Szabłowski Witold - Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia.pdf

336 Pages • 69,383 Words • PDF • 6.2 MB
Uploaded at 2021-09-24 13:13

This document was submitted by our user and they confirm that they have the consent to share it. Assuming that you are writer or own the copyright of this document, report to us by using this DMCA report button.


Puszczaj chleb twój po wodzie; bo po wielu dniach znajdziesz go. Księga Kaznodziei Salomona 11, 1 cyt. za: Biblia Gdańska

WIOSNA (…) zielony mój Wołyń otaczał mnie, porywał i krążył w półśnie, jak trzmiel znużony, gdy na dłoni uśnie. Józef Łobodowski, Kisielin

fot. Marcin Jończyk

I 1 – Od dziecka wiedziałam, że coś jest ze mną nie tak. W szkole w Kaszówce, gdzie mieszkaliśmy, dzieciaki, jak chciały mi dogryźć, mówiły: „Nie jesteś córką swoich rodziców”. – „A kim?” – pytałam. – „Znajdą po Polakach”. Szliśmy po szkole na sanki, a one dalej za mną: „Znajda, znajda”. Wracałam potem zapłakana do domu, a mamusia mnie przytulała i mówiła: „Nie słuchaj głupot. Nasza jesteś. I tyle”. Mama i tatko kochali mnie dużo bardziej, niż inni rodzice kochają swoje dzieci. W domu nic nigdy nie musiałam robić. Trochę popracowałam i mama od razu: „Usiądź, odpocznij, nie męcz się. Ja za ciebie dokończę”. Czasami aż mnie to złościło. Człowiek chciałby od czasu do czasu coś zrobić sam. Ale nie. Wszystko musieli robić za mnie. Za to jak jechaliśmy do cerkwi na jakieś większe święto, kupowali mi najlepszy materiał na sukienki. I zabawki, jakie tylko chciałam: drewniane koguciki, niedźwiadki, zajączki. Choć się u nas nie przelewało, dla mnie zawsze mieli na wszystko. Tatko nazywał się Fedor Bojmistruk, rocznik 1905. We wsi mówili na niego Czarny Fedor, bo włosy miał czarne jak kruk. Kilka miesięcy po tym jak mnie wzięli, został wcielony do Armii Czerwonej i doszedł z nią aż do Berlina. Wrócił z medalami i poważnie ranioną nogą. Do końca życia ta noga go bolała. I do końca życia był dumny z tych medali. Nie mówił zbyt wiele o wojnie, ale kilka razy mi powiedział, że było ciężko. I że chyba tylko dlatego przeżył, iż czekała na niego taka fajna dziewczynka w domu.

Czyli ja. Zawsze jak świętowaliśmy dzień zwycięstwa nad faszyzmem – 9 maja – tatko ubierał się w mundur, czesał, przypinał medale i specjalny autobus zabierał go do miasteczka. Wracał z jakimiś prezentami dla weteranów: a to zegarek, a to moneta okolicznościowa. 9 maja to był dla niego najważniejszy dzień w roku. Spotykał kolegów z frontu, wspominali swój szlak bojowy. Wracał zawsze z nowymi opowieściami, które zasłyszał od kolegów i które nam później powtarzał. I Bóg zabrał go do siebie właśnie w ten jego ukochany dzień. Tatko ubrał się jak zawsze i usiadł na ławeczce pod domem, żeby zaczekać na autobus. Już nie wstał. Mama, Katerina, była od tatki cztery lata młodsza. Jak zmarł, wzięłam ją do siebie, choć mieszkam daleko, 150 kilometrów od Kaszówki; przyszłam tu za mężem Wołodią. Mama mieszkała ze mną jeszcze 14 lat, pomagała mi dzieci chować. Kochała mnie tak bardzo, że nawet po śmierci chciała być blisko mnie. Nieraz prosiła: „Nie wieź mnie do ojca, do Kaszówki, tylko połóż tam, gdzie i ty będziesz leżeć”. I tak zrobiłam. Będziemy na całą wieczność jedna obok drugiej. Wyobraża pan sobie? Będziemy razem leżeć aż do Sądu Ostatecznego, choć to nie ona mnie nosiła pod sercem, choć nie ona urodziła. Ale tak będzie. Ja też chcę, żeby tak było.

Pani Hania w swoim domu w Gaju fot. Marcin Jończyk

Jestem Hania. Hanna Fedorowna, z domu Bojmistruk. Tak mam w dokumentach i tak czuję, choć w rzeczywistości jestem kimś zupełnie innym.

2 Dom zbudowany jest już po wojnie, przez rodziców męża, bielony wapnem. Co roku, jak przyjdzie wiosna, sami go tym wapnem chlapią i wyrównują szpachlą. Bielenie chat to jedna z pierwszych rzeczy, jakie ludzie robią tu na wiosnę. Podwórko jest podłużne, oddzielone od drogi żelazną bramą, a w ogrodzie różowieją i czerwienią się lwie paszcze, mieczyki i róże. Po dachu przechadza się kot. Łazi z taką miną, żeby nikt nie miał wątpliwości, kto naprawdę jest tu gospodarzem. Hania? Owszem, mleka naleje, dba o chudobę. Jeść kurom sypie, świni kartofli przyniesie. To ona

sadzi lwie paszcze w ogrodzie. No, ale jakże ma być Hania gospodarzem, skoro sama ani jednej myszy w życiu nie złapała? I czy widział ją ktoś, żeby po dachu chodziła? A jak gospodarz się chociaż czasami po dachu nie przejdzie, to co z niego za gospodarz? Pchi… Jest i Sasza, Hani syn. Był budowlańcem w Kijowie, dobrze mu się powodziło, aż w 1986 roku posłali go, żeby pomagał usuwać skutki wybuchu w jakiejś elektrowni. Kot nie pamięta tych wydarzeń, nie ma więc Sasza u niego większej estymy za czarnobylski dodatek do renty. A to właśnie Czarnobyl zabrał Saszy młodość. Napatrzył się na okropne rzeczy, kilku kolegów mu umarło, nie umiał sobie miejsca znaleźć, wrócił więc do matki na wieś. Od tamtej pory razem tu gospodarzą.

Pani Hania z autorem i synem Saszą oglądają rodzinny album fot. Marcin Jończyk

Owszem, na wiosnę bieli chatę, jesienią pakuje dynię do słoików, zimą do pieca dokłada. Jak trzeba, to kawałeczek ziemi, który mają po kołchozie, zaorze i zabronuje. No, ale on myszy też nie łapie i po dachu też nie łazi. Nawet kurom rzadko jeść sypie. Woli piwo wypić i postrugać coś w drewnie. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że prawdziwym gospodarzem w tym

domu jest kot Biełka, z białym pyszczkiem i czarnymi uszami, dobrze odżywiony, ale żwawy, sprytny i łowny. Pod tym bielonym domem, przy bramie, pod czujnym okiem kotagospodarza, rozmawiamy dłuższą chwilę. Pani Hania jest tak przejęta przyjazdem kogoś z Polski, że zapomina zaprosić mnie na podwórko. Dopiero po dwóch kwadransach patrzy, jakby obudziła się z jakiegoś letargu, i mówi: – A co my tak przy bramie stoimy? Niech pan wchodzi na herbatę! W domu najpierw jest mała sionka, za nią kuchnia – królestwo Hani. To ona wie, gdzie który garnek. Gdzie jajka, gdzie kawa, a gdzie deski do krojenia. Czajnik podskakuje na fajerce. Rozmawiamy chwilę o życiu i nieżyciu. O sprawach ziemskich i cerkiewnych. Ale w kuchni nie będziemy siedzieć. Gość z Polski powinien wejść na pokoje, tam gdzie wchodzą najbliżsi albo gdzie się wpuszcza batiuszkę, jak odwiedza chorych w domu. Wchodzę więc. Herbata w szklankach ze srebrnymi uchwytami parzy w usta. Wokół piętrzą się bezliki haftowanych serwet – pani Hania godzinami wyszywa wiewióreczki, bociany, cwietoczki i inne wzory. Podziwiamy je przez chwilę, aż Hania wzdycha i siada po drugiej stronie drewnianej ławy, która tu robi za stół, a ja znowu zamieniam się w słuch.

3 – Rodzice mi nie powiedzieli nigdy ani słowa o tym, skąd się u nich wzięłam. Kiedy mama już była stareńka, ciocia, jej siostra, wszystko mi opowiedziała „My, stare, niedługo poumieramy – mówiła – a ty powinnaś znać prawdę”. I jeszcze mamie tłumaczyła: „Nie może być tak, że my do grobu pójdziemy, a Hania nie będzie nic wiedzieć. Powiedz jej!”.

Ale ciocia znała tę historię z drugiej ręki. Powiedziała dużo, ale najważniejszych szczegółów nie znała. A ja bym chciała wiedzieć, jak się nazywali moi prawdziwi ojciec i matka. Nawet jeśli tam zginęli, to chciałabym znać chociaż imię i nazwisko tej polskiej mamy. To ważne dla człowieka, żeby wiedział takie rzeczy. Sama miałam trójkę dzieci – jedna córka zmarła – i choćby nie wiem co się stało, chciałabym, żeby wiedziały, kim ja jestem. Jakie jest moje imię i nazwisko. Chociaż tyle – imię. I nazwisko. Idę więc do mamy, mówię: „Mamo, już wiem, że nie jestem wasza. Opowiedzcie mi, jak to było”. A mama płacze. Powtarza: „Nasza jesteś, córeczko”. I ucieka. Chowa się przede mną. Drzwi zamyka. Z ciotką w ogóle przestała rozmawiać, choć wcześniej dzwoniły do siebie co kilka dni. Mama i tata nie mieli innych dzieci. Ja też do nich trafiłam dość późno – tatko miał już prawie 40 lat. Bali się chyba, że jak poznam prawdę, wyjadę do Polski. Podobno były takie dzieci w innych wioskach, które po wojnie odnajdywała rodzina, nawet dalsza, i które wyjeżdżały. Boże, jak oni się musieli tego bać, skoro tak mnie kochali… Mówiłam już panu, najlepszy materiał, niedźwiadki, zajączki… Ktokolwiek nowy się we wsi pojawiał – geodeta, leśnik, ktoś z urzędu – oni się biedni trzęśli, że to ktoś przyjechał zabrać ich Hanię. No dobrze. Ale przez wiele lat nikt nie przyjechał. Potem, jak miałam 40 czy 50 lat i własne dzieci, wiadomo już było, że nigdzie nie pojadę. Dlaczego wtedy mi nic nie powiedzieli? Myślę, że z przyzwyczajenia. Skoro całe życie ukrywali, to już nie umieli powiedzieć. Może nawet sami zaczęli wierzyć, że jestem ich córką? Jak człowiek w coś mocno chce uwierzyć, to w końcu uwierzy, no, sam niech pan powie, czy tak nie jest. Ale jak zamieszkałam we wsi mojego męża, nagle okazało się, że ludzie tu, pod Horochowem, o wszystkim wiedzą. Ja nikomu nie mówiłam. Mąż też

nie. Skąd wiedzieli? Okazało się, że mój tatko, który ze mną nie chciał o tym rozmawiać, z ludźmi we wsi gadał bardzo dużo. Widać siedziało to w nim. I ja wszystko, co wiem, mam pozbierane po ludziach. Jednemu tatko powiedział troszeczkę, drugiemu jeszcze coś dodał. Ludzie potem przychodzili i powtarzali. I z takich małych kawałeczków uzbierałam sobie tę historię. Było tak. W 1943 roku jakaś banda napadła na polską wieś, która się nazywała Gaj. Cały dzień ludzi zabijali; nie przepuścili nawet dzieciom. Zabitych wrzucali do rowu przy szkole. Co to była za banda? Dlaczego to robili? Nie wiem. Mówią, że banderowcy; ci, co walczyli o wolną Ukrainę. Po wsi Gaj nie ma dziś śladu, choć była to bardzo duża wioska. Wiem, bo nieraz tamtędy przez las jeździłam, i potrafię sobie wyobrazić, ile mniej więcej zajmowała. Ale długo nie wiedziałam, że tam przed wojną była wieś – las, jak wszędzie, tyle że trochę młodszy. Dopiero jak byłam nastolatką, ktoś ze starszych zaczął mówić – a, tutaj do polskiej szkoły chodziłem. Tutaj kolegę Polaka miałem. I tak po odrobince się dowiadywałam, że tu w czasie wojny jakichś ludzi zamordowali. Dziwne, prawda? Że tyle czasu nikt nic nie mówił. To były wioski odległe od siebie dwa kilometry; ludzie do Gaju i do kowala jeździli, i w różnych innych sprawach. I mój tatko i mama musieli tam być wiele razy. A przez wiele lat tylko po zdziczałych wiśniach i jabłonkach można było poznać, że kiedyś tam były domy, szkoła, normalne życie. Jakby ludzie z jakiegoś powodu chcieli ten Gaj zapomnieć, wyrzucić go z głowy. Podobno Polacy piękne sady mieli. Ich wiśnie były najlepsze w okolicy. Ludzie w Kaszówce do dziś wspominają, że takie soczyste, słodkie. Można było poznać, kto się przyjaźni z Polakami po tym, że sok z wiśni miał w domu. Czy coś tam czułam szczególnego w tym lesie? Nie, zupełnie nic. Tylko żal mi było tych ludzi, że ich tak wymordowali. Nigdy nie myślałam w ten sposób, że tam moi mama i tata leżą; nawet jak już znam prawdę, to ciężko mi o tym myśleć w ten sposób. Niby to wiem,

niby wiem, że tam moi rodzice, dziadkowie, a pewnie i ciotki, wujowie, rodzeństwo leżą, ale jakoś to do mnie nie dociera. Może jakby Bojmistrukowie mnie źle traktowali, toby było inaczej. Tobym tęskniła za tym, co mogło być. Ale oni mnie tak kochali, tak gładzili, że nawet się nie zastanawiałam, jakby mi było z tymi innymi rodzicami. Dwa dni po masakrze ludzie z mojej wioski jechali do Gaju. Ta banda, która tam ludzi wymordowała, wróciła i kazała ludziom z Kaszówki pochować zabitych, bo już się zaczęli rozkładać. Wtedy mnie znaleźli, gdzieś wśród drzewek owocowych. Podobno płakałam w stodole, a obok mnie leżały same trupy. Dwóch martwych chłopców i starszy pan – ciocia mówiła, że pewnie ci dwaj to bracia, a ten pan to dziadek. Miałam w jednym ręku kawałeczek chleba, a w drugim – chusteczkę z dwoma literami, pewnie to moje inicjały. Jakie? Nie wiem. Ciocia też nie pamiętała. Nigdy tej chusteczki nie zobaczyłam, pewnie poszła do pieca jeszcze w czasie wojny. Nie pamiętam nawet jednego obrazu z tych dni. Podobno obok mnie stał pusty kubek, a bardzo mi się chciało pić.

4 Pani Hania pokazuje mi swoje życie zamknięte w albumie ze zdjęciami. Rodziców ma tylko na starym monidle, zdjęciu podkolorowanym przez wędrownego fotografa. Mała Hania ma na nim cztery, może pięć latek i domalowane marynarskie ubranko. Ojciec Fedor ma czarne gęste włosy, grzywkę zaczesaną na prawą stronę, a na sobie – domalowaną marynarkę i krawat. Matka Katerina włosy też ma ciemne, gładko uczesane. W albumie jest i mąż Wołodia, którego pochowała kilka lat temu. – Poznałam go, jak po wojsku przyjechał do nas robić meliorację. – Pani Hania wpatruje się w fotografię. – Poszliśmy raz i drugi na zabawę, aż się

pobraliśmy. Jak wyjeżdżałam od rodziców, płakali tak, iż myślałam, że mi poumierają z tego żalu. Ale potem pojawiły się wnuki i trochę tej miłości do mnie przerzucili na nie. Dzieci jeździły do dziadków w każde wakacje. Jak syn Saszka miał pięć lat, to mama, gdy szła do krów, wiązała go sobie chustą do pleców. Mówię: „Mamo, on już jest duży, może iść na nogach”. A mama: „Mój wnuk, moja sprawa. Nie będziesz mi mówiła, co mam robić”. Co miałam odpowiedzieć? Machnęłam ręką.

Jedyne zdjęcie Pani Hani z jej ukraińskimi rodzicami Fedorem i Kateriną Zdjęcia z archiwum rodzinnego Hanny Fedorowny Bojstumik

Pani Hania z mężem Wołodymyrem Zdjęcia z archiwum rodzinnego Hanny Fedorowny Bojstumik

Jak pierwszy raz do dziadków do Kaszówki pojechał na dwa tygodnie, miał niecały rok. Zabraliśmy go z mężem po miesiącu, a on całą drogę się darł: „Baba!!! Dziadzia!!!”. Pół dnia jechaliśmy i on się pół dnia darł. Myślałam, że mi głowa pęknie.

5 Kaszówka to wioseczka-bajeczka, nie sposób się w niej nie zakochać. Pięknie położona nad rozleniwioną tu nieco rzeką Stochód, w której kąpią się gęsi; otoczona z każdej strony gęstym lasem, z błękitną cerkwią pośrodku, wokół cerkwi stoją chaty i chatynki, częściej drewniane niż murowane, a z każdej chaty i chatynki leci z komina dym. Nic dziwnego, że przed wojną, jak pytali na Wołyniu sołtysa, jak duża jest wioska, to nie odpowiadał ani w duszach, ani w chatach, ale w dymach.

Prawie każdy gospodarz ma tu konia albo i parkę. Zimą jeździ się saniami, które latem zawiesza się na ścianie stodoły. Latem jeździ się furmanką albo (rzadziej) kolaską. Samochody mają tylko bogatsi, a koń stoi na co drugim podwórku. Dotrzeć tu można na dwa sposoby: albo z drogi Kowel – Łuck trzeba w Hołobach przy ruinach katolickiego kościoła skręcić w lewo i jechać kilkanaście kilometrów prosto, albo z drogi Kowel – Kijów skręcić w prawo i też jechać kilkanaście kilometrów szutrową drogą przez las. Leśnictwo umieściło przy tej drodze kilka tablic z ostrzeżeniami i prośbami. Żeby nie śmiecić. Nie palić ognisk. Uważać na lisy – mogą być wściekłe. Jeśli ruszymy od szosy łuckiej i dołożymy kilka kilometrów na popolskim bruku, a później pół kilometra polną, wyjeżdżoną przez furmanki drogą, dojedziemy do miejsca, gdzie kiedyś stała wioska Gaj. Wystarczy przejść kilkanaście metrów, żeby dotrzeć do dawnego rowu strzeleckiego, gdzie mieszkańcy sąsiednich wiosek (niektórzy z nich sami wzięli udział w zabijaniu) zrzucili ciała zabitych. Później, już w czasach wolnej Ukrainy – to wyszło w czasie ekshumacji – zrobili sobie w tym miejscu nielegalne składowisko śmieci. Do dziś często można tu wsadzić nogę do dziury – to miłośnicy historii z Kowla, Łucka albo innych większych miast szukają za pomocą wykrywaczy metalu złota po Polakach.

Dzieci pani Hani Zdjęcia z archiwum rodzinnego Hanny Fedorowny Bojstumik

Jeśli jednak ominiemy Gaj i pojedziemy prosto do Kaszówki, starsi ludzie od razu pokażą, gdzie kiedyś mieszkała rodzina Bojmistruków, ukraińskich rodziców pani Hani. Tu na wioskach ludzie znają swoich sąsiadów do trzeciego pokolenia wstecz. Pytanie o kogoś, kto wyprowadził się pół wieku wcześniej, nikogo nie dziwi. Wiem to, bo jeżdżę po wsiach Wołynia już od kilku lat z takimi dziwnymi pytaniami. Szukam historii takich jak historia pani Hani i jej ukraińskich rodziców. Historii o dobrych ludziach, którzy ryzykowali życiem, żeby uratować swoich sąsiadów w czasie wojny, a głównie w czasie rzezi wołyńskiej w 1943 roku. Czasami ratowali współmałżonków, czasami sąsiadów, czasem obcych ludzi. Czasami – jak w przypadku pani Hani – ratowali małe dzieci. Jestem w Kaszówce, bo podejrzewamy razem z panią Hanią, że starsi ludzie wiedzą, z czyjego podwórka została jako dziecko zabrana. Między Gajem a Kaszówką był stały kontakt. Ludzie z tych dwóch wiosek dobrze się znali, wiedzieli, kto gdzie mieszkał. Jej nikt nie zdradzi nazwiska polskich

rodziców, choćby przez wzgląd na Fedora i Katerinę. Ale może mnie powiedzą? – Bojmistruki? O, tam, gdzie teraz te krzaki tarniny rosną, mieszkali – pokazuje dawna sąsiadka. – Fedor zmarł, matka się wyprowadziła, to i o chatę nikt nie dbał. Spłonęła któregoś dnia. Może się samo zajęło, a może dzieciaki dla zabawy podpaliły? Hania? Wszyscy tu wiedzieli, że ona jest od Polaków. Do dziś na nią mówią Hania Polaczka. Ale matce chyba by serce pękło, jakby ktoś Hani o tym powiedział, jakby z nią zaczął o tym rozmawiać. Ale jeśli chcecie się więcej dowiedzieć, jedźcie do drugiej części wsi, za Stochód. Tam ją najpierw przywieźli. Może wam coś powiedzą.

Tu stała wioska Gaj fot. Marcin Jończyk

Jadę więc do tej części wsi. Ludzie od razu pokazują mi tu żółtą, położoną niedaleko błękitnej cerkwi chatę, do której w 1943 roku przywieźli furmanką małą dziewczynkę z Gaju. – Hania? Jak znaleźli tego dzieciaka, zaczęli na miejscu radzić, co z nią zrobić – opowiada jeden z najstarszych mieszkańców Kaszówki, pan Walery, który pamięta ten dzień. – Banderowcy takie dzieci zabijali. Jeśli ktoś ich nie

słuchał, mogli mu spalić gospodarstwo albo rozstrzelać – każdy Lach miał być zabity, nieważne, ile miał lat. Ale z drugiej strony, jak zabić maleńkie dziecko, które cudem się uratowało? Stali więc w Gaju nad tą małą i się kłócili. Oddać banderowcom? Czy spróbować ją ocalić? Taki nad nią odbyli sąd. W końcu jeden z gospodarzy, Ołeksandr Jaszczuk, bierze dziewczynkę na swoją furmankę i rusza. „Co ma być, to będzie, ale dzieciaka nie zabijemy” – mówi. A że jest szanowanym gospodarzem, ludzie w milczeniu mu przytakują. Kaszówka nie trzyma z banderowcami. Miejscowy batiuszka został nawet zastrzelony, bo podobno nie chciał dać ślubu ich przywódcy ani święcić noży, których mieli używać w trakcie rzezi. We wsi małą Polkę biorą na przechowanie rodzice Kateriny Bojmistruk. Katerina i Fedor nie mogą tej nocy spać. Sami nie mają dzieci, a mała Polka jest śliczna – ma włosy w kolorze lnu i niebieskie oczęta. Aż trudno dziś sobie wyobrazić ten dylemat. Z jednej strony – wojna przysyła im upragniony prezent, dziecko, którego sami najwyraźniej mieć nie mogą. Z drugiej – ten podarunek losu może ich kosztować życie. Co robić? Decydują się po dwóch tygodniach. Biorą małą do domu i czym prędzej jadą do cerkwi, do pobliskich Hołób, by ochrzcić. I tak już zostaje.

6 W samym centrum Kaszówki, zaraz obok cerkwi, stoi mała chatynka. W środku tyle miejsca co na łóżko i mały piec. Przed chatynką – płotek, a przy nim – ławeczka. Tu w pogodne dni grzeje się na słonku 89-letni Wołodymyr Jaszczuk, ostatni żyjący uczestnik wyprawy, która w 1943 roku przywiozła do wsi małą Hanię – oprócz samej Hani, rzecz jasna. To jego

ojciec zdecydował wtedy, żeby dziecka nie zabijać, tylko przywieźć do wsi. Chciałbym mu zadać wiele pytań, ale nie jest to łatwe. Po pierwsze, Jaszczuk bardzo źle słyszy. Trzeba krzyczeć, a i tak może nie zrozumieć pytania. Po drugie – wiek robi swoje. Jaszczuk nie poznaje sąsiadów, nie poznaje swoich dzieci i często nie wie, w jakiej epoce zasnął, a w jakiej się obudził. Na szczęście jest jedna sąsiadka, którą Jaszczuk bardzo lubi. Ją poznaje prawie zawsze i kiedy ona krzyczy, rozumie niemal wszystko. Idę po tę sąsiadkę. – Dziadku! Dziaaaadkuuuu!!! – krzyczy sąsiadka. – Pan jest z Polski! O Hani naszej pisze. O Hani! Tej, którą żeście z Gaju przywieźli! – O Hani Polaczce? – upewnia się Jaszczuk i przekrzywia głowę. – A to może Polak? – pyta i wskazuje na mnie pomarszczonym palcem. – Polak – potwierdza sąsiadka. – „Jeszcze Polska nie zginęła!” – staruszek zaczyna śpiewać hymn, którego nauczył się w polskiej szkole. A później pogrąża się na chwilę w letargu, jakby próbował znaleźć w głowie choć kilka słów, które mogą mi się przydać. – Jak ją wzięli Bojmistrukowie, bandy robiły im problemy – mówi wreszcie, ważąc każde słowo. – Na wsi trudno utrzymać taką rzecz w sekrecie, zwłaszcza że myśmy w Gaju byli w kilka wozów. Świadków było dużo. Cała wieś wiedziała… – dodaje i znów zastyga, jakby szukał w głowie dalszych słów. Zamyka na chwilę oczy. Otwiera. Znów zamyka. Spogląda na mnie po dłuższej chwili. Potem spogląda na sąsiadkę. – A ten mężczyzna, to kto? – pyta i pokazuje na mnie palcem. Nie pogadamy, choć i tak uświadomił mi ważną rzecz. Małą Polkę z Gaju ratowała cała Kaszówka, nie tylko rodzina Bojmistruków. – Fedor skarżył się kiedyś mojemu ojcu, że raz przyjechali banderowcy i kazali im Hanię oddać –

dodaje pan Walery. – Bojmistruk na to, że to jego córka i że najpierw muszą jego zastrzelić. A oni, że oczywiście, zastrzelą małą, a potem jego i żonę. Ale jak zobaczyli uśmiechniętą dziewczynkę z buzią jak pierożek, uwierzyli, że jest Ukrainką. A może tylko udali, że wierzą? Ważne, że dali im spokój. Choć Fedor całą wojnę bał się banderowców; zwłaszcza jak poszedł na front. Bał się, że w tym czasie przyjadą i zabiorą dziecko Katerinie. – Moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa jest takie – mówi pani Hania. – Leżymy z mamusią pod łóżkiem, w domu są jacyś mężczyźni, a mamusia trzyma mi rękę na ustach. I ja już wtedy, choć miałam pewnie niecałe trzy latka, dobrze wiedziałam, że się nie mam prawa odezwać. Musiała mnie mamusia tego uczyć dużo wcześniej. Tatki nie było, pewnie był na froncie, a myśmy się ukrywały. Pamiętam, że ci mężczyźni pochodzili chwilę po tej izbie, w której myśmy leżały, porozmawiali, i wyszli. Może nas nie zauważyli. A może i zauważyli, ale okazali się ludźmi. Tam przecież też jeden poszedł sam, bo chciał, a drugi poszedł, bo mu kazali.

7 – Czasem myślę, że może do dziś mnie ktoś szuka. Dziś to pewnie już ani ojciec, ani matka. Może brat, siostra, jakiś kuzyn… Może po prostu ktoś z tej wioski, kto ocalał i pamięta, że u kogoś była roczna dziewczynka. Może by się ucieszył, że ktoś z jego wioski jeszcze przeżył. A może cała rodzina gdzieś jest? Wyobraża pan sobie? My tu mamy pół opowieści, a oni – drugie pół. Jakby się znaleźli, to się te dwie połówki połączą. Czasem, jak zacznę o tym myśleć, to aż zasnąć w nocy nie mogę. Przewracam się z boku na bok. W końcu mówię do Pana Boga: „Proszę, Panie Boże, pomóż mi odgonić te myśli. Jeśli gdzieś żyją moi krewni, to daj im zdrowie, ale ja chcę już spać”. I jakoś tak powoli, powoli zasypiam. Mam nadzieję, że jak pan o mnie napisze, to ktoś się zgłosi. Na przykład jakiś człowiek po twarzy rozpozna, że ktoś we wsi mieszkał podobny do

mnie. Choć im więcej lat mija, tym mniej mam nadziei, że się czegoś dowiem. Kiedyś sobie marzyłam, że ktoś przyjedzie. Nie chodzi o to, żeby mnie stąd zabierał, bo ja i miałam, i mam bardzo dobre życie. Rodzice uratowali mnie od śmierci, wychowali jak swoją. Jak rok temu dzieci mi zrobiły siedemdziesiąte urodziny, to aż się popłakałam. I tort był, i dużo gości, i bańka bimbru. Trzy dni się bawiliśmy. Śpiewaliśmy i Wołyń maja, ziemla maja, i Czerwoną rutę. Ale mimo wszystko człowiek chce wiedzieć, kim byli jego rodzice. Od 1963 roku mieszkam w małej wsi w powiecie horochowskim. Pracowałam całe życie w kołchozie. I porody krowie odbierałam, i mleko doiłam. Potem wiele lat byłam brygadzistką w brygadzie lnu, bo nasz kołchoz sadził len. Ale jak trzeba było rąk do pomocy, żeby zbierać buraki czy kartofle, to też jechałam i zbierałam. Za kołchozu było zdecydowanie lepiej. Nasz miał kilkaset krów, cielaki od nas cała Ukraina kupowała. A teraz? Teraz dali ludziom ziemię, a oni sobie z nią nie radzą. My ziemniaki, buraki, pomidory sami dla siebie, owszem, sadzimy. Ale na sprzedaż – to już by było za dużo roboty. Kołchoz miał do tego maszyny, specjalistów. A dziś ludzie znów robią wszystko furmankami, jak przed wojną. Młodzi nam uciekli, bo takie grzebanie w ziemi to dla nich żadna atrakcja. Moja córka i wnuki są w Kijowie. Tylko syn Sasza do mnie wrócił. A w Polsce jak jest? Są jeszcze kołchozy? Nie ma? Znaczy u was taka sama bieda jak i u nas. Ja nigdy nie byłam w Polsce. Nigdy nawet z żadnym Polakiem nie rozmawiałam. Jest pan pierwszy. Z moich dzieci też nikt u was nie był. Chociaż zaraz… Rusłana, młodsza córka, kilka lat temu była. Zbierała jabłka gdzieś pod Warszawą. – Czy mówiła komuś, że ma polską krew? – Nie. Jakby chociaż imię znała, nazwisko, cokolwiek, to może by i powiedziała. A tak – córka znajdy. Czym tu się chwalić?

Mówiła tylko, że u was ładne sady.

8 Siedzimy. Patrzymy na siebie. Kot Białka mruży oczy pod piecem. Sielsko, rodzinnie się zrobiło. I wtedy mówię coś, czego chyba mówić nie powinienem. Mówię: – Pani Haniu, jutro wracam do Polski. Znajdę pani rodzinę.

II 1 W dniu gdy włożył skafander kosmiczny i gdy zamknęli za nim właz do rakiety, przypomniał sobie banderowca, który strzelił w skroń jego matce. Matka uciekała z płonącego domu z małym tylko zawiniątkiem w rękach. Tamten ją dogonił. wycelował, pociągnął za spust. Nie może poświęcić tej myśli tyle czasu, ile by chciał, bo ostatnie dwie godziny przed startem ma wypełnione po brzegi*. Zawiesić maskotki od córki. Sprawdzić ustawienia globusa (ma wielkość średniego grejpfruta), skład atmosfery, temperaturę, ciśnienie. Potem jest czas na meldunki i podziękowanie dla rządów i partii komunistycznych za okazane im – jemu i Białorusinowi Piotrowi Klimiukowi, dowódcy lotu – zaufanie.

Mirosław Hermaszewski wraz z rodziną przed lotem w kosmos East News

Z rzeczy oficjalnych, które wziąć musiał, ma ze sobą między innymi zdjęcia Edwarda Gierka, Leonida Breżniewa i ziemię z pól bitewnych pod Lenino i pod Warszawą. Z nieoficjalnych – przyczepione już maskotki, a także listy, które napisał do najbliższych, miniaturkę Pana Tadeusza i strony tytułowe ulubionych książek. Za sobą ma półtora roku ciężkich treningów, które mógł wytrzymać tylko ktoś z żelaznym organizmem, bo sprawdzali, jak będzie reagować jego ciało

na hiperdźwiękowe prędkości, na nieważkość; jak zareaguje jego mózg na stres, na nietypowe sytuacje, na brak tlenu. Okazało się, że organizm ma z żelaza. Gdy zatrzaskują właz, przez chwilę czuje się w rakiecie jak w trumnie. Ale znów nie ma nawet chwili, by się na tym skupić. Zaczyna się odliczanie: Protiażka odin. Prowudka. Wibracje. Huk silników. Klucz na drenaż. Jeszcze silniejsze wibracje. Protiażka dwa. Aż w końcu: rakieta startuje L E C Ą ! Chwilę po starcie zaczyna się bać. Rakieta się trzęsie. Czy nie za bardzo? Huk jest niezwykle głośny. Czy nie zbyt głośny? Wibracje. Czy nie za silne? Czy na pewno nic podejrzanego się nie dzieje? Czy nie rozbiją się zaraz? Uspokaja go dopiero głos kontrolera lotu Suworowa. Wszystko jest w porządku. W dwie minuty pokonali 80 kilometrów, po czym rakieta obraca się na wschód, a w kosmodromie Bajkonur na południu Kazachskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej technicy wznoszą już tradycyjny toast spirytusem z dodatkiem stepowego piołunu, on zaś widzi całą Ziemię jak na dłoni: azjatycką część Związku Radzieckiego, z podbrzuszem w postaci Kazachstanu właśnie; drapiące niebo po brzuchu Himalaje; dostojne Chiny;

sinobłękitne oceany; w dole, trochę odstającą od reszty, krągłą Australię; potem obie Ameryki; kobiecy kształt Afryki, naszej wspólnej matki; i wreszcie – Europę, jak małe, skulone zwierzątko, doklejone do wielkiego Związku Radzieckiego. – Ziemia była wspaniała – powie wiele lat później. – Najpierw ciemnoszara, ale wschód słońca zobaczyłem już w kolorach. Z każdą chwilą nasza planeta dostawała coraz bardziej fantastycznych barw; wystartowaliśmy w lecie i w ciągu półtorej godziny widzieliśmy wszystkie pory dnia i roku. Przy pierwszym okrążeniu szuka wzrokiem Polski. Łatwo ją poznać po haczykowatym Półwyspie Helskim, który na północy zaczepia się jak rzep o podbrzusze Bałtyku. Gdy przelatuje nad Europą, wytęża wzrok, żeby go nie przegapić, a gdy zobaczy – krzyczy z radości. Ale w trakcie drugiego okrążenia szuka już innego skrawka planety; od Helu na południowy wschód, gdzieś na granicy między skulonym zwierzątkiem Europą a Związkiem Radzieckim jest mały kawałek ziemi, na który upadła jego matka po tym, jak banderowiec strzelił jej w skroń. Miejsce, gdzie kiedyś stała wieś Lipniki i przylegająca do niej kolonia Police. Kiedy znajdzie i ten kawałek, myśli sobie: „Chcieliście mnie zabić, tak? To patrzcie, gdzie teraz jestem”.

2 Sylwester Hermaszewski miał niezwykle bujne życie**. Z hrabią Emanuelem Małyńskim, właścicielem majątku Zurno w powiecie kostopolskim, człowiekiem niezwykle zamożnym, którego poznał, bo jego ojciec administrował majątkiem ojca Małyńskiego, objechał pół globu, od Nowego

Jorku, przez Japonię, Paryż, aż po Petersburg. Małyński, znakomity strzelec i szermierz, a do tego birbant, obywatel świata i pionier lotnictwa (podobno kolegował się z pierwszymi lotnikami, braćmi Wright), lubił sympatycznego i odważnego Sylwestra, więc od młodych lat, gdziekolwiek jechał, starał się go ze sobą zabierać. Wspólnie odbyli choćby podróż dookoła świata, w którą, jeśli wierzyć współczesnym mu plotkom, hrabia wyruszył, by zaimponować słynnej tancerce Cléo de Mérode, gwieździe paryskich salonów, której erotyczną energią zachwycali się malarze Gustav Klimt i Henri de ToulouseLautrec, a także król Belgii Leopold II (współcześni podejrzewali ich o romans). Również Małyński chciał ponoć oszołomić i poślubić piękną Cléo. Bezskutecznie.

Roman Hermaszewski (w środku), w mundurze podoficera 44. pułku piechoty w Równem, z kolegami z wojska Zdjęcia z archiwum rodzinnego Mirosława Hermaszewskiego

Dopiero na początku XX wieku dojrzały już Hermaszewski mówi swojemu pryncypałowi „dość” i zamienia wojaże na spokojne wiejskie życie. Kupuje w kolonii Police pod Lipnikami, niedaleko majątku hrabiego i blisko

miasteczka Berezne, kilkadziesiąt hektarów ziemi. Sporą część nabywa, nomen omen, z licytacji Emanuela Małyńskiego, który, odrzucony przez Francuzkę, żyje samotnie w Paryżu i jako jedyny spadkobierca swoich rodziców trwoni odziedziczony po nich majątek. Hektary te Hermaszewski najpierw sam, a potem przy pomocy synów karczuje i obrabia. Za żonę bierze 16-letnią zaledwie Marię, z domu Hutnicką, która dopiero po urodzeniu czwartego dziecka zaczyna się zwracać do niego po imieniu, a nie przez „pan”, a kiedy Sylwester słucha kupionego za niebagatelną sumę najnowszego wynalazku – radia, mówi mu, że ma przestać, bo „tam diabeł gada”. Dzieci mają jedenastkę, ale w gospodarstwie zostaje z nimi jeden syn Roman. U progu II wojny światowej jest on jednym z bardziej rozpoznawalnych w okolicy gospodarzy, weteranem wojny z bolszewikami i posiadaczem bodaj najnowocześniejszych w tamtych stronach maszyn rolniczych. – Był wysoki, przystojny i co chwila żartował. Do tego pięknie śpiewał i grał na różnych instrumentach. Wszyscy go uwielbiali, a szczególnie dzieci – wspomina Sabina Czapiga, z domu Hermaszewska, córka Romana i Kamili. – Rodzice mieli nas siedmioro: mnie, Alinę, Władysława, Annę, Teresę, Bogusława i najmłodszego Mirka, który urodził się już po wybuchu wojny. Wnuki pamiętają dziadka Sylwestra jako niezwykle barwnego człowieka, który gdy ma dobry humor, śpiewa sprośne, ukraińskie piosenki, jak choćby wspominaną przez Władysława Hermaszewskiego: „Czerez riczki kozak łeżyt’, Czerez jajca woda bieżyt’”, i smaruje swoje sumiaste wąsy terpentyną, trzymaną we wnętrzu wielkiego zegara. Babcia włożyła kiedyś do tego zegara przez pomyłkę buteleczkę z atramentem i dziadek, ku uciesze całego domu, nasmarował sobie wąsy na granatowo.

X-lecie Koła Gospodyń Wiejskich w Lipnikach, rok 1935. Druga od prawej siedzi Kamila Hermaszewska, wśród siedzących dzieci – piąta i szósta to Anna i Sabina Hermaszewskie Zdjęcia z archiwum rodzinnego Mirosława Hermaszewskiego

Dziadek Sylwester lubi żarty; szczególnie chętnie przekomarza się z Tarasem Nowaczokiem, brodatym Ukraińcem, sąsiadem Hermaszewskich i przyjacielem domu, który często odwiedza go, gdy pracuje przy swojej ukochanej pasiece. – Taras przychodził do nas prawie codziennie – wspomina Sabina Czapiga. – Police nie były dużą kolonią, mieszkało tam jeszcze dwóch braci mojego dziadka, a poza tym Ukraińcy Stepańczuki, Chotyńce i właśnie Nowaczoki. Dziadek przesiadywał z Tarasem w altanie przy naszym domu albo obok pszczół. Bardzo się lubili. I my, dzieciaki, lubiliśmy Tarasa. Zawsze się do nas uśmiechał, był niezwykle życzliwy. Choć pamiętam jedno: Taras do nas przychodził prawie codziennie, ale do niego się nie chodziło. Trochę nas to dziwiło. Dopiero po latach dowiedziałam się, że jego synowie byli w nielegalnej organizacji ukraińskiej. To jeszcze nie była UPA, ale miała już zabarwienie nacjonalistyczne. Oni nie chcieli się z Polakami zadawać. Z przekomarzaniem z dziadkiem trzeba jednak znać miarę: gdy ktoś się z nim za bardzo nie zgadza, to „taką wymianę myśli gwałtownie przerywa,

nazywając swoich adwersarzy durniami lub jełopami i natychmiast odchodzi” – wspomina Władysław Hermaszewski, nieżyjący już syn Romana i Kamili. – Mile pamiętam z tamtych czasów młodych Ukraińców, którzy w tradycyjnych strojach chodzili na zabawy – dodaje Sabina Czapiga. – Police graniczyły z jednej i z drugiej strony z ich wsiami. W świąteczne dni wędrowali między swoimi wioskami, właśnie przez naszą. Dziadek dawał nam wtedy owoce z sadu, żebyśmy tę młodzież częstowali; mówił, że to nasi bracia, oni dziękowali, uśmiechali się, a nam to sprawiało radość. Pamiętam też, że na zakończenie żniw Ukraińcy szli tyralierą przez pola i cudownie śpiewali, słychać to było z bardzo daleka. Rodzice mówili: „chodźcie, Petrówkę śpiewają”, tak się nazywała ta pieśń. I myśmy nasłuchiwali; to było jak bajka. W ogóle życie tam, na Wołyniu, przed wojną było trochę bajkowe.

Kamila Hermaszewska, matka Mirosława Hermaszewskiego, na spacerze w okolicach Wrocławia Zdjęcia z archiwum rodzinnego Mirosława Hermaszewskiego

W 1934 roku niemiecki cieśla Gottlieb stawia dla rodziny modrzewiowy dom z jadalnią, salonem i czterema pokojami sypialnymi, otoczony dębami, klonami i jesionami, z przyklejonymi do niego ogródkiem warzywnym babci,

pasieką dziadka i sadzawką, w której pływają gęsi. Mieszkają tam Sylwester, Maria, ich syn Roman z żoną Kamilą i siódemką dziećmi. Do Zurna, do majątku hrabiego Małyńskiego, w którym oswojone łabędzie i kaczki pływają po stawie pełnym karpi, a za kierownicą kabrioletu marki Ford dzień w dzień czeka szofer w skórzanych okularach, czapce i wełnianym szalu, jedzie się furmanką niecałe pół godziny, mijając po drodze ukraińskie czworaki we wsi Czerniło. W Zurnem można zobaczyć, jeśli hrabia akurat nie bawi w Paryżu czy Lozannie, wielką atrakcję – samolot, na którego widok co bardziej zabobonni chłopi robią znak krzyża. W ten sposób Małyński podróżuje z tych rubieży Rzeczypospolitej na europejskie salony. Rozbija samolot jeszcze przed rozpoczęciem II wojny światowej, ale sama jego obecność wystarczyła, by młody Władysław Hermaszewski zaraził się miłością do lotnictwa. To on, już po wojnie, jako pierwszy z rodziny zostanie wybitnym pilotem. W 1960 roku, w 550. rocznicę bitwy pod Grunwaldem, poprowadzi szyk „tafla”, złożony z 64 samolotów odrzutowych, co jest wtedy światowym rekordem; dzieci, w tym jego młodsze rodzeństwo, czytają o nim w szkole, a najmłodszy Mirek chłonie te informacje i postanawia, że też kiedyś usiądzie za sterami.

Mirosław Hermaszewski i Piotr Iljicz Klimuk przy symulatorze statku kosmicznego East News

Życie w Policach płynie im pracowicie i spokojnie. Pracują w polu i w gospodarstwie, gdzie pomaga im sporo zatrudnianych na czas żniw i młócki Ukraińców, w tym parobcy Opanas, Adam i najstarszy Ustym. Również dziećmi Romana i Kamili zajmuje się młoda ukraińska

dziewczyna imieniem Hania, która po latach, spotkana w czasie modlitwy za zabitych z Lipnik i Polic, z płaczem będzie mówiła do Władysława Hermaszewskiego: „Władziu, jak nam wtedy było dobrze. Dlaczego musiało się stać tyle zła?”. Jesienią zbierają w sadzie owoce, kopią ziemniaki, sieją oziminy i podziwiają „wspaniałe, żółknące i złocące się liście dębów, klonów, jesionów i brzóz”. Zimy to czas polowań na zające, przepiórki, kuropatwy i cietrzewie – grubszego zwierza na tych terenach ogląda się rzadko. Na Boże Narodzenie stroją młodą sosenkę jabłkami, cukierkami, świeczkami, pajacykami, bombkami, łańcuchami ze słomy i ucztują. Gdy przychodzi Wielkanoc, Hermaszewscy stawiają na stół ubiegłoroczne wino z czerwonej porzeczki i do tego pieczone prosię z jajkiem w pyszczku porcjowane osobiście przez dziadka Sylwestra, a potem bawią się w mocaki – walkę na jajka polegającą na stukaniu się pisankami do momentu, aż którejś pęknie skorupka. Każde dziecko ma do tej walki własną, dobrze obmyśloną strategię. Wiosna na tych żyznych ziemiach nadchodzi z impetem, szczególnie pięknie kwitną zaś azalie, spotykane jedynie w tej części Wołynia, zapewne pamiątka po lodowcu. Władysław Hermaszewski pisze w Echach Wołynia: „Objawiała się nagle, gwałtownym powiewem kontynentalnego ciepła i szybkim topnieniem śniegu. Rowy i strumyki zamieniały się w rwące potoki, a my z ojcem ściągaliśmy w naszym lasku smakowity sok brzozowy”. I dalej: „Wiosną przylatywały ptaki – najwcześniej skowronki, które śpiewając spadały kamieniem do ziemi, a następnie świecą wzbijały się w górę; potem rozklekotane bociany, co roku gnieżdżące się na naszej stodole. Tak szybko, jak topniał śnieg, okrywały się też zielenią łąki, pola i las. Wspaniale rozkwitał nasz sad”.

3 Centrum świata dla mieszkańców Polic to miasteczko Berezne. Tu chłopi z okolicznych wiosek zjeżdżają się – lub przychodzą – do kościoła, na targ, do urzędu, a także w odwiedziny do krewnych i znajomych. „Prowadził tam brukowany częściowo trakt – pisze Władysław Hermaszewski. – Tuż za Zurnem kamiennym mostkiem przechodził on nad tak zwanym rowem spadowym, którym spływała czysta, przezroczysta woda z rozległych łąk i bagien do Słuczy. W tym rowie moczono i myto nogi przed włożeniem obuwia kościelnego, a dzieci i młodzież w upalne dni ochoczo zażywały orzeźwiającej kąpieli (…). Od Zurna aż do Berezna rosły wzdłuż traktu wysokie, strzeliste topole, a obok nich, na drewnianych słupach, rozciągnięta była wieloprzewodowa linia telefoniczna”. W czasie II wojny światowej Niemcy będą na tych słupach wieszać ludzi, którzy im się sprzeciwią. W mieście Berezne chodniki są z desek, a pod nimi gromadzi się dużo błota, które, w miarę jak konstrukcja się nachyla i odchyla, ochlapują przechodniów. Chodzenie po Bereznem wymaga więc niezłych umiejętności ekwilibrystycznych. Spacerując po takich chodnikach, można obserwować, jak „Ukraińcy tkają na domowych krosnach sukno i lniane płótno na odzież, bieliznę i onuce, ubijają walonki z owczej wełny, plotą łapcie z rzemienia na zimę oraz z łozowego i lipowego łyka na lato. Garbują owcze skóry i szyją z nich kożuchy i czapy zimowe oraz wytwarzają drewniane i gliniane przedmioty i sprzęty domowe”. Na targu, zwanym świętem dyszla, „rej wodzili berezeńscy Żydzi skupujący produkty rolne, bydło i wyroby rękodzielnicze, oferując za to różne artykuły przemysłowe (…). Pomimo urzędowego zakazu uprawiano gdzieś w zacisznym i niewidocznym miejscu za budynkami lub w polu tytoń na machorkę oraz pędzono cichcem samogonkę, a zasobność kojarzyła się z ziarnem i mąką w komorze, soloną słoniną w beczce i miękkim spaniem na słomie. Ukraińcy mówili: »sało z chlibom jisty i na sołomi spaty«”.

Ale jedzenie słoniny z chlebem i spanie na słomie było w tym czasie dla wielu wołyńskich chłopów – i polskich, i ukraińskich – marzeniem nieosiągalnym. * Lot Mirosława Hermaszewskiego odtwarzam na podstawie rozmów z nim, a także jego książki Ciężar nieważkości. Opowieść pilota-kosmonauty, wyd. II poprawione, wyd. Universitas, Kraków 2013. Wykaz lektur, z których korzystałem, pisząc poszczególne rozdziały, znajduje się na końcu książki. ** Szczegóły dotyczące życia rodziny Hermaszewskich w Lipnikach podaję za książką Władysława Hermaszewskiego Echa Wołynia, wyd. Bellona, Warszawa 1998. Również inne cytaty w tym rozdziale, jeśli nie podano inaczej, pochodzą z tej książki.

III † Chwała niech będzie Ojcu, i Synowi, i Duchowi Świętemu. – Nazywam się Jan Jelinek i od 1937 roku jestem pastorem w Kupiczowie, czeskiej osadzie na Wołyniu. Urodziłem się w Zelowie niedaleko Łodzi, w rodzinie Czechów, którzy przyjechali na ziemie polskie na początku XIX stulecia. Na pastora uczyłem się w czeskim Ołomuńcu, potem na chwilę zrezygnowałem z posługi i pracowałem w Zelowie w fabryce włókienniczej, ale, koniec końców, doszedłem do wniosku, że jednak to nie moja droga; że Pan Bóg oczekuje ode mnie innej służby. Dowiedziałem się, że Czesi z Kupiczowa szukają pastora, wsiadłem więc do pociągu do Kowla, a z Kowla przywieźli mnie tu końmi, żeby nasi drodzy bracia i siostry mogli mnie sobie obejrzeć.

Pastor Jan Jelinek Zdjęcie z archiwum ceskatelevize.cz

Piękną ziemię wołyńską wcześniej znałem tylko z opowieści. To miejsce o niezwykle bogatej historii, na pograniczu dawnej Rzeczypospolitej, Rusi i Litwy, nazwane tak przed wiekami albo od walecznego plemienia Wołynian, albo od wołów widocznych do dziś na każdym kroku; ziemia, o którą toczono niepoliczone boje, której granice wyznaczają rzeki Bug, Prypeć i Słucz, a którą zamieszkiwali jeszcze niedawno zgodnie Ukraińcy, Żydzi i Polacy wespół z garstką Ormian, Niemców i nas, Czechów. Wiedziałem, że w 1864 roku, jak Polacy przegrali powstanie styczniowe, car chciał ich ukarać, zabrał im dużo ziemi i pozwolił się tu sprowadzić Czechom. Wiedział widocznie, że drugich takich gospodarzy jak my nie znajdzie nigdzie. Bo Czesi, gdziekolwiek się znajdą, pięknie potrafią się zająć ziemią i wszędzie mają najbardziej zadbane obejścia. Policzono w latach trzydziestych, że na Wołyniu mieszka 30 tysięcy

Czechów w 500 miejscowościach. Kolonii niemal wyłącznie czeskich, jak nasza, jest około 50. Jak mnie wieźli furmanką z Kowla, w którymś momencie mówią: „To już Kupiczów”. Patrzę: domki kryte słomą, bez płotu. Chude psy uwiązane do bud. Chałupy się rozsypują. Myślę sobie: „Boże, jak ci Czesi tu ubogo żyją! Aż trudno w to uwierzyć, bo przecież z reguły jesteśmy narodem bardzo gospodarnym”. Westchnąłem głęboko, a wtedy brat Kalivoda, który mnie wiózł, mówi: – Panie pastorze, to jest ukraiński Kupiczów. Do czeskiego dojedziemy dopiero za chwilę. I rzeczywiście, po paruset metrach zaczynają się piękne domy, przed nimi ogrody pełne wszelkich kwiatów: lilii, konwalii, mieczyków, a za nimi pięknie utrzymane owocowe sady, w nich zaś śliwy, jabłonie, grusze, morele, czereśnie i wiśnie. Kalivoda nawet mi nie musiał mówić, że to czeska część wioski. Nasza czeska wysepka w morzu Ukraińców i Polaków. Spojrzałem na nowy kościół stojący zaraz obok głównego placu miasteczka. Na szkołę, Dom Ludowy, wieżę triangulacyjną, z której strażacy wypatrują pożarów. Zakochałem się od pierwszego spojrzenia. Ludzie, choć zmęczeni pracą, pozdrowili mnie radośnie. Przede wszystkim – młodzież. U państwa Molaých, którzy mieszkają blisko kościoła, zrobiliśmy wieczór zapoznawczy. Było bardzo miło, rozmawialiśmy, śpiewaliśmy. To specjalność Kupiczowa: wszyscy mieszkańcy są bardzo muzykalni. Choć nie jesteśmy dużą miejscowością, mamy dwie profesjonalne orkiestry!

Sąsiadki z małej wioski z okolic Kupiczowa. Znają się od dzieciństwa, a ich rodzice przyjaźnili się jeszcze przed wojną. Ojciec Teofanii Sztajnberg (z lewej) był Żydem i gdy Niemcy z ukraińskimi szucmanami mordowali Żydów z okolicznych wiosek, ukrywał się w schronie w lesie. Ojciec Halyny (z prawej) Andrij Zasławski codziennie wystawiał mu przed dom garnek z jedzeniem. Tak ocalił mu życie. Ich córki do dziś są niemal nierozłączne fot. Witold Szabłowski

Aż nagle pojawiły się kieliszki z wódką. To mnie zraziło. Widziałem, że mnie polubili, że dobrze nam się rozmawia, że nie potrzebujemy do tego alkoholu. Ale oni mówią, że taki tu jest zwyczaj. Gość musi wypić. Jeden kieliszek wlewa się chusteczką, kolejny naparstkiem… Takie mają powiedzenia. Kiedy mi wlewali czwarty, powiedziałem wreszcie, że bardzo przepraszam, ale wódki i w ogóle żadnego alkoholu nie lubię. Ich – owszem, i to bardzo. Ale alkoholu – nie. Okazało się, że możemy się pięknie bawić i bez niego.

I tak zostałem. Przez pierwszych kilka miesięcy na obiady chodziłem do ludzi. Siostry bardzo mi dogadzały. U jednej pochwaliłem panierowanego kurczaka z ryżem, powiedziała innym, że mi smakuje, i od tej pory w każdym następnym domu zaczęli mi to przyrządzać. Po kilkunastu dniach zapytałem kolejną gospodynię, czy w Kupiczowie, jak w Chinach, sadzą ryż, bo codziennie go dostaję, a nie widziałem jeszcze ani jednego ziemniaka. I siostry zaraz mi zmieniły menu. Dlaczego mnie tak polubili? Kupiczowianie lubią każdego. Są pracowici, życzliwi i dobrzy dla ludzi. Jak wszyscy Czesi. Polacy to też dobrzy ludzie, niewielu ich jest w Kupiczowie, ale codziennie mamy z nimi do czynienia. Są jednak inni od Czechów. Bywają zarozumiali, dumni i pyszni. Wiele razy widziałem, jak źle traktują inne nacje. Będzie jeszcze okazja o tym opowiedzieć. Żydów lubię i szanuję, ale muszę powiedzieć, że gdziekolwiek się pojawią, robią wokół siebie mnóstwo bałaganu. Nie dbają o swoje domy ani o ubrania, jakby myśleli tylko o życiu, które czeka na nas po śmierci. Ale też żyliśmy w zgodzie, złego słowa nie mogę o nich powiedzieć. Podobnie o Ukraińcach, choć dziwię im się, że tak jak Żydzi na przyszłym życiu, tak oni strasznie są skupieni na swojej niedoli. Ciągle podkreślają, jak bardzo cierpią; nawet ich piosenki, na które mówią dumki, są zawsze smutne. Czesi od świtu do nocy pracują – nikt na Wołyniu nie pracuje tyle co my. A Ukraińcy mają do nas pretensje. Mówią, że Czesi się bogacą, bo ich wyzyskujemy i orzemy ich ziemię – bo Wołyń, mówią, to ich ziemia od wieków; Polacy są okupantami, a my i Żydzi wyzyskiwaczami. Pobrzmiewa mi to trochę komunizmem, którego nie lubię, bo walczy z religią, ale na Wołyniu komuniści mają bardzo dużo popleczników. Weźmy taki przykład. Czesi drewno na zimę przygotowują od początku jesieni. A Ukraińcy – nie. Potem przyjdzie zima, ciśnie taki kawałek olchy,

która wiadomo, że się słabo pali, do pieca. I znowu – Czechom się pali lepiej w piecu, bo Ukraińców wykorzystują. I tak w kółko. Lubię Ukraińców, ale czasami ciężko mi ich zrozumieć. Bardzo chcieliby mieć własne państwo, popieram to, bo Polacy nie traktują ich za dobrze. Ale czasem chyba się Ukraińcy w tych pragnieniach trochę gubią. Przed wojną pół wsi było czeskie, pół ukraińskie. Było też u nas kilkanaście rodzin polskich i osiemdziesiąt żydowskich. Odwiedzaliśmy się w swoich domach, nikt nikomu w drogę nie wchodził. Największy sklep w mieście miał u nas Żyd, pan Bartman. Można było w nim kupić wszystko – od igieł do szycia po ubrania i buty. Był dobrym handlowcem. Któregoś dnia przychodzi do niego polski policjant, prosząc o jakieś ładne pantofelki na francuskim obcasiku. Bartman oczywiście nie ma pojęcia o francuskich obcasikach, ale – jak dobry handlarz – nie traci rezonu, tylko mu pokazuje półkę, na której stoi cały asortyment damskich butów. Dwie pary. Niestety, przy dostawie Żyd czegoś nie dopatrzył i para, którą sprzedał policjantowi, składała się z dwóch butów prawych. Następnego dnia z rana przybiega więc żona policjanta, z bólu czerwona aż za uszami, z reklamacją. Cóż, Bartman jest czarujący, ale tylko do momentu zakupu. Towaru kupionego nie można u niego ani oddać, ani wymienić. Czesi opowiadają czasami tę historię i mówią: „Ten Żyd oszukiwał”. A ja im wtedy odpowiadam: „Nie ma znaczenia, czy ktoś jest Czechem, Żydem, Ukraińcem albo Niemcem. Są ludzie. I to człowiek może ukraść albo oszukać. Albo zabić”.

1 Rozwodów w Kupiczowie nie uznajemy, ale jest u nas pewne małżeństwo,

które się o coś tak pokłóciło, że siedem lat się do siebie nie odzywali. Jak mieli coś zrobić, zdecydować – pisali sobie karteczki, ale słowa do siebie nie wymówili. Aż któregoś dnia on poszedł do stajni, coś spłoszyło konie, wpadły w popłoch i uciekły galopem. I wtedy ona, wystraszona, że go stratowały, krzyknęła: – Na Chrystusa! Nie stało ci się nic?! – A wiesz, że chyba nic – odpowiedział on. I oboje bardzo się ucieszyli, że znów ze sobą rozmawiają. Radość musiała być tak wielka, bo po dziewięciu miesiącach urodził im się potomek.

Dawny zbór ewangelicki, dziś cerkiew prawosławna w Kupiczowie fot. Marcin Jończyk

Wszyscy kupiczowianie są dla mnie jak rodzina. Tak bliscy jak moje własne dzieci, których sam, z woli Bożej, jeszcze nie mam. Bliscy jak moi rodzice, moi dziadkowie i babcie. I to pomimo że niektórzy sprawiali mi ból i odchodzili od prawdy Bożej. Nieważne. Kocham ich wszystkich i czekam, aż się nawrócą.

2

2 Kiedy tu przyjechałem, sytuacja polityczna była bardzo niestabilna. Polacy z pomocą Niemców zaczęli wojować z Czechosłowacją. Zajęli Zaolzie i pomagali Hitlerowi w jego pierwszej wojnie. Jak oni wymyślili, żeby się sprzymierzyć z Niemcami? Tego sobie nie potrafię wytłumaczyć. Przecież Niemcy są wrogami wszystkich Słowian! Zgubiła ich pycha i tęsknota za wielką Polską – od Bałtyku aż po Morze Czarne. Czytałem w jednej czeskiej gazecie, że nawet kolonie im się marzyły. Że mieli specjalną instytucję, która się tym miała zajmować. Możecie sobie wyobrazić? Kolonie! Wtedy niemal z dnia na dzień Polacy zaczęli nas źle traktować. Każdy Czech nagle stał się nieprzyjacielem i nieraz słyszeliśmy od Polaków: „Idźcie sobie, Pepiki, do Pragi”. To było aż nie do uwierzenia, że w ciągu kilku dni może się tak bardzo zmienić nastawienie jednej nacji do drugiej, ale mówię, jak było. Dlaczego, wytłumaczcie mi, ktoś ma iść do Pragi, skoro my tu już mieszkamy od pokoleń? Ludzie z Kupiczowa byli w Pradze raz albo dwa w życiu, ale to były tylko wycieczki. Wszyscy się urodzili tutaj, mężczyźni służyli w polskim wojsku, niektórzy nawet w Legionach pana marszałka Piłsudskiego. Zawsze byli lojalnymi obywatelami, nie robili żadnych burd, oddawali swojej przybranej ojczyźnie wszystko, czego od nich wymagała. Ale Polacy się tym nie przejmowali. Zaczęli nam pisać na murach wulgarne napisy, wybijali szyby w oknach. Cieszyli się, że odkroili sobie kawałek Czech, i pewnie patrzyli na nasz piękny Kupiczów, że może też nam go zabiorą. Wiele razy słyszeliśmy od Polaków, że oni są narodem walecznych bohaterów. A my, Czesi, to naród tchórzy. Po zajęciu Zaolzia zaczęli traktować nas dokładnie tak, jak wcześniej traktowali Ukraińców. Ukraińcy często słabo mówią po polsku, ale w urzędach tego od nich wymagali. Jak ktoś nie mówił, pani urzędniczka udawała, że nie rozumie. Robili tak, pomimo że Polaków na Wołyniu było bardzo mało! Czytałem w gazecie, że tylko 16 procent. A Ukraińców – prawie 70.

Ale znowu wychodziła z Polaków ta ich duma. – Tu jest Polska – mówili. – Trzeba się uczyć polskiego. I zdarzało się, że stara babuleńka albo dziadziuś, którzy większość życia przeżyli za cara, więc się polskiego nie mieli gdzie nauczyć, w urzędzie nic nie załatwili. Nieprzyjemni byli też osadnicy, którzy dostali tu ziemię za różne zasługi dla państwa, najczęściej żołnierze. Wynosili się, wywyższali, a Ukraińców lubili poniżać. Mówili mi starsi ludzie, że kiedyś, w XIX wieku, polscy panowie ukraińskim chłopom obcinali za różne przewinienia uszy. Starsi ludzie z Kupiczowa jeszcze takie rzeczy widywali. Teraz się to już nie zdarza, ale sam widziałem, jak polski policjant uderzył Ukraińca otwartą dłonią w twarz. Nawet nie wiem za co. A potem się Polacy dziwili, że Ukraińcy nie chcą walczyć o Polskę, tylko szukają, z kim można się dogadać, żeby im dał wolną Ukrainę. Cóż, jeśli mamy szukać przyczyn takiego zachowania, to ja bym je widział właśnie tam. Ale nie trzeba było długo czekać, żeby się ta pycha na Polakach zemściła. 1 września 1939 roku Niemcy napadli na Polskę. Mroczna noc zapadła nad całą Europą. Szalony malarz pokojowy wywołał wielką wojnę. Nikt nie życzył Polakom źle, ale wielu Czechów mówiło wtedy między sobą: „Mają Polacy to, o co sami prosili”. Powiem coś całkiem szczerze… Mieszkałem w Polsce, jadłem chleb z polskiej ziemi, ale uważałem, że Polacy mają, na co sobie zapracowali. Jest napisane w Biblii: odpłatą za grzech jest śmierć.

3 Polskie dowództwo myślało, że na Kresach będzie mogło dać odpór armii Hitlera. Że Ukraińcy staną z nimi ramię w ramię i będą walczyć o Rzeczpospolitą. Na początku Ukraińcy rzeczywiście poszli do armii z Polakami. I z

Czechami, bo choć źle nas traktowali po zajęciu Zaolzia, nasi ludzie czuli się zawsze lojalni. Z samego tylko Kupiczowa dwunastu mężczyzn poszło do polskiego wojska. Ale 17 września 1939 roku, gdy granicę z Polską przekroczyła Armia Czerwona, Polacy, którzy wcześniej pysznili się, że nigdy, jak te głupie Pepiki, nie dadzą się Niemcom, nagle stracili wszystko. Smutno było patrzeć, jak Ukraińcy rozbrajają polskich żołnierzy. W wiosce niedaleko Kupiczowa zabrali im mundury i broń i puścili w samych majtkach. Gdzie indziej – pozabijali. Sam widziałem, jak zabili polskiego majora, a jego 3-letnia córka przytulała się do ciała, ocierała krew z jego twarzy i wołała, żeby się obudził. Do Kupiczowa Armia Czerwona przyszła 25 września. Ukraińcy witali ich kwiatami, bo po pierwsze, wielu już od dawna podobał się komunizm, a po drugie, uważali, że wszystko będzie lepsze niż ciągłe poniżenia ze strony Polaków. Ale Czesi od początku wiedzieli, że Sowieci nic dobrego nam nie przyniosą. Czekaliśmy na nich ze strachem. Patrząc wtedy na zabiedzonych krasnoarmijców, ich chude konie i kolaski, mogliśmy się tylko domyślać, jaka bieda musi panować w Sojuzie. Rozłożyli się obozem w dolinie i ja, choć trochę się bałem, poszedłem z nimi porozmawiać. Byli tak samo zmęczeni tym początkiem wojny jak i my. Popatrzyli sobie na Kupiczów i poszli dalej, a dwa miesiące po nich przyszli urzędnicy. Ci zachowywali się dużo gorzej, choć Ukraińcy i Żydzi szybko zaczęli się z nimi dogadywać. Nie piszę tego jako wróg tych nacji, przeciwnie, tak po prostu było. Jedni i drudzy myśleli, że w Związku Radzieckim będzie im lepiej niż w Polsce, która nie traktowała dobrze nikogo, poza samymi Polakami. Ukraińcy mieli nawet przysłowie: „Chotiaby hirsze, aby hinsze”. Czyli: „Niech będzie i gorzej, byle było inaczej”. Sowieci bardzo dobrze się w tym orientowali. Mówili Ukraińcom, że uwalniają ich z polskiego, pańskiego jarzma. Ich minister Mołotow miał

w radiu wystąpienie po ukraińsku, którego oni ze łzami w oczach słuchali. A nasi ludzie? Cóż. Nasi ludzie byli pracowici, mieli piękne gospodarstwa, więc Sowieci uznali wszystkich Czechów za kułaków – wystarczyło mieć dwie krowy, i już się było panem i wyzyskiwaczem. Zaczęły się dla nas trudne czasy. Masz więcej? To płać większy podatek. Nie chcesz płacić? To wyślemy cię na Syberię, żebyś sobie pooglądał niedźwiedzie. Niedługo po przyjściu sowieckich urzędników wróciło naszych dwunastu Czechów, którzy walczyli w polskiej armii. Jeden z nich był wielkim komunistą, bardzo chciał jechać do Związku Radzieckiego. Myślał, że wystarczy pójść i się zgłosić, a tymczasem nie było to wcale łatwe – to oni decydowali, kto może jechać, a kto nie. I jechało się za karę, a nie dlatego że ktoś chce. Marzenie tego chłopaka się spełniło, trafił na Syberię, choć nie jako komunista, ale dlatego że jego rodzice mieli dwie krowy za dużo. Pisał potem do matki: chodzę tak głodny, że mogłabyś robić pranie na moich żebrach zamiast na tarze. Bardzo szybko się z komunizmu wyleczył. Bolszewicy przykładali wielką wagę do edukacji. Przysłali nam do Kupiczowa swoich nauczycieli. Młody chłopiec o nazwisku Urban opowiadał, jak wkładali im do głowy, że Związek Radziecki uwolnił Ukrainę Zachodnią. Uczniowie mu odpowiedzieli, że owszem, uwolniliście nas od cukru, mięsa, mydła, ubrań i butów. I taka była prawda. Jedyne, co było za Sowietów, to wódka. Cud, że ten nauczyciel nie mścił się na dzieciach za te żarty. Również do mnie któregoś wieczora przyszli w odwiedziny dwaj nauczyciele. Zapytali, jakie są moje poglądy na temat Związku Radzieckiego i jego polityki. Zapewnili, że mogę z nimi rozmawiać otwarcie, że nic mi się nie stanie, wolałem jednak zachować ostrożność. Zapytałem więc: – Ja niewiele wiem. Sami mi powiedzcie, co myślicie. Jaka u was sytuacja? – U nas wszystko jest – odpowiedzieli zgodnie. Widać, że to był pierwszy

zarzut, z jakim się spotykali. Że tam nic nie ma. I że to była ich pierwsza odpowiedź na każde pytanie. Pytam więc: – Wszystko? Nawet cytryny? Pomarańcze? Naradzili się chwilę między sobą i jeden burknął: – Jak traktor dobrze pracuje, to wszystko można wyhodować. Ciężko się nam żyło za Sowietów. Musieliśmy kopać rowy przeciw czołgom, pracować przy budowie lotniska dla wojska. Wszyscy mężczyźni wracali wieczorami bardzo zmęczeni, bo przecież każdy musiał też normalnie pracować w swoim gospodarstwie. Mnie zabrali do wycinania lasu. Praca była ciężka i za darmo, jak za feudalizmu. Urzędnik, który rządził naszym miasteczkiem, nazywał się Niczyporenko. Był to typowy politruk, niezbyt inteligentny. Bardzo nas wszystkich bawiło, jak wycierał nos rękawem. Całą zimę przechodził w letnich tenisówkach, bo nie miał pieniędzy na buty. Nasi gospodarze byli dość majętni, więc jaki on mógł wzbudzać respekt? Niczyporenko organizował mityngi, na które przychodziło na początku bardzo dużo Ukraińców. Nosili po wsi portrety założycieli komunizmu i krzyczeli: „Haj żywe batko Stalin!” – „Niech żyje ojciec Stalin”. Potem jednak coraz mniej ich przychodziło na te zebrania. I mniej. I jeszcze mniej. Aż pierwszego maja 1941 roku, w najważniejsze dla komunistów święto, nie przyszedł żaden. Oni już widzieli, że Sowieci chcą ich tylko wykorzystać; że wcale nie chodzi im o niepodległą Ukrainę. Potajemnie wieszali już swoje niebiesko-żółte flagi. My, Czesi, poszliśmy na to zebranie. Polacy pewnie znów by powiedzieli, że Pepiki to tchórze, ale woleliśmy iść, niż jechać na Syberię. A Polacy mają taki charakter, że wolą jechać na Syberię, niż coś zrobić przeciwko honorowi. Cóż, każdy inaczej rozumie słowo „honor”. Słyszałem, że najwięcej o honorze lubił opowiadać polski marszałek Rydz-Śmigły. Ten sam, który

jako jeden z pierwszych we wrześniu 1939 roku uciekł z Warszawy do Rumunii. W czerwcu 1941 roku najpierw usłyszeliśmy samoloty, a potem z radia dowiedzieliśmy się, co znaczy warkot ich silników. Okazało się, że sojusz niemiecko-radziecki jednak nie jest wieczny. Hitler napadł na ZSRR. Szybko w Kupiczowie pojawili się Niemcy, a Ukraińcy, którzy już zdążyli się zrazić do Sowietów, znów stali z kwiatami i tym razem krzyczeli „Haj żywe batko Hitler!”. Znów chcę podkreślić: nie winię ich za to. Rozumiem, że Polacy mogli im się dać we znaki, a Sowieci próbowali ich oszukać. Ale bardzo szybko okazało się, że również Hitler nic Ukraińcom dobrego dawać nie zamierza.

4 Wkrótce potem jak Niemcy napadli na Związek Radziecki, przyszedł do mnie potajemnie zaprzyjaźniony Żyd Joszke. Przyszedł w nocy, kiedy wszyscy już spali, zapukał w okno i cztery razy się obejrzał, zanim wszedł. Przyniósł złotą monetę i prosił, żebym mu ją przechował. Mówił, że ukraińscy policjanci z Żydami robią, co chcą. W każdej chwili mogą wejść, zabrać wszystko z domu, a nawet zabić. To była prawda. Niemcy nie traktowali Żydów jak ludzi. Można było zabić Żyda i nikt nawet się słowem za nim nie ujął. Wielu, jeśli tylko mieli coś cennego, przynosiło to do naszych czeskich gospodarzy albo do nas na plebanię, żeby im zabezpieczyć, Joszke nie był pierwszy. Wtedy jeszcze nie było wiadomo, że wszyscy Żydzi zostaną zabici, więc braliśmy od nich różne przedmioty na przechowanie, żeby im kiedyś oddać. Żydzi przeczuwali, co ich czeka. Nasz kupiczowski weterynarz i jego żona pojechali nad jezioro w miejscowości Jezierzany i tam oboje popełnili samobójstwo. Aptekarz Kagan, który miał rodzinę w Ameryce, próbował

uciekać, gdy tylko weszli Niemcy. Nie wiem, czy mu się udało. Któregoś dnia idę sobie dawną ulicą Warszawską, główną w Kupiczowie, patrzę, a z naprzeciwka idzie ukraiński policjant. Zobaczył mnie, podszedł i pokazuje nóż cały we krwi. I mówi: – Właśnie zabiłem czternastu Żydów. Jeszcze pulsował cały tym zabijaniem. Bałem się wtedy jak nigdy w życiu. Co to dla niego było machnąć nożem raz jeszcze i zabić też mnie? Niemcy zaczęli wywozić niektórych Żydów do getta w Kowlu, otwartego w maju 1942 roku. Ludzie z jednej strony się bali – słychać było, że w Kowlu Niemcy strzelają do Żydów, że od kiedy weszli na Wołyń, co chwila ktoś ginie. Z drugiej strony – w Kowlu były dwa getta. Jedno na Starym Mieście, dla tak zwanych bezużytecznych. I drugie, na Nowym Mieście, dla rzemieślników i ludzi, z których Niemcy mogli mieć jakiś pożytek. I od nas brali głównie do tego drugiego, więc ludzie mówili sobie, że skoro kogoś potrzebują, to przecież go nie zabiją. Może było to getto dla użytecznych, ale warunki panowały tam straszne. Ludzie nie mieli jedzenia, mieszkali w strasznym ścisku. Pisali do mnie listy, żebym spróbował jakoś im pomóc. Joszke też napisał – czy nie dam rady dostarczyć jakiegoś jedzenia: chociaż ziemniaków albo mąki. Zaniosłem więc tę jego monetę do jednego pana, który ją ode mnie kupił. Za te pieniądze kupiłem ziemniaki, mąkę, słoninę, masło i zawiozłem do miasta. Przy wjeździe do Kowla zatrzymała mnie niemiecka straż. Pytają, co wiozę. Więc mówię, że kontyngent – Niemcy strasznie łupią ten nasz Wołyń; co chwila nam podwyższają kontyngenty, więc było to bardzo wiarygodne. Strażnik mnie puścił, a ja to wszystko zawiozłem do getta. Żydzi mieli wielką radość, myślałem, że mnie tam zjedzą z miłości razem z tymi kartoflami. Jeździłem tak jeszcze kilka razy. Niestety, nic więcej nie mogliśmy dla nich zrobić. Aż w sierpniu 1942 roku przyjechało dwóch Niemców i polecili ukraińskim policjantom, tak zwanym szucmanom, żeby spędzili wszystkich Żydów na główny plac miejski. Stamtąd pognali ich w kierunku Jezierzan, na

piaski przy drodze do wsi Suszybaba. Tam wszystkich rozstrzelali. Potem dowiedziałem się, że także ci z getta z Kowla zostali zabici. Rozstrzelali ich we wsi Bachowo pod Kowlem. Joszke już się nigdy nie odezwał. Później jeszcze przez wiele dni widywano Żydów, uciekinierów z Kowla, w naszych lasach. Byli ludzie, którzy wozili im jedzenie, przechowywano ich też w domach albo stodołach. Podobnie po likwidacji getta w Jezierzanach, tuż obok nas. Niestety, było to bardzo ryzykowne. Szucmani szukali tych zbiegłych Żydów. Za ukrywanie można było zapłacić życiem. Dziś ludzie boją się jeździć drogą na Jezierzany. Mówią, że przy suszybabskich piaskach konie ponoszą. A gdy pada deszcz, spod ziemi wypływa brunatna, pieniąca się ciecz.

5 Gdy likwidowano getto w Kowlu, u nas na plebanii mieszkali Żyd Fonko i jego żona. Znałem ich jeszcze sprzed wojny. Próbowałem załatwić mu przez znajomości w urzędzie papiery, że jest Polakiem albo Ukraińcem, ale znajomy mi powiedział, że trzeba było o tym myśleć wcześniej. Że teraz Niemcy pilnują i już się nie da. Mieszkali u nas kilka tygodni, aż Fonko stwierdził, że tak dłużej nie mogą i że spróbują się dostać do jakichś znajomych po drugiej stronie rzeki Stochód. Zawiozłem go więc nad rzekę, przeprawili się z żoną, pożegnaliśmy się i życzyłem im dużo szczęścia. Co się z nimi później stało – nie wiem, choć niestety jestem pełny najgorszych przeczuć.

Dowiedział się skądś o tym niemiecki porucznik z pobliskiego garnizonu, z którym staraliśmy się żyć w przyjaźni. Przyjechał do mnie pewnego dnia z krzykiem: – Pan pomagał Żydowi! Pan zostanie rozstrzelany! Nie straciłem zimnej krwi. Wpuściłem go do domu i powiedziałem mu, że nie Żydowi, lecz człowiekowi pomagałem. Jako pastor, jak widzę człowieka w potrzebie, nie pytam o jego nację. Tak rozmawialiśmy, on mówi: – Żydowi pan pomagał. Ja na to: – Człowiekowi. Aż porucznik machnął ręką i powiedział mi tak: – Pan jest księdzem, więc myśli pan trochę inaczej. Ma pan szczęście, że trafił na wierzącego Niemca. Inny by panu obciął głowę.

IV 1 Okupacja daje się we znaki również Polakom i Ukraińcom z okolic Bereznego. W Zurnem, w dawnym majątku hrabiego Małyńskiego, który umarł rok przed wybuchem wojny, Sowieci robią kołchoz. Bardziej majętnych gospodarzy rozkułaczają, czyli zabierają im ziemię i wysyłają ich na Syberię. Hermaszewskim rekwirują jedynie dwa najlepsze ogiery ze stada, które było oczkiem w głowie Romana i miało się stać zalążkiem poważnej hodowli pełnokrwistych koni, nakładają też wysoką kontrybucję w zbożu i mięsie. Ziemi nie zabierają, bo Roman, dzięki znajomym urzędnikom, zdążył ją podzielić między rodziców i rodzeństwo. Ale i tak rodzina się boi, że w każdej chwili może trafić do transportu na wschód ZSRR. Nikt ich jednak nie wywozi. W 1941 roku Niemcy atakują Związek Radziecki i wraz z uciekającymi radzieckimi urzędnikami i enkawudzistami znika również zagrożenie wywózką. Ale to wcale nie znaczy, że jest lepiej. Jedna z pierwszych decyzji nowych władz to zamknięcie wszystkich Żydów z Berezna w getcie, które składa się z trzech budynków otoczonych płotem. Przez rok są wykorzystywani do pracy, głównie przy wyrębie okolicznych lasów. Aż w sierpniu 1942 roku niemieccy policjanci z pomocą ukraińskich szucmanów – członków Schutzmannschaft, pomocniczej policji – rozstrzeliwują 3680 mieszkańców getta w lesie pod miasteczkiem. Tak skończył się świat berezeńskich chałek, czulentów, długich bród i opowieści

o cadykach. Również atmosfera między Polakami a Ukraińcami gęstnieje. Ukraińcy, którzy najpierw tworzyli administrację sowiecką, po napaści Niemców na ZSRR przechodzą do administracji niemieckiej. Wszystko to robią z nadzieją, że Hitler doceni ich pomoc i da im upragnioną wolność. Wolność, o której już od lat śpiewają w swoich dumkach i opowiadają w swojej poezji i za którą od lat tęsknią. W tym czasie zdarzają się zabójstwa Polaków. A to zginie przedwojenny nauczyciel. A to gajowy. Ale są to pojedyncze epizody, które zawsze daje się wytłumaczyć jakimiś zatargami jeszcze sprzed wojny. Nikt nie podejrzewa, że to dopiero początek. Że sytuacja przypomina owego trzmiela z wiersza Józefa Łobodowskiego, który usnął na dłoni. Jeszcze śpi, ale strach pomyśleć, co będzie, gdy się obudzi. Ukraińcy, im dłużej trwa wojna, tym dobitniej widzą, że Hitler nie zamierza wcale dawać im własnego kraju. Że chce tylko wykorzystać Ukrainę, jej bogate ziemie i zapał jej młodzieży do walki o własne państwo. W tym samym mniej więcej czasie załamuje się natarcie Wehrmachtu na Związek Radziecki i im większe sukcesy odnosi na froncie Armia Czerwona, tym częściej ukraińscy szucmani myślą o opuszczeniu niemieckiej służby. I o partyzantce, która da im to, czego nie chciał dać Hitler. Niepodległość.

2 Wiosną 1943 do Polic pierwsze przylatują, jak zawsze, skowronki, a rowy i strumyki zamieniają się, jak zawsze, w rwące z szumem potoki. Ale ta wiosna, wiosna roku 1943, będzie inna niż wszystkie dotąd. Zaczyna się od tego, że do Hermaszewskich przestaje zaglądać przyjaciel dziadka Taras Nowaczok.

– Czuć było, że coś wisi w powietrzu – mówi Sabina Czapiga. – Skoro już nawet Taras, który był u nas na prawach członka rodziny, nie przychodzi, musi się stać coś złego. Trzmiel śpiący na dłoni powoli otwiera oczy.

V Zimowym rankiem do otoczonej lasem kolonii Parośla, położonej niedaleko dwóch kurhanów kryjących szczątki ofiar najazdu tatarskiego sprzed kilku wieków i grypy hiszpanki, osady, w której z nieco ponad dwudziestu kominów lecą w niebo sine smużki dymu, po skrzącym się śniegu zajeżdża saniami grupa zbrojnych. Zziębnięci i zmęczeni, od razu rozchodzą się po domach. Do rodziny Kołodyńskich wchodzi młody mężczyzna w marynarce, koszuli w grochy i czarnym krawacie. Przedstawia się jako dowódca sowieckiego oddziału partyzanckiego. Domownicy jednak poznają po akcencie, że Rosjaninem nie jest. Podobnie jego towarzysze, którzy wchodzą zaraz za nim. Jest 9 lutego 1943 roku. Kolonia Parośla za kilka godzin przestanie istnieć. Partyzanci każą sobie gotować jedzenie, więc gospodyni Marianna Kołodyńska staje przy kuchni i bierze się do obierania ziemniaków, warzenia rosołu i pieczenia chleba. Część mężczyzn kładzie się pokotem na podłodze i od razu zasypia. Dowódca wyjaśnia, że w nocy napadli na Niemców z posterunku w miasteczku Włodzimierzec. Ostrzelali ich, wzięli też do niewoli kilku służących Niemcom Kozaków. Ubrani w szarozielone szynele i stożkowe czapki Kozacy są z nimi. Giną pierwsi. Partyzanci mordują ich w jednej z izb. Potem wiążą Kołodyńskich sznurem i drutem, mówiąc, że to ich ustrzeże przed zemstą Niemców za pomaganie partyzantom. Kłamią. Kołodyńscy giną chwilę później od ciosów siekierami.

Z wieloosobowej rodziny przeżyje tylko 12-letni Witold i jego 9-letnia siostra Lila. Oboje są ciężko ranni, ale ciosy, które otrzymali, nie były śmiertelne. Dzieci myślą, że tylko one straciły bliskich; że partyzanci zabili ich rodzinę, bo ojciec przechowywał broń. Ale kiedy wychodzą z domu, okazuje się, że zabici zostali wszyscy w kolonii. 155 osób. Może więcej*. Mord w Parośli to początek rzezi wołyńskiej i pierwsza duża akcja banderowców – bo to oni udawali sowiecką partyzantkę – przeciw Polakom. Dowodzący nią Hryhorij Perehijniak, pseudonim „Dowbeszka-Korobka”, ten sam, który w marynarce, koszuli w grochy i czarnym krawacie był tego ranka w domu Kołodyńskich, wymieniany jest przez ukraińskich historyków jako twórca pierwszej sotni, czyli pierwszej kompanii UPA**. Od akcji w Parośli Ukraińska Powstańcza Armia, zbrojne oddziały Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, rozpoczyna czystkę etniczną na Polakach. Wiele lat później polski Sejm nazwie ją czystką o znamionach ludobójstwa, a polscy historycy będą o niej mówić wprost jako o ludobójstwie. Nacjonaliści chcą uwolnić od Polaków Wołyń, a z czasem również Galicję, by nikt nie miał wątpliwości, że ziemie te po wojnie powinny przypaść niepodległej Ukrainie. Po I wojnie światowej tereny, z których miała powstać Ukraina, podzieliły między siebie Polska i Związek Radziecki. Stosunkowo nieduża grupa żyjących tu Polaków wystarczyła władzom z Warszawy jako pretekst, by nie czekając na plebiscyt, przyłączyć Ukrainę Zachodnią do Rzeczypospolitej. OUN, Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, którą kieruje Stepan Bandera, nie chce, by taka sytuacja powtórzyła się po II wojnie światowej. Tym razem to oni mają działać metodą faktów dokonanych. Za formowanie oddziałów UPA na Wołyniu odpowiadają Dmytro Klaczkiwski, pseudonim „Kłym Sawur”, szef OUN na Wołyń i Polesie, oraz

Wasyl Iwachiw. Ale kiedy jedni sąsiedzi zabijają, drudzy rzucają się, by ratować. Bywa, że Ukraińcy ostrzegają swoich sąsiadów Polaków – a samo to jest bohaterstwem. Za zdradzenie planów UPA partyzanci karzą śmiercią. W czasie rzezi wołyńskiej zdarza się, że Ukraińcy przechowują Polaków w swoich domach, schronach, chlewach, stodołach, lasach, skrytkach, obórkach, pomieszczeniach gospodarczych zwanych kluniami i innych zakamarkach. Czasem zaledwie przez kilka chwil, choć są to zazwyczaj chwile decydujące o życiu lub śmierci. Czasem – kilka miesięcy. Ale bywa, że Polak zostaje dużo dłużej, jak choćby Antoni Boguszewski, sierota, którego w czasie rzezi przygarnia ukraińska rodzina ze wsi Błażowe. Boguszewski zamieszkał z nią na stałe, a po wojnie wziął za żonę córkę Ukraińców, którzy go przygarnęli, Hałynę***. Do dziś żyją razem na północy Wołynia. Bywa, że Ukraińcy wożą swoim kryjącym się w lasach sąsiadom jedzenie – kartofle, chleb, mleko, słoninę. Czasami pomoc odbywa się wewnątrz rodzin – mąż ratuje polską żonę. Matka dziecko, które ma jednego rodzica Polaka – bo takie dzieci UPA każe zabijać. Czasami sami banderowcy postanawiają kogoś oszczędzić. Bo sąsiad. Bo znajomy. Bo dziecko. Bo kobieta. Bo coś ich poruszy. Weźmy choćby Parośl – podobno razem z nią miała zostać wybita ludność pobliskiej wioski Wydymer. „Dowbeszka-Korobka” posiadał za mało ludzi, by zaatakować obie wsie, umówił się więc z sotnikiem Mizowcem z kolonii Kopaczówka, że uderzą razem. Ale Mizowiec nie chciał zabijać Polaków. Nie stawił się na umówione miejsce. W dodatku ludzie mówili po wioskach, że miał już wcześniej zabić katolickiego księdza z Włodzimierca Dominika Wawrzynowicza, ale puścił go wolno.

„Dowbeszka-Korobka” nie wybaczył niesubordynacji. Mizowiec jeszcze tego samego dnia został zabity. Jego odciętą głowę położono twarzą w kierunku Wydymeru, aby „skoro nie chciał zabijać Polaków, mógł sobie popatrzeć, jak żyją”****. Ratują nie tylko Ukraińcy, ale i Czesi, których na Wołyniu było niewielu, a którym życie zawdzięcza kilka tysięcy Polaków. A wcześniej, w 1942 roku, dobrzy Ukraińcy, wespół z Polakami i tymiż Czechami, próbowali ocalić swoich wołyńskich sąsiadów – Żydów. W samej Parośli – tam, gdzie zaczęła się rzeź wołyńska – uratowała się, według polskich źródeł, sześcioosobowa rodzina Dawida Balzera, ukrywana od roku w schronie przez gospodarza Klemensa Horoszkiewicza. * Więcej o mordzie w Parośli w relacji Witolda Kołodyńskiego w: Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko, Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939–1945, wyd. von Borowiecky, Warszawa 2008. ** Por: Grzegorz Motyka, Ukraińska partyzantka 1942–1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, wyd. Rytm, Warszawa 2006. *** Więcej o historii Antoniego Boguszewskiego w książce: Pojednanie przez trudną pamięć. Wołyń 1943 pod redakcją Aleksandry Zińczuk, wyd. Stowarzyszenie „Panorama Kultur”, Lublin 2012. **** Więcej na ten temat: Joanna Wieliczka-Szarkowa, Wołyń we krwi 1943, wyd. AA, Kraków 2013.

VI 1 Taras pojawia się u Hermaszewskich jeszcze raz, niespodziewanie, zanim na dobre stajały śniegi. Sabina Czapiga, choć była wtedy małą dziewczynką, dobrze pamięta jego wizytę. – Przyszedł już po zapadnięciu zmroku. Był skulony, jakby przestraszony. Zamknęli się z moim ojcem na kilka minut w izbie. To była bardzo krótka rozmowa. Tata wyszedł z niej blady. Co dokładnie powiedział Nowaczok, nie wiadomo. – Musiał ostrzec ojca, że coś nam grozi – mówi córka Hermaszewskich. – Ojciec nie powiedział, w czym rzecz, ale następnego dnia spakowaliśmy się i opuściliśmy dom. Przenieśliśmy się wszyscy do sąsiednich Lipnik, do zaprzyjaźnionych z naszą rodziną państwa Warumzerów. Już niedługo ogród Warumzerów stanie się miejscem masowego grobu. Ale tego jeszcze nie wiedzą. Jeszcze wszystko jest możliwe. Jeszcze krew krąży w żyłach, sady puszczają pąki, a ludzie żyją nadzieją, że banderowcy nie zaatakują tak znacznego skupiska ludzi. Lipniki to duża wioska, która jako jedna z pierwszych na Wołyniu już od końca 1942 roku ma swoją samoobronę, współtworzył ją Roman Hermaszewski. Wydaje się, że tam będzie bezpiecznie. Oprócz Hermaszewskich ściągają do Lipnik Polacy z innych wiosek i kolonii z nadzieją, że w kupie łatwiej się obronią; łącznie w połowie marca 1943 roku jest tam już około tysiąca osób, ponad dwa razy więcej niż w czasie pokoju, w tym co najmniej kilkunastu Żydów z Berezna, których mieszkańcy wsi z narażeniem życia od ponad roku ukrywają w swoich zagrodach.

Niedługo przed przyjazdem Hermaszewskich mężczyźni z Lipnik łapią nocą we wsi uzbrojonego Ukraińca, byłego szucmana z wioski Zamotyszcze, Ołeksandra Małyszkę. Lipniczanie wydają Małyszkę Niemcom, a ci kilka dni później wieszają go na jednym ze słupów telefonicznych obok rynku w Bereznem. „To był błąd – pisze Władysław Hermaszewski. – Nic nam to nie dało, a sprowadziło zemstę. Od tamtego dnia każdego wieczoru spodziewaliśmy się ataku”. Lipniki zostają całkiem odcięte od świata. Władysław Hermaszewski: „Każde oddalenie się od wsi kończyło się śmiercią. Żyliśmy z dnia na dzień, a zapasy żywności się kończyły”. W ostatnich dniach marca, gdy kładą się spać, codziennie mają przygotowane tobołki. Roman tłumaczy dzieciom, co robić, by w razie ataku miały szansę przetrwać. – Ojciec i Władek mieli broń, więc w razie czego mieli iść i bronić wioski. My mieliśmy uciekać. Starsze dzieci miały się zająć młodszymi, ja Anią, i razem biec jak najszybciej w stronę Zurna – mówi Sabina Czapiga. Śpią w ubraniach. W nocy czekają na najgorsze. Każdy poranek jest jak zbawienie. Sabina Czapiga: – Nastroje były straszne. A któregoś dnia przyszła wiadomość, która dodatkowo nas przybiła. Ktoś zabił Tarasa. To było wkrótce po jego wizycie u nas w domu. Znaleziono go zastrzelonego w lasku, niedaleko Polic, w takim miejscu, gdzie on nigdy nie chodził. Ktoś chciał nas zaatakować i wizyta Nowaczoka pokrzyżowała mu plany. Było jasne, że Taras zginął, bo nas ostrzegł.

VII † – Bracia i siostry, prawosławne święto kreszczenia, zwane też świętem Jordan, było u nas w Roku Pańskim 1943 bardzo dziwne. Niby znów, jak co roku, prawosławni Ukraińcy i Czesi wzięli siekiery i poszli nad rzekę, za młyn pana Heřka, znów wyrąbali tymi siekierami przerębel w kształcie krzyża Pańskiego, okrasili go wywarem z buraka, żeby jego kolor przypominał ich wiernym o Krwi Chrystusa, w samo święto poszła tam procesja od cerkwi, a po modłach prawosławni chłopcy urządzili sobie zawody, kto dłużej wytrzyma w lodowatej wodzie. Niby, jak co roku, starsi ponarzekali, że najpiękniejsze kreszczenie było za cara („za caryzma” – jak mówią Ukraińcy). I że za cara zboże rosło wyższe, słońce świeciło jaśniej i wszyscy mieli więcej pieniędzy, niby kilka dni wcześniej część Ukraińców przyszła do czeskich chat i rozsypała ziarno na podłodze, mówiąc: „Posivaju, posivaju, z Nowom Rokom pozdrowlaju” (wierzymy, że komu nie posypią, nie będzie miał dobrych plonów). Niby więc wszystko wygląda podobnie, jak wyglądało kiedyś. Ale wszyscy wiemy, że pewne rzeczy takie same nie będą już nigdy. Po pierwsze, mamy rok 1943. Osiemdziesiąt domów po kupiczowskich Żydach stoi pustych. Nie ma mojego przyjaciela Fonka, garbarza Szmula, aptekarza Kagana; nie ma Bartmana, znanego na całą okolicę właściciela

sklepu, ani innych. Po drugie, wojna weszła jak cierń w serca ludzkie i zostawia w nich coraz głębszą ranę. Boję się myśleć, jacy wyjdziemy z tej wojny.

1 Kilka tygodni po kreszczeniu dowiedziałem się, że ukraińscy policjanci, tak zwani szucmani, rzucili służbę dla Niemców i poszli do lasu. Będą robić partyzantkę. Nie wiem, co to może znaczyć dla nas, ale raczej nie spodziewam się niczego dobrego. To ci sami policjanci, którzy wcześniej zabijali Żydów. Ludzie mówią na nich banderowcy, od ich przywódcy Stepana Bandery, albo bulbowcy, od innego przywódcy, który się nazywa Taras Bulba. Podobno ci policjanci mówią, że teraz, jak skończyli z Żydami, mają się wziąć za Polaków. Ukraińcy od początku wojny powtarzają, że Ukraina będzie oczyszczona od wszystkich innych nacji. Że będzie jak łza. Banderowcy chcieli u nas, w Kupiczowie, zrobić sobie główną bazę w okolicy. Pytali o nasze zdanie w tej sprawie, radziliśmy więc z gospodarzami, co im odpowiedzieć. I wszyscy uznaliśmy, że jak kiedyś skończą wojować z Polakami, to my będziemy następni. „Czysta jak łza” nie znaczy bez Polaków, ale za to z Czechami. Czysta to czysta. Powiedzieliśmy więc „nie”. Człowiek, który z nami rozmawiał, powiedział tylko: „Żebyście, Czesi, nie żałowali”. I poszedł. Baliśmy się, że będą się mścić za tę naszą odmowę. Ale nie. Tydzień, drugi, trzeci był spokój. Słyszeliśmy, że w innych powiatach te oddziały wyszły z lasów i zaczęły napadać na polskie wioski. U nas na razie jest cicho.

Jedyne, co nas niepokoi, to fakt, że ze wsi ubywa nam Ukraińców. Niepostrzeżenie, jeden po drugim, zostawiają swoje domy i pola i wyprowadzają się do wiosek, w których nie ma ani Czechów, ani Polaków. Jakby wiedzieli, że coś złego ma się u nas, w Kupiczowie, wydarzyć. I jakby woleli tego nie oglądać.

2 Pamiętam, jak któregoś dnia, jeszcze przed wojną, urodziło się małe cielątko. Wymiotowało bardzo, a ponieważ nie było u nas weterynarza, chcieli je zabić, bo myślano, że musi być na coś ciężko chore. Ale ja się uparłem, że będę je chronić. Powiedziałem: „Nie zabijajcie. Dajcie mi je”. I dali mi to cielątko. Wyrosła z niego piękna krówka, która dawała dużo mleka i której widok mnie i moją żonę Annę zawsze bardzo radował. Wtedy pomyślałem sobie, jak bardzo cenne w oczach Pana jest każde życie. Każde, bo to On je stworzył. I tak staram się żyć. Jak mówi jedna z pieśni ze Śpiewnika czystego życia: Tylko więcej miłości, Panie Boże, Chcę tylko bardziej kochać Cię, daj mi, miły Jezu, Więcej miłości na każdy dzień. Ja też modlę się codziennie, bym w tych trudnych czasach miał więcej miłości. Żeby moje serce nie zostało zakryte przez chmurę nienawiści. Żebym, mimo tej strasznej wojny, umiał przede wszystkim kochać. Rozmyślam o tym dużo w ostatnich dniach. Że ludzie wierzący właśnie w czasie wojny mają prawdziwy sprawdzian dla swojej wiary. I że muszę zrobić wszystko, by przez ten sprawdzian przejść jak najlepiej. Nawet jeżeli miałbym przez to zginąć.

W ostatnią niedzielę powiedziałem kazanie, które nie wszystkim moim parafianom się spodobało. Mówiłem tak: „Bracia i siostry, Myślałem dziś rano o Hitlerze, tym śmiesznym malarzu pokojowym z Niemiec, który rozpętał tę straszną wojnę. Myślałem sobie: tylu ludzi cierpi przez niego. Tylu ludzi jest każdego dnia zabijanych. Gdybym spotkał tego Hitlera na swojej drodze, tobym go roztarł na proch! [tu zrobiłem pauzę] Ale, bracia i siostry, po chwili zacząłem sobie myśleć: Janie, czym jest dla ciebie chrześcijaństwo? Chrześcijaństwo to miłość. To pomoc drugiemu, nieważne, kim jest, z jakiego jest kraju, jakie ma poglądy. Jako chrześcijanie mamy przede wszystkim nieść miłość, tego chce od nas Bóg! Nie możemy o tym zapominać! Nawet w czasie wojny. Nawet kiedy mówimy o Hitlerze. Bracia i siostry, jeśli albo ja, albo ktokolwiek z was zobaczyłby cierpiącego Hitlera, naszym obowiązkiem jest mu pomóc!”. Ludzie mieli problem z tym moim kazaniem. Kilka osób, jeszcze jak mówiłem, z niesmakiem kiwało głowami. Ale kilku wiernych podeszło do mnie po nabożeństwie i powiedziało, że to ważne słowa. I że nawet w czasie wojny nie możemy przestać zachowywać się jak ludzie. Wiem, iż moi parafianie bardzo pomagali Żydom, kiedy ci cierpieli, więc nie mam wątpliwości, że są szczerymi, dobrymi ludźmi. I że jeśli przyjdzie na nas moment próby, przejdą przez nią tak jak Mojżesz z Izraelitami przez Morze Czerwone.

3 Kilka dni temu spotkałem na ulicy prawosławnego batiuszkę Wasyla

Zakidalskiego. – Trudne czasy idą – powiedział batiuszka. Wzruszyłem ramionami i odpowiedziałem mu, że trudne czasy dla nas są już od dawna. I dodałem, niby w zaufaniu, że ja się tym wcale nie przejmuję, bo przyjechał do nas potajemnie z Czechosłowacji generał Červenka, żeby nam pomagać, jeśli ktoś zacznie na Czechów napadać. I że mamy pełno broni, którą ukryliśmy w lasach, i jak tylko ktoś się poważy tknąć jakiegoś Czecha, wykopiemy ją i będziemy walczyć. I wtedy się okaże, że z Czechami wcale nie jest tak zabawnie, jak się wszystkim wydaje. Oczywiście blefowałem, bo według mojej wiedzy w Kupiczowie był wtedy tylko jeden browning i wcale nie jest pewne, czy działał. Ale podejrzewałem, że batiuszka donosi ukraińskim chłopcom z lasu, co się u nas dzieje. Z jednej strony – został z nami, choć wielu Ukraińców wyjechało. Z drugiej – za dobrze pamiętam jego entuzjazm, jak Niemcy wchodzili na Wołyń, i jego nawoływanie z tamtych dni, by „narodowa, ukraińska iskra nigdy nie gasła”. I miałem rację. Następnego dnia przychodzi do mnie siostra Pokrupová z sąsiedniej wioski i pyta, jak to jest z tym generałem, bo wszyscy Ukraińcy w jej wsi już o tym wiedzą. Mówię jej: „Siostro, ten generał już wiele lat nie żyje. Okłamuję ich, żeby nas chronić”. Siostra pokiwała tylko głową. Ale zrozumiałem wtedy, że w takich trudnych czasach nie ma innego argumentu niż broń. Jeśli masz broń, to się ciebie boją i nie ruszają. Nie masz – nic nie znaczysz. Nienawidzę broni i uważam, że jest to najgorszy wynalazek, jaki ludzkość kiedykolwiek wymyśliła. Sam nie zamierzam nigdy brać jej do ręki. Ale tym razem nie ma wyjścia. Zwołałem gospodarzy z Kupiczowa. Musimy się zastanowili, skąd tę broń wziąć.

VIII Najpierw pojawia się ogień na niebie. To rakieta świetlna. Sygnał do ataku. Zaraz potem – strzały. Dachy płoną jak główki od zapałek. Matki wołają dzieci. Zwierzęta płoną żywcem. Chwilę później – krzyki: Wpered na Lachiw! Smert! Ryzat! I na wioskę ruszają uzbrojeni w karabiny i granaty banderowcy, a za nimi – z kosami i widłami w rękach – mieszkańcy okolicznych wiosek – Białki, Mokwina, Jabłonnego, Kamionki i Wielkiego Pola. Jest noc z 25 na 26 marca. Napad na Lipniki właśnie się rozpoczął. Zaczyna płonąć dom Warumzerów. Sabina Czapiga: – Wybiegliśmy z domu, a starsze dzieci zajęły się młodszymi. Wszystko, jak nam wcześniej wytłumaczył tata. Ruszyliśmy w kierunku Zurna. Jednak banderowcy otoczyli wioskę z każdej strony. Wszystkie drogi są zablokowane. Kto się zbliży, ginie. Od kuli albo od wideł. Romanowi przydaje się doświadczenie z wojny z bolszewikami. Karabin. Granat. Szybki bieg. Znów granat.

Jemu i innym członkom samoobrony udaje się przerwać okrążenie. Lipniczanie przebiegają rów. Górkę. Krzaki leszczyny. Za nimi – kolejna grupa. Znów – karabin, granat, szybki bieg. Kto się nie załapał, ginie. Ci, którym się udało, biegną do Zurna. Dawny majątek hrabiego Małyńskiego jest już blisko. Są tam niemal wszystkie dzieci Romana. Nie ma tylko Kamili, która wybiegła z domu z małym zawiniątkiem. Nie ma jej, bo ledwie wyszła z domu, zauważyło ją trzech banderowców. Krzyczą coś do niej. Hermaszewska ucieka, ale jeden z banderowców puszcza się za nią w pogoń. Strzela raz. W skroń. Kamila przewraca się na ziemię. Tobołek wypada jej z rąk. W tobołku jest jej syn, półtoraroczny Mirosław Hermaszewski.

1 – Wie pan, jakie było moje największe marzenie w życiu? Z Sabiną Czapigą rozmawiam w jej mieszkaniu w Wołowie pod Wrocławiem, sympatycznym, przytulnym miasteczku, położonym na stokach Gór Trzebnickich, zwanych przez miejscowych Kocimi Górami, gdzie znalazła się z matką i rodzeństwem tuż po wojnie. Dużo tu kwiatów, na regale zdjęcia mamy Kamili i rodzeństwa, a na półce – powody do dumy. Artykuł o wołowskich latach jej brata, pierwszego polskiego kosmonauty. I o synu Bogdanie, wybitnym neurochirurgu, członku zespołu, który w 2014 roku jako pierwszy na świecie postawił na nogi pacjenta z przerwanym rdzeniem kręgowym. Mało znam ludzi tak życzliwych i pełnych dobrej energii jak pani Sabina. Nawet kiedy opowiada o wojnie, łagodny uśmiech nie schodzi jej z twarzy.

Zajadamy ciasteczka z jabłkami, popijamy kawą, a pani Sabina raz jeszcze wraca do swojego marzenia. – Wie pan? Albo się domyśla? Nie wiem. – Moje największe marzenie nie dotyczyło pracy czy rodziny. To była zupełnie inna kategoria marzeń. Wiadomo, że dla swoich dzieci chciałam jak najlepiej; że jak Mirek leciał w kosmos, to też marzyłam, żeby wrócił cały i zdrowy. Ale najważniejsze marzenie miałam tylko raz, wtedy, jak biegłyśmy razem z Anią do Zurna. Marzyłam, żeby umrzeć od kuli, a nie od siekiery. Pamiętam to dobrze. Ojciec nas uczył: nie dajcie się złapać. Biegnijcie. Nie kłaść się, nie zatrzymywać. Kto się zatrzyma, będą go torturować. Straszne marzenie, kiedy pan pomyśli, że byłam jeszcze dzieckiem, prawda? Ale inne marzenia w życiu już nie były tak ważne. Modliłam się, uciekając wtedy z Anią do Zurna, żeby nas trafiła kula. Ale nie trafiła. I z siekierą też nikt mnie nie dogonił. Udało się nam. Przy wjeździe do Zurna są czworaki, nazywają się Czerniło. Jest tam olbrzymia studnia z drewnianymi cembrowinami. Siedzę z Anną niedaleko tej studni, a na naszych oczach rozgrywa się apokalipsa. Obok leży konająca kobieta, nikt na nią nie zwraca uwagi. Nikt nie ma siły. To pamiętam. Pamiętam też, jak w końcu przyszła mama. Zapłakana, prawie nieprzytomna. Sama.

2

Kamila Hermaszewska podnosi się po strzale banderowca. Choć strzelał z bliska, w głowę, to strzelił niecelnie. Kula tylko musnęła skroń, rozerwała ucho. – Do końca życia mama miała w tym uchu dziurę – mówi Mirosław Hermaszewski. Kobieta przewraca się, zalewa krwią, ale niedługo potem podnosi się i biegnie dalej. Jest w szoku. Pewnie dlatego nie biegnie tam, gdzie wszyscy Polacy, do Zurna. „Mama nie była w stanie działać racjonalnie – pisze Mirosław Hermaszewski w swoich wspomnieniach. – Biegła przed siebie bardzo długo, a kiedy powróciła zdolność logicznego myślenia, zorientowała się, że stoi boso, w lekkiej sukience wśród znajomych Ukrainek na opłotkach sąsiedniej wsi Białka, 6 kilometrów od Lipnik. Kobiety lamentowały nad jej losem, ktoś podał serdak, by ogrzać zziębniętą, i otarł twarz z krwi, inna ręka podała kawałek chleba. Te oznaki człowieczeństwa uświadomiły mamie resztę grozy. »Gdzie moje dziecko?« – krzyknęła rozdzierającym głosem. »Tam zostało« – wskazała ręką krwawą łunę. Ruszyła, lecz przytomne Ukrainki ją powstrzymały. »Tam pewna śmierć« – mówiły zgodnie”. Białka była wsią pełną nacjonalistów. Dwa tygodnie wcześniej mieszkańcy wyrzucili tu nauczyciela Barcza z żoną i dziećmi z okna, a potem dobili ich narzędziami gospodarskimi. Oprócz nich zginęli i inni mieszkający we wsi Polacy – Leszczyńscy, Pastuszewscy i Szuwarci. Wielu tutejszych gospodarzy pali w tej chwili Lipniki. Jeśli gdzieś szukać pomocy, to na pewno nie tu. A jednak to właśnie tutaj ktoś schował Kamilę Hermaszewską w domu, ktoś otarł jej krew z twarzy. To tutaj ktoś uratował ją od śmierci. Kto? Pytam Mirosława Hermaszewskiego, ale ten bezradnie rozkłada ręce. – Mama nigdy nie podawała nazwiska. A ja nie dopytywałem. Mam do

siebie żal, jak o tym pomyślę, ale przez całe lata byłem bardzo zajęty – Szkoła Orląt, Gwiezdne Miasteczko, kosmos, potem znów lotnictwo – i do mamy wpadałem jak po ogień, czasem nawet płaszcza nie zdjąłem. Mama mówiła: chociaż herbatę byś wypił. A ja na to: Ale ludzie na mnie czekają w samochodzie. To niech wejdą, mówi mama. Ale mi się zawsze gdzieś spieszyło. Zawsze tego czasu było za mało. Dlatego nie znam nazwiska. Żałuję, bardzo żałuję. Ktokolwiek to był, uratował jej życie.

3 Po napadzie na Lipniki, o świcie, Roman Hermaszewski z synem Władysławem i kilkunastoma mężczyznami poszli zobaczyć, czy ktoś nie ocalał. Znajdują – jak napisze Władysław – „przerażoną do obłędu” stryjeczną ciotkę Adelę Hermaszewską, która tuli do siebie trójkę zamordowanych na jej oczach dzieci. Przy topoli nad sadzawką znajdują ciało dziadka Sylwestra, tego, co uwielbiał śpiewać ukraińskie piosenki i zawsze miał dla swoich sąsiadów owoce z przydomowego sadu. Dziadek ma na ciele siedem ran kłutych. Niedaleko od niego znajdują ciało babci Marii. Nagle Władysław dostrzega charakterystyczny koc, owinięty dodatkowo w kurtkę ojca: matka w ten sposób dzień wcześniej opatuliła małego Mirka. Podchodzi tam. Tak, to Mirek. Przeleżał całą noc w śnieżnej zaspie. W marcu w nocy temperatury są bardzo niskie, nie powinien przeżyć. Mimo to Władysław bierze go na ręce i niesie do ojca.

Roman rozwija zawiniątko. Mirosław jest całkiem zziębnięty. Ojciec łapie więc jedną z oszalałych ze strachu krów, zabiera obok tlącej się jeszcze chaty, doi i szmatami umoczonymi w tym mleku naciera syna, żeby go rozgrzać. Mały porusza się. Mruga oczami. „Tata!… si!… bu!…” – gaworzy. – „Si” mówiły u nas dzieci na ogień. „Bu” – na huk – powie mi wiele lat później Mirosław Hermaszewski. – Wygląda na to, że zdałem ojcu pierwszy w życiu meldunek. A po tej nocy na mrozie i natarciu mlekiem nigdy nie miewam kataru.Sabina Czapiga do dziś pamięta radość, że jej mały braciszek przeżył: – To była straszna noc. Siostra Alina miała w płaszczu pełno dziur po kulach; to cud, że przeżyliśmy. Mama, która dotarła do nas później, była całkiem załamana, że straciła dziecko. Nie odzywała się ani słowem. A tu nagle, rano, ojciec wraca do nas z małym Mirusiem na rękach. Już na zawsze ten Miruś stał się naszym oczkiem w głowie. Tak potem było, że od ust sobie my, starsi, odejmowaliśmy, żeby było dla niego.

Dzieci Romana i Kamili Hermaszewskich. Od lewej: Anna, Sabina, Alina i Władysław, rok 1934 Zdjęcia z archiwum rodzinnego Mirosława Hermaszewskiego

4

Po napadzie na Lipniki Hermaszewscy z dziećmi mieszkają w Bereznem. Brakuje im pieniędzy na jedzenie. Często głodują. W końcu, w sierpniu, Roman decyduje, że razem z kilkoma mężczyznami pojadą do rodzinnej wioski zebrać trochę zboża. Ładują się na furmankę. Jadą z nim Władysław i Kamila. „Do Polic dotarliśmy bezpiecznie i przystąpiliśmy do zbioru (…). Szybko zaczęto ładować snopy na wóz” – wspomina Władysław. Aż nagle: „Usłyszeliśmy z tyłu, za nami, niezbyt odległy pojedynczy strzał. Kiedy dobiegliśmy, fura ze zbożem stała na drodze, a obok na trawie leżał blady, z zakrwawioną piersią, śmiertelnie ranny, mój ojciec”. Kula naruszyła osierdzie i rozerwała łopatkę. Hermaszewski umiera chwilę później. Kamila zostaje sama z siódemką dzieci. – Jak ta nasza mama sobie poradziła? – zamyśla się Sabina Czapiga. – To niesamowite, że jej się udało. Doświadczyliśmy wtedy wszystkiego, czego człowiek może doświadczyć od ludzi. I tego najlepszego, i najgorszego. W Bereznem mieszkała pewna kobieta, miała około pięćdziesiątki, ludzie mówili na nią Kraśka, bo była bardzo kolorowa, jaskrawo ubrana. Nosiła niecodzienne suknie, jedwabie, kapelusz miała na głowie. Była odrobinę dziwna, ale to była chodząca dobroć. I ta Kraśka strasznie się litowała nad naszą rodziną. Rozmawiała z nami, wypytywała o wszystko, słuchała, w jakiej trudnej sytuacji jesteśmy. Kraśka miała zawsze ze sobą na sznurku dwie kozy; chodziła z nimi wszędzie. Na bocznych ulicach je pasła, to ułamała jakąś gałązkę, to znowu poszła gdzieś indziej. I któregoś dnia przyszła do mamy i jedną ze swoich kóz jej dała dla Mirusia. Żeby miał mleczko. Tak po prostu dała mamie jeden sznurek i odeszła. Ta koza to było nasze zbawienie. Myśmy listeczki i gałązki jej przynosili, była naszą ulubioną zabawką. Ale bez niej Mirek by nie miał mleka, nie

wiem, jakby rósł, gdyby nie ta koza. Koza od całkowicie obcej nam kobiety.

LATO

fot. Marcin Jończyk

I 1 W środku lipcowej nocy z miejscowości Przebraże wychodzi duża grupa uzbrojonych mężczyzn. Deszcz pada już trzeci dzień, chmury niemal zahaczają o czubki drzew, a im do butów przykleja się błotnista maź. Ale błogosławią ten deszcz. Dzięki niemu mogą pozostać niezauważeni. Są Polakami, którzy za chwilę przeprowadzą atak na ukraińską wieś Trościaniec. Przez las maszerują niemal po omacku, w absolutnej ciszy, by nie zdradziło ich szczekanie psów w pobliskich osadach ani trzask łamanych gałęzi. Potem dochodzą do pól otaczających cel ataku. Prowadzi ich dwóch mężczyzn, Nikifor Klimczuk i Iwan Olchowicz, Ukraińcy. Z Trościańca. Tam się wychowali; tam mają przyjaciół, domy, kawałki ziemi, które od lat uprawiają. Tam zostawili żony z małymi dziećmi. Tam mają swoje małe życie, sklecone na miarę swoich możliwości. Kim są? Skąd się tu wzięli? Jak doszło do tego, że idą na czele grupy, która zaraz zaatakuje ich wieś? Nie wiem. Wiem tylko, że tej nocy Klimczuk i Olchowicz pomogli uratować życie kilkunastu tysięcy Polaków.

Nikifor Klimczuk Archiwum szkoły podstawowej w Trościańcu

2 Cofnijmy się w czasie o kilka lat, do początków wojny.

Na dworze skrzy się śnieg, a ktoś dobija się do drzwi domu rodziny Cybulskich w położonej niedaleko Łucka i Kiwerc wsi Przebraże. To Sowieci. Przyjechali po syna Cybulskich Henryka, który przed wojną był tu leśniczym. Młody Cybulski dostaje chwilę na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy, po czym Sowieci wywożą go na Syberię, hen, za krąg polarny. Jest luty roku 1940. Cybulski jest młody, silny, wysportowany – był mistrzem Wołynia w biegach. Wojna zastała go, gdy szykował się do Warszawy, gdzie miał ćwiczyć pod okiem słynnego Janusza Kusocińskiego. Teraz młody leśniczy nie ma ochoty tracić życia na zesłaniu. Po kilku spędzonych na Syberii miesiącach żegna się z kolegami, wkłada do plecaka kilka kromek chleba i uzbrojony jedynie w nóż, rusza przez tajgę z powrotem, na Wołyń. Tak zaczyna się najbardziej niezwykły bieg w jego życiu. Wiedza z geografii wyniesiona ze szkoły za kręgiem polarnym nie jest specjalnie przydatna; orientacja według słońca i gwiazd nie ma tam sensu. Cybulski idzie więc na wyczucie. Wiódł mnie „instynkt, ten sam, dzięki któremu wiosną ptaki nieomylnie trafiają do swoich gniazd”* – napisze po latach. Idzie tak, by omijać ludzi – nigdy nie wiadomo, czy ktoś by na niego nie doniósł. Często nie ma co jeść. Umysł płata mu figle – „płachetek kosodrzewiny, który, wydawało się, można przebyć w ciągu kilkunastu minut, zabierał mi trzy lub cztery dni marszu. W takich chwilach ogarniało mnie przerażenie: zdawało mi się, że dostaję pomieszania zmysłów, chciało mi się wtedy zrezygnować z dalszej walki o życie, siąść pod karłowatą sosną i nie ruszać się z miejsca”.

Żołnierze oddziału samoobrony na Wołyniu. Okolice wsi Przebrzeże Zbiory Narodowego Archiwum Cyfrowego

A jednak udaje mu się. Po kilku tygodniach Cybulski staje nad Wołgą, którą, żeby nie nadkładać drogi, pokonuje wpław. Jest już naprawdę blisko. „Szedłem tak osiem tygodni, pokonując dziennie pięćdziesiąt do sześćdziesięciu kilometrów (…). I po ośmiu tygodniach gigantycznego marszu stanąłem o północy w rodzinnej wsi. Bieg był zakończony. Potworny bieg, którego nie wytrzymałoby żadne zwierzę. Bieg bez widzów i oklasków. Na mecie witała mnie kojąca cisza”. Rodzina nie posiada się ze szczęścia, że Heńkowi udało się wrócić z białych niedźwiedzi, jak mówią tu o syberyjskim zesłaniu. Od pierwszych dni zastanawiają się jednak, co zrobić, by na mecie tego biegu nie przywitało go, oprócz ciszy, również NKWD. Chcą go ukryć. Henryk najpierw zostaje parobkiem u czeskiego chłopa, potem – u ukraińskiego, ale z każdym dniem coraz mocniej tęskni do swojego zawodu. Pracę w lesie lubił dużo bardziej niż tę w polu. W końcu, dzięki pomocy brata, udaje mu się zaczepić przy wyrębie drzew pod miejscowością Młynów.

Kilka miesięcy później słyszy w nocy salwy z karabinów. To Niemcy napadli na Związek Radziecki i strzelają do obrońców lotniska położonego niedaleko jego lasu. Po ich wejściu Cybulski już nie musi się ukrywać. Zostaje za zgodą nowych władz leśniczym w małej leśniczówce Karasin, niedaleko Maniewicz.

3 Pan Jan jest już po osiemdziesiątce, ale, jak podkreśla, wszystkie zęby ma swoje, a włosy posiwiały mu dopiero kilka lat temu. Lekarza ogląda raz do roku; częściej nie potrzebuje. – To dlatego że na Wołyniu było zdrowe jedzenie i jeszcze zdrowsza woda – mówi. – Wszystko naturalne, niepryskane. Poza tym ja całe dzieciństwo latałem po polu. Krzepę mam do dziś. Przepraszam, że tak powiem, ale z pańskiego pokolenia nikt do osiemdziesiątki w takim zdrowiu nie dociągnie. Pan Jan całą wojnę mieszkał z rodzicami i rodzeństwem w Przebrażu. – To piękna karta. Legenda – mówi. – Tysiące ludzi uratowano dzięki bystrości i zaradności kilku facetów. Gdyby nie tacy jak Cybulski, nie rozmawiałbym z panem, tylko od 70 lat robaczki by mnie zajadały i rosłyby na mnie sosenki. – Ale jak masz pan opowiedzieć o Przebrażu, to opowiadaj pan po bożemu, od początku, wszystko po kolei. Od czego zacząć tę opowieść, żeby było po bożemu? Może od furmanek, które opuszczają wioskę rankiem wczesną wiosną 1943 roku. Jedzie na nich czwórka mieszkańców Przebraża, wśród nich – Ludwik Malinowski, były żołnierz armii carskiej i I Korpusu Polskiego, teraz małorolny, który po I wojnie światowej ożenił się z miejscową dziewczyną i osiadł tu, bo zachwycił się „malowniczym, wołyńskim krajobrazem”, w którym cieszyły go „pobielane domki z wysokimi, kosmatymi strzechami, bajecznie umoszczone wśród bujnej zieleni sadów, żyznych łanów zbóż, kwiecistych

ogrodów i łąk**”. – Pamiętam Malinowskiego doskonale – mówi pan Jan. – To był jeden z bardziej szanowanych gospodarzy, wszyscy w Przebrażu go znali. Wzbudzał bardzo duży respekt. Jak on zaczynał mówić, inni milkli. Malinowski ma zaledwie kilka hektarów niedaleko jeziora, naprzeciw ukraińskiej wsi o nazwie Jezioro właśnie, dorabiał więc przed wojną, pracując a to w tartaku w Kiwercach, a to przy kolei wąskotorowej prowadzącej do Kołek, ale ludzie wiedzą, że jest mądry, sprawiedliwy, a do tego ma, co wiele razy udowodnił, żyłkę społecznika. Ludzie liczą, że choćby ze względu na słuszny wiek – jest już po pięćdziesiątce – i na dobrą znajomość języka niemieckiego dogada się z Jeskem. Kreislandwirt przyjmuje ich w swoim gabinecie. Tłumaczą mu tam, że od kiedy ukraińscy szucmani poszli do lasu, ataki na polskie wioski zdarzają się niemal co kilka dni. Że Polacy muszą się bronić, a nie mają jak – Niemcy za posiadanie jakiejkolwiek broni karzą śmiercią. Dodają, że mieszkańcy Przebraża chcieliby spokojnie uprawiać ziemię i oddawać kontyngent, który w związku z coraz trudniejszą sytuacją Niemiec na froncie jest bardzo potrzebny. Jeśli banderowskie ataki nie ustaną, może to być trudne. Jeske musi wiedzieć, że kilka tygodni wcześniej w pobliskich Kołkach Ukrainiec Saczko-Saczkowski, przed wojną lubiany przez wszystkich wójt, zabił swoją żonę Polkę. Saczko przed wojną zmienił wyznanie na katolickie, a nazwisko na polsko brzmiące – tak było mu łatwiej zrobić karierę w polskiej administracji. Teraz jednak w Kołkach rządzą banderowcy i Saczko-Saczkowski chce im pokazać, że jego decyzja sprzed wojny była pomyłką i że jest prawdziwym ukraińskim patriotą. Wiesza żonę na drzewie, po czym wraca do starego nazwiska i starej wiary. Szybko zaczyna być o nim głośno w kontekście najbardziej krwawych napadów na polskie wioski. Jeske musi też wiedzieć, że 25 marca w kolonii Czetyń banderowcy zabili kilka osób.

Że 12 kwietnia spalili położoną blisko Przebraża kolonię Taraż, a wracając z tej akcji, podpalili jeszcze sąsiednie wsie: Hołodnicę i Marianówkę, zabijając w każdej po kilka osób – Hołodnica nie została zrównana z ziemią i wymordowana tylko dzięki przytomności miejscowej samoobrony. Że 22 kwietnia napadli na położoną na północ od Przebraża Janową Dolinę, osiedle, w którym wydobywa się bazalt i do którego schronili się uciekinierzy z sąsiednich miejscowości. Zginęło tam ponad 600 osób. Polacy ze strachem czekają, kto będzie następny. I tłumnie uciekają do Przebraża. To największa polska wioska w okolicy – przed wojną mieszkało tu niemal dwa tysiące ludzi. Wielu gospodarzy, jak Ludwik Malinowski, służyło w wojsku, to żołnierze, obeznani z bronią i z taktyką wojskową; niejeden zjadł zęby na frontach I wojny światowej, część również na polskiej wojnie z bolszewikami. Gdzie ma być bezpiecznie, jeśli nie tu? Pan Jan: – Miałem czterech braci i wszystkich nas ojciec – też weteran I wojny światowej – przeszkolił, co robić, gdyby nas banderowcy napadli. To była pierwszorzędna sprawa, że tak wiele osób miało dobre obeznanie z bronią i z wojskową musztrą. Chłopaki, trochę tylko ode mnie starsi, biegali już po lasach i szukali porzuconej przez Sowietów albo Niemców broni. Nawet moi bracia mieli jakieś karabiny schowane w mrowisku, bo to podobno dobrze konserwowało. Mnie, gówniarza, w te sprawy nie wtajemniczali, ale jak przyszło walczyć z banderowcami, bardzo się taka broń pochowana po lesie przydała. Już wiosną przebrażacy zorganizowali dwudziestokilkuosobową grupę, która miała patrolować wioskę i w razie potrzeby bronić jej. Szybko się jednak okazało, że to nie wystarczy. I – przede wszystkim – że potrzebna jest broń. Sporo karabinów miejscowi chłopcy, podobnie jak bracia pana Jana, znaleźli po bitwie, która odbyła się tu zaraz po ataku Niemiec na ZSRR. Przechowali je w mrowiskach bardzo dobrze konserwujących żelazo. Ale jeśli Niemcy dowiedzą się, że w Przebrażu mają karabiny, mogą spalić wioskę.

Co robić? Trzeba jakoś te karabiny zalegalizować. Stąd wyjazd do Kiwerc. Jeske pochodzi z Prus i po wsiach mówi się, że jego matka jest Polką i że dzięki temu ma dobre nastawienie do Polaków. I rzeczywiście, Niemiec słucha argumentów Malinowskiego i jego towarzyszy. Na koniec pisze na kartce: „Niniejszym zezwala się upoważnionym przedstawicielom wsi Przebraże na używanie tej broni do walki z bandami leśnymi, działającymi na szkodę Wielkiej Rzeszy”. I każe swoim ludziom wydać przebrażakom z magazynu 17 sztuk broni.

4 Gdy w 1943 roku na drzewach wybijają się pierwsze pączki, ludzie po wsiach zaczynają dziurawić brzozy, żeby wycisnąć z nich oskołę, a leśniczy Henryk Cybulski rusza ze swojej samotni w Karasinie do rodziców do Przebraża. Ma tajną misję. Partyzanci radzieccy, od których okoliczne lasy powoli zaczynają gęstnieć, szukają ludzi do współpracy. Cybulski chce im pomóc znaleźć kontakty, ale gospodarze z rodzinnej wioski przypominają sobie jego powrót z Syberii, który tymczasem obrósł już legendą. Wierzą, że jego talenty i wrodzona charyzma przydadzą się wiosce w tak trudnym momencie, proszą więc, by został wojskowym komendantem obrony Przebraża. Po krótkim wahaniu młody leśniczy się zgadza. Komendantem cywilnym już wcześniej wybrano Ludwika Malinowskiego. Za sprawy organizacyjne odpowiadać będzie Zygmunt Nesterowicz, mając do pomocy sołtysa Franciszka Ludwikowskiego. Cybulski raźno zabiera się do roboty. Z rosnącą z każdym dniem rzeszą przebrażaków wzmacnia wioskę drutem kolczastym, który został w okolicznych lasach po Armii Czerwonej. Centrum otaczają pasem

zasieków, ale budują je tak, by były niewidoczne dla Niemców, którym zdarza się zjawić w Przebrażu bez ostrzeżenia. Skala przygotowań militarnych już dawno wyszła poza siedemnaście karabinów od Kreislandwirta Jeskego. Jeśli Niemcy się zorientują, mogą spalić wieś. Każda przebrażańska rodzina przyjmuje pod swój dach uciekinierów, zazwyczaj po kilka rodzin. Dwutysięczna wioska w ciągu kilku tygodni zamienia się w kilkunastotysięczną warownię. Ale „podczas przydzielania kwater nikt nie krzywi się, nie odmawia – podkreśla Henryk Cybulski w swoich wspomnieniach. – Dzielono się z uciekinierami, czym kto miał: mąką, ziemniakami, mlekiem, odzieżą (…). Sprawy materialne przestały mieć znaczenie”. Tyle Cybulski. W praktyce czasami wyglądało to mniej różowo. Wróćmy do pana Jana: – Ojciec pozwolił najpierw jednej rodzinie zamieszkać w naszej chacie, potem drugiej. Oni sprowadzili swoich różnych pociotków, krewniaków z sąsiednich wiosek, i ci kolejni już się wcale ojca nie pytali. Ani żeśmy się obejrzeli, a w chacie mieliśmy jakieś dwadzieścia osób. Była tam kuchnia i dwie izby, ledwo żeśmy się mieścili. Spało się pokotem na podłodze. W pierwsze dwa tygodnie ci ludzie nam wyjedli wszystko, co mieliśmy w słoikach i w piwnicy przygotowane. Znów – nikt im nie żałował. Tylko że swoje jedzenie przed nami chowali. Mieli jakieś weki, jakąś słoninę, jakieś owoce suszone, ale wszystko to trzymali przy sobie i jedna stara babcia nie wychodziła w ogóle z pokoju, żeby im przypadkiem coś nie zginęło. Ale myśmy chyba wyjątkowo źle trafili. Podobno ten facet handlował przed wojną jakimś trefnym towarem, cwaniak jakich mało. W innych domach tak nie było. Zazwyczaj ludzie wyjmowali, co mieli, kładli na stół albo do wspólnych szafek, mówiąc, że skoro bieda jest wspólna, więc i to, co mają, też będą mieli wspólne. Ojciec się nawet zaczął kłócić z głową tamtej rodziny, pamiętam ich nazwisko, ale nie chcę go podawać. Chodzili do dowództwa, żeby rozstrzygało ten spór. I kilka osób od nas przeszło do innej chaty. W samą porę, bo było nas tam naprawdę za dużo. Duchota była nie do

wytrzymania, a jak się otworzyło drzwi, śmierdziało gorzej niż z obory.

5 Jak potrzebna jest samoobrona w Przebrażu, mieszkańcy wsi przekonują się już wkrótce. 5 czerwca Cybulski organizuje wyjazd po Polaków z Kołek; tych samych, w których były wójt Saczko-Saczkowski powiesił swoją żonę na drzewie i które lada dzień mają opuścić ostatni Niemcy. Z ich odejściem mieszkający tam Polacy stracą ostatnią ochronę – bo niemiecki garnizon, choć niewielki, był dla nich dotąd osłoną przed rosnącymi w siłę banderowcami. Trzeba tych ludzi ewakuować. Ruszają w dwustu, z kilkudziesięcioma furmankami, by mieszkańcy Kołek mogli zabrać choć część dobytku. Ci ładują na furmanki co kto może – „jedzenie, pierzyny, poduszki, miednice, wiadra”, pisze Cybulski – i ruszają. W Kołkach zostają tylko najsłabsi: chorzy w szpitalu, krewni, którzy się nimi opiekują, starcy, którzy nie mają już siły na podróż. Zaraz po Polakach wyjeżdżają ostatni Niemcy. Już kilka dni później banderowcy zbierają wszystkich Polaków, którzy nie wyjechali, do drewnianego kościoła pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Zamykają ich. Kościół podpalają. W ogniu ginie ponad czterdzieści osób.

6 – Ja trafiłem do Przebraża zaraz po tym, jak Ukraińcy napadli na moją miejscowość Taraż. Tadeusz Wolak przyjmuje mnie przy stole w swoim mieszkaniu na

warszawskiej Woli i sadza obok kredensu, zza którego szyb wyglądają rzędy jego medali. Najpierw, jeszcze jako nastolatek, był w konspiracji, potem w legendarnej 27. Dywizji Armii Krajowej, której szlak bojowy wiódł z Wołynia na Lubelszczyznę. Wreszcie trafił do armii generała Zygmunta Berlinga; był nawet w grupie, którą generał rzucił na pomoc powstaniu warszawskiemu, ale po dwóch godzinach walki został poważnie ranny i zabrano go z powrotem na praski brzeg Wisły. Na półkach w jego mieszkaniu, między rowerem stacjonarnym, na którym codziennie ćwiczy, telewizorem, w którym właśnie leci turecki serial o sułtanie i jego żonach, a paprotką, której liście sięgają z czubka stojaka aż do podłogi, piętrzą się dokumenty, prace magisterskie i różne publikacje o Wołyniu i o Przebrażu właśnie. 93-letni Wolak to ostatni żyjący przebrażanin, który miał stały dostęp do ścisłego dowództwa samoobrony, i cywilnego, i wojskowego. – Cybulskiego widywałem codziennie, wspaniały facet – mówi. – Z poczuciem humoru, ale bardzo zrównoważony, bo z kolei Malinowski był narwany, wiecznie się na coś denerwował i wiecznie go musieli obłaskawiać. Wielu tam było dzielnych, mądrych, walecznych ludzi. Ja najbliżej byłem z Zygmuntem Drzewieckim, to dawny legionista marszałka Piłsudskiego, którego w Przebrażu zrobili szefem zwiadu. Mieszkaliśmy z rodzicami blisko niego w Tarażu, a konkretnie: na futorze, 2 kilometry za wsią. Przyjaźniliśmy się jeszcze przed wojną. Kiedy banderowcy napadli na Taraż, do naszego futoru nie doszli. Przeżyliśmy, ale wiadomo było, że zostać tam nie możemy. Pojechaliśmy więc do Przebraża i zatrzymaliśmy się w domu mojej ciotki, w centrum wioski. Mieszkaliśmy tam my, Drzewiecki z synem i kapelan samoobrony ksiądz Stanisław Szczypta. Mieszkał też z nami doktor Kałużyński, wspaniały lekarz, który wielu przebrażakom uratował później życie. Drzewiecki miał żonę Ukrainkę, Katerinę. Miał dzięki temu mnóstwo przyjaciół Ukraińców, władał biegle ich językiem, z wieloma bardzo się lubił.

Znał też takich, którzy nie popierali napadów na polskie wsie. Tylko kogoś takiego jak on można było zrobić szefem zwiadu, bo doskonale się umiał w tym odnaleźć. Czym był zwiad? Tym samym co wywiad: zajmował się zbieraniem informacji. Oddzielna komórka odpowiadała za informacje od Ukraińców, oddzielna – od Niemców. Ja też służyłem w zwiadzie. Jeździliśmy z Drzewieckim po ukraińskich wioskach i próbowaliśmy się dyskretnie dowiedzieć, jakie plany mają banderowcy, gdzie jest ich większe zgrupowanie, kogo będą chcieli zaatakować. Katerina pochodziła z Kołek, miasteczka, w którym banderowcy mieli swoją wielką bazę. Jak się zaczęły walki między Polakami a Ukraińcami, postanowili się rozdzielić, bo Ukraińcom, którzy mieli współmałżonka Polaka, banderowcy często dawali ultimatum. Albo zabijesz żonę czy męża, albo przyjedziemy za tydzień i zabijemy was wszystkich. Najstarszy syn przyszedł z Drzewieckim do Przebraża, a mniejsze dzieci poszły z matką do Kołek, do jej rodziców.

7 Dowódcy Przebraża muszą być bardzo zdziwieni, gdy któregoś dnia słyszą, że chcą się z nimi widzieć dwaj Ukraińcy z Trościańca. Jest wieczór. Ukraińcy nazywają się Sydir Olchowicz i Nikifor Klimczuk. Przyszli z białymi chustami w rękach, kryjąc się tak, by nie zauważył ich nikt z mijanych po drodze wiosek. Trościaniec to duża wieś, w większości ukraińska. W 1942 roku zabito tam, jak we wszystkich okolicznych miejscowościach, Żydów. Na początku 1943 roku większość Polaków uciekła właśnie do Przebraża. Przed wojną wioska słynęła z czyniącej cuda ikony Matki Boskiej, do której zjeżdżali się prawosławni z całej okolicy, i ze szkoły rolniczej. Właśnie w tej szkole, mówią Olchowicz i Klimczuk, UPA zrobiła duże koszary dla

swoich striłców – strzelców. I dodają, że są ukraińskimi patriotami, ale nie uznają metod, które stosują banderowcy. – Niepodległa Ukraina powinna każdemu móc spokojnie spojrzeć w oczy – mówią. A potem dodają, że koszary w Trościańcu to nie przypadek. UPA tworzy tam silną jednostkę, bo szykuje napad na Przebraże. Chce ostatecznie rozbić samoobronę, która dla banderowców już dawno stała się solą w oku. Olchowicz i Klimczuk przyszli, by opowiedzieć Polakom, gdzie dokładnie mieści się sztab, gdzie śpią striłcy, gdzie jest ich główna kwatera. Tadeusz Wolak: – Pamiętam tę wizytę. Wywołało to bardzo duże poruszenie, że oni sami do nas się zgłosili. To było coś absolutnie niezwykłego. Jako że służyłem w zwiadzie, miałem wiele razy do czynienia z Ukraińcami, którzy byli nam życzliwi. Ale żeby ktoś ryzykował życiem, aby do nas przyjść i osobiście nam wyjawić plany banderowców? Takiej sytuacji nie było nigdy wcześniej. Rzecz jest tak niezwykła, że aż niewiarygodna. Zaledwie kilka dni wcześniej, w nocy z 4 na 5 lipca, banderowcy przypuścili na Przebraże duży atak. Spłonęło kilka okolicznych wsi. Kilkaset osób zginęło od kul i toporów, bo atak udało się odeprzeć dopiero po wielu godzinach walki. Dowództwo obawia się podstępu, więc Cybulski każe Ukraińców bacznie obserwować, a sam z resztą dowództwa idzie na naradę. Podobnie obserwują w Przebrażu wszystkich nowo przybyłych, ale tym razem sytuacja jest wyjątkowo delikatna. Że Trościaniec może być bazą dla decydującego uderzenia na Przebraż, Cybulski i jego ludzie podejrzewają już od dawna. Jest położony zaledwie siedem kilometrów stąd; idealna odległość, żeby zaatakować. Informacje od Olchowicza i Klimczuka mogą być niezwykle cenne, co jednak, jeśli są szpiegami? Co, jeśli przyszli na polecenie UPA, by wprowadzić Polaków w błąd? By zaprowadzić ich prosto w pułapkę? Nie znamy szczegółów obserwacji, wiemy jedynie, że kończy się ona pomyślnie. „Wyznaczeni do obserwowania przybyłych stwierdzili, że obu Ukraińców

można darzyć całkowitym zaufaniem” – piszą Mirosław Łoziński i Bogusław Rosiński w książce Obrońcy Przebraża***. Łoziński, strażnik pamięci Przebraża, który najpierw walczył w samoobronie, a później, już po wojnie, przez wiele lat dokumentował jej życie, jako jedyny wspomniał w swoich publikacjach nazwiska dwóch Ukraińców. Musieli być dla niego ważni, bo mówi o nich niemal przy każdej możliwej okazji. Ale to zawsze zaledwie kilka zdań. Brak wielu istotnych szczegółów. Kim byli? Dlaczego chcieli pomóc? Wreszcie – dlaczego ryzykowali życiem, żeby ratować Przebraże? Niestety, już o to nie zapytam. Mirosław Łoziński zmarł w 2013 roku.

8 Zanim przebrażacy, prowadzeni przez dwóch Ukraińców, ruszą na Trościaniec, zapłoną polskie wsie na zachodzie Wołynia. Niedziela 11 lipca zapamiętana zostanie jako Krwawa Niedziela. O 2.30 w nocy UPA atakuje wioskę Gurów. Słaba samoobrona, którą tworzył nauczyciel Jerzy Krasowski z sąsiednich Iwanicz, nie ma szans. Ginie około 200 osób. Pół godziny później ci sami sprawcy przechodzą do Wygranki. Ginie kolejne 150 osób. Później atakują Chrynów, Krymno, Kisielin, Poryck, Zabłoćce. Razem tego dnia – 99 miejscowości. 12 lipca dalszych 50. Łącznie w tych dniach ginie ponad 10 tysięcy ludzi. Jeśli Przebraże ma się uratować, jego dowódcy nie mają wyjścia. Muszą zaatakować Trościaniec. * Cytaty Henryka Cybulskiego, a także wiele informacji dotyczących funkcjonowania samoobrony

w Przebrażu za jego książką Krwawy Wołyń ’43. Wspomnienia komendanta Przebraża, wyd. Bellona, Warszawa 2014. ** Tadeusz Wolak, Pomnik Obrońcom Przebraża w Niemodlinie, „»27. Dywizja Wołyńska AK«”, „Biuletyn Informacyjny” 2007, nr 2 (94). *** Mirosław Łoziński, Bogusław Rosiński, Obrońcy Przebraża, wyd. Ardablju, Lublin 1997. Zob. również: Leon Karłowicz, Ludobójcy i ludzie, wyd. Mireki, Kraków 2013; Strażnik pamięci Przebraża, rozmowa z Mirosławem Łozińskim w: Marek A. Koprowski, Wołyń. Epopeja polskich losów 1939– 2013. Akt II, wyd. Replika, Zakrzewo 2013.

II Pani Ludmiła zasłania usta ręką. Przez moment wydaje się, że nie da rady mówić. – Byłam wtedy dzieckiem – kiwa w końcu głową – ale pamiętam wszystko. Pamiętam aż za dobrze.

1 11 lipca 1943 roku polscy mieszkańcy Kisielina, powiat Horochów, województwo wołyńskie, idą na niedzielną sumę. W trakcie mszy pokamedulski kościół otacza uzbrojony oddział UPA. Polacy ryglują się od wewnątrz. – Część ludzi mówiła: „Oni tylko kogoś szukają, otwórzcie im, to nic nam nie zrobią” – opowiada ocalała z masakry w Kisielinie Aniela Dębska. – Ale ja nie miałam wątpliwości, że przyszli nas zabić. Podobnie mój przyszły mąż, który zarządził, że uciekamy na plebanię i spróbujemy się bronić. Okazało się, że miał rację. Wszyscy, którzy nie poszli z nami, zostali rozstrzelani.

Wnętrze kościoła w Kisielinie fot. Marcin Jończyk

Obrona połączonej z kościołem plebanii trwa kilkanaście godzin. Polaków jest osiemdziesięciu kilku; nie mają żadnej broni, rzucają w napastników cegłami, kawałkami rozbieranego naprędce pieca, nawet maszyną do pisania. Granaty odrzucają. Kilka osób ginie od strzałów lub odłamków granatu. Włodzimierz Sławosz Dębski, który kieruje obroną, został ciężko raniony w nogę. – Miał rozerwaną tętnicę, krew z niego leciała jak z kranu – mówi pani Aniela, wtedy jeszcze koleżanka, później żona Dębskiego. – Założyłam opaskę i na przemian zaciskałam i luzowałam. To cud, że przeżył. Gdy banderowcy próbują podpalić plebanię, obrońcom pomaga deszcz. Ten sam deszcz, który błogosławią kilkadziesiąt kilometrów dalej Polacy z Przebraża idący zaatakować Trościaniec. Upowcy dopiero pod wieczór odpuszczają i wycofują się z Kisielina do lasu za rzeką Stochód. Zanim na dobre znikną w lesie, pod kościołem są już inni Ukraińcy. Ci przyszli ratować.

2 Furmanka zaprzęgnięta w dwa konie wynurza się z zielonego lasu. Trzeci koń pasie się na łące. Trochę dalej wije się błękitna struga Stochodu. Kumkają żaby, bocianom zbiera się na amory. Tak wygląda Kisielin dziś. Tylko w samym środku wioski straszy ruina kościoła, w którym w lipcu 1943 roku zginęli Polacy. Dach zawalił się już dawno temu, teren wokół obrosły drzewa i zielsko. Obok stoi pomnik pamięci zabitych w kościele. Kilkadziesiąt metrów dalej kolejny pomnik – pamięci kilkuset Żydów z kisielińskiego getta. Ich mogiła jest za rogatkami. Dziś w Kisielinie mieszka około 300 osób. W obu mogiłach leży ich dwa razy tyle.

Rodzice Krzesimira Dębskiego wraz z małym Krzesimirem Zdjęcie z archiwum prywatnego Krzesimira Dębskiego

– Przed wojną żyliśmy tu jak w raju – opowiada 86-letnia Jewa Wazniuk. – Polacy, Żydzi, Ukraińcy. Wszyscy się szanowali, mówili sobie „dzień dobry”, składali życzenia z okazji świąt. Byliśmy wtedy miasteczkiem. Było dużo sklepów, karczma, masarnia, apteka. A dziś? Wszyscy wyjechali. Dziś

jest dużo gorzej. Rzeczywiście, lepsze czasy Kisielin ma już za sobą. Teraz trudno tu nawet dojechać. Z kilkunastu sklepów został jeden. Wchodzę, by zapytać, czy żyje ktoś z rodzin, które ratowały Polaków. Czytam sklepowej z kartki nazwiska, które znalazłem w Kresowej księdze sprawiedliwych – wydanym przez IPN zbiorze wspomień o Ukraińcach, którzy ratowali swoich polskich sąsiadów. Kowtoniuk, Padlewski, Pałaczuk, Kochanski, Parfeniuk. Wiadomo, że pomagających było więcej, ale sporo nazwisk umknęło już pamięci. – Ze starych, których pan wymienia, nikt już nie żyje – mówi ekspedientka. – Kowtoniuk? To takie stare dzieje, że nawet jego dzieci już nie żyją. W domu dziadka mieszka prawnuk, ale on pojęcia nie ma o latach wojny. Padlewscy, Pałaczuki to samo. – A Parfeniuk? – Parfeniuków też już we wsi nie ma. Ale jego siostrzenica mieszka dwie wioski dalej. Nazywa się Hirska. Była tam wiele lat felczerem, kogokolwiek zapytacie, pokaże wam drogę.

3 To właśnie Petro Parfeniuk, gdy tylko UPA się wycofała, jako pierwszy przybiegł pod kościół w Kisielinie. Przez cały dzień kręcił się w pobliżu. Wiadomo, że uratował w tym czasie co najmniej jedną polską sąsiadkę – wmówił upowcom, że jest Ukrainką. Puścili ją wolno, pisze o tym Włodzimierz Sławosz Dębski w swojej książce Było sobie miasteczko*. Pod wieczór pomagał ludziom wydostać się z plebanii.

Pomnik w miejscu grobu Polaków pomordowanych w Kisielinie 11 lipca 1943 fot. Marcin Jończyk

– Kiedy wydało się nam, że już jest bezpiecznie, skoczyłam z okna i pobiegłam do gospodarstwa rodziców po konie – opowiada Aniela Dębska. Siedzę w jej mieszkaniu w bloku Lubelskiej Spółdzielni Mieszkaniowej i podziwiam malowane przez zmarłego kilkanaście lat temu męża obrazy. Na jednym – panorama Kisielina. Na drugim – procesja wokół kościoła. – Tu widać okno, przez które próbowaliśmy go opuścić na dół – pani Aniela pokazuje na obrazie jedno z okien w murze plebanii. – Konie były potrzebne, bo przecież ze zranioną nogą nie mógł chodzić. Gdy wróciłam, zastałam Petra Parfeniuka, jak z moim przyszłym szwagrem Jerzym i jeszcze jednym Ukraińcem opuszczają męża z okna. Położyliśmy go na furmankę i zawieźliśmy do domu. Ojciec Dębskich był lekarzem, matka pielęgniarką, opatrzyli go i zdezynfekowali ranę. Wiadomo było jednak, że nie możemy tam zostać. Że UPA może w każdej chwili wrócić. Wtedy Parfeniuk powiedział: „Weźmiemy go do mojej siostry Luby. Ona mieszka na chutorze, łatwiej się tam schować”.

Luba wstawiła Dębskiemu łóżko do stodoły. Jego ojciec przychodził go tam opatrywać. W tym czasie Petro Parfeniuk jeździł po sąsiednich wioskach i ostrzegał Polaków, że UPA może zaatakować również ich. Pomagał mu brat Pawko. Jak szaleni jeździli po wioskach i ostrzegali Polaków, że mają czym prędzej uciekać. Że banderowcy nie poprzestaną na ataku na Kisielin. Że każdy z nich jest w niebezpieczeństwie.

Ludmiła Hirska, siostrzenica Petro Parfeniuka Albert Zawada / Agencja Gazeta

Dlaczego bracia Parfeniukowie tak się zaangażowali w pomoc? Przecież w Kisielinie było więcej zaprzyjaźnionych z Polakami gospodarzy. Jadę pod adres podany przez kisielińską sklepową, do siostrzenicy Parfeniuków Ludy. Ludmiła Hirska mieszka w małej wiosce odległej kilkanaście kilometrów od Kisielina, zaraz obok cerkwi. W 1943 roku miała 10 lat. – Ale pamiętam bardzo dużo – podkreśla. – Obok nas mieszkała polska rodzina Witwickich. Tego dnia przybiegła do nas pani Witwicka. Jej dwójka dzieci została zabita w kościele. Razem z nimi dzieci jej szwagra, drugiego z braci Witwickich. I pani Witwicka siedzi u nas w domu i pyta moich rodziców: „Co ja mam

teraz zrobić? No co ja mam zrobić?”. Nie pamiętam, czy jej coś odpowiedzieli. Wiem, że poszła pod kościół, żeby te dzieci pochować. Nawet dziś, jak o tym opowiadam, cała się trzęsę. Nie dziwię się, że i wujkiem Petrem to wstrząsnęło. Pomagał, jak mógł. – Dlaczego? – Przede wszystkim – miał żonę Polkę. Ciocia Stasia była z rodziny Czerwinków. To oczywiście nic nie musiało znaczyć. Kilka dni przed napaścią na kościół ukraiński policjant z Kisielina zastrzelił swoją polską żonę i dzieci – żeby udowodnić, że jest prawdziwym Ukraińcem. Ale Petro Stasię bardzo kochał. Nie musiał tego na głos mówić, ale było widać, jak na nią patrzy, jak czeka, aż ona skończy pracę, żeby razem z nią wrócić do domu. A z Polakami Petro się przyjaźnił. Pracował u Czerwinków jako masarz, tam poznał Stasię – stała u rodziców za ladą. Po masakrze w kościele ukrywał jej najbliższą rodzinę, kilkanaście osób. A poza tym już się z chęci do walki wyleczył. Kilka tygodni wcześniej Ukraińcy zaczynali się organizować. Namówili wujka, żeby jechał z nimi do Makowicz, kilkanaście kilometrów od Kisielina. Mówili, że będą walczyć z faszystami, że Ukraińcy muszą sobie pomagać w trudnych wojennych czasach. I wujek pojechał.

Zofia Machniuk, wraz z ojcem Wiktorem Własiukiem przechowywała Żydów Albert Zawada / Agencja Gazeta

Makowicze to była ukraińska wieś, ale trochę Polaków tam mieszkało. Zajeżdża ten oddział z wujkiem, zachodzą do pierwszej polskiej chaty – nie ma nikogo. Zachodzą do drugiej – też nikogo. Dowódca zaczął się denerwować, że ktoś zdradził, ale szukają dalej. Wreszcie znaleźli polską rodzinę: babcia, dziadek i dwaj synowie z żonami i dziećmi. „A wy dlaczego się nie schowaliście?” – pyta bardzo już zły dowódca. „Ufamy Bogu. Co Bóg da, to będzie” – odpowiedzieli. „Skoro tak – mówi dowódca – to widocznie Bóg chce, żebyśmy was zabili”. Ci Polacy pożegnali się ze sobą, przytulili, pocałowali. A bandyci zrobili zawody, kto więcej ludzi jedną kulą zastrzeli. Wujek, jak zobaczył, co to za samoobrona, więcej z nimi ani razu nie pojechał. – A wtedy w Makowiczach nie próbował tym ludziom pomóc? – Jakby słowo powiedział, zabiliby go od razu razem z nimi. Sam nie zabijał, ale musiał na to patrzeć. I to w nim zostało. Może dlatego tak się uparł, żeby ludziom pomagać? I pomagał. Ale ukarali go za to okrutnie – mówi pani Ludmiła, a łzy płyną jej po policzkach i brodzie. A to dopiero początek historii, którą chce opowiedzieć.

4 – Upowcy musieli się na mojej rodzinie zemścić. Już wcześniej ostrzegali, że kto będzie im przeszkadzał, zostanie zabity. Tak też się stało. Pierwsi zginęli moi dziadkowie, rodzice mamy i wujka Petra. Przyjechali do nich ludzie z bronią i powiedzieli: „Wasze dzieci pomagały Polakom. Mówiliśmy im, że za to jest śmierć”. I zastrzelili dziadka i babcię, a ciała

zostawili na podwórku. Wujek wiedział dobrze, który z tych ludzi strzelał. Tego samego dnia pojechał do jego rodziców i mówi: „Wasz syn zabił moich rodziców, więc ja zabiję was”. Ale oni padli na kolana, zaczęli go po rękach całować, krzyczeli: „Petro, co my winni, że mamy syna bandytę!?”. Wujek się zlitował. Ale obaj, i Petro, i Pawko, wiedzieli dobrze, że są następni do zabicia. Rodziców pochowali przy domu; bali się nawet ciała nieść na cmentarz. Obaj mieli żony i małe córeczki. Mieli dla kogo żyć. Wujek Pawko miał żonę Ukrainkę, Ołeksandrę, i 4-letnią córeczkę Wierę. Ukrywali się przez kilka następnych dni w piwnicy pod swoim domem. Aż przyjechał do Kisielina brat jego żony, nazywał się Lewko. Znalazł ich, wyciągnął Pawka z piwnicy i zaczął namawiać: „Jedźcie do nas, na ojcowiznę. Nasza wioska leży z boku, przechowacie się. Tutaj wszyscy wiedzą, żeście pomagali Lachom, a u nas będziecie bezpieczni”. Pawko i Ołeksandra wiedzieli, że Lewko jest w bandzie, że Polaków nienawidzi, że pewnie sam jeździ i ich zabija. Ale przecież to brat. A komu można zaufać, jeśli nie bratu? Zaufali mu i pojechali. Tylko przyjechali, tylko wujek Pawko za klamkę złapał, a szwagier wziął pistolet i go zastrzelił. Ciocia Ołeksandra zaczęła krzyczeć: „Lewko, zlituj się! Ja jestem z małym dzieckiem!”. Odepchnął ją, uderzył i też zabił. I mówi do swoich rodziców, którzy przy tym byli: „Dziewczynkę bym zostawił, bo ona nic niewinna. Ale dziecko powinno być z rodzicami”. I strzelił. Wtedy wujek Petro wiedział już, że nie ma na co czekać. Zebrał rzeczy na furmankę i ruszyli z ciocią Stasią za Bug. Udało im się bezpiecznie przejechać na drugą stronę. Tam zostali. Najpierw mieszkali w Zamościu, potem we wsi Miączyn. Niech pan tam jedzie, tam mieszka dużo ludzi z Kisielina, wszystko panu dokładnie opowiedzą. Ludmiła Hirska robi przerwę w opowieści, żeby poczęstować mnie szklanką brzozowego soku z jęczmieniem. – Sami go z synem robimy –

podkreśla. – Jeszcze moja mama w Kisielinie mnie tego nauczyła. Była siostrą Parfeniuków, więc była pewna, że i nas przyjadą zabić. Ale nie przyjeżdżali. Dzień, drugi, trzeci, tydzień. Czekała na to. Mówiła mi wiele lat później, że ta niepewność była straszna, więc jak któregoś dnia zobaczyła, że przez miasto jedzie ten, co zabił jej rodziców, wybiegła do niego. Jechał na swoje pole na takim wielkim koniu. Mama zatrzymała tego konia i pyta: „Arkadij, co będzie ze mną?”. „Przyjedziemy i po ciebie. Tak samo nie będziesz się spodziewać jak i twoi rodzice” – zaśmiał się i pojechał dalej. Nie wiem, dlaczego nas nie zabili. Może nie zdążyli? Po wojnie ten Arkadij zaginął i jak Rosjanie ścigali banderowców, jego nie znaleźli. Ktoś go podobno widział wiele lat później, jak aluminiowe łyżki po domach sprzedawał. Ale czy to prawda? Nie wiem. * Włodzimierz Sławosz Dębski, Było sobie miasteczko. Opowieść wołyńska, wyd. Polihymnia, Lublin 2011.

III 1 Grupa zbrojnych, która idzie zaatakować Trościaniec, w milczeniu dociera do miejscowości Mosty. Tu, po krótkiej odprawie, rozdziela się na trzy części. Pierwsza okrąża ukraińską wioskę tak, by zajść ją od południa. Druga ma odciąć drogę na miejscowość Żurawicze. Trzecia wreszcie, dowodzona osobiście przez Henryka Cybulskiego, zabezpiecza drogę główną, prowadzącą do Kiwerc, a także ma odcinać banderowcom ucieczkę przez pola, w stronę miejscowości Łyczki. To w trzeciej grupie idą dwaj Ukraińcy, Sydir Olchowicz i Nikifor Klimczuk. Tego dnia od wczesnego ranka płonęły polskie wsie w powiatach horochowskim i kowelskim, w tym Kisielin, niecałe 100 kilometrów na wschód od Trościańca. Ataku ze strony Polaków nikt w sztabie banderowców nie może się spodziewać. „Zaczęło świtać. Chmury wisiały nisko, niemal nad samymi wierzchołkami drzew. Nadal mżył deszcz. Wraz z ustępującym mrokiem zaczęły się wyłaniać kontury wsi i poszczególnych domów. Nad całością górowała wyniosła wieża cerkiewna, jaśniejąca bielą wysokich ścian” – pisze Cybulski w Krwawych nocach. Na tej wieży, chroniącej cudowną, pochodzącą z XIV wieku ikonę trościaneckiej Matki Boskiej, czuwa wartownik, który jeśli zauważy coś niepokojącego, ostrzeże innych. Trzeba do ostatniej chwili uciekać przed jego

wzrokiem. „Ukryci w krzakach i zbożu, czekaliśmy na hasło rozpoczęcia walki, którym był atak na szkołę”. Podchodzi do niej pierwsza kompania, którą dowodzi dzielny i bitny żołnierz Franciszek Malinowski. „Budynek szkoły stał na końcu wsi, w otoczeniu starych lip. Dalej był już tylko las (…). Na kilkadziesiąt metrów przed szkołą żołnierze zalegli. Zza rogu szkoły wyszedł upowiec. Był to wartownik. Karabin, niedbale przewieszony lufą do ziemi, zwisał z jego ramienia. Upowiec był przemoczony do suchej nitki. Widocznie kończył już wartę i teraz, przechadzając się niecierpliwie, czekał na zmianę”. Wartownik zauważa zbliżających się w stronę szkoły Polaków. – Chto ide? – zwraca się do nich. Polacy nie odpowiadają. – Hasło! – krzyczy wartownik. W tej samej chwili kładzie go seria z cekaemu. Jest 3.45 nad ranem 12 lipca. Rozpoczął się atak na Trościaniec. Akcja jest krótka, banderowcy są całkiem zaskoczeni. Uciekają ze szkoły, jak podkreśla z satysfakcją Henryk Cybulski, w samych tylko majtkach. Koszary w Trościańcu zostały rozbite. A Przebraże, przynajmniej na jakiś czas, uratowane.

2 Chcę znaleźć Nikifora Klimczuka. Chcę znaleźć Sydira Olchowicza. Chcę się dowiedzieć, czy któryś z nich żyje. A jeśli nie, to czy ktoś z ich bliskich wie, co zrobili w lipcu 1943 roku. Jaki mają do tego stosunek? I jak się potoczyło życie tych dwóch mężczyzn po wojnie?

Jadę do Trościańca.

3 Na przystanku stoi grupa kobiet ubrana, jak często tu bywa, w długie czarne albo szare spódnice i płaszcze, a część z nich przestępuje z nogi na nogę, bo marszrutka do Łucka spóźnia się już minut dwadzieścia. Przystanek oblepiony jest obietnicami lepszego życia: angielski w dwa miesiące metodą SITA (w Łucku), studia wyższe w dziedzinie public relations lub administracji (w Równem), dyskoteka (w najbliższą sobotę w Kiwercach). Ale zaparkowane przed jedyną w wiosce restauracją, serwującą czebureki i pielmieni, furmanki, ich okutani w kufajki woźnice i przypięte do nich wyleniałe chabety; ale kałuża na pół ulicy, w której brodzi, rozcapierzając skrzydła, stado wron; ale rozpadający się warzywniak, w którym rozpadająca się babcia sprzedaje rozpadające się jabłka i cebule, mówią jasno, że żadnego lepszego życia nie ma i nie będzie. Jest za to wojna, tym razem w Donbasie. Wschodnia część kraju chce się oderwać i przyłączyć do Rosji albo stworzyć mały kraik sponsorowany przez Rosję. Wszystko dzieje się za przyzwoleniem Kremla, który nie mógł się pogodzić z tym, że tłumy Ukraińców wyszły na kijowski plac Niepodległości i na przełomie 2013 i 2014 roku obaliły prezydenta Wiktora Janukowycza, bo ten nie chciał integrować ich kraju z Unią Europejską. Oni chcą się integrować. W odpowiedzi Kreml już oderwał od Ukrainy Półwysep Krymski, w Donbasie zaś stawia na długi konflikt, który ma zablokować rozwój Ukrainy. Kilka dni przede mną w wiosce była komisja poborowa. Wezwanie do służby dostali wszyscy mężczyźni powyżej 18. roku życia. Kręcę się chwilę po wiosce.

Przed wojną, jak pisze Robert Niedźwiedzki, autor dużego opracowania o Trościańcu*, głównym budynkiem była tu cerkiew, do niej przylegała zaś posesja właścicieli ziemskich Zajączkowskich, z małym dworkiem. Za cerkwią znajdowała się kopalnia torfu na opał i dwa stawy. Zajączkowscy ufundowali nawet ziemię pod kościół katolicki, ale przed wojną nie zdążono go zbudować. Po wojnie nie było już dla kogo. „Niecały kilometr na zachód od cerkwi była duża szkoła rolnicza, a dalej na wschód, stacja kolei wąskotorowej, poczta, posterunek policji, restauracja, mała elektrownia i młyn parowy (działa do dziś) – pisze Niedźwiedzki. – Po drodze między cerkwią a koleją stał szpital i wiatrak”. Henryk Cybulski dodaje we wspomnieniach zatytułowanych Krwawe noce: „Każde domostwo, otoczone zielenią wiśniowych sadów, świadczyło swoim wyglądem o zamożności mieszkańców”. Od 2014 roku miejscowy batiuszka ma problem. W czasie remontu robotnicy znaleźli w podziemiach świątyni kilkadziesiąt szkieletów, na oko – z czasów II wojny światowej. Część z nich, a są tam również szkielety dzieci, jest nadpalona. – Nie mamy pojęcia, kto to może być – mówi batiuszka. – Może Żydzi? Może Polacy? Może nasi, Ukraińcy, którzy się schronili na czas, gdy szedł tu front? Nie wiem. Rozmawiałem z mieszkańcami Trościańca, a także z wieloma historykami i nikt nie wie, jak tę zagadkę rozwiązać. A co do nazwisk, które pan podawał… – Olchowicz i Klimczuk. – Tak… Klimczuków żadnych nie pamiętam, ale nie znaczy, że ich nie było, bo ja tu jestem dopiero kilka lat, ludzi z czasów wojennych po prostu nie znałem. Olchowicz natomiast to bardzo popularne we wsi nazwisko. Zaraz pana skieruję do kilku osób. Pyta pan, co myślę o tej sytuacji. Myślę, że czasów wojennych nie można mierzyć dzisiejszą miarą. Polacy wtedy walczyli z Ukraińcami, Ukraińcy z Polakami. Trudno wskazać, kto zaczął, kto kogo bardziej skrzywdził. Takie

rachunki nie mają dziś sensu. Pyta pan, co uważam o postawie tych dwóch mężczyzn. Nie umiem zajrzeć im do głowy; ocenić, co nimi kierowało. Dlaczego się tak zachowali. Oczywiście, jeżeli w ogóle te relacje są prawdziwe. Lepiej, żeby zapytał pan kogoś, kto ich znał. Prosto, jak pan pójdzie tą drogą, wyjdzie pan na dom Olchowicza, który był tu naczelnikiem gminy; na jego posesji jest nawet loch, jeszcze z czasów polskich. Ale on wojny nie pamięta. Lepiej niech pan idzie do Oleksandry Musijewny, mieszka z córką i wnukami przy wylotówce na Kiwerce. To najstarsza mieszkanka Trościańca. Może to jakiś jej krewny?

4 – Pan z Polski przyjechał? To powiem panu, że Polacy ładnie nas w czasie wojny ganiali… Oleksandra Musijewna Olchowicz jest wysoka jak osika i mimo że ma ponad 90 lat, nie pochyliła się jeszcze ku ziemi. Dom córki jest murowany, ze szklanymi ornamentami wokół okien. Babcia rysuje drewnianą lagą w powietrzu nieistniejące już domy, futory, strugi i potoczki. – Jak byłam już podrośniętą panną, to nam Polacy Trościaniec spalili. A tak. Niech pan tak nie patrzy. Atakowali banderowców, banderowcy im uciekli, to spalili wieś. Lato było, pamiętam to bardzo dobrze. No, może nie całą wieś, ale sporo domów spłonęło. W czasie wojny wszystkie chaty były z drewna, jak się jedna zajęła, to szło na pół wsi. Jeśli więc to wujek Olchowicz im powiedział, gdzie i kogo mają zaatakować, to źle zrobił. Zrobił dobrze dla Polaków, a źle dla Ukraińców. Jak to nazwać? Sam niech pan sobie odpowie. Na wasze Przebraże mówiliśmy „Warszawa”, bo tam przecież sami Polacy byli; wszyscy wasi tam jechali. Napadali stamtąd na Ukraińców, a Ukraińcy napadali na nich, nie powiem, równo się wtedy siekli. A my,

z moimi rodzicami, uciekliśmy do lasu, bo kto nie uciekł, to zabijali i palili chaty. Mieszkaliśmy w lesie przez dobrych kilka miesięcy. Kobiety nawet rodziły w tym lesie, bo jakby wróciły do chaty, strach był, że zaraz Polacy napadną. U was tego raczej nie mówią, że nas Polacy z Przebraża nie raz i nie dwa łupili, co? A czas był taki, że nic nie mieliśmy do jedzenia, nawet chleba nie było. Więc sąsiadka mówi któregoś dnia do mnie: „Chodź, Siania, bo tak na mnie i rodzice mówili, Siania, wasza chata blisko, przyniosę do was zakwas i napieczemy”. Mama moja pokiwała głową na „tak”: „Idźcie, zapalisz w piecu, napieczecie”. Tak zrobiłyśmy. Poszłyśmy do chaty, napaliłam w piecu, czekamy, ale w którymś momencie coś mnie tknęło. Wychodzę, patrzę, a przy szkole rolniczej stoi Niemiec i dwóch Polaków. Krzyczę od razu: „Ciociu, uciekamy!”. Czasy były takie, że naprawdę nie było na co czekać. Zostawiłyśmy chleb i biegiem do lasu. Jeszcze nie dobiegłyśmy, a już chata w ogniu stała. Pewnie myśleli, że dla bulbowców** chleb pieczemy. Bulbowcy Polaków zaczepiali, a oni się mścili na nas, bezbronnych. Nie było się gdzie podziać, musieliśmy iść mieszkać daleko, aż do wsi Czetwertyń, gdzie Polacy się bali chodzić; tam żeśmy siedzieli całą zimę u dobrych ludzi. Sąsiadowi, który miał dom tuż obok naszego, też spalili. A Olchowiczów, tych, co pan o nich pytał, dom przetrwał. Czy to dlatego, że Olchowicz im pomagał? Nie wiem. Pierwsze słyszę, że była taka sytuacja. Że on lubił komunizm, to pamiętam, ale żeby iść do Polaków i im mówić, jakie banderowcy mają plany? O tym nie słyszałam. No, moim zdaniem źle zrobił. Banderowcy to przecież byli Ukraińcy, walczyli o wolną Ukrainę. Ale o tym, że wujek Olchowicz tak postąpił, nikt u nas nie wiedział. O Klimczuku nic nie powiem, bo go nie znałam, ale ten Olchowicz to był mój daleki krewny, wujku do niego mówiłam. Przed wojną, jeszcze zanim nam dom wasi Polacy spalili, mieszkaliśmy niedaleko siebie na futorze. Strug

się na ten futor mówiło. Gospodarzem był dobrym. Czarne włosy, wysoki, czerniawy. Dziewczynom się podobał, ale jak ja go znałam, to już miał żonę i dzieci – Marusię, Jewę, Polę, i synka Żenię. Chodziłam do tych jego dzieci prawie codziennie, zwłaszcza do Jewy, bo ona była z mojego rocznika i się kolegowałyśmy. Miły był, uczynny. Pola wzięła mojego wujka za męża. Mykoła, on jeszcze żyje, ma 95 lat. To mojej córki ojciec chrzestny, możecie spróbować do niego iść, on na pewno Sydira pamięta. Coś by na pewno opowiedział, bo on ode mnie jeszcze starszy. Ale podobno z nim już słabo. Tak mówią, ale co wam szkodzi podjechać i zobaczyć?

5 Oleksandra Musijewna Olchowicz mówi, że przebrażacy spalili Trościaniec. Natomiast Henryk Cybulski pisze, że po lipcowym rozbiciu garnizonu UPA zebrał starszych ukraińskich gospodarzy i powiedział im, że nikomu włos z głowy nie spadnie. Że Polacy z Trościańca walczą nie z Ukraińcami, ale z nacjonalizmem, który zasiał niezgodę między niedawnymi sąsiadami. Robert Niedźwiedzki w swoim opracowaniu o Trościańcu pisze jednak, że rzeczywiście spalono w trakcie tego ataku kilka chałup – „celem pozbawienia kwater UPA”. I że dwa miesiące później, we wrześniu, Niemcy, być może pod wpływem donosu Polaków z Przebraża, spalili dużą część wsi. Ukraińscy historycy zarzucają polskiej samoobronie terroryzowanie sąsiednich wsi. Podobnie mówi 95-letni Musij Paszczuk, niewysoki, pomarszczony jak rodzynek mieszkaniec wsi Horajmówka niedaleko Maniewicz, który w sierpniu 1943 roku brał udział w ataku na Przebraże. – Wcale nie chcieliśmy nikogo atakować. Nie miałem nawet broni, człowiek złapał, co miał, i poszedł, bo Polacy nie dawali nam żyć – twierdzi.

Kiedy Paszczuk mówi o Sydirze Olchowiczu i Nikiforze Klimczuku, aż zaciska pięści ze złości. – To byli zdrajcy. Prawdziwi zdrajcy. Nikt nie szedł na Przebraże, żeby zabijać niewinnych ludzi. Szliśmy, bo przebrażacy nie dawali nam spokojnie żyć. Nie dawali nam zbierać zboża. Napadali na nas, zabijali niewinnych ludzi. UPA nas broniła przed Polakami, a nie odwrotnie. Oni nam wbili nóż w plecy. Nie są prawdziwymi Ukraińcami. Mam nadzieję, że los ich pokarał za to, co zrobili. Henryk Cybulski przyznaje w swoich wspomnieniach, że w grupie 20 tysięcy ludzi zdarzali się tacy, którzy korzystali z okazji i okradali Ukraińców z bydła lub jedzenia. – Ale wszystkie takie akty były natychmiast przez nas karane, z karą śmierci włącznie – podkreśla. Przebrażacy mówią, że jeśli napadali na ukraińskie wsie, to tylko na takie, w których banderowcy zakładali swoje bazy. I że nigdy nie atakowali cywilów. Kto mówi prawdę? Wszyscy. Tylko że każdy swoją. Każdy ma tu swoją pamięć. Każdy ma swoją historię.

6 Idę do Mykoły Olchowicza. Może coś wie o teściu? To dom na samym końcu wsi. Pukam, obchodzę dom dookoła. Wygląda na to, że ktoś jest w środku – z komina leci dym, drzwi nie są nawet zamknięte na klamkę. Ale jak pukam albo wołam, nikt nie otwiera. Może mnie nie słyszą? Wkładam głowę do pierwszej izby. Mykoła, zięć Sydira Olchowicza, leży w łóżku szczelnie opatulony pierzyną. Patrzy na mnie, ale jakby mnie nie widział. Jakbym był zrośnięty ze ścianą. Oddycha ciężko, zamyka oczy. Po chwili znów je otwiera. Znowu

zamyka. W piecu strzelają namokłe na deszczu polana. Nie porozmawiamy. Delikatnie zamykam drzwi i jadę dalej.

7 Siwe włosy opadają jej spod chusty na twarz. Jest poważna i skupiona; wie, że jest jedyną osobą, która ma książki o Trościańcu, i jedyną, która wie, co i jak można w tych książkach wyszukać. – Jak kiedyś mnie zabraknie, to sobie nie poradzą – mówi, kiwa smutno głową, dodając coś, co ludzie jej podobni mówią dziś na całym świecie: że nowe pokolenie niczym się nie interesuje, nic tylko komputery; w tonie jej głosu czuć jednak, że los strażniczki pamięci ważnej, było nie było, miejscowości bardzo jej odpowiada. Nazywa się Antonina Panasiewna Hołub i jest emerytowaną nauczycielką trościanieckiej szkoły. – Dalej mam kilka godzin historii i kilka w bibliotece – podkreśla. – Co do Olchowicza, to niewiele wiem. Sama go nie pamiętam, ale spróbuję się dowiedzieć, gdzie żyją jego dzieci. Natomiast Klimczuk… Coś mi to nazwisko mówi. Musiałam je gdzieś widywać, i to często, bo mam je wdrukowane do głowy. Poczekajcie, będziemy szukać – mówi i nurkuje do szuflady, z której wyciąga po kolei: fotografie trościanieckich przodowników pracy, zdjęcia z otwarcia kołchozu, wspomnienia weteranów II wojny światowej… Antonina Panasiewna szpera w tej szufladzie przez dłuższą chwilę, aż coś znajduje. – O, jest! – cieszy się wreszcie. – Jego fotografia – i wyciąga portretowe zdjęcie przystojnego mężczyzny z czarnymi włosami. – Już wiem, dlaczego to nazwisko tak dobrze pamiętam. Przez cały komunizm ten wasz Klimczuk wisiał w naszej szkole na gazetce ściennej. W naszej wsi byli z niego bardzo dumni, był naszym delegatem do Zgromadzeń Narodnych Zachodniej Ukrainy, takiego niby-parlamentu, który zwołał Stalin i który przyłączył Ukrainę Zachodnią do

ZSRR, znacjonalizował banki i zabrał ziemię Cerkwi prawosławnej. Ludzie go wybrali, bo był bardzo aktywnym komunistą, czytam tu, że był nawet w rewkomie, komitecie rewolucyjnym, który miał szerzyć komunizm na Trościaniec i okolice. Ale przyszło nowe i gazetkę z bohaterami komunistycznymi kazali zdjąć; dlatego mam go w szufladzie, a nie na ścianie. Teraz, zamiast przodowników, wisi u nas gazetka z wizytą jakiegoś prawosławnego archimandryty u naszej cudami słynącej Matki Boskiej Trościaneckiej. O, tu jest napisane, że Klimczuk zginął w czasie II wojny światowej. Chwała bohaterom. Ale jak zginął i gdzie? – nie wiem. Jego córka Jewa zmarła 5 lat temu. Dzieci nie miała Może ona coś wiedziała, ale niestety. Spóźniliście się.

8 Tadeusz Wolak, zwiadowca z Przebraża: – W ogóle mnie nie dziwi, że ten człowiek był komunistą. Komuniści bardzo nam pomagali. Ojciec Kateriny, żony Drzewieckiego, też był przed wojną trochę komunizujący. To było typowe dla tych terenów; dużo komunistów widziało się wśród Ukraińców i w Trościańcu, i w Kołkach, i w innych okolicznych miejscowościach. Pamiętam, że zawsze przed 1 Maja policja ich zamykała, a po 1 Maja wypuszczała, żeby nie robili żadnych burd na swoje święto. I powiem panu, że później, jak już mieliśmy zwiad, Drzewiecki, dzięki teściowi, dobrze wiedział, kto jest komunistą w naszej okolicy. A komuniści nienawidzili banderowców tak samo jak my. Można było do nich iść i zdobywać informacje, bo przecież oni mieli dostęp do takich wiadomości, o jakich my nie mieliśmy pojęcia. W Kołkach była wielka baza UPA. Ludzie od razu widzieli, że jest jakiś wzmożony ruch. Że się organizują. Że ktoś ważny przyjechał. A w mniejszych wioskach zaraz wiedzieli, że było zebranie, i mówili, że

tego a tego dnia będzie atak na polskie wsie. Choć czasem nie mogliśmy powiedzieć, że jesteśmy z Przebraża, bo ktoś banderowców nie popierał, ale nie znaczyło to wcale, że będzie popierał polską samoobronę. Cośmy wtedy robili? Mieliśmy mundury sowieckich partyzantów. Zakładaliśmy czapki z czerwoną gwiazdą, ja się nauczyłem rosyjskiego, i tak przebrani, szliśmy do upatrzonych gospodarzy. Udawaliśmy Rosjan. Ci komuniści często nawet nie wiedzieli, że tak naprawdę pomagają Polakom. Druga grupa, która była bardzo pomocna, to tak zwane sztundy. Tak się mówiło na Wołyniu na wszystkie nowe ruchy religijne – świadków Jehowy, pięćdziesiątników, adwentystów. Oni byli absolutnie przeciwko zabijaniu, a ponieważ widzieli, że to my jesteśmy słabsi, bardzo chętnie nam pomagali. Do nich właściwie w ciemno. Wiadomo było, że nie doniosą, a jeśli będą coś wiedzieli – powiedzą. Bez Ukraińców, którzy nam pomagali, którzy często ryzykowali życiem, przekazując nam ważne informacje, ciężko byłoby utrzymać Przebraże. Nieraz ratowali nam życie.

9 Był 8 maja 1945 roku, ostatnie godziny II wojny światowej. Generałowie siedzieli przy stole; dokument kapitulacji Niemiec mieli już gotowy. Ba, podpisali go nawet dzień wcześniej w zdobytym przez aliantów Reims. Tyle że ten pierwszy dokument nie podobał się Stalinowi. On chciał, by kapitulację Niemiec podpisano w Berlinie, zdobytym przez ZSRR. Francuski generał Jean de Lattre de Tassigny opóźniał to podpisanie, jak tylko umiał. Dzień wcześniej jego kolega mógł tylko biernie patrzeć, jak alianci dogadują się z Niemcami. Generał de Gaulle wrzeszczał więc, że jeśli de Lattre de Tassigny nie podpisze się na akcie kapitulacji, może nie wracać

do Francji. Francuski generał na przemian więc płakał i groził, a kiedy alianci nie dopuszczali go do stołu, zagroził samobójstwem. – Niech się zabije i za mnie. Mógłby podpisać ten akt i po stronie zwycięzców, i przegranych – pomstował feldmarszałek Wilhelm Keitel, jeden z bliższych współpracowników Hitlera. Godziny mijały, był już wieczór. Sydir Olchowicz i jego koledzy biegli na obrzeżach Berlina w stronę pociągu. Gdzie mieli jechać tym pociągiem? Nie dojdziemy. Nie wie tego żadna z dwóch jego córek. Maria, siwa jak gołąb siedemdziesięciolatka, z włosami zaczesanymi do tyłu. Ojca nie pamięta, choć do dziś mieszka w jego wsi, w Trościańcu, niedaleko cerkwi, w której podziemiach batiuszka znalazł kilkadziesiąt czaszek. Pomogła nam ją znaleźć nauczycielka Antonina Panasiewna Hołub. Jewa mieszka w Czerwonogradzie. Jak przez mgłę pamięta dzień, w którym przynieśli pochronne – wojskowe pismo, że ojciec nie żyje. Musiał się trafić jakiś nadgorliwy żołnierz, że mu się jeszcze chciało strzelać. Hitler nie żył od niemal dziesięciu dni. Widać było gołym okiem, że koniec wojny to kwestia godzin. A jednak ktoś strzela do Olchowicza. Raz strzela. Trafia w brzuch. Olchowicz umiera na miejscu. Kilka godzin po jego śmierci feldmarszałek Keitel podpisuje wreszcie w imieniu Niemiec akt kapitulacji, a marszałek Żukow, zdobywca Berlina, wznosi toast za zwycięstwo, a później pije do wczesnego ranka wódkę i zadziwia wszystkich swoją sprawnością, tańcząc kozaczoka. Na całym kontynencie wybucha euforia. Koszmar się skończył. Generał de Lattre de Tassigny dopiął swego. Po stronie aliantów, obok Anglii, Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego, widnieje jego podpis. Gdyby się tak nie upierał, Olchowicz być może przeżyłby wojnę.

Gdzie i w jakich okolicznościach zginął Nikifor Klimczuk, nie udało się ustalić.

10 Samoobrona Przebraża to jeden z najbardziej niezwykłych epizodów II wojny światowej. Niewykształceni w większości chłopi z tej miejscowości tylko dzięki swojej intuicji oraz talentom politycznym i wojskowym uratowali od śmierci ponad 10 tysięcy osób, które schroniły się tu przed UPA. Grozili im i Niemcy, i banderowcy, i Sowieci. Ale ze wszystkimi umieli sobie poradzić – raz siłą, innym razem sprytem lub brawurą, jeszcze innym razem – przekupstwem, bo kiedy zabrakło im amunicji, Malinowski znów pojechał do Kiwerc, tym razem zaopatrzony w złote monety dla komendanta garnizonu, a także w szynkę, dwie gęsi i pół litra samogonu dla wartowników z magazynu broni. Tadeusz Wolak: – Czasami udawaliśmy banderowców. I jako ci „banderowcy” napadaliśmy na Niemców. Niemcy się bronili, aż nagle, niespodziewanie, przychodził im z odsieczą… polski oddział z Przebraża. Wszystko oczywiście było z góry przygotowane, wyreżyserowane. Dzięki temu Niemcy nigdy nas nie zaczepiali, wręcz uważali nas za swoich sojuszników. Jednocześnie musieliśmy dobrze żyć z partyzantami radzieckimi. Chodziliśmy z nimi na akcje; korzystali też z doniesień naszego wywiadu. Kiedy banderowcy przypuścili największe uderzenie na Przebraże, przetrwaliśmy tylko dzięki Sowietom. Pan Jan: – Na koniec przywódcy Przebraża uratowali swoich ludzi jeszcze przed jednym kataklizmem. Przyjechał „Adam”, łącznik Armii Krajowej, i kazał wszystkim uzbrojonym mężczyznom przyłączyć się do tworzonych

oddziałów. Przebrażanie mu na to odpowiedzieli, że Niemcy i Ukraińcy wciąż są groźni i że jak mężczyźni wyjdą, wieś zostanie wymordowana. Mieli rację. Ale łącznik z AK zaczął krzyczeć i grozić sądem polowym za niesubordynację. To było takie typowe myślenie panów z AK: cywile nieważni, liczy się tylko Ojczyzna. Dokładnie w ten sposób załatwili przecież Warszawę powstaniem, w którym też nikt nie pomyślał o cywilach. A w Przebrażu pomyśleli. I wie pan co? Pogonili tego łącznika. Mój ojciec z pierwszej ręki słyszał tę historię. Do AK poszło od nas zaledwie dwóch, może trzech mężczyzn. Ale wioskę udało się uratować. Profesor Władysław Filar, pochodzący z Iwanicz badacz rzezi wołyńskiej: – Historia Przebraża jest naprawdę niezwykła. I to, że tak dużo ludzi udało się uratować. I to, że nie byłoby to możliwe, gdyby nie pomoc sąsiadów Ukraińców.

11 Maria Sydiriwna, córka Sydira Olchowicza, o ojcu mówi niechętnie, bo i o czym ma mówić. Ciężko było matce samej, z trójką dzieci. Jak tylko trochę podrosły, każde poszło do pracy. Ona – do kołchozu, potem do spółdzielni spożywczej, gdzie pracowała jako buchalter – jeździła po sklepach i robiła remanenty. – Kiedyś ludzie się mnie bali, byłam ostra – mówi. – Dopiero teraz, jak się postarzałam, nabrałam łagodnego wyglądu – mówi i trochę się uśmiecha, a trochę nie. – Pytacie o mojego ojca. Niestety, nie pamiętam go wcale. Jak się urodziłam, już był na wojnie. Nie wrócił. Co więcej mogę powiedzieć? – wzrusza ramionami. Ale po chwili mówi coś jeszcze. Powiada, że teraz ma na głowie ważniejsze sprawy. Rosyjski prezydent Władimir Putin wojuje z Ukraińcami i wnuk Marii Sydiriwny, prawnuk Sydira Olchowicza, o którego pytamy, właśnie został wezwany do armii. Ma 21 lat i imię po pradziadku. Sydir. Komisja poborowa orzekła, że jest zdolny do służby, więc od miesiąca siedzi

w koszarach na wschodzie Ukrainy, gdzie w krótkim czasie z cywila ma się przemienić w żołnierza.

Maria, córka Sydira Olchowicza. Do dziś mieszka w Trościańcu fot. Witold Szabłowsk

Wiem od ludzi z innych wiosek, że młodzi chłopcy masowo się od tej służby wymigują. Idą tylko ci, którzy naprawdę chcą walczyć za ojczyznę. Albo ci, którym nie ma kto pomóc finansowo. Podobno wystarczy tysiąc dolarów; czasami mniej. Tysiąc dolarów to na Ukrainie majątek. Ale jak ktoś ma do wyboru oddać życie za ojczyznę albo ten tysiąc uzbierać, to uzbiera, choćby miał iść do piekła i wyrwać go szatanowi z gardła. Czy więc wnuk Marii Sydiriwny jest patriotą, który chce walczyć na wschodzie kraju? Czy po prostu próbował zejść do piekła, ale szatana akurat nie było i nie miał jak uzbierać tysiąca dolarów? Chcę zapytać, ale kiedy widzę, jak Maria Sydiriwna płacze, odpuszczam. – Już jeden w tej rodzinie zginął na wojnie – mówi babcia Sydira Olchowicza, który właśnie gdzieś czeka na wysyłkę na front. Mówi córka

Sydira Olchowicza, który pomógł uratować kilkanaście tysięcy Polaków od śmierci, a sam nie doczekał końca wojny. * http://wolyn.ovh.org/opisy/troscianiec-07.html. ** W wołyńskich wioskach wielu ludzi używa tej nazwy, powstałej od nazwiska Tarasa Bulby, również przywódcy ukraińskiej partyzantki, który jednak skłócił się z banderowcami. Podobno poszło o stosunek do Polaków – Bulba miał być przeciw ich zabijaniu. Banderowcy napadli na Bulbę, rozbili jego oddziały i zabili mu żonę. Ale zazwyczaj, gdy mieszkańcy Wołynia mówią o bulbowcach, chodzi im o banderowców.

IV Szukam rodziny pani Hani, dziewczynki znalezionej po masakrze w Gaju i wychowanej przez ukraińskie małżeństwo Bojmistruków. Nie mam pojęcia, czy to w ogóle możliwe. Minęło 70 lat, z Gaju ocalało bardzo mało ludzi. Trzeba by naprawdę wielkiego szczęścia, żeby przeżył akurat ktoś z bliskich małej dziewczynki. Dzwonię do najstarszej dziś mieszkanki nieistniejącej już wsi, Stanisławy Szewlakow. – Mój tata i macocha w 1943 roku mieli malutką córeczkę – mówi mieszkająca dziś we Wrocławiu pani Szewlakow. – W czasie masakry w Gaju już nie mieszkałam – wyjechałam do szkoły do Łucka. Ale sąsiadka widziała, że tatę zabili przy kuźni, a macocha uciekała z dzieckiem w pole. Banderowiec do niej strzelił, ona się przewróciła, ale upadła na dziecko. Rok później spotkałam w Łucku Edwarda Babulę, gospodarza z Gaju. Jeden z banderowców wykłuł mu oko bagnetem, ale przeżył. Udało mu się uciec. Mówił, że już po masakrze widział to dziecko żywe. Matka leżała martwa, a ono próbowało ssać jej pierś. Babula nie mógł go ratować, bo sam wtedy uciekał przed banderowcami. Zabiliby i jego, i tę dziewczynkę. Czy Hania to może być moja siostra? Nie sądzę. Z tego, co pan mówi, wynika, że dziecko, które znaleźli Ukraińcy, umiało już kilka słów powiedzieć. Ta moja przyrodnia siostrzyczka była na to za mała. Ale niech pan wypyta dokładnie Ukraińców. Z Gaju do Kaszówki było 2 kilometry. Ludzie się dobrze znali. Wtedy na pewno wiedzieli, z czyjego podwórka tę dziewczynkę biorą. Ba, tylko że ja już próbowałem! Wiele razy brałem mieszkańców Kaszówki na spytki. Też mam wrażenie, że starsi mieszkańcy wiedzą. Ale powiedzieć nie chcą. Co robić?

Przy pierwszej okazji jadę z Kaszówki do Kuźniecowska. To małe miasteczko, które trudno przegapić – gdy tylko wyjedzie się z lasu, z daleka widać pięć wielkich kominów Rówieńskiej Elektrowni Atomowej, młodszej siostry tej z Czarnobyla. Tu, na osiedlu Waraż, mieszka pani Hanna Kisiel. Z jej okna widać jeden z bloków elektrowni. Pani Hanna urodziła się w Gaju. Po wojnie, gdy wieś przestała istnieć, zamieszkała z rodzicami w Kaszówce, a po śmierci męża przeprowadziła się do córki, właśnie do Kuźniecowska. Mam nadzieję, że poza Kaszówką łatwiej odpowie na pytania o Hanię. Tam ludzie niechętnie mówią o tej sprawie; jeden drugiemu patrzy na usta. Może tu będzie łatwiej? – W Gaju było tylko kilka rodzin ukraińskich – mówi pani Hanna. – Nikt się nie spodziewał, że któregoś dnia przyjdą takie straszne dni. Byłam małą dziewczynką, ale pamiętam to bardzo dobrze, jak waszych ludzi przyjechali mordować. Nam ojciec kazał się schować do piwnicy – niby mordują tylko Polaków, ale kto wie, czy coś im nie wpadnie do głowy? Do nas też przyjeżdżał jeden banderowiec, ale Ukrainiec z sąsiedniej wsi zaświadczył, że jesteśmy Ukraińcami, i nic nam nie zrobili. Gdyby nie on, kto wie, czyby nas nie wzięli za Polaków. Jakieś dwa dni później, kiedy Ukraińcy już odeszli, przyszedł polski oddział partyzancki. Popatrzyli na to, co się stało i… z zemsty za waszych zabili moje dwie siostry. Do jednej strzelili z daleka, a drugą Polak siekierą zarąbał. Rozmawiamy jeszcze chwilę o życiu w Gaju przed wojną. A potem zaczynam podpytywać o Hanię. Pani Hanna po wojnie mieszkała w Kaszówce. Musi znać jej historię. I zna. Mieszkały niedaleko siebie. Pamięta, że Hania zawsze chodziła bardzo ładnie ubrana. – A kim byli jej rodzice? – pytam po kwadransie. – Polscy rodzice – dodaję szybko. – To co, pan nie wie? – dziwi się pani Hanna. – Pamiętam jej ojca. Niech pan weźmie kartkę i zapisze nazwisko.

V Tydzień z życia mężczyzn Pociąg z Petersburga ospale wjeżdża na peron dworca w Szczecinie. Jest piąta rano 18 września 2003 roku. Jarema Krasowski, 60-letni mężczyzna z wąsem, spokojnie czeka, aż wysypie się z niego tłum handlarzy, którzy w kraciastych torbach wywożą z byłego Związku Radzieckiego wszystko, co da się spieniężyć – od wódki po zapakowane w małe foliowe woreczki żółwie stepowe. Jarema wychodzi jako jeden z ostatnich, ziewa, zapala papierosa, rozgląda się po peronie. Kierowca, którego ojciec wysłał na dworzec, znajduje go od razu. – Wyglądacie identycznie. To aż nieprawdopodobne – mówi. Jarema zapamięta to zdanie na całe życie, bo to niezwykłe. Że można być podobnym do kogoś, kogo się nigdy nie widziało. Że można być identycznym. Od dziecka słyszał, że ojciec nie żyje. Wojna, krzyk, kula. O czym tu mówić? Pytać nie ma sensu. Matce i tak nie było łatwo po wojnie, na Wołyniu, z synem pół-Polakiem. Aż nagle taka wiadomość, po 60 latach. Żyje. Czeka. Masz tu, chłopie, numer. Dzwoń. Jarema zadzwonił. – Przyjeżdżaj, syneczku. Przyjeżdżaj – powiedział ojciec. Więc przyjechał. Idą z kierowcą do samochodu. Jarema rzuca okiem na dworzec, na kilkanaście volkswagenów i mercedesów z napisem taxi, do których

handlarze ładują swoje torby. Na Odrę, z której wystają wyspy Jaskółcza i Przymoście. Wyjmuje z paczki jeszcze jednego papierosa. Zaciąga się dwa razy, bardzo mocno, aż do spodu płuc. – Pajechali – mówi wreszcie i rzuca wypalonego do połowy peta na chodnik. Czwartek

1 W kawalerce ojca wszystko przygotowane jak na wesele – albo na stypę, zależy, czy ktoś widzi szklankę do połowy pustą czy pełną. Jarema raczej widzi pustą. Wujek Andriej, z którym mieszkał w poprzednim życiu, we wsi Iwanicze na Wołyniu, mówił mu zawsze: „Po to nas Pan Bóg stworzył, żebyśmy cierpieli”. Jarema nie ma więc złudzeń i gdziekolwiek los go rzuci, wie, że jest tam, by cierpieć. Na stole są jajka, wędlina, chleb, jakieś sałatki, ciasto. Postarał się. Ale na początku i tak nie wiadomo, co powiedzieć. Od czego zacząć, gdy nagle trzeba komuś opowiedzieć całe życie? I mówić „tato”? Czy jakoś zgrabnie omijać to słowo?

Jarema Krasowski w swoim domu w Pieczorach w Rosji fot. Witold Szabłowski

Na szczęście ojciec nie mówi nic, tylko chwyta go mocno i przytula. Rzeczywiście są podobni. Taki sam nos. Szyja. Podbródek. Wzrostu są podobnego. – Synek – mówi ojciec, Jerzy. – Mój synek. 85 lat musiałem żyć, żebyśmy się spotkali – płacze. A potem siadają za stołem i ojciec pyta, co słychać. „Jak ja mam, job twoju mać, odpowiedzieć na takie pytanie?” – zżyma się w myślach Jarema. – Od czego zacząć? Przecież nie od tej ciepłej lipcowej nocy, której nie pamięta, a która zaważyła na całym życiu ich obu; tej nocy, kiedy szukali ich z pistoletem i widłami. To byłoby nietaktowne zaczynać od takiej sprawy. Więc znad jajek, wędlin, ciasta i sałaty Jarema opowiada ojcu, jak walił się Sowiecki Sajuz, jak wyrzucili go z Estonii, gdzie mieszkał pół życia, i jak musi sobie wszystko układać na nowo. – A było to tak, tato – mówi – po wojsku pływałem na kutrach

torpedowych, zacząłem pracę w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Poszedłem tam, bo można było dostać mieszkanie, a ja do Tallina przyjechałem prosto z Wołynia i po wojsku mieszkałem kątem u znajomych. Miałem dziewczynę, chciałem się żenić. Potrzebowałem mieszkania. Najpierw ochraniałem obiekty strategiczne. Z czasem dostawałem coraz poważniejsze stanowiska, aż w połowie lat osiemdziesiątych zostałem naczelnikiem więzienia w Tallinie. Tyle że mniej więcej w tym samym czasie gówniarzeria z różnych republik zaczęła swoje protesty. Michaił Gorbaczow, pierwszy sekretarz partii komunistycznej, wprowadzał reformy, które może i były potrzebne, ale on był za miękki, żeby je przeprowadzić. A jak Pierwszy jest miękki, wszyscy to widzą. Czują, że coś może łupnąć. I każdy szarpie jak najwięcej dla siebie. Trudno o większego pecha, tato. Świat, który sobie z takim trudem budowałem, zawalił się w momencie, kiedy byłem jeszcze młody, miałem dużo siły, a już doszedłem wysoko. Ale to było nie do zatrzymania. W moim więzieniu siedzieli jacyś estońscy opozycjoniści. Takie figury, że ojojoj, krzyknąłeś głośniej, to się chowali. Ale chcieli być ważni; poczuć, że oni też tworzą historię. Ogłosili więc strajk głodowy. Dziś pewnie piszą o nich w swoich estońskich encyklopediach. A wtedy? Cóż, ja miałem z góry instrukcje, że mają jeść. No więc wojowałem z nimi. Nie będę ci w szczegółach opowiadał, co się robi, jak więzień nie je. Ale sam powiedz – co miałem robić? Tego ode mnie wymagała partia, a kto mógł przewidzieć, że jeszcze chwila, a tej partii nie będzie?

2 Potem, tato, wszystko idzie błyskawicznie. Republiki, które przez lata całe ciągnęły z Rosji ile się da, nagle zapragnęły być niepodległe. W 1991 roku

również Estonia. I z dnia na dzień wszyscy tam zapomnieli język rosyjski. Idziesz do urzędu – mówią po swojemu. Gazetę chcesz kupić – też. Pracy żadnej nie dostaniesz, jak nie znasz języka. Mówią, że trzeba zdawać specjalne egzaminy, żeby tu zostać. Kto nie zda – won do Rosji. Ale ja się nawet nie zdążyłem zastanowić, czy chcę takie egzaminy zdawać. Bo któregoś dnia zadzwonił telefon: – Jarema Krasowski? – Tak. – Pan był naczelnikiem więzienia, w którym prowadziłem strajk głodowy. – Być może. – Panie Krasowski. Ja dziś pracuję w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych niepodległej Estonii. Ma pan miesiąc, żeby wyjechać. Inaczej trafi pan do tego samego więzienia, na moje miejsce. Co miałem zrobić, tato? Sprawdzać, czy dotrzymają słowa? Dotrzymaliby. Spakowaliśmy się z żoną i pojechaliśmy do miasteczka Pieczory, zaraz przy granicy z Estonią. Dworzec autobusowy, parczek, dwa hotele, pomnik Lenina, monastyr, szpital. Kapitaliści jeszcze supermarket zbudowali. Ot, całe Pieczory. Tak opowiada Jarema, a ojciec słucha, od czasu do czasu tylko wtrąca coś od siebie. – Ja już od dawna, synek, jestem na emeryturze, większość pieniędzy idzie mi na leki. Nogi puchną. Wzrok coraz gorszy. Serce mam słabe. Że socjalizm musi upaść, to wiedziałem od dawna. Pracowałem przy budowie Zakładów Chemicznych w Policach. Żal było patrzeć, jak oni budowali. Materiały tonęły w błocie. Urządzenia ginęły. Pamiętam, jak kiedyś bardzo drogie maszyny do kwasu fosforowego przyjechały niekompletne, bo jeden z wagonów utknął w Radomiu, a dwa kolejne… w Rumunii. Skąd one się wzięły w Rumunii? Nikt nie wiedział, ale ludziom trzeba było przez cały ten czas płacić pensje. Tak opowiada ojciec, choć obaj z synem mają poczucie, że kręcą się w miejscu; że tak naprawdę chcieliby rozmawiać o czymś innym niż o socjalizmie i jego upadku. Za oknem jest już ciemno, ale Jarema parzy kawę. Żaden nie chce się

kłaść. Szkoda czasu. Piątek

1 Ojciec i syn nie śpią prawie przez całą noc. Na przemian śmieją się, płaczą, potem znów się śmieją. Jarema rano wstaje pierwszy i smaży jajecznicę z kiełbasą. Jedzą, patrzą na siebie i zaczynają się cofać w swoich opowieściach trochę bliżej tej ciepłej lipcowej nocy, kiedy szukali ich obu.

2 – Wiesz, tato – zaczyna Jarema – zaraz po tym jak się przeprowadziłem z Tallina do Pieczor, przyszło do mnie kilku bambrów. Takich, co to jeżdżą czarnymi mercedesami, noszą ciemne okulary i mylą prawdziwe życie z amerykańskim filmem. Bandyci, że ojojoj. – Wujku, przyjechałeś z Estonii – powiedział główny bamber. – No, przyjechałem – odpowiedziałem. – Tu jest Rosja. Trzeba zapłacić, wujku. Dolary, marki. Co tam masz. – Ale za co zapłacić? – zdziwiłem się. – Żeby tu żyć – powiedział główny. – Bo jak nie, to… – i główny bamber przeciągnął dłonią po gardle. Pieczory leżą na granicy, więc tam się sporo różnych podejrzanych typów kręci do dziś. Ale wtedy, za Jelcyna, były tak bandyckie czasy, że to się już nigdy nie powtórzyło. Pomyślałem: „Jak się zacznę układać, będzie po mnie. Do końca życia będę musiał komuś płacić”.

Powiedziałem głównemu: – Podejdź bliżej, chcę ci coś pokazać. Jak podszedł, wywaliłem mu z główki z całej siły w nos. I ustawiłem gardę, jakby któryś z tych dwóch próbował go bronić. Nie próbowali. Spierdalali. Ten główny też, choć mu krew ciurkała z nosa jak z fontanny. Krzyknąłem za nimi, że następnym razem pourywam im łby gołymi rękami. – Dobrześ, synku, zrobił – mówi ojciec. I nie muszą nic dodawać. Obaj wiedzą, że od dziecka musiał się bronić. Ale skoro już poruszyli taki temat, to Jarema korzysta z okazji i taktownie przenosi się razem z ojcem do Iwanicz na Wołyniu, w lata pięćdziesiąte. – Tam też musiałem, tato, sobie radzić. Raz było takie lato, że cała wieś utonęła w kwiatach wiśni. Pachniało tak, że człowiek chodził jak pijany. Właśnie tego lata był taki jeden, co mi życie uprzykrzał. Przyjechałem z wojska, na przepustkę, z kolegami. Poszliśmy na zabawę. On był kilkanaście lat starszy, zdążył się w czasie wojny przebiec z banderowcami po lesie. Ludzie mówili, że nawet kogoś zabił. I jak on mnie, tato, zobaczył, to rzucił: „O, Polaczek. Niedorżnięty. Zaraz zrobimy z tobą porządek”. Pijany był, tato. Ale myśmy też byli pijani. Jeden kolega był pogranicznikiem, drugi z wojsk lotniczych. Jak usłyszeli, co on do mnie mówi, to go chwycili, wywlekli stamtąd i dostał porządne bęcki. Uderzył głową o asfalt. Chciał ze mną porządek zrobić, a to myśmy zrobili porządek z nim. – Ja też, synku, miałem masę problemów – wchodzi mu w słowo ojciec. – Za partyzantkę – bo ja z Iwanicz prosto do partyzantki poszedłem. Nie wiedziałeś? No to już wiesz. Miałem swój oddział. Walczyłem i z Niemcami, i z banderowcami. A po wojnie Sowieci dali mi w nagrodę trzy lata w łagrze, aż pod Riazaniem. Potem się to za mną ciągnęło. Gdziekolwiek się starałem o pracę, zjawiał się ktoś, kto mi tę partyzantkę wypominał. Leśniczym nie mogłem być, nawet ze stonką nie mogłem walczyć. Władze uważały, że jako były AK-owiec, zamiast ją zbierać, będę rozrzucał.

Sobota

1 Tego dnia rano obaj zakładają swetry, kurtki i pantofle i idą na spacer. Zachodzą do sklepu, w którym ojciec zazwyczaj robi zakupy. – To mój syn – mówi z dumą ekspedientkom, a te uśmiechają się i mówią: – Panie Jerzy, skóra z pana zdjęta! Potem kupują mięso mielone, wracają do domu i Jarema lepi z niego kotlety. – Ty, synek, zupełnie jak ja – uśmiecha się ojciec. – Wszystko sam umiesz zrobić. – Ano tak mi się, tato, życie ułożyło – mówi Jarema. – Opowiedz, synek. Opowiedz jeszcze o Iwaniczach – prosi Jerzy. Więc Jarema, z rękami utytłanymi w mięsie, bułce tartej i jajku, opowiada.

2 – Pierwsze dwa albo trzy lata po wojnie żyliśmy, tato, w domu babci. Dziadka już nie było, znam go tylko z opowiadań. Mieszkaliśmy z babci siostrą, jej mężem i jednym wujkiem. Mamą interesował się wtedy jeden chłopak z wioski. Podobała mu się jeszcze przed wojną, ale wtedy miała ciebie. Jak wyjechałeś – siedział u nas całymi dniami i mówił, że kocha. Tyle że mama cały czas miała nadzieję, że ty wrócisz. Że nas zabierzesz do Polski albo zamieszkasz z nami w Iwaniczach – wszystko jedno.

Bardzo cię kochała, tato. Bardzo. Ale ty nie wracałeś, a tamten przychodził i przychodził. I jeszcze babcia mamie tłumaczyła: „Ciężko kobiecie żyć bez mężczyzny. Po wojnie ich mało. Idź za niego”. I w końcu mama poszła. Jak wyszła za mąż, ja zostałem u babci. Miałem już sześć albo siedem lat i nie rozumiałem, dlaczego mam mieszkać z babcią. Dlaczego nie przy mamie? Jeśli ten mężczyzna ją tak kocha, to dlaczego nie może wziąć mamy razem z synkiem? Ale babcia powiedziała, że tak będzie lepiej. I że pewne rzeczy zrozumiem, jak będę starszy. I rzeczywiście. Jak dorosłem, wszystko zrozumiałem. Wszystko.

3 Po kilku latach siostra babci z mężem i wujek wyprowadzili się od nas. Zostałem sam z babcią w wielkiej, pustej chacie. Ale niedługo potem okazało się, że obok naszej wsi są pokłady węgla i że będą tam kopalnie. Babcia wzięła na kwaterę górników. Zdrowe, duże chłopy. Pokochali mnie jak swojego. I nie daj Bóg, żeby ktoś na mnie złe słowo powiedział. Kiedyś jeden facet mnie sklął, bo mu z kolegą jabłka z sadu kradliśmy. Jak oni poszli się z nim rozmówić, jak mu wytłumaczyli, że ma się tak do mnie nie odzywać, to potem z daleka nam krzyczał „zdrastwujtie”. Doszło do tego, że sam nam te jabłka przynosił. Banderowców KGB powsadzało do więzień, więc nawet jeśli komuś przeszkadzało, że się we wsi Polak uchował, to się bał odezwać. Śmieszna historia… Główny kagiebista wziął za żonę siostrę mojego ojczyma. Co w tym śmiesznego? Jeszcze ci o tym powiem. Kopalnie miały swoje numery, od I bodaj do VIII. Najbliżej Iwanicz była

piątka, w Litowiszczach, cztery kilometry piechotą. Miałem 18 lat, jak też tam zacząłem pracować. Najpierw robiłem drewniane stemple, żeby się ziemia nie osuwała. Potem wybierałem węgiel. Po dwóch latach przeszkolili mnie na kombajn. To była elita – kombajnista. Łopatą na zmianie trzeba było przerzucić kilka ton węgla. A na kombajnie – maszyna za ciebie robiła. Pieniądze były bardzo dobre, mogłem sobie wreszcie kupić ubranie, bo wcześniej to się sznurkiem obwiązywałem, żeby mi spodnie po wujku nie spadały. Biednie żeśmy żyli, tato. Jak było lato, jedliśmy szczaw, pokrzywę, mlecz, podagrycznik. Zimą czasem się nie dojadało. Mamie się powodziło trochę lepiej, ale nie na tyle, żeby nam pomagać. Ojczym pracował w składzie drewna, potem w zakładach cukrowniczych w magazynie. Dom pobudowali. Mieli dwójkę dzieci, syna i córkę. Rzadko do nich chodziłem. A jak już szedłem, to u rodzonej matki się czułem jak w gościach. Nie powiem, zawsze było wszystko ładnie podane; jeść dała, wypić dała. Ale jak jej mąż przychodził z pracy, mówiła: „Idź już, synek, do domu”. To szedłem. Co jej miałem odpowiedzieć? Jej też nie było lekko. Wiem, że mnie kochała, bo pamiętam ostatnie lata wojny. W domu babci zatrzymała się na kilka dni brygada niemieckich czołgistów, co wracali z nieudanej wyprawy na Moskwę. Normalni faceci, po dwadzieścia parę lat mieli, a ich dowódca może trzydzieści. I pamiętam, jak wystrojonego w piękne białe ubranko biorą mnie na czołg. Pokazują mi, gdzie się patrzy, na co naciska. Sadzają na lufie. I siedzę dumny jak kogut. Mama się strasznie wściekła, bo przy okazji wymazali mi to białe ubranko smarem. Krzyknęła. Dała w tyłek. A ten dowódca z wściekłości prawie zaczął strzelać. Że jak ona śmie bić taką kleine Puppe.

Kleine Puppe. Zawsze to będę pamiętał. I będę pamiętał to ubranko. Bo jak byłem mały, to zawsze byłem pięknie ubrany. Czułem się zadbany i kochany. Skoro matka mnie tak pięknie ubierała, to chyba musiała kochać, no sam powiedz. Ale potem zjawił się ojczym i się to skończyło. Powiem ci coś, tato. Mama mówiła, że po śmierci nie chce z nim leżeć. Pochowana jest z babcią i dziadkiem, a nie ze swoim mężem. On leży sam.

4 Ojciec słucha tego wszystkiego, kiwa głową, ale nie podejmuje tematu, który Jarema rzucił już dzień wcześniej, niby od niechcenia, choć z rozmysłem. Mógłby zapytać: „Co wtedy, synku, zrozumiałeś? Co miała na myśli twoja babcia? O co chodziło?”. Jeśliby zapytał, dowiedziałby się. Ale nie pyta. Zamiast tego opiera się dwoma rękami o laskę, zawiesza wzrok między telewizorem a lampą, którą dostał na odejście z Zakładów Chemicznych w Policach, i zaczyna mówić o sobie. – Wiesz, synek, ja w Iwaniczach się znalazłem trochę przypadkiem. Ale zacznę od początku, bo pewnie chciałbyś się dowiedzieć czegoś o swoich dziadkach. Urodziłem się w 1918 roku. Byłem szóstym dzieckiem moich rodziców, ich pierwszym i jedynym synem. Ojciec był leśniczym w Kisielinie, a mama prowadziła majątek w Czerniakowie. Pomagałem im obojgu. Piękne to były lata. W dzień praca, wieczorami spotkania z kolegami.

Uczyłem się jazdy konnej – ojciec miał w leśniczówce dwa wierzchowce, skakałem na nich przez szlabany, rowy i powalone drzewa. Uwielbiałem też polować na kaczki. Ale ojciec zabronił mi tego, po tym jak niechcący postrzeliłem starą Ukrainkę, która zbierała w lesie jagody. Ojca kosztowało to sto złotych – równowartość krowy. Dzięki temu Ukrainka nie wniosła sprawy do sądu. Przed wojną byłem w polskiej szkole dla oficerów. Jak Hitler napadł Polskę, zostałem powołany, nawet ranny w nogę. Długo żeśmy nie powalczyli. Wróciłem z frontu na Wołyń, ale tam już byli Sowieci i musiałem się ukrywać. Ludzie mówili, że najlepiej znaleźć pracę, wtedy nie wywiozą mnie na Sybir. Ale jaką pracę można znaleźć w czasie wojny, pod sowiecką okupacją? Na szczęście w niedługim czasie odwiedził moich rodziców ich znajomy Ukrainiec, który był kierownikiem szkoły w pobliskich Niskieniczach. Od niego dowiedziałem się, że wciąż są wakaty dla nauczycieli. Z marszu pojechaliśmy do rejonu, do Porycka, gdzie poręczył za mnie władzom – i tak trafiłem do twojej wioski, do Iwanicz. Tam przeżyłem obie okupacje, radziecką, a później niemiecką. Zmiana okupanta niewiele wniosła: do Polaków i jedni, i drudzy mieli tak samo wrogi stosunek. Zmieniło się natomiast co innego: za Niemców twoja mama zaszła w ciążę. Nie będę ci opowiadał, jak żeśmy się poznali. Twój dziadek nie bardzo mnie lubił, to trudne sprawy… Zresztą na pewno wszystko wiesz od mamy. Przyszedłeś na świat w maju 1943 roku. W tym strasznym roku 1943, kiedy banderowcy mordowali Polaków. Jak tylko zaczęły się pierwsze zabójstwa, poszedłem z visem i dwoma granatami do rodziców do Czerniakowa – z Iwanicz to było 15 kilometrów. Wiedziałem, że banderowcy, którzy obstawili już większość dróg, mogą obserwować dom moich rodziców, zaszedłem więc do sąsiedniego majątku,

gdzie zarządcą był niejaki pan Stankiewicz. Wysłał on posłańca do moich rodziców, którzy mieszkali 300 metrów dalej. Prosiłem, by uciekali z siostrami do Włodzimierza Wołyńskiego. Wieczorem posłaniec wrócił ze zmianą czystej bielizny i z wiadomością. Sąsiad rodziców Ukrainiec Filip Worobij miał syna w UPA. Ten obiecał, że jeśli coś będzie im groziło, da znać. Wtedy Worobij sam zawiezie ich do Włodzimierza. Byłem przerażony. Bezpieczeństwo moich najbliższych zależało od członka UPA. Od kogoś, kto osobiście pali polskie wioski. Od kogoś, kto był naszym największym wrogiem, z kim na co dzień walczyłem. Ale nie mieliśmy wyjścia. Musiałem zaufać Worobijowi. Niedziela Źle się zaczęło robić już pod koniec zimy, kilka miesięcy przed twoimi urodzinami. W nocy z 18 na 19 marca w Zabłoćcach zostali zabici zarządca majątku i organista. Znaleziono ich kilka dni później, związanych drutem kolczastym, z wydłubanymi oczami. 19 marca w Żdżarach zastrzelono nauczyciela. 20 marca w Lachowie zginęli leśniczy oraz zarządca majątku. 28 marca w kolonii Nowiny zamordowany został gospodarz Franciszek Baran i jego dwóch synów. To tylko nasza okolica. W innych rejonach Wołynia trwała już regularna rzeź. Namawiałem Polaków w Iwaniczach, byśmy założyli samoobronę. Byłem w kontakcie z konspiracją polską z Włodzimierza. Wszyscy mówili – za chwilę Ukraińcy zaczną was mordować. Ale ludzie nie słuchali. Zamykali oczy i myśleli, że niebezpieczeństwo

samo minie. Jeździłem więc i zakładałem jednostki samoobrony, tam gdzie ludzie chcieli, między innymi w Gurowie, w Porycku. Ale w Iwaniczach – nie. Na początku lata Niemcy już się wycofywali; w Iwaniczach i wszędzie wokół UPA rządziła niepodzielnie. Jeździli furmankami po domach i zbierali kontyngent – słoninę, chleb, samogon. Na drodze mieli patrole, które nie pozwalały ludziom przemieszczać się z wioski do wioski. W lipcu mieszkałem u Czecha Jarosława Szymunka. On obudził mnie raz koło północy, bo jakiś oddział przejeżdżał przez Nowe Iwanicze. Ubrałem się i poszedłem zobaczyć, o co chodzi. Słychać było krzyki i strzały. Wybiegłem z domu. Na ulicy spotkałem innego Czecha, nazwiskiem Łokwenc, z którym byłem wtedy bardzo zaprzyjaźniony. Skorzystałem, że go widzę, i poprosiłem, żeby przechował ciebie i mamę w te trudne dni. Banderowcy nie napadali na Czechów. Myślałem, że będziecie u nich bezpieczni. Rano obudziła mnie Ola, twoja mama. Chciałem biec do Czerniakowa, dowiedzieć się, co z rodzicami, ale Ola powiedziała: „Im nie pomożesz, a sam zginiesz”. Miała rację. Zostałem. Ale u nas też nie było bezpiecznie. Twój wuj, ten, z którym mieszkałeś po wojnie, Andrzej Martyniuk, mówił, że w okolicach Iwanicz są już gotowe oddziały UPA. I że w czasie najbliższych nocy wszyscy Polacy i wszyscy komuniści będą mieli drzwi oznaczone krzyżem – farbą lub kredą. Czekaliśmy. Nic więcej nie mogliśmy zrobić. Poniedziałek

1

Wreszcie ojciec i syn mogli porozmawiać o tym, co naprawdę ważne. O tej ciepłej lipcowej nocy, gdy szukali ich obu z karabinem i widłami. Zaczął znowu ojciec. – 10 lipca wypadło, synku, w sobotę. Wróciłem z Gurowa i poszedłem do Łokwenców, gdzie byłeś już ty z mamą. Łokwenc nie mógł usiedzieć w miejscu. Przez cały dzień widział w okolicy Ukraińców z bronią. Mówił, że lada chwila może się zacząć rzeź. Zostałem z wami na noc. Koło północy usłyszeliśmy jakiś oddział konny, który jechał w kierunku Zygmuntówki i Gurowa. Chwilę później usłyszeliśmy strzały. – To atak! – krzyknąłem i rzuciłem się w stronę drzwi. – Pan nie może tam iść! – zawołał Łokwenc. Wyszliśmy do sadu, w pobliże drogi. – Wszędzie patrole. Zastrzelą pana! Od razu! – Co mam robić? – Proszę iść do Filarów – powiedział Łokwenc. Miał rację. Polami, okrężną drogą poszedłem do rodziny przedwojennego nauczyciela Filara. Sprawdziłem najpierw, czy dom nie jest obstawiony, potem zapukałem w okno w umówiony sposób. Wyszedł syn Władysław Filar i zaprowadził mnie do mieszkania. Wciąż słychać było strzały i krzyki z kolonii Zygmuntówka. Do rana mogliśmy tylko biernie tego słuchać.

2 – Synku, 11 lipca w ciągu dnia ktoś zastukał do nas w okno. Gurów był już spalony, samoobrona rozbita. Akcja trwała podobno zaledwie pół godziny; zostały niedobitki. Atak na Iwanicze wydawał się kwestią czasu. Siedzieliśmy i myśleliśmy: „To już? Czy za godzinę? A może za kwadrans?”. W myślach żegnaliśmy się z życiem. Czas dłużył się niemiłosiernie.

11 lipca to był najkrwawszy dzień. To wtedy UPA zabiła ludzi w kościele w Porycku, gdzie też pomagałem zakładać samoobronę, i w Kisielinie, bardzo blisko moich rodziców. U nas nie zaatakowali. Przez cały dzień. Nic. Cisza. Po południu odszukał nas twój dziadek Aleksy Fieniak. Zaproponował mi i młodemu Filarowi nocleg u siebie. Mówił, że tak będzie bezpieczniej; że w ukraińskich domach nie będą szukać. I że lepiej, jeśli się rozdzielimy. Wtedy jest większa szansa, że ktoś przeżyje. Po zapadnięciu zmroku przez łąki poszliśmy więc do twojego dziadka. Ulokował nas w małym pokoiku, którego okno wychodziło na podwórze. Rozmowa się nam nie kleiła, więc poszliśmy spać. Powiedziałem Władkowi, że powinniśmy czuwać na przemian, ale jakoś nie morzył nas sen. Trochę rozmawialiśmy, ale więcej czasu spędziliśmy, po prostu gapiąc się przez szybę. Było już po północy, kiedy nagle usłyszeliśmy turkot furmanek i rozmowy po ukraińsku. Na drodze zobaczyliśmy wozy. Stawały na podwórzu twojego dziadka. To byli upowcy. Gwar. Krzyki. Śmiech. Pukanie. Nie, nie pukanie. Łomot. Łomot do drzwi. Buty walą o drewnianą podłogę. Wchodzą. Nie ma na co czekać. Skaczemy przez okno. Wpadamy w konopie. Wyrywamy się. Dalej! Biegiem! Na łąkę! Razem! Oddzielnie! Jednak oddzielnie. – Szukali mnie, synku. Chcieli zabić. Mieli pistolety i widły.

– Tato, oni szukali wtedy również mnie. Jako syn Polaka, tato, nie miałem prawa przeżyć tej nocy. Pistolet był na ciebie, gdybyś próbował się bronić. Widły były na mnie; sam wiesz, co wtedy robili z dziećmi. U dziadka nas nie znaleźli, więc szukali po sąsiednich chałupach. – Do Łokwenca, synku, nie doszli. – Nie doszli, tato. Dobrześ nas schował. – Muszę ci, synku, coś powiedzieć, choć to niełatwe… Czasami zastanawiam się, czy to na pewno był przypadek, że szukali mnie wtedy u twojego dziadka. Podkreślam: tylko się zastanawiam. Ale czasami myślę, dlaczego dziadek nas wtedy zaprosił… – Tato, ty nic nie wiesz! Nic! Tato! Ty wtedy uciekłeś, a dziadka aresztowali. Zabrali go ze sobą do swojej bazy. Obiecali, że wypuszczą, jeśli przyjdziesz na jego miejsce. I że włos ci z głowy nie spadnie – chcą tylko porozmawiać. Mama mówiła, że pobiegła cię szukać. I że znalazła, na stacji kolejowej, ale nie chciałeś iść za dziadka. Że kazałeś jej odejść. Może nie pamiętasz? – Pamiętam. Czekałem już na pociąg, żeby wyjechać. Twój wujek Andrzej Martyniuk pomógł mi się dostać na stację kolejową. Mnie i rodzinie Filarów. Powiedziałem twojej mamie, że banderowcom nie wolno wierzyć. Uważałem, że to prowokacja. Twój dziadek nie był mi życzliwy, mówiłem ci już. – Tato, nie wiesz, co mówisz! Dziadek nie wrócił z tej niewoli. Trzy dni go męczyli. W Zabłoćcach, gdzie mieli bazę, najpierw obcięli mu uszy, odrąbali ręce i nogi,

potem wydłubali oczy. Męczyli go, bo nie przyszedłeś. Bo próbował ci pomóc. Bo miał wnuka Polaka. Bo nie znaleźli ciebie ani mnie, więc się zemścili na dziadku. Wtorek

1 Tydzień zbliża się do końca. Czas pakować walizkę. Jarema powoli wkłada do niej rzeczy, które przez ostatnie dni wyjmował. Ojciec śledzi to wszystko zawieszony na lasce, z lekko przekrzywioną głową. – Synek – pyta wreszcie, jakby to miało znaczenie – a gdzie jest grób dziadka? – Banderowcy, jak go już zabili, zakopali zwłoki w lesie, tato. Ludzie z Zabłocic to widzieli i potajemnie przekazali mamie i jej siostrze. Pojechały tam, mama i jej siostra Siania, ale upowcy tymczasem przenieśli dziadka gdzie indziej, a tych ludzi zabili. Zemścili się, że wydali ich sekret. Dopiero kilka miesięcy później znalazły ciało dziadka w lesie koło Bilicz i przeniosły na cmentarz w Iwaniczach. Leży dziś koło babci. I koło mamy. Mnie też o mało nie zabili, tato. Mama poszła od Łowkenców do domu, bo babcia, jak dziadka zabrali, odchodziła od zmysłów. Któregoś dnia przyjechali. We dwóch, z bronią. Matka zdążyła mnie pierzyną nakryć. Całe szczęście, że spałem i nie zacząłem płakać. Jakbym zaczął – to byśmy dziś nie rozmawiali – mówi

i pakuje się dalej. Długo bardzo długo milczą.

2 Pierwszy odzywa się ojciec. – Tamtego poranka, po nocy u twojego dziadka, przedostałem się pociągiem do Włodzimierza. Po kilku dniach spotkałem tam siostrę. Ze ściśniętym gardłem zapytałem, co u rodziców. Okazało się, że Worobij, który miał syna w UPA, dotrzymał słowa. 11 lipca, jeszcze przed świtem, podjechał wozem pod dom rodziców, krzycząc, by siostry z dziećmi natychmiast wsiadły i przykryły się płachtą, na którą narzucił słomę. Rodzicom nakazał, by poszli zbożami do jego stodoły, pół kilometra dalej. Powiedział, że trzeba uciekać, póki na dworze jest szaro. Potem będzie za późno. Miał rację, uratował ich w ostatniej chwili. Wkrótce po tym jak ich wywiózł, z Budiatycz przyjechały trzy furmanki zbrojnych. Otoczyli dom, a następnie go obrabowali i spalili. Rodzice przeżyli dzięki synowi Worobija, banderowcowi, który nocą jeździł napadać na polskie wioski, a o świcie im pomógł. Worobij trzymał ich jeszcze przez tydzień, a potem przewiózł w bezpieczne miejsce – do lasu na Długiej Łozie, skąd zbożami doszli do Włodzimierza. Poszedłem do rodziców. Nie mogliśmy się nacieszyć, że wszyscy żyjemy. Potem ja ruszyłem ze swoim oddziałem do lasu walczyć z banderowcami i z Niemcami.

Rok później ktoś przyniósł wiadomość, że niemieccy żandarmi rozstrzelali kilkanaście kobiet z dziećmi z Iwanicz. I że ty z mamą też tam byłeś. Pochowałem was, synek. Na 60 lat. Pochowałem.

3 Jarema mógłby w tym momencie zapytać go, dlaczego mimo wszystko nigdy nie spróbował go szukać. Znał przecież adres, nazwisko. Mógł napisać do któregoś z przedwojennych znajomych, choćby do wujka Andrija Martyniuka, którego tak uparcie nazywa polskim imieniem Andrzej. Jarema wiele lat mieszkał z nim w jednej chacie. Od razu by się znaleźli. Dlaczego uwierzył na słowo, że Jarema i matka zostali rozstrzelani? Dlaczego nigdy nie przyjechał? Mogli się spotkać dużo, dużo wcześniej. „Może byśmy jeszcze zbudowali jakąś zażyłość”, tato, mógłby powiedzieć Jarema. „Bo w ten tydzień… umówmy się… Cieszę się, że cię poznałem. Ale zbudować to my już nic nie zbudujemy”. Ale Jarema jest człowiekiem taktownym, więc nie powiedział nic takiego. Obaj milczą dalej. Środa Jarema wsiada do nocnego pociągu do Petersburga. – Jeszcze się zobaczymy – mówi ojciec. – Na pewno się jeszcze zobaczymy. Nie zobaczą się już. Przez kolejnych osiem lat ojciec będzie dzwonił do Jaremy raz albo dwa razy w tygodniu. – Tato, całą emeryturę wydasz na te telefony! – krzyczy do słuchawki Jarema.

– Nieważne, synek, nieważne. Mów, co u ciebie. Mówi więc. Że z żoną coraz gorzej – choruje na coś, ale na co dokładnie – nie wiadomo, bo lekarzy nie znosi jak psów. Że przed emeryturą pracował jeszcze jako energetyk w fabryce cukierków. – Że im jestem starszy, tym bardziej do ciebie, tato, podobny. O tym, że idę na emeryturę, nie zdążyłem ci już, tato, powiedzieć. Któregoś dnia próbowałem się dodzwonić do Domu Weterana, gdzie się przeniosłeś ze swojej kawalerki. Nie odbierałeś. Dwa dni później zadzwoniła jakaś kobieta i powiedziała, że umarłeś 12 lipca 2011 roku. Że zapisałeś jej na karteczce, kogo ma powiadomić. I było tam moje nazwisko i numer telefonu. Nie pojechałem na twój pogrzeb, tato. Do mamy pojechałem, choć na sam pogrzeb nie zdążyłem. Wieźli mnie spod Leningradu. Brat i siostra chcieli zaczekać, ale to też był lipiec, ciało zaczęło się rozkładać. Nie dało rady. Wykopali grób, położyli tam mamę, batiuszka zaśpiewał, ale nie zasypali ciała, przykryli tylko gałązkami świerku. Jak przyjechałem, grabarze ją podnieśli, ja ucałowałem, pożegnałem i dopiero wtedy z bratem i siostrą przysypaliśmy mamę ziemią. Na twój pogrzeb też bym nie zdążył, bo na samolot nie mam pieniędzy, a pociągiem bym przyjechał trzy dni za późno. Zresztą sam mi mówiłeś, żebym nie przyjeżdżał. – Nie znasz języka, ludzie się będą krzywo patrzeć – mówiłeś. – Po co ci to? – Ja za ciebie zapalam świeczkę w monasterze Pskowsko-Pieczerskim. To dziesięć minut od mojego domu. Idę tam zawsze w twoje urodziny i w rocznicę śmierci. Jeszcze jeden czwartek Idę z Jaremą Krasowskim do monasteru zapalić świeczki za jego ojca i matkę. Mijamy małą cerkiewkę, pod którą jakiś święty lub szalony mężczyzna wieszczy apokalipsy. Mijamy parę młodą, której fotograf robi sesję ślubną za

pomocą drona. Mijamy święte wrota, z których jak na dłoni, bo schodzimy z lekkiego wzniesienia, widać cały monaster: białą dzwonnicę, rudokrwiste budynki cerkwi, nadgryzione zębem wieków mury obronne, a wszystko to dociśnięte do ziemi błękitnymi cebulami kopuł, upstrzonych złotosrebrzystymi gwiazdami. Świeczki zapalamy przy słynącej cudami ikonie Zaśnięcia Matki Bożej. Jarema, gdy zapala świeczki w intencji ojca, kończy swoje z nim rozmowy. Bo wie, że nie powiedzieli sobie dwóch ważnych rzeczy. Ojciec nie powiedział, że miał w Polsce żonę. Nie dowiemy się nigdy, dlaczego nie powiedział, bo przecież Jarema zna życie i zrozumiałby, że po wyjeździe z Iwanicz poukładał sobie życie na nowo. „Podejrzewam, tato”, mógłby powiedzieć Jarema, „że dla ciebie – polskiego szlachcica z dobrej rodziny – dziecko z ukraińską chłopką nie było marzeniem życia. Byłeś młody, wszystko było przed tobą. Może chciałeś je sobie poukładać jeszcze raz? W swojej książce, którą mi dałeś i którą słowo po słowie, ze słownikiem w ręku, próbowałem przeczytać po polsku, matka pojawia się tylko raz. »Moja uczennica Olga« – piszesz o niej, bo rzeczywiście była twoją uczennicą. Nie wspominasz, że mieliście syna. Że urodziłem się, jak mama była nastolatką. Że żyliście razem. Nic. Dużo piszesz o swojej polskiej żonie – jaka ładna, jaka mądra, z jakiej dobrej rodziny. Moja mama też była piękna, wielu chłopaków za nią biegało. Ale tylko o polskiej żonie piszesz: »piękna dziewczyna, o którą starają się ludzie na stanowiskach i zamożni«. Ty ją, tato, zdobyłeś. Tyle że nie mieliście dzieci. Czy to dlatego zacząłeś mnie szukać? Ale to niesprawiedliwe z mojej strony tak mówić. Czasy były ciężkie, nie można ludzi oceniać za ich decyzje. I ja ciebie, tato, nie oceniam. Skończmy

ten temat. Nie ma o czym mówić” – tak mógłby powiedzieć Jarema. A potem pewnie wyszedłby z cerkwi, a za jej bramą zapaliłby papierosa. Wziął dwa głębokie wdechy, aż do spodu płuc. I dodał: „Ja też nie powiedziałem ci jednej ważnej rzeczy. Nie powiedziałem o ojczymie – tym, przez którego wyprowadziłem się jako dziecko do babci i przez którego mama miała takie trudne życie. To znaczy powiedziałem, że był, że mam dzięki niemu brata, siostrę. Mówiłem, że jak on się z mamą ożenił, babcia wzięła mnie do siebie. I że babcia powiedziała, że zrozumiem wszystko, jak dorosnę. Zrozumiałem, tato. I dlatego nie powiedziałem ci nigdy jednego drobiazgu. W tę ciepłą lipcową noc, kiedy szukali nas obu z pistoletem i widłami, ojczym był jednym z nich”.

JESIEŃ Dobrzy ludzie często są tacy naiwni, że aż nie chce się stawać po ich stronie. Anna Janko, Mała zagłada

fot. Marcin Jończyk

I 1 Na furmankę ładuje ziemniaki, zboże, mąkę, kaszę, siekierę, piły i paszę dla koni; wiąże do niej krowę i tak obładowany, rusza do swojej krainy szczęśliwości. Spod Chełma – na Wołyń. 120 kilometrów, krok za krokiem, pokonuje w trzy dni. Po rodzicach ma zaledwie kilka mórg piaszczystej ziemi – nie są zbyt bogaci, za to dzieci mają dużo. Na Wołyniu zaś ziemia jest dużo tańsza. Za swoje kilka mórg po rodzicach młody gospodarz Mikołaj Popek kupuje obok wsi Gaj kilkunastohektarowe karczowisko. – Historia jak z westernu – uśmiecha się Leon, wnuk Mikołaja, który odziedziczył po nim nazwisko. – Dziadek gospodarzenie zaczął od tego, że wykopał ziemiankę, w której jeszcze przez wiele lat całą rodziną mieszkali – mój ojciec ją dobrze pamiętał. Na jesieni pojechał po babcię, która tymczasem urodziła dziecko. Łącznie mieli tych dzieci szóstkę; w Gaju większość rodzin była wielodzietna. Tradycja ustna mówi, że we wrześniu 1921 roku dziadek wziął worek, poszedł w pole i zasiał pierwsze siedemdziesiąt kilogramów żyta.

2 – Początki są ciężkie. W śnieżne zimy na ziemiance gromadziły się wilki – mówi wnuk. – Mieli chruściany płot, a obok siebie miejsce dla krów i koni.

Dziadek podcinał korzenie pni, wyrywał je z tego karczowiska i końmi zwoził dalej. Był pracowity i zaradny. Krok po kroku, skiba po skibie, jego majątek się powiększał. Gaj

jest

młodą

wsią,

miejscem,

które

w

dwudziestoleciu

międzywojennym przyciągnęło osadników z centralnej Polski. Takich jak Mikołaj Popek nazbierało się więcej, w większości z okolic Radomia. Kupują ziemię, która, choć tania, nie jest urodzajna. Pełno w niej krzemieni i kamieni; wszystko trzeba jej na siłę wyrywać. – Ukraińskich rodzin jest tu zaledwie kilka. Może nas było cztery chaty, może pięć – próbuje sobie przypomnieć Hanna Kisiel, urodzona w Gaju Ukrainka, córka gajowego – ale z Polakami żyliśmy zgodnie. Nie to, że nikt się nie bił. Tam złego słowa nikt na drugiego nie powiedział. Nie wyobrażam sobie lepszego sąsiedztwa. Wieś dzieli się na dwie części. Gaj Stary, skupiony wokół murowanej szkoły, której kierownikiem jest Florian Unold. Mieszka tu pan Sawicki z żoną Ukrainką, potem gospodarz Edward Babula, a za nim – właściciel bardzo nowoczesnego zakładu tokarsko-ślusarskiego Mieczysław Piskorski z żoną, córką Stasią z pierwszej nieszczęśliwie zmarłej żony (to dziś Stanisława Szewlakow) i małą córeczką z drugiego małżeństwa. 50 metrów dalej zbudowano mostek na rzece Stochód. Gospodarze Piwnik, Kasica i Woźniak, którzy mieszkają blisko niego, regularnie wiosną mają zalane domy i obejścia. Do Gaju Nowego, kolonii, z domami luźno rozrzuconymi w dolinie wyschniętej rzeki, idzie się kilkanaście minut. Tam mieszkają między innymi Bałabuchowie, Muchowie, Suwałowie, Kogutowie, Koryccy, Kutyłowie, Sajdukowie, Wieczorkowie i Rybkowie. Mieszkają też Krzemińscy, których córka Marysia – dziś Maria Kukurenda – żyje teraz we Wrocławiu. Przed wybuchem wojny gospodarstw jest około stu. Mikołaj Popek tuż przed wojną jest już jednym z zamożniejszych gospodarzy. Ma dwa wiatraki, olejarnię, kaszarnię, pięćdziesiąt uli i prężne gospodarstwo. Często,

szczególnie na przednówku, miejscowi biedacy pożyczają od niego zboże, mąkę albo ziarno na zasiew. – Popek – mówi wnuk – nawet nie liczy, kto i ile pożycza. „Będziesz miał, to oddasz, a jak nie, to odrobisz”, powiada, bo przy żniwach albo przy młynie i tak zawsze potrzebuje pomocy. Sielanka kończy się we wrześniu 1939 roku, wraz z wejściem Sowietów. Mikołaj Popek, ze swoimi olejarniami, młynami i hektarami, zostaje uznany za kułaka. Dostaje zwiększony podatek, którego nie jest w stanie płacić. Dług rośnie, chudoba trafia na licytację. – Sprzedawali konie, krowy i świnie – mówi Leon Popek. – Kupił je pewien Żyd; przyjechał aż z Rożyszcz. Nie znam jego nazwiska; nie zapamiętał go ani mój stryj, ani ojciec. Bardzo żałuję, bo on jeszcze się w historii mojej rodziny pojawi.

3 Kowal Mieczysław Piskorski ma czeladników Ukraińców. Wojna trwa w najlepsze, gdy jeden z nich, Iwan, opowiada córce Piskorskiego Stanisławie, że po pracy chodzi na ćwiczenia i instruktorzy uczą go strzelać. – Będziemy bić Polaków – mówi. – Mnie też zabijesz? – pyta Piskorska. – Ciebie nie. Ale twoją siostrę tak – odpowiada poważnie czeladnik. – Powiedziałam to ojcu – mówi Stanisława Piskorska, dziś Szewlakow. – Nie uwierzył. Uznał, że ten chłopiec próbuje się przede mną popisać. Ale to nie było jedyne ostrzeżenie. Mieliśmy przyjaciela Ukraińca, nazywał się Makar Babińczuk, mieszkał w Podryżach. Moja ciocia Szaflarska przejeżdżała raz niedaleko jego domu. Podszedł do niej i w tajemnicy powiedział, że trzeba uciekać. Że będą bić Polaków. On ryzykował życiem, bo jakby się banderowcy dowiedzieli, że zdradził Polakom ich plany, toby go zastrzelili. Ale mój ojciec w ogóle nie chciał tego słuchać. A że ludzie go szanowali, to mu wierzyli. I też nie uciekali.

A jednak czeladnik Iwan mówił prawdę. Historia wsi Gaj kończy się 30 sierpnia 1943 roku. Ostatnie dni sierpnia to jeden z najkrwawszych momentów rzezi wołyńskiej. „29 sierpnia oddział »Zucha« z kurenia »Łysego« wymordował siekierami i widłami wieś Ziemlica – około 90 ofiar. Tego samego dnia około 50 partyzantów, wspartych przez uzbrojonych w broń sieczną chłopów, napadło na kolonię Władysławówkę i zamordowało około 160 Polaków. W podobny sposób zabito w kolonii Grabina 150 Polaków, w kolonii Jasionówka 140, w kolonii Słowikówka około 100, w kolonii Sokołówka około 200, w kolonii Soroczyn około 140, a w Mogilnie 69”*.

Mychaił Potocki. Jego dziadek ratował babcię Leona Popka Zdjęcia z archiwum rodzinnego Leona Popka

Potem giną mieszkańcy wsi Kąty (około 200 zabitych), Jankowce (86–87 ofiar), Ostrówki Wołyńskie (około 500 zabitych), Wola Ostrowiecka (około 600 zabitych).

30 sierpnia rano również Gaj otacza sotnia dowodzona przez niejakiego Wowka. Jego podwładni, razem z ludźmi z sąsiednich wiosek, zaczęli zganiać ludzi do miejscowej szkoły. Kto nie chciał iść – ginął na miejscu. – Podobno mój ojciec zginął pierwszy – mówi Stanisława Szewlakow, córka kowala Mieczysława Piskorskiego. – Strzelili mu w głowę pod kuźnią. Macocha z małą córeczką na rękach zaczęła uciekać, ale strzelili jej w plecy. – Mało kto z Gaju ocalał – mówi Leon Popek. – Ludzie nie spodziewali się, że UPA ich zaatakuje. Choć sporo gospodarzy jeszcze za pierwszych Sowietów pobudowało schrony, większość nie zdążyła nawet do nich dobiec. Schron ma również Mikołaj Popek. Postawił go w dzikich, gęstych krzakach tarniny. W październiku 1942 roku, gdy trwa eksterminacja wołyńskich Żydów, o pomoc do Popka zwraca się Żyd z Rożyszcz – ten sam, który kupił na licytacji jego chudobę. – Dziadek go ukrył – mówi Leon Popek. – Był tam na pewno w dniu, gdy UPA atakowała Gaj. Popek, gdy 30 sierpnia rano UPA zgania ludzi do szkoły, też próbuje schować się w schronie. Rusza przez pole w kierunku krzaków tarniny. W połowie drogi trafia na swojego sąsiada Ukraińca o imieniu Stepan. Czasami najmował go do prac w młynie. Stepan biegnie w stronę Popka z widłami. – Ludzie, którzy siedzieli niedaleko, ukryci w snopkach zboża, opowiadali potem, że dziadek zdążył krzyknąć: „Stepan, za co?” – mówi wnuk Leon. Stepan wbija widły. Mikołaj Popek kona przez cały dzień.

4 Gdy banderowcy okrążali wieś, żona Mikołaja Popka Franciszka zdążyła

wspiąć się na wiśnię. Drzewko rośnie przy domu, obok psiej budy. Leon Popek: – Pies, którego mieli, był dość groźny, więc babcia, w czasie gdy napastnicy wynosili różne rzeczy z jej domu, przesiedziała na drzewie. Pies ujadał, nie dopuszczał nikogo w pobliże. Dlaczego go nie zastrzelili? Nie wiem. Ale to jego szczekanie uratowało babci życie. Szczęście mają też dwaj synowie Popków, Mieczysław i Stanisław – obaj bardzo szybko biegają. Mieczysław to ojciec Leona Popka. Ma wtedy 13 lat. W czasie ataku na Gaj giną wszystkie cztery córki Mikołaja i Franciszki: Kazimiera, Marysia, Zosia i Helena z dziewięciomiesięcznym synkiem. Tych, co zostali zapędzeni do szkoły, ludzie Wowka rozstrzeliwują albo zabijają siekierami, motykami, piłami i drągami. Ciała zrzucają do rowu strzeleckiego przy szkole. Łącznie w Gaju UPA morduje tego dnia ponad 600 osób.

5 Franciszka Popek z drzewa wiśni schodzi dopiero wieczorem. Biegnie w stronę wsi Arsenowicze, gdzie ma zaprzyjaźnionego Ukraińca Iwana Potockiego. Potocki wie, że ryzykuje życiem. Mimo to chowa ją w swoim domu na strychu. Tak ratuje jej życie po raz pierwszy. Babcia Franciszka spędza na strychu u zaprzyjaźnionego Ukraińca kilka dni. Wreszcie przekonuje go, żeby zaprzągł konie i razem z nią pojechał do jej domu. Nie ma jedzenia, ubrania, butów – nic. A może w domu zostało coś, co uda się zabrać. Potocki z wahaniem, ale się godzi. Jadą.

Jak wygląda wtedy Gaj? Opisuje to 87-letni Stanisław Sobolewski, który był we wsi dwa dni po napadzie UPA razem z jednym z pobliskich oddziałów samoobrony. „Pierwsze domy spalone, drzewa opalone, stara kuźnia zniszczona, a obok niej dwie duże mogiły. Wszędzie dużo krwi. Na bocznych ścieżkach leżały buty, czapki, zakrwawiona odzież, w krzakach – kolejne mogiły. Przy spalonych gospodarstwach widzieliśmy spalone przy budach psy”**. Na tym pogorzelisku szczęśliwie stoi jeszcze dom Popków. A na strychu – prawdziwy skarb. Nieruszony warsztat tkacki i płótno, jakie wtedy miało na Wołyniu wielu gospodarzy. Popkowa znosi to wszystko na wóz. Nagle podchodzi do nich kilkuosobowa grupa banderowców. – Dawaj tę Laszkę, rozstrzelamy ją! – krzyczy jeden. Ciągną ocaloną kobietę za dom, żeby ją tam zabić. – Potocki ich zbeształ z góry na dół i pogonił – mówi Leon Popek. – A że był szanowanym gospodarzem, to oni posłusznie zarzucili karabiny na ramiona i poszli. Wtedy ratuje jej życie po raz drugi. – Pani Popkowa – mówi wtedy Ukrainiec Potocki. – Uciekajmy. Tych chłopaków to ja znam i oni się mnie boją. Ale zaraz przyjdą tacy, których nie znam. Zabiją i was, i mnie, i moją rodzinę. * Grzegorz Motyka, Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko-ukraiński 1943–1947, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013. ** E-mail do autora książki od córki Stanisława Sobolewskiego.

II 1 Ma siwiejącą brodę i okulary, w których wygląda jak nauczyciel akademicki. Podobnie też mówi, chyba że zejdzie na sprawę, która go porusza, wtedy na chwilę schodzi z katedry. Na przykład, gdy mówi o tym, jak jego dziadek Jan został wezwany przez upowców na zebranie do szkoły w Woli Ostrowieckiej. Rodzina mieszkała na kolonii, kilometr od wsi. 30 sierpnia 1943 roku, tego samego dnia i o tej samej porze, gdy sotnia Wowka otaczała odległy o 100 kilometrów Gaj, przyjeżdża do nich banderowiec na siwym koniu, przez chwilę przygląda się obejściu, a potem podjeżdża bliżej i każe gospodarzowi iść na zebranie. Najpierw w domu radzą, że skoro dziadek niedosłyszy – słuch stracił, bo pracował w kopalni w Stanach Zjednoczonych, we wsi mówią na niego Amerykaniec – to lepiej wysłać na zebranie syna Juliana. On z całej rodziny jest najbardziej oczytany i najwięcej interesuje się światem. On więc najwięcej skorzysta z uczestnictwa w zebraniu.

Leon Popek na tle odnalezionych szczątków mieszkańców Woli Ostrowieckiej i Ostrówek Wołyńskich Zdjęcia z archiwum rodzinnego Leona Popka

Ale chwilę potem przybiega sąsiadka i mówi, żeby młodego nie wysyłać, bo młodych Ukraińcy na pewno wezmą do partyzantki, do walki z Niemcami. Idzie więc dziadek. – Wyszedł z domu, a po chwili wybiegła za nim babcia – mówi wnuk Leon. – Dziadek zapomniał różańca. Ale on odszedł już kawałek od domu, krzyknął jej tylko: „Nie trzeba! Mam przy sobie krzyżyk!”. Matka Leona Popka Helena zapamięta ten moment na całe życie. Że dziadek wyszedł na śmierć z krzyżykiem. Z TYM krzyżykiem. Bo TEN krzyżyk miał przy sobie przez całe życie. I w kopalni w Stanach Zjednoczonych, i po powrocie do Woli. Miał go przy sobie i w stodole Strażyca, gdzie został zabity widłami, maczugą albo siekierą. I właśnie wypowiadając słowa dziadka o krzyżyku, Leon Popek zdejmuje na chwilę z oczu okulary, przez chwilę pozwala łzom płynąć po policzku, po czym wyciera je, wkłada okulary i dodaje: – To były ostatnie słowa dziadka Jana. I po chwili znów mówi jak ktoś, kto z mówieniem jest oswojony, i kogo

słowa nie ranią jak wysypujące się z ust kawałki szkła.

2 Nie powinno go być. Tego samego dnia, o tej samej porze banderowcy napadli na dwie wioski, oddalone od siebie o ponad 100 kilometrów. – Z Woli Ostrowieckiej cudem uratowała się moja mama z babcią i wujkami – mówi. – Po człowieku na siwym koniu, który kazał gospodarzowi iść na zebranie, pojawili się młodzi chłopcy z bronią. Chodzili od domu do domu i mówili, że teraz dowódca chce coś ogłosić całej wiosce. Zganiali wszystkich, ale do ich chałupy nie doszli. Stała na samym skraju, na kolonii. Zapomnieli? Mieli za dużo ludzi do upilnowania? Nie wiadomo. Tego samego dnia ojciec, stryj i babcia Franciszka cudem przeżyli masakrę w Gaju. Ojciec i stryj – bo szybko biegali. Babcia – na drzewie wiśni, a potem dzięki pomocy Ukraińca o nazwisku Potocki.

3 Nie mówiliśmy jeszcze dotąd, co 30 sierpnia zdarzyło się w Woli Ostrowieckiej i Ostrówkach Wołyńskich. Tę opowieść można zacząć tak. W nocy przed atakiem wielu gospodarzy z Woli i Ostrówek nie spało w domach, lecz w polach albo na łąkach. Proboszcz Stanisław Dobrzański ostrzegał ich dzień wcześniej, że szykuje się napad, i namawiał mężczyzn, by się zorganizowali do obrony. W obu wioskach od kilku dni mówiło się, że do sąsiednich Połap na odpust zjechało dużo ukraińskiej młodzieży z bronią.

Jan Ulewicz z sąsiadami czuwa na skrzyżowaniu dróg do Sokoła i Przekurki. W którymś momencie słyszą hałas. Podrywają się. Ale to tylko przestraszone ptaki wzbiły się w niebo. Nic się nie dzieje. Ulewicz i jego sąsiedzi nie wiedzą, że ptaki wystraszyli okrążający wieś Ukraińcy. Przez całą noc był spokój, więc nad ranem ludzie wracają do swoich obejść – wojna wojną, ale krów za nich nikt nie wydoi. Władysław Soroka dopiero co zdążył schować świąteczne ubranie, gdy do jego domu wchodzi dwóch Ukraińców pod bronią, z wezwaniem, by szedł razem z żoną i synem na zebranie, które organizują w szkole. Nie przyjmują odmowy, więc Sorokowie nie mają wyjścia. Idą. Już przy samej szkole mijają dowódcę oddziału UPA, uzbrojonego w pistolet i szablę. Za chwilę będzie on uspokajał mieszkańców ich wioski, mówiąc, że nie mają się czego obawiać i że jedyne, czego chcą Ukraińcy, to stworzyć wspólny z Polakami oddział partyzancki. Kilkoro dzieci dostaje nawet cukierki. Kobiety i dzieci przeprowadzane są do kościoła, mężczyźni zaś czekają na placu szkolnym. Ukraińcy wywołują ich na badania lekarskie – najpierw czwórkami, potem już dziesiątkami. Lekarz ma sprawdzić, kto się nadaje do oddziału, a kogo trzeba odesłać do domu. Niektórzy mówią, że Ukraińcy ich zabiją. Że trzeba się na nich rzucić, bronić się. Wtedy chociaż część ocaleje. Ale gospodarz Aleksander Szwed, jeden z najbardziej szanowanych mieszkańców wsi, przekonuje, że to może tylko rozjuszyć UPA i że dopóki siedzą cicho, na pewno nic im nie grozi. Tak powtarzają sobie od dawna. Może UPA zabija w innych wioskach, ale Ostrówki oszczędzi. W Ostrówkach i Woli nie mieszkali w międzywojniu znienawidzeni przez Ukraińców osadnicy wojskowi, ale ludzie, którzy są tu już kilkaset lat. Wrośli w tę ziemię. Przyjaźnią się ze swoimi ukraińskimi sąsiadami. Nic nie może im się stać. Ta wiara sprawia, że słabo w obu wioskach z samoobroną. I choć mają

broń – w 1939 roku od cofających się żołnierzy polskich dostali za cywilne ubrania i jedzenie trzy furmanki karabinów – uważają, że lepiej jej nie wyciągać, by nie prowokować*. Podobna strategia długo wydaje się skuteczna. W kwietniu po Ostrówkach krąży nawet chleb pokoju, który do sołtysa Pawła Bednarza przyniosły dwie ukraińskie kobiety z sąsiednich wsi. Bochen wędruje od domu do domu i ma znaczyć, że mieszkańcy Ostrówek popierają ideę wolnej Ukrainy. Gdy jednak trafia do Anieli Palec, nazywanej we wsi „Pycha”, ta najzwyczajniej w świecie go zjada. Ludzie mówią potem, że „Pycha” nie zrozumiała idei, jaka stała za chlebem, ale powód może być bardziej prozaiczny. Aniela Palec jest bardzo biedna i mogła skorzystać z okazji, by się najeść. Władysław Soroka, jak sam policzył, jest w siódmej grupie wyprowadzonych na badanie. Ma się ono odbyć za stodołą gospodarza Antoniego Strażyca. Soroka jest już, podobnie jak inni gospodarze, w samych kalesonach i koszuli. Powoli zbliża się jego kolej. Gdy na badanie idzie jego syn, Soroka kątem oka widzi klepisko stodoły Strażyca. Nie ma lekarza. Nie ma badania. Są trupy jego sąsiadów. Soroka machinalnie robi krok do tyłu. „Nie tudy” – mówi jeden z Ukraińców i pcha go lekko do przodu. Tak, do przodu. Przed siebie. Szybko. Skok. Bieg. Strzał. Niecelny. Kolejny strzał. Seria z karabinu. Jedna kula rozrywa mu pośladek. Druga trafia w nogę. „Aż przysiadłem”

– powie po latach. Ale biegnie dalej. Kule przelatują mu koło głowy. Ścinają czubki krzaków. Soroka mija łąki zwane przez miejscowych łąkami Jaśla. Wpada na pastwisko zwane Rogowa Niwa. Na pastwisku dostaje kolejny postrzał – w pierś. Łącznie trafiają go sześć razy. Mimo to dobiega do lasu. Tam pada. Na szczęście nikt go już nie goni.

4 Ludzie, którym udało się uciec z Ostrówek, widzą nieprzytomnego Sorokę przy drodze. Ktoś podaje mu papierosa. Patrzą, że przez dziurę w piersi ucieka dym. Nie ma szans mu pomóc. Zostawiają go w lesie, na umarcie. Tego dnia w Ostrówkach Wołyńskich i Woli Ostrowieckiej ginie łącznie około 1050 osób.

5 Leon Popek z dzieciństwa pamięta, że 1 listopada, w dzień Wszystkich Świętych, on i jego rodzice nie mieli żadnych grobów do odwiedzenia. – Wszyscy bliscy zmarli leżeli po tamtej stronie Bugu. Radzieckiej. A tam nie wolno było jeździć – wspomina. – Za to wszystkie śluby, chrzciny, jarmarki, odpusty to był czas zbierania adresów i wypytywania: kto jeszcze żyje? Gdzie mieszka? Co u niego? Ale główne pytanie, jakie stawiali sobie wszyscy ci ludzie, brzmiało: dlaczego wymordowano naszych bliskich? Borykam się z tym od małego. Pomyślałem więc: „Muszę iść na studia

historyczne. Tylko tak na to pytanie odpowiem. Posiądę odpowiedni warsztat i powiem mojej mamie i mojemu tacie: stało się tak z tego i tego powodu”. Dlatego poszedłem na historię. Na KUL. Popek jako student pierwszego roku w 1978 odprowadza do domu legendę KUL-u profesora Jerzego Kłoczowskiego. Profesor namawia go, by spisywał wspomnienia Wołyniaków. – Będziesz to robił do szuflady – mówi Kłoczowski – bo w PRL-u Wołyń to temat tabu. Nie wolno go ruszać. Ukraina jest częścią Związku Radzieckiego, z którym trzeba mieć dobre kontakty. Ale kiedyś będą bezcenne. Popek kupuje więc magnetofon kasetowy Grundig. Pierwszą osobą, do której trafia ze swoim nabytkiem, jest właśnie Władysław Soroka, wtedy już 80-letni. Przeżył tamten pościg. Obudził się dzień później, cały we krwi, z bezwładną ręką. Jeden z jego sąsiadów z Ostrówek, któremu też udało się przeżyć, zabrał go na wóz i pomógł przedostać się na drugą stronę Bugu. Gdy dotarł do Chełma, lekarz powiedział mu, iż to niemożliwe, że przeżył. Że żadna z sześciu kul, które go trafiły, nie zniszczyła ani kości, ani żyły, ani innego newralgicznego punktu. Zdecydowały milimetry. – Bóg wybrał pana Sorokę na świadka tego, co się wydarzyło – powie wiele lat później Leon Popek. Bo Władysław Soroka ocalał jako jedyny ze stodoły Strażyca. Tylko on wiedział, co wydarzyło się między drzwiami do stodoły a wykopanym na toku dołem. Tylko on widział to, czego ślady Leon Popek wiele lat później zobaczy w czasie ekshumacji w czaszkach zabitych: maczugi, siekiery, widły. Młody Leon Popek nagrywa Sorokę na taśmę na swoim grundigu, a staruszek kilka tygodni później umiera. – Wtedy zrozumiałem, że profesor Kłoczowski ma rację. Że te wspomnienia są bezcenne. * Więcej o historii Ostrówek Wołyńskich w książce Leona Popka Ostrówki. Wołyńskie ludobójstwo, wyd. Rytm, Warszawa 2011.

III Wyjdzie na podwórko. Kurom sypnie. Wróci do chaty. Do pieca dorzuci. Znów na podwórko, krowę przepiąć, bo już całą trawę sobie wygryzła. Znów do chaty. Przy okazji krowie kilka słów szepnie: „Jedz sobie, na zdróweczko, żebyś dobre mleczko dawała”. I kurom: „Dziobcie sobie, na zdrowie, i znoście jajeczka”. I do Boga Gospoda się zwróci, żeby mu podziękować za chudobę, i że ma co jeść, i że takie ładne słoneczko jej pada na twarz, na chustę i na mały sadzik koło domu. I tak się krząta. Ołeksandra Wasiejko, zwana babką Szurą. Albo inaczej. Wstanie rano. Jajeczka sobie usmaży na oleju albo zje surowe – to w środę i w piątek, bo wtedy Jezusa Chrysta męczyli i zabili, więc nie je mięs ani tłuszczy, ani olejów. Do lasu pójdzie. Grzybów nazbiera albo jagód, albo jakichś ziół, których oprócz niej nikt nie zna, a ona sobie je zaparzy i będzie pić, jak w dużych miastach piją herbatę. Ale jak zapytasz, czy można takiej herbaty spróbować, to nic nie powie, tylko biegusiem poleci do pani Oli pożyczyć torebkę; właśnie taką, jak się parzy w miastach. Bo te zioła to nie dla gości, tylko dla niej. Pani Ola jest z pięćdziesiątników. To też chrześcijanie, ale protestanci, na Wołyniu mówią na nich sztundy. Mieszka sama, hoduje kozy. Herbaty da chętnie i wcale nie będzie czekała, żeby jej oddawać. Na telewizję zaprosi. Ma kilkanaście kanałów, w tym taki, gdzie ciągle mówią o Bogu, co komu zrobił dobrego w Ameryce, bo to kanał amerykański, mówią w swoim języku, tylko taki mężczyzna czyta po ukraińsku, żeby rozumieli. – Bóg jest wielki – westchnie pani Ola i przykryje nogi kocem.

– Bóg Gospod jest wielki – zgodzi się pani Szura i da mi dyskretnie znak, żebyśmy już pani Oli nie przeszkadzali; że pora wracać do niej.

1 Pobielona chata odcina się od zieleni wszechobecnej w wołyńskiej wsi Sokół. Kury są nieswoje – rano nad podwórkiem wisiały dwa jastrzębie. Najchętniej wlazłyby do chałupy, ale tu na kuchni warzą się jajka, a w blaszanych kubkach pieni mleko. Dwie izdebki; doklejona do nich mała kuchnia; podłoga z polepy. Dla kur zdecydowanie nie ma tu miejsca. – Sio, sio! – wygania je Szura. – A pan niech siada. Boże, jak ja się stęskniłam za Polakami! Waszego radia słucham codziennie. Radia Maryja. Modlę się z nimi. Wieczorem mówię Różaniec, a w dzień Koronkę do Miłosierdzia Bożego. U nas w prawosławiu nie ma takiej koronki i pytałam się batiuszki w mojej cerkwi w Połapach, co on na to. A on też z Polakami miał dużo do czynienia i mówi: „Jeśli Polacy się tak modlą, to i wy możecie. To naród bardzo pobożny”. Nawet zegarek mam na wasz czas ustawiony – godzinę do tyłu. Zdarza się, że się zapomnę. Umówię się z kimś, że mnie na targ zawiezie do Lubomla albo że grzyby ode mnie kupi. I przychodzę godzinę za wcześnie, bo według polskiego czasu.

Pani Szura z bratem Mykołą fot. Witold Szabłowski

Zegarek i radio to jedyne nowoczesne sprzęty w tym domu. Pani Wasiejko się nie przelewa, to widać od razu. Bieda u niej większa niż u większości sąsiadów na niebogatym przecież Wołyniu. Żeby utrzymać się z pokołchozowej emerytury, większość potrzebnych rzeczy – opał, zioła, grzyby – przynosi sobie z lasu. Emerytury ma na nasze niecałe 150 złotych, a i tak da radę tym obdzielić wnuki i tych sąsiadów, których uważa za bardziej potrzebujących od siebie. Pierwsza izba grzeje się od pieca, dlatego tu stoi łóżko. Pani Szura śpi przytulona do ciepłej ściany. Z lusterka, które na niej wisi, spoglądają na nią dzieci i wnuki. Spogląda syn, który wziął sobie żonę w miejscowości Koszów, 100 kilometrów od Sokoła, i który miał wypadek na budowie w Kijowie, przez co teraz utyka na jedną nogę; bywa, że pracy przez to nie może znaleźć. Spogląda córka. W tym samym Koszowie znalazła męża, który jest asfaltokładczikiem, czyli jeździ z brygadą po gminie Torczyn i gdzie tylko jest jakaś dziura w asfalcie, to on wylewa świeży, a drugi kolega uklepuje go

walcem. Spogląda i druga córka, która handluje na targu w Lubomlu. Spogląda i trzecia, którą Szura pochowała, jeszcze jak był kołchoz. Chorowała na epilepsję. Miała atak, była sama w domu. Jak wrócili, już było za późno, żeby jej pomóc. Tyle pierwsza izba. W drugiej piętrzą się aż po sufit słoiki z marynowanymi grzybami i pomidorami. Jest kolejne lustro, szafa, a do tego dwa krzesła i żelazne łóżko. – Ojciec zawsze mi powtarzał: Polacy to nasi bracia – mówi pani Szura. – Ostrówki i Wola Ostrowiecka były po sąsiedzku z naszą wsią. Tatko tam na zabawy chodził, przyjaźnił się z ludźmi. Więc i ja tak już mam w głowie, że my i Polacy to jedno.

Pani Szura pokazuje zdjęcie swoich rodziców fot. Witold Szabłowski

Jak byłam małą dziewczynką, mieszkaliśmy w obwodzie chersońskim, niedaleko Morza Czarnego. Rodzice wyjechali, bo tam było łatwiej znaleźć pracę. Mój tata Kalennyk Łukaszuk był wozakiem w kołchozie. Woził tam

melony, arbuzy, winogrona i inne owoce, jakich u nas, na Wołyniu, nie ma. Ale jak trochę podrosłam, rodzice zdecydowali, żeby wrócić tutaj. Przyjechaliśmy, tatko pobudował chatę. Zatrudnili się też w kołchozie – o, tam widać jeszcze wielki, walący się budynek. To była nasza kołchozowa obora. Tata znów był wozakiem, tylko zamiast melonów i arbuzów woził zboże, kartofle, buraki i dynię. A mama była dojarką. Dobre mieliśmy życie. Spokojne. Choć czasem tata przychodził z pracy i mówił, że znowu ktoś wyciągnął ludzką kość. No ale co mieliśmy zrobić? Wyciągnął to wyciągnął. Trzeba żyć dalej.

2 Historycy mówią, że w 1943 roku niektórzy ludzie z Sokoła poszli na Wolę i Ostrówki. I że wieczorem upowcy zrobili pod wsią wielką ucztę. Jest kilka relacji świadków, którzy widzieli to wydarzenie na własne oczy. Według nich: Lał się bimber, zabijano krowy i świnie, grała harmonia, jakaś kobieta jeździła na białym koniu. Ucztowano do rana. Ale gdy jedni ucztowali, drudzy stawali na głowie, by pomóc. Oddaję głos Kresowej księdze sprawiedliwych (red. Romuald Niedzielko); to wydany przez IPN zbiór relacji ludzi, którym w czasie rzezi wołyńskiej ukraińscy sąsiedzi pomogli przeżyć*:

„– Dwie Polki z Woli Ostrowieckiej znalazły chwilowe schronienie w rodzinie ukraińskiej, gdzie je nakarmiono i poradzono, by uciekały do Jagodzina;

Pani Szura (z prawej) jako młoda dziewczynka z siostrą fot. Witold Szabłowski

– Rodzina Ukraińców Kuśniczów ocaliła dwie córki Jana i Marianny Pogorzelców, zamordowanych w Woli Ostrowieckiej, i przewiozła do Lubomla, gdzie przekazała dziewczynki polskim kolejarzom; – Sołtys Sokoła uratował i wywiózł do Lubomla Polkę z dwojgiem dzieci w wieku 3 lat i pół roku, zamężną za Ukraińcem z Sokoła Aloszą Basiukiem – rozpoznanym przez wielu świadków uczestnikiem rzezi, który chciał swą rodzinę wymordować (…); – Ocalał też mały chłopiec z Woli Ostrowieckiej, Czesław Lubczyński, którego wzięli na wychowanie miejscowi Ukraińcy (…) jego ojciec, Jan Lubczyński, gdy dowiedział się o losie syna, po zakończeniu wojny pojechał za Bug i zabrał chłopca do Polski”. Również ojciec pani Szury Kalennyk ratował w tę noc czyjeś życie.

Opowiem i o tym.

3 W Ostrówkach banderowcy, podobnie jak w Woli Ostrowieckiej, zebrali kobiety, dzieci i starców oddzielnie. Chcieli ich spalić w kościele, ale niedaleko wsi pojawił się oddział Niemców, którzy zaczęli do banderowców strzelać. Niemcy nie zbliżyli się do wsi, ale banderowcy bali się, że wrócą. Zabrali więc całą tę grupę z kościoła i zaczęli prowadzić na pole, w stronę wsi Sokół. Tam kazali im się położyć na ziemi i zabijali ich w pośpiechu, strzałami w głowę. Miejscowi Ukraińcy nazywają dziś to miejsce Trupim Polem. Może trochę nieładnie, ale się przyjęło, bo tych kobiet i dzieci bardzo długo nie miał kto pogrzebać. Leżeli tak prawie dwa tygodnie, na skwarze. Starzy ludzie wspominają, że takich ilości kruków jak wtedy przy ciałach nie widzieli nigdy w życiu. Po kilku dniach lisy zaczęły je rozwlekać po okolicy. Miejscowi to pamiętają. I zapach pamiętają. Nie, nie zapach. Smród. Potworny. Trupi odór. Nie do wytrzymania. Stąd nazwa. A po dwóch tygodniach wrócili striłcy z UPA i zmusili mieszkańców Sokoła, żeby to oni pogrzebali kobiety i dzieci z Ostrówek. Więc każdy zasłonił twarz czym tylko mógł i pojechali. Była wśród nich matka Wołodymyra Szafrana, który do dziś mieszka w Sokole i do dziś pamięta i te kruki, i lisy, i ten odór. Wykopali dół i ściągali zabitych do tego dołu zabranymi z gospodarstw bosakami. Kobiety wzdłuż, a dzieci po bokach, żeby jak najlepiej wypełnić wykopany dół. Kobietom, gdy je ciągnęli bosakami, odrywały się warkocze od głów. Warkoczy już nie zbierali, zostawili na polu. Zostawili tam również te bosaki,

bo nawet one przeszły trupim odorem. Zakopali ciała. Przykryli ziemią. I tak zaczęli mówić na to miejsce Trupie Pole. Potem nastał Związek Radziecki. Ziemia po polskich wsiach przeszła na własność kołchozu. Kołchoz w tym miejscu siał, orał, zbierał, puszczał traktory i inne maszyny. Nieraz ludzie przy robocie znajdowali kość, rzucali na bok i orali dalej. Ale po domach mówili, że po kościach chodzą, na kościach orzą. Więc ci z kołchozu w latach siedemdziesiątych postanowili zasadzić tu las. Sosny rosną tu równo, co półtora metra. – Szukaliśmy tego miejsca latami. Nie udawało nam się – mówi Leon Popek.

4 Pani Szura siada na jednym z krzeseł w drugim pokoju i na chwilę przenosi się pamięcią w swoje zielone dzieciństwo. – Jak już wróciliśmy z obwodu chersońskiego, któregoś dnia tatuś wziął mnie furmanką do lasu – mówi. – Znalazł trzy sosny, wziął nóż i wyciął w każdej mały krzyżyk. Powiedział tak: „Niedawno były tu straszne czasy, ludzie mordowali jedni drugich. Jednej rodzinie udało się uciec. Znałem ich jeszcze sprzed wojny, mieszkali niedaleko naszej chaty, na chutorze. Ukrywali się w tym lesie, mąż z żoną i z córeczką. Niestety, ktoś się o nich dowiedział i któregoś dnia, jak przyjechałem, leżeli już pod tymi drzewami. Wykopałem dół i ich tu pochowałem”. Wtedy tata podniósł oczy, popatrzył na mnie i powiedział: „Kiedyś przyjadą tu Polacy i będą ich szukać. Ja tego nie doczekam, ale ty na pewno tak. Przyprowadź ich tutaj”. Miałam może sześć, może siedem lat. Ale tatuś tak o tym mówił, jakby było to dla niego bardzo ważne. Bardzo więc się starałam go nie zawieść i dokładnie to miejsce zapamiętać.

Dopiero wiele lat później dowiedziałam się, że mój tatko woził tym Polakom jedzenie do lasu. Że próbował ich uratować, ale ktoś doniósł banderowcom, że tam w lesie jest rodzina. Przyjechali i zabili. Więc tatko ich pochował. Chociaż tyle mógł dla nich zrobić po śmierci. Później banderowcy grozili mu, że jego też zabiją. Ludzie ze wsi też się krzywo patrzyli. Może dlatego wyjechali z mamą aż pod Chersoń? Innym razem, też jeszcze byłam malutka, pasłam krowy na polu. Patrzę – spod ziemi wystaje jakiś błyszczący przedmiot. Wyciągam – broszka. Ucieszyłam się, wzięłam ją do domu pokazać mamusi. A moja mama na mnie nakrzyczała. Mówi: „To należy do zmarłych. Idź i natychmiast odnieś to na miejsce!”. I później jeszcze długo mi tłumaczyła, że nie można brać takich rzeczy do domu. Że Bóg Gospod to widzi i będzie karał każdego, kto postąpi inaczej. Potem mama mi pokazywała, kto ma siekierę po Polakach, kto talerze, a kto ubranie. Mama nie chciała z takimi ludźmi rozmawiać. Mówiła tylko, że Bóg Gospod wszystko widzi i że jeszcze trzeba się będzie przed Nim tłumaczyć z tych wszystkich sprzętów. Dużo ludzi tutaj pobrało rzeczy z polskich domów. Niektórzy nawet całe chaty przenieśli – jedna, obita takim białym plastikiem, stoi pośrodku wsi. W drugiej była szkoła, teraz jedna pani tam mieszka. Jeden sąsiad do dziś świnie bije siekierą z Ostrówek. Potrafi pan sobie wyobrazić, że ktoś, kto w takiej chacie mieszka, ma szczęśliwe życie? Bo ja nie. Pamiętam, że jak wróciliśmy spod Chersonia do Sokoła, nie wszystkim się podobało, że tu jesteśmy. Nikt mi słowa nie powiedział. Ale mój tatko dobrze wiedział, kto ze wsi był w Woli i w Ostrówkach, jak płonęły. A ludzie dobrze wiedzieli, że tatko wozem jedzenie do lasu woził. Nie mówiło się o tym. Każdy wiedział swoje – i już. Do dziś się na mnie patrzą dziwnie. O, weźmy taką historię. Jeden

mężczyzna sprzedaje po wioskach kartofle. Podjechał i do mnie. Pokazuje. Piękne bulwy, ogromne. Może bym i kupiła, ale nagle coś mnie tknęło. Mówię mu: – Proszę pana, na naszej ziemi takie ziemniaki nie rosną. U nas same piaski i nieużytki. Gdzie pan je zasadził? Mówi mi miejsce, chociaż wcale nie musi, bo ja dobrze wiem. Takie ziemniaki rosną tylko tam, gdzie waszych bili. Na Polakach rosną. Wygoniłam go. Powiedziałam, że kartofli na ludzkiej krwi wyrośniętych jeść nie będę. * Kresowa księga sprawiedliwych, wyd. IPN, Warszawa 2007.

IV Milentyna: – Jak pierwszy raz Jana do nas przyjechała, to aż z wrażenia usiadłam. Pracowałam na izbie przyjęć szpitala we Włodzimierzu Wołyńskim. Jak pan wyjdzie ode mnie z mieszkania, trzeba przeciąć główną szosę, i zaraz będzie ten szpital. Praca nielekka, bo czasami sama byłam z lekarzem na dyżurze, a ruch zawsze był spory. Jak kiedyś autobus wjechał do rowu, to człowiek nie wiedział, komu pierwszemu pomocy udzielić. Co się działo, jak wybuchł Czarnobyl, to nawet mówić nie chcę. No, ale pierwszy przyjazd Jany to było jeszcze przed Czarnobylem. Któregoś dnia siedzę na dyżurze, a przychodzą moje koleżanki i mówią: „Ktoś cię szuka. Jakaś kobieta. Z Polski”. Mówię: „Dawajcie ją tu”. Przychodzi. Patrzę. Elegancka, ładnie ubrana, uśmiechnięta. Wyciąga rękę, mówi: „Jestem Janina. Moi rodzice się przyjaźnili z twoim dziadkiem”. Ale się ucieszyłam! Jana! No pewnie, że kojarzę. Sąsiedzi moich dziadków, jeszcze z Augustowa! Mama dużo mi o nich opowiadała. Rzuciłyśmy się sobie w ramiona, jak stare znajome, choć ja jej przecież nie pamiętam. Ja się urodziłam już pod koniec wojny, a oni z Augustowa wyjechali półtora roku wcześniej. Ale od razu się polubiłyśmy. Od razu. Poszłam do swojej przełożonej, mówię, że jest taka sytuacja, znajoma przyjechała z Polski. Muszę ją zawieźć do mojej mamy, na wioskę. Przełożona zrozumiała, znalazłam zastępstwo i następnego dnia pojechałyśmy.

Janina – Siostry moje, Jadwiga i Czesława, powiedziały, że jakby z każdą z nich pojechał żołnierz z bronią, to wtedy może by pojechały na Wołyń. Inaczej nie. Pewnie one więcej pamiętały z tego 1943 roku, to się i więcej bały. Nie wiem. Ja od zawsze chciałam zobaczyć Augustów. Okazja trafiła się dopiero na początku lat siedemdziesiątych, za Breżniewa, jak ludzie zaczęli jeździć do Związku Radzieckiego na handel. Pomyślałam, że też pojadę, dlaczego nie? Przecież to moje miejsce urodzenia, chciałby człowiek sobie choć raz jeszcze popatrzeć. Tam się, na przykład, woziło takie chustki, szalinówki, w kwiaty. 25 rubli się za nią brało, a za te pieniądze można tam było kupić złoty pierścionek. No to sam niech pan policzy – wymienić chustkę na złoto? Zysk był bardzo dobry. Woziło się też materiały: stylony, kretony. Swetry się woziło. Ale przede wszystkim złoto i różne elektryczne rzeczy – odkurzacze, kuchenki i temu podobne. Zanim pierwszy raz pojechałam, to rozpytałam ludzi, czy ktoś z naszych terenów tam już był i czy jest bezpiecznie. I mi powiedzieli, że byli jacyś panowie z województwa szczecińskiego. Że wszystko niby w porządku, ale jak się w nocy napili z miejscowymi samogonu, to ktoś im groził, że ich pozabija.

Milentyna Kozuń przed swoim blokiem we Włodzimierzu Wołyńskim fot. Witold Szabłowski

Pomyślałam sobie: „Ja tam samogonu pić nie będę. Raz kozie śmierć. Jadę”. Dla człowieka to ważne, żeby wracać, tam gdzie się dorastało; żeby chociaż spojrzeć, jak te miejsca wyglądają po latach. Dojechałam do Włodzimierza, pamiętam go z czasów wojny. Patrzę, polski kościół pod wezwaniem Świętych Joachima i Anny, ale w nim już jest tylko sklep i jakaś kawiarnia. Niedaleko – duży park. No i zaczynam szukać Miły, bo to już od ludzi wiedziałam, że wnuczka Ołeksandra Kozunia, z którym się przyjaźnili moi rodzice, mieszka we Włodzimierzu. Na imię ma Milentyna, nazwisko Kozuń. „Włodzimierz to nie jest duże miasto, ktoś musi wiedzieć” – myślałam. I rzeczywiście, druga albo trzecia osoba mi powiedziała, że Miła pracuje w szpitalu. Znalazłam ten szpital, padłyśmy sobie w ramiona. Miła była bardzo zadowolona z mojej wizyty. Zaprowadziła mnie do takiej bursy, gdzie mieszkała z innymi pielęgniarkami. Wszystkie były dla mnie bardzo serdeczne.

Milentyna: – Augustów to była wioseczka jak marzenie. Równo się ciągnęła wzdłuż drogi, wkoło las, przy większości domów sady. Mieszkały tam tylko dwie rodziny Ukraińców, moi dziadkowie i Josip Pawluk z żoną. Reszta – Polacy i Niemcy. Babcia nazywała się Maria Kozuń, dziadek Ołeksandr. Mieli troje dzieci: moją mamę Tetianę, jej siostrę Antoninę i brata Petra. W naszym domu mieszkał wcześniej Niemiec August, podobno to od niego wieś wzięła swoją nazwę. Wyjechał do Ameryki i dziadek, który wcześniej mieszkał w Tuminie, kupił od niego dom. Był przy nim ładny sadek – wiśnie, jabłka, grusze, jabłonie, czereśnie. Mama jeszcze rodziła się w Tuminie, a ciocia – już w Augustowie.

Maria i Ołeksandr Kozuniowie z dziećmi, zdjęcie przedwojenne Zdjęcie z archiwum rodzinnego Janiny Milentyny Kozuń

Kolonia ciągnęła się wzdłuż szutrowej drogi przez jakiś kilometr. Obok domu dziadka rosła mała lipa; jak zaczynała kwitnąć, pachniało w całej wsi. Dziadkowie moi byli przed wojną dosyć zamożni, mieli dwóch parobków, ale nawet z nimi dziadek nie dawał rady, bo miał bardzo dużo pola i chudoby. A potem, w 1939 roku, przyszli nasi przyjaciele komuniści i wszystko

nam zabrali, bo dziadek Ołeksandr został uznany za kułaka. I jeszcze dom zburzyli, bo mieszkali na chutorze, a Sowieci kazali się przeprowadzać do centrum wsi. Tak pewnie łatwiej im było ludzi kontrolować. Nasza chata była stara, dziadek przed wojną kupował dużo ziemi i na dom nigdy nie starczało pieniędzy. To była taka „szewczenkowa chatyna”, jak to u nas mówią, czyli z czasów XIX-wiecznego poety Tarasa Szewczenki, ze słomą na dachu. Tuż przed wojną dziadkowie zdecydowali, że czas na nowy dom. Dziadek trochę ziemi odsprzedał i nawet drewno już miał na tę chatę gotowe. Ale przyszła wojna i drewno mu zabrali na budowę okopów. A potem sojusz między Niemcami i Sowietami okazał się niewart kartki papieru i Niemcy napadli na naszych braci komunistów. W lasach zaczęli się pojawiać radzieccy jeńcy. Wtedy chyba pierwszy raz dziadek zaczął ludziom pomagać. Dlaczego? Tak już miał. Był bardzo religijny i chyba to było dla niego coś całkowicie naturalnego, że jak widzi człowieka w potrzebie, to pomaga. Zaczęli z babcią stawiać codziennie przed domem garnek kartofli. Rano znajdowali pusty. Stawiali więc kolejny. I kolejny. I tak przez całe miesiące. Potem się u nas pojawił Misza. To był rosyjski żołnierz, który, żeby się ratować, powiedział Niemcom, że jest naszym krewnym. Nie rozstrzelali go. Pozwolili mu zostać, choć raczej się domyślali, że to jeniec.

Ołeksandr Kozuń z lewej z sąsiadami z Wołynia Zdjęcie z archiwum rodzinnego Janiny Milentyny Kozuń

Na początku, jak mówił dziadek, Miszka był grubawy, wszyscy się dziwili, jak on w tej niewoli się uchował z takim brzuchem. Dopiero potem się okazało, że on nie jest gruby, ale opuchnięty z głodu, bo Niemcy tym jeńcom w ogóle nie dawali jeść. Jak zeszła mu ta opuchlizna,

nabrał siły i pomagał dziadkowi w polu. Orał, siał, był u nich na prawach domownika. Babcia kiedyś narobiła pierogów żytnich, ale tak się akurat zdarzyło, że trzech Rosjan uciekało z niewoli. Wpadli do domu – „Chaziajka, dajcie coś jeść”. Porwali te pierogi i uciekli. Chwilę później zjawiła się pogoń. Jednego złapali, pytają: „Kto ci dał pierogi?”. A on mówi: „Samolot leciał i mi zrzucił”. Zabili go na miejscu. Jakby powiedział, że pierogi ma od babci, jakby pokazał, z której chaty, to zabiliby przy okazji całą moją rodzinę. Proszę zobaczyć, od czego życie ludzkie zależało w tamtych czasach. A potem Niemcy się wycofali. Jak odchodzili, zostawili nam jedzenie frontowe. W smaku przypominało to, co dziś się kupuje w marketach. Ale wtedy ludzie byli przyzwyczajeni do jedzenia z ogródków przy domu, nikt tego nie chciał brać do ust. Świniom ludzie dawali. Niemcy poszli, Sowietów jeszcze nie było, zostali tu tylko ci, co mieszkali i przed wojną. I bandy po lasach – nikt nie wiedział, czy one były polskie, ukraińskie czy komunistyczne. Babcia opowiadała, że w 1943 roku wyrosło wysokie żyto. Były takie noce, że i Polacy, i Ukraińcy w nim siedzieli – każdy się bał. Tylko dym było widać, bo gdzieś daleko już się wioski paliły. Janina: – Urodziłam się w miejscowości Binduga, nad samym Bugiem. Ale w 1941 roku Sowieci wysiedlili całą wieś do powiatu horochowskiego. Nas – właśnie do Augustowa. Trzy dni tam jechaliśmy furmanką, aż dojechaliśmy do miejscowości Wojnica i tam prowodnik rozdzielił ludzi po wsiach. Nam dali dom poniemiecki. Było nas pięcioro: trzy dziewczyny, ojciec i matka. Pierwsze lata z Augustowa wspominam bardzo dobrze. Siostry, które było ode mnie dużo starsze, mówiły, że zdarzały się już wtedy jakieś zabójstwa w sąsiednich wioskach – a to Ukraińcy gdzieś polskiego gajowego zabili, a to

nauczyciela. Ale nas się nigdy nie czepiali. A potem przyszedł rok 1943. Niektórzy wcześniej się domyślili, co się będzie działo. Uciekali, kto gdzie mógł – do Łucka, do Włodzimierza Wołyńskiego. Ale mojemu ojcu Ukraińcy mówili: „Studnicki, u was w domu same dziewczyny. Nikt was nie będzie zaczepiał”. Jak więc przyszedł rok 1943 i zaczęło się poważne mordowanie, ojciec z kolegą spali w stogu siana, a ja z mamą, siostrami i dwójką dzieci najstarszej siostry chodziłyśmy nocować na Kisielówkę, do zaprzyjaźnionego Ukraińca. Mąż siostry pojechał zaś do Włodzimierza, żeby tam się rozejrzeć za jakimś miejscem dla nas i spróbować nas tam sprowadzić. Ukrainiec, u którego nocowaliśmy, nazywał się Malczewski. Jednego dnia matka napiekła pierogów i po raz kolejny poszłyśmy do niego. Rano patrzymy, a tu ludzie lecą przez pole, z płaczem, z dziećmi na rękach. A za nimi sąsiednia wieś, Stanisławówka, się pali. Malczewski mówi: „Zaraz przyjdą i nas wszystkich pobiją. Was, bo Polacy, a mnie, bo was chowam”. Uciekliśmy więc.

Milentyna Kozuń z koleżankami ze szkoły pielęgniarskiej

Zdjęcie z archiwum rodzinnego Janiny Milentyny Kozuń

Schowaliśmy się w rowie obrośniętym z każdej strony krzakami. Nie było nas widać z drogi. Ale jedna kobieta z córką uznała, że wie lepiej, gdzie się trzeba schować. Wyszła z rowu, idzie – i oczywiście od razu zauważyli ją upowcy. A ona, zamiast uciekać gdzie indziej – gna prosto do nas. Spojrzeli – „Tu, Lachy, siedzicie!”. Wyciągnęli nas z tego rowu i prowadzą na rozstrzelanie. Było ich kilku, a z nimi jeden na koniu, oficer. Jako jedyny miał karabin, bo reszta – jakieś widły, pałki, co kto miał w gospodarstwie, to złapał, i tak poszli. Proszę pana, jaki ten oficer był piękny, to ja do dziś nie mogę zapomnieć. Hołubicki się nazywał. Szłam na śmierć, ale to było takie nierealne. Nie docierało do mnie, że oni zaraz będą do nas strzelać. Patrzyłam tylko, jaki on wysoki, jaki postawny, jakie ma piękne buty, jaki mundur. Przy drodze, którą nas prowadzili, mieszkał kolega matki, Ukrainiec. Nazywał się Ignacy Laszuk. Zaczęliśmy krzyczeć, żeby nas ratował. On spojrzał – na nich, na nas. Podszedł do płotu, zaczął z nimi rozmawiać. Tłumaczył, że my jesteśmy dobrymi Polakami, że nas zna i za nas może poświadczyć. A w tym czasie jeden z banderowców, taki krępy, z czerwoną twarzą, też im tłumaczył, że kobiet z dziećmi nie powinni zabijać. I oni chyba sami do końca nie wiedzieli, co z nami zrobić. Dopiero później się okazało, że dowódca tych ludzi był narzeczonym córki Laszuka. I ten Laszuk, wespół z tym krępym Ukraińcem, jakoś go ubłagali, żeby nas puścił. Do domu nie było co wracać. Wszędzie jeździli banderowcy, szukali Polaków, żeby ich dalej mordować. Siedzieliśmy więc w lesie. Co chwila się spotykało grupki Polaków, które próbowały przedostać się do Włodzimierza. Ale synek siostry miał siedem miesięcy. Płakał, jak to dziecko, bo nie rozumiał, co się dzieje. I z takim maluchem, który w każdej chwili może się

popłakać, nikt nie chciał nas wziąć. Bali się ludzie, że zdradzi i nas, i ich. Siedzieliśmy więc w lesie. Moi rodzice przed wojną bardzo się przyjaźnili z dziadkiem Miły Kozuniem. On miał kawałek ziemi pod lasem. I kiedyś w nocy, jak nie było co jeść, mama poszła potajemnie do tego Kozunia. Umówiła się z nim, że jak będzie orać, to nam przy okazji przywiezie coś do jedzenia. I przywoził: krupę z jęczmienia albo gryki. Chleb. Bańkę mleka. A potem ukradkiem szliśmy na jego pole i wszystko to zabieraliśmy. To było bardzo niebezpieczne, bo banderowcy chodzili wtedy w nocy po polach i lasach i szukali, czy się jakiś Polak nie chowa. Kozunia, gdyby się zorientowali, że nam pomaga, zabiliby na miejscu. Milentyna: – Znam to tylko z opowieści, bo jestem za młoda. Dziadkowie mieli krowy, mięso i słoninę posolone, w beczkach, trochę sera. Babcia brała chleb i do lasu zanosili. Miszka, ten rosyjski jeniec, co go dziadek uratował, jeździł z dziadkiem na przemian. Z daleka krzyczeli: „wio, wio”, żeby pochowani w lesie ludzie wiedzieli, że to któryś z nich. Zostawiali gdzieś na granicy lasu. A potem przychodzili zabrać pusty garnek. Janina: – Siedzieliśmy w tym lesie cztery albo pięć tygodni. Aż któregoś dnia synek siostry zaczął chorować na brzuszek. Bardzo dużo wymiotował, płakał. Pamiętam, że jednej nocy była straszna strzelanina gdzieś daleko. Rano się okazało, że tej nocy Tadzio zmarł. Rozpacz była straszna. Siostry wykopały w lesie dół, wymościłyśmy go paprociami i tam Tadzia żeśmy pochowały. Do dziś, jak jadę na Ukrainę i przejeżdżam koło Włodzimierza, pokazuję wszystkim: w tym lesie się ukrywałam. Tam leży pochowany mały Tadzio, syn mojej siostry.

Niedługo potem odnalazł nas mąż mojej najstarszej siostry. Ruszyliśmy wszyscy razem z jakąś jeszcze większą grupą do Włodzimierza. Szliśmy całą noc, dwadzieścia kilka osób. Zaczyna świtać, Włodzimierz daleko, a my nie wiemy, gdzie jesteśmy! Cały dzień przesiedzieliśmy na bagnach, które się nazywają Rudawy. Ukraińcy wkoło ziemniaki kopali, a myśmy się modlili, żeby nas któryś nie przyuważył. Udało się. Nocą, jak w końcu zdołaliśmy do Włodzimierza wejść, widzieliśmy, jak się polska wioska gdzieś w oddali dopala. We Włodzimierzu był już brat ojca. Mieszkaliśmy u niego cały miesiąc, ale potem widzieliśmy, że wiecznie tak siedzieć nie można. Pojechaliśmy do Uściługa, bo tam był most na Bugu i można było przekroczyć rzekę. Patrzymy – a mostu już nie ma! Pewnie go Niemcy wysadzili, jak się wycofywali. Pojechaliśmy do Horodła. Polacy stali na drugim brzegu i krzyczeli, gdzie płytko i gdzie można wpław przejść. Konie przejechały, my też. Byliśmy uratowani. Milentyna: – Niemcy wyszli i zaraz potem przyszli do nas po raz drugi Sowieci. Tacie mojemu Uljanowi dali broń i wysłali go na front, a mamę, która była ze mną w ciąży, wysłali do Donbasu. Ciocię zabrali razem z nią, dla towarzystwa. Trzy miesiące ciężko pracowały, budowały domy dla górników. Zanim pojechały, obiecywali im tam wszystko – dobre jedzenie, mieszkania. Nikt tak pięknie nie umiał obiecywać jak nasi bracia komuniści. A na miejscu żyły w tak skromnych budynkach, że chata moich dziadków była dla nich jak pałac. Dopóki było lato, było dobrze. Ale nagle przyszedł październik, a tam coraz zimniej. Aż ludzie z wiosek przyszli i mówią: „Dziewczyny, uciekajcie, szkoda was. Już tu niejedni byli, tacy jak wy. Zimy

nikt nie przeżył”. Dali im wychodne na święto rewolucji październikowej. Poszły do cerkwi, bo akurat było Dymitra, i z tej cerkwi ruszyły na piechotę do domu. To była niesamowita podróż. Jechały potajemnie pociągami towarowymi. W dzień się chowały, szły nocą, żeby ich nikt nie widział. A jak ktoś pytał, mówiły, że jadą na front odwiedzić mężów. Wymarzły się co niemiara. Nie umiem sobie wyobrazić, jak moja mama, ze mną w ciąży, wszystko to zniosła. Do domu weszły po miesiącu od tej swojej ucieczki. Ubrania miały całe we wszach, od razu wszystko poszło do pieca. Uciekły w Dymitra, a do domu dotarły równo w Mychaiła. Babci siostra, która z nimi mieszkała, Kreweńka Darka na nią mówili, jak je zobaczyła, to im nie chciała dać jeść. Mówi: „Poczekajcie, aż wszyscy z cerkwi wrócą”. Wtedy dopiero mama się dowiedziała, że tatko poszedł na front. I już nie wrócił tatko. W marcu przyszło pismo, że zginął na Węgrzech, w miejscowości Martonow. Ja się urodziłam miesiąc później. Ciężko nam było, jak byłam dzieckiem. Lenin tak podobno lubił dzieci, a jak ja byłam malutka, to nam ostatnią krowę zabrali do kołchozu. Świniomatkę też nam zabrali, choć miała małe prosięta. Dziadek ich prosił: „Weźcie, jak już musicie, ale dajcie kilka tygodni. Małe niech podrosną. Tak, to i one zdechną, i locha”. Ale nie. Dostali prikaz i musieli zabrać od razu. I zdechły. Dziadek wiedział, co mówi. Janina: – Jak przekroczyliśmy Bug, pojechaliśmy w kierunku Chełma. Zgłosiliśmy się do PCK, dali nam jedzenie i ubranie. Jakiś człowiek tam był zorientowany, gdzie można jechać, żeby dostać gospodarstwo po Niemcach

albo Ukraińcach. Krasnystaw, Kamień, Łopiennik, Rejowiec. Takie miejscowości nam wymienił. Pojechaliśmy do Rejowca. Gmina nam tu dała starą chałupę. Ojciec dał konie do pana, żeby zarabiały, żebyśmy jakieś pieniądze mieli. Byliśmy tam aż do wyzwolenia, które nas zastało w polu, przy burakach. Ojciec zrozumiał, że powrotu na Wołyń chyba póki co nie będzie. Zaczął szukać jakiegoś większego gospodarstwa. Dali nam tu, w Wólce pod Rejowcem, po Ukraińcach trzy hektary. Poszłam do szkoły, uczyłam się rosyjskiego i jeszcze w latach czterdziestych zaczęłam pisać listy do Kozuniów. Milentyna: – Po wojnie moja ciocia pracowała w les-hosp – sadziła las. A wujek – w les-pram-hosp – wycinał, co ciocia zasadziła. Mama natomiast poszła pracować do kołchozu. Takiego samego jak ten, przed którym dziadek się bronił. Z desek po naszym chlewie Sowieci zrobili przedszkole, ale z jakiegoś powodu szybko je zamknęli. I ktoś mamie zaproponował, żeby to przedszkole kupiła. Mama kupiła, wtedy dopiero wyprowadziłyśmy się od dziadków i zamieszkałyśmy tam razem. Duży pokój, obok mniejszy, do tego kuchnia. Kupiłyśmy to zresztą z lokatorem, bo tam mieszkał też stróż kołchozowy. Dziadka Ołeksandra pamiętam bardzo dobrze. Był krzepki, dobry i sprawiedliwy. Najbardziej z wszystkiego nie lubił kłamstwa. Bardzo ciężko pracował: robił koszyki, budował domy i buty umiał zrobić i wszelkie stolarskie rzeczy, jak ławki, taborety, koryta, wiadra, beczki na słoninę czy cebry. Robił też za weterynarza – jak się krowa czymś zadławiła, to umiał wyjąć jej to coś z gardła, a jak się skaleczyła, też umiał opatrzeć. Jak komuś krowa się cieliła albo świnia prosiła, biegł po dziadka, a jak trzeba było, to dziadek i za inseminatora robił. Gramotny był bardzo. Biblię czytał, śpiewał w cerkwi.

Jak opowiadał straszne historie, to połowa dzieciaków ze wsi przychodziła go słuchać. Gorzałki nie pił prawie w ogóle, tylko dwa razy do roku, na praznik. Ale pijanego w sztok nigdy go nie widziałam. Jak już byłam dorosła i jakiś mężczyzna mówił, że czegoś nie umie zrobić, to się nie mogłam nadziwić. Mój dziadek umiał wszystko. A babcia? Była czerniawa, chudeńka, nieduża. Kochali się z dziadkiem. Myślę, że mimo wszystkiego, przez co przeszli, dobre mieli ze sobą życie. Dziadek zmarł w 1964 roku, babcia została sama z siostrą inwalidką. Jak Janina pierwszy raz do nas przyjechała, to mama jej pokazywała, gdzie dokładnie była jej wioska. Tam już wszystko zostało zaorane, ale Janina poznała miejsce, gdzie stała jej chałupa. Jak? Znalazła kawałek stłuczonego szkła. Takiego samego, z jakiego mieli szyby. Janina: – Mama Milentyny na mój widok się popłakała. Cały czas powtarzała: „Kuszaj, kuszaj”, jakby tym jedzeniem chciała mi wszystkie emocje pokazać. Choć jedzenie mi, szczerze mówiąc, nie szło – wszystko tłuste, na słoninie. U nas się jada dużo chudziej. Poszliśmy w końcu tam, gdzie stał nasz dom. Sosenki, które w dzieciństwie widziałam jako małe krzaczki, zamieniły się w wielkie drzewa. Wzruszyłam się, nie powiem, ale kto by się nie wzruszył. Poszłam do Laszuka, żył jeszcze. Stanął przy płocie, patrzy, kto to idzie do niego. Więc mówię, że jestem Jasia, siostra Jadzi i Czesi. Popłakał się, przytulił. Mówi: „To ja was od śmierci uratowałem”. Taka prawda. Żeby nie Laszuk, tobym gdzieś dzisiaj w rowie leżała, a nie rozmawiała z panem. Josip Pawluk też jeszcze żył. I też bardzo się ucieszył, że do niego

zaszłam. Z każdej strony byłam otoczona ludźmi całkowicie mi życzliwymi. Od tamtej pory zawsze w wakacje tam jeździłam. A Miła zawsze pomagała mi coś sprzedać we Włodzimierzu. Jak byłam drugi albo trzeci raz, to chciałam tego oficera zobaczyć, co wtedy do nas nie strzelił. Tego Hołubickiego. On jednak nie ożenił się z córką Laszuka, mieszkał sam, w jakiejś chatynce pod lasem. Ale nie chcieli mnie tam zawieźć. Mówili: „Nie trzeba”. I kręcili głowami, że nie. Nie pojechałam więc, dziś trochę żałuję. Wiem tylko, że na starość strasznie się rozpił. Ale były inne niesamowite spotkania. Któregoś razu przyszedł jeden mężczyzna i mówi: „Powiedz swoim siostrom, że ja Polaków nie biłem. Byłem wtedy w Niemczech na robotach. Ale niech sobie przypomną, jak mnie kiedyś wasz ksiądz wygnał z kościoła”. Wróciłam, opowiadam. Siostry pomyślały. Rzeczywiście, była taka sytuacja. Jakaś wrogość między ludźmi tliła się już dobrych kilka lat przed wojną.

Janina Adamczuk z synem i z Milentyną Kozuń na Wołyniu Zdjęcie z archiwum rodzinnego Janiny Milentyny Kozuń

Jeszcze o jednego człowieka dopytywałam. O tego krępego banderowca, który, pamiętam to dobrze, przekonywał innych, żeby nas nie zabijali. Nie wiem, jak się nazywał, ale mówili na niego „Czerwony Iwan”. To był gospodarz z Tumina, który się przyłączył do banderowców. Nasi Wołyniacy

mówią, że on bardzo dużo Polaków uratował. Jak? Podobnie jak nas. Namawiał innych, żeby kogoś puścić. „A po co będziesz strzelał, kuli szkoda. A niech sobie idzie”. O, w ten sposób. Ale kiedyś upowcy się zorientowali, że słabo on tych Polaków morduje, i musiał uciekać. Nie na wiele mu się to zdało. Zaraz po wojnie go znaleźli i zastrzelili. Milentyna: – Ja byłam w Polsce dwa razy. Raz z chórem włodzimierskim, bo ja w chórze śpiewam, byliśmy zaproszeni do Hrubieszowa. Pamiętam, że podobało mi się, bo dużo kwiatów tam rosło. Potem raz pojechałam do Janiny w celach handlowych. Wzięłam trochę ubrań z lnu, jakiś serwis stołowy, kilka koszul nocnych. Najpierw dwie noce trzeba było spędzić na dworcu w Kowlu. Spaliśmy tam u kogoś w domu. Potem trzeba było dać konduktorowi łapówkę. W końcu wylądowałam w Chełmie w środku nocy i dzwoniłam do Janiny, żeby po mnie przyjechała. Mieszkałam u niej tydzień, sprzedałam swój towar i kupiłam sobie trochę waszych ubrań. U nas była wtedy może lepsza jakość, ale u was lepsze wzory, już takie bardziej zachodnie. Buty, sukienkę, materiał kupiłam. Niektórzy się wtedy bali do Polski jechać. Że mogą się mścić Polacy. Że będą Ukraińców mordować. Ale ja nie bałam się nawet przez minutę. Jakby ktoś pytał, to nazywam się Kozuń, wnuczka Ołeksandra Kozunia. Tyle odpowiadam. Więcej nie trzeba.

ZIMA

fot. Witold Szabłowski

I Mała, rozpadająca się już chatka niedaleko Kowla. W chatce, jak prawie zawsze tutaj, stary piec, ława, trochę sprzętów, monidło z twarzami rodziców – ojciec ma czarne wąsy, mama twarz łagodną jak bochenek chleba. Gospodarzy tu staruszka, już lekko przygarbiona, ale jeszcze krzepka. Zastaję ją, jak kładzie pokrojoną dynię do trzylitrowych słojów. Trafiłem tu, bo kogoś szukam i młodsi powiedzieli, że ta pani może wiedzieć, co się z tym kimś stało. Nie wie. Ale przygląda mi się uważnie, jakby szukała w mojej twarzy odpowiedzi na jakieś zadane albo niezadane jeszcze pytania. – Mój tatko przed wojną przyjaźnił się z Polakami – mówi wreszcie. – Odwiedzali nas w domu. Nawet na Wielkanoc oni do nas przychodzili, a my do nich. Korci mnie, żeby zapytać, czy ta przyjaźń przetrwała również rok 1943. Ale zanim się odezwę, starsza pani mnie ubiega. – Tatko mój waszych nie bił – mówi. – Raz przyszli, wiosna jeszcze była. „Kłym, jedziemy!”, mówią, bo tata miał Kłym na imię. A on wyszedł z domu, krzyknął: „Jedziemy! Urrraaaaa!!!”. Po czym zrobił dwa kroki, o własne nogi się potknął i przewrócił. Popatrzyli na niego, poczuli wódkę, machnęli ręką, pojechali sami. Kolejny raz jak się szykowali na akcję, poszedł do sąsiada, u którego była zbiórka. Sąsiadka nasmażyła im jajek, dała ogórki, słoninę, postawiła bimbru. Ojciec ten bimber szklankami pił, jak sok z brzozy. Tak się napił, że znów się przewracał. Zaległ na łóżku, nie mogli go dobudzić. Znów nie pojechał. Bracia ojca obaj byli u banderowców. Któregoś dnia się spotkali i starszy

mówi mu: „Co ty, Kłym, ciągle pijany chodzisz? Żadnego pożytku z ciebie nie mamy. Nie myślisz o sobie, to chociaż o rodzinie pomyśl! Całe życie chcesz mieszkać w takiej małej chatce?”. Tata obiecał, że się poprawi. Jego bracia przywozili piękne rzeczy z tych wyjazdów. I talerze przywozili, i widelce, i łyżki, i krzesła, i skrzynie, i siekiery, i tasaki, i świnie, i krowy, i konie, i uprzęże, i nawet ubrania. Całą wiosnę tak jeździli; później, latem, też. Pamiętam, jaką śliczną sukieneczkę miała moja siostra wujeczna. Ze wstążeczką i haftami. Miałyśmy wtedy obie po sześć lat i siostra chodziła dumna, że ma takie ładne ubranko. Patrzyła na mnie trochę z góry – że jej tato przywozi ładne rzeczy, a mój tylko pije. I rzeczywiście, jak wspominam ten rok największej zawieruchy, to tata prawie cały czas był pijany. Jak ja się za niego wstydziłam! Jak ja się wstydziłam, że się tak przewraca. Że nic nam nie przywozi. Że sukienki nie mam takiej pięknej jak wujeczna siostra. Wtedy, w czas wojny, nie rozumiałam tego wszystkiego. Nie rozumiałam, skąd te wszystkie rzeczy – skąd talerze, skąd skrzynie, skąd sukienka. Mówiło się – od Polaków. Dzieci patrzyły na mnie wtedy jak na ostatnią łamagę – że nic od Polaków nie mam. Aż wojna się skończyła, przyszli komuniści i wszyscy trafiliśmy na Syberię. Bracia ojca za to, że banderowcy. Ojciec – że brat banderowców. A my, dzieci, do towarzystwa. Jeden wujek zginął na Syberii, drzewo go przygniotło. Drugiego, jak już wróciliśmy na Ukrainę, rozjechała ciężarówka z gruzem. Straszna śmierć, kierowca przejechał po nim przednimi i tylnymi kołami. Był tak pijany, że nawet nie zauważył. Prawie 100 metrów dalej się zatrzymał. Wujkowie zresztą też dużo pili. Ciekawe, bo w czasie wojny to tatko był wiecznie pijany, a po wojnie – oni dwaj. Dopiero jak już bracia nie żyli, tatko powiedział mi, jak było naprawdę.

I to nie od razu. Kilkanaście lat czekał. A było tak. Raz pojechał z banderowcami, wiosną 1943 roku, i więcej już nie chciał. Mówił, że widział, jak jeden z nich małe dziecko, które jeszcze chodzić nie umiało, wrzucił do studni. Reszta się śmiała. Od razu mu się odechciało jeździć. Wtedy, jak przyjechali po niego drugi raz, szybko wziął dwa łyki samogonu i udawał pijanego. Przewrócił się specjalnie, żeby mu dali spokój. W domu sąsiada, na tej zbiórce, też specjalnie się upił, żeby go nie wzięli. Próbowali go dobudzić, nawet polewali wodą, ale udawał, że śpi. Potem prosił mamę, żeby poszła do wujenki i narzekała na niego, że nic nie robi, tylko ciągle pije. I mama chodziła, narzekała. Też uważała, że nie powinien jeździć. Że można się inaczej dorobić niż na ludzkiej krzywdzie. Podobno jeden z braci mu groził, że jak jeszcze raz się upije, zamiast z nimi jechać, to go zastrzelą. Ten sam, co córce sukienkę przywiózł. Ojciec przysięgał na wszystko, że następnym razem z nimi pojedzie. Może się i wybierał z nimi jechać, bo się bał, że zastrzelą nie tylko jego, ale i mnie, i mamę? Niby bracia, ale kto wie, co mogli zrobić? Czasy były takie, że z ludzi wszystko, co najgorsze, wychodziło. Ale jak się zbierali na kolejny wyjazd, nie wytrzymał. Uciekł przed własnymi braćmi do lasu. Mama mówiła, że wujek przyjechał, strasznie się zdenerwował i powiedział, że tak tego nie zostawi. Czy coś potem było między nimi? Jakaś sprzeczka? Bójka? Tego już niestety nie wiem, a i zapytać nie ma kogo. Wszyscy już poumierali. Wiem, bo sama widziałam, że na Syberii nie odzywali się do siebie zbyt dużo. Tylko tyle, co potrzeba. Z mojej najbliższej rodziny zostałyśmy już tylko ja i siostra wujeczna; ta od sukienki. Jeden mój brat został na Syberii, drugi już nie żyje. Siostra wujeczna mieszka kilka domów dalej. Razem dorastałyśmy, razem przez Syberię żeśmy przeszły. Ale ja do niej nie chodzę, a ona nie przychodzi do mnie.

Jakoś nie mamy o czym rozmawiać.

II 1 [Play] (…) Usłyszeliśmy czyjeś kroki dokładnie nad nami. Nikt nie chciał iść i zobaczyć, kto to jest; wszyscy myśleliśmy, że ktoś przyszedł nas zabić. Mój mały braciszek spał, więc obudzili go i powiedzieli – idź, otwórz. Nie miał pojęcia, o co chodzi, więc pobiegł i otworzył. – O!, krzyknął, to Alizy. Alizy. Nasz przyjaciel, Polak. [Pause] Ten fragment filmu z Betty Gold zaczyna się w połowie jakiejś dłuższej kwestii. Zrobiła go wolontariuszka Shoah Foundation Institute. Przez chwilę słychać wolontariuszkę zza kadru. Gold mówi, co przeszła w czasie II wojny światowej. O dwóch latach, które spędziła w różnych ziemiankach, w lesie pomiędzy wioskami Zofiówka i Przebraże. O wszach, spleśniałym chlebie, zapełnianiu żołądka topiącym się śniegiem. O zabitych członkach najbliższej rodziny. Na filmie ma około 60 lat. Na szyi ma zawiązaną apaszkę, która luźno opada na granatowo-popielatą kamizelkę. [Play]

Alizy słyszał, jak ludzie w wiosce mówią, że w lesie Radziwiłłów jest schron z Żydami. Ktoś widział Żydów, doniósł, przyjdą po nas tej nocy. Alizy przyszedł nas ostrzec. (…) Wiedzieliśmy o innej rodzinie z naszego miasteczka, która przetrwała mord i uciekła. Byli jakieś dwie mile od nas, również w schronie. Mój ojciec poszedł do tamtej rodziny, błagać ich, byśmy mogli się u nich schronić, bo Alizy powiedział, że tej nocy nas zabiją. A jeśli wyjdziemy ze schronu, a oni nas nie wpuszczą – zamarzniemy. Była zima. Był straszny mróz. To był najbliższy schron [od nas]. Mój ojciec poszedł, a oni powiedzieli: „Nie możemy, tu nie ma miejsca”. I mówili prawdę. Nie było. [Pause] W uszach ma okrągłe, eleganckie kolczyki. Chyba je lubi, bo w internecie można znaleźć zdjęcia, na których ma je również przy innych okazjach. Za jej plecami, na biurku, stoi bukiet pięknych, świeżych kwiatów. W oczy rzucają się jej pięknie ułożone włosy, jakby specjalnie na ten wywiad wybrała się do fryzjera. To jej znak rozpoznawczy. Do końca życia nie ruszy się z domu, jeśli włosy nie będą odpowiednio utrefione. [Play] Ojciec wrócił i powiedział nam, że nie ma tam miejsca, że sam to widział. Że nie możemy [tam] uciec. Powiedział nam: „Jak przyjdą nas zabić, musimy zrobić tak: Nie czekajcie. Na nic nie czekajcie. Wychodźcie. I biegnijcie. Będziecie zabici w biegu.

Jeśli znajdą nas żywych, pokroją na kawałki”. Tak wtedy robili – robi krótką pauzę. Znajdowało się kobiety z obciętymi piersiami, ludzi z obciętymi językami, z obciętymi stopami, powieszonych na drzewach. Mój ojciec i mój kuzyn byli liderami [naszej grupy]. I oni powiedzieli: „Właśnie tak mamy zrobić. Wychodzisz. I zaczynasz biec. Nie czekaj, aż zaczną cię rąbać. Po prostu biegnij. Pozwól strzelić sobie w plecy, pozwól się zabić, ale nie stój”. (…) OK. Położyliśmy się więc. Czekaliśmy.

2 Wieś Kuropas, województwo opolskie. Poniemiecki dom. Pokój dla gości. Stół, na stole trzy kawy, kołacz z makiem („taki, jak robili przed wojną”) i cukierniczka. Wokół niego potomkowie Alojzego i Małgorzaty Ludwikowskich. Wśród nich: Córka – Stanisława Kołodyńska, jedna z dwóch ostatnich żyjących córek spośród dziesięciorga dzieci Alojzego i Stanisławy Ludwikowskich. Wnuczka I – Teresa Kołodyńska-Paschke, zwana w domu Fredzią Wnuczka II – Olga Karawan

Data nagrania – 16.07.2015. [Record] Ja: – Włączam tu dyktafon, żeby pani opowiedziała. Jak to było. Z tymi Żydami. Córka: – Żydzi, proszę pana, mieszkali w Zofiówce, kilka kilometrów od nas. Zofiówka to było miasteczko całe żydowskie, ale stał też w nim kościół, który postawił książę Radziwiłł. I myśmy czasami do tego kościoła jeździli w niedzielę na mszę. Żydzi już od dłuższego czasu czuli, że będą ich bić. A mój ojciec się przyjaźnił z Żydami. Oni mu mówili: „Alizy, pomóż nam. Będą nas mordować”. Bo na ojca Alizy mówili, choć miał na imię Alojzy.

Stanisława Ludwikowska, matka Alojzego, z synową Małgorzatą i wnukami. Przebraże 1933 Zdjęcia z archiwum rodzinnego Urszuli Karawan

A ojciec: „Zbudujemy dla was schrony w lesie. Pomogę. Jakoś się nam uda”. Ojciec był bardzo sprytny, bardzo zdolny. Zawsze miał takie podejście do

wszystkiego: jakoś się uda. Musi się udać. I udawało mu się. Nie miał żadnej szkoły skończonej, sam się nauczył czytać. A liczyć się nauczył w wojsku, w jedną noc, bo mu zaproponowali, że może zostać rachmistrzem w kompanii we Włodzimierzu Wołyńskim. I ojciec poprosił kolegę, żeby go szybko nauczył tych liczb, bo wcześniej liczyć nie umiał. Całą noc siedzieli, a rano poszedł na egzamin, zdał i został rachmistrzem. Jak wrócił z wojska, pracował w lesie jako gajowy. Doskonale umiał ocenić stan drzewa, choć też się tego nigdzie nie uczył. Zdolny po prostu był. Potem sklep prowadził u nas w domu… Wnuczka I: – Dom był piękny… Córka:. – … i wielki. Zbudowali go tuż przed wojną. Murowany, to była wtedy rzadkość na wsi. Murarz był Żydem, z Zofiówki, miał bardzo długą brodę. Pamiętam go dobrze, Szymon miał na imię. Wnuczka I: – Żeby było ciekawiej, to dziadek pochodził z niemieckiej rodziny. Jego ojciec miał na nazwisko Ludwig, przyjechali na początku XIX wieku spod granicy z Holandią. Dziadek opowiadał dwie rzeczy: że śpią tam w szafach i że nie mają firanek w oknach, bo jak mąż wraca w nocy, a u żony jest kochanek, to będzie go mógł zobaczyć. Ja: – W szafach śpią? Wnuczka I: – Sypialnie mieli bardzo małe. Tylko łóżko się mieściło, więc się śmiali, że śpią w szafach. W tym regionie Niemiec do dziś się tak śpi. Wśród nich była masa rzemieślników. Tkacze, dekarze. Mój prapradziadek, na przykład, był tkaczem, robił najcieńsze płótno w okolicy. To jego syn zakochał się w prababci, a ona powiedziała, że wyjdzie za niego tylko wtedy, gdy się przechrzci na katolicyzm. Bo oni byli protestantami. I się przechrzcił, ślub wzięli w kościele katolickim, a przy okazji pradziadek zmienił nazwisko na Ludwikowski.

Uratowana przez rodzinę Ludwikowskich rodzina Potaszów; zdjęcie przysłane ze Stanów Zjednoczonych Zdjęcia z archiwum rodzinnego Urszuli Karawan

Córka: – Babcia, jego żona, jak już Żydzi siedzieli w schronach, to piekła chleb. Wnuczka I: – Żyła 105 lat. Pamiętam ją z dzieciństwa. Chodziła zawsze w długich czarnych spódnicach. Dziadek mówił, że piekła ten chleb i robiła z niego suchary. Były i dla Żydów, i dla ich rodziny, a jak się trafili radzieccy partyzanci, bo ich w lasach wtedy też było pełno, to też im te suchary dawali. Córka: – Od rana do nocy ten chleb piekła, bo Żydów było dużo. Ponad trzydziestu. Ja: – Ilu!? Córka: – No mówię panu. Ponad trzydziestu.

3

Nachum Kohn, żydowski zegarmistrz z centralnej Polski, który znalazł się w miasteczku w czasie II wojny światowej, napisze po latach: „Gdy tam dotarliśmy, pierwszy raz zobaczyłem żydowskich rolników. Nigdy sobie tego nie wyobrażałem i bardzo mnie to ucieszyło. Wszyscy mieli w domach prymitywne narzędzia i wyrabiali rzeczy ze skór. Żyli ze swojej ziemi, z krów, z koni. Byli całkowicie otoczeni lasem, najbliższa droga była w odległości dwudziestu czy trzydziestu kilometrów”*. Avrom Bendavid-Val, kronikarz miasteczka: „W wilgotne wieczory Trochimbrod pachniał błotem, gnojem, sianem i skórą, gotującymi się ziemniakami, dymem z pieców na drewno i sosnami z lasu”. Dawid Szwarc: „Każda rodzina miała mały młynek, w którym mielono pszenicę i jęczmień i robiono z nich płatki na szabas. Każda rodzina miała też moździerz wykonany z pnia drzewa, z wypaloną w środku dziurą i z tłuczkiem. W piątek wszyscy kończyli pracę wcześnie, po obiedzie młodzi i starzy ruszali do łaźni na rytualną kąpiel, a potem wkładali świąteczne stroje i szli do synagogi (…). W szabasowy poranek budziły nas dochodzące przez otwarte okna głosy śpiewających psalmy lub recytujących ustępy z Tory. Kobiety musiały czekać na gojów, którzy przychodzili wydoić w szabat krowy, i na pasterzy, którzy wypuścili krowy na pastwiska. Po porannej modlitwie piliśmy smaczną, gorącą kawę z cykorii”. Avrom Bendavid-Val: „Domy budowano tu na planie prostokąta, drewniane, kryte strzechą, często z rzeźbionym obramowaniem okien. W większości domów część frontową zajmowała izba paradna, którą często przeznaczano na warsztat, sklep albo kantorek. Za nią były dwie izby sypialne, a za nimi – kuchnia. Za każdym domem znajdował się ogród warzywny i pole, na którym sadzono warzywa, głównie ziemniaki i kapustę”. Dawid Szwarc: Na przełomie wieków „mieszkał tu Motty z długą brodą,

malarz pokojowy, a zimą pracownik w garbarni mojego ojca; szewc Szmul, który budził codziennie ludzi na modlitwy, nauczyciel Josel, tkacz Icyk, szochet Szmerl, rzeźnik Chuna, akuszer Cywic (…)”. Co to za miejsce? Na początku XIX wieku Żydzi z okolicznych miast, między innymi z Łucka, Kowla i Kołek, uciekając przed godzącymi w ich społeczność ukazami carów, osiedlili się w środku lasu, niedaleko przeprawy przez leśną strużkę, którą nazywano Brodem Trochima. Byli to niemal sami chasydzi, pozostający pod wpływem rabinów z Bereźnicy, i choć z czasem zaczęli odchodzić od chasydyzmu, to wszystkie żydowskie święta, z szabasem na czele, były tu hucznie obchodzone i ściśle przestrzegane przez wszystkich mieszkańców. Nazwali swoją osadę Brod Trochima. Trochimbrod. Ale zamieszkujący okoliczne wioski goje – Polacy, Ukraińcy i Niemcy – mówili na nią Zofijówka. Początki były trudne – Żydzi z reguły nie zajmowali się uprawą ziemi. Grupa mieszczuchów, zazwyczaj rzemieślników, musiała się uczyć pracy na roli od podstaw. Zaczęli od tego, że wykopali wzdłuż wsi rowy melioracyjne. Potem powoli zaczęli się uczyć, jak siać i orać. Szło im tak dobrze, że po dwóch pokoleniach mieli już renomę dobrych gospodarzy. Ale praca na roli im nie wystarczała. Zaczęli zakładać małe sklepy, zajmować się stolarką, garbowaniem skór, tkactwem, a nawet wyrobem szkła. Położona w środku lasu osada rozrastała się i tętniła życiem. Garbarni przed wojną działało tu ponad trzydzieści. Zofiówka była wyjątkowa, bo pozostawała jedynym w Polsce całkowicie żydowskim miasteczkiem. W przededniu II wojny światowej mieszkało tam pięć tysięcy Żydów. Wyjątkowe było również to, co cytowany wyżej Nachum Kohn zauważył od razu: Żydzi z Zofiówki zajmowali się uprawą ziemi. Każdy miał swoje poletko. Był to wyjątek na skalę całej Europy, bo Żydzi

mieli wtedy zakaz posiadania ziemi. – Taki początek ruchu kibucowego – śmieje się Tadeusz Wolak, jeden z obrońców Przebraża, który jako nastolatek kilka razy był w Zofiówce na targu. Betty Potasz Gold, córka miejscowego szewca: „Wszyscy u nas byli Żydami, oprócz naczelniczki poczty, pana, który sprzedawał wódkę, oraz jeszcze jednego pana, który w szabat wykonywał dla Żydów prace dla nich zakazane”. Jednak nawet Ryszard, syn naczelniczki poczty Janiny Lubińskiej, jeden z garstki Polaków zamieszkujących Zofiówkę, wspomina, że znał język jidysz na tyle dobrze, że przez okno podpowiadał swoim żydowskim kolegom, których w chederze odpytywał surowy nauczyciel (gdy nie znali prawidłowej odpowiedzi, pluł im do ust – wspomina Lubiński). Mała Republika Żydowska. Atmosfera swobody, wolności, kreatywności, przedsiębiorczości, pomysłowości. Tak wspominają Zofiówkę dawni mieszkańcy. Przedsmak własnego państwa. Przedsmak Jeruzalem – wspominają inni. Ale wspominają też ciemne strony. Że w deszczowe dni miasteczko tonęło w błocie. I że ziemia, choć własna, była nieurodzajna. I jaskółki wspominają. Było ich dużo więcej niż w polskich miejscowościach. Przed deszczem latały tak nisko, że przechodnie mimowolnie uchylali się, by żadna w nich nie uderzyła. Zofiówka miała jedną ulicę, otoczoną sadzonymi od najwcześniejszych lat wierzbami, ulicę, która biegła z północy na południe i przy której stały domy, sklepy, warsztaty i synagogi. Rzemieślnicy z Zofiówki zdobywają sławę w całej okolicy, szczególnie garbarze i szewcy. Ci drudzy są tak popularni, że w miasteczku otwiera sklep firmowy nawet słynna czeska firma obuwnicza Bata.

Jak wyglądały trochimbrodzkie kariery, dobrze pokazuje historia Elego Potasza, ojca Betty Gold, która w Zofiówce była jeszcze Baśką. Zaczynał od robienia butów i sprzedawania ich w swoim małym, przyklejonym do domu sklepiku. Takich jak on było wielu, a Eli chciał zarabiać lepiej i więcej. Kupił więc konia i wóz i zaczął jeździć po wioskach i zbierać zamówienia bezpośrednio od klientów. 70

lat

po

wojnie

Stanisława

Kołodyńska,

córka

Alojzego

Ludwikowskiego, z podziwem będzie wspominać żydowskiego szewca, który w jej własnym domu obmierzył stopy całej rodzinie, a kilka tygodni później przywiózł gotowe buty. Może właśnie ta wizyta u Ludwikowskich sprawiła, że cała rodzina Potaszów przeżyła wojnę? Potasz konsekwentnie rozwijał interes, a w połowie lat trzydziestych miał już całe przedsiębiorstwo, obok poczty, handlujące butami, paskami i uprzężami dla koni. Tuż przed wojną wybudował ładny dom w samym centrum miasta. Dom przydał się Niemcom. Już kilka lat później wykorzystają go jako magazyn odebranego Żydom mienia i jako swoją kwaterę.

4 Gdy Zofiówką i całym Wołyniem rządzili Sowieci, któregoś dnia Eli Potasz wysłał swoją córkę Baśkę na łąkę, żeby narwała mu jakichś polnych kwiatów. Potasz natarł rękę ich sokiem. Zrobiły mu się od tego okropne ropiejące rany. Po latach Baśka powie, że to były mlecze, ale z opisu ran wynika, że był to raczej barszcz Sosnowskiego. Szewc miał nadzieję, że dzięki temu Sowieci nie powołają go do armii i nie wyślą na wojnę. Zanim jednak stanął przed komisją, Niemcy zaskoczyli wszystkich, napadając na Związek Radziecki. Do miasteczka wkroczyli hitlerowcy.

Już kilka tygodni później, na początku lipca 1941 roku, załadowali na ciężarówkę 150 Żydów z Trochimbrodu i wywieźli do Kiwerców. Mówiono, że będą tam pracować przy torach. Ale nie pracowali. Zostali rozstrzelani. Wkrótce później Niemcy zarekwirowali Żydom niemal całe bydło i wywieźli gdzieś pociągiem towarowym. W ciągu zaledwie kilku miesięcy w miasteczku zapanowała nędza. Ludzie z okolicznych wsi przywozili nocą mleko, zboże, ziemniaki i tłuszcze i wymieniali je na kosztowności lub pieniądze. Groziła za to śmierć, ale czarny rynek był na tyle opłacalny, że kwitł mimo wszelkich obostrzeń. Rok później, w niedzielę 9 sierpnia 1942 roku, wczesnym rankiem do miasteczka przyjeżdża dwudziestu żołnierzy niemieckich w towarzystwie stu szucmanów. Gromadzą ludzi w centrum miasteczka i mówią, że muszą ich przenieść do getta. Strzelają. Kilkadziesiąt osób ginie na ulicy. Bo idą za wolno. Bo nie rozumieją poleceń. Bo szucmani mają ochotę postrzelać. Niemcy mówią, że od jutra wszyscy potrzebni im ludzie będą mieszkać w getcie. Każą wszystkim iść do domów po najpotrzebniejsze rzeczy i wrócić w ciągu dwóch godzin. Tymczasem szucmani liczą, jak duży dół potrzebny będzie, by pomieścić ciała wszystkich Żydów z miasteczka. Ale ludzie tego nie wiedzą. Myślą, że kto zamieszka w getcie, będzie ocalony. Każdy na swój sposób próbuje się tam dostać. Dzień później szucmani podstawiają ciężarówki pod getto. Każą Żydom wsiadać, a później wiozą ich 3 kilometry, do jaromelskiego lasu. Tam każą im się rozebrać i strzelają każdemu po kolei w głowę. Ciała wrzucają rzędami do dołów. Główny rabin miasteczka, idąc na śmierć, szuka Boga. „Czy może być, że niebiosa w rzeczywistości są puste?”, pyta, gdy Go nie znalazł. Tego dnia miasteczko Trochimbrod przestaje istnieć.

5 Nagranie numer RG-50.765*0007 (według numeracji Amerykańskiego Muzeum Pamięci Holokaustu w Waszyngtonie) 17 kwietnia 2007 Wystąpienie dla młodzieży w synagodze Szaare Tikwa w Cleveland. [Play] Nazywam się Betty Gold i jestem ocaloną z Holokaustu. Urodziłam się w bardzo małym mieście w Polsce, w Trochimbrodzie. To było bardzo miłe miasteczko. Ludzie się żenili, mieli dzieci, dzieci chodziły do szkół. Byliśmy szczęśliwi. Mieliśmy kino, orkiestrę. Jak na małe miasteczko, mieliśmy się naprawdę nieźle. Gdy zaczęła się wojna, najpierw weszli do nas Sowieci. Słyszeliśmy wtedy plotki, że naziści zabijają Żydów w zachodniej Polsce. Mówili nam o tym uciekinierzy z tamtej części Polski. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Myśleliśmy, że może ci Żydzi z wielkich miast nie umieli się zachować albo zrobili coś przeciw prawu i dlatego zostali zabici. Więc oni opowiadali nam o tych zabójstwach, a myśmy ich trochę słuchali, trochę nie słuchali i nie przerywaliśmy pracy w ogrodzie. Oni mówili: „Po co to robicie? Za chwilę tu przyjdą naziści! Nigdy nie zjecie owoców, które teraz sadzicie!”. Ale myśmy pracowali dalej. Mój ojciec i jego kuzyn pomyśleli jednak, że na wszelki wypadek, gdyby naprawdę naziści chcieli nas zabijać, zrobią kilka schronów. Jeden zrobili w ogrodzie, ale nam, dzieciom – miałam wtedy 12 lat – nie powiedzieli, gdzie on jest. Potem pojechali zaś do lasu i tam wykopali kolejne dwie ziemianki. Pewnego dnia naziści otoczyli nasze miasteczko. Było ich bardzo dużo, mieli broń. Powiedzieli, że mamy opuścić domy i możemy wziąć tylko tyle, ile możemy unieść.

Szłam z babcią, matką ojca. Doszłyśmy do centrum miasteczka, usiadłyśmy, a ja czekałam, aż rodzice i bracia przyjdą. Czekałam i czekałam, a oni nie przychodzili. Przestraszyłam się. Powiedziałam babci, że idę ich szukać. Pobiegłam naprzeciw tłumu, wbiegłam na nasze podwórko. A tam nie ma nikogo! Zaczęłam krzyczeć: Czekałam na was! Nie wiem, gdzie jesteście, ale proszę, pozwólcie mi do siebie wejść! Wiem, że gdzieś tu się ukrywacie! Ale nikt mi nie odpowiadał. Zaczęłam płakać. I błagać, żeby otworzyli. Oni się bali. Myśleli, że za mną przyszli naziści i że lepiej poświęcić jedno dziecko, ale ocalić jedenaścioro ludzi, którzy byli w schronie. Ale potem chyba się wystraszyli, że jak tak będę płakać, to ktoś w końcu za mną przyjdzie. I jakaś ręka wciągnęła mnie do środka. Okazało się, że schron znajduje się za dodatkową ścianą w naszej szopie na narzędzia. W schronie były dwie rodziny z trójką dzieci: moi rodzice i ich kuzyni. I jeszcze dwa małżeństwa, jedno z dzieckiem. Nie mogliśmy rozmawiać, kichać ani smarkać, bo jeśli naziści by nas usłyszeli – a chodzili od domu do domu i szukali takich jak my – toby nas od razu zabili. Wrzuciliby dwa granaty i byłoby po nas. Sami słyszeliśmy, jak zastrzelili moją babcię ze strony mamy. Próbowała chować się w domu pod łóżkiem. Nasi kuzyni, to drugie małżeństwo, mieli malutką córeczkę. Nie miała nawet dwóch lat. Ta dziewczynka bardzo się bała, zaczęła płakać. Matka na różne sposoby próbowała ją uspokoić. Zakrywała jej usta, tuliła, próbowała odwracać uwagę. Ale dziewczynka nie mogła się opanować. Kuzynka musiała ją udusić. Udusiła ją.

Chciała ocalić dwoje pozostałych dzieci. I nas wszystkich. Musiała ją udusić. [Pause] [Play] W którymś momencie usłyszeliśmy strzały. Bardzo dużo strzałów. Zrozumieliśmy, że zabijają ludzi, którzy byli zgromadzeni w centrum. Wśród nich – moją babcię ze strony ojca, którą tam zostawiłam. Nie wiem, czy gdybym z nią wtedy została, coś by to zmieniło. Ona była już stara, ciężko jej było chodzić. Pewnie byśmy zginęły obie. Ale to, że zostawiłam ją samą z tą okrutną śmiercią, jest ze mną przez całe życie. Dopóki żyję, będę myśleć o tobie, babciu, i będę cię z całego serca kochać. [Pause] [Play] Siedzieliśmy w tej skrytce cały dzień, całą noc i cały następny dzień. Dopiero w nocy rozpadał się deszcz, który stłumił nasze kroki. Dzięki temu pobiegliśmy do lasu.

6 Sąd Okręgowy w Opolu, 2 kwietnia 1970 roku. Zeznania złożone przed sędzią Tadeuszem Walickim z Komisji do spraw Badania Zbrodni Hitlerowskich. Zeznaje świadek Alojzy Ludwikowski, urodzony w 1905 roku w Chołopinach na Wołyniu. (…) W jakiś tydzień po egzekucji [Żydów] wczesnym rankiem przyszedł do mnie, do Chołopin, Żyd Josko Bulmas, liczący wówczas około 40 lat, wraz z trzema synami w wieku od 12 do 16 lat. Imion jego synów nie pamiętam.

Josko Bulmas był w Sofiówce rzeźnikiem. Handlował również bydłem. Przez okres trzech tygodni przechowywałem Joska i jego synów na strychu nad chlewem. W kilka dni po Josku przyszedł do mnie szwagier Joska, Huszer (imienia nie pamiętam), wraz z żoną i córką liczącą najwyżej pięć lat. Huszera wcześniej nie znałem, ale Josek powiedział, że to jest jego szwagier i że pochodzi z miasteczka Osowa, odległego od Zofiówki o 15 kilometrów.

Motko i Mendla Frydmanowie uratowani przez rodzinę Ludwikowskich, zdjęcie nadesłane po wojnie Zdjęcia z archiwum rodzinnego Urszuli Karawan

W następnych dniach przyszli do mnie Elo Potasz wraz z żoną Rywką oraz z synem Boruchem i córką Baśką. Był również z nimi najstarszy syn Potasza Sioma, ale po kilku dniach poszedł do partyzantki. Razem z Elo

Potaszem przybyła do mnie rodzina Frydmanów w składzie: Motko Frydman, jego żona Mendla oraz ich wychowanek Berko Kac. Wyżej wymienionych Żydów ukryłem w lesie około 200 metrów od mojego domu. Wykopałem im prowizoryczne bunkry. Tam donosiłem im żywność. Tam przechowywałem ich aż do późnej jesieni 1942 roku. Kryjówka nie była bezpieczna i dlatego postanowiłem Żydów znajdujących się pod moją opieką umieścić w bunkrze w głębi lasu rządowego. Wybrałem odpowiednie miejsce, zabrałem ze sobą narzędzia i wraz ze swoim synem Antonim oraz zdolnymi do pracy Żydami wykopaliśmy w lesie duży bunkier, odpowiednio zamaskowany. Wykopaną ziemię w workach wynosiliśmy kilkaset metrów w odpowiednie miejsce. W bunkrze tym ukryły się rodziny Bulmasa, Potasza, Huszera i Frydmana, razem 14 osób. Do tego bunkra i ukrytych tam Żydów doszli inni Żydzi, a w szczególności Chaim Fisgier, jego żona Szura, córka Szury Felga, Pinko Kac, Berek Kac, Aron Kac, synowie Pinki. Następnie doszła tam jeszcze rodzina Blitsteina. Stary Blitstein był handlarzem końmi w Zofiówce. Wraz z nim było dwóch synów, z których jeden miał odmrożone nogi. Imion tych synów nie znam. Znalazły się również w lesie Chajka Gierszon wraz z córką Baśką, liczącą wówczas około 5 lat. Po likwidacji getta w Zofiówce do lasu uciekła rodzina Weismanów, złożona z siedmiu osób. Imion ich nie znam. Wiem tylko, że mieli garbarnię w Zofiówce. Nadto do grupy Żydów, którymi się opiekowałem, doszła jeszcze Żydówka Rowińska z mężem, z zawodu krawcowa, oraz jakiś Żyd o nieznanym mi nazwisku i imieniu, również z zawodu krawiec. Żydów było tak dużo, że nie mogli się pomieścić w jednym bunkrze. Dlatego postanowiłem wykopać dla nich drugi bunkier w odległości 3 kilometrów od pierwszego. Pod moją opieką znalazło się 34 Żydów. Przez cały okres okupacji dostarczałem im żywność bądź z mojego gospodarstwa, bądź zakupioną od innych ludzi. Żeby odwrócić od siebie podejrzenia, żywność kupowałem w odległości 30 kilometrów od Chołopin. Zamawiałem żywność u ludzi

z odległych stron, którzy przyjeżdżali do nas po drzewo. Żydzi dawali mi przedmioty osobistego użytku do sprzedania i za to kupowałem im żywność. Bardzo dużo produktów rolnych dostarczałem im z własnego gospodarstwa, nie pobierając za to żadnych należności. Najtrudniej było dostać żywność zimą 1943 roku. Zdarzało się, że idąc do lasu z żywnością, wlokłem za sobą gałęzie, aby zatrzeć ślad. Niekiedy furmanką wiozłem żywność do lasu.

7 Wieś Kuropas, województwo opolskie. 16.07.2015. [Record] Córka: – Jak ojciec razem z Żydami wykopali schrony, zaczęli powoli zwozić do nich rzeczy. Jakby ich przyszli Niemcy bić – żeby byli gotowi. Żeby mogli rzucić wszystko, uciec i żeby tam rzeczy już na nich czekały. Studzienki w tych schronach robili, żeby mieć wodę. Mąkę w wielkich workach składowali – Ukraińcy z Jeziora nie walczyli z Przebrażem; można było zemleć u nich w młynie. Jedna z tych rodzin, co się szykowały, dała nawet ojcu pieniądze, żeby im miód kupił. I mieli w tym schronie kanki, takie jak na mleko, z miodem. Ale tak dobrze było tylko na początku, bo potem się bieda zaczęła. Oni tam przecież prawie dwa lata siedzieli. W czasie tych dwóch lat najpierw ich Niemcy szukali i trzeba było bardzo uważać. Potem była rzeź wołyńska i obrona Przebraża. Oni to wszystko przesiedzieli w lesie. Któregoś dnia, to musiał być rok 1942, pojechałam z babcią do kościoła w Zofiówce. A po kościele poszłyśmy do Żydów o nazwisku Weisman. Ich historia potem była bardzo tragiczna, ale to jeszcze opowiem. Była z nami też moja kuzynka Zosia Oliwa. Jej ojciec Tadeusz też bardzo Żydom pomagał. Mieszkali niedaleko nas, pod lasem. Razem z moim ojcem te schrony kopali.

Zabrałyśmy jakieś rzeczy dla nich do schronu, chyba kartofle, a Weismanowa patrzy na mnie, na Zośkę. Miała kilka kap takich pięknych, w kwiaty. Pyta: „Podobają się wam, dziewczynki, te kapy? To weźcie sobie”. Ja wzięłam czerwoną, a Zośka Oliwów zieloną. Fredzia, wyjmij z szafy, pokaż. Wnuczka II: – Może mieć nawet ze 100 lat. A kolory jakie intensywne… Wnuczka I: – Tę kapę wyjmujemy tylko, jak ksiądz chodzi po kolędzie. O, proszę zobaczyć. Zofiówki już nie ma. A kapa jest. Córka: – Ale to nie jest tak, że Żydzi nam za przechowanie jakieś prezenty dawali. Ojciec miał spore gospodarstwo, 22 hektary. Co mógł, to im dawał ze swojego, bez żadnej opłaty. A jak czegoś zabrakło, to oni mu dawali pieniądze albo co tam mieli, i kupował im mąkę albo chleb. Taki już był, że jak tylko mógł, to pomagał. Wnuczka I: – To mu zostało. Tu, w Kuropasie, co chwila się w coś angażował. Szkołę pomagał zakładać. Sołtysem był. Cały czas coś robił społecznie; cały czas coś komuś załatwiał, coś organizował. Raz jeden facet się napił i nie był w stanie wrócić do siebie, na inną wioskę, to go dziadek we własnym łóżku przenocował. Kto inny by powiedział: „Piłeś, to teraz sobie radź”. Albo by gdzieś na ławie go położył. A dziadek – nie. Dzielił się wszystkim, co miał.

Ślub córki Alojzego Ludwikowskiego Zofii z Edwardem Kołodyńskim 18.01.1953 r. Nowożeńcy stoją na podarowanej przez Żydówkę kapie Zdjęcia z archiwum rodzinnego Urszuli Karawan

Wnuczka II: – Rzeczy z paczek, które mu Potaszowie przysyłali po wojnie, też rozdawał.

Wnuczka I: – A medal za ratowanie tych Żydów wysłał na Jasną Górę, do skarbca. Nasz proboszcz osobiście go tam zawiózł. Bo dla dziadka kościół był najważniejszy. Tych Żydów myślę, że też ratował, bo miał taki mocny kręgosłup. A miał go, bo całe życie był bardzo mocno wierzący. Córka: – Mój najstarszy brat nazywał się Antoni. I jak Ukraińce na wiosnę 1943 roku pouciekali ze służby od Niemców i poszli do banderowców, ojciec wysłał brata, żeby on został szucmanem. Jak chował tych Żydów, to chciał, żeby ktoś mu mówił, czy szucmani do nas nie będą jechać. Czy nie ma żadnego zagrożenia. A przy okazji Antek załatwiał dla Żydów broń. W Kiwercach na posterunku nie było Niemców, ale byli Madziarzy. Z nimi się łatwiej było dogadać. I Antek od nich kupował broń, żeby ci nasi Żydzi mieli się czym bronić, jeśli zajdzie taka potrzeba. Załatwił im tak kilka sztuk tej broni. Na Antka ludzie z Przebraża potem, już po wojnie, dziwnie patrzyli. Bo przecież widzieli, że w mundurze szucmana do wioski przyjeżdżał. Ale nikt nie wiedział, że Antek dla Żydów tam poszedł. Ojciec raczej nikomu nie opowiadał, że tych Żydów ratuje. Wiedziało kilku sąsiadów, którzy też mieszkali pod lasem, jak my. Reszcie raczej by się to nie podobało. Za ukrywanie Żydów Niemcy mogliby wtedy wybić całą wioskę. Antek uciekł od szucmanów, jak tylko Żydom broń pozałatwiał. Niedługo potem banderowcy prawie wszystkich tych szucmanów, co nie uciekli, pomordowali. Na mnie zresztą też już po wojnie dziwnie patrzyli. Jeszcze niedawno jeden pan mi powiedział, że przez mojego ojca całe Przebraże mogło być wymordowane. No, mogło. Wszystkich mogli nas zamordować, całą naszą rodzinę, jakby się Niemcy dowiedzieli. I wioskę by mogli wymordować. Taka prawda. Ale co miał ojciec zrobić? Kolegom swoim nie pomóc? Nie umiałby.

8

8 17 kwietnia 2007 roku Wystąpienie Betty Gold dla młodzieży w synagodze Szaare Tikwa w Cleveland. [Play] W którymś momencie w naszym schronie zaczęło się kończyć jedzenie. Nie mieliśmy nic. Wychudliśmy. Wyglądaliśmy jak szkielety. Był taki moment, że było nam już wszystko jedno – umrzemy czy będziemy żyć. Dorośli usłyszeli skądś plotkę, że jacyś ludzie, którzy też przeżyli, wrócili do miasteczka, gdzie Niemcy używają ich do jakiejś pracy, i dzięki temu mogą żyć. Ojciec powiedział, że cokolwiek stanie się tym ludziom, niech stanie się i nam, ale niech się już skończy ten głód i ten straszny czas. Wyszliśmy ze schronu. I muszę wam coś powiedzieć. Moja rodzina mieszkała w tym miasteczku od pokoleń. Dziadkowie, pradziadkowie, ich rodzice. Znali tereny, lasy wokół niego jak własną kieszeń, na dziesiątki kilometrów. I nagle stało się coś strasznie dziwnego. Nie mogliśmy znaleźć drogi do domu! Krążyliśmy, mijaliśmy te same drzewa, ale nie umieliśmy dojść do miasteczka. Pewnie byliśmy tak wyczerpani, pewnie to było zmęczenie. W którymś momencie usiedliśmy na pniu drzewa, żeby odpocząć. Wtedy usłyszeliśmy strzały. To naziści zastrzelili tych Żydów, którzy schronili się w Trochimbrodzie. To był cud. Cud, że nie mogliśmy tej drogi znaleźć. Wróciliśmy więc do schronu. Mój ojciec miał bardzo dobrego przyjaciela. Nazywamy go dziś sprawiedliwym chrześcijaninem. On był jedynym, który wiedział, gdzie się ukrywamy.

Od czasu do czasu przychodził i przywoził nam jakieś jedzenie. A przy okazji informował nas, co się dzieje na świecie, bo my nawet nie wiedzieliśmy, czy jest wtorek czy sobota. On był dla nas po prostu wspaniały. Jedzenie zdobywaliśmy też ze wsi. Ja byłam za to odpowiedzialna. Dlaczego ja? Bo jeśli chłopcy poszliby do wioski, to byłoby dla nich śmiertelnie niebezpieczne. W naszym miasteczku wszyscy chłopcy, już jako niemowlęta, byli obrzezani. Jeśli naziści znaleźliby takiego chłopca i zobaczyli, że nie ma napletka, zastrzeliliby go na miejscu. Ja byłam szczupła, sprytna, miałam chustkę, która upodabniała mnie do miejscowych dziewcząt. Zbierałam jakieś owoce w ogrodach, chodziłam po śmietnikach. Przynosiłam obierki po ziemniakach albo resztki po kukurydzy. Pewnego dnia miałam szczęście, bo znalazłam trzy bochenki chleba. To było jak Nowy Rok dla nas. Największe przyjęcie w całym tym czasie ukrywania, choć wzięliśmy tylko po kromce, a resztę rodzice odłożyli na później. Spałam obok tych chlebów, a nocami byłam bardzo głodna. Któregoś dnia obudziłam się i powiedziałam sobie: „Należy ci się ten chleb. To ty chodzisz i znajdujesz jedzenie dla wszystkich”. Zrobiłam więc dziurę w chlebie i wyjęłam sobie trochę tego miękkiego środka. Ssałam to jak lizak; to był najlepszy smak na świecie. Ale później miałam straszne wyrzuty sumienia. Że biorę dla siebie chleb, który ma być dla wszystkich. A potem przyszła zima. Zima była straszna. Nie mieliśmy skąd wziąć jedzenia, nie mieliśmy nic. Przynosiłam w nocy rzeczy, które ludzie wynosili na śmietnik. Nie mogłam znaleźć w nocy naszej kryjówki, mieliśmy więc takie hasło, że ja trzy razy klaskałam i rodzina odpowiadała mi również trzema klaśnięciami. Był taki moment, że zamarzało nam wszystko. We włosach gromadziły

się wszy. Ojciec brał więc nóż i wszystkim nam obcinał włosy. Ja miałam piękne warkocze. Obciął mi je nożem, do gołej skóry. Pamiętam to do dziś. Któregoś dnia przyszedł do nas Alizy. Przyszedł powiedzieć, że słyszał w wiosce, że jest schron z Żydami w lesie Radziwiłłów. Że przyjdą po nas tej nocy. Wiedzieliśmy o innej rodzinie z naszego miasteczka, która przetrwała mord i uciekła. Mój ojciec poszedł do tamtej rodziny błagać ich, byśmy mogli się u nich schronić. A oni powiedzieli: „Nie możecie, tu nie ma miejsca!” Ojciec więc powiedział: „Jak przyjdą nas zabić, nie czekajcie. Wychodźcie. I biegnijcie”. Uściskaliśmy się więc wszyscy. Tata uściskał mamę. „Trzymaj się” – powiedział i próbował się uśmiechnąć. To był żart z jego strony. Jak ma się trzymać, skoro zaraz umrze? Może to nie było śmieszne, ale wszyscy, całą rodziną, zaczęliśmy się zanosić ze śmiechu. Było nam wszystko jedno, czy umrzemy czy nie. Potem ojciec uściskał nas wszystkich po kolei. Potem mama. Nikt nie płakał. Nikt nie miał siły płakać Położyliśmy się i czekaliśmy, aż przyjdą i nas zabiją. Leżeliśmy. Ale nikt nie przychodził. Aż nagle usłyszeliśmy strzały. Karabiny, granaty, krzyki. Co się stało? [Okazało się, że] to drugi schron został zauważony. Wszyscy ludzie z niego zostali zabici. Jeśliby nas do siebie wzięli, jeśli mieliby dla nas miejsce, zginęlibyśmy razem z nimi. To był cud. Drugi.

[Pause] [Play] Zostaliśmy w naszym schronie w lesie. Nie mieliśmy jedzenia, nie mieliśmy nadziei, nie mieliśmy nic. Nie mieliśmy nawet siły, żeby się cieszyć. Czekaliśmy na śmierć.

9 W styczniu 1944 roku kilkunastu partyzantów spośród obrońców Przebraża wybrało się na polowanie do dawnych lasów księcia Radziwiłła, na wschód od ich wioski. Pogoda, jak napisał po latach w swoich wspomnieniach Henryk Cybulski, wojskowy komendant przebrażańskiej samoobrony, była wspaniała; puszysty śnieg ułatwiał tropienie zwierząt. Mimo to do południa udało im się upolować tylko jednego kozła, jednego lisa i trzy zające. Myśliwi postanowili po raz ostatni spróbować szczęścia i puścili nagonkę wokół zamarzniętego, schowanego głęboko w lesie bagna. Szli w niej dwaj młodzi: Munek, brat Cybulskiego, i Ryszard Wolak, obaj z pistoletami maszynowymi. W pewnym momencie zauważyli ukrytą w gąszczu prowizoryczną budę. Z kawałka rury, który wychodził z jej dachu, unosiła się wątła smużka dymu. „Chłopcy ukryli się w krzakach i zaczęli naradzać – pisze Henryk Cybulski. – Jeśli spróbują sami zbadać, co kryje się wewnątrz, mogą się natknąć na liczną grupę banderowców, a z drugiej strony – próba sprowadzenia posiłków mogłaby spłoszyć bandę”. Cybulski i Wolak dochodzą do wniosku, że spróbują sami zająć się sprawą dziwnej budy. Munek Cybulski mierzy do niej z automatu. – Wychodzić natychmiast, bo strzelam! – krzyczy.

W chatce podnosi się rwetes. „Po chwili płachta zasłaniająca wejście uchyliła się i na zewnątrz ukazał się wynędzniały, zarośnięty człowiek. Zaraz za nim wysunęła się kobieta i dwoje małych dzieci. Wszyscy trzymali ręce podniesione do góry. Minął moment wzajemnego zaskoczenia i obydwaj chłopcy zorientowali się, że mają przed sobą żydowską rodzinę”. Wolak uspokaja przerażonych Żydów, mówiąc, że nic im z ich strony nie grozi. W tym czasie Cybulski wchodzi do ich schronu. „Zobaczył straszliwy widok nędzy wyzierającej z każdego kąta tej nory. Na środku tliło się ognisko. Dym snuł się po całym wnętrzu budy i tylko jego część znikała w otworze zakończonym rurą. Pod jedną ścianą dostrzegł duże legowisko z bagiennych trzcin przykrytych brudnymi gałganami. Na ziemi stało kilka papierowych torebek z mąką i kaszą – zapasy na całą zimę”. Partyzanci wiozą Żydów do Przebraża. Ludzie poznają mężczyznę; przed wojną był krawcem. Gdy dawny krawiec poczuł się nieco pewniej, powiedział ważną rzecz. Że w lesie jest jeszcze więcej takich schronów jak ten jego. I drugą ważną rzecz jeszcze powiedział. Że jeden gospodarz z Przebraża wozi im od prawie dwóch lat suchary i chleb. Że tylko on jeden wie o nich wszystkich. To Alojzy Ludwikowski, brat Franciszka, sołtysa Przebraża. Gdyby nie on, umarliby już dawno.

10 Wieś Kuropas, województwo opolskie. 16.07.2015 [Record]

Córka: – Mało brakowało, żebyśmy zginęli razem z naszymi Żydami. Było tak, że jedna rodzina w Przebrażu też chowała jedną Żydówkę. Na strychu Żydówka mieszkała. I o coś się z nimi pokłóciła, a gdzieś słyszała, że obok naszego domu też się Żydzi chowają. Przyszła do ojca i mówi, żeby ją z nimi skontaktował. A ojciec udaje, że nie wie, o co chodzi. Jacy Żydzi? Tu nie ma żadnych Żydów. W końcu jednak uznał, że to nie jest niebezpieczne, poszedł do schronu i zapytał tamtych, czy chcą ją przyjąć. Oni powiedzieli, że nie. Że z tego będą same kłopoty. Ale potem widocznie się naradzili i wzięli ją do tego schronu. Ktoś to zobaczył. Doniósł. I przyjechali Niemcy. Ja: – Ktoś z Polaków doniósł? Z Przebraża? Córka: [milczy przez dłuższą chwilę] – No i Niemcy przyjechali. Ale ci Żydzi mieli broń od mojego bata Antka. I zaczęli strzelać do nich. Pół dnia się strzelali, aż tamci wezwali posiłki. I dopiero wtedy się udało tych Żydów pozabijać. W tym schronie byli między innymi Weismanowie. Ci, od których mam tę kapę z czerwonymi kwiatami. Wszyscy zginęli. Jednego z Żydów Niemcy złapali i pytają: „Kto wam tutaj pomaga?”. I powiedział nasze nazwisko. Ludwikowski. Oni dalej pytają: „A gdzie on mieszka?”. Ale ten Żyd się zorientował, że przecież całą naszą rodzinę za to mogą wybić. I mówi: „Na drugim końcu wioski”. Im się już nie chciało do nas jechać, Przebraże było duże, a oni pewnie byli zmęczeni. Więc powiedzieli tylko: „Niedługo wrócimy się policzyć z tym Ludwikowskim”. I pojechali. Tydzień cały czekaliśmy, aż wrócą i nas wszystkich zamordują. Nie było żartów z Niemcami.

Ale nie przyjechali. A tydzień później przyszła już Armia Czerwona i nas wyzwoliła. Tygodnia zabrakło, a wszyscy by się uratowali. Ojciec do końca życia nie mógł sobie tego darować.

11 17 kwietnia 2007 roku Wystąpienie Betty Gold dla młodzieży w synagodze Szaare Tikwa w Cleveland. Któregoś dnia nie byliśmy już w stanie siedzieć w naszym schronie. Starsi postanowili: pójdziemy do wioski. Popatrzymy sobie z dala na zwierzęta, na ludzi, na normalne życie. I poszliśmy. Doszliśmy do wioski i ojciec powiedział, że możemy patrzeć tylko przez pięć minut i zaraz musimy wracać do schronu. Ale mój mały braciszek Bernie, miał wtedy tylko dwa latka, zobaczył sad. Zobaczył gruszki i jabłka leżące na ziemi. I rzucił się w tamtą stronę, nie pytając nikogo. Nie wiedzieliśmy, co robić! Jeśli nas zauważą, to nas zabiją! Nie możemy po niego iść, a z drugiej strony – on nie może tam zostać! Nagle zobaczyliśmy, jak zbliża się do nas trzech jeźdźców na koniach. Mieli mundury i broń. Zauważyli mojego brata, podnieśli go do góry. Zaczęliśmy uciekać, ale ci na koniach już nas zauważyli. Rzucili się za nami w pogoń. Byliśmy pewni, że to naziści. Że tym razem cudu nie będzie. Zabiją nas. A jednak znów się zdarzył cud. To nie byli naziści, ale sowieccy partyzanci. Nie zabili nas. Byliśmy wolni. Chwyciłam wtedy ojca za rękę. – Dlaczego myśmy przeżyli? Dlaczego?

Nic mi nie odpowiedział.

12 Sąd Okręgowy w Opolu, 2 kwietnia 1970 roku. Zeznaje Alojzy Ludwikowski. Żydów żywiłem od lipca 1942 roku aż do wyzwolenia, to jest do 28 stycznia 1944 roku. Na początku 1943 roku nastąpiło tak zwane zamknięcie Przebraża. Wówczas Żydzi ukryci w lesie mieli większą swobodę, ale trudniej było o żywność dla nich. Szukałem wówczas żywności na terenie Przebraża. Zanim nastąpiło „zamknięcie Przebraża”, ktoś wypatrzył kryjówkę Żydów w lesie, dlatego razem z nimi pobudowałem w różnych punktach lasu w różnych leśnictwach bunkry, żeby się mogli do nich przenieść. Łącznie wybudowaliśmy dziewięć bunkrów. Siedem było ukrytych w ziemi, a dwa były na wierzchu. Żydom dostarczyłem broń, aby w razie konieczności mogli się bronić. Dostarczyłem im dwa karabiny maszynowe ręczne i dwa karabiny zwykłe oraz odpowiednią ilość amunicji. Broń kupowałem od Madziarów oraz miałem swoją własną. Zimą żandarmeria z Kiwerc otoczyła jeden bunkier, w którym ukrywały się rodziny: Bulmasa, Huszera, Weismana, Rowińska z mężem i nieznany mi Żyd krawiec. Niemców było siedmiu. Wspomniani wcześniej Żydzi zaczęli się bronić. Bronili się od godziny 7 do godziny 14. Niemcom przyszli na pomoc własowcy w sile 60 ludzi. Im dopiero udało się granatami zdobyć bunkier. W bunkrze tym było 16 osób. W odległości około 200 metrów od wykrytego przez Niemców bunkra, po drugiej stronie publicznej drogi wiodącej przez las, był drugi bunkier, w którym ukrywało się 18 Żydów z rodziny Potasza, Frydmana, Fisgera, Kaca i inni. Nie zostali oni wykryci. Dla Żydów z mojej grupy zbudowałem również barak w leśnictwie

Haweckie. W tym baraku Żydzi przetrwali aż do wyzwolenia. Przy budowie tego baraku pomagał mi Franciszek Bójkowski (…). Jak Żydzi byli w baraku, również dostarczałem im żywność. Mieli oni więcej swobody i przychodzili sami do wsi w poszukiwaniu żywności. Dowództwo obrony Przebraża powierzyło im nawet obronę Przebraża na jednym odcinku. Po wyzwoleniu ocaleni z mojej grupy Żydzi przenieśli się do mnie, do moich zabudowań. 2 czerwca 1945 roku wyjechałem na Ziemie Odzyskane, a Żydzi z mojej grupy mieli odjechać ze stacji Kiwerce w dniu 19 czerwca 1945 roku. Wiadomo mi, że pojechali do Bytomia, a z Bytomia podobno wyjechali do Linzu w Austrii. Stamtąd wyjechali do Ameryki, względnie do innych krajów. Z Ameryki napisał do mnie list Elo Potasz, w którym dziękował mi za pomoc.

13 Wieś Kuropas, województwo opolskie. 16.07.2015. [Record] Córka: – Boże, jak te Żydy za nami płakały! Alizy, jedź z nami, Alizy, jedź z nami! Ojciec już wsiadał do wagonu repatriacyjnego, my już tam byliśmy usadzeni, krowa, świnia prośna z nami, a Elo Potasz jeszcze ojca za ubranie ściągał. I mówił: „Dnia w życiu nie będziesz musiał pracować. Ja mam rodzinę w Stanach. Nic nie będziesz musiał robić, jedźcie z nami!”. Ale ojciec nie mógł jechać. Miał chorego teścia, musiał się nim zająć. Dziadek by nie wytrzymał podróży do Stanów, a przecież samego nie mogli go zostawić. Wnuczka II: – Poza tym myślał, że zaraz wróci na Wołyń. Nie chciał stamtąd wyjeżdżać.

Wnuczka I: – Ja jeszcze pamiętam, jak słuchają z babcią Radia Wolna Europa i się zastanawiają, kiedy na ten Wołyń wreszcie będzie można jechać. Moja babcia też była bohaterką w czasie wojny. Pomagała dziadkowi we wszystkim, co się wiązało z Żydami. I prababcia też. Gotowały im, prały ich rzeczy. Córka: – Żydzi wiedzieli, kto doniósł i przez kogo ten jeden schron został wymordowany. Ale powiedzieli, że nie będą dochodzić sprawiedliwości. „Niech Bóg to osądzi” – powiedzieli. Pamiętam, że jeden mężczyzna z tego schronu miał brata w Ameryce. Ten brat był jakimś wielkim bogaczem, miał swoje własne lotnisko. Ten mężczyzna mówił czasem do mojego ojca: „Jakbyś ty chociaż, Alizy, ptaszka za ocean wysłał. Brat by tu zaraz przysłał samolot”. Jemu też tygodnia zabrakło do wyzwolenia. Po wojnie przez chwilę Żydzi mieszkali u nas, a potem ojciec z jednym z nich, takim, co przed wojną handlował bydłem, zaczął robić interesy. Był taki zwyczaj, że Żydzi nie jedli wołowiny zadniej, Polacy też niechętnie. I oni wozili tę zadnią wołowinę z naszych okolic na targ do Łucka, i tam sprzedawali. Mięsa żeśmy wtedy tyle jedli co nigdy w życiu. Chleba nie było, a mięso – tak. Przenieśliśmy się wtedy do Kiwerc, mieszkaliśmy u jednego z tych Żydów, Chaima. Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłam w Kiwercach Baśkę Potaszów. Ja ją pamiętałam chudą, zabiedzoną. A tu idzie taka ładnie ubrana dziewczyna, w eleganckim kapelusiku. Idzie i… udaje, że mnie nie poznaje. Przeszła obok. A ja byłam tak ciekawa, gdzie ona idzie, co ona będzie robić. Strasznie mi imponowała ta Baśka, bo była parę lat ode mnie starsza, już była panną, a ja byłam jeszcze dzieciak. Zaczęłam więc za nią iść. Boże, jaka ona była niezadowolona, że taka gówniara za nią idzie! Słowem się do mnie nie odezwała. Cały czas udawała, że się nie znamy. A potem któregoś dnia złapali mojego ojca, mamę i tych Żydów

z mięsem, bo to przecież było nielegalne, i trójkę aresztowali, tylko ojcu z wozem pozwolili odjechać. Wypuścili ich potem, ale już ojciec wolał nie ryzykować i z mięsem nie jeździć. A potem się zaczęła repatriacja. My przyjechaliśmy do Opola, a potem nas tutaj skierowali, do Kuropasu. Nasza i jeszcze kilka wiosek w okolicy to są sami ludzie z Przebraża. Przydroże, Skarbiszowice, Tułowice, Rączka i Sady. Pierwszą rzecz, co ludzie robili, to stawiali krzyże. Tak samo, jak mieliśmy na Wołyniu. W Kuropasie oczywiście ojciec stawiał, zawsze, jak trzeba było coś zrobić społecznie, to szedł pierwszy. Ojciec wziął niezbyt ładny dom, bo szukał takiego, gdzie nie będzie ludzi – Niemców stąd wysiedlili dopiero w 1946 roku. Ludzie brali domy z Niemcami. A ojciec źle by się czuł, jakby tak zrobił. Źle wobec tych ludzi. Wziął więc taką małą chatkę. Wnuczka I: – Małą, ale w garażu stał samochód i motor. Które oczywiście bardzo szybko dziadek komuś oddał, nawet nie wiadomo komu. Córka: – Minęło parę lat i ktoś przyjechał z Warszawy, ze zdjęciem Potaszów. Wziął nasz adres. I się zaczęło. Wnuczka I: – Przez cały PRL nam paczki przysyłali. Sami nie wiemy, ile dokładnie, bo przecież wtedy nie każda paczka dochodziła, a co lepsze rzeczy sobie z nich ktoś po drodze wybierał. Pamiętam, że kiedyś przyszła paczka, a w niej kilkadziesiąt krawatów. Ale nie jakichś tanich. To był dobry materiał. Chyba jedwab. Córka: – Ja do dzisiaj w sukienkach od Potaszów chodzę. Mam ich pół szafy. A kiedyś przysłali nam taki ładny materiał. Moher. To żeśmy sobie wszyscy czapki z niego poszyli. Elo pamiętał o nas i pisał. Dopóki ojciec żył, to pisał, a jak ojca zabrakło, pisał do mnie. Ale jak Elo umarł, to już nikt się z nami nie kontaktuje. A szkoda.

Chciałabym czasem wiedzieć, co u naszych Żydów słychać.

Elo i Ryfka Potaszowie, zdjęcie z 1969 Zdjęcia z archiwum rodzinnego Urszuli Karawan

14 Zofiówka to dziś polna droga, wzdłuż której rosną drzewa. Po dawnym miasteczku, jego rzemieślnikach, rabinach, legendach, pieczonych tu chałkach i gotowanych czulentach, opowiadanych baśniach i niespełnionych marzeniach nie ma śladu. Nic nie wskazuje, że kiedyś mieszkali tam ludzie, choć Avrom Bendavid-Val, autor książki Niebiosa są puste, niestrudzony rekonstruktor pamięci o tym nieistniejącym już miasteczku, znajdował w miejscu, gdzie stało, niezwykłe rzeczy. – Kawałek zielonego szkła, prawdopodobnie tam gdzie kiedyś stała huta. Ostrze motyki, wbite głęboko w ziemię. Klamkę z ornamentem z gałązek i listków – wymienia w e-mailu do mnie. Na terenie miasteczka władze radzieckie otworzyły w 1957 roku kołchoz

o wdzięcznej nazwie „Nowe Życie”. Dziś jednak nawet po kołchozie nie ma już śladu. Ziemia okazała się zbyt nieurodzajna, by ją uprawiać. Po rozpadzie Związku Radzieckiego kołchoz upadł, a hektary dawnych mieszkańców Zofiówki leżą odłogiem. Bohater filmu Wszystko jest iluminacją, młody amerykański Żyd, szuka po latach ukraińskiej kobiety, która w czasie wojny uratowała jego dziadka, pochodzącego z Trochimbrodu. Z Trochimbrodu pochodził również dziadek autora książki, na podstawie którego film powstał, Jonathana Safrana Foera. Foer o Zofiówce napisał tak: „Żydzi kończą wieczór sederowy – obchodzony na pamiątkę wyjścia z Egiptu i dla uczczenia nieustannego dążenia do wolności – słowami: »Następnego roku w Jerozolimie«. Słowa te nie odnoszą się jednak do Jerozolimy, lecz do idei. Następnego roku spotkamy się w miejscu odkupienia. W miejscu, gdzie gromadzą się kawałki wszechświata i gdzie bardziej przypominamy ludzi z opowieści, które opowiadamy sobie o nas samych”. Jednak: „Trochimbrod nigdy nie będzie odkupiony, a my nigdy nie znajdziemy się tam w przyszłym roku”.

Postscriptum Jest z tą opowieścią jeden problem. Wysłuchałem kilku godzin rozmów z Betty Gold, znalazłem jej wspomnienia, przeczytałem jej książkę, napisaną razem z Markiem Hodermarskym, Beyond Trochenbrod. The Betty Gold Story. Betty Gold w wielu miejscach sama sobie zaprzecza. Słuchając rozmów z nią, ciężko się połapać, ile naprawdę miała lat w czasie wojny, czy jej dwaj

bracia byli od niej starsi czy młodsi. W opowieści ze schronem, w którym szykowała się na śmierć, raz słyszy strzały, innym razem to Ludwikowski przychodzi następnego dnia i mówi, że to drugi schron został wybity do nogi. Chleby raz przynosi ona, raz jej brat i raz jest ich trzy, innym razem pięć, a jeszcze innym – siedem. Sowieccy partyzanci łapią jej brata, gdy zajada gruszki z sadu. Tyle że Sowieci wyzwalali te ziemie w styczniu. I – przede wszystkim – cały czas nie nazywa Alojzego Ludwikowskiego jego prawdziwym imieniem. Mówi o nim „Józef” albo „dobry chrześcijanin”. Nawet na zdjęciu rodziny Ludwikowskich, które podarowała do książki Niebiosa są puste, Ludwikowski podpisany jest jako „Józef Bednarski”.

Alojzy Ludwikowski z rodziną Zdjęcia z archiwum rodzinnego Urszuli Karawan

Czy to możliwe, że Betty zapomniała imię i nazwisko człowieka, który przez dwa lata ratował ją i jej rodzinę przed śmiercią? Który narażał życie swoje, swojej żony, matki i swoich dziewięciorga dzieci? U którego spędziła z matką Wigilię Bożego Narodzenia w roku 1943?

Trudno w to uwierzyć. Jej ojciec Eli Potasz do końca życia pisał listy i wysyłał paczki do Ludwikowskiego, a po jego śmierci do jego córki Stanisławy. Betty sama miała w swoim domowym archiwum zdjęcia jego rodziny. A jednak kiedy w 2007 roku przyjechała do Polski, znalazła czas, by odnaleźć i odwiedzić swoją młodzieńczą sympatię Ryszarda Lubińskiego. Mówiła o tym wiele razy w czasie wykładów i spotkań z młodzieżą w synagodze Szaare Tikwa w Cleveland. Ludwikowskich nawet nie szukała. Z tego powodu nazwisko Ludwikowskiego nie pojawia się w jedynej książce o Zofiówce, książce Niebiosa są puste, choć kilkudziesięciu Żydów z Trochimbrodu zawdzięcza mu życie. Dlaczego? Nie dowiemy się już. Betty Gold zmarła wiosną 2014 roku. Do końca życia pytała różnych ludzi, jak to możliwe, że to właśnie jej udało się przeżyć.

Baśka Potasz, znana później jako Betty Gold

Zdjęcia z archiwum rodzinnego Urszuli Karawan * Wszystkie cytaty dotyczące Trochimbrodu/Zofiówki, a także informacje na temat historii miasteczka podaję za książką Avroma Bendavid-Vala Niebiosa są puste, tłum. Małgorzata Szubert, wyd. Świat Książki, Warszawa 2012.

III Pani Ola

1 Najlepsza koleżanka pani Szury, pani Ola, mieszka w samym centrum wsi Sokół, zaraz za zakrętem. Za domem ma zagrodę dla swoich kilku kóz, a przed nią biega sobie stadko kur. Pani Ola w tym czasie krząta się po domu, ze ściany patrzą na nią z czarno-białego zdjęcia rodzice, a z kolorowej makatki – dorodny jeleń na tle ośnieżonych szczytów. Pani Ola należy do pięćdziesiątników. Skąd wzięły się w Sokole, małej wiosce przyklejonej do lasu, zbory wyjęte jakby żywcem z amerykańskich przedmieść? Przed wojną, mówi pani Ola, przyjechali tu misjonarze i nawracali. Chodzili od domu do domu i przekonywali, że prawosławie wykrzywia prawdę Bożą, że zbliża się koniec świata i że oni, pięćdziesiątnicy, pokażą, jak tę prawdę wyprostować. Mama pani Oli miała wtedy 16 lat i się z tego prostowania śmiała w głos. Jeden z misjonarzy powiedział jej więc: „Śmiej się śmiej, a za kilka lat pół wsi będzie po naszej stronie”. Mama odpowiedziała: „Może być i cała wieś, a ja będę dalej do cerkwi chodzić”.

Pani Szura w gościach u swojej przyjaciółki, pani Oli fot. Witold Szabłowski

I jakoś tak się dziwnie stało, że dwa lata później mama i ciocia jako jedyne we wsi stały się wierzące. Wierzący – tak mówią na siebie pięćdziesiątnicy. To ich odróżnia od wszystkich wokół, którym tylko wydaje się, że wierzą. Bo wierzący traktują swoją wiarę śmiertelnie poważnie. Nie piją, nie palą papierosów, nie zdradzają swoich żon ani mężów, zawsze mówią prawdę. Jeśli nie przestrzegają przykazań, wyklucza się ich ze wspólnoty. Bardzo nas prześladowali w Związku Radzieckim, bo my jesteśmy przeciw jakimkolwiek wojnom. Nasi mężczyźni nie chcieli chodzić do armii, więc władze zamykały ich w więzieniach. Przetrwaliśmy, bo staramy się pomagać – i sobie nawzajem, i innym ludziom. Na przykład dom pani Oli ledwie zaczął się trochę sypać (jeszcze można było mieszkać, po co mi takie zmiany na stare lata? – mówi pani Ola), a już bracia ogłosili zbiórkę. Nawet w Ameryce zbierali pieniądze, ogłaszali w zborach w New Jersey i w Chicago, żeby jej pomóc, i teraz pani Ola ma chatę jak się patrzy. Bracia sami przyszli pracować, żeby jej ten dom

odnowić. Stare drewno obłożyli cegłami, wytynkowali, wstawili nowe okna i plastikowe drzwi. Teraz pani Ola ma drugą najładniejszą chałupę we wsi – zaraz po lekarzu. Jak tata pani Oli zaczął chodzić za mamą, ta powiedziała mu jasno: „Albo się nawrócisz, albo ślubu nie będzie, więc nie trać czasu”. Musiał być tata bardzo zakochany, bo się nawrócił, choć byli tacy we wsi, co się z niego śmiali. Wzięli ślub, zaraz potem zaczęła się wojna. I tata pani Oli spłonął żywcem. Czy go spalili radzieccy partyzanci czy pogranicznicy, czy oddział porucznika Jastrzębia, który przyjechał tu z Zasmyk, by zemścić się za banderowski napad na Ostrówki i Wolę, i spalił dużą część wsi? – już nie dojdziemy. Pani Ola uważa, że raczej pogranicznicy. Tak samo było po wojnie, jak mama została wdową, a trzeba było przenieść chałupę z chutoru do centrum wioski. – Mama szła do wioski poprosić braci o pomoc – mówi pani Ola. – Spotkała się z nimi w połowie drogi. Dowiedzieli się skądś, że komuniści kazali nam opuścić chutor, rzucili wszystko i poszli z nią nam pomóc. Jestem u pani Oli za każdym razem, gdy zajadę do pani Szury. Zawsze jej przywożę czekoladki, a ona mi daje reklamówkę jajek. Był taki czas, że nawet wszystkie jej kozy znałem po imieniu, ale dwie zdechły, jedną pani Ola komuś oddała, a tych nowych imion już nie mogę zapamiętać. Pani Ola dobrze wie, że szukam na Wołyniu ludzi, którzy ratowali swoich sąsiadów. Przy mojej szóstej albo siódmej wizycie każe sobie dokładnie opowiedzieć, co już znalazłem. Mówię więc, że ktoś kogoś trzymał w chlewie, ktoś w piecu chlebowym, ktoś w schowku pod podłogą, a ktoś inny woził ludziom jedzenie do lasu. – To ty takie historie zbierasz? – dziwi się pani Ola. – To przecież ja też, jako dziecko, jedzenie Żydom do lasu nosiłam. Teraz z kolei ja się dziwię. Znamy się już tyle i dopiero się dowiaduję, że pani Ola ratowała ludzi w czasie wojny?

– Oj, bo ja myślałam, że ty jakichś wielkich bohaterów szukasz – mówi pani Ola. – A myśmy z mamą i ciotką tylko nosiły jedzenie do lasu. To nie było nic wielkiego: rano się kaszy nagotowało albo ziemniaków, brało się garnek i niosło. A oni, jak zmarzli, przychodzili do nas się ogrzać – kilka razy nawet w domu spali, ale częściej w kluni, budynku, w którym się młóciło zboże. Co kilka dni mama mówiła, że idziemy do lasu, i ja się wtedy bardzo cieszyłam. Bardzo lubiłam tych Żydów, lubiłam na nich patrzeć. Dziś wiem, że za to groziła śmierć, wtedy nie wiedziałam. Byłam dzieckiem i to była dla mnie przygoda. U nas w zborze atmosfera w czasie wojny była bardzo podniosła. Pamiętam, że myśmy wtedy wszyscy czekali, że za chwilę będzie koniec świata i że zobaczymy Jezusa Chrystusa, aniołów, archaniołów. Mama wiele razy mówiła: „Dobrze, że się zdążyłam nawrócić. Że wierzę”. A jak Niemcy zaczęli Żydów mordować, to nikt już nie miał wątpliwości. Przecież Żydzi to naród wybrany! Tyle o nich jest w Biblii! Skoro ich mordują, to musi być koniec świata, nieprawdaż? Pamiętam, że szłam na podwórko patrzeć, czy już aniołowie nie lecą. Wpatrywałam się w niebo i czekałam. Śmierć nie była dla nas straszna. Niczego się człowiek nie bał. Było jasne, że to początek końca świata. A potem Ukraińcy zaczęli waszych zabijać, wasi Ukraińców. Dzieci nabijali na kosy albo na widły. Sama czegoś takiego nie widziałam, ale ludzie mówili o tym bez przerwy. Na zewnątrz działy się straszne rzeczy, a w zborach ludzie upadali pod siłą Ducha Świętego. Wierzyliśmy, że to, co widzimy, to deszcz późny, drugie wylanie Ducha, które ma nadejść tuż przed końcem świata. Czekaliśmy.

2

Nikt się tak szaleńczo nie rzucił na pomoc mordowanym Żydom i Polakom jak chrześcijanie z kościoła zielonoświątkowców, świadkowie Jehowy, pięćdziesiątnicy i adwentyści, zwani na Wołyniu zbiorowo sztundami, od nazwy jednego z wyznań: sztundobaptystów, sekty wywodzącej się z protestantyzmu niemieckiego, która ukształtowała się na południu Rosji. Dlaczego tak nazywano resztę? Pewnie dlatego, że sztundobaptyści byli tu pierwsi. Pierwsi pięćdziesiątnicy, współwyznawcy pani Oli, pojawiają się na Ukrainie w 1919, na Wołyniu, niedaleko Krzemieńca. Są to Ukraińcy, którzy wrócili z emigracji zarobkowej do Ameryki – tam zielonoświątkowcy są coraz bardziej popularni; prasa bardzo dużo o nich pisze, gdyż są jedynym Kościołem, w którym czarni modlą się ramię w ramię z białymi. Tu w szybkim czasie do zborów zaczynają chodzić tysiące ludzi, w tym, obok Ukraińców, Polacy, Niemcy i Białorusini. U progu II wojny światowej na zachodniej Ukrainie w 300 zborach modli się 25 tysięcy wiernych. Wielu z nich za postawę w czasie II wojny światowej należałyby się medale. Oto garść wspomnień z Kresowej księgi sprawiedliwych: Chrobrów, gmina Czaruków „Rodzina Sebastiańskich szukała schronienia w różnych miejscowościach, uciekając w kierunku Włodzimierza Wołyńskiego. 11 lipca nocą zaprzyjaźniony Ukrainiec zawiadomił ich, że znów są w niebezpieczeństwie. »Następnego dnia schroniliśmy się razem z rodziną cioci w sąsiedniej ukraińskiej wsi, wśród wyznawców sztundyzmu – wspomina jeden z członków rodziny«”. Berezowicze, gmina Mikulicze „15 sierpnia 1943 r. upowcy napadli na Polaków, którzy tu pozostali. Zginęło ok. 40 osób. Uratowało się czworo dzieci. Po wyjściu z ukrycia dotarły do domu Ukraińca Oksenczuka, członka sekty sztundystow głoszącej pacyfizm

i duchową niezależność od władz. Nakarmił je i przechował przez noc, po czym troje pierwszych przekazał w ręce Polaków (Chabrównę przygarnęła starsza Ukrainka zwana Kaśką, jednak rzecz się wydała i wkrótce dziewczynkę zabito). »Ten człowiek (…) zasługuje na wdzięczność za swoje postępowanie. Po wkroczeniu w lipcu 1944 wojsk sowieckich został wraz z rodziną wywieziony na Sybir za swoje przekonania religijne, a po roku 1980 wrócił do Włodzimierza«” – wspomina jeden ze świadków. Diuksyn, gmina Derażne „Janina Dobrzecka, która od 1940 r. była sierotą, 19 marca 1943 r. przeżyła – udając Ukrainkę – rzeź dokonaną na kilkudziesięciu Polakach w pobliskich Pendykach. Tułając się – podobnie jak jej siostra i brat – wśród obcych, znajdowała schronienie i pracę u niektórych Ukraińcow: Petra Onopryjczuka, Opanasa, Charyty oraz Ołeny Warwinowej, należącej do sekty sztundystów. W maju 1945 r. rodzeństwu Dobrzeckich, ktore uciekając z Diuksyna, dotarło do Klewania, pomogła córka Warwinowej, Jaryna: »opowiedziała dzieciom, jak mają dojechać do Równego, jak odnaleźć wujków. Kupiła im bilety, odprowadziła do pociągu. Ostatnia życzliwa Ukrainka z rodzinnego Diuksyna«”.

3 Szukam w Diuksynie Ołeny i jej córki Jaryny Warwinowej. Ołena nie żyje już prawie 40 lat. Jaryna – 20. Ale kiedy tam zajechałem w 2014, żyła jeszcze jej siostra Hanna. Mieszkała w Klewaniu, niedaleko stacji kolejowej. „Babcia Hanna niewiele już rejestruje – zapisałem w notesie po naszym spotkaniu. – Oko ma tylko jedno – ma raka skóry i lekarze odejmują jej po kawałeczku twarzy. Jak dożyje przyszłego roku, pewnie znów jej kawałek odejmą. Ale może nie dożyć. – Nie ma siły już nawet wstać z łóżka – rozkłada ręce wnuk.

Czekam chwilę, aż babcia usiądzie. Kręcimy się z wnukiem po chacie. Wnuk robi remont kuchni. Mieszka z żoną w babcinym domu. Opiekują się nią, złego słowa nie można powiedzieć. Częstują ciastkami, wafelkiem, kawą. I opowiadają o ciotce Jarynie tyle, co sami wiedzą. Że Niemcy ją chcieli rozstrzelać. Za co? Trudno powiedzieć. Ona była bardzo niezależna. Musiała im z czymś podpaść. Więc prowadzili ją na rozstrzelanie, ale trzymali lekko, za płaszcz. I kiedy przechodzili nad sadzawką w Diuksynie, Jaryna się im wyrwała i skoczyła ze skarpy, kilkanaście metrów w dół. Kto inny by się zabił, ale ciotka była nie do zdarcia. Charakterna bardzo. Potem przepłynęła pod wodą kolejne kilkadziesiąt metrów, uciekła i ukrywała się, aż Niemcy odeszli i przyszli Sowieci. Że za Sowietów pracowała w Moskwie, budowała wielkie budynki, między innymi Uniwersytet Łomonosowa. – Kobiety budowały tylko do 28. piętra – mówi wnuk babci Hanny. – Wyżej się bały – dodaje. Tylko do 28. piętra. Tylko. Że ciotka Jaryna, po powrocie z Moskwy, mieszkała w Klewaniu, niedaleko babci Hanny. Miała mężczyznę, ale ślubu z nim nie wzięła. Prosiły ją i matka, i reszta rodziny, ale ona się uparła. – A jak ciotka Jaryna się na coś uparła, to nie było przebacz – mówi wnuk babci Hanny. I przerywa w pół zdania. Babcia wreszcie dała radę usiąść, więc idziemy ją zapytać o mamę i o siostrę. Starsza pani szuka w głowie jakiegoś śladu, jakiejś myśli, której można by się uczepić, żeby odpowiedzieć na pytanie. Jest uprzejma, chce pomóc. Ale, wybaczte dity, wybaczcie dzieci, nie znajduje. Wnuk też nic o tych sprawach nie wie. Nigdy nie słyszał, że gdzieś w Polsce są jakieś dzieci, jakieś wnuki, jakieś prawnuki, tylko dlatego, że jego prababcia, że siostra jego babci, zachowały się jak ludzie w trudnych czasach. Że Janina Dobrzecka i jej rodzeństwo przeżyli wojnę. Janina jest lekarką w Trójmieście. Do dziś pracuje. Wszystko to wnuk słyszy po raz pierwszy.

Sam do zboru już nie chodzi. Dostał niedawno powołanie do armii i mówi, że jak trzeba będzie, pojedzie na front. Wolałby nie jechać – chałupa w remoncie, dzieci małe. Ale jak trzeba będzie za Ukrainę walczyć, to nie będzie się chował za plecami innych. Kończymy wafelka i kawę. Wychodzę. Na Wołyniu zaczyna się jesień”.

4 W lesie, mówi pani Ola, byli Frojko, jego córka Maniele i jakiś młody chłopiec, którego imienia nie pamiętam. Cała trójka przeżyła, do końca, aż przyszli Sowieci. Rok ponad żeśmy im jedzenie nosili. Frojko później mieszkał w Lubomlu, wziął sobie za żonę jedną wdowę Ukrainkę. Ten chłopiec wyrósł na pięknego mężczyznę, przyjechał kiedyś do nas, mieszkał w Nowowołyńsku. Raz, jeszcze w Związku Radzieckim, było ogłoszenie w gazecie, że jeśli ktoś w czasie wojny pomagał Żydom, niech napisze list do redakcji do Łucka. Nie pamiętam, czy to był „Radziecki Wołyń” czy „Radzieckie Życie”, czy „Komsomolska Prawda”. Pamiętam, że napisałam list, że ja z mamusią nosiłyśmy jedzenie do lasu, i zaprosili nas wtedy do Łucka do redakcji. Tam było wielkie spotkanie. Byli Żydzi z Ukrainy, z Izraela, dziennikarze i ludzie tacy jak my. Jedni jedzenie nosili do lasu, inni Żydów w stodole trzymali, ktoś jeszcze inny pod podłogą. Ludzie śpiewali, przemawiali, opowiadali różne historie z czasów wojny. Najpiękniejsze było, jak się jedna pani, która chowała Żyda, spotkała z jego synem po wielu latach. Jak oni płakali z radości na swój widok! A na koniec jedna pani, jakaś ważna osoba dla tych Żydów, powiedziała, że bardzo nam dziękuje, i dała nam prezent. Szklanki. Dla mnie komplet, trzy sztuki, i taki sam komplet dla mojej mamusi. Mam te szklanki do dziś, zaraz pokażę. I pani Ola wstaje spod łóżka, które stoi pod fotografią rodziców i makatką

z jeleniem na tle ośnieżonych szczytów, i idzie do małej podręcznej szafeczki. Wyciąga z niej te szklanki. Sześć szklanek z zielonymi łezkami. Trzech Żydów: Frojko, Maniele i ten przystojny chłopiec. Wychodzi po dwie szklanki za jednego człowieka.

IV † Bracia i siostry, to chyba dobry moment, żeby opowiedzieć o wszystkim, co się zdarzyło w Kupiczowie przez ostatnie miesiące, bo właśnie dziś, w dzień katolickiej Wigilii Bożego Narodzenia, zjeżdżają do nas wszyscy polscy partyzanci z okolicy. Porucznik Jastrząb i porucznik Sokół, którzy dowodzą polską samoobroną w pobliskich Zasmykach i z którymi już się bardzo dobrze znamy, witają ich osobiście zaraz za zasiekami ustawionymi przez naszą młodzież na wjeździe do Kupiczowa. My z żoną mamy nowego gościa: lekarza ich oddziału Grzegorza Fedorowskiego, zwanego Gryfem. Ma pomóc w szpitalu polowym, który partyzanci zrobili w budynku szkoły, bo nasz felczer Ukrainiec Niemoskalenko nie daje już rady. Gryf przyjechał do nas prosto z Warszawy. Śmieje się, że ma sfałszowaną kenkartę, i koniecznie chciał, żeby po drodze jakiś Niemiec zapytał go o dokumenty, żeby mu tą kenkartą pomachać przed nosem. Ale choć jechał pociągiem tylko dla Niemców, o papiery nikt go nie pytał. Zaprowadziliśmy go razem z Wilczurem, przed wojną dyrektorem naszej szkoły, a dziś polskim komendantem obrony Kupiczowa, na piętro. Od dziś będą obaj mieszkać we dwóch w pokoju z pięciolampowym radiem Philips, które dostałem na początku wojny od żony jednego polskiego policjanta jako zastaw za pożyczone pieniądze i dzięki któremu codziennie wieczorem słuchamy Goworit Moskwa i Woła Londyn i wiemy dokładnie, co się dzieje

na różnych frontach wojny. Według mojej wiedzy, oprócz naszego radia, w Kupiczowie są jeszcze dwa – u pana Fialy na ulicy Warszawskiej i kryształowe u Slávy Tošnera. Niemcy nie pozwalali Czechom ani Polakom korzystać z radia, tylko Ukraińcy mogli je mieć w domach, dlatego przez wiele miesięcy chowaliśmy antenę w kartoflach i rozkładaliśmy ją tylko wieczorem. Ale Niemcy, od kiedy przegrali bitwę pod Stalingradem i od kiedy załamało się ich natarcie na ZSRR, mają poważniejsze problemy niż szukanie anten. A Ukraińcy i tak jakby mogli, toby nam spalili całą wieś, a nie tylko jedno radio. Na razie więc antena stoi otwarcie. Ukraińcy mają do nas pretensje, bo ich zdaniem za bardzo się zbliżyliśmy z Polakami. Ja jestem tu jednym z winowajców, bo jak zaczęło się mordowanie Polaków, to niejeden z nich znalazł ratunek w Kupiczowie, z czego wielu – pod moim dachem. I choć staram się powtarzać wszystkim, że nie ratuję Polaków, Żydów ani Ukraińców – tak, Ukraińcom też zdarzało mi się pomagać – ale ratuję ludzi. Jestem pastorem i życie ludzkie jest dla mnie najważniejsze, mimo to ukraińscy partyzanci nie bardzo chcą mnie słuchać. Napadali nas, próbowali zabijać, ale kilkanaście kilometrów od Kupiczowa, w Zasmykach, Polacy zrobili silną samoobronę, właśnie z Sokołem i Jastrzębiem na czele. Oni bronią nas przed atakami UPA, z kolei my pomagamy ich pobratymcom, gdy napadną ich banderowcy. Ta więź się z tygodnia na tydzień zacieśnia. Co do Gryfa, to widziałem, że oczy aż mu się śmieją do czystej, wyprasowanej przez moją żonę Annę, pościeli. Rzeczywiście, w trudnym wojennym czasie czysta poszwa na kołdrze to prawdziwy rarytas. Zostawiłem panów samych, bo na pewno mają wiele spraw do omówienia. Potem Wilczur zszedł z góry po miednicę z wodą i kubek wrzątku, żeby nasz nowy gość mógł się ogolić. Wziął jeszcze kościelną świecę, bo po ciemku Gryf mógłby się zaciąć, a elektryczności w Kupiczowie jak nie było przed wojną, tak nie ma i w czas wojny.

Wkrótce schodzą obaj. Gryf w szarej jesionce i czapce narciarskiej w ogóle nie przypomina żołnierza. Pas z kaburą do pistoletu, który dostał od Wilczura, to jedyny niecywilny element jego stroju. Ale to nic. Nasz miejscowy czapnik zrobi mu rogatywkę, a kupiczowskie dziewczęta będą szczęśliwe, jak pozwoli się im wyszyć oficerskie gwiazdki na jego pagony. Gryf i Wilczur idą zerknąć na szpital, który mieści się w dawnej szkole. Spotykamy się kilka chwil później, w naszym czeskim Domu Ludowym. Na wielkiej sali mamy estradę, pod nią – ławy i wielką aż po sufit choinkę. Przed wojną, a nawet w pierwszych latach wojny nasza młodzież organizowała tu bale i potańcówki. Ale teraz, w trudnym czasie wojennym, o tańcach nikt nie myśli. Oprócz żołnierzy z okolicznej samoobrony jest też delegacja z polskiej konspiracji z Kowla, a z nią młody, wysoki ksiądz w sutannie. Witamy się uprzejmie. Miło, że przyjechali, choć ryzykowali wiele – wszystkie okoliczne wioski są w rękach banderowców. Mówią, że jechali przez lasy, z dala od głównej drogi; szczęśliwie, nikt ich nie zauważył. Stoły zastawione są ciastami, buchtami z makiem, serem i powidłami, do tego jabłka, orzechy i opłatki. Za stołami siedzą nasi gospodarze z polskimi wojakami, a każdy z nich trzyma między nogami karabin. Polacy przemawiają po kolei. – Następna Wigilia w wolnej i niepodległej ojczyźnie! – mówi któryś z komendantów, dostaje za to gromkie brawa, ja na głos nic nie mówię. Ale po cichu myślę, że drugiego tak naiwnego narodu jak Polacy długo trzeba by szukać.

1 Dużo się u nas w Kupiczowie działo przez ten rok. Tak jak przypuszczałem, przejście ukraińskich policjantów ze służby dla Niemców do partyzantki nie

znaczyło nic dobrego. Wiosną zaczęli palić polskie wioski i mordować wszystkich Polaków, jakich udało im się znaleźć. Zabili też kilkunastu Czechów, choć my zawsze żyliśmy w zgodzie z każdą nacją. Od kiedy chcieli zrobić u nas bazę, a myśmy się nie zgodzili, każdego dnia spodziewaliśmy się ich ataku. I rzeczywiście zaatakowali, ale dopiero jesienią. Wcześniej wydarzyło się dużo innych rzeczy. Najpierw postaraliśmy się o broń. Nasza młodzież jeździła do Kowla, tam za słoninę i samogon kupować od Niemców karabiny – udało im się nawet wytargować jeden maszynowy, który nam się potem bardzo przydał. Do tego dobierali granaty i naboje. Ja nienawidzę broni, sam nigdy w życiu jej do rąk nie wezmę. Ale rozumiałem dobrze, że czasy są trudne, i jeśli się nie będziemy bronić – będzie po nas. Broń z Kowla, oprócz młodych chłopaków, wozili też pan Vrla i pan Kožňár. Ale to wszystko było mało. Porucznik Jastrząb, czyli Władysław Czermiński, który tworzył samoobronę w Zasmykach i z którym żeśmy się w międzyczasie zaprzyjaźnili, doradził więc, aby moja małżonka, świetnie znająca niemiecki, pojechała do Kowla i przekonała Niemców, żeby nam oficjalnie sprzedali jakąś broń do obrony przed banderowcami. Tak też zrobiliśmy. Żona wyjaśniła Niemcom, że banderowcy wiele razy nam już grozili, że nienawidzą nas, bo nie chcieliśmy się zgodzić, aby zrobili w naszej wsi bazę. I dostaliśmy karabiny i granaty. Musieliśmy tylko podpisać zobowiązanie, że nigdy nie użyjemy tej broni przeciw Niemcom. Podpisaliśmy. Nas jednak banderowcy na początku oszczędzali. Zajęli się Polakami, przeciw którym prowadzili wielką akcję, z paleniem wsi i często bardzo krwawym mordowaniem mieszkańców. Polacy z okolicznych wsi, którym udało się przeżyć taki atak, nocami potajemnie uciekali do nas. Byli to głównie ludzie z Adamówki, Aleksandrówki i Michałówki, ale też z innych miejscowości. Czesi ukrywali ich w swoich stodołach i na strychach. Był taki moment, kiedy gościliśmy ich

w Kupiczowie ponad czterystu. Najwięcej zawsze u gospodarzy Boguslava Balouna, Václava Žitnéha i u nas, na plebanii. Miło mi myśleć, że tyle ludzi żyje dzięki pomocy naszych czeskich gospodarzy. Gdyby nie schronienie u nas, banderowcy by ich pomordowali. Polaków potajemnie prowadzimy do miast, w których stacjonują Niemcy. To takie dziwne wojenne sytuacje, kiedy jeden wróg staje się obrońcą przed drugim wrogiem. W innych częściach Polski to przed Niemcami się ucieka. Ale na Wołyniu Niemcy dają bezpieczeństwo. W ucieczce pomaga Polakom duża część mieszkańców Kupiczowa. Tu z kolei najbardziej zasłużeni są panowie Zápotocki i Kačerovski, którzy wożą ich jak szaleni. Ktoś próbował liczyć i wyszło, że sam jeden Kačerovski uratował co najmniej trzystu Polaków, a może i więcej. Łącznie kilkudziesięciu gospodarzy przynajmniej raz kogoś wiozło. Zanim zawiezie się Polaków, czasami dzień, a czasami i kilkanaście dni mieszkają u nas. My w tym czasie patrzymy, czy banderowcy są blisko. Staramy się to robić jak najbezpieczniej. Oni przecież dobrze wiedzą, że wozimy Polaków. Jak nas spotkają – zabiją. Oni nas nienawidzą za to, że przeszkadzamy im bić Polaków. Ot, weźmy taką sytuację. Któregoś wieczoru siedzimy w kuchni na dole. Oczywiście u mnie i u mojej żony Anny pomieszkuje tymczasowo sześciu Polaków, którzy czekają, aż ktoś ich przewiezie dalej, do miasteczka Tulczyna. Polacy grają sobie w karty, gdy nagle ktoś puka do okna. Wysyłam moich gości szybko na górę, na pierwsze piętro. Wyglądam przez okno. Banderowcy. Trzech, w pełnym uzbrojeniu. Zapraszam ich, żona podaje coś na stół, rozmawiamy, bo tak trzeba, nie mamy innego wyjścia. Przecież nie powiem im, żeby sobie poszli, bo nie podobają mi się metody, którymi walczą o swoją niepodległą Ukrainę.

Posiedzieli może trzy kwadranse, aż mówią, że dowódca kazał im się rozejrzeć u nas po domu. I żebym się nie obraził, ale rozkaz to rozkaz, muszą zajrzeć do każdego pokoju. Również na piętrze. Serce mi prawie stanęło. Jeśli znajdą tych sześciu Polaków, to będzie koniec i dla nich, i dla mnie, i dla mojej żony. Ale co mam zrobić? Łapię za klamkę, otwieram drzwi na strych i mówię: – Zapraszam serdecznie. Nie mam nic do ukrycia. Wtedy najważniejszy z nich machnął ręką. Mówi: – Wierzymy panu pastorowi. Pożegnali się i wyszli.

2 6 sierpnia banderowcy napadli na pobliski Czerniejów. Zabili tam kilkunastu Polaków, w tym dwie córki i żonę pana, który się nazywał Feliks Zubkiewicz. Sam Zubkiewicz był ciężko ranny i jacyś dobrzy ludzie pomogli mu się dostać do nas, do Kupiczowa. Przybiegł wtedy do nas na plebanię jego syn Władysław, któremu też udało się uciec. Pomogli mu ukraińscy sąsiedzi – Trochim Samoniuk oraz Iwan i Trochim Danielukowie. To kolejny dowód, że nie morduje nacja ani religia. Mordować może człowiek, i to człowieka należy winić. Gdy jedni Ukraińcy jeżdżą z bronią po wioskach, inni zachowują się pięknie, jak tych trzech. Młody Władysław błagał nas o pomoc. Mówił, że bez nas jego ojciec umrze. Pan Feliks leżał w stodole u pana Kozlika i naprawdę było z nim źle, jedną nogą był już po drugiej stronie. Udałem się do felczera pana Niemoskalenki, by poszedł ze mną ratować mu życie. Felczer od razu zapytał: – To Polak? Jeśli banderowcy się dowiedzą, zabiją mnie. Nasz felczer to Ukrainiec, który – choć większość Ukraińców

z Kupiczowa wyjechała – zdecydował się zostać z nami. Ma już ponad 70 lat i wszyscy we wsi niezwykle go szanują, bo nikomu nigdy nie odmówił pomocy. Jest wysoki, postawny i przed wojną był zapalonym myśliwym. Pamiętam jeszcze, jak chodził polować na kaczki. Ale dziś z tego zostały mu już tylko wysokie buty do chodzenia po bagnie. Jego żona od lat jest kupiczowską akuszerką. Mówi zawsze, że cały Kupiczów to jej dzieci. I ma rację. Odebrała przez ten czas kilkaset porodów, czeskich, ukraińskich, polskich i żydowskich. Własnych dzieci nie mają, mają za to piękny domek z jeszcze piękniejszym ogródkiem i – co rzadkie – z łazienką; taką, jak ludzie mają w miastach. Od chorych i rodzących biorą co łaska: osełkę masła, trochę wełny, parę jajek, a czasem nawet lekarstwo za darmo im dorzucą. Wiedziałem więc, że nasz felczer może się trochę boi banderowców, ale człowiekowi w potrzebie nie odmówi. Odpowiedziałem mu: – Jak ktoś się będzie pytał, proszę mówić, że pana zmusiłem. To będzie moja wina i zabiją mnie. Mam od zawsze bardzo silną wiarę, że Pan Bóg mnie chroni, a w czasie wojny ta wiara jeszcze we mnie się wzmogła. Jak inaczej można wytłumaczyć, że tym banderowcom nie chciało się wejść na pierwsze piętro, gdzie siedzieli Polacy? Że nigdy nie złapali żadnego Czecha, który wiózł Polaka? Że mnie ani mojej żonie nic się nie stało? Dla mnie to widoczny znak, że Panu Bogu podoba się to, co tu robimy, i że nad nami czuwa. Poszliśmy. Musieliśmy przejść przez podwórko pana Milouša Šulca, a nie mieliśmy pojęcia, że u niego właśnie jest kilku banderowców. Przyjechali po samogon, bo pan Šulc podobno robi bardzo dobry – mówię, co słyszałem, bo sam alkoholu nie pijam. Kiedy pan Milouš zobaczył, że idę gdzieś z felczerem Niemoskalenką, od razu się domyślił, że wydarzyło się coś ważnego. Opowiadał mi potem, że nie chciał, żeby banderowcy nas zauważyli. Wyciągnął więc szklanki i zaproponował im poczęstunek – wszystkim gościom wlał po całej szklance samogonki, a potem – na wszelki wypadek – jeszcze po jednej. Nawet nie wiedzieliśmy, że dobry sąsiad

właśnie ratuje nam życie. Przyszliśmy do stodoły pana Kozlika, rozcięliśmy rannemu koszulę i okazało się, że ma ranę wielkości dłoni. W ranie zagnieździły się już białe robaki, niektóre długości paznokcia. Felczer przyjrzał się jej dokładnie i powiedział, że nie wygląda to dobrze. Wdała się gangrena. Nie pachniało to zbyt pięknie. Niemoskalenko opatrzył Polaka, ubraliśmy go z powrotem, a potem przenieśliśmy potajemnie do nas na plebanię. Leżał tu trzy tygodnie, razem z Anną na zmianę się nim zajmowaliśmy. Razem we trójkę przeżyliśmy na początku września bombardowanie – ranny w jednym rogu dużego pokoju, a my z żoną, trzymając się za ręce, w drugim. Któregoś dnia, niespodziewanie, ktoś zapukał do drzwi. Okazało się, że to syn rannego, Władysław. Dwóch ocalonych z jednej rodziny. Ich radość i wzruszenie była ogromna, nasza nie mniej. Nawet ksiądz Burzmiński przyszedł nam wtedy podziękować, że pomagamy, choć sytuacja się wydaje beznadziejna. Bo wtedy jeszcze nikt nie wierzył, że Zubkiewicz przeżyje. I ja myślałem, że raczej pomagam mu umrzeć z godnością, a nie ratuję życie. A jednak pan Feliks zaczął dochodzić do siebie, aż w końcu całkiem wyzdrowiał. Kiedy spacerował po wsi, ludzie go pozdrawiali i pytali, czy zamierza iść do lasu i wyrównać rachunki z banderowcami, którzy mu wybili rodzinę. Zubkiewicz odpowiadał wtedy jak prawdziwy chrześcijanin. Że to nie człowiek ma wymierzać sprawiedliwość, ale Bóg.

3 Banderowcy coraz odważniej poczynali sobie z Niemcami – atakowali ich posterunki, ostrzeliwali patrole – aż któregoś dnia dziesięciu partyzantów

zginęło w czasie ataku na jeden niemiecki oddział. Martwych przyniesiono do cerkwi w Kupiczowie. Wstyd powiedzieć, ale był między nimi i Czech. Skąd Czech pomiędzy banderowcami, którzy mówili o Ukrainie czystej jak łza – a więc bez Żydów, Polaków i bez Czechów? Przecież mają nawet banderowcy takie powiedzenie o nas: „Czechi na sobakach pryichały i na sobakach poidut” – „Czesi przyjechali na psach i na psach wyjadą”. Nie brzmi to jak zapowiedź pokojowego życia w ich wymarzonym niepodległym kraju, prawda? Nie wiem w każdym razie, skąd ten Czech się tam wziął, ale było mi bardzo przykro, że tam się znalazł. Ludzie z jego rodziny chcieli, żebym go pochował w naszej świątyni. Ale zbyt dużo krwi przelanej przez banderowców widziałem w tym roku. Nie chciałem modlić się nad jego grobem. W dzień pogrzebu pojechałem więc z żoną do Czeskiego Boratyna, niby załatwić jakieś sprawy urzędowe. Próbowałem w ten sposób dyplomatycznie uchylić się od obowiązku pogrzebania tego człowieka. Spędziliśmy w Boratynie cały dzień, wracamy, patrzę, a koło zburzonego mostu na Stochodzie stoi pięciu banderowców i się nam przygląda. Takie spotkanie mogło znaczyć śmierć. Mogli czekać, by się na mnie zemścić, że nie pochowałem ich kamrata. Jechaliśmy więc z Anną bez słowa; oboje wiedzieliśmy, co może się zaraz stać. Co zresztą innego mogliśmy zrobić, niż iść prosto, z podniesionym czołem, z ufnością, że Bóg kroczy pół kroku przed nami? Uciekać? Nie ma jak. My na furmance, oni na koniach – dogoniliby nas w kilka sekund. Kiedy zbliżyliśmy się na kilkanaście metrów, wpadłem na pewien pomysł. Udałem bardzo ucieszonego ich widokiem. Z dala zacząłem machać czapką, potem pozdrowiłem ich przyjaźnie, jak dawno niewidzianych braci. Wypytałem, co słychać, czy są zdrowi, czy mają co jeść, i zaprosiłem, żeby koniecznie nas kiedyś odwiedzili na plebanii, żebyśmy mogli dłużej porozmawiać przy herbacie i czeskich buchtach. Po czym pożegnałem się

z nimi i pojechaliśmy z Anną dalej. Do końca nie wiedziałem, czy się dali nabrać; czy mi nie strzelą w plecy. Ale nie strzelili. Spokojnie dojechaliśmy do domu.

4 I rzeczywiście przyjechali do nas banderowcy, ale nie na buchty i herbatę, ale po to, żeby zabrać mnie ze sobą do lasu. Nie miałem wyjścia. Pojechałem. Okazało się, że wzięli do niewoli dwóch niemieckich żołnierzy, którzy twierdzili, że są Czechami. Banderowcy chcieli się dowiedzieć, jak jest naprawdę. Wzięli oprócz mnie szanowanego powszechnie gospodarza Bohouša Ledvinę i starostę Kučerę i pojechaliśmy razem do ich kryjówki. Przed wyjazdem modliłem się do Pana Boga, żeby jeśli nie będą to prawdziwi Czesi, nie obraził się, gdy będę kłamać. Dojechaliśmy do świniarskiego lasu, gdzie UPA ma swoją małą republikę i dużą bazę. Przyprowadzili tych żołnierzy. Już na pierwszy rzut oka było widać, że to są Niemcy – jeden, jak nam powiedzieli, z Mostu, drugi z samego Wiednia. Po czesku znali pięć słów na krzyż, ale wiedzieli, że w oczach banderowców lepiej być Czechem niż Polakiem albo Rosjaninem. Jakoś żeśmy się dogadali. Zapewniłem banderowców, że są to Czesi stuprocentowi. Pozwolili nam wszystkim odejść.

5 Z polskimi partyzantami się dogadaliśmy, że w Kupiczowie nie będą walczyć. Że nasze miasteczko będzie oazą dla ludzi w potrzebie.

Polacy, jak mogli, tak nam pomagali, ale oni mieli wtedy dużo problemów. Musieliśmy więc chronić się sami. Stale nam przybywało polskich uciekinierów, w którymś momencie było ich już w Kupiczowie około tysiąca. Z okolicznych wsi uciekali do nas także Czesi. Łącznie mieszkało w Kupiczowie dodatkowo dwa tysiące ludzi. U niektórych spało tylu Polaków, że nie było nawet mowy o pościeli czy łóżkach. Rzucają im na podłogę słomę i oni sobie w niej moszczą posłanie. Jest tylu ludzi, że inaczej się po prostu nie da. Śpią w ubraniach, bo nigdy nie wiadomo, czy nie trzeba będzie się ubrać i walczyć – albo uciekać. W zdobyciu prowiantu pomagali nam polscy partyzanci z Zasmyk. Część ludzi pod ich osłoną chodziła zbierać zboże z pól Ukraińców, którzy uciekli – im się i tak nie przyda, a my bez tego zboża przymieralibyśmy głodem. I choć na pewno ludziom nie było łatwo, to nie słyszałem, żeby na tym tle dochodziło do jakichkolwiek konfliktów. Nasi ludzie zdali ten egzamin bardzo dobrze. A Polacy w obliczu tego, co ich spotkało, też zapomnieli o Zaolziu i o tym, jak przed wojną się do nas odnosili. Przypomnieli sobie, że Czech to jednak przyjaciel Polaka. Znów w kilka tygodni nastroje między naszymi nacjami się odmieniły, tym razem na lepsze. Kiedy Niemcy dostawali już porządny łomot od Armii Czerwonej, rozeszła się wieść, że zaraz będą uciekać, ale zanim to nastąpi, zamierzają rekwirować świnie i drób. Wszyscy zaczęli więc jak najszybciej zabijać zwierzęta, żeby tylko ich nie oddać okupantom. W jednej rodzinie na ulicy Tuličovskéj też zabijali. Mieli gadatliwego synka, więc kilka razy mu powtórzyli, że ma nikomu o tym nie mówić. A on poszedł do sąsiadów i powiada: „Moi rodzice zabili prosiaka, ale nikomu nie można o tym mówić”. Na szczęście to byli dobrzy sąsiedzi. Nikt nikomu nie doniósł. Nasze prosię przyszedł zabić Jaroslav Hálek, bo ja sam takich rzeczy robić nie umiem. Kilka dni później do Kupiczowa przyjechał Gebietskommissar Malek,

straszny łotr. Przyjechał również do nas, na plebanię. Wracałem do domu, gdy zobaczyłem go, jak stoi na naszym progu. Dalej już nie szedłem. Wiedziałem, że moja małżonka, która przecież bardzo dobrze zna język niemiecki, sama ma niemieckie pochodzenie, poradzi sobie z nim. I nie pomyliłem się. Kiedy Malek zobaczył zarżnięte prosię, zaczął się na nią strasznie wydzierać. Małżonka wysłuchała jego wrzasków ze spokojem, po czym, gdy on brał oddech, powiedziała: – Bitte, setzen Sie hier. I on, osłupiały, usiadł. A żona dała mu piernik słodzony syropem cukrowym. Zjadł i powiedział jej, że gdyby prosię nie było zabite, toby je nam zabrał, i że musi się zastanowić, jak ma w takiej sytuacji postąpić. I pojechał. A kilka dni później nie było już w okolicy Niemców. Gdy odchodzili z Kupiczowa, gnali ze sobą zwierzęta, które zdążyli jeszcze przed odejściem zarekwirować. Moja żona chodziła ich jeszcze prosić, żeby jednej polskiej rodzinie, w której zmarła matka, oddali krowę. Byli oni w bardzo ciężkiej sytuacji. I kiedy moja małżonka zajęła uwagę Niemców, ja ze Slávkem Tošnerem zagnaliśmy kilka z ukradzionych przez nich krów do obór naszych gospodarzy. Wszyscy się wycofywali, a my zostawaliśmy całkiem bez ochrony, z banderowcami, którzy w każdej chwili mogli na nas napaść. Cóż mogliśmy zrobić? Młodzież już od dłuższego czasu kopała okopy, budowała w lesie bunkry, a na wszystkich wejściach do wioski postawiła zasieki. Na wieży triangulacyjnej całymi dniami siedzieli wartownicy, od nastolatków po ojców, a nawet dziadków. Kiedy Niemcy już się wycofali z okolic, zaczęliśmy z panami Židlickim i Řepką patrolować wioskę nocą. Oni z bronią, a ja bez, bo ja broni do rąk nie biorę. Któregoś dnia poprosiłem panów Židlickégo i Řepkę, żeby spali u nas. Wiedziałem, że Polacy w Zasmykach będą świętować, i pomyślałem, że może banderowcy spróbują zaatakować właśnie w tę noc. Panowie położyli się

w naszym łóżku, a ja z małżonką długo jeszcze byliśmy na nogach. Po północy ktoś zaczął walić nam w okna. Zlękliśmy się, bo było to trzech uzbrojonych po zęby banderowców. Przyszli do nas w bardzo złych humorach, złorzecząc, że ciągle pomagamy Polakom i że mają przez nas same problemy. Próbowaliśmy ich jakoś udobruchać. Żona postawiła na stół coś do jedzenia, a ja znów udawałem ich przyjaciela i wypytywałem, jak do nas doszli, skoro wszędzie są zasieki. Chciałem w ten sposób wybadać, którą drogę dojścia do Kupiczowa znają, ale nie zdradzili się z tym; powiedzieli tylko, że mają swoje ścieżki. Uprzedziłem ich na wszelki wypadek, że Niemcy mogą jeszcze wrócić; też oczywiście, żeby powstrzymać ich przed atakiem. Odpowiedzieli mi coś bardzo gburowato. W tej samej chwili przyszli do kuchni obudzeni panowie Řepka i Židlický. To banderowców bardzo zaskoczyło. Myśleli, że jestem sam z żoną. Obecność dwóch dorosłych mężczyzn zbiła ich z tropu. Zostali u nas około godziny, a przed wyjściem powiedzieli, że do rana możemy spać spokojnie. Więc spaliśmy. Nad ranem usłyszeliśmy strzały, a chwilę potem przyszedł sąsiad pan Mezenský, żeby zapytać, czy jeszcze żyjemy. Nie rozumieliśmy, skąd to pytanie. Otóż u niego też byli banderowcy i powiedzieli mu, że pastor Jelinek nie doczeka poranka. Widocznie tamci trzej mieli wrócić i nas zamordować. Ale człowiek coś wymyśla, a Pan Bóg to zmienia po swojemu. Rano szli niedaleko Kupiczowa polscy partyzanci z Zasmyk. Zrobiła się strzelanina. Trzech banderowców, którzy u nas siedzieli, zginęło. A my żyjemy dalej. Żyjemy i jesteśmy gotowi na wszystko. Pieśń „Pod ochroną Najwyższego rozweseli się dusza moja” jest naszą tarczą. A kiedy słabnie nasza wiara, wspominamy Psalm 27:

Pan światłem i zbawieniem moim: kogóż mam się lękać? Pan obroną mojego życia: przed kim mam się trwożyć? Gdy na mnie nastają złośliwi, by zjeść moje ciało, wtenczas oni, wrogowie moi i nieprzyjaciele, chwieją się i padają. Chociażby stanął naprzeciw mnie obóz, moje serce bać się nie będzie; choćby wybuchła przeciw mnie wojna, nawet wtedy będę pełen ufności.

6 Po odejściu Niemców nastał bezład. Na początku listopada napadli na nas banderowcy, ale Polacy zdążyli z odsieczą i udało się odeprzeć ich atak. Jednak już 22 listopada zaczęli drugie okrążenie. Tym razem przyprowadzili aż tysiąc strzelców. Mieli dwa działa i… czołg. Byliśmy strasznie tym zaskoczeni, bo zdarzały się wcześniej moździerze albo działa, ale czołgów partyzanci nigdy nie mieli. I znów, drugi raz w krótkim czasie, ocalili nas ludzie Jastrzębia. Był to prawdziwy cud. Nikt nie został zabity, nikt nawet nie był ranny. A czołg kilka dni później nasi ludzie przytachali końmi do Kupiczowa i postawili w centrum, na ulicy Warszawskiej. Okazało się, że był to… zwykły traktor, tylko uzbrojony przez banderowskich rusznikarzy oraz kowali

i obity blachą.

7 Po biesiadzie w naszym Domu Ludowym Polacy idą na pasterkę. Idzie z nimi również część naszych czeskich gospodarzy. Księżyc świeci tej nocy wyjątkowo jasno. Ludzie nie mieszczą się w polskim kościółku, żołnierze stają więc w większości na zewnątrz. Śpiewają polskie kolędy i z daleka patrzą, jak przy ołtarzu palą się woskowe świece. Wygląda to nierealnie, jak z obrazka. Nagle – bum! Leci tynk. Tłucze się szkło. Coś wybuchło. Szybkie rozkazy dowódców i wszyscy partyzanci już wiedzą, gdzie mają biec. W kościele zostaje tylko garstka kobiet. To bije w Kupiczów banderowska artyleria. – Spokojnie – krzyczy do kogoś Wilczur. – Mają ledwie dwa działka i zero amunicji! Tylko straszą. Nie wiem, czy mu wierzyć. Widzimy w świetle księżyca, jak cała chmara banderowców biegnie przez zamarznięte pola w naszą stronę. Wygląda to groźnie. Na plebanii ktoś od Jastrzębia krzyczy, że jest ewakuacja do Zasmyk. – Pastor jedzie w pierwszym transporcie – mówi Jastrząb. – Nie ma mowy – mówię ja. – Pojadę w ostatnim. Jakim byłbym pasterzem, jakbym zostawił swoje owce? Banderowcy strzelają do nas coraz mocniej, ze strony lasu

świniarzyńskiego. I podbiegają coraz bliżej. Nie mam pojęcia, dlaczego polscy partyzanci im nie odpowiadają ogniem. Nie ja dowodzę, na wojaczce się nie znam, ale zaczyna to wyglądać naprawdę groźnie. Banderowcy są już bardzo blisko naszych zasieków. Wreszcie odzywają się Polacy schowani dotąd w bunkrach. I to jak odpowiadają! Karabiny walą z całej siły. Ukraińcy, którzy już podchodzili pod wieś, zaczynają uciekać jak zające. Atak odparty. Ale czy to koniec? Nie wydaje mi się. Banderowcy liczą, że Polacy i Czesi napili się z okazji Bożego Narodzenia i nie w głowie im będzie walka. Tymczasem sam widziałem, że polscy partyzanci bardzo się pilnowali z piciem. Ja sam bardzo nie lubię alkoholu, przez co kilka osób w Kupiczowie mnie unika, i podobała mi się ta ich dyscyplina. Ukraińcy do rana ostrzeliwują nas z daleka. Na szczęście nieskutecznie – nie wiem, jak w bunkrach, ale z wioski nikogo nie trafiają. Następnego dnia koło południa widzimy, jak prowadzą pod trzy samotne sosny wielkie działo. Bardzo długo się przygotowują do strzału – widać Wilczur miał rację, że nie mają tej amunicji zbyt dużo. Mierzą, mierzą, w końcu – strzał. Pocisk trafia w opłotki. Znowu mierzą – trafiają w jakąś starą stodołę. Strzelili może sześć, może siedem razy, oprócz stodoły trafili w jakąś starą chałupę, wybili kilkanaście szyb i cofnęli się do swojej bazy. Bóg znowu miał nas w opiece i na szczęście nikomu nic się nie stało. Kolejny atak, tym razem wigilijny, udało się odeprzeć.

8 Tak oto dobiegł końca straszny rok 1943. Czy inne będą lepsze? Nadchodzi front, znów przyjdą tu Sowieci. Polscy partyzanci powoli zbierają się z Wołynia, nie będą nas już dłużej bronić. Co będzie z nami? Czy my, Czesi, będziemy mogli zostać tu, na Wołyniu, gdzie przodkowie moich kupiczan gospodarzą już niemal 100 lat? Nie wiem.

Przed odjazdem Polaków podpadłem ich dowódcy. A było to tak. Szedłem któregoś dnia przez miasteczko i zobaczyłem, że polscy partyzanci ciągną gdzieś starszego człowieka i młodą kobietę. Podszedłem zapytać, co się dzieje. Okazało się, że to jeden z kupiczowskich Ukraińców, pan Łuciuk, i jego synowa. Pamiętałem ich jeszcze sprzed wojny. Wrócili potajemnie do Kupiczowa. Ale Polacy to zobaczyli. – Gdzie ich prowadzicie? – zapytałem. – Dowódca kazał ich rozstrzelać – odparli. – Syn starego jest banderowcem. A to jego żona. Żona banderowca. Powiedziałem im dość ostro, że zostali wpuszczeni do Kupiczowa i że zgodziliśmy się, żeby Kupiczów stał się ich bazą, pod warunkiem że nie będą tu nikogo zabijać. Taką mamy umowę od samego początku. – Jak ich zabijecie, nie będziecie w niczym lepsi od banderowców – mówiłem im. I kazałem się prowadzić do dowódcy. – Panie pastorze, oni przyszli szpiegować! – tłumaczył mi. – Na pewno przekażą informacje swoim partyzantom. Jak nas kolejny raz napadną, to przez tę dwójkę możemy polec. Powiedziałem wtedy, że biorę osobistą odpowiedzialność za pana Łuciuka i jego synową. Oni mają nam obiecać, że będą całymi dniami siedzieć w domu i nie chodzić po wsi, nic nie obserwować ani o nic nie wypytywać. Wtedy Polacy nic im nie zrobią. Dowódca był bardzo zdziwiony, że tak zdecydowanie stawiam sprawę. Więc powiedziałem mu: – Nigdy nie ratowałem nikogo, bo był Polakiem, Czechem, Żydem czy Niemcem. Ludzi ratowałem, bo tego chce Ojciec nasz niebieski od swoich dzieci w czasie wojny. Żeby pomagali jeden drugiemu. Przez moment chciałem mu jeszcze opowiedzieć o cielęciu, które było chore i które gospodarze chcieli zabić i które razem z Anną uratowaliśmy przed wojną, a potem mieliśmy z niego piękną krówkę, która dawała nam

dużo mleka. Ale pomyślałem, że jednak ludzie wojny to zupełnie inni ludzie i ten człowiek nie zrozumie mojej opowieści. Lepiej wyprowadzić pana Łuciuka, zanim się rozmyśli. Nic mi nie odpowiedział ten Polak. Machnął tylko ręką, jak na natrętną muchę. Każdy z nas poszedł w swoją stronę, a pan Łuciuk i jego synowa, aż do wyjścia Polaków z Kupiczowa, nie ruszali się z mojego domu i na pewno żadnych informacji nikomu nie przekazywali. Nie wiem więc, co będzie, ale pewien jestem jednego. Wszystko w rękach Bożych. Moje życie, życie mojej ukochanej żony, życie Polaków, Ukraińców, Niemców, Rosjan, Żydów. Możemy wszyscy powtórzyć za psalmistą: „Choćbym kroczył przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę, bo Ty, Boże, jesteś ze mną”.

I ZNOWU WIOSNA Józef Łobodowski Kisielin Znowu wiosna zielona na polach Wołynia, struny pszczół zaplątane w kwitnących akacjach, skrzypce lip rozśpiewane. Jak muzyczna skrzynia każdy dom. Każde drzewo jak szumna owacja jasnemu słońcu. W dębowych naczyniach chmiel się pieni i gwizd lokomotyw na stacjach przywołuje podróżnych w radosne odjezdne. I jeszcze noce. Słowicze i gwiezdne.

fot. Witold Szabłowski

I 1 Kto uratował Kamilę Hermaszewską w tę pamiętną noc, kiedy banderowiec strzelił jej w głowę i gdy upadła ze swoim węzełkiem na ziemię? Kto obmył jej twarz? Kto zasłonił okna? Chciałbym się dowiedzieć. Ruszam w okolice Bereznego, tam gdzie kiedyś stała wieś Lipniki i kolonia Police. Berezne to dziś żółtozłota cerkiew, mały hotelik, restauracja, gdzie w dzień i w nocy gra rosyjskie disco, stacja autobusowa, na którą podjeżdżają pordzewiałe pojazdy z butlami gazowymi na dachu, i małe muzeum, w którym można poznać historię miasteczka, a także zamieszkujących je obywateli polskich wyznania mojżeszowego – przed II wojną światową stanowili połowę mieszkańców. Zaraz za miasteczkiem zaczynają się pola. W czasach gdy biegali po nich synowie i córki Hermaszewskich, królowały tu woły, zakładane, jak pisze Władysław Hermaszewski w Echach Wołynia, „przeważnie parą do obejmującego im szyję i karki mocnego drewnianego i skrzypiącego od naprężeń jarzma, ciągnęły chłopski wóz lub bronę, pług, a nawet jeszcze sochę”. Były bardzo powolne, ale co z tego, skoro „nikomu donikąd się tu nie spieszyło”. Poganiało się je słowami „ac, ac-ac, acebe”. Przed wojną bez problemu dojechalibyśmy stąd do Lipnik, gdzie stała mleczarnia, do której zwoziły mleko okoliczne wioski, a także położony w samym centrum Dom Ludowy i przodujące zagrody Bagińskich, Bielawskich, Hajdamowiczów, Murawskich, Urbanowiczów, Warumzerów

i Żarczyńskich. Między nimi, jak rzucona na wiatr wstążka, wiłaby się między lasem, pagórkiem i krzakami leszczyny droga do kolonii Hermaszewskich, do Polic. Ale dziś na miejscu Lipnik i Polic nie ma nic. Zostało puste pole. Puste – dosłownie. Aż po horyzont, nie ma tam ani drzewka, ani fundamentów, ani leszczyny, ani sadów, ani śladu po dziadkowej pasiece, ani po domu zbudowanym przez niemieckiego cieślę, ani po Domu Ludowym czy mleczarni. Jadę tędy. Jadę w stronę wsi Białka, z której większość mężczyzn poszła w tę pamiętną noc palić Lipniki.

2 – Och, gość z Polski! Jak miło, wchodź, wchodź na podwórko, co tak stoisz w bramie? Pies mi wybiegnie na ulicę i będziesz go łapał. Nazywam się Antonina Tarasowna Radionow. Jak w latach siedemdziesiątych przyjechali tu Polacy, jedni z pierwszych, to trafili do mnie, bo mój mąż nieboszczyk był naczelnikiem gminy, a syn – głową siłrady, czyli sołtysem. I tak już zostało. Przyjeżdżali i z Wrocławia, i z Warszawy, jedna pani ze Lwowa, zobacz, tu masz jej zdjęcie na progu mojego domu, jak psa głaszcze. To był jeszcze stary pies, pradziadek tego, co teraz patrzy ci w oczy. Wejdź do chaty, to ci herbatki zaparzę i jakieś bliny wrzucę do garnka, bo ty z drogi, to na pewno głodny. Jak przyjechali ci Polacy w latach siedemdziesiątych, to wsadzili mnie i męża nieboszczyka, który wtedy był jeszcze żywy i w dobrym zdrowiu, do samochodu i kazali się wieźć tam, gdzie kiedyś były Lipniki. Poczekaj, zjesz coś, to i z tobą pojadę. Ja nie jestem stąd, za mężem tu przyszłam, ale

oczywiście, że wiedziałam, gdzie to jest. Z mojej chaty wychodzisz, mijasz studnię, przy której kiedyś polska szkoła stała, i jedziesz prosto, het, z pięć kilometrów. Jak byłam młodsza, to tam jeszcze drzewka owocowe rosły. I taki pagórek stał na środku. Traktorzyści go omijali, bo wiadomo było, że tam Polacy z Lipnik leżą, mówili na to pole Warumzerów. Bo ich pochowali tam, gdzie mieszkali przed wojną ludzie o takim nazwisku. Słyszałeś już to nazwisko? No to widzisz, że prawdę mówię. Więc jak ci wasi przyjechali, to pagórek jeszcze stał. I oni zaczęli z mężem nieboszczykiem rozmawiać, że trzeba kości przenieść do nas na cmentarz, tam postawić krzyż, pomodlić się razem. Sowieci tam chcieli lotnisko robić. Trzeba było się zastanowić, co zrobić ze zmarłymi. Mąż mój nieboszczyk to wszystko załatwiał, a potem razem z synem zrobili tam pomnik. I wiesz co? Ciekawa rzecz. Wcześniej na polu, tam gdzie były Lipniki, ludzie słyszeli muzykę. Jedna sąsiadka się zdrzemnęła w przerwie pracy, głowę położyła na ziemi i słyszała, jakby spod ziemi orkiestra grała. Potem sąsiad, traktorzysta w kołchozie, też coś słyszał, za każdym razem jak się do tego pagórka zbliżał. Jakby ktoś grał na skrzypcach. A nagle, jak kości zebrali, przenieśli, i jak żeśmy się tam razem pomodlili, skończyło się granie.

3 Białka to typowa ulicówka, z kilkoma dziesiątkami chat po jednej i po drugiej stronie drogi i brukowaną ulicą dzielącą wioskę na dwie prawie równe części. Cerkiew jest powojenna, postawili ją w latach dziewięćdziesiątych. Nie byłem gotów na tak ciepłe przyjęcie; wieś w czasie wojny bardzo mocno wspierała banderowców. Ale okazuje się, że teraz wiele dzieci i wnuków tamtych ludzi jeździ do

Polski zarabiać albo handlować na bazarach. Nie ma wrogości; raczej ciekawość. Większość domów z Białki nie zmieniła się od czasów II Rzeczypospolitej ani na jotę. Są z drewna, mają ścięte, typowe dla Wołynia szczyty i tylko słomę zastąpiła na nich czarnopiaskowa papa. Na tym tle dom Antoniny wyróżnia się na plus: ma czerwone dachówki, a na podwórku – kostkę Bauma. – Kto może, jeździ od nas pracować na Zachód – mówi głowa siłrady, czyli sołtys, który przyszedł zobaczyć, skąd u Antoniny wzięło się auto na polskich numerach. – Piszecie książkę? – dopytuje. – To dobrze o nas piszcie! Polacy i Ukraińcy powinni żyć w przyjaźni. My, Ukraińcy, bronimy całej Europy przed Rosją. Musimy robić wszystko, żebyśmy żyli w zgodzie, dlatego ja, jako szef siłrady, zawsze wam służę pomocą. Czy będziecie potrzebowali map czy zdjęć, czy jakiegoś człowieka, będę wam pomagał. Co was ciekawi? Z polskiej szkoły została już tylko stara studnia, a z polskich czasów najbardziej rzuca się w oczy brukowana ulica, którą tu przyjechaliście, a którą wszyscy miejscowi starają się omijać, bo traci się na niej amortyzatory i opony. Generalnie, niestety, zapaść u nas. Mam wrażenie, jak posłucham starszych, że przed wojną, za Polaków, było lepiej. Ale ludzi, którzy mogą pamiętać przedwojnie, mamy już tylko kilkoro. Chcecie, to was zaprowadzę. Do kogo tylko trzeba. Uprzejmie dziękuję głowie siłrady. Wolę zostać z panią Antoniną.

4 Siadamy przy stole i mówię pokrótce, z czym przyjechałem. Że Hermaszewski. Że kosmonauta. Że matka. Że banderowcy. Że ktoś pomógł. I że dobrze byłoby się dowiedzieć, kto to był. Antonina od razu się zapala, żeby mi pomóc, widać, że ma w sobie dużo

gotowości do przygód i uczestniczenia w rzeczach niezwykłych i niespodziewanych. Razem próbujemy narysować przedwojenną mapę wioski, a zwłaszcza jej części zachodniej; tej wysuniętej w stronę Lipnik. Tak chcemy dojść, u kogo mogła się tej nocy zatrzymać matka kosmonauty. To praca dla detektywa, w dodatku z zacięciem historycznym. Ale spróbujmy. Antonina Tarasowna zakłada okulary i studiuje ze mną mapy satelitarne Białki, które wydrukowałem wcześniej z Google Maps. Skreśla z nich domy zbudowane po wojnie, a dorysowuje te, które stały przed wojną. – Za Związku Radzieckiego, jakbyś z takimi mapami przyjechał, toby cię od razu aresztowali – mówi. – A co do matki waszego kosmonauty… Na pewno nie mogła przebiec przez całą wioskę. Ktoś by ją zauważył. Musiała trafić do którejś z pierwszych chat. Dlatego skupimy się na pierwszym kawałku mapy. I znów pochylamy się nad wydrukami. – Tu mój świekr i świekrucha mieszkali – mówi Antonina i rysuje długopisem mały kwadracik na samym początku wsi, niedaleko stojącej przy szkole studni, z której przed wojną czerpał wodę nauczyciel Barcz, zabity z rodziną wiosną 1943 roku. – Chciałabym oczywiście powiedzieć, że to oni jej pomogli. Ale, niestety, nie mówili nic takiego, a ze świekrą dużo o wojnie rozmawiałam. Jeśliby coś wiedziała o Hermaszewskiej, powiedziałaby mi. Ale słuchaj… Może ona pobiegła do Hermaszy? – rzuca w końcu pani Antonina. – Tak się u nas we wsi mówiło na rodzinę Rodiuków. Hermasze mieszkali tu. – Stawia na mojej mapie wielką kropę. – Skoro na nich mówią Hermasze, to może jest coś na rzeczy? Może to oni ratowali i dlatego takie przezwisko przylgnęło? – A oni jeszcze żyją? – Jakby żyli, toby mieli po 110 lat. Ale żyje Maria, ich synowa. Jest

najstarsza w Białce, 93 lata. Na nią też mówią Hermaszycha, po teściach zostało. Idź do niej, to druga chałupa za cerkwią. Idę. Na środku podwórka stoi stara łada ze znaczkiem inwalidzkim. W żadnym kole nie ma już powietrza, samochód zarasta trawą, a kogut ma na jego dachu swój punkt obserwacyjny. Pies ujada na mnie, jakby od tego ujadania zależało życie – nieważne, moje czy jego. Szczęście, że jest na łańcuchu; inaczej musiałbym stąd zmiatać. Pukam do drzwi. Raz, drugi raz, trzeci. W końcu otwierają się. Hermaszycha ma popielaty sweter, na nogach walonki, a na głowie kwiaciastą chustę. Oddycha ciężko – i na wszelki wypadek nie otwiera drzwi z wewnętrznego łańcucha. Mówię pokrótce, z czym przyjechałem. – Polak? Z Polski przyjechał? – Hermaszycha trochę nie dosłyszy, a trochę się dziwi. Zastyga na moment i wygląda, jakby odtwarzała sobie w głowie film z czasów, które przecież pamięta, gdy Polacy i Ukraińcy mieszkali tu razem. – Ojojoj, przez granicę was puścili? – Puścili – odpowiadam. – Teraz się przyjaźnimy. Polacy i Ukraińcy. – Ojojoj, przyjaźnimy się – mówi Hermaszycha, ale chyba jej nie przekonałem, bo wciąż nie otwiera łańcucha. – Co was interesuje? Ziemię będziecie chcieli odzyskać? – Nie, proszę pani. Chcę tylko wiedzieć, kto Kamili Hermaszewskiej pomagał, jak Lipniki palili. Wy tu jesteście najstarsi we wsi. Może coś wiecie? Hermaszycha otwiera na chwilę usta, jak ptak, który chce się napić wody. Sapie. – Hermaszewska? Na moich teściów mówili Hermasze, bo mieszkali

niedaleko nich, na chutorze pod Lipnikami. Teścia czasem brali, żeby im w polu pomagał – mówi i robi dłuższą pauzę. – A co, oni może ziemię będą chcieli odzyskać? – pyta wreszcie. – Ja nie w sprawie ziemi! – mówię głośno i wyraźnie. – Chcę wiedzieć, kto Hermaszewskiej pomógł! Jak Lipniki palili! – Ojojoj, moi to na pewno nie. Strach był wtedy, jedni drugich mordowali. Okropne czasy. Boga w sercu zabrakło. Ale ja nic nie wiem, poza tym że wojna to jest straszna rzecz. Nie pomogę wam, wybaczcie. Żegnam się więc i idę do furtki. Ale Hermaszycha chce jeszcze o coś zapytać. – Ojojoj, czy teraz więcej Polaków będzie tu przyjeżdżać? Nie wyczuwam w jej głosie, czy takie przyjazdy by ją cieszyły, czy martwiły. – Trudno powiedzieć – mówię, żegnam się, omijam wielkim łukiem rozszczekanego psa i wracam do Antoniny Rodion.

5 – Więc Hermaszycha nic nie wie… – mówi zmartwiona Antonina Rodiuk. – To gdzie jeszcze mogła pobiec mama waszego kosmonauty? Może na chutor, do Janki Maciuszychy? Janka miała męża Ukraińca, miał na imię Anton, ale sama była Polką. Mieszkali dokładnie między Lipnikami a naszą Białką, Maciuch miał młyn, żyło im się całkiem przyzwoicie. Jakoś tak mu się udało zrobić, że się banderowcy jego żony nie czepiali. Przeżyła wojnę, pracowała potem w kołchozie jako dojarka. Zmarła 10 lat temu. No, ale Janka już nie żyje, dzieci nie ma, więc i zapytać nie ma kogo. Siadajcie, czaju zaparzę, pokażcie te mapy. Zastanowimy się jeszcze. Co do waszego kosmonauty, to pamiętam, że tu przyjeżdżał. Był

u mojego męża nieboszczyka w urzędzie, ale nic się nie zdradził. Dopiero jak już mieli odjeżdżać, wziął go na bok i mówi: „A ja jestem kosmonautą”. Ucieszył się mąż nieboszczyk, że kosmonaucie rękę ściskał. Z naszej Białki nie ma nikogo znanego, więc jesteśmy z niego tak samo dumni, jakby się u nas urodził, a nie w Lipnikach. Ja się nim zawsze chwalę. Mam nadzieję, że on nie ma nic przeciwko. Antonina zabiera mnie do jeszcze jednej sąsiadki. To Hela, córka Jewhenii Owerkiwny Andrusiuk. Jewhenia zmarła w 2014 roku, miała 94 lata, ale do końca była kopalnią wiedzy o wiosce i jej przed- i powojennych losach. Córka Hela długie godziny spędziła na rozmowach z matką. Jeśli Jewhenia coś wiedziała, córka też będzie wiedzieć. Zastajemy ją w ogrodzie przy sadzeniu kapusty. Zdejmuje zielone gumowe, oblepione ziemią rękawice, wyciera ręką pot z czoła i opowiada. – Mama pracowała w majątku w Zurnem, podobnie jak jej trzech braci – mówi. – Wychowywała tam dzieci jednemu polskiemu koloniście, a bracia obrabiali mu pole. Dobrze żyli z Polakami. Pan płacił nieźle, dzięki temu wujkowie pierwsi w wiosce mieli najpierw zegarki, potem rowery – wtedy szczyt marzeń. Hermaszewscy? Oczywiście o nich też opowiadała. Wiedziała, że ich najmłodszy poleciał w kosmos. Mówiła, że nic w tym dziwnego. To była taka mądra rodzina, mówiła mama, że musieli zajść wysoko. Ale ona na pewno wtedy pani Hermaszewskiej nie ratowała. Kto więc mógł to być? Kiedy tak rozmawiamy, robi się wokół nas małe zgromadzenie. Jak to w wiosce – ktoś przyjechał, czegoś szuka, ludzie się interesują. Starsze kobiety, w chustkach na głowach, przekazują sobie złotozębnymi ustami moje pytanie: szuka kogoś, kto ratował Hermaszewską. W czasie wojny. Jak palili Lipniki.

Trochę je chyba to dziwi, ale zastanawiają się, myślą, chcą pomóc. – Może do Michalików pobiegła? – mówi pierwsza. – Oni przy samej drodze mieszkali, tam można było tak wejść, żeby nikt nie zauważył. Ale Michalików już nie ma. Dzieci wyjechały. Nie dojdziemy. – A może do Prokopczuków? Oni zawsze dobrze z Polakami żyli… – mówi druga. Ale Prokopczuków też już nie ma. – A może do Sawuli? On przy drodze na Lipniki mieszkał… Ale coś z tym Sawulą nie tak, bo gdy jedna się wyrywa z tym nazwiskiem, reszta zaczyna syczeć. Deliberujemy tak z pół godziny, aż przerywa nam Hela, córka Jewhenii Owerkiwny Andrusiuk. – Ale jeśli moja mama nie wiedziała, to czy ktoś będzie wiedział? Wszystkie staruszki kiwają głowami, że nie. – No właśnie – rozkłada bezradnie ręce Hela. – Widocznie to miał być sekret. Może ludzie się bali powiedzieć? Może się bali, że ci, co chcieli ją zabić, będą się mścić, i dlatego zabrali ten sekret do grobów? – mówi, po czym zakłada z powrotem zielone gumowe rękawice i wraca do kapusty. Trzeba się pogodzić. Nie dojdziemy, kto uratował Kamilę Hermaszewską w tę pamiętną noc, kiedy banderowiec strzelił jej w głowę i upadła ze swoim węzełkiem na ziemię. W tę noc, którą przypomniał sobie na chwilę jej syn, gdy włożyli na niego skafander kosmiczny i zamknęli za nim właz do rakiety.

II 1 Dom Mychajły Potockiego – piętrowy, murowany, z szarym tynkiem – stoi pośrodku wioski Arsenowicze. Trafiam do niego w czasie świniobicia – olbrzymia locha leży już martwa, a rzeźnik opala ją palnikiem gazowym. Dzięki temu na skórze nie będzie szczeciny i można ją będzie, razem ze słoniną, wsadzić do słoja i zapeklować. Dokładnie tak robili tu gospodarze i przed wojną, a w czasie wojny, gdy wartość pieniądza nie była pewna, słonina – obok bimbru – była lokalną walutą. Mychajło to syn Iwana, który po masakrze w Gaju uratował babcię Leona Popka, Franciszkę, Młodszy Potocki nie jest jednak zbyt rozmowny. Pamięta, że nocowała u nich w czasie wojny jakaś Polka. Pamięta, że ojciec jej pomagał. Pamięta, że przyjeżdżali Polacy i pytali – o ojca i o czasy wojenne. Ale odpowiada półsłówkami. – Tak – nie – nie wiem. Wyraźnie nie ma ochoty na roztrząsanie jakichś wojennych tematów. Świnię zabili, i to się teraz liczy. Trzeba oddzielić słoninę od mięsa; szczecinę dobrze opalić, rzeźnika podjąć samogonem, a nie opowiadać o jakiejś Polce sprzed 70 lat. Dom? A co tu oglądać? Przebudowany cały. Można zajrzeć na strych, ale po co? Czy tu ojciec przechowywał Franciszkę? Może tu, a może i nie tu. Żegnamy się po kwadransie.

– Moje spotkanie z Potockim też było nietypowe – mówi Leon Popek. – Byłem kiedyś w Gaju z moim świętej pamięci ojcem, był rok 1997. Ojciec powiedział: „Musimy odnaleźć człowieka, który ratował moją mamę!”. Zapytaliśmy chłopa, który pracował tam w polu, czy pan Potocki mieszka jeszcze w Arsenowiczach. – No, mieszka. – A możecie pojechać i go do nas zawołać? Powiedzieć, że Polacy są w Gaju i chcieliby z nim porozmawiać? – No, mogę. Przyjechał po godzinie; taki stary, spracowany człowiek. Ojciec zaczął się z nim witać, ściskać go. Dziękować. Mówi do mnie: „Dajmy coś panu Potockiemu. Przecież gdyby nie on, babcię by wtedy zabili!”. Idę więc do samochodu, rozglądam się, patrzę… ale my nic nie mamy! Nic takiego, czym można się odwdzięczyć za uratowanie życia! Patrzę jeszcze przez chwilę i widzę, że są w samochodzie jakieś pomarańcze i czekolada. Wiem, że to się ma nijak do tego, co pan Potocki zrobił. Ale bardzo chcieliśmy coś mu dać. Cokolwiek. Dostał więc od nas za uratowanie babci życia dwie pomarańcze i czekoladę.

2 Na Wołyń pierwszy raz pojechałem w 1990 roku, jak tylko zaczął upadać ZSRR. Kiedy udało się załatwić formalności, wzięliśmy autokar i ruszyliśmy z grupą Wołyniaków do Ostrówek i Woli. Nikt się nie spodziewał, co się może wydarzyć. A zrobiło się naprawdę gorąco. Był taki moment, że bałem się kolejnego mordu. Że albo nasi Polacy coś zrobią miejscowym Ukraińcom, albo oni nam. A było to tak. Autobus zaparkował przy drodze, a my, z dużym brzozowym krzyżem na ramionach, poszliśmy w stronę dawnej wioski. Mieliśmy wszystkie zgody, ale i tak byliśmy sensacją. Od miejscowych

Ukraińców milicja oddzielała nas kordonem. Ksiądz odprawił mszę, a potem poszliśmy znaleźć zbiorowe mogiły. Polski cmentarz wyglądał jak dżungla, cały zarośnięty chwastami i krzakami. Potem znaleźliśmy miejsce, gdzie kiedyś stała stodoła Strażyca, jeden z masowych grobów z 30 sierpnia 1943 roku. Tam było dość wyraźnie widać zarys grobu i… ślady wypasu bydła. Co dokładnie? No, mówiąc kolokwialnie, było tam dużo krowich placków. Bardzo nas to poruszyło. Odgarnęliśmy je, zaczęliśmy się modlić, a w tym czasie przyszli z pól miejscowi Ukraińcy, którzy kopali ziemniaki w kołchozowej ziemi – tej samej, na której kiedyś stała Wola Ostrowiecka. Ubrani byli w gumofilce i kufajki, kobiety w chustach na głowach, jak to w polu. Chwilę tak stoją i się na nas patrzą, a ktoś z naszych nie wytrzymał i zaczyna krzyczeć: – To wyście nas wymordowali! I wszystko nasze żeście rozkradli! Ludzie się zaczęli burzyć, po jednej i po drugiej stronie. Myślę sobie: „Aha, to nasz pierwszy i ostatni przyjazd tutaj. Jeśli wyjdziemy z tego cało”. Wtedy, nagle, odzywa się jedna z Ukrainek: – Tak, wszystko to prawda. Nasi waszych zabili. I co z tego? Ludzie zamilkli. Wszyscy patrzą po sobie, co ona dalej powie. A ona mówi: – Zobaczcie, jak wy dzisiaj wyglądacie, a jak my. My dalej w kufajkach. A wy wszyscy wyglądacie jak dziedziczka Konczewska przed wojną [w Ostrówkach przed wojną był dwór i rzeczywiście dziedziczka nazywała się Konczewska]. I dalej mówi coś, czego nikt się chyba wtedy nie spodziewał: – Co było, to było, tego nie zmienimy. Ale wy tu przemarzliście. Chodźcie na herbatę. Patrzymy, a oni mają na przyczepie traktorowej jakiś termos, kanapki.

I zaczynają nas tym wszystkim częstować. Zwykły gest, a niesamowicie przełamał lody. Ludzie zaczynają rozmawiać. Kim jesteście? Gdzie mieszkaliście? Jak się nazywacie? A, to ja krowy z wami pasłem! Do szkoły z wami chodziłem! Momentalnie i w jednych, i w drugich coś pękło.

3 Na Ukrainie były wtedy ogromne problemy z zaopatrzeniem. W sklepach – tylko pomidory w zalewie w takich wielkich słojach. Do tego chleb, sól i sok brzozowy. Między nami a Ukraińcami robi się tak miło, że lokalne władze obiecują pomóc uporządkować teren. I pomagają. Cmentarz żeśmy razem wykarczowali i ogrodzili. To kosztowało ich bardzo dużo pracy, więc pytam na koniec: – Jak się wam możemy odwdzięczyć? Zastanowili się i mówią: – Butami. Bo u nas ich nie można kupić. Zbieramy więc wśród byłych mieszkańców pieniądze, jedziemy do fabryki obuwia w Chełmie i kupujemy sto dwadzieścia par. Potem zaczyna się czas zapraszania. My jeździmy tam, oni tu. Dwadzieścia kilka lat już sobie nawzajem wyjaśniamy, co się właściwie wtedy, w 1943 roku, stało. I dlaczego. Tylko raz spotkała mnie nieprzyjemna sytuacja. Siedzimy za stołem w dwadzieścia osób. W pewnym momencie jeden ze starszych Ukraińców mówi: – A ja w czasie wojny siedmiu Polaków zariezałem. Nie żałuję ani jednego.

Wszystkim aż widelce z rąk wypadły. Ukraińcy się na niego rzucili: – Co ty opowiadasz, za dużo wypiłeś! A on, że był przez tych Polaków na zsyłce na Syberii i że nie żałuje ani tego, że zabijał, ani zsyłki. – Dziś, jakby była okazja, zrobiłbym to samo – mówi, wstaje od stołu i idzie. Ludzie potwierdzili – mówił prawdę. Ale taka sytuacja była jedna. Dużo częściej się zdarzają zupełnie odwrotne. Jak pracowaliśmy przy ekshumacji w Ostrówkach, przyjechał do nas wozem Ukrainiec w średnim wieku. Niby przypadkiem, niby trawę kosił i mu się nudziło, ale widać, że ta wizyta ma jakiś cel. Siedzi z nami, rozmawia, jeden papieros, drugi. W końcu mówi: – Urodziłem się po wojnie i tych czasów nie pamiętam. Ale chcę, żebyście wiedzieli, że nikt z mojej rodziny nie mordował Polaków. Nie myślcie, że wszyscy byli przeciw wam. Prosty człowiek, dawny pracownik kołchozu, a jak dla niego było ważne, żeby nam to powiedzieć! Dopiero jak już powiedział, żegna się i jedzie dalej. Takich spotkań powinno być więcej. Nie polityków, ale zwykłych ludzi, którzy podadzą sobie ręce. I ja wożę ludzi już ponad 20 lat, żeby się modlili na grobach swoich bliskich. I żeby się z tymi Ukraińcami spotykali.

4 Po wojnie miejsca po wioskach zaorano i przyłączono do kołchozu. Maszyny rolnicze jednak raz po raz zawadzają o kości. Kości z pola Jana Trusiuka, w którego zagrodzie UPA wykopała dół na zwłoki. Kości spod kuźni kowala Bałandy, z sadu gospodarza Suszki, ze stodół Strażyca i Jesionka. I ze szkoły w Woli Ostrowieckiej, gdzie żywcem spłonęło około 200

osób, w większości kobiet i dzieci. I z pola pod wsią Sokół, gdzie rozstrzelano około 300 osób. Tyle grobów na tak małym terenie to dla kołchoźników prawdziwa zmora. Kości leżą płytko; często wciągają się w maszyny. Kiedy polscy archeolodzy przyjeżdżają na pierwsze ekshumacje, ludzie znoszą im te kości. Jeden – dwa kręgi szyjne. Inny opowiada, że kiedyś wykopał cały szkielet. Ale co się dalej z tym szkieletem stało – nie wie. Leon Popek: – We wsi Sokół ludzie nam opowiedzieli, że rodzina Przystupów, dziewięć osób, została zabita w miejscu, gdzie jeden człowiek ma dziś podwórko. Oni się ukrywali w lesie, przez kilka dni ktoś im nosił jedzenie, aż ktoś z upowców się zorientował. Przychodzimy do tego Ukraińca – a on nas nie chce wpuścić na podwórko. Cóż mieliśmy robić? Poczekaliśmy, aż przyjadą archeolodzy ukraińscy. A nam wtedy pomagała taka solidna firma, która na co dzień jeździ i szuka miejsc, gdzie mafie spuszczają z rur paliwo. Te mafie często do nich strzelają, więc oni mają mundury i broń i w ogóle to są tacy twardzi faceci, do zadań specjalnych. Przyjechali. Idziemy jeszcze raz. A ci archeolodzy jeszcze specjalnie tak stają, żeby było widać te ich pistolety. Facet od razu zmienia zdanie: – Panowie, kopcie i szukajcie, gdzie tylko chcecie – mówi i wpuszcza nas na podwórko. Niestety, tam gdzie ludzie nam pokazywali, w międzyczasie gospodarze wykopali staw. Teren jest podmokły, mogiła pewnie się przesunęła. Nic nie znaleźliśmy. Jest jeszcze kilka takich miejsc, których nie możemy znaleźć.

5

5 Benzynowa zapalniczka w skórzanym futerale. Krzesiwo z kamieniami. Binokle oprawione w drewno. Krzyżyk. Kawałek różańca. Łuski. Naboje. Cygarniczki. Fajki. Książeczka do nabożeństwa – nadpalona. Takie rzeczy, oprócz szkieletów, udało się znaleźć w grobie w stodole Strażyca. Ekshumacja odbywa się w 1992 roku. Okazuje się, że wszyscy są pochowani płytko, rów ma około 80 centymetrów głębokości. – Dlaczego zrobili taki płytki? – pyta sam siebie Leon Popek. – Był bardzo suchy rok, a tam nie było ziemi, tylko margiel, rodzaj skały osadowej. Trudno im było kopać. Grób miał 2,5 metra szerokości i był długi na 12 metrów. Zabijali tam bez wystrzału, za pomocą takich narzędzi, jak: siekiera, maczuga albo młot do uboju bydła, który zostawia charakterystyczne trójkątne ślady na czaszce. Teraz studnia w Ostrówkach. Żeliwny garnek. Kawałki cembrowiny. Pręt metalowy. Opalony strzeszak – snopek słomy z dachu. I szkielet Władysława Kuwałka. Strzeszak, gdy tylko go wyciągnęli, na chwilę intensywnie zapachniał. Był to zapach spalenizny z sierpnia 1943 roku, zamknięty w bańce powietrza. Zapachniał i rozpadł się na zawsze. Szkielet Władysława Kuwałka był kompletny, łącznie z kosteczkami z palców nóg i rąk. Wiedzieli, że trzeba go tu szukać, bo ktoś zapamiętał, że widział ciało starego Kuwałka – w 1943 roku miał już ponad 90 lat – wrzucone do studni. – W tej mogile na Trupim Polu prawdopodobnie była też moja ciotka Zofia Lewczuk i jej synowie: Janek i Stasio – mówi Leon Popek. – Może ich kości miałem w ręku? Nie wiem. Już się nie dowiem.

III 1 – Niech pan popatrzy – zamyśla się pani Szura, gdy grzejemy się razem przy jej piecu. – Mój tatuś był tylko prostym wozakiem, ale rozumiał, że kiedyś czasy się zmienią i że Polacy przyjadą tu szukać swoich. I miał rację. Moi rodzice już nie żyli, jak jechałam z gospodarzami z wykopków. Patrzę – a tu jakiś samochód się zakopał w naszych piaskach. Stoi przy nim elegancki pan i prosi, żeby mu pomóc wyjechać. Nie mówił po ukraińsku, ale w jakimś podobnym języku. Nie znałam wcześniej żadnych Polaków, ale od razu się domyśliłam, że to ktoś od was. Mężczyźni od razu ruszyli, wypchnęli mu auto. Rozmawiali z nim chwilę. Miał na imię Leon i szukał miejsc, gdzie są pochowani ludzie z II wojny światowej. Bo chce znaleźć ich groby, przewieźć na cmentarz i po chrześcijańsku pochować. Ludzie popatrzyli po sobie. Wszyscy stąd, ale oczywiście nikt nic nie wie. Polacy? Jacy Polacy? Groby? Jakie groby? Więc ja mówię: – Proszę pana, znam dwa takie miejsca. Proszę do mnie przyjść, wszystko panu pokażę. Ludzie się nic nie odezwali, ale swoje pomyśleli. Nieraz potem usłyszałam, że głupia jestem, że tak Polakom pomagam. Tak pani Szura poznała Leona Popka. – Przyszedł – mówi dalej. – I zaprowadziłam go do tych mogił, które mi

tatko pokazał, gdzie krzyżyki były w sosnach wycięte. Później przyjechał z innymi ludźmi, wzięli narzędzia i rozkopali to miejsce. I znaleźli – pod jednym drzewem szkielet kobiety, mężczyzny i małej dziewczynki. A w drugim miejscu, które mi tatuś pokazał, kobietę i mężczyznę, ale – jak mi powiedzieli ci Polacy – ta kobieta nie miała głowy. To może być prawda, bo jeden pan z mojej wioski mówił, że wie, gdzie ta głowa jest pochowana. Że zna takie miejsce w lesie i że boi się tam chodzić, bo tam straszy. Tak czasem mówią u nas w Sokole o Polakach, bo ich tu trochę zabili w lasach – tych, co się chowali. Że zginęli gwałtowną śmiercią i dlatego dziś straszą. Mówią mi: „Szura, ty się nie boisz po ciemku po lesie chodzić? Polacy ci niestraszni?”. Ale ja w to nie wierzę. Jeżeli człowiek przychodzi do nich z modlitwą, to oni nic złego nie zrobią. A co to oni nie wiedzą, że mój tatko im jedzenie do lasu przynosił? Że to nie on tej pani głowę odrąbał i złotych zębów w niej szukał? Że to moja rodzina przychodzi tu od wojny i się modli za tych ludzi? Wiedzą to dobrze. Nikt więc nas straszyć nie będzie. I powiedziałam temu sąsiadowi: „Jeżeli twoi coś robili przeciw Polakom, to się bój. A jeśli nie – to żyj sobie dalej spokojnie”. Pomyślałam nawet, że może ktoś z jego rodziny tę głowę odrąbał, skoro on tak dobrze wie, gdzie jej szukać. Ale tego na głos nie powiedziałam. I chyba tak nie było, bo potem Leon i inni mężczyźni szukali czaszki tam, gdzie ten sąsiad pokazał, i nic nie znaleźli. A później zawiozłam Leona w miejsce, gdzie znalazłam broszkę. Wzięli taką maszynę, która potrafi znaleźć pod ziemią metal. I zaczęli szukać tej broszki i może jakiejś innej biżuterii. I kul, którymi tamtych zabili. Niedługo później znaleziono grób na Trupim Polu.

2

2 Ze strony internetowej Radia Maryja (artykuł z sierpnia 2011 roku): „Archeolog Olaf Popkiewicz: – Jak pisał Günter Grass, »zawsze zostaje jedna łuska«. Tym właśnie tropem, dzięki użyciu wykrywacza metali, udało nam się odnaleźć zbiorową mogiłę. Adam Kaczyński z Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa: – Trafiliśmy na skupiska łusek od karabinów i pistoletów maszynowych. – W miejscach, gdzie znajdowały się ich największe skupiska, założyliśmy wykopy sondażowe. W jednym z nich trafiliśmy na skraj jamy grobowej. Dalszym etapem działań była już typowa praca archeologiczna, poszerzenie wykopu i odsłanianie grobu – warstwa po warstwie. Olaf Popkiewicz: – Miejscowi opowiadali nam o kilku zbiorowych mogiłach, my natomiast natrafiliśmy tylko na jedną. Grób był głęboki na metr i 20 centymetrów i krył szczątki 231 ofiar, głównie dzieci. Według analizy antropologicznej, znajdowały się tam kości 93 dzieci w fazie infance 1, czyli do 7. roku życia, w tym wiele noworodków i bardzo małych dzieci, które nie miały jeszcze nawet zębów mlecznych. 48 szkieletów należało do dzieci w fazie infance 2, to znaczy między 12. a 14. rokiem życia. Pozostałe osoby były to młode matki, około 20. roku życia. Niewiele szczątków należało do osób starszych. Pochowano tam jedynie sześciu bądź siedmiu mężczyzn. Wcześniej pracowałem głównie przy ekshumacjach żołnierzy. Po raz pierwszy w mojej pracy zetknąłem się z masowymi grobami dzieci”.

3 Okazało się, że dół na Trupim Polu, do którego banderowcy wrzucili kobiety i dzieci z Ostrówek, wykopany był w piasku, na cieku wodnym. Drzewa, które zasadził kołchoz, dokończyły sprawę. Leon Popek i ludzie, z którymi pracował, ze zdziwieniem odkryli, że korzenie nie omijają ludzkich kości, ale

wbijają się w nie. W sam środek, bo z nich drzewo może czerpać pożywienie. Ani jedna czaszka znaleziona w grobie na Trupim Polu nie była cała. Ze szczątków kobiet zostały jedynie fragmenty kości. Trochę mniej zostało ze starszych dzieci. Małe kawałki kości przedramion, fragmenty czaszek, kilka zębów. Szczątki mniejszych dzieci były zaledwie rysunkami na piasku – jakby ktoś piórkiem naszkicował ręce, ramiona, głowę, tułów, kręgosłup. Część dzieci wyglądała, jakby przytulała się do siebie. Taki rysunek przy pierwszej próbie podjęcia zamieniał się w piasek. Zaraz po tym jak archeolodzy otworzyli grób, zaczęły się ulewne deszcze. Musieli odprowadzać wodę, kopać studnie, a i tak woda co chwila znów wybijała. Mogli tylko bezradnie patrzeć, jak rysunki dziecięcych szkielecików, z rękami, ramionami, głową, tułowiem, kręgosłupem, zmywa rdzawobrązowa woda.

4 Kości zmieściły się na jednej większej plandece. By pochować szczątki 231 osób, wystarczyły trzy duże trumny.

5 Pani Szura wraca myślami do tych poranków i wieczorów, gdy Polacy szukali mogiły na Trupim Polu: – Jak Leon wykopywał kości waszych dzieciaczków i kobiet, myślałam, że mi serce wyskoczy. Nie mogłam spać w nocy. Siedziałam i myślałam: „Panie Boże Gospod, jak to możliwe, że Ty pozwalasz na takie rzeczy? Że pozwoliłeś na takie mordowanie?”.

Nie mogłam w miejscu usiedzieć. Nieraz wieczorem, zamiast iść spać, brałam kosz jabłek i niosłam tym waszym ludziom. Albo pierogów im napiekłam. Albo mleka im dałam, żeby wypili świeżutkiego. I cały czas się zastanawiałam: „Jak to możliwe? Jak to możliwe?”. Ale Bogu Gospodowi trzeba ufać. Wiem o tym aż za dobrze. Kiedy moja córka umarła na padaczkę, powiedziałam Mu: „Skoro ją zabrałeś, zabierz też mnie. Bez niej nie chcę żyć”. I wie pan, co się stało? Tydzień później szłam poboczem i wjechał we mnie samochód. Uderzył mnie w głowę, bardzo mocno. Nie pamiętam nic z tego, dopiero w szpitalu się obudziłam. Uderzył. Ale nie zabił. Leżałam w szpitalu, dłuższy czas nie mogłam się podnieść. Tylko lekarze się zmieniali. A pielęgniarki nawet karmić mnie musiały. I zrozumiałam wtedy jedno: nie wolno Bogu mówić, co ma robić. Nie wolno mówić: „Zabierz mi życie. Niech umrę”. Nie wolno mówić: „Nie chcę się już męczyć”. Życie to największy dar i żyć będziemy tak długo, jak On chce. Dlatego nie zastanawiam się, czemu ci ludzie zginęli. Po prostu modlę się za nich. Widział pan krzyż na Trupim Polu? Widział pan, że tam jest zawsze uprana ukraińska tradycyjna chusta – my ją tu nazywamy rucznik? To ja ją sama robię i wieszam. Ile razy mi tu ludzie mówili: „Głupia baba. Po co ona materiał traci. Po co to chodzi, wiesza? Nie ma nic lepszego do roboty?”. Jedna kobieta mi wprost powiedziała: „Ty nie jesteś Ukrainką. Skoro tak dbasz o Polaków, to wyjeżdżaj stąd do swojej Polski”. Na złość mi robią. Zdzierają tę chustę. Kiedyś nawet krzyż chcieli przewrócić. Ale jak tylko zedrą, ja już mam nową. Pójdę tam, zawieszę ją, pomodlę się za dusze waszych Polaków. Zapłaczę, że ich z nami nie ma. Modlę się i z nimi porozmawiam. To ważne, żeby ze zmarłymi rozmawiać. Oni nas dobrze

słyszą i dla nich to jest pociecha, że o nich pamiętamy. Jak rozmawiam? Normalnie, tak jak bym do żywego mówiła. Do starszych mówię tak: „Szkoda, że was z nami nie ma. Zawsze jest weselej, jak są ludzie z innej wiary, z innym językiem. Byśmy się przyjaźnili. Byśmy chodzili razem na zabawy, jak mój tatko z wami chodził w swoich kawalerskich czasach”.

Pani Ołeksandra Wasiejko, zwana Szurą

Pani Ołeksandra Wasiejko, zwana Szurą fot. Marcin Jończyk

Nie wspominam nic o tym, że ich tu pomordowano. Oni to przecież dobrze wiedzą, a po co rozmawiać o takich przykrych rzeczach. A do dzieci mówię: „Jaka szkoda, że nie mogę się z wami pobawić. Bardzo lubię dzieci. Mam nawet trójkę swoich”. Że jedna córka nie żyje, nie opowiadam, bo to z kolei przykry temat dla mnie.

6 Jedziemy z panią Szurą zawieźć mleko do Połap, do zaprzyjaźnionej rodziny. Głowa rodu, postawny mężczyzna po czterdziestce, wychodzi przed dom i kiedy dowiaduje się, że jestem z Polski, bardzo się ożywia. – Z Polski? Dziennikarz? Przecież ta babcia to jest wasze dobro narodowe! – mówi. – Ludzie się z niej śmieją, a ona biega i ruczniki wam wiesza na mogiłach. Do nas też ciągle po polsku gada. Ja jej – доброго ранку, a ona mi – dzień dobry. Ja jej – добрий вечір, a ona mi – dobry wieczór. I mówi, że trzeba się polskiego uczyć, bo to język naszych braci. Powiem panu, że napisałem nawet list do polskiego ambasadora w sprawie pani Szury. Że to wasz polski skarb i że trzeba jej chociaż telewizor jakiś kupić za to, jak ona Polaków kocha. Tak napisałem: „Kupcie pani Ołeksandrze telewizor, bo na to zasługuje jak nikt inny”. Ale odpowiedzieli mi, że oni telewizorów nikomu nie kupują. Tu pan ma list, widzi pan, podpisał konsul z Łucka. Może mi nie uwierzyli? Mam pomysł! Jak pan się będzie widział z ambasadorem, niech mu pan opowie o pani Szurze! Może pan go przekona, skoro mnie się nie udało? Pani Szura odciąga mnie od sąsiada. Przez resztę drogi jest wyraźnie

niezadowolona. – Niepotrzebnie tam razem pojechaliśmy – mówi.

IV – Parfeniuk? Czy pamiętam? O Jezu, przecież wujek Piotr uczył mnie i świnie bić, i kosę klepać! – Ożywia się pan Jan, którego spotykam przy gminnym sklepie w Miączynie, niedużej wsi leżącej przy drodze z Zamościa na granicę. Sam urodził się już po polskiej stronie granicy, ale cała jego rodzina przyjechała z okolic Kisielina. – Mało było takich gospodarzy jak on – mówi. – Sprawiedliwy. Jak ludzie nie mogli się pogodzić, szli do niego. A jego żona pani Stasia najlepsze we wsi wędliny robiła. Jeszcze u rodziców w Kisielinie się nauczyła. I na wesela gotowała ludziom jedzenie, i na komunie. Z tego żyli. – A nie było problemu, że Parfeniuk był Ukraińcem? – pytam, bo po wojnie okolice Miączyna objęte zostały akcją „Wisła”, Ukraińcy byli stąd wywożeni na zachód Polski. Część już wcześniej wywieziono do Związku Radzieckiego. – Nieeeee. – Jan zdecydowanie kręci głową. – Wszyscy wiedzieli, co on robił w czasie wojny. W Miączynie dużo nas było kisielińskich i nikt by go nie dał ruszyć. Ludzie by za nim poszli w ogień. – Wujka Polacy bardzo szanowali – potwierdza pani Ludmiła. – Byłam u niego kilka razy w Miączynie, widziałam. Nawet na początku wójtem go zrobili. – To prawda, teść zaraz po wojnie był w Miączynie naczelnikiem gminy – mówi Ryszard Radliński, mąż córki Parfeniuka Ireny. Znalazłem ich oboje w ich szeregowym domku w Zamościu. Robił nawet w Miączynie komasacje gruntów pod pegeery. To był bardzo uczciwy człowiek, nie dorobił się na tym nawet trochę. Chałupę dostali po Ukraińcach. Mały żółty drewniany domek.

Mieszkali w niej do końca. Ale prawdziwa miłość teścia to były konie – dodaje Ryszard Radliński. – Kochał je i miał do nich niesamowitą rękę. Ich ostatni koń Siwek łaził po podwórku jak pies. A jak mu się pić zachciało, podchodził do chałupy, wsadzał łeb przez okno i rżał. W życiu nie widziałem, żeby ktoś tak umiał się z koniem dogadać!

1 Ludmiła Hirska: – Dopiero w 1954 roku moja rodzina rozkopała groby dziadka, babci i rodziny wujka Pawki. Wcześniej się nie dało. Zebrali wszystkie kości w jedną trumnę i tak pochowali. Batiuszka był nietutejszy, nie wiedział, co tu się w wojnę działo, i nie mógł się nadziwić, że tyle kości chcemy w jednej trumnie pochować. A moja mama do końca życia bała się wieczorami wychodzić z domu. Irena Radlińska, córka Piotra Parfeniuka: – Ojciec o tych czasach opowiadał niechętnie. Ale jak tylko pojawiła się szansa, żeby odwiedzić Ukrainę, bez zastanawiania spakował się i pojechał. Wtedy najbliższe przejście graniczne było w Medyce, prawie 300 kilometrów się nadkładało. Jeździł autobusem do Lwowa i tam się przesiadał. Ryszard Radliński: – Po roku wziął nas ze sobą. W Kisielinie był wtedy wielki kołchoz – 18 tysięcy hektarów. Krów stało jak okiem sięgnąć; dojarki przyjeżdżały specjalnymi samochodami. Teść mnie prowadzał swoimi ścieżkami. Miał tam dwóch kuzynów, inwalidów wojennych. Jeden bez prawej nogi, drugi bez lewej, obaj palili w piecu w wiejskim klubie. Bimbru w życiu tyle nie wypiłem co wtedy. Woziło się tam zawsze jakieś bluzki damskie, dżinsy. Ukraińcy to kupowali hurtem, bo u nas ubrania były lepsze niż w całym ZSRR. Miałem kolegę w hurtowni, który pomagał mi ten towar załatwić. Ale lepsze pieniądze to się zaczęły, jak teść odkrył złoto. Tam było naprawdę dużo tańsze niż u nas. Woziliśmy za każdym razem po kilkanaście sztuk i na tym

się bardzo ładnie zarabiało. Jak kogoś spotykaliśmy, teść mówił, kto to, ale żeby jakieś wojenne wspominki, to faktycznie nie. Raz tylko powiedział, że jak Polacy dostali za Piłsudskiego ziemię na Wołyniu, to zaczęli się strasznie rządzić. Sam widział, jak biedny Ukrainiec prosił Polaka o podwiezienie wozem, a ten go batem sieknął. Teść nie powiedział tego wprost, ale wymowa była taka, że sobie Polacy sami zaszkodzili.

2 Anieli Dębskiej, choć gdy rozmawialiśmy, miała prawie 90 lat, pamięci można tylko pozazdrościć. Bez problemu wymienia swoje ukraińskie i polskie koleżanki ze szkoły. – Tych, co nas ratowali po masakrze w kościele, też dobrze pamiętam – mówi. – Jakże mogłabym zapomnieć!? To dzięki ich odwadze żyjemy! Rodzina Parfeniuków nie była przecież jedyną, która nam pomagała. Rodzinę Dębskiej – z domu Sławińskiej – uratował sąsiad Maciuk. – Przyszedł nas ostrzec, że jego własne dzieci i wnuki zamierzają nas w nocy zabić – opowiada. – Maciukowie mieszkali tuż obok i przez wiele lat korzystali z naszej studni, bo nie mieli swojej. Czym żeśmy ich urazili, że aż chcieli nas zamordować? Do dziś nie wiem. Kolejnym, który nam pomógł, był Sawa Kowtoniuk. Tych, co ocaleli z kościoła, wyprowadzał do głównej drogi. Szedł do lasu i patrzył, czy nie ma banderowców. Jak nie było, szło się dalej za nim. – Uratował tak wiele rodzin, że UPA chciała go za to ukarać, więc sam uciekł z Kisielina – mówi Aniela Dębska. – Niemcy wywozili wtedy jeszcze na roboty, Sawka się zgłosił i pojechał. Potem, po wojnie, bał się wracać na Ukrainę. Chciał zostać w Polsce, ale jakoś nie umiał sobie znaleźć miejsca. Wrócił i przez lata był kisielińskim listonoszem.

Mnie do Kisielina udało się pojechać dopiero w 1975 roku. Bałam się bardzo, ale ciekawość była silniejsza. Pojechałam do Łucka i stamtąd taksówką. Kościół był w ruinie, obrósł zielskiem. Za to dom moich rodziców jeszcze stał, była tam stołówka dla pracowników kołchozu. Ale nie miałam w sobie dość siły, żeby wejść do środka. Spotkałam kilka znajomych osób, w tym żonę Sawki Kowtoniuka – on sam już nie żył. Uściskałyśmy się serdecznie, porozmawiałyśmy, wymieniłyśmy adresy. I kilka lat później patrzę – list od nich. Że wnuczka chce przyjechać do Polski i czy mogę jej wyrobić zaproszenie. Wyrobiłam, przyjechała tu z mężem, zatrzymali się u nas. Musiała powiedzieć innym, że ją dobrze przyjęliśmy, bo jak upadł Związek Radziecki i handlarze ruszyli, to pół Kisielina do nas przyjeżdżało. Spali na tapczanach, na podłodze, gdzie kto sobie miejsce znalazł. Kiedyś pojechałam na koncert syna, Krzesimira, który jest kompozytorem, do Kielc. Chciałam zostać na noc, bo mam w Kielcach dużo znajomych, ale dzwoni mąż i alarmuje: „Wracaj, ośmiu ich przyjechało, mamy dom pełen Ukraińców i nie wiem, co robić!”. No to wróciłam. Petro Parfeniuk też do nas przyjeżdżał do Lublina. Dużo rozmawiał z mężem. O czym? Nie wiem, bo zazwyczaj w tym czasie przygotowywałam coś do jedzenia. Ale mogę się domyślać. Rodzice męża zostali w Kisielinie. Teść był pewien, że jako lekarz będzie potrzebny nawet banderowcom, że nic mu nie zrobią. Teściowa została z nim. A jednak dwa tygodnie później banderowcy zabili ich oboje. Mąż jeździł do Kisielina i robił wszystko, żeby się dowiedzieć, gdzie jest ich grób.

V To wszystko działo się szybko i było bardzo intensywne, więc nie pamiętam większości imion i nazwisk, a także wielu wątków, które były poruszane. Pamiętam niektóre twarze, jak twarz kobiety w czarnej sukni, której mąż zmarł pół roku wcześniej i która przygląda się nam życzliwie i co chwila biega do składówki po coś do picia albo po kolejną miskę sałatki. Twarz drugiej, pucułowatej, z kręconymi lokami, która nas filmuje. Twarz trzeciej, która jest siostrą tej drugiej i która opowiada mi o swojej matce. – … i ona w tej polskiej szkole skończyła cztery klasy. A potem przyszła wojna… Будьмо! – ktoś przerywa i kieliszki idą w górę. Будьмо, czyli po naszemu „bądźmy”. – Piękny toast – mówi ktoś po polsku, więc to musi być Mirek albo jego brat Robert, bo oni siedzą najbliżej. Rzeczywiście, piękny. Bądźmy silni. Bądźmy młodzi. Bądźmy zdrowi. Bądźmy przyjaciółmi. Wszystko można nim powiedzieć. Potem okazało się, że ta matka, co chodziła do polskiej szkoły, to ciotka Hani. Ta, która jej powiedziała, że jej rodzicami są Polacy, i która zmarła dwa lata wcześniej. A te dwie kobiety, pucułowata i jej siostra, to jej córki, czyli Hani przybrane siostry cioteczne. Na stole sałatka, która u nas nazywa się kaczy żer; obok galareta z ryby, jaja w majonezie, kotlety, ziemniaki ze świeżonką, pomidory, ogórki, chleb i talerz wędlin. Jak na weselu. Siostra pucułowatej opowiada jakąś

przedwojenną szkolną historię mamy. Pojawia się w niej postać nauczyciela Polaka. Zdaje się, że to postać pozytywna. Будьмо! Wznosimy toast i się cieszymy. Jak tu się nie cieszyć? Znaleźliśmy Hani rodzinę!

1 Ruszyliśmy, zanim dzień pomyślał, żeby się obudzić. Kawa, rosół – to żeby oszukać żołądek – kanapka i w drogę. W samochodzie siedzą: Stanisław, emerytowany komendant policji, Mieczysława, emerytowana przedszkolanka, Robert, spawacz na kontrakcie w Norwegii, Mirosław, przedstawiciel handlowy hurtowni spożywczej, Honorata, ekspedientka w sklepie spożywczym w Falenicy. Ci pierwsi, jeśli wszystko się potwierdzi, będą bratem i siostrą Hani. Oprócz nich Hania będzie miała jeszcze czworo rodzeństwa. Wszyscy są wtajemniczeni w sprawę. Dzwonią, gdy jesteśmy w trasie. Przejmują się. Zamartwiają. Średnio co pół godziny Mieczysława odbiera telefon od kogoś z rodzeństwa. – Jedziemy. Jeszcze dwieście do granicy – tłumaczy. – Jeszcze sto. Jeszcze pięćdziesiąt. Jeszcze dwadzieścia. Robert i Mirosław to synowie Mieczysławy. Hania będzie ich ciocią. Honorata to żona Mirosława.

Najpierw próbujemy ocenić pokrewieństwo na oko. Ze zdjęć widać, że Hania jest bardzo podobna do ojca Mieczysławy i Stanisława. – Jakby skóra zdarta – powie ktoś, trochę na wyrost, bo zdjęcie ojca jest niewyraźne. Za to do matki – jeśli okaże się jej matką – nie jest podobna wcale. Biały dostawczy fiat ducato, przerobiony przez ukraińskiego właściciela na osobówkę, twardo podskakuje na każdym wyboju. Trzęsie nas na wszystkie strony. Spać nie możemy – w aucie aż kipi od emocji. Rozmawiamy więc. Z rozmów: – ale mgła; gęsta jak śmietana; – samochód ma 16 lat i koroduje, ale pali tylko siedem na sto, więc całkiem nieźle jak na dostawczaka; – w Norwegii Polak na Polaku i gdzie nie pójdziesz, słyszysz, jak po polsku gadają; – matka nasza szukała swojej córki przez całe życie; dwóch synków miała przed wojną i jedną dziewczynkę; – na Ukrainie benzyna tańsza od polskiej o ponad złotówkę; – mama zmarła dwa lata temu; – a co ma się nie okazać; do ojca przecież z twarzy podobna; – o, już granica; to sobie postoimy; – dzień dobry, paszporty, proszę bardzo; – ładnie tu na tej Ukrainie; – mama mówiła, że nawet niebo ma tu trochę inny kolor; – jeśli się okaże, że Hania to nasza siostra, to znaczy, że mama poszła do nieba i ją dla nas znalazła. Dobrze. Wystarczy. Spróbujmy coś wycisnąć z tego chaosu.

2 Edward Pietrzyk z Gaju pojechał rano na pole. Był 30 sierpnia 1943 roku, wczesny ranek, jeszcze przed pianiem koguta – większość wsi spała, ale Pietrzyk miał z poprzedniego dnia trochę zboża do zwiezienia. Zanim jednak dojechał do swojego skrawka ziemi, dobiegło do niego kilku Ukraińców. Bez słowa zaczęli bić. Bili, jakby chcieli zabić, ale żaden nie zadał decydującego ciosu. Może jeszcze nie przywykli do zabijania? A może to nie byli upowcy, tylko ludzie z okolicznych wiosek? A może chcieli zabić, lecz z jakiegoś powodu im się nie udało? Grunt, że nie zabili. Poranili mu tylko nogę; do końca życia na nią utykał. Pietrzyk chciał wrócić do domu, ale zobaczył, że wokół wsi zbierają się tacy sami ludzie jak ci, którzy przed chwilą go pobili. Byli to ludzie sotennego Wowka. Za chwilę zaczną zganiać mieszkańców wioski do budynku szkoły. Pietrzyk jeszcze tego nie wie. Chowa się w zbożu, by zobaczyć, co będzie dalej. W tym czasie jego żona Stanisława, która została z teściem i trójką dzieci w domu, dowiaduje się od znajomego Ukraińca, że powinna razem z całą rodziną czym prędzej uciekać z wioski. Nie namyśla się długo, tylko biegnie ostrzec swoich rodziców, którzy mieszkają kilkanaście chałup dalej. Trójkę dzieci – dwóch synów i malutką roczną córeczkę o imieniu Helenka, zostawia z teściem. Biegnie. Słychać pierwsze strzały. Zawraca. Jednak ten sam Ukrainiec, który ją ostrzegł, teraz nie puszcza jej do domu. – Im już nie pomożesz – mówi. – Ratuj siebie. Stanisława Pietrzyk ma nadzieję, że dziadkowi udało się wyprowadzić dzieci z tej pułapki. Ze ściśniętym sercem odchodzi tam, gdzie każe jej banderowiec.

3 Przesłanki, że Hania i Helenka to ta sama osoba, są takie: Stanisława Pietrzyk słyszała od kogoś, kto jeszcze w PRL-u jeździł do Gaju, że jej córeczkę znaleźli i wychowali Ukraińcy; zostawiła córkę z teściem i dwoma synkami – Hanię podobno znaleziono z trupami dwóch chłopców i starszego mężczyzny; Hania – sądząc po zdjęciu – jest podobna do świętej pamięci Edwarda Pietrzyka; i przesłanka czwarta, najważniejsza: Stanisława Pietrzyk zmarła dwa lata wcześniej. Jej córka Mieczysława jest przekonana, że to mama, będąc w niebie, znalazła jej siostrę. I teraz chce, by rodzina pojechała się z nią spotkać. Mieczysława Herdzik, z domu Pietrzyk, od kiedy usłyszała o małej dziewczynce uratowanej z Gaju, nie może spać. Ciągle myśli o swojej małej siostrzyczce – choć ta siostrzyczka jest od niej prawie 10 lat starsza, nie umie o niej myśleć jak o kimś dorosłym. Zastanawia się, jak wygląda. Jak im się będzie rozmawiało. Już myśli, jak by ją przywieźć do Polski i pokazać Jerzwałd, pięknie położony nad Jeziorem Płaskim, gdzie jej rodzice zamieszkali po wojnie. A potem obowiązkowo Kraków i Warszawę. Wątpliwości że to jej siostra, nie ma najmniejszych. I ciągle dzwoni do syna Mirosława: – Kiedy pojedziemy do Hani? Kiedy mnie weźmiesz do siostry? – Mama – pyta Mirek, bo się o mamę martwi. – A skąd ty wiesz, że to siostra? – Wiem – wzrusza ramionami Mieczysława Herdzik. – Po prostu wiem. Nie śpi w nocy. A jak zaśnie – śni jej się Hania. Nie ma rady. Trzeba wyrobić paszport, wynająć bus i do tej Hani jechać.

4 Co można dać odnalezionej po 70 latach siostrze? Mieczysława Herdzik z bratem Stanisławem kupili piękne kosze prezentowe. W koszach tych jest herbata i najlepsze słodycze. Do tego każde z nich ma po wielkim bukiecie kwiatów. Ale wiadomo, że żaden prezent nie jest tak ważny jak to, żeby od początku jej pokazać, że się ją kocha. Że chociaż przez tę straszliwą wojnę losy potoczyły się tak, a nie inaczej; że chociaż oddzieliły ich i granice, i życiorysy, to rodziny z serca się nie wymaże. Kiedy parkujemy bus obok podłużnego podwórka, oddzielonego od drogi żelazną bramą, lwie paszcze w ogrodzie już dawno przekwitły – jest jesień i nawet dom wydaje się lekko poszarzały. Niezmieniony jest tylko kot Biełka, który obserwuje nasz przyjazd zza składzika z drewnem i mruży oczy zaniepokojony taką liczbą ludzi, którzy rzucają się Hani i jej synowi Saszy na szyję. Hania i jej brat-niebrat i siostra-niesiostra najpierw ukradkiem ocierają łzy. Potem już nawet nie próbują ocierać. Taka chwila! Takie spotkanie! Idziemy wszyscy przez małą sionkę, przez kuchenkę, do największej izby – tej, do której prosi się rodzinę i księdza, gdy odwiedza kogoś chorego. Siadamy przy suto zastawionym stole i od razu, bez żadnych przymiarek, pada to pierwsze, najważniejsze pytanie; zadaje je któraś z kuzynek: – A skąd wiecie, że Hania to wasza siostra? Mirosława i Stanisław tłumaczą więc jedno przez drugie. Że mama, że Ukrainiec, że dziadek, że bracia, że wojna, że podobna do świętej pamięci Edwarda, że poszła do nieba i znalazła. I że Mirosława jest pewna, bo jej się Hania wiele razy śniła. Ale że mogą też zrobić takie specjalne badanie, wystarczy pobrać wymaz z policzka, to nic nie boli. Wtedy wszyscy będą mieli pewność. Rodzina Hani kiwa głowami – badanie trzeba zrobić. Obowiązkowo.

Ale to nam nie przeszkadza się cieszyć. Na stole ląduje pierwsza butelka samogonu. Будьмо! Za spotkanie. Za cudowne odnalezienie. I już, żując kaczy żer, rybę i wędliny, Mirosława i Stanisław opowiadają Hani, Saszy i ich kuzynkom o swoim życiu w Polsce. O mamie, tacie, o Jerzwałdzie. I o sobie. O swoim rodzeństwie. O pracy. O tych wszystkich ludziach, którzy być może za chwilę zaludnią życie Hani jako jej bracia, siostry i kuzyni. A być może nie. Teraz to jednak nieważne. Будьмо! Tak to wygląda mniej więcej cały dzień. A wieczorem my, młodzi, idziemy pogapić się na gwiazdy, a Hania, Mirosława i Stanisław do późna siedzą i opowiadają sobie, trochę po polsku, trochę po rosyjsku, trochę po ukraińsku, swoje równoległe życia.

5 Następnego dnia wstajemy wcześnie rano i zbieramy się do Gaju. Przyjeżdża jakiś facet, daleki kuzyn Hani. Uwaga – lexusem. Kilkuletnim, ale i tak robi wrażenie. Z facetem przyjechali dwaj młodzieńcy, chyba synowie. Stoją przy lexusie, jakby ktoś miał im go ukraść. To ładny lexus. Srebrny. Nie pasuje do tej wsi; do gęsi, paradujących niespiesznie przez główną drogę niczym wycieczka zakładowa; do wielkich kałuż; do drewnianych w większości chatynek. Chłopcy są z Kowla i widać, że wiejskie życie niespecjalnie ich interesuje. Kot Biełka, choć często łasi się do obcych, ich unika. Jeden

wyciąga chusteczkę higieniczną i wyciera jakąś niewidzialną dla innych plamkę na samochodzie. Drugi patrzy na niego z przychylnością. Lexus ma lśnić. Widać po nich, że chyba nic w życiu nie jest tak ważne jak ten ojcowy samochód. Ruszamy, po dziurach, pokruszonym asfalcie i zakrętach. Po godzinie jazdy w miejscowości Hołoby zajeżdżamy kupić znicze. Przed wojną, jak podaje przewodnik po Wołyniu Mieczysława Orłowicza, działała tu restauracja Adamczyka, a przenocować można było w pokojach gościnnych Lejkacha i Szafira. Dziś już nie ma gdzie przenocować, a zjeść można tylko w podrzędnej kantynce pośrodku wsi – pielmieni, czibureki albo pierożka z kapustą. Tuż obok kantyny straszy barokowy kościół z początków XVIII wieku, z utrąconą w czasie I wojny światowej wieżą. W sklepie kupujemy znicze, kilka plastikowych wieńców i cukierki w paczkach po dwieście gramów. To miejscowy zwyczaj – daje się takie i jako prezent, i jako łapówkę w mniejszych sprawach. Bierzemy je tak na wszelki wypadek – jakby ktoś nam oddał jakąś przysługę albo po prostu był miły. Z Hołób do miejsca, gdzie kiedyś stała wioska Gaj, jedziemy kwadrans. Mijamy wieś Arsenowicze, a w niej dom Iwana Potockiego – tego, który ratował życie babci Leona Popka. Za wsią droga zmienia się na przedwojenny bruk. Naszym busem trzęsie tak, że każdy na przemian wali głową w podsufitkę. Kilkaset metrów za Arsenowiczami dojeżdżamy do wąskiej piaszczystej drogi, która prowadzi w stronę małego lasu. Lexus się zatrzymuje. Wysiada z niego mąż pucułowatej. – Wot, tam wasz Gaj – mówi i pokazuje w stronę lasku. – Popatrzcie sobie. Patrzymy przez chwilę. Oni nawet nie gaszą silnika w lexusie. – No to jedziemy tam? – pyta Mirek.

Ale mąż pucułowatej nie ma najmniejszej ochoty tam jechać. – Tam tilki krest stoit – mówi. – Tam nic nie ma, tylko krzyż. Po co tam jechać? Zresztą w Kaszówce na nas czekają z obiadem! Podejrzewamy wszyscy, że nie ma ochoty pchać się srebrnym lexusem między krzemienie, piaski i kamienie. Już ten przedwojenny bruk musiał mu się dać we znaki. Polna, wyjeżdżona przez furmanki droga to może być dla niego za dużo. – Tam są groby naszej babci i dziadka – mówi twardo Mirek. – Jak nie chcecie, to wy zostańcie – dodaje. I pakujemy się z powrotem do busa. Chcąc nie chcąc, lexus rusza powoli za nami do miejsca, gdzie 71 lat wcześniej stała wioska Gaj i gdzie mała dziewczynka o imieniu Helenka mieszkała ze swoją mamą, tatą i rodzeństwem. Znajdujemy krzyż, który stoi na miejscu masowego grobu. Kładziemy wieńce, zapalamy znicze, a potem modlimy się przez chwilę – każdy po cichu. Gdzieś tu są pochowani dziadkowie Mirosławy i Stanisława, a także ich dwaj bracia. Siostra? Miejmy nadzieję, że to ta kobieta w prawosławnej chuście, która modli się razem z nami. A potem jedna z kuzynek Hani bierze mnie pod ramię i prowadzi kawałek od mogiły. Kończy się las, wychodzimy na ogromne, ciągnące się aż po horyzont pole. Idziemy jeszcze kilkanaście metrów, do małej, wydzielonej z pól działeczki. – A wot, eto nasze – uśmiecha się kuzynka. Na poletku po drewnianych tyczkach pną się pomidory. Po ziemi pełzną zielone łodygi ogórków. Kawałek dalej posadzili już ziemniaki. Czy tu było kiedyś wyrwane z karczowiska pole Mikołaja Popka? Możliwe. Ale w tym, co mówi kuzynka, nie ma żadnego historycznego triumfalizmu. Nie ma prowokacji. Nie ma nic poza stwierdzeniem: „Narobiłam się i jestem dumna,

że mi tak ładnie pomidory rosną”. Jest uśmiech. Jest życzliwość. Dla niej to nie jest ziemia po Polakach. Za jej pamięci należała już do kołchozu. Kołchoz upadł i jej rodzice dostali kawałeczek, jak wszyscy dawni kołchoźnicy. Jej się akurat trafił ten. I ona autentycznie szczerze chwali się, że przyjeżdża aż z Kowla, żeby tych pomidorów, ogórków i ziemniaków doglądać. I co ja mam jej na to powiedzieć? Chwalę więc. Ładne pomidory. Trzeba się nieźle narobić, żeby takie porosły na piaskach i na krzemieniu.

6 Miesiąc po naszej wizycie Leon Popek zaczyna pierwszą ekshumację rowu strzeleckiego w Gaju. Banderowcy wrzucili do niego zabitych na głębokość mniej więcej metra. Po raz kolejny wykopuje z ziemi kości, być może swoich bliskich. Popek i ludzie, którzy mu pomagają, śpią w Kaszówce, w opuszczonym domu gajowego. Zajeżdżam do nich. Na plandekach leży kilkadziesiąt wydobytych dotąd szkieletów. Obok nich – kilka garści mniejszych kości. To kości dzieci. Antropolog z Włodzimierza Wołyńskiego Aleksy Złotogorski: – To trochę jak układanie puzzli. Ludzie byli zrzuceni do tego rowu bezładnie, kości się wymieszały ze sobą. I teraz układam je sobie w grupach. Kości kobiet – kości mężczyzn. Potem wiekiem – kości kobiet mniej więcej 30-, 40, 50-letnich. I z nich potem próbuję układać takie, które do siebie pasują. Leżą więc. Jeden bez piszczeli, inny bez żuchwy, kolejny całkiem bez czaszki. Jeden ma miednicę i oba uda, ale nie ma rąk. Inny – prawie cały

kręgosłup, ale bez głowy. Za kilka tygodni włożą je do pięciu czarnych przepasanych białoczerwonymi flagami trumien i pochowają. Za kilka tygodni okaże się też, czy Hania jest siostrą tych, z którymi tu przyjechałem. Kiedyśmy ucztowali, Mirek wziął ją dyskretnie do chaty – tej samej chaty, do której trafiła prosto z Gaju. Tam włożył jej do ust wymazówkę, potarł o wnętrze policzka, schował do sterylnego woreczka. Taki sam test zrobi swojej mamie Mieczysławie i wyśle kurierem do laboratorium, żeby zbadać ich DNA i ustalić, czy są rodziną. Gdy trumny z kośćmi tych, którzy zginęli w szkole w Gaju, będą znikać w ziemi, powinniśmy już wiedzieć.

VI 1 – Któregoś dnia zdarzył się niezwykły wypadek – mówi mi pani Szura, gdy znowu siadamy w jej kuchni, ja na ławie, ona bliżej pieca. – Przyszłam z cerkwi do domu, nic nawet nie zjadłam, a tak mi się nagle zachciało iść na Ostrówki, żeby się za Polaków pomodlić, tam właśnie, przy Trupim Polu. Jakby mnie coś tam ciągnęło. Poszłam tam, rucznik poprawiłam, modlę się. „Ojcze nasz” po polsku, po ukraińsku, na koniec mówię: „Niech będzie wam ziemia puchem, niech Pan Bóg będzie z wami”. To była godzina czwarta. Chcę już wracać do siebie, ale las taki piękny, ptaszki małe śpiewają, słonko grzeje. Pogłaskałam ziemię ręką, mówię: „Podobałaby się wam ta pogoda. Pięknie tu jest”. Nagle patrzę, a od strony wsi Przekurka lecą dwa białe ptaki. Lecą nisko, powoli, dostojnie. Są olbrzymie, jak jastrząb, albo nawet większe, ale całe białe. Podobne do mewy, ale mewa taka duża nie rośnie. Nie widziałam nigdy takich ptaków. Patrzę, a one lecą nad gruszami, śliwami, nad dawnym polskim sadem, nad mogiłami. Przeleciały te dwie ptaszyny, patrzę, lecą dwie następne. Znów nisko, znów nad sadem, nad mogiłami, poleciały dalej. Za nimi znowu dwie. I znowu. Jeszcze parka.

Naliczyłam ich tak dwadzieścia. Wszystkie nade mną przeleciały, aż nagle jedna się odbiła i leci w moją stronę! Mówię do niej: „Miła ptaszyno, poleć bliżej, żebym popatrzyła, jaka ty jesteś piękna!”. A ona poleciała w moją stronę, popatrzyła na mnie, a potem zawróciła i poleciała do swoich. Tak mi było źle, jak już te ptaki poleciały! Tak chciałam, żeby wróciły, żebym mogła jeszcze na nie popatrzeć! Popłakałam się wtedy, łzy mi leciały ciurkiem, aż na ziemię. Patrzyłam tylko, czy nikt nie widzi, i płakałam w głos. Bałam się, że nie przeżyję tego szlochu. Mówię: „Panie Boże Gospod, pomóż mi się uspokoić; Panie Jezu Chryste, dlaczego ja tak płaczę?”. I dopiero po godzinie zaczęłam powoli dochodzić do siebie. Z różnymi ludźmi o tym rozmawiam i wszyscy mówią, że to były dusze tych ludzi, których tam zabito. Tych, co ich grób głaskałam. Tylko jedna sąsiadka, ta, z którą przez płot mieszkam, mówi: „To były stepowe mewy. One mogą rosnąć takie duże”. A ja mówię: „To po co one tak nade mną leciały? Po co tak leciały, jak kiedyś Polacy mieszkali? Po co nad mogiłą przeleciały?”. Coś panu powiem. Jak ktoś nie chce wierzyć, to nie uwierzy. Ale u nas w ziemię tyle krwi niewinnej wsiąkło, że dziwne by było, jakby tu się cuda nie działy.

2 Zawsze do Boga mówię tak: „To jestem ja, Ołeksandra Wasiejko z Sokoła, i oto stoję grzeszna na kolanach u okna”. Panu Bogu wszystko trzeba mówić. On dobrze wie, że ja mieszkam w Sokole i jak mam na imię, ale on lubi, jak

się wszystko z nim umawia, jak mu się mówi najprostsze nawet sprawy. Mama mnie tak uczyła. Zaczynam tak. Klękam przy oknie, patrzę na wstające słońce, trzy razy robię znak krzyża, a głową dotykam podłogi i mówię „Ojcze nasz” po ukraińsku. Potem znów trzy razy się żegnam i mówię: „Boże Gospod z nieba, Jezusie Chrystusie, Jego Synu, i Ty, Duchu Święty, który zmyłeś nasze rany, który nas leczysz i wskrzeszasz, który masz dla nas dużo miłości i jeszcze więcej cierpliwości dla grzechów naszych, w Tobie jest nasza siła, nasza prawda, Ty jesteś naszą wiarą, miłością i nadzieją, Boże, Ojcze niebieski, sława Tobie i pokłon, za Twoją do nas miłość, za całe piękno świata, który dla nas stworzyłeś, za śpiew ptaszków, który nas budzi i daje nam chęć do życia; za gile, sikorki, jemiołuszki, świergotki, mazurki, dzierlatki, za wróble, za zapach kwiatów polnych dziękuję Ci, Boże Gospod, Alleluja, alleluja, alleluja”. Potem zaczynam prosić – za siebie, za braciszka, za swoje córki i ich mężów, za syna i jego żonę, za wnuki. Potem za chudobę. Mówię: „Miej w opiece nasze krowy, żeby były zdrowe i dawały dużo mleka na Twoją chwałę, a nasz pożytek, miej w opiece nasze kury, żeby przynosiły nam szczęście i pokarm, znosząc jajeczka, miej w opiece moje kotki, Niedźwiadka i Liska – tak właśnie się moje kotki nazywają – oraz wszystkie inne kotki, które Ty sam stworzyłeś i które z woli Twojej i tylko z woli Twojej towarzyszą nam w tej ziemskiej wędrówce, miej w opiece nasze psy, by mogły nas bronić. Obdarz nas rozumem, bystrą myślą, okiem,

odgoń od nas magów i czarodziejów, którzy chcą zaczadzić nasze serca i tym dymem oddalić nas od Twojej miłości, wygoń z serca złe myśli, wytrzyj łzy nasze, pokrzep nas, pomóż nam, trzymaj nas mocno za ręce, jak ojciec trzyma swoje dzieci, i nie dopuść do złego, ochraniaj nas w każdej sekundzie, minucie, nocy, dni, godzinie i roku. Miej w opiece cały naród polski, który jest dla nas jak bracia, który jest nam, Ukraińcom, szczególnie bliski. Szczególnie pamiętaj o duszach tych, którzy są pochowani w naszej ziemi, za ludzi z Woli i z Ostrówek, niech im ziemia będzie puchem. Miej w opiece cały naród ukraiński, chroń nas od złego, od morderstw, od złych ludzi, od nieczystego zła, od strasznego zwierza, od niespodziewanej kuli, od wojny światowej. Ocal, Panie Boże, całą Ukrainę i całą Polskę, ocal Polaków i Ukraińców, ocal miasto Lwów, miasto Łuck, miasto Luboml, miasto Warszawę. Zmiłuj się nad nami”. Na koniec mówię „Ojcze nasz” po polsku: Ojcze nasz, który jesteś w niebie, niech się święci imię Twoje, niech przyjdzie Królestwo Twoje, niech będzie wola Twoja jak w niebie, tak samo i na ziemi, chleba naszego daj nam dzisiaj i odpuść nam grzechy nasze, jak i my odpuszczamy tym, co przeciw nam zgrzeszyli. I nie prowadź nas na pokuszenie, ale nas zbaw od zła wszelkiego.

Ukochane koty Pani Szury fot. Witold Szabłowski

A na sam koniec znów robię trzy razy znak krzyża, dotykam trzy razy podłogi czołem i mówię: „O to wszystko ośmielam się Ciebie prosić i za to wszystko Tobie dziękować, Boże Gospod, ja, Ołeksandra Wasiejko, która stoję grzeszna na

kolanach u okna, zamieszkała w miejscowości Sokół, czwarta chata, jak jechać od Połap”. Pani Szura mówi mi to wszystko, potem zapatrza się na chwilę w pobieloną ścianę swojego małego domku. Aż wreszcie przypomina sobie o czymś ważnym. – Ja mam do pana prośbę – mówi i patrzy mi w oczy. – Całą noc wczoraj nie spałam, przez tego mężczyznę, co ode mnie mleko bierze. Niech pan pod żadnym pozorem go nie słucha i nie jedzie do polskiego ambasadora po telewizor dla mnie. Mnie on nie jest do niczego potrzebny. To wszystko nie dla telewizora – mówi i patrzy na mnie, jakby chciała, żebym jej to przysiągł albo przynajmniej solennie obiecał. Pani Szura nie chce więc telewizora, którego i tak nikt jej nie zamierzał dać. Niech się pani nie martwi, pani Szuro. Nas w naszej historii tylko mordowali, nie ma miejsca na takich, co próbowali ratować, ani na takich, którzy się modlą i którzy nam wieszają ruczniki i poprawiają, jak ktoś zerwie. Nie dajemy swoim sprawiedliwym medali, nie sadzimy im drzewek. Nie dajemy im też telewizorów. Szczerze mówiąc, to w ogóle o nich nie pamiętamy. Może pani spać spokojnie.

VII 1 Leon Popek odnalazł dotąd szczątki 650 z 1050 mieszkańców Woli Ostrowieckiej i Ostrówek Wołyńskich. Wciąż stara się o kolejne pozwolenia i szuka dalej. Drugiego dnia ekshumacji w stodole Strażyca stał się cud. Popek znalazł krzyżyk swojego dziadka Jana. Ten, który towarzyszył dziadkowi przez całe życie – i w kopalni w Ameryce, i po powrocie, w Woli Ostrowieckiej, i przed śmiercią. Przywozi go do Polski i oddaje matce Helenie. Ta tuli krzyżyk, TEN krzyżyk, w rękach. Całuje go. Płacze.

2 Pastor Jan Jelinek z żoną Anną przeszli szlak bojowy I Korpusu Czechosłowackiego Ludvika Svobody, który wyzwalał Czechosłowację. Nigdy żadne z nich nie wzięło broni do rąk – pastor był w służbie medycznej, jego żona była łączniczką.

Zdjęcia z archiwum rodzinnego Leona Popka

Już w Pradze pomagał rosyjskim emigrantom, by nie trafili do gułagu – dawał im fałszywe akty urodzenia, z pieczątką parafii ewangelickiej w Kupiczowie. Ponieważ Jan Jelinek nie chciał współpracować z czeskimi służbami specjalnymi, trafił do więzienia, a później do obozu pracy. Po wyjściu

pracował w fabryce farb i lakierów. Do pastorowania mógł wrócić dopiero po aksamitnej rewolucji, w 1989 roku. Ze swoją żoną Anną mieszkał w Oráčovie, gdzie z własnych środków wyremontował zniszczony przez komunistów zbór. Swoje wspomnienia z czasów wojny pastor zatytułował Puszczaj chleb twój po wodzie. To cytat z Księgi Kaznodziei Salomona (11, 1). Kończy się słowami: „bo będziesz go zbierał w obfitości”. Zmarli oboje kilka miesięcy po sobie, w roku 2009. Pastor Jelinek miał w dniu śmierci 97 lat.

3 Doktor Gryf zaprzyjaźnił się z ukraińskim felczerem Niemoskalenką. Gdy odjeżdżał, dostał od niego i jego żony na wyjazd sweter, rękawice i dwie pary skarpet zrobione na drutach. Dziś w Kupiczowie nikt nie pamięta felczera Niemoskalenki. Podobnie jak pastora Jelinka. Ludzie dziwią się, gdy słyszą, że ich złoto-żółta cerkiew była kiedyś zborem ewangelickim.

4 Mieczysława i Stanisław Herdzik jednak nie są rodzeństwem Hani z Gaju. Badania DNA nie pozostawiają wątpliwości, nie są ze sobą w żaden sposób spokrewnieni. Ale dzwonią do siebie regularnie, a synowie Mieczysławy nie mówią o Hani inaczej niż „ciocia”. Ludzie z Kaszówki, których udało mi się wreszcie namówić na rozmowę, mówią, że prawdopodobnie ojcem Hani był niejaki Piotr Mucha, gospodarz z Gaju, zwany Łysym Piotrem.

Szukałem jego potomków lub rodziny. Niestety, bezskutecznie. Jeśli czyta te słowa ktoś, kto zna losy Piotra Muchy lub jest z nim spokrewniony, proszę o kontakt ze mną za pośrednictwem Wydawnictwa Znak.

5 Aniela Dębska z Kisielina zmarła w październiku 2014. Jej mąż Włodzimierz Sławosz Dębski nigdy nie znalazł miejsca, w którym pochowani są jego rodzice. Petro Parfeniuk i jego żona Stanisława pochowani są na cmentarzu w Zamościu. Irena i Ryszard Radlińscy do dziś jeżdżą do Kisielina w odwiedziny do krewnych, również do ciotki Ludmiły Hirskiej. Wnuczka sprawiedliwego Sawy Kowtoniuka do dziś handluje odzieżą na jednym z lubelskich bazarów.

6 Rzeź wołyńska była jednym z najkrwawszych epizodów II wojny światowej. Pozostaje też jednym z najmniej znanych, również w Polsce i na Ukrainie. Polscy historycy nazywają ją ludobójstwem. Ukraińscy unikają nawet słowa „rzeź”; mówią o wojnie polsko-ukraińskiej. W wyniku rzezi na Wołyniu, w Galicji Wschodniej i na Lubelszczyźnie zginęło około 100 tysięcy Polaków. W polskich akcjach odwetowych zginęło kilkanaście tysięcy Ukraińców. Nie wiadomo, ilu Polaków uratowali ich ukraińscy sąsiedzi. Na pewno chodzi o tysiące ludzi.

7

Wracam do pani Oli. Chcę ją dopytać o kilka spraw. Jak to się dzieje, że gdy jeden człowiek sam chwyta za motykę, widły, nóż i idzie zabijać, drugi ryzykuje wszystko, by ratować obcych sobie ludzi, Jeden idzie i zabiera po tych zabitych kołdry, widelce, talerze, szafy, ba, nawet zboże z pola. A drugi szuka w snopkach, czy ktoś nie przeżył; przynosi wodę, ubranie, coś do jedzenia… Jakie mechanizmy tym rządzą? Tyle pytań! Ale pani Ola dziwi się. Jakby ratowanie ludzi w czasie pożogi nie było czymś najbardziej naturalnym na świecie. Banalnym jak jabłka w sierpniu. Jak zielony barszcz wiosną, gdy łąki toną w szczawiu. – Trzeba było, to się ratowało. – Wzrusza ramionami i bardzo mnie przeprasza, ale musi wracać do pracy. Wojna wojną, ale oderwałem ją od kóz. A one nie lubią, jak się przerywa dojenie.

Epilog 1 Irina ma niecałe 60 lat, tlenione włosy i paznokcie pomalowane na czerwono – choć lakier kruszy się i odpada; to od chemii. Mieszka z 35-letnią córką Olesią w średniej wielkości pokoju, na jednym z lubelskich blokowisk. Drugi pokój, mniejszy, zajmuje inna kobieta. – To jest luksus, że mieszkamy tu we trzy – mówi Irina. – Jak tu przyjechałam, mieszkałam w jednym mieszkaniu w dziesięć. A jak pracowałam przy truskawkach, mieszkaliśmy jak w łagrze. Dwanaście osób w małej klitce. Jeden prysznic i jedna toaleta na trzy takie klitki. Ale wtedy to ja byłam w najtrudniejszej sytuacji. Wszystko bym robiła, za jakiekolwiek pieniądze. Tylko raz w życiu tak miałam. A zaczęło się od tego, że jak powstawała u nas demokracja, dostrzegliśmy z mężem swoją szansę. Najpierw jabłka z Polski woziliśmy. Jechaliśmy do sadowników pod Grójec, w samochodzie kilka ton jabłek się mieściło za jednym razem. Kupowało się, granica, do Łucka albo do Równego, do hurtowników – i z powrotem. Aż się zorientowaliśmy, że w Równem płacą mało, a jak dowiozę te jabłka do Kijowa, to się zrobi prawie podwójny zysk. Umówmy się, że do Kijowa nie jest wcale tak daleko. Teraz, po mistrzostwach Europy w piłce nożnej droga jest lepsza, jedzie się cztery godziny. Kiedyś było ponad pięć, ale co to jest po dwudziestu czterech godzinach spędzonych na granicy? Więc kupiliśmy większe auto i zaczęliśmy wozić te jabłka po kilka ton.

Kapitalizm nas opanował całkowicie. Mówili u nas wtedy, że każdy ma życie w swoich rękach i może zrobić, co tylko chce. Możesz być biedny, ale jak się zaweźmiesz, możesz też być bardzo bogaty. Więc myśmy z mężem chcieli być bogaci. Na jednym kursie można było zarobić, jeśli jabłka się dobre kupiło i się nie zepsuły, nawet tysiąc dolarów. Cztery kursy w miesiącu – sam sobie policz. W Ukrainie taka kwota jest niewyobrażalna, nawet dziś. Jeździliśmy tak, że nie pamiętałam, kiedy jest noc, kiedy dzień. Zawsze razem. Któregoś razu jedziemy z jabłkami, przeczekaliśmy na polskiej stronie na odprawę, czekamy na ukraińskiej, a nagle celnicy zamykają strażnicę na klucz i sobie idą. „Co do cholery?” – myślę sobie. Zaczynamy trąbić z innymi kierowcami, oni nic. Okazało się, że jest Wielkanoc. Zapomnieliśmy o tym zupełnie. Siedzieliśmy z mężem w samochodzie całe święta, pogryzając jabłka. Nic nie mieliśmy ani do jedzenia, ani do picia; zawrócić też nie było gdzie. Gdyby nie te jabłka, byśmy z głodu poumierali. W którymś momencie zaczęliśmy się zastanawiać, co robić dalej. Mówię mężowi: „Trzeba coś z pieniędzmi robić. Jabłka dziś się opłacają, jutro nie”. Musimy coś trwałego wymyślić. I wymyśliliśmy sklepy. W latach dziewięćdziesiątych sklep spożywczy w Ukrainie to jeszcze był Związek Radziecki. Nieuprzejme ekspedientki, ciemno, brzydki wystrój. A myśmy robili sklepy w standardzie europejskim. W pierwszym pracowałam ja sama, do kolejnych zatrudnialiśmy już ekspedientki. Płaciliśmy im trochę lepiej niż inni, ale jak była nieuprzejma albo podkradała coś z kasy – wylatywała od razu. Takie ustaliliśmy reguły – nie ma drugiej szansy. W którymś momencie mieliśmy już cztery dobrze funkcjonujące sklepy spożywcze. Naprawdę dobrze się nam powodziło. Mieszkaliśmy dalej w naszym starym mieszkaniu w bloku, ale nie dlatego że nie było nas stać na nic innego, ale dlatego że nie było czasu zająć się czym innym niż nasz

biznes. Chcieliśmy dom budować pod Równem. Tyle że działkę zdążyliśmy kupić. I wtedy nagle pojawił się przed naszym sklepem czarny samochód. Jak w filmie – wysiadło dwóch panów – czarne kurtki, okulary. I mówią, że chcą nasze sklepy. Że dadzą nam tyle a tyle pieniędzy, a my mamy zmiatać. Mąż mówi: „Panowie, chyba żartujecie! To jest warte cztery razy więcej. Piąty rok śpimy po dwie–trzy godziny na dobę, a wy sobie na gotowe przychodzicie?”. Wiedziałam, że tak się u nas dzieje. Ukraina w latach dziewięćdziesiątych to była jedna wielka mafia. Nowo narodzone dzieci ze szpitala potrafili sprzedać na organy, a co dopiero biznes komuś ukraść. Ale oboje się czuliśmy jak w jakimś filmie. Nie mogliśmy uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Że ktoś może tak po prostu przyjechać i chcieć zabrać twoją własność! Mąż im powiedział: „Proszę wyjść, bo zawołam milicję”. Zaczęli się śmiać. Wyszli, ale powiedzieli, że będziemy żałować. Myśleliśmy wtedy, że mogą nasłać jakąś kontrolę, sanepid, urząd skarbowy, milicję. Że tak nas zgnoją tymi kontrolami, że sami sprzedamy za tę jedną czwartą ceny. Słyszeliśmy takie historie od znajomych. Ale przede wszystkim myśleliśmy, że, jak w filmie, przyjdą jeszcze raz. Że można będzie ponegocjować. Powiedzieć swoją cenę. Na to, co zrobili, zupełnie nie byliśmy przygotowani. Nie pomyśleliśmy, że oni, zupełnie jak my, też nie dają drugiej szansy. Któregoś dnia jechaliśmy z mężem samochodem za miastem, aż nagle – łup! Coś nas uderzyło. Od tyłu. Ułamek sekundy. Patrzę – lecimy. Prosto na ciężarówkę. Od tego momentu nic nie pamiętam. Obudziłam się w szpitalu. Kroplówka, cewnik, gips.

Niech pan patrzy, jacy specjaliści. W KGB uczyli, jak tak uderzyć. Pod jakim kątem, kiedy dokładnie. Ta ciężarówka z naprzeciwka też się tam nie znalazła przypadkiem. Wzięli nas między siebie, żeby zmiażdżyć. Ale w nas jednak dokładnie nie wymierzyli. Mieliśmy dachowanie, urwało nam całą przednią maskę, ale przeżyliśmy. Mąż – pół dnia bez przytomności i dwa złamane żebra. Ja wyszłam z tego właściwie bez większych obrażeń. Wychodzimy ze szpitala, idziemy do sklepu, a tam już nowy właściciel. Okazało się, że według dokumentów sprzedaliśmy sklepy kilka godzin przed tym, jak mieliśmy wypadek. Wracaliśmy z podpisania umowy, jak to się stało. Tak to miało wyglądać w papierach. Wzięli kasę – pojechali – trach! – nieszczęście. Gdzie pieniądze? Pewnie ktoś obrabował, zanim przyjechała milicja i pogotowie. Mało to szabrowników? Mogliśmy oczywiście sprawdzić w papierach, na kogo był ten sklep, ale przecież jasne, że to był jakiś słup – menel albo emeryt, który o niczym nie miał pojęcia. Zrozumieliśmy, że mamy wielkie szczęście, że przeżyliśmy, i nie ma co drugi raz tego szczęścia sprawdzać. Więcej przy tych naszych sklepach nawet żeśmy się nie pokazywali. Policzyliśmy pieniądze. Mieliśmy długi za remont czwartego sklepu i żadnej gotówki; wszystko mieliśmy w towarze. Sprzedaliśmy więc nasze mieszkanie w bloku i dzięki temu spłaciliśmy wszystko, co byliśmy winni. A na tym małym kusoczku ziemi pod Równem, który cudem zdążyliśmy kupić, jak jeszcze nam się powodziło, nie było żadnych zabudowań, tylko stary chlew. I pierwszą zimę żeśmy w tym chlewiku przesiedzieli. Grzaliśmy się starą kozą, jedzenie przywoziliśmy od mojej matki ze wsi. Wstawiliśmy tam jakiś stary tapczan i tak mieszkaliśmy.

2 Ale ja tu gadam o sobie, a pana to na pewno nie ciekawi. Od dziadka

powinnam zacząć – mówi i stawia mi przed nosem cukiernicę z wymierzoną we mnie łyżeczką. – Latem 1943 roku banderowcy zgonili wszystkich Polaków do stodoły. Tam podpalili. Wszyscy we wsi wiedzieli i wiedzą do dziś, kto oblewał benzyną, a kto podłożył ogień. Córka jednego, co polewał benzyną, do dziś mieszka z moją ciotką przez płot. Dziadek mój dzieciom zabronił wychodzić z domu. Mama, która miała wtedy osiem lat, wspominała, że krzyku nie słyszeli, choć przecież tamci musieli krzyczeć. Widać stodoła stała za daleko od domu dziadków. Tylko smród, mówiła mama, był niesamowity. Był silny wiatr i przywiewało co chwilę w stronę domu kawałki słomy i jakieś inne nadpalone rzeczy. Po tym spaleniu stodoły przyjechało dwóch, na koniach, i pytali dziadka, czy jakichś Polaków nie widział. Dziadek powiedział, że nie, więc tamci pogrozili mu tylko, bo wiedzieli, że się przed wojną z Polakami przyjaźnił, i pojechali dalej. Chaty nie przeszukali. I Bogu dzięki, bo w piwnicy dziadek schował dwóch chłopców. Chłopców, co też powinni być w tej stodole. Kazik i Marek się nazywali. Nazwisko znam, ale nie powiem, bo podobno oni przeżyli i pewnie gdzieś żyją w Polsce jeszcze. Skoro tyle lat do nas też nie przyjeżdżali, to widać mają swoje powody. Ich prawo. Dlaczego banderowcy do nas wtedy nie weszli? Nie wiem. Może nie mieli czasu? Może jechali spalić ludzi w jakiejś następnej stodole? A może do głowy im nie przyszło, że ktoś może być tak głupi i życiem swoim i swojej dwójki dzieci ryzykować dla dwóch małych Lachów? Bo umówmy się, mądre to nie było. Bohaterskie tak. I podziwiam dziadka, że był takim bohaterem. Ale mądre – nie. Nie wiem, jak było dokładnie, a zmyślać nie będę. Nie mówiło się o tym w domu za dużo. Dziadek nie chciał, żeby ludzie we wsi wiedzieli. I tak krzywo na niego patrzyli, bo wiedzieli, że Polaków z sąsiedniej wioski ostrzegł, że będzie atak. Mówiło się, że banderowcy chcieli dziadka za to ostrzeżenie zabić, ale dlaczego nie zabili, to już panu nie powiem. Mama

moja też nie wiedziała. A potem weszli Sowieci, przyszło NKWD i banderowcy pojechali sobie pooglądać białe niedźwiedzie na Syberii. Ci chłopcy tydzień siedzieli w piwnicy, później dziadek wsadził ich na furmankę, przykrył szmatami i powiózł do miasta, gdzie był garnizon niemiecki i gdzie Polacy się zbierali, żeby uciekać razem za Bug. Jakby ich złapali upowcy, toby rozstrzelali dziadka razem z tymi chłopcami. Babcia, opowiadała mi mama, żegnała się z nim, jakby na ścięcie jechał. Przytulała. Czapkę poprawiła. Włosy odgarnęła. Kochała ta moja babcia dziadka, a dziadek babcię. Ale pojechał, wrócił, wszystko było dobrze.

3 Nie chcę mówić nazwy tego miasta, gdzie był garnizon. Nazwy swojej wioski też nie chcę. Ja już 15 lat w Polsce pracuję i jeszcze trochę bym chciała popracować, a u Polaków, proszę pana, Ukrainka ma być cicho i nie mieć swojego zdania. Jak zaczyna za dużo gadać, to się ją wymienia na kolejną Ukrainkę. Kropka. Nie wierzy pan? Powiem przykład. Pracowałam u jednego młodego małżeństwa. Mieli jedno dziecko, synka, Janka, który zachowywał się okropnie. Wrzeszczał na ojca, matce wyrywał włosy, jak robili coś nie po jego myśli, kładł się na podłodze i urządzał taką histerię, że można było osiwieć w piętnaście minut. W końcu oni nie wytrzymywali, ulegali mu, kupowali albo dawali, co chciał, i tak aż do następnego razu. Taka wańkawstańka. Byłam u nich dwa razy w tygodniu. Zamożni ludzie; kogo dziś stać, żeby dwa razy w tygodniu brać Ukrainkę do sprzątania, po osiemdziesiąt złotych za każde przyjście? Ja na Ukrainie byłam, jak to się u was mówi, nauczycielem nauczania początkowego. Skończyłam pedagogikę, miałam specjalne kursy. Ale nie trzeba było mieć żadnych studiów, żeby widzieć, że to dziecko walczy o uwagę rodziców. Że ta ich zamożność miała swoją cenę. On w pracy od

rana do nocy. Ona też. Dziecko na piłce, na angielskim, na kursie szybkiego czytania. Ale z rodzicami – prawie wcale. I takie rozmowy: Jak było w szkole? Dobrze. I koniec. Żadnych więcej pytań. Ale przecież oni nie mogą tego usłyszeć od głupiej Ukrainki, która im czyści kibel, prasuje koszule i wymiata koty spod łóżka, że źle dziecko wychowują! Taka głupia to ja nie jestem. Powiedziałam więc tylko: „Państwo sobie wyjdą na kawusię – Polacy lubią, jak Ukrainka zdrabnia słowa, niech mnie pan nie pyta dlaczego, bo nie wiem – a my z Jasiem zostaniemy i popracujemy razem”. Spojrzeli na siebie. Z jednej strony – co ta kretynka chce od naszego dziecka? Ale z drugiej – jak za te same pieniądze jeszcze małego ogarnie, to czego chcieć więcej? Poszli. A ja małemu krok po kroku zaczęłam tłumaczyć, jak się składa ubrania. Jak się czyści wannę. Jak się lustro myje, żeby smugi nie zostały. Takie najprostsze, najgłupsze rzeczy, ale dałam mu ścierkę, pracowaliśmy razem. I co chwila go chwaliłam. Cokolwiek zrobił – pochwała. Proszę pana, po kilku tygodniach doszło do tego, że on wolał ze mną zostać, sprzątać mieszkanie, niż z nimi jechać na kinderbal do kolegi. Na krok mnie nie odstępował, tylko się dopytywał rodziców, kiedy znowu przyjdę. Ja myślałam, że jak oni zobaczą, co ja robię, to zaczną robić to samo. Kretynka. Któregoś dnia przychodzę. Małego nie ma. „Aha – pomyślałam sobie. – Zaraz coś się wydarzy”. I rzeczywiście. Zwolnili mnie. W oczy ich kłuło, że mam lepszy kontakt z dzieckiem niż oni sami. Powiem panu tak… Polak od tego ma Ukraińca, żeby mógł się lepiej poczuć. Żeby mógł się poczuć mądry, bogaty, zaradny. Dziadek mówił, że przed wojną już tak było. Dla polskiego urzędnika na Wołyniu Ukrainiec to był nieczytaty, niepisaty, głąb po prostu. Popychadło. Każdy Polak, co mu w życiu nie wychodziło, to mógł się wyżyć na Ukraińcu. Nieważne, sołtys, ksiądz czy zwykły chłop, do wszystkich mieli taki sam stosunek. Dziadek mi opowiadał o tym, choć sam, już to mówiłam, z Polakami się przyjaźnił.

Teraz jest tak samo, wystarczy do polskiej granicy dojechać. Wasi celnicy do waszych mówią normalnie, „pan” i „pani”. A do Ukraińca – zawsze na „ty”. Co wieziesz? Papierosy masz? Wódki ile wziąłeś? Nieważne, czy ten Ukrainiec ma lat 20 czy 80, czy jest chłopem czy profesorem, szacunku tyle samo. Kiedyś jechałam autobusem i 26 godzin nas trzymali na przejściu, bo celniczka miała takie widzimisię. Poczuła się urażona, że kierowca nie wstał, jak z nią rozmawiał. Ludzie pieniądze zebrali, chodzili, prosili, ale figa. Kto będzie z głupim Ukraińcem gadał. Dniówka mi przepadła, ale komu się pan poskarży? Nie ma komu. Albo ludzie. Ja wiem, że ja jestem tylko od sprzątania. Że tu nikogo nie interesuje, że ja książki czytam, że mam jakieś zainteresowania. Że jeszcze w swoim ukraińskim życiu chodziłam do opery, że kiedyś trenowałam pływanie. Nie. Liczy się, czy koty spod łóżka dobrze wyciągam.

4 W Lublinie, gdzie mieszkam i pracuję, jest trochę Wołyniaków. I raz mnie wzięli do jednej pani, żeby przychodzić do niej. Mówią z góry, że starsza pani Ukraińców nie lubi, że rodzice zginęli na Wołyniu w 1943 roku i żeby mieć cierpliwość. Wchodzę, mówię „dzień dobry”, a ona się odwraca tyłem. „No – myślę sobie – grunt to dobrze zacząć znajomość”. Ale nic, obiad zrobiłam, kurze wytarłam, biorę się do zmywania. Robię swoje po prostu, bo co innego mam robić. A po trzech godzinach mówię „do widzenia” i wychodzę. Przychodzę następnym razem, a tam wszystko wywalone z szafek. Podłoga dżemem wysmarowana. Błota naniesione. Posprzątałam, obiad zrobiłam, zmyłam po obiedzie.

Następnym razem – znów to samo. I znów. Ja nawet nie wiem, czy to było przeciw mnie. Może ona jakieś swoje wojny z dziećmi prowadziła, a ja oberwałam przy okazji? Nie wiem. Ale za którymś razem starsza pani mnie zapytała: „Dlaczego dalej przychodzisz? Pieniądze ci są potrzebne?”. Odpowiedziałam: „Tak. Mam na Ukrainie syna i córkę. Córka ma niepełnosprawne dziecko. Najważniejsze dla mnie to pomóc im”. Nie pytała więcej, ale przynajmniej się skończyły złośliwości. Aż któregoś dnia po obiedzie usiadła i sama zaczęła opowiadać. Był ogień, karabiny, źli ludzie i ona – mała dziewczynka, która nie rozumiała, co się dzieje. Która próbuje się przytulić do matki i nie wie, dlaczego matka nie oddycha. I ja mam ją oceniać, że teraz, jak widzi Ukrainkę, to szlag ją trafia? Jej pierwszej powiedziałam, że dziadek tych dwóch chłopców uratował. I wie pan co? Nagle się okazało, że starszą panią też ratowali Ukraińcy! Że ktoś ją trzymał na strychu, potem jakaś inna rodzina ją przejęła. Że dwa albo trzy miesiące jacyś nieznani jej ludzie ryzykowali życiem. I ona tego w ogóle nie chciała pamiętać! Zapamiętała tylko morderców. Tych dobrych wyrzuciła z głowy. I znów: czy ja, Ukrainka od sprzątania, mam jej tłumaczyć, że tych ludzi należało odszukać? Albo chociaż list im wysłać? Że oni może, jak mój dziadek, całe życie czekali na znak? No nie. Ja nie jestem od tego. Ale powiem panu tak… Ja naprawdę rozumiem tych, co przeszli Wołyń. Rozumiem ten ich żal, na przykład żal, że za jedną stodołę na północy Polski i wasi biskupi przepraszali, i prezydent, i jeden reżyser zrobił sztukę, z którą teraz jeździ po świecie, i jedna książka o niej była, i druga książka, i Żydzi z całego świata mówią o tej jednej stodole. Czytałam o tym wszystkim, bo ja dużo czytam, jeśli tylko mam chwilę czasu. Poza tym słuchałam w radiu, w telewizji widziałam debaty na

ten temat. I ja ten ich żal rozumiem. Bo o tej stodole w mojej wsi – cisza. Ten, co podpalił, to już nie żyje. Ci, co zganiali, w większości też nie. Ale ludzie jeszcze mają ziemię, domy, nawet szklanki po Polakach. I nikt nic o tym nie mówi. Zostaną z tymi szklankami, aż im się wytłuką. To taka trochę głupia sprawa, prawda? Polska pomaga Ukrainie wejść do Europy, stypendia funduje, wasi politycy na nasz Euromajdan jeżdżą. I jak na tym Euromajdanie o tej stodole przypominać? I co mają powiedzieć: „Chodźcie do Europy, tylko za stodołę przeproście?”. A ci wasi chcieliby po prostu powiedzieć światu, że oni też płonęli w stodole. Że ich matki, ojcowie, dziadkowie, dzieci też płonęli. Żeby zresztą tylko w jednej. Sto takich stodół spłonęło na Wołyniu, może więcej. I szkoły drewniane. I domy. I kościoły. Płonęli tam żywcem. Tylko tyle. Pamiętam, jak moja pani obejrzała w TVN 24 program o Srebrenicy i mówi do mnie: „Zobacz, tam nawet 10 tysięcy nie zabili, a cały świat o tym mówi. A nas zabili 200 tysięcy. I cisza”. Z tym że 200 tysięcy to przesada. Ale rozumiem ją. Czują się niesłuchani i nie mogą tego pojąć. Mówią: „Płonęliśmy w stodole – i na nikim nie robi to wrażenia. Nie przyjeżdża telewizja, nie przyjeżdża prezydent tamtych, ich biskupi nie padają na kolana”. Ja to naprawdę rozumiem. Też bym chciała, żeby padli na kolana, tam gdzie stała tamta stodoła. A potem przy następnej. I jeszcze przy następnej. Nawet jeśli rok by mieli nic nie robić, tylko klękać, uważam, że warto by było. Bo to nas strasznie ciągnie w tył. Proszę zobaczyć, mamy tę swoją Ukrainę, wolną od Lachów, wolną od Żydów. I co? I nic. Bo na krwi nie da się nic wartościowego zbudować. Tłumaczą wam tutaj: „Oni jeszcze niegotowi. Wojna teraz u nich. Muszą sobie najpierw kraj na nowo poukładać, potem może przeproszą”.

Ale oni już i tak długo czekają, a zaraz umrą. Chcieliby tylko przed śmiercią usłyszeć, że ludzi nie wolno palić w stodołach. Że zrobiono im krzywdę. Że tak się po prostu nie robi. I żeby może jakiś reżyser z tamtej strony – z mojej strony – granicy też zrobił sztukę, toby nie było złe. I żeby biskupi klęknęli. Jak kiedyś ich księża święcili im siekiery, to niech teraz klękną. Dlaczego nie klękają? Ale nie klękają. Więc jak mam tę jedną Ukrainkę, co mi sprząta, to chociaż jej powiem, co o tym myślę. To chociaż jej wygarnę. Ja to rozumiem. Ja nie mam pretensji. Ja jestem tylko głupią Ukrainką od wyciągania kotów spod łóżka. To polski pan i polska pani są od tego, żeby powiedzieć, gdzie jest już czysto, a gdzie trzeba wypucować raz jeszcze. I tak to się będzie ciągnąć, proszę pana. Będziemy liczyć ofiary i każdemu wyjdzie co innego. Wy będziecie na nas patrzeć z góry. My was będziemy za to nienawidzić.

5 Mama moja żyje jeszcze, ale raz mnie poznaje, a raz nie. Z roku na rok, a ostatnio to nawet z miesiąca na miesiąc mama jest coraz słabsza. Coraz więcej czasu spędza na łóżku przykryta pierzyną. Nic nie mówi, tylko weźmie chusteczkę do ręki i tak trze, jakby chciała farbę ze ściany wytrzeć. Karmić ją trzeba. Specjalny kubek trzeba było do picia kupić, bo sama już się oblewała. Mieszka w bloku w mieście z moją siostrą. Trzeba się nią zajmować, bo jak zostaje sama, to zaraz się ubiera i idzie krowy wyganiać. Jakie krowy? No właśnie, nijakie! Gdzie ona ma krowy trzymać! Pod blokiem? W naszej wiosce, owszem, zawsze ojciec z matką jakąś krówkę mieli. Ale to było 30 lat temu. A teraz się zdarzało, że siostra nie dopilnowała i matka poszła te krowy wygnać. I półtora dnia żeśmy jej szukali po szpitalach i kostnicach, aż się

okazało, że przenocowała gdzieś w parku i dopiero rano milicja ją przyuważyła, znaleźli nasze zgłoszenie i zadzwonili, żebyśmy przyjechali zobaczyć, czy to nie ona. Przyjechaliśmy, zabraliśmy do domu. Od tamtej pory siostra drzwi zamyka, a klucz chowa. To wtedy matka krzyczy, że chce ją zamordować. Albo stanie przy oknie i straszy, że skoczy. To jest ósme piętro, nie ma żartów, na początku naprawdę był strach. Ale nie skacze. Stoi tylko przy oknie, patrzy w dół, popatrzy dłuższą chwilę i mówi: – Idą. Albo mówi: – Pali się. I ucieka. Długo ją potem trzeba uspokajać. Kto idzie? Partyzanci? Niemcy? Sowieci? Nie wiem. Ale że jak mówi „pali się”, to o stodołę chodzi, to jestem pewna. Mama głowę ma już w takim stanie, że tylko najważniejsze sprawy pamięta. I dla niej widać najważniejsze w życiu były te krowy. Ci, co idą. I ten pożar, który czuła jako dziecko. Ten pożar, który został i w niej, i w was, Polakach, i w nas, Ukraińcach, i nawet we mnie i w panu wciąż latają iskry z tego pożaru. Warszawa – Sejny – Kaszówka – Łuck

Podziękowania – Izie, Mariance i Anielce. Za wszystko. – Ukraińcom z Wołynia i Wołyniakom z Polski, którzy przez ostatnie trzy lata otwierali przede mną serca i mieszkania, i… lodówki. To wspólna cecha ludzi z tamtych terenów – choćbyśmy mówili o najtrudniejszych sprawach, głodnemu od nich wyjść nie sposób. Z serca za to wszystkim, od Wrocławia, przez Lublin, Miączyn, Kaszówkę, po Białkę, dziękuję. – Sergijowi Gladyszukowi, który przejechał ze mną większą część moich wołyńskich szlaków i któremu bardzo wiele zawdzięczam, a także jego Rodzinie. A także: Ivanowi Bondarczukowi Anieli Dębskiej Krzesimirowi Dębskiemu prof. Władysławowi Filarowi Olesii Jaremczuk dr. Grzegorzowi Motyce Włodzimierzowi Nowakowi ojcu Piotrowi z Kaszówki Leonowi Popkowi; Eugeniuszowi Tkaczyszynowi-Dyckiemu; Albertowi Zawadzie;

Aleksandrze Zińczuk.

Bibliografia Ukraińcom, którzy z narażeniem życia ratowali w czasie rzezi wołyńskiej Polaków, poświęcono dotąd, według mojej wiedzy, trzy książki i jeden film. Pierwszą – Ludobójcy i ludzie – napisał Leon Karłowicz, były żołnierz AK, który zebrał kilkadziesiąt relacji ludzi uratowanych dzięki pomocy ukraińskich sąsiadów. Korzystałem z jej wznowienia, wyd. Warszawa 2013. Druga – Kresowa księga sprawiedliwych, Warszawa 2007 – to wydany przez Instytut Pamięci Narodowej zbiór tych fragmentów ze wspomnień Wołyniaków, które mówią o pomocy ukraińskich sąsiadów. Autorem jest Romuald Niedzielko. Trzecia to Pojednanie przez trudną pamięć. Wołyń 1943 pod redakcją Aleksandry Zińczuk. Powstała jako efekt projektu stowarzyszenia Panorama Kultur z Lublina, w ramach którego studenci z Polski i Ukrainy wspólnie jeździli po polskich i ukraińskich wioskach i przeprowadzali wywiady z ich mieszkańcami. Film to Mój przyjaciel wróg Wandy Kości z 2014 roku. Wszystkie te pozycje były bezcenne w czasie moich wołyńskich peregrynacji. Na temat rzezi wołyńskiej moją biblią była książka dr. Grzegorza Motyki Od rzezi wołyńskiej do akcji „Wisła”. Konflikt polsko ukraiński 1943–1947, Kraków 2012, oraz Ukraińska partyzantka 1942–1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, Warszawa 2015, tego samego autora. Korzystałem też z monumentalnego zbioru relacji wołyńskich,

zgromadzonych przez Włodzimierza i Ewę Siemaszków pt. Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów polskich na ludności polskiej Wołynia 1939– 1945, Warszawa 2008. Wagi pracy pp. Siemaszków nie może przecenić nikt, kto zajmuje się Wołyniem, ponieważ jednak historia mówiona nie jest najpewniejszym przewodnikiem po faktach, korzystam z tej książki tylko wtedy, gdy podane w niej informacje udało mi się potwierdzić w chociaż jeszcze jednym źródle. Niezwykle cenne dla mojej pracy okazały się również książki prof. Władysława Filara, również Wołyniaka uratowanego przez Ukraińców: – Wołyń 1939–1944 – historia, pamięć, pojednanie, Warszawa 2008, – Wołyń – Lublin – Warszawa 1939–1989. Wspomnienia żołnierza 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej, Warszawa 2013. – „Burza” na Wołyniu: dzieje 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej – studium historyczno-wojskowe, Warszawa 2010. Timothy Snyder, Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina, Litwa i Białoruś 1569-1999, Sejny 2009. Timothy Snyder, Skrwawione ziemie. Europa między Hitlerem a Stalinem, Warszawa 2015.

Bibliografia rozdziałów: Wiosna Mirosław Hermaszewski Mirosław Hermaszewski, Ciężar nieważkości. Opowieść pilota-kosmonauty, Warszawa 2013. Władysław Hermaszewski, Echa Wołynia, Warszawa 1998. „Polak z Sojuza”, z Mirosławem Hermaszewskim rozmawia Włodzimierz Kalicki, „Gazeta Wyborcza”, „Duży Format”, 24.06.2008. Waldermar Kowalski, Mirosław Hermaszewski dla NaTemat: Ocalałem z rzezi wołyńskiej, http://natemat.pl/138643,miroslaw-hermaszewskiocalalem-z-rzezi-wolynskiej (dostęp 29.05.2016). Jan Jelinek Teksty o pastorze Janie Jelinku powstały przede wszystkim na podstawie jego wspomnień Pouštěj chléb svůj po vodě. Mé vzpomínky, które udostępnili mi jego przyjaciele z Czech – ks. Dusan Ehmig, ks. Petr Brodsky i Miloslava Žáková. Narrację pastora zredagowałem i uzupełniłem o informacje z życia Kupiczowa, zaczerpnięte z następujących książek: – Grzegorz Fedorowski, Leśne ognie, Warszawa 1965, – Václav Kytl, Václav Zápotocký, Miloslava Žáková, Z Kupičova do Staré Vlasti”, Praha 2005, – Obrázky z Kupičova, red. Václav Kytl, Miloslava Žáková, Praha 2003. – Václav Kytl, Václav Zápotocký, Miloslava Žáková, Kupičov – jak nám o něm vyprávěli, fakta a jména, Praha 1997. – Antoni Mariański, Żałobne wspomnienie, „»27 Dywizja AK«. Biuletyn

Informacyjny 2010, nr 1. Przytaczane we wspomnieniach pastora fakty, np. historię uratowanej przez niego ukraińskiej rodziny Łuciuków, potwierdzałem bezpośrednio w Kupiczowie, a także w materiałach ukraińskich, w tym: – Julija Kupczinska, Widoki duchownosti, Łuck 2011, – Mychajlo Kupczinskij, Kupicziw – minule i suczasne, Łuck 2011. Lato Przebraże M. Bohusz, H. Pawlenko, Kiwerszczina, kriz wiku i doli, Łuck 2006. Henryk Cybulski, Krwawy Wołyń’43. Wspomnienia komendanta Przebraża, Warszawa 2014. Władysław Filar, Przebraże. Bastion polskiej samoobrony na Wołyniu, Warszawa 2007. Mirosław Łoziński, Bogusław Rosiński, Obrońcy Przebraża, Lublin 1997. Iwan Puszczyk, Trahedija ykrainsko-polskoho protistojannja na Wolini 1938–1944 rokiw. Kiwerciwskij rajon, Łuck 1996. Józef Sobiesiak, Przebraże, Lublin 1973. Potwierdzenie śmierci Nikifora Klimczuka i Iwana Olchowicza w roku 1944 znalazłem w: Knyha pamjati Ukrainy, Wolinska oblast 3, Lwów 1995. Kisielin Tekst o Kisielinie jest rozbudowaną wersją reportażu Dom pełen Ukraińców, opublikowanego w „Gazecie Wyborczej” 21.06.2013. Reportaż ten otrzymał Nagrodę PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż. Pisząc go, korzystałem z pomocy Anieli Dębskiej, jej syna Krzesimira Dębskiego, a także z książki Włodzimierza Sławosza Dębskiego Było sobie miasteczko, Lublin 2013, i filmu Tadeusza Arciucha i Macieja Wojciechowskiego pod tym samym tytułem.

Jerzy i Jarema Krasowscy Wspomnienia Jaremy Krasowskiego odtwarzam na podstawie kilku dni rozmów z nim, które odbyłem w Pieczorach w roku 2015. Wspomnienia jego ojca Jerzego odtwarzam na podstawie rozmów z synem, a także trzech książek, które sam napisał: Wspomnienia Wołyniaka, Szczecin 1994; Wspomnienia Wołyniaka. Część II. Praca w PRL-u, Szczecin 1995, Wołyński oddział „Kozaka”, Szczecin 1996. Nieoceniona była również pomoc prof. Władysława Filara, przyjaciela Jerzego Krasowskiego, dzięki któremu doszło do spotkania ojca i syna Krasowskich i który jako pierwszy o nim napisał w książce Wołyń – Lublin – Warszawa 1939–1989. Wspomnienia żołnierza 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej, Warszawa 2013. Jesień Losy Ostrówek Wołyńskich i ich mieszkańców odtwarzam na podstawie książek: Leon Karłowicz, Leon Popek, Okrutna przestroga, cz. 2: Śladami ludobójstwa na Wołyniu, Lublin 1998. Leon Karłowicz, Leon Popek, Okrutna przestroga, cz. 3: Świadkowie oskarżają, Lublin 2013. Leon Popek, Ostrówki. Wołyńskie ludobójstwo, Lublin 2011. Zima Alojzy Ludwikowski Większość informacji o historii Trochimbrodu / Zofiówki podaję za książką Avroma Bendavid-Vala Niebiosa są puste, Świat Książki, Warszawa 2012, tłum. Małgorzata Szubert, a także na podstawie korespondencji z autorem książki. Zeznania Alojzego Ludwikowskiego za zbiorem relacji pt. Polacy i Żydzi. 1939–1945, opracowanym przez Stanisława Wrońskiego i Marię Zwolakową,

wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1971. Wspomnienia Betty Potasz Gold za stroną Amerykańskiego Muzeum Pamięci Holokaustu w Waszyngtonie http://collections.ushmm.org/ oraz za jej książką, napisaną z Markiem Hodermarskym Beyond Trochenbrod. The Betty Gold Story, wyd. Kent State University, 2014. O tym, jak odnaleziono ukrywających się w okolicach Przebraża Żydów, pisze Henryk Cybulski w książce Krwawy Wołyń ’43. Wspomnienia komendanta Przebraża, Warszawa 2014. Na postać sprawiedliwego Alojzego Ludwikowskiego pierwszy raz natknąłem się, czytając książkę Martina Gilberta The Righteous. The Unsung Heroes of the Holocaust, London 2002. Janina Dobrzecka Jej historię odtwarzam na podstawie książki Heleny KrzemionowskiejŁowkis, Wołyń. Opowieści prawdziwe, Janów Lubelski 2003. A także filmu Wandy Kości Mój przyjaciel wróg z roku 2014. Zainteresowanym tematem Wołynia, oprócz wyżej wymienionych, polecam także poniższe książki: Zofia Grzesiakowa, Między Horyniem a Słuczą, Warszawa 1992. Marek A. Koprowski, Wołyń. Epopeja polskich losów 1939–2013 – trzy tomy rozmów ze świadkami historii. O. Lenartowicz, Ukraińskij nacjonalno-wizwolynyj ruch na Wolini w roki Drugoj Switowoj wijny, Łuck 2011. Włodzimierz Mędrzecki, Inteligencja polska na Wołyniu w okresie międzywojennym, Warszawa 2005. Włodzimierz Mędrzecki, Województwo wołyńskie 1921–1939, Elementy przemian cywilizacyjnych, społecznych i politycznych, Wrocław 1988. Iwan Olchowskij, Kriwawa Wolin, Kijów 2011.

Wolodymyr Sierhijczuk, Poljaki na Wolini u roki drugoi switowoi wijny, Kijów 2003. Timothy Snyder, Tajna wojna. Henryk Józefski i polsko-sowiecka rozgrywka o Ukrainę, tłum. Bartłomiej Pietrzyk, Kraków 2008. Joanna Wieliczka-Szarakowa, Wołyń we krwi 1943, Kraków 2013. A także film Agnieszki Arnold Oczyszczenie z roku 2003.

Spis treści Karta tytułowa Wiosna Lato Jesień Zima I znowu wiosna Podziękowania Bibliografia Karta redakcyjna

Projekt okładki Wojtek Kwiecień-Janikowski Opieka redakcyjna Daniel Lis Konsultacja historyczna dr hab. Grzegorz Motyka Adiustacja Jadwiga Grellowa Korekta Barbara Gąsiorowska Katarzyna Onderka Opracowanie mapy Anna Styrska-Mróz Wybór i układ fotografii Iwona Kołodziej Rozdziały II z części Lato oraz IV z części I znowu wiosna ukazały się pierwotnie jako reportaż Dom pełen Ukraińców w „Gazecie Wyborczej” z 22 czerwca 2013 roku. Tekst ten wyróżniono Nagrodą PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego 2013. Copyright © by Witold Szabłowski © Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2016 ISBN 978-83-240-4372-9

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37 Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected] Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com
Szabłowski Witold - Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia.pdf

Related documents

263 Pages • 89,199 Words • PDF • 2 MB

169 Pages • 80,765 Words • PDF • 907.5 KB

169 Pages • 80,765 Words • PDF • 907.5 KB

311 Pages • 97,715 Words • PDF • 1.7 MB

810 Pages • 240,002 Words • PDF • 6.1 MB

311 Pages • 97,715 Words • PDF • 1.7 MB

593 Pages • 146,749 Words • PDF • 1.8 MB

29 Pages • 5,492 Words • PDF • 620.8 KB