castro. Jeśli ucierpi cały naród kubański, to trudno. Będą mieli nauczkę, że nie wolno zabijać Amerykanów. Narada trwała od dwóch godzin i sala zasnuła się dymem papierosowym. Prezydent ogłosił przerwę. George uznał to za dobry pomysł, on sam z pewnością potrzebował uspokojenia. Jeśli pozostali wpadli w podobnie krwiożerczy nastrój, nie byli w stanie podejmować racjonalnych decyzji. Ważniejszym powodem zarządzenia przerwy, o czym George wiedział, było to, że prezydent musiał zażyć lekarstwo. Większość ludzi wiedziała, że ma kłopoty z kręgosłupem, lecz niewielu rozumiało, że toczy nieustanną walkę z całym szeregiem dolegliwości, między innymi chorobą Addisona i zapaleniem okrężnicy. Lekarze dwa razy dziennie dawali mu zastrzyki z mieszanki sterydów i antybiotyków, by mógł funkcjonować. Robert Kennedy podjął się przeredagować list do Chruszczowa, pomóc miał mu w tym Ted Sorensen - młody, pełen pogody ducha autor przemówień prezydenta. Wraz ze swoimi asystentami udali się do ciasnego pomieszczenia sąsiadującego z Gabinetem Owalnym. George zapisywał słowa Bobby’ego w żółtym notatniku. W pracy brało udział tylko dwóch ludzi, toteż szkic powstał szybko. Najistotniejsze akapity brzmiały następująco:

1. Zgodzicie się usunąć te systemy broni z Kuby pod należytym nadzorem i obserwacją ze strony Organizacji Narodów Zjednoczonych, a także zobowiążecie się, przy zapewnieniu odpowiednich środków zabezpieczających, że powstrzymane zostaną wszelkie próby wprowadzenia tego rodzaju broni na Kubę. 2. My zaś zgodzimy się - po dokonaniu odpowiednich ustaleń za pośrednictwem Organizacji Narodów Zjednoczonych, że zobowiązania te zostaną trwale spełnione - (a) szybko zaniechać wykonywania kwarantanny i (b) udzielić zapewnienia, że nie dojdzie do inwazji na Kubę. Jestem przekonany, że inne kraje zachodniej półkuli uczynią podobnie. Tak więc Stany Zjednoczone godziły się na pierwszą propozycję Chruszczowa. Ale co z drugą? Robert Kennedy i Sorensen napisali: Skutki tych ustaleń, to znaczy zmniejszenie napięcia na świecie, pozwolą nam wspólnie opracować ogólniejsze ustalenia dotyczące „innych zbrojeń”, o których mowa w waszym drugim liście. Nie było to wiele - zaledwie sugestia, że istnieje możliwość, by coś omówić - lecz ExComm zapewne nie wyraziłby zgody na nic więcej. George zastanawiał się, czy taka odpowiedź może wystarczyć. Dał ręcznie zanotowany tekst jednej z sekretarek prezydenta i poprosił, by przepisała go na maszynie. Kilka minut później zaproszono Roberta do Gabinetu Owalnego, w którym miało się zebrać mniejsze grono: prezydent, Dean Rusk, Mac Bundy oraz jeszcze dwie lub trzy osoby z najbliższymi asystentami. Wykluczono wiceprezydenta Lyndona Johnsona, który zdaniem George’a zręcznie poruszał się na scenie politycznej, lecz jego toporne teksańskie maniery działały na nerwy pełnym ogłady bostończykom, jakimi byli bracia Kennedy. Prezydent chciał, by jego brat osobiście dostarczył list Anatolijowi Dobryninowi, radzieckiemu ambasadorowi w Waszyngtonie. Bobby i Dobrynin odbyli w ciągu ostatnich paru dni kilka nieoficjalnych rozmów. Nie zapałali do siebie sympatią, ale potrafili szczerze rozmawiać i dzięki temu powstał użyteczny kanał wymiany informacji, omijający waszyngtońską biurokrację. Podczas spotkania twarzą w twarz Bobby mógłby rozwinąć nikłą sugestię podjęcia negocjacji w sprawie amerykańskich pocisków w Turcji, i nie była do tego potrzebna aprobata ExCommu. Dean Rusk zasugerował, że Bobby może posunąć się nieco dalej w rozmowie z Dobryninem. W toku narad tego dnia stało się jasne, że w gruncie rzeczy nikt nie chce, by jupitery pozostały na terytorium Turcji. Z czysto wojskowego punktu widzenia były bezużyteczne. Problem dotyczył czegoś innego: rząd turecki oraz innych sojuszników

z NATO rozgniewałoby, gdyby Stany Zjednoczone zgodziły się na wymianę tych rakiet po to, by uzyskać porozumienie w sprawie Kuby. Rusk podsunął rozwiązanie, które George uznał za bardzo zręczne. „Zaproponuj, że usuniemy jupitery później, powiedzmy za pięć, sześć miesięcy. Wtedy będziemy mogli to zrobić po cichu, za zgodą sojuszników. Jednocześnie tytułem rekompensaty zwiększymy aktywność naszych okrętów podwodnych z głowicami atomowymi, które operują na Morzu Śródziemnym. Ale Sowieci muszą się zobowiązać do utrzymania tego targu w najgłębszej tajemnicy”. To zaskakująca, ale błyskotliwa propozycja, pomyślał George. Wszyscy przystali na nią nader szybko. Narady ExCommu przez większość dnia krążyły wokół zagadnień globalnych, lecz mniejszy zespół, który zebrał się w Gabinecie Owalnym, nagle stał się grupą decyzyjną. - Dzwoń do Dobrynina - polecił Bobby George’owi i spojrzał na zegarek. George zrobił to samo: była dziewiętnasta piętnaście. - Zaproś go do Departamentu Sprawiedliwości na spotkanie ze mną za pół godziny. - A kwadrans później przekażcie list prasie - dodał prezydent. George wszedł do sekretariatu sąsiadującego z Gabinetem Owalnym i podniósł słuchawkę. - Proszę mnie połączyć z ambasadą radziecką - powiedział do operatorki. Ambasador od razu zgodził się na spotkanie. George zaniósł Marii napisany na maszynie list i oznajmił, że prezydent chce, by o dwudziestej przekazano go dziennikarzom. Spojrzała z niepokojem na zegarek. - No to bierzmy się do roboty, dziewczyny - rzuciła. Bobby i George wyszli z Białego Domu i pokonali samochodem kilka przecznic dzielących siedzibę prezydenta od Departamentu Sprawiedliwości. Był weekend i w budynku paliło się niewiele świateł. Wydawało się, że pogrążone w półmroku posągi stojące w wielkim holu spozierają podejrzliwie na przybyszów. George wyjaśnił ochroniarzom, że niebawem przybędzie pewien ważny gość, by spotkać się z Robertem Kennedym. Wjechali windą na górę. George spojrzał na Bobby’ego i uznał, że ten jest zmęczony; niewątpliwie była to prawda. Korytarze olbrzymiego gmachu dudniły echem. Oświetlenie w wielkim gabinecie prokuratora generalnego było słabe, lecz nie chciało mu się zapalać więcej lamp. Osunął się na fotel przy szerokim biurku i potarł oczy. George wyjrzał przez okno na uliczne światła. Centrum Waszyngtonu było ładnym parkiem z dużą liczbą pomników i pałaców, lecz resztę stanowiła gęsto zaludniona metropolia

z pięcioma milionami mieszkańców, z których połowę stanowili czarni. Czy jutro o tej porze będzie jeszcze stała? George widział zdjęcia Hiroszimy: kilometry zabudowań w centrum zamienionych w gruzy, poparzone i okaleczone ofiary na przedmieściach, patrzące nierozumiejącym wzrokiem na świat, którego nie potrafią rozpoznać. Czy jutro rano tak samo będzie wyglądał Waszyngton? Ambasadora Dobrynina wprowadzono punktualnie za kwadrans ósma. Był to łysy mężczyzna tuż po czterdziestce, nie ulegało wątpliwości, że podobają mu się te nieformalne spotkania z bratem prezydenta. - Chcę przedstawić obecną groźną sytuację w sposób, w jaki widzi ją prezydent zagaił Robert. - Nasz samolot został zestrzelony nad Kubą, pilot zginął. - Wasze samoloty nie mają prawa latać nad Kubą - odparował szybko Dobrynin. Dyskusje Bobby’ego z Dobryninem czasem przybierały formę kłótni, lecz tego dnia prokurator generalny był w innym nastroju. - Chcę, by zrozumiał pan rzeczywistość polityczną. Istnieje obecnie silna presja na prezydenta, żeby odpowiedział ogniem. Nie możemy powstrzymać przelotów, to jedyny sposób pozwalający obserwować stan budowy waszych baz rakietowych. Ale jeśli Kubańczycy będą strzelać do naszych samolotów, my też zaczniemy strzelać. Bobby przekazał Dobryninowi treść listu prezydenta do sekretarza Chruszczowa. - A co z Turcją? - spytał ostro Rosjanin. - Jeśli to jedyna przeszkoda, która nie pozwala osiągnąć wcześniej wymienionych ustaleń - odparł ostrożnie Bobby - to prezydent nie uważa jej za przeszkodę nie do pokonania. Największą trudność widzi w tym, że kwestia będzie omawiana publicznie. Gdyby taką decyzję ogłoszono w tej chwili, doprowadziłoby to do rozsadzenia NATO. Potrzebujemy czterech, pięciu miesięcy na usunięcie pocisków z Turcji. Ale to musi pozostać w najściślejszej tajemnicy, tylko garstka osób wie, że o tym panu mówię. George uważnie obserwował twarz Dobrynina. Albo mu się zdawało, albo dyplomata ukrył nagły przypływ radości. - George, podaj panu ambasadorowi numery telefonów, dzięki którym łączymy się bezpośrednio z prezydentem - polecił Robert. George zapisał w notesie trzy numery, wyrwał kartkę i przekazał Dobryninowi. Prokurator generalny wstał i ambasador zrobił to samo. - Chcę poznać odpowiedź jutro - oznajmił. - To nie jest ultimatum, to rzeczywistość. Nasi generałowie palą się do walki. I nie przysyłajcie nam jednego z tych długich listów Chruszczowa, których przetłumaczenie zajmuje cały dzień. Potrzebujemy jasnej i rzeczowej

odpowiedzi od pana, panie ambasadorze. I potrzebujemy jej szybko. - A więc dobrze - odparł Rosjanin, po czym wyszedł.

W niedzielę rano szef placówki KGB w Hawanie przekazał Kremlowi, że zdaniem Kubańczyków atak Amerykanów jest obecnie nieunikniony. Dimka przebywał w rządowej daczy w Nowo-Ogariowie, malowniczej wiosce na przedmieściu Moskwy. Był to mały domek z białymi kolumnami, przez co przypominał nieco Biały Dom w Waszyngtonie. Dimka szykował się do posiedzenia Prezydium, które miało się odbyć za parę minut, o dwunastej w południe. Obszedł długi dębowy stół, trzymając naręcze teczek, i na każdym miejscu położył jedną. Zawierały najnowszą, przetłumaczoną na rosyjski wiadomość prezydenta Kennedy’ego do Chruszczowa. List dawał nadzieję. Amerykański prezydent zgodził się na wszystkie pierwotne żądania Chruszczowa. Gdyby jakimś cudownym zrządzeniem list doszedł tuż po tym, jak Chruszczow wysłał swoją pierwszą wiadomość, kryzys w jednej chwili by się zakończył. Jednak opóźnienie pozwoliło Chruszczowowi wysunąć nowe żądania. I niestety, w liście prezydenta nie było wzmianki o Turcji. Dimka nie wiedział, czy jego szef uzna to za cierń. Prezydium właśnie się zbierało, gdy do pomieszczenia weszła Natalia Smotrowa. Dimka po pierwsze zauważył, że jej kręcone włosy są dłuższe i że dziewczyna wygląda teraz atrakcyjniej, a po drugie, że jest przestraszona. Usiłował znaleźć kilka minut, by powiedzieć Natalii o swoich zaręczynach. Czuł, że nie może poinformować o tym nikogo na Kremlu, dopóki jej nie powie. Ale chwila znów była nieodpowiednia. Chciał znaleźć się z Natalią sam na sam. Podeszła prosto do niego. - Ci kretyni zestrzelili amerykański samolot - oznajmiła. - O nie! Skinęła głową. - Maszynę szpiegowską U-Dwa. Pilot nie żyje. - Szlag! Kto to zrobił: my czy Kubańczycy? - Nikt nie chce się przyznać, więc zapewne my. - Ale przecież nie wydano takiego rozkazu! - Otóż to. Właśnie tego oboje się obawiali: że ktoś otworzy ogień bez zezwolenia. Członkowie Prezydium zajmowali swoje miejsca, asystenci jak zwykle siadali za

nimi. - Przekażę im tę informację - rzekł Dimka, lecz w tej samej chwili wszedł Chruszczow. Dimka czym prędzej podszedł do niego i szeptem poinformował przywódcę o wydarzeniu na Kubie. Chruszczow nie odpowiedział, lecz jego mina była posępna. Otworzył naradę przemówieniem, które najwyraźniej zostało wcześniej przygotowane. - Był czas, gdy parliśmy naprzód, tak jak w październiku tysiąc dziewięćset siedemnastego, jednak w marcu tysiąc dziewięćset osiemnastego musieliśmy się wycofać po podpisaniu w Brześciu układu pokojowego z Niemcami. Teraz stanęliśmy w obliczu wojny i katastrofy nuklearnej, która może doprowadzić do zagłady gatunku ludzkiego. W celu ocalenia świata musimy zrobić krok do tyłu. To brzmi jak wstęp do argumentacji za kompromisem, pomyślał Dimka. Jednakże Chruszczow szybko przeszedł do omawiania kwestii wojskowych. Jak powinien postąpić Związek Radziecki, gdyby Amerykanie dzisiaj zaatakowali Kubę, zgodnie z przewidywaniami Kubańczyków? Generał Plijew musi otrzymać polecenie obrony sił radzieckich na Kubie. Jednak przed skorzystaniem z głowic jądrowych powinien zwrócić się o pozwolenie. Członkowie Prezydium debatowali nad taką możliwością, kiedy sekretarka Dimki Wiera Pletner wywołała go z pokoju. Ktoś do niego telefonował. Natalia wyszła za nim. Ministerstwo Spraw Zagranicznych miało wiadomości, które należało przekazać Chruszczowowi teraz, w środku narady. Przed chwilą dotarła depesza z radzieckiej ambasady w Waszyngtonie. Robert Kennedy powiedział ambasadorowi, że rakiety zostaną wycofane z Turcji za cztery, pięć miesięcy, lecz musi to pozostać w najgłębszej tajemnicy. - To dobra wiadomość! - ucieszył się Dimka. - Powiem mu od razu. - Jeszcze jedno - dodał urzędnik ministerstwa. - Kennedy podkreślał, że czas ma wielkie znaczenie. Wygląda na to, że Pentagon wywiera nacisk na amerykańskiego prezydenta, by uderzyć na Kubę. - Tak jak myśleliśmy. - Bobby powtarzał, że czasu jest bardzo mało. Odpowiedź muszą dostać dzisiaj. - Przekażę wszystko pierwszemu sekretarzowi. Dimka odłożył słuchawkę. Natalia stała obok niego, jakby na coś czekając. Miała nosa do nowin. - Robert Kennedy zaproponował, że wycofają pociski z Turcji - rzekł do niej Dimka. Uśmiechnęła się szeroko.

- A więc skończone! Wygraliśmy! - stwierdziła, po czym pocałowała go w usta. Uradowany Dimka wrócił do pokoju, w którym odbywała się narada. Przemawiał minister obrony Malinowski. Dimka podszedł do Chruszczowa i cichym głosem oznajmił: - Depesza od Dobrynina, dostał nową propozycję od Roberta Kennedy’ego. - Powiedz wszystkim - polecił Chruszczow, przerywając mówcy. Dimka powtórzył to, co usłyszał. Członkowie Prezydium partii rzadko się uśmiechali, lecz teraz Dimka widział wokół stołu szeroko roześmiane twarze. Kennedy dał im wszystko, czego się domagali! To był triumf Związku Radzieckiego i Chruszczowa osobiście. - Musimy jak najprędzej wyrazić zgodę - oświadczył Chruszczow. - Zawołajcie stenografa. Od razu podyktuję list, musi zostać nadany przez Radio Moskwa. - Kiedy mam rozkazać Plijewowi, by zaczął demontować rakiety? - chciał wiedzieć Malinowski. Chruszczow spojrzał na niego jak na głupka. - Teraz - odparł.

Po zakończeniu posiedzenia Prezydium Dimka wreszcie mógł porozmawiać z Natalią w cztery oczy. Siedziała w przedsionku i przeglądała notatki z narady. - Mam ci coś do powiedzenia - zaczął. Z jakiejś przyczyny czuł dyskomfort w brzuchu, mimo że nie miał żadnego powodu do zdenerwowania. - Mów - odrzekła, przewracając kartkę w notesie. Zawahał się, czując, że Natalia nie poświęca mu uwagi. Odłożyła notes i uśmiechnęła się. Teraz albo nigdy. - Nina i ja zaręczyliśmy się. Natalia pobladła i lekko otworzyła usta. Dimka czuł, że musi coś jeszcze dodać. - Wczoraj powiedzieliśmy rodzinie. Na urodzinach dziadka. - Przestań pleść, zamknij gębę, ganił się w myślach. - Skończył siedemdziesiąt cztery lata. - A co ze mną? - zapytała Natalia. Jej słowa go zaszokowały. Ledwo rozumiał, co ma na myśli. - Z tobą? - Spędziliśmy razem noc - wyszeptała.

- Nigdy tego nie zapomnę - odparł skołowany Dimka. - Ale później powiedziałaś, że jesteś mężatką. - Bałam się. - Czego? Jej twarz wyrażała niekłamaną rozterkę. Szerokie usta skrzywiły się, jakby dręczył ją ból. - Nie żeń się, proszę! - Dlaczego nie? - Dlatego, że tego nie chcę. Dimka nic nie pojmował. - Czemu mi nie powiedziałaś? - Nie wiedziałam, jak się zachować. - Ale teraz jest już za późno. - Tak? - Patrzyła na niego błagalnie. - Możesz zerwać zaręczyny... jeśli zechcesz. - Nina będzie miała dziecko. Natalia jęknęła. - Powinnaś była coś powiedzieć... wcześniej... - A gdybym powiedziała? Pokręcił głową. - Teraz nie ma sensu o tym dyskutować. - Masz rację, rozumiem. - Ale przynajmniej uniknęliśmy wojny atomowej. - Tak - odparła Natalia. - Żyjemy, a to już coś.

ROZDZIAŁ 20 Marię obudził zapach kawy. Otworzyła oczy. Prezydent Kennedy siedział obok niej, podparty kilkoma poduszkami. Pił kawę i czytał niedzielne wydanie „New York Timesa”. Miał na sobie jasnoniebieską koszulę nocną, podobnie jak Maria. - Och! - powiedziała. Uśmiechnął się. - Jesteś zaskoczona. - Owszem, tym, że żyję. Myślałam, że w nocy będzie po nas. - Nie tym razem. Usnęła z nikłą nadzieją, że tak się stanie. Lękała się końca ich romansu, wiedziała, że nie ma przyszłości. Odejście od żony zrujnowałoby go politycznie, a zostawienie jej dla czarnej kobiety było nie do pomyślenia. Poza tym prezydent nie chciał opuszczać Jackie, ponieważ kochał ją i dzieci. To było szczęśliwe małżeństwo. Maria została jego kochanką, a kiedy się nią znudzi, zostawi ją. Czasem czuła, że wolałaby umrzeć, zanim to nastąpi, zwłaszcza gdyby śmierć miała ją zastać u jego boku, w łóżku, w błysku atomowego kataklizmu. Byłoby po wszystkim, zanimby się zorientowali. Nie wspomniała o tym ani słowem, jej rola polegała na tym, by prezydenta uszczęśliwiać, a nie zasmucać. Usiadła, pocałowała go w ucho, zerknęła mu ponad ramieniem na gazetę, a potem wzięła filiżankę z jego ręki i upiła trochę kawy. Pomimo wszystko cieszyła się, że nadal żyje. Nie wspomniał o jej skrobance, prawie jakby o niej zapomniał. Ona zaś nigdy nie poruszała z nim tej kwestii. Zadzwoniła do Dave’a Powersa i oznajmiła, że jest w ciąży. Dave podał jej numer telefonu i powiedział, że zadba o honorarium lekarza. Prezydent rozmawiał z nią o tym tylko raz, kiedy zadzwonił po zabiegu. Miał poważniejsze troski na głowie. Maria zastanawiała się, czy dotknąć tej kwestii, ale szybko zrezygnowała. Podobnie jak Dave chciała chronić prezydenta przed zmartwieniami, a nie dokładać mu ciężarów. Czuła, że podjęła słuszną decyzję, lecz mimo woli jej żałowała. Nawet odczuwała z tego powodu ból, że nie zdołała pomówić z nim o czymś tak ważnym. Obawiała się, że po zabiegu stosunek może być bolesny. Kiedy jednak Dave wczoraj wieczorem zaprosił ją do rezydencji, tak bardzo nie chciała odrzucać zaproszenia, że postanowiła zaryzykować. Było dobrze, a właściwie wspaniale. - Powinienem się ruszyć - rzekł prezydent. - Rano idę do kościoła.

Już miał wstawać, kiedy zadzwonił telefon. Kennedy podniósł słuchawkę. - Dzień dobry, Mac. Maria domyśliła się, że rozmawia z McGeorge’em Bundym, doradcą do spraw bezpieczeństwa narodowego. Zeskoczyła z łóżka i poszła do łazienki. Kennedy często odbierał rano telefony w łóżku. Maria podejrzewała, że dzwoniący albo nie wiedzieli, albo ich nie obchodziło, czy prezydent ma towarzystwo. Oszczędzała mu zakłopotania, na wszelki wypadek znikając w czasie tych rozmów, które mogły być ściśle tajne. Kiedy wyjrzała zza drzwi, zobaczyła, że odkłada słuchawkę. - Wspaniałe wiadomości! Radio Moskwa ogłosiło, że Chruszczow kazał zdemontować pociski na Kubie i zabrać je z powrotem do ZSRR. Maria miała ochotę krzyczeć z radości. Koszmar się skończył! - Czuję się jak nowo narodzony - oznajmił prezydent. Zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała go. - Ocaliłeś świat, Johnny. Prezydent się zamyślił. - Taak, zdaje się, że ocaliłem - rzekł po chwili.

Tania stała na balkonie, opierała się o barierkę z kutego żelaza i wdychała wilgotne poranne powietrze Hawany. Paz zatrzymał swojego buicka, całkowicie tarasując wąską uliczkę. Wysiadł gwałtownie z samochodu, uniósł głowę i ryknął: - Zdradziłaś mnie! - Co? - zdziwiła się. - W jaki sposób? - Już ty dobrze wiesz. Był mężczyzną pełnym temperamentu i zmiennym, lecz nigdy nie widziała go tak zagniewanego. Ucieszyła się, że nie wszedł do jej mieszkania. Mimo to nie potrafiła odgadnąć przyczyny jego złości. - Nie zdradziłam żadnych tajemnic i nie spałam z innym facetem. Jestem pewna, że cię nie zdradziłam. - W takim razie dlaczego demontują wyrzutnie rakiet? - Naprawdę? - Jeśli kubański generał mówił prawdę, oznaczało to, że kryzys dobiegł końca. - Jesteś pewny? - Nie udawaj, że nie wiesz.

- Niczego nie udaję. Ale jeśli to prawda, to jesteśmy uratowani. - Kątem oka Tania zauważyła, że sąsiedzi otwierają okna i drzwi, by z bezwstydną ciekawością obserwować kłótnię. Zignorowała ich. - Czemu się gniewasz? - Dlatego że Chruszczow dobił targu z jankesami, nie uzgadniając niczego z Castro! Rozległy się pomruki dezaprobaty. - Oczywiście, że o tym nie wiedziałam - odparła z irytacją. - Wyobrażasz sobie, że Chruszczow omawia ze mną takie sprawy? - To on cię tu przysłał. - Ale nie osobiście. - Rozmawia z twoim bratem. - Naprawdę myślisz, że jestem specjalną wysłanniczką Chruszczowa? - Jak sądzisz, dlaczego całymi miesiącami wszędzie z tobą jeździłem? - Wydawało mi się, że to dlatego, że mnie lubisz - odparła ciszej Tania. Cmoknięcia słuchających kobiet wyrażały współczucie. - Nie jesteś tu już mile widziana! - wrzasnął Paz. - Pakuj walizkę. Masz niezwłocznie opuścić Kubę. Dzisiaj! Po tych słowach wsiadł do auta i odjechał z rykiem silnika. - Miło było cię poznać - powiedziała Tania.

Dimka i Nina z radości poszli tego wieczoru do pobliskiego baru. Powziął mocne postanowienie, że nie będzie myślał o niepokojącej rozmowie z Natalią. Niczego nie zmieniła, zepchnął więc Natalię na peryferie świadomości. To było przelotne zauroczenie i skończyło się. Kocha Ninę i właśnie ona zostanie jego żoną. Kupił parę butelek cienkiego rosyjskiego piwa, po czym usiadł obok niej na ławce. - Weźmiemy ślub - powiedział czule. - Chcę, żebyś miała cudowną suknię. - Nie chcę robić z tego wielkiego halo - odparła. - Ja też nie, ale to może być problem. - Dimka ściągnął brwi. - Jestem pierwszym z mojego pokolenia, który się żeni. Matka i dziadkowie chcą wielkiego weseliska. A twoja rodzina? - Wiedział, że ojciec Niny zginął na wojnie, ale matka wciąż żyła. Jego narzeczona miała także o kilka lat młodszego brata. - Mam nadzieję, że mama będzie się dobrze czuła i przyjedzie. - Matka Niny mieszkała w Permie, tysiąc dwieście kilometrów na wschód od Moskwy. Coś jednak mówiło Dimce, że w rzeczywistości dziewczyna nie chce jej przyjazdu.

- A brat? - Poprosi o urlop, nie wiem jednak, czy go dostanie. - Brat Niny służył w Armii Czerwonej. - Nie mam pojęcia, gdzie stacjonuje. Może być nawet na Kubie. - Dowiem się - rzekł Dimka. - Wujek Wołodia pociągnie za odpowiednie sznurki. - Nie warto zadawać sobie wiele trudu. - Ale ja chcę. To pewnie będzie mój jedyny ślub! - Co chcesz przez to powiedzieć? - warknęła Nina. - Nic. - Dimka nie miał nic złego na myśli, lecz zrobiło mu się przykro, że ją zirytował. - Zapomnij o tym. - Myślisz, że rozwiodę się z tobą tak jak z pierwszym mężem? - Przecież powiedziałem coś odwrotnego, prawda? - Zmusił się do uśmiechu. - Dzisiaj powinniśmy się cieszyć. Bierzemy ślub, będziemy mieli dziecko, a Chruszczow uratował świat. - Nic nie rozumiesz. Nie jestem dziewicą. - Domyśliłem się. - Będziesz poważny? - No dobra. - Ślub zwykle oznacza, że dwoje młodych ludzi przysięga sobie, że będzie się zawsze kochało. Nie można powiedzieć tego dwa razy. Jestem zażenowana, bo robię po raz drugi coś, w czym zawiodłam. Rozumiesz? - Ach, teraz rozumiem, bo mi to wytłumaczyłaś. - Nina miała ciut staroświeckie podejście, gdyż w tych czasach wielu ludzi brało rozwody. Być może powodem było to, że pochodziła z prowincjonalnego miasteczka. - A więc wolisz wesele odpowiednie dla drugiego ślubu: bez rozbuchanych obietnic, żartów o nowożeńcach, za to z dorosłą świadomością, że życie nie zawsze układa się zgodnie z planem. - Właśnie. - Ukochana, jeśli tego pragniesz, postaram się, żeby tak było. - Naprawdę to zrobisz? - Dlaczego miałoby być inaczej? - Nie wiem - odparła Nina. - Czasem zapominam, jaki porządny z ciebie mężczyzna.

Tego ranka, podczas ostatniej kryzysowej narady ExCommu, George usłyszał słowa Maca Bundy’ego, który wymyślił nowe określenie doradców prezydenta.

- Każdy wie, którzy byli jastrzębiami, a którzy gołębiami. - On sam należał do tych pierwszych. - Dzisiaj mieliśmy dzień gołębi. Jednakże tego ranka jastrzębie były w mniejszości: większość zebranych nie szczędziła pochwał prezydentowi Kennedy’emu, który tak zręcznie poradził sobie z kryzysem; nawet ci, którzy jeszcze nie tak dawno zarzucali mu niebezpieczną słabość i naciskali, by uwikłał Stany Zjednoczone w wojnę. George zebrał się na odwagę i zagadnął żartobliwie Kennedy’ego: - Może powinien pan wymyślić sposób zakończenia indyjsko-chińskiej wojny granicznej, panie prezydencie. - Wydaje mi się, że nie chcą tego ani sami zainteresowani, ani nikt inny. - Ale dzisiaj ma pan trzy metry wzrostu. Prezydent parsknął śmiechem. - To potrwa mniej więcej tydzień. Bobby Kennedy cieszył się, że będzie mógł spędzać więcej czasu z rodziną. - Prawie zapomniałem drogi do domu. Jedynymi nieszczęśliwymi byli generałowie. Szefowie połączonych sztabów, którzy zebrali się w gmachu Pentagonu, by dopracować plan uderzenia powietrznego na Kubę, wściekli się. Wysłali prezydentowi pilną wiadomość: twierdzili, że zgoda Chruszczowa na porozumienie to sztuczka, dzięki której chciał zyskać na czasie. Curtis LeMay uznał decyzję Kennedy’ego za największą klęskę w historii kraju. Nikt nie zwrócił na to uwagi. George czegoś się nauczył i miał wrażenie, że minie trochę czasu, zanim to przyswoi. Kwestie polityczne były ze sobą związane ściślej, niż sobie wyobrażał. Zawsze wydawało mu się, że zagadnienia takie jak Berlin i Kuba są odrębne i mają znikomy wpływ na problemy praw obywatelskich czy opieki zdrowotnej. Jednak prezydent nie zdołałby uporać się z kubańskim kryzysem rakietowym, gdyby nie brał pod uwagę reperkusji w Niemczech. A gdyby nie zdołał poradzić sobie z Kubą, zbliżające się wybory uzupełniające osłabiłyby szanse jego programu polityki wewnętrznej i uniemożliwiły uchwalenie ustawy o prawach obywatelskich. Wszystko to się ze sobą łączyło. Ta konstatacja miała implikacje dla kariery George’a, musiał sobie wszystko dokładnie przemyśleć. Po zakończeniu narady ExCommu George, nie przebierając się, poszedł do domu matki. Było słoneczne jesienne popołudnie, liście pokryły się czerwienią i złotem. Z radością przygotowała mu kolację, stek z ziemniakami purée. Stek był za bardzo wysmażony: nie potrafił nakłonić jej, by podawała go w stylu francuskim, czyli nieco krwisty. Posiłek i tak mu smakował, ponieważ włożyła w przygotowanie go wiele serca.

Później pozmywała, a on wytarł naczynia. Na koniec przygotowali się do wyjścia na wieczorną mszę w Kościele Ewangelickim Bethel. - Musimy podziękować Panu za to, że nas wszystkich ocalił - oznajmiła Jacky, stojąc przed lustrem obok drzwi i wkładając kapelusz. - Ty podziękuj Panu, mamo, a ja podziękuję prezydentowi Kennedy’emu - odparł pogodnie George. - A może zgodzilibyśmy się, że będziemy wdzięczni im obu? - Kupuję - powiedział George i wyszli.

CZĘŚĆ CZWARTA Pistolet

1963

ROZDZIAŁ 21 Grupa Joe Henry’s Dance Band regularnie dawała w sobotę wieczór występy w restauracji hotelu Europa w Berlinie Wschodnim, grywając standardy jazzowe i fragmenty muzyki filmowej dla tamtejszej śmietanki towarzyskiej. Joe naprawdę nazywał się Josef Heinried i zdaniem Wallego nie był nadzwyczajnym perkusistą, potrafił jednak utrzymać rytm, nawet po pijanemu, a poza tym miał stanowisko w związku muzyków, więc nie można go było wyrzucić. Joe podjechał do wejścia dla personelu o osiemnastej starą czarną furgonetką Framo V901. W tyle upakował i osłonił poduszkami swoje cenne bębny. Rozsiadł się przy barze i pił piwo, a tymczasem Walli przenosił instrumenty z samochodu na scenę, wyjmował je ze skórzanych pokrowców i ustawiał tak, jak lubił Joe. Był tam bęben basowy z pedałem, dwa tom-tomy, werbel, talerze, czynel i krowi dzwonek. Walli obchodził się z nimi delikatnie jak z jajkiem. Były to instrumenty amerykańskiej firmy Slingerland, które Joe wygrał od amerykańskiego żołnierza w karty w latach czterdziestych. Nigdzie nie zdobyłby podobnych. Zarobki były nędzne, lecz w ramach umowy Walli i Karolin mogli występować na scenie przez dwadzieścia minut w przerwie jako Bobbsey Twins, a co najważniejsze, oboje dostali karty związku muzycznego, mimo że siedemnastoletni Walli był za młody. Angielska babcia Wallego, Maud, zakrztusiła się, usłyszawszy nazwę duetu. „Jesteście Flossie i Freddie czy Bert i Nan?” - zapytała. „Och, Walli, mam z tobą ubaw”. Okazało się, że Bobbsey Twins to coś zupełnie innego niż Everly Brothers. Byli to bowiem bohaterowie staroświeckich książeczek dla dzieci o doskonałej aż do niemożliwości rodzinie Bobbsey, do której należały dwie pary ślicznych bliźniąt z różowymi policzkami. Mimo to Walli i Karolin postanowili zostać przy tej nazwie. Joe był idiotą, lecz Walli i tak się od niego uczył. Joe postarał się, by zespół grał należycie głośno, lecz nie za głośno, bo w innym razie goście restauracji skarżyliby się, że nie mogą rozmawiać. Dał każdemu członkowi solówkę w jednym numerze, żeby każdy był zadowolony. Zawsze otwierał koncert dobrze znanym utworem i lubił kończyć, gdy parkiet był zapełniony parami, dzięki temu ludzie domagali się więcej muzyki. Walli nie miał pojęcia, co przyniesie przyszłość, ale wiedział, czego pragnie. Zamierzał zostać muzykiem, liderem zespołu, znanym i lubianym, i chciał grać muzykę rockową. Liczył na to, że komuniści złagodzą stosunek do amerykańskiej kultury i zgodzą się na istnienie grup grających muzykę pop. Może komunizm upadnie. A najlepiej, gdyby Walli

zdołał jakoś przedostać się do Ameryki. Wszystko to wydawało się bardzo odległe. Teraz jego ambicją było to, żeby Bobbsey Twins zdobyli popularność, dzięki czemu on i Karolin mogliby zostać zawodowymi muzykami. Kiedy rozstawiał instrumenty, zeszli się członkowie grupy Joego i punktualnie o dziewiętnastej zaczęli grać. Komuniści mieli ambiwalentny stosunek do jazzu. Traktowali podejrzliwie wszystko, co pochodziło z Ameryki, jednak naziści zakazali muzyki jazzowej, czyniąc ją antyfaszystowską. Ostatecznie zgodzili się na nią, bo tak wielu ludzi ją lubiło. W grupie Joego nie było wokalisty, toteż nie musiała się borykać z problemem tekstów sławiących burżuazyjne wartości, takich jak Top Hat, White Tie and Tails czy Puttin’ on the Ritz. Karolin zjawiła się minutę później i jej obecność rozjaśniła byle jak wyglądające zaplecze sceny niczym blask świec: szare ściany zaróżowiły się, brudne kąty znikły w cieniu. Po raz pierwszy w życiu Wallego pojawiło się coś równie ważnego jak muzyka. Miewał wcześniej dziewczyny, właściwie garnęły się do niego, choć wcale się o to nie starał. I zwykle chętnie uprawiały z nim seks, toteż stosunek nie był dla niego nieziszczalnym snem tak jak dla szkolnych kolegów. Nie doświadczył jednak wcześniej takiej przemożnej miłości i namiętności, jaką czuł dla Karolin. „Myślimy tak samo, czasem nawet mówimy to samo”, rzekł do Maud, a ona odparła: „Och, jesteście bratnimi duszami”. Walli i Karolin potrafili mówić o seksie z taką samą łatwością, z jaką mówili o muzyce. Zwierzali się sobie, co lubią, a czego nie, jednak istniało niewiele rzeczy, których dziewczyna nie lubiła. Zespół miał grać jeszcze przez godzinę. Walli i Karolin poszli do furgonetki Joego i położyli się w tylnej części. Wnętrze stało się buduarem blado oświetlonym blaskiem świateł parkingu: poduszki utworzyły pluszową kanapę, Karolin zamieniła się w rozmarzoną odaliskę, rozchylającą szatę, by Walli mógł okrywać jej ciało pocałunkami. Próbowali stosunku z użyciem prezerwatywy, lecz żadnemu nie przypadło to do gustu. Czasem robili to bez kondomu i Walli w ostatniej chwili się wycofywał, lecz Karolin powiedziała, że nie jest to naprawdę bezpieczne. Dzisiaj korzystali z rąk. Walli wytrysnął w chusteczkę Karolin, a ona pokazała mu, jak sprawić jej przyjemność. Doszła z cichym okrzykiem „Och!”, który zabrzmiał jak wyraz zaskoczenia. - Seks z ukochaną osobą to druga najlepsza rzecz na świecie - oznajmiła Maud Wallemu. O dziwo, babcia powiedziała mu to, czego nie umiała powiedzieć matka. - A jaka jest pierwsza? - zapytał. - Widzieć szczęście swoich dzieci.

- Myślałem, że powiesz: Grać ragtime’y - odrzekł Walli i babcia parsknęła śmiechem. Walli i Karolin jak zwykle przeszli od miłości do muzyki bez żadnej przerwy, jakby to było jedno. Walli nauczył swoją dziewczynę nowej piosenki. Miał radio w pokoju i słuchał amerykańskich stacji nadających z Berlina Zachodniego, toteż znał wszystkie popularne kawałki. Ten nosił tytuł If I Had a Hammer i był przebojem amerykańskiego tria Peter, Paul and Mary. Miał zniewalający rytm. Walli nie wątpił, że publiczność go pokocha. Karolin miała obiekcje, ponieważ utwór mówił o sprawiedliwości i wolności. - Tekst napisał Peter Seeger i w Ameryce wyzywają go od komuchów! - odparł Walli. - Myślę, że te słowa złoszczą wszystkich tyranów. - I w czym nam to pomoże? - zauważyła Karolin, która potrafiła być nieubłaganie praktyczna. - Tutaj nikt nie rozumie angielskiego tekstu. - No dobrze - przyznała z niechęcią, a potem dodała: - I tak muszę przestać. - Co masz na myśli? - zapytał poruszony Walli. Miała poważną minę i Walli uświadomił sobie, że nie zdradziła wcześniej, co ją dręczy, by nie zepsuć seksu. Jej samokontrola była imponująca. - Stasi przesłuchało mojego ojca. Ojciec Karolin był kierownikiem zajezdni autobusowej. Wydawało się, że polityka go nie interesuje, i było dziwne, że wzbudził podejrzenia tajnej policji. - Dlaczego? O co go wypytywali? - O ciebie - odparła. - Szlag. - Powiedzieli mu, że jesteś niepewny ideologicznie. - Jak się nazywał ten, który go przesłuchiwał? Czy to był Hans Hoffmann? - Nie wiem. - Na pewno on. - Jeśli sam nie zadawał pytań, to zdaniem Wallego i tak stał za całą sprawą. - Zagrozili, że tata straci pracę, jeśli będę publicznie z tobą śpiewała. - Musisz robić to, co każą rodzice? Masz dziewiętnaście lat. - Nadal z nimi mieszkam. - Karolin skończyła dziesięciolatkę, a teraz uczyła się w technikum, przygotowując się do zawodu księgowej. - W każdym razie ojciec nie może stracić przeze mnie pracy. Walli był załamany, jego marzenia legły w gruzach. - Ale... jesteśmy świetni! Ludzie nas kochają!

- Wiem, przykro mi. - Skąd Stasi wie o tym, że śpiewasz? - Pamiętasz tego faceta w czapce, który śledził nas w dniu, kiedy się poznaliśmy? Niekiedy go widuję. - Myślisz, że śledzi mnie przez cały czas? - Nie przez cały czas - odparła ściszonym głosem. Rozmawiając o Stasi, ludzie zawsze mówili ciszej, nawet gdy w pobliżu nie było nikogo, kto mógł ich podsłuchać. - Może tylko od przypadku do przypadku. Ale prędzej czy później musiał mnie z tobą zauważyć i zaczął za mną chodzić. Dowiedział się mojego nazwiska i adresu i w ten sposób dotarli do ojca. Walli nie chciał pogodzić się z tym, co słyszy. - Przedostaniemy się do Berlina Zachodniego. - O Boże, tak bardzo bym chciała - odrzekła z bólem Karolin. - Ludzie stale uciekają. Walli i Karolin często o tym rozmawiali. Uciekinierzy przepływali kanałami, zdobywali fałszywe papiery, chowali się w ciężarówkach przewożących towary albo po prostu

pokonywali

granicę

sprintem.

Niekiedy

ich

historie

relacjonowały

zachodnioniemieckie rozgłośnie radiowe, częściej słyszało się najrozmaitsze plotki. - I stale też giną - zauważyła Karolin. Walli palił się do opuszczenia wschodniej części miasta, lecz dręczyła go obawa, że podczas ucieczki Karolin może zostać zraniona albo jeszcze gorzej. Pogranicznicy strzelali tak, by zabić. Poza tym mur ustawicznie się zmieniał, rósł i budził coraz większy lęk. W pierwotnym kształcie był ogrodzeniem z drutu kolczastego. Teraz w wielu miejscach składał się z podwójnego szeregu betonowych płyt, przestrzeń między nimi była intensywnie oświetlona i obserwowana z wieżyczek, patrolowano ją z użyciem psów. Były w niej nawet zapadnie przeciwczołgowe. Nikt nie podjął próby ucieczki czołgiem, aczkolwiek pogranicznicy uciekali bardzo często. - Moja siostra uciekła - przypomniał Walli. - Ale jej mąż został kaleką. Rebecca i Bernd byli teraz małżeństwem i mieszkali w Hamburgu. Oboje uczyli w szkole, mimo że Bernd poruszał się na wózku, ponieważ nie wyleczył się całkowicie po wypadku. Ich listy do Carli i Wernera zawsze przychodziły z opóźnieniem z powodu cenzury, w końcu jednak docierały do adresatów. - I tak nie chcę tutaj mieszkać - rzekł z pogardą Walli. - Przez całe życie będę śpiewał piosenki akceptowane przez partię komunistyczną, a ty zostaniesz księgową po to, by ojciec

zachował pracę przy autobusach. Wolałbym zdechnąć. - Komunizm nie może trwać wiecznie. - Dlaczego? Trwa od tysiąc dziewięćset siedemnastego roku. A jeśli będziemy mieli dzieci? - Czemu tak mówisz? - spytała ostro. - Jeżeli tu zostaniemy, nie tylko siebie skażemy na życie w więzieniu. Nasze dzieci także będą cierpiały. - A ty chcesz mieć dzieci? Walli nie zamierzał podnosić tej kwestii, nie wiedział, czy chce mieć dzieci. Najpierw musiał ocalić własne życie. - Nie chcę mieć dzieci w Niemczech Wschodnich - odparł. Dotąd tak nie myślał, ale powiedziawszy to, poczuł pewność. Karolin popatrzyła na niego z powagą. - Może więc powinniśmy uciec. Tylko jak? Walli na wpół serio rozważał wiele pomysłów, ale miał jeden ulubiony. - Widziałaś punkt kontrolny obok mojej szkoły? - Nigdy nie przyglądałam mu się zbyt dokładnie. - Korzystają z niego samochody przewożące do Berlina Zachodniego mięso, warzywa, sery i tym podobne. - Wschodnioniemieckiemu rządowi nie odpowiadało, że karmi Berlin Zachodni, lecz potrzebował pieniędzy. Tak twierdził ojciec Wallego. - I co...? Walli dopracowywał w wyobraźni niektóre szczegóły. - Przegroda zrobiona jest z drewna i ma grubość około piętnastu centymetrów. Pokazuje się papiery, a potem wartownik unosi szlaban i wpuszcza ciężarówkę. Tam kontrolują towar, przy wyjeździe jest drugi taki sam szlaban. - Tak, pamiętam, jak to wygląda. Walli starał się mówić z przekonaniem, choć wcale go nie czuł. - Przyszło mi na myśl, że gdyby kierowca miał jakiś kłopot z wartownikami, prawdopodobnie mógłby się przebić przez oba szlabany. - Och, Walli, to niebezpieczne! - Nie ma bezpiecznej metody, by się wydostać. - Nie masz ciężarówki. - Ukradniemy tę furgonetkę. - Po występie Joe zawsze siadał przy barze, a Walli pakował zestaw perkusyjny do samochodu. Kiedy kończył, Joe był bardziej lub mniej podpity

i Walli odwoził go do domu. Nie miał prawa jazdy, ale Joe o tym nie wiedział i nigdy nie był trzeźwy, więc nie zauważał, że Walli prowadzi niepewnie. Później pomagał Joemu dostać się do mieszkania, instrumenty chował w przedpokoju i wprowadzał furgonetkę do garażu. Mógłbym zrobić to dzisiaj po koncercie. Przejechalibyśmy z samego rana, gdy tylko punkt kontrolny zostanie otwarty. - Jeśli się spóźnię, ojciec zacznie mnie szukać. - Pójdziesz do domu, położysz się spać i wcześnie wstaniesz. Będę czekał na ciebie przed szkołą, a Joe nie wynurzy się z łóżka przed południem. Zanim połapie się, że zginął mu samochód, będziemy spacerowali po Tiergarten. Pocałowała go. - Boję się, ale cię kocham. Walli usłyszał, że zespół gra Avalon, utwór zamykający pierwszą część koncertu, i uświadomił sobie, jak długo rozmawiali. - Za pięć minut zaczynamy - rzekł. - Chodźmy. Muzycy zeszli ze sceny i parkiet opustoszał. Walli przez minutę ustawiał mikrofony i mały wzmacniacz gitarowy. Goście wrócili do stolików, drinków i rozmów. Na scenę weszli Bobbsey Twins. Niektórzy ich nie zauważyli, inni spojrzeli z zaciekawieniem: Walli i Karolin stanowili atrakcyjną parę, a to zawsze ułatwiało nawiązanie kontaktu z publicznością. Jak zwykle rozpoczęli od Noch Einen Tanz; utwór zwracał uwagę słuchaczy i ich rozbawiał. Zaśpiewali kilka piosenek folkowych, dwa kawałki Everly Brothers oraz Hey Paula, przebój amerykańskiego duetu o nazwie Paul and Paula. Walli śpiewał drugim głosem do wtóru Karolin. Nauczył się grać palcami na gitarze, co pozwalało uzyskiwać efekt rytmiczności i melodyjności. Na koniec wykonali If I Had a Hammer. Piosenka spodobała się większości gości, klaskali i bili brawo, ale kiedy w refrenie padły słowa „sprawiedliwość” i ”wolność”, niektórzy zrobili surowe miny. Wykonawców nagrodzono gromkimi brawami. Wallemu zakręciło się w głowie od świadomości, że oczarował publiczność. To było lepsze od upicia się. Dosłownie unosił się w powietrzu. Mijając ich w przejściu na zaplecze, Joe powiedział: - Jeśli jeszcze raz zaśpiewacie tę piosenkę, wylatujecie. Euforia Wallego pękła niczym przekłuty balon. Poczuł się tak, jakby został spoliczkowany. - Mam tego dość - rzekł wściekły do Karolin. - Dzisiaj stąd znikam.

Poszli do furgonetki. Często kochali się drugi raz po koncercie, ale dzisiaj byli zbyt spięci. Walli gotował się ze złości. - O której godzinie najwcześniej możemy się spotkać? - spytał. Karolin myślała chwilę. - Pójdę teraz do domu i powiem, że chcę się od razu położyć, bo muszę wstać wcześnie rano... żeby pójść na próbę przed pochodem pierwszomajowym. - Dobrze. - Mogę do ciebie przyjść o siódmej, nie wzbudzając podejrzeń. - To świetnie. O tej godzinie w niedzielę rano na punkcie kontrolnym nie powinno być dużego ruchu. - Pocałuj mnie jeszcze raz. Całowali się długo i mocno. Walli dotknął jej piersi, a potem się odsunął. - Następnym razem będziemy się kochać jako wolni ludzie. Wysiedli z samochodu. - O siódmej - rzekł Walli. Pomachała ręką i zniknęła w ciemności. Przez resztę wieczoru Walli unosił się na fali gniewu pomieszanego z nadzieją. Kusiło go, by okazać złość Joemu, lecz bał się, że z jakiegoś powodu nie uda mu się ukraść furgonetki. Jeśli jednak mimo wszystko zdradził swoje uczucia, Joe tego nie zauważył i o pierwszej w nocy Walli zaparkował samochód na ulicy przed szkołą. Od punktu kontrolnego dzieliły go dwa zakręty, dzięki czemu pogranicznicy nie mogli zauważyć furgonetki i nabrać podejrzeń. Leżał na poduszkach z zamkniętymi oczyma, ale było za zimno na sen. Większość nocy zeszła mu na myśleniu o rodzinie. Ojciec od ponad roku miał kiepski humor. Nie był już właścicielem fabryki telewizorów w Berlinie Zachodnim. Przekazał ją Rebecce, żeby wschodnioniemiecki rząd nie zdołał znaleźć sposobu na odebranie firmy rodzinie. Nadal usiłował wszystkim kierować, mimo że nie mógł tam dotrzeć. Wynajął duńskiego prawnika, by ten został jego łącznikiem. Jako cudzoziemiec Enok Andersen miał prawo raz w tygodniu przechodzić z zachodniej części Berlina do wschodniej i wtedy spotykał się z ojcem Wallego. Tak jednak Werner nie mógł prowadzić biznesu i doprowadzało go to do szału. Matka także nie robiła wrażenia szczęśliwej. W największej mierze pochłaniała ją praca naczelnej pielęgniarki w dużym szpitalu. Komunistów nienawidziła tak jak nazistów, lecz nic nie mogła zmienić. Babcia Maud jak zawsze podchodziła do wszystkiego ze stoickim spokojem. Mawiała,

że Niemcy wojują z Rosją, jak długo sięga pamięcią, i miała nadzieję żyć tak długo, by zobaczyć, kto wygra. Grę Wallego na gitarze uważała za osiągnięcie, w odróżnieniu od rodziców Wallego, którzy sądzili, że jest to strata czasu. Najbardziej będzie tęsknił za młodszą siostrą Lili. Miała teraz czternaście lat i lubił ją o wiele bardziej niż w dzieciństwie, gdy dawała mu się we znaki. Starał się nie myśleć zbyt wiele o czekających go niebezpieczeństwach. Nie chciał tracić zimnej krwi. Przed świtem, kiedy jego determinacja słabła, przypomniał sobie słowa Joego: „Jeśli jeszcze raz zaśpiewacie tę piosenkę, wylatujecie”. To wspomnienie podsycało jego gniew. Jeżeli pozostanie w NRD, tępaki pokroju Joego przez całe życie będą mu mówić, co ma grać. To nie byłoby życie, lecz piekło, coś niemożliwego. Musiał uciec bez względu na wszystko. Alternatywa była nie do pomyślenia. Ta myśl dodała mu odwagi. O szóstej wysiadł z furgonetki i poszedł poszukać ciepłego napitku i czegoś do zjedzenia. Niestety, nic nie było otwarte, nawet na dworcu kolejowym, wrócił więc do samochodu głodniejszy, niż wyszedł. Jednak spacer go rozgrzał. Brzask rozproszył nocny chłód. Walli usiadł na fotelu kierowcy, by rozglądać się za Karolin. Znajdzie go bez trudu: znała samochód, a poza tym na ulicy w pobliżu szkoły nie było innych furgonetek. Raz po raz wyobrażał sobie to, co zamierza zrobić. Weźmie wartowników przez zaskoczenie. Upłynie kilka sekund, zanim dotrze do nich, co się dzieje. Później przypuszczalnie zaczną strzelać. Jeśli uciekinierom dopisze szczęście, pogranicznicy znajdą się za nimi i będą strzelali do furgonetki z tyłu. Czy to może być niebezpieczne? Walli nie miał pojęcia, nigdy do niego nie strzelano. Nigdy nie widział, jak ktoś strzela. Nie wiedział, czy pociski przebijają samochody, czy też nie. Przypomniał sobie słowa ojca, który mówił, że trafienie człowieka z broni palnej nie jest tak łatwe jak w filmach. To była cała wiedza Wallego na ten temat. Przeżył chwilę niepokoju, kiedy obok przejechał policyjny radiowóz. Gliniarz siedzący na fotelu pasażera posłał Wallemu ostre spojrzenie. Gdyby zapytali o prawo jazdy, byłoby po nim. Przeklinał swoją głupotę, bo nie został na tyle furgonetki. Jednak radiowóz się nie zatrzymał. Walli wyobrażał sobie, że jeśli coś się nie uda, zginie wraz z Karolin z rąk pograniczników. Teraz po raz pierwszy przyszło mu na myśl, że jedno może zostać trafione, a drugie zdoła przeżyć. To była przerażająca perspektywa. Często mówili sobie, że się kochają, lecz Walli odczuwał to inaczej. Teraz uświadomił sobie, że kochać kogoś oznaczało,

iż jest tak cenny, że utrata go byłaby nie do zniesienia. Istniała jeszcze gorsza możliwość: jedno z nich mogło zostać kaleką tak jak Bernd. Jak czułby się on, Walli, gdyby Karolin została z jego winy sparaliżowana? Zapewne chciałby popełnić samobójstwo. Jego zegarek pokazał siódmą. Zastanawiał się, czy Karolin też ma podobne myśli. To było prawie pewne. Bo o czym innym mogła myśleć w nocy? Czy podejdzie, usiądzie obok niego w samochodzie i cicho oznajmi mu, że nie chce ryzykować? Co powinien wtedy zrobić? Nie mógł się poddać i pędzić dalej życia za żelazną kurtyną. Ale czy zdołałby ją zostawić i odejść sam? Ogarnęło go rozczarowanie, gdy kwadrans po siódmej Karolin się nie zjawiła. O wpół do ósmej zaczął się martwić, a o ósmej wpadł w rozpacz. Co jej przeszkodziło? Czyżby ojciec dowiedział się, że dzisiaj nie ma próby przed pochodem pierwszomajowym? Dlaczego miałby sprawdzać coś takiego? A może Karolin zachorowała? Wczoraj wieczorem absolutnie nic jej nie dolegało. Czyżby zmieniła zdanie? Mogło się tak zdarzyć. Nigdy nie była zdecydowana tak mocno jak on, że chce uciec. Wyrażała wątpliwości i przewidywała trudności. Kiedy rozmawiali wczoraj wieczorem, podejrzewał, że jest przeciwna pomysłowi, aż do chwili, gdy wspomniał o wychowywaniu dzieci w Niemczech Wschodnich. Dopiero to do niej przemówiło. Teraz jednak wyglądało na to, że po zastanowieniu zmieniła zdanie. Postanowił, że da jej czas do dziewiątej. I co potem? Ucieknie sam? Nie odczuwał już głodu. Jego brzuch był tak napięty, że Walli nie zdołałby niczego zjeść. Ale chciało mu się pić. Byłby gotów oddać nawet gitarę za gorącą kawę ze śmietanką. Za kwadrans dziewiąta na ulicy pojawiła się szczupła dziewczyna z długimi jasnymi włosami. Szła w stronę furgonetki i serce Wallego uderzyło mocniej, lecz kiedy podeszła bliżej, zobaczył, że ma ciemne brwi, małe usta i tyłozgryz. To nie była Karolin. Do dziewiątej nic się nie zmieniło. Uciekać czy zostać? „Jeśli jeszcze raz zaśpiewacie tę piosenkę, wylatujecie”. Walli włączył silnik. Ruszył z wolna i skręcił w pierwszą przecznicę.

By przebić się przez barierę, musiał jechać szybko. Z drugiej strony, jeśli zbliży się z maksymalną prędkością, pogranicznicy zawczasu zorientują się w jego zamiarach. Musi jechać normalnie, zwolnić, żeby uśpić ich czujność, a potem wcisnąć gaz. Niestety, po wciśnięciu pedału w tej maszynie niewiele się działo. Furgonetka marki Framo miała dwusuwowy trzycylindrowy silnik o pojemności dziewięciuset centymetrów sześciennych. Walli pomyślał, że może powinien był zostawić bębny w aucie, żeby zwiększyć siłę uderzenia furgonetki w przeszkodę. Wziął drugi zakręt i ukazał się przed nim punkt kontrolny. Około trzystu metrów dalej drogę zamykał szlaban, który unosił się, otwierając wjazd do przestrzeni ze strażnicą. Miała jakieś pięćdziesiąt metrów długości, na jej końcu znajdował się drugi szlaban. Dalej była pusta jezdnia, a później zaczynała się zwyczajna zachodnioberlińska ulica. Berlin Zachodni, Niemcy Zachodnie, potem Ameryka, myślał Walli. Przed pierwszym szlabanem czekała ciężarówka. Walli czym prędzej zatrzymał furgonetkę. Jeśli ustawi się w kolejce, nie zdąży nabrać odpowiedniej prędkości. Ciężarówka przejechała i podjechał następny pojazd. Walli czekał, lecz zauważył, że wartownik spogląda w jego stronę, i uświadomił sobie, że dostrzeżono jego obecność. Dla ukrycia swoich zamiarów wysiadł, obszedł auto i otworzył tylną klapę. Mógł stamtąd widzieć przez przednią szybę. Gdy tylko drugi samochód wjechał na teren między szlabanami, usiadł za kierownicą. Wrzucił bieg i zawahał się. Jeszcze nie było za późno na to, by zawrócić. Mógł zabrać furgonetkę do garażu Joego, zostawić ją tam i pójść piechotą do domu. Jedyny kłopot polegałby na wyjaśnieniu rodzicom, gdzie był całą noc. Życie albo śmierć. Jeżeli będzie czekał, za chwilę nadjedzie następna ciężarówka i zablokuje mu drogę, a wartownik może podejść i zapytać go, dlaczego, u diabła, stoi w pobliżu punktu kontrolnego. Straciłby niepowtarzalną okazję. „Jeśli jeszcze raz zaśpiewacie tę piosenkę...” Puścił sprzęgło i ruszył. Przyspieszył do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, a potem nieco zwolnił. Wartownik stojący przy szlabanie obserwował go. Dotknął hamulca. Wartownik spojrzał w drugą stronę. Walli wcisnął pedał do samego końca. Wartownik usłyszał zmianę tonu pracy silnika i odwrócił się z wyrazem lekkiego zdziwienia na twarzy. Furgonetka przyspieszyła, a on machnął ręką na znak, by kierowca

zwolnił. Walli bezskutecznie wciskał mocniej pedał. Furgonetka nabierała prędkości ociężale niczym słoń. Zauważył, że wyraz twarzy wartownika zmienia się: zaciekawienie przeszło w dezaprobatę, a następnie w niepokój i trwogę. Mężczyzna nie stał na drodze furgonetki, ale zrobił trzy kroki do tyłu i przywarł plecami do ściany. Walli wydał ryk, który był po trosze okrzykiem wojennym, a po trosze wrzaskiem strachu. Furgonetka rąbnęła w szlaban z trzaskiem odkształcającego się metalu. Siła uderzenia rzuciła Wallego na kierownicę, poczuł ból w żebrach. Nie spodziewał się tego. Nagle oddychanie stało się trudniejsze. Jednak drewno pękło z odgłosem wystrzału i samochód sunął dalej, minimalnie tylko zwolniwszy. Walli wrzucił pierwszy bieg. Dwa pojazdy przed nim skierowano na bok, do inspekcji, dzięki czemu droga była czysta. Ludzie przy punkcie kontrolnym - trzej wartownicy i dwaj kierowcy - odwrócili się, by sprawdzić, co to za hałas. Furgonetka przyspieszyła. Dodało to Wallemu pewności. Uda mu się! Raptem wartownik z ponadprzeciętną przytomnością umysłu uklęknął i wycelował z pistoletu maszynowego. Znajdował się z boku toru jazdy Wallego. Ten momentalnie uświadomił sobie, że minie go tuż-tuż. Było pewne, że zostanie trafiony i zabity. Bez zastanowienia szarpnął kierownicą i ruszył prosto na wartownika. Mężczyzna puścił w jego kierunku serię z automatu. Przednia szyba pękła, lecz Walli o dziwo nie dostał. Nagle znalazł się tuż przy wartowniku i przeraziła go perspektywa, że przejedzie samochodem po żywym ludzkim ciele. Ponownie szarpnął kierownicą, chcąc tego uniknąć, było jednak za późno. Przednia część furgonetki z nieprzyjemnym odgłosem rąbnęła strażnika, rzucając go na ziemię. „Nie!”, krzyknął Walli, ale przednie koło przetoczyło się po wartowniku. „O Jezu!”, jęknął głośno uciekinier. Nie zamierzał nikomu robić krzywdy. Furgonetka zwolniła, Walli poddał się rozpaczy. Chciał wysiąść z samochodu i sprawdzić, czy wartownik żyje, a jeśli tak, to udzielić mu pomocy. Nagle znów huknęły strzały i uświadomił sobie, że zabiją go, jeśli tylko zdołają. Usłyszał uderzenia pocisków w metal. Ponownie wcisnął pedał gazu i zarzucił kierownicą, by wrócić na właściwy tor jazdy. Stracił rozpęd, ale zdołał skręcić w kierunku szlabanu. Nie był jednak pewien, czy jedzie wystarczająco szybko i zdoła go złamać. Powstrzymał odruch, żeby zmienić bieg, i silnik wył na jedynce. Naraz poczuł ból w nodze, jakby ktoś wbił w nią nóż. Krzyknął głośno. Stopa zsunęła się z pedału i furgonetka w jednej chwili zwolniła. Zmusił się, by ponownie nacisnąć gaz

pomimo bólu. Czuł gorącą krew, która spływała po łydce do buta. Samochód wpadł na drugi szlaban. Wallego znów rzuciło na kierownicę i znów zabolały go żebra. Drewniana bariera pękła tak samo jak pierwsza, furgonetka pojechała dalej. Pokonała odcinek jezdni pokrytej betonem. Strzały z pistoletów ustały. Walli zobaczył ulicę z reklamami Lucky Strike i Coca-Coli, lśniące nowe samochody oraz to, co najlepsze, czyli niewielką grupkę zaskoczonych żołnierzy w amerykańskich mundurach. Zdjął nogę z gazu i spróbował zahamować. Nagle ból stał się nie do wytrzymania. Noga była jak sparaliżowana i nie zdołał docisnąć pedału hamulca. Zdesperowany skierował wóz na słup latarni. Żołnierze podbiegli do furgonetki i jeden z nich szarpnięciem otworzył drzwi. - Brawo, młody, udało ci się! Udało mi się, pomyślał Walli. Żyję i jestem wolny. Ale bez Karolin. - Jechałeś jak szatan - rzekł z podziwem żołnierz. Był niewiele starszy od Wallego. Teraz, kiedy Walli się odprężył, ból stał się przemożny. - Noga mnie boli - zdołał powiedzieć. Żołnierz spojrzał w dół. - O Jezusie, ale krwi. - Odwrócił się. - Hej, zadzwońcie po karetkę. Walli stracił przytomność.

Opatrzono mu ranę po kuli i nazajutrz wypuszczono ze szpitala z posiniaczonymi żebrami i bandażem na łydce lewej nogi. Gazety napisały, że strażnik, którego przejechał, zmarł. Walli pokuśtykał do fabryki telewizorów ojca i opowiedział wszystko duńskiemu księgowemu. Enok Andersen obiecał przekazać Wernerowi i Carli, że ich syn ma się dobrze. Dał mu także trochę marek zachodnioniemieckich i Walli znalazł sobie pokój w YMCA. Żebra bolały go, ilekroć odwrócił się na łóżku, i przez to źle spał w nocy. Następnego dnia wziął z furgonetki gitarę. Instrument w odróżnieniu od właściciela przetrwał eskapadę bez uszczerbku. Jednak pojazd nadawał się do kasacji. Walli złożył wniosek o zachodnioniemiecki paszport, który uciekinierom przysługiwał z urzędu. Był wolny. Wyrwał się z dławiących kleszczy purytańskiego komunizmu w wydaniu Waltera Ulbrichta. Teraz mógł grać i śpiewać wszystko, co zechciał.

I cierpiał. Tęsknił za Karolin. Czuł się tak, jakby stracił rękę. Ciągle myślał, co jej powie albo o co zapyta ją wieczorem, i raptem przypominał sobie, że nie będzie mógł z nią porozmawiać. Uprzytomnienie sobie tego faktu działało jak kopniak w brzuch. Na widok ładnej dziewczyny na ulicy myślał o tym, co mogliby robić z Karolin w sobotę w furgonetce Joego. Potem docierało do niego, że nie ma już samochodu i nie będzie takich wieczorów, i porażał go żal. Mijał kluby, w których mógłby występować, lecz zaraz dopadało go zwątpienie, czy byłby w stanie grać bez Karolin u boku. Zadzwonił do siostry Rebekki, która ponaglała go, by przyjechał do Hamburga i zamieszkał z nią i jej mężem. Podziękował jej i odmówił. Nie potrafił opuścić Berlina, dopóki Karolin była na Wschodzie. Tydzień później zbolały z żalu wziął gitarę i poszedł do klubu folkowego Minnesänger, w którym poznali się przed dwoma laty. Na tablicy znajdowała się informacja, że w poniedziałki klub jest zamknięty, lecz drzwi były otwarte, więc wszedł. Przy barze siedział młody właściciel lokalu i konferansjer w jednej osobie, Danni Hausmann. Robił jakieś obliczenia w księdze rachunkowej. - Pamiętam cię. Bobbsey Twins, byliście świetni. Czemu nigdy więcej nie przyszliście? - Vopo rozwalili mi gitarę - odparł Walli. - Ale widzę, że masz już nową. Walli potwierdził skinieniem głowy. - Za to straciłem Karolin. - Bardzo lekkomyślnie z twojej strony, bo ładna z niej była dziewczyna. - Oboje mieszkaliśmy na Wschodzie. Ja uciekłem, ona została. - W jaki sposób uciekłeś? - Przejechałem furgonetką przez szlabany. - To byłeś ty? Czytałem w gazetach. O rany, facet, super! Ale dlaczego nie zabrałeś swojego kociaka? - Nie przyszła na randkę. - Wielka szkoda. Napijesz się? - spytał Danni, wchodząc za bar. - Dzięki. Chciałbym po nią wrócić, ale jestem tam teraz ścigany za morderstwo. Danni nalał do dwóch szklanek piwa z beczki. - Komuniści zrobili wielki raban, nazywają cię groźnym przestępcą. Domagali się również ekstradycji Wallego. Rząd Niemiec Zachodnich odmówił,

twierdząc, że wartownik strzelał do niemieckiego obywatela, który chciał jedynie przejechać z jednej berlińskiej ulicy na drugą, tak więc wina za śmierć strażnika spada na niewybrany w demokratycznych wyborach reżim wschodnioniemiecki, który bezprawnie więzi swoje społeczeństwo. Walli nie uważał, że zrobił coś złego, lecz emocjonalnie nie mógł się pogodzić z myślą, iż zabił człowieka. - Gdybym przekroczył granicę, aresztowaliby mnie - rzekł. - Facet, masz przejebane. - I nadal nie wiem, dlaczego Karolin nie przyszła. - A nie możesz wrócić, żeby ją zapytać. Chyba że... Walli spojrzał na niego uważnie. - Chyba że co? Danni się zawahał. - Nie, nic. Walli odstawił szklankę. Nie mógł puścić czegoś takiego mimo uszu. - No, stary, co? - Jeśli mogę zaufać któremuś z mieszkańców Berlina, to chyba temu, który zabił wschodnioniemieckiego pogranicznika - powiedział Danni z namysłem. Ta rozmowa doprowadzała Wallego do szaleństwa. - O czym mówisz? Właściciel klubu podjął decyzję. - O tym, co obiło mi się o uszy. Gdyby tylko obiło mu się o uszy, nie robiłby z tego takiego sekretu, pomyślał Walli. - Co usłyszałeś? - Może jest sposób, by wrócić bez przechodzenia przez punkt kontrolny. - Jaki? - Nie mogę ci powiedzieć. Walli był już zły, bo czuł, że rozmówca bawi się z nim w kotka i myszkę. - Więc dlaczego, kurwa, o tym wspomniałeś? - Wyluzuj, dobra? Nie mogę ci tego ujawnić, ale mogę cię do kogoś zaprowadzić. - Kiedy? Właściciel klubu milczał chwilę, a potem odpowiedział pytaniem na pytanie: - Jesteś chętny wrócić dzisiaj? Na przykład teraz? Walli nie zawahał się pomimo lęku.

- Tak, tylko skąd ten pośpiech? - Żebyś nie mógł powiedzieć nikomu więcej. Ci ludzie nie podchodzą profesjonalnie do spraw bezpieczeństwa, ale nie są też całkiem głupi. Mówił o jakiejś zorganizowanej grupie; brzmiało to zachęcająco. Walli zszedł ze stołka. - Mogę zostawić tutaj gitarę? - Włożę ją do schowka. - Mężczyzna wziął instrument w futerale i zamknął w szafie, w której znajdował się szereg innych, a także sprzęt nagłaśniający. - Chodźmy. Klub znajdował się nieopodal Ku’damm. Danni zamknął lokal i poszli do najbliższej stacji metra. Zauważył, że towarzysz kuleje. - W gazetach podali, że dostałeś w nogę. - Taak. Boli jak cholera. - Chyba mogę ci zaufać. Tajny agent Stasi nie posunąłby się tak daleko, by zranić samego siebie. Walli nie wiedział, czy się cieszyć, czy bać. Czyżby naprawdę miał szansę wrócić do Berlina Wschodniego, i to dzisiaj? Wydawało się to zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Jednocześnie bał się. W Niemczech Wschodnich wciąż istniała kara śmierci. Jeśli go złapią, prawdopodobnie trafi pod gilotynę. Przejechali metrem przez całe miasto. Wallemu przyszło na myśl, że to może być pułapka. Stasi prawdopodobnie miało agentów w Berlinie Zachodnim i właściciel klubu mógł być jednym z nich. Czy zadaliby sobie tyle trudu, żeby złapać Wallego? Wydawało się to mało prawdopodobne, lecz znając mściwość Hansa Hoffmanna, Wali nie mógł wykluczyć tej możliwości. Ukradkiem obserwował Danniego, kiedy jechali metrem. Czy może być agentem? Niełatwo było to sobie wyobrazić. Danni miał ze dwadzieścia pięć lat i nosił dość długie włosy z grzywką, zgodnie z najnowszą modą. Jego buty miały elastyczne boki i szpice. Prowadził dobrze prosperujący klub. Był zbyt fajny jak na gliniarza. Z drugiej jednak strony jego pozycja idealnie nadawała się do szpiegowania młodych zachodnioberlińskich antykomunistów. Większość zapewne przychodziła do jego klubu. Musiał znać niemal wszystkich przywódców studenckich w Berlinie Zachodnim. Czy Stasi zależało na tym, by wiedzieć o poczynaniach takich młodych ludzi? Naturalnie, że tak. Mieli obsesję niczym średniowieczni księża polujący na czarownice. Jednakże Walli nie mógł przepuścić takiej okazji. Zależało mu na tym, żeby choć raz

porozmawiać z Karolin. Postanowił sobie, że zachowa czujność. Słońce już zachodziło, kiedy wyszli ze stacji metra w dzielnicy Wedding. Zmierzali na południe i Walli uświadomił sobie, że kierują się do Bernauer Strasse. Tamtędy właśnie uciekła Rebecca. W coraz bledszym świetle dnia zobaczył, że ulica się zmieniła. Od południowej strony, gdzie kiedyś stało ogrodzenie z drutu kolczastego, teraz wznosił się betonowy mur, a budynki po stronie należącej do komunistów były w trakcie burzenia. Po stronie wolnego Berlina, którą szli Walli i Danni, ulica wyglądała jak wymarła. Sklepy na parterze w budynkach mieszkalnych były zaniedbane. Walli domyślił się, że nikt nie chce mieszkać tak blisko muru, odrażającego zarówno dla oczu, jak i dla serca. Danni okrążył budynek i tylnym wejściem dostali się do nieczynnego już sklepu. Musiał to być sklep spożywczy, ponieważ na ścianach widniały namalowane emalią reklamy łososia w puszce i kakao. Jednakże sklep i sąsiednie pomieszczenia zapełniały wysokie kopce ziemi, między którymi pozostało jedynie wąskie przejście; Walli zaczął się domyślać, co jest grane. Przewodnik otworzył drzwi i wszedł do betonowej klatki schodowej oświetlonej żarówką elektryczną. Walli podążył za nim. „Nadpływają łodzie podwodne!”, zawołał Danni. To mogło być hasło. Na dole schodów znajdowała się duża piwnica, w której właściciel sklepu bez wątpienia magazynował towar. Teraz w posadzce ział otwór wielkości metra kwadratowego, nad nim zaś zamontowano podnośnik o zaskakująco profesjonalnym wyglądzie. Wykopali tunel. - Od jak dawna istnieje? - zapytał Walli. Gdyby jego siostra wiedziała w zeszłym roku o tunelu, mogłaby nim przejść, a Bernd uniknąłby kalectwa. - Od niezbyt dawna - odparł Danni. - Skończyliśmy tydzień temu. - Aha. - Oznaczało to, że Rebecca nie miała szans, by z niego skorzystać. - Używamy go tylko o zmroku - dodał Danni. - Za dnia byłby zbyt widoczny, a nocą musielibyśmy świecić sobie latarkami. Mogłoby to zwrócić na nas uwagę. Tak czy inaczej, ryzyko wykrycia rośnie za każdym razem, kiedy kogoś przeprowadzamy. Z otworu wyszedł po drabinie młody mężczyzna w dżinsach, zapewne jeden ze studentów budowniczych tunelu. Zmierzył ostrym spojrzeniem Wallego. - A kto to jest? - Ręczę za niego, Becker - odparł Danni. - Znałem go, jeszcze zanim zbudowali mur.

- Po co przyszedł? - indagował Becker wrogim i podejrzliwym tonem. - Żeby przejść na drugą stronę. - Chce iść na Wschód? - Uciekłem w zeszłym tygodniu, ale muszę wrócić po dziewczynę - wyjaśnił Walli. Nie mogę przejść zwyczajnie przez punkt kontrolny, bo zabiłem wartownika i ścigają mnie za morderstwo. - Ty byłeś ty? - Becker spojrzał na niego ponownie. - Taak, poznaję cię, widziałem twoje zdjęcie w gazecie. - Jego nastawienie się zmieniło. - Możesz iść, ale nie masz dużo czasu. - Zerknął na zegarek. - Dokładnie za dziesięć minut zaczną przechodzić ze Wschodu. W tunelu prawie nie ma miejsca na mijanki, a ja nie chcę, żebyś spowodował korek i spowolnił uciekinierów. Walli czuł lęk, nie chciał jednak stracić szansy. - Ruszam od razu - oznajmił, maskując obawy. - No dobra, idź. Uścisnął Danniemu dłoń. - Dzięki, przyjdę odebrać gitarę. - Powodzenia, obyś znalazł swoją dziewczynę. Walli zszedł po drabinie. Szyb miał metr głębokości. Na dnie znajdowało się wejście do tunelu. Walli od razu zauważył, że jest porządnie zbudowany. Miał podłogę z desek i równo rozmieszczone stemple. Uklęknął i zaczął iść na czworakach. Po kilku sekundach uświadomił sobie, że nie ma światła. Czołgał się dalej, aż otoczyła go całkowita ciemność. Strach sięgał mu do samych trzewi. Walli wiedział, że prawdziwe niebezpieczeństwo zagrozi mu dopiero wtedy, gdy wyjdzie na terenie Niemiec Wschodnich, po drugiej stronie tunelu, lecz zwierzęcy instynkt wymuszał lęk już teraz, gdy Walli sunął po omacku na czworakach. Aby zająć czymś myśli, wyobrażał sobie krajobraz miasta na powierzchni. Przechodził pod ulicą, potem pod murem, a następnie pod na wpół wyburzonymi domami po wschodniej stronie. Nie wiedział jednak, jak daleko biegnie tunel ani gdzie się kończy. Oddychał ciężko z wysiłku, ręce i kolana bolały go od dotyku twardych desek, rana w łydce po kuli paliła. Mógł jednak tylko zacisnąć zęby i przeć dalej. Tunel nie może ciągnąć się bez końca, gdzieś musi się skończyć. Trzeba iść. Wrażenie, że zagubił się w bezkresnej ciemności, było tylko dziecinnym lękiem. Musi zachować spokój i zdoła to zrobić. Na końcu tunelu jest Karolin - nie w dosłownym sensie,

lecz myśl o jej seksownym szerokim uśmiechu dodawała mu sił w walce ze strachem. Nie był pewien, czy naprawdę widzi plamkę światła, czy tylko ją sobie wyobraża. Bardzo długo majaczyła niewyraźnie, trzymając Wallego w niepewności, lecz po kilku sekundach znalazł się w blasku światła elektrycznego. Nad jego głową był szyb. Walli wszedł po drabinie i znalazł się w piwnicy. Wpatrywały się w niego trzy osoby. Dwoje miało bagaże, domyślił się, że to uciekinierzy. Trzeci prawdopodobnie był jednym z organizatorów przerzutu. - Nie znam cię! - rzekł, spoglądając na przybysza. - Jestem od Danniego. Nazywam się Walli Franck. - Zbyt wielu ludzi wie o tunelu! - stwierdził tamten wysokim głosem pełnym niepokoju. To jasne, pomyślał Walli: tajemnicę zna każdy, kto przez niego uciekł. Rozumiał, dlaczego Danni powiedział, że niebezpieczeństwo rośnie za każdym razem, gdy ktoś korzysta z przejścia. Nie miał pewności, czy nadal będzie otwarte, kiedy zechce nim powrócić. Na myśl o tym, że znów utknie w pułapce Niemiec Wschodnich, zapragnął natychmiast się odwrócić i poczołgać z powrotem. - Ruszajcie - odezwał się nieznajomy do uciekinierów z bagażami. Zeszli do szybu. Przewodnik spojrzał na Wallego i wskazał kamienne schody. - Wejdź na górę i czekaj. Kiedy teren będzie czysty, Cristina otworzy z zewnątrz klapę. Wyjdziesz i działasz na własną rękę. - Dzięki. Walli wspinał się po stopniach, aż jego głowa natrafiła na żelazną klapę w suficie. Domyślił się, że schody wykorzystywano do tego, by dostarczać jakieś towary. Ukucnął i nakazał sobie cierpliwość. Na szczęście ktoś trzymał wartę na zewnątrz, bo w innym razie mógłby zostać zauważony podczas wychodzenia. Po paru minutach klapa się otworzyła. W wieczornym świetle Walli zobaczył młodą kobietę w szarej chustce. Wyszedł, a dwoje ludzi z bagażami ruszyło schodami w dół. Cristina zamknęła klapę. Walli z zaskoczeniem zobaczył, że dziewczyna ma pistolet za paskiem. Rozejrzał się. Znajdował się na małym otoczonym murem podwórzu na tyłach opuszczonego bloku mieszkalnego. Cristina wskazała drewniane drzwi w murze. - Idź tędy. - Dziękuję. - Znikaj, szybko - dodała. Wszyscy byli zbyt spięci, by pamiętać o dobrych manierach.

Walli otworzył drzwi i wyszedł na ulicę. Po lewej stronie, w odległości paru metrów, stał mur. Walli odwrócił się w prawo i ruszył. Początkowo bez przerwy się rozglądał, oczekując, że nadjedzie policyjny radiowóz i zatrzyma się z piskiem opon. Później usiłował zachowywać się normalnie i kroczyć pewnie chodnikiem tak jak dawniej. Jednak choć bardzo się starał, nie mógł się pozbyć powłóczenia nogą: ból był zbyt dotkliwy. Pierwszy odruch kazał mu iść prosto do domu Karolin. Nie mógł jednak zapukać do drzwi, bo jej ojciec wezwałby policję. Tego nie wziął pod uwagę. Może będzie lepiej, jeśli spotka się z nią jutro po południu, kiedy Karolin wyjdzie ze szkoły. Nie było nic podejrzanego w tym, że chłopak czeka przed technikum na dziewczynę, Walli często tak robił. Musi tylko postarać się, by nikt z jej klasy nie zobaczył jego twarzy. Paliła go niecierpliwość, chciał zobaczyć ją jak najprędzej, ale byłoby szaleństwem, gdyby zaniedbał zastosowania środków ostrożności. Co będzie robił do tego czasu? Tunel kończył się przy Strelitzer Strasse, ulicy biegnącej na południe ku staremu centrum miasta, Berlin-Mitte; tam mieszkała jego rodzina. Znajdował się zaledwie kilka przecznic od domu rodziców. Mógłby do nich pójść. Może nawet ucieszyliby się na jego widok. Zbliżając się do ulicy, zastanowił się, czy dom może być pod obserwacją. Jeśli tak, to nie powinien tam iść. Ponownie pomyślał o kamuflażu, nie miał jednak niczego, co dałoby się wykorzystać: wychodząc rano z pokoju w YMCA, nie mógł nawet marzyć o tym, że wieczorem znajdzie się znów w Berlinie Wschodnim. W domu są kapelusze, chustki i inne użyteczne części garderoby, ale wpierw musiałby się do niego dostać. Na szczęście było ciemno. Przeszedł ulicą po przeciwnej stronie do tej, na której stał dom rodziców, wypatrując osób mogących być czujkami Stasi. Nie zauważył, by ktoś się kręcił, siedział w zaparkowanym samochodzie czy tkwił w oknie. Mimo to doszedł do końca ulicy i okrążył kwartał. Wracając, skręcił raptownie w alejkę prowadzącą do podwórek. Otworzył furtkę, przemierzył podwórze domu i znalazł się przy drzwiach kuchni. Było wpół do dziesiątej, ojciec jeszcze nie zamknął domu. Walli otworzył drzwi i wszedł do środka. Światło się paliło, lecz w kuchni nie było nikogo. Domownicy już dawno zjedli kolację i siedzieli w dużym pokoju na górze. Walli przeszedł hol, a potem ruszył po schodach. Drzwi pokoju stały otwarte, Walli wszedł do środka. Matka, ojciec, siostra i babcia oglądali telewizję.

- Cześć wszystkim - powiedział Walli. Lili krzyknęła głośno. - Wielkie nieba - rzekła babcia po angielsku. Carla pobladła i uniosła ręce do ust. Werner wstał. - Mój syn. - Przemierzył dwoma krokami pokój i zamknął Wallego w ramionach. Mój synek, Bogu dzięki. Uczucie skumulowane w piersi Wallego przełamało tamę. Rozpłakał się. Po ojcu matka wzięła go w ramiona, nie hamując łez. Później to samo zrobiła Lili i babcia Maud. Walli ocierał oczy rękawem koszuli, lecz wciąż napływały nowe. Przemożna fala uczuć zaskoczyła go. Uważał, że oddzielenie od rodziny tylko go zahartowało; w końcu miał już siedemnaście lat. Teraz zrozumiał, że odsuwał łzy w czasie. W końcu wszyscy się uspokoili i osuszyli oczy. Matka zabandażowała od nowa ranę Wallego, która zaczęła krwawić, kiedy czołgał się podziemnym tunelem. Potem zaparzyła kawy i przyniosła ciasto, Walli zaś uświadomił sobie, jak bardzo zgłodniał. Najadłszy się i napiwszy do syta, opowiedział, co go spotkało. Odpowiedział na wszystkie pytania, które mu zadali, a następnie położył się spać.

Nazajutrz o wpół do czwartej po południu stał oparty o ścianę nieopodal technikum Karolin. Miał ciemne okulary i czapkę na głowie. Przybył za wcześnie, bo dziewczęta kończyły zajęcia o szesnastej. Nad Berlinem świeciło słońce, tworząc przyjemnie optymistyczny nastrój. Miasto stanowiło mieszaninę imponujących starych gmachów, kanciastych nowoczesnych budynków z betonu oraz powoli znikających pustych placów po bombardowaniach jeszcze z czasów wojny. Serce Wallego przepełniała tęsknota. Za kilka minut zobaczy twarz Karolin okoloną zasłonami długich włosów i jej uśmiechnięte usta. Pocałuje ją na powitanie i poczuje na swoich biodrach krągłość jej bioder. Może jeszcze dziś, zanim upłynie noc, będą się kochali. Zżerała go także ciekawość. Dlaczego dziewięć dni temu Karolin nie przyszła na umówione spotkanie, by z nim uciec? Był prawie pewien, że jakieś niefortunne zdarzenie zepsuło ich plan - ojciec mógł jakoś zwęszyć, co się święci, i zamknąć ją w pokoju. Jednocześnie dręczył go narastający lęk, że Karolin zmieniła zdanie i nie chciała z nim uciec. Jeśli tak, trudno było mu odgadnąć powód. Czyżby przestała go kochać? Ludzie się

zmieniają. A teraz we wschodnioniemieckich gazetach przedstawiono go jako zabójcę bez serca. Czy miało to na nią wpływ? Niebawem się tego dowie. Rodzice byli zdruzgotani przebiegiem wydarzeń, lecz nie próbowali nakłonić go do zmiany planów. Nie chcieli, by odchodził z domu - uważali, że jest na to za młody - ale wiedzieli, że nie może zostać na Wschodzie, gdyż trafi za kratki. Pytali, co zamierza robić na Zachodzie, studiować czy pracować, a on odparł, że nie podejmie żadnej decyzji, dopóki nie porozmawia z Karolin. Przystali na to i po raz pierwszy ojciec nie próbował mu niczego dyktować. Traktowali go jak dorosłego. Domagał się tego od lat, lecz teraz, gdy się ziściło, czuł się zagubiony i przestraszony. Ze szkoły wysypał się tłum uczennic. Technikum mieściło się w starym banku. Uczennicami były same dziewczęta dobiegające dwudziestki: miały zostać maszynistkami, sekretarkami, księgowymi i agentkami biur podróży. Niosły w rękach torby, książki i teczki. Były ubrane w wiosenne zestawy złożone ze swetrów i spódnic, ciut staromodnie; od przyszłych sekretarek wymagano skromnych strojów. Wreszcie ukazała się Karolin. Miała na sobie zielony bliźniak i niosła książki w starej skórzanej teczce. Walli stwierdził, że jego ukochana trochę inaczej wygląda, jej twarz nieco się zaokrągliła. Ale przecież w ciągu tygodnia nie mogła przybrać wiele na wadze, prawda? Była z dwiema innymi dziewczynami i rozmawiały, lecz nie zawtórowała im, kiedy tamte parsknęły śmiechem. Walli obawiał się, że jeśli się teraz odezwie, koleżanki Karolin zdołają go zauważyć. To było niebezpieczne, ponieważ mogły wiedzieć, że niesławny morderca i uciekinier Walli Franck był chłopakiem Karolin, i skierować podejrzenie na nieznajomego w ciemnych okularach. Czuł narastający strach - czy to możliwe, że jego plan w ostatniej chwili spali na panewce? Naraz koleżanki Karolin skręciły w lewo i pomachały jej na pożegnanie, a ona przeszła na drugą stronę ulicy. Kiedy się zbliżyła, zdjął okulary. - Cześć, kochanie. Spojrzała na niego i rozpoznała, a potem pisnęła z przestrachu i zatrzymała się. Zobaczył na jej twarzy zdumienie i lęk, i coś jeszcze. Czyżby poczucie winy? Potem podbiegła, upuściła teczkę i zarzuciła mu ręce na szyję. Obejmowali się i całowali, a Walli poczuł przypływ ulgi i szczęścia. Znał już odpowiedź na pierwsze dręczące pytanie: Karolin

nadal go kochała. Po chwili zauważył, że patrzą na nich przechodnie, jedni się uśmiechali, inni krzywili. Włożył okulary. - Chodźmy - powiedział. - Nie chcę, żeby mnie rozpoznali. - Wziął teczkę Karolin. Oddalili się od budynku szkoły, trzymając się za ręce. - W jaki sposób wróciłeś? Czy to bezpieczne? Co zrobisz? Ktoś wie, że tutaj jesteś? - Musimy omówić wiele spraw. Trzeba znaleźć jakieś miejsce, w którym będziemy mogli spokojnie usiąść. Po drugiej stronie ulicy zobaczył kościół. Może będzie otwarty dla tych, którzy szukają duchowego wyciszenia. Zaprowadził tam Karolin. - Kulejesz. - Pogranicznik postrzelił mnie w nogę. - Boli cię? - Jak cholera. Drzwi protestanckiego kościoła zastali otwarte. Wnętrze było skromne i słabo oświetlone, stały tam rzędy twardych ławek. W drugim końcu kobieta w chustce na głowie odkurzała kazalnicę. Walli i Karolin usiedli w ostatniej ławce. - Kocham cię - powiedział Walli. - Ja ciebie też. - Co się stało w niedzielę rano? Mieliśmy się spotkać. - Przestraszyłam się. Nie takiej odpowiedzi oczekiwał i trudno było mu ją zrozumieć. - Ja też się bałem, ale złożyliśmy sobie obietnicę. - Wiem. Widział, że dręczą ją bolesne wyrzuty sumienia, lecz dostrzegł coś jeszcze. Nie chciał męczyć dziewczyny, ale musiał znać prawdę. - Podjąłem straszne ryzyko. Nie powinnaś była wycofywać się bez słowa. - Przykro mi. - Ja bym ci tego nie zrobił - rzekł Walli, po czym dodał tonem zarzutu: - Za bardzo cię kocham. Wzdrygnęła się, jakby ją uderzył, lecz odpowiedziała z przekonaniem: - Nie jestem tchórzem.

- Jeśli twoje uczucia się nie zmieniły, to dlaczego mnie zawiodłaś? - Oddałabym za ciebie życie. - Gdyby to była prawda, poszłabyś ze mną. Jak możesz teraz tak mówić? - Bo nie chodzi wyłącznie o moje życie. - O moje także. - I jeszcze kogoś. Walli nie rozumiał. - O czyje, na litość boską? - Mówię o życiu naszego dziecka. - Co takiego? - Będziemy mieli dziecko, Walli. Jestem w ciąży. Walli aż otworzył usta ze zdziwienia. Nie mógł wydusić z siebie słowa. W jednej chwili jego świat przewrócił się do góry nogami. Karolin jest w ciąży, w ich życiu pojawi się dziecko. Jego dziecko. - O Boże - wykrztusił w końcu. - Byłam w rozterce - ciągnęła z bólem Karolin. - Spróbuj to zrozumieć. Chciałam z tobą uciec, ale nie mogłam narazić dziecka. Nie mogłam wsiąść do samochodu, wiedząc, że będziesz się przebijał przez szlabany. To nieważne, że ja mogłam zostać ranna, ważne było dziecko. Powiedz, że rozumiesz - zakończyła błagalnym tonem. - Rozumiem - rzekł Walli. - Chyba. - Dziękuję. Wziął ją za rękę. - Dobrze, pomówmy o tym, co robić. - Wiem, co chcę zrobić - odparła zdecydowanie. - Już kocham to dziecko, nie pozbędę się go. Domyślił się, że Karolin żyje z tą wiedzą od kilku tygodni i że musiała się długo i mocno zastanawiać. Mimo to był zaskoczony siłą jej postanowienia. - Mówisz tak, jakby to nie miało nic wspólnego ze mną. - To moje ciało! - oznajmiła zaciekle. Sprzątaczka odwróciła głowę, Karolin ściszyła głos, lecz nadal mówiła z mocą: - Żaden mężczyzna nie będzie mi mówił, co mam zrobić ze swoim ciałem, ani ty, ani mój ojciec! Walli odgadł, że ojciec usiłował nakłonić Karolin do skrobanki. - Nie jestem twoim ojcem - powiedział. - Nie będę ci mówił, co masz robić, i nie będę

cię namawiał do aborcji. - Przepraszam. - Ale czy to jest nasze dziecko, czy tylko twoje? Karolin rozpłakała się. - Nasze. - A więc porozmawiamy o tym, co zrobimy razem? Uścisnęła jego dłoń. - Jesteś taki dorosły - powiedziała. - To dobrze, bo zostaniesz ojcem, zanim skończysz osiemnaście lat. Była to szokująca myśl. Wyobraził sobie swojego ojca, z krótko ostrzyżonymi włosami i w kamizelce. Teraz on, Walli, będzie musiał odegrać taką rolę: władczego, zdecydowanego, rzetelnego mężczyzny, który zawsze potrafi zapewnić byt rodzinie. Nie był na to gotów, wbrew temu, co powiedziała Karolin. Ale musiał być, tak czy inaczej. - Kiedy? - zapytał. - W listopadzie. - Chcesz wziąć ślub? Uśmiechnęła się przez łzy. - A chcesz się ze mną ożenić? - Bardziej niż czegokolwiek na świecie. - Dziękuję. - Objęła go. Sprzątaczka zakaszlała z dezaprobatą. Rozmowy były dozwolone, lecz kontakt fizyczny już nie. - Wiesz, że nie mogę zostać na Wschodzie - rzekł Walli. - Twój ojciec nie może znaleźć ci adwokata? Zadziałać politycznie? Władze mogłyby cię ułaskawić, gdyby wyjaśniono wszystkie okoliczności. Rodzina Karolin nie była uwikłana w politykę. Ale jego rodzina - owszem, i dlatego Walli wiedział, że nigdy nie dostanie ułaskawienia za zabicie pogranicznika. - To niemożliwe - odparł. - Jeśli tu zostanę, czeka mnie egzekucja za morderstwo. - A więc co zrobisz? - Muszę wrócić na Zachód i zostać tam, chyba że upadnie komunizm. A nie sądzę, by stało się to za mojego życia. - Nie. - Musisz przejść ze mną do Berlina Zachodniego.

- Jak? - Pójdziemy tą drogą, którą przyszedłem. Grupa studentów wykopała tunel pod Bernauer Strasse. - Spojrzał na zegarek. Czas szybko upływał. - Musimy tam być przed zachodem słońca. Twarz Karolin wyrażała lęk. - Dzisiaj? - Tak, od razu. - O Boże. - Nie wolałabyś, aby nasze dziecko wyrastało w wolnym kraju? Skrzywiła się, jakby wewnętrzny konflikt sprawiał jej ból. - Wolałabym nie ryzykować aż tak bardzo. - Ja też, ale nie mamy wyboru. Karolin spojrzała na rzędy ławek i wytrwale pracującą sprzątaczkę. Na ścianie wisiała tabliczka z napisem: „Jam jest drogą, prawdą i życiem”. Żadna wskazówka, pomyślał Walli, lecz Karolin już postanowiła. - No więc chodźmy. Wstała i wyszli z kościoła. Walli skierował się na północ. Karolin była przygaszona. - Bobbsey Twins wyruszają na spotkanie przygody - powiedział, by podnieść ją na duchu. Uśmiechnęła się przelotnie. Walli zastanowił się, czy aby nie są obserwowani. Był raczej pewny, że kiedy rano wychodził z domu rodziców, nikt go nie widział. Wyszedł tylnymi drzwiami i nikt za nim nie podążył. A czy Karolin ktoś śledził? Może ktoś jeszcze czekał przed szkołą na jej wyjście, ktoś, kto potrafił się dobrze zakamuflować. Walli zaczął się oglądać co minutę, by sprawdzić, czy jest jakaś osoba, która stale za nimi idzie. Nikogo nie zauważył, lecz wystraszył Karolin. - Co robisz? - spytała zalękniona. - Sprawdzam, czy mamy ogon. - Masz na myśli tego w czapce? - Może. Wsiądźmy do autobusu. Mijali właśnie przystanek i ustawili się na końcu kolejki. - Po co? - Żeby zobaczyć, czy ktoś wsiada i wysiada z nami. Niestety, trwały godziny szczytu i miliony berlińczyków wracało autobusami do domów. Zanim nadjechał, ustawiło się za nimi sporo ludzi. Kiedy wsiadali, Walli zmierzył

każdego ostrym spojrzeniem. Była tam kobieta w prochowcu, jakaś ładna dziewczyna, mężczyzna w niebieskim kombinezonie, mężczyzna w garniturze i filcowym kapeluszu oraz dwoje nastolatków. Przejechali

trzy

przystanki

i wysiedli.

Kobieta

w prochowcu

i mężczyzna

w kombinezonie wysiedli za nimi. Walli skierował się na zachód, w stronę, z której przyjechali. Zakładał, że gdyby ktoś podążył za nimi w tak nielogiczny sposób, musiałby być podejrzany. Nikt za nimi nie poszedł. - Jestem raczej pewny, że nikt nas nie śledzi - rzekł do Karolin. - Bardzo się boję - odparła. Słońce chyliło się ku zachodowi. Skręcili na północ w kierunku Wedding. Walli ponownie się obejrzał. Zauważył mężczyznę w średnim wieku w brązowym płaszczu, lecz nikogo wcześniej widzianego. - Myślę, że nic nam nie grozi - oznajmił. - Nie zobaczę już rodziny, prawda? - zapytała Karolin. - Przez jakiś czas. Chyba że oni także uciekną. - Mój ojciec nigdy nie ucieknie, on kocha swoje autobusy. - Na Zachodzie też je mają. - Nie znasz go. Walli poznał ojca Karolin, lecz miała rację. Jej ojciec stanowił skrajne przeciwieństwo inteligentnego, zdecydowanego Wernera. Nie miał przekonań politycznych ani religijnych i ani trochę nie obchodziła go wolność słowa. Gdyby żył w demokratycznym kraju, zapewne nie chciałoby mu się chodzić na wybory. Lubił pracę, rodzinę i piwiarnię. Jego ulubioną potrawę stanowił chleb. Komunizm zapewniał mu wszystko, czego potrzebował. Nigdy nie uciekłby na Zachód. Zmierzchało, kiedy Walli i Karolin dotarli do Strelitzer Strasse. Karolin robiła się coraz bardziej spięta, gdy szli ulicą zamkniętą murem. Walli zauważył dwoje młodych ludzi z dzieckiem i pomyślał, że oni także być może uciekają. Okazało się, że miał rację, bo po chwili weszli drzwiami na podwórze i zniknęli. Walli i Karolin doszli na miejsce. - Tu jest wejście - oznajmił. - Chcę, żeby mama była ze mną przy porodzie - powiedziała Karolin. - Już prawie doszliśmy! Za tymi drzwiami jest podwórze. Otworzymy klapę, zejdziemy szybem na dół, a później przejdziemy tunelem. I będziemy wolni!

- Boję się ucieczki - odparła. - Boję się porodu. - Będzie dobrze. - Walli był zdesperowany. - Na Zachodzie mają wspaniałe szpitale, lekarze i pielęgniarki otoczą cię ze wszystkich stron. - Chcę, żeby była mama. Walli obejrzał się. W odległości czterystu metrów na rogu ulicy stał mężczyzna w brązowym płaszczu i rozmawiał z policjantem. - Szlag! A jednak nas śledzili. - Spojrzał na drzwi, a potem na Karolin. - Teraz albo nigdy. Nie mam wyboru, muszę iść. Idziesz ze mną czy nie? Dziewczyna płakała. - Chcę, ale nie mogę. Zza rogu ulicy z dużą prędkością wyjechał samochód i zatrzymał się obok policjanta i szpicla. Z samochodu ktoś wysiadł, Walli znał tę przygarbioną sylwetkę: to był Hans Hoffmann. Odezwał się do mężczyzny w brązowym płaszczu. - Albo idziesz za mną, albo szybko się stąd oddal - powiedział Walli do Karolin. Będą kłopoty. - Popatrzył na nią. - Kocham cię. - Potem skoczył przez drzwi. Obok klapy stała Cristina, wciąż miała na głowie chustkę, a za paskiem pistolet. Na widok Wallego szybko otworzyła metalową klapę. - Ta broń może ci się przydać - rzekł. - Nadchodzi policja. Obejrzał się jeszcze raz. Drewniane drzwi w ścianie były zamknięte. Karolin za nim nie podążyła. Ból ścisnął go w brzuchu. To był koniec. Zszedł po schodach. W piwnicy dwoje młodych ludzi stało ze studentem. - Pospieszcie się! - zawołał Walli. - Idzie policja! Zeszli szybem, najpierw matka, po niej dziecko, a na końcu ojciec. Dziecko schodziło pomału. Pojawiła się Cristina i z metalicznym odgłosem zatrzasnęła za sobą żelazną klapę. - W jaki sposób policja nas dopadła? - Agenci Stasi śledzili moją dziewczynę. - Ty durniu, wydałeś nas wszystkich. - Pójdę na końcu - odparł Walli. Student ruszył w dół, Cristina odwróciła się do drabiny. - Daj mi broń - powiedział Walli. Zawahała się. - Jeśli będę szedł za tobą, nie będziesz mogła jej użyć.

Podała mu pistolet. Wziął go niepewnym ruchem. Wyglądał dokładnie tak samo jak ten, który ojciec wyjął ze schowka w kuchni w dniu, w którym uciekli Rebecca i Bernd. Cristina zauważyła jego niepewność. - Strzelałeś kiedyś? - zapytała. - Nigdy. Wzięła od Wallego pistolet i przesunęła dźwigienkę obok iglicy. - Teraz jest odbezpieczony. Wystarczy, że wycelujesz i naciśniesz spust. Ponownie zabezpieczyła broń i oddała ją Wallemu, a potem zaczęła schodzić po drabinie. Walli słyszał krzyki i warkot silników. Nie wiedział, co robią policjanci, lecz było jasne, że czasu jest coraz mniej. Teraz już rozumiał, co się stało. Hans Hoffmann kazał obserwować Karolin, licząc na to, że Walli może po nią wrócić. Szpicel zobaczył, że dziewczyna rozmawia z jakimś chłopakiem i z nim odchodzi. Ktoś podjął decyzję, by nie aresztować ich od razu, tylko poczekać i zobaczyć, czy nie doprowadzą policji do grupy współspiskowców. Kiedy Walli i Karolin wysiedli z autobusu, sprawnie dokonano zmiany obserwatora: nowym był mężczyzna w brązowym płaszczu. W pewnej chwili zorientował się, że zmierzają w stronę muru, i uruchomił alarm. Teraz policja i Stasi byli na powierzchni, przeszukiwali otoczenie opuszczonych budynków i zachodzili w głowę, dokąd poszli Walli i Karolin. Lada chwila zauważą klapę. Walli z pistoletem w dłoni zszedł po drabinie. Dotarłszy do najniższego szczebla, usłyszał brzęk metalowej klapy. Policja namierzyła wejście. Po chwili rozległy się szorstkie okrzyki zaskoczenia i triumfu, gdy gliniarze dostrzegli otwór w posadzce. Walli musiał czekać przy wejściu do tunelu, aż Cristina zniknęła w środku. Trwało to nieznośnie długo. Wszedł za nią, a potem się zatrzymał. Był szczupły, a i tak z trudem odwracał się w wąskim przejściu. Spojrzał w górę i zobaczył postać policjanta na drabinie. To było beznadziejne. Policja znalazła się zbyt blisko. Wystarczyło, że skierują pistolety w głąb tunelu i otworzą ogień. Trafią Wallego, a kiedy upadnie, pociski przejdą nad nim i dosięgną następnej osoby, a później następnej. Poleje się dużo krwi. Wiedział, że będą strzelać bez wahania, gdyż uciekinierom nigdy nie okazywano litości. To będzie krwawa jatka. Musi powstrzymać ich przed wejściem do szybu.

Ale nie chciał zabijać drugiego człowieka. Klęcząc w otworze do tunelu, odbezpieczył walthera. Następnie wysunął dłoń z pistoletem na zewnątrz, skierował ją ku górze i nacisnął spust. Poczuł siłę odrzutu. Huk w zamkniętej przestrzeni był bardzo głośny. Rozległy się okrzyki zaskoczenia i strachu, ale nie bólu; domyślił się, że wystraszył policjantów, nikogo nie trafiając. Wyjrzał i zobaczył, że gliniarz wdrapuje się po drabinie i wychodzi z szybu. Walli czekał. Wiedział, że dziecko będzie spowalniało uciekinierów. Słyszał policjantów naradzających się gniewnie, co dalej robić. Żaden nie miał ochoty schodzić do szybu, jeden z nich powiedział, że to samobójstwo. Ale nie mogli tak po prostu pozwolić komuś zbiec! Aby przypomnieć im o zagrożeniu, Walli ponownie wystrzelił. Usłyszał paniczne szuranie stóp, jakby postanowili odstąpić od szybu. Pomyślał, że udało mu się ich odstraszyć, i odwrócił się, by wczołgać się do tunelu. Nagle do jego uszu doszedł dobrze znany głos. - Potrzebne są granaty - stwierdził Hans Hoffmann. - O kurwa - powiedział do siebie Walli. Wsunął pistolet za pasek i jął się czołgać. Teraz nie mógł zrobić nic innego, jak tylko oddalić się od wejścia do tunelu. Wkrótce poczuł przed sobą buty Cristiny. - Prędzej! - wrzasnął. - Gliny poszły po granaty! - Nie mogę iść szybciej niż ten przede mną! - odkrzyknęła dziewczyna. Walli mógł jedynie czołgać się za nią. Było ciemno. Z piwnicy, którą zostawił za sobą, nie dochodziły żadne odgłosy. Domyślał się, że zwykli gliniarze nie nosili ze sobą granatów, lecz Hans w ciągu kilku minut mógł wziąć je od znajdujących się nieopodal pograniczników. Nic nie widział, ale słyszał dyszenie innych uciekinierów i szuranie ich kolan o deski. Dziecko zaczęło płakać. Wczoraj Walli przeklinałby, że się mazgai i naraża innych, lecz dziś wiedział już, że zostanie ojcem, i tylko współczuł przestraszonemu dzieciakowi. Jak policjanci użyją granatów? Czy zagrają bezpiecznie i wrzucą jeden do szybu, gdzie wyrządzi niewielką szkodę? Czy może któryś z nich odważy się zejść po drabinie i cisnąć granat w głąb tunelu? W ten sposób mógłby zabić wszystkich uciekinierów. Walli doszedł do wniosku, że musi coś zrobić w celu zniechęcenia gliniarzy. Położył się, przetoczył i wyjął broń, a następnie oparł się na łokciu. Nic nie widział, lecz mimo to wymierzył w głąb tunelu i nacisnął spust. Rozległy się krzyki kilku osób.

- Co to było? - chciała wiedzieć Cristina. Walli schował pistolet i podjął czołganie. - Postraszyłem trochę gliny. - Chryste, następnym razem uprzedź. Zobaczył światło. Droga powrotna wydawała się krótsza. Uciekinierzy uświadomili sobie, że zbliżają się do końca, świadczyły o tym okrzyki ulgi. Walli przyspieszył i naparł na buty Cristiny. Z tyłu dobiegł huk eksplozji. Walli poczuł falę powietrza, ale była słaba i od razu wiedział, że pierwszy granat wrzucili do szybu. Nie przykładał się do fizyki w szkole, lecz odgadł, że prawie cała siła wybuchu skierowała się ku górze. Domyślał się jednak, co teraz zrobi Hans. Mając już pewność, że nikt nie leży w otworze, pośle na dół gliniarza i każe mu cisnąć granat do tunelu. Uciekinierzy wchodzili do piwnicy nieczynnego sklepu. - Dalej! - ryknął Walli. - Właźcie na górę! Cristina wyszła z tunelu i odwróciła się z uśmiechem. - Wyluzuj, tu jest Zachód. Wyszliśmy i jesteśmy bezpieczni! - Granaty! - krzyknął Walli. - Wychodźcie, i to szybko! Para z dzieckiem wspinała się ślamazarnie. Po nich ruszyli student i Cristina. Walli stał u podnóża drabiny, drżąc z niecierpliwości i obawy. Wspinał się tuż za Cristiną, jego twarz była u jej kolan. Dotarł na górę i zobaczył, że wszyscy śmieją się i obejmują. - Padnij! - ryknął. - Granaty! - Rzucił się na posadzkę. Rozległ się potężny huk, fala uderzeniowa wstrząsnęła piwnicą. Potem dał się słyszeć odgłos przypominający szum fontanny. Walli domyślił się, że ziemia trysnęła z otworu tunelu. Jakby na potwierdzenie spadł na niego deszcz błota i drobnych kamieni. Blok wiszący nad szybem pękł i wpadł do otworu. Grzmot zamarł, w piwnicy zrobiło się cicho, słychać było tylko płacz dziecka. Walli się rozejrzał. Z nosa dziecka ciekła strużka krwi, lecz poza tym nic mu się nie stało. Reszta uciekinierów także wyszła bez szwanku. Spojrzał w dół i zobaczył, że tunel się zawalił. Wyprostował się niepewnie. Udało mu się, żył i był wolny. I został sam.

Dużą część pieniędzy ojca Rebecca wydała na mieszkanie w Hamburgu. Znajdowało

się na parterze wielkiego starego domu kupca. Wszystkie pomieszczenia były wystarczająco duże, by Bernd mógł poruszać się w nich na wózku, nawet łazienka. Zainstalowała wszystkie znane udogodnienia dla mężczyzny sparaliżowanego od pasa w dół. Ze ścian i sufitów zwisały linki i rączki pozwalające mu się myć, ubierać, kłaść do łóżka i wstawać. Mógł nawet gotować w kuchni, gdyby chciał, choć podobnie jak większość mężczyzn nie umiał przygotować niczego, co byłoby bardziej skomplikowane niż ugotowanie jajka. Była zdeterminowana, i to zapalczywie, by pomimo jego obrażeń mogli wieść jak najbardziej normalne życie. By mogli cieszyć się swoim związkiem, pracą i wolnością. Życie miało być aktywne, urozmaicone i pełne satysfakcji. Gdyby było inaczej, oznaczałoby to triumf tyranii panoszącej się po drugiej stronie muru. Stan Bernda nie zmienił się od czasu, gdy wyszedł ze szpitala. Lekarze mówili, że może się poprawić i żeby nie tracił nadziei. Pewnego dnia, powtarzali, może nawet spłodzić dzieci. A Rebecca nie powinna nigdy dawać za wygraną. Ona zaś czuła, że ma wiele powodów do szczęścia. Ponownie była nauczycielką, robiła to, co dobrze umiała: otwierała młode umysły na intelektualne bogactwo świata, w którym żyli. Była zakochana w Berndzie, którego dobroć i poczucie humoru rozjaśniały każdy dzień. Wolno im było czytać, myśleć i mówić to, co chcą, nie musieli obawiać się policyjnych szpicli. Rebecca miała oprócz tego cel długofalowy. Pragnęła pewnego dnia połączyć się znów z rodziną. Nie z biologiczną rodziną, gdyż pamięć o rodzicach, jakkolwiek dotkliwa, była już odległa i zamazana. Jednak Carla ocaliła ją z piekła wojny, dała miłość i poczucie bezpieczeństwa, kiedy wszyscy głodowali, cierpieli chłód i strach. Z biegiem czasu dom w Mitte zapełnił się ludźmi, których Rebecca z wzajemnością darzyła uczuciem: pojawił się mały Walli, jej nowy ojciec Werner, a później mała Lili. Nawet babcia Maud, ta niemożliwie dystyngowana starsza angielska dama, kochała Rebeccę i o nią dbała. Połączy się z nimi znowu, kiedy Niemcy Zachodnie zjednoczą się na powrót ze Wschodnimi. Wielu sądziło, że ten dzień może nigdy nie nadejść. Może mieli rację, lecz Carla i Werner uczyli Rebeccę, że jeśli pragniesz zmiany, musisz podejmować działania polityczne na jej rzecz. „W mojej rodzinie apatia nie wchodzi w rachubę”, rzekła Rebecca do Bernda. Wstąpili do Wolnej Partii Demokratycznej, FDP, liberalnej, choć nie tak socjalistycznie nastawionej jak SPD Socjaldemokratyczna Partia Niemiec Willy’ego Brandta. Rebecca była sekretarką oddziału regionalnego, a Bernd skarbnikiem. W Niemczech Zachodnich ludzie mogli wstępować do każdej partii poza komunistyczną, gdyż ta była zakazana. Rebecce się to nie podobało. Nienawidziła

komunizmu, lecz zakazywanie należało do repertuaru komunistów, a nie demokratów. Rebecca i Bernd codziennie jeździli razem do pracy. Po powrocie ze szkoły Bernd nakrywał do stołu, Rebecca zaś gotowała obiad. W niektóre dni po posiłku do Bernda przychodził masażysta. Bernd nie mógł poruszać nogami, należało je więc regularnie masować, by poprawić krążenie i zapobiec zanikowi nerwów i mięśni albo przynajmniej go spowolnić. Rebecca zmywała, a Bernd udawał się do sypialni. Masażysta miał na imię Heinz. Wieczorem Rebecca usiadła ze stosem zeszytów i zaczęła sprawdzać prace. Kazała uczniom wymyślić ogłoszenie turystyczne zachwalające Moskwę jako cel wakacyjnej wycieczki. Lubili takie przekorne żartobliwe zadania. Po godzinie Heinz wyszedł i Rebecca zajrzała do sypialni. Bernd leżał nagi na łóżku. Miał mocno umięśniony tułów, gdyż stale musiał używać rąk do tego, by się poruszać. Nogi wyglądały jak kończyny starca: chude i blade. Zwykle po masażu czuł się dobrze fizycznie i psychicznie. Rebecca położyła się na nim i pocałowała go w usta, długo i powoli. - Kocham cię - powiedziała. - Jestem z tobą taka szczęśliwa. Często to powtarzała, ponieważ była to prawda, a poza tym Bernd potrzebował takiego zapewnienia. Wiedziała, że mąż czasem wątpi, czy kobieta może kochać kalekę. Stanęła przed nim i zdjęła ubranie. Mówił, że to lubi, mimo że nigdy nie dostawał wzwodu.

Dowiedziała

się,

że

sparaliżowani

mężczyźni

rzadko

dostają

erekcji

psychogenicznych, takich, jakie wywołują doznania wizualne i myśli o seksie. Mimo to patrzył z wyraźną radością, jak rozpina stanik, zdejmuje pończochy i figi. - Wspaniale wyglądasz. - Jestem cała twoja. - Szczęściarz ze mnie. Położyła się obok niego i zaczęli się czule pieścić. Seks z Berndem, zarówno przed wypadkiem, jak i po, zawsze polegał na delikatnych pocałunkach i czułych szeptach, a nie tylko na posuwaniu. Bernd różnił się pod tym względem od jej pierwszego męża. Hans był dokładnie zaprogramowany: buzi, striptiz, wzwód i wytrysk. Podejście Bernda zakładało, że można robić wszystko, co się lubi, w dowolnej kolejności. Po dłuższej chwili usiadła na nim okrakiem i ułożyła się tak, by mógł całować jej piersi i ssać sutki. Od samego początku uwielbiał jej piersi, a teraz sprawiały mu taką samą rozkosz jak przed wypadkiem; to zaś podniecało Rebeccę bardziej niż cokolwiek innego. - Chcesz spróbować? - zapytała, kiedy była gotowa. - Pewnie. Zawsze powinniśmy podejmować próby.

Zeszła niżej, siedząc okrakiem nad jego zwiędłymi nogami, i nachyliła się nad członkiem. Wzięła go do ręki. Trochę urósł, nazywało się to erekcją odruchową. Przez kilka chwil był dość twardy, by w nią wejść, lecz szybko opadł. - Nie szkodzi - powiedziała. - Mnie też nie przeszkadza - odparł, lecz wiedziała, że to nieprawda. Chciałby doznać orgazmu, chciałby mieć dzieci. Położyła się obok niego, ujęła jego dłoń i umieściła na pochwie. Ułożył palce tak, jak go nauczyła, a potem Rebecca naciskała jego dłoń swoją i rytmicznie nią poruszała. To było jak masturbacja przy użyciu jego ręki. Drugą ręką czule gładził ją po włosach. Udało się tak jak zawsze, Rebecca doznała cudownego orgazmu. - Dziękuję - powiedziała, leżąc obok niego. - Bardzo proszę. - Nie tylko za to. - A za co? - Za to, że ze mną poszedłeś. Za ucieczkę. Nigdy nie zdołam wyrazić, jak bardzo jestem ci wdzięczna. - To dobrze. Zabrzmiał dzwonek. Spojrzeli na siebie z zaskoczeniem, bo nikogo nie oczekiwali. - Może Heinz czegoś zapomniał - powiedział Bernd. Rebecca była lekko zirytowana. Jej chwila uniesienia prysła. W zrzędliwym nastroju włożyła szlafrok i podeszła do drzwi. Stał w nich Walli. Był wychudzony i cuchnął. Miał na sobie dżinsy, amerykańskie buty bejsbolowe i brudną koszulę, ale był bez kurtki. W rękach trzymał gitarę i nic poza tym. - Cześć, Rebecco - powiedział. Jej gderliwe nastawienie momentalnie się ulotniło. Uśmiechnęła się szeroko. - Walli! Co za wspaniała niespodzianka! Tak się cieszę, że cię widzę. Cofnęła się i Walli wszedł do przedpokoju. - Co tu porabiasz? - spytała. - Przyjechałem, żeby u ciebie zamieszkać.

ROZDZIAŁ 22 Najbardziej rasistowskim miastem w Ameryce było prawdopodobnie Birmingham w stanie Alabama. George Jakes poleciał tam samolotem w kwietniu 1963 roku. Kiedy ostatnio przybył do Alabamy, pamiętał to wyraźnie, usiłowano go zabić. Birmingham było zanieczyszczonym ośrodkiem przemysłowym, już z okna samolotu dawało się dostrzec unoszącą się nad nim delikatną różowawą łunę, która wyglądała jak szyfonowa apaszka na szyi starej prostytutki. Idąc terminalem, George wyczuwał wrogość. Był jedynym kolorowym w garniturze. Pamiętał napaść na siebie, Marię i innych uczestników Rajdu Wolności w Anniston, zaledwie sto kilometrów dalej: bomby, kije bejsbolowe, świszczące w powietrzu żelazne łańcuchy, a przede wszystkim twarze: wykrzywione i zniekształcone niczym maski nienawiści i obłędu. Wyszedł z hali lotniska, zauważył postój taksówek i podszedł do pierwszej. - Wysiadaj, chłopcze - powiedział kierowca. - Słucham? - Nie wożę cholernych czarnuchów. George westchnął. Nie chciało mu się wysiadać. Miał ochotę posiedzieć w środku na znak protestu, nie lubił ułatwiać sprawy rasistom. Powierzono mu jednak zadanie do wykonania w Birmingham, a nie wykonałby go, gdyby trafił do więzienia. Wysiadł. Stanął i rozejrzał się. W następnym samochodzie siedział biały taksówkarz, George uznał więc, że zostałby potraktowany tak samo. Z okna czwartej taksówki wysunęła się ciemnobrązowa ręka i pomachała. Ruszył w tamtą stronę. - Zamknij drzwi! - wrzasnął pierwszy taksówkarz. George zawahał się, po czym odparł: - Nie zamykam drzwi cholernym segregacjonistom. Kwestia nie była dobra, lecz sprawiła mu odrobinę satysfakcji. Odszedł, zostawiwszy drzwi samochodu szeroko otwarte. Wsiadł do taksówki z czarnym kierowcą. - Wiem, dokąd chce pan jechać - rzekł mężczyzna. - Szesnasta Ulica, kościół Baptystów. Kościół ten stanowił siedzibę płomiennego kaznodziei Freda Shuttleswortha, założyciela Chrześcijańskiego Ruchu Alabamy na rzecz Praw Człowieka po tym, jak sąd

zakazał działalności umiarkowanej organizacji o nazwie Krajowe Stowarzyszenie na rzecz Awansu Ludności Kolorowej. Wygląda na to, pomyślał George, że każdy Murzyn wysiadający na lotnisku uważany jest za działacza ruchu praw obywatelskich. Jednakże George nie wybierał się do kościoła. - Proszę mnie zawieźć do motelu Gaston. - Znam Gaston - odparł taksówkarz. - Widziałem tam małego Steviego Wondera. To jedno skrzyżowanie od kościoła. Dzień był gorący, a taksówka nie miała klimatyzacji. George otworzył okno i strumień powietrza ochłodził jego spoconą skórę. Bobby Kennedy przysłał go z wiadomością dla Martina Luthera Kinga. Brzmiała ona mniej więcej tak: trzeba zaprzestać nacisków, wyciszyć i zakończyć protesty, sytuacja się zmienia. George miał przeczucie, że doktorowi Kingowi nie przypadnie to do gustu. Motel Gaston mieścił się w niskim nowoczesnym budynku. A.G. Gaston był górnikiem w kopalni węgla i stał się czołowym czarnym biznesmenem w Birmingham. George wiedział, że Gaston jest zaniepokojony tym, iż kampania Kinga wywołała napięcia w mieście, lecz mimo to udzielił mu poparcia. Taksówka wjechała na podwórze parkingowe. Martin Luther King zajmował pokój numer 30, jedyny apartament w motelu. Przed spotkaniem z nim George zjadł lunch z Vereną Marquand w pobliskiej restauracji Jockey Boy. Kiedy poprosił o średnio wysmażonego hamburgera, kelnerka spojrzała na niego, jakby mówił w obcym języku. Verena zamówiła sałatkę. W białych spodniach i czarnej bluzce wyglądała jeszcze bardziej ponętnie niż zwykle. George zastanawiał się, czy ma chłopaka. - Lądujesz coraz gorzej - powiedział do niej, kiedy czekali na zamówione dania. Najpierw Alabama, teraz Birmingham. Przyjedź do Waszyngtonu, bo inaczej utkniesz w mieście Bagienko w stanie Missisipi. - Drażnił się z nią, ale chodziło mu po głowie, że gdyby Verena przeprowadziła się do Waszyngtonu, mógłby zaprosić ją na randkę. - Wędruję tam, gdzie potrzebuje mnie organizacja - odparła poważnie. Podano lunch. - Dlaczego King postanowił wziąć na cel to miasto? - zapytał George, kiedy zaczęli jeść. - Komisarz bezpieczeństwa publicznego, czyli właściwie szef policji, jest zajadłym białym rasistą, nazywa się Eugene „Bull” Connor. - Widziałem to nazwisko w gazetach. - Przydomek mówi o nim właściwie wszystko. Jakby tego było mało, w Birmingham

Ku-Klux-Klan zapisał swoją najgorszą kartę. - Wiadomo dlaczego? - To miasto stali, a ta gałąź przemysłu upada. Dobrze płatne posady dla wykwalifikowanych pracowników zawsze były zarezerwowane dla białych, a czarni wykonywali te nisko płatne, takie jak sprzątanie. Teraz biali rozpaczliwie usiłują utrzymać dobrobyt i przywileje, czarni zaś domagają się sprawiedliwej puli. Była to zwięzła i jasna analiza, szacunek George’a dla Vereny odrobinę wzrósł. - Jak to się przejawia? - Członkowie klanu rzucają bomby domowej roboty na domy zamożnych Murzynów w mieszanych dzielnicach. Niektórzy nazywają to miasto Bombingham. Nie muszę mówić, że policja nigdy nikogo nie aresztowała, a FBI jakoś nie może się domyślić, czyje to dzieło. - Nic w tym dziwnego. J. Edgar Hoover nie potrafi również namierzyć mafii. Ale zna nazwisko każdego komunisty w Ameryce. - A jednak władza białych tutaj słabnie. Część mieszkańców zaczyna sobie uświadamiać, że miastu to nie pomaga. Bull Connor niedawno przegrał wybory na burmistrza. - Wiem. Pogląd Białego Domu jest taki, że Murzyni w Birmingham osiągną swoje cele w odpowiednim czasie, jeśli zachowają cierpliwość. - Doktor King uważa, że właśnie teraz jest odpowiednia chwila, by zwiększyć nacisk. - I jak to wychodzi? - Szczerze powiedziawszy, jesteśmy rozczarowani. Kiedy siadamy w restauracji przy barze, kelnerki gaszą światła i mówią, że zamykają lokal. - Sprytnie. W niektórych miastach tę samą metodę stosowano wobec uczestników Rajdu Wolności. Nie robiono szumu, tylko po prostu nas ignorowano. Jednak większość zwolenników segregacji nie potrafi się powstrzymać i na tym poprzestać. Dość szybko zabierali się do bicia. - Bull Connor nie chce nam wydać pozwolenia na demonstracje, więc marsze są nielegalne, a protestujących zwykle zamyka się w więzieniu. Ale są zbyt nieliczni, by trafić do ogólnokrajowych serwisów informacyjnych. - Więc może przyszedł czas na zmianę taktyki. Do kawiarni weszła młoda czarna kobieta i zbliżyła się do stolika Vereny i George’a. - Wielebny doktor King jest już wolny i może się z panem spotkać, panie Jakes. George i Verena zostawili niezjedzone dania. Doktorowi Kingowi nie wypadało kazać czekać, tak samo jak prezydentowi.

Wrócili do hotelu i weszli do apartamentu Kinga. Jak zawsze był ubrany w czarny garnitur, jakby upał nie robił mu wielkiej różnicy. George’a znów uderzyło to, że pastor jest taki niski, a jednocześnie przystojny. Tym razem zachowywał się z mniejszą czujnością, był bardziej otwarty. - Siadajcie, proszę - rzekł, wskazując kanapę. Przemawiał łagodnym tonem, nawet gdy wypowiadał ostre słowa. - Co takiego prokurator generalny ma mi do przekazania, skoro nie może tego powiedzieć przez telefon? - Chce, żeby rozważył pan opóźnienie kampanii tu, w Alabamie. - Jakoś mnie to nie zaskakuje. - Prokurator generalny popiera pańskie cele, ale jego zdaniem być może to nie jest właściwy czas na protesty. - A to dlaczego? - Bull Connor niedawno przegrał wyścig o fotel burmistrza z Albertem Boutwellem. Miasto ma nowe władze, Boutwell to reformator. - Niektórzy uważają, że jest tylko nieco bardziej dystyngowany od Connora. - Pastorze, może i ma pan rację, ale Bobby chce, by dał pan Boutwellowi szansę: niech pokaże, co sobą reprezentuje. - Rozumiem. Przesłanie brzmi więc: czekać. - Tak, proszę pana. King spojrzał na Verenę, jakby zapraszając ją do wygłoszenia komentarza, jednak dziewczyna milczała. - We wrześniu ubiegłego roku biznesmeni w Birmingham obiecali zdjąć ze swoich sklepów tabliczki z poniżającym napisem „Tylko dla białych” - rzekł po chwili King. W zamian za to Fred Shuttlesworth zgodził się na moratorium na demonstracje. My dotrzymaliśmy obietnicy, biznesmeni ją złamali. Tak jak wiele razy wcześniej, nasze nadzieje zostały zdruzgotane. - Przykro mi to słyszeć - odezwał się George. - Ale... King puścił to mimo uszu. - Bezpośrednia pokojowa akcja ma stworzyć napięcie, poczucie kryzysu i zmusić społeczność do zmierzenia się z problemem i otwarcia drzwi dla szczerych negocjacji. Prosisz mnie, żebym dał Boutwellowi czas na pokazanie prawdziwej twarzy. Boutwell może i jest mniejszym brutalem niż Connor, ale stoi po stronie zwolenników segregacji i chce utrzymać status quo. Trzeba go szturchnąć, żeby podjął działanie. Argumentacja była przekonująca i George nawet nie mógł udawać, że się nie zgadza.

Szanse na to, że nakłoni Kinga do zmiany zdania, raptownie topniały. - Nigdy nie uzyskaliśmy niczego w kwestii praw obywatelskich bez wywierania presji - ciągnął gospodarz. - George, jeśli mam być szczery, zdaniem ludzi takich jak Robert Kennedy jeszcze się nie zdarzyło, byśmy rozpoczęli kampanię „we właściwym czasie”. Od lat słyszę: Czekaj. To słowo brzęczy mi w uszach. Ale to „Czekaj” zawsze znaczy „Nigdy”. Czekaliśmy na swoje prawa trzysta czterdzieści lat. Kraje afrykańskie mkną ku niepodległości z prędkością odrzutowców, a my czołgamy się jak gąsienice, żeby wywalczyć sobie prawo do tego, by podano nam kawę przy barze. George uprzytomnił sobie, że słyszy próbę kazania, lecz mimo to był jak urzeczony. Nie miał już żadnej nadziei na to, że spełni misję wyznaczoną mu przez szefa. - Wielką przeszkodą, która stoi na naszej drodze do wolności, nie jest biały burmistrz ani członek Ku-Klux-Klanu. Jest nim biały o umiarkowanych poglądach, bardziej przywiązany do porządku niż do sprawiedliwości, który tak jak Bobby Kennedy stale powtarza: „Popieram cel, do którego dążycie, ale nie mogę pochwalać waszych metod”. Jego paternalizm każe mu wierzyć, że to właśnie on może ustalać harmonogram wolności drugiego człowieka. George poczuł wstyd, że jest wysłannikiem Bobby’ego. - To pokolenie będzie musiało żałować nie tylko słów nienawiści i uczynków złych ludzi, lecz także przerażającego milczenia tych porządnych - mówił King, a George walczył ze łzami. - Na słuszne działania czas jest zawsze odpowiedni. „Niech sprawiedliwość toczy się jak wody, a prawość jak wieczny strumień”, rzekł prorok Amos. Przekaż to Robertowi Kennedy’emu, George. - Tak jest, proszę pana.

Po powrocie do Waszyngtonu George zadzwonił do Cindy Bell, dziewczyny, którą podsunęła mu matka, i zaprosił ją na randkę. - Czemu nie? - odpowiedziała Cindy. Miała to być jego pierwsza randka od czasu, gdy rzucił Norine Latimer w próżnej nadziei na romans z Marią Summers. Nazajutrz, w sobotę wieczorem, pojechał do niej taksówką. Nadal mieszkała z rodzicami w małym domku, jednym z tych, w których mieszkali członkowie klasy robotniczej. Drzwi otworzył ojciec. Miał krzaczastą brodę. George pomyślał, że kucharz nie musi dbać o schludny wygląd.

- Miło mi cię poznać, George - rzekł. - Twoja matka to jedna z najwspanialszych osób, jakie znam. Mam nadzieję, że nie weźmiesz mi za złe, że odzywam się w tak osobistym tonie. - Dziękuję, panie Bell. Podzielam pana zdanie. - Wejdź, Cindy jest już prawie gotowa. George zauważył mały krzyż na ścianie w przedpokoju i przypomniał sobie, że Bellowie są katolikami. Jako nastolatek słyszał opinie, że dziewczęta tego wyznania są najgorętsze. Cindy ukazała się ubrana w ciasny sweter i krótką spódnicę. Jej ojciec skrzywił się nieco, ale nic nie powiedział. George powstrzymał uśmiech, który cisnął mu się na usta. Cindy miała ładne krągłości i nie zamierzała ich ukrywać. Między jej pysznymi piersiami wisiał mały srebrny krzyżyk - może dla ochrony? George dał dziewczynie małą bombonierkę przewiązaną niebieską wstążką. Na widok taksówki uniosła brwi. - Zamierzam kupić samochód - oznajmił George. - Po prostu nie było czasu. - Ojciec podziwia twoją matkę za to, że wychowała cię sama - powiedziała Cindy, kiedy jechali śródmieściem. - I że tak świetnie się w tym spisała. - Pożyczają sobie nawzajem książki - zauważył George. - Twojej mamie to nie przeszkadza? Cindy zaśmiała się. Sama myśl o zazdrości w pokoleniu rodziców wydawała się komiczna. - Bystry jesteś. Mama wie, że nic więcej się nie dzieje, ale mimo to jest czujna. George cieszył się, że ją zaprosił. Była inteligentna i miała w sobie ciepło. Przyszło mu na myśl, że przyjemnie byłoby ją pocałować. Wspomnienie Marii zblakło w jego pamięci. Poszli do włoskiej restauracji. Cindy wyznała, że uwielbia wszelkiego rodzaju makarony. Zamówili tagliatelle z pieczarkami oraz eskalopki cielęce w sosie sherry. Cindy skończyła

Uniwersytet

Georgetown,

ale

pracowała

jako

sekretarka

u czarnoskórego agenta ubezpieczeniowego. - Zatrudnia się dziewczęta jako sekretarki, nawet te po studiach. Chciałabym pracować w administracji rządowej. Wiem, że ludzie uważają to za nudziarstwo, ale Waszyngton rządzi całym krajem. Niestety, agendy rządowe zazwyczaj dają ważne stanowiska białym. - To prawda. - A jak ty się wkręciłaś? - Bobby Kennedy chciał mieć czarną facjatę w zespole, żeby się uwiarygodnić w kwestii praw obywatelskich.

- Więc jesteś symbolem. - Owszem, z początku byłem. Teraz jest już lepiej. Po obiedzie poszli do kina, by obejrzeć Tippi Hedren i Roda Taylora w najnowszym filmie Alfreda Hitchcocka Ptaki. Podczas strasznych scen Cindy trzymała się George’a w sposób, który bardzo przypadł mu do gustu. Wychodząc, toczyli przyjazną dysputę o zakończenie filmu. Cindy się nie spodobało. - Jestem rozczarowana! Chciałam poznać wytłumaczenie. George wzruszył ramionami. - Nie wszystko w życiu ma wytłumaczenie. - Tak, ale czasem po prostu go nie znamy. Poszli do baru hotelu Fairfax na wieczornego drinka. George wziął szkocką, a Cindy daiquiri. Jego uwagę przykuł srebrny krzyżyk. - Czy to tylko ozdoba, czy coś więcej? - Coś więcej - odrzekła Cindy. - Dzięki niemu czuję się bezpieczna. - Bezpieczna...? Chroni cię przed czymś konkretnym? - Nie, to takie ogólne zabezpieczenie. George podchodził do tego sceptycznie. - Nie wierzysz w to. - Dlaczego nie? - Mm... Nie chcę cię urazić, jeśli mówisz szczerze, ale mnie to wygląda na przesąd. - Myślałam, że jesteś religijny. Chodzisz do kościoła, prawda? - Chodzę z mamą, bo to dla niej ważne, a ja ją kocham. Śpiewam psalmy, żeby zrobić jej przyjemność, słucham modlitw i kazań, i wszystko to brzmi dla mnie jak... czary-mary. - Nie wierzysz w Boga? - Myślę, że prawdopodobnie istnieje we wszechświecie jakaś nadrzędna inteligencja, istota ustalająca zasady, takie jak E równa się mc do kwadratu albo wartość liczby pi. Ale istocie tej nie zależy na tym, czy śpiewamy psalmy albo się modlimy, wątpię, czy jej postanowienia można zmienić za pomocą modlitwy do posągu Matki Boskiej, i nie wierzę, że załatwi ci szczególne traktowanie z powodu tego, co nosisz na szyi. - Och. George widział, że zaszokował dziewczynę. Uświadomił sobie, że przedstawiał argumenty tak, jakby uczestniczył w naradzie w Białym Domu, podczas której podejmuje się zbyt ważne kwestie, by przejmować się czyimiś uczuciami. - Chyba nie powinienem mówić tak bezpośrednio. Uraziłem cię?

- Nie - odparła. - Cieszę się, że mi powiedziałeś. - Dopiła drinka. George położył pieniądze na barze i zszedł ze stołka. - Miło mi było z tobą rozmawiać. - Przyjemny film, choć zakończenie rozczarowuje. To było podsumowanie wieczoru. Cindy była miła i atrakcyjna, lecz George nie wyobrażał sobie, by mógł się zakochać w kobiecie, której poglądy na temat wszechświata tak bardzo różniły się od jego przekonań. Wyszli i wsiedli do taksówki. W drodze powrotnej George uprzytomnił sobie, że w głębi serca nie żałuje, iż randka się nie udała. Jeszcze nie całkiem przestał myśleć o Marii i nie wiedział, ile czasu to potrwa. Kiedy dojechali do domu Cindy, pocałowała go w policzek i powiedziała: - Dziękuję za uroczy wieczór. - Potem wysiadła z samochodu. Nazajutrz Robert Kennedy znów wysłał George’a do Alabamy.

George i Verena stali w parku Kelly Ingram w samym sercu czarnego Birmingham. Było południe, piątek, trzeciego maja 1963 roku. Po przeciwnej stronie jezdni stał kościół Baptystów przy Szesnastej Ulicy, wspaniała budowla w stylu bizantyjskim zaprojektowana przez czarnego architekta. W parku zgromadzili się aktywiści ruchu praw obywatelskich, przechodnie i zaniepokojeni rodzice. Z wnętrza kościoła dobiegała pieśń Ain’t Gonna Let Nobody Turn Me Round. Tysiąc czarnoskórych uczniów szkół średnich przygotowywało się do marszu. Od wschodniej strony alejki prowadzące do śródmieścia były zablokowane przez policję. Bull Connor zarządził, by uczestników pochodu zabrano do aresztu szkolnymi autobusami, a tych, którzy odważyliby się odmówić, miano szczuć psami. Policjantów wspierali strażacy z wężami. Wśród policjantów i strażaków nie było ani jednego kolorowego. Aktywiści praw obywatelskich zawsze w należyty sposób wnioskowali o pozwolenie na marsz. I za każdym razem im odmawiano. Kiedy mimo to maszerowali, aresztowano ich i zamykano w więzieniach. W wyniku tego większość Murzynów w Birmingham niechętnie przyłączała się do demonstracji, pozwalając tym samym białym władzom miasta twierdzić, że ruch Martina Luthera Kinga ma niewielkie poparcie. On sam trafił do więzienia dokładnie przed trzema tygodniami, w Wielki Czwartek.

George dziwił się grubiaństwu zwolenników segregacji - czyżby nie wiedzieli, kogo uwięziono w Wielki Czwartek? Kinga zamknięto w pojedynczej celi, powodem tego mogła być wyłącznie złośliwość. Jednak sprawa prawie w ogóle nie została nagłośniona w prasie. To, że Murzyn został źle potraktowany za domaganie się swoich praw, nie było w Ameryce żadną nowością. Biali duchowni skrytykowali go w liście, który zyskał rozgłos. King napisał z więzienia odpowiedź przesyconą miażdżącym dla przeciwników przywiązaniem do prawa i praworządności. Nie wydrukowała jej żadna gazeta, choć to mogło się jeszcze zmienić. Ogólnie rzecz biorąc, kampania wzbudzała niewielkie zainteresowanie. Czarnoskóre nastolatki w Birmingham głośno domagały się prawa do uczestnictwa w demonstracji i w końcu King się zgodził, ale nic się nie zmieniło: Bull Connor zamknął w więzieniu dzieci w wieku szkolnym. Nikt się tym nie przejął. Dochodzące z wnętrza kościoła pieśni religijne przyprawiały o dreszcz, lecz to niewiele znaczyło. Kampania Martina Luthera Kinga w Birmingham zmierzała donikąd, podobnie jak życie uczuciowe George’a. Przyglądał się strażakom ustawionym na wschód od parku. Wyposażono ich w nowy oręż. Składał się z końcówki, do której biegły dwa węże. Dzięki temu sikawka prawdopodobnie miała ogromną siłę. Była zamocowana na trójnogu, co wskazywało na to, że mężczyzna nie zdoła jej utrzymać. George ucieszył się, że jest tylko obserwatorem i nie weźmie udziału w demonstracji. Podejrzewał, że za pomocą takiej sikawki można nie tylko zmoczyć człowieka wodą. Drzwi kościoła otworzyły się i przez potrójny łuk wyszła, śpiewając, grupa młodzieży ubranej w najlepsze niedzielne rzeczy. Schodzili długimi szerokimi schodami ku ulicy. Było ich około sześćdziesięciu, lecz stanowili zaledwie forpocztę; w środku czekały na swoją kolej setki innych. W większości byli to uczniowie ostatnich klas szkół średnich, znalazła się także garść młodszych dzieci. George i Verena podążali za nimi w pewnej odległości. Ludzie zebrani w parku wznosili okrzyki zachęty i klaskali, gdy pochód zmierzał Szesnastą Ulicą, mijając sklepy i siedziby firm należące w większości do czarnych. Skręcili Piątą Aleją na wschód i dotarli do Siedemnastej, gdzie czekały policyjne barykady. - Rozejść się, zejść z ulicy - odezwał się przez megafon kapitan policji i wskazał stojących za nim strażaków. - Bo inaczej zrobi się mokro. Podczas wcześniejszych protestów policja jedynie zapędzała demonstrantów do policyjnych samochodów i autobusów i zawoziła do więzień. Te jednak były już zapełnione,

Bull Connor dążył więc do ograniczenia liczby aresztowań, wolał zmusić uczestników pochodu, by poszli do domów. Oni jednak nie mieli najmniejszego zamiaru tego uczynić. Sześćdziesięcioro młodych stanęło na jezdni naprzeciwko szeregu białych przedstawicieli władzy i śpiewało na cały głos. Kapitan policji dał znak strażakom, a ci odkręcili wodę. George zauważył, że uruchamiają zwyczajne sikawki, a nie armatkę wodną na trójnogu. Mimo to woda zmusiła większość demonstrantów do cofnięcia się, gapie rozbiegli się po parku i pochowali w bramach. - Opuścić teren! Opuścić teren! - powtarzał kapitan przez megafon. Większość maszerujących się wycofała, ale nie wszyscy. Dziesięciu usiadło na ziemi. Byli już całkowicie przemoczeni wodą i wciąż śpiewali. Właśnie wtedy strażacy uruchomili armatkę. Efekt był natychmiastowy. Zamiast strumieni wody, nieprzyjemnych, lecz niegroźnych, siedzących uczniów trafiło potężne uderzenie. Zostali rzuceni na ziemię i zaczęli krzyczeć z bólu. Śpiewy zamieniły się w okrzyki przerażenia. Była wśród nich dziewczynka o drobnej posturze. Strumień wody oderwał ją od ziemi i rzucił w tył. Potoczyła się po jezdni niczym liść. Jej ręce i nogi bezradnie machały w powietrzu. Gapie zaczęli krzyczeć i przeklinać. George zaklął i wybiegł na ulicę. Strażacy bezlitośnie kierowali armatkę na dziecko, żeby nie mogło uciec przed jej siłą. Usiłowali ją zmyć jak kawałek śmiecia. George wyprzedził innych mężczyzn spieszących na ratunek, stanął między nią i armatką wodną i odwrócił się plecami. Poczuł się tak, jakby ktoś raz za razem wymierzał mu bolesne ciosy. Strumień rzucił go na kolana. Jednak dziewczynka zyskała ochronę, zerwała się na nogi i pomknęła w stronę parku. Ale wtedy strażacy skierowali na nią wodę i znów się przewróciła. George’a przepełniał gniew. Strażacy zachowywali się jak ogary powalające młodą sarnę. Gapie protestowali głośnymi okrzykami. Dogonił dziewczynkę i znów ją zasłonił. Tym razem był przygotowany na uderzenie wody i zdołał utrzymać równowagę. Uklęknął i podniósł małą. Jej różowa sukienka do kościoła była cała mokra. Zataczając się, zmierzał w stronę chodnika. Strażacy dalej usiłowali go obalić, lecz ustał i dotarł na drugą stronę zaparkowanego samochodu. Postawił dziewczynkę na nogach. Krzyczała ze strachu. - Już dobrze, nic ci nie grozi - uspokajał ją, lecz nie dała się pocieszyć. Podbiegła

jakaś zapłakana kobieta i mała się do niej przytuliła. George domyślił się, że to jej matka. Wzięła ją na ręce i odeszła. George był posiniaczony i przemoczony. Odwrócił się, by zorientować się w sytuacji. Wszyscy uczestnicy marszu zostali przeszkoleni w prowadzeniu protestów bez przemocy, lecz gapie nie. Teraz rewanżowali się, rzucając w strażaków kamieniami. Demonstracja zamieniała się w zamieszki. Nigdzie nie widział Vereny. Policjanci i strażacy sunęli Piątą Aleją, starając się rozproszyć tłum, ale spowalniał ich grad kamieni. Niektórzy mężczyźni weszli do budynków po południowej stronie ulicy i bombardowali funkcjonariuszy z okien górnych kamieniami, butelkami i śmieciami. George pospiesznie usunął się od centrum zamieszek i zatrzymał się na rogu ulicy przed restauracją Jockey Boy. Stała tam nieliczna grupka dziennikarzy i gapiów, zarówno czarnych, jak i białych. Spojrzawszy na północ, zobaczył młodych uczestników marszu, którzy wychodzili z kościoła i różnymi drogami kierowali się na południe, by uniknąć aktów przemocy. Utrudniali tym samym działanie Connorowi, który musiał rozdzielić swoje siły. Komisarz bezpieczeństwa publicznego postanowił wykorzystać psy. Wyskoczyły z policyjnych furgonetek z obnażonymi kłami, warcząc i napinając skórzane smycze. Ich przewodnicy prezentowali się równie zaciekle: byli to tędzy biali mężczyźni w policyjnych czapkach i ciemnych okularach. I ludzie, i zwierzęta wyglądali jak bestie rwące się do ataku. Policjanci z psami popędzili ławą. Demonstranci i gapie usiłowali uciekać, lecz tworzyli zbity tłum i wielu trudno było się wydostać. Podniecone psy ujadały i gryzły, tocząc krew z nóg i rąk. Niektórzy ścigani przez policjantów ratowali się ucieczką uliczkami czarnej dzielnicy. Inni szukali schronienia w kościele. George zauważył, że spod potrójnego łuku nie wychodzą kolejni uczestnicy marszu, demonstracja się zakończyła. Jednak policji to nie zadowoliło. Obok George’a jakby znikąd pojawiły się psy. Jeden capnął wysokiego młodego Murzyna, na którego George zwrócił uwagę, gdyż ten miał na sobie drogi kardigan. Chłopak był mniej więcej w wieku piętnastu lat i nie uczestniczył w demonstracji, tylko stał i patrzył. Mimo to gliniarz pchnął go, a pies skoczył i zatopił zęby w jego tułowiu. Nastolatek wrzasnął ze strachu i bólu. Jeden z dziennikarzy pstryknął zdjęcie. George chciał interweniować, lecz policjant odciągnął psa, a potem aresztował

chłopca za uczestnictwo w niedozwolonym marszu. George zauważył białego mężczyznę z wielkim brzuchem, który obserwował aresztowanie. Miał na sobie koszulę, lecz był bez marynarki. Rozpoznał Bulla Connora, ponieważ widywał go na zdjęciach w gazetach. - Szkoda, że nie wziąłeś na akcję gorszego psa - odezwał się Connor do oficera. George miał ochotę wdać się z nim w spór. Connor był komisarzem bezpieczeństwa publicznego, lecz zachowywał się jak uliczny bandzior. Uświadomił sobie, że i jemu grozi aresztowanie, tym bardziej że jego elegancki garnitur był cały mokry. Bobby Kennedy nie byłby zadowolony, gdyby podwładny wylądował za kratkami. Z wysiłkiem zdławił gniew, zagryzł wargi, odwrócił się i szybkim krokiem pomaszerował do hotelu. Na szczęście miał w walizce zapasową parę spodni. Wziął prysznic, przebrał się w suche spodnie i dał garnitur do pralni. Zadzwonił do Departamentu Sprawiedliwości i podyktował sekretarce sprawozdanie z wydarzeń przeznaczone dla Roberta Kennedy’ego. Raport był suchy i pozbawiony emocji, George pominął fakt, że został potraktowany strumieniem wody z armatki. Zastał Verenę w hotelowym holu. Uniknęła obrażeń, lecz była wstrząśnięta. - Mogą nam zrobić wszystko, co im się podoba! - oznajmiła z nutką histerii w głosie. George miał takie samo odczucie, lecz wydarzenia, których byli świadkami, bardziej ją dotknęły. Nie brała udziału w Rajdzie Wolności i domyślał się, że dziewczyna po raz pierwszy ujrzała na własne oczy tak gwałtowny wybuch nienawiści rasowej. - Postawię ci drinka - zaproponował i poszli do baru. Niemal całą następną godzinę przegadali. George przeważnie słuchał, od czasu do czasu rzucał słowo współczucia lub pokrzepienia. Pomógł Verenie wziąć się w garść, bo zachowywał spokój. W ten sposób zdołał zapanować także nad swoimi rozpalonymi emocjami. Potem zjedli obiad w hotelowej restauracji. Ściemniało się, kiedy weszli na górę. - Przyjdziesz do mojego pokoju? - spytała Verena w korytarzu. George się zdziwił. To nie był romantyczny ani zmysłowy wieczór, on zaś nie uważał spotkania za randkę. Byli po prostu dwojgiem aktywistów społecznych, którzy dzielili się odczuciami. Dostrzegła jego zawahanie. - Chciałabym tylko, żeby ktoś mnie przytulił. Może tak być?

Niezupełnie to rozumiał, ale skinął głową. Mignął mu w myślach obraz Marii, lecz szybko go odsunął. Był już najwyższy czas, by o niej zapomnieć. Kiedy znaleźli się w pokoju, Verena zamknęła drzwi i objęła go. Przygarnął ją do siebie i pocałował w czoło. Odwróciła głowę i oparła policzek na jego ramieniu. No dobrze, pomyślał, chcesz się przytulać, ale nie całować. Postanowił po prostu podążać za jej wskazówkami. Będzie robił to, co zechce Verena, nie miał nic przeciwko temu. - Nie chcę spać sama - rzekła po dłuższej chwili. - Dobrze - odparł neutralnym tonem. - Możemy się tylko przytulać? - Tak - zgodził się George, choć nie wierzył, że tak właśnie będzie. Wysunęła się z jego objęć, a później szybko zdjęła buty i ściągnęła sukienkę przez głowę. Nosiła biały stanik i figi. Patrzył na jej nieskazitelną kremową skórę. Kilka sekund później zdjęła bieliznę. Miała płaskie jędrne piersi z maleńkimi sutkami. Jej włosy łonowe miały rudawe zabarwienie. Była z całą pewnością najpiękniejszą kobietą, jaką widział nagą. Wszystko to ocenił jednym spojrzeniem, gdyż Verena momentalnie weszła do łóżka. Odwrócił się i zdjął koszulę. - Twoje plecy! - powiedziała. - O Boże, wyglądają strasznie! George był obolały po uderzeniu strumienia wody z armatki, lecz nie przyszło mu na myśl, że będzie to widać. Stanął tyłem do lustra i spojrzał przez ramię. Verena miała rację: jego skórę pokrywało mnóstwo purpurowych sińców. Powoli zdjął buty i skarpety. Miał wzwód i liczył na to, że opadnie, lecz na próżno. Nie mógł się powstrzymać. Wstał, zdjął spodnie i szorty, a później pospieszenie wszedł do łóżka. Objęli się. Uniesiony członek George’a naciskał na brzuch Vereny, ona jednak nie reagowała. Jej włosy łaskotały go w szyję, piersi przyciskały się do jego tułowia. Był pobudzony do szaleństwa, ale instynkt kazał mu leżeć nieruchomo. Verena zaczęła płakać. Z początku wydawała ciche jękliwe odgłosy, a on nie wiedział, czy oznaczają odruchy seksualne. Potem poczuł łzy dziewczyny na piersi, jej ciałem wstrząsnął szloch. Poklepał ją po plecach w pierwotnym geście pocieszenia. W pewnym sensie podziwiał się za to, co robi. Leżał nago w łóżku z piękną kobietą i mógł jedynie klepać ją po plecach. Jednak po głębszym zastanowieniu doszedł do wniosku, że ma to sens. Miał niejasne, lecz pewne poczucie, że dają sobie pociechę, która jest silniejsza od seksu. Oboje opanowała silna emocja, jednak George nie potrafił nadać jej konkretnej

nazwy. Szlochanie Vereny stopniowo się uspokoiło. Po jakimś czasie jej ciało się rozluźniło, oddech stał się równy i płytki. Zapadła w sen. Wzwód George’a opadł. Zamknąwszy oczy, skupił się na cieple ciała Vereny i delikatnym kobiecym zapachu, który unosił się z jej skóry i włosów. Był pewien, że nie zaśnie, trzymając taką dziewczynę w ramionach. A jednak zasnął. Kiedy obudził się rano, już jej nie było.

W sobotę Maria Summers poszła do pracy w pesymistycznym nastroju. Kiedy Martin Luther King przebywał w więzieniu w Alabamie, Komisja Praw Obywatelskich wydała zatrważający raport o traktowaniu Murzynów w Missisipi. Jednak administracja

Kennedy’ego

sprytnie

go

podważyła.

Prawnik

z Departamentu

Sprawiedliwości, niejaki Burke Marshall, wyraził zastrzeżenia wobec przedstawionych faktów, a szef Marii Pierre Salinger ocenił postulaty raportu jako ekstremistyczne. W ten sposób udało się wyprowadzić w pole amerykańskich dziennikarzy. Ster władzy trzymał mężczyzna, którego Maria kochała. Prezydent Kennedy miał dobre serce, wierzyła w to, lecz jego wzrok był zawsze skierowany na następne wybory. Uzyskał dobry wynik w ostatnich wyborach uzupełniających: rozegrał na chłodno kubański kryzys atomowy, zdobywając tym popularność, i dzięki temu udało się uniknąć klęski w starciu z republikanami. Teraz jednak martwił się przyszłoroczną batalią o ponowny wybór na urząd prezydenta. Nie lubił zwolenników segregacji z Południa, lecz nie zamierzał się poświęcać w walce przeciwko nim. Kampania praw obywatelskich zamierała. Brat Marii miał czworo dzieci, które bardzo lubiła. One i przyszłe dzieci Marii po osiągnięciu dojrzałości będą Amerykanami drugiej kategorii. Jeśli wybiorą się na Południe, trudno im będzie znaleźć hotel, który je przyjmie. Jeśli pójdą do kościoła dla białych, zostaną odprawione, a jeśli trafią na pastora o liberalnych poglądach, powie im, by skierowały się do specjalnej oddzielonej sznurem części dla Murzynów. Na publicznych toaletach zobaczą napis „Tylko dla białych” oraz inny, „Dla kolorowych”, który wskaże im drogę do kubła gdzieś na tyłach. Będą pytały, dlaczego w telewizji nie ma czarnych, a ich rodzice nie będą umieli im na to odpowiedzieć. Weszła do biura i zobaczyła tytuły gazet.

Na pierwszej stronie „New York Timesa” było zdjęcie z Birmingham, na jego widok Maria aż otworzyła usta z przerażenia. Przedstawiało białego policjanta z rozjuszonym owczarkiem niemieckim. Pies gryzł niegroźnie wyglądającego czarnoskórego nastolatka, którego policjant trzymał za sweter. Gliniarz obnażał zęby w uśmiechu, z którego biła czysta nienawiść; wyglądał, jakby sam chciał ugryźć ofiarę. Nelly Fordham usłyszała westchnienie Marii i oderwała wzrok od „Washington Post”. - Okropne, co? To samo zdjęcie trafiło na okładki wielu amerykańskich, a także zagranicznych gazet. Maria usiadła i zaczęła czytać. Z przebłyskiem nadziei zauważyła, że zmienił się ton komentarzy. Dziennikarze nie mogli dłużej obwiniać Martina Luthera Kinga, twierdzić, że jego kampania prowadzona jest w niewłaściwym czasie i że Murzyni powinni okazać cierpliwość. Narracja uległa zmianie w toku tajemniczego, niepowstrzymanego procesu relacji medialnych, który Maria poznała i który budził zarówno respekt, jak i lęk. Doszła do wniosku, że południowcy posunęli się za daleko, i ucieszyła się jeszcze bardziej. Dziennikarze pisali o aktach przemocy wobec dzieci na ulicach Ameryki. Nadal cytowano ludzi oskarżających Kinga i jego agitatorów, lecz przyjęty przez zwolenników segregacji rasowej ton pewności siebie i lekceważenia ustąpił miejsca rozpaczliwym zaprzeczeniom. Czy to możliwe, by jedno zdjęcie zmieniło wszystko? Do pokoju wszedł Salinger. - Słuchajcie

wszyscy.

Prezydent

przeglądał

rano

gazety,

zobaczył

zdjęcie

z Birmingham i ogarnęły go mdłości. Chce, żeby prasa się o tym dowiedziała. To nie jest formalne oświadczenie, lecz wiadomość nieoficjalna. Kluczowe słowo to „mdłości”. Zajmijcie się tym od razu, proszę. Maria spojrzała na Nelly i obie uniosły brwi. A więc zmiana. Podniosła słuchawkę.

W poniedziałek rano George poruszał się jak starzec, ostrożnie, by zminimalizować szarpnięcia bólu. Armatka wodna wykorzystywana przez straż pożarną w Birmingham wyrzucała wodę pod ciśnieniem niemal siedmiu kilogramów na centymetr kwadratowy, tak podawała prasa, i George czuł każdy kilogram na każdym centymetrze kwadratowym pleców. Nie jego jedynego dręczył ból owego poranka. Poturbowano setki demonstrantów. Niektórzy zostali tak mocno pogryzieni przez psy, że musiano im założyć szwy. Tysiące dzieci w wieku szkolnym nadal siedziało w więzieniach.

George modlił się, by ich cierpienie nie poszło na marne. Pojawiła się nadzieja. Zamożni biali biznesmeni z Birmingham chcieli zakończenia konfliktu. Nikt nie robił zakupów: czarni ogłosili bojkot sklepów w śródmieściu, a jego skutki spotęgowała obawa białych przed tym, by nie znaleźć się w środku zamieszek. Nawet zatwardziali właściciele stalowni i fabryk czuli, że ich interesy cierpią z powodu opinii miasta jako światowej stolicy rasistowskiej przemocy. Biały Dom zaś był wściekły z powodu powtarzających się tytułów na pierwszych stronach światowych gazet. Zagraniczni dziennikarze uważali za oczywiste, że Murzyni mają prawo do sprawiedliwości i demokracji, i nie mogli pojąć, dlaczego prezydent Stanów Zjednoczonych nie potrafi wyegzekwować prawa w swoim kraju. Robert Kennedy przysłał Burke’a Marshalla do Birmingham, by ten zawarł układ z czołowymi obywatelami miasta. Asystował mu Dennis Wilson. George nie darzył zaufaniem żadnego z nich. Marshall osłabił wymowę raportu Komisji Praw Obywatelskich, wysuwając zastrzeżenia prawne, Dennis zaś zawsze był zazdrosny o George’a. Biała elita Birmingham nie chciała negocjować bezpośrednio z Martinem Lutherem Kingiem, toteż Dennis i George musieli wystąpić w roli pośredników. Kinga reprezentowała Verena. Burke Marshall starał się nakłonić pastora do odwołania poniedziałkowej demonstracji. - Mamy zmniejszyć nacisk właśnie teraz, kiedy uzyskujemy przewagę? - spytała Verena, spoglądając z niedowierzaniem na Dennisa Wilsona. Znajdowali się w eleganckim holu motelu Gaston. George przytaknął jej skinieniem głowy. - Magistrat w tej chwili nie może nic zrobić - odparł Dennis. Władze miasta zmagały się z innym, lecz związanym z poruszaną kwestią problemem: Bull Connor zakwestionował od strony prawnej wybory, które przegrał, tak więc dwóch ludzi rościło sobie prawo do stanowiska burmistrza. - A więc są podzieleni i osłabieni, to świetnie! - oznajmiła Verena. - Jeśli poczekamy, aż rozstrzygną wątpliwości, wrócą wzmocnieni i bardziej zdeterminowani. Czy wy w Białym Domu nie znacie politycznego abecadła? Dennis udawał, że aktywiści praw obywatelskich wysuwają mętne żądania. To także rozzłościło Verenę. - Mamy cztery proste postulaty. Po pierwsze: niezwłoczne zakończenie segregacji w lokalach gastronomicznych, toaletach, przy wodotryskach i we wszystkich sklepach. Po drugie: zaprzestanie dyskryminacji przy zatrudnianiu i awansowaniu czarnych pracowników

w sklepach. Po trzecie: wszyscy uczestnicy demonstracji mają być wypuszczeni z więzień, a zarzuty wycofane. Po czwarte: należy powołać międzyrasową komisję, która zajmie się kwestią zakończenia segregacji w policji, szkołach, parkach, kinach i hotelach. - Zmierzyła ostrym wzrokiem Dennisa. - Co w tym jest niejasne? King prosił o zmiany, które powinny być oczywistością, a mimo to dla białych było to zbyt wiele. Wieczorem Dennis wrócił do motelu i przedstawił George’owi i Verenie kontrpropozycje. Sklepikarze byli gotowi od razu zakończyć segregację w przymierzalniach, a w innych częściach sklepów z opóźnieniem. Pięciu lub sześciu czarnych pracowników miało dostać awansy na stanowiska „z krawatem”, gdy tylko zakończą się demonstracje. Biznesmeni nie mogli nic poradzić w kwestii uwięzionych, gdyż była to sprawa sądów. Co do segregacji w szkołach i innych instytucjach publicznych należało się zwrócić do burmistrza i rady miasta. George się ucieszył. Biali po raz pierwszy zgodzili się negocjować! Jednak Verena odrzuciła ofertę. - To nic nie znaczy. W sklepach nie każe się kobietom korzystać z jednej przymierzalni, więc trudno tam mówić o segregacji. A w Birmingham jest więcej niż pięciu czarnych mężczyzn zdolnych do noszenia krawata. Co do innych... - Twierdzą, że nie mają możliwości, by cofnąć decyzję sądu lub zmienić prawo. - Jest pan aż tak naiwny? - odparowała Verena. - W tym mieście sąd i władze miasta robią to, co każą im biznesmeni. Robert Kennedy polecił George’owi sporządzić listę najbardziej wpływowych białych biznesmenów w mieście wraz z numerami ich telefonów. Prezydent zamierzał osobiście do nich zadzwonić i oznajmić, że potrzebny jest kompromis. George dostrzegał także inne krzepiące sygnały. Podczas masowych wieców w kościołach w Birmingham w poniedziałek wieczorem zgromadzono czterdzieści tysięcy dolarów na prowadzenie kampanii. Współpracownicy Kinga spędzili na ich przeliczaniu większą część nocy w pokoju motelowym wynajętym specjalnie do tego celu. Jeszcze większe sumy napływały pocztą. Ruch praw obywatelskich przeważnie miał tylko tyle funduszy, że ledwo wystarczało na przetrwanie, jednak postępowanie Connora i jego psów sprawiło, iż pękł worek z pieniędzmi. Verena i inni współpracownicy Kinga zebrali się na naradę w pokoju jego apartamentu. Zastanawiali się, w jaki sposób podtrzymać presję. George nie został zaproszony. I dobrze. Wolał nie wiedzieć pewnych rzeczy, bo później czułby się zobowiązany przekazać je Bobby’emu.

Rano włożył garnitur i udał się na dół, by wysłuchać konferencji prasowej Kinga wyznaczonej na dziesiątą. Na motelowym dziedzińcu tłoczyło się ponad stu dziennikarzy z całego świata, spoconych od gorącego słońca Alabamy. Kampania doktora Kinga stanowiła gorącą wiadomość - to także była zasługa Connora. - Wypadki ostatnich kilku dni w Birmingham świadczą o dojrzewaniu obywatelskiego ruchu protestu bez przemocy - oznajmił King. - Oto spełnienie moich marzeń. George nigdzie nie dostrzegł Vereny i nabrał podejrzeń, że prawdziwe wydarzenia toczą się gdzie indziej. Opuścił motel i poszedł do kościoła. Nie znalazł Vereny, lecz zauważył

dzieci

wychodzące

z podziemia

kościoła

i wsiadające

do

samochodów

zaparkowanych przy Piątej Alei. Pilnujący ich dorośli zachowywali się z wymuszoną beztroską. Wpadł na Dennisa Wilsona, który znał najnowsze informacje. - Komitet Starszych Obywateli organizuje spotkanie w izbie handlowej. Do George’a doszły słuchy o tym nieformalnym zgromadzeniu, któremu nadano przydomek Wielkich Mułów. W jego skład wchodzili ludzie dzierżący realną władzę w mieście. Jeśli oni wpadli w panikę, zmiana musi nastąpić. - Co planuje organizacja Kinga? - zapytał Dennis. George ucieszył się, że nie wie. - Nie zaproszono mnie na naradę, ale coś wykombinowali. Rozstał się z Dennisem i ruszył w stronę śródmieścia. Mógł zostać aresztowany nawet za spacerowanie bez zezwolenia, lecz musiał podjąć ryzyko. Robert Kennedy nie miałby pożytku z wysłannika, gdyby ten ukrył się w motelu. W ciągu dziesięciu minut dotarł do centrum handlowego Birmingham, które wyglądało jak większość podobnych ośrodków w południowych stanach: były tam sklepy wielobranżowe, kina, budynki administracyjne oraz biegnąca przez środek linia kolejowa. Plan pastora Kinga rozgryzł dopiero wtedy, gdy zobaczył jego realizację. Przechadzający się pojedynczo, dwójkami lub trójkami Murzyni nagle zaczęli łączyć się w grupy i podnosić ukryte dotąd transparenty. Jedni usiedli, blokując chodnik, a inni uklękli i zaczęli się modlić na schodach ogromnego budynku ratusza w stylu secesyjnym. Ze sklepów,

w których

obowiązywała

segregacja,

wychodziły

korowody

nastolatków

śpiewających pieśni religijne i zaraz zawracały do środka. Samochody na ulicy zwalniały i zatrzymywały się. Policja została zaskoczona, funkcjonariusze skoncentrowali się wokół parku Kelly Ingram kilometr dalej, bo demonstranci zdołali ich zmylić. Jednak George był pewny, że

klimat spokojnego protestu utrzyma się tylko do czasu, gdy Bull Connor się nie pozbiera. Wrócił do motelu, kiedy poranek zamienił się w popołudnie. Spotkał Verenę, miała zafrasowany wyraz twarzy. - To wygląda wspaniale, jednak wymknęło się spod kontroli. Nasi aktywiści są wyszkoleni w protestach bez przemocy, ale przyłączają się tysiące ludzi, którzy nie mają pojęcia o dyscyplinie. - Zwiększają nacisk na Wielkie Muły - zauważył George. - Ale nie chcemy, by gubernator ogłosił stan wyjątkowy. - Gubernatorem Alabamy był George Wallace, nieprzejednany zwolennik segregacji. - Stan wyjątkowy oznacza kontrolę władz federalnych. Prezydent mógłby zarządzić przynajmniej częściową integrację. - Jeśli zostanie narzucona z zewnątrz, Wielkie Muły znajdą sposób, by ją podważyć. Lepiej, żeby to była ich własna decyzja. Verena miała subtelne wyczucie polityczne, George to widział. Bez wątpienia wiele się nauczyła od doktora Kinga. Nie wykluczał jednak, że tym razem się myli. Zjedli po kanapce z szynką i wyszli z motelu. Atmosfera wokół parku Kelly Ingram zrobiła się bardziej napięta. Były tam teraz setki policjantów wymachujących pałkami i trzymających skore do walki psy. Strażacy traktowali strumieniami wody każdego, kto kierował się ku śródmieściu. Murzyni odpowiadali na agresję, obrzucając funkcjonariuszy kamieniami i butelkami po coli. Verena i inni aktywiści Kinga weszli między ludzi, prosząc ich o zachowanie spokoju i wstrzymanie się od aktów przemocy, lecz niewiele wskórali. Dziwny biały pojazd ochrzczony mianem czołgu jeździł w jedną i w drugą stronę Szesnastą Ulicą, wożąc Connora, który nawoływał przez megafon: - Rozejść się! Opuścić ulice! George dowiedział się, że nie jest to czołg, lecz opancerzony samochód z demobilu nabyty przez komisarza bezpieczeństwa publicznego. Zauważył Freda Shuttleswortha, który rywalizował z Kingiem o przywództwo w kampanii. Był to mężczyzna w wieku czterdziestu jeden lat, silny i umięśniony, w eleganckim ubraniu i z dobrze przystrzyżonym wąsikiem. Przeżył dwa zamachy bombowe, a jego żona została zasztyletowana przez członka Ku-Klux-Klanu, on jednak nie zdradzał ani odrobiny lęku i odmówił wyjazdu z miasta. „Nie po to ocalałem, by uciekać”, mawiał. Mimo że z natury był wojownikiem, starał się mitygować niektórych młodych uczestników demonstracji. „Nie drażnijcie policji”, przestrzegał. „Nie zachowujcie się tak, jakbyście chcieli ich zaatakować”. George uznał to za dobrą radę.

Młodzież gromadziła się wokół Shuttleswortha, on zaś niczym flecista z baśni wiódł ich w kierunku kościoła. Na znak pokojowych zamiarów machał w powietrzu białą chusteczką. Prawie mu się udało. Przeprowadził młodych obok wozów strażackich stojących nieopodal kościoła. Weszli wejściem do podziemnej części budowli, które znajdowało się na wysokości ulicy, i skierowali się schodami w dół. Kiedy wszyscy zniknęli w środku, Shuttlesworth odwrócił się, by za nimi podążyć. Wtedy George usłyszał czyjeś słowa: „Podlejmy trochę wielebnego”. Lider odwrócił się, marszcząc czoło. Strumień wody z armatki wodnej trafił go prosto w klatkę piersiową. Mężczyzna zachwiał się i wśród głośnego rumoru spadł po schodach. - O Boże, trafili Shuttleswortha! - zawołał ktoś. George skoczył do środka. Shuttlesworth leżał u podnóża schodów, łapiąc powietrze. - Nic się panu nie stało? - zawołał George, lecz tamten nie zdołał odpowiedzieć. Niech ktoś wezwie karetkę! George nie mógł się nadziwić, że władza wykazała się taką głupotą. Shuttlesworth cieszył się ogromną popularnością. Czyżby tamci naprawdę dążyli do sprowokowania zamieszek? Karetki znajdowały się w pobliżu, toteż po jednej czy dwóch minutach weszło dwóch mężczyzn z noszami i wyniosło rannego. George wyszedł za nimi na chodnik. Czarni gapie i biali policjanci kręcili się blisko siebie, tworząc niebezpieczną mieszankę. Dziennikarze i fotoreporterzy pstrykali zdjęcia noszy wsuwanych do wnętrza karetki. Później wszyscy odprowadzili ją wzrokiem. Po chwili zjawił się Bull Connor. - Cały tydzień czekałem na to, aż trafią go wodą z sikawki - rzekł wesoło. - Szkoda, że tego nie widziałem. George poczuł gniew. Miał nadzieję, że ktoś z gapiów zdzieli komisarza bezpieczeństwa publicznego w tłustą gębę. - Odwieziono go karetką - powiedział biały dziennikarz. - Szkoda, że nie karawanem - zareplikował Connor. George musiał się odwrócić, by zapanować nad złością. Uratował go Dennis Wilson, który pojawił się znikąd i chwycił go za rękę. - Dobre wieści! Wielkie Muły uległy! - Co to znaczy: uległy? - Utworzyli komitet, który ma negocjować z aktywistami.

To rzeczywiście była dobra wiadomość. Coś ich odmieniło: demonstracje, telefony prezydenta lub groźba wprowadzenia stanu wyjątkowego. Bez względu na to, jaki był powód, ich desperacja osiągnęła takie rozmiary, że gotowi byli usiąść do stołu z czarnymi i omówić warunki rozejmu. Może dojdzie do porozumienia, zanim rozruchy przybiorą naprawdę niebezpieczną formę. - Potrzebne jest miejsce, w którym mogą się spotkać - dodał Dennis. - Verena będzie wiedziała. George odwrócił się, a potem stanął, by spojrzeć na Connora. Stało się jasne, że człowiek ten już się nie liczy. Krążył ulicami i naigrawał się z aktywistów walczących o prawa obywatelskie, a tymczasem w izbie handlowej najbardziej wpływowi mieszkańcy miasta postanowili zmienić kurs i uczynili to bez konsultacji z nim. Może nadchodzi kres panowania na Południu tłustych białych drani. To jednak nie było przesądzone.

Kompromis ogłoszono w czasie piątkowej konferencji. Wziął w niej udział Fred Shuttlesworth, mimo że od uderzenia strumienia wody z armatki pękły mu żebra. - Dzisiaj Birmingham pogodziło się z własnym sumieniem! - ogłosił. Wkrótce potem zemdlał i musiano go wynieść. Martin Luther King obwieścił zwycięstwo i odleciał do Atlanty, gdzie mieszkał. Elita białych w Birmingham w końcu przystała na częściowe zniesienie segregacji. Verena uważała, że to nie za wiele, i w pewnym sensie miała rację: zgodzono się na zaledwie parę drobnych ustępstw. George był jednak zdania, że nastąpiła zasadnicza zmiana, gdyż biali przyjęli do wiadomości, iż trzeba dyskutować z Murzynami o segregacji. Nie po prostu wyznaczać prawa tak jak do tej pory. Negocjacje będą trwały dalej i mogą zmierzać tylko w jedną stronę. Czy był to jedynie mały postęp, czy zasadniczy punkt zwrotny, w sobotę wieczorem wszyscy kolorowi obywatele świętowali, a Verena zaprosiła George’a do swojego pokoju. Rychło przekonał się, że nie była jedną z tych dziewcząt, które w łóżku oddają wodze mężczyźnie. Wiedziała, czego pragnie, i nie wahała się o to prosić. On zaś nie miał nic przeciwko temu. Zgodziłby się prawie na wszystko. Oczarowało go jej cudowne ciało o jasnym odcieniu skóry i jej szmaragdowe oczy czarodziejki. Dużo mówili, kochając się. Verena opowiadała, co sama czuje, i pytała, czy to lub owo sprawia George’owi przyjemność, czy też

wprawia go w zakłopotanie. Rozmowa pozwalała intensywniej przeżywać zbliżenie. Bardziej niż kiedykolwiek dotąd uświadomił sobie, że przez seks można poznać nie tylko czyjeś ciało, lecz także charakter. Pod koniec to ona chciała być na górze. To również była dla niego nowość, bo nie robił tego jeszcze z żadną kobietą. Usiadła na nim okrakiem, a on trzymał jej biodra i poruszał się wraz z nią. Zamknęła oczy, ale on nie zamknął. Jak zaczarowany patrzył na jej twarz, a gdy doszła, on także doznał orgazmu. Parę minut przed północą stanął w szlafroku przy oknie i spoglądał na oświetloną latarniami Piątą Aleję, a Verena była w łazience. Wrócił myślą do porozumienia, które King zawarł z białymi w Birmingham. Przypuszczał, że jeśli jest to triumf ruchu praw obywatelskich, zatwardziali segregacjoniści się z nim nie pogodzą - ale jak postąpią? Bull Connor z pewnością już zaplanował, w jaki sposób storpedować porozumienie. Rasistowski gubernator George Wallace zapewne także miał plan. Tego dnia Ku-Klux-Klan zorganizował wiec w Bessemer, miasteczku leżącym trzydzieści kilometrów od Birmingham. Ludzie Roberta Kennedy’ego dowiedzieli się, że przybyli zwolennicy rasizmu z Georgii, Tennessee, Karoliny Południowej i Missisipi. Mówcy bez wątpienia podgrzali atmosferę oburzenia w związku z tym, że w Birmingham władze uległy czarnym. Kobiety i dzieci zapewne już się rozeszły, lecz mężczyźni zaczęli pić i przechwalać się tym, co zrobią. Jutro, w niedzielę, dwunastego maja będzie Dzień Matki. George pamiętał ten dzień przed dwoma laty, gdy biali usiłowali zabić jego i innych uczestników Rajdu Wolności, podpalając autobus w Anniston, dziewięćdziesiąt kilometrów dalej. Verena wyszła z łazienki. - Chodź do łóżka - powiedziała, wsuwając się pod pościel. George był pełen chęci. Miał nadzieję, że przed świtem będą kochali się jeszcze przynajmniej raz. Jednak tuż przed tym, zanim odwrócił się od okna, coś przykuło jego wzrok. Piątą Aleją zbliżały się dwa samochodu z zapalonymi reflektorami. Pierwszy jechał radiowóz policji z Birmingham z wyraźnie widocznym numerem 25. Podążał za nim zaokrąglony chevrolet z początku lat pięćdziesiątych. Oba pojazdy zwolniły, kiedy znalazły się na wysokości Gastona. George nagle zauważył, że policjanci miejscy i stanowi, którzy patrolowali ulice wokół motelu, zniknęli. Na chodniku nie było nikogo. Co u diabła...? Sekundę później przez otwarte okno chevroleta ciśnięto jakiś przedmiot, który

potoczył się chodnikiem aż do ściany motelu. Upadł pod oknem apartamentu numer 30, który przed swoim wyjazdem zajmował Martin Luther King. Auta natychmiast przyspieszyły. George odwrócił się od okna, dwoma krokami przemierzył pokój i rzucił się na Verenę. Ledwo zdążyła krzyknąć, gdy zagłuszył ją potężny grzmot i budynek zadrżał jak w czasie trzęsienia ziemi. Powietrze wypełnił brzęk trzaskającego szkła i łoskot odpadających fragmentów ścian. Szyby w oknie pokoju pękły z dźwięcznym odgłosem przypominającym dzwoneczki. Nagle zapadła przedziwna cisza. Szum silników zamarł w oddali, a George usłyszał krzyki dochodzące z wnętrza budynku. - Nic ci się nie stało? - zapytał. - Co to, kurwa, było? - odpowiedziała pytaniem Verena. - Ktoś rzucił bombę z samochodu. - George zmarszczył czoło. - Mieli policyjną eskortę, dałabyś wiarę? - W tym parszywym mieście? No jasne. George zsunął się z dziewczyny i rozejrzał po pokoju. Cała podłoga zasłana była kawałkami szyby. Na tylnej krawędzi łóżka zawisła zielona tkanina, po chwili uświadomił sobie, że to zasłona. Podmuch powietrza zerwał ze ściany portret Franklina Delano Roosevelta i rzucił na dywan; uśmiechnięta twarz prezydenta wyzierała spod pękniętego szkła. - Musimy zejść na dół - powiedziała Verena. - Ktoś mógł zostać ranny. - Zaczekaj chwilę, podam ci buty. Postawił stopy na kawałku dywanu wolnym od szkła. Żeby przemierzyć pokój, musiał zbierać odłamki i odrzucać je na bok. Jego buty stały w szafie obok jej butów; podobało mu się to. Włożył czarne skórzane mokasyny, a potem wziął białe szpilki Vereny i jej zaniósł. Zgasły światła. Szybko ubrali się w ciemności. Okazało się, że w łazience nie ma wody. Zeszli na dół. Przestraszony personel i goście motelu zebrali się w zaciemnionym holu. Kilkoro krwawiło, ale nikt nie zginął. George przepchnął się do wyjścia. W świetle latarni zobaczył ziejącą w murze budynku dziurę szerokości półtora metra i rozsypane ciężkie kawały gruzu. Siła eksplozji zamieniła we wraki stojące na parkingu przyczepy. Jakimś cudem nikt nie odniósł poważnych obrażeń. Zjawił się policjant z psem, nadjechała karetka, a następnie więcej policjantów. Grupy Murzynów zaczęły gromadzić się przed motelem i w parku Kelly Ingram oddalonym o jedną

przecznicę. George zauważył z niepokojem, że nie są to pokojowo nastawieni chrześcijanie, którzy radośnie, z psalmami na ustach wymaszerowali z kościoła Baptystów przy Szesnastej Ulicy. Byli to mężczyźni, którzy sobotni wieczór spędzili w barach, grając w bilard i słuchając muzyki z szaf grających. Nie wyglądali na zwolenników stworzonej przez Mahatmę Gandhiego filozofii biernego oporu, którą wyznawał Martin Luther King. Ktoś powiedział, że kilka skrzyżowań dalej wybuchła druga bomba; stało się to w parafii brata Martina Luthera Kinga, Alfreda, znanego jako A.D. King. Świadek widział umundurowanego policjanta, który kilka sekund przed wybuchem podkładał paczkę na ganku. Najwyraźniej policja z Birmingham postawiła sobie za cel zamordowanie obu braci w tym samym czasie. Gniew tłumu się wzmógł. Poleciały butelki i kamienie. Najczęściej brano na cel armatkę wodną oraz psy. George wszedł z powrotem do motelu. Verena pomagała ratować czarnoskórą starszą panią, pod którą zapadła się podłoga. Akcję prowadzono przy świetle latarki. - Robi się niebezpiecznie - rzekł George do Vereny. - Rzucają kamieniami w policję. - I dobrze robią, bo to cholerne gliny zorganizowały zamachy. - Zastanów się. Dlaczego biali chcą wzniecić dzisiaj zamieszki? Po to, by storpedować zawarte porozumienie. Verena starła pył z czoła. Złość na twarzy dziewczyny ustąpiła miejsca kalkulacji. - Cholera, masz rację. - Nie wolno nam do tego dopuścić. - Ale jak można to powstrzymać? - Namówimy wszystkich przywódców ruchu, by uspokoili ludzi. Skinęła głową. - Dobrze. Zacznę ich zbierać. George wyszedł przed motel. Zamieszki szybko się nasilały. Przewrócono i podpalono taksówkę, płonęła na środku jezdni. Jedno skrzyżowanie dalej palił się sklep spożywczy. Nadjeżdżające z centrum radiowozy zatrzymał przy Siedemnastej Ulicy grad rzucanych pocisków. Chwyciwszy megafon, George zwrócił się do zebranych. - Proszę wszystkich, by się uspokoili! Nie narażajcie umowy, którą zawarliśmy! Segregacjoniści dążą do wywołania rozruchów, nie pomagajcie im! Rozejdźcie się do domów i połóżcie się spać! - Dlaczego my mamy iść do domów, skoro to oni sięgają po przemoc?! - zawołał

stojący nieopodal czarny mężczyzna. George wskoczył na dach zaparkowanego samochodu. - To nam nie pomaga! Nasz ruch jest pokojowy! Niech wszyscy się rozejdą! - My nie stosujemy przemocy, ale oni tak! - krzyknął ktoś. Pusta butelka po whisky śmignęła w powietrzu i trafiła George’a w czoło. Zeskoczył z auta i dotknął głowy. Bolała, ale nie krwawiła. Inni podjęli jego rolę. Pojawiła się Verena i z kilkoma przywódcami ruchu i kaznodziejami weszła między ludzi, by ich uspokoić. A.D. King wspiął się na samochód. - Przed kilkoma minutami ktoś podłożył bombę przed naszym domem! - zawołał. Mówimy, Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. Ale wy nie pomagacie naszej sprawie, szkodzicie jej! Proszę was o opuszczenie parku! Perswazja powoli zaczynała skutkować. George zauważył, że Bull Connor nie pojawił się w polu widzenia. Akcją kierował szef policji Jamie Moore, który był zawodowym funkcjonariuszem, a nie nominatem politycznym. To działało na korzyść. Nastawienie policjantów uległo pewnej zmianie. Opiekunowie psów i strażacy nie wykazywali już takiej ochoty do starcia. George usłyszał, jak jeden z gliniarzy mówi do Murzynów: „Jesteśmy waszymi przyjaciółmi!”. Była to bzdura, ale w nowym tonie. Wśród zwolenników segregacji są jastrzębie i gołębie, uświadomił sobie George. Martin Luther King sprzymierzył się z gołębiami i w ten sposób zaszedł jastrzębie z flanki. Teraz tamci znów usiłowali wzniecić ogniska nienawiści. Nie wolno było dopuścić, by ten zamiar się powiódł. Wobec braku bodźca, jakim była agresywność policji, tłum stracił bojowy zapał. Dały się słyszeć zupełnie inne odzywki. Kiedy zawalił się podpalony budynek sklepu, niektórzy się zawstydzili. - Wstyd i hańba - powiedział jakiś głos, a ktoś inny dodał: - Posunęliśmy się za daleko. Kaznodzieje zaintonowali pieśń i ludzie się przyłączyli. George poczuł ulgę. Już po wszystkim, pomyślał. Komisarza policji Moore’a znalazł na rogu Piątej Alei i Siedemnastej Ulicy. - Trzeba sprowadzić ekipy remontowe do motelu, panie komisarzu. Nie ma prądu i wody, warunki sanitarne szybko się pogorszą. - Zobaczę, co da się zrobić - odparł Moore, przykładając do ucha walkie-talkie. Jednak zanim się odezwał, pojawili się policjanci stanowi. Mieli niebieskie hełmy na głowach, karabinki i dwulufowe strzelby. Przybyli

w pośpiechu, większość samochodami, niektórzy konno. Po kilku sekundach było ich dwustu lub więcej. George patrzył na nich z przerażeniem. Zapowiadało się na katastrofę, policja mogła na nowo rozniecić zamieszki. Właśnie do tego zmierzał gubernator George Wallace. On, podobnie jak Bull Connor oraz ci, którzy podłożyli bomby, jedyną nadzieję segregacjonistów upatrywał w całkowitym załamaniu się rządów prawa. Podjechał samochód i wysiadł z niego dyrektor bezpieczeństwa publicznego pułkownik Al Lingo, trzymał w dłoni strzelbę. Towarzyszący mu dwaj mężczyźni, zapewne jego ochroniarze, mieli pistolety maszynowe. Komisarz Moore wsunął radio za pas. Cichym głosem zwrócił się do przybysza, z premedytacją nie wymieniając jego stopnia wojskowego: - Byłbym wdzięczny, gdyby pan się stąd usunął, panie Lingo. Ten nie silił się na uprzejmość. - Zabieraj dupę w troki, tchórzu. Teraz ja tu rządzę i mam rozkaz położyć ten czarny motłoch do łóżek. George oczekiwał, że funkcjonariusze każą mu się wynosić, lecz byli zbyt zajęci kłótnią. - Karabiny nie są potrzebne - powiedział Moore. - Byłby pan łaskaw je schować? Ktoś może zginąć. - Jak jasna cholera! - odparował Lingo. George odszedł szybko, kierując się do motelu. Przed wejściem do środka odwrócił się i zobaczył, że policjanci stanowi nacierają na tłum. Wszystko zaczęło się od nowa. Znalazł Verenę na dziedzińcu. - Muszę polecieć do Waszyngtonu. Nie uśmiechało mu się wyjeżdżać. Chciał spędzić więcej czasu z Vereną, rozmawiać z nią, pogłębić bliskość, którą odkryli. Chciał, żeby się w nim zakochała. Ale to musiało poczekać. - Jakie kroki poczynisz w Waszyngtonie? - spytała. - Postaram się, by bracia Kennedy zrozumieli istotę wydarzeń. Trzeba im powiedzieć, że gubernator Wallace prowokuje rozruchy i dąży do zerwania umowy. - Jest trzecia w nocy. - Pojadę na lotnisko jak najwcześniej i złapię pierwszy samolot. Być może będę musiał polecieć przez Atlantę.

- Jak się dostaniesz na lotnisko? - Poszukam taksówki. - Żaden taksówkarz nie zabierze dzisiaj czarnego, zwłaszcza z guzem na czole. George dotknął niepewnie twarzy. - Jak to się stało? - Chyba dostałeś butelką. - A, tak. Może to i głupie, ale muszę dotrzeć na lotnisko. - Co z twoim bagażem? - Nie spakuję się w ciemności. Poza tym nie jest tego wiele. Po prostu pójdę. - Uważaj na siebie - rzekła. Pocałował ją. Objęła go za szyję i przycisnęła do niego gibkie ciało. - Było wspaniale - szepnęła, a potem go puściła. Wyszedł z motelu. Ulice biegnące wprost do śródmieścia były zablokowane w kierunku wschodnim, musiał więc wybrać drogę okrężną. Ruszył na zachód, a później na północ. Skierował się na wschód dopiero wtedy, gdy był pewien, że oddalił się od zamieszek. Nigdzie nie widział taksówek. Być może będzie musiał poczekać na pierwszy autobus odjeżdżający w niedzielny poranek. Na wschodnim nieboskłonie majaczyło blade światło, kiedy obok niego z piskiem opon zatrzymał się samochód. Był gotów rzucić się do ucieczki, obawiając się białych ochotników straży obywatelskiej. Zmienił zdanie na widok trzech policjantów stanowych z karabinami gotowymi do strzału. Wykorzystają byle pretekst, żeby mnie zabić, pomyślał z lękiem. Dowódcą był niski mężczyzna chodzący kołyszącym się krokiem. George zauważył na jego rękawie insygnia sierżanta. - Dokąd to, chłopcze? - Chcę się dostać na lotnisko, sierżancie - odparł George. - Może powie mi pan, gdzie znaleźć taksówkę? Mężczyzna odwrócił się z uśmiechem do podwładnych. - Chce się dostać na lotnisko - powtórzył, jakby go to rozbawiło. - Myśli, że pomożemy mu znaleźć taryfę! Tamci zaśmiali się z żartu. - A co będziesz robił na lotnisku? - dociekał sierżant. - Mył kible? - Polecę samolotem do Waszyngtonu. Pracuję w Departamencie Sprawiedliwości, jestem prawnikiem.

- Coś podobnego. A ja pracuję u George’a Wallace’a, gubernatora Alabamy, i mało nas obchodzi Waszyngton. Wsiadaj do auta, bo rozwalę ci ten wełnisty łeb. - Za co pan mnie aresztuje? - Nie pyskuj, chłopcze. - Jeśli zgarnia mnie pan bez dobrego powodu, jest pan przestępcą, a nie policjantem. Sierżant zamachnął się raptownie strzelbą. George uchylił się, odruchowo zasłaniając ręką twarz. Drewniana kolba uderzyła mocno w lewy nadgarstek. Pozostali dwaj policjanci złapali go za ręce. Nie bronił się, ale wlekli go tak, jakby stawiał opór. Sierżant otworzył tylne drzwi samochodu, a tamci wepchnęli go i zatrzasnęli drzwi, zanim znalazł się w środku. Krzyknął z bólu, gdy uderzyły go w nogę. Otworzyli drzwi, wepchnęli zranioną nogę i zamknęli je ponownie. George legł bezwładnie na tylnym siedzeniu. Bolała go noga, ale nadgarstek jeszcze bardziej. Mogą z nami robić wszystko, bo jesteśmy czarni, myślał. Żałował, że nie ciskał w policję kamieniami i butelkami, lecz usilnie namawiał zgromadzonych ludzi, by uspokoili się i rozeszli do domów. Policjanci dojechali do motelu Gaston. Tam otworzyli drzwi i wypchnęli George’a. Trzymając się prawą ręką za lewy nadgarstek, powlókł się na dziedziniec.

Późnym rankiem w niedzielę George znalazł wreszcie taksówkę z czarnym kierowcą, dojechał na lotnisko i wsiadł do samolotu. Lewy nadgarstek bolał go tak, że nie mógł używać ręki, więc trzymał ją w kieszeni. Pojawił się obrzęk, toteż dla zmniejszenia bólu zdjął zegarek i rozpiął rękaw koszuli. Z płatnego telefonu na lotnisku zadzwonił do Departamentu Sprawiedliwości i dowiedział się, że o osiemnastej w Białym Domu odbędzie się narada kryzysowa. Prezydent miał przylecieć z Camp David, a Burke’a Marshalla miano przywieźć helikopterem z Wirginii Zachodniej. Bobby jechał do siedziby resortu i chciał czym prędzej poznać relację z wydarzeń. Nie było czasu na to, by George pojechał do domu i przebrał się. Przyrzekłszy sobie, że od tej pory w szufladzie biurka będzie zawsze trzymał czystą koszulę, wsiadł do taksówki, pojechał do Departamentu Sprawiedliwości i poszedł prosto do gabinetu Bobby’ego. Upierał się, że jego obrażenia to drobiazg i nie wymagają leczenia. Jednak krzywił się, ilekroć poruszył lewą ręką. W obecności prokuratora generalnego i paru doradców, między innymi Marshalla, zrelacjonował nocne wydarzenia. Z jakiegoś powodu był tam także

ogromny nowofundland Bobby’ego wabiący się Brumus. - Rozejm wynegocjowany w tym tygodniu z takim trudem jest zagrożony - powiedział na zakończenie George. - Wybuchy bomb i brutalność policji stanowej osłabiły przekonanie Murzynów do tego, by wstrzymywać się od przemocy. Z drugiej strony zamieszki grożą osłabieniem pozycji białych, którzy negocjowali z Martinem Lutherem Kingiem. Wrogowie integracji, George Wallace i Bull Connor, mają nadzieję, że jedna strona konfliktu lub obie wyrzekną się porozumienia. Musimy jakoś temu zapobiec. - Tak, to raczej jasne - stwierdził Robert Kennedy. Wszyscy wsiedli do jego forda galaxie 500. Było lato, przejechali niewielką odległość do Białego Domu z opuszczonym dachem samochodu. Brumus był uszczęśliwiony. Przed siedzibą prezydenta zgromadziło się kilka tysięcy demonstrantów, czarnych i białych. Trzymali tablice z napisem „Ratujcie uczniów w Birmingham”. Prezydent był w Gabinecie Owalnym, siedział w swoim ulubionym fotelu bujanym i czekał na przybyszów z Departamentu Sprawiedliwości. Towarzyszyło mu trzech wpływowych ludzi z sektora wojskowego: Robert McNamara, sekretarz obrony, a także sekretarz armii i szef sztabu. George uświadomił sobie, że zebrali się, ponieważ w nocy Murzyni z Birmingham dokonali podpaleń i rzucali butelkami. Nigdy nie zorganizowano takiej narady, gdy przez całe lata trwały pokojowe protesty obrońców praw obywatelskich i kiedy Ku-Klux-Klan obrzucał bombami domy Murzynów. Akty przemocy poskutkowały. Wojskowi zebrali się, by przedyskutować, czy do Birmingham należy wysłać żołnierzy. Bobby jak zawsze skupiał się na rzeczywistości politycznej. - Odezwą się głosy, by prezydent wkroczył do akcji, ale jest pewien kłopot. Nie możemy przyznać, że wysyłamy wojsko, żeby zapanowało nad policją stanową, bo to oznaczałoby, że Biały Dom ogłasza wojnę ze stanem Alabama. Musielibyśmy więc ogłosić, że chodzi o opanowanie zamieszek. To zaś byłoby równoznaczne z wojną Białego Domu z Murzynami. Prezydent Kennedy podchwycił w lot tę myśl: - Gdy tylko biali uzyskają ochronę oddziałów federalnych, mogą podrzeć porozumienie, które dopiero co zawarli. Innymi słowy, pomyślał George, groźba murzyńskich rozruchów utrzymuje porozumienie przy życiu. Nie podobał mu się ten wniosek, lecz trudno było od niego uciec. Burke Marshall uważał porozumienie za swoje dziecko. - Jeśli te uzgodnienia runą - rzekł z obawą - Murzyni będą...

- Nie do opanowania - dokończył jego zdanie prezydent. - I to nie tylko w Birmingham - dodał Marshall. - Co robi dzisiaj King? - chciał wiedzieć prezydent Kennedy. - Miał wrócić samolotem do Birmingham - odparł George, który dowiedział się tego tuż przed odlotem. - W tej chwili bez wątpienia obchodzi duże kościoły, zachęca ludzi, żeby w spokoju rozeszli się po mszy do domów i nie wychodzili z nich wieczorem. - Posłuchają go? - Tak, pod warunkiem że nie będzie więcej wybuchów bomb i że ktoś okiełzna policję stanową. - Czy może pan za to ręczyć? - Moim zdaniem najlepiej ulokować siły federalne w pobliżu Birmingham, ale nie w samym mieście. Connor i Wallace zrozumieją, że jeśli coś przeskrobią, postawią na szali swoją władzę. Jednocześnie biali nie dostaną szansy wycofania się z układu. Dyskusja trwała jeszcze jakiś czas i ostatecznie na tym stanęło. George z kilkoma współpracownikami udali się do Sali Gabinetowej, by przygotować oświadczenie dla prasy. Sekretarka prezydenta przepisała je na maszynie. Konferencje prasowe zwykle odbywały się w biurze Pierre’a Salingera, lecz tego dnia dziennikarzy i kamer było zbyt wiele, a poza tym był ciepły letni wieczór, toteż postanowiono wygłosić oświadczenie w Ogrodzie Różanym. Prezydent Kennedy wyszedł na zewnątrz, stanął na wprost wysłanników światowej prasy i powiedział: - Porozumienie z Birmingham jest sprawiedliwe. Rząd federalny nie pozwoli, by padło ofiarą sabotażu ekstremistów po którejkolwiek ze stron. Dwa kroki w przód, jeden w tył i znów dwa w przód, myślał George. Ale robimy postępy.

ROZDZIAŁ 23 Dave Williams miał plan na sobotni wieczór. Trzy dziewczęta z jego klasy wybierały się do klubu Jump w Soho, a on i jego dwóch kolegów mimochodem napomknęło, że może się tam spotkają. Jedną z nich była Linda Robertson. Dave sądził, że dziewczyna czuje do niego sympatię. Większość znajomych uważała go za tępaka, bo zawsze miał najsłabsze stopnie z egzaminów, lecz Linda toczyła z nim inteligentne rozmowy o polityce, a na tym się znał za sprawą rodziny. Zamierzał włożyć nową koszulę z wyjątkowo długimi końcówkami kołnierzyka. Był dobrym tancerzem, nawet jego koledzy przyznawali, że stylowo tańczy twista. Uważał, że ma spore szanse, by zacząć romans z Lindą. Dave miał piętnaście lat i bardzo irytowało go to, że większość dziewcząt w jego wieku woli starszych chłopców. Nadal wzdragał się na wspomnienie sprzed ponad roku, gdy wyszedł na dziedziniec za czarującą Beep Dewar, mając nadzieję na to, że skradnie jej całusa, i zastał ją w namiętnym uścisku z osiemnastoletnim Jasperem Murrayem. W sobotnie poranki dzieci Williamsów zachodziły do gabinetu ojca, by odebrać swoje tygodniowe kieszonkowe. Siedemnastoletnia Evie dostawała funta, a Dave - dziesięć szylingów. Niczym biedacy w czasach wiktoriańskich często musieli wpierw wysłuchać kazania. Tego dnia Evie odebrała pieniądze i mogła wyjść, Dave natomiast miał zostać. - Dostałeś bardzo słabe stopnie z egzaminów - oznajmił ojciec, gdy drzwi się zamknęły. Dla Dave’a nie było to zaskoczenie. W ciągu dziesięciu lat nauki oblał wszystkie egzaminy pisemne. - Przykro mi - rzekł. Nie chciał wdawać się w kłótnię, chciał po prostu odebrać forsę i ulotnić się. Ojciec był ubrany w kraciastą koszulę i kardigan, to był jego strój na sobotni poranek. - A przecież nie jesteś głupi. - Nauczyciele uważają, że jestem. - Nie wierzę w to. Jesteś inteligentny, tylko leniwy. - Nie jestem leniwy. - Więc jaki jesteś? Dave nie znał odpowiedzi na to pytanie. Wolno czytał, lecz co gorsza, gdy tylko odwrócił stronę, zawsze zapominał, co przeczytał. Pisanie także szło mu źle: chciał napisać

„chleb”, spod długopisu wychodziło „chelb”, a on nie zauważał różnicy. Robił koszmarne błędy ortograficzne. - Dostałem najlepsze stopnie z ustnego francuskiego i niemieckiego. - To tylko dowodzi, że możesz, jeśli się postarasz. Niczego takiego to nie dowodziło, lecz Dave nie potrafił tego wytłumaczyć. - Długo i mocno zastanawiałem się, co zrobić, rozmawialiśmy o tym z matką bez końca. Zabrzmiało to złowieszczo. Co ojciec zamierzał? - Jesteś za duży na klapsy, a poza tym nigdy nie wierzyliśmy zbytnio w skuteczność kar fizycznych. Była to prawda. Większość dzieci za złe zachowanie była karana klapsami, lecz matka od lat go nie uderzyła; ojciec nigdy tego nie zrobił. Dave usłyszał jednak słowo „kara” i najwyraźniej coś takiego go czekało. - Przychodzi mi do głowy tylko jeden pomysł na to, by zmusić cię do skupienia się na nauce, a mianowicie odebranie ci kieszonkowego. Dave nie mógł uwierzyć własnym uszom. - Odebranie kieszonkowego? Co to znaczy? - Nie będę dawał ci pieniędzy, dopóki nie zobaczę u ciebie postępów w nauce. Tego Dave się nie spodziewał. - To jak mam poruszać się po Londynie? - A także kupować fajki czy wyskoczyć do klubu Jump, myślał z przestrachem. - Do szkoły i tak chodzisz pieszo. Jeśli będziesz chciał gdzieś wyjść, postaraj się o lepsze wyniki w szkole. - Nie mogę w taki sposób żyć! - Jedzenie dostajesz za darmo i masz szafę pełną ubrań, więc na niczym ci nie zbywa. Po prostu pamiętaj, że jeśli nie będziesz się uczył, nie dostaniesz pieniędzy na rozrywki. Dave był oburzony. Jego plan na wieczór legł w gruzach. Czuł się bezradny jak małe dziecko. - I to wszystko? - Tak. - A więc marnowałem tu czas. - Słuchałeś ojca, który stara się pokierować tobą najlepiej, jak umie. - Różnica jak cholera - odrzekł Dave i wyszedł, tupiąc. Zdjął z haczyka w holu skórzaną kurtkę i wyszedł z domu. Był łagodny wiosenny

ranek. Co robić? Plan Dave’a na dzisiaj polegał na tym, by spotkać się z kolegami na placu Piccadilly, powłóczyć się po Denmark Street, oglądając gitary, wypić pintę piwa w pubie, a potem wrócić do domu i włożyć koszulę z długimi szpiczastymi końcówkami kołnierzyka. Miał w kieszeni dość na pół pinty. Jak zdobyć forsę na wejście do klubu Jump? Może mógłby zarobić. Ale kto go przyjmie tak nagle? Niektórzy koledzy zarabiali w soboty i niedziele

w sklepach

i restauracjach,

które

potrzebowały

dodatkowego

personelu

w weekendy. Pomyślał, że może wejść do jakiejś kawiarni i zaproponować, że pozmywa w kuchni. Warto było spróbować. Skierował kroki w stronę West Endu. Nagle przyszedł mu do głowy inny pomysł. Miał krewnych, którzy mogli go zatrudnić. Siostra ojca Millie zajmowała się modą, miała trzy sklepy w zamożnych przedmieściach północnego Londynu: Harrow, Golders Green i Hampstead. Może przyjęłaby go na sobotę. Jednak Dave nie był pewny, czy dobrze się spisze w sprzedawaniu sukni damom. Mężem Millie był hurtownik skórzany Abie Avery, może jego hurtownia we wschodnim Londynie dawała Dave’owi większe szanse. Jednak ciocia Millie i wujek Abie zapewne skontaktują się z Lloydem, on zaś powie im, że Dave powinien się uczyć, a nie pracować. Millie i Abie mieli dwudziestotrzyletniego syna Lenny’ego, który trudnił się drobnym biznesem i handlem. W soboty prowadził mały stragan w Aldgate w East Endzie. Sprzedawał po śmiesznie niskich cenach Chanel No. 5 oraz inne drogie perfumy. Klientom mówił szeptem, że są kradzione, lecz w rzeczywistości były to po prostu podróbki, tanie zapachy we flakonach wyglądających na drogie. Tak, Lenny mógł przyjąć Dave’a na jeden dzień. Dave’owi zostało zaledwie tyle pieniędzy, ile potrzeba było na przejazd metrem. Skręcił do najbliższej stacji i kupił bilet. Jeśli Lenny odmówi, Dave nie będzie miał jak wrócić. Ale w ostateczności mógł przemaszerować tych parę kilometrów. Podziemny pociąg przeniósł go z dostatniego zachodniego Londynu do siedliska klasy robotniczej we wschodniej części miasta. Rynek był już zapełniony amatorami zakupów po cenach niższych niż w zwykłych sklepach. Dave podejrzewał, że niektóre towary rzeczywiście pochodziły z kradzieży: czajniki elektryczne, golarki, żelazka i radioodbiorniki zostały wyniesione tylnymi drzwiami z fabryk. Były również nadwyżki wyprzedawane taniej przez producentów: niechciane przez nikogo płyty, książki, które nie stały się bestsellerami, brzydkie ramki do zdjęć, popielniczki w kształcie morskich muszli. Jednak większość stanowiły towary wadliwe: pudełka starych czekoladek, szale z nierównym ściegiem, nierównomiernie ufarbowane buty z łysymi placami, porcelanowe talerze z połówkami kwiatów.

Lenny był podobny do ich wspólnego dziadka, nieżyjącego już Berniego Leckwitha: miał gęste ciemne włosy i brązowe oczy. Czupryna Lenny’ego została posmarowana brylantyną i zaczesana na modłę Elvisa Presleya. Ciepło przywitał kuzyna: - Cześć, młody! Szukasz ładnego zapachu dla dziewczyny? Spróbuj Fleur Sauvage. Nazwę wymówił po angielsku. - Masz gwarantowane, że opadną jej majtki. Sprzedam ci za dwa szylingi i sześć pensów. - Potrzebuję pracy. Mógłbym popracować u ciebie? - Ty potrzebujesz pracy? Przecież twoja matka to milionerka - odrzekł wymijająco Lenny. - Tata cofnął mi kieszonkowe. - A to dlaczego? - Bo marnie się uczę. Jestem spłukany. Chciałbym tylko zarobić trochę forsy na wyjście wieczorem do klubu. Lenny po raz trzeci odpowiedział pytaniem na pytanie: - A ja to kto? Biuro pośrednictwa pracy? - Daj mi szansę. Na pewno potrafię sprzedawać perfumy. Lenny zwrócił się do klientki. - Pani ma bardzo dobry gust, droga pani. Perfumy Yardley są najlepsze na rynku. Ta buteleczka, którą pani trzyma, kosztuje tylko trzy szylingi, a ja musiałem odpalić dwa szylingi i sześć pensów gościowi, który je zwędził, chciałem powiedzieć: który mi je dostarczył. Kobieta zaśmiała się i kupiła perfumy. - Słuchaj, nie zapłacę ci stawki - rzekł Lenny do Dave’a - ale mogę ci dać dziesięć procent od twojego utargu. - Zgoda - odparł Dave i stanął obok kuzyna za blatem, na którym leżał towar. - Trzymaj forsę w kieszeniach, później się rozliczymy. - Lenny dał nowemu wspólnikowi funta w drobnych, żeby mógł wydawać. Dave wziął butelkę Yardleya i po chwili zawahania uśmiechnął się do przechodzącej kobiety. - Najlepsze perfumy na rynku. Uśmiechnęła się i poszła dalej. Nie ustawał w wysiłkach, naśladując odzywki Lenny’ego, i po paru minutach sprzedał buteleczkę Patou za dwa szylingi i sześć pensów. Niebawem znał wszystkie teksty kuzyna: Nie każda kobieta ma tyle klasy, by ich używać, ale pani... Proszę je kupić, jeśli naprawdę chce pani sprawić przyjemność mężczyźnie... Zaprzestano produkcji tych perfum, rząd ich

zakazał, ponieważ są zbyt seksowne... Klienci chętnie się śmiali. Stroili się specjalnie, by przyjść na rynek; to było wydarzenie towarzyskie. Dave poznał nowe potoczne określenia pieniędzy: sześciopensowa moneta nazywała się Tilbury, pięć szylingów to był dolar, a banknot dziesięcioszylingowy półmajtek. Czas płynął szybko. Z pobliskiej kafejki przyszła kelnerka, przyniosła dwie grube pajdy białego chleba z pieczonym bekonem i keczupem. Lenny zapłacił jej i dał jedną kanapkę kuzynowi, a ten zdziwił się, że to już pora lunchu. Kieszenie jego wąskich dżinsów zrobiły się ciężkie od monet, z radością przypomniał sobie, że dziesięć procent pieniędzy należy do niego. Po południu zauważył, że z ulic prawie zniknęli mężczyźni i Lenny wytłumaczył mu, że wszyscy poszli na mecz piłkarski. Pod koniec popołudnia handel prawie całkowicie zamarł. Dave oceniał, że ma w kieszeniach pięć funtów, co oznaczało, że zarobił dziesięć szylingów - tyle, ile zwykle wynosiło jego kieszonkowe. Mógł iść do klubu Jump. O piątej Lenny jął demontować stragan. Dave pomógł mu zapakować niesprzedane towary do tekturowych pudeł, a później włożyli wszystko do żółtej półciężarówki Lenny’ego marki Bedford. Dave przeliczył pieniądze i okazało się, że ma nieco ponad dziewięć funtów. Lenny odpalił mu funta, czyli trochę więcej niż uzgodnione dziesięć procent. „Pomogłeś mi się spakować”, wyjaśnił. Dave’a przepełniało szczęście: zarobił dwa razy tyle, ile ojciec powinien był mu dać rano. Mógłby zarabiać w ten sposób w każdą sobotę, zwłaszcza że dzięki temu nie musiałby wysłuchiwać ojcowskich kazań. Poszli do najbliższego pubu i wzięli po pincie piwa. - Grasz trochę na gitarze, no nie? - spytał Lenny, kiedy usiedli za upaćkanym stolikiem z pełną popielniczką. - Tak. - Jaki masz instrument? - Eko. To jest tania podróbka gibsona. - Elektryczna? - Elektryczno-akustyczna. Lenny spojrzał ze zniecierpliwieniem na kuzyna. Być może nie znał się za bardzo na gitarach. - Pytam, czy możesz ją podłączyć do prądu. - Tak, dlaczego?

- Bo potrzebuję gitarzysty rytmicznego do mojej grupy. Dave się ucieszył. Nie myślał o tym, by wstąpić do zespołu, lecz pomysł od razu przypadł mu do gustu. - Nie wiedziałem, że masz grupę. - Nazywa się Guardsmen6. Gram na pianinie i śpiewam większość numerów. - Jaką muzykę gracie? - Rock and rolla, jedyną muzykę. - To znaczy... - Elvisa, Chucka Berry’ego, Johnny’ego Casha... Wszystkich największych. Dave bez trudu mógł grać utwory bazujące na triadzie harmonicznej. - A Beatlesów? - Ten zespół stosował trudniejsze akordy. - Kogo? - Nowa grupa, są super. - Nigdy o nich nie słyszałem. - W każdym razie umiem odwalić na gitarze rytmicznej wszystkie stare piosenki rockowe. Lenny uśmiechnął się, lekko dotknięty tym wyrażeniem. - A więc chcesz zagrać na próbę dla członków grupy Guardsmen? - Z przyjemnością! Lenny spojrzał na zegarek. - Ile ci zajmie dojazd do domu i powrót z gitarą? - Pół godziny w jedną stronę i pół godziny w drugą. - Bądź o siódmej w Klubie Robotniczym Aldgate. Będziemy rozstawiali sprzęt. Posłuchamy cię przed występem. Masz wzmacniacz? - Tak, ale mały. - Musi wystarczyć. Dave poszedł na stację metra. Sprawdził się jako handlowiec, a wypite piwo dodało mu energii. W pociągu wypalił papierosa, radując się zwycięstwem odniesionym nad ojcem. Wyobrażał sobie, jak mówi mimochodem do Lindy Robertson: „Gram na gitarze w grupie beatowej”. To musi jej zaimponować. Dotarł do domu i wszedł tylnymi drzwiami. Zdołał prześlizgnąć się do swojego pokoju, nie natykając się na żadne z rodziców. Umieszczenie gitary w futerale i wzięcie wzmacniacza zajęło mu kilka minut. Właśnie miał wychodzić, gdy do pokoju weszła Evie ubrana na sobotni wieczór.

Miała na sobie krótką spódnicę i botki do kolan, a jej włosy były efektownie zaczesane do tyłu. Była mocno umalowana w stylu panda spopularyzowanym przez Dusty Springfield. Wyglądała na więcej niż siedemnaście lat. - Dokąd się wybierasz? - zapytał Dave. - Na prywatkę. Ma być Hank Remington. Remington, wokalista grupy Kords, popierał te same idee, z którymi sympatyzowała Evie. Mówił o nich w wywiadach. - Namieszałeś dzisiaj - zauważyła Evie. Nie zarzucała mu tego, w sporach z rodzicami zawsze brała jego stronę, a on odwzajemniał się jej tym samym. - Dlaczego to mówisz? - Tata bardzo się przejął. - Przejął się? - Dave nie wiedział, co o tym myśleć. Ojciec okazywał gniew, rozczarowanie, potrafił być surowy, zachowywać się jak despota bądź tyran, ale przejąć się? Dlaczego? - Domyślam się, że się pokłóciliście. - Nie dał mi mojego kieszonkowego, bo oblałem wszystkie egzaminy. - I co zrobiłeś? - Nic, wyszedłem. Pewnie trzasnąłem drzwiami. - Gdzie byłeś cały dzień? - Pracowałem na straganie Lenny’ego Avery’ego na rynku i zarobiłem funta. - Brawo! Gdzie teraz idziesz z gitarą? - Lenny ma grupę beatową. Chce, żebym grał na gitarze rytmicznej. - Dave trochę przesadził, bo jeszcze nie miał miejsca w zespole. - Powodzenia! - Pewnie powiesz mamie i tacie, gdzie poszedłem. - Tylko jeśli tego chcesz. - Nieważne. - Dave doszedł do drzwi i zawahał się. - Przejął się? - Tak. Dave wzruszył ramionami i wyszedł. Wymknął się z domu niezauważony. Cieszył się na myśl o przesłuchaniu. Dużo grał i śpiewał z siostrą, ale nigdy nie miał do czynienia z prawdziwą grupą z perkusistą. Miał nadzieję, że da sobie radę. Gra na gitarze rytmicznej nie była trudna. Jadąc pociągiem, raz po raz wracał myślą do ojca. Trochę zszokowało go to, że się

martwi. Ojcowie powinni być niewzruszeni. Teraz jednak Dave widział, że takie myślenie jest infantylne. Irytowało go to, ale czuł, że powinien zmienić swoje nastawienie. Nie może poprzestawać na złości i niechęci. Nie on jeden cierpiał. Ojciec go zranił, ale on odpłacił mu tym samym i obaj byli odpowiedzialni. Łatwo było się oburzać, ale wziąć na siebie odpowiedzialność - o wiele trudniej. Znalazł Klub Robotniczy Aldgate i wniósł do środka swój sprzęt grający. Lokal wyglądał ponuro: jasne neonowe lampy w kształcie pasków rzucały ostre światło na laminatowe stoliki i krzesełka w kształcie stożków ustawione w szeregi, które przywodziły na myśl fabryczną stołówkę. Wnętrze ani trochę nie kojarzyło się z rock and rollem. Grupa była na scenie, stroiła instrumenty. Lenny grał na pianinie, Lew na perkusji, Buzz na basie, a Geoffrey na gitarze prowadzącej. Geoffrey stał przed mikrofonem, więc zapewne także śpiewał. Cała trójka była starsza od Dave’a, mieli po dwadzieścia kilka lat i obawiał się, że są lepszymi muzykami niż on. Nagle gra na gitarze rytmicznej przestała być łatwizną. Dostroił gitarę do pianina i podłączył ją do wzmacniacza. - Znasz Mess of Blues? - zapytał Lenny. Dave odparł z ulgą, że zna. Był to rytmiczny numer w tonacji C z wiodącą partią pianina; akompaniament na gitarze nie nastręczał trudności. Dostosował się bez wysiłku i znalazł szczególną przyjemność z gry z innymi, której nie dawało granie solo. Ocenił, że Lenny dobrze śpiewa. Buzz i Lew stanowili solidną sekcję rytmiczną, bardzo równomiernie grającą. Geoff miał parę fajnych zagrywek na gitarze prowadzącej. Grupa sprawiała przyzwoite wrażenie, aczkolwiek brakowało jej nieco fantazji. - Akordy dobrze dopełniają brzmienie, ale mógłbyś grać trochę bardziej rytmicznie? powiedział Lenny, kiedy utwór dobiegł końca. Dave’a zdziwiła ta krytyka. Zdawało mu się, że było dobrze. - Okay. Następnie zagrali przebój Jerry’ego Lee Lewisa, Shake, Rattle and Roll, również z pianinem w roli głównej. Geoffrey śpiewał refren unisono z Lennym. Dave synkopowo szarpał struny i Lenny’emu się to spodobało. Potem zapowiedział Johnny B. Goode Chucka Berry’ego i Dave ochoczo zagrał wstęp. Doszedłszy do piątego taktu, spodziewał się, że reszta się przyłączy, gdyż tak brzmiało to na płycie, lecz członkowie grupy czekali. Dave przestał grać. - Zwykle gram wstęp na pianinie - oznajmił Lenny. - Przepraszam - rzekł Dave i Lenny uderzył w klawisze.

Dave’owi opadły skrzydła. Nie szło mu najlepiej. Następnym utworem było Wake Up, Little Susie. Dave zdziwił się, słysząc, że Geoffrey nie śpiewa drugim głosem tak jak Everly Brothers. Zbliżył się do mikrofonu Geoffreya i zaczął śpiewać z Lennym. Minutę później dwie młode kelnerki, które rozkładały popielniczki na stolikach, przerwały, by posłuchać. Na koniec klasnęły w dłonie. Dave uśmiechnął się z zadowoleniem. Po raz pierwszy nagrodził go aplauzem ktoś spoza rodziny. - Jak nazywa się wasza grupa? - spytała go jedna z kelnerek. Dave wskazał Lenny’ego. - To jego grupa, nazywają się Guardsmen. - Aha. - Dziewczyna wyglądała na lekko rozczarowaną. Na zakończenie Lenny wybrał Take Good Care of My Baby i Dave znów zaśpiewał drugim głosem. Kelnerki pląsały w przejściach między rzędami stolików. - Cóż, żaden z ciebie gitarzysta - zawyrokował Lenny, nie wstając od pianina. - Ale ładnie śpiewasz, dziewczynom się spodobało. - A więc przyjmujesz mnie czy nie? - Możesz zagrać dziś wieczorem? - Dziś wieczorem! - Dave był uradowany, ale nie oczekiwał, że zacznie od razu. Cieszył się na myśl, że spotka się z Lindą Robertson. - Masz coś lepszego do roboty? - spytał Lenny. Trochę ubodło go to, że Dave nie przyjął propozycji od razu. - Hm, miałem się spotkać z dziewczyną, ale będzie musiała chwilę poczekać. O której skończymy? - To klub robotniczy, ludzie nie siedzą tu długo. Schodzimy ze sceny o wpół do jedenastej. Dave obliczył, że przed jedenastą zdąży dotrzeć do klubu Jump. - W porządku. - No dobra, witaj w zespole.

Jaspera Murraya nadal nie było stać na podróż do Ameryki. W londyńskim St. Julian’s College istniała organizacja o nazwie Klub Północnoamerykański, która czarterowała loty i sprzedawała tanie bilety. Pewnego dnia późnym popołudniem wybrał się do jej małego biura w siedzibie związku studenckiego i zapytał o ceny biletów. Usłyszał, że może polecieć do Nowego Jorku za dziewięćdziesiąt funtów. To było za dużo, wyszedł niepocieszony.

W kafejce zauważył Sama Cakebreada. Od wielu dni czekał na okazję, by porozmawiać z nim poza redakcją studenckiej gazetki „St. Julian’s News”. Sam był redaktorem naczelnym, Jasper zaś redaktorem działu informacyjnego. Sam był w towarzystwie młodszej siostry Valerie, która także studiowała w tym samym college’u. Miała tweedową czapkę na głowie i spódniczkę mini. Pisała w gazecie artykuły o modzie. Była atrakcyjna i w normalnych okolicznościach Jasper zacząłby z nią flirtować, lecz tego dnia zaprzątały go inne sprawy. Wolałby rozmówić się z Samem w cztery oczy, ale stwierdził, że obecność Valerie to niewielki problem. Podszedł z kawą do stolika Sama. - Potrzebuję twojej rady - zaczął. Chodziło mu o informację, a nie radę, jednak ludzie często niechętnie się nimi dzielili. Zawsze natomiast pochlebiało im, jeśli mogli komuś udzielić rady. Sam był ubrany w marynarkę w drobną jodełkę i krawat. Palił fajkę: może chciał wyglądać na starszego. - Siadaj - odrzekł, składając czytaną gazetę. Jasper skorzystał z zaproszenia. Jego układy z Samem były niezręczne. Rywalizowali o stanowisko redaktora naczelnego i Sam wygrał. Jasper zataił niechęć i Sam mianował go redaktorem działu informacji. Zostali kolegami, lecz nie przyjaciółmi. - W przyszłym roku chcę zostać naczelnym - oznajmił. Miał nadzieję, że Sam mu pomoże albo dlatego, że Jasper się do tego nadawał, co było prawdą, albo z powodu wyrzutów sumienia. - To zależy od lorda Jane’a - odparł wymijająco Sam. Jane był rektorem uczelni. - Lord zasięgnie twojej opinii. - Decyzję podejmuje cały komitet. - Ale ty i rektor jesteście jego członkami, wasze głosy się liczą. Sam nie zaoponował. - A więc chcesz mojej rady. - Kto jeszcze będzie kandydował? - Toby, oczywiście. - Naprawdę? - Był to szef działu reportażu, wyrobnik, który zamówił szereg nudnych i słusznych artykułów o pracy urzędników uniwersyteckich takich jak kierownik dziekanatu i skarbnik. - Zgłosi swoją kandydaturę. Sam dostał posadę częściowo dzięki temu, że wśród jego krewnych byli uznani

dziennikarze. Tego rodzaju koneksje imponowały lordowi Jane’owi. Irytowało to Jaspera, lecz zmilczał. - Materiały Toby’ego są nudne. - Może i brak mu wyobraźni, ale jest dokładny. Jasper odczytał tę uwagę jako przytyk pod swoim adresem. Stanowił przeciwieństwo Toby’ego,

stawiał

sensację

nad

dokładnością.

W jego

reportażach

przepychanka

nieodmiennie stawała się bójką, plan spiskiem, a przejęzyczenie - rażącym łgarstwem. Wiedział, że czytelnicy szukają w gazetach dreszczyku, a nie informacji. - No i napisał ten kawałek o szczurach w refektarzu - dodał Cakebread. - Owszem. - Jasper zapomniał o tym. Artykuł wzbudził oburzenie. W gruncie rzeczy to był traf: ojciec Toby’ego pracował w radzie miejskiej i wiedział o tym, że usiłowano wyplenić szkodniki w podziemiach osiemnastowiecznego budynku St. Julian’s College. Niemniej jednak materiał ten zapewnił Toby’emu posadę redaktora działu reportażu. Od tej pory nawet nie zbliżył się do tamtego poziomu. - A więc muszę napisać coś mocnego - rzekł z namysłem Jasper. - Możliwe. - Na przykład artykuł, w którym ujawniłbym, że rektor defrauduje fundusze uczelni na spłatę swoich długów z hazardu. - Wątpię, czy lord Jane uprawia hazard. - Sam nie grzeszył poczuciem humoru. Jasperowi przyszedł na myśl Lloyd Williams. Może on coś podpowie? Niestety, cechowała go zatrważająca dyskrecja. Potem pomyślał o Evie. Dziewczyna zgłosiła się do zespołu teatralnego działającego w St. Julian’s College, była zatem w kręgu zainteresowań studenckiej gazetki. Niedawno otrzymała rolę w filmie zatytułowanym Wszystko wokół Mirandy, który miał być jej debiutem. Poza tym chodziła z Hankiem Remingtonem z grupy Kords. Może... Jasper wstał. - Dzięki za pomoc. Jestem naprawdę wdzięczny. - Nie ma za co - odparł Sam. Jasper pojechał do domu metrem. Im więcej myślał o wywiadzie z Evie, tym bardziej był podekscytowany. Znał prawdę o niej i Hanku. Nie tylko się ze sobą spotykali, lecz także łączył ich namiętny romans. Rodzice wiedzieli, że dwa lub trzy razy w tygodniu Evie wychodzi z nim wieczorem, a w soboty wraca do domu o północy. Jednak Jasper i Dave wiedzieli również, że po szkole przeważnie szła do jego mieszkania w Chelsea i uprawiali seks. Hank napisał o niej

piosenkę Too Young to Smoke. Ale czy zgodzi się na wywiad? Kiedy dotarł do domu przy Great Peter Street, Evie siedziała w wyłożonej czerwoną glazurą kuchni i uczyła się tekstu. Jej włosy były niedbale spięte i miała na sobie starą wyblakłą koszulę, a i tak wyglądała bajecznie. Z Jasperem łączyły ją ciepłe stosunki. Gdy pałała do niego szczenięcym uczuciem, zawsze odnosił się do niej dobrze, choć nigdy jej nie zachęcał. Wykazywał taką ostrożność, ponieważ nie chciał poróżnić się ze szczodrymi i gościnnymi rodzicami dziewczyny. Teraz miał jeszcze większe powody do zadowolenia, że zdołał zachować jej sympatię. - Jak ci idzie? - spytał, ruchem głowy wskazując tekst. Wzruszyła ramionami. - Rola nie jest trudna, ale film to dla mnie nowe wyzwanie. - Może zrobiłbym z tobą wywiad. Propozycja ją zaniepokoiła. - Studio ma wyłączność na wszystkie moje wystąpienia publiczne. Jasper lekko się przeraził. Ale cóż byłby z niego za dziennikarz, gdyby nie zdołał przeprowadzić wywiadu z Evie, mieszkając w jej domu? - To tylko dla studenckiej gazetki. - Faktycznie, coś takiego się nie liczy. Nadzieje Jaspera wzrosły. - Jasne, że nie. Poza tym wywiad mógłby ci pomóc dostać się do szkółki dramatycznej. Odłożyła tekst. - No dobra. Co chcesz wiedzieć? Jasper stłumił poczucie triumfu. - Jak dostałaś rolę w filmie Wszystko wokół Mirandy? - spytał beznamiętnie. - Poszłam na przesłuchanie. - Opowiedz, jak to było. - Wyjął notes i zaczął zapisywać. Z premedytacją nie wspomniał o jej rozbieranej scenie w Hamlecie. Obawiał się, że Evie zabroni mu o tym pisać. Na szczęście nie musiał wypytywać, bo widział przedstawienie na własne oczy. Zamiast tego pytał o gwiazdy filmu, o sławnych ludzi, których poznała, i w ten okrężny sposób doszedł do Hanka Remingtona. Kiedy tylko wymienił jego imię, w oczach Evie zapalił się intensywny blask uczucia. - Hank jest najodważniejszym i najbardziej pełnym poświęcenia człowiekiem, jakiego

znam. Ogromnie go podziwiam. - Ale masz dla niego więcej niż podziw. - Ubóstwiam go. - Spotykacie się. - Tak, ale o tym wolałabym za dużo nie mówić. - Oczywiście, nie ma sprawy. - Potwierdziła, a to wystarczyło. Dave wrócił ze szkoły i zaparzył kawy instant z mlekiem. - Zdawało mi się, że miałaś nie udzielać wywiadów - rzekł do siostry. Zamknij dziób, ty rozpieszczony gnojku, skarcił go w duchu Jasper. - To tylko dla „St. Julian’s News” - odparła. Wieczorem Jasper napisał na maszynie cały artykuł. Gdy tylko zobaczył gotowy tekst, uświadomił sobie, że może być czymś więcej niż reportażem dla studenckiej gazetki. Hank był gwiazdorem, Evie początkującą aktorką, a Lloyd parlamentarzystą. To może być bomba, myślał z rosnącym zapałem. Gdyby zdołał opublikować wywiad w ogólnokrajowej gazecie, jego kariera mogłaby nabrać raptownego przyspieszenia. Ale niewykluczone, że Jasper zepsułby sobie układy z rodziną Williamsów. Nazajutrz dał materiał Samowi Cakebreadowi. Potem z drżeniem serca zadzwonił do tabloidu „Daily Echo”. Poprosił o rozmowę z redaktorem działu informacyjnego. Nie zawołano go, lecz połączono z reporterem o nazwisku Barry Pugh. - Jestem studentem dziennikarzem, mam dla pana materiał. - No to dawaj. Jasper zawahał się przez chwilę. Popełniał zdradę wobec Evie i całej rodziny Williamsów, wiedział o tym. Mimo to brnął dalej: - Dotyczy córki parlamentarzysty, która sypia z gwiazdą muzyki pop. - Świetnie - rzekł Pugh. - Którzy to? - Możemy się spotkać? - Pewnie chciałbyś za to forsę? - Tak, ale nie tylko. - A co jeszcze? - Chcę, żeby artykuł został podpisany moim nazwiskiem, jeśli uznacie, że nadaje się do druku. - Proszę mi najpierw opowiedzieć całą historię, później zobaczymy.

Pugh usiłował mydlić Jasperowi oczy tak samo, jak on zrobił z Evie. - Nie, dzięki - odparł ten zdecydowanie. - Jeśli ta historia was nie interesuje, to nie musicie jej drukować, ale jeżeli chce pan wykorzystać mój tekst, to musi go pan podpisać moim nazwiskiem. - No dobrze, zgoda. Kiedy możemy się spotkać?

Dwa dni później, jedząc śniadanie w domu przy Great Peter Street, Jasper przeczytał w ”Guardianie”, że Martin Luther King planuje w Waszyngtonie ogromną manifestację nieposłuszeństwa obywatelskiego, która ma wyrazić poparcie dla ustawy o prawach obywatelskich. Pastor zapowiadał, że weźmie w niej udział sto tysięcy osób. - Rany, chciałbym to zobaczyć - rzekł i westchnął. - Ja także - powiedziała Evie. Demonstracja miała się odbyć w sierpniu, w czasie wakacji uniwersyteckich. Jasper także będzie wtedy wolny, ale nie stać go było na bilet lotniczy do USA kosztujący dziewięćdziesiąt funtów. Daisy Williams otworzyła kopertę. - Ojej! Lloyd, tu jest list od twojej niemieckiej kuzynki Rebekki! Najmłodszy w rodzinie Dave przełknął kęs chrupków miodowych i zapytał: - A kto to, u licha, jest Rebecca? Ojciec przerzucał gazety z wprawą zawodowego polityka. Podniósł głowę. - To niezupełnie kuzynka. Moi dalecy krewni adoptowali ją po tym, jak jej rodzice zginęli podczas wojny. - Zapomniałem, że mamy niemieckich krewniaków - rzekł Dave. - Gott in Himmel! Jasper uchwycił podejrzaną nutę w głosie pana domu. Zmarły Bernie Leckwith był ojczymem Lloyda, lecz nikt nigdy nie zająknął się na temat jego prawdziwego ojca. Jasper nabrał pewności, że Lloyd był nieślubnym dzieckiem. To nie był temat dla tabloidów, gdyż pochodzenie z nieprawego łoża nie niosło już ze sobą takiej hańby jak dawniej. Mimo to Lloyd nigdy nie podawał szczegółów. - Ostatni raz widziałem Rebeccę w tysiąc dziewięćset czterdziestym ósmym roku ciągnął Lloyd. - Miała jakieś siedemnaście lat. Była już wtedy adoptowana przez moją krewną Carlę Franck. Mieszkali w Berlinie w dzielnicy Mitte, więc teraz ich dom musi leżeć po niewłaściwej stronie muru. Co się z nią stało? - Wygląda na to, że jakoś wydostała się z Niemiec Wschodnich i przeprowadziła do

Hamburga - odparła Daisy. - Och, jej mąż doznał obrażeń w czasie ucieczki i porusza się na wózku. - Co ją skłoniło, by do nas napisać? - Chce poznać miejsce pobytu Hannelore Rothmann. - Daisy spojrzała na Jaspera. - To była twoja babka. Podobno okazała serce Rebecce w czasie wojny, w dniu, w którym zabito jej rodziców. Jasper nigdy nie poznał rodziny matki. - Nie wiem dokładnie, co stało się z moimi niemieckimi dziadkami, ale mama jest pewna, że nie żyją. - Pokażę list twojej mamie - oznajmiła Daisy. - Powinna napisać do Rebekki. Lloyd otworzył „Daily Echo”. - Jasna cholera, co to jest? Jasper czekał na tę chwilę. Splótł dłonie na kolanach, żeby powstrzymać ich drżenie. Gospodarz domu rozpostarł gazetę na stole. Na trzeciej stronie widniało zdjęcie Evie wychodzącej z nocnego klubu z Hankiem Remingtonem. Tytuł brzmiał: Gwiazda grupy Kords i lubiąca paradować nago siedemnastoletnia córka laburzystowskiego parlamentarzysty Nieco niżej znajdowały się nazwiska autorów: Barry Pugh i Jasper Murray - To nie ja napisałem! - skłamał Jasper. Oburzenie zabrzmiało fałszywie nawet w jego własnych uszach. Tym, co czuł naprawdę, była euforia na widok swojego nazwiska nad artykułem w ogólnokrajowej gazecie. Inni jakby nie dostrzegli jego mieszanych emocji. - ”Najnowszą miłością gwiazdora muzyki pop Hanka Remingtona jest zaledwie siedemnastoletnia córka Lloyda Williamsa, deputowanego z okręgu Hoxton. Gwiazda filmowa Evie Williams zasłynęła z tego, że wystąpiła nago na scenie w Lambeth, ekskluzywnej szkole dla dzieci z wyższych kręgów”. - Och, jakie to żenujące - powiedziała Daisy. Lloyd czytał dalej: - ”»Hank jest najodważniejszym i najbardziej pełnym poświęcenia człowiekiem, jakiego znam«, mówi Evie. Ona i Hank popierają kampanię na rzecz rozbrojenia nuklearnego mimo dezaprobaty jej ojca, który jest rzecznikiem Partii Pracy w kwestiach wojskowości”. Lloyd spojrzał surowo na Evie. - Znasz wielu ludzi wielkiej odwagi i poświęcenia, między innymi mamę, która jeździła karetką w czasie niemieckich bombardowań, oraz brata dziadka

Billy’ego Williamsa, który walczył pod Sommą. Hank musi być kimś nadzwyczajnym, skoro ich przyćmiewa. - Mniejsza z tym - odezwała się Daisy. - Myślałam, że nie wolno ci udzielać wywiadów bez zgody studia. - O Boże, to moja wina - rzekł Jasper i wszyscy na niego spojrzeli. Spodziewał się takiej sceny i był na nią przygotowany. Tym razem nie musiał silić się na udawanie, bo naprawdę miał okropne poczucie winy. - Zrobiłem wywiad z Evie dla gazetki studenckiej. Ktoś z ”Echa” musiał podebrać mój artykuł i przepisać go tak, żeby wzbudzić sensację. Jasper zawczasu przygotował tę historyjkę. - Oto pierwsza lekcja życia publicznego - stwierdził Lloyd. - Dziennikarze są zdradliwi. To o mnie, jestem zdradliwy, pomyślał Jasper. Jednak wydawało się, że rodzina Williamsów przyjęła podaną przez niego wersję, jakoby „Echo” puściło artykuł bez jego udziału. Evie była bliska płaczu. - Mogę stracić rolę. - Nie sądzę, by to zaszkodziło filmowi - pocieszyła ją matka. - Wprost przeciwnie. - Obyś miała rację - powiedziała Evie. - Jest mi bardzo przykro - odezwał się Jasper z największą szczerością, na jaką umiał się zdobyć. - Mam poczucie, że cię zawiodłem. - Ale przecież nie chciałeś. Jasperowi się upiekło. Nikt z domowników nie patrzył na niego z wyrzutem. Uznali, że winę ponosi dziennikarz „Echa”. Nie miał pewności jedynie co do Daisy, która lekko się skrzywiła i unikała jego wzroku. Jednak lubiła Jaspera przez wzgląd na jego matkę i nie chciała oskarżać go o dwulicowość. Ten wstał. - Idę do redakcji „Daily Echo” - oznajmił. - Muszę się spotkać z tym draniem i usłyszeć, co ma do powiedzenia. Cieszył się, że wychodzi z domu. Zdołał jakoś wyłgać się z trudnego położenia i czuł olbrzymią ulgę. Godzinę później znalazł się w newsroomie „Echa” i był bardzo podekscytowany. Tego właśnie łaknął: biurek, maszyn do pisania, dzwonienia telefonów, pneumatycznych rur przenoszących egzemplarze, atmosfery radosnego rozgorączkowania. Barry Pugh miał około dwudziestu pięciu lat i był drobnym mężczyzną; patrzył spod

lekko przymrużonych powiek. Nosił pomięty garnitur i wytarte zamszowe trzewiki. - Dobra robota - pochwalił. - Evie nadal nie wie, że dałem ci artykuł. Pugh nic sobie nie robił ze skrupułów Jaspera. - Niewiele byśmy opublikowali, gdybyśmy za każdym razem prosili o pozwolenie. - Miała odmawiać udzielania wywiadów oprócz tych, które są organizowane przez biuro prasowe studia. - Rzecznicy prasowi to twoi wrogowie, ciesz się, że jednego przechytrzyłeś. - Cieszę się. Pugh podał mu kopertę. Jasper rozdarł ją. W środku znajdował się czek. - Twoje wynagrodzenie. Tyle dostaje się za główny artykuł na trzeciej stronie. Jasper spojrzał na wypisaną kwotę. Było to dziewięćdziesiąt funtów. Przypomniał sobie o manifestacji w Waszyngtonie. Dziewięćdziesiąt funtów wystarczy na bilet lotniczy do Stanów Zjednoczonych. Teraz mógł tam polecieć. Jego serce zadrżało radośnie. Schował czek do kieszeni. - Bardzo dziękuję. Barry skinął głową. - Daj znać, jeśli będziesz miał więcej takich materiałów.

Dave Williams miał tremę na myśl o koncercie w klubie Jump. Był to bardzo modny lokal w centrum Londynu, tuż przy Oxford Street. Słynął z tego, że debiutowały tam nowe gwiazdy, już kilka zespołów, które tam zaczynały, wdarło się na listy przebojów. Sławni muzycy przychodzili, by posłuchać młodych talentów. Klub nie wyglądał imponująco. Z jednej strony znajdowała się niewielka scena, a z drugiej bar. Między nimi rozciągał się parkiet, na którym mogło tańczyć kilkaset osób, ocierając się pośladkami. Wykorzystywano go także jako popielnicę. Jedyną dekorację stanowiły postrzępione plakaty gwiazd, które kiedyś wystąpiły w klubie. Nie dotyczyło to szatni, których ściany zdobiły najbardziej obsceniczne graffiti, jakie Dave widział. Dzięki pomocnym uwagom kuzyna spisywał się teraz lepiej w roli muzyka. Lenny miał do niego słabość i przemawiał jak wujek, mimo że był zaledwie o osiem lat starszy. - Wsłuchuj się w bębniarza - powiedział. - Wtedy zawsze utrzymasz się w rytmie. I jeszcze: - Naucz się grać, nie patrząc na gitarę, dzięki temu będziesz mógł spoglądać w oczy

słuchaczom. Dave był wdzięczny za wszystkie wskazówki, wiedział jednak, że daleko mu jeszcze do profesjonalizmu. Mimo to na scenie czuł się wspaniale. Nie trzeba było czytać ani pisać, toteż nie uchodził za ciemniaka; radził sobie przyzwoicie i stale się doskonalił. Snuł nawet fantazje o tym, że zostanie muzykiem i nigdy więcej nie będzie musiał się uczyć. Miał jednak świadomość, że szanse są skromne. Grupa także prezentowała się coraz lepiej. Kiedy Dave śpiewał na dwa głosy z Lennym, brzmieli nowocześnie, przypominali Beatlesów. Namówił Lenny’ego, by spróbować czegoś innego: rdzennego chicagowskiego bluesa i soulu rodem z Detroit, nadającego się do tańca. Taką muzykę grały młodsze zespoły. W ten sposób dostawali więcej zaproszeń i zamiast grać raz na dwa tygodnie, występowali w każdy piątek i sobotę wieczór. Dave miał jednakże inny powód do niepokoju. Zdobył umowę dzięki temu, że poprosił o zarekomendowanie grupy chłopaka Evie, Hanka Remingtona. Jednak Hank skrzywił się, słysząc nazwę zespołu. - Nazwa Guardsmen brzmi staroświecko, coś jak Four Aces albo Jordanaires. - Możemy ją zmienić - odparł Dave, gotów zrobić wszystko, by dostać się do klubu Jump. - Najnowszy trend to nazwy wzięte ze starego bluesa, w rodzaju Rolling Stones. Dave przypomniał sobie numer grupy Booker T. and the M.G.’s, który usłyszał przed paroma dniami. Uderzył go dziwaczny tytuł. - Może Plum Nellie? - rzucił. Nazwa przypadła Hankowi do gustu i powiedział w klubie, że warto zaprosić nową grupę Plum Nellie. Sugestia od kogoś tak sławnego jak Hank miała moc rozkazu, toteż grupa zdobyła umowę na występ. Jednak kiedy Dave zaproponował zmianę nazwy, Lenny z miejsca ją odrzucił. - Jesteśmy Guardsmen i tak zostanie - odrzekł z uporem muła i zmienił temat. Dave nie ośmielił się powiedzieć mu, że w klubie Jump już wiedzą o tym, że zapraszają Plum Nellie. Krytyczna chwila się zbliżała. Aby sprawdzić brzmienie, zagrali Lucille. Po pierwszym wersie Dave przestał grać i odwrócił się do gitarzysty prowadzącego Geoffreya. - Co to, kurwa, było? - Ale co? - W środku zagrałeś coś dziwnego.

Geoffrey uśmiechnął się znacząco. - Nic, taki przejściowy akord. - Nie ma go w nagraniu. - Co jest, nie umiesz zagrać pomniejszonego wysokiego C? Dave doskonale wiedział, o co chodzi. Geoffrey usiłował obnażyć go jako nowicjusza. Niestety, Dave nigdy nie słyszał o pomniejszonych akordach. - Pianiści w pubach nazywają to podwójnym moll - dodał Lenny. Dave przełknął dumę. - Pokaż - rzekł do Geoffreya. Ten przewrócił oczami i westchnął, ale zademonstrował układ akordu. - Coś takiego, kapujesz? - powiedział z ostentacyjnym znudzeniem, jakby miał dość obcowania z amatorszczyzną. Dave powtórzył akord. Nie był trudny. - Następnym razem mnie, kurwa, uprzedź, zanim zaczniemy grać. Później poszło już dobrze. Phil Burleigh, właściciel klubu, wszedł w środku próby i słuchał. Przedwcześnie wyłysiał, więc naturalnie nadano mu przydomek Kędzior. Na koniec z aprobatą skinął głową. - Dziękuję, Plum Nellie. Lenny posłał Dave’owi krzywe spojrzenie. - Grupa nazywa się Guardsmen - oznajmił zdecydowanie. - Zastanawialiśmy się nad zmianą - odezwał się Dave. - To ty się zastanawiałeś, ja powiedziałem: nie. - Guardsmen to koszmarna nazwa, kolego - stwierdził Kędzior. - Tak się nazywamy. - Słuchaj, dziś wieczorem będzie tu Byron Chesterfield - mówił tonem desperacji właściciel. - To najważniejszy promotor w Londynie, może nawet w Europie. Możecie się załapać na robotę dla niego, ale nie z tą nazwą. - Byron Chesterfield? - Lenny zaśmiał się. - Znam go całe życie, naprawdę nazywa się Brian Chesnowitz. Jego brat ma stragan na Aldgate Market. - Martwi mnie wasza nazwa, a nie jego nazwisko. - Nasza nazwa jest w porządku. - Nie mogę wpuścić na scenę grupy o nazwie Guardsmen, muszę dbać o reputację. Kędzior wstał. - Przykro mi, chłopcy, pakujcie się. - Daj spokój, Kędzior, nie chcesz wkurzyć Hanka Remingtona - powiedział Dave.

- Hank to mój stary kumpel - odparł właściciel klubu. - Graliśmy razem skiffle w kafejce 2i’s, to było w latach pięćdziesiątych. Ale on polecił mi grupę o nazwie Plum Nellie, a nie Guardsmen. Dave był zrozpaczony. - Wszyscy moi znajomi mają przyjść! - Myślał zwłaszcza o Lindzie Robertson. - Bardzo mi przykro - rzucił Kędzior. Dave odwrócił się do Lenny’ego. - Bądź rozsądny, czy nazwa jest aż tak ważna? - To moja grupa, nie twoja - upierał się Lenny. Zatem o to chodziło. - Pewnie, że to twoja grupa, ale uczyłeś mnie, że klient ma zawsze rację - mówił Dave pod wpływem nagłego natchnienia. - A jutro rano możesz wrócić do starej nazwy, jeśli zechcesz. - Niee - odparł Lenny, ale widać było, że mięknie. - Lepsze to niż utrata koncertu - argumentował Dave, wykorzystując przewagę. Gdybyśmy mieli teraz wrócić do domu, to byłaby kompletna klapa. - No dobra, niech to szlag - zgodził się Lenny. Kryzys został zażegnany i Dave poczuł olbrzymią ulgę i radość. Stali przy barze, kiedy do klubu zaczęli wchodzić pierwsi klienci. Dave ograniczył się do jednej pinty: tyle wystarczyło, by się rozluźnić, ale nie mylić akordów. Lenny wypił dwie pinty, a Geoffrey trzy. Dave z radością zobaczył Lindę Robertson, była ubrana w krótką purpurową sukienkę i białe botki do kolan. Ona i wszyscy koledzy Dave’a byli jeszcze za młodzi, by móc legalnie pić alkohol w lokalach, lecz robili wszystko, żeby wyglądać starzej; poza tym prawo nie było ściśle przestrzegane. Linda odnosiła się teraz inaczej do Dave’a. Dawniej traktowała go jak inteligentnego młodszego brata, mimo że byli w tym samym wieku. To, że miał zagrać w klubie Jump, sprawiło, że stał się w jej oczach kimś innym. Był teraz wyrobionym dorosłym, a ona z podnieceniem wypytywała go o grupę. Jeśli tyle się zyskuje, grając w marnym zespoliku Lenny’ego, to jak musi się czuć prawdziwa gwiazda muzyki pop? Poszli do garderoby, żeby się przebrać. Zawodowe grupy zwykle występowały w identycznych strojach, lecz było to za drogie. Lenny poszedł na kompromis i wszyscy włożyli czerwone koszule. Dave uważał, że jednolite uniformy wychodzą z mody, anarchistycznie nastawieni Rolling Stones ubierali się dowolnie, każdy inaczej.

Plum Nellie zajmowali najniższe miejsce na liście, zagrali więc jako pierwsi. Piosenki zapowiadał Lenny, lider grupy. Siedział z boku sceny, pianino było ustawione pod kątem tak, by mógł spoglądać na widownię. Dave zajął miejsce na środku, grał i śpiewał, toteż wszystkie oczy zwrócone były na niego. Teraz, gdy spadł mu z głowy kłopot z nazwą - przynajmniej na jakiś czas - mógł się rozluźnić. Grając, poruszał się i wywijał gitarą, jakby to była partnerka w tańcu, a kiedy śpiewał, wyobrażał sobie, że przemawia do widowni, podkreślał słowa tekstu mimiką twarzy i ruchami głowy. Dziewczęta jak zawsze na to reagowały, patrzyły na niego i uśmiechały się, tańcząc w rytm. Po pierwszej części do garderoby wszedł Byron Chesterfield. Miał około czterdziestki i nosił piękny jasnoniebieski garnitur z kamizelką. Krawat był we wzór ułożony ze stokrotek. Włosy przerzedzały mu się po obu stronach, nosił je uczesane w staroświecki czubek i posmarowane brylantyną. Wchodząc, wniósł ze sobą obłok zapachu wody kolońskiej. - Niezła ta twoja grupa - rzekł, zwracając się do Dave’a. Ten wskazał kuzyna. - Dziękuję, panie Chesterfield, ale to jest grupa Lenny’ego. - Cześć, Brian, nie pamiętasz mnie? - odezwał się Lenny. Byron zawahał się przez chwilę. - A niech mnie! Toż to Lenny Avery. - Jego londyński akcent zrobił się bardziej wyrazisty. - Za cholerę cię nie poznałem. Jak tam twój stragan? - Świetnie jak nigdy. - Masz dobrą grupę, Lenny: bas i perkusja solidne, fajne gitary i pianino. Podobają mi się chórki. - Skinął kciukiem na Dave’a. - A dzieciak podoba się dziewczynom. Dużo macie roboty? Dave był uradowany. Grupa spodobała się Byronowi Chesterfieldowi! - Jesteśmy zajęci w każdy weekend - odparł zapytany. - Może załatwię wam latem występy na sześć tygodni, jeśli was to interesuje. Pięć wieczorów tygodniowo, od wtorku do soboty. - No nie wiem - odrzekł obojętnym tonem Lenny. - Musiałbym namówić siostrę, żeby przez ten czas prowadziła stragan. - Dziewięćdziesiąt funtów za tydzień. Nie ma się nad czym zastanawiać. Dave obliczył, że to więcej, niż kiedykolwiek im zapłacono. Przy odrobinie szczęścia koncerty mogłyby wypaść w wakacje. Z irytacją zauważył, że Lenny wciąż nie wygląda na przekonanego.

- A zakwaterowanie i wyżywienie? - indagował. Dave uświadomił sobie, że kuzyn nie odrzuca propozycji, lecz negocjuje. - Zakwaterowanie tak, ale bez wyżywienia - odparł Byron. Dave pomyślał, że może chodzić o jakiś nadmorski kurort, w którym zatrudnia się sezonowo różnych wykonawców. - Nie mogę zostawić straganu za taką stawkę, Brian - oznajmił Lenny. - Szkoda, że to nie sto dwadzieścia tygodniowo. Wtedy bym się zastanowił. - Organizator mógłby podnieść do dziewięćdziesięciu pięciu w ramach osobistej przysługi dla mnie. - Powiedzmy sto dziesięć. - Jeśli pominę moje honorarium, mogę dać setkę. Lenny zerknął na kolegów. - Co wy na to, chłopcy? Wszyscy byli za przyjęciem propozycji. - Co to za lokal? - chciał wiedzieć Lenny. - Klub o nazwie Dive. Lenny pokręcił głową. - Nigdy nie słyszałem. Gdzie to jest? - A nie wspomniałem? - odpowiedział pytaniem Byron Chesterfield. - W Hamburgu.

Dave z trudem panował nad rozpierającą go radością. Sześciotygodniowy ciąg występów, i to w Niemczech! Z punktu widzenia prawa był już w takim wieku, że mógł odejść ze szkoły. Czyżby pojawiła się szansa na to, by zostać zawodowym muzykiem? Uradowany wziął gitarę i wzmacniacz i razem z Lindą Robertson pojechali na Great Peter Street. Dave zamierzał zostawić tam sprzęt, a później odprowadzić ją pieszo do domu jej rodziców w Chelsea. Niestety, rodzice jeszcze nie położyli się spać i matka zatrzymała go w przedpokoju. - Jak poszło? - spytała wesoło. - Świetnie. Rzucę tylko sprzęt, a potem odprowadzę Lindę do domu. - Witaj, Lindo. Miło cię znowu widzieć. - Dobry wieczór pani - odparła grzecznie Linda, przeobrażając się w skromną uczennicę, jednak Dave widział, że matka nie omieszkała zauważyć krótkiej sukienki i seksownych botków.

- Czy klub zaprosi was ponownie? - indagowała Daisy. - Jeden promotor, Byron Chesterfield, zaproponował nam letnie występy w innym klubie. Super, bo to ma być w letnie wakacje. Z saloniku wyszedł ojciec. Wciąż miał na sobie garnitur, w którym był na jakimś sobotnim zebraniu politycznym. - Co ma być w letnie wakacje? - Nasza grupa dostała sześciotygodniowy angaż. Lloyd zmarszczył czoło. - W wakacje musisz powtarzać materiał. W przyszłym roku są najważniejsze egzaminy. Na razie twoje stopnie żadną miarą nie pozwalają na to, byś mógł mieć wolne całe wakacje. - Uczyć mogę się w ciągu dnia. Będziemy grali wieczorami. - Hm. Najwyraźniej nie obchodzi cię, że opuścisz doroczny wyjazd z rodziną do Tenby. - Obchodzi, uwielbiam Tenby - skłamał Dave. - Ale to jest wspaniała szansa. - Nie wiem, jak możemy zostawić cię samego w domu, kiedy będziemy w Walii. Masz dopiero piętnaście lat. - Mm, ten klub nie jest w Londynie - powiedział Dave. - A gdzie? - W Hamburgu. - Że co? - odezwała się Daisy. - Nie bądź śmieszny - rzekł Lloyd. - Wyobrażasz sobie, że puścimy cię tam w tym wieku? Poza tym niemieckie prawo pracy na pewno zabrania zatrudniania młodocianych. - Nie wszystkie przepisy są ściśle przestrzegane - zauważył Dave. - Założę się, że kupowałeś drinki w pubach, zanim skończyłeś osiemnaście lat. - Pojechałem do Niemiec z matką dopiero jako osiemnastolatek. Z pewnością nie spędziłem sześciu tygodni bez nadzoru w obcym kraju w wieku piętnastu lat. - Nie będę bez nadzoru. Będzie tam ze mną kuzyn Lenny. - Jakoś nie widzę w nim godnej zaufania przyzwoitki. - Przyzwoitki? - oburzył się Dave. - A kim ja jestem, wiktoriańską panną? - Wedle prawa dzieckiem, w rzeczywistości nastolatkiem. Na pewno nie dorosłym. - Masz kuzynkę w Hamburgu - przypomniał zdesperowany Dave. - Rebecca, niedawno napisała do mamy. Mógłbyś ją poprosić, żeby się mną zajęła. - To daleka kuzynka z adopcji, a ja nie widziałem jej od szesnastu lat. To nie jest dość

bliski związek, nie pozwala mi zwalić jej na głowę na całe lato niesfornego nastolatka. Wahałbym się, nawet gdyby była moją siostrą. Daisy przemówiła pojednawczym tonem. - Lloydzie, mój drogi, z listu odniosłam wrażenie, to zacna osoba. I wydaje mi się, że nie ma własnych dzieci. Być może nie obrazi się, jeśli ją zapytamy. - Naprawdę chcesz, żeby Dave tam pojechał? - spytał poirytowany mąż. - Ależ nie, oczywiście, że nie. Gdyby to ode mnie zależało, zabrałabym go z nami do Tenby. Jednak on dorasta, może trzeba mu poluzować cugli. - Spojrzała na syna. - Przekona się, że praca jest cięższa, niż sobie wyobraża, i mniej w niej zabawy. Może wyciągnie z tego jakąś naukę na przyszłość. - Nie - rzekł Lloyd tonem ostatecznej decyzji. - Gdyby miał osiemnaście lat, może bym się zgodził. Ale jest za młody, o wiele za młody. Dave miał ochotę krzyczeć z wściekłości, a jednocześnie się rozpłakać. Przecież nie odbiorą mu takiej szansy. - Późno już - powiedziała Daisy. - Porozmawiajmy o tym rano. Dave musi odprowadzić Lindę do domu, zanim jej rodzice zaczną się martwić. Dave zawahał się, nie chcąc odchodzić, zanim spór nie zostanie rozstrzygnięty. Lloyd podszedł do schodów. - Nie rób sobie wielkich nadziei - powiedział do syna. - Nic z tego nie będzie. Dave otworzył drzwi. Jeśli teraz wyjdzie bez słowa, pozostawi rodziców z mylnym wrażeniem. Musi dać im do zrozumienia, że nie powstrzymają go łatwo przed wyjazdem do Hamburga. - Posłuchajcie - odezwał się, zaskakując ojca. Podjął decyzję. - Pierwszy raz w życiu odniosłem w czymś sukces, tato. Postaraj się mnie zrozumieć. Jeśli będziesz próbował mi go odebrać, odejdę z domu. I przysięgam, że nigdy przenigdy nie wrócę. Wyprowadził Lindę i trzasnął za sobą drzwiami.

ROZDZIAŁ 24 Tania Dworkina była znów w Moskwie, lecz Wasilij Jenkow nie. Zostali aresztowani na placu Majakowskiego podczas zebrania poetyckiego. Wasilija skazano za działalność antyradziecką i wrogą propagandę i zesłano do obozu na Syberii na dwa lata robót. Tania miała poczucie winy: współdziałała z nim w popełnianiu przestępstwa, jej jednak uszło to na sucho. Zakładała, że Wasilija przesłuchiwano i bito. Mimo to nadal była wolna i pracowała jako dziennikarka, zatem jej nie wydał. Może nic nie mówił, ale bardziej prawdopodobne było to, że wymienił jakichś zmyślonych współsprawców, w których KGB uwierzyło, a którzy byli trudni do wytropienia. Do wiosny 1963 roku Wasilij odbył karę. Jeśli żył - jeśli przetrwał mrozy, głód i choroby, które uśmiercały wielu więźniów obozów pracy - powinien być już na wolności. Jednak, co źle wróżyło, nie pokazał się. Więźniom zwykle pozwalano raz w miesiącu wysyłać i odbierać jeden mocno ocenzurowany list, jednak Wasilij nie mógł pisać do Tani, gdyż w ten sposób wskazałby ją bezpiece. Dlatego nie miała żadnych informacji i to samo dotyczyło większości jego znajomych. Może pisał do matki w Leningradzie. Tania jej nie poznała, ponieważ kontakty z Tanią Wasilij utrzymywał w tajemnicy nawet przed matką. Był najbliższym przyjacielem Tani. Leżała w łóżku przez całe noce i martwiła się o niego. Czy jest chory, czy żyje? Może udowodniono mu inne przestępstwo i przedłużono wyrok. Niepewność dręczyła ją jak tortura, przyprawiała o ból głowy. Pewnego popołudnia postanowiła zaryzykować i wspomniała o Wasiliju swojemu szefowi Daniłowi Antonowowi. Dział reportażu agencji TASS mieścił się w dużej hałaśliwej sali; dziennikarze stukali na maszynach, rozmawiali przez telefony, czytali gazety, wchodzili do biblioteki, w której gromadzono informacje, i wychodzili z niej. Jeśli Tania odezwie się cicho, nikt jej nie usłyszy. - Co w końcu stało się z Ustinem Bodianem? - Złe traktowanie Bodiana, śpiewaka operowego i dysydenta, było tematem numeru „Niezgody”, który rozdawał Wasilij, kiedy go aresztowano. Tekst wyszedł spod ręki Tani. - Zmarł na zapalenie płuc. Tania wiedziała o tym. Udawała niewiedzę, by okrężną drogą dojść do Wasilija. - Tego dnia aresztowano ze mną pewnego pisarza, Wasilija Jenkowa - kontynuowała

melodyjnym tonem. - Wiesz może, co się z nim stało? - Był redaktorem scenariuszy. Dostał dwa lata. - Więc musi już być na wolności. - Może, nie słyszałem o tym. Nie dostanie z powrotem tamtej posady, nie wiem, dokąd się uda. Wróci do Moskwy, Tania była tego pewna. Wzruszyła ramionami, markując obojętność, i podjęła pisanie artykułu o kobiecie murarzu. Dyskretnie zagadnęła szereg osób, które mogły wiedzieć, czy Wasilij powrócił. Odpowiedź była zawsze taka sama: nikt nic nie słyszał. Jednak tego popołudnia czegoś się dowiedziała. Kiedy wychodziła po pracy z siedziby TASS, zagadnął ją jakiś nieznajomy. - Tania Dworkina? - zapytał. Odwróciwszy się, ujrzała bladego mężczyznę w brudnym ubraniu. - Tak? - odrzekła z niepokojem. Nie miała pojęcia, czego taki człowiek może od niej chcieć. - Wasilij Jenkow uratował mi życie - oznajmił mężczyzna. To było tak nieoczekiwane, że przez chwilę nie wiedziała, jak zareagować. Zbyt wiele pytań kłębiło się w jej głowie: Skąd znacie Wasilija? Gdzie i w jaki sposób ocalił wam życie? Dlaczego do mnie przyszliście? Mężczyzna wcisnął jej do ręki brudną kopertę wielkości zwykłej kartki i odwrócił się. Tania dopiero po chwili zebrała myśli. W końcu uprzytomniła sobie, które pytanie jest najważniejsze. - Czy Wasilij żyje? - spytała, kiedy mężczyzna był jeszcze w zasięgu głosu. Nieznajomy odwrócił się i spojrzał na nią. Nie odpowiedział od razu i strach ścisnął jej serce. - Tak - odrzekł. Przepełniła ją nagła lekkość, która przyszła wraz z ulgą. Mężczyzna odwrócił się. - Zaczekaj! - krzyknęła Tania, lecz on przyspieszył kroku, skręcił za róg i zniknął. Koperta nie była zaklejona. Tania zajrzała do środka i zobaczyła szereg kartek zapisanych pismem, które rozpoznała. Wyjęła je do połowy. Na pierwszej stronie umieszczono tytuł i nazwisko autora: Odmrożenie Iwan Kuzniecow

Wsunęła arkusze z powrotem do koperty i poszła na przystanek. Czuła lęk, a jednocześnie radosne podniecenie. Nazwisko „Iwan Kuzniecow”, najpospolitsze, jakie można sobie wyobrazić, było rzecz jasna pseudonimem; w Niemczech byłby to Hans Schmidt, a we Francji Jean Lefevre. Wasilij coś napisał, artykuł albo opowiadanie. Tania nie mogła się doczekać, kiedy przeczyta tekst. Zarazem musiała walczyć z odruchem, który nakazywał jej odrzucić kopertę jak najdalej od siebie, jakby było w niej coś skażonego. Bez wątpienia zawierała treści wywrotowe. Wsunęła ją do torebki. Nadjechał autobus i był zatłoczony, trwały godziny wieczornego szczytu. Tania wolała nie czytać teraz rękopisu, gdyż ktoś mógłby zajrzeć jej nad ramieniem. Musiała stłumić niecierpliwość. Wróciła myślą do mężczyzny, który przekazał jej kopertę. Był źle ubrany, wygłodzony i schorowany, jego twarz zdradzała ciągłą obawę. Przypominał człowieka niedawno wypuszczonego z więzienia. Cieszył się, że zdołał się pozbyć koperty, i wolał nie mówić adresatce nic ponad to, co konieczne. Jednak wyjaśnił przynajmniej, dlaczego podjął się tego niebezpiecznego zlecenia. Spłacał dług. „Wasilij Jenkow uratował mi życie”, powiedział. Tania znów zadała sobie pytanie, w jaki sposób to się stało. Wysiadła z autobusu i doszła do domu rządowego. Po powrocie z Kuby wprowadziła się znów do mieszkania matki. Nie miała powodu, by starać się o własną kwaterę, a gdyby ją zdobyła, byłaby o wiele mniej luksusowa. Zamieniła kilka zdań z Anią, a potem poszła do swojego pokoju i usiadła na łóżku, by przeczytać tekst Wasilija. Charakter jego pisma zmienił się. Litery były mniejsze, linie wznoszące krótsze, zaokrąglenia mniej zamaszyste. Czy to z powodu przemiany osobowości, czy braku papieru? - zastanawiała się Tania. Zaczęła czytać. Józef Iwanowicz Masłow, zwany Soso, był uradowany, gdy żywność okazała się zepsuta. Przeważnie strażnicy rozkradali większość dostawy i sprzedawali. Więźniom zostawała poranna kasza na wodzie i zupa z brukwi na wieczór. Żywność rzadko psuła się na Syberii, gdzie temperatura zwykle utrzymuje się poniżej zera, lecz komunizm czyni cuda. Kiedy więc zdarzało się, że mięso roiło się od larw, a smalec zjełczał, kucharz wrzucał wszystko do kotła i więźniowie się cieszyli. Soso pochłaniał kaszę ociekającą cuchnącą słoniną i łaknął więcej.

Tania poczuła mdłości, lecz nie mogła przestać czytać. Każda kolejna strona robiła na niej coraz większe wrażenie. Była to historia niezwykłej relacji między dwoma więźniami: jeden był dysydentem intelektualistą, a drugi nieuczonym gangsterem. Wasilij posługiwał się prostym obrazowym stylem, który przemawiał do wyobraźni. Życie w obozie opisane zostało brutalnie żywym językiem. Było tam jednak znacznie więcej, nie tylko opis. Może zaważyło doświadczenie w tworzeniu słuchowisk radiowych. Wasilij wiedział, jak nadać opowieści bieg, Tania czytała ją z niesłabnącym zainteresowaniem. Fikcyjny obóz ulokowany był w lesie składającym się z syberyjskiego modrzewia, praca polegała na wyrębie drzew. Zasady bezpieczeństwa nie istniały, nie stosowano ubrań ochronnych ani sprzętu, toteż wypadki były na porządku dziennym. Uwagę Tani zwrócił epizod, w którym gangster przecina sobie piłą tętnicę w ręce, a intelektualista ratuje go za pomocą opaski uciskowej. Czy właśnie tak Wasilij ocalił życie posłańcowi, który dostarczył rękopis z Syberii do Moskwy? Przeczytała opowiadanie dwa razy. Miała wrażenie, jakby rozmawiała z Wasilijem: znała jego frazę z setek dyskusji i sporów, wiedziała, co przyjaciel uważa za zabawne, dramatyczne lub ironiczne. Tęsknota rwała ją za serce. Wiedziała już, że Wasilij żyje, musiała więc się dowiedzieć, dlaczego nie wrócił do Moskwy. Opowiadanie nie zawierało ani jednej wskazówki. Jednak Tania znała kogoś, kto mógł się dowiedzieć niemal wszystkiego: swojego brata. Schowała rękopis do szuflady szafki nocnej i wyszła z pokoju. - Idę zobaczyć się z Dimką - powiedziała do matki. - To nie potrwa długo. - Zjechała windą na piętro, na którym mieszkał brat. Drzwi otworzyła jego żona Nina, która była w dziewiątym miesiącu. - Ładnie wyglądasz! - przywitała ją Tania. Nie była to prawda. Nina już dawno miała za sobą ten etap, kiedy ludzie mówią o ciężarnej kobiecie, że wygląda kwitnąco. Spotężniała, jej piersi zwisały ciężko, a brzuch był napięty. Jasna skóra pokryta piegami jeszcze zbladła, a rudobrązowe włosy sprawiały wrażenie dawno niemytych. Wyglądała na więcej niż dwadzieścia dziewięć lat. - Wejdź - powiedziała zmęczonym głosem. Dimka oglądał wiadomości. Zgasił telewizor, pocałował Tanię i zaproponował piwo. Była tam matka Niny Masza, która przyjechała pociągiem z Permu, by pomóc córce przy dziecku. Drobna, przedwcześnie pomarszczona kobiecina ze wsi ubrana na czarno była wyraźnie dumna z tego, że miastowa córka mieszka tak elegancko. Tania zdziwiła się, kiedy

pierwszy raz się spotkały. Zdawało jej się, że matka Niny jest nauczycielką, lecz okazało się, że tylko pracuje w wiejskiej szkole jako sprzątaczka. Nina udawała, że jej rodzice zajmują wyższą pozycję społeczną; było to zachowanie tak powszechne, że prawie uniwersalne. Rozmawiali o ciąży Niny, a Tania głowiła się, jak zostać sam na sam z bratem. Nie mogła rozmawiać o Wasiliju w obecności Niny i jej matki, to było wykluczone. Instynktownie nie ufała bratowej. Dlaczego ta nieufność jest tak silna? - zastanawiała się z poczuciem winy. Stwierdziła, że to z powodu ciąży. Nina nie była intelektualistką, ale miała zbyt dużo sprytu, by przypadkowo zajść w ciążę. Tania żywiła podejrzenie - nigdy nieujawnione - że Nina wmanipulowała Dimkę w małżeństwo. Wiedziała, że brat jest mądry i orientuje się niemal we wszystkim - naiwnemu romantyzmowi ulegał jedynie wobec kobiet. Czemu go usidliła? Czy tylko dlatego, że Dworkinowie należeli do elity, a ona była ambitna? Nie bądź wredna, zganiła samą siebie. Rozmawiała niezobowiązująco przez pół godziny, a potem wstała, szykując się do wyjścia. Jej i brata nie łączyła żadna nadprzyrodzona więź, lecz znali się na wylot i zwykle odgadywali nawzajem swoje myśli. Dimka wyczuł, że Tania nie przyszła po to, by gawędzić o ciąży jego żony. On także wstał. - Muszę wynieść śmieci. Pomożesz mi, Taniu? Zjechali windą na dół z kubłami w dłoniach. Kiedy znaleźli się na tyłach budynku, sami, Dimka zwrócił się do siostry: - Co się stało? - Wyrok Wasilija Jenkowa dobiegł końca, a on nie wrócił do Moskwy. Twarz Dimki przybrała twardy wyraz. Kochał Tanię i ona o tym wiedziała, ale nie zgadzał się z nią w kwestiach politycznych. - Jenkow robił, co w jego mocy, by doprowadzić do upadku władze, dla których pracuję. Dlaczego miałbym się nim przejmować? - Wierzy w wolność i sprawiedliwość tak samo jak ja. - Taka

wywrotowa

działalność

dostarcza

twardogłowym

argumentów,

by

przeciwdziałać reformom. Tania miała świadomość, że broni nie tylko Wasilija, ale i siebie. - Gdyby nie ludzie tacy jak Wasilij, twardogłowi mogliby mówić, że wszystko idzie dobrze, i nie byłoby nacisku, żeby coś zmieniać. Czy ktokolwiek wiedziałby na przykład, że zamordowali Ustina Bodiana?

- Bodian zmarł na zapalenie płuc. - Dimka, nie zniżaj się do ich poziomu. Zmarł z powodu zaniedbania i dobrze o tym wiesz. - Owszem. - To go nieco otrzeźwiło i odezwał się łagodniejszym tonem: - Kochasz Wasilija Jenkowa? - Nie, lubię go. Jest zabawny, inteligentny i odważny. Ale należy do tych mężczyzn, którzy potrzebują korowodu młodych dziewcząt. - Raczej należał. W obozie pracy nimfetek nie uświadczysz. - Tak czy owak, to mój przyjaciel i odsiedział wyrok. - Świat pełen jest niesprawiedliwości. - Chcę wiedzieć, co się z nim stało, a ty możesz to dla mnie zrobić. Jeśli zechcesz. - A moja kariera? - Dimka westchnął. - Na Kremlu nie podziwia się tych, którzy okazują współczucie niesprawiedliwie potraktowanym dysydentom. Nadzieje Tani wzrosły. Opór brata słabł. - Proszę cię, to dla mnie bardzo ważne. - Nie mogę niczego obiecać. - Postaraj się. - No dobrze. Tania poczuła ogromny przypływ wdzięczności i pocałowała bliźniaka w policzek. - Dobry z ciebie brat. Dziękuję.

Tak jak Eskimosi mają ponoć mnogość słów na określenie śniegu, tak moskwianie mieli wiele określeń czarnego rynku. Wszystkie artykuły poza najbardziej podstawowymi trzeba było kupować „na lewo”. Wiele tego rodzaju transakcji miało wszelkie cechy działalności przestępczej: nawiązywałeś kontakt z człowiekiem, który przemycał dżinsy z Zachodu, i płaciłeś mu ogromną sumę. Inne z kolei nie były ani legalne, ani nielegalne. Żeby kupić radio albo dywan, zapisywałeś się na listę, ale można było „przeskoczyć” na początek, jeśli byłeś osobą wpływową i mogłeś się odpłacić za przysługę, albo miałeś krewnego lub kolegę, który opiekował się listą i mógł przy niej manipulować. Przeskakiwanie było tak powszechne, że żaden mieszkaniec Moskwy nie wierzył, że w ogóle można znaleźć się na początku listy, biernie czekając na swoją kolej. Pewnego dnia Natalia Smotrowa poprosiła Dimkę, by poszedł z nią kupić coś na czarnym rynku.

- W normalnych warunkach zwróciłabym się do Nika - powiedziała. Jej mąż miał na imię Nikołaj. - Ale chodzi o prezent na jego urodziny i chcę mu zrobić niespodziankę. Dimka mało wiedział o życiu Natalii poza Kremlem. Była mężatką i nie miała dzieci, ale dalej jego wiedza nie sięgała. Kremlowscy aparatczycy należeli do radzieckiej elity, lecz jej mercedes oraz perfumy z importu wskazywały na jeszcze inne źródło pieniędzy. Jeśli jednak w wysokich kręgach komunistycznej hierarchii był jakiś Nikołaj Smotrow, Dimka nigdy o nim nie słyszał. - Co zamierzasz mu dać? - zapytał. - Magnetofon. Chce grundiga, to niemiecka marka. Radziecki obywatel mógł kupić niemiecki magnetofon wyłącznie na czarnym rynku. Dimka zastanawiał się, jak Natalia mogła sobie pozwolić na taki drogi podarunek. - Gdzie chcesz go kupić? - spytał. - Na rynku centralnym jest taki facet, ma na imię Maks. Bazar przy ulicy Sadowaja Samotiocznaja był dozwoloną przez prawo alternatywą wobec państwowych sklepów. Produkty z prywatnych ogrodów sprzedawano po wyższej cenie. Zamiast długich kolejek i byle jakich wystaw można tam było zobaczyć góry barwnych warzyw - przeznaczonych dla tych, których było stać. Za obrotem legalnymi produktami krył się jeszcze bardziej zyskowny handel pokątny, który prowadzono na wielu stoiskach. Dimka domyślił się, dlaczego Natalia potrzebuje eskorty. Niektórzy spośród handlarzy byli zbirami i kobieta miała powody do ostrożności. On zaś żywił nadzieję, że jest to jej jedyny motyw. Nie chciał pokus. Teraz, gdy zbliżał się dla Niny czas rozwiązania, czuł się z nią jeszcze mocniej związany. Od paru miesięcy nie współżyli ze sobą, co czyniło go bardziej podatnym na wdzięki Natalii. One jednak bladły wobec czegoś tak dramatycznego jak ciąża. Flirtowanie z Natalią było ostatnią rzeczą, jakiej obecnie pragnął, ale nie mógł jej odmówić takiej prostej przysługi. Wybrali się w czasie przerwy przeznaczonej na posiłek. Natalia zawiozła Dimkę na rynek swoim wiekowym mercedesem. Choć stary, samochód był szybki i wygodny. Jak ona zdobywa do niego części? - zastanawiał się. Po drodze zapytała go o Ninę. - Dziecko ma się urodzić lada dzień. - Daj mi znać, jeśli będzie mu czegoś trzeba - powiedziała. - Siostra Nika ma trzyletnie dziecko, które nie potrzebuje już butelek i tym podobnych rzeczy. Zdziwił się. Butelki do karmienia dzieci stanowiły luksus rzadszy niż magnetofony. - Dziękuję, zapytam.

Natalia zaparkowała auto i poszli przez rynek do sklepu, w którym sprzedawano używane meble. Było to półlegalne. Wolno było sprzedawać posiadane rzeczy, lecz prawo zakazywało pośrednictwa, czyniąc handel kłopotliwym i mało opłacalnym. Zdaniem Dimki trudności związane z egzekwowaniem takich komunistycznych przepisów przemawiały za praktyczną koniecznością wprowadzenia wielu uregulowań rodem z kapitalizmu, czyli za liberalizacją prawa. Maks okazał się przysadzistym trzydziestokilkulatkiem ubranym po amerykańsku w dżinsy i białą koszulkę. Siedział przy sosnowym stole kuchennym, pił herbatę i palił papierosa. Otaczały go używane tapczany, szafki i łóżka, w większości stare i uszkodzone. - Czego potrzeba? - spytał szorstko. - W środę w zeszłym tygodniu rozmawialiśmy o magnetofonie Grundig - odparła Natalia. - Powiedziałeś, żebym przyszła za tydzień. - Magnetofon trudno zdobyć. - Nie chrzań, Maks - odezwał się Dimka tonem równie chropawym i pogardliwym. Masz towar czy nie? Mężczyźni pokroju Maksa uważali jednoznaczną odpowiedź na proste pytanie za oznakę słabości. - Będziecie musieli zapłacić amerykańskimi dolarami. - Zgodziłam się na twoją cenę - odrzekła Natalia. - Przyniosłam dokładnie tyle, nie więcej. - Pokaż forsę. Natalia wyjęła z kieszeni sukienki zwitek amerykańskich banknotów. Maks wyciągnął rękę. Dimka położył rękę na jej dłoni, by nie dała pieniędzy za wcześnie. - Gdzie magnetofon? - Josif! - zawołał Maks przez ramię. Na tyłach sklepu ktoś się poruszył. - Tak? - Magnetofon. - Już. Z zaplecza wynurzył się młody, mniej więcej dziewiętnastoletni mężczyzna z dyndającym w ustach papierosem. Był drobny, ale mocno umięśniony. Postawił na stole proste tekturowe pudło. - Ciężkie - mruknął. - Macie auto?

- Stoi za rogiem, Natalia przeliczyła gotówkę. - Kosztował więcej, niż myślałem - oznajmił Maks. - Nie mam więcej - odparła Natalia. Maks wziął pieniądze i je policzył. - No dobra, jest twój - powiedział niechętnie. Potem wstał i wepchnął zwitek do kieszeni dżinsów. - Josif zaniesie wam towar do samochodu. - Zniknął na zapleczu. Josif chwycił pudło, by je podnieść. - Chwileczkę - odezwał się Dimka. - Co jest? Nie będę tracił czasu - rzekł Josif. - Otwórz pudło. Josif dźwignął ciężkie pudło, nie zwracając uwagi na Dimkę, lecz ten położył na nim dłoń, udaremniając zamiar Josifa. Mężczyzna zmierzył go wściekłym spojrzeniem i przez chwilę Dimka myślał, że nie obejdzie się bez starcia. Josif cofnął się. - Sam otwórz cholerstwo. Pudło było oklejone od góry taśmą i spięte zszywkami. Dimka i Natalia otworzyli je nie bez wysiłku. W środku znajdował się magnetofon szpulowy marki Magic Tone. - To nie jest grundig - stwierdziła Natalia. - Lepszy od grundiga - oznajmił Josif. - Ładniejszy dźwięk. - Zapłaciłam za grundiga. To tania japońska podróbka. - Ostatnio nie można dostać grundiga. - W takim razie odbieram pieniądze. - Nie możesz, otworzyliście pudło. - Dopóki go nie otworzyliśmy, nie wiedzieliśmy, że chcecie nas wykiwać. - Nikt was nie wykiwał. Chciałaś magnetofon. - Pieprzyć to - odezwał się Dimka i ruszył do drzwi zaplecza. - Tam nie wolno! - powiedział Josif. Dimka go zignorował i wszedł do pomieszczenia pełnego tekturowych pudeł. Część była otwarta, znajdowały się w nich telewizory, gramofony i radia wszelkich marek. Jednak nie było tam Maksa. Dimka zobaczył tylne wyjście. Wrócił do przedniej części sklepu. - Maks zwiał z twoją forsą - poinformował Natalię. - Zapracowany facet - powiedział Josif. - Ma wielu klientów. - Pieprzysz jak głupek - rzekł do niego Dimka. - Maks to złodziej, tak samo jak ty. Josif podsunął mu palec pod nos.

- Tylko nie głupek - warknął groźnie. - Oddawaj forsę, bo przekonasz się, co to są kłopoty. Josif się uśmiechnął. - I co zrobisz, wezwiesz milicję? Tego Dimka nie mógł zrobić. Brali udział w nielegalnej transakcji. Milicjanci aresztowaliby prawdopodobnie jego i Natalię, a nie Josifa i Maksa, którzy z pewnością dawali im łapówki za ochronę interesu. - Nic się nie da zrobić - stwierdziła Natalia. - Chodźmy. - Bierzcie swój magnetofon - powiedział Josif. - Nie, dziękuję - odparła, kierując się do drzwi. - To nie jest to, czego chciałam. - Wrócimy tu po pieniądze - zapowiedział Dimka. - I co zrobicie? - Josif zaśmiał się. - Zobaczysz - odparł bez przekonania Dimka i poszedł za Natalią. Gotowało się w nim, kiedy Natalia jechała w kierunku Kremla. - Odbiorę twoje pieniądze. - Nie rób tego, proszę. To niebezpieczni ludzie. Nie chcę, żeby ci się coś stało. Po prostu daj temu spokój. Dimka nie zamierzał tak zostawiać sprawy, ale nie powiedział nic więcej. Kiedy wrócił do siebie, na jego biurku leżała teczka KGB dotycząca Wasilija Jenkowa. Nie była gruba. Jenkow, redaktor scenariuszy, nigdy nie naraził się władzy ani nawet go nie podejrzewano aż do tego dnia w maju 1961 roku, kiedy został aresztowany za posiadanie pięciu egzemplarzy wywrotowego biuletynu zatytułowanego „Niezgoda”. Podczas przesłuchania zeznał, że kilka minut przedtem ktoś podał mu ich kilkanaście, a on zaczął je rozdawać z nagłej litości dla śpiewaka operowego, który cierpiał na zapalenia płuc. Pieczołowita rewizja w jego mieszkaniu nie pozwoliła znaleźć nic, co stałoby w sprzeczności z zeznaniem. Maszyna nie pasowała do tej, którą wykorzystano do napisania biuletynu. Kiedy podłączono prąd do jego ust i palców, podał nazwiska innych wywrotowców, ale w czasie tortur robili to zarówno winni, jak i niewinni. I jak zwykle okazało się, że niektórzy są członkami partii o nieposzlakowanej opinii, innych zaś KGB nie zdołało namierzyć. Ostatecznie bezpieka była skłonna uwierzyć, że to nie Jenkow jest nielegalnym wydawcą biuletynu. Dimka musiał podziwiać twardość charakteru mężczyzny, który zdołał kłamać podczas przesłuchania w KGB. Ochronił Tanię, mimo że potwornie cierpiał. Może istotnie

zasługiwał na wolność. Dimka znał prawdę, którą zataił Jenkow. Wieczorem w dniu jego aresztowania zawiózł siostrę na motocyklu do mieszkania Jenkowa i zabrali stamtąd maszynę, która bez wątpienia służyła do wydawania „Niezgody”. Pół godziny później Dimka wrzucił ją do rzeki. Maszyny do pisania nie unoszą się na wodzie. On i Tania uchronili Jenkowa przed dłuższym wyrokiem. Z informacji zawartych w teczce wynikało, że Jenkow nie przebywa już w modrzewiowym lesie. Ktoś odkrył, że ma pewne umiejętności techniczne. Pracę w Radiu Moskwa rozpoczynał jako asystent producenta, znał się więc na mikrofonach i łączach elektrycznych. Na Syberii notorycznie brakowało techników, toteż zatrudniono go w elektrowni na stanowisku elektryka. Pewnie z początku cieszył się, że przechodzi do pracy pod dachem, w której nie będzie mu groziła utrata kończyny od nieostrożnego uderzenia siekiery. Ale była także gorsza strona tej zmiany. Władze nie miały ochoty pozbywać się wykwalifikowanego pracownika technicznego i puszczać go z Syberii. Kiedy wyrok dobiegł końca, Jenkow zwyczajnym trybem złożył wniosek o wizę podróżną, by móc wrócić do Moskwy. Wniosek odrzucono. Nie pozostało mu nic innego, jak dalej pracować. Utknął i nie mógł się ruszyć. To było niesprawiedliwe, lecz - jak zauważył Dimka w rozmowie z siostrą niesprawiedliwość jest wszędzie. Przyjrzał się zdjęciu umieszczonemu w teczce. Jenkow miał urodę gwiazdora filmowego: zmysłowa twarz, mięsiste usta, czarne brwi i gęste ciemne włosy. Ale było w nim coś jeszcze. Nikły wyraz rozbawienia wokół kącików oczu świadczył o tym, że nie traktuje siebie całkowicie poważnie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby Tania mimo swoich zapewnień darzyła tego człowieka uczuciem. Dimka zamierzał porozmawiać o jego przypadku z Chruszczowem. Musiał jednak poczekać, aż pryncypał będzie w dobrym humorze. Odłożył teczkę do szuflady biurka. Tego popołudnia okazja się nie nadarzyła. Chruszczow wyszedł wcześnie i Dimka także szykował się do wyjścia, gdy do gabinetu wsunęła głowę Natalia. - Chodź, napijemy się. Potrzeba nam tego po tym, co stało się na rynku. Dimka zawahał się. - Muszę iść do domu, do Niny. Jej czas się zbliża. - Uwiniemy się szybko. - No dobra. - Zakręcił skuwką wieczne pióro i zwrócił się do swojej sprawnej sekretarki. - Możemy iść, Wiera.

- Mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia - odparła sumienna pani w średnim wieku. Klientelę nadrzecznego baru stanowili młodzi członkowie kremlowskiej elity, nie straszył więc tak jak przeciętna knajpa w Moskwie. Krzesełka były wygodne, a przekąski nadawały się do zjedzenia; na dobrze opłacanych aparatczyków o bardziej egzotycznym guście za barem czekały butelki szkockiej whisky i bourbona. W lokalu było wiele osób, które Dimka i Natalia znali, przeważnie asystentów takich jak oni. Ktoś wsunął Dimce w dłoń szklankę piwa, a ten wypił z wdzięcznością. Panował rozbuchany nastrój. Boris Kozłow, jeden z asystentów Chruszczowa, odważył się powiedzieć niebezpieczny żart. - Hej, słuchajcie! Co się stanie, kiedy komunizm zawita do Arabii Saudyjskiej? Zebrani zaczęli klaskać i prosić, by zdradził odpowiedź. - Po pewnym czasie pojawią się niedobory piasku. Wszyscy parsknęli śmiechem. Byli to ludzie pracujący z poświęceniem dla radzieckiego komunizmu, tak jak Dimka, lecz nie byli ślepi na wady ustroju. Rozziew między ambicjami partii a radziecką rzeczywistością niepokoił wszystkich, żarty zaś pozwalały rozładować napięcie. Dimka dopił piwo i zamówił drugie. Natalia wzniosła szklankę, jakby chciała wygłosić toast. - Największą nadzieję światowej rewolucji daje amerykański koncern United Fruit. Wokół rozległy się śmiechy. - Mówię poważnie - ciągnęła z uśmiechem. - Jego szefowie nakłaniają amerykańskie władze do popierania brutalnych prawicowych dyktatur wszędzie w Ameryce Centralnej i Południowej. Gdyby ci z United Fruit mieli trochę oleju w głowach, wspieraliby powolny postęp w kierunku burżuazyjnych swobód, takich jak rządy prawa, wolność słowa i związki zawodowe. Ale oni na szczęście dla światowego komunizmu są na to zbyt głupi. Bezwzględnie dławią ruchy reformatorskie, więc ludziom nie pozostaje nic innego, jak zwrócić się ku komunizmowi, zgodnie z tym, co przepowiedział Karol Marks. Stuknęła się szklanką z najbliższym sąsiadem. - Niech żyje United Fruit! Dimka się roześmiał. Natalia była jedną z najmądrzejszych osób na Kremlu, a przy tym najurodziwszą. Zarumieniona od wesołości, śmiała się szeroko i wyglądała czarująco. Dimka porównywał ją z wycieńczoną, otyłą, pałającą awersją do seksu kobietą w domu. Nie mógł się od tego powstrzymać mimo świadomości, że to okrutne i niesprawiedliwe. Natalia poszła do baru zamówić przekąski. Dimka zdał sobie sprawę, że spędził tam już godzinę; musiał się zbierać. Podszedł do Natalii, żeby się pożegnać. Jednak wypite piwo pozbawiło go ostrożności i kiedy uśmiechnęła się do niego ciepło, pocałował ją. Z zapałem odwzajemniła pocałunek.

Dimka nie potrafił jej zrozumieć. Spędziła z nim noc, a potem wykrzyczała, że jest mężatką. Teraz zaprosiła go na piwo i pocałowała. Co będzie dalej? Kiedy jednak czuł ciepło warg Natalii i koniuszek języka drażniący jego usta, nie dbał o niezborność jej zachowań. Wysunęła się z jego objęć i Dimka zobaczył obok swoją sekretarkę. Twarz Wiery wyrażała głęboką dezaprobatę. - Szukałam cię - rzekła z nutą oskarżenia w głosie. - Tuż po twoim wyjściu zadzwonił telefon. - Przepraszam - odparł Dimka, nie wiedząc, czy prosi o wybaczenie za nieobecność, czy za to, że całuje Natalię. Ona zaś wzięła od barmana talerz z korniszonami i wróciła do reszty towarzystwa. - Dzwoniła twoja teściowa - oznajmiła Wiera. Uniesienie Dimki rozwiało się jak mgła. - Żona zaczęła rodzić. Wszystko jest dobrze, ale powinieneś być w szpitalu. - Dziękuję - odparł, czując się jak najgorszy z niewiernych mężów. - Dobranoc - powiedziała Wiera i wyszła. Dimka podążył za nią. Stał przez chwilę w chłodnym wieczornym powietrzu, a potem wsiadł na motor i skierował się do szpitala. W takim momencie dać się przyłapać na pocałunkach z koleżanką z pracy. Zasłużył na upokorzenie, ponieważ zrobił coś głupiego. Postawił motor na szpitalnym parkingu i wszedł do budynku. Znalazł Ninę siedzącą na łóżku na oddziale porodowym. Masza przycupnęła na krześle obok i trzymała noworodka owiniętego w białą chustę. - Gratuluję ci - rzekła do zięcia. - To chłopczyk. - Chłopczyk - powtórzył Dimka i spojrzał na żonę. Uśmiechnęła się słabo, lecz z wyrazem triumfu. Popatrzył na dziecko. Miało na główce obfity zlepek wilgotnych włosków i oczy w takim odcieniu niebieskiego, który przywiódł Dimce na myśl dziadka Grigorija. Przypomniał sobie jednak, że wszystkie dzieci mają niebieskie oczy. Nie był pewien, czy to nie złudzenie, lecz zdawało mu się, że noworodek spogląda na świat z taką samą intensywnością, jaka cechowała wzrok Grigorija. Masza podała mu dziecko. Wziął zawiniątko w ręce tak, jakby miał do czynienia z dużą wydmuszką. W obliczu tego cudu dramaty codzienności bladły i znikały. Mam syna, pomyślał i oczy zaszły mu łzami. - Piękny - powiedział. - Dajmy mu na imię Grigor.

Tej nocy dwie rzeczy nie pozwoliły Dimce zasnąć. Pierwszą było poczucie winy: kiedy jego żona rodziła w bólu i krwi, on całował się z Natalią. Drugą była złość na Maksa i Josifa, którzy w upokarzający sposób wystrychnęli go na dudka. Ofiarą kradzieży padła Natalia, a nie on, lecz nie umniejszało to jego gniewu i oburzenia. Nazajutrz rano w drodze do pracy podjechał motocyklem na centralny rynek. Pół nocy powtarzał kwestię, którą wygłosi do Maksa: „Nazywam się Dmitrij Iljicz Dworkin. Dowiedz się, kim jestem. Dowiedz się, u kogo pracuję. Dowiedz się, kim jest mój wuj i kim był ojciec. Spotkaj się tu ze mną jutro i miej ze sobą pieniądze Natalii. I proś mnie, żebym oszczędził ci zemsty, na którą zasługujesz”. Nie miał pewności, czy znajdzie w sobie dość odwagi, by wypowiedzieć te wszystkie słowa. Nie wiedział też, czy zrobią na Maksie wrażenie i czy ta przemowa wystarczy, by odzyskać gotówkę Natalii i jego własne poczucie dumy. Maks nie siedział przy sosnowym stole i nie było go w pomieszczeniu frontowym. Dimka wahał się między rozczarowaniem a ulgą. Obok drzwi zaplecza stał Josif. Dimka nie był pewien, czy warto raczyć młodzika tekstem, który przećwiczył, gdyż ten prawdopodobnie nie miał możliwości odzyskania pieniędzy. Mogłoby to jednak przynieść Dimce ulgę. Kiedy tak się zastanawiał i wahał, zauważył, że chłopak nie tryska już arogancją tak jak wczoraj. Ku jego zdumieniu, zanim otworzył usta, Josif cofnął się z wyrazem przestrachu na twarzy. - Przepraszam, przepraszam! Dimka nie umiał wytłumaczyć sobie tej przemiany. Jeśli Josif z dnia na dzień dowiedział się, że oszukany klient pracuje na Kremlu i pochodzi z politycznie ustosunkowanej rodziny, należałoby się po nim spodziewać skruchy i ugodowości, zapewne gotów byłby nawet zwrócić gotówkę, ale nie wyzierałby z jego oczu śmiertelny strach. - Chcę tylko pieniądze Natalii - oznajmił Dimka. - Oddaliśmy je! Już oddaliśmy! To było zagadkowe. Czyżby Natalia zdążyła wcześniej odwiedzić handlarzy? - Komu je oddaliście? - Tym dwóm, którzy tu przyszli. Dimka nic nie rozumiał. - Gdzie Maks? - W szpitalu - odparł Josif. - Połamali mu obie ręce, to ci nie wystarczy? Dimka się zastanowił. Jeśli handlarz nie kłamał, oznaczało to, że dwóch nieznanych mężczyzn dotkliwie pobiło Maksa i zmusiło go do zwrócenia pieniędzy, które wziął od

Natalii. Kim byli? I czym się kierowali? Najwyraźniej Josif nic więcej nie wiedział. Rozbawiony Dimka odwrócił się i wyszedł. To nie była akcja policji, myślał, zmierzając do motocykla. Ani wojska, ani KGB. Gdyby ktoś występował oficjalnie, aresztowałby Maksa, zawiózł do więzienia i połamał mu ręce w miejscu niedostępnym dla świadków. A zatem ktoś uczynił to nieurzędowo. Nieurzędowo, czyli po gangstersku. Znaczyło to, że Natalia ma w rodzinie bądź wśród znajomych bardzo nieprzyjemnych kryminalistów. Nic dziwnego, że tak skąpo wypowiadała się o swoim życiu prywatnym. Dimka dodał gazu, lecz po dotarciu na Kreml trochę się przestraszył, bo Chruszczow dotarł tam wcześniej. Szef był jednak w dobrym humorze, Dimka słyszał jego śmiech. Może to była odpowiednia chwila, by zapytać o Wasilija Jenkowa. Wysunął szufladę i wyjął kagiebowską teczkę dysydenta. Potem, ująwszy w dłoń plik dokumentów, na których Chruszczow miał złożyć podpis, zawahał się. Nie powinien popełniać takiego głupstwa, nawet dla ukochanej siostry. Stłumił jednak lęk i wszedł do głównego biura. Pierwszy sekretarz siedział za wielkim biurkiem i rozmawiał przez telefon. Nie przepadał za rozmowami telefonicznymi, wolał kontakt twarzą w twarz. Powiadał, że dzięki temu wie, czy druga strona kłamie. Jednakże ta rozmowa toczyła się w serdecznej atmosferze. Dimka położył przed szefem listy, on zaś zaczął je podpisywać, nie przestając mówić do słuchawki i śmiać się. Odłożywszy ją, zwrócił się do asystenta: - Co tam macie w ręce? Wygląda jak teczka z KGB. - Wasilij Jenkow. Skazany na dwa lata robót w obozie za posiadanie nielegalnej broszury o Ustinie Bodianie, śpiewaku dysydencie. Odsiedział wyrok, ale nadal go tam trzymają. Chruszczow przestał podpisywać papiery i uniósł głowę. - Interesuje was to osobiście? Dimkę przeszył zimny dreszcz. - Ani trochę - zełgał. Udało mu się zamaskować ton niepokoju w głosie. Gdyby ujawnił związki siostry ze skazanym wywrotowcem, mogłoby to zakończyć jego i jej karierę. Oczy Chruszczowa zwęziły się. - No to dlaczego powinniśmy go puścić do domu? W tej chwili jego asystent gorzko żałował, że nie odmówił Tani. Powinien był wiedzieć, że Chruszczow go przejrzy: nie zostaje się przywódcą Związku Radzieckiego, jeśli

nie ma się w sobie podejrzliwości graniczącej z paranoją. Dimka jął się desperacko wycofywać. - Nie mówię, żebyśmy puścili go do domu - rzekł najspokojniejszym głosem, na jaki zdołał się zdobyć. - Pomyślałem, że chcielibyście o nim wiedzieć. Popełnił drobne wykroczenie

i odcierpiał

karę.

Okazując

łaskawie

sprawiedliwość

pomniejszemu

dysydentowi, pokazalibyście przy okazji zgodność waszego postępowania z przyjętym ogólnym kursem ostrożnej liberalizacji. Chruszczow nie dał się nabrać. - Ktoś poprosił was o przysługę. - Dimka otworzył usta, by zaprotestować, lecz pierwszy sekretarz uniósł rękę. - Nie zaprzeczajcie, bo mnie to nie przeszkadza. Możecie wiele załatwić, to jest nagroda za waszą ciężką pracę. Dimka poczuł się tak, jakby cofnięto mu wyrok śmierci. - Dziękuję - powiedział i w jego głosie zabrzmiało żałosne poczucie wdzięczności. - Jaką pracę wykonuje Jenkow na Syberii? - spytał pierwszy sekretarz. Dimka zauważył, że drży mu ręka, w której trzymał teczkę. Przycisnął ją do boku. - Jest elektrykiem w siłowni. Nie ma kwalifikacji, ale pracował kiedyś w radiu. - A co robił w Moskwie? - Był redaktorem tekstów. - Oż kurwa mać! - Chruszczow cisnął długopis na biurko. - Redaktorem? Ki diabeł? Na Syberii brakuje elektryków. Zostawić go tam, przynajmniej robi coś pożytecznego. Dimka patrzył na pierwszego sekretarza z przerażeniem i nie wiedział, co powiedzieć. Chruszczow wziął długopis i zaczął dalej podpisywać dokumenty. - Redaktor - mruknął pod nosem. - Dupa tam.

Tania przepisała Odmrożenie na maszynie z dwiema kalkami. Jednak opowiadanie Wasilija było za dobre na to, by wydać je wyłącznie w samizdacie. Autor przedstawiał świat obozów w brutalnie żywy sposób, ale osiągnął coś więcej. Kopiując tekst, Tania uświadomiła sobie z bólem serca, że obóz to metafora Związku Radzieckiego, fabuła zaś jest zajadłą krytyką radzieckiego społeczeństwa. Wasilij mówił prawdę w sposób, w jaki ona nie umiała tego zrobić. Poczuła palące wyrzuty sumienia. Dzień w dzień pisała artykuły do gazet i magazynów wydawanych w całym ZSRR i codziennie odwracała głowę od rzeczywistości. Nie wypowiadała jawnych kłamstw, lecz niezmiennie omijała kwestie biedy, represji i marnotrawstwa, które w istocie cechowały kraj. Tekst

Wasilija unaocznił fałsz, jakim było jej życie. Zaniosła maszynopis redaktorowi Daniłowi Antonowowi. - Ktoś przysłał mi to pocztą, anonimowo - oznajmiła. Danił zapewne domyśli się, że podwładna kłamie, ale jej nie wyda. - To jest opowiadanie, akcja dzieje się w obozie pracy. - Nie możemy go wydać - odparł szybko Danił. - Wiem. Ale jest świetne, moim zdaniem autor ma wielki talent. - Dlaczego mi to pokazujesz? - Znasz wydawcę magazynu „Nowy Świat”. Redaktor zastanowił się. - On czasem wydaje nieprawomyślne rzeczy. - Nie wiem, jak daleko Chruszczow zamierza posunąć się w liberalizacji - szepnęła Tania. - Trudno powiedzieć, ale ogólna linia jest taka, że wolno omawiać i potępiać wypaczenia przeszłości. - Przeczytasz i pokażesz redaktorowi, jeśli ci się spodoba? - Jasne. - Danił przeczytał kilka linijek. - Dlaczego autor przysłał to tobie, jak myślisz? - Pewnie jest to ktoś, kogo poznałam, kiedy byłam na Syberii dwa lata temu. - Aha. - Danił skinął głową. - To dobre wyjaśnienie. - Miał na myśli to, że mogło posłużyć za przykrywkę. - Autor przypuszczalnie ujawni się, jeśli tekst zostanie przyjęty do druku. - Zgoda - rzekł Danił. - Zrobię, co w mojej mocy.

ROZDZIAŁ 25 Uniwersytet Alabamy był ostatnią w USA uczelnią stanową wyłącznie dla białych. We wtorek jedenastego czerwca dwoje młodych Murzynów przybyło do kampusu w Tuscaloosa, by wpisać się na listę studentów. George Wallace, niskiego wzrostu gubernator Alabamy, stanął w drzwiach uczelni ze splecionymi na piersi rękami i szeroko rozstawionymi nogami i poprzysiągł, że ich nie wpuści. Tymczasem w siedzibie Departamentu Sprawiedliwości George Jakes siedział wraz z Robertem Kennedym oraz innymi przy telefonach. Słuchali wiadomości nadchodzących z uczelni. Telewizor był włączony, lecz żadna sieć nie transmitowała wydarzeń na żywo. Przed niespełna rokiem dwie osoby zostały zastrzelone podczas zamieszek na Uniwersytecie Missisipi po tym, jak na listę słuchaczy wpisał się pierwszy kolorowy. Bracia Kennedy byli zdeterminowani, by nie dopuścić do ponownego rozlewu krwi. George odwiedził Tuscaloosa, poszedł na kampus. Kiedy szedł po zielonych trawnikach, jedyna ciemna twarz w polu widzenia, krzywiły się na niego ładne dziewczęta w wywiniętych

skarpetach

i młodzi

mężczyźni

w eleganckich

bluzach.

Narysował

Bobby’emu szkic imponującego portyku nad aulą Fostera z trojgiem drzwi, przed którym, opierając dłonie o przenośny pulpit, stał w tej chwili gubernator Wallace w otoczeniu funkcjonariuszy lotnego patrolu. Temperatura zbliżała się do trzydziestu ośmiu stopni Celsjusza. George wyobrażał sobie dziennikarzy i fotoreporterów tłoczących się przed Wallace’em, pocących się w upalnym słońcu i czekających na wybuch przemocy. Obie strony od dawna spodziewały się konfrontacji, a nawet ją zaplanowały. George Wallace był demokratą z Południa. Abraham Lincoln, który wyzwolił niewolników, był republikaninem, gdy tymczasem południowcy, zwolennicy niewolnictwa, należeli do Partii Demokratycznej. Pomagali w wyborach kandydatom prezydenckim z ramienia demokratów, by później bruździć im podczas sprawowania urzędu. Wallace był szpetnym niskim mężczyzną, prawie zupełnie łysym. Tylko na przodzie głowy miał kępkę włosów, które smarował brylantyną i zaczesywał w śmiesznie sterczący czub. Nie brakowało mu jednak sprytu i George nie potrafił przewidzieć, jak potoczą się wydarzenia. Na co liczy gubernator: na wielką awanturę czy coś bardziej subtelnego? Ruch praw obywatelskich, który jakby zamarł przed dwoma miesiącami, nabrał wiatru w żagle po zamieszkach w Birmingham. Napływały pieniądze: podczas zbiórki w Hollywood gwiazdy ekranu takie jak Paul Newman i Tony Franciosa wypisali czeki na tysiąc dolarów.

Biały Dom truchlał ze strachu przed następnymi awanturami i rozpaczliwie dążył do uspokojenia protestujących. Robert Kennedy w końcu doszedł do przekonania, że konieczne jest uchwalenie nowej ustawy o prawach obywatelskich. Przyznawał teraz, że nadszedł czas, by Kongres wydał zakaz segregacji we wszystkich miejscach publicznych - hotelach, restauracjach, autobusach i toaletach - oraz zapewnił Murzynom prawo wyborcze. Jak dotąd jednak nie zdołał przekonać swojego brata prezydenta. Tego ranka stwarzał pozory, że jest spokojny i panuje nad biegiem wydarzeń. Filmowała go ekipa telewizyjna, troje spośród siedmiorga dzieci prokuratora generalnego biegało po biurze. George wiedział jednak, że jeśli sprawy przybiorą zły obrót, otwartość i beztroska mina szefa błyskawicznie ustąpią miejsca zimnej furii. Bobby postanowił, że nie dopuści do zamieszek, lecz zarazem był zdeterminowany, by umożliwić dwojgu studentom wpisanie się na listę. Sędzia wydał sądowy nakaz dopuszczenia kandydatów, a Robert Kennedy, prokurator generalny, nie mógł pozwolić na to, by gubernator stanowy wbrew jego woli postawił na swoim i zlekceważył prawo. Gotów był wysłać żołnierzy, którzy usunęliby Wallace’a siłą, to jednak również byłoby niefortunne rozwiązanie. Wyglądałoby bowiem jak demonstracja siły Waszyngtonu wobec Południa. Podwinąwszy rękawy, pochylił się nad telefonem biurowym; pod jego pachami utworzyły się ciemne plamy potu. Wojsko uruchomiło przenośny system komunikacyjny i ktoś, kto znajdował się w tłumie w kampusie, zdawał Bobby’emu relację. „Przyjechał Nick”. Mowa była o Nicholasie Katzenbachu, zastępcy prokuratora generalnego, przedstawicielu szefa resortu. „Podchodzi do Wallace’a... wręcza mu nakaz”. Katzenbach

dysponował

orężem

w postaci

prezydenckiej

proklamacji

nakazującej

gubernatorowi zaprzestać nielegalnego sabotowania decyzji sądu. „Teraz Wallace wygłasza przemówienie”. Lewa ręka George’a Jakesa spoczywała na nierzucającym się w oczy temblaku z czarnego jedwabiu. Policjanci stanowi z Birmingham w Alabamie złamali mu kość nadgarstka. Przed dwoma laty w czasie zamieszek w Anniston w tym samym stanie jakiś rasista przetrącił mu tę samą rękę. George miał nadzieję, że nigdy więcej nie postawi nogi w Alabamie. „Wallace nie mówi o segregacji”, relacjonował mówca, którego głos płynął z głośnika telefonu. „Tłumaczy, że Waszyngton nie ma prawa wtrącać się w sprawy szkół w stanie Alabama. Podejdę bliżej, żebyście mogli go słyszeć”. George ściągnął brwi. W swojej mowie inauguracyjnej gubernator Wallace

zapowiedział: „Segregacja teraz, segregacja jutro, segregacja zawsze”. Wtedy jednak zwracał się do białych mieszkańców stanu. Komu dzisiaj usiłuje zaimponować? Działo się tam coś, czego bracia Kennedy oraz ich doradcy jeszcze nie rozumieli. Wystąpienie Wallace’a było długie. Kiedy skończył, Katzenbach ponownie zażądał, by Wallace podporządkował się nakazowi sądu, on zaś odmówił. Sytuacja patowa. Wtedy Katzenbach odszedł, lecz dramat nie dobiegł końca. Dwoje studentów, Vivian Malone i James Hood, czekało w samochodzie. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami Katzenbach odprowadził Vivian do jej akademika, a inny prawnik z Departamentu Sprawiedliwości towarzyszył Jamesowi. Było to tymczasowe rozwiązanie. W celu uzyskania oficjalnego wpisu na listę studentów musieli wejść do auli Fostera. W telewizji rozpoczął się południowy serwis informacyjny i ktoś w biurze Roberta Kennedy’ego włączył dźwięk. Wallace stał przy pulpicie, wyglądał na wyższego niż w rzeczywistości. Ani słowa nie poświęcił kolorowym, segregacji i prawom obywatelskim. Mówił o potędze władz centralnych dławiących suwerenność stanu Alabama. Z oburzeniem odwoływał się do wolności i demokracji, jakby nie istnieli Murzyni, którym odmawiano prawa do głosowania. Cytował konstytucję, jak gdyby nie lekceważył jej każdego dnia swego życia. Posunął się do brawury, lecz jego występ zaniepokoił George’a. W biurze Bobby’ego znajdował się między innymi Burke Marshall, biały prawnik stojący na czele wydziału praw obywatelskich. Nadal nie budził zaufania George’a, lecz od czasu wydarzeń w Birmingham stał się bardziej radykalny i teraz proponował, by użyć wojska. - Po prostu to zróbmy, i już - rzekł do prokuratora generalnego. Ten wyraził zgodę. Realizacja decyzji wymagała czasu. Asystenci Bobby’ego zamówili kanapki i kawę. Uczestnicy wydarzeń w kampusie trwali na swoich pozycjach. Napłynęły wieści z Wietnamu. Na skrzyżowaniu ulic w Sajgonie buddyjski mnich Thich Quang Duc oblał się dwudziestoma litrami benzyny z kanistra, a następnie spokojnie zapalił zapałkę i otoczyły go płomienie. Przyczyną jego protestu było prześladowanie buddyjskiej większości przez wspieranego przez Amerykanów prezydenta Ngo Dinh Diema, katolika. Przeciwnościom, z którymi musiał się borykać prezydent Kennedy, nie było końca. Po jakimś czasie odezwał się głos w telefonie biurowym prokuratora generalnego: „Przybył generał Graham... z czterema żołnierzami”. - Z czterema? - odezwał się George. - To ma być nasza demonstracja siły?

Obecni w gabinecie usłyszeli nowy głos, przypuszczalnie był to głos generała. „Panie gubernatorze, spadł na mnie przykry obowiązek: muszę pana prosić o usunięcie się, taki jest rozkaz prezydenta Stanów Zjednoczonych”. Graham, dowódca Gwardii Narodowej w Alabamie, najwyraźniej wypełniał obowiązek wbrew własnym przekonaniom. W telefonie dał się słyszeć głos sprawozdawcy relacjonującego wydarzenia: „Wallace się usuwa... Wallace odchodzi! Wallace odchodzi! To koniec!”. Ci, którzy znajdowali się w gabinecie prokuratora generalnego, zaczęli wznosić okrzyki radości i wymieniać uściski dłoni. Po minucie zauważyli, że George nie podziela ich radości. - Co z tobą? - chciał wiedzieć Dennis Wilson. Zdaniem George’a koledzy nie wyciągnęli trafnych wniosków. - Wallace to zaplanował. Od początku zamierzał ustąpić, gdy tylko wezwiemy żołnierzy. - Ale dlaczego? - spytał Dennis. - Właśnie to mnie nurtuje od samego rana. Cały czas mam podejrzenie, że zostaliśmy wykorzystani. - Co Wallace mógł zyskać za pomocą tej gry? - Zrobił show. Pokazano go w telewizji, udawał zwykłego człowieka, który stawia się opresyjnej władzy. - Gubernator Wallace jako ofiara opresji? - zdziwił się Wilson. - Toż to żart! Bobby, który śledził tę wymianę zdań, teraz się odezwał: - Posłuchajcie George’a, on stawia właściwe pytania. - Dla nas to żart - mówił George - ale wielu Amerykanów z klasy robotniczej ma wrażenie, że integrację wciska im siłą do gardła paru waszyngtońskich pięknoduchów takich jak my tutaj. - Wiem - odparł Wilson. - Choć dziwnie jest usłyszeć to z ust... - chciał powiedzieć: Murzyna, ale zmienił zdanie -...aktywisty praw obywatelskich. Do czego zmierzasz? - Dzisiaj Wallace zwrócił się do tych właśnie białych wyborców z klasy robotniczej. W ich pamięci pozostanie taki obraz: gubernator stoi naprzeciwko Nicka Katzenbacha, typowego liberała ze Wschodniego Wybrzeża, i rzuca mu wyzwanie. I zapamiętają żołnierzy, którzy zmusili Wallace’a do odejścia. - Jest gubernatorem Alabamy, dlaczego miałby chcieć zwracać się do narodu? - Podejrzewam, że w następnych prawyborach Partii Demokratycznej zmierzy się

z Jackiem Kennedym. On chce ubiegać się o prezydenturę, moi drodzy. I dzisiaj w ogólnokrajowej telewizji rozpoczął kampanię. Z naszą pomocą. W gabinecie na chwilę zapadła cisza. George widział, że jego argumenty trafiły do obecnych i wzbudziły ich zaniepokojenie. - Teraz Wallace bryluje w serwisach informacyjnych i wygląda jak bohater dokończył George. - Może warto byłoby, aby prezydent odebrał mu inicjatywę. Bobby wcisnął klawisz interkomu. - Połącz mnie z prezydentem - polecił i zapalił cygaro. Dennis Wilson odebrał połączenie w drugim aparacie. - Dwójka studentów weszła do auli i wpisała się na listę. Po dłuższej chwili Robert Kennedy podniósł słuchawkę i zaczął rozmawiać z bratem. Poinformował o pokojowym zwycięstwie, a potem słuchał. - Tak! - rzekł w pewnej chwili. - George Jakes stwierdził to samo... - Nastąpiła długa pauza. - Dziś wieczór? Ale nie ma gotowego tekstu... Oczywiście, że można napisać. Nie, myślę, że podjąłem słuszną decyzję. Tak zróbmy. - Odłożył słuchawkę i rozejrzał się. Prezydent chce przedłożyć w Kongresie nową ustawę o prawach obywatelskich. Serce George’a zadrżało radośnie. Właśnie tego domagał się Martin Luther King i wszyscy aktywiści ruchu praw obywatelskich. - Zamierza ogłosić to w telewizji, dziś wieczorem - ciągnął Bobby. - Dzisiaj? - zdziwił się George. - Za parę godzin. To rozsądne, myślał George, choć nastąpi w wielkim pośpiechu. Prezydent wróci na swoje należyte miejsce na czele serwisów informacyjnych, wysuwając się przed George’a Wallace i Thich Quang Duca. - I chce, żebyś tam poszedł i pomógł Tedowi opracować tekst przemówienia - dodał prokurator generalny. - Tak jest - odparł George. Podekscytowany wyszedł z siedziby Departamentu Sprawiedliwości. Maszerował tak szybko, że do Białego Domu dotarł zdyszany. Stał minutę na parterze w Zachodnim Skrzydle, by złapać oddech. Potem wszedł na górę. Ted Sorensen był w swoim gabinecie z grupą współpracowników. George zdjął marynarkę i usiadł. Wśród papierów rozrzuconych na stole znalazł się telegram Martina Luthera Kinga do prezydenta. W miejscowości Danville w stanie Wirginia sześćdziesięciu pięciu Murzynów zaprotestowało przeciw segregacji rasowej i czterdziestu ośmiu z nich zostało przez policję

pobitych tak mocno, że zabrano ich do szpitala. „Wytrzymałość Murzynów być może jest na krawędzi załamania”, brzmiało zdanie w depeszy Kinga, które George podkreślił. Zespół intensywnie pracował nad treścią przemówienia. Miało się zaczynać nawiązaniem do dzisiejszych wydarzeń w Alabamie; zamierzano podkreślić, że zadaniem żołnierzy było wymusić wykonanie nakazu sądowego. Jednakże prezydent nie chciał zatrzymywać się nad szczegółami utarczki, lecz zaapelować do poczucia wartości moralnych cechujących wszystkich przyzwoitych Amerykanów. W przerwach Sorensen zanosił ręcznie zapisane kartki maszynistkom. George był trochę zły, że tak ważny tekst jest przygotowywany w gorączkowym pośpiechu, lecz rozumiał powód. Tworzenie przepisów legislacyjnych to proces racjonalny, polityka natomiast jest grą intuicyjną. Jack Kennedy miał instynkt i to on właśnie podpowiadał mu, że jeszcze dzisiaj powinien przejąć inicjatywę. Czas płynął za szybko. Przemówienie jeszcze nie było gotowe, gdy do Gabinetu Owalnego wkroczyły ekipy telewizyjne i zaczęły rozstawiać elementy oświetlenia. Do gabinetu Sorensena przyszedł prezydent i zapytał o postęp prac. Sorensen pokazał mu część kartek i Kennedy’emu się nie spodobały. Weszli do pomieszczenia sekretarek. Prezydent zaczął dyktować, co powinno zostać zmienione. Nadeszła godzina dwudziesta, tekst przemówienia nie był skończony, lecz prezydent znalazł się na wizji. George oglądał wystąpienie w gabinecie Sorensena i obgryzał paznokcie. Prezydent Kennedy dał życiowy występ. Rozpoczął odrobinę zbyt oficjalnie, ale rozgrzał się nieco, gdy zaczął przedstawiać perspektywy murzyńskiego niemowlęcia: dwa razy mniejsze szanse ukończenia szkoły średniej, trzy razy mniejsze szanse ukończenia studiów, dwukrotnie większe szanse na bezrobocie i przewidywana długość życia o siedem lat mniejsza niż niemowlęcia o białym kolorze skóry. „Stajemy przede wszystkim wobec kwestii o charakterze moralnym”, mówił. „Jest ona równie stara jak pismo i tak wyrazista jak amerykańska konstytucja”. George patrzył z podziwem. Większości wypowiadanego tekstu nie było na kartkach, Jack Kennedy ujawnił swoje nowe oblicze. Elegancki nowoczesny prezydent odkrył potęgę biblijnej przemowy. Być może nauczył się czegoś od kaznodziei Martina Luthera Kinga. „Kto spośród nas ucieszyłby się, gdyby zmieniono mu kolor skóry?” - pytał, sięgając z kolei do krótkich, prostych słów. „Kto spośród nas czułby się usatysfakcjonowany, gdyby zalecano mu cierpliwość i zwłokę?”

To właśnie Jack Kennedy i jego brat Bobby doradzali cierpliwość i zwłokę, zauważył w myślach George. Teraz był bardzo rad, że uświadomili sobie wreszcie, jak boleśnie niewystarczająca jest taka rada. „Głosimy pochwałę wolności na całym świecie”, tłumaczył prezydent. Za chwilę nawiąże do Europy, George wiedział o tym. „Ale czy powiemy światu, a co ważniejsze, sobie samym, że to jest kraj ludzi wolnych, lecz nie dotyczy to Murzynów? Że nie ma u nas obywateli drugiej kategorii, z wyjątkiem Murzynów? Że nie mamy systemu klasowego ani kastowego, gett i rasy panów, ale nie odnosi się to do Murzynów?” George czuł radosne uniesienie. To były mocne słowa, zwłaszcza te o rasie panów, gdyż przywodziły na myśl nazistów. Taką mowę zawsze chciał usłyszeć z ust prezydenta. „Ogniska gniewu płoną w każdym mieście, na północy i południu, gdzie nie stworzono prawnych środków zaradczych. W przyszłym tygodniu zwrócę się do Kongresu Stanów Zjednoczonych, by zaczął działać i wziął na siebie zobowiązanie, którego w tym stuleciu jeszcze w pełni nie podjął, żeby stwierdził jasno...” Po paru zdaniach wypowiedzianych oficjalnym językiem Kennedy wrócił do prostoty: „że dla pojęcia rasy nie ma miejsca w amerykańskim życiu i prawie”. Cytat dla prasy, pomyślał momentalnie George: „Dla pojęcia rasy nie ma miejsca w amerykańskim życiu i prawie”. Nie posiadał się z radości. Ameryka zmieniała się właśnie w tej chwili, z minuty na minutę, a on w tym procesie uczestniczył. „Ci, którzy nie podejmują działania, prowokują hańbę i przemoc”, mówił prezydent i George wiedział, że naprawdę tak myśli, mimo że niepodejmowanie działań jeszcze przed paroma godzinami stanowiło założenie jego polityki. „Proszę o wsparcie wszystkich naszych obywateli”, zakończył Kennedy. Transmisja dobiegła końca. Na korytarzu gaszono reflektory telewizyjne, ekipy zaczęły pakować sprzęt. Sorensen pogratulował prezydentowi. George’a przepełniała euforia, lecz czuł się wyczerpany. Poszedł do domu, zjadł jajecznicę i obejrzał wiadomości. Tak jak na to liczył, wystąpienie prezydenta było głównym punktem serwisu. Położył się do łóżka i zasnął. Obudził go dzwonek telefonu. To była Verena Marquand. Płakała i z trudem potrafiła sklecić sensowne zdanie. - Co się stało? - zapytał. - Medgar - odparła i dodała coś, czego nie zrozumiał. - Mówisz o Medgarze Eversie? - George znał tego czarnego aktywistę z Jackson w stanie Missisipi. Był etatowym pracownikiem Krajowego Stowarzyszenia na rzecz Awansu

Ludności Kolorowej, najbardziej umiarkowanej organizacji walczącej o prawa obywatelskie. To on przeprowadził śledztwo w sprawie zamordowania Emmetta Tilla i zorganizował bojkot białych sklepów. Zyskał tym ogólnokrajową popularność. - Zastrzelili go - wyszlochała Verena. - Przed jego własnym domem. - Nie żyje? - Tak. Miał troje dzieci, George, troje! Usłyszały strzał, wyszły i znalazły ojca wykrwawiającego się na śmierć na podjeździe. - O Jezu. - Co jest z tymi białymi? Dlaczego nam to robią? Dlaczego? - Nie wiem, skarbie - odrzekł George. - Po prostu nie wiem.

Robert Kennedy po raz drugi wysłał George’a do Atlanty z wiadomością dla Martina Luthera Kinga. Kiedy George zadzwonił do Vereny, by poprosić ją o umówienie spotkania, powiedział: - Bardzo chciałbym zobaczyć twoje mieszkanie. Nie mógł jej rozgryźć. Tamtej nocy w Birmingham, kiedy kochali się i przeżyli wybuch bomby rzuconej przez rasistów, czuł, że bardzo się do siebie zbliżyli. Jednak minęły dni, a potem tygodnie bez następnej okazji do uprawiania seksu i bliskość wyparowała. Lecz gdy wstrząsnęła nią wiadomość o zamordowaniu Medgara Eversa, nie zatelefonowała do Martina Luthera Kinga ani do ojca, lecz do George’a. W tej chwili nie rozumiał już, na czym polega ich związek. - Jasne - odparła. - Czemu nie? - Przyniosę butelkę wódki. - Zdążył się zorientować, że to jej ulubiony trunek. - Mieszkam z pewną dziewczyną. - Mam przynieść dwie? Roześmiała się. - Spokojnie, tygrysie. Laura chętnie wyjdzie wieczorem. Często robiłam jej tę przysługę. - Czy to znaczy, że ugotujesz kolację? - Kiepska ze mnie kucharka. - To może usmażysz dwa steki, a ja zrobię sałatkę? - Masz wyrafinowany gust.

- Dlatego mi się podobasz. - I nieźle nawijasz. Poleciał nazajutrz. Miał nadzieję spędzić z Vereną noc, ale nie chciał sprawić wrażenia, że uważa to za zaklepane, więc wprowadził się do hotelu, a potem pojechał do niej taksówką. Jego zamysły nie ograniczały się do uwiedzenia Vereny. Kiedy ostatnio przyniósł Kingowi wiadomość od Bobby’ego, nurtowały go dwuznaczne odczucia. Tym razem to Bobby miał rację, a King się mylił i George był zdecydowany nakłonić go do zmiany zdania. Zamierzał zacząć od przekonania Vereny. W czerwcu w Atlancie panował skwar i Verena przywitała go w tenisowej sukience bez rękawów, która odsłaniała jej długie lekko brązowe ręce. Miała bose stopy i przyszło mu na myśl, że nie włożyła nic pod sukienkę. Pocałowała go w usta, lecz przelotnie, nie potrafił więc zdecydować, co to znaczyło. Mieszkanie było nowoczesne i z klasą, wyposażone w nowoczesne sprzęty. George domyślił się, że nie byłoby jej na nie stać za pensję, którą płacił Martin Luther King. Na czynsz musiały iść honoraria płytowe Percy’ego Marquanda. Postawił wódkę na blacie w kuchni, a Verena podała mu butelkę wermutu i shaker do koktajli. Zanim zabrał się do robienia drinków, powiedział: - Chcę, żebyś coś zrozumiała. Prezydent Kennedy stoi przed największą trudnością, jaką napotkał w swojej karierze politycznej. Jest gorzej niż po Zatoce Świń. Wstrząsnęło nią to, zgodnie z jego zamierzeniem. - Wytłumacz mi to. - Z powodu ustawy o prawach obywatelskich. Nazajutrz rano po przemówieniu telewizyjnym, po tym, jak zadzwoniłaś do mnie i powiedziałaś o zamordowaniu Medgara, do prezydenta zatelefonował przywódca większości w Kongresie. Oznajmił, że nie uda się przegłosować ustaw o rolnictwie, o transporcie publicznym, pomocy zagranicznej i budżecie badań kosmicznych. Program legislacyjny Kennedy’ego całkowicie się załamał. Tak jak się obawialiśmy, demokraci z Południa biorą odwet. A poparcie sondażowe prezydenta z dnia na dzień spadło o dziesięć punktów procentowych. - Ale na arenie międzynarodowej sporo zyskał - zauważyła Verena. - Może trzeba będzie po prostu zawalczyć w polityce wewnętrznej. - Wierz mi, że walczymy - odparł George. - Lyndon Johnson pokazał, co potrafi. - Johnson? Chyba żartujesz. - Ani mi się śni. - George był na przyjacielskiej stopie z jednym z asystentów

wiceprezydenta Skipem Dickersonem. - Wiesz, że miasto Houston odcięło dopływ prądu do portu w proteście przeciw nowej polityce marynarki wojennej dotyczącej integracyjnych przepustek lądowych? - Tak, wiem. Dranie. - Lyndon rozwiązał ten problem. - W jaki sposób? - NASA planuje zbudowanie w Houston ośrodka kontrolnego wartego miliony dolarów. Lyndon zagroził, że skreśli program. Po kilku sekundach włączono prąd. Nie wolno nie doceniać Lyndona Johnsona. - Przydałoby się w administracji więcej ludzi z takim podejściem. - Owszem. - Bracia Kennedy lubili pedanterię, nie chcieli brudzić sobie rąk. Spory woleli wygrywać dzięki finezyjnym, racjonalnym argumentom. Z tego też powodu nie korzystali z umiejętności Johnsona, w gruncie rzeczy gardzili jego metodami, uważając je za prostacką przemoc. George napełnił shaker lodem, nalał wódki, a potem wstrząsnął naczyniem. Verena otworzyła lodówkę i wyjęła dwie szklanki do koktajli. Wlał do wychłodzonych szklanek po łyżeczce wermutu, zakręcił nimi, by zwilżyć ścianki, a następnie dodał zimnej wódki. Gospodyni wrzuciła do każdej szklanki oliwkę. George lubił mieć poczucie, że robi coś z kimś wspólnie. - Stanowimy zgrany zespół, prawda? Verena uniosła szklankę i wypiła. - Ty robisz dobre martini. George uśmiechnął się smutno. Miał nadzieję na inną odpowiedź, taką, która potwierdzałaby łączącą ich więź. Skosztował drinka. - Tak, owszem. Wyjęła sałatę, pomidory i dwa kawałki polędwicy wołowej. George zaczął płukać sałatę. Skierował rozmowę na prawdziwy cel swojego przyjazdu. - Wiem, że już o tym rozmawialiśmy, ale Białemu Domowi to nie pomaga, że doktor King utrzymuje kontakty z komunistami. - Kto mówi, że je utrzymuje? - FBI. Verena prychnęła pogardliwie. - Słynące z rzetelności źródło informacji o ruchu praw obywatelskich. Daj spokój, George. Wiesz o tym, że w mniemaniu J. Edgara Hoovera każdy, kto się z nim nie zgadza, to

komunista, nie wyłączając Roberta Kennedy’ego. Gdzie dowody? - Podobno Biuro jest w ich posiadaniu. - Podobno? A więc ich nie widziałeś. A Bobby? George był zakłopotany. - Hoover twierdzi, że źródło jest poufne. - Odmówił pokazania dowodów prokuratorowi generalnemu? Jemu się zdaje, że dla kogo pracuje? - Verena wzięła łyk drinka, jej twarz wyrażała namysł. - Czy prezydent widział te dowody? George milczał. Niedowierzanie Vereny było coraz większe. - Hoover nie mógłby odmówić prezydentowi. - Sądzę, że prezydent postanowił nie dążyć w tej sprawie do konfrontacji. - Ależ z was naiwniacy. George, posłuchaj mnie. Żadne dowody nie istnieją. Postanowił przyznać jej rację. - Pewnie masz słuszność. Nie wierzę, że Jack O’Dell i Stanley Levison to komuniści, choć zapewne kiedyś nimi byli. Ale czy nie rozumiesz, że prawda się nie liczy? Istnieje grunt do podejrzeń, a to wystarczy, by zdyskredytować cały ruch praw obywatelskich. Teraz prezydent zgłosił propozycję ustawy o prawach obywatelskich i on także zostanie zdyskredytowany. - George owinął sałatę ściereczką i zakręcił ręką, by otrząsnąć liście z wody. Irytacja sprawiła, że zrobił to mocniej, niż było konieczne. - Jack Kennedy dla praw obywatelskich położył na szali swoją karierę polityczną, nie możemy pozwolić, by przegrał z powodu oskarżeń o związki z komunistami. - Wrzucił sałatę do miski. - Wystarczy pozbyć się tych dwóch gości i sprawa rozwiązana! Verena odpowiedziała cierpliwie: - O’Dell jest pracownikiem organizacji Martina Luthera Kinga, tak jak ja, ale Levisona nawet nie ma na liście płac. Jest tylko przyjacielem i doradcą Martina. Naprawdę chcesz pozwolić, by Edgar Hoover wybierał mu przyjaciół? - Vereno, ci ludzie stoją na drodze ustawy o prawach obywatelskich. Powiedz doktorowi Kingowi, żeby się ich pozbył, proszę cię. Dziewczyna westchnęła. - Myślę, że to zrobi. Jego chrześcijańskie sumienie nie pozwala mu odrzucić tych, którzy od dawna lojalnie go wspierają, więc trochę mu to zajmie, ale w końcu się na to zdobędzie. - Dzięki Ci, Panie. - George od razu poczuł się lepiej: choć raz będzie mógł zanieść

Bobby’emu dobrą wiadomość. Gospodyni posoliła steki i położyła je na patelni. - Coś ci powiem. To i tak nie zrobi najmniejszej różnicy, bo Hoover nie przestanie rozsiewać pogłosek, jakoby ruch praw obywatelskich był forpocztą komunizmu. Robiłby to nawet wtedy, gdybyśmy przez całe życie należeli do Partii Republikańskiej. J. Edgar Hoover to patologiczny kłamczuch nienawidzący Murzynów i cholerna szkoda, że twój szef nie ma jaj, żeby wywalić go na zbity pysk. George chętnie by zaprotestował, lecz niestety, zarzut był słuszny. Pokroił pomidora na plasterki i wrzucił do sałatki. - Lubisz dobrze wysmażony stek? - chciała wiedzieć Verena. - Bez przesady. - Po francusku? Ja też. Przygotował jeszcze dwa drinki i usiedli przy małym stoliku, by spożyć posiłek. George przeszedł do drugiej połowy wiadomości, którą miał przekazać. - Prezydentowi pomogłoby, gdyby doktor King odwołał ten przeklęty siedzący protest w Waszyngtonie. - Nie ma mowy. King wezwał swoich zwolenników do wzięcia udziału w - jak to określił - „wielkiej, bojowej siedzącej demonstracji” w stolicy, która miała się zbiec z aktami obywatelskiego nieposłuszeństwa w całym kraju. Bracia Kennedy byli przerażeni. - Pomyśl - rzekł George. - Są w Kongresie ludzie, którzy zawsze opowiedzą się za ustawą o prawach obywatelskich, oraz tacy, którzy nigdy tego nie zrobią. Liczą się ci, którzy mogą postąpić tak albo tak. - Niezdecydowani - podchwyciła Verena. - Otóż to. Wiedzą, że ustawa jest słuszna z moralnego punktu widzenia, lecz niepopularna politycznie, i będą szukali pretekstu, by zagłosować przeciw. Wasza demonstracja sprawi, że go znajdą. Powiedzą: Jestem za prawami obywatelskimi, ale nie pod groźbą pistoletu. To nie jest właściwy moment. - Jak powiada Martin, dla białych moment jest zawsze niewłaściwy. George uśmiechnął się szeroko. - Jesteś bielsza, niż mi się zdawało. - Oraz ładniejsza - odparowała. - To prawda. Jesteś bodaj najładniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek widziałem. - Dziękuję. Jedz.

George ujął nóż i widelec. Przez większość czasu jedli w milczeniu. George pochwalił steki Vereny, a ona odparła, że zrobił dobrą sałatkę, jak na faceta. Skończywszy, zabrali ze sobą drinki do salonu i usiedli na kanapie. George podjął swoją argumentację. - Teraz jest inaczej, nie widzisz tego? Administracja opowiada się po naszej stronie. Prezydent robi, co w jego mocy, żeby przeprowadzić ustawę, której domagaliśmy się od lat. Dziewczyna pokręciła głową. - Jeśli czegoś się nauczyliśmy, to tego, że zmiana następuje prędzej, kiedy podtrzymujemy nacisk. Wiesz o tym, że Murzyni są już obsługiwani przez białe kelnerki w restauracjach w Birmingham? - Tak, wiem. Niewiarygodny zwrot. - I nie osiągnięto tego dzięki cierpliwemu czekaniu, lecz dlatego, że ludzie rzucali kamieniami i wzniecali pożary. - Sytuacja się zmieniła. - Martin nie odwoła demonstracji. - A zechce zmodyfikować jej zasady? - Co masz na myśli? George przeszedł do swojego planu B. - Czy mógłby to być po prostu marsz zgodny z prawem, a nie protest siedzący? Kongresmeni uznaliby to za mniejsze zagrożenie. - Nie wiem. Martin może to rozważyć. - Urządźcie go w środę, to zniechęci ludzi do pozostania w mieście na cały weekend, i zakończcie wcześnie, żeby uczestnicy marszu mogli odejść przed wieczorem. - Usiłujecie wyrwać nam zęby. - Jeżeli mamy zgodzić się na demonstrację, musimy dołożyć wszelkich starań, by była wolna od przemocy i sprawiła dobre wrażenie, zwłaszcza w telewizji. - W takim razie można by rozstawić wzdłuż trasy przenośne toalety, co ty na to? Bobby chyba może się o to postarać, nawet jeśli nie potrafi wyrzucić Hoovera. - Dobry pomysł. - A gdyby zebrać grupę białych wspierających naszą sprawę? Wrażenie będzie lepsze, jeśli na ekranach telewizorów widzowie zobaczą wśród maszerujących także białe twarze. George zastanowił się nad tym. - Bobby na pewno mógłby nakłonić związki do wysłania delegacji. - Jeśli dla osłody możesz obiecać spełnienie tych dwóch warunków, myślę, że jest

szansa na to, by Martin zmienił zdanie. George zauważył, że Verena przyjęła jego punkt widzenia i rozmawiali o tym, w jaki sposób przekonać Kinga. To była już połowa zwycięstwa. - Jeśli zdołasz namówić doktora Kinga, by zamiast protestu siedzącego zorganizował marsz, myślę, że uda się nam nakłonić prezydenta do poparcia demonstracji. Składając tę ofertę, George nieco się narażał, ale nie obiecywał rzeczy niemożliwej. - Postaram się - odparła Verena. George otoczył ją ramieniem. - Widzisz, jednak stanowimy zgrany zespół. - Uśmiechnęła się i nic nie odpowiedziała. Nalegał dalej: - Jesteś innego zdania? Pocałowała go. To był taki sam całus jak poprzedni: więcej niż przyjacielski, jednak daleki od zmysłowości. - Wtedy, po wybuchu bomby, w pokoju pękły szyby, a ty poszedłeś boso po moje buty. - Pamiętam. Na całej podłodzie leżały odłamki szkła. - No właśnie - powiedziała. - I to był twój błąd. George zmarszczył czoło. - Nie kapuję. Zdawało mi się, że ładnie się zachowałem. - Otóż to. Jesteś dla mnie za dobry. - Że co? To jakieś szaleństwo! Verena mówiła poważnie. - Ja się puszczam, upijam, jestem niewierna. Raz przespałam się z Martinem. George uniósł brwi, ale nic nie powiedział. - Zasługujesz na coś lepszego - ciągnęła. - Zrobisz wspaniałą karierę, może zostaniesz pierwszym czarnoskórym prezydentem. Potrzebujesz żony, która będzie ci wierna, będzie z tobą współpracowała i cię wspierała, będzie twoim atutem. Ja taka nie jestem. George był rozbawiony. - Nie patrzyłem tak daleko w przyszłość, miałem tylko nadzieję, że jeszcze cię pocałuję. Uśmiechnęła się. - Na to akurat mogę się zgodzić. Całował ją długo i powoli. Po chwili pogładził ją po wewnętrznej części uda i wsunął dłoń pod tenisową sukienkę. Dotarł ręką aż do biodra. Nie pomylił się: Verena nie miała na sobie bielizny.

Odgadła jego myśli. - Widzisz? Niedobra ze mnie dziewczynka. - Wiem o tym, a i tak za tobą szaleję.

ROZDZIAŁ 26 Wallemu trudno było opuścić Berlin. Tam mieszkała Karolin, a on chciał być blisko niej. To jednak nie miało sensu, skoro odgradzał ich mur. Choć oddaleni od siebie zaledwie o kilometr, nie mogli się zobaczyć. Nie mógł ryzykować ponownego przekroczenia granicy, poprzednim razem tylko szczęśliwym trafem uniknął śmierci. Mimo to nie było mu łatwo przeprowadzić się do Hamburga. Mówił sobie, że rozumie, dlaczego Karolin postanowiła zostać z bliskimi i tam urodzić dziecko. Kto miał lepsze kwalifikacje, by jej pomóc: matka czy siedemnastoletni gitarzysta? Jednakże to, że podjęła logiczną decyzję, było słabym pocieszeniem. Myślał o niej, kładąc się nocą spać, i rano, gdy tylko się zbudził. Widok ładnej dziewczyny na ulicy przywodził mu na myśl Karolin. Zastanawiał się, jak ona się czuje. Czy ciąża oznaczała dla niej niewygodę i mdłości, czy też dodała blasku jej urodzie? Czy rodzice są na nią źli, czy też perspektywa posiadania wnuka sprawia im radość? Wymieniali korespondencję i oboje zawsze deklarowali w listach „Kocham cię”. Wahali się jednak, czy pisać więcej o swoich emocjach, gdyż wiedzieli, że każde słowo będzie wzięte pod lupę w urzędzie cenzorskim, być może przez kogoś znajomego, takiego jak Hans Hoffmann. To było jak wyznawanie swoich uczuć przed obliczem wzgardliwej widowni. Znajdowali się po dwóch stronach muru, a było tak, jakby dzieliło ich tysiące kilometrów. Tak więc Walli pojechał do Hamburga i wprowadził się do przestronnego mieszkania siostry. Rebecca nigdy nie zrzędziła. Rodzice w listach nękali go, by wrócił do nauki w szkole albo poszedł na wyższą uczelnię. Podpowiadali rozmaite głupstwa: by zdobył wykształcenie elektryka, prawnika albo nauczyciela, tak jak Rebecca i Bernd. Jego starsza siostra nie mówiła nic. Jeśli siedział cały dzień w pokoju i ćwiczył na gitarze, nie zgłaszała żadnych obiekcji, prosiła tylko, żeby umył filiżankę po kawie i nie zostawiał brudnej w zlewie. Jeśli w ogóle rozmawiali o jego przyszłości, mówiła: Po co się spieszyć? Masz siedemnaście lat. Rób, co chcesz, i czekaj na to, co przyniesie jutro. Bernd okazywał mu taką samą wyrozumiałość. Walli uwielbiał Rebeccę i z każdym dniem coraz bardziej lubił Bernda. Jeszcze nie przywykł do Niemiec Zachodnich. Ludzie mieli większe auta, nowsze ubrania i ładniejsze domy. Rząd był otwarcie krytykowany w gazetach, a nawet w telewizji.

Czytając nieprzychylny artykuł o starzejącym się kanclerzu Adenauerze, Walli niczym winowajca oglądał się przez ramię, obawiając się, że ktoś może zauważyć, iż czyta wywrotowe materiały. Musiał się napominać, że jest na Zachodzie i może się cieszyć wolnością słowa. Wyprowadzce z Berlina towarzyszył smutek, lecz Walli z radością przekonał się, że Hamburg to bijące serce niemieckiej sceny muzycznej. Było to miasto portowe, odwiedzali je marynarze z całego świata. Ulica Reeperbahn stanowiła centrum dzielnicy czerwonych latarni z barami, lokalami ze striptizem, półjawnymi miejscami schadzek dla homoseksualistów i wieloma klubami muzycznymi. Walli pragnął w życiu tylko dwóch rzeczy: być z Karolin i zostać zawodowym muzykiem. Pewnego dnia po przenosinach do Hamburga przemierzał Reeperbahn z gitarą na ramieniu. Zaglądał do każdego lokalu i pytał właścicieli, czy przyjęliby śpiewającego gitarzystę, który zapewniałby klientom rozrywkę. Uważał, że jest dobry. Umiał śpiewać, grać i zabawiać publiczność. Potrzebował jedynie, by ktoś dał mu szansę. Odrzucono go w kilkunastu miejscach, aż wreszcie poszczęściło mu się w piwnicy piwnej o nazwie El Paso. Wystrój bez wątpienia miał być amerykański, ponieważ nad drzwiami sterczała czaszka długorogiego wołu, ściany zaś zdobiły plakaty filmów kowbojskich. Właściciel nosił kapelusz marki Stetson, lecz na imię miał Dieter i mówił z dolnoniemieckim akcentem. - Umiesz grać amerykańską muzykę? - Jasna sprawa - odparł po angielsku Walli. - Przyjdź o wpół do ósmej. Wypróbuję cię. - Ile byś mi zapłacił? - chciał wiedzieć Walli. Nadal otrzymywał kieszonkowe od Enoka Andersena, księgowego z zakładów ojca, lecz rozpaczliwie pragnął udowodnić, że potrafi być niezależny finansowo. Przy okazji potwierdziłby, że słusznie odrzucił rady rodziców co do wyboru zawodu. Dieter zrobił minę, jakby pytanie było nie na miejscu i nieco go dotknęło. - Pograsz z pół godziny - odrzekł lekceważącym tonem. - Jeśli mi się spodobasz, wtedy porozmawiamy o forsie. Wallemu brakowało doświadczenia, ale nie był głupi i rozumiał, że taka wymijająca odpowiedź to znak, że wiele nie zarobi. Jednak w ciągu dwóch godzin poszukiwań uzyskał tylko tę jedną propozycję, więc ją przyjął. Wrócił do domu i poświęcił popołudnie na przygotowanie półgodzinnego zestawu

amerykańskich piosenek. Postanowił zacząć od If I Had a Hammer - utwór przypadł do gustu publiczności w hotelu Europa. Oprócz tego zamierzał zagrać This Land is Your Land i Mess of Blues. Przećwiczył kilkakrotnie każdą piosenkę, choć w zasadzie nie było to potrzebne. Rebecca i Bernd wrócili z pracy i Walli zakomunikował im wiadomość. Rebecca oznajmiła, że się z nim wybierze. - Nigdy nie widziałam, jak grasz dla publiczności. W domu słyszałam tylko, jak bawiłeś się w muzyka i nigdy nie kończyłeś piosenek. To było miłe z jej strony, że chciała mu towarzyszyć, zwłaszcza że tego dnia ona i Bernd

żyli

innym

wydarzeniem,

a mianowicie

wizytą

w Niemczech

prezydenta

Kennedy’ego. Rodzice Wallego i Rebekki byli przekonani, że tylko dzięki zdecydowaniu Amerykanów Sowieci nie zajęli Berlina Zachodniego i nie przyłączyli go do Niemiec Wschodnich. Kennedy’ego uważali za bohatera. Walli natomiast przychylnie patrzył na każdego, kto dawał się we znaki wschodnioniemieckiej dyktaturze. Zajął się nakrywaniem do stołu, Rebecca tymczasem przygotowywała kolację. - Mama zawsze nam wpajała, że jeśli się czegoś pragnie, trzeba wstąpić do partii politycznej i organizować kampanie poparcia. Bernd i ja chcemy zjednoczenia Niemiec Wschodnich i Zachodnich, aby tysiące Niemców mogły połączyć się z rodzinami. Dlatego wstąpiliśmy do Wolnej Partii Demokratycznej. Walli całym sercem chciał tego samego, ale nie potrafił sobie wyobrazić, w jaki sposób mogłoby do tego dojść. - Jak sądzicie, co zrobi Kennedy? - spytał. - Być może powie, że musimy nauczyć się żyć obok Niemiec Wschodnich, przynajmniej na razie. To prawda, ale nie to chcemy usłyszeć. Jeśli mam być szczera, mam nadzieję, że da komunistom prztyczka w nos. Oglądali transmisję, jedząc posiłek. Obraz na ekranie nowoczesnego odbiornika z wytwórni Francka był wyraźny, pokazywał różne odcienie szarości, a nie zamazaną zieleń, jaką widziało się w starych telewizorach. Kennedy zawitał do Berlina Zachodniego. Wygłosił przemówienie na schodach ratusza dzielnicy Schöneberg. Przed gmachem rozpościerał się olbrzymi plac zapełniony ludźmi. Spiker podał, że zgromadziło się ich czterysta pięćdziesiąt tysięcy. Młody przystojny prezydent wystąpił pod gołym niebem na tle wielkiego gwiaździstego sztandaru, lekki wiatr targał mu gęste włosy. Pokazał się jako bojownik.

„Niektórzy powiadają, że komunizm to fala przyszłości. Niech przybędą do Berlina!”, powiedział. Publiczność zareagowała głośnymi okrzykami poparcia. Aplauz przybrał na sile, gdy prezydent powtórzył zdanie po niemiecku: Lass’ sie nach Berlin kommen! Rebecca i Bernd przyjęli te słowa z wielką radością. - Nie plecie o normalizacji stosunków ani o realizmie, czyli o pogodzeniu się ze status quo - cieszyła się Rebecca. Kennedy mówił dalej zadziornym tonem: „Wolność napotyka wiele przeciwności, a demokracja nie jest doskonała”. - To odniesienie do Murzynów - zauważył Bernd. „Ale my nigdy nie musieliśmy wznosić murów, by utrzymać w nich nasz naród”, kontynuował Kennedy. - Brawo! - zawołał Walli. Na głowę prezydenta padały promienie czerwcowego słońca. „Wszyscy wolni ludzie, gdziekolwiek żyją, są obywatelami Berlina. I dlatego jako wolny człowiek z dumą mówię: Ich bin ein Berliner!”. Tłum oszalał. Kennedy odszedł od mikrofonu i wsunął notatki do kieszeni marynarki. Bernd uśmiechał się szeroko. - Myślę, że Sowieci zrozumieją to przesłanie. - Chruszczow się wścieknie jak jasna cholera - powiedziała Rebecca. - Im bardziej, tym lepiej - dodał Walli. W doskonałym humorze jechali ulicą Reeperbahn furgonetką, którą Rebecca kazała przystosować do wózka męża. Bar El Paso po południu świecił pustkami, a teraz siedziała w nim zaledwie garstka gości. Dieter, właściciel lokalu i kapelusza Stetson, nie był szczególnie miły podczas pierwszej rozmowy z Wallim, wieczorem zaś odniósł się do niego gburowato. Udał, że zapomniał o zaproszeniu młodego wykonawcy, i Walli przestraszył się, że wycofa ofertę przesłuchania. Potem jednak skinął kciukiem, wskazując maleńki podest w kącie sali. Oprócz Dietera była tam piersiasta barmanka w średnim wieku ubrana w kraciastą bluzkę i chustkę na szyi. Walli domyślił się, że to żona Dietera. Wyraźnie zależało im na tym, by nadać barowi unikalny charakter, lecz żadne z nich nie emanowało wdziękiem i nie umiało przyciągnąć klientów - amerykańskich ani innych narodowości. Walli miał nadzieję, że to on okaże się magicznym składnikiem, który zwabi tłumy. Rebecca zamówiła dwa piwa. Walli wyjął wzmacniacz i włączył mikrofon. Był podekscytowany. To było to, co lubił i w czym był dobry. Spojrzał na Dietera i jego żonę,

czekając na sygnał, lecz ci nie okazywali mu zainteresowania. Uderzył w struny i zaczął śpiewać If I Had a Hammer. Paru klientów przez chwilę patrzyło z zaciekawieniem, lecz zaraz wrócili do prowadzonych rozmów. Rebecca z entuzjazmem klaskała w rytm muzyki, ale nikt się do niej nie przyłączył. Mimo to Walli dał z siebie wszystko, równomiernie sobie akompaniując i głośno śpiewając. Może potrzebne będą dwa lub trzy numery, ale zjednam sobie słuchaczy, myślał. W połowie utworu zamilkł mikrofon, a także wzmacniacz. Najwyraźniej zawiodło zasilanie. Walli dokończył piosenkę bez wzmocnienia, wychodząc z założenia, że jest to mniej żenujące niż przerwanie w połowie. Odłożył gitarę i podszedł do baru. - Zasilanie sceny wysiadło - rzekł do Dietera. - Wiem. Sam je wyłączyłem. - Dlaczego? - zdumiał się Walli. - Nie będę słuchał tych bzdur. Chłopak poczuł się jak spoliczkowany. Ilekroć występował publicznie, ludziom podobały się jego piosenki. Nigdy nie nazywano jego muzyki bzdurami. Aż ścisnęło go w brzuchu i nie wiedział, jak się zachować ani co powiedzieć. - Prosiłem o amerykańską muzykę - dodał Dieter. To było bez sensu i Walli się oburzył. - Ta piosenka była na pierwszym miejscu listy przebojów w Stanach! - Mój lokal nazywa się El Paso od tytułu piosenki Marty’ego Robbinsa, najlepszego utworu wszech czasów. Myślałem, że grasz tego rodzaju muzykę. Tennessee Waltz, On Top of Old Smoky, piosenki Johnny’ego Casha, Hanka Williamsa, Jima Reevesa. Jim Reeves był największym muzycznym nudziarzem, jakiego widział świat. - Ty mówisz o muzyce w stylu country and western - domyślił się Walli. Dieter uważał, że nie potrzebuje, by ktoś go oświecał. - Mówię o amerykańskiej muzyce - odrzekł z zadufaniem ignoranta. Dyskusja z takim idiotą była bezprzedmiotowa. Walli wiedział już, czego się po nim spodziewano, lecz nie zamierzał tego grać. Nie po to chciał zostać muzykiem, by wyśpiewywać On Top of Old Smoky. Wszedł na scenę i schował gitarę do futerału. Rebecca patrzyła na to, niewiele rozumiejąc. - Co się stało?

- Właścicielowi nie spodobał się mój repertuar. - Ależ on nawet nie wysłuchał piosenki do końca! - Wydaje mu się, że świetnie się zna na muzyce. - Mój ty biedaku! Walli jakoś poradził sobie z tępą przyganą Dietera, lecz współczucie siostry sprawiło, że zachciało mu się płakać. - Nieważne. I tak bym nie chciał pracować u takiego palanta. - Powiem mu, co o tym wszystkim myślę - oznajmiła Rebecca. - Proszę, nie. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby moja starsza siostrzyczka na niego nakrzyczała. - Chyba masz rację. - Jedźmy do domu - rzekł Walli, biorąc gitarę i wzmacniacz.

Dave Williams i zespół Plum Nellie przybywali do Hamburga z wielkimi nadziejami. Byli na fali. Zdobywali popularność w Londynie, a teraz chcieli zadziwić Niemcy. Menedżer klubu Dive nazywał się Herr Fluck i bardzo to rozbawiło członków zespołu. Mniej zabawne było to, że Plum Nellie go nie zachwycili. Co gorsza, po dwóch wieczorach Dave doszedł do wniosku, że ma rację. Grupa nie dawała słuchaczom tego, czego pragnęli. - Grajcie tanecznie! - mówił po angielsku Herr Fluck. - Grajcie tanecznie! Gościom klubu, w większości nastolatkom i dwudziestokilkulatkom, najbardziej zależało na tańcach. Największym powodzeniem cieszyły się te utwory, przy których dziewczęta wybiegały na parkiet i zaczynały pląsać, a mężczyźni przyłączali się i tworzyły się pary. Największym jednak minusem koncertów było to, że grupa nie zdołała rozruszać całej widowni. To była wielka szansa, a oni ją marnowali. Jeśli czegoś nie poprawią, zostaną odesłani do domu. „Pierwszy raz w życiu odniosłem w czymś sukces”, powiedział Dave do sceptycznie nastawionego ojca i ten ostatecznie pozwolił mu na wyjazd do Hamburga. Czy będzie musiał wrócić i przyznać, że w muzyce również mu się nie powiodło? Nie mógł rozgryźć, na czym polega problem, ale Lenny sobie z tym poradził. - To przez Geoffa. - Geoffrey grał na gitarze prowadzącej. - Tęskni za domem. - I przez to źle gra? - Nie, ale przez to pije, a jak pije, to gra źle.

Dave ustawił się bliżej perkusji i uderzał struny mocniej i bardziej rytmicznie, lecz na nic się to nie zdało. Uświadomił sobie, że jeśli jeden muzyk nie trzyma poziomu, załamuje się gra całego zespołu. Czwartego dnia wybrał się w odwiedziny do Rebekki. Ucieszył się, gdy odkrył, że ma w Hamburgu nie jedną krewną, lecz dwoje, a tym drugim jest siedemnastoletni chłopak grający na gitarze. Dave znał niemiecki na poziomie szkolnym, Walli zaś podłapał trochę angielszczyzny od babci Maud, najważniejsze jednak, że obaj posługiwali się tym samym językiem muzyki: przez całe popołudnie wymieniali się akordami i riffami gitarowymi. Wieczorem Dave zabrał Wallego do klubu i zaproponował właścicielowi, by Walli grał w przerwach między częściami koncertu Plum Nellie. Walli zagrał nowy amerykański przebój Blowin’ in the Wind7, który spodobał się menedżerowi, i został zatrudniony. Tydzień później Rebecca i Bernd zaprosili grupę na obiad. Walli uprzedził siostrę, że chłopcy pracują do późnej nocy i wstają około południa, zatem jeść lubią mniej więcej o osiemnastej, przed występem. Rebecce to odpowiadało. Czterech członków grupy przyjęło zaproszenie, Geoff nie chciał przyjść. Rebecca przygotowała stos kotletów schabowych z gęstym sosem oraz duże porcje smażonych ziemniaków, pieczarek i kapusty. Dave domyślił się, że po matczynemu zapragnęła dać chłopakom chociaż jeden porządny posiłek w tygodniu. I rzeczywiście martwiła się nie bez powodu, gdyż ci żywili się głównie piwem i papierosami. Jej mąż Bernd pomagał w gotowaniu i podawaniu potraw, poruszając się z zaskakującą żwawością. Dave’a uderzyło to, jak szczęśliwa jest Rebecca i jak bardzo zakochana w Berndzie. Młodzi muzycy ochoczo rzucili się na jedzenie. Rozmawiali, mieszając angielski i niemiecki, atmosfera była przyjemna, mimo że nie rozumieli wszystkiego, co było mówione. Po obiedzie członkowie zespołu wylewnie podziękowali pani domu, a potem wsiedli do autobusu i pojechali na Reeperbahn. Dzielnica czerwonych latarni w Hamburgu podobna była do londyńskiego Soho, lecz bardziej otwarta, mniej dyskretna. Dave dopiero tam dowiedział się, że oprócz żeńskich prostytutek istnieją także męskie. Klub Dive mieścił się w zapuszczonej piwnicy, w porównaniu z nim Jump jawił się jako wytworny. Meble pozostawiały wiele do życzenia, nie było ogrzewania ani wentylacji, a ubikacje znajdowały się na podwórzu na tyłach. Dotarli na miejsce z pełnymi brzuchami po posiłku u Rebekki. Zastali Geoffa przy

barze, pijącego piwo. Grupa wchodziła na scenę o dwudziestej i miała grać z przerwami do trzeciej w nocy. Każdego wieczoru przynajmniej raz grali każdą piosenkę, którą znali, a ulubione numery powtarzali trzy razy. Herr Fluck wymagał ciężkiej pracy. Dzisiaj grali tak źle jak nigdy. Podczas pierwszej części koncertu Geoff był kompletnie do niczego, mylił nuty i plątał się w solówkach, deprymując kolegów. Zamiast robić wszystko, by bawić słuchaczy, musieli skupiać się na maskowaniu pomyłek Geoffa. Lenny był zły. W przerwie Walli usiadł na taborecie z przodu sceny, grał na gitarze i śpiewał piosenki Boba Dylana. Dave słuchał. Walli miał tanią harmonijkę ustną zamontowaną na uchwycie dopasowanym do szyi, mógł więc jednocześnie dmuchać w nią i trącać struny gitary, tak jak robił to Dylan. Dave ocenił, że daleki kuzyn jest dobrym muzykiem, a przy tym inteligentnym, ponieważ zorientował się, że wielu ludzi na świecie oszalało na punkcie Dylana. Klientela klubu w większości wolała rock and rolla, lecz niektórzy słuchali występu Wallego, a kiedy schodził ze sceny, dziewczęta siedzące przy stoliku w kącie nagrodziły go rzęsistymi oklaskami. Dave poszedł z Wallim do garderoby, a tam okazało się, że sytuacja jest krytyczna. Geoff leżał na podłodze pijany i nie mógł ustać prosto bez pomocy. Lenny klęczał nad nim i raz po raz wymierzał mu mocny policzek. Być może ulżył sobie w ten sposób, ale nie zdołał doprowadzić Geoffa do przytomności. Dave przyniósł z baru kubek czarnej kawy i wmusili w kolegę trochę napitku, lecz niewiele to zmieniło. - Będziemy musieli wyjść bez pierdolonego gitarzysty - stwierdził Lenny. - Dave, chyba że ty byś zagrał solówki Geoffa. - Umiem zagrać numery Chucka Berry’ego, ale to wszystko. - Będziemy musieli darować sobie resztę. Pieprzona publika pewnie i tak się nie połapie. Dave nie był pewien, czy Lenny ma rację. Solówki gitarowe nadawały dynamikę dobrej muzyce tanecznej, tworzyły światłocień, dzięki któremu powtarzające się melodie popowych piosenek nie były nudne. - Ja mogę zagrać partie Geoffa - odezwał się Walli. Lenny spojrzał na niego karcąco. - Nigdy z nami nie grałeś. - Słuchałem całego zestawu przez trzy wieczory. Mogę zagrać te wszystkie kawałki. Dave spojrzał na Wallego i dostrzegł w jego oczach pragnienie, które było

wzruszające. Chłopak najwyraźniej marzył o takiej okazji. Jednak Lenny nie był przekonany. - Naprawdę? - Mogę zagrać. To nic trudnego. - O, czyżby? - Odpowiedź trochę ubodła Lenny’ego. Dave’owi zależało na tym, by Walli dostał swoją szansę. - Jest lepszym gitarzystą ode mnie. - To niewiele, kurwa, znaczy. - Od Geoffa także. - Grał kiedyś w zespole? Walli zrozumiał pytanie. - W duecie. Z dziewczyną, która śpiewała. - A więc nie grał z bębniarzem. Dave miał świadomość, że to kluczowa kwestia. Pamiętał, jaki czuł lęk, kiedy pierwszy raz grał z grupą Guardsmen. Dopiero wtedy poczuł, jak ścisłą dyscyplinę narzuca mu rytm wybijany przez perkusistę. Jednak poradził sobie i na pewno Walli także się z tym upora. - Lenny, daj mu spróbować - prosił. - Jeśli ci się nie spodoba, możesz go odesłać po pierwszym numerze. Herr Fluck wsunął głowę przez drzwi. - Raus! Raus! - rzucił. - Showtime! - Dobrze, dobrze, wir kommen - odparł Lenny i wstał. - Bierz wiosło i na scenę, Walli. I Walli wyszedł. Pierwsza w tej części była piosenka Dizzy, Miss Lizzy z wiodącą partią gitary. - Chcesz się rozgrzać na czymś łatwiejszym? - zapytał Dave. - Nie, dzięki - odrzekł Walli. Dave miał nadzieję, że jego pewność siebie jest usprawiedliwiona. Odliczanie zrobił Lew, perkusista: - Trzy, cztery, raz. Walli włączył się we właściwym momencie i zagrał riff. Reszta wchodziła o takt później. Zagrali wstęp. Tuż przed tym, jak Lenny zaczął śpiewać, Dave uchwycił jego spojrzenie. Lider grupy z aprobatą skinął głową. Walli zagrał partię gitary doskonale i bez wysiłku. Pod koniec piosenki Dave puścił do niego oko.

Wykonali pełny zestaw. Walli zagrał dobrze każdy utwór, a nawet włączał się do chórków. Jego gra dodała występowi energii i sprawiła, że dziewczęta wyszły na parkiet. To był najlepszy występ, jaki dali po przybyciu do Niemiec. Kiedy schodzili ze sceny, Lenny położył rękę na ramieniu Wallego. - Witaj w grupie.

Tej nocy Walli prawie nie zmrużył oka. Grając z Plum Nellie, czuł, że w sensie muzycznym znalazł swoje miejsce i że wzmocnił zespół. Tak go to uszczęśliwiło, aż zaczął się bać, że nie potrwa to długo. Lenny powiedział do niego: „Witaj w grupie”. Czy naprawdę tak myślał? Nazajutrz Walli wybrał się do taniego pensjonatu w dzielnicy St. Pauli, w którym grupa była zakwaterowana. Przyszedł w południe, akurat kiedy muzycy wstawali. Spędził parę godzin z Dave’em i basistą Buzzem, ćwicząc repertuar zespołu, dopracowując początki i zakończenia piosenek. Zachowywali się tak, jakby miał znowu z nimi zagrać. Chciał usłyszeć potwierdzenie. Lenny i Lew, perkusista, wychynęli na świat około piętnastej. Lenny był bezpośredni. - Na pewno chcesz przyłączyć się do naszej grupy? - Tak - potwierdził Walli. - A więc przyklepane. Jesteś w zespole. Walli nie był przekonany. - Co z Geoffem? - Pogadam z nim, kiedy wstanie. Wybrali się do kawiarni Harald’s przy Grosse Freiheit i przez godzinę pili kawę i palili papierosy; później wrócili do kwater, żeby obudzić Geoffa. Wyglądał na chorego, co nie było dziwne, skoro poprzedniego wieczoru upił się do nieprzytomności. Usiadł na krawędzi łóżka. Lenny mówił do niego, a pozostali słuchali, stojąc w drzwiach. - Wylatujesz. Przykro mi z tego powodu, ale wczoraj zostawiłeś nas na lodzie. Nie mogłeś się utrzymać na nogach, o grze nie było mowy. Walli zajął twoje miejsce, biorę go na stałe. - Młody szczeniak - wymamrotał Geoff. - Jest trzeźwy, a poza tym gra lepiej niż ty - odparł Lenny. - Muszę się napić kawy. - Idź do Haralda.

Zobaczyli ponownie Geoffa dopiero wtedy, gdy wychodzili do klubu. Tuż przed dwudziestą ustawiali się na scenie, kiedy wszedł Geoff. Był trzeźwy i trzymał w ręku gitarę. Walli spoglądał na niego ze zmieszaniem. W pensjonacie odniósł wrażenie, że Geoff pogodził się z tym, że został wyrzucony z grupy. Może jednak był zbyt skacowany, by się kłócić. Tak czy inaczej, nie spakował się i nie odszedł. Wallego ogarnął niepokój. Przeżył tyle niepowodzeń: policja roztrzaskała mu gitarę i nie mógł wystąpić w klubie Minnesänger, Karolin wycofała się z występu w hotelu Europa, właściciel El Paso odłączył mu prąd w połowie pierwszej piosenki. Czyżby teraz także miało go spotkać rozczarowanie? Wszyscy przerwali swoje przygotowania i patrzyli, jak Geoff wchodzi na scenę i otwiera futerał gitary. - Co robisz, Geoff? - zapytał Lenny. - Udowodnię ci, że jestem najlepszym gitarzystą, jakiego słyszałeś. - Na rany, daj spokój! Wyleciałeś, i koniec. Spieprzaj na dworzec i łap pociąg do Hook. Teraz Geoff odezwał się błagalnym tonem: - Gramy od sześciu lat, Lenny, przecież to coś znaczy. Musisz mi dać szansę. Zabrzmiało to tak rozsądnie, że Walli z przerażeniem pomyślał, iż Lenny się zgodzi. Ten jednak pokręcił głową. - Jako gitarzysta jesteś w porządku, ale żaden z ciebie geniusz, za to niepewny drań. Grałeś tutaj tak podle, że o mało nas stąd wczoraj nie wylali, zanim przyszedł Walli. Geoff się rozejrzał. - Co myślą pozostali? - A kto ci powiedział, że w tej grupie rządzi demokracja? - odpowiedział pytaniem Lenny. - A kto powiedział, że nie? - Geoff zwrócił się do perkusisty, który właśnie dopasowywał stopkę: - Jak myślisz? Lew był kuzynem Geoffa. - Dać mu jeszcze jedną szansę. Geoff zapytał basisty Buzza: - A ty, Buzz? Basista był luzakiem, który szedł za tym, który najgłośniej krzyczał. - Ja bym mu dał szansę.

Geoff miał triumfalny wyraz twarzy. - Wypada trzy do jednego przeciwko tobie, Lenny. - Wcale nie - odezwał się Dave. - W demokracji trzeba umieć liczyć. Wasza trójka przeciwko Lenny’emu, mnie i Wallemu, czyli po równo. - Nie ma co liczyć głosów - oznajmił Lenny. - To moja grupa i ja podejmuję decyzje. Geoff wyleciał. Odłóż instrument, Geoff, bo inaczej wywalę go przez te pieprzone drzwi. Dopiero wtedy Geoff pogodził się z tym, że Lenny mówi poważnie. Schował gitarę i zatrzasnął futerał. - Powiem wam coś, skurczybyki. Jeśli ja wylatuję, to wylatujecie wszyscy. Walli nie wiedział, co to miało znaczyć. Może była to tylko pusta groźba. W każdym razie nie było czasu się nad tym głowić. Po paru minutach zaczęli grać. Opuściły go wszystkie lęki. Czuł, że jest dobry i że pozostałym dobrze się z nim gra. Czas szybko mijał. W przerwie został sam na scenie i śpiewał piosenki Boba Dylana. Dodał utwór, który sam napisał, zatytułowany Karolin. Piosenka spodobała się publiczności. Później wyszedł na środek sceny i zaczął grać kawałek otwierający drugą część występu, Dizzy, Miss Lizzie. Grając You Can’t Catch Me, zauważył paru mundurowych, którzy na tyłach klubu rozmawiali z właścicielem, Herr Fluckiem. Nie przejął się tym jednak. O północy zeszli ze sceny. Herr Fluck czekał na nich w garderobie. Bez wstępów zwrócił się do Dave’a: - Ile masz lat? - Dwadzieścia jeden. - Nie pieprz mi. - Kogo to obchodzi? - W Niemczech mamy przepisy o zatrudnianiu młodocianych w barach. - Mam osiemnaście lat. - Policja mówi, że piętnaście. - Co policja może o tym wiedzieć? - Rozmawiali z gitarzystą, którego dopiero co wyrzuciliście, Geoffem. - A to bydlak, sprzedał nas - odezwał się Lenny. - Prowadzę nocny klub - rzekł Herr Fluck. - Przychodzą tu prostytutki, handlarze narkotyków, kryminaliści wszelkiej maści. Muszę bez przerwy udowadniać policji, że staram się przestrzegać prawa. Mówią, że mam was odesłać do domu, wszystkich. A więc żegnam. - Kiedy mamy odejść? - chciał wiedzieć Lenny.

- Z klubu wychodzicie od razu. Jutro wyjeżdżacie z Niemiec. - To jakiś obłęd! - zawołał Lenny. - Kiedy jesteś właścicielem klubu, robisz to, co każe ci policja. - Wskazał Wallego. On nie musi wyjeżdżać, jest Niemcem. - Kurwa mać - zaklął Lenny. - Straciłem dwóch gitarzystów jednego dnia. - Nie straciłeś - odparł Walli. - Jadę z wami.

ROZDZIAŁ 27 Jasper Murray zakochał się w USA. Mieli tam całonocne radio, trzy kanały telewizyjne i w każdym mieście inną gazetę poranną. Ludzie byli szczodrzy, a ich domy przestronne; odnosili się do siebie swobodnie, na luzie. Anglicy nieustannie zachowywali się tak, jakby pili herbatę w wiktoriańskim salonie, nawet dobijając targu, udzielając wywiadów w telewizji albo uprawiając sport. Ojciec Jaspera, zawodowy oficer, tego nie dostrzegał, lecz matka, niemiecka Żydówka, owszem. Tu, w Stanach, ludzie byli bezpośredni. Kelnerzy w restauracjach służyli pomocą i efektywnie robili swoje, nie kłaniając się i nie szurając nogami. Służalczość była nieznana. Młody reporter zamierzał napisać serię artykułów o swoich podróżach dla „St. Julian’s News”, ale jego ambicje sięgały wyżej. Przed wyjazdem z Londynu rozmawiał z Barrym Pughem i zapytał, czy „Daily Echo” byłoby zainteresowane jego relacjami. „Ta, jasne, jeśli wpadniesz na coś, no wiesz, wyjątkowego”, odrzekł bez entuzjazmu dziennikarz. W ubiegłym tygodniu w Detroit Jasper zrobił wywiad ze Smokey Robinsonem, wokalistą zespołu Miracles, i ekspresową pocztą wysłał tekst do „Echa”. Przesyłka już powinna dotrzeć do adresata. Podał numer telefonu Dewarów, lecz Pugh się nie odezwał. Mimo to Jasper nadal miał nadzieję i jeszcze dzisiaj zamierzał zadzwonić do Pugha. Zakwaterował się w mieszkaniu Dewarów w Waszyngtonie. Było wielkie, mieściło się w eleganckim budynku kilka przecznic od Białego Domu. „Mój dziadek Cameron Dewar kupił je przed pierwszą wojną światową”, wyjaśnił Jasperowi Woody, kiedy siedzieli przy śniadaniu. „On i mój ojciec byli senatorami”. Ciemnoskóra

pokojówka

nazywana

panną

Betsy

nalała

Jasperowi

soku

pomarańczowego i zapytała, czy ma ochotę na jajka. - Nie, dziękuję, wystarczy kawa - odparł. - Za godzinę jestem umówiony na śniadanie z przyjacielem rodziny. Jasper poznał Dewarów w domu przy Great Peter Street tego roku, który ci spędzali w Londynie. Nie połączyła go z nimi bliska zażyłość - tylko na krótko z Beep - lecz mimo to ponad rok później przyjęli go w swoim domu z otwartymi ramionami. Podobnie jak Williamsowie cechowali się swobodną wielkodusznością, zwłaszcza wobec osób młodych. Lloyd i Daisy zawsze z radością gościli u siebie zabłąkanych nastolatków na noc lub tydzień, albo, tak jak w przypadku Jaspera, na parę lat. Dewarowie mieli, jak się zdawało, takie samo podejście.

- To bardzo miłe z waszej strony, że mnie przyjmujecie - powiedział Jasper do Belli. - Och, bardzo proszę, nie ma o czym mówić - odparła szczerze gospodyni. Jasper zwrócił się do Woody’ego: - Pewnie będziesz robił dzisiaj dla „Life” fotoreportaż z marszu wolności? - Owszem. Wmieszam się w tłum i będę dyskretnie pstrykał nieupozowane fotki trzydziestopięciomilimetrowym aparatem. Ktoś inny będzie robił zdjęcia sław, które znajdą się na scenie. Był zwyczajnie ubrany w mokasyny i koszulkę z krótkimi rękawami, lecz mimo to tak wysokiemu mężczyźnie trudno będzie nie rzucać się w oczy. Jednak przenikliwe zdjęcia Woody’ego słynęły na całym świecie. - Znam twoje prace tak jak każdy, kto interesuje się dziennikarstwem - powiedział Jasper. - Czy jest jakiś temat, który szczególnie cię pociąga? - spytał Woody. - Zbrodnia, polityka, wojna? - Nie, chętnie zajmowałbym się wszystkim, trochę tak jak ty. - Mnie ciekawią twarze. Bez względu na temat, pogrzeb, mecz piłkarski, śledztwo w sprawie morderstwa, fotografuję ludzkie twarze. - Czego się dzisiaj spodziewasz? - Nikt tego nie wie. Martin Luther King zapowiada obecność stu tysięcy ludzi. Jeśli tylu zbierze, okaże się, że to największy marsz poparcia dla praw obywatelskich w dziejach. Wszyscy mamy nadzieję, że będzie radosny i pokojowy, ale na to nie liczymy. Trzeba pamiętać o wydarzeniach w Birmingham. - W Waszyngtonie jest inaczej - włączyła się do rozmowy Bella. - Mamy tutaj kolorowych policjantów. - Jest ich niewielu - zauważył Woody. - Ale to pewne, że dzisiaj będą na pierwszej linii. Do jadalni weszła Beep Dewar, drobniutkiej budowy piętnastolatka. - Kto będzie na pierwszej linii? - Nie ty, mam nadzieję - odpowiedziała matka. - Ty masz się nie narażać, proszę cię. - Oczywiście, mamo. Jasper odnotował, że przez te dwa lata, kiedy się nie widzieli, Beep nauczyła się nieco dyskrecji. Dzisiaj wyglądała ładnie, ale niezbyt seksownie. Miała na sobie jasnobrązowe dżinsy i luźną kowbojską koszulę. Był to rozsądnie dobrany strój na dzień, w którym wydarzenia mogły przybrać chaotyczny obrót.

Wobec Jaspera zachowywała się tak, jakby kompletnie zapomniała o flircie w Londynie. Nie dawała sygnałów, że oczekuje kontynuacji. Z pewnością od tego czasu spotykała się z różnymi chłopcami. Jasper przyjął z ulgą, że dziewczyna nie uważa go za swoją własność. Ostatnim członkiem rodziny Dewarów, który przyszedł na śniadanie, był Cameron, starszy o dwa lata brat Beep. Był ubrany jak mężczyzna w średnim wieku w lnianą marynarkę, białą koszulę i krawat. - Ty też nie pakuj się w kłopoty - przestrzegła matka. - Nie mam najmniejszego zamiaru zbliżać się do marszu - oznajmił sztywno. Wybieram się do Smithsonian Institution. - Nie uważasz, że ludzie o innym kolorze skóry powinni mieć prawo do głosowania? zapytała brata Beep. - Uważam, że nie powinni sprawiać kłopotów. - Gdyby pozwolono im głosować, nie musieliby przedstawiać swoich racji innymi sposobami. - Dość już, przestańcie - zainterweniowała Bella. Jasper dopił kawę. - Muszę zadzwonić za ocean - oznajmił i dodał: - Zapłacę, oczywiście. - Nie był pewien, czy wystarczy mu na to pieniędzy. - Ależ proszę - powiedziała Bella. - Skorzystaj z aparatu w gabinecie. I nie musisz płacić. Przyjął to z ulgą. - Jesteś taka dobra. Bella zbyła to machnięciem ręki. - Wydaje mi się, że nasz rachunek telefoniczny i tak płaci magazyn „Life” - dodała niezbyt jasno. Jasper wszedł do gabinetu, wybrał numer „Daily Echo” i poprosił Barry’ego Pugha. - Cześć, jak ci się podoba w USA? - Jest świetnie. - Jasper nerwowo przełknął ślinę. - Dostałeś tekst o Smokey Robinsonie? - Tak, dzięki. Dobrze napisany, ale do „Echa” się nie nada. Spróbuj w ”New Musical Express”. Jasper czuł się rozczarowany. Nie interesowało go pisanie dla prasy muzycznej. - Okay. - Nie chciał się jednak poddawać. - Smokey to ulubiony piosenkarz

Beatlesów, myślałem, że dzięki temu wywiad będzie ciekawszy. - To za mało. Ale nieźle sobie poradziłeś. Jasper starał się nie okazać rozczarowania. - Dzięki. - Czy dzisiaj w Waszyngtonie ma być jakaś demonstracja? - spytał Pugh. - Tak, chodzi o prawa obywatelskie - odparł z nową nadzieją Jasper. - Będę tam, może napisać reportaż? - Hm... Zadzwoń, jeśli dojdzie do zamieszek. W innym razie nie dzwoń, dopowiedział sobie Jasper. - Dobrze. Jasper odłożył słuchawkę na widełki i patrzył na nią z zadumą. Sumiennie się napracował nad wywiadem ze Smokey Robinsonem i zdawało mu się, że odniesienie do Beatlesów nadawało mu szczególny charakter. Ale był w błędzie i pozostało mu jedynie próbować dalej. Wrócił do jadalni. - Muszę iść. Jestem umówiony na spotkanie z senatorem Peshkovem w hotelu Willard. - Tam mieszka Martin Luther King - zauważył Woody. Oblicze Jaspera się rozjaśniło. - Może uda mi się zdobyć wywiad. Pomyślał, że „Echo” na pewno będzie zainteresowane. Woody się uśmiechnął. - Setki dziennikarzy będzie dzisiaj marzyło o wywiadzie z Kingiem. Jasper zwrócił się do Beep: - Zobaczymy się później? - O dziesiątej spotykamy się przed pomnikiem Waszyngtona. Krąży pogłoska, że będzie śpiewała Joan Baez. - Poszukam cię tam. - Powiedziałeś, że masz spotkanie z Gregiem Peshkovem? - spytał Woody. - Tak. To przyrodni brat Daisy Williams. - Wiem. Układy domowe ojca Grega Peshkova, Lva, stanowiły gorący temat plotek, kiedy twoja mama i ja byliśmy nastolatkami i mieszkaliśmy w Buffalo. Przekaż Gregowi moje pozdrowienia. - Naturalnie - zapewnił Jasper i wyszedł.

George wszedł do kawiarni hotelu Willard i rozejrzał się za Vereną, ale jeszcze jej nie było. Zauważył jednak swojego ojca Grega Peshkova. Jadł śniadanie z przystojnym mężczyzną w wieku około dwudziestu lat, który miał jasne włosy obcięte w stylu Beatlesów. - Dzień dobry - powiedział, przysiadając się. - To Jasper Murray, student z Londynu - przedstawił Greg. - Syn starego kolegi. Jasperze, poznaj George’a Jakesa. Uścisnęli sobie dłonie. Jasper był lekko wystraszony. Ludzie często tak reagowali, widząc razem Grega i George’a. Zwykle jednak byli zbyt grzeczni, by zadawać nasuwające się pytania. Jasper postąpił podobnie. - Matka Jaspera była uciekinierką z nazistowskich Niemiec - wyjaśnił Greg. - Mama nigdy nie zapomniała, jak ciepło Amerykanie powitali ją tamtego lata podchwycił Jasper. - Rozumiem więc, że kwestia dyskryminacji rasowej nie jest ci obca - rzekł do niego George. - Niezupełnie. Moja matka nie lubi za dużo opowiadać o tamtych czasach. Uśmiechnął się czarująco. - W szkole w Anglii przez jakiś czas przezywano mnie Jasper Żyd, ale się nie przyjęło. Jesteś zaangażowany w dzisiejszy marsz, George? - W pewnym sensie. Pracuję w resorcie Bobby’ego Kennedy’ego. Troszczymy się o to, by wydarzenia potoczyły się gładko. Jaspera to zaciekawiło. - Jak o to zadbacie? - Na terenie National Mall pełno jest tymczasowych wodotrysków z wodą pitną, punktów pomocy doraźnej, przenośnych toalet, zadbano nawet o możliwość spieniężenia czeków. Kościół w Nowym Jorku przygotował dla organizatorów osiemdziesiąt tysięcy kanapek, które będą rozdawane za darmo. Długość wszystkich wystąpień została ograniczona do siedmiu minut, więc demonstracja skończy się o czasie i goście zdążą opuścić miasto przed zmrokiem. A w Waszyngtonie zakazano dzisiaj sprzedaży napojów alkoholowych. - Czy to poskutkuje? George nie znał odpowiedzi na to pytanie. - Szczerze powiedziawszy, wszystko zależy od białych. Wystarczy, żeby paru gliniarzy zaczęło się ciskać, sięgnęło po pałki, węże strażackie i psy, by spotkanie modlitewne zamieniło się w burdę.

- Waszyngton to nie głębokie Południe - zauważył Greg. - Ale też nie Północ - odparował George. - Nie wiadomo, co się wydarzy. Jasper nawiązał do swojego pytania: - A jeśli dojdzie do zamieszek? Odpowiedział mu Greg: - Na przedmieściach zgromadzono cztery tysiące żołnierzy, w pobliskiej Karolinie Północnej stacjonuje piętnaście tysięcy spadochroniarzy. W waszyngtońskich szpitalach odwołano wszystkie zabiegi chirurgiczne, które nie są pilne, by zrobić miejsce dla rannych. - A niech mnie. - Jasper westchnął. - Podeszliście do sprawy poważnie. George ściągnął brwi. Przedsięwzięte środki bezpieczeństwa nie zostały ujawnione publicznie. Greg poznał je, gdyż był senatorem, lecz nie powinien był o nich mówić Jasperowi. Pojawiła się Verena i podeszła do stolika. Cała trójka wstała. - Dzień dobry, panie senatorze - powiedziała do Grega. - Miło znów pana widzieć. Greg przedstawił dziewczynę Jasperowi, a ten wytrzeszczył oczy. Jej widok działał tak samo zarówno na białych, jak i na czarnych mężczyzn. - Verena pracuje u Martina Luthera Kinga - dodał senator. Jasper posłał jej uśmiech o jasności stuwatowej żarówki. - Załatwiłabyś mi wywiad z nim? - Dlaczego? - warknął George. - Studiuję dziennikarstwo. Nie wspominałem o tym? - Nie - odparł z irytacją George. Verena nie była całkowicie uodporniona na urok Jaspera. - Przykro mi - rzekła ze smutnym uśmiechem. - Wywiad z wielebnym doktorem Kingiem dzisiaj nie wchodzi w rachubę. George był zły, ponieważ ojciec nie przestrzegł go, że Jasper jest dziennikarzem. Kiedy ostatnio rozmawiał z pewnym reporterem, napytał kłopotu Robertowi Kennedy’emu. Miał nadzieję, że dzisiaj nie popełnił żadnej niedyskrecji. Verena odwróciła się do George’a. - Przed chwilą rozmawiałam z Charltonem Hestonem - oznajmiła z irytacją. - Agenci FBI wydzwaniają od rana do sławnych uczestników dzisiejszego marszu i każą im przez cały dzień nie wychodzić ze swoich hoteli, ponieważ dojdzie do aktów przemocy. George prychnął pogardliwie. - FBI nie obawia się zamieszek, ale tego, że marsz okaże się sukcesem.

Vereny to nie zadowoliło. - Nie możecie im powiedzieć, żeby przestali sabotować demonstrację? - Porozmawiam z Bobbym, ale wątpię, by chciał krzyżować szpady z Hooverem z powodu takiego drobiazgu. - George dotknął ręki ojca. - Verena i ja musimy pomówić. Wybaczcie. - Mój stolik jest tam - powiedziała Verena. Przemierzyli salę i George zapomniał o podstępnym Jasperze Murrayu. - Jak wygląda sytuacja? - spytał, kiedy usiedli. Schyliła się nad blatem i odpowiedziała po cichu, lecz w jej głosie brzmiało podniecenie. - Uczestników będzie więcej niż sto tysięcy - stwierdziła z błyszczącymi oczyma. - To było niedoszacowanie. - Skąd wiesz? - Wszystkie autobusy, pociągi i samoloty zmierzające dzisiaj do Waszyngtonu są pełne. Rano przyjechało co najmniej dwadzieścia wyczarterowanych pociągów. Na Union Station nie usłyszałbyś swoich myśli, bo ludzie śpiewają We Shall Not Be Moved8. Tunelem Baltimore przejeżdżają specjalne autobusy, sto w ciągu godziny. Mój ojciec wyczarterował dla gwiazd samolot z Los Angeles. Zjawią się Marlon Brando i James Garner. Telewizja CBS nadaje przekaz na żywo. - Jak sądzisz, ilu w sumie ludzi weźmie udział w marszu? - W tej chwili oceniamy, że będzie ich dwa razy więcej, niż przewidywaliśmy. - Dwieście tysięcy? - nie mógł się nadziwić George. - Tak uważamy. Ale liczba może być większa. - Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Verena zmarszczyła brwi. - Dlaczego miałoby to być coś złego? - Nie braliśmy pod uwagę, że manifestantów będzie aż tylu. Nie chcę kłopotów. - George, to jest ruch protestu, jego sens polega na tym, by były kłopoty. - Chodziło mi o to, abyśmy pokazali, że sto tysięcy Murzynów może spotkać się w parku i nie wywołać starć. - Starcie już trwa i rozpoczęli je biali. George, do cholery, złamali ci nadgarstek za to, że chciałeś dostać się na lotnisko. Odruchowo dotknął lewej ręki. Lekarz powiedział, że wszystko jest już w porządku, lecz czasem George nadal odczuwał ból.

- Oglądałaś Meet the Press? - spytał. Był to program publicystyczny stacji NBC, grupa dziennikarzy zadawała w nim pytania doktorowi Kingowi. - Oczywiście, że tak. - Wszystkie pytania dotyczyły albo przemocy ze strony Murzynów, albo komunistów w ruchu praw obywatelskich. Nie możemy pozwolić, by te kwestie wybiły się na pierwszy plan! - Nie możemy pozwolić, by program telewizyjny dyktował nam strategię. Czego się spodziewałeś, że biali dziennikarze będą pytali Martina o przemoc ze strony białych glin, o nieuczciwość ław przysięgłych na Południu, o skorumpowanych białych sędziów i Ku-Klux-Klan? - Przedstawię ci to w inny sposób - rzekł spokojnie George. - Przypuśćmy, że dzisiejsza demonstracja przebiegnie spokojnie, ale Kongres odrzuci ustawę o prawach obywatelskich i wtedy wybuchną zamieszki. Doktor King będzie mógł powiedzieć: Do Waszyngtonu przybyło sto tysięcy Murzynów, śpiewali pieśni religijne, dawali wam szansę, byście zrobili to, co słuszne, ale wy tę możliwość przekreśliliście, a teraz macie do czynienia ze skutkami swojego uporu. Jeżeli doszło do zamieszek, możecie obwiniać tylko samych siebie. I co ty na to? Verena uśmiechnęła się niechętnie i skinęła głową. - Jesteś całkiem bystry - rzekła. - Wiedziałeś o tym?

National Mall to park o powierzchni stu dwudziestu hektarów ciągnący się na długości ponad trzech kilometrów od Kapitolu z jednej strony do pomnika Lincolna z drugiej. Uczestnicy marszu zgromadzili się pośrodku, przed pomnikiem Waszyngtona, który miał postać obelisku wysokości stu siedemdziesięciu metrów. Ustawiono tam scenę, a gdy George dotarł na miejsce, Joan Baez swoim czystym przenikliwym głosem intonowała pieśń Oh, Freedom. Jasper chciał znaleźć Beep Dewar, lecz wokół stało już co najmniej pięćdziesiąt tysięcy ludzi, nic więc dziwnego, że jej nie wypatrzył. To był najciekawszy dzień w jego życiu, a dochodziła dopiero jedenasta rano. Greg Peshkov i George Jakes znali Waszyngton od środka i mimochodem przekazali mu poufne informacje; jakże pragnął, by „Echo” się nimi zainteresowało. Zielonooka Verena Marquand była prawdopodobnie najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widział. Czy George z nią sypia? Jeśli tak, to szczęściarz z niego.

Po Joan Baez wystąpili Odetta i Josh White, lecz tłum oszalał, kiedy na scenę wyszło trio Peter, Paul and Mary. Jasper nie mógł uwierzyć, że ogląda wielkie gwiazdy na żywo i nawet nie musiał kupić biletu. Peter, Paul and Mary zaśpiewali swój najnowszy przebój, piosenkę Blowin’ in the Wind autorstwa Boba Dylana. Tekst jakby opowiadał o ruchu praw obywatelskich. Jeden z wersów brzmiał: „Przez ile lat mogą niektórzy istnieć, nim pozwoli się im na swobodę?”. Publiczność zareagowała z jeszcze większym entuzjazmem, kiedy na scenie pojawił się sam Dylan. Zaśpiewał nową piosenkę o zabójstwie Medgara Eversa zatytułowaną Only a Pawn in their Game9. Dla Jaspera tekst brzmiał enigmatycznie, lecz słuchacze nie zważali na ambiwalencję i cieszyli się, że najważniejsza nowa gwiazda muzyki w Ameryce opowiada się po ich stronie. Ludzi przybywało z każdą minutą. Jasper był rosły i mógł spojrzeć ponad większością głów, lecz nie było już widać krańca tłumów. Ku zachodowi biegła słynna lustrzana sadzawka, za którą znajdowała się grecka świątynia upamiętniająca Abrahama Lincolna. Demonstranci mieli dopiero później przemaszerować do pomnika Lincolna, lecz już teraz wielu przesuwało się ku zachodniej części parku, prawdopodobnie z myślą o tym, by zapewnić sobie najlepsze miejsca do wysłuchania przemówień. Jak dotąd, na przekór pesymistycznym nastrojom panującym w mediach, nie pojawiły się najmniejsze akty przemocy. A może dziennikarze wyrażali tylko swoje nadzieje? Wszędzie widać było fotoreporterów i kamery telewizyjne. Obiektywy często kierowały się na Jaspera, być może z powodu jego fryzury gwiazdora muzyki pop. On zaś zaczął już w myślach pisać artykuł. Uznał, że wydarzenie przypomina piknik w lesie. Jego uczestnicy rozkoszują się posiłkiem na zalanej słonecznym blaskiem polanie, a tymczasem w spowitej cieniem otaczającej ją kniei czają się żądni krwi drapieżcy. Przesuwał się wraz z ludźmi w kierunku zachodnim. Zauważył, że Murzyni mają na sobie najlepsze niedzielne ubrania: mężczyźni krawaty i słomkowe kapelusze, kobiety zaś wzorzyste jaskrawe sukienki i chusty na głowach; biali byli ubrani swobodnie. Hasła niesione przez uczestników manifestacji nie ograniczały się już do segregacji rasowej: domagano się prawa do głosowania, pracy i mieszkań. Były delegacje związków zawodowych, kościołów i synagog. W pobliżu pomnika Lincolna Jasper natknął się na Beep. Szła z grupą dziewcząt zmierzających w tym samym kierunku. Znaleźli miejsce, z którego wyraźnie widać było scenę ustawioną na schodach. Dziewczęta przekazywały sobie dużą butelkę ciepłej coca-coli. Niektóre, jak zauważył

Jasper, były koleżankami Beep, inne zaś po prostu się do nich przyłączyły. Zaciekawił je jako egzotyczny

cudzoziemiec.

Leżał

sobie

w sierpniowym

słońcu,

gawędząc

z nimi

niezobowiązująco, gdy rozpoczęły się wystąpienia. Ludzi zebrało się już tylu, że Jasper nie mógł ogarnąć ich wzrokiem. Był pewien, że liczba uczestników zgromadzenia przekroczyła przewidywane sto tysięcy. Mównica

stała

przed

olbrzymią

rzeźbą

zamyślonego

prezydenta

Lincolna

usadowionego na marmurowym tronie; ogromne dłonie spoczywały na podłokietnikach krzesła, brwi były ściągnięte, wyraz twarzy surowy. Większość mówców była czarna, lecz znalazło się także paru białych, między innymi rabin. Na podeście stał Marlon Brando, trzymał w dłoniach elektryczny pręt do poganiania bydła, którego używała przeciwko Murzynom policja w Gadsden w stanie Alabama. Jasperowi spodobała się ostra wypowiedź przywódcy związkowego Waltera Reuthera: - Nie zdołamy obronić wolności w Berlinie, jeśli nie zakazujemy jej w Birmingham. Jednak uczestnicy marszu zaczęli się niecierpliwić i głośno domagać, by wystąpił Martin Luther King. Był jednym z ostatnich mówców. Jasper od razu się zorientował, że King to kaznodzieja, i w dodatku dobry. Mówił dźwięcznym barytonem z czystą dykcją i miał moc budzenia emocji słuchaczy, cenny dar, który Jasper podziwiał. Nigdy jednak nie zwracał się do tak wielkiej rzeszy ludzi. Niewielu miało taką okazję. Przestrzegł, że manifestacja, choć tak triumfalna, nie będzie znaczyła nic, jeśli nie doprowadzi do rzeczywistych zmian. - Tych, którzy mają nadzieję, że Murzyni musieli upuścić sobie nieco pary i to wystarczy im do zadowolenia, czeka brutalne przebudzenie, jeżeli kraj wróci do zwyczajnej codzienności. - Słuchacze wtórowali okrzykami każdej wibrującej w uszach frazie. - Nie zapanują w Ameryce spokój i błogość, dopóki Murzynom nie przyzna się praw obywatelskich. Tornado buntu będzie dalej wstrząsało fundamentami naszego kraju, dopóki nie wstanie jasny dzień sprawiedliwości. Zbliżając się do końca wyznaczonego siedmiominutowego czasu, King uderzył w biblijne tony: - Nigdy nie poczujemy się usatysfakcjonowani, dopóki nasze dzieci będą odzierane z tożsamości

i godności

wymową

napisów

„Tylko

dla

białych”.

Nie

będziemy

usatysfakcjonowani, dopóki sprawiedliwość nie popłynie jak wielka woda, a prawość nie ruszy potężnym strumieniem.

Stojąca za mówcą pieśniarka gospel Mahalia Jackson zawołała: - O Panie mój! O Panie mój! - Mimo że stoimy przed trudami dnia dzisiejszego i jutrzejszego, nie odstępuje mnie marzenie - ciągnął King. Jasper wyczuł, że przywódca ruchu zrezygnował z przygotowanej mowy, gdyż nie starał się już sterować emocjami słuchaczy. Zdawało się, że czerpie słowa z głębokiej zimnej studni cierpienia i bólu, wydrążonej stuleciami okrucieństwa. Jasper uświadomił sobie, że Murzyni opisują swoją niedolę słowami proroków Starego Testamentu, ból zaś uśmierzają pocieszeniem ewangelii nadziei Jezusa. - Mam sen, że pewnego dnia ten naród powstanie i naprawdę zacznie żyć zgodnie z wyznawanymi zasadami - mówił Martin Luther King. - Uważamy te prawdy za oczywiste, że wszyscy ludzie stworzeni są jako równi. Mam sen, że pewnego dnia na czerwonych wzgórzach Georgii synowie byłych niewolników i synowie ich byłych właścicieli będą mogli zasiąść razem przy stole braterstwa, mam taki sen. Że pewnego dnia nawet stan Missisipi, tętniący żarem niesprawiedliwości, żarem opresji, przemieni się w oazę wolności i sprawiedliwości. Mam sen. Wpadł w rytm i dwieście tysięcy słuchających go ludzi czuło, że ten rytm kołysze ich dusze. To było coś więcej niż przemówienie: to był wiersz, kantyczka i modlitwa głęboka jak grobowiec. Poruszająca serce fraza „Mam sen” dźwięcznie zamykała każde zdanie niczym „amen”. - Że czworo moich dzieci pewnego dnia będzie żyło w kraju, w którym nie będą oceniane po kolorze skóry, lecz po cechach charakteru, taki sen mam dzisiaj. Mam sen, że pewnego dnia w Alabamie, stanie zajadłych rasistów, z gubernatorem, z którego ust płyną słowa podziału i unicestwienia, że pewnego dnia w tejże Alabamie mali czarni chłopcy i małe czarne dziewczęta będą mogli połączyć ręce z małymi białymi chłopcami i dziewczętami jak siostry i bracia, taki sen mam dzisiaj. Ta wiara pozwoli nam wykuć kamień nadziei z góry rozpaczy. Ta wiara pozwoli nam przemienić dźwięczące dysonanse naszego narodu w piękną symfonię braterstwa. Ta wiara pozwoli nam razem pracować i modlić się, razem walczyć i iść do więzienia, razem domagać się wolności, wiedząc, że pewnego dnia będziemy wolni. Jasper rozejrzał się i zobaczył łzy płynące zarówno po czarnych, jak i po białych twarzach. Nawet on czuł wzruszenie, a uważał się za odpornego na tego rodzaju bodźce. - A gdy to nastąpi, gdy pozwolimy zabrzmieć wolności, kiedy pozwolimy jej zabrzmieć w każdej wiosce i przysiółku, w każdym stanie i mieście, będziemy mogli przyspieszyć dzień, w którym wszystkie Boże dzieci, czarne i białe, żydzi i goje, protestanci

i katolicy, połączą swoje dłonie... Mówca przerwał na chwilę, tłum prawie całkowicie ucichł. Jego głos drżał niczym poruszany uczuciem silnym jak trzęsienie ziemi. -...i zaśpiewają słowami starej murzyńskiej pieśni: „Nareszcie wolni! Nareszcie wolni! Bogu Wszechmogącemu dzięki, oto wreszcie jesteśmy wolni!”. Martin Luther King odszedł od mikrofonu. Rzesza zgromadzonych ludzi wydała taki ryk, jakiego Jasper nigdy nie słyszał. Wstali na równe nogi poderwani wybuchem nadziei. Aplauz toczył się bez końca niczym fale bezkresnego oceanu. Trwał do chwili, gdy wystąpił mentor Kinga, dystyngowany białowłosy Benjamin Mays. Podszedł do mikrofonu i wypowiedział słowa błogosławieństwa. Wtedy słuchacze zrozumieli, że to koniec, i niechętnie odwrócili się od sceny, by się rozejść. Jasper czuł się tak, jakby przeżył nawałnicę, bitwę albo romans: był wyczerpany, lecz przepełniała go radość. On i Beep ruszyli w kierunku mieszkania Dewarów, prawie się nie odzywając. „Echo” na pewno będzie tym zainteresowane, myślał Jasper. Setki tysięcy ludzi usłyszało łamiące serce błaganie o sprawiedliwość. Przecież to niemożliwe, by koszmarne skandale seksualne w brytyjskich sferach politycznych mogły walczyć o miejsce na pierwszej stronie gazety z wydarzeniem tej miary. Nie mylił się. Matka Beep, Bella, siedziała przy stole w kuchni i łuskała fasolę, a panna Betsy obierała ziemniaki. Gdy tylko Jasper wszedł, odezwała się do niego Bella: - Dzwonili do ciebie z Londynu, z ”Daily Echo”, i to dwa razy. Niejaki pan Pugh. - Dziękuję - odparł Jasper, czując, jak bije mu serce. - Mogę oddzwonić? - Naturalnie, dzwoń. Jasper poszedł do gabinetu. - Uczestniczyłeś w marszu? - zapytał Pugh. - Słyszałeś przemowę? - Tak, tak. To było coś niewiarygodnego... - Wiem. Idziemy z tym na całość. Możesz nam dać tekst w stylu relacja naocznego świadka? Osobisty, z własnymi wrażeniami. Nie przejmuj się zbytnio faktami i liczbami, wszystko to będzie w głównym materiale. - Z wielką chęcią - powiedział Jasper i było to niedopowiedzenie, bo radość wręcz go rozpierała. - No to już. Jakieś tysiąc słów. W razie czego zawsze możemy przyciąć.

- Dobrze. - Zadzwoń za godzinę, przełączę cię do maszynistki. - Mógłbym dostać trochę więcej czasu? - spytał Jasper, lecz Pugh zdążył już odłożyć słuchawkę. - A niech to - mruknął do ściany. Na biurku Woody’ego Dewara leżał typowy amerykański żółty notatnik prawniczy. Jasper przysunął go sobie i ujął ołówek. Zastanawiał się chwilę, po czym napisał: Stałem dzisiaj wśród rzeszy dwustu tysięcy osób i słyszałem, jak Martin Luther King definiuje na nowo, co to znaczy być Amerykaninem.

Maria Summers była wniebowzięta. Telewizor w biurze prasowym był włączony i przerwała pracę, by obejrzeć Martina Luthera Kinga. To samo zrobili niemal wszyscy w Białym Domu, nie wyłączając prezydenta. Po zakończeniu wystąpienia Kinga poczuła uniesienie. Nie mogła się doczekać, by usłyszeć opinię Kennedy’ego. Kilka minut później wezwano ją do Gabinetu Owalnego. Pokusa, by uściskać prezydenta, była trudniejsza do opanowania niż zazwyczaj. - Jest cholernie dobry - rzekł z pewną rezerwą prezydent. Po chwili dodał: - Wybiera się tutaj, już jest w drodze. Maria przyjęła to z radością. Jack Kennedy się zmienił. Kiedy się w nim zakochała, popierał prawa obywatelskie rozumowo, ale nie emocjonalnie. Zmiany nie spowodował ich romans. To bezwzględna brutalność i bezprawie zwolenników segregacji wstrząsnęły nim i sprawiły, że zaangażował się sercem. Zaryzykował wszystko, przedkładając Kongresowi nową ustawę o prawach obywatelskich. Wiedziała lepiej niż ktokolwiek inny, jak bardzo się tym niepokoił. Wszedł George Jakes, jak zwykle nienagannie ubrany: dzisiaj miał na sobie granatowy garnitur, jasnopopielatą koszulę i krawat w paski. Uśmiechnął się ciepło do Marii. Czuła do niego sympatię, okazał się przyjacielem w potrzebie. Uważała go za drugiego pod względem atrakcyjności mężczyznę, jakiego zna. Zdawała sobie sprawę, że ona i George znaleźli się tam na pokaz, gdyż należeli do nielicznych kolorowych pracowników administracji państwowej. Oboje pogodzili się już z rolą symboli. Nie stanowiło to nieuczciwości, mimo że ich liczba była mała, ponieważ Kennedy mianował na wysokie stanowiska więcej Murzynów niż jakikolwiek inny prezydent. Kiedy zjawił się Martin Luther King, prezydent przywitał go słowami: - Mam sen!

Chciał dobrze, Maria to rozumiała, lecz uważała, że odzywka jest nie na miejscu. Sen Kinga miał swoje źródło w głębokim poczuciu straszliwych prześladowań, Jack Kennedy zaś przyszedł na świat w środowisku uprzywilejowanej amerykańskiej elity, zamożnej i wpływowej - jak mógł więc twierdzić, że marzy o wolności i równości? Doktor King najwyraźniej podzielał to poczucie, gdyż wyglądał na zakłopotanego i zmienił temat. Później, gdy będą leżeli w łóżku, prezydent zapyta Marię, w którym momencie popełnił błąd, a ona będzie musiała mu to wyjaśnić z czułością i w krzepiący sposób. King oraz pozostali liderzy ruchu praw obywatelskich nie jedli od śniadania. Uświadomiwszy to sobie, prezydent polecił, by z kuchni Białego Domu przyniesiono dla nich kawę i kanapki. Maria zachęciła uczestników spotkania, by ustawili się do oficjalnego zdjęcia, a potem zaczęły się rozmowy. Doktor King i jego współpracownicy starali się unikać poczucia euforii. Oznajmili prezydentowi, że po dzisiejszej demonstracji ustawa o prawach obywatelskich może zostać uzupełniona. Powinien się w niej znaleźć ustęp zakazujący dyskryminacji rasowej w sferze zatrudniania pracowników. Młodzi czarnoskórzy mężczyźni w zatrważającej liczbie rzucali szkołę, nie widząc w niej dla siebie przyszłości. Prezydent zasugerował, że Murzyni powinni naśladować Żydów, którzy wysoko stawiali edukację i nakłaniali swoje dzieci do studiowania. Maria, która pochodziła z murzyńskiej rodziny postępującej właśnie w taki sposób, przyznała mu rację. Jeśli czarni chłopcy rzucają szkołę, to czy jest to problem rządu? Jednocześnie spostrzegła, że Kennedy zręcznie odszedł od sedna zagadnienia, którym było to, że miliony stanowisk pracy zarezerwowanych jest wyłącznie dla białych. Poprosili Kennedy’ego, by stanął na czele krucjaty praw obywatelskich. Maria wiedziała, że prezydent nie może powiedzieć tego, co naprawdę myśli: jeśli zacznie być zbyt mocno identyfikowany z dążeniami Murzynów, wtedy wszyscy biali zagłosują na republikanów. Sprytny Walter Reuther podsunął mu inną radę. Trzeba określić, którzy biznesmeni stoją za Partią Republikańską, i wyłuskiwać ich małymi grupkami, tłumaczył. Oznajmić im, że jeśli nie pójdą na współpracę, ucierpią na tym ich zyski. Maria wiedziała, że tak podchodzi do zagadnienia Lyndon Johnson, łącząc pochlebstwa z groźbami. Rada nie trafiła do prezydenta, gdyż nie była w jego stylu. Kennedy zrobił przegląd kongresmenów i senatorów pod kątem ich stosunku do kwestii rasowych: odliczał na palcach tych, którzy prawdopodobnie opowiedzą się przeciwko

ustawie o prawach obywatelskich. Wyszedł z tego przerażający rejestr uprzedzeń, apatii i bojaźliwości. Prezydent dał do zrozumienia, że trudno mu będzie przeprowadzić w Kongresie nawet rozwodnioną wersję ustawy; twardsza wersja byłaby skazana na porażkę. Maria poczuła się tak, jakby spadł na nią żałobny całun. Ogarnęły ją zmęczenie, przygnębienie i pesymizm. Rozbolała ją głowa i chciała iść do domu. Spotkanie potrwało ponad godzinę. Zanim dobiegło końca, wśród uczestników nie pozostał nawet ślad niedawnego uniesienia. Liderzy ruchu praw obywatelskich wyszli, ich twarze znamionowały rozczarowanie i frustrację. Martin Luther King miał swój sen, ale wydawało się, że naród amerykański go nie podziela. Marii trudno było w to uwierzyć, lecz odnosiła wrażenie, że po wszystkim, co dzisiaj się stało, wielka sprawa równości i wolności nie posunęła się do przodu.

ROZDZIAŁ 28 Jasper był przekonany, że zdobędzie stanowisko redaktora naczelnego gazetki „St. Julian’s News”. Do podania dołączył wycinek ze swoim artykułem z ”Daily Echo” poświęconym przemówieniu Martina Luthera Kinga ze słynnym lejtmotywem „Mam sen”. Wszyscy chwalili tekst. Zapłacono mu dwadzieścia pięć funtów, czyli mniej niż dostał za wywiad z Evie: okazało się, że polityka nie jest tak lukratywna jak skandal w światku sławnych ludzi. - Toby Jenkins nie opublikował nawet akapitu poza prasą studencką - mówił do Daisy Williams. Siedzieli w kuchni mieszkania przy Great Peter Street. - Czy to twój jedyny rywal? - O ile mi wiadomo, tak. - Kiedy poznasz decyzję? Jasper spojrzał na zegarek, mimo że wiedział, która jest godzina. - W tej chwili trwa posiedzenie komitetu. O dwunastej trzydzieści wyjdą na lunch i wywieszą kartkę przed biurem lorda Jane’a. Jest