Ten stary złodziej. Benek Kwiaciarz - Marek Nowakowski

263 Pages • 82,595 Words • PDF • 1.3 MB
Uploaded at 2021-09-24 17:29

This document was submitted by our user and they confirm that they have the consent to share it. Assuming that you are writer or own the copyright of this document, report to us by using this DMCA report button.


Marek Nowakowski

Ten stary złodziej Benek Kwiaciarz

Wydawnictwo Iskry Warszawa 2013

Spis treści Ten stary złodziej W komisariacie Drewniaki... albo dziewczyna kapusia Ten stary złodziej Umierający paser Porachunki garbusa Tapeta Ożenili... Fujara, czy jak go tam W wolny wieczór Cela osiemdziesiąta ósma Trzyczwartak Powrót Kwadratowy Przymałe buty Benek Kwiaciarz Benek Kwiaciarz Chłop, który zmarniał Złoto Skarb w Srebrnym Jeziorze Sielanka Wyjazd Józwa Busio Maniuś Kropa Chamuś Interes Metryczka książki

Ten stary złodziej

W komisariacie Na Annopolu doliniarze powiadają: „Wspólnik jest jak brat”. Było ich trzech. Chodzili razem na roboty. Wpadli, spaskudziwszy pewien zarobek, zdaje się, mieszkanie „ciepłego” doktora. Tego wieczoru w aresztach panowało przepełnienie. Zawieziono ich autem na peryferie miasta, do malutkiego komisariatu. Rozziewany dyżurny wpisał do książki zatrzymań. Pokiwał głową na wskazówki konwojentów. Wpatrywał się przez chwilę w ćmę wirującą przy żarówce. Przetarł kułakiem zaczerwienione oczy i kazał zaprowadzić ich na dół. Wbrew przepisom znaleźli się razem. Celka była mała i ciemna. Połowę powierzchni zajmowała drewniana nara. Najmłodszy z nich, zwany Kaczorem, roześmiał się u drzwi. – Klops, ale razem – powiedział. Dwaj pozostali dostrzegli w mdłym świetle, sączącym się z korytarza, jego twarz rozbawioną, twardą. Ten w kraciastej marynarce szukał czegoś za podszewką kieszeni. Wygrzebał kilka połamanych i skruszonych papierosów. Wybrał najlepszego. Zapalił o niewielki kawałek siarczanej trzaski, chciwie wciągnął dym. Patrzył w twarz najstarszego, Władka Gałusa. Gałus przesunął ręką po zabłoconej narze. – Twarda – mruknął, zastanowił się i dodał – znów trzeba kimać na twardym. Kaczor usiadł na deskach, skrzyżował nogi i oparł się o chłodną ścianę. Ten w kraciastej marynarce podniósł zardzewiałą pokrywę kibla. Zajrzał z odrazą. – Dawno nieużywany. – Splunął do środka. Gałus stał nieruchomo w przestrzeni rozjaśnionej światłem płynącym z korytarza. Był to chłop już stary, o rzadkich włosach. Wąskie usta długą linią przecinały spoconą twarz. „Zawsze się poci” – zdziwił się Kaczor. Na schodach, prowadzących do aresztu, rozległ się hałas. Tupot kroków. Głuchy odgłos, zapewne padającego ciała. Głosy zbliżały się. – Za Boga nie wejdę! Nie, nie! – chrypiał ktoś. – Wejdziesz, wejdziesz – rozciągliwy i zdyszany głos tryskał tajoną pasją.

– O rany, za co!? Potem ucichło. – Dołożyli klientowi – stwierdził Kaczor. – I już siedzi w puszce – dodał ponuro Gałus. Usunął się ze smugi światła. Teraz widać było tylko ciemną postać i zmienny błysk oczu. – Mój brat – powiedział – też był wielki kozak. Nie pękał nigdy. Kuli go tylko w amerykanki... – Co z nim? Kaczor poruszył niecierpliwie ręką. – Będzie rok jak wykitował... na miechy. „Po co o tym gada?” – zastanowił się ten w kraciastej marynarce. Powoli zdjął z siebie amerykański ciuch. Złożył w poduszkę i rzucił na skraj drewnianego łoża. Był zły i senny. Kaczor obmacywał swe wiśniowe buty. Przetarł rękawem do połysku, skończywszy, rzekł: – Jeszcze niekiepskie. – Uśmiechnął się do tych butów jak do lustra. Zapadła cisza. Gałus oddychał świszcząco, ciężko. Kaczor przygładził pokręconą i szorstką czuprynę. Lubił ją w dotyku. – Niedługo zetną – przerwał ciszę. – Dlaczego? – zainteresował się bezmyślnie ten w kracie, wytrącony z drzemki. Zamiast odpowiedzi Kaczor zagwizdał przenikliwie. Gałus wysunął rękę do światła, zacisnął palce i powoli wyprostował, jakby z zadowoleniem przypatrując się tej czynności. Nie podnosząc wzroku, zaczął: – U mnie już siódmy raz... Kaczor poruszył domyślnie głową. – Recydywa. – Przed wojną jeszcze – ciągnął Gałus – to była Daniłowiczowska... – Teraz ani śladu – wtrącił ten w kracie. Gałus obnażył rękę do łokcia. Była wyschnięta, rzadko owłosiona, pokryta wyblakłymi tatuażami. – Stamtąd – powiedział. Przysunęli głowy. Nad przegubem rysował się kształt przypominający kielich, karta z wyraźnym asem treflowym i dwa noże. Półkolisty napis „To mnie gubi” okalał ten stary wzorek. – Słabo kłute – ocenił Kaczor, marszcząc krostowate czoło. Sam miał ładne, solidnie wykonane tatuaże. Robił mu Jojny, najlepszy na Gęsiówce artysta. Gałus spuścił rękaw. Począł chodzić. Tego spaceru wychodziło ledwie cztery kroki. Od kibla do drzwi. Ponad siedzącymi cień jego poruszał się niepokojąco

na ścianie. Wodzili wzrokiem, poruszając głowami. Chodził szybko więziennym, nerwowym sposobem. Zadyszał się i oparł plecami o drzwi. Zaskrzypiały leciutko. Zadarł głowę, wpatrując się w małe okienko zagubione pod sufitem. – Cholernie ciepła noc – burknął. Kaczor ziewnął i też podniósł głowę. – W taką noc – powiedział – dziwki są najłatwiejsze. Z kąta nary długie westchnienie. Ten w kraciastej marynarce jeszcze nie spał. Z zewnątrz przybiegł do nich stłumiony głos syreny. „Wedel” – uśmiechnął się Kaczor. W Wedlu miał dziewczynę. Ułożyli się do snu, podkurczając nogi. Na twardym czas wlókł się wolno. Kaczor przypomniał sobie tę z Wedla. Pierwszy raz dała w gębę, lecz nie ustąpił. Potem pomyślał o innej, też fajnej dziewczynie. Zdawało mu się, że przeleżał do północy. Powiedział w ciemność: – Pierwsza noc najgorsza. – Pragnął usłyszeć czyjś głos. Bolały nogi. Przewracał się, nie mogąc obrać wygodnej pozycji. Nie był pewien, czy oni już śpią, więc powtórzył: – Najgorsza... – Zamknąłbyś gębę – głos Gałusa brzmiał głucho. – Budzisz... zamknij się – zawarczał jeszcze. Teraz Kaczor był pewien, że stary nie spał. „Więc o co mu chodzi?”. Manewrując zdrętwiałą nogą, zaśpiewał na złość. Śpiewał fałszywie. Próbował ciągnąć, lecz wychodziło ochryple. Ten w kraciastej marynarce zachichotał. Kaczor brnął przez drugą zwrotkę. – Jam... złodziej, czarodziej, przede mną wielki, otwarty jest świat, w niejednej ja ciurmie... Gałus szybko zlazł z desek. Stanął przy kiblu, znacząc ciemność jeszcze ciemniejszą bryłą swej postaci. Walnął nogą w drzwi. Uderzenie rozległo się spłoszonym echem po piwnicznym korytarzu. Gdy już wygasło, krzyknął: – Ty, czarodzieju! – Po namyśle powtórzył: – Ty... ty, ty. – Znieruchomiał. Potem już spokojnie wyjaśnił: Nerwy, stare nerwy. Kaczor śmiał się bezgłośnie. Gałus postękując, ułożył się na deskach. Oddech miał trzeszczący. Wkrótce zachrapał. „Szybko” – pomyślał sennie Kaczor. Obracał w myśli to słowo coraz leniwiej, coraz wolniej, wreszcie utknął na środkowej literze. Z okienka spłynął blady świt. Jeszcze spali. Ten w kracie z rozdziawioną gębą, Kaczor zwinięty w kłębek i Gałus pojękujący dziwacznie. Ktoś szedł korytarzem. Podkute buciory. Zatrzymał się. Zgrzyt klucza w zamku, jękliwy jak płacz dzieciaka, który dostał po tyłku. Ciężkie okute

blachą drzwi rozwarły się szeroko. Pierwszy zerwał się Kaczor. Przetarł zapuchnięte oczy i wykrzyknął przeciągle: – Pobudka! Wspólnicy zerwali się ogłupieni krzykiem. Milicjant uśmiechnął się szeroko. Uśmiech znaczył policzki zalotnymi jak u dziewczyny dołeczkami. Gębę miał wesołą. Młody. Rosły. „Powiodło mu się” – pomyślał zawistnie Kaczor. Dostrzegł srebrną obrączkę na palcu. –„Powiodło mu się z kobitą”. Milicjant obrzucił ich uważnym spojrzeniem. Znów się uśmiechnął. – Spało się jak w puchu?! – Tylko łóżko brudne. – Może wyszorujecie? – Po co? – warknął Gałus, dławiąc się astmatycznym kaszlem. Milicjant przygładził zmoczone, przylepione jak hełm włosy. Już za drzwiami powiedział: – Zaraz będzie kawa. – Kawa – powtórzył w zamyśleniu Kaczor. Patrzył na twarz Gałusa. Nigdy właściwie nie zwracał na nią uwagi. Stara i wszystko. Gałus gębę miał szarą i zmęczoną. Pod oczyma żółte torby. „Stary urke” – pomyślał Kaczor, dumny z takiego wspólnika. Zauważył, iż ręce Gałusa drżą nieustannie, denerwująco. Ta wpadka rozkleiła go – był pewien. Uczuł niepokój podskakujący do gardła. Z okienka przybiegł babski głos: – Józiu, nie zapomnij bułek! Okienko wychodziło na podwórze kamienicy. Widać było szary kawał przeciwległej ściany. Ożywili się: – Bułki... – zastanowił się ten w kracie. – Stara – burknął Kaczor. Myślał o kobiecie, która wołała na chłopca. Gałus westchnął. Oczy jego były rozbiegane, płoszyły się. Spotkawszy spojrzenie Kaczora, wyjaśnił śpiesznie: – Reumatyzm, łamie w kościach. – Podciągnął opadające spodnie. Mruknął: – Źle, że zabierają paski. – Był bardzo chudy. W jego gaciach zmieściłby się jeszcze jeden taki. Wyciągnął rękę i zasłuchał się. – Tramwaj – powiedział szeptem – na pewno „dwójka”. Jedzie pod sam dom... do mnie. – Gdzie tam tramwaj – przeciął Kaczor – stąd nie słychać. Na wierzchu dłoni Gałusa widać było półksiężyc z gwiazdami. Też bardzo wyblakłe. Kaczor policzył gwiazdy. Trzy. Gałus potarł policzki. Zachrzęścił zarost.

– Nim wezmą – mówił – każemy sobie fryzjera. Ładnie ogoli. – Westchnął, jakby tęskniąc za fryzjerem. Kaczor spojrzał nań podejrzliwie i też potarł policzki. Miał zarost nikły – puszek prawie. „Może stary kpi?”. – Przygładził pogniecioną klapę. Splunął na dłoń, próbując rozetrzeć załamania. Dostrzegł wiele plam. Spoglądając na największą, zajmującą pierś, powiedział marzycielsko: – To było w „Smakoszu”. Ten w kracie, który zalał się wtedy, podniósł głowę – uśmiechnął się głupawo. To on zrobił Kaczorowi tę plamę. Na schodach zabębniły kroki. Rumiany milicjant stanął w progu. – Panie starszy – powiedział z uśmiechem – na przesłuchanie. Gałus ostrożnie obmacywał obwisłe policzki. Milicjant pokiwał głową. – Wyjaśni się, wyjaśni... grunt się nie przejmować – powiedział przyjaźnie. Gałus dźwignął się powoli z desek. Wyszedł z pochyloną głową. Patrzyli z tępą uwagą w obite blachą drzwi. Kroki oddaliły się. – Zakapuje – powiedział Kaczor. Splunął. Trafił w futrynę okienka. – Na pewno zakapuje. Rozkleił się. Ten w kracie burknął: – Rok nie wyrok, dwa... – Będzie więcej – przerwał Kaczor. Ten w kracie począł przeszukiwać zakamarki podszewki. Na dłoń szeroką jak łopata wytrząsnął nieco tytoniu. „Miał twarz takiego, co sypnie” – Kaczor przypomniał sobie twarz wychodzącego Gałusa. Fałdami zwisająca twarz. „Do końca sypnie, do końca!”. – Z desperacją machnął ręką. – Uważaj – warknął ten w kraciastej marynarce – tytoń. – Ostrożnie skręcał papierosa. Z podwórka doleciał hałas. Pisk. Śmiech. „Może już gada ze śledczym – rozmyślał Kaczor. – W tym pokoju jest biurko, w kącie zielona szafa. Protokólik. Śledczy zapisuje skwapliwie. Uśmiecha się. Pociesza”. Ten w kraciastej marynarce dopalał już papierosa, gdy Kaczor odezwał się: – Trach! Podpisał. Minęła godzina, może więcej, kiedy rozróżnili na korytarzu kroki. Energiczne, szybkie – należały do milicjanta. Powłóczące – to szedł Gałus. W drzwiach zakaszlał ciężko. Krztusił się, wybałuszając oczy. Drzwi trzasnęły ciężko. Gałus rozejrzał się, westchnął:

– Ale tam gorąco... Mówiłby więcej, lecz dostrzegłszy twarz Kaczora, przerwał. Kaczor uderzył krótkim sierpem. Trafił w nos. Głowa Gałusa obiła się o drzwi. – Łachudro – wykrztusił Kaczor. Ten w kraciastej marynarce zaszedł z boku i machnął też... Gałus mamrotał coś, prychając jak kot. Nie zrozumieli. Upadł. Grzebał się na betonie. Rybio otworzył usta. Pięść Kaczora wyciągnęła go równo przy kiblu. Zakrył twarz. Kopnęli parę razy. Stękał, mocno zacisnąwszy palce na oczach. Przestali tłuc. Kaczor spoglądał na leżącego, powiedział dysząc: – Charakternie zrobione, sam chyba wiesz najlepiej. Ten w kracie odgarnął włosy. Ręce wytarł o spodnie. – Zapaliłbym – powiedział ochryple. Zwrócił twarz do drzwi. – Idzie gliniarz – szepnął. Zasłonił Gałusa, który leżał spokojnie. Wpatrywał się jednym okiem w ścianę. Drugie, sino zapuchnięte, przymknął. Z nosa szedł ślad krwi aż pod brodę. Wyglądał wstrętnie. „Jak rozpracowany kapuś” – pomyślał ten w kracie. Milicjant mocował się z zamkiem. Szarpał. Klął. Przestawał. Wtedy posłyszeli cichy, lecz wyraźny szept z betonu. – To po was... gadajcie, jak umówiliśmy się, ja nic więcej nie powiedziałem... Ten w kraciastej marynarce spojrzał na Kaczora. Kaczor oglądał dłonie pokryte grubymi żyłami. Drzwi uchyliły się... – Następny do golenia – powiedział milicjant z uśmiechem. Widać ich twarze były dziwne, gdyż przestał się uśmiechać i tylko skinął na Kaczora. Ten w kraciastej marynarce zaklął szpetnie. Został sam z Gałusem, któremu wciąż ciekła krew z nosa. Zerknął ukradkiem. Dostrzegł na opartej o kibel dłoni starego zabłocony ślad po obcasie. „Jego czy mój” – zastanawiał się. Wyciągnął złożoną starannie chustkę. Była śnieżnobiała, nieużywana. Przed wpadką wziął z domu. – Wytrzyj się – powiedział niewyraźnie. Śledził palce Gałusa wolno bębniące w pokrywę kibla. Zdawało mu się, że Gałus skrzywił się boleśnie. – Wszystko przez tego gówniarza – dodał szybko – ja od razu wiedziałem, że ty nie... – nie wiedział, co powiedzieć dalej. Bębnienie w kibel ustało. Gałus syknął, dotykając wargi. – Piecze... Ty też niekiepsko bijesz – wskazał na spuchnięte, burakowego koloru ucho. – Iii – zwątpił ten w kracie. – Pary w łapie to ja nie mam. – Masz, masz – nie zgodził się Gałus. Ten w kraciastej marynarce usiadł na brzegu nary. „Leży jak w łóżku po

wielkim pijaństwie” – stwierdził, patrząc na beton. Gałus unosząc głowę, odezwał się leniwie: – Dobrze, że tego wszystkiego z moją gębą nie zrobiliście przed... Na górze jest moja kobita... Piecze – znów syknął i leciutko musnął wargę. Ten w kraciastej marynarce pokręcił przecząco głową. Wiedział, że przed na pewno nie zrobiliby tego. – Piecze jak cholera – stęknął Gałus. – To on cię tak załatwił – pośpieszył z wyjaśnieniem ten w kraciastej marynarce. Palce zacisnął na jednym guziku marynarki. Pociągnął silnie. Guzik ustąpił wraz z kawałkiem materiału w delikatną niebieską kratę...

Drewniaki... albo dziewczyna kapusia – To był kiedyś dobry urke – powiedział niższy z mężczyzn – i charakterny jak mało kto. – Uhm... – mruknął chudy o twarzy małej i trójkątnej; suwał dłonią po lepkiej ceracie. Knajpa już pustoszała. Barmanka spoglądała nieprzyjaźnie. Chudy wysączył chciwie odrobinę piwa. – Ostatnio – odezwał się, nie przestając poruszać dłonią – siedziałem z nim pod jedną celą... on ciągle biegał z językiem do naczelnika. Wspólników sypał. Była z niego straszna kurwa – zakończył i ścisnął dłoń. – Straszna... – powtórzył niższy przeciągle. Z zewnątrz ktoś walnął w drzwi. Brzęknęły przejmująco szyby. – Psiakrew – mruknęła barmanka. – A dziewczynę ma dobrą – szepnął chudy, obgryzając uporczywie paznokcie. Dłoń miał szeroką, białą, z niebieskimi, grubo węźlejącymi żyłami. Niski przeciągnął się leniwie. Wzięli czapki i wyszli na ulicę. Chłodny wiatr bił w twarze. Przechodniów było niewielu, wszyscy w płaszczach z podniesionymi kołnierzami. Mały pociągnął kumpla za rękaw. Przystanęli. – Tyle go znałem – mruknął – i nigdy bym nie przypuszczał. Chudy twarz miał teraz zaciętą, błyszczącą ślisko światłem pobliskiej latarni. – Należy mu się – powiedział głucho – należy. Szli, milcząc. Niski nadążał z trudem, gdyż chudy wyciągał porządnie nogi. Na roku krzątały się już dziwki. Chodziły pojedynczo lub po dwie. Mężczyzn prosiły o ogień, zagadywały przymilnie. Stróż w bramie owinął się szczelnie baranim kożuchem, wysunął nogi i zapatrzył się gdzieś ponad domy. Ci dwaj rozglądali się uważnie. Niski pozdrowił jedną z dziwek, krzywą i pryszczatą. – Jeszcze jej nie ma – odezwał się chudy. Ten niższy pokiwał głową. – Ona wychodzi później – mruknął. – Może w ogóle nie przyjdzie? – zatroskał się chudy. – Może już czeka na niego?... Niższy z mężczyzn oparł się o ścianę. Był jeszcze niestary, ale pomarszczony

i łysawy. Spojrzenie miał przygaszone, wypełzłe. – Kupę czasu – rzekł wreszcie – nie widziałem go... kupę, będzie ze trzy lata. Ostatnim wyrokiem... – urwał i podniósł się na palcach. Chudy spojrzał za nim. Dziewczyna, na którą czekali, stała na przystanku, kołysząc niedbale torebką. Jej włosy były bardzo jasne i długie. Facet z teczką spoglądał na nią ciekawie. Postąpił krok naprzód i utknął niezdecydowanie. – Już przyszła – szepnął mały. – I od razu – zauważył jego kumpel – ma klienta. Dobrego frajera – dodał – widać, że panisko. Zarobi – zaszeptał jakby do siebie – kupi mu wódy, wszystkiego... – Potarł twarz, która stała się gorąca. Dziewczyna roześmiała się głośno i odrzuciła daleko na jezdnię niedopałek. Stanęła pod latarnią. Zauważyła tych dwóch. Przywitali się w milczeniu. Chudy przygryzł wargi i opuścił wzrok. Prawie dotykały go jej piersi, wysokie i pełne, obciśnięte jaskrawym sweterkiem. – Widzieliście Sztajera? – głos dziewczyny dźwięczał nieco chrapliwie. – Spił się i bije frajerów. Szczęścia szuka. – Śmiech wyżłobił dołeczki w policzkach. Czuli zapach ostrych perfum. Niższego ujęła pod brodę. – Smutni – zauważyła – niedoprawieni. – Poszperała w lakierowanej torebce. – Macie – rzekła wesoło – na ćwiartkę. „Zadowolona – pomyślał chudy – bo wie, że on”... – Odsunął rękę dziewczyny. – Twój chłop – warknął – będzie tutaj dziś przed północą. Spoważniała i skinęła głową. Była to ładna i młoda dziwka. – Przed północą – powtórzył mały. Ten drugi podrzucał na dłoni pudełko z papierosami. – Twój chłop – powiedział, marszcząc dziwnie twarz – to... – urwał i schował pudełko do kieszeni – to wielka kurwa... Patrzyła nań wyczekująco. – Kapuś – dodał. Mały uśmiechnął się wstydliwie. – Pojedziem po niego na dworzec – rzekł chudy. Uniosła wysoko brwi. – Razem – wyjaśnił mały – przecież to stary nasz kumpel. – Splunął i długo rozcierał butem ślinę. Chudy przypatrywał się dziewczynie spod przymrużonych powiek. „Twarz okrągła, świeża – zdziwił się. – Nie wygląda na dziwkę”. Zderzył się z jej wzrokiem odległym i czystym. Teraz spojrzenie utkwił w chodniku. „Dziwka –

bezgłośnie powtarzał – dziwka...”. Mały znowu zmarszczył się wstydliwie. – Jak możesz – powiedział łagodnie – pracować na takiego łachudrę. Jak możesz? – I to jeszcze tak... – wyrzucił z siebie chudy. Jej twarz nie zmieniła wyrazu. Pewna i otwarta. – Kiedy siedziałem z nim – mruknął chudy – to prawie co tydzień dostawał od ciebie forsę... myślisz, że dziękował? Klął, że mało... – Więcej nie mogłam – wtrąciła gwałtownie – niewielu teraz porządnych klientów. – Głupiaś – syknął chudy – zupełnie głupiaś! Takiemu nygusowi – powiedział głucho. – No, ale on dziś wraca, nareszcie wraca – dodał mściwie. – Weźmiem taryfę – rzekł niski – i podskoczymy razem. Cofnęła się o krok i opuściła głowę, gładząc torebkę. – Jasne, że razem – rzekł chudy. Głos jego był ostry, nieprzyjemny, chusteczką ocierał twarz. Zatrzymali małego, odrapanego opla. – Wschodni – rzucił chudy. Taksówka, parskając i dygocąc, ruszyła naprzód. Wcisnęli się w siedzenie. Chwilami ich twarze ukazywały się dokładnie w świetle mijanych latarń. Ten mały trącił swego kumpla w plecy i wskazał na dziewczynę skuloną, zmartwiałą. Chudy przeklął szeptem. „Myśli...” – był pewien, że o nim myśli. Taksówka zatrzymała się gwałtownie, wytrącając ich z odrętwienia. W brudnej poczekalni dworcowej żółte, mdlące światło ukazywało zmęczone i senne twarze ludzi. Wiejskie baby, obłożone tobołkami, dzieci skulone w pokraczne kłębki, chrapania cienkie i długie... drażniący poświst zakatarzonego opoja. Środkiem przechadzał się wyprostowany, o chmurnej twarzy milicjant. Przy bufecie zarośnięty włóczęga prawił coś pijanym, plączącym się głosem. Zatrzymali się pod oknem, z którego widać było czarne płaszczyzny peronów. Z dala dochodził zdarty głos megafonu. – Już niedługo – zauważył niski. Dziewczyna rozpłaszczyła twarz na szybie. Chudy uśmiechnął się krzywo. „Fajna dziwka – pomyślał – fajna”. Mały wskazał ukradkiem jej pełny, zgrabny zadek. Zmarszczył obleśnie twarz. Chudy przełknął głośno ślinę. Od wyjścia z więzienia nie miał jeszcze żadnej dziewczyny. – Słuchaj – zaczął chrapliwie – po co ci to wszystko? Zwróciła doń twarz. – Po co ci – powtórzył – taki chłop? Zarobić, nie zarobi. Nie umie. Tylko chla

i przecież ciągle cię tłucze. Wydęła usta. – Wiem, wiem – rzekł gwałtownie – ile już razy chodziłaś z podbitymi ślepiami. – Oddychał nierówno. – I niszczysz się – dodał zmęczonym głosem – ciągle na rogu... to zdrowie odbiera... A on – splunął – jeszcze kręcił z innymi dziwkami. Całą stajnię miał... Dziewczyna zacisnęła usta. – Tak – powiedziała cicho – bić, to on porządnie bił. – Poczęła kiwać głową, jakby skandując przypominające się przeżycia. – Jak tylko miał to zrobić, zaraz zapalał papierosa – mówiła. – Walił cichcem i włosy mu zawsze spadały na oczy. Długie nosił – dodała wyjaśniająco. Jej twarz złagodniała, wzrok skrył się pod opuszczonymi powiekami. Chudy mocno zacisnął garść. „Głupia kurwa – żuł ze złością – głupia...”. – Tak, tak – westchnęła. Mały poruszył znacząco ramionami. Jego chudy kumpel gniótł ze złością papierosa, wreszcie przełamał go i odrzucił. – Ostatnio – odezwała się dziewczyna – przed samą wpadką też dał mi wycisk. Niekiepski. – Podniosła wzrok na tych dwóch. Zobaczyła wymiętą twarz niskiego i złą, pełną zaciętości chudego. – Ale z tym już będzie koniec – dodała pospiesznie – nie dam się... Chudy uśmiechnął się smutno. – Koniec – powiedział przeciągle. – To zależy od niego. A później znajdzie inną, co lepiej trafia, wtedy kopnie ciebie. Nie odpowiedziała, lecz twarz jej mówiła, że nie wierzy w to. – Dziewczynę taką jak ty – mówił dalej chudy – inny by na rękach nosił... nie puszczałby na ulicę... Ubrać jak lalkę i chodzić na roboty chce się wtedy... bo wiadomo, dla kogo się trafia. – Spoglądał na nią zachłannie. – Pewnie – wtrącił mały, poziewając. – Musisz skończyć z tym – rzekł głucho chudy. – Koniecznie. Uważnie patrzyła w ciemność za oknem. Milicjant zmierzył ich długim spojrzeniem. Mały wtulił głowę w ramiona i poruszył się niepewnie. – Bo on – kończył chudy – nie umie cię uszanować. Odwróciła się od okna. Teraz jej twarz wyrażała trudny, bolesny prawie namysł. – Taki chłop jak on – mówił szybko z nadzieją w głosie chudy – co to za chłop... Przerwała, wyciągając rękę. Przypatrywała mu się kpiąco. – Wcale nie byle jaki – rzekła głośno. – Gust to ja mam. Jest przystojny – uśmiechnęła się łagodnie. – Ma takie cygańskie oczy – szepnęła – takie, że aż...

– przeciągnęła się rozkosznie. – Musi mieć dobrego zaganiacza – wtrącił mały – bo go tak wspominasz. Chudy przygryzł wargi. – I włosy – mówiła miękko – długie, falujące... A na szyi czarny pieprzyk... mało który chłop ma taki pieprzyk... Tak, tak – dodała, zobaczywszy kpiącą gębę małego – wielu już znałam i żaden... W ogóle... – zakończyła gwałtownie. Przyjrzała się teraz chudemu o małej trójkątnej twarzy, jakby porównując. Przykulił się trochę pod jej chłodnym i dokładnym spojrzeniem. Ten mały zachichotał. Babina śpiąca obok na drewnianych skrzynkach jęknęła rzewnie przez sen. Pan w pumpach oparł brodę o laskę. Chudy poruszył się niecierpliwie. – Niby nie jesteś trąba – podjął znowu – chodzisz do miasta... a tak oślepłaś. Przecież on tylko leci na twoją forsę. – Wczepił się palcami w parapet. – I listy od innej dostawał – rzekł niedbale – a jak jej odpisywał... Twarz dziewczyny skurczyła się. – Jak? – spytała. – Ano – odparł chudy – tak jak się pisze babie, która mocno w łeb wlazła. – Nie powinnaś tak za nim obstawać – wtrącił stanowczo mały. – Z innym lepiej byś wygrała – dodał, spoglądając znacząco na swego chudego kumpla. Zamyśliła się, bębniąc palcami w szybę. – Niekiepska – szepnął mały, a po chwili mlasnął śmiesznie, chudy przytaknął skwapliwie i przymrużył oczy. Podeszli do drzwi. Za parę minut powinien nadejść pociąg z Siedlec. Tym pociągiem przyjeżdżał on, jej chłop. – Pamiętaj – szepnął do niej chudy – nie odzywaj się do tego ciapciaka, ja z nim załatwię. – Nic, ani słowa – przyłączył się mały. Nie odpowiedziała, tylko nieznacznie pokiwała głową. Z torebki wyjęła szminkę i podmalowała usta, uważnie przeglądając się w lusterku. „Dla niego” – pomyślał ze złością chudy. Z głośnika rozległy się bełkotliwe, zlewające się słowa. Ten kapuś szedł szybkim krokiem, wysunąwszy do przodu głowę. Kołysał się w ramionach. Ubranie na nim wisiało, wymięte i obszarpane. Minął budkę biletera i dopiero wtedy dostrzegł ich. Zatrzymał się i rozchylił usta. Dziewczyna wpatrywała się weń z łapczywą dokładnością. Włosy krótkie, bez połysku, twarz blada, lecz ta sama, dobrze jej znana, z lekkim, drwiącym grymasem. Usta zacisnął w wąską upartą linię. Postąpił krok, jakby chcąc ich minąć. Przesunął dłonią po krótkich sterczących włosach. – Przyszłaś – mruknął. Jego wzrok ślizgał się po twarzach tych dwóch, którzy

tkwili nieruchomo. – Przyszłaś – powtórzył i wyciągnął do niej rękę. Długo zapalała papierosa. Gwizdnął leciutko. – Nie chcesz! – rzekł, nie przestając spoglądać na tamtych. Rękę wsunął za marynarkę. „Nadrabia miną” – pomyślała dziewczyna. Widziała, jak krzywił się złośliwie. Znała te jego miny dobrze. Podciągnął opadające, dziurawe na kolanach spodnie. Chudy chrząknął wymownie. – Przyszliśmy – rzekł ochryple – przywitać... – Tak, tak – powiedział piskliwie ten mały. Kapuś milczał, omijając ich spojrzeniem. Zgarbił się trochę. Dziewczyna zdusiła w palcach papierosa. Wyszli. Ci dwaj po bokach kapusia i jasnowłosa dziewczyna parę kroków za nimi. Po ciężkiej, pełnej zaduchu atmosferze poczekalni ogarnęło ich rześkie, nieco wilgotne powietrze jesiennej nocy. Chudy odetchnął głęboko, zatrzymał się nieznacznie i mocno ścisnął łokieć dziewczyny. Na kozłach dorożek drzemali woźnice. Niebo wisiało ciężkie, skołtunione. Gdzieś wzbił się przenikliwy gwizd. Ich buty stukały głucho. Kapuś szedł niedbale, rozbujanym krokiem. „Tak zawsze chodzi” – pomyślała dziewczyna. On zaś obejrzał się na nią. Parsknął gardłowym śmiechem. – Głupia suka – mruknął półgłosem. Znów zaśmiał się. Drgnęła, lecz szybko opanowała się. „Podskakuje – myślała łagodnie – jak zwykle podskakuje... udaje kozaka”. Szli teraz wzdłuż płotu. Chudy jeszcze raz chwycił rękę dziewczyny, zakaszlał znacząco i machnął krótkim ciosem z boku. Głowa kapusia odskoczyła jak piłka. Mały szczeknął nieprzyjemnym śmiechem i odsunął się ostrożnie. „Teraz – uznał chudy – walnę łbem i wezmę pod obcasy”. Złapał kapusia za klapy i... nagle otrzymał od tyłu mocne, krótkie uderzenie w ciemię. Zachwiał się i opuścił ręce. W głowie zawirowało. Gdy otworzył oczy, kapuś już był daleko. Jego sylwetka rozpływała się w ciemności. Mały próbował gonić go niezgrabnie, ale wkrótce przestał, dysząc i przeklinając. Dziewczyna stała na jednej nodze, niezdarnie utrzymując równowagę, i wkładała but. – Ty... ty... – chudy szukał z wściekłością słowa. Potarł obolałą głowę. – Klops – posłyszał zadyszany głos małego kumpla – ona jest strasznie za nim. Chudy dostrzegł jej twarz spokojną, nieprzeniknioną, zdawało mu się, że z leciutkim uśmieszkiem.

– Puścił krew – powiedziała cicho – nie mogłam patrzeć i... Przerwał jej. – Buty to masz niezgorsze – powiedział już spokojnie i jeszcze raz potarł głowę. Syknął. – Drewniaki – wyjaśniła krótko dziewczyna. „Charakterna – pomyślał z uznaniem Chudy – charakterna jak mało kto...”.

Ten stary złodziej Synek czekał zapewne na kogoś przy kiosku. Mrużył oczy i spoglądał w wylot ulicy. Poszperawszy w kieszeniach, zapłacił za piwo. Właśnie wtedy z bramy naprzeciw wyszedł stary chłop o bladej, pomarszczonej twarzy. Od razu dostrzegł Synka. Przygarbił się trochę i przyspieszył kroku. Lecz Synek podbiegł, zastępując mu drogę. – Siemasz – uśmiechnął się szeroko. – Czekałem. – Zaciągnął na piwo. – Pij – mówił – w taki gorąc nie ma jak piwo. Stary zdmuchnął pianę, popijał drobnymi łykami. – Dobrze, że przyszedłeś – powiedział Synek. – Mam coś na oku... – Przygładził włosy i przysunął się bliżej. – Wypatrzyłem – szepnął – dobrą robotę... i pewną. Stary otarł rękawem usta. – Dobra robota – wtrącił, spoglądając gdzieś w bok – to jeszcze nic, musisz mądrze się zabrać... pamiętaj... – Zamilkł i dziwacznie skrzywił usta. – Polecę – mruknął, odstawiając kufel – spieszę się... Synek chwycił go za rękę. – Wiem – powiedział szybko – wiem, że trzeba brać się mądrze... właśnie dlatego – trącił starego w pierś – chcę z tobą... Ty – rzekł z uznaniem – umiesz zabierać się do interesu... Pogadamy... – Pociągnął go silnie za guzik. – Uważaj – mruknął stary – urwiesz. – Rozejrzał się wokoło. Wyciągnął chustkę. Gniótł ją chwilę w ręku i znowu schował do kieszeni. – Myślisz, że wstawiam farmazon – obruszył się Synek. – Pamiętam – powiedział – jak pod celą opowiadałeś o robotach... Przecież spółdzielnia na Krochmalnej... – Zaśmiał się chytrze. – Wiem, wiem... ty ją załatwiłeś. Czysta robota – ożywił się bardzo. Poczerwieniał. Na skroniach błyszczały kropelki potu. „Gówniarz – pomyślał stary – gówniarz i tabaka”. – Szarpnął kołnierzyk. – Nie lubię – burknął – mieć ciasno pod szyją. Nie lubię – powtórzył ze złością. – ...To była czysta robota – posłyszał głos Synka. – Ciszej – syknął stary złodziej – nie drzyj się tak. – Potem jakby wstydliwie dodał: – E tam, wcale taki kozak nie byłem.

– Byłeś, byłeś – upierał się Synek. Stary złodziej opuścił głowę. – Moja – przypomniał – czeka z obiadem... Poszli za kiosk. Tam usiedli na beczkach. Zapalili. Synek przeciągnął się, aż zatrzeszczały kości. Był teraz zadowolony i pewny. – Tylko ciebie uważam z tych wszystkich urków – mówił – bo inni to popaprańcy. Stary mruknął coś niezrozumiale. – W ogóle – powiedział Synek – lubię starszych wspólników... oni, wiadomo... – Ma się rozumieć – odezwał się stary złodziej i zdusił o beczkę niedopałek. W ustach czuł gorycz. Splunął. – Jeszcze pod celą – ciągnął Synek – myślałem, żeby z tobą... Dobrze, że wyszedłeś – uśmiechnął się – zarobim razem. Stary złodziej słuchał z półotwartymi ustami. – Nie mam już takiej wprawy – wtrącił. Zastanowił się. – Długo siedziałem... Synek usadowił się wygodniej. Podciągnął spodnie. Marynarkę złożył starannie i położył obok. – Gorąco – mruknął. Stary z namysłem oglądał dłonie. Były suche, małe i niewypracowane. – I nie znam chodów teraz – odezwał się – właściwie rozejrzałbym się jeszcze... – Spojrzał niepewnie na Synka, przełknął głośno ślinę. Grdyka podskoczyła mu śmiesznie. Synek przechylił się i poklepał go lekko po plecach. – Ty nigdy nie pękasz – rzekł Synek. – Wiem – zakończył i ziewnął. Stary złodziej odwrócił głowę. Na balkonie ktoś trzepał z rozmachem dywan. Uśmiechnął się krzywo i sztucznie. – Nie pękam – powiedział cicho – bo tyle już lat... to i przyzwyczaiłem się. – Wyciągnął chustkę. Ocierał twarz. Synek rozkraczył szeroko nogi. Rozchełstana koszula odsłoniła jego owłosione i poznaczone tatuażami piersi. „Też go nazwali – zdziwił się stary – Synek”. Było to przecież chłopisko wielkie i nie takie młode, z gębą zarośniętą pod oczy. – Jaka to robota? – zapytał, gniotąc chustkę – jaka? – Komis – wyjaśnił Synek – ładnie stoi i nigdy jeszcze nie był robiony... Chodzę już długo koło niego – powiedział. Wstał i założył marynarkę. „Wielki mi fachowiec – pomyślał stary złodziej – wielki...” – i schował chustkę. Poszli spacerkiem. Synek spoglądał za dziewczynami.

– Jak zarobimy – gadał – to dziwek będzie, ile wlizie... Dziwki... – uśmiechnął się marzycielsko. – Dziwki albo kratki – mruknął stary. Skręcili w szeroką, zabudowaną nowymi blokami ulicę. „Nabudowali tego – pomyślał stary. – Długo siedziałem”. Synek wyrwał do przodu, kołysząc się po cwaniacku. Ręce założył za pasek, pogwizdywał. „Z czego się cieszy? – zastanowił się ten stary złodziej – z czego?” – Zachmurzył się. Wzdłuż nosa ponuro żłobiły się głębokie bruzdy. – Tutaj! – Synek zatrzymał się. Interes był duży z dwiema wystawami. Za szybami aparaty fotograficzne, harmonie, materiały... – Dużo – bąknął stary. – Same pokupne rzeczy. – Jego wyblakłe oczy ożywiły się nieco. – Weźmiem trochę – szeptał Synek – parę paczek... a forsy z tego cały kurz... Stary złodziej przymknął oczy. Policzkiem przywarł do chłodnej szyby. Nagle zwrócił się do Synka. – Długo ty już siedziałeś? – zapytał. Synek zmarszczył czoło. Zastanawiał się. – Będzie z trójkę – odparł. Popatrzył głupawo. – Trójkę – powtórzył stary. Zaśmiał się bezgłośnie. – U mnie już dycha – powiedział, nie przestając się uśmiechać. Twarz Synka wyrażała podziw. Przeszli się obok sklepu. – Zrobimy go od tyłu – tłumaczył Synek. – Tam są drzwi... – Wiadomo, że od tyłu – potwierdził stary zrzędliwie. Odliczyli odległość od rogu. Było czterdzieści pięć kroków. Zaszli od podwórza. – Tu – szepnął Synek. Przygryzł wargi i potarł ręce. – Tu – powtórzył i wyciągnął rękę. – Trzecia klatka schodowa. Drzwi na lewo to drzwi do komisu... Już prawie nasz... Stary przesunął ręką po chropawej ścianie. – Wyważymy drzwi – mruknął. – Jasne – potwierdził Synek. Podgarnął spadające na oczy kosmyki włosów. – Jeszcze dziś – zaszeptał chrapliwie – jeszcze dziś zrobimy go... – uśmiechnął się radośnie. „Pewniak – pomyślał stary złodziej. – Pewniak jak każdy młodziak”. – Skrzywił twarz, lecz bez złości. – Potrzebny jeszcze jeden – powiedział głucho – na „świecę”. Synek miał takiego. W ogóle wszystko już miał przygotowane, graty też.

Stary zamyślił się. – Z tobą – doszedł doń głos Synka – interes zrobimy na pewno. Wysmarkał się w palce. – Cholerny świat – rzekł niespodzianie. Synek zdziwił się – nie wiedział, o co chodzi, ale przytaknął starszemu wspólnikowi. Powrócili na swoją ulicę. Zatrzymali się przed odrapanym pekinem. – Pójdę do chaty – mruknął stary, patrząc w ciemną bramę, z której zalatywało kwaśnym smrodem. – Żeby tylko pewny interes – powiedział. Chrząknął. – Żeby pewny... I jeszcze nie wiem...– dodał, lecz urwał szybko. Umówili się o zmroku. Synek miał zagwizdać z podwórza. – Tylko nie wołaj – rzekł stary – bo nie chcę... – zmieszał się trochę – żeby moja... rozumiesz... Synek zrozumiał. – Wiem – zmrużył oczy – pękasz swojej baby... Stary nie odpowiedział. Mieszkał na drugim piętrze. Przed drzwiami postał chwilę. Patrzył z uwagą na wypisane kredą zatarte już litery K+M+B. „Trza by poprawić” – uznał. Nasłuchiwał, wreszcie wszedł. Jego baba odlewała wodę z ziemniaków. Była mała, zasuszona. Włosy splatała w koronę. Usiadł przy stole. – Wytarłbyś buty – mruknęła, nie odwracając się od kuchni. – Wytarłbyś, brudzisz... – Odstawiła garnek i przyjrzała mu się uważnie. Oczy zmrużyła w kose szparki. – Czego? – mruknął – czego tak ślepia wytrzeszczasz?... – Wyszedł na korytarz, starannie wycierał buty. „Taka nieporutna – pomyślał, wchodząc – a wielka cwaniara”. Podała zupę. Jadł bez smaku, grzebał łyżką w talerzu. – Niedobra? – zapytała. Ręce otarła o fartuch i podeszła do stołu. Opuścił głowę. – Nie tyle zła – rzekł – co gorąca... Znów krzątała się przy kuchni. Wtedy odstawił talerz. Zaczął oglądać się w lusterku. Zerknęła nań. Macał brodę, tarł szczeć na policzkach, szczerzył zęby. – Staryś już – zaśmiała się nieprzyjaźnie. – Gruchot... i głupi – powiedziała po namyśle. Lusterko przykrył chustką. Wyciągnął się na łóżku. Przez zmrużone powieki spoglądał na swoją kobitę. Myła statki, płukała pod kranem, drucianką szorowała garnek. „Robotna – pomyślał – i charakterna... Jak trafię, to ubiorę ją jak panią...

Wtedy powie, że nie jestem trąba... umiem zarobić... Futrzysko kupię”. – Przymierzył do jej chudych, opadłych ramion. Uśmiechnął się miękko. Zauważyła ten uśmiech. Rozchyliła cienkie wargi. Zaklęła i znów zacisnęła usta. Z podwórza dobiegł przenikliwy, gołębiarski gwizd. Stary złodziej dźwignął się z łóżka. – Idę... – wymamrotał. Patrzyła wyczekująco. Przygarbił się. – Do kumpli – dodał. – Już trzeci dzień – powiedziała – odkąd wyszedłeś... Łazisz i łazisz... i co z tego? – Wzięła się pod boki. – Interesy – wyjaśnił. Twarz kobiety stała się zacięta i obca. – Twoje interesy – powiedziała – to same wpadki... Ukropu bym na łeb tym kumplom... – szepnęła. Postał jeszcze chwilę, unikał jej wzroku. Gdy wyszedł, przechyliła się w oknie. Patrzyła w ciemność. Nasłuchiwała. Ciężkie, powłóczące kroki. Chyba jej starego. Usiadła sztywno na łóżku. Ręce złożyła na podołku. Na dole stary złodziej zatrzymał się. – Cholera! – zaklął przeciągle. Splunął. W bramie czekał Synek z tym trzecim, który miał stanąć na „świecy”. – Kto to? – zapytał stary. W zmroku trudno było dostrzec twarz. – Kaszubiak – rzekł ten trzeci. Przywitali się. – Kaszubiak? – zastanowił się głośno stary – znam, znam... z twoim ojcem siedzieliśmy w izolatce... Długo... – Teraz – powiedział Kaszubiak – znów się władował... zakapowali... – Głos miał cienki, nieprzyjemny. Usiedli na ławce pod ścianą. Obgadali wszystko. Teraz czekali tylko na głęboką noc. Poszli nad glinki. Wylegiwali się na trawie. Wypili ćwiartkę – był smak na więcej, ale nie wolno, bo robić trzeba po trzeźwemu... Kaszubiak wkrótce odszedł. Umówili się pod komisem. Było ciemno... Tu i ówdzie jarzyły się papierosy. Stary milczał, spoglądając w zagwieżdżone niebo. Synek pogwizdywał. Przestał i począł śpiewać. Śpiewał ochryple, fałszując. – Wyłącz się – mruknął stary, zacisnął dłonie... – Ryby straszysz – dodał. Zaśmieli się. Było cicho i ciepło. „Ładnie” – pomyślał stary. Lekki wiaterek owiewał twarze. Nad glinkami zrobiło się już pusto. Odeszła ostatnia parka spleciona w uścisku. Zawyła syrena. Długo jeszcze leżeli. Wstali,

postękując i poszli spacerkiem. Stary oddychał nierówno. – Moja – szepnął – śpi już... albo... – zamyślił się. – A moja – wtrącił Synek – czeka. Wie i czeka... Zdrowa jest. – W uśmiechu zabieliły się zęby. Milczeli. Gdy doszli do tej szerokiej ulicy, stary rozejrzał się. – Właściwie – powiedział – noc za jasna. Znów długie milczenie i stukot ich butów. – Ale niech tam – mruknął stary. Dyszał trochę. – Kawał drogi – rzekł – nogi wysiadają... Synek poprawił zawiniątko z narzędziami... – Czy aby wszystko wziąłeś? – zaniepokoił się stary złodziej. – Lewarek – wyliczał Synek – łom, dłuto... – I jeszcze mówił, ale stary nie słuchał... Minęło ich kilku spóźnionych przechodniów. Zaleciało wódką. „Spieszą się – pomyślał stary – w kimę”. Obejrzał się za nimi, jakby zazdroszcząc. Za rogiem czekał Kaszubiak. Był podniecony, chciwie zaciągał się papierosem. – Spokojnie – szepnął. Jeszcze raz obgadali wszystko. Było bardzo późno. Chyba koło północy. Ulica pusta. W dali majaczyła sylwetka „papugi”. – Ten się nie liczy – rzekł Synek. Skąpo oświetlała ich narożna latarnia. Pokazywała twarze młodych – wilcze, pełne oczekiwania, gębę starego – z cieniami kryjącymi się w bruzdach. Nagle stary oparł się o ścianę. Wyglądał dziwnie. – Co ci? – zapytał Synek. – Żołądek – wymamrotał stary złodziej – nawala... ale już przeszło. Jeszcze bardziej pomarszczył twarz, chyba w uśmiechu... Zaszli od tyłu. Stąpali cicho. Liczyli klatki schodowe. Zatrzymali się. Synek rozpakował narzędzia. Rozejrzeli się. – Spokojnie i bardzo cicho. – Zabrali się do drzwi. Podważyli kilka razy, lecz trzymały się mocno. Naparli silniej. Zgrzytnęły jak łamana kość. Hałas ten wypełnił czarny korytarz, a nawet wydawało się, że biegnie wyżej ze wzmocnionym natężeniem. – Kurestwo – powiedział stary. Zadrżał przeniknięty tym hałasem. „Ostatnia robota – pomyślał. – Ostatnia robota... to zawsze denerwuje...” – pocieszył się. Popluł w dłonie i chwycił łom. Pot obłaził twarz, ogarniał gorący oddech Synka. Drzwi ustąpiły. Pierwszy pchał się Synek... Nagle usłyszeli z ulicy przeciągły krzyk... w połowie urwał się. Krzyczał Kaszubiak. Ostry gwizd. Warkot motoru.

– Pękamy – szepnął stary – pękamy... bo inaczej... – nie dokończył. Rzucili się do ucieczki. Biegli, nie oglądając się. Za nimi nawoływania, gwizdki. Tupot wielu kroków. Już wpadli w boczną uliczkę. Były tam gruzy, a więc ratunek... Wtedy zabłysły latarki. Zamrugali powiekami. Wzięto ich ze wszystkich stron. Stanęli, oddychając ciężko. Chwycono ich za ręce. Wielu milicjantów. – I to był pewny interes – wycharczał ten stary złodziej. – Ty gawniaku. – Zaniósł się duszącym kaszlem. Wytrzeszczył oczy. „Ma stracha – pomyślał Synek – rozkleił się...”. – Zachichotał złośliwie. Nałożono im na ręce kajdanki. – A najgorsze – już spokojnie powiedział stary – że wpadliśmy z dowodem. – Potem popatrzył na sino błyszczące dybki i dodał ze złością: – Nawet wysmarkać się nie można... – Zgrywus! – rzekł jeden z milicjantów. Inni zaśmieli się.

Umierający paser Od piecyka rozchodziło się duszne ciepło. Było cicho. Tylko za przepierzeniem rozlegał się szczęk zmywanych naczyń. Kołysali się przy pustej już półlitrówce. Wazelina spoglądał niekiedy na szarą, prawie przezroczystą twarz pasera. Nie była ta sama co przed dwoma laty. Oczy wpadły głęboko i straciły blask, zaś kości policzkowe sterczały ostro. „Kiciucha kończy się” – pomyślał. Paser, zwany Kiciuchą, dostrzegł badawczy wzrok dawnego kumpla. Poruszył się niecierpliwie. Zastukał paluchami w butelkę. – Długo nie przychodziłeś – powiedział skrzypiąco. Wazelinę ogarniała senność. Z trudem uniósł ciężkie powieki. – Byłem w drodze – mruknął. Od sygnetu, który nosił na ostatnim palcu, szedł na izbę wytarty, nikły blask. Paser wstał powolnie. Był to wielki chłop, przygarbiony, sięgał prawie pod sufit. Garnitur wisiał na nim jak na szczudle, pełen fałd i załamań. – Gites materiał – rzekł z uznaniem Wazelina. Ostrożnie dotknął rękawa. – Setka – wymamrotał paser. Zakaszlał charkotliwie, splunął w chusteczkę. – Kiepsko pluję – powiedział, oglądając uważnie. Uśmiechnął się niewyraźnie. Wazelina zapatrzył się w okno. Na ulicy zabłysły pierwsze latarnie. Wyglądały jak żółte kule wśród dziennego jeszcze światła. Domy znaczyły się zwęglonym konturem. – Późno... – szepnął i przeciągnął się. Zapiął marynarkę. Za przepierzeniem niski kobiecy głos zanucił jakąś piosenkę. „«Cicha woda» – stwierdził Wazelina – stare to...”. – Wstał. Choć był niemały, jednak paserowi dostawał ledwie do ucha. Pomacał w kieszeni pieniądze. Zaszeleściły. „Mało” – pomyślał. Zadarł głowę, szukając oczu pasera Kiciuchy... – Długo nie przychodziłem – zaczął wolno – to prawda, ale już wyciskasz mnie jak frajera... – Podszedł do przepierzenia. Dopiero teraz zobaczył, że była to zasłona z kolorowego materiału, obciągnięta górą i u dołu drutem. Przeciągnął dłonią. Zafalowało. – Co ty dajesz? – rzekł. – Za taki fant patyka...? Cyganie lepiej płacą. – Spojrzał na pasera, lecz w półmroku dostrzegł tylko jego ostry, skrzywiony profil. – Mógłbym – zniżył nieco głos – znaleźć innego. Zapłaciłby

więcej... Paser wyprostował się sztywno. Teraz był naprawdę olbrzymem. Znów zaniósł się kaszlem. Oddychał nierówno i świszcząco. – Chytryś – mówił Wazelina – chytryś jak nie kumpel. A przecież jesteś już na dogorywku!... – zdziwił się. Zmierzył go zimno, z zaciekawieniem. Paser poruszył niecierpliwie ręką. Zacisnął palce na krawędzi stołu. Wygładził obrus, przestawił butelkę. – Nie o to chodzi – odezwał się. Zaklął i skrzywił twarz. – Zresztą teraz taka cena – dodał. Głos jego brzmiał twardo i uparcie. „Wszarz...” – pomyślał obojętnie Wazelina. Wzruszył nieznacznie ramionami. – Wiem dobrze – posłyszał głos pasera – że moje miechy to szajs... Wazelina spojrzał ukradkiem na jego twarz. Była pofałdowana, z kropelkami potu. „Chyba ma rację – zamyślił się – niedługo wyciągnie kopyta...”. Głośno zaś powiedział: – Ech, może tak źle nie jest, podleczysz się... – Potarł palcami o spodnie. Sygnet zabłyszczał silniej. Rozległo się pukanie. Umówione, bo trzy razy. – Klient – mruknął paser Kiciucha. Otworzył drzwi. Wszedł sinawy chłop, o małych rozbieganych oczach. Uśmiechnął się do butelki, obok położył czapkę. Mocno uścisnął im dłonie. Poczęstował papierosami. Siadł na brzeżku krzesła, podwijając nogi w wojskowych, podbitych gwoździami butach. Pogrzebał w kieszeniach. Wyciągnął płaski złoty zegarek. – Ładna sztuka – pochwalił Wazelina – ładna... – Przejdzie? – zapytał sinawy. Paser odstawił szklanki. Zdmuchnął ze stołu okruchy. – Zależy – rzekł – za ile. Targowali się długo. Ten sinawy wstawał dwa razy i żegnał się stanowczo. Zawracał od drzwi. Przeklinał wymyślnie. Deptał niedopałki. Paser był nieprzenikniony i spokojny. „Cwaniak – chichotał Wazelina – duży cwaniak...”. Śledził palce Kiciuchy wolno obliczające papierki. Paznokcie miał szerokie, wypukłe. Ten sinawy również przeliczył, popatrzył na nich nieprzyjaźnie i schował pieniądze, zgniótłszy je w garści. Wcisnął głęboko czapkę, obejrzał się w lustrze. Przy drzwiach zamruczał niezrozumiale. Długo trzeszczały schody, gdyż schodził powoli i z rozmachem. – Załatwiłeś lepiej niż mnie – powiedział Wazelina. Paser Kiciucha zdjął wieczko i oglądał mechanizm zegarka. Dmuchał weń. Z rozchylonymi ustami wsłuchiwał się w słabiutkie cykanie.

– Pójdę już – Wazelina przeciągnął się. – Zostań – mruknął paser, owijając w szmatkę zegarek – zjemy kolację. – Szarpnął zasłoną. Zza przepierzenia wyszła kobieta. W gęstniejącej ciemności twarz widać było niewyraźnie. Rozstawiła talerze. Z szafy wyciągnęła butelkę. Odbiła pewnym, wymierzonym uderzeniem w dno. „Upasła się” – Wazelina przygryzł wargi. Przesunął wzrok niżej. – „Nigdy – uśmiechnął się lekko – nie miała takiej dupy”. – Przypomniał sobie jej twarz. Pamiętał z ulicy. Wtedy była to dziwka chuda i łasa na forsę. Teraz wyglądała jak pani. Ważna. Kroiła chleb. Patrzyła na niego obojętnie. Aż poczerwieniał. Przecież znali się dobrze. Zostawiła ich samych. Paser zapalił lampkę. Rzucała skąpy blask na stół. Na ścianach pełzały cienie, a w kątach, dalej, zalegał gęsty jak kożuch zmrok. Paser żuł kiełbasę. Pociągnął tęgi łyk wódki. – I chlać nie mogę – rzekł. – Nie mam smaku... W ogóle... – Jego cień jak ptak poruszył się na ścianie. –W ogóle – podjął zagadkowo Wazelina – dużo się u ciebie zmieniło... kobitę masz... Bo ja – zaśmiał się nieszczerze – chodzę jeszcze po prośbie... – Znasz moją? – przerwał paser Kiciucha. Jego twarz poznaczył niepokój. Pionowe głębokie zmarszczki złobiły się między brwiami. – Mało to kobiet znam – powiedział obojętnie Wazelina. Bawił się śliską i lepką skórką po salcesonie. – Tak – umknął przed spojrzeniem pasera – i twoją znam... Dawniej – odrzucił skórkę – zawsze miała popodbijane gały. Ciągle częstowała chłopaków tryperkiem. Prawie każdy miał do niej żal... – Uśmiechnął się szczęśliwie do tych wspomnień. – Dmuchałeś ją? – zapytał paser. Popił trochę wódki. Pochylił się nad talerzem. Wazelina zaśmiał się bezgłośnie. – Zresztą – wymamrotał paser – to nieważne. – Miał załzawione, w blasku lampki jakby szklane oczy. „Kiepskie ma szczęście” – pomyślał Wazelina. – Z twoją forsą – powiedział – złapać można inną... lepszą babę. Paser zacisnął usta w wąską i prostą linię. – Bo to warto – wycedził po chwili. – Kiedyś – pochylił się na krześle – też miałem lepsze dziwki. – Jego twarz kryła się teraz w cieniu ręki. – Ona – wtrącił Wazelina – ona ma dobrze u ciebie. Trafiła jak mało kto... Ale – zakończył stanowczo – zawsze to dziwka. – Zamrugał oczyma. „Przecież – pomyślał – nie moja sprawa”. Paser podkręcił knot. Zajaśniało ostrym blaskiem. Światło łamało się

w zielonkawym szkle butelki. Wazelina dłubał zapałką w zębach. Z rozdziawioną szeroko gębą wyglądał głupawo i śmiesznie. Za przepierzeniem szmer... szelesty. – Rozbiera się – bąknął paser. – Czy aby dobra w łóżku? – zapytał Wazelina. Uważnie łamał zapałkę na drobne kawałeczki. Paser nie odzywał się, lecz coś go męczyło, bo westchnął ciężko. – Mówisz – podniósł głowę i podparł łokciami – że znasz ją dobrze... – Rozgarnął palcami włosy. Na skroniach było już dużo siwych. – Czy ona z kimś wtedy...? – zapytał. Patrzył uważnie na Wazelinę. – Bo to z jednym kręciła – odparł tamten. – Lubiła chłopów. – A czy – zająknął się paser – z kimś zachodziła? – Co? – nie zrozumiał Wazelina. – Czy nikt – spokojnie pytał paser – nie zmachał jej brzucha...? Wazelina uniósł wysoko brwi, podrapał się po policzku. – Nie wiem – rzekł. – Zresztą – dodał – to była cwaniara. Znała się. Paser przechylił się nad stołem i przykręcił knot. W izbie zapanował mrok. Ich twarze były niewidoczne, tylko oczy świeciły się lekko. – Chcę – rzekł paser Kiciucha – mieć z nią dzieciaka... syna. – Odstawił talerz. – Już podbiłem – dodał – mówi, że czuje to... Czy baba może to wyczuć? – Spojrzenie miał teraz uporczywe, nieruchome. – Czy może? – Przysunął się tak blisko, że Wazelinę ogarnął jego gorący, z poświstem oddech. – Bo ja wiem – mruknął Wazelina. – Żeby to było pewne – powiedział cicho paser Kiciucha. Odwrócił głowę i popluł w chusteczkę. – Mówi, że na pewno zaszła. – Podsunął słoik z musztardą. – Bierz – bąknął – bez tego za tłuste. – Wierz dziwkom... – rzekł Wazelina. Nadział widelcem boczek i posmarował musztardą. – Wierz – powtórzył – a trafisz na cmentarz... – „Głupi – pomyślał – w sercowych sprawach zupełnie głupi”. – Jadł, mlaskając. Połykał wielkie kęsy chleba. – Dobre żarcie – pochwalił – świeże. Ty też jedz – poradził – na miechy nie ma jak tłuste żarcie. Paser ukrył twarz w kościstych i długich palcach. Włosy spadały jasnymi kosmykami na dłonie. Wazelina odłożył widelec. Wytarł usta. – Nie przejmuj się – powiedział miękko – po brzuchu rozpoznasz. To szybko rośnie. – Chciał dodać, że tego chyba doczeka jeszcze, lecz ugryzł się w język. Do drzwi podszedł cicho, na palcach. W korytarzu uczesał się starannie, układając nad czołem ładną falę.

W parę dni później Wazelina spotkał na bazarze kobietę pasera. W nowej pelisie. Podciągnął spodnie i gwizdnął przeciągle. – Ho, ho – mruknął – wyglądasz jak artycha... – Z nim gorzej – powiedziała. Zaszli za budkę. Przepędził drzemiącego Adolfa Jąkałę i usiedli na skrzynce. „Zdrowa” – pomyślał. Ścisnął ją mocno za łokieć. – Odczep się – warknęła. Poruszyła się niecierpliwie. Skrzynka zachybotała. – Mądralinko – syknął złowrogo – nie podskakuj. Złagodniała. Naprężona ręka zwisła miękko. „Mam u niej fory...” – tego był pewien. W ogóle babom mógł się podobać. Barczysty, z upartą gębą... i śmiały. Teraz oglądał ją uważnie. – Kiedyś byłaś krostowata – uśmiechnął się – i całować nie było gdzie... a teraz... – jego głos zabrzmiał szczerym podziwem. – Przestałbyś – szepnęła. Skrzywiła się niepewnie. – Dobra, dobra – mruknął. Ujął ją pod rękę. – Zobaczym... co z nim. Wyszli z bazaru. Jąkała pokrzykiwał za nimi. Wazelina stawiał wielkie kroki. Nadążała z trudem, postukując drewniakami. Przed domem przystanęli. Rozejrzał się. Widok wokoło ponury. Wszędzie gruzy, tylko kilka ocalałych kamienic. Usypiska porośnięte szarą od kurzu trawą. Dalej sterczały wieże kościoła na Dzielnej. Między wieżami widział jej profil. – Podobno będziecie mieli dzieciaka? – zapytał ostrożnie. Poruszyła ramionami. – Skąd – powiedziała. Grzebała w torebce. Rozchylił gapiowato usta. – On prawie wcale nie może... – Spuściła oczy. Przypudrowała się w lusterku. – Tylko tak mu gadam – wyznała. – Ostatnio nawet – zniżyła głos – wstawiłam bajer, że byłam u lekarza. Uwierzył – dodała. – Taki bajer – skrzywił się pogardliwie Wazelina – to na Grójec... Ja bym... – popatrzył na nią zuchwale. Zastanowił się nad czymś, trąc brodę. – Ale – rzekł po namyśle – trzeba tak gadać. On długo nie pociągnie...– Potem zerknął na nią badawczo. Szturchnął ją w brzuch. – Powinnaś – mruknął – włożyć tam poduszkę. Niechby przed śmiercią ucieszył się... – Zacichotali. Nagle spoważniała. – Uważaj – szepnęła. Na pierwszym piętrze ktoś rozpłaszczył na szybie twarz. Wywinęła wargi. Podmalowała się. Zauważył zęby popsute i rzadkie. Weszli na schody. Pachniało wilgocią i gotowaną bielizną. Przyparł ją do ściany. – Pobrudzisz – szepnęła. Odsunął się, zaplatając ręce na brzuch. Przed drzwiami nasłuchiwali. Cisza...

Paser zdawał się nie widzieć wchodzących, leżał spokojnie z podkurczonymi nogami, w białej, wykrochmalonej pościeli. Kobieta odmierzyła na łyżkę lekarstwo. Z wysuniętym językiem liczyła wolno spadające z butelki krople. Podała choremu. Trzymał chwilę w drżących palcach, wreszcie wylał z rozmachem na podłogę. – Po co? – stęknął. Próbował uśmiechnąć się. Zaklęła. Weszła za przepierzenie. Wazelina usiadł na niskim stołku pod ścianą. Wyciągnął nogi. Było cicho. Niekiedy tylko zaskrzypiały sprężyny łóżka. Twarz pasera Kiciuchy błyszczała. Prawie zlewała się z pościelą, tak była blada. – Śpisz? – Wazelina przerwał ciężką ciszę. Chory poruszył przecząco głową. Sięgnął po szklankę. – Jednak – powiedział z niespodziewaną mocą – zaszła. – Odpoczął. Zadzwonił zębami o szkło... – Była u lekarza. Na pewno zaszła... Zresztą to widać – dodał. Wpatrzył się przenikliwie w Wazelinę, który poruszył się hałaśliwie na stołku. – Niewygodny – bąknął. Wstał. Wzrok pasera Kiciuchy wlepił się weń. – Tak – powiedział przeciągle Wazelina – chyba zaszła. Odznacza się... – Przełknął głośno ślinę. – Widać. Paser przymknął oczy. Twarz wykrzywił grymas zmęczenia. Wazelina rozglądał się uważnie. Zauważył obraz nad łóżkiem. – Ładnie namalowane – szepnął. Był to burakowego koloru zachód słońca. – Chyba drogie... – Przesunął dłonią po płótnie. – Z bliska kiepskie – powiedział. Podszedł do okna. Obgryzał paznokcie. Liczył przechodniów na ulicy... Sześciu. Zza węgła wychodził jeszcze jeden. Siódmy... Ucieszył się. – Tak – usłyszał niewyraźnie głos pasera – porządnie widać, że zaszła. Przytaknął. – Nie lubię – powiedział – kobiet z brzuchami. – Z uwagą obserwował tego siódmego. Był to chudy chłopina. Kuśtykał... – Brzydną – dodał. Kobieta ostrożnie weszła do pokoju. Poprawiła kołdrę. Poważna. Tłusta. Uda odznaczały się pod spódnicą. „Spragniona” – pomyślał Wazelina, przymykając oczy. Potem gdy już jej nie było, powiedział spiesznie: – Tak, na pewno zaszła. Brzuch już pakowny. – Wykrzywił gębę. Paser, zwany Kiciuchą, zacisnął dłoń na krawędzi łóżka. Palce miał długie i żółte od tytoniu. Delikatnie, niebieskim deseniem pokazywały się żyły. Wazelina uniósł swą dłoń. Była gruba, czerwona i szeroka. Coś jak zrozumienie pokazało się na jego twarzy.

Nagle paser rozprostował palce. – Kawał czasu wyżyją – powiedział – ona i dzieciak. – Mówił bełkotliwie, mocując się z każdym słowem. Jego twarz stała się pewna i uroczysta. – Trochę – ciągnął – zaoszczędziłem... – Rozkaszlał się. Skrzypiało w piersiach. Kącikami ust spływała ślina. Wazelina odsunął się nieznacznie od łóżka. „Jeszcze opluje” – pomyślał. Spojrzał na kobietę, która teraz wyglądała zza zasłony. Była rozczochrana, w kusym szlafroku. Mrugnął do niej. „Zdzira” – pomyślał. Poruszył śmiesznie wargami. Podsunął choremu wodę. Twarz pasera oblazły rumieńce, duże i purpurowe. Gorączkował. Kobieta zmieniała kompresy. Wtykała w spieczone usta lekarstwa. Kiciucha bezsilnie poruszył ręką. Uciekał z głową. – Kapryśny – mruknął Wazelina. Trącił ją w obnażone ramię. W uśmiechu wilczo wyszczerzył zęby. Koło południa przyszedł ten sinawy złodziej. Coś przyniósł. – Nie da rady – szepnął Wazelina. Uczynił wymowny gest. Ten sinawy popatrzył na łóżko i zachmurzył się. – A może ona – mruknął, wskazując na kobietę – kupi... – Głupiś – warknął Wazelina. Stała u wezgłowia. Widział ją profilem. Brzuch miała zwykły, babski. Wiadomo – lekko wypukły. „Przerobiliśmy pasera” – pomyślał Wazelina. Paser Kiciucha próbował teraz dźwignąć się z posłania. Zdziwili się. Z natężeniem popatrzył na swoją babę. Wazelinie wydało się, że oczy jego pełne są zadowolenia. Przytaknął głową temu spojrzeniu. Było mu trochę głupio, więc poklepał się po kolanach. Sinawy złodziej zbierał się do wyjścia. Nacisnął czapkę, ucałował w rękę kobietę. Wtedy właśnie z łóżka dobiegł szmer... szmer wzmógł się. – Puszcza farbę – rzekł ten sinawy złodziej. Podbiegli tam. Paser Kiciucha zacharczał i rybio otworzył usta. Krew rzuciła się strugą. Wyprostował się, poruszył niecierpliwie ręką. Oczy wytrzeszczył. Były wielkie, straszliwe... Znieruchomiał. Kołdra zsunęła się, odkrywając patykowate i owłosione nogi. – Wykorkował – mruknął ten sinawy złodziej. Zafrasował się. Zerknął na kobietę i spiesznie ściągnął czapkę. Zaś ona płakała, rozmazując ręką łzy. Wazelina odetchnął głęboko. – Nie becz – rzekł ze złością. – Przecież zostawił ci wszystkiego... – dodał. Odjęła dłoń od twarzy. – Papierosa – wykrztusiła. Ten sinawy podał jej sporta.

Wazelina podszedł do łóżka i poprawił kołdrę.

Porachunki garbusa Garbus, z którego szydzono na każdym kroku, zaciskał pięści. Po wodę do studni chodził wtedy, gdy sądził, że nikogo tam nie zastanie. Pompował wściekłymi ruchami. Podnosił przelewające się kubełki, wtuliwszy głowę głęboko w ramiona. Okna kamienicy, obok której przechodził, przejmowały go strachem. Nie dostrzegał w nich firanek, którymi pozasłaniane były wczesnym rankiem. Woda oblewała nogawki. Wyobrażał sobie wiele oczu patrzących nań. Wszystkie były kpiące i rozbawione. Dalej szedł ścieżką wśród łopianów, obleśnych, rozłożystych i zakurzonych. Podłoga baraku skrzypiała, gdy stawiał kubełki. Starał się nie patrzeć w kąt, gdzie stało łóżko. Sypiała tam Maryśka z Zygmuntem. Garbus był sublokatorem. Rozpalał ogień w kuchni. Grzał skostniałe ręce. Ranny mrok ukrywał się w kątach. Porysowane lustro błyszczało mętnie na ścianie, zmuszając garbusa do obejrzenia twarzy. Obwisła. Z rzadkim zarostem. Marna. Tarł policzki. Rumieńce występowały niechętnie. Budziła się Maryśka. Zaczynała codzienną rozmowę. Kpiła z oględzin w lustrze, zwała to poranną toaletą, po czym leniwie zrzucała pierzynę. Białą nogą stawała na podłodze. Noga była pełna. Niepokoiła garbusa. Opuszczał ciężkie powieki i siadał do warsztatu. Tkał w milczeniu, obserwując ukradkiem Maryśkę. Krzątała się przy kuchni. Gotowała kawę. Zygmunt mył się w blaszanej miednicy, zawiązywał krawat i szedł do fryzjerni. Garbus przerywał tkanie. Parzył usta gorącą kawą i żuł bez apetytu chleb. Maryśka wkładała pończochy, wysoko pokazując nogi, piersi wpychała w przybrudzony biustonosz, śpiewała coś, czego nie znał. Głos miała ochrypły. Garbus ocierał rękawem usta i poruszał się hałaśliwie. Chciał, by zwróciła nań uwagę. Odkąd tu przybył, daremnie starał się o to. Rozbierała się, ubierała, wypinała tyłek. Półnaga wtykała mu kubek z kawą i nigdy, tego był pewien, nie zwróciła nań uwagi. Kiedy tak myślał, goląc się, porżnął sobie wstrętnie policzki. Właściwie chciał tylko, by patrzyła nań jak na mężczyznę. Niech w najciemniejszym kącie wkłada majtki. Był taki kąt z kotarką, przy kuble. Niezmiennie w sobotę Maryśka pakowała w worek tkane przez niego szaliki

i jechała na bazar. Powracała wesoła, zalatywało od niej wódką. Szaliki jego roboty szły dobrze na bazarze. Gęsto tkane. Śliniąc kopiowy ołówek, rachowała dokładnie. Pozwalała sobie wtedy na uprzejmość wobec niego. Gadała: – Nasz Oleś stara się. Pracowity. Klepała go czule po plecach, a więc po garbie. Zaciskał pięści w bezsilnej złości i usuwał się w kąt. Długo w noc tkał. Walił głośno pedałem i spluwał na podłogę. Oni już chrapali na swoim wyrku. Gdy czuł kłujący ból w głowie, rozścielał na podłodze kożuch o kwaśnym zapachu. Wzrok jego napotykał kupkę różowej bielizny przy łóżku. Znów Maryśka. Podłożywszy ręce pod głowę, patrzył w ciemność lub liczył gwiazdy w prostokącie okienka. Czasem Maryśce zbierało się na czułości z Zygmuntem. Ściskali się. Sapali. Bywało, że potem zapytywała garbusa: – Śpisz, Oleś? Mruczał chmurnie: – A co? Prosiła o wodę. Myślał: „Zasapana, wymigdalona. Pić się chce”. – Czuł jej gorącą rękę, błądzącą za wodą. Tak przeciekał czas z tą samą złością do Maryśki. Do Zygmunta żalu nie miał. Chłop był milczący i we wszystkim ulegał Maryśce. Z nim pił wódkę jak z każdym. Gadał o tym, o owym. Zakąsali ogórkiem. Polewali w musztardówki. Niedzielne dni jak obręcz zaciskały garbusa. Do Maryśki przychodzili goście. Brzuchata kuzynka z mężem kolejarzem. Inni jeszcze... Traktowali go z góry. Rozprawiali o swoich sprawach. Niekiedy pytano: – No, jak tam, Oleś? Nie czekali odpowiedzi, bo zaraz przychodził temat o wczesnych pomidorach, nowych pończochach. Potem wysyłano garbusa po wódkę. Resztę pozwalano mu schować do kieszeni. Więc oddawał im dokładnie tę resztę. To też nikogo nie dziwiło. Ukradkiem rzucał spojrzenie w lustro. Widział kawałek swojego garbu, do którego nie mógł się przyzwyczaić. Wychodził przed barak... Gdy dzień był słoneczny, mrużył oczy. Od słońca szło dobre ciepło. Wnet jednak wzrok się zaostrzał – na podwórku bawiły się dzieci. Biegały z wrzaskiem. Okładały kijami wyschniętą akację... Garbus szukał wzrokiem ryżego szczeniaka w pluszowych spodenkach. Ten był najgorszy. Ryży szczeniak był bystry i zawsze zauważył garbusa. Prześladował go z uporem. Miał wpływ na całą zgraję. Dzieciaki za jego namową krzyczały: – Szkatuła! Szkatuła! – Tak zwano jego garb.

Kobiety rozwieszające bieliznę uśmiechały się wyrozumiale. Uważały, że dzieci muszą się czymś bawić. Ryży rósł szybko. Miał patykowate nogi i wyższy był od garbusa o dobre parę centymetrów. „To musi być pomiot Maryśki” – myślał garbus. Polował na niego bezskutecznie długie miesiące. Dzieciaki zachrypnięte od krzyków zostawiały go w połowie drogi. Dochodził, zadyszany pogonią, do glinianek. Tu czuł się najlepiej. Stawy otoczone wieńcem akacji. Spokojnie. Wiatr strzygł zarośla. Zieloną wodę niepokoiło czasem pluśnięcie większej ryby. Garbus siadał w kucki i przyglądał się rybakom. Ci byli najlepsi z ludzi. Zajęci spławikami, nie zwracali nań uwagi. Dopytywał się, czy biorą ryby. Nie patrząc nań, odpowiadali lakonicznie. Pozwalał sobie na zdjęcie marynarki, wygrzewał się w słońcu. Uważał, że nad gliniankami miara nie decyduje o człowieku. Upewnił go w tym Żelimas, staruch zbierający butelki. Przysiadał się do garbusa i prosił nieśmiało o papierosa. Garbus nie palił, lecz idąc nad staw, kupował papierosy. Staruch opowiadał o pogrzebach i swych synach w Ameryce. Był wysoki, lecz garbus nie odczuwał tego. Potrząsali sobie serdecznie ręce. Stary wzdychając, odchodził, a garbus powracał do domu o zmroku. Patrzył ciekawie na czarną wieżę kościoła. Nie był w kościele od lat. Dużo ludzi schodziło się w takie miejsca. W miarę zbliżania się do baraku jego niepokój wzrastał. Tej niedzieli Maryśkę odwiedziło dwóch zza cegielni. Mocno już podchmieleni. Na jego widok zaśmieli się. Rozbawił ich. Szczególnie tęgiego z czerwoną gębą. – To nasz suplikator – wyjaśniała Maryśka. – Wiele miejsca nie zajmie – rżał czerwonogęby. Patrzył na garbusa z wysoka i dokładnie. Mrużył szelmowsko oczy. Garbus widział jego skaczącą wygoloną grdykę. Przygryzł wargi. Wlewali mu wódkę do ust, aż zakręciło się mocno w głowie. Wyszedł przed barak i usiadł na schodkach. Kasztany przy torze tańczyły mu w oczach. Usłyszał szepty, na prawo od łopianów. Wsparł się rękoma o schodki i natężył słuch. Zaszedł cichutko. Rozpoznał głos ryżego szczeniaka... Naprężył się... i chwycił za kołnierz. Chłopcy rozbiegli się. Ryży prosił o litość. Jęczał wstrętnie. Garbus w ciemności poczuł się pewnie. Zawołał na chłopców. Stanęli dookoła w bezpiecznej odległości. Garbus głos miał gruby, groźny w ciemności. Walił piszczącego szczeniaka. Chłopcy stali nieruchomo, wpatrzeni w cień garbusa, skaczącym kwadratem rysujący się na

ścianie. Dalekie światło latarni pozwalało im widzieć jego oczy błyszczące radością... Garbus sycił się zwycięstwem. Okładał ryżego mocno. Nagle ryży przestał płakać i zwisł mu na rękach... Garbus kopnął go na ostatek. Ryży padł w łopiany. Garbus wolnym krokiem znikł w ciemności... Ręce miał mokre, więc otarł je o spodnie. Odetchnął głęboko. Dobiegły krzyki: – Zabił! Zabił!... Zdziwił się. „Niemożliwe, żebym ja ryżego...?”. W drewniaku czerwieniły się okna. Zgiełk. Błyskały latarki. Z hałasem wychodzili na podwórze ludzie. Z wrzasku wyłowił znów słowa „zabił, zabił”. Przyśpieszył kroku. Chciał oddalić się od tego obrzydliwego w cichą letnią noc hałasu. Począł biec w stronę glinianek. Był pewien, że ludzie tego mu nie darują. Cieszył się, że załatwił choć jeden porachunek. Właściwie zrobił to mimo woli. Usiadł nad wodą. Trzciny muskały jego twarz. Fala wrzasku znów narosła niepokojąco. Woda odbijała srebrne gwiazdy. Było ich wiele. „Szukają” – myślał leniwie. Wyobrażał sobie zdziwienie Maryśki... „Oleś, nasz suplikator?”. Wrzask, który początkowo zbliżał się bezwyrazową masą, stał się ostry i znów rozróżnił znajome słowa „zabił... zabił...”. „Powtarzają do znudzenia”. – Wetknął palec w wodę. Była ciepła, jak to bywa w letnie noce. Zrzucił marynarkę, niechcący pomacał garb... Zanurzył się w wodzie akurat wtedy, gdy wśród akacji błysnęły pierwsze latarki i ukazali się ludzie. Zaśmiał się głośno, lecz śmiech ten zagłuszyły krzyki i rechotanie żab. Żałował, że nie natłukł porządnie Maryśki. „Stłuc ją, to znaczy z tym samym skutkiem co ryżego...” – pomyślał. Płynął na wznak. Garb schował w wodę. Zapluskały pierwsze kamienie. „Już rzucają” – pomyślał i zanurzył się pod powierzchnię.

Tapeta Kobieta była jeszcze niestara, z porowatym i długim nosem. Towar zachwalała donośnie, przekrzykując pozostałe na rogu baby. Ten w samodziale, zwany Ząbkiem, zapalił papierosa. Jeszcze raz krzyknęła: – Pierścionki! Pierścionki!... okazja! Czeska biżuteria błyszczała w pudełku, wabiąc wzrok. Handlarki spoglądały zawistnie, bo krzyczała najgłośniej i wszystkim psuła interes. – Lipa, ale dobrze idzie – bąknął ten w samodziale, wpatrując się w sygnet z krwistym oczkiem. Zamknęła pudełko z towarem. – Nie zagaduj – powiedziała surowo – wszystko zależy od ciebie... Tylko trzeba przegnać łachudrę i już. – Wykonała szeroki gest, jakby oganiając się od czegoś. Słońce ślizgało się po jej nosie, pokazując pory wielkie jak na truskawce. – Nie można by inaczej? – zapytał. – Bardziej charakternie? – Inaczej? – rzekła nieprzyjaźnie. – Inaczej on się nie ruszy, a ja nie jestem przytułek. – Rozzłościła się. – Dawać żreć, ubierać, prać... I za co? Zresztą – dodała – na dwóch nie nastarczę. – Uśmiechnęła się krzywo. Twarz miała przypudrowaną, z czerwoną opalenizną, która gdzieniegdzie łuszczyła się. – Tak – powiedział chłopak – on się skończył. – Suwał butem. Żwir chrzęścił przenikliwie. – Żeby się skończył – westchnęła – ale on chla... zipie, sztywnieje... i nic, budzi się i woła o zaprawkę... – Daj – wyjęła mu z ust papierosa i zaciągnęła się chciwie. – I tak jestem anioł – powiedziała – tyle czasu wytrzymać, tyle czasu... – Zakrztusiła się dymem. Kaszlała, wybałuszając oczy. – Kiedyś to i nadawał mi się, ale już szlus! – krzyknęła prawie. – Teraz jesteś ty... – Uśmiech wyżłobił jej twarz w wiele zmarszczek głębokich i pokrętnych. Ujęła go pod brodę. – Ludzie – burknął, usuwając głowę. – Uważaj, patrzą. – Cwaniaczku – warknęła – wszystko chcesz, ale sam zawsze z daleka. – On jest kumpel – szepnął chłopak – dobry kumpel. – Utkwił wzrok w noskach rozchodzonych i popękanych butów.

Ona również spojrzała w dół. – Nowe skoki są ci potrzebne – powiedziała dziwnie miękko. – Mam takie na oku – dodała. – Z podwójnym szyciem, piękne. – Cmoknęła, wywijając wargi, pokryte obłażącymi plamami błyszczącej szminki. – Mój chłop – przymrużyła oczy – musi wyglądać jak lalka... – Chwilę patrzyli na siebie. – Garniturek z setki też ci wytrzasnę. Ten w samodziale rozchylił gapiowato usta. Zęby miał żółte, ze szczerbą na przodzie. Chyba dlatego wołano nań Ząbek. – I ząbek – zaśmiała się – złoty ząbek... To dobrze wygląda... Ktoś krzyknął: – Gliny! Baby zwijały pospiesznie majdany. Zamajaczył szary mundur. Podjechali motorem. Zgrzyt. Baby wsiąkały w tłumie. Bezzębna, która kręciła katanami, powiedziała ze złością: – Kurewski dzień, nic nie trafiłam... – Spojrzała na tego w samodziale i uśmiechnęła się przymilnie. – Udany, udany ten twój blatniak, Mela – zamruczała. Poszła, kołysząc niekształtną, prawie kwadratową postacią, obleczoną w zielony, na łokciach zrudziały płaszcz. – Już całe miasto o tym gada... – rzekł posępnie Ząbek. – Bo wszystkie – przerwała Mela – czekają, kiedy go przegnasz. Potrząsnęła pudełkiem, w którym zabrzęczała biżuteria. Twarz jej była teraz zacięta i bardzo stara. Ząbek westchnął ciężko. – Idziemy – bąknęła Mela. Słońce słabe już i do połowy skryte za biurowcem musnęło jej twarz i wygładziło nieco. Puścił ją przodem. Żuł zapałkę. Patrzył na jej drgający zadek. „Wszystkie dupy – pomyślał obojętnie – są takie same”. Wypluł zapałkę roztartą na żółtą i włóknistą masę. Skręcili w niewielką uliczkę, cichą i wciśniętą między wypalone ruiny. Po gwarnym śródmieściu, które było tuż, uliczka ta ogarniała nieoczekiwanym spokojem. Jakiś w drelichu, stojący w półmroku bramy, odprowadził ich uważnym spojrzeniem. Na cegłach grali w oko. Ktoś krzyknął za nimi. „Wojtek lub Kulas” – poznawał po głosie Ząbek. Na lewo, za poszarpaną ścianą, zachował się kawałek kamienicy. – Tutaj – odezwała się Mela, wchodząc na schodki. – Musisz załatwić... to jest chłopa robota. Ząbek zamruczał niezrozumiale. Mela pochyliła się nad klamką. – Nie ma – mruknęła. Długo mocowała się z zamkiem. Z piętra płynęła radiowa muzyka. Ząbek zasłuchał się.

– Będzie głupio – burknął, przymykając oczy. Mela zaklęła, obracając zgrzytliwie kluczem. Drzwi otworzyły się tak nagle, że drgnął uderzony hałasem. Pokoik był niewielki z oknem przesłoniętym żółtą kotarą. Pod ścianą stał tapczan, naprzeciw szafa, a pośrodku stół. Usiadł. Mela szukała czegoś na półce. Szeleścił papier; coś posypało się białą strużką. – Miałam ćwiartkę – powiedziała – ale już wychlał. Gdy zdjęła z siebie płaszcz i jeszcze jakieś bety, wyglądała zgrabnie i całkiem niczego. Ciężko rzuciła się na tapczan, który zaskrzypiał piszcząco. – Miękki – uśmiechnęła się – będzie nam dobrze. Chłopak, wsparłszy się o stół, schował twarz w dłonie i przez rozchylone palce spoglądał na nią uważnie. – Patrz. – Mela otworzyła szafę. Przewracała wzorzyste łachy i bieliznę. – Mam wszystko, co najlepsze... to jest nylonowy spód... pod sukienkę – dodała, widząc głupią minę Ząbka. – A to... – Utopiła ręce w wielokolorowej kupie ciuchów. Wyliczała. Nie słuchał. – Rozbierać umiesz – pchnęła go lekko – a nie wiesz, co ściągasz. – Splunęła pogardliwie. – Jego bety są gdzie indziej – wskazała unrowskie pudełko. Dostrzegł na wierzchu kombinezon, podarty i zaplamiony. – To tenis świąteczny – zakpiła. Przeglądała się uważnie w lusterku. Usta złożyła w ryjek. Chłopak znów spoglądał na nią przez palce. W jej gębie wszystko było wielkie – mięsiste usta i potężna kwadratowa broda. – Ząbek – powiedziała bardzo cicho – musisz to załatwić... po męsku... siły to on nie ma za grosz... do niczego – wyrzuciła ze ściśniętych ust, odkładając lusterko. Zaśmiał się, odchylając twarz. Posłyszała ten chichot. – Nie myśl – rzekła – że ja coś z nim... już od roku nic... Tam kima – wyciągnęła rękę, wskazując kąt za szafą. Czerniał tam zamazany mrokiem tobół. W ciszy mieszkanka potrzaskiwał sennie ogień. – Ładna meta – mruknął Ząbek, rozglądając się leniwie. – Najważniejsze, że własna. – Stanęła przy oknie, rozsunęła zasłonę. – Zarabiam też nieźle... spytaj się dziewczyn... wszystkie zazdroszczą. – Z Tapety był kiedyś charakterny wspólnik – półgłosem powiedział Ząbek, jakby nie słysząc jej słów. Palce zatopił w swych pokręconych i szorstkich włosach. Rozległy się ciężkie kroki. Zasłuchali się. Kroki zbliżały się. – On – mruknęła Mela, jej postać rysowała się czarną bryłą na tle okna. Pukanie. Nie odezwała się. Wyczekiwanie i kaszel zza drzwi. Wreszcie wszedł.

Rozglądał się. Twarzy nie było widać. – Cześć, Ząbek – powiedział, wyciągając rękę. Tamten opuścił głowę, ręce ukrył pod stołem. „Tak będzie lepiej – pomyślał – trzeba zacząć od razu...”. Mietek Tapeta popatrzył na Melę, potem musnął Ząbka krótkim spojrzeniem. Podszedł do kuchni. Zaglądał do garnków. Wtykał nisko gębę. – Nic nie ma – westchnął. –W restauracji – warknęła Mela i nagle przekręciła kontakt. Żółte światło zalało izbę. Ząbek zamrugał bezradnie powiekami. Obrócił się ostrożnie ku Tapecie. Stary doliniarz był zgarbiony i niewysoki. Teraz uśmiechnął się dziwacznie. Ząbek wyciągnął chustkę. Tapeta ciągle uśmiechał się. Ząbek wycierał hałaśliwie nos. Tapeta usiadł za stołem. Oczy miał zaczerwienione, przecierał je nieustannie. Twarz szara i galaretowata, spływająca do dołu. Z rozpiętej koszuli, już bardzo brudnej i wymiętej, sterczała sucha i pocięta zmarszczkami szyja. – Zaraz wrócę – rzekła Mela. Głośno zatrzasnęła drzwi. Stary Tapeta apatycznie zwiesił głowę, zaś Ząbek podparł się łokciami. Tapeta spoglądał niekiedy nań uważnie, jakby z zafrasowaniem. Chłopak czuł to spojrzenie, ciążyło mu nawet. Nad nimi na piętrze rozlegały się tupotania, częste i drażniące. – Tupią i tupią – przerwał męczącą ciszę Ząbek. Wyprostował się i schował ręce pod stół. Z natężeniem spoglądał w sufit. – Pewnie tańczą. – Stary Tapeta też zadarł głowę. Potem potarł policzki, które pokrywał rzadki i brudny zarost. Zerknął na Ząbka. – Kawał chłopa z ciebie – powiedział z uznaniem i dalej tarł paliczki... Myślał o czymś, fałdując nisko czoło. – A tak niedawno – zagadał znowu – uczyłem cię doliny. – Gębę miał trójkątną, teraz w cieniu jakąś małpią. – Pamiętam, jak bałeś się roboty – szepnął. „Teraz – myślał Ząbek – teraz walnę prostym. W szczękę. Bez słowa... Najlepiej bez gadki”. – Rozprostował spotniałą dłoń. „To próchno – myślał – ten Tapeta rozłoży się od razu”. – Czekaj – Tapeta zastanowił się półgłosem – gdzie to jeździliśmy w twoją pierwszą dolinę? – Od Głównego... dziesiątką – bezwiednie odpowiedział Ząbek. Ocierał dłoń o spodnie. Nie pomagało, zaraz obłaził ją wstrętny pot. „Teraz – myślał dalej – jakby ustawił się... Mam dobre kopyto... Złoży się od pierwszej dawki. Albo – przygryzł wargi – powiem mu wpierw i potem dołożę”. Syknął, gdyż przygryzione wargi zabolały wściekle. – Lecą lata – powiedział ze złością Tapeta – cholernie lecą. – Przymknął oczy

okolone promieniami malutkich i ostrych zmarszczek. – Kiedyś też byłem kozak... a ty szczawik, synek jeszcze. – Zaśmiał się chrapliwie. – Pod celą zawsze patrzyłeś w okno. Ktoś gadał, że chcesz wyfrunąć prosto na Pańską, do swojej starej. – Chyba Balon – rzekł Ząbek. – Tak, na pewno Balon. – Tak, tak – pokiwał głową Tapeta – Balon... Pierwszy raz tak zawsze jest... A teraz... – podniósł wysoko rękę. Palce drżały silnie, jakby wprawione w zamierzony ruch. – Koniec – mruknął – taka łapa to szajs, do żadnej roboty. Ząbek też wyciągnął dłoń i rozstawił palce. – I tobie też drżą – zdziwił się Tapeta. „Baran” – pomyślał Ząbek i znów zacisnął pięść. Dłoń potniała, ślizgały się palce. „Teraz – myślał Ząbek – teraz”. Wyciągnął sporty. Zapalili. „Można by za klapy go – zastanowił się Ząbek. – I trzasnąć łbem, raz, drugi”. Tapeta opuścił głowę, prawie dotykał nią stołu. Włosy rzadkie, mysiego koloru i pełne łupieżu. „Albo inaczej – myślał Ząbek – nadepnę na girę... warknie coś, wtedy dam mu wycisk”. Wysunął ostrożnie nogę, szukał buta Tapety. Lecz tylko dotknął i odsunął się spiesznie. Gorącość oblała mu twarz. Zwilżył wargi. Skóra na nich była obca i sucha jak pergamin. Dostrzegł zatarty tatuaż na dłoni starego. „Kłute przy mnie – stwierdził – pod 102 celą”. Sam też coś kłuł wtedy. Przypomniał. Usłyszał niewyraźny głos Tapety. – Zaraz – mówił tamten – przyjdzie moja... „Tylko nie twoja!” – pomyślał, zaś głośno zapytał: – Mela? – Tak – rzekł Tapeta – znaczy się Melania. Ty... – Tapeta urwał, potarł brodę – ty masz u niej fory, więc możesz – mówił, jakby mocując się ze słowami – powiedzieć, że zmieścimy się tutaj we trójkę. Rozumiesz? We trójkę. Ty masz fory u niej – stuknął paluchem w stół. Stukot rozległ się głucho. Ząbek zacisnął dłonie na kolanach. – Ty z nią na tapczanie – szepnął Tapeta – a ja... mam takie swoje miejsce. – Uśmiechnął się gorzko i spojrzał w kąt za szafę. Ząbek gwałtownie podniósł głowę. Grdyka poruszyła się miękko pod skórą. – Przestali już tańczyć – powiedział i wzrok utkwił w suficie. Widniała tam sinawa plama, szeroko rozlana pośrodku. – Oni zawsze tańczą – Tapeta zaniósł się długim rzężącym kaszlem. – To młodziaki. – Późno już... – zaczął Ząbek, lecz nie dokończył. Skrzypnęły drzwi. Weszła Mela. Patrzyła na nich. Prawie jednocześnie pochylili się nad stołem. Więc

widziała tylko gęste i zmierzwione kłaki młodego i mysią, zapyloną łupieżem głowę swego dawnego chłopa. Ząbek wstał szybko. – Skoczę – powiedział, patrząc z natężeniem w okno pełne granatowej ciemności. – Skoczę – powtórzył – po swoje ciuchy. Mało jest tego – wyjaśnił – nie oszczędzałem. – Więc jak? – zapytała Mela. – Ano, chyba zmieścimy się we trójkę – powiedział po namyśle chłopak zwany Ząbkiem. – Ja przy tobie – spojrzał na tapczan. Jednocześnie Tapeta zerknął na swoje posłanie za szafą. Był tam siennik, na którym sypiał, i tramwajarski kożuch do przykrycia. – I wychlać coś przyniosę – dodał Ząbek. Uśmiechnął się. – Psiakrew! – zaklęła Mela głucho i splunęła.

Ożenili... Odkąd postawiono tutaj kiosk, Karol przychodził codziennie na piwo. Opierał się łokciem o parapet i sączył powoli duże jasne. Karol jest to chłop niewysoki, kaleka z poparzoną gębą. Dzieciaki pokrzykują za nim: – Kopyto!... – Kopyto!... – On tylko macha ręką. I właściwie kawałek stopy, który mu pozostał, naprawdę przypomina kopyto. Starsi zwali go „Koślawcem”, mówiono mu tak w oczy, a on się do tego przyzwyczaił. Inni z tej ulicy też przychodzą do kiosku. Mówią lub nie mówią: „Cześć, Koślawiec...” – Później gadają długo w noc. Wesołe gadki wstawia technik Bednarek, zaś Felek Piaskarz słucha z rozdziawioną gębą i zawsze bierze wszystko na poważnie. Kolejarz Wróbel, chmurny żołądkowiec, przerywa im zwykle i wtrąca swoje o wędkach lub rybach. Jednego razu powiada, że dobrze biorą, następnego, że źle. I tak w kółko. Koślawy Karol smakuje piwo, zdmuchuje pianę. Niekiedy posłyszy coś wesołego – zaśmieje się, ale rzadko. Przeważnie podśmiewają się z niego. Robi się ciemno. Niebo świeci gwiazdami lub jest sine i ponure. Felek Piaskarz opędza się od swych synów, białowłosych pętaków, którzy ciągną go uparcie za nogawki i wrzeszczą: – Tata, kup pączka, kup!... – Są nieustępliwi. Najstarszy z nich, w pluszowych porteczkach, mówi surowo: – Nie zachlewaj się tak... uważaj... – Nauczył się tego od matki, znaczy się kobity Piaskarza. Technik Bednarek spogląda za kobietami. Jest przystojny, z czarnym wąsikiem. One też zerkają na niego. Nawoływania bab kończą rozmowy przy zielonym kiosku. Mężczyźni żegnają się. Koślawiec też wsiąka w ciemność. Idzie niezgrabnie, kuśtykając i sapiąc. Mieszka w małym drewniaczku naprzeciw pekinu. Dwa okna wychodzące na ulicę to jego okna. W kuchni leży na wyrku ojciec koślawego Karola, reumatyczny i senny starzec... postukuje laską w ścianę. – Chodź – mamrocze – chodź, Karolek, na chwilę... – Spod pierzyny wychyla łysą, świecącą czaszkę. Mówi niewyraźnie, trzęsie się. – Jak tam – zagaduje – w mieście? Więc Karol odpowiada: – Genek... ten od Wosików z Budek... pobił swoją... Wywalił przez okno bety, szafę... zabrała go policja. – Innego znów razu: – Krawiec z przeciwka,

Skarbeńko, dostał delirki... Stary jeszcze bardziej marszczy twarz. – To dopiru, to dopiru – dziwi się i ziewa. W ciepłe wieczory Karol wybiera się nad glinki. Niekiedy gawędzi tam z panem Antonim, zwykle milczą obaj. Koślawy Karol opiera się o akację i słucha, pewnie rechotu żab. – Dobranoc! – pan Antoni przerywa milczenie i szmer trzcin – dobranoc! Koślawiec marszczy przyjaźnie gębę i myśli nad czymś przez chwilę. Jednak nic nie mówi i też odchodzi. Wokoło ciemno, tylko niepewnie błąkają się w wodzie światła miasteczka. Koślawy Karol zapala papierosa. Ruchliwy ognik pokazuje jego twarz z dziwacznymi cieniami, pełzającymi po policzkach. Ostrożnie, by nie zbudzić starego, stąpa po schodach. W sieni ogarnia go mocny zapach starzyzny i siana. Na głos fabrycznej syreny Karol gasi lampkę. Lecz nie od razu zasypia. Leży z otwartymi oczyma. Słyszy chrapanie starego. „Dobrze mu tak – myśli – śpi i śpi”. Trochę zazdrości. Szczególnie w letnie, pełne ciepła i szmerów noce. Wtedy włażą przez okno jakieś chichoty, nawoływania... Niespokojnie. Długo w noc przewraca się na łóżku. Łóżko skrzypi wstrętnie, jęcząco jak skarga. Koślawiec przeklina po cichu. Spluwa... Więc Antoni nie myli się, gdy mówi: – Przecież ten Karol lubił kiedyś baby, i jak lubił – przeciąga znacząco ostatnie słowa. – Przed tym, co mu nogę poszkodowało i oszpeciło gębę, to nawet powodzenie miał... – Antoni drapie z zastanowieniem brodę. – Takie jest życie – zniża do szeptu głos – takie jest życie... – Lubi tak mówić. Naprzeciw Koślawca mieszka Władka Lebiodowa. Chuda i czarniawa. Przyłażą do niej furmani, najczęściej Wiesiek Kieło. Władka szybko upija się i rozkłada łykowate nogi. Antoni spluwał pogardliwie. – Z taką... z taką... Zwierza się swojej kobiecie. Ona śmieje się i mówi: – Nie każdy taki wybredny jak ty... i łysy. – Powoli zapina bluzkę. Szeleści materiał. W uśmiechu twarz jej żłobią dołeczki, ładne i młode. Antoni czuje się tak, jakby pierwszy raz ze swoją. Potem myśli: „Karol... Karol... ciężko mu żyć...” – i zasypia zmęczony. W niedzielne dni koślawy Karol goli się i wkłada granatowy garnitur, porządny, z setki. Ale co z tego – i tak wygląda kiepsko. „Ubrać to się w co mam” – myśli z niejakim zadowoleniem i idzie do kościoła. Nie ogląda się na boki, choć kącikami oczu dostrzega ludzi. Widzi młode pary. „Powyrastały pętaki” – dziwi się. Starzy ze swymi babami... Niedziela to głupi dzień.

Dziewczyny uśmiechają się na widok koślawego Karola. Śmieszny. Z poparzoną gębą. Skacze jak kozioł. Baby poszeptują: – Szkoda chłopa... – Pokazują paluchami i dodają: – Co prawda, to prawda, szpetny... „Cholery” – myśli Karol. Przyspiesza kroku. W taki niedzielny dzień odwiedza go pan Antoni, a czasem też stary Biel. Grają w oko; Biel namawia na sztosa. Składają się na pół litra. Rozlewają w musztardówki. Ojcu też dostaje się trochę. Sapie i przygładza pożółkłego wąsa. Z okna widać rudy pekin. Pod kasztanem wylegują się ludzie. Dzieciaki podbijają piłkę. Ktoś klnie wymyślnie i cienko. Władka Lebiodowa przeciąga się w oknie. Jest tylko w różowej koszuli. – Wywłoka – mruczy Biel. Koślawy Karol nie patrzy tam. – Mój bank – mówi półgłosem. Czasem: – Oko. – Czasem: – Fura... Władka przeciąga się leniwie jak kocica. Jest brzydka, ale teraz, w słońcu, wygląda ładnie. Karol przerywa grę. – Pójdę – mówi niewyraźnie – zara wrócę. Patrzą wyczekująco. – Przewiążę – powiada – kozę przewiążę... Pan Antoni zgarnia karty do tasowania. Biel ogląda swe kanciaste i pościerane palce. Z tą kozą stałą się sprawa co najmniej głupia. Koza jak koza. Brudna, z pozlepianym włosem. Koślawiec wiąże ją zawsze na burej od kurzu łączce. Koza ociera się o nogi jak pies i beczy tęsknie, gdy Koślawiec odchodzi. Technik Bednarek, dowcipniś i zgrywus wielki, dostrzegł kiedyś Karola z kozą... Koślawiec przywiązywał ją do płotu, klepał po grzbiecie... Widział Bednarek jeszcze kilka razy... Pewnego wieczoru, wypiwszy piwo, zaczął niedbale: – Ten Karol... – przerwał i stuknął w kufel. Piegowata Jadzia spoglądała na jego profil, regularny i męski. – On... – technik Bednarek zniżył głos do świstu – żyje z kozą... Jadzia westchnęła. Chciałaby z Bednarkiem... Opowiadał, że są tacy, co tylko z kozami. Karol na pewno też. Felek Piaskarz uśmiechnął się głupawo. – Z kozą? – zastanowił się. – Cholera wie. – Wątpił. Technik Bednarek ziewnął w dłoń, potem dodał smutno: – Zmarnował się chłop... ale nie rozumiem, po co z kozą? Posłał Jadzi pełnego wdzięku całusa. Jadzia spoglądała nań z udręką.

Rozchyliła uszminkowane usta. Gadka o kozie rozniosła się szybko. Nawet brzdące wołały za Koślawcem: – A gdzie koza?!... Koza gdzie?! – A przecież nie wiedziały, o co chodzi. Koślawy Karol sposępniał. Rzadziej przychodził do kiosku. Baby oczekujące przed sklepem na mięso rozważały: – Może i prawda – mówiła gruba Drabarkowa – niepewny on teraz, zastrachany jakiś... – Tfu, paskudztwo – rzekła któraś. Technik Bednarek spoglądał na Karola kpiąco, z rozbawieniem. Przy kiosku powiadał: – Biedny on, nie może się odzwyczaić. – E tam – marszczył czoło Piaskarz. Myśl była trudna, aż otworzył usta. Śmiech podrywał brzuchy. – Z kozą dobrześ wymyślił – szepnął ktoś do technika Bednarka. Pan Antoni usuwał się na bok i medytował. Któregoś dnia zaszedł pod drewniak Karola. Rozejrzał się niepewnie. – Karol! – szepnął, zaglądając w otwarte okno. – Koślawiec! – podjął głośniej pan Antoni. Karol był rozczochrany, nos miał siny bardziej niż zwykle. Drapał się po piersiach. – Czego? – warknął niechętnie. Pan Antoni spoglądał na żyły węźlejące na szyi koślawego Karola. Pogładził okienny parapet. Syknął. W dłoń wlazła drzazga. – Cholera – mruknął – głęboko wlazła... – Długo wyciągał. Potem szybko powiedział: – Z kozą głupia heca, ale rozumiesz, ludzie... Koślawy Karol z rozmachem zatrzasnął okno. Zadygotały szyby. Pan Antoni stał jeszcze chwilę. Odszedł, poruszając śmiesznie wargami. Karol siedział na łóżku. Kołysał głową. Ręce zaplótł na kolanach. – Ludzie – powtórzył jak echo – ludzie... Znieruchomiał. * * * – Tłumaczyłem – zwierzył się pan Antoni Bielowi – że ludzie, wiadomo, cholery są i żeby nie brał do serca... jak kumplowi... a on okno przed nosem zatrzasnął... Spocił się. Wyciągnął kraciastą chustkę. Biel zmrużył zaczerwienione, jakby królicze, oczy. Potakiwał. Przeciągnął się i usunął w cień pod kasztan.

– Głupi koślawiec – zakończył pan Antoni i starannie złożył chustkę. Stary Biel powtórzył sennie: – Głupi, głupi... Zielonkawa mucha krążyła nad jego głową... Pan Antoni spotykając Karola, odczuwał tężejącą w sobie złość. Odwracał głowę. Mruczał coś. W sobotę po wypłacie spotkali się nad Pociechą. Pierwszy zaczął koślawy Karol. Trącił Antoniego lekko w plecy. – Wypijem – odezwał się i zapatrzył w wodę. – Ano można – odparł pan Antoni. W wydeptanej wśród trzcin kotlince rozłożyli marynarki. Pili dużymi łykami. Zagryzali salcesonem. Nos Koślawca lśnił fioletowo. Pan Antoni żuł apatycznie skórkę. Po ostatnim łyku powiedział surowo: – Mało... wypijem jeszcze. – Można – przytaknął Karol. Zapadł już wieczór, wracali, zataczając się porządnie. Antoni wyrywał do przodu, koślawy Karol nadążał z trudem. Klął szpetnie. Przystanęli koło kiosku piegowatej Jadzi. Przestała czyścić paznokcie. Zdziwiła się. Wysoko podniosła brwi. Karol memlał wargami, mocując się z poplątaną mową. – Ja... – zaczął. Zakołysał się i wczepił palcami w blat. Odetchnął głęboko. Teraz już równo i wyraźnie powiedział: – Że jestem Koślawiec... to zgoda... – Pofałdował nisko czoło. Gębę miał teraz żałosną. „Brzydal” – pomyślała Jadzia i uśmiechnęła się wyczekująco. – A z tą kozą... – Karol znowu zachwiał się – a z tą kozą – powtórzył – to niech ich cholera! – Groził kułakiem w granatową ciemność nocy. – Pewnie – zgodził się pan Antoni i przymknął oczy. Piegowata Jadzia ukryła twarz w dłoniach i zachichotała. Wkrótce zniknęli za zakrętem uliczki. Z daleka dobiegały do kiosku ich podniesione głosy i przekleństwa. – Zarżnę – bełkotał koślawy Karol – zarżnę... – Kogo? – nie zrozumiał pan Antoni. – Kogo!? – podniósł głos – mnie!? – czknął raz, drugi... – A kozę – mruknął Karol. Rozstali się przy parkanie. Karol długo mocował się z furtką. Zmęczony zadarł głowę. Niebo pełne było gwiazd. Zza pekinu wyglądał blady księżyc. Koślawiec wyciągając ręce jak ślepiec, dotarł do schodków. W komórce zabeczała koza. – Głupie zwierzę – szepnął koślawy Karol. Potem drgnął, jakby sobie coś przypomniał. Wysunął szyję i powiedział głośno w ciemność: – Niby po co...

Dowlókł się do mieszkania. Szukał łóżka. Zwalił się na podłogę. * * * W niedzielę po sumie pan Antoni uśmiechnął się tajemniczo. Kobicie kazał wracać do domu. – Sama z kościoła? – złościła się. – Jak to wygląda?... W końcu wzruszyła ramionami i poszła sobie, kpiąc z ich głupich tajemnic. Oni zaś usiedli na ławce przy stacji. – Mam coś dla ciebie – powiedział Antoni. Koślawy Karol zdziwił się. To był właściwie pomysł kobiety Antoniego. Na przeciwnym krańcu miasteczka mieszkała Maryśka. Już ładnych parę lat szukała chłopa. Miała jednego zezowatego węglarza. Nawet mieszkał u niej. Ale nagle zwinął manatki i już nie wrócił. Maryśka płakała. Klęła. Bo to przecież wstyd. Podśmiewały się sąsiadki. Jak to? Był chłop... i zwiał? W ogóle bardzo chciała mieć chłopa. Niemłoda, ładna też nie, ale krzepka – zadek miała wielki, baniasty. Chłopy lecą na takie zadki. Wieczorem można było stuknąć w szybę. Odsuwała firankę i wpuszczała do środka. – Niczegowata baba – objaśniał powoli pan Antoni – zdrowa i robotna... a kręci się za chłopem, ho, ho... – śmiał się. Przy oczach promieniami wyrastały dobroduszne zmarszczki. Koślawy Karol strzyknął przez zęby. – Gdzie tam ja do niej... ja!... – powtórzył bardzo zdziwiony. Na placu wirowała karuzela. Twarze ludzi lśniły potem. Przy strzelnicy wzbił się chóralny śmiech. – Akurat dla ciebie – pan Antoni pociągnął go za rękaw. Więc Karol wyszykował się starannie. Ogolił się, kalecząc brodę. Twarz zwilżył pachnącą wodą. Zawiązał krawat. Badawczo obejrzał się w lustrze. Z zafrasowaniem przesunął dłonią po oszpeconym policzku. Westchnął. Antoni załomotał w drzwi. – Wypić zdałoby się – opierał się Koślawiec. – Pierwszy raz – rzekł Antoni – to nie wypada. Buty koślawego Karola skrzypiały głośno – nowe, żółte. – Ho, ho, ale ubrany! – Felek Piaskarz odprowadził ich zazdrosnym spojrzeniem. Cmoknął. – Wiadomo, kawaler... – mruknął kolejarz Wróbel. Mieszkała przy cegielni. Dalej już rozciągały się pola. Przypatrywała się uważnie Karolowi. Koślawiec ręce ukrył pod stołem

i zacisnął mocno. Poczęstowała herbatą. Popijali statecznie. Łamali po kawałeczku kruche ciastka. – Tak, tak, tak to bywa... – gadał pan Antoni. – A samemu źle żyć – zakończył niespodzianie i spojrzał chytrze na Maryśkę. Karol pochylił nisko głowę. Nie chciał, żeby gębę zobaczyła. Maryśka dolała mu herbaty. Podziękował. Muchy obijały się na szybach. – Spokojnie tu, cicho – odezwał się po raz pierwszy koślawy Karol. Sczerwieniał. Popatrzył w okno. Maryśka zobaczyła jego profil... Byle jaki. Spuściła oczy. Z podwórza dochodził zgrzyt piły – ostry i drażniący. Potem kobiecy, pełen wyrzutu głos. I znowu cicho. „Głupio” – pomyślał Karol. Gdy się zmierzchało, podziękowali i wyszli. Koślawiec odetchnął głęboko, przesunął dłonią po gorącej twarzy. – Fest – śmiał się pan Antoni. – Nie mówiłem! Żwir skrzypiał pod butami. W bramach jarzyły się ogniki papierosów. Ktoś grał na harmonii. Głośno. Fałszywie. Pisk... – Macają się – stwierdził pan Antoni. – Młodziaki... – Spoglądał na Karola, ale było już ciemno i twarzy nie dojrzał. – Niczego baba – powiedział Koślawiec – ale... – Zamilkł. Pewnie zwątpił w siebie. Pan Antoni zdziwił się: – Trąbo – rzekł głośno – trąbo... poleci na ciebie... Majster, fachowiec, samotny... – wyliczał, rozcapierzając palce. – Kto by nie poleciał... Szli ścieżyną wzdłuż glinianki. Trzciny szemrały. Strzygł je lekki wiatr. Spóźniony rybak składał wędkę i z zastanowieniem patrzył w granatową toń. – Czysto u niej – mruknął koślawy Karol. – I zdrowa – wtrącił pan Antoni – z takim zadkiem... – Szedł pierwszy. „Dobry kumpel – pomyślał Karol – ale co on tam wie...”. Uśmiechnął się dziwnie. Przemedytował chyba całą noc. Rankiem przy łóżku mnóstwo rozrzuconych niedopałków, głowa ciężka, a w gębie gorycz. Przygotował śniadanie. Stary jadł żarłocznie, pomlaskując. Dzień wstał chmurny. Bure niebo. Wiatr walił w okna pekinu. „Spróbuję – myślał koślawy Karol – ostatni raz spróbuję”. Nacisnął czapkę na uszy i wziął narzędzia. Przy robocie też myślał o tym. W parę dni potem kupował kwiaty. – Ładne – powiedział do ogrodnika – i dużo. Ogrodnik wybałuszył oczy. „Karolek!! ...kwiaty!?”. Ale nie powiedział nic.

Naciął pęk krwistych peonii. – Co ładniejsze – żądał Koślawiec. Oglądał uważnie. Gładził pąki. – Drogo... – mruknął – ale niech tam. – Popluł w palce i odliczył pieniądze. – Wpadnę tu jeszcze – powiedział. Ogrodnik z zastanowieniem ustawiał doniczki. Koślawy Karol owinął bukiet w gazetę. Szedł chyłkiem. Nad glinkami odpoczął chwilę. Myślał. W jej oknie żółciło się światło. Za zasłoną mignął cień. – Ona – szepnął Karol. Potarł policzki. Zarost kłuł w palce. Zaklął cicho. Wszedł. Odtąd zachodził do niej często. Maryśka była nieprzenikniona, ale gościnna. Przynosił wódkę. Wypijała kieliszek, odginając wytwornie najmniejszy palec. Opowiadał jej o pracy. Potakiwała. Myła statki. „Starowna” – myślał. Patrzył na jej plecy, opuszczał wzrok niżej... wycierał o spodnie wilgotne ręce. Rozglądał się po izbie. Nad kuchnią biały landszaft z uśmiechniętym kucharczykiem, zaś pod ścianą łóżko i sterta poduszek. Wracając, zatrzymywał się nad glinkami. Siadywał wśród trzcin i przymykał oczy. Przypominał sobie wnętrze izby. „Niczegowato...” – myślał z uznaniem. Otwierał oczy, otrząsał się i mruczał: – To ci cholera. – Podnosił się i szybko, skaczącym krokiem wędrował do domu. * * * – Spiesz się, Koślawiec – ponaglał pan Antoni. – Siwiejesz i nie będziesz już mógł, a ona chce... „Może i prawda – myślał Karol – może poleci na mnie”. Głośno powiadał: – Bo to wiadomo... – Kiwał flegmatycznie głową. Stawiał piwo. Wypijał duszkiem i ocierał rękawem usta. Technik Bednarek uśmiechał się chytrze, zagadkowo. Przechodząc, kłaniał się grzecznie. Zachodził za kiosk. Tam na beczkach siadywał kolejarz Wróbel i Felek Piaskarz, i jeszcze paru innych. Ćmili papierosy. Pogadywali niedbale. – Żeby chociaż ćwiartkę – stękał Felek. Kolejarz Wróbel mrużył wyblakłe oczy. Technik Bednarek gładził wąsiki, które niby niteczki znaczyły się nad ustami. Ściszał do szeptu głos. Mówił długo. Twarze mężczyzn rozjaśniały się. Nawet kolejarz Wróbel uderzał się w uda i rżał: – Morowe, morowe! – Spluwał ciężko lub dusił się astmatycznym kaszlem. Piegowata Jadzia poprawiała pończochy, wysoko pokazując uda. Zerkała na technika Bednarka, który był „w jej typie”. – Tak, tak – mówił fryzjer Kazio – goli się codziennie. Gębę mu smaruję.

Zaśmiewali się, patrząc na Koślawca. On płacił pospiesznie i odchodził. Zwykle towarzyszył mu pan Antoni. Śmiech tych spod kiosku słychać było jeszcze długo. * * * Tego dnia Karol zaszedł do Maryśki zaraz po robocie. Przed drzwiami zatrzymał się i poprawił krawat. „Kobita – zastanowił się. – To tak, jak Antoni ze swoją... Przyjdzie z roboty, na stole obiad. Wróci wieczorem, czeka w łóżku...”. Podrapał się po głowie. – E tam – mruknął. Nacisnął klamkę. Maryśka pachniała perfumami. „Tymi, co dałem – stwierdził i nabrał pewności. – Bo przecież ma swoje lepsze...”. Była w jedwabnej kwiecistej sukience. Podsunęła mu krzesło. Pudrowała się w lusterku. Zaczął powoli: – Zarabiam nieźle... zależy, jak popadnie – ciągnął – ale zawsze koło dwóch... Spojrzała na niego. Zaniepokoił się i zdmuchnął jakiś niewidoczny pyłek z klapy. – Mój ojciec – odezwał się znów – wiele nie potrzebuje... opierunek i trochę żarcia. W ogóle – dodał – długo nie pociągnie. Skinęła głową i wytrzeszczyła ze zrozumieniem żółte zęby. Wstał. Krzesło odstawił pod ścianę. – Pójdziemy – powiedział – ładnie dziś... Zajdziemy do mnie – dokończył, wpatrując się w swoje błyszczące buty. Ukradkiem zerknął na Maryśkę. W tej sukience widział ją pierwszy raz. Dobrze wyglądała. „Jak zgodzi się – pomyślał – to już jest nieźle...”. Zgodziła się. Szli powoli. Ujął ją pod ramię. „Żeby tylko spotkać Antoniego” – pomyślał. Spocił się, choć było chłodnawo. Przechodzili koło kiosku. Na beczkach siedzieli mężczyźni z tej ulicy. Bednarek i inni. Stara paka. Mocniej przycisnął łokieć Maryśki. Potem odetchnął z ulgą – zobaczył Antoniego, który popijał piwo, ostrożnie zdmuchując pianę. – Napijmy się – zaprosił koślawy Karol Maryśkę. – Gorąco... Pan Antoni ukłonił się z fasonem. Technik Bednarek podniósł się z beczki. Chwiał się lekko. Spoglądał smutno na Karola, wzrok przeniósł na Maryśkę. Zmrużył oko. Felek Piaskarz przysunął się bliżej. Inni też postąpili naprzód. – Ten Karolek – zaczął donośnie technik Bednarek – bestia... łajdak. – Przeczekał chwilę i rozejrzał się. – Przedtem z kozą... Teraz z panną Marysią,

a kozę rzucił. I wierz tu mężczyznom – zakończył żałośnie. Gruchnął śmiech. Maryśka zaśmiała się również. Dłoń koślawego Karola zacisnęła się na kuflu. „Uderzy – pomyślał pan Antoni – to też ich machnę...”. Lecz koślawy Karol powoli wyciągnął pieniądze. Położył na mokrym parapecie. Jeszcze przez chwilę widzieli jego twarz. Bezradna i jeszcze brzydsza... Odszedł, kuśtykając jak kozioł. – Reszty! – wołała piegowata Jadzia – reszty...! – Dławiła się śmiechem. Maryśka poprawiła włosy. – Ja... z nim? – powiedziała pogardliwie – też... tylko tak sobie... – Lepsza od mojej – westchnął Felek Piaskarz – lepsza. Kolejarz Wróbel aż zasmarkał się od śmiechu. Nigdy się tak nie ubawił. – Łachudry – powiedział głucho pan Antoni i plunął Maryśce pod nogi. Pobiegł za Karolem. Dogonił go przy przecznicy. – Reszty – rzekł niepewnie – przyniosłem ci resztę. Nie wziąłeś... Mało to bab na świecie – dodał po chwili. „Klapa – myślał koślawy Karol – teraz klapa ze wszystkiego”. Zwrócił twarz do Antoniego. – Nie o to chodzi – powiedział – to co innego... klapa. Bo i co zostało. Był pewien, że nic nie zostało. Zacisnął usta. Zatrzymali się. – Zawsze to i szkoda grosza na taką kobitę – powiedział powoli Koślawiec. – Szkoda... – Splunął. Przygarbił się. – Ano, ano – mruknął pan Antoni – co zrobić. – Wpadłbyś do mnie – dodał – wypijem trochę... – Nie – koślawy Karol pokręcił przecząco głową. – Nie mam smaku. Pożegnali się. Karol zniknął za furtką. Pan Antoni słyszał skrzypienie butów, kaszel. Postąpił krok, jakby chcąc pójść za Koślawcem. Jednak zastanowił się i machnął ręką. Był senny. „Trzeba by na ryby” – pomyślał pan Antoni. Postanowił wybrać się o świcie nad glinki. Ziewnął szeroko... – Żeby tylko nie zaspać – mruknął i poszedł szybko wąską, czarną uliczką. Koślawy Karol stał na podwórzu. Rozglądał się. Podszedł do szopy. Pachniało sianem. Coś zaszeleściło. Pochylił się i namacał ciepły, kosmaty kształt. Koza. Pobekiwała cienko. – Kurwo – powiedział łagodnie – przez ciebie też niemało... – nie dokończył. Ręce wytarł dokładnie o spodnie. „Ożenili... – pomyślał – z kozą...”. Uśmiechnął się krzywo i strasznie.

Fujara, czy jak go tam Uliczka jest niewielka, z przyjemnym cieniem, wciśnięta w drzewa. Znają się tutaj wszyscy. Nikt nie zadziera nosa, tylko jeden pan Sypuła, właściciel wytwórni kosmetyków, chodzi sztywno i dumnie. – Palant! – pokrzykują za nim dzieciaki, a starsi śmieją się w kułak. Ten kąt miasteczka zamieszkują furmani, murarze i rzemieślnicy, słowem, sami swojacy. Za przecznicą, na schodach przed niebieskim domkiem, wysiaduje zwykle Paweł Tasarz. Dochodzi już chyba pod pięćdziesiątkę – chłopina pomarszczony i nieśmiały. Wszystkim Paweł Tasarz kojarzy się niezmiennie z małym kosmatym szpicem zwanym Mikusiem. Najstarsi zaś pamiętają, że przed Mikusiem miewał Paweł jeszcze inne psy. Po prostu lubi zwierzęta. Kundle, spotkane na ulicy, nawołuje leciutkim gwizdnięciem, szpera po kieszeniach – zawsze ma coś dla nich. Z niemałą przyjemnością głaszcze je po szorstkich grzbietach. Mikuś szczeka zazdrośnie. Więc i jego podrapie za uchem na zgodę. Kobiety twierdzą złośliwie, że Paweł Tasarz zalatuje psim zapachem. Kręcą nosem i czynią nieznaczny a wymowny gest. Znaczyć to może, że z Pawła jest wielka fujara. Dzień zaczyna Tasarz bardzo wcześnie. Niewprawnie ściele łóżko, goli się byle jak i wychodzi z Mikusiem na spacer. W drzwiach rzuca jeszcze krótkie, jakby zatroskane spojrzenie na tapczan. Jego młoda i ładna żona śpi z półotwartymi ustami. Chrapie cienko. Kołdra zsuwa się, pokazując białe, baniaste piersi... Świt jest rześki, przezroczysty. Trawa błyszczy rosą. Szpic podlewa starannie płot. Uliczka jeszcze śpi. Okna przesłonięte. Tylko z kamienicy Cacków dochodzą dźwięki fortepianowej muzyki. Zrazu ciche, delikatne, potem nagle wzbija się kaskada uderzeń jak burza. To ponury stroiciel fortepianów gra ulubionego Szopena. Paweł słucha uważnie, kiwa głową. – To dopiero, to dopiero – powtarza półgłosem – szajnie gra... Ceni stroiciela i Szopena. Czeka na koniec tej muzyki. W oknie pokazuje się blada, zarośnięta pod oczy twarz stroiciela. Zamieniają parę słów... o pogodzie, o tym i tamtym. – Musim „ćwiarteczkę”, tego, spełnić razem – powiada na odchodnym Tasarz Paweł. Zawsze tak mówi, a przecież wypili już chyba z kilkadziesiąt

„ćwiarteczek”. Drobnym, posuwistym krokiem idzie dalej. Spogląda przez sztachety na ogródek sąsiadów. Równym rzędem czerwienią się peonie, pośrodku klomb z bratkami. I wiele innych kwiatów. Wszystkie świeże, wymyte rosą. Głowi się Tasarz nad ich nazwami. – Maki – mruczy – nie maki. – Zrezygnowany macha ręką. Przed sodowiarnią mija go murarz Franuś. Witają się. – Jak tam spało się? – zapytuje Tasarz. – Ano, ano – odpowiada Franuś i ziewa szeroko. – Lecę – mówi – późno już... Idzie pokracznie, pleczysty, w zawapnionym kombinezonie. Paweł też kończy spacer. Wraca do niebieskiego domku. Żona krząta się przy kuchni. Rozczochrana. Zła. Rozlewa mleko. Krzyczy ostro na Mikusia, który włazi pod łóżko, szorując brzuchem podłogę. Paweł opuszcza głowę. „Młoda – myśli łagodnie – to i spałaby dłużej...”. – Owija w gazetę chleb z kiełbasą i spieszy do roboty. Pracuje w spółdzielni za kościołem. Jest zdunem. Cieszy się uznaniem jako stary i dobry rzemiecha. Prawie wszystkim sąsiadom piece ponaprawiał i nigdzie się już nie dymi. – Jaki jest, taki jest – mówią przejednane kobiety – ale na piecach się zna. – On zaś uśmiecha się wstydliwie i za nic nie chce przyjąć pieniędzy. „Od swojaków – myśli, chowając ręce za plecy – nie wypada”. – Postawcie kielicha – mruczy – i będzie szlus. – Na widok butelki pobłyskują mu oczy. Szklaneczkę podniesie pod światło, zakręci nią i przełknie bulgocącym haustem. Usta otrze rękawem i powie: – Dobra, poszło na zdrowie... – Zagryzie byle czym, posiedzi chwilkę i pożegna się grzecznie. Taki już jest. Właściwie to w spółdzielni „Piec” zarabia nieźle, nawet nie potrzebuje dorabiać na boku. Ale jego żona, Gruba Jadźka, i tak narzeka. Po wypłacie bierze się za biodra i patrzy nań ostro. Czerwona, rozłożysta i falująca. Paweł Tasarz umyka przed takim spojrzeniem. Obraca w dłoniach czapkę i próbuje wymknąć się z chałupy. W uszy włażą mu jej złośliwe docinki. „Ciągle mało i mało” – myśli z pewną urazą. Odpycha łaszącego się Mikusia. „Młoda kobieta – uznaje po chwili – to i mało jej. Fatałaszki, to... tamto”. – Już rozpogodzony przeciąga się w słońcu. Mały, pomarszczony i zarośnięty, właściwie podobni są do siebie z tym Mikusiem. Wraca do mieszkania. Żona maluje się w lusterku. Wkłada wzorzystą sukienkę, którą upina zieloną broszką. Zgrabna, elegancka i twarz ma ładną. Z zadowoleniem spogląda na nią Paweł. Drapie się po głowie. Pochrząkuje. – Dobrze wyglądasz – odzywa się nieśmiało. – Wybralibyśmy się gdzieś... można by do brata... Kobieta porusza przecząco głową i krzywi się nieco. Przyczesuje loki. Włosy są puszyste, złotawego koloru, ciężko spadają na ramiona. – Lecę – mówi Gruba Jadźka – do koleżanki... – Wygląda przez okno.

I wychodzi śpiesznie... Smutno trochę Pawłowi. W mieszkaniu cisza. Leniwie potrzaskuje dogasający ogień. Za ścianą płacze dziecko. Paweł nasłuchuje. To stara Karolina garbuje skórę maleńkiej Basi. Dziecko zawodzi cieniutko, jęcząco. „Takie małe – troska się Tasarz – przecie może ją zatłuc”. Całkiem wyraźnie widzi czerwony, zbity tyłeczek. Z namysłem trze brodę. „Młoda – myśli o swojej – to i szuka koleżanek odpowiednich dla siebie”. Dorzuca węgli do ognia. Odgrzewa sobie obiad. Mikuś śledzi uważnie jego ruchy. Ktoś stuka w szybę. Franuś, murarz, marszczy zachęcająco gębę. Czyni krótki znak ręką. Posiniał już, a więc wychlał sobie trochę. Paweł Tasarz dojada szybko obiad. Idą spacerkiem do parku. Ów park to kilka kasztanów i ławki ukryte w ich cieniu. Tuż przy stacji. Zajmują „swoje miejsce” – trzecią na prawo ławkę. Uważnie odbijają butelkę. Franuś wyciąga z kieszeni musztardówkę. Witek od Teszelów leci po salceson. Schodzą się znajomkowie. Piją, zakąsają oszczędnie. Mikuś dostaje skórki. Dosuwają drugą ławkę. Przyszli już furmani ze składu, stary Adamczewski i jeszcze inni. Wolno toczy się gadka. Spoglądają za odjeżdżającymi pociągami, które dudniąc, nabierają rozpędu. – Ale gnają – mruczy ktoś sennie. – Ho, ho – godzą się pozostali. Przez głośnik zdarty głos kobiecy zapowiada: – Uwaga, uwaga... po torze drugim przejedzie pociąg bez zatrzymania... – Potem szmer, trzaski... Megafon zaciął się. Słońce kryje się za korony drzew. Jest krwawe i jeszcze grzeje mocno. Parę ławek dalej zbierają się młodzi. Cmokają za dziewczynami, do starych pokrzykują: „Na zdrowie!” – i sami też składają się na butelkę. Paweł Tasarz kołysze się śmiesznie i szepce do szpica: – Mikuś, Mikuś... Chodź do pana. Głos mu się plącze. Pies, nieufna bestia, przekrzywia głowę i odsuwa się dalej. – Taki pies – kpią – nieposłuszny. – Chodź – powtarza Paweł. Nauczyciel spod dwudziestego szóstego zatrzymuje się obok ławki. Jest pulchniutki, pachnie wodą kolońską. Z trudem dźwiga wypchaną papierzyskami tekę. – Oj – mówi z wyrzutem – oj, panowie. Czy nie za dużo tej wódki? Kiwają zgodnie głowami. Paweł wstaje i odpowiada niepewnie: – Życie krótkie, a pić się chce, panie profesorze. – Przez zmrużone oczy spogląda dobrodusznie na świat. – Nie radzę, nie radzę – brzęczą jak muchy słowa profesora.

– Kształcony chłop... i równy... No, abyśmy... Musztardówka przechodzi z rąk do rąk. Paweł gębę ma teraz czerwoną, oczu prawie nie widać. Do uszu miękko wchodzą słowa kompanów. Przymknął powieki. – Idziem – ktoś tłumaczy gorączkowo. „Pewnie Zaremba” – zastanawia się Paweł. Zaremba, tyczkowaty chłop, namawia na „trasę”. „Trasa” w tym miasteczku jest prosta. Zaczyna się od ławki, potem „Goplana”, a dalej, na mecie, bar „Uśmiech” – drewniana buda. Schodki strome, zawsze obrzygane, i tłok w środku. – No... – zachęca przymilnie Zaremba. Nagle pochmurnieje. – Muszę – cedzi przez zaciśnięte zęby – położyć go... Zgodnie wybuchają śmiechem. Zaremba już od lat próbował położyć na rękę Dziadka z „Uśmiechu”. I nigdy mu się nie udawało. Wiele ćwiartek przegrał. A przecież Dziadek liczy sobie dobrze po sześćdziesiątce, ale bardzo jest krzepiasty. Tylko Stasiek kładł go, a też z trudem niemałym... Więc wybierali się na „trasę”. Paweł stanowczo odmawiał. – Do żonki – chichotali – przykładny... i słabogłowy. On zaś obejmując sztachety, wracał do domu. Przodem biegł Mikuś, poszczekując cienko. Paweł zadzierał głowę i szukał gwiazd na niebie. Próbował liczyć. Migało w oczach. Frasował się jutrzejszą pogodą. Przed schodkami przygładzał włosy, klął szeptem, rozluźniał kołnierzyk i znikał za drzwiami. Wkrótce wybuchał długi, tężejący w sile wrzask. To jego baba. Paweł znowu wychodził przed dom. Wzdychał, wypalał papierosa. * * * Po takim większym pijaństwie budził się z ciężką głową, zasmucony. Żłopał chciwie herbatę i nie wychodził na spacer z Mikusiem. Po południu też wypoczywał. Było chłodnawo i przyjemnie. Z rozkoszą oddychał. W listowiu wrzeszczały wrony. – Pięknie – pomrukiwał Paweł. Spoglądał w korony drzew. „Wrony – myślał z szacunkiem – wrzaskliwe paskudztwo... a jednak”. Podobały mu się nawet. W ogóle wszystko mu się podobało. Potrafił długo i z wielką przyjemnością śledzić manewry mrówek, ciągnących owadzie szkielety. Nachylony, z otwartymi ustami tkwił w zadziwieniu. – Ramol – syczała jego baba, przeciągając się w oknie. Nawet kogut goniący za kurą zmuszał go do podziwu. Uśmiechał się, gdy kokocha uginała się pod ciężarem swego zadzierżystego samca. – Jak ludzie – powiadał – zupełnie jak ludzie. – A przecież to jemu baba jeździła po głowie. Przenosił wzrok na ulicę. Snuły się pary. Chłopcy obejmowali w pasie swoje dziewczęta. One chichotały radośnie.

Ponury stroiciel znowu bębnił Szopena, aż rozlegało się w końcu uliczki. Paweł podnosił się ociężale ze schodów. Bolały gnaty. Przechodzili znajomkowie i pozdrawiali machnięciem ręki. Murarz Franio poruszał znacząco łokciem. Wskazywał za pazuchę. Znaczyło, że ma „zaprawkę”. Paweł Tasarz stanowczo odmawiał. – Co, zmogło cię, Pawełek – podkpiwał pijanica murarz. Spoglądał nań z chytrą wzgardą. Paweł przygryzał spieczone wargi. – Zmogło jak zmogło – odpowiadał po namyśle – ale oddechu trza nabrać. Motorek nawala – wskazywał na serce. Palce zaplatał na brzuchu i unikał spojrzenia Franusia. Murarz odchodził zasmucony. – Kumpel – stwierdzał Paweł półgłosem – ale chla za dużo. – Słońce chowało się za domy. Kraj nieba żarzył się groźnie. – Chodź, Mikuś – mruczał Paweł – przejdziem się... Dążyli w stronę stacji. Kiwał przyjaźnie do kobiet grzebiących w ogródkach. Pochwalał nogi wysoko obnażone i niczegowate. Przy kiosku „Ruchu” zatrzymywał się na dłużej. Wincenty, zwany Łapką, zwracał doń kamienną twarz ślepca. Wyciągał zniekształconą rękę. Lubili się z Pawłem. – Co tam w polityce – zagadywał Tasarz. Pogadywali o Suezie, Gomułce. Ćmili papierosy. Paweł starannie składał gazety. – Za cały tydzień – mówił, dobierając jeszcze jakąś do kompletu. Mikuś poszczekiwał na rudego kundla włóczęgę i przerażony jego warknięciem, krył się za nogami swego pana. „Zaczepia – myślał dobrotliwie Tasarz Paweł – a potem tchórzy...”. – Jak tam żona? – zapytywał na odchodnym Wincenty. – Żona? – uśmiechał się Paweł – wiadomo, dobrze. – Poprawiał gacie i odchodził. Takie popołudnie szybko przechodziło w noc. Jeszcze parę pogwarek z sąsiadami... temu pomógł podlać pomidory, z tamtym znów... – i tak do ciemności. Zachodził jeszcze do Filozofa. Delikatnie pukał w ścianę jego budy. Nasłuchiwał... Chrapanie było potężne. Filozof. Choć w podartych gaciach, ale z muszką w bordo kropki. Sypiał w gołębnikach, a kroczył jak minister. Dzieci rzucały za nim kamykami. Ani drgnie. Zawsze zamyślony, z szerokim i podłysiałym czołem. Kpili zeń wszyscy. Tylko Paweł Tasarz szanował go bardzo. Filozof otwierał czeluść budy i zapraszał go do słuchania. Jego oczy pobłyskiwały surowo. Po kątach śmierdziało pleśnią i starzyzną. Filozof ściszał głos do szeptu. Mówił: – Pierwiastki, atomy pierwiastków. Wszystko przez człowieka i przeciw

człowiekowi. Nominativus. Genetivus. Ablativus – mruczał. – Zły czas – czynił rękoma straszliwy, apokaliptyczny gest. Nisko zwisały brwi, kryjąc jarzące się oczy. – Czy pan mnie rozumie? – pytał tubalnie. Paweł potakiwał usłużnie i szybko. Wychodząc, uznawał: „Ten to ci ma globus... Mózgowiec... Tęgi globus” – spoglądał z niejaką obawą na budę. – „Łacinę zna...”. Spocił się trochę, więc dokładnie ocierał czoło. W mieszkaniu żona mierzyła go nieprzyjaźnie. Przewracała się hałaśliwie na łóżku. Jak najciszej szykował kolację. Kołdra zsuwała się, pokazując pełne, młode nogi Grubej Jadźki. Rzucał tam krótkie, spłoszone spojrzenie. Robiło mu się gorąco. Ze smutkiem zastanawiał się: „Czemu taka zła i nieprzystępna?”. Mimo swej pięćdziesiątki widział ciągle przed oczyma jej zuchwałe nogi. Wzdychał cicho i długo nie mógł zasnąć. Ona pochrapywała już miarowo. Z tygodnia na tydzień nic się nie zmieniało. Wszystko szło po staremu. Popijawy, odpoczynki, żarty znajomków. I właśnie od tych pogwarek zaczęło się złe w życiu Pawła Tasarza. Od pewnego czasu w miasteczku dużo gadano o Grubej Jadźce. Paweł zrazu słuchał obojętnie. – Uważać na nią? – dziwił się – pilnować? Przecież nie będzie ze mną ciągle wysiadywała. Młoda... Wylatać się chce. – Ślinił dłoń i przygładzał rzadkie, sterczące włosy. Dumny był ze swej młodej żony. – A wy zaraz... puszcza się. – Spoglądał na nich wyrozumiale. „Młodziaki – myślał – to i chcieliby z moją. A ona twarda sztuka”. Coś jak tkliwość podlatywało do gardła. Krostowaty Tadeczek z trudem dusił śmiech. Jego szwagier, Puszkin, wydawał się zasmucony. Zwijał w palcach długie, kędzierzawe baczki. Stary kobieciarz, może więc rozumie... Nagle Puszkin marszczył twarz i szeptał: – Uwaga, uwaga, panie Pawle, może już teraz pańska baba gdzieś tam... – Podnosił rękę i rozcapierzał szponiasto palce. – Szczawiki – mówił Paweł Tasarz. Wstawał z ławki. Plecy lizał mu ich stłumiony chichot. Mieszał się nieco. Zasychało w gardle, więc wypijał piwo. Hałaśliwie odstawiał kufel. Postukiwał w szkło. – Farmazoniści – mruczał. Spoglądano nań ciekawie. A on znowu uśmiechał się do wszystkiego. Taki już był. „Fujara”, jak mówili niektórzy, lub „równiacha” – to zdanie innych. Bo i jak go zrozumieć. Nawet najbliżsi kumple wzruszali ramionami. Żeby chociaż krzątał się za innymi babami. Ale to nie było w jego stylu... Kiedyś na „łączce” po wypłacie złożyli się w kilku na wódkę. Na łączce wszyscy piją po wypłacie. Jest tam trochę burej od kurzu trawy, kilka stoliczków z cegieł, dużo śmiecia i butelek. Butelki zbiera brązowa i pomarszczona starucha, która przechodząc obok pijących, spluwa pogardliwie. Wtedy też splunęła, więc zaśmiali się z tej starej. Była z nimi Wosikowa z Budek. Nie stara jeszcze baba i krzepka. Łatwa. Piła po męsku, nie opuszczając ani jednej kolejki. Przysiadła się do Tasarza.

Trąciła go kolanem. Zesztywniał. Przywarła doń tyłkiem... – Patrzta – rechotali – jak się garnie do Pawła... Podpaliła się. On zaś, ten Paweł, fujara, odsunął się, chował ręce, wreszcie wstał i po prostu uciekł. Wosikowa śmiała się aż do łez. – Już wiem – powiedziała – dlaczego jego baba szuka innych chłopów. Przecież on wiatr ma w jajach. A jak żyć bez chłopów... – Uśmiechnęła się marzycielsko. Posmutniała troszkę. Jednak otrząchnęła się z tego szybko i poczęła migdalić się ze Staśkiem Strzelczaków. O zmroku poszła z nim w krzaki. Paweł szedł zamyślony. Potknął się o kamień. Przystanął i powiedział głucho: – Cholerstwo. – I jeszcze klął szpetnie. Zaszedł do Filozofa. Usiadł w kącie na kulawym stołku. Milczeli. Przez małe okienko rozlewało się nieco światła. W tej smudze wirowały jakieś pyłki. Ciężka woń stęchlizny kręciła w nosie. – Nie puszcza się – powiedział Paweł, odrzucając papierosa. – Nic. Filozof spoglądał z natężeniem w ścianę. Jakaś myśl szczególnie trudna bruździła jego podłysiałe czoło. – Przecież – ciągnął Paweł – dogodzić to jej jeszcze dogodzę... – Uśmiechnął się wstydliwie. Zerknął na Filozofa. Lecz ten nie słuchał, zaprzątnięty kreśleniem w powietrzu przedziwnych figur. Potem uniósł głowę, jakby budząc się, i powiedział miękko: – Może papieroska, to dobrze zrobi. – Długo przewracał kieszenie, ale nie znalazł ani połówki. * * * Paweł wróciwszy do domu, przyjrzał się Grubej Jadźce uważnie. Tego wieczoru była pogodna. Oczy błyszczały. Umalowana. Wróciła przed chwilą. Odgrzewała pozostałości z obiadu. Podtykała mu kopiaste porcje. Dokładała. Pytała, czy dobre. Troskliwa. Zmieszał się. Zacisnął dłonie na kolanach. Gdy już leżeli w łóżku, odezwał się niepewnie: – Śpisz? – A co? – mruknęła. Rozkaszlała się sztucznie. – Ja tylko tak. Poklepała go po policzku. Dłoń była ciepła, miękka. Sapnął. Zasypiając, pomyślał: „Trza kupić jej coś... jakiś prezent. Młoda, to i ubrać się chce. Jak tylko premię...”. Wyliczył, że premię dostanie za parę dni. Ucieszył się. * * *

O jego „puszczalskiej” kobiecie rozprawiano coraz częściej. Widziano ją to tu, to tam. Z chłopami. Przylepiona do ramienia. Niewinna jak panienka. Mówiono, że ostatnio zajął się nią Skarbeczek. Ten krzywonogi, spod cegielni, wielki spec od sercowych spraw. – Wywłoka, to wywłoka – powiadały kobity z tej ulicy – ale on, ten jej chłop... – krzywiły się pogardliwie. W sobotę u fryzjera Kazimierza mężczyźni też rozprawiali o Grubej Jadźce. – Trzyma się pięknie – mlaskał ktoś – piersi u niej, a nogi... Na widok Pawła urywali dyskretnie. Skarbeczek spoglądał skromnie i wyrozumiale. Jego przycięte w kancik włosy świeciły tłusto. Niżej czerwieniała wygolona, ze śladami po krostach szyja. Murarz Franuś unosił się przyjacielską troską. – Pij – podtykał butelczynę – to dobrze robi... – wzdychał smutno. Tasarz dziwił się... – Coś ty taki? – zapytał raz ze złością. Odrzucił w trawę butelkę. Inni poruszyli się wyczekująco. Zezowaty Pietia szturchnął fryzjera. – Będzie zgryw – szepnął. Przysunęli się bliżej. – Uważałbyś na swoją – powiedział najstarszy z Adamczewskich – uważałbyś... – Spojrzał na Pawła z przyganą. – Po co mają ozorami obracać – dodał. – Na cholerę. – Machnął ciężko drewnianą kulą. Chwyciła go kolka i długo drapał się po piersiach. Paweł uśmiechnął się dziecinnie, jakby głupawo rozejrzał się wokoło po spoconych gębach i zagwizdał cicho na Mikusia. Gładził go czule. Pietia pokiwał współczująco głową. – Po co? – odezwał się nagle Paweł Tasarz. – Po co? – powtórzył. Otworzyli gęby. On zaś spoglądał gdzieś daleko, mrużąc lekko oczy. – Trzeba do chałupy – mruknął. Jeszcze przez chwilę widzieli jego małą, o zwisających ramionach postać. Zniknął za mydlarnią. – Bez pół litra nie rozbieriosz! – huknął Pietia i klepnął się po udach. Tylko Franuś spochmurniał. Z uwagą oglądał swe pościerane i zżarte wapnem palce. „Przekonam niedojdę – postanowił zaciekle – przekonam...”. – Wypijem jeszcze – rzekł ponuro. Puścili w obieg butelkę. * * *

Ten poniedziałkowy wieczór był piękny. Powietrze czyste, przesycone zapachem jaśminu. Niebo aż srebrne od mrowia gwiazd. Lekki wiatr muskał liście. Pięknie. Dobrze. Paweł siedział na ławce przed domem. Naprzeciw majaczyła szpica kościelnej wieży. U Skrzypów bawiono się wrzaskliwie, ktoś grał na organkach. Paweł ziewnął i wyciągnął wygodniej nogi. Przypominał jej twarz. Myślał: „Dobra kobita... robotna... ugotować umie, a że latać lubi... Ale żeby coś innego”. Przygryzł wargi. Poruszył się niespokojnie. – Nie! – powiedział stanowczo w ciemność. Pokręcił głową i odetchnął głęboko. Woń kwiatów z pobliskiego ogródka roztaczała się mocno, odurzająco. Mikuś zawarczał groźnie i naprężył się. Zza płotu wynurzyła się bryłowata sylwetka mężczyzny. Podszedł blisko, hałaśliwie rozgarniając krzaki. To Franuś murarz. Oddychał nierówno. – Chodź – powiedział głucho, kładąc rękę na ramieniu przyjaciela. – Chodź – powtórzył przez zaciśnięte zęby – zobaczysz swoją... W świetle latarni twarz Franusia błyszczała ślisko. Krechą znaczyły się wąskie usta. Paweł patrzył nań wytrzeszczonymi oczyma. Widział bliznę na czole kumpla. Wstał gwałtownie. Prawie pobiegli. Skręcili do mostu. – Jeszcze kawałek – chrypnął Franuś – pod cegielnią. Wpadli w leszczyny. Gałęzie cięły ich w oczy. Mijali splątane pary zakochanych. Przez listowie świeciły ruchliwe ogniki papierosów. Wokół pełno szeptów i utajonego niepokoju. Dalej była cicha, przytulna kotlinka. – Pst – Franuś przyłożył palec do ust. Dławili się zatrzymywanym oddechem. Przed nimi siedziała kobieta z mężczyzną. Obejmowali się. Bezwstydnie bielała noga kobiety. Mężczyzna zapalił papierosa. W blasku zapałki Paweł zobaczył twarz kobiety. Mężczyzna wsadził rękę za bluzkę. Trzasnęły haftki. Pisk zadowolenia. – Nadaje się – szepnął Franuś, gdy białe nogi rozsunęły się bezwładnie. – Pójdziem – wykrztusił Paweł. Jego głos brzmiał obco. – Bo – pociągnął Franusia za rękaw – bo co dalej... to już wiadomo. Szli w milczeniu. „Teraz – pomyślał Franuś – nareszcie załatwi się z nią, tą wywłoką, po męsku”. Uradował się. Przy przecznicy zobaczył dokładnie twarz przyjaciela. Skupiona, z kropelkami potu na skroniach. Ostra i niewielka, ściągnięta ku dołowi. Pożegnali się przy parku. – Ho, ho – mruknął murarz Franuś – gotowy zrobić coś więcej... – W zamyśleniu pokiwał głową. Paweł Tasarz stał na schodach. Było już późno. Gdzieś bardzo daleko stukot

pociągu. Cicho wszedł do wnętrza. Nie zapalał światła. Mikuś otarł się pieszczotliwie o nogi. Odrzucił go pod łóżko mocnym kopnięciem. Pies skomlał długo i żałośnie. Siadł za stołem, podpierając łokciami głowę. Siedział długo. Zdrętwiały mu już ręce, a on nie miał chęci ich rozprostować. Gruba Jadźka wróciła niespodziewanie i prawie niesłyszalnie. Zamrugał bezradnie powiekami, gdy zapaliła światło. Nawet nie spojrzała nań. Ściągnęła szeleszczącą i wykrochmaloną bluzkę. „To za premię – pomyślał gorzko. – Prezent...”. Myła się pod kranem, parskając i bulgocząc. Widział teraz jej tłusty i świecący kark. Zdecydował się nagle i podszedł cicho, na palcach do kredensu. Zawiniątko z brzytwą leżało na swoim miejscu pod wazonem. Rozwinął szmatkę. Zabłysła sinawa stal. „Teraz... – pomyślał – teraz...”. Wypróbował na dłoni. Ścinała włoski miękko i dokładnie... jak masło. Skrzywił się dziwacznie, nie po swojemu, spoglądając na tę solingenowską brzytwę. Właśnie wtedy jego kobieta odwróciła się. Zobaczyła brzytwę. Wytrzeszczyła oczy. Po twarzy ściekały kropelki wody. – Coś ty, stary? – Uniosła wysoko czarne brwi. – Coś ty?... – Nic – zmieszał się – nic. – Rękę z brzytwą schował za plecy. – Ogolić się trza – wybąkał. – Dziś? – powiedziała surowo. – Też! Kładź się spać... już późno. Posłusznie złożył brzytwę i owinął szmatką. Począł rozbierać się. Ubranie rzucił koło łóżka. W kusej koszulinie wyglądał jak biedny, obwisły mops. Gruba Jadźka, z wyrzutem wydymając policzki, podniosła z podłogi jego ubranie. Spodnie złożyła starannie w kant. Marynarkę powiesiła na krześle. – No – rzekła – kładź się... bo gaszę... – Pchnęła go lekko. „Nie dam rady – pomyślał smutno, okrywając się kołdrą – nie dam rady... bo i jak?...”. Taki już był. – Frajer, frajer – powiedzą ludzie. A on miał swoją rację.

W wolny wieczór Sprzedawczyni w tym sklepie była interesująca, nawet bardzo interesująca. Włosy zaczesane w pukiel, czarne, o metalicznym połysku. Oczy lekko skośne, przymrużone. Nigdy nie patrzyła na ludzi. Wzrok był odległy, rzec można, skierowany do wewnątrz. Karol już po raz nie wiadomo który wchodził do sklepu, kupował głupstwa, byleby tylko patrzeć na tę kobietę. Jego też nie zauważyła. Paląc papierosa, zastanawiał się nad jej nogami. Wyobrażał sobie, iż są bardzo zgrabne. Przechadzał się w pobliżu sklepu, zerkając na wystawę. „Ładna baba, nie ma co”. Uliczka była cicha, odległa od śródmieścia. Mżył deszcz. Mimowolnie ogarniała nuda. Poza tym wieczór miał wolny. Kilkadziesiąt metrów dalej zabłysło światło latarni, oświetlając krąg jezdni. Do sklepiku nikt nie wchodził. Kobieta usiadła za kontuarem. Patrzyła w okno. Karol przylepił twarz do szyby. Spojrzała nań. Uśmiechnęła się. Odwróciła głowę. Karol miarowo przemierzał odcinek ulicy, od bramy do ogołoconego z liści drzewa. Naliczył trzydzieści kroków. Zataczający się mężczyzna zastąpił mu drogę, poprosił o zapałki. Zapalając papierosa, zmarszczył w uśmiechu policzki. Mruknął: – Nieudana randka, co? Karol wzruszył ramionami i powrócił do swego monotonnego spaceru. Zataczający się mężczyzna wszedł do sklepu. Karol wpatrzył się ukradkiem w wystawę. Mężczyzna był wysoki, w ceratowej kurtce. Kobieta podniosła się z krzesła. On ujął ją pod brodę, klepnął po plecach. Próbowała odsunąć się. Wówczas tamten chwycił ją za rękę. Coś mówił. Poruszyła przecząco głową. Do Karola dotarł podniesiony głos mężczyzny. „Jej chłop, kochanek lub mąż” – pomyślał. Mężczyzna miał fałdziste, pomięte spodnie. Potarł udo. Oparł się o ladę. Pozycja jego była wyczekująca. Twarz o spłaszczonym nosie, kanciasta i odpychająca. Mokre włosy spadały na czoło, które nieustannie marszczył. Nagle ręka mężczyzny, dotąd oparta o ladę, wykonała krótki ruch. Kobieta uderzona w piersi zatoczyła się.

„Uderzy jeszcze raz – postanowił Karol – wejdę tam i uspokoję drania”. Lecz tamten już nie uderzył. Natomiast kobieta przygładziła mu kosmyk spadający na czoło. Schyliła się pod ladę i śliniąc palce, przeliczyła pieniądze. Oczy mężczyzny śledziły z wielką uwagą tę czynność i kiedy odłożyła kilka banknotów, zaraz je chwycił i schował zręcznie w ceratowej kurtce. Próbował poklepać kobietę po schylonych plecach. Odsunęła się. Machnął ręką i milcząc, skierował się do wyjścia. Jej wzrok odprowadził go do drzwi. Karol odskoczył od wystawy i ponowił spacer. Mężczyzna potknął się na schodach. Zaklął. Karol postanowił iść za nim. Doszli do głównej ulicy. Mężczyzna w ceratowej kurtce zatrzymał się przed knajpą, z której dochodził jednostajny pijacki gwar. Zadarł głowę, jakby szukając gwiazd na czarnym niebie... Wszedł do wnętrza. Obaj stanęli przy barze pokrytym popękanym szkłem, zabrudzonym piwem i resztkami jedzenia. Otyła barmanka spytała nieprzyjaźnie: – Czego? Wypili wódkę jednocześnie. Włosy mężczyzny w kurtce były siwawe. Kilkudniowy zarost dochodził prawie do oczu. Twarz w zmarszczkach, właściwie bez wyrazu. Obrzucił Karola obojętnym spojrzeniem. Karol trącił jego ramię. – Stawiam po wódce – zaczął niepewnie. Człowiek w ceratowej kurtce zaśmiał się, właściwie zmarszczył bardziej twarz. – To dobrze, to bardzo dobrze – powiedział. Wyciągnął rękę, której Karol nie uścisnął. Pili w milczeniu. Knajpa pustoszała. Zaspana dziewczyna o wiejskiej twarzy wycierała stoliki. Dwóch pijanych, wodząc łokciami po blacie, próbowało coś sobie wytłumaczyć. Nagle jeden opadł gębą w talerz z niedojedzonym gulaszem. Jego kompan przyglądał się temu małymi załzawionymi oczyma. Ręka kasjerki o czerwono lakierowanych paznokciach znieruchomiała. Karol przerwał ciszę: – Masz kobitę? – Mam, a ty? – Wargi wywinął apatycznie, mogło to znaczyć, że czeka z uwagą na odpowiedź. Karol poruszył przecząco głową. Ten w ceratowej kurtce nagle ożywił się. – Jak będziesz miał... bij, pamiętaj. Zresztą, jak chcesz. Ja muszę. Tłukę, za włosy, w gębę. Porządnie. Płacze. To nic. Podłogę brzuchem szoruje. Prosi. Nieważne. Walę. – Zakrztusił się od tych słów, powiedzianych szybko, bez

oddechu. Poruszył czarno owłosioną ręką... Palce szerokie z obgryzionymi paznokciami. – Czego obgryzasz? – zainteresował się Karol. – Wszystko jedno – zgodził się ten w kurtce – można zębami, nożyczkami. – Nieoczekiwanie mruknął: – Ciekawy z ciebie chłop. Barmanka napełniła szklanki. Nim wypili, człowiek w kurtce, postukując w szkło, stwierdził: – Dobrze mieć taką, co dba. Kochanica, niekrępująca. – Z jego gęby zionął przykry zapach. Karol pomyślał: „Na pewno nogi też mu śmierdzą”. Ta pewność go zezłościła. Zacisnął dłoń i uderzył tamtego sierpem w podbródek. – Jesteś skurwysyn! – krzyknął. – Ty ją, ja ciebie, łachmaniarzu! Obserwował go spod spuszczonych koso powiek. On przecież nie wyglądał na frajera. Łapy ma ciężkie. Nie daruje. Mężczyzna w ceratowej kurtce przesunął ręką po twarzy, skrzywił się. – Rozwaliłeś wargę, boli. – Podniósł szklankę z niedopitą wódką. – Będzie piekło. „Bić kukłę, to nie przyjemność” – uznał Karol. Barmanka, patrząca na nich z kąta, powiedziała piskliwie: – To można robić tam! – wskazała na drzwi. – Już starczy – uśmiechnął się Karol – no nie? – Spojrzał na mężczyznę w ceratowej kurtce. Ten wzruszył niedbale ramionami. Gdzieś, może w tej knajpie, zegar wybił kilka uderzeń. Karol zgubił się w ich obliczaniu. Oparci o bar, wyglądali jak ludzie bardzo zamyśleni. Drzwi skrzypnęły przeraźliwie. „Mogliby naoliwić” – Karol spojrzał z wyrzutem na obojętną babę za szynkwasem. Weszło wesołe towarzystwo. Kilku mężczyzn i roześmiana kobieta. Ubrani elegancko, rozbawieni. Karol, starając się przekrzyczeć gwar, który z nimi wpadł do cichej knajpy, spytał: – Do swojej idziesz? Ten w ceratowej kurtce nie spieszył się z odpowiedzią. Podrapał się w kark. Wreszcie mruknął: – Ona dziś robi remanent. – Pójdę już spać – oświadczył Karol. Wiedział, że pójdzie do niej. Mężczyzna w ceratowej kurtce pokiwał głową. – Postaw jeszcze. – Zwrócił twarz wygładzoną przymilnie.

Barmanka z pogardliwą miną napełniła szklanki, zaś ten w kurtce, wpatrzony w jej szeroki zadek, mruknął chyba sam do siebie: – Baby też bym ci nie żałował. – Głośno dodał: – Choć nic nie rozumiesz. Karol, żegnając się, stwierdził, że jego dłoń ginie w wielkiej łapie tamtego. Uznał, że sprawa z kobietą przedstawia się jak zakład o jakąś tam poważną stawkę. Drzwi zamknął ostrożnie, żeby nie zaskrzypiały. Deszcz jeszcze padał, więc szedł szybko. Owa cicha, odległa od śródmieścia uliczka już spała. Tylko w niewielu oknach błyszczały jeszcze światła. Karol stanął przed sklepem. Zapukał silnie w wystawę zasłoniętą deskami, przez które sączyły się strużki światła. Drzwi uchyliły się. Zobaczył poważną i obojętną twarz sprzedawczyni. – O co chodzi? – spytała. Wtedy Karol zbłaźnił się jak szczeniak. Gadał śpiesznie, że pił z nim, właśnie, jej znajomym. Bije ją. Dowiedział się o tym. – Poczekam na panią – podniósł głowę. Dobierał najlepsze określenia. – Odprowadzę, przejdziemy się, pójdziemy... – Jednak nie zdążył... Kobieta przerwała. Po raz pierwszy ujrzał jej twarz roześmianą. – Znalazł się rycerz! – Zatrzasnęła drzwi. Wpatrzony w nie, usłyszał jej ostatnie słowa: – Głupi drań! Nie wiadomo, czy mówiła o tamtym, czy o nim. Paskudna historia, na dodatek, przeszukawszy wszystkie kieszenie, nie znalazł ani kawałka papierosa. Twarz miał gorącą. Zawsze czerwieniała po wódce. – Cholera niech weźmie wolne wieczory – powiedział głośno w mdło oświetloną, wypolerowaną deszczem przestrzeń tej cichej, odległej od śródmieścia uliczki.

Cela osiemdziesiąta ósma Celi osiemdziesiątej ósmej bali się wszyscy. Frajerzy nie chcieli tam wchodzić, zaś fajfus tego oddziału spoglądał na drzwi ukradkiem, jakby bojąc się, że przez oko judasza wylezie stamtąd coś strasznego. Ale był to wielki tchórz. Choć nawet stary klawisz, jak Alfons, nigdy nie wchodził tam do wnętrza, tylko uchylał drzwi, chrząkał i powiadał niepewnie: – No, jak tam, chłopcy. Ci z osiemdziesiątej ósmej leżeli na łóżkach półnadzy i spoceni. Alfons odchodził truchcikiem, potem gadał na całym oddziale: – Spokój, bo pójdziecie do nich. Już tam was zgnoją. W celi osiemdziesiątej ósmej było ich czterech. Przewodził Leszek Małolatek, który wcale nie był małolatkiem. Najdłużej siedział tam Seta. Bełgot z Mokotowa i Dziobus byli najmłodsi. Seta jest starym wyrokowcem, do końca ma jeszcze kupę miesięcy i jest mu właściwie wszystko jedno. A Małolatek? O nim gadać nie warto – wszyscy go znają... Prawie trzy tygodnie siedzieli sami. Nikogo nowego nie wpuszczano. – Boją się – mamrotał leniwie Seta. – A nudzi się – dodawał głośniej. W taki upał nawet spać nie było można. Z okienka przez blendy przeciekał duszny żar. Tamował oddech i najsilniejszych zbijał z nóg. Małą celę przepełniał ciężki półmrok. Koło południa Bełgot, przytykając twarz do chłodnego betonu, powiedział: – Żeby chociaż trochę słońca. Miał rację. Głupi jest żar bez słońca. – Tak jednak u nich było, w ogóle na całym izolacyjnym oddziale brakowało słońca. Małolatek już chyba z godzinę łaził zgarbiony po celi. Wydawało się, że myśli nad czymś usilnie. Ale to zapewne złudzenie. Przecież ten żar wysuszał też głowy. Dziobus odstawił miskę z czerwonawą gęstwą buraków. Zupa śmierdziała wstrętnie. Prawie z nienawiścią spoglądał na żrącego szybko Bełgota. Roześmiał się, gdyż tamten poruszał szyją jak tuczona gęś. – Czego? – warknął Bełgot, nie podnosząc głowy znad miski. Wyławiał kartofle, oglądał je badawczo i połykał zachłannie. Dziobus wsłuchał się w szmer dochodzący z korytarza. Podszedł do drzwi.

Szmer był miękki, łagodny, jednak drażnił. Małolatek postawił nogę na kiblu. Oblizywał spieczone wargi. – W takie dni srać można tylko raz – powiedział nagle. – Tak – zgodził się Seta. Bełgot odstawił wyczyszczoną dokładnie miskę. – Ten chciałby więcej – ucieszył się Dziobus – źre tyle... Małolatek poruszył butem po zardzewiałej pokrywie. Rozlegał się chropawy zgrzyt. – Tyle czasu do apelu – mruknął – tyle czasu... Zapewne wszyscy odgadli, o czym myślał. – Nie wiadomo, czy dziś on będzie śpiewał – odezwał się Seta, który wyglądał teraz jak wściekły pies. Później jego zniszczona, pełna wklęsłości i wygórowań twarz wygładziła się nieco. Każdy z nich lubił wieczorny śpiew. Ten zapiewajło z vis-à-vis ciągnął co wieczór: „Wrócę i ucałuję twoje ręce...”. „On gites śpiewa” – pomyślał Dziobus. Przymknął oczy. – Ale trochę zmienia drugą zwrotkę – uznał, podnosząc powieki. – I tak ładnie – rzekł Bełgot. W kąciku ust tkwił mu kawałek kartofla. Milczeli. Pora była najgorsza. Małolatek zrzucił drewniaki. – Idę w kimę – mruknął. Niechętnie spojrzeli na wyrka. Pościel była rozrzucona, powygniatana, w sienniku Sety powstało rozległe jak niecka wgłębienie. On był najcięższy. Żaden dźwięk nie zakłócał martwoty popołudnia. – Żeby chociaż klucze – westchnął Dziobus. Lubił brzęk kluczy i rozpoznawał nieomylnie, co oznacza każdy taki dźwięk. Małolatek ułożył się wygodnie, nogi podkurczył, a ręce splótł na brzuchu. – Nie ma o czym gadać – odezwał się dziwnie słabym głosem. – Pewnie... – powiedział Bełgot – przecież o dziwkach już nie... Każdy z nich opowiedział wszystko. Nawet kiedyś próbowali zmyślać, lecz to się nie udało. Leżeli nieruchomo. Ciała stawały się wilgotne od potu. W głowach dudniła pustka. – Piwo jasne, żółte – tęsknił szeptem Seta – z pianką... – Wyłącz się – warknął Małolatek. Dziobus rozchylił usta. Przez okienko wpadł stłumiony stukot. Spacer. Stukot zgrzytał jak piach w zębach. Dziobus skrzywił się, odczuł w gardle drapanie, jakby wdarł się tam kurz ze spaceru. Nie mógł leżeć. Dźwignął się ciężko. Podszedł do szafki zawieszonej nad stołem. Począł lepić miękką kulę z rannego razowca. Czuł w dłoni wilgoć

gliniastego chleba, między palcami cisnęły się szare sople... jak wyrobione ciasto. – Zrobię domino – powiedział. Ci na łóżkach nie poruszyli się. Dziobus wyliczył, że domino zajmie mu czas do zmroku. Ucieszył się i usiadł wygodnie pod ścianą. Gdy zmęczył się, zanurzył głowę w kuble. Wody było niewiele, jednak szedł od niej chłód przypominający rzekę. Dotknął wargami zmarszczonej jak firanka powierzchni. Małolatek zwrócił doń twarz. – Myślę i myślę – pofałdował czoło – ile kości trzeba na domino. Zapomniałem... – Ja też – wtrącił Bełgot. Uniósł dłoń i długo przebierał palcami. – Dwadzieścia osiem – rzekł. Przekręcił się na bok i wcisnął twarz w poduszkę. Korytarzem ktoś szedł. Wprawne ucho Dziobusa rozróżniło stuk zwyczajnych butów i jeszcze drewniaki... A więc dwóch. Minęli już lewe skrzydło. Są obok. Osiemdziesiąt osiem lub osiemdziesiąt siedem – tego był pewien. Obite wypukłą, wypolerowaną blachą drzwi otworzyły się ciężko... W ich zgrzyt włączył się śmiech Sety. Szczęka, klawisz tego oddziału, mrużył zagadkowo oczy. – Klient – powiedział, wpychając grubego chłopaka – na wychowanie. A bał się iść tutaj – dodał. – Wiadomo – rzekł Bełgot – każdy z frajerów się boi. – Zatarł ręce. Szczęka, zamykając drzwi, mamrotał coś jeszcze. Nowy był tłusty, o twarzy jak kawał różowej słoniny. Pod pachą trzymał poduszkę, z której sypała się cienką stróżką sieczka. – Uważaj – zawarczał Bełgot, który usiadł w kucki na wyrku. Gruby schylił się pośpiesznie. Próbował zebrać rozsypaną słomę. Poślinił dłoń i przyłożył do betonu. Zebraną w ten sposób sieczkę schował do kieszeni. Małolatek zapalił papierosa. – Jest nas pięciu – powiedział radośnie. Nowy przytaknął głową. Poduszkę położył na ławce. Palce zaplótł na brzuchu. Sczerwieniały. „Musiał ścisnąć mocno” – pomyślał Dziobus. Seta zeskoczył z łóżka. – Tacy jak on – powiedział – na pewno lubią powietrze. Położymy go przy oknie – wskazał na swoje łóżko. – Chcesz? – zwrócił się do nowego. Gruby oblizał wargi i zgodził się skwapliwie. Bełgot zaśmiał się sucho.

– Chce – mrugnął znacząco na Małolatka. Gruby chłopak nie zrozumiał kpiny. Spoglądał na łóżko, podniósł wzrok wyżej – utkwił w blasze zasłaniającej okienko. Seta splunął. – Frajer – mruknął. I jeszcze raz splunął, teraz nowemu przed nogi. Nowy wyciągnął zza pazuchy żółtą, podłużną papierośnicę. Była ładna. Nikt takiej nie miał. – To z wolności – objaśnił gruby. – Od starego... – Od starego? – nie zrozumiał Małolatek. – Tak – mówił gruby, obracając papierośnicę. – Tylko to mam od niego. Stary, znaczy mój ojciec, dał i powiedział, że w takiej można zmieścić dużo papierosów. Ale już nic nie mam... – Lepiej nie palić – wtrącił Dziobus. Zachichotał. – Sam przestał palić – ciągnął gruby – bo nie może. Chory, pluje krwią. – Pewnie płucnik – mruknął Bełgot. Małolatek słuchał uważnie. – Jesteśmy tylko we dwóch – wyjaśnił gruby. – On nie ma nikogo i ja też. – Schował papierośnicę. – Nie wie, że siedzę. Jak się dowie, będzie z nim gorzej. Nigdy nie siedział... – Ty za co wpadłeś? – przerwał Seta. – Zrobiłem numer – odpowiedział gruby – ale i tak staremu nie starczy. Za mało trafiłem – rzekł z naciskiem. – Staremu nie starczy... On się kończy... – Zwiesił głowę. Była ogolona zerówką, z białymi śladami łupieżu. Bełgot zakaszlał znacząco. Ale Małolatek nie zwrócił na to uwagi. Wydawał się zaciekawiony gadaniem grubego. – Długo tak z nim już jest? – zapytał. – Od wojny – odparł gruby. – Za mało trafiłem – westchnął i usiadł na ławce. – Nie starczy... – Ile to było? – zaciekawił się Seta. – Chyba pięć patyków... – gruby zastanowił się z półotwartymi ustami. – Tak – pokiwał głową. Seta wyciągnął wskazujący palec. – Najważniejsze to dobre żarcie – rzekł. – Na lekarza też dużo trzeba – dodał gruby. Seta wyciągnął drugi palec. – Sanatorium. – To był trzeci palec Sety. – Ale i tak on nic nie zrobi – gruby podniósł się z ławki. – Będzie posyłał mnie. – Głupi stary – zarechotał Bełgot. – Przecież masz tyle tłuszczu... Dziobus uśmiechnął się, patrząc na szeroką z podwójną brodą gębę tego nowego.

Na korytarzu otwierano kratę. Dźwięk ten natrętnie wdzierał się do uszu. Małolatek skrzywił twarz i zaklął przeciągle. – A jak leczą takich... – zapytał Dziobus, gdy ucichł hałas z korytarza. – Staremu robili odmę, kilka już razy – powiedział gruby. – Jednak... – machnął ręką. – Leżałem z takim – Małolatek zastanowił się – ale tamten był do niczego... – Stary też ma złe dni – rzekł gruby – często ma takie dni... Małolatek troskliwie przesunął dłonią po nieogolonych policzkach. – Szybko zarosłem – mruknął. – Ci, co długo siedzą, też przeważnie plują na czerwono – wtrącił Seta. Splunął i dodał: – Ja jeszcze nie. Dziobus przechylił się, próbując zobaczyć grubego. Ale on ukrył twarz w dłoniach. Bełgot zsunął się z łóżka. Przyłożył ucho do drzwi. – Zaraz apel – powiedział, odwracając się. Cela jeszcze bardziej poszarzała. W kątach zbierała się już gęsta nocna ciemność. – On jest teraz sam – wszyscy posłyszeli głos grubego – cholernie sam. Siedzi przy stole... i czeka. Tak może siedzieć godzinami... aż sąsiadka zapuka w ścianę... – Zaraz apel – powtórzył głucho Bełgot. Małolatek usiadł na ławce obok grubego. – Trzymajcie się mocno ze starym – mruknął. – Bo ja... swojego znam tylko z fotografii. Ale też podobno był równiacha – zakończył. Na korytarzu zapalono światła. Ci z osiemdziesiątej ósmej podnieśli gwałtownie głowy. Przez chwilę mrugali bezradnie powiekami. W judaszu zobaczyli czyjeś oko patrzące do wnętrza i zaraz rozległ się cichy, nieomylny zgrzyt klucza. Tak szybko otwierał tylko Szczęka. Stanął na progu, niewyraźny, niemal zatarty w mdłym świetle żarówki. Wtaszczył szeleszczący siennik. – No i jak się siedzi? – zagadnął grubego. Z uwagą, która wydała się zazdrością, patrzył na jego małą, okrągłą postać. Zamykając drzwi coś, jak zwykle, mamrotał. Zaraz po apelu nastała jednostajna ciemność. Tylko prostokąt okienka odcinał się jeszcze mocniejszą czerwienią od wszystkiego w celi. Kontury łóżek były wyraźne, jak znaczone węglem. Seta wcisnął twarz w kraty. – Nie śpiewają dziś – powiedział smętnie. Błysk zapałki pokazał przez chwilę twarz Bełgota, chudą, trójkątną. Cisza. Tylko Dziobus pokasływał sucho. Z cel, okalających prostokątem spacerowe

podwórze, nie dochodził żaden głos. Wstrętny to był wieczór. Po dachu łazili klawisze, tupiąc buciskami. Wkrótce i oni przestali. Bełgot poruszył się niecierpliwie na łóżku. – Można by – powiedział głośno – zabawić się... z tym nowym... – Zarechotał. Podniósł się wyczekująco. – Po co? – rzekł powoli Małolatek. – Niech gada. Tylko musi dobrze gadać. Ma dobry temat – dodał jeszcze. – E tam – zniecierpliwił się Bełgot. – Przecież z nowymi zawsze się bawiliśmy. Gruby zasapał dziwacznie. – Zasuwaj – nakazał mu Małolatek – o swoim starym... I gruby gadał. – Gdy wszystko skończy się dobrze... wyjadę ze starym, na pewno wyjadę daleko z miasta. To ma być mała wieś, głęboko w lasach, koniecznie sosnowych... Lasy sosnowe to lepsze niż wszystko dla takich jak jego stary. Będą chodzić po tym lesie co dzień. Wynajdą sobie zaciszną polankę. I tam wyciągną się w zielonej trawie na długie godziny. – Wieczorem – opowiadał ten gruby – las jest piękny... Widać, że znał się na tym. Mówił, że robi się sino, każdy krzak przybiera dziwaczny, tajemniczy kształt. Wokoło coś szemrze, nawołuje z cicha. I jak im tego słuchania starczy, pójdą spać do chałupy albo na obórkę w siano... A siano trochę gryzie, ale ma dobry zapach. – Tak – wtrącił Seta – w sianie jest git, bardzo git... Dziobus przymknął oczy. Też lubił siano z jego mocnym odurzającym zapachem. Wciągnął nosem ciężkie, śmierdzące powietrze celi. Splunął. – Machaj – burknął Małolatek – machaj dalej... Więc ten gruby opowiadał o jagodach. Tam rośnie dużo jagód. Objedzą się do woli. Czasem też wybiorą się na pocztę. Bo dobrze, jak człowiek dostaje listy. Tylko nie bardzo wiedział, kto do nich będzie pisał te listy. Zastanawiał się. – Ech – odezwał się Seta – dacie radę... W niedzielę wybierali się do kościoła. Niekiedy ktoś podwoził furą albo szli piechotą, ale boso, bo droga piaszczysta. Od kapliczki już bez piachu, więc można włożyć buty... – Pieprzenie – zamruczał Bełgot – zwykłe pieprzenie. – Więc śpij – syknął Małolatek. Uniósł się na łokciach. – Śpij – powiedział cicho, ale groźnie... Głos jego był zdławiony i rozkazujący. Bełgot nie odezwał się. Ktoś ziewnął głośno. To gruby. Potem znów opowiadał.

Do ich wsi był kawał drogi od stacji. Wpierw szło się młodym laskiem. Od zakrętu stary, wysokopienny, o gęstym poszyciu. Droga właściwie przyjemna, ciągle przez las, nie czuło się zmęczenia. Zające przeskakują przez rów. Koło kapliczki tupot. To stado dzików pomknęło w zagajnik. Monotonnie i rozciągliwie brzmiał głos grubego, jakby naprawdę szedł teraz przez las. – Przez las można iść i iść... Człowiek się nie zmęczy. Gdzieś pod krzaczkiem odsapnie i dalej... – Dobra gadka – wtrącił Małolatek. – Pewnie – przytaknął Seta. Zaległa cisza. „Zasypiają” – pomyślał Dziobus. Ale zaraz rozległ się głos Sety. Mówił, że ostatnio był z dziwką nad Wisłą. Tam też był las, tylko nieduży... – Tu przed łaźnią – mruknął sennie Bełgot – też są trzy drzewka... jak las... – Roześmiał się. Gdzieś, zapewne na pierwszym oddziale, otwierali kratę... – Pić się chce – powiedział Małolatek. Wstał. Wyrko zatrzeszczało. Szukał kubła z wodą. Potrącił stołek. Zachlupotało. Dziobus słyszał jeszcze jakiś szelest, suwanie czymś – to jeszcze Małolatek. Dni nadal były upalne. Klawisze zerkali często przez judasza – widzieli grubego, który chodził wolno po celi z założonymi do tyłu rękoma. Dziwili się. Spoglądali ciekawie. Dopatrywali się nawet niejakiego zadowolenia na różowej jak kawał słoniny twarzy tego chłopaka. Potem sucho spadała klapka na okrągłe szkło judasza. Gdy do celi wchodził oczekiwany z utęsknieniem wieczorny chłód, ci z osiemdziesiątej ósmej kładli się na łóżka. Dziobus przymykał oczy. To mu zawsze pomagało. Przymknąwszy powieki, oddalał się gdzieś daleko stąd. Seta powiedział leniwie: – W tej wsi są skrzypiące żurawie... W upał kładziecie się pod drzewami. Bo to mało w takiej wsi drzew – burknął jakby z zadowoleniem. Widzieli wyraźnie te żurawie, że aż w gardle zasychało. Niedaleko były też ule. Pszczoły brzęczą jak... Nikt nie znajdował określenia. Z tego żurawia, to było oczywiste, dziewczyny ciągną wodę. Wiadomo, pochyli się nad cembrowiną, to i kieckę zadrze wysoko. Przecież kiecki mają kuse, nie takie jak w mieście... Bełgot zaciskał usta.

Małolatek przewracał się na brzuch i brodę opierał o szorstką krawędź deski. Spoglądał w dół na beton, na dziewczyny z białymi, wysoko odsłoniętymi nogami. I staremu już było lepiej. Nie kasłał ani nie pluł czerwono. Dziobus wyobrażał sobie tego starego. Chłop niewielki, charakterny, zawsze uśmiechnięty. Często polegiwał na kilimku w małym ogródku przy ganku. W tym ogródku słoneczniki. Takie małe wiejskie ogródki, kolorowe od kwiatów, większych i mniejszych, różnych. Kwiaty nie wiadomo jak się nazywają, ale ładne... Zwykle przed snem Seta mówił z niepokojem: – Ale na taką wieś trzeba ładne parę złotych mieć. Ładne – cmokał. I długo przewracał się na posłaniu. Bełgot starannie wyczyścił sadzą buty i obejrzał się w lusterku. Seta zwlókł się najpóźniej. Twarz miał szarą, zmęczoną. – Chyba – zakpił Dziobus – konia bił pod jakąś kobitą. Na spacer wyprowadzono ich rankiem. Został tylko Małolatek. Chwilę stał przy drzwiach. Tupot drewniaków oddalał się, wreszcie ucichł zupełnie. Podsunął pod okienko stołek. Postanowił pogadać z kumplem „Lwowiakiem” z pojedynki. Twarz wcisnął w kraty. Rdzawe pręty były szorstkie i gorące. Krzyknął przeciągle: – Władek!... – Powtórzył kilka razy. Gdzieś z rogu o trzy okna dalej wybiegł ochrypły głos. To Władek. Małolatek z trudem łowił słowa. Dochodziły zatarte i niewyraźne. Jeszcze bardziej przywarł do krat. Zdziwił się. – Gruby?... Gruby? – powtórzył kilka razy. – Znasz grubego?! – krzyknął donośnie. – Pewnie – usłyszał zdarty głos Władka – to chłopak z bazaru! I starego znam... starą! Małolatek odsunął się nieco od okna. – Starą?... – powtórzył za Władkiem w jakimś pociesznym ogłupieniu. Pokręcił głową i znowu wcisnął się w kraty. – Tak! – odpowiedział Władkowi – siedzi z nami! Tylko... – zająknął się i urwał. Głos Władka stał się teraz wyraźniejszy, jakby zbliżony. – Jego stary to handlik z bazaru! Cwaniaka! Kręci materiałami! Znasz go chyba! Ze szramą!... – Ale... – Małolatek przerwał Władkowi. Dłoń zacisnął na kracie. – Czy on jest chory?! Chory – powtórzył – na miechy...?! Nasłuchiwał. Drgnął, gdy posłyszał kłujący śmiech Władka.

– Chory?! – Władek jeszcze dławił się chichotem. – Chory... Takie byczysko... – Potem dodał: – I kobitę jego znam... znaczy się matka grubego. Podskakiwałem do niej, ale... Małolatek już nie słuchał. Z uwagą oglądał dłonie. Rdzawo znaczyły się ślady po kratach. – I jeszcze podskoczę... – dobiegły doń słowa Władka. Zeskoczył ze stołka, odstawił go pod szafkę. Oparł się o drzwi. Na korytarzu panowała cisza. – Zdrowy jak byk – powiedział półgłosem Małolatek. Dziecinnie rozchylił usta, nagle zacisnął je w upartą linię. Trochę się niecierpliwił, bębnił palcami w wypukłą blachę drzwi. Oczekiwał na powrót ze spaceru. Wkrótce rozległ się daleki szmer. Szmer ten nieustannie wzrastał. Na piętrze przerósł w tupot. Wrócił spacer. Wtedy Małolatek odsunął się szybko od drzwi. Gruby wszedł pierwszy. – Gorąco – mruknął na progu. Małolatek nie odwracał głowy od ściany. Odczytywał stary, zatarty już napis: „Siedziałem pod tą celą osiem miechów...”. – Przerwał i przymknął oczy. Seta wycierał twarz zmoczonym ręcznikiem. Oddychał ciężko, sapał, prychając wodą. – Jego ojciec jest zdrowy jak byk – powiedział bezbarwnie Małolatek. Łokciem wskazał na grubego. – Rozmawiałem z Władkiem – dodał cicho. Znowu zainteresowała go ściana. Seta składał właśnie ręcznik, przerwał i podniósł głowę – nim zrozumiał, Bełgot parsknął zdławionym śmiechem i doskoczył do grubego. Małolatek nie spojrzał tam. Usłyszał tylko pisk, który zmusił go do zaciśnięcia szczęk. „Świński pysk” – pomyślał z niechęcią. Potem odgłos zapewne padającego ciała. Kącikiem oka dostrzegł Setę, który, przewiesiwszy przez ramię ręcznik, też poszedł w kąt do grubego. Jedynie Dziobus, siedząc na piętrowym łóżku, z wolna poruszał nogami. Pisk powtórzył się kilkakrotnie. Okładali go drewniakami. Małolatek dalej męczył się z napisem na ścianie. Wodził palcem pod wyskrobanymi wyrazami. „Siedziałem tu osiem miechów od 3 V do 30 XII, a dziś wyjeżdżam do kopalni. Esy”. – Esy – mamrotał Małolatek – Esy. – Dziwne przezwisko. – Esy – zastanowił się. – Znam, znam. Ucieszył się. Gdy spojrzał w kąt, tamci już przestali. Siedzieli na ławce i palili papierosy. Bełgot obracał w palcach podłużną, z żółtej masy papierośnicę. – Dał mu ją stary – roześmiał się Dziobus...

Gruby leżał spokojnie przy kiblu, tylko trochę uniósł głowę. – Od razu wiedziałem, że to farmazonista – powiedział Bełgot. – Od razu... Małolatek pokiwał głową. – Ale wieś to on zna – burknął Seta. – Może jest z chamów, to i zna – rzekł Bełgot. Seta splunął celnie w rączkę kibla. – Może i z chamów – powtórzył z niejakim zadowoleniem. – Skąd jesteś? – spytał Małolatek. – Z chamów? Gruby pokręcił przecząco głową i zajęczał cienko. – A to skurwysyn – westchnął Seta. – A to skurwysyn...

Trzyczwartak Barak zbity niedbale z rdzawych desek. Tutaj właśnie, na uboczu, znalazł bezpieczną metę. Nikt się do niego nie czepiał ani nie zaglądał ciekawie w gębę. W budzie mieszkali sami swojacy. Z okna widać było łąkę, a dalej glinianki z wiecznym rechotem żab. Dopiero za gliniankami rozciągało się miasteczko. Gdy przyszedł tu, od razu poczuł się spokojnie, trochę jedynie zmieszała go bystrooka starucha siedząca na schodkach. Przykulona wodziła za nim upartym wzrokiem, a nawet, widział to dobrze, mrużyła gały chytrze i jakby domyślnie. Powiedział Trzyczwartakowi, ten zaś parsknął śmiechem. – Babka! – W uśmiechu gubiły mu się oczy. – Ona nawet wnuków nie poznaje! – Wskazał za płot: bawili się trzej chłopcy. Często starucha wyciągała dłoń i zapytywała któregoś z nich: – Czyj jesteś?... Wnuk?... Mój?... – Wątpiła zaniepokojona. Ale szybko powracała do zwykłego wysiadywania na schodkach. Trzyczwartak klepnął go w plecy i dodał: – A tyś myślał... Stara – wyjaśnił – znaczy się matka Franka Kwasiarza... A Franek... nie ma bardziej charakternego chłopa niż on... Zresztą zobaczył go zaraz. Zarośnięty, milczek... Podjechał pod budę platformą na gumowych kołach. Obiad zjadł spiesznie i podciął chude boki kudłatych koników. Ten się nie liczył, nic go nie obchodziło – taki był z natury, zaś jego kobita, jeszcze młoda i niebrzydka, już od świtu nuciła modne piosenki. – Możesz podskoczyć do niej – Trzyczwartak ściszył głos do tajemniczego szeptu. – Lubi te rzeczy... a chłopa ma kiepskiego. Przed wejściem do wnętrza długo jeszcze rozmawiali. Trzyczwartak wspominał to i owo, a na ostatek wskazał na wychodek. – Z tym trochę gorzej – rzekł – czasem w dupę wieje... A tak w ogóle niezgorzej... Do dzieciaków przyzwyczaisz się... Miał czarniawą dziewczynkę i sześciomiesięcznego brzdąca. Gdy tylko znaleźli się w mieszkaniu, dziewczynce Kaczor od razu przypadł do gustu. Zaciągnęła go w kąt za szafę i pokazała swoje skarby: gałgankową lalkę bez nogi, misia ze szklanymi oczyma i kolorowe łaszki. Pochwalił to wszystko,

a mała spoglądała nań surowo ze stateczną dumą. – Pewnie – pisnęła – ładne... Rozejrzał się po izbie. Na ścianach wśród zmroku rząd obrazów. Święci, święte i czerwony dziwny kaganek. Kobieta Trzyczwartaka lubiła tylko takie obrazy. Była wsiowa, lecz w ich męskich sprawach rozpoznawała się dobrze. Teraz wygniatała w niecce kluski... przestała, otarła o fartuch ręce i mruknęła: – Na wystawce? – Kaczor przytaknął. Trzyczwartak podsunął fotel z wyłażącym gdzieniegdzie włosiem. Przedstawił swojej babie, mówiąc: – Moja... a to kumpel z odsiadki i wspólnik. Kaczor pocałował ją w szorstki wierzch dłoni. Była bosa w przykrótkiej kiecce. Nogi białe ze śladami po krostach. Czarniawa dziewczynka usiadła naprzeciw. Trzyczwartak napełnił szklanki. – I coś na ząb, Iruś! – powiedział, spoglądając na swoją. Irka też piła z nimi, długimi łykami, bez skrzywienia, jak chłop. Trzyczwartak zerkał na nią z zastanowieniem. Tarł rudawe kudły. „Ona tu rządzi” – pomyślał Kaczor. Irka zapaliła papierosa. W izbie było cicho, tylko Trzyczwartak oddychał chrapliwie. Kaczor pochylił się nad wózkiem. Dzieciak spał. Twarz miał maleńką i czerwoną, w kąciku ust ściskał gumowy smoczek. – Udany – powiedział Kaczor – udany... – cmoknął jak na psiaka. – Nie ostatni – przytaknął Trzyczwartak i uśmiechnął się radośnie. Irka wypuszczała cienkie strużki dymu i przez chwilę śledziła je, zadzierając głowę. „Wszystko zależy od niej” – zatroskał się Kaczor. Pogładził metalową rączkę wózka. Dokładnie widział jej twarz. Nieszczególna. Przy oczach i nosie pomarszczona drobno. Tylko włosy były ładne, gęste i falujące. Trzyczwartak zaszurał butami, potem znieruchomiał pochylony nad stołem. – Z pierwszego wyroku kumpel – odezwał się niewyraźnie. – Wszystkim się dzieliliśmy... nawet pajdką... – Zamyślił się. Podniósł głos: – I trzy miesiące razem pod karną celą... – Zaniósł się długim dławiącym kaszlem. – Ciszej – mruknęła Irka. Patrzyła w okno. Profil był zły. Nos z siodłem i obwisła warga. Kaczor wyciągnięty wygodnie w fotelu ziewnął ukradkiem. Trzyczwartak wygładził starannie obrus. Podszedł do okna i nachylił się nad kobietą. – On jest kozak – głos zniżył do szmeru – wielki kozak. Złote ręce... Jej profil znaczył się nieruchomo. Trzyczwartak też zapatrzył się w okno. Kaczor drgnął silnie, gdy posłyszał głos Irki. – Duży ma klops... – zastanowiła się – ...ten wspólnik?

Trzyczwartak chciał odpowiedzieć, lecz Kaczor poruszył niecierpliwie ręką i uniósł się nieco w fotelu. – Spinałem zegarek – powiedział. – Złapali... ale pękłem... – Więc z dowodem – rzekła Irka. Rozsunęła bufiastą firankę. Trzyczwartak zmarszczył twarz i wykonał za jej plecami krótki, dziwaczny ruch ręką. Dzieciak chlipnął przez sen. Czarniawa dziewczynka też spała, wtuliwszy twarz w poduszkę. Ze stacji dobiegł przenikliwy poświst lokomotywy. Irka odwróciła się od okna. – Micha, opierunek, kima – szponiasto rozstawiła palce, nagle ścisnęła je w pięść. – A najważniejsze to ryzyko... – On jest kozak – głupio wtrącił Trzyczwartak – duży kozak... Trzask potartej zapałki. Płomyk przebił na chwilę zmrok i pokazał zaciśnięte usta kobiety. „Twarda” – pomyślał Kaczor. Zaniepokoił się trochę. – W mieście zarabiam nieźle – rzekł łagodnie – umiem. On – wskazał na Trzyczwartaka – nie bajeruje... Dam półtora patyka... – Przymknął oczy. „Zgodzi się... czy nie – obracał leniwie tę myśl – zgodzi się... czy nie...”. Szurgot odsuwanego krzesła. Łokciami wsparł się w poręcze fotela. – Dobra – powiedziała Irka. Teraz otworzył oczy. Widział majaczącą zza szyby kępę drzew. Irka zapaliła lampkę i zakrzątnęła się przy kuchni. Zgrzytały zsuwane fajerki. – Mądra baba – zaszeptał Trzyczwartak – mądra... lepszej nie znajdę. – Szturchnął Kaczora w plecy. – I jak jeszcze mądra – mówił z zadowoleniem. Irka podeszła do stołu. Urwał spłoszony. Kaczor uśmiechnął się szeroko. Uśmiechu tego nikt nie zobaczył. Z sionki wytaszczyli wypchany słomą siennik. – Wyśpisz się – zachwalał Trzyczwartak – jak król... Irka zdmuchnęła lampkę. Przez głowę ściągała sukienkę. Znaczyła się biało w ciemności mieszkania. W łóżku poszeptywała z Trzyczwartakiem. „Przelicza – myślał Kaczor – przelicza, ile wyciśnie ze mnie... cwaniara”. Przewrócił się na posłaniu. Szeleściła słoma. Zapadł w półsen. Niespodziewanie ocknął go szmer. Ktoś chodził po izbie. Uniósł się na łokciach. – Pić się chce – był to głos Irki. Zbudził się wcześnie. Irka szykowała śniadanie. Rozczochrana, ledwo przykryta kusym szlafrokiem, dmuchała w tlący się ogień. Strzelały iskierki. Szlafrok rozsuwał się, wysoko pokazując nogi. Kaczor spoglądał ostrożnie spod przymrużonych powiek. Stanęła blisko. Zobaczył białe ciało z gęsią od chłodu

skórą. Czarniawa dziewczynka piła pospiesznie kawę. Do tornistra wpychała zeszyty. – O nim – Irka wskazała na Kaczora – ani słowa. Mała przytknęła palec do ust. Skrzywiła się domyślnie. Trzyczwartak spał z rozrzuconymi nad głową rękoma. Oddychał chrapliwie. Kaczor ogolił się w szczerbatym lusterku. Włosy miał dość długie. Przegarnął w nich palcami. – Nikt nie pozna, że po więzieniu – usłyszał za plecami głos Irki. Uśmiechnął się niewyraźnie. Stanęła przy nim i uważnie obejrzała jego spodnie. – Zdejmij – burknęła – wygniecione. Ściągnął wstydliwie, nogi okrył kożuchem. Pośliniła żelazko. Zaskwierczało. Prasowała, przykładając mokrą szmatkę. – Kanty jak brzytew – rzekł z uznaniem. Wzruszyła ramionami. Poczęła kroić chleb. Na rękach miękko występowały mięśnie. Przylepił twarz do szyby. Dzień był pogodny. Na stacji, nieźle stąd widocznej, ludzie wyglądali jak małe i śmieszne kukiełki. – Nie oglądaj się – powiedziała Irka. Wciągała pończochy. Dzieciak rozwrzeszczał się nagle. Na głowie sterczały mu rzadkie, miękkie jak puch włosy. Jego wrzask wibrował przenikliwie w mieszkaniu. Sczerwieniał, pomarszczył się i grzebał pieluszki krzywymi nożynami. Trzyczwartak obudził się i przez chwilę śmiesznie mrugał oczyma. Drapał włochatą pierś. Żona Franka Kwasiarza rozwieszała na akacjach bieliznę, a starucha, jak zwykle, kołysała się na schodkach. Gdzieś zaryczała krowa. „Jak na wsi – pomyślał Kaczor – nudno... dobrze...”. Czas płynął leniwie, rzadko się odzywali. Pod wieczór przyjechał brat Irki z żoną. – Chamy – zdążył objaśnić Trzyczwartak – bo moja... rozumiesz... wsiowa. Brat Władek skrzypiał błyszczącymi oficerkami, gębę miał ospowatą. Żona mała i brzuchata. Na Kaczora spoglądała z zaciekawieniem. Brzydka. Rozmawiali krzykliwie i z uniżeniem. Brat Władek zapraszał do siebie. – Będzie odpust – zachwalał – huczny... he, he. Bratowa szperała po kątach. Podziwiała babskie łachy i orzechową szafę. – To na kostium – wyjaśniała niedbale Irka – a meble kupimy zimą... pod kolor szafy. – W jej głosie dźwięczała duma. Bratowa spoglądała zawistnie. Władek opychał się pieczenią. Kaczor ziewał w dłoń. Był najedzony i senny. Krewniacy opuścili mieszkanie późnym wieczorem. Trzyczwartak z Irką poszli ich odprowadzić. Głosy i śmiech

brzuchatej zgasły w ciemności. Kaczor stał na schodkach. Wokoło szmery, dalekie nawoływania. Bardzo ciepło. Niebo z gwiazdami. Westchnął i zacisnął szczęki. Zachciało mu się dziewczyny. Tamci wracali już. Rozmawiali głośno. Szli ścieżką. Rozróżniał dokładnie głosy i słowa. – Więc weź się w końcu – to mówiła Irka. – Dobra, dobra – głos pojednawczy, stłumiony należał do Trzyczwartaka. – Zresztą Kaczor!... On zawsze... jak bank. – Niepewny śmiech. Kaczor zaklął półgłosem. – A ty? – głos Irki zawisł groźnie – tylko żreć i migdalić się! „Dziś mu nie da...” – Kaczor skrzywił się posępnie i wszedł do baraku. Do miasta wyjeżdżali codziennie. Rozstawali się na Śródmieściu. Trzyczwartak trzymał tramwaje i najchętniej brał się za portfele. Zegarków spinać nie umiał, bo rękę miał, tak powiadali, ciężką jak odważnik. Natomiast Kaczor, opanowany i zręczny, zawsze wracał z fantami. Oczy Irki pobłyskiwały, kiedy pokazywał zdobycz. – Doxa – wyjaśniał od niechcenia – przejdzie za półtora... a to... Trzyczwartak siedział chmurny, gładził obrus, niekiedy chował pod stół dłonie. Irka kłóciła się z nim często. Poszturchiwali się w łóżku. Kaczor nasłuchiwał ze złośliwym zadowoleniem. Bielała pościel. Słychać było ciężki z pokasływaniem oddech. – Baran! – mówiła wrzaskliwie Irka. – Baran! – powtarzała kilka razy. Któregoś dnia poszturchiwania i złe szepty trwały dłużej niż zazwyczaj, już przeciągały się głęboko w noc. Kaczor nasłuchiwał, wetknąwszy twarz w poduszkę. Skrzypnęło przeraźliwie łóżko. Trzyczwartak poderwał się, odrzucając na podłogę kołdrę. Stanął pośrodku izby. Zaklął wymyślnie, pięścią uderzył w stół – coś na nim zachybotało. Znieruchomiał i powoli, jakby przypominając, mówił: – A ty, co jesteś?... – Wysunął do przodu głowę. W ciemności wyglądał złowieszczo. – Brzydka – zamachnął się ręką – flak pomarszczony, ścierwo... – Chrypiąc, dodał:– Niejedną lepszą mógłbym... – Urwał i bezradnie zwiesił głowę. Irka zachichotała, a jej chłop z powrotem ułożył starannie kołdrę i wrócił do łóżka. „Zna go” – stwierdził Kaczor. Przywarł do ściany. Próbował zasnąć. Nie mógł. Więc leżał z otwartymi oczyma i przypominał sobie twarz Irki. Nos siodłowaty. Obwisła warga. Dużo zmarszczek. „Brzydkie ścierwo” – upewnił się, złożywszy to w kupę.

Z ich łóżka ruchliwie znaczył się ognik papierosa. „Brzydka – powtarzał Kaczor – brzydka...”. – Długo jeszcze myślał o tym i owym, nim wreszcie zasnął. Szykował się śpiesznie. Było późno. Obnażony do pasa, przeciągnął się kilka razy. Wyglądał sprężyście i po męsku. Krzepki, o oliwkowej cerze. Gdy podniósł rękę, na kluskowatym mięśniu przedramienia poruszał się wytatuowany kowboj w rozłożystym kapeluszu. – Ładny rysunek – stwierdziła rzeczowo Irka. – Dobrze kłuty. Trzyczwartak też spojrzał i poruszył się niecierpliwie. Zadarł koszulę, obnażając brzuch. – A to – poklepał się – kiepskie?... Piękna robota – cmoknął – Jojnego robota. – Żaglowiec, kłuty wyraźnie grubą krechą, opierał się na zębatych falach. Wyżej kontury wyspy z palmami. – Też niezłe – zgodziła się Irka. – Pewnie – przytaknął Kaczor. Poczuł się nieswojo, gdyż Irka mierzyła go przenikliwie, twarz ledwie musnęła spojrzeniem, jakby to było coś martwego, wzrok zatrzymała na piersiach. Szybko wciągnął koszulę. Niezgrabnie zapinał rękawy. – Tatuaże – mruknął, opuszczając wzrok – to frajerska rzecz... najłatwiej wtedy wpaść. – Irka ścieliła łóżko. Widział kusy, rozchylony szlafrok, a dalej kawałek nogi. Pobiegł na stację. „Jak zwykle – myślał – mam z rana nogę... na apetyt”. Skrzywił twarz. Znał już te nogi doskonale. Niezgorsze, trochę za grube w łydce. Perony Śródmieścia. Drzwi otworzyły się z przeciągłym sykiem. Za budką biletera chwiała się różnobarwna czapa balonów. Spod niej wylatywał niezmordowany głos: – Po pięć, po pięć! Balony... Piszczałki! Mężczyźni, w czapkach nasuniętych nisko, sprzedawali owoce. Pryszczaty mrugnął przyjaźnie do Kaczora. Ten nie dostrzegł go, szedł krawężnikiem ulicy, spoglądając na przystanki. Ludzie wracali z pracy. „A ja – uśmiechnął się – do pracy” – przesuwał uważnym spojrzeniem po zmęczonych gromadkach. Długimi sznurami tkwili przy autobusowych tabliczkach. Kaczor wypatrzył ciasno zatłoczoną wysepkę przystanku. Ludzie wyciągali szyje, próbując odczytać numery zbliżających się wozów. Stanął wśród nich

z rękoma wsuniętymi do kieszeni, niepozorny i zwykły. W sobie czuł napięcie podskakujące do gardła. To przychodziło zawsze przed doliną – później mijało bez śladu. Tramwaj zahamował ostro. Tłum obległ pomosty. Wysiadający złorzeczyli. Komuś nadepnięto na nogę. Obok tyczkowaty drab przysiadł kopnięty w kostkę. Brązowa teczka utkwiła w gęstwie poplątanych rąk. Kaczor wśliznął się do wnętrza. Był niewysoki, okrywały go zewsząd plecy ludzi. Ręce delikatnie i czule obmacywały zgrubienia kieszeni. Manewrował nimi leciutko, nieodczuwalnie. Oczy z pozoru obojętne i przygaszone wystrzelały niekiedy kłującym spojrzeniem na przegub czyjejś ręki. W pobliżu błyszczał niklowy zegarek. Kłąb ludzi parł na rękę z zegarkiem, która drżała, silnie wczepiona w poręcz. Kaczor przycisnął tego z zegarkiem. Przed sobą miał czerwoną szyję i równo przycięte włosy. Szorstki samodział tarł twarz. Najmniejszym palcem rozluźnił pasek. Poszło bez oporu. Skóra była sztywna, wytłaczana w drobniutkie prążki. Przeczekał chwilę i rozsunął bardziej. Pociągnął. Zegarek jak wyłuskany groch zsunął się na podstawioną dłoń. Skierował się do wyjścia. Powtarzał ochryple: – Przepraszam... przepraszam. Wyskoczył. Przesunął dłonią po gorącej, spotniałej nieco twarzy. W kieszeni gładził palcami śliski metal. Potrącał przechodniów. Zatrzymał zieloną taksówkę. – Ząbkowska... bazar – rzucił szoferowi. Z przeciwnej strony, dysząc ciężko, dobiegła elegancka pani. – Za późno – powiedział szoferak. Kaczor rozsiadł się wygodnie. Czuł zmęczenie. Szofer zerknął w lusterko i zagadał wesoło: – Spieszyła się królowa... – Zachichotał. – Dziś – zwierzył się – nie lubię bab... nie mogę. Kaczor przymknął oczy. – W nocy – słyszał głos szofera – trafiłem taką jedną. Wcale nie kurwa – zaznaczył z naciskiem. Kaczor poczęstował papierosem. – I z nią – zwierzał się szoferak – na tylnym siedzeniu... – urwał i wyminął gwałtownie przywalistą ciężarówkę. Śmiech jego pełen był sytości i zadowolenia. Twarz miał cwaniakowatą i promieniste zmarszczki wokół oczu. – A dlaczego jej się tak zachciało?... Chyba... tylko tak sobie. Bo i forsę miała. Nic nie wzięła. A może – zaniepokoił się – poczęstowała tryperkiem? – Może – przytaknął Kaczor. Taksówka zatrzymała się za rogiem. Już bazar. Wysiadł. Przez bramę

przelewał się zaaferowany tłum. Przekupki potrząsały naręczami starych ubrań. Dziadyga, tkwiący nieruchomo przy wejściu, wykonywał krótkie, tajemne ruchy ręką. – Uniwersalne!... – potężnym głosem przebijał wrzawę – Uniwersalne!... Uniwersalne! – wyglądał jak senator. Czoło miał duże, pokryte kropelkami potu. Paser Karaś kłócił się z cherlawym obszarpańcem. – Za taką chałe – warczał Karaś – pięćset... za taką... – Nagle z rozmachem przybili sobie dłonie na blat. Baba w frędzlastej chuście krzyknęła piskliwie: – Uważajta! – wskazała na blaszane bańki. Z baniek wydobywała się para i zapach flaków. Kaczor brnął naprzód. Wreszcie przy budce z rowerowymi gratami dostrzegł Kulasa. Górował nad wszystkimi. Wielkie beznogie chłopisko. Zegarek przeszedł z ręki do ręki bez targu. Kaczor przeliczył czerwone papierki. Kulas począł wzdychać, przełykał głośno ślinę i miarowo skrzypiał drewnianą nogą. – Zaprawimy? – uśmiechnął się Kaczor. Kulas pokiwał skwapliwie głową. Za parkanem przy cegłach zebrała się już nielicha kupa ludzi. Po dwóch, trzech otaczali stoliczki z cegieł, łykali sprawnie, zagryzali byle czym i krzywili gęby. Oni też odbili flaszkę. Kulas pociągnął pierwszy. Wśród jasnego zarostu skakała mu wydatna grdyka. Znaczyli palcem na szkle i pili w milczeniu. – Jak tam u ciebie... Kaczorek? – zagadał Kulas. – Leci – bąknął Kaczor – leci pomału. – A kręcisz z jakąś? – dopytywał Kulas. Nie czekał na odpowiedź. – Bo ja kręcę – oświadczył. Spochmurniał nieco. Bez apetytu żuł salceson. – Ładna – powiedział – i frajerzyca... z MHD. Tylko... – urwał. Długo obmacywał kieszenie – twarda sztuka. Niełatwa. A ty? – Teraz z górnej kieszonki wydobył lufkę i osadził w niej papierosa. – A ty – powtórzył – kręcisz?... Dobra sztuka? – Ożywił się. Chciwie zaciągnął się dymem. – Niezła – odpowiedział Kaczor. Uśmiechnął się nieznacznie. „Irka – myślał sobie – Trzyczwartaka Irka”. Kulawy paser sztywno wyciągnął drewnianą nogę. Zapatrzył się w odrapaną, z małymi okienkami ścianę przeciwległej kamienicy. Zza parkanu przebijał bazarowy gwar, trochę już słabnący. W pobliżu przysiadł Cygan w gabardynie. Gładził błyszczące, mokre włosy. Przez dziurę w płocie przecisnęła się ruda, malowana dziewczyna. Cygan wyszczerzył zęby; dziewczyna usiadła obok niego. Ktoś pozdrawiał donośnie sąsiednią gromadkę. – Kilo... – ucieszył się Kulas – przyszedł Kilo. – Zawołał go. „Kilo wariackich papierów” był chudziutki i łysawy.

– Siemasz – rozpogodził się Kulas. – Jestem pusty! – Kilo żałośnie poruszył szczęką – cholernie pusty... ani feniga... – Zerknął na butelkę, potem zapatrzył się w rudą dziewczynę. „Dlaczego wołają na niego Kilo?” – zastanowił się Kaczor. Przypomniał. Siedział w Tworkach. Dostał wariackie papiery. Podali mu butelkę. Podziękował. – Od rana nic – wyjaśnił, chuchając w garść – nawet kropelki. Zaprawił się łapczywie. Ci z Annopola załatwiali następnego litra. Najstarszy z nich, Geno, zapiał ochryple: – „Na wolności ja stworzę ci raj”... Przerwali mu. Plączący się głos: – I stworzyłeś?... Do gęby nie masz co włożyć... Geno zacisnął pięści, jednak szybko zwisł po pijacku i zapłakał. – To mówisz – rzekł głośno Kulas – że charakterna ta twoja i niczegowata... – Z dziwną skwapliwością wpatrzył się w Kaczora. Kaczor wyprostował się dumnie i opowiedział o nogach Irki. Kilo przykucnął, podparł kułakiem brodę. Zasłuchał się. Znowu spojrzał na rudą, którą właśnie mocno przyciskał Cygan. – I ta niezła – powiedział półgłosem. Patrzał zawistnie. – A moja – odezwał się Kaczor – fajna... Tylko... – zatroskał się trochę – nos ma kiepski... siodłowaty... Nie lubię takich – skrzywił się z wyraźną niechęcią. – E tam – zbagatelizował Kilo. – Nos... nie takie... – mruknął i ukosem łypnął na rudą. Tak gadając, wypili chyba ze cztery ćwiartki. Pociemniało porządnie, bazar opustoszał. Przez parkan i bramę przychodzili na placyk coraz to inni chłopcy z miasta. Znalazł się też Trzyczwartak. – Odważnik! – zarechotał Kulas – odważnik! Trzyczwartak oparł się o płot. Butem trącił butelkę. Zgrzytliwie potoczyła się po żwirze. Kilo cmoknął do rudej. Dziewczyna wypięła pierś i powiedziała obelżywie: – Łysy... pusty... a podskakuje. Cygan zamachał pojednawczo ręką. Kilo przykulił się i zmarkotniał. Nagle poruszył się gwałtownie. – Przecież – powiedział z nadzieją – miałaby ze mną dobrze... uszanowanie. Wieczorem z nią ćwiarteczkę. Tango „Złamane życie” – westchnął i pogrążył się w medytacji. – Menda! Menda! – krzyknęła nie wiadomo na kogo dziewczyna. – Spróbuję – szepnął Kilo. Podszedł do Cygana. – Kiepski dzień – powiedział Trzyczwartak. – Zabrałem tylko jedną skórę...

i była pusta. – Zwiesił głowę. Poplątane kudły sterczały mu jak diable rogi. – Baba objedzie – roześmiał się Kaczor. Trzyczwartak nie odpowiedział. „Naprawdę chłop to on jest trzyczwarty – pomyślał Kaczor – trzyczwarty”. Kulas wstał. Znaczył się przed nimi masywną bryłą. Zadarli głowy. Otrzepywał troskliwie spodnie. Zakołysał się. – Muszę załatwić – powiedział niewyraźnie – Załatwię... – Co? – nie zrozumiał Kaczor. – Ją – mruknął Kulas – tę swoją... – Klął zdławionym szeptem. – Pewnie – zgodził się Kaczor – ubrałeś ją... I dotąd – próbował dojrzeć twarz Kulasa – wszystko za frajer. Kulas pokuśtykał. Rozsunął deski i począł przeciskać się na drugą stronę. Przełaził niezgrabnie, oburącz podnosząc drewnianą nogę. – I nic nie było w tej skórze? – zainteresował się Kaczor. – Nic? – Nic – odrzekł głucho Trzyczwartak. – Słabo idzie – westchnął. Schylił się i podniósł butelkę. Delikatnie obracał ją w palcach. – Ty – Kaczor zastanawiał się – nie umiesz zarobić... Szkło butelki błyszczało ostro w świetle bazarowej latarni. – Umiem – zaprzeczył z uporem Trzyczwartak – ale nie o to chodzi... – Odrzucił flaszkę za parkan. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Zaraz przybiegło stamtąd przeciągłe przekleństwo. – Nie pękam – mówił Trzyczwartak – ale – odwrócił głowę – ale – szepnął jakby wstydliwie – nie chciałbym wpaść... – Ano – mruknął Kaczor – ano... kobita, dzieci, zawsze to żal... Takim jak ty – radził kpiąco – najlepiej trafić parę złotych bez wpadki... przy pewnej robocie. – Uśmiechnął się bezgłośnie. – Przy kamieniu... na budowie... Tak, tak, akurat dla ciebie... – Klepnął go po ramieniu. Trzyczwartak drgnął silnie i jeszcze bardziej pochylił się. – Kobita, dzieci – ciągnął Kaczor jakby do siebie. – A dzieci masz ładne... Tylko ta Cyganeczka – przysunął się do Trzyczwartaka – jakby nie twoja... niepodobna. A ładna. Trzyczwartak przesunął dłonią po twarzy. – Niepodobna – powiedział. Błyszczały mu oczy. – Niepodobna – powtórzył. Kaczora ogarnął jego gorący oddech. Trzyczwartak odjął od twarzy dłoń. Przez zaciśnięte zęby wyrzucał pojedyncze, niezrozumiałe słowa. – Wyliczał coś na palcach. – Sześć – podniósł głos – sześć. – Znieruchomiał. Pod parkanem kłócili się zaciekle, już brali się za klapy... – Łbem go! – poradził Kaczor.

– Późno – Trzyczwartak ociężale uniósł głowę – przelecę się jeszcze... Zniknął w granatowym już teraz wnętrzu bramy. Kaczor na metę wracał sam. Od stacji iść musiał niedługi kawałek. Ciemno, jedynie latarnia z peronu rzucała słaby ogon światła. Domy nad glinkami czerniały mocniej od nocy. Na progu zatrzymał się gwałtownie. W uchylonych drzwiach zobaczył Irkę. – Ostatni pociąg – szepnęła, tłumiąc ziewnięcie. – A gdzie on? Wzruszył ramionami. Przeciągnęła się i rozziewała głośno. Wtedy chwycił ją za rękę. „Zaraz – pomyślał – walnie w gębę... na pewno”. Przymknął oczy i oczekiwał. Przyciągnął do siebie. Nie broniła się. Przywarł do niej. – Coś ty?!... – usłyszał głos Irki. Roześmiała się. Pociągnął na łóżko. – Ciszej – wykrztusiła i odepchnęła jego rozpaloną twarz. – Drzwi – rzekła urywanym półgłosem – drzwi zamknij na haczyk... Przez chwilę drżącymi rękoma mocował się z haczykiem. Usiadł na brzegu łóżka i zrzucił buty. Poszło mu z nią łatwo. Chciała. Potem, gdy już poczuł zmęczenie, odwrócił się na bok. Kołdra okrywała go gorącym ciężarem. Zsunął ją na podłogę. Irka leżała z podkurczonymi nogami. Poklepał po gładkich plecach. – Papierosa – powiedziała niewyraźnie. Przypalając, przyjrzał się jej twarzy. Taka sama jak zawsze. Może trochę chmurniejsza, z obwisłą wargą. – Masz dobre ciało – mruknął leniwie. Ułożył się wygodnie. Ogarniała senność. Trąciła go z lekka. – Wyłaź już – rzekła – starczy. – Jej oczy błyszczały nad nim. – Wyłaź! – powtórzyła ostro. Więc położył się na sienniku przy szafie. Kożuch gryzł ciało. Z łóżka dostrzegał w migotliwym świetle z zewnątrz mroczny zarys twarzy kobiety. Wpatrywał się chciwie. – Mógłbym żyć z tobą – powiedział – tylko z tobą. – Ziewnął. Czekał niecierpliwie na odpowiedź. – A ja... – usłyszał wreszcie głos Irki – nie! – Coś taka ważna? – rozzłościł się. – Przecież – szepnął z chichotem – miałem jak chciałem. – To ja chciałam – wtrąciła spokojnie Irka. – Ja – rzekła dobitnie. Zachłannie dopalała papierosa. Poruszył się hałaśliwie. Znowu zapragnął wrócić do niej.

– Teraz śpij – poradziła – bo już późno, śpij. – Szczelnie owinęła się kołdrą. Od okna szedł strumień świeżego powietrza. „Dziwna zdzira – pomyślał – dziwna”. Kłaki kożucha drażniły brzuch. Były szorstkie i gryzące jak robactwo. – Ten kożuch – rzekł w ciemność. – Ten kożuch! – powtórzył. Uniósł się na łokciach i już nic nie powiedział. Kobieta spała z wtuloną w kołdrę głową. Ułożył się na bok i utkwił wzrok w oknie. O świcie wrócił Trzyczwartak. Na progu rozejrzał się, zatrzymał wzrok na Kaczorze, który mocno zacisnął powieki. Irka wyciągnęła ręce, otrząsając się ze snu. Pod pachami znaczyły się rude kępki włosów. – Barłożyłeś – powiedziała, nakładając szlafrok. Trzyczwartak spoglądał na nią ciężko. – Chlałeś. – Irka zaciekle drapała łydkę. – Pijanico – mruknęła. Trzyczwartak począł rozbierać się, rozpiął kołnierzyk koszuli, bety rozrzucał dookoła krzesła, a buty cisnął z rozmachem w kąt. Irka uśmiechnęła się, on zaś utkwił w niej mętnawe, w kącikach przekrwione oczy. Wkrótce zachrapał. Kaczor złożył swe posłanie i szelmowsko skrzywił twarz do Irki. Pozostała obojętna, milcząca. Skręcała zwinnie pasemka swych falujących włosów w ciężką koronę. Kaczor stanął za nią. Patrzył na palce kobiety poruszające się we włosach. – No i jak!? – powiedział zaczepnie, gdy skończyła czesanie. Wzruszyła ramionami. Począł przeglądać stary, z powyginanymi rogami kalendarz. Irka tłukła kartofle. Na izbę buchała para. Przed barakiem na schodach widać było nieruchomą, jakby zastygłą postać staruchy. Koło południa Irka zbudziła swego chłopa. Był opuchnięty, spoglądał spode łba. Przejrzał się w lustrze, począł przycinać wąsiki. – Te wąsiki – burknęła Irka – wyglądają strasznie wrednie... porutnie – dodała. – Czego? – stęknął Trzyczwartak. – Wąsiki – wyjaśnił usłużnie Kaczor. Trzyczwartak pogładził je z namysłem, przysunął do gęby lusterko, zadarł nos, wydął usta – obejrzał dokładnie. Westchnął. Dopiero po obiedzie zabrał się do golenia. Szło mu ciężko, sykał, pozacinał się, lecz wyskrobał wąsiki starannie. – Goło – uśmiechnął się niepewnie. – Głupio. – Odkąd pamiętam – odezwał się Kaczor – zawsze miałeś wąsiki, zawsze.

Trzyczwartak gładził ostrożnie gołe, zaczerwienione miejsce po wąsach. Irka zmywała statki. I dalej jeździli do miasta. Wiodło im się rozmaicie, Trzyczwartakowi przeważnie źle. Irka miała twarz chmurną, rzadko spoglądała na męża, a Cyganeczka dopominała się o nową lalkę. – Kupię ci – obiecał Kaczor. – Ja ci kupię. Mała uśmiechnęła się ufnie. Trzyczwartak jadł wtedy zupę, przegarnął łyżką, zostawił ją sterczącą w gęstwie i począł z uwagą oglądać swe dłonie. Grube, czerwone i szerokie. Rozstawił twarde palce i uderzył nimi w stół. Dłoń nabrzmiała, grubo węźlały żyły... Wczesny jeszcze wieczór. Kaczor szedł wielkimi krokami. Myślał o Irce. Przyspieszył kroku, jakby chciał zostawić po drodze te uparcie obłażące łeb myśli. Trzyczwartaka w domu nie było, Cyganeczka spała, a bachor w łóżku w ogóle się nie liczył. Usiadł obok Irki. Zerknął w rozchylenie szlafroka i bardzo zachciało mu się tej baby. Chwyciła jego głodny, mętniejący już wzrok. Odsunęła się szybko. – Dziś nie – powiedziała nieprzyjaźnie. Wyciągnął rękę. Odepchnęła go. – Nie chcę – ucięła krótko. Siedziała oparta plecami o szafę. Ćmiła papierosa. Naftowa lampka oświetlała wnętrze. Kaczor wyczekiwał. Jej cień występował pokracznie na ścianie. I znowu powiedziała z uporem: – Nie chcę. Próbował zaśmiać się. Dalej odsunęła krzesło. Ogarnęła go złość. – Co tak chowasz? – rzekł mściwie – co? Co tam masz? – powiedział po namyśle. Patrzył na kobietę, owiniętą szlafrokiem, z rękoma złożonymi na podołku. Niewyraźnie pokazywał się jej profil. – Co tam masz? – powtórzył. – Same ramki! – Odwal się – mruknęła. Zagwizdał usłyszaną gdzieś melodię. W małej izbie panowało ciężkie milczenie. Dzieliło ich ledwie parę metrów – to jeszcze bardziej drażniło. Nawet zdawać się mogło, że ciepło, które ogarnia twarz Kaczora – to jej oddech. Wyszedł, głośno zatrzaskując drzwi. Zadygotały szyby. Błądził przed barakiem.

Słoneczniki nisko zwieszały łby. Ścięty dach wychodka rysował się na lewo od łopianów. W trawie coś kwiliło cichutko. Księżyc blado zalewał przestrzeń wokoło. Gdzieś w pobliżu posłyszał kroki. Szelest odsuwanych krzaków. Usunął się za płot. Nadchodził Trzyczwartak. Z daleka poznał go po chodzie kołyszącym, szeroko rozstawionym. Usiedli na schodkach. Z łąki przybiegł babski pisk i śmiech, chyba męski. – Macają się – stwierdził Trzyczwartak. Od ziemi pełzał po nogach przenikliwy chłód. Trzyczwartak skulił się i zadygotał. – Trafiłeś coś? – zapytał. Kaczor pokazał fant. Był to zegarek niezłej marki. Trzyczwartak podniósł się powolnie i jeszcze wyraźniej zadygotał. – Pójdziem – bąknął – spać. W sieni Kaczor zagrodził mu drogę. Przez ciemność zielonymi kropelkami fosforu błyszczała tarcza zegarka. – Masz – szepnął Kaczor – bierz! – Wetknął mu do kieszeni. – Powiesz swojej, że trafiłeś... A ładna to sztuka – dodał. Trzyczwartak oddychał nierówno. – No... właź. – Kaczor pchnął go z lekka. – Przecież jesteś wspólnik i kumpel. Otworzył skrzypiące cienko drzwi. Zapadł brzydki zmierzch. Wiało, zacinał deszcz, a nad domami zalegało grube, brudne niebo. Ludzie przesuwali się spiesznie z podniesionymi kołnierzami. Kaczor z Trzyczwartakiem zaszli do baru „Pod Bombą”. Byli zmęczeni i głodni. Latali dziś cały dzień o pustym żołądku. U drzwi zatrzymali się i otrząsnęli z czapek wodę. We wnętrzu mnóstwo ludzi i gęste, poczerniałe od dymu powietrze. Majaczyły znajome, poczerwieniałe gęby. Przy oknie zebrali się alfonsiacy z Chmielnej. Najgłośniej rozprawiał wśród nich Władek zwany Wampirem. Nawet teraz, po ostatnim, długim wyroku, nie stracił nic z dawnej pewności i siły. Może wychudł tylko i przygarbił się trochę. Siwy, ostrzyżony krótko, ulubieniec najcwańszych dziwek spod „Merkurego”. „Wampirek” – jak powiadała Zośka, ostatnia jego kochanica. – Siedziałem z nim – mruknął Kaczor. Z trudem znaleźli sobie miejsce pod pochyłym lustrem. Zabrali się łapczywie do golonki, która jest specjalnością tej knajpy. Niekiedy, podnosząc wzrok, widzieli w odbiciu lustra zamazane, spłaszczone twarze. Wampir odetchnął głęboko, usadowił się wygodniej na parapecie i zaczął śpiewać. Zrazu cicho, potem mocno i ochryple.

„Wrócę i ucałuję twoje ręce...”. Śpiew ten wybijał się teraz nad wrzawę. „Wrócę, położyć muszę kres twej męce...” – ktoś podchwycił, przyłączając się zdartym tenorkiem. Trzyczwartak grzebał widelcem w kapuście i uważnie oglądał poznaczoną świńskimi kłakami golonkę. – Dobra piosenka – rzekł mrukliwie – dobra. – Zasłuchał się. Próbował powiedzieć coś jeszcze, lecz zapchawszy tłustym mięsiwem gębę, tylko zabełkotał śmiesznie. – Niezła – zgodził się Kaczor. Coraz to więcej plączących się głosów ciągnęło tę starą, smutną, złodziejską pieśń. – Ciszej, panowie! Ciszej! – wesoła barmanka przyoblekła na twarz surową minę. Z kuchni wyjrzała trójkątna i szpetna twarz szefowej. Esy sposępniał i wychylił łapczywie ostatek wódki z kufla. – Ucałuję twoje ręce... – mruknął. – Czyje?! Pytam się, czyje ręce!?... – wrzasnął. Spojrzał z niechęcią na usłużne, wlepione weń oczy Mańki, głupawej i wysłużonej dziewczyny. Dwóch młodziaków gadało z ożywieniem o jakiejś Baśce. – Równiaczka – dowodził pierwszy. Drugi tylko spluwał znacząco. W ten gwar i śpiew wszedł on... Zgarbiony, oberwany. Włosy miał rzadkie, pozlepiane. Od razu dostrzegł go Kola. Szepnął. Piosenka wygasła nagle. Cisza zdziwiła barmankę. Odstawiła butelkę i wyciągnęła szyję. Pokazywali palcami. On stanął w kącie i próbował wcisnąć się między bufet a czyjeś plecy. Szybko uczyniło się wokoło niego puste miejsce. Znieruchomiał i tylko strzelał na boki krótkimi spojrzeniami. Wampir z namysłem tarł brodę. Wszyscy patrzyli nań, uważali, że właśnie on powinien zacząć wszystko. Słychać było brzęk naczyń w kuchni. – Kapuś! – rzekł donośnie Wampir. Zastanowił się. – Kapusta przychodzi tutaj? – Wysoko podniósł brwi, potem splunął hałaśliwie. Teraz mały człowieczek poruszył się niespokojnie. Wzrok miał śliski ze strachu. – Sprzedał wspólników i przychodzi tutaj?!... – rzucił w wyczekującą ciszę Wampir. – Przychodzi tutaj?!... – wyciągnął zagadkowo. Ponuro zarechotał. – Dał im chleba na trojaka... a sam obskakuje golonkę. – Patrzył z uwagą gdzieś ponad małym kapusiem w brudną ścianę z napisem: „Na wynos wódki nie sprzedajemy”.

Ktoś uniósł talerz z resztkami tartego grochu. Machnął. Żółta masa oblepiła twarz małego, który skulił się szczurzo i zasłonił rękoma. – Kapuś... – Wampir postąpił naprzód. – Kapuś tu być nie może... Trzyczwartak odłożył widelec, chwilę obracał w palcach nóż, wreszcie oparł go o talerz. – Ja tam – mruknął – w to się nie wtrącam. – Począł dłubać zapałką w zębach. Nie patrzył w kąt. Niespodziewanie mały kapuś śmignął prosto w drzwi. Zadygotały szyby. – Szkoda – stęknął Wygibus – trzeba było dołożyć... – Panowie – powiedziała wesoła barmanka – ja nie pozwalam! – Szybko jednak na jej policzkach pokazały się dołeczki. Widać przypomniała sobie tłuczony groch na gębie małego kapusia. – On kapował – surowo wyjaśnił jej Wampir – strasznie kapował. – Jo, jo – przytaknął któryś – to był duży łachudra... Barmanka wzruszyła ramionami. Trzyczwartak pokroił golonkę na drobne kawałki, już podnosił do ust przygotowaną porcję – nagle opuścił widelec. – A bo to wiadomo – powiedział jakby do siebie – ...trudno o tym wiedzieć... Trudno. – Rozkaszlał się. – Głupiś – rzekł Kaczor. Trzyczwartak uniósł znad talerza głowę i spojrzał nań uważnie. Znowu spuścił głowę. – Ma się rozumieć – dodał spiesznie – ja też bym takiego... chyba że... – rozciągnął to słowo... Machnął ręką. – Ale co ty tam wiesz – mruknął. Ponury i ciężki wzrok utkwił w Kaczorze. Ten zmieszał się trochę i zamówił jeszcze dwie duże wódki. Wypili i zaraz wyszli. Nad drzwiami baru żółto połyskiwała kula. Zza szyb przezierały zamazane kontury postaci. Uliczka była czarna i pusta. – Poczekaj – Trzyczwartak zatrzymał się gwałtownie przy bramie. Rozdygotanymi palcami przetrząsał kieszenie. – Zapałki – bąknął. Zaraz przestał szukać, ale wciąż stał niespokojny i dygocący. – Chodź – zniecierpliwił się Kaczor – ostatni pociąg... Trzyczwartak rozpiął teraz marynarkę, jednak szybko począł zapinać ją z powrotem. – Pojadę sam – wybąkał po chwili, mocując się z ostatnim guzikiem. – Jak to? – nie zrozumiał Kaczor. Wytrzeszczył oczy. Trzyczwartak odwrócił głowę i zapatrzył się w migotliwe okna baru. – Nie możesz mieszkać u mnie. – Zwrócił doń twarz z rozbieganymi oczyma.

– Nie możesz... – powtórzył z mocą. – Ja bym nie wytrzymał – dodał głucho. „Czyżby wiedział?” – zastanowił się Kaczor. Głośno powiedział: – Tak wspólnika... w nocy... na bruku...? Trzyczwartak przysunął się doń, zadarł głowę i wykrztusił: – Masz... bij! Kaczor odepchnął go silnie. – To ja lecę – mruknął Trzyczwartak – bo późno... – odwrócił się, lecz nie poszedł. – Jak chcesz – szepnął ochryple – to jeszcze dzisiaj... tylko dzisiaj... ale to ostatni raz, jutro już nie. – Wyglądał żałośnie i głupio. „Cholera – pomyślał Kaczor. – W nocy, na ulicy... tylko dworzec...”. – Jedź sam – warknął – zostanę. Głucho zastukotały kroki Trzyczwartaka. Przed rogiem odwrócił się jeszcze. – Sikor oddam – dobiegły do Kaczora jego słowa – oddam i nie myśl, że ja... Zniknął za rogiem. Kaczor stał z głową wysuniętą do przodu. Zagwizdał cienko i przeciągle. Wzdrygnął się. Noc była chłodna, jesienna. Z dala przed wystawą majaczyła sylwetka stróża, na wprost zaś biły w oczy wysokie, okrągłe światła pałacowych reflektorów.

Powrót Szedł bardzo powoli. Godzina była południowa. Spod stóp wzbijał się dymiący kurz. Słońce przypiekało mocno... Wilgotniały mu dłonie. Patrzył ciekawie dokoła. Za parkanem gruba kobieta podlewała pomidory wodą z konewki. Gdy przeszedł, obejrzała się i chwilę stała wyprostowana, osłaniając dłonią oczy. Na placyku przed sklepikiem dzieci obsypywały się piachem; najniższe z nich było rudawe i jakby znajome. W popielatym murowańcu ktoś wyjrzał z okna. „To u Bednarków – pomyślał. Bednarek jeszcze siedzi”. Wyjął chusteczkę i starannie wytarł ręce. Zatrzymał się przed niskim o skrzywionym dachu drewniakiem. Tutaj mieszkał. Postawił nogę na stopniu schodków, przygryzł wargi. Do wnętrza wszedł hałaśliwie, prawie z rozpędem. Zobaczył plecy matki i czyjeś nogi zwisające z łóżka. – Tyle czasu... – powiedziała matka – tyle czasu. Poprawiła opadające ramiączko koszuli. Pocałował ją w dłoń, która pachniała surowymi kartoflami. Podniosła się na palcach, zmrużyła oczy i dotknęła jego krótko przystrzyżonych włosów. – Niedługo odrosną – mruknął. Rozejrzał się po izbie. Na łóżku leżał mężczyzna z twarzą schowaną w poduszkę. Oddychał świszcząco, z trudem. – Wujek... zalany – wyjaśniła matka. Z kuchni uniosła garnek, w którym zabulgotało coś gwałtownie. Otoczona parą, potrząsnęła nim kilka razy. Chłopak usiadł przy stole. Wygładził pofałdowaną ceratę. Podniósł głowę. Dopiero po długiej chwili dostrzegł, że matka stoi naprzeciw poważna i uroczysta. – Wiem wszystko – wybąkał niewyraźnie. Wytrzymał badawczy wzrok matki, przechylił się na krześle i dodał: – Wiem... że puszczała się. Matka z przejęciem poprawiała luźne, opadające uporczywie ramiączko koszuli. Widział jej ostro pomarszczoną szyję. – Nie wiem nic – odezwała się. Potem z brzękiem podniosła pokrywę garnka. Poczęła nalewać zupę. Wraz z parą napełniał izbę zapach grochówki. – Tego nie można wiedzieć na pewno – posłyszał głos matki. Pokiwał głową. Z przyjemnością chłonął zapach zupy. Lubił grochówkę.

– A tam – matka postawiła przed nim talerz – w tym więzieniu dobrze karmili? – Czasem też grochówką. – Zanurzył łyżkę, przegarnął w gęstwie kartofli. – Ale kiepską. – Pochylił się nisko nad stołem i zmarszczył czoło. – Wtedy dali akurat buraki – mruknął. – Tak, buraki... i właśnie dostałem cynk o niej... już po obiedzie. – Poruszył łyżką, ziemniaki przyciskał do ścianek talerza i gniótł je na żółtą, soplami umykającą spod łyżki masę. – Przedtem ona przysłała list – powiedział. – To był ładny list – dodał po namyśle. Zaczął jeść. Mlaskał głośno. Zjadłszy, pochwalił zupę. Matka uśmiechnęła się szeroko. Wygrzebał z kieszeni pogniecionego papierosa. – Jeszcze z więzienia – objaśnił, oglądając go uważnie. – Czy ona już wie? – zwrócił napiętą twarz ku matce. – Nikt nie wiedział, że wrócisz – odpowiedziała. Mężczyzna, rozwalony na łóżku, stęknął głucho i rozkraczył nogi w podkutych błyszczącymi gwoździami buciorach. „Widać porządnie zaprawiony – pomyślał chłopak – skoro śpi we wszystkim”. Ulicą przejechała ciężarówka. Szyby zadrżały przejmująco. – Nie warto – powiedziała nagle matka – nie warto tak myśleć. – Patrzyła nań surowo. Widziała wyraźnie jego regularny i czysty profil. – Przecież – szepnęła – chłopak jesteś akuratny, niejedna poleci... Dopalał zachłannie papierosa. Wstał, odsuwając gwałtownie krzesło. Począł chodzić wzdłuż szafy drobnymi krokami. Matka obracała głową, wodząc za nim spojrzeniem. – Ona pisała ładne listy – odezwał się urywanym głosem – mało kto takie dostawał. Ładne i długie listy. Matka westchnęła. – Pisać to każdy potrafi – wtrąciła. Przyspieszył kroku, wydawać się mogło, że uderzy w ścianę. W izbie szarzało. Przystanął za plecami matki i powiedział szeptem: – Potem z Bednarkiem kręciliśmy w tych listach tytoń. – Przesunął dłonią po głowie. Czuł szorstkość krótkich włosów. Zwrócił wzrok ku oknu. Uliczka była wąska, wciśnięta między drewniaki. „Na takich ulicach – pomyślał – zaraz wiedzą wszystko. Już muszą wiedzieć, że wróciłem... Ona też”. Przed domem zatrzeszczał żwir. Lecz to nie były kroki. I jeszcze raz żwir. Na pewno kroki. Nie tutaj. Matka czyściła garnek. Spod czerni zaczęła prześwitywać czystość aluminium. Gdy uniosła głowę, wyczytał w jej oczach niepokój. – Pierwszy dzień jest zawsze zły – powiedział śpiesznie. – Trudno się przyzwyczaić do nowego.

Matka zaplotła na kolanach dłonie. – Teraz oni wszyscy siedzą na łóżkach albo chodzą. Tam chodzi się dużo – wyjaśnił. – Prawie każdy chodzi i myśli. – Ominął jej przenikliwy wzrok, rozejrzał się po izbie. W kątach już na dobre gęstniał wieczorny zmrok. – Niedługo apel – mruknął. Podszedł do kuchni i z uwagą obejrzał aluminiowy garnek. – Muszę z nią porozmawiać – wycedził z wolna. Prztyknął palcem w pokrywę garnka. Zabrzęczało urywanie. – Pewnie – przytaknęła matka. – Tylko – dodała – po męsku... to ci dobrze zrobi. – Poklepała go po plecach. Odkręciła kran i puściła wodę na brudne talerze. Wparł się łokciami w stół. Matka spoglądała nań. Widziała już tylko ciemną, bryłowatą sylwetkę. Kiedy w domach naprzeciw zapaliły się żółte światła, wujek zwlókł się z łóżka. Przecierał oczy, spluwał i ostrożnie dotykał obolałej głowy. Spojrzał na chłopaka siedzącego przy stole, rozjaśnił twarz i trącił go w ramię. – Wiedziałem – rzekł ochryple – wiedziałem, że wrócisz. – Był to sinawy mężczyzna o obrzmiałej twarzy. Pokasływał i zionął jeszcze zastarzałą wódką. Z leżącego na podłodze płaszcza wyciągnął półlitrówkę. – Widzisz – zaśmiał się – wiedziałem. Matka zapaliła światło. Napełnili szklaneczki. Chłopak, który wrócił, wypił pierwszy. Zakrztusił się i długo łapał oddech. – Wiadomo – powiedział dobrodusznie wujek – wyszedłeś z wprawy. – Ale pij – poradził – to stawia na nogi. – Uniósł pod światło butelkę. – Jak będzie mało – rzekł – skoczę i kupię następną... Na zdrowie... – uniósł szklankę. Zastanowił się i odstawił ją na bok. – Nie przejmuj się – chrypnął – to stara kurwa... wszyscy o tym wiedzą. – Czknął i wykonał znaczący ruch ręką... – A jak tam było... – podjął po wypiciu – w tej ciurmie? – Drapał się po chrzęszczących zarostem policzkach. Wzrok zdawał się chować gdzieś do wnętrza. – Siedziałem – burknął – siedziałem tam przed wojną. Zaraz po odnowieniu – uśmiechnął się. – Ciurma była wybielona i czysta. – Teraz odrapana i wstrętna – wtrącił chłopak. – To była cela na piętrze – wspominał wujek – pojedynka. Na tym piętrze były wtedy tylko pojedynki. – Na piętrze... – zastanowił się chłopak – teraz chyba trzeci roboczy oddział. – Potem pomyślał: „Przyjdzie czy nie przyjdzie?”. Obracał te słowa z uporem. Zgubił gadaninę wujka. „Puszczała się. To pewne”. – Przygarbił się i przymknął oczy. Dziewczyna weszła tak cicho, że zobaczył ją, dopiero gdy zamykała drzwi. Uśmiechała się. Przywitała się z matką, wujek ręce schował za plecy. Wtedy

stanęła przed nim. Jej dłoń była ciepła i miękka. – Nie mogłam wcześniej – powiedziała. Dyszała trochę. – Pracuję na drugą zmianę. Prosto z roboty. Puścił jej dłoń. „Za długo trzymałem – pomyślał – to głupio wygląda”. – Podsunął krzesło. Dziewczyna usiadła, podwinąwszy sukienkę. Matka pochyliła się nad kuchnią. Wujek wyraźnie niecierpliwił się. Patrzył na niego spod przymrużonych powiek, przenosił wzrok na dziewczynę, wreszcie chrząknął znacząco i wysunął nogi w wojskowych podkutych gwoździami buciorach. „Stary łach – pomyślał chłopak – takiego kobity już wcale nie biorą”. Wujek zakaszlał sucho. Matka przesunęła dłonią po kaflach kuchni. – Jarecka też... – stwierdził chłopak. Teraz wiedział, że koniecznie musi coś uczynić. Wstał. W tej małej izbie wydawał się olbrzymem. – I czego?! – warknął, spoglądając na wujka. – Czego szukasz afery?! Wujek wytrzeszczył oczy, zaś chłopaka ogarniała złość. – Podskakujesz! – krzyknął – podskakujesz! – Pochylił się do przodu. Kołysał się z lekka i zacisnął pięści. – Ty zawsze wtykałeś nos w cudze sprawy – powiedziała surowo matka. – Hela, co ty?... – głos wujka zadrżał trochę. Jego dłoń obejmująca szklankę zatrzymała się nad stołem. – Tak – mówiła twardo matka – mnie z Józkiem też pokłóciłeś. – Jej twarz stała się zła i zacięta. – Pękaj stąd! – Chłopak podszedł do wujka. – Pękaj... tylko szybko! Wujek, dotąd zatarty w migotliwym i skąpym świetle, stał się teraz widoczny. Twarz, zarośnięta po oczy i stara, pokryła się plątaniną załamań i fałd, w których chował się cień. Blask lampy zaigrał w zielonym szkle szklanek. – Dobra – mruknął wujek – dobra. Chłopak spojrzał ukradkiem na dziewczynę. Była spokojna, wpatrywała się w grę światła na szkle. Wyglądała tak, jakby ją tylko to obchodziło. „Czeka” – pomyślał chłopak. Za plecami widział swój cień na ścianie. Wielki i bezkształtny, zalegający nad łóżkiem. – Wujek wujkiem – wycedził – ale oberwiesz, i to zaraz. Stary podniósł się szybko. – Wódkę możesz wychlać – dorzucił chłopak – tylko nie tutaj. Wujek ostrożnie przelał do butelki zawartość szklanki. W drzwiach mruknął coś niezrozumiale. Już ze schodów dobiegło głośne przekleństwo. Dziewczyna zaśmiała się krótko. – Stary pijanica – powiedziała matka. Uporczywie wpatrywała się w drzwi. Dziewczyna pochyliła się nad lampką. Chłopak przełknął głośno ślinę.

Ukradkiem spojrzał na nią. – Nie zmieniłaś się – bąknął. – Ty też – odparła, ugniatając okruszyny chleba. Ubrana była w kwiecistą, różnobarwną sukienkę. – Ciekawski ciuch – powiedział cicho. W wycięciu pod szyją zobaczył jej piersi. – Dobry materiał – wtrąciła matka, ujmując ostrożnie rąbek rękawa. – Dobry – powtórzyła – i teraz trudno o taki. Opuścił nisko głowę. Gęste krótkie włosy sterczały ponad stołem. – Jak jeż – zachichotała dziewczyna. – Chyba niedługo odrosną – zafrasowała się matka. – Nie lubię takich włosów. Dziewczyna dotknęła jego głowy. – Fajne włosy – nie przestawała uśmiechać się. Dotknęła mocniej. Ogarnęło go ciepło. Było cicho. Sądził, że jedynym oddźwiękiem jest jego własny, zduszony oddech. Matka rozgarnęła dogasające węgle. Wzbił się łagodny szmer obudzonego ognia. Ich spojrzenia zetknęły się. Dziewczyny było kpiące, zaciekawione... Matka stała teraz przy oknie. Wyciągała szyję, jakby starając się przeniknąć gęstą ciemność. – Pójdę – przerwała ciszę. – Mam ważną sprawę – wyjaśniła, spoglądając na dziewczynę. Chłopak usunął twarz z kręgu światła i skrzywił się leciutko. Matka wyszła szybko, ostrożnie zamykając drzwi. Zostali sami. Siedzieli blisko siebie. Oddechy przenikały się. W wycięciu sukienki piersi dziewczyny rysowały się wyraźnie i stromo. Wczepił się rękami w blat stołu. – Nagadali ci o mnie – posłyszał głos dziewczyny – dużo ci nagadali... Nie zwrócił na te słowa uwagi. W głowie kłębiło mu się wiele myśli, wszystkie przelatywały szybko i ledwie zaczęte uchodziły gdzieś. O wujku, więzieniu, dziewczynach. Lecz żadna o niej, o tej dziewczynie. Chwycił ją wpół. Syknęła. Ciało miała twarde, drażniące. Położył na łóżku. Gdy kładł się obok, odepchnęła go lekko. – Poczekaj – szepnęła z wyrzutem – szkoda sukienki... Ściągnęła ją przez głowę. – Prędzej! – mruknął, ściskając zęby. Poprawiła zwichrzone włosy. – Przecież nagadali ci tyle... – powiedziała prawie ze złością.

Nie odpowiedział. Rozchyliła wyczekująco usta... W izbie nastała niespokojna cisza. Potem leżeli obok siebie. Zaszeptała z ożywieniem, ale chłopak uniósł ciężko głowę i warknął: – Przymknij się... nic nie chcę... W milczeniu zaczęła wkładać sukienkę. Patrzył na nią uważnie. Uśmiechnął się. – Ładna sukienka – rzekł – akurat na zabawę. W sobotę – dodał – jak pójdziemy... to będziesz w tej sukience. Przeciągnął się, wyciągając ręce w górę.

Kwadratowy Po ostatnim jego wyczynie miasteczko wrzało. Kradzież była odważna. Wagon z cyną stojący na stacji rozpruty i wyczyszczony do cna. Matki mówiły jedynakom późno wracającym do domu: – Doigrasz się, doigrasz, jak ten Kwadratowy! W ciemnych bramach, w poczekalni przy wódce rozprawiano o nim. Znało go przecież całe miasteczko, rósł w nim od pętaka. Stary Józef, żywa kronika tej dziury, za kieliszek czystej prawił, plącząc się, długie o nim historie. Wynikało, że Kwadratowy od najmłodszych lat już był taki arcyurke. Miasteczko znajduje się pod Warszawą, jest nieduże, z brukowanym nierówno rynkiem. Na prawo od rynku mieszka Stefaniakowa, matka Kwadratowego. Gdy szła do kościoła, zerkano na nią ciekawie, przecie Kwadratowy władował się na kilka lat. Wysoka, siwa. Trzymała się prosto. Ubrana na ciemno. „Widzisz – szeptał pętak Rysio do przyjaciela – to jego matka...”. – Patrzyłeś na nią i widziałeś przyczajonego w ciemną noc Kwadratowego. – Wywala piekielnie szeleszczące rulony blachy. Majaczą wspólnicy. Ktoś pstryka ostrzegawczo. Oj, Kwadratowy, gadka o tobie rośnie. Nic w niej z ciebie, jesteś już mitem. Jedynie matka odkrywa bliższym kawałek tego płaszcza mitów. – Nie biłam, powiada, a bić trzeba było, brakowało silnej ręki. Bez ojca chował się. – Wzdycha i kroi słoninę. Szoruje podłogę i znajduje pod szafą stare Jurkowe buty. Powykrzywiane i wytarte zamsze. Ciska z pasją w kąt. Po namyśle podnosi, czyści i ustawia w skrzynce. – Zmądrzeje, zmądrzeje – brzęczą słowa sąsiadek. – Pożycz no, Stefaniakowa, ździebko cukru. Dzwonią w kościele na szóstą. Zmrok osiada w kątach. Gdzieś śpiewają. U niej cicho, strasznie cicho. On tylko śpiewał. Zastanawia się właściwie po raz pierwszy, czemu nazywają go Kwadratowym. Już wie. Lubił mówić: – Bo jak cię na kwadratowo... – Była to groźba, pochwała i jeszcze coś – określenie wszystkiego. Nawet milicjantowi na ostatek powiedział: – Jeszcze zrobię was... – namyślił się i dodał – na kwadratowo. Z tym „na kwadratowo” znalazł się za bramą więzienia. Wcale nie bujda, że klucz w bramie zgrzyta przeraźliwie smutno, inaczej niż w innych zamkach. Kwadratowy szedł, kołysząc się, z wysuniętą po cwaniacku głową. Chłop

barczysty, w czerwonej koszulce. Wpuszczający strażnik przymrużył wyblakłe oko i mruknął: – Wpadłeś, bratku. Każdemu to mówił. Ściany wąskiego korytarza w budynku administracji poznaczone były mnóstwem napisów. Przy wejściu uderzał w oczy napis: „Żegnaj WOLNOŚĆ”. Dalej: „Wkitowałem się na piątaka”. Zaś przy drzwiach z tabliczką nr 5 słabo widoczny i zatarty napis: „Zakapowała mnie stara kurwa, Zośka”. – W pokoju nr 5 Kwadratowy oddał siedzącej przy biurku dziewczynie zegarek, portfel i kilka drobiazgów. Próbował zagadać do niej, lecz była obojętna, poza tym piegowata i brzydka. Zapalił papierosa. Z zadowoleniem pomyślał, że nie każda stara potrafi dać w taką drogę trzysta fajek. Tylko jego... Przebrano go w magazynie, chłodnej, przypominającej stodołę budzie. Zastukał drewniakami. Skóra pachniała kwaśno. Czuł na ciele chłód krochmalonej koszuli. Przy bielonej świniarni jakiś łysy zakpił zeń: – Na mleko zapisz się... Prosto od krowy. – Łysy wykrzywił gębę. Kwadratowy jeszcze za węgłem słyszał: – A nie zapomnij! Wąsaty inspekcyjny prowadził go długim, geometrycznie załamującym się korytarzem. Czysta podłoga błyszczała jak asfalt. Przed wielką kratą, dzielącą korytarz na oddziały, więzień w kraciastym swetrze uczynił tajemniczy i szybki gest. W jego oczach błyszczała chciwość palacza. Kwadratowy rzucił kilkanaście papierosów. Posłyszał szept tamtego. – Zupę masz u mnie z tłuszczykiem. Zawsze, jak w banku... Więc był to kalifaktor. Klawisz z miną buchaltera wpisał go do księgi oddziału. Potem zacmokał obwisłymi wargami. – W taką pogodę, w taką pogodę. – Spojrzał w okno. Musnął go słoneczny promień. Przeciągnął się. Westchnąwszy ciężko, podniósł się z ławki. Otworzył drzwi celi pod numerem 110. Było tam pięciu mężczyzn. Wszyscy ostrzyżeni. Najniższy z nich, krostowaty, rzekł: – Za coś wpadł? Patrzyli na niego z ciekawością. Kwadratowy oparł się o stół i przygładził włosy. Mruknął: – Nie skaczcie! Zamienili spojrzenia. – Znamy takich – powiedział któryś. – Dawaj szlugi! Patrzyli na niego z ciekawością. Kwadratowy położył na stole poduszkę, obok niej koc i miskę. Rozstawiwszy nogi, powtórzył:

– Nie skaczcie. – Był barczysty o wydatnych szczękach – to wstrzymywało. Krostowaty odezwał się łagodniej: – Skąd jesteś? Kwadratowy usiadł na ławce, która zakołysała się. Wyciągnął papierosy. Poczęstował wszystkich. Palili, wpatrując się w strużki dymu. Czekali, co teraz powie, zaś on począł mówić, wolno, z namysłem oglądając swe brązowe ręce. – Nie jestem frajerem. Nazywają mnie Kwadratowy. Siedziałem już... Krostowaty wymienił kilka znanych w Polsce więzień. Pytał podstępnie, jak tam, a tu – wreszcie: – Kolę znasz? Kwadratowy znał... – Charakterny jak mało kto – westchnął jeden zwany Grubasem. Wyszli parami na podwórze wśród burych murów. Drewniaki wzbijały kurz. Szli miarowo, zaś Kwadratowy przypominał sobie wieś i kierat. Tak samo w kółko. Był pewien, że chłopcy spod celi już nie przyczepią się. Zadzierał głowę, wpatrując się w górę. Niektórzy grypsowali pod oknami. Pilnujący ich klawisz zdawał się nie słyszeć rozmów. Pocierał nieogoloną brodę, spoglądał na noski swych butów, wyczyszczonych dokładnie i popękanych. Spojrzawszy na zegarek, zawołał przeciągle: – Koniec spaceru. Wypolerowane przez wiele tysięcy drewniaków schody. Kraty podnoszące się gościnnie. Znów chłodny jak grób korytarz. Klawisz z oddziału wrzeszczał: – Grypsy?!... Ja ciebie... Zagłuszyli ten wrzask drewniakami. Ktoś krzyknął, patrząc w okno: – Majtki na wolności! – dodał: – Babskie! – Potem suchy spragniony śmiech. Patrzyli, zbiwszy się w gromadkę, na biały blok naprzeciw. Coś różowego. – Włazić, włazić! – pokrzykiwał oddziałowy. Zamykając drzwi, powiedział surowo: – Siedzieć spokojnie, bo inaczej raport. Grubas z Powązek uśmiechnął się przymilnie. – Przez baby, panie kierowniku, wszystko przez baby. Ten klawisz uważał, że u kobiet ma powodzenie. Już za drzwiami pokiwał wyrozumiale głową. Podnieceni spacerem, przemierzali celę. Krostowaty wpatrywał się w okno. Niebo było ładne, niebieskie. – Nad Wisłą teraz Meksyk – powiedział wspólnik Grubasa, wyjmując z szafki pajdę chleba. Lepił zeń okrągłe pecyny i zjadał z apetytem. Przy popękanym piecu rozprawiano o jutrzejszej łaźni. Krostowaty zapraszał do domina. Spoglądał na Kwadratowego. Postukując kostkami, pogrążyli się w długiej grze.

Domino było specjalnością celowego. Grał chytrze, z rozmysłem. Szybko zrobiło się ciemno. Sylwetki ludzi, łóżka – wszystko zszarzało. Ziewali, wyczekując na światło i apel. W żółtym świetle cela wyglądała jak kolejowy klozet. Na suficie rysował się wilgotny zaciek zadziwiającego kształtu. Leżąc na łóżku, Kwadratowy uprzytomnił sobie, że właśnie nad nim znajduje się ten zaciek. Wsłuchiwali się w stłumione głosy, dobiegające z cel czworokątem opasujących podwórze. Jakaś kobieta śpiewała piosenkę. Pozostałe głosy umilkły. Ładnie, melancholijnie. Rozległo się przekleństwo, potem krzyk męski ochrypły: – Wyłącz się, stara!... Następnego ranka szykowano się na spacer do łaźni. Krostowaty długo oglądał swą twarz w ułomku lustra. Badawczo wyszczerzył zęby. Grubas z Powązek podśpiewywał wesoło. W kuchni, obok której miano przechodzić, pracowała jego kobieta. Wszyscy patrzyli z zazdrością na włosy Kwadratowego: Długie, lśniące, nieruszone zerówką więziennego fryzjera. Było oczywiste, że on zbierze najwięcej babskich uśmiechów. Czarniawy doliniarz z Annopola uśmiechał się złośliwie. Przemierzał szybkim krokiem przestrzeń od kibla do stołu. Wreszcie zatrzymał się i zapytał: – To dziś w nocy każdy śpi ze swoją... ręką? – zaśmiał się, lecz jakoś blado. Krostowaty, którego nazywano też Pestką, szeptał: – Boi się o swoją kobitę, dostał gryps, że puściła się z innym. Grubas zacierał ręce. Niestety, wbrew przewidywaniom, spacer do łaźni wypadł źle. „Chiński Ptak”, złośliwy przewodnik, pozamykał baby. Nie zobaczono nawet jednej. Wrócili wymyci, poczerwieniali i wściekli. Nawet ten czarny z Annopola sposępniał. – Kobity, kobity – pocieszał Kwadratowy – wyjdziecie, co noc będzie inna. – Wtedy zastanowił się, czemu powiedział „wyjdziecie”. Przecież Hanka czeka. Na pewno nie puszcza się. Chłopiec o wielkich z lekka zamglonych oczach szorował kibel. Porysowana blacha nabierała połysku, w którego odbiciu majaczyły powykrzywiane kontury twarzy. Krostowaty Zenek uśmiechał się. – Gramy w dupnika – przerwał ciszę. Chłopiec czyszczący kibel zgarbił się. Kwadratowy zobaczył w jego oczach strach. – Kładź się! – wrzasnął wspólnik Grubasa. Nieszczęśliwy w miłości mieszkaniec Annopola dodał: – Przez rączki polubisz nas... a rączki mamy niekiepskie, no nie? Chłopak bardzo powoli podszedł do ławki. Okryto mu ręcznikiem oczy. Jego schylone plecy drżały, były chude, przez bluzę odznaczały się ostro łopatki.

Kwadratowy odrzucił wypalonego do połowy papierosa. „Jest ich czterech – myślał – ale chyba pękną”. Cicho i nakazująco powiedział: – Bić można, ale czy zawsze tylko w jedną dupę? Może w twoją? – zapytał wspólnika Grubasa z Powązek – no i moją – złagodził. Stał, niedbale wsunąwszy ręce za pas. Grubas poczerwieniał, jego wspólnik postąpił krok naprzód. Krostowaty Zenek rozładował napięcie. – Niby można – mówił – ale on ma takie oczy... – szukał określenia – kapusia, prawiczka... – Nie – przerwał Grubas – ma oczy baby, której zrobiłeś dzieciaka. Zaśmieli się wszyscy. Chłopiec o wielkich oczach powrócił do kibla. „Nie lubią mnie, ale boją się” – pomyślał Kwadratowy i usiadł na ławce. Krostowaty Zenek przyłożył ucho do drzwi. – Batory – powiedział. – Batory jedzie. – Tak zwano kotły z obiadem. – Na pierwszym oddziale Batory! Dopiero po długiej chwili usłyszeli wszyscy brzęk kotłów i głosy fajfusów. Grubas, odznaczający się doskonałym węchem, zaopiniował krótko: – Grochówka. I dobrze poznał. Zupę rozlewał fajfus w kraciastym swetrze. Kwadratowy otrzymał miskę z gęstwą grochu i kartofli, a na okrasę kilka wielkich i nieświeżych skwarek. Z fajfusem wymienił porozumiewawcze mrugnięcie. Jadł bez apetytu, wpatrując się w usta Zenka, który pochłaniał zupę żarłocznie i szybko. Mlaskali. Czoło tego z Annopola pokryło się kropelkami potu. Na koniec Grubas krzyknął: – Za amnestię! – i beknął potężnie. Krostowaty wyciągnął spod siennika domino. Zaprosił Grubasa. Grając, śmieli się z czegoś. Przy piecu doliniarz cerował skarpety. Używał do tego wielkiej igły, sporządzonej z aluminiowego drutu. Nagle Zenek przerwał grę. Uczynił tajemniczą minę. – Jutro dorsz – mlasnął wargami i powtórzył: – Dorsz z tranikiem. – Co tydzień każda cela otrzymywała miskę gotowanych dorszy. Czarny przestał szyć. Zamyślił się. Grubas począł mówić o restauracji, w której podawano wspaniałe befsztyki. Domino już nie szło. Krostowaty Zenek przypomniał sobie dziewczynę, która lubiła tylko cytrynowe lody. – Po całym mieście szukaliśmy – wyjaśnił – charakterna była. W sąsiedniej celi ktoś zaśpiewał fałszywie: – „Na wolności ja stworzę ci raj”... „Barany, barany” – myślał Kwadratowy. Myśl przyszła mimowolnie. Dobrze

nie potrafił wyjaśnić sobie, o kim myślał. Siedział na łóżku, wpatrzony w kawałek ogrodu z pomidorami i kąt przesłonięty bujnym listowiem kasztana. „Tam za liśćmi – zastanowił się – chodzą ludzie”. – Po raz trzeci, trzeci już raz siedzi i o tym myśli. „Kiedyś – przypomniał sobie – widziałem dziewczynę, była jesień... kasztan już goły... Wyraźnie dziewczynę. Szła bardzo szybko...”. – Nie pękaj! – ktoś uderzył go w ramię. – Na długo się władowałeś? – głos zdaje się należał do Zenka. – Nie o to chodzi – mruknął niechętnie Kwadratowy, nie odwracając się. Wiatr przyniósł szmer kasztanowych liści. Był pewien, że nie o to chodzi. Wieczorem zaczęła działać „poczta”. Z odległego okna słychać było głos Szkatuły. Szukał wspólnika. Leszek Kulas drwił z jakiejś dziwki. Ponury Puszek prosił o fajki... „Ze dwie chociaż!” – chrypiał. Krostowaty szybko odwrócił się od okna. – Pytają o ciebie – powiedział, patrząc na Kwadratowego. Kwadratowy wzruszył ramionami. – Powiedz, że jutro... Okrzyk „Atanda!” przerwał pocztę. Po dachu chodził inspekcyjny. Kwadratowy naliczył w prostokącie okienka osiem gwiazd. Noc była rześka z chłodnym powiewem wiatru. Leżał z otwartymi oczyma i po raz któryś liczył gwiazdy. Przeciągnął się. Gryzący koc drażnił ciało, więc zsunął go nogą. Z dołu posłyszał stłumiony szept: – Śpisz? Zobaczył chłopca o wielkich oczach. W tę księżycową noc jego oczy błyszczały wilgotnie. – Ładna noc – powiedział Kwadratowy. Chłopiec przywarł do łóżka. Chwycił róg koca i szarpał gwałtownie. – Połóż się – poradził małemu Kwadratowy – jutro dadzą dorsza. – Zaśmiał się. – Dam ci swoją porcję. – Ja już nie mogę – rwał słowa mały – naprawdę! „Wierzy we mnie” – pomyślał Kwadratowy. Poczuł się głupio. Starając się nie spoglądać w jego wielkie oczy, okręcił się kocem, ziewnął sztucznie i mruknął: – Kładź się spać. Sam też starał się zasnąć. Myśląc o małym, który nie spał na pewno, zapadł niespodzianie w sen. Zdawało mu się, że sen trwał krótko, prawie błyskawicznie. Obudził się szarym rankiem. Parę łóżek dalej spał Zenek obnażony do pasa. Na piersi miał wytatuowany piracki bryg, kołyszący się na zębatych falach. „Trzeci dzień” – pomyślał Kwadratowy. Gdzieś słychać słaby zgrzyt klucza. Otwierają kratę.

Zdrzemnął się. Poderwał go przeciągły głos z korytarza. – Apel! Zerwali się z łóżek, trzymając opadające gacie. Na półce nad stołem widać ustawione równo łyżki. Rozjaśnił je nikły promień z trudem włażący z brudnego nieba. Grubas począł wykonywać jakąś swoistą gimnastykę poranną. Usiłował wygiąć się w trudnym dla swego ciała mostku. Kwadratowy wpatrując się w pokraczną pozycję Grubasa, znów pomyślał o łyżkach. Wtedy zrozumiał, dlaczego interesują go łyżki. Postanowił, że to wszystko zacznie się dziś wieczorem. Wzrokiem pieścił już dwie łyżki najbardziej błyszczące, ładne. „Starzy połykacze – przypomniał sposób – chwytają w dwa palce... i szybkim ruchem do ust”. – Łykali z wysoko podniesioną głową, przypominając gęsi, którym wepchnięto za duże kluski. Grubas nadal torturował swe ciało mostkiem. Nogi rozłożył niczym grube konary, a owłosiona pierś poruszała się w zmęczonym oddechu. Kwadratowy po raz pierwszy tutaj śmiał się długo, wpatrzony w nogi jak konary i rybio otwarte, łapiące powietrze usta Grubasa. Wieczorem Kwadratowy z dwoma trzonkami w brzuchu położył się u drzwi. Walił drewniakami. Przybiegli klawisze. Ciszę korytarza rozdarł dzwonek alarmowy. Przyniesiono nosze. Klawisz, ten sam, który wpisał go do księgi oddziału, teraz pocierał kark. Kwadratowy z trudem zaciskał szczęki, by nie parsknąć śmiechem. Klawisz miał wielkie obwisłe wargi. Gdy wynoszono go, Czarny z Annopola powiedział: – Zaczął walczyć. Krostowaty pofałdował jakimś trudnym namysłem czoło, gładząc czarne kostki domina. – Został jego dorsz – mruknął żarłoczny wspólnik Grubasa. Więc podzielili się. Chłopiec z wielkimi oczyma długo wpatrywał się w drzwi. W judaszu ukazała się twarz kalifaktora. Szeptał coś. Zrozumieli, że Kwadratowy jest już w szpitalu. Naczelny lekarz, otyły mężczyzna, ugniatając brzuch przyniesionego z trzeciego oddziału więźnia, zaklął ze złością. – Głupiec, głupiec!... Najgorsze, że ten sport jest popularny – mówił do lekarza-więźnia, który pokiwał z uszanowaniem głową. Umieszczono Kwadratowego w szpitalnej celi. Łóżka były biało lakierowane. Jasna zieleń ścian cieszyła oczy, przypominając lato. Leżał tam mężczyzna tytułujący się „majorem”, milczący Władeczek i sapiący przedsiębiorca. Przedsiębiorca ożywił się na widok nowego chorego. Począł opowiadać o skomplikowanych częściach maszyn do pisania, za które go właśnie wsadzono. Władeczek przyglądał się z surowym uporem Kwadratowemu.

Przedsiębiorca długo i dokładnie opowiadał swoją historię, lecz Kwadratowy nie słuchał. Czuł kłujący ból w żołądku. Ból ten odtąd nie ustępował. Karmili go kaszką i mlekiem. Naczelny lekarz przychodził często. Stanąwszy przy łóżku, drwił: – Wyjmiemy żelastwo, panie bratku, i znów... – czynił wymowny gest – fiut, pod celę. Czwartej nowy Kwadratowy ściągnął łyżeczkę z szafki sąsiada. Połknął, wytrzeszczywszy oczy. Ocierając spocone czoło, próbował zaśmiać się. „Gówno wrócę”. – Postanowił nie wracać. Przeleżał do rana, zaciskając palce na żelaznych prętach łóżka. Dzień odsłonił jego bladą, skurczoną bólem twarz. Major szepnął: – Męczą ludzi, och, jak strasznie męczą... Minęło kilka dni. Dni te przepełniał ból i wolno toczące się myśli. Leniwie zastanawiał się nad hałasem z korytarza, dziwił go śmiech sąsiadów. Wodził wzrokiem za ręką Władeczka, monotonnie bębniącą w blat stolika. Dźwięk ten podobał mu się bardzo. Podawane sobie mleko wypluwał z dziwną satysfakcją na podłogę. Potem widział schylony kark posługacza. Gdy przyszedł prokurator, Kwadratowy nie podniósł głowy. Obserwował nadal podłogę przy drzwiach. Dostrzegał tam wklęsłość niewielką i dziwaczną. Z daleka dochodził głos prokuratora, który zharmonizował się z rytmicznym uciskiem żołądka. Było mu obojętne, czego chce ten wygolony mężczyzna z wolności. Major chrząkając, mówił o złym jedzeniu i swojej niewinności. Władeczek wyrzekł wtedy jedno z nielicznych używanych przez siebie słów: – Pierdoła. „Już go nie ma” – uświadomił sobie Kwadratowy, nie podnosząc wzroku z podłogi. W celi panowała cisza. Po chwili zobaczył nad sobą surową twarz Władeczka: – Walcz, może przyspieszą sprawę, może dadzą wariackie papiery... Walcz. Powoli poruszył ręką. Władeczek zrozumiał ten gest, gdyż przestał mówić. W poobiedniej ciszy najlepiej rozwijały się myśli. Znalazł sposób na zdobycie mosiężnego pręcika. Po pręciku dni zlewały się z nocami. Nadchodziły sny dziwaczne i nużące. Budził się spocony. Drzemiąc, snuł dalej senne historie... Kiedyś przyszła matka, podparła się pod boki i powiada: „Wszystkie łyżki wyjadłeś”. Jej twarz była pełna wyrzutu. Mówiła jeszcze, że nowych nie kupi. Obudził się zmieszany. Zamknąwszy oczy, przeszukiwał domowy kredens. Posrebrzane łyżki, ślubny komplet, jeszcze inne... Pewnego popołudnia odwiedził go chłopiec z wielkimi oczyma. Pytał natarczywie: „Co robić?”. Zwierzył się, że zabrał mu Hankę. Niemal groźnie powtórzył pytanie: „Co robić?”. Wtedy Kwadratowy począł

gwałtownie odpędzać złych sennych natrętów. – Bił pięściami w ścianę. Gdy otworzył oczy, nad łóżkiem stał Władeczek. Twarz miał trójkątną, zarośniętą pod oczy, okolone dziwną krętaniną zmarszczek. Usta otwierał kącikiem, mówił: – Zaciśnij zęby, to pomaga. Potem otworzył usta szeroko: – Już przyszli po ciebie. – Potarł policzki. Kwadratowy słyszał chrzęst jego zarostu, w chrzęst wdarł się miękki gumowy dźwięk operacyjnego wózka. Operacja przeszła jak sen. Próbował odróżnić ból wyrządzony przyrządami chirurga. Nie potrafił. Lekarz, więzień, zapisał w karcie: „Dwadzieścia pięć dekagramów ciał obcych”. – Brzęknęły łyżki i pręty wrzucone do blaszanego naczynia. „To moje” – pomyślał Kwadratowy i znów zapadł w ciemność. Otworzył oczy już w swojej celi. Napotkał wzrok Władeczka, który gwizdał jakąś znajomą melodię. W drzwiach stał posługacz Kubuś Stopkarz. Wpatrywali się weń. Znużyły go ich nieruchome twarze, więc przymknął powieki. Słyszał głosy rozmawiających. Kubusia ochrypły, wstrętny należał do Majora. Szept – to na pewno Władeczek. – Ma krew – Kubuś zniżył głos – złodziejską krew... Brzmiało to jak gryps z pierwszego wyroku. Złodzieje z karnej celi pisali: „Kwadratowy! Ty masz złodziejską krew... Przyślij parę fajek” – wtedy był dumny, teraz głos Kubusia przypominał brzęczenie much. Przed kolacją – drzemiąc – posłyszał szczęk kotłów; przyszedł naczelnik. Do celi wlazł z rozmachem. Buty miał podkute. – Co za porządki? – warknął na progu, spoglądając na porozrzucane koce. Zbliżył się do łóżka Kwadratowego. – Długo tak możecie? – zapytał. Żółty pas ciasno opinał mundur. – Jak nieboszczyk... – dodał i z nagłym zainteresowaniem począł oglądać swój rękaw. Kwadratowy palcami u nogi wczepił się w kołdrę. Zsunął ją łatwo, pokazując zaróżowiony krwią bandaż na brzuchu. – Mało, to jeszcze mało – powiedział. Wydawało mu się, że bardzo głośno powiedział. Naczelnik obmacywał skrupulatnie sprzączkę pasa. Powiódł wzrokiem po łóżkach. Władeczek, Major i Przedsiębiorca jak na komendę przymknęli oczy. Naczelnik wychodząc, zostawił drzwi uchylone i zajrzał jeszcze do wnętrza. Potem jego głos zadudnił na korytarzu: – Korytarzowi!... – huczał ze złością. Komuś tłumaczył: – To złodziej? Głupek, nie złodziej! Oni walczą, a ten?!... kończy się. Odpowiedź Kwadratowego padła w ciszę przerywaną astmatycznym oddechem Majora.

– Nikt jeszcze tak nie walczył – z trudem wydobywał z siebie słowa, bólem odczuwając każdą wypowiedzianą sylabę. Odwrócił się do ściany. Były to jego ostatnie słowa w tej celi. Znowu ciemność i tchórzliwe uczucie, że gdzieś gubi się. Z ciemności wydostał się na parę godzin. Wszyscy już spali. Z trudem wydobył hak okienny. Pamiętał o nim od trzech dni, odkąd go obluzował. Połykanie nie szło mu łatwo. Hak był wykrzywiony i zimny. Teraz z hakiem w brzuchu prawie ciągle był nieprzytomny. W chwilach świadomości czuł obce ręce na ciele, widział jakieś twarze i słyszał szmer, niekiedy wzrastający z nasileniem. Szmer urywał się. Znów otworzył oczy. Znajdował się wśród szarych nagich ścian. Przez głowę przeleciało zrozumienie – „Izolatka”. Z okna dochodził hałas. Słyszał słowa: „Ustawiać się!”... „No, jak tam wy?...”. To mówił klawisz. „Kierowniczku kochany... przecież mentolowe, jak pragnę szczęścia”. – Podnoszą papierosy. „Psiakrew, powiedziałem...” – znów klawisz. – „Pogania” – myślał Kwadratowy. Głosy stopiły się. Już nie mógł rozróżnić ani słowa. „Izolatka to koniec”. – Chciał zastanowić się dalej, lecz nos zaswędził wściekle. Próbował poruszyć ręką. Jednak ręka była bardzo ciężka i jakby niezależna od tego, co postanowił. „Nos swędzi, więc wódka lub kłótnia. – Pokręcił przecząco głową. – Na wolności, zaś tu oznacza na pewno coś innego”. – Spostrzeżenie to uznał za wnikliwe i dowcipne. Otworzył usta i zaśmiał się bezgłośnie. Ostatniej nocy Kwadratowy był cichy i przytomny. Przy łóżku czuwał Kubuś, którego cień znaczył nieruchomo ścianę. Kubuś asystował przy wielu rozstaniach i był ciekawy, jak ten skończy. Chude palce Kwadratowego bębniły w poręcz łóżka cicho, prawie niesłyszalnie. Czynność tę wykonywał już od godziny, jednostajnie, prawie mechanicznie. „Jak długo tak może?” – zastanawiał się Kubuś. Zapalając papierosa, dostrzegł, że oczy chorego śledzą każdy jego ruch. Poczuł się nieswojo i sparzył sobie wskazujący palec. „Szkoda chłopa” – pomyślał, śliniąc piekący palec. Jeszcze teraz patrząc na wychudzone ciało chorego, odczuwało się dawną krzepę. „Wykończył się” – uznał Kubuś. Zauważył ładną wiśniową lufkę na stoliku obok łóżka. Była to lufka Kwadratowego, przysłał mu ją Dziobus z pojedynki. Ładna lufka. Kubuś opuścił głowę. Ogarniała go senność. Wtedy posłyszał szmer. Ujrzał w nikłym świetle lampki poruszające się wargi Kwadratowego. Szmer wzmocnił się. Kwadratowy mówił z trudem, jednak wyraźnie: – Rozumiesz, te haki, dużo haków. Wpierw się prostuje, bo zgięte, nie przejdą. Czyści się z brudu, rdzy... Trzeba higienicznie. Wyprostowane łykasz... o tak! – próbował unieść się, lecz tylko stęknął. – To cię tuczy. Jak wiesz,

tuczyłem się hakami. Drą ci kałdun, skowyczysz, odsapniesz i połykasz następne. Czasem na deser wtrząchniesz łyżeczkę. Przechodzi leciutko. – Zmęczył się, błyszczące gorączką oczy utkwił w twarzy Kubusia. Kubuś, śledząc żyły grubiejące na swej dłoni, uznał, że powinien powiedzieć coś, wydało mu się, że pocieszyć. – Jesteś kozak, cała ciurma trzęsie się o tobie. Nic tylko Kwadratowy i Kwadratowy... Opowiem matce, jaki byłeś... – zmieszał się i urwał. Czemu mówi mu o śmierci. Kwadratowy poruszył lekko głową. – Matce?... Ona nie lubi takiego kozakowania. – To dziewczynie – rzekł Kubuś. – Po co? – Kwadratowy przymknął oczy. Kubuś posłyszał znów jego głos. Liczył: – Raz, dwa. – Naliczył do kilkunastu i nagle zaśmiał się. „Bredzi” – pomyślał Kubuś. – Liczyłem – szepnął Kwadratowy – haki, łyżki... „Jakoś dziwnie ten chłop umiera – zdziwił się Kubuś. – Inni chcą chwycić jeszcze w garść życie, a ten...”. Później było długie milczenie. Kubusiowi znów sennie poczęła opadać głowa. Słyszał odległe bicie zegara w szpitalnej dyżurce. Uderzeń było kilkanaście. Dwunasta. Chrapnął. Prawdopodobnie zmożyłby go sen, gdyby nie skrzypienie sprężyn w łóżku chorego, zrazu ciche, potem natarczywe i nieznośne. Podniósł powieki. Wzrok Kwadratowego wydał mu się błagalny i rozpaczliwy. „Rozkleja się” – pomyślał. Cmoknął współczująco i powiedział: – Wyliżesz się, wyliżesz... nie tacy... Kwadratowy skrzywił się. Grymas był pogardliwy. – Stopkarz – szepnął – Stopkarz, ale frajer. Kubuś poczuł się urażony. „Frajer?!...”. Nie nazwano go nigdy frajerem. Pochylił się nad łóżkiem, poprawiając spadającą kołdrę. Poczuł na policzku gorący oddech. Wraz z tym oddechem posłyszał szept: – Przeliczyłem się... Kubuś zmarszczył czoło, lecz nie był pewien, czy choremu chodziło o połknięte żelastwo, czy o coś innego. Sprawa jednak była poważna, gdyż twarz Kwadratowego wyrażała prawie bolesny namysł. Jego dłoń muskała kołdrę. – Piękna – powiedział. Kubuś znów nie zrozumiał. – A teraz wyjdź – głos tego połykacza był rozkazujący. Kubuś wychodząc, zabrał tę ładną wiśniową lufkę. Za drzwiami splunął i dokładnie butem roztarł ślinę.

– Piękna – powiedział przeciągle. Nad ranem był koniec. Ciało zmarłego okryto prześcieradłem i włożono ostrożnie na nosze. Siwy posługacz wyszorował podłogę. Zapach w izolatce panował ostry i nieprzyjemny. Kubuś, skończywszy zamiatanie korytarza, zatarł ręce. Do południa miał czas wolny. Zapalił papierosa i osadził go w wiśniowej lufce. „Tak – zamyślił się – był chłop... nie ma”. – Westchnął i przesunął ręką po głowie okrytej krótkim szorstkim włosem. Wszedł do sali, w której dawniej leżał Kwadratowy. Trzy pary oczu wlepiły się weń. Opierając się o futrynę, oznajmił krótko: – Wykitował. – I puścił cienką strużkę dymu przez nos. – Szkoda chłopa – westchnął Major. – To był największy połykacz – powiedział ktoś, zdaje się Władeczek.

Przymałe buty Prawie co dzień po północy przychodził na dworzec. Opierał się łokciem o parapet i patrzył wokoło uważnie. Lubił tak patrzeć – na ludzi chrapiących świszcząco, dzieci zwinięte w kocie kłębki, tłumoki stosami zawalające przejścia, a najbardziej ciekawili go snujący się tu i tam wśród dymu i mocnego zaduchu – mężczyźni zarośnięci, brudni i ochrypli. Już ładne kilka lat przychodził tutaj i zawsze nieco z chłopska powtarzał: – To dopiru, to dopiru... Czekał zwykle po pracy na pierwszy łódzki, jednak często zapominał o tym pociągu i jeszcze zostawał, by dalej spoglądać na dworcową salę, mdło oświetloną okrągłymi lampami. Za oknem zalegała czarna oćma, jak to zwykle bywa przed świtem. Zimą przez wybite szyby wlatywał lodowaty ziąb, widać było śniegowy płaszcz pokrywający ziemię, a czasem białe płatki śniegu tańczyły obłędnie w powietrzu. Kolejarz Bolo, bo tak nań wołano, podnosił wtedy kołnierz i mruczał coś pod nosem. Właściwie jednak był zadowolony, dobrodusznie błyszczały mu oczy i z dużym smakiem popijał porter. Lekki szmerek wypełniał głowę. Po wypiciu patrzył na wszystko dokładniej i ciekawiej. Najbardziej, nieodparcie prawie, ciągnęli go ci brudni i obszarpani, kręcący się z kąta w kąt. A było ich na dworcu wielu. Przeganiani przez milicjantów, ciężko zwlekali się z ławek, znikali gdzieś w ciemności – by znowu wrócić za chwilę. Nosili ze sobą worki, nieraz wypchane i ciężkie, a czasem sflaczałe i pomarszczone pustką. Były wśród nich kobiety o wieku nieokreślonym – obrzękłe, bezzębne. Rozmawiały z cicha i chrapliwie. Podpatrzył kiedyś, jak wyciągały z worka kromki chleba, połamane i nadgryzione. Dzieliły się nimi, dokładnie oddzierając skórki. – Ho, ho – mruczał kolejarz Bolo – ho, ho... Odchodził cichaczem, oglądając się nieznacznie. Przystawał gdzieś w kącie, rozluźniał szorstki szalik i myślał o nich. Było i tak, że otrząsał się z tych dumań, pogadując do siebie: – Stary chłopie, stary... – Wymawiał te słowa z naciskiem, kpiąco. – I głupi – dodawał z wyraźną pogardą. Jednak tamto myślenie powracało uparcie. „Gdzie śpią?”. – Coś mu

podpowiadało, że nigdzie. „Co robią?...”. Tych brudnych i obszarpanych widział zimą i latem. Ubrani niezmiennie w brudne, liczne bety. Wynędzniali i jednakowi. Dzielili się chlebem, skórki składali do worka. „Pewnie – zastanawiał się kolejarz Bolo – moczą je... Bo bezzębne, to i nie ugryzie”. Pojawiali się między nimi też mężczyźni rośli i młodzi, lecz chód wszyscy mieli jednakowy – okrakiem, powłócząc po ziemi buciskami. „Łazi i łazi takie – myślał Bolo – to i ledwie się rusza...”. Wyobrażał sobie to łażenie bezustanne, okrakiem, cały dzień i nocy kawał – to tu, to tam. W kółko... w kółko. Spoglądał potem z niejakim zawstydzeniem na swe nogi, nawet unosił jedną, poruszał nią badawczo. Innego razu, a zdarzały się takie dni, mówił o nich: „Duraki, duraki...”. Ale rzadko tak się wyrażał, zwykle patrzył ze zdziwieniem i bez złości. Ze szczególną uwagą zerkał na brodatego dziadka z klozetu. Ci obszarpani suszyli na dziadkowej do czerwoności rozpalonej kozie swe parujące bety. Dokoła rozchodził się kwaśny zapach brudu. Dziadek kołysał się monotonnie i co jakiś czas zrzucał sękatym kijem czyjś ciuch. Słyszał kolejarz Bolo jego urywany starczy głos: – Spali się... bierzta już! Obszarpańcy podnosili łach szybko, oglądali troskliwie i chowali do przepaścistych worków. Długo marudził kolejarz w klozecie. A to myć mu się zachciało, to o ręcznik prosił i kawałek mydła. Spoglądał przy tym bacznie i tylko wysoko unosił krzaczaste brwi. Nawet dziadka zdążył już poznać i pozdrawiali się regularnie. Dziadek był rozmowny i o swoich klientach wyrażał się źle. – Sraluchy – zwierzył się kolejarzowi – płacą jak z łaski. Bolo, opuściwszy klozet, przenosił się do restauracji. Z roztargnieniem spoglądał na wielką tarczę dworcowego zegara. I tu w restauracji kręcili się ci brudni i obszarpani. Ściągali resztki jedzenia ze stolików, wypijali pozostawioną herbatę... w pas kłaniali się kelnerom. Najzręczniej uwijał się pleczysty rudy chłop w lśniących ślisko kaloszach. Dopadał pierwszy, zbierał wszystko w sekundę i szczerzył w uśmiechu białe, równe zęby. „Kawał byka – myślał o nim kolejarz Bolo – kawał byka...”. Którejś nocy wypatrzył kąt, gdzie tamten najchętniej sypiał. Rudy zachodził tam o północy, rozpychał ludzi i układał się na ławce, wyciągając na poręczy nogi. Wkrótce kąt przepełniało potężne, zduszone nieco chrapanie. „Najadł się – uznawał kolejarz Bolo – a teraz...”. Dziwacznie pomachiwał ręką, szedł zerknąć na rozkład jazdy i często bez smutku stwierdzał, że pierwszy łódzki zdążył już odjechać. Więc wracał do kąta przy bagażowni. Też się

przysiadł gdzieś i patrzył spod grubo nawisłych brwi. Przed sobą miał kawałek gęby Rudego, kosmyki włosów stargane i długie. Niżej rozchylał się płaszcz, pokazując warstwami nałożone ciuchy... Jesionka, zawapniony waciak i coś jeszcze znaczyło się prążkami. Rudy poruszył przez sen rękoma, zacisnął pięści i zajęczał cienko. „Gryzie go – pomyślał kolejarz Bolo – gryzie go to wszystko”. Wsłuchał się w jęczenie Rudego, śmiesznie cienkie i przeciągłe. I tej właśnie nocy kolejarz Bolo zdecydował się po raz pierwszy. Przeszedł ostrożnie między ławkami, nachylił się nad Rudym i trącił go z lekka w pierś. Tamten poderwał się i ogłupiony snem, przez chwilę mrugał oczyma. – Przekąsim coś – zagadał niewyraźnie kolejarz. Poprawił szalik i zapatrzył się w brudny porysowany sufit. Rudy szeroko wytrzeszczył mętnawe, w kącikach przekrwione oczy. – Coś na ząb – odezwał się kolejarz – bo tak nocą o pustym kałdunie...– Spojrzał na Rudego surowo, jakby z przyganą. – Szybciej czas zleci – dodał po namyśle. Teraz rozpiął szynel i ze złością szarpnął kołnierzyk koszuli. – Ciasna – wybąkał – cholerstwo! Rudy pokiwał pospiesznie głową. Minęli bezwładnie zwieszone, snem poplątane nogi, przeskoczyli przez drewniane kuferki rekrutów. Oparli się o lepki blat bufetu. Kolejarz Bolo zamówił parówki i wino. Rudy włóczykij zrazu nieśmiało obracał w palcach widelec, szturchnięty przez Bola żarłocznie zabrał się do jedzenia. Połykał wielkie kęsy i wkrótce talerz był pusty, wytarł rękawem usta. Kolejarz podsunął swoją porcję. – Wtrząchaj – rzekł mrukliwie. – Nie mam smaku – dodał. Skrzywił się jak człek chory na żołądek. – A tobie... – ożywił się – smakuje? Rudy, zatkawszy gębę kawałkiem bułki, coś wybełkotał prychliwie. – Tak, tak – powiedział ze zrozumieniem kolejarz Bolo. Zapatrzył się w granatową ciemność za oknem. – Zimno – westchnął z frasunkiem... – ostra zima... A tu ciepło – podsunął Rudemu kufel napełniony winem malinowego koloru. Stuknęli się szkłem i wypili dużym haustem. „Wiosną – pomyślał kolejarz – lepiej jest takim... byle gdzie, a ciepło”. – A wy – zwrócił się do Rudego. Urwał zmieszany zwrotem, którego użył. Pomarszczył w zamyśleniu czoło. – Stąd? – wykonał niezgrabny, szeroki gest. – Niby tak – odparł Rudy niepewnie. Zastanawiał się, zebrał z talerza okruszyny bułki, zjadł. – Już kawał czasu tutaj – powiedział. Zakrył dłonią usta i ziewnął. Kolejarz Bolo napełnił kufle. – Abyśmy... – rzekł – na zdrowie!

Rudy uśmiechnął się szeroko, w zmarszczkach zaczerwieniła się gęsta szczeć. „Młody – pomyślał kolejarz – tęgi chłop...”. Patrzył nań z uznaniem. Widział skaczącą wśród zarostu grdykę. – Dobrze ciągniesz – odezwał się, gdy Rudy odstawił kufel. – Dobrze. – Jak popadnie – odpowiedział tamten i przenikliwie, krótkim spojrzeniem zerknął na tego dziwacznego starego już człowieka w kolejarskim szynelu. – Pan na kolei? – zagadnął po namyśle. – Będzie trzydzieści lat – nie bez dumy potwierdził kolejarz Bolo. Zadarł głowę, szukając rozbieganych oczu Rudego. „Wyższy ode mnie – stwierdził – o dobre parę centymetrów”. Zauważył później, że dwaj obszarpani z najbliższej ławki pokazują nań palcami i poszeptują z ożywieniem. Zamówił po porterze. Zza budki biletera zamajaczył mundur milicjanta. Rudy przygarbił się i ukrył w ramionach twarz. – Blacharze – wyjaśnił szeptem – przeganiają... Wyprostował się dopiero wtedy, gdy milicjant znikł w wąskim korytarzu podmiejskiej poczekalni. – W ogóle – przytaknął kolejarz Bolo – policja ma ludzi za nic... Widziałem – dodał – sam widziałem, jak siepali pałami... I bez racji – zakończył. Oknem przezierał blady, zimowy świt. Twarze ludzi dokoła pokazały się wyraźniej, szare i pomięte. Kolejarz poprawił czapkę i stuknął w butelkę. – Będę już leciał – mruknął. – A ty, co? – zapytał szeptem. Rudy wskazał na ławkę obok. – Aby do rana – rzekł szelmowsko. Mocno ścisnęli sobie dłonie. Kolejarz już miał odchodzić, ale zatrzymał się, pogrzebał w kieszeniach i wcisnął Rudemu zmięty dwudziestozłotowy banknot. – Przyda się... bo przecież... – niezdarnie składał słowa, wreszcie przestał i śpiesznie, biegiem prawie, popędził na peron. Rudy obejrzał się za nim, widział go jeszcze u końca korytarza, potem mała postać kolejarza zagubiła się wśród wiejskich bab z koszami. Splunął przez zęby, banknot złożył w równy kwadracik i wysączył resztkę porteru, którą pozostawił kolejarz Bolo. Widywali się często. Kolejarz rozjaśniał twarz na widok rudego włóczęgi i zastępował mu drogę. – Co tam? – pytał dla zwyczaju. – Co tam – powtarzał – słychować? – Nie czekał na odpowiedź. Zapraszał do bufetu. Przegryzali jakąś kanapkę, zapijali porterem. Nieznacznie unosił wzrok kolejarz Bolo i spoglądał na swego rudego

znajomka. „Kiepsko takiemu – myślał z szacunkiem – kiepsko mu żyć... ale trzyma się mocno”. – Przegryziem coś jeszcze – odzywał się głośno – bo takie kanapki... – uśmiechał się podstępnie – co to jest... Podsuwał Rudemu nową porcję. – A jak na imię ci... tego – wyjąkał kiedyś kolejarz. Ogromnie był ciekaw. Ale Rudy poruszył energicznie czapą pokręconych długich włosów, skrzywił się i powiedział: – E tam, byle jakie ono jest. Kolejarz Bolo zgodził się wyrozumiale i już nie dopytywał. – A dużo was jest? – zaciekawił się innego znów razu. Rudy pochylił się usłużnie. – Nas? – nie zrozumiał. – Znaczy się kogo? Kolejarz Bolo umknął gdzieś w bok ze spojrzeniem i niezdarnie wyjaśnił: – Ano takich, co to... – rozkaszlał się, długo wycierał nos w chusteczkę. – Co to tak wszędzie... – zakończył szybko. – Niemało – rzekł przeciągle Rudy – niemało... Na Wileńskim kupa – wyliczał coś szeptem, pomagał sobie palcami. – Na Głównym najwięcej, a jeszcze niejedni powyjeżdżali... Mój kumpel na ten przykład... – mówił – on to zamelinował się we Wrocławiu. Duży tam dworzec – zastanowił się – i ciepły. – Uśmiechnął się błogo. – Byłem – dodał po chwili – u niego, tego kumpla. Ale – westchnął – ciągnie tutaj na swoje śmiecie. – Ciągnie – przytaknął kolejarz Bolo. – I jeszcze jak ciągnie. – A najgorzej – zwierzył się spochmurniały teraz Rudy – z tymi policjantami. Ganiają. I gdzie tu iść – warknął ze złością – w taki ziąb. – Badawczo wpatrzył się w ciemność za oknem. – Bierze coraz większy – mruknął. Okna na sinawym tle nocy skrzyły się drobnymi wzorami mrozu. Kolejarz rozumiał to wszystko doskonale. Oparł się o bufet, zamyślony i uroczysty. – Polecę – szepnął. – Do siebie – wybąkał z rosnącym wstydem. Gdy już dochodził do pociągu, zatrzymał się nagle. „Gdzie oni – zamyślił się – święta spędzają... święta” – powtarzał półgłosem. Z tej zadumy wyrwał go gwizd parowozu. Niejeden raz wtykał kolejarz Bolo drobne papierki w kieszeń Rudego. – Co to jest – mówił wstydliwie – parę groszy. – Krzywił się niedbale. Rudy składał banknoty, chuchał w nie i niezmiennie powiadał: – Na fart od pana... na fart. Kiedyś, pożegnawszy się z kolejarzem, w zamyśleniu gładził szkło kufla.

– Ani kapuś – warknął – ani... – Z hałasem odstawił kufel. Barmanka zmierzyła go nieprzyjaźnie. – Trąba – mruknął – trąba... – I uśmiechnął się krzywo. Lecz na widok kolejarza stawał się jak zawsze uniżony i kłaniał się nisko. – Pan – mówił uroczyście – to chłop wyrozumiały – uśmiechał się. – Jak ci w opiece – chichotał – tylko tam same kobity takie są współczujące. – Ech... wyrozumiały – wstydził się kolejarz Bolo – po prostu... – brakowało mu słowa i zabierał się do piwa. Popijał i myślał: „Taki żyje, bo musi, nie pracuje, bo nie chce, ale uszanowanie to on ma dla człowieka”. – Spoglądał na Rudego i poprawiał duszący kołnierzyk munduru. Kiedyś Rudy zdmuchnął pianę, koniuszkiem języka posmakował piwa. Odstawił kufel. Przymrużył oczy. – Może – przeciągał zagadkowo słowa – dziwkę trza panu jakąś z naszych. Żadna – rzekł dumnie – nie odmówi i nie zarazi... Znam – ciągnął – tylko czyste dziewczyny. – Przymrużył oko. Kolejarz sczerwieniał. – Ja przecież... – mruknął. Miał już pod sześćdziesiątkę i nigdy nie był katem na baby. Zaraz też pożegnał się i pobiegł na peron. Minął budkę i szczelniej okręcił szalikiem szyję. Mróz chwycił od razu za twarz. Dokoła błyszczały drobiny śniegu i skrzypiało pod butami. – Tęga zima – powiedział głośno kolejarz Bolo – tęga! – Rozejrzał się, z ust buchała mu para, tarł uszy. „Ten rudy – pomyślał – ten rudy, to dopiru...”. Rozległ się przenikliwy gwizd. Zgrzytnęły zwalniane hamulce. Pobiegł, potykając się na oślizłym śniegu. Dysząc, wskoczył na stopień. – Psiakrew – wymamrotał. Jeszcze z daleka widział grube kontury dworca i żółte prostokąty okien. W sobotę kolejarz Bolo popił porządnie z kumplami w parowozowni; łeb miał tęgi i długo ciągnęli spirytus z torowym Krzysiakiem. Wracał głęboką nocą, potykał się o szyny, klął szpetnie. Z trudem błądząc między wagonami, dotarł do dworca. Usiadł pod oknem i zaraz chrapnął. Sen ogarnął go niespokojny. Zaciskał pięści i złorzeczył zdławionym głosem. Ktoś odsunął się, a żołnierz z drugiej strony trącił go ze złością. Kiedy otworzył oczy, było już chyba bardzo późno. Na dworcu panowała dzienna, obca krzątanina. Ławki opustoszały, obok zobaczył tylko pomarszczoną starowinę też z włóczęgowskiej branży. Siedziała pochylona, na nosie chwiały się odrutowane okulary. Cerowała wytarty, błyszczący brudem serdak. Przeniósł zmęczony wzrok na swoje nogi... Zerwał się gwałtownie. Skulił się i obmacał

stopy... Był bez butów. Jeszcze nie dowierzał. Uniósł jedną nogę, poruszył nią niezdarnie, potem usiadł. – To on – odezwała się babka. Poprawiła okulary. – Rudy Wacek. – Zdjął? Kto? – wykrztusił. – Kto! – przedrzeźniała babka – wiadomo, rudzielec. – Odłożyła serdak i przysunęła się do niego. – Ten rudy – szepnęła – on taki już jest... złodziejowaty. – Rudy – powtórzył kolejarz – Rudy! – Z niemałym wysiłkiem zbierał myśli w obolałej głowie. – Rudy – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Ale dlaczego – podejrzliwie zwrócił się do babki – ty go kapujesz? – Bo chcę – przecięła krótko babka. Jej twarz stała się zacięta i zła. Sięgnęła z torby flaszkę i popiła chciwie. Wokoło rozszedł się ostry, przykry zapach. – Denatur! – zdziwił się kolejarz. – A coś myślał, że szampan, mądralo! – warknęła starucha. Wytarła w rękaw usta. Kolejarz spojrzał na swe stopy. Podwinął je pod ławkę. „Gad – pomyślał gorzko – gad...”. Zerwał się niespodzianie i pobiegł, wysoko unosząc nogi. Babka powróciła do cerowania serdaka. Teraz kolejarz Bolo rozglądał się po dworcu uważnie. Wiedział, gdzie patrzeć. Właził w kąty, zachodził do szaletu, kręcił się przy bagażowni. W oczach miał postać Rudego, szeroką w plecach, o gębie ze szczecią czerwonawą, gęstniejącą na policzkach. „Chłopisko – powtarzał kolejarz – chłopisko. Na takie nogi – przychodziło natrętnie do głowy – na takie nogi...”. Jak dla porównania wysuwał swoje niewielkie stopy. Najdłużej zatrzymał się przy bagażowni. W ciemnym pełnym chrapania kącie siadał na brzegu ławki i przymykał oczy. „Może i swoją rację ma – medytował. – Buty... Właściwie byle jakie” – przypominał. Pamiętał, że z podartymi zelówkami. „Niewielka strata, a on podreperował sobie i ma...”. – Tarł szyję, potem poprawiał szalik. – Tylko wstyd – ogarniała go złość. – W pociągu... ludzie i zimno”. – Twarz posępniała, zaciągał się chciwie dymem i śpieszył na pierwszy łódzki. Już kilka nocy minęło, a dotąd jeszcze nie spotkał Rudego. „Zapodział się – gadał sam ze sobą kolejarz – ze strachu... A może przeniósł się gdzieś”. – Przypominał uznanie Rudego dla wrocławskiego dworca. Minął staruchę w okularach, siedziała z młodziakiem o sprytnych skaczących oczach. Zapalił papierosa i obszedł ich powoli. Minę miał prawie pogodną, trochę głupawą.

Naraz jednak twarz ściągnęła mu się, usta skurczył w wąską linię. Od szaletu lazł Rudy. Był w nowym zielonym płaszczu. Zaszedł go od tyłu. Chwycił za pasek. – Wpadłeś – powiedział surowo. – Sam w ręce wlazłeś – dodał. Rudy pochylił głowę, twarz skrył w podniesionym kołnierzu. – Takiś to jest – mówił kolejarz – takiś łachudra. – Ech... panie – Rudy próbował odsunąć się nieznacznie. Dyszał trochę i rozbiegane oczy schował pod daszkiem czapki. – Takie buty – powiedział, wydymając wargi – co to dla pana... Aż wstyd – dodał. Skrzywił się. – Zupełny szajs... Tak, tak – przytaknął sobie. – Przestałbyś – mruknął z oburzeniem kolejarz Bolo – przestałbyś tak na chama człeka robić... – Przyjrzał mu się z zastanowieniem, a Rudy cofnął się i twarz osłonił ręką. Grubas w brązowym palcie przystanął i przyjrzał im się badawczo. Bagażowy przechylił się na parapecie. Zmieszał się kolejarz Bolo i puścił rękaw płaszcza Rudego. – Jak cię bić – powiedział niewyraźnie – patałachu... Rudy wysunął nogę i już miał czmychnąć, gdy kolejarz znowu chwycił go za rękaw zielonego płaszcza. – A przecież – rzekł – na twoje nogi przymałe! – Spojrzał na szerokie i jakby platfusiaste stopy Rudego. Rudy wyprostował się teraz i skrzywił się z pewną pobłażliwością. – Bo to mało jest takich z mniejszymi girami – wyjaśnił. – Niemało – dodał – i pasują na nich jak ulał. – Uśmiechnął się po swojemu, pokrętnie, a ruda szczeć zgęściła się w głębokich zmarszczkach. Kolejarz Bolo ostrożnie pomacał rękaw nowego płaszcza rudego. „Elegancki” – pomyślał. – To dopiru – mruknął – to dopiru!

Benek Kwiaciarz

Benek Kwiaciarz Tej nowej z przeciwka umarł chłop. Stało się to tak nagle, że przez chwilę jeszcze nie wierzyła. Wyglądał, jakby przysnął mocno. Tylko oklapł na twarzy trochę za bardzo. Poleciała do sąsiadów. Obejrzeli. Ktoś ujął bezwładną rękę. – Zimna – powiedział. Zaświecili latarką w oczy, próbowali też lusterkiem. – Wykitował! Musowo, że wykitował... – upierał się na korytarzu zaprawiony krawiec Skarbeńko. – Czuję to. – Pociągnął nosem i zatoczył się na ścianę. Jeszcze raz błysnęli latarką w ściągniętą twarz mężczyzny. Rudy westchnął ciężko. Ta nowa naciągnęła kołdrę na głowę nieboszczyka. Milczała. Tylko najbliżej stojący widzieli, jak poruszała ustami bardzo leciutko. Krawiec Skarbeńko przysnął nad śmierdzącym zlewem w korytarzu. Kopnięto go w kostkę. Zajęczał cienko. Dzieci piszcząc, skryły się po kątach. – Ho, ho – dziwiono się na podwórzu. – Musieli być bardzo ze sobą. – Niestary był mężczyzna – wtrąciła żona krawca. – Ledwie po czterdziestce. – Przypomniała sobie o swoim. Szybko wbiegła na trzeszczące schody. Hałas wypełnił korytarz. Ciągnęła go z trudem, zwisał ciężko na poręczy. – Bardzo byli ze sobą, nieboszczyk i ona! – zarechotał furman Satynowski. – Bardzo! – Zmrużył znacząco oko. – Przestałbyś! – wrzasnęła jego kobieta. Wasiakowa splunęła kilkakroć. Tylko Czesiek Rekin zadzierał głowę, obojętny, wsunąwszy ręce do kieszeni. – Piękne niebo – powiedział półgłosem, skrzywił się leciutko – dużo gwiazd. – Kiwnął do Benka Kwiaciarza, który uśmiechnął się nijako i wdeptał w ziemię niedopałek papierosa. Kobiety z podwórza przestały gadać, wpatrzyły się w okno mieszkania tej nowej. Migotało tam nikłe, żółte światło, snuły się cienie. Najęte baby obmywały nieboszczyka. Ludzie rozeszli się ociężale. Zasnęła kamienica. * * *

Podjechał karawan. Motor zakaszlał, mocno zaleciało benzyną. – Coś tam w środku... – Sinawy szofer pokręcił głową. Wsłuchał się w dychawiczne odgłosy silnika. – Nawala – mruknął z posępną miną – nawala. Dzieci ostrożnie obmacywały koła. Na schodach czekali już krewni tej nowej. Elegancko ubrany garbus o szczurzej twarzy i gruba kobieta. Nowa pokazała się w sieni. Wzięli ją pod ręce. – To chyba z jego strony – zaszeptała żona krawca. – Tak jakby podobni. – Przypatrywała się garbusowi dokładnie. Przymknęła oczy, porównując. Tragarze, przeskakując po trzy schodki, wbiegli do mieszkania, ułożyli trumnę na pasach. W drzwiach tłoczyli się ludzie. – Uwaga! Uwaga! – pokrzykiwał tragarz w okrągłej czapce. Schody były strome, na półpiętrze trumna zawadziła o poręcz, zachybotała na pasach. Rozszedł się ostry trupi smród. – Takie to życie – westchnął Skarbeńko i obrócił w palcach pilśniowy kapelusz. Ta nowa ukryła twarz w dłoniach. – Młody był chłop. I jak wyglądał... Samo zdrowie – szepnęła któraś z kobiet, przeżegnawszy się zręcznie. – Paskudne sprawy. – Skarbeńko poruszył gwałtownie kapeluszem. Był nie zaprawiony i trzęsła mu się pomarszczona szyja. Benek Kwiaciarz splunął i wyszedł na podwórze. Łapał zachłannie powietrze; zapalił papierosa, ale długo jeszcze czuł ten smród. Zaterkotał motor. Strzeliło coś w środku. Terkot urwał się, nagle spotężniał. – Złapał! – ucieszył się sinawy szofer. – Trzeba umieć go podejść – zwrócił uradowaną twarz do tragarzy, którzy siedzieli po bokach trumny, szeroko rozstawiwszy nogi. Wóz-karawan wyjechał z podwórza i kołysząc się, nabrał biegu. Wzbił się kurz, który skrył dzieci pędzące za samochodem. Stary wyliniały pies, Dziadek, wygiął grzbiet i szczeknął krótko. – Pojechali na warszawski cmentarz – powiedziała Wasiakowa. – Podobno mają tam swoją parcelę. – Ubrana była w czarną, trochę wytartą na przodzie, aksamitną sukienkę. Skarbeńko przejrzał się w szybie, starannie wyklepał kapelusz i westchnął urywanie. Dostrzegł Benka Kwiaciarza, wciągnął policzki i mrugnął doń. – Ćwiarteczka? – uchylił kapelusza. – Ćwiarteczka akurat na zaprawkę? – Trzeba poszukać frajera – warknął Kwiaciarz, wielkie, zarośnięte, brudne chłopisko. – Poszukaj... niech postawi, ale nie ja. – Pochylił się, spojrzał chmurnie na Skarbeńkę. – Drobiazg – odparł statecznie krawiec. Oczy zmrużył, znów wydął policzki.

Tajemniczo poprawił coś pod marynarką, zarysował się wypukły owalny kształt – pewnie flaszka. Benek Kwiaciarz wzruszył ramionami. Nie lubił pić z krawcem. Rozejrzał się wokoło. Podwórze opustoszało. Splunął, czuł jeszcze ten trupi zapach po nieboszczyku. Cicho, wysoko unosząc nogi, zaszedł psa Dziadka od tyłu i przydeptał mu ogon. Kundel zaskowyczał i uciekł, szorując brzuchem ziemię. – Złapał bieg – powiedział Kwiaciarz i nie oglądając się, wyszedł przed bramę. Naprzeciw, w budce kolejki WKD-owskiej, kasjer Zygmunt wychylał się z okienka – drobił chleb gołębiom. Szyny błyszczały sino. Gorąc. Benek rozluźnił kołnierzyk, zapragnął napić się piwa. Poszedł do kiosku. * * * Wrócił dziś Kwiaciarz wcześniej z roboty. Na podwórzu kamienicy nie było nikogo. Zapalił papierosa, zastanawiając się, gdzie iść. Postanowił wybrać się na glinki. Lubił patrzeć na rybaków, tkwiących nieruchomo nad zielonkawą wodą. Zdusił o ścianę papierosa, dym nie smakował w to gorące, duszne popołudnie. Ciężko stąpał, wzbijając kurz na ceglastej drodze. – Żydu! Żydu! – posłyszał wołanie zza szkoły. Obejrzał się. Olek Nawiślak, stryjeczny brat, zamachał ręką. Przywitali się. Nawiślak też był czarny, ale nie taki żyłowaty jak Benek, może dlatego że z mniejszym zarostem, a i golił się zawsze starannie. Zagadkowo skrzywił teraz twarz, badawczo spojrzał na Kwiaciarza. – Pusty jestem – mruknął Benek. – Przed wypłatą... ani feniga. Olek Nawiślak nie przestawał uśmiechać się zagadkowo. – Na ten flakon zawsze mam – wycedził wreszcie. – Można u Paciorka. – Kwiaciarz nieufnie spoglądał na brata. Nawiślak pociągnął go za sobą. Na prawo, za ceglastą drogą, była budowa. Tam w stróżówce u kolejarskiego emeryta Paciorka zawsze można dostać flaszkę. Nawiślak zabębnił palcami w szybę. Chrapanie ustało. Paciorek wysadził siwą, skołtunioną głowę i przetarł oczy. Poszperał w kącie budy, brzęknęły kubełki. – Pijta – kolejarz wręczył im flaszkę – zaprawiajta. – Nałożył okulary i przeliczył papierki. – Porwane – zrzędził – trzeba podkleić. – Zatrzasnął drzwi. Szli, rozgarniając łopiany. Trawa za płotem wybujała wysoko, wyraźnie znaczyły się wygniecione miejsca. Usiedli pod akacją. Benek Kwiaciarz ponuro zerknął na stryjecznego brata. Zazdrościł mu

trochę... Przystojniak. Wygolony. W garniturku. – A kobita nie zrobi ci jakiegoś tararamu? – zagadnął. – Kobita. – Nawiślak podciągnął nogawki, odsłonił kolorowe w paski skarpetki. – Trzeba umieć babę wychować – rzekł z lekkim, drwiącym uśmieszkiem. – Nauczysz się... – Odbił flaszkę. Zrobili z cegieł stoliczek. Benek Kwiaciarz wyciągnął się na ziemi i zmrużywszy oczy, spoglądał w jasne niebo. Z budowy dochodziły pokrzykiwania murarzy, na głównej ulicy zadudniły pod kolejką szyny. – Niejedną flaszkę mogę jeszcze zrobić – posłyszał głos Nawiślaka. – I balecisko jakieś trzeba urządzić. Benek Kwiaciarz podparł się łokciami i wpatrzył w brata. – Mam metę u kumpla – mówił Nawiślak. – Za gorzałkę odstąpi cały pokój. – Balecisko – powtórzył z zastanowieniem Kwiaciarz. – Tylko – rzekł Nawiślak – chata jest. Sztuki jakieś dobrać. Ale pewne. Żeby niedługo. – Pogładził się po gładko wygolonych policzkach. – Mojej powiedziałem, że idę na trzecią zmianę. Cała noc – szepnął przeciągle. – Dziwki jak laleczki – trącił Kwiaciarza w pierś i odrzucił za siebie pustą flaszkę. Szkło rozprysło się z brzękiem. – Mam. – Benek wstał gwałtownie. – Mam takie sztuki... * * * Było ciemno. Przed domkiem nad gliniankami słoneczniki kołysały się ciężko. Załomotali w ścianę. – Znajomoszczanka – szepnął Benek. – Lubi tę robotę. A ma też siostrę... młodszą. – To ja z nią. – Nawiślakowi zaświeciły się oczy. Przywarli do ściany. Cisza. Kwiaciarz walnął pięścią. Drzwi zatrzeszczały sucho. – Ale buda. – Nawiślak kopnął w próg. – Niedługo się rozleci. We wnętrzu coś zakwiliło. – Ma dzieciaka – chrypnął Kwiaciarz. Przygryzł wargę i wsłuchał się w szelesty dochodzące z budy. – Nie chce wpuścić – ziewnął Nawiślak. Wtedy drzwi otworzyły się gwałtownie. Czarna postać zamajaczyła w szparze. Kwiaciarz jęknął boleśnie. Czymś twardym dostał w czoło. Zatoczył się. Uderzenia spadały na tył głowy, plecy. Rzucił się do ucieczki. Ostre trzciny smagały twarz. Nawiślak chichocząc, pobiegł za nim. Wrzask z budki ścigał ich daleko. – Kurewski syn! Do matki z dzieckiem! Kurewski syn! – kobiecy, cienki głos

niepokoił ciszę. Przykucnęli nad błyszczącą, granatową wodą. – Ona – szepnął Benek Kwiaciarz i wsłuchał się w ten wrzask. Zaraz też zabrzmiał męski, niewyraźny. Kwiaciarz czubkami palców przesunął po głowie, jęknął. Dłoń była mokra. – Ma frajera. – Podniósł do oczu dłoń, ale w ciemności nie mógł nic dostrzec. – I pewnie cham, bo bije młotkiem. – Nawiślak przeciągnął się i zaśmiał urywanie. W fabrycznym bloku zabłysło kilka światełek. – Pobudziła – zaszeptał Nawiślak. – Młotkiem?! – zastanowił się Benek Kwiaciarz. Wysunął przed siebie rękę, oświetlił ją teraz biały księżycowy blask. Krew. Ogarnęła go złość, oburącz począł szarpać twarde, mocno wrośnięte w brzeg trzciny. Potoczył się po stromym brzegu. Nawiślak śmiał się cienko, dłonią osłaniając usta. – Nie mam fartu – zaskowyczał Kwiaciarz – wcale! Olek podał mu rękę, wyciągnął na górę. Chwilę stali przygarbieni. Przed sobą widzieli chwiejne łby słoneczników. – Ty to masz fart! – wykrztusił Kwiaciarz. Bolały go skronie, w ustach czuł kwaśną gorycz po wódce. – Masz słabą głowę, zaprawiłeś za dużo. – Nawiślak podniósł kołnierz i wydobył papierosy. Długo szukali zapałek. * * * Ta nowa z naprzeciwka nie mogła się uspokoić po stracie swojego chłopa. Wystawała w bramie, spacerowała po podwórku wzdłuż ścian, dzieci sypały w nią piachem. Zaciskała dłoń na trzepaku i powtarzała przerażonym szeptem: – Nie ma, nie ma... – Czasem dodawała: – Wicusia. – Wincenty mu było – wyjaśniała kobietom Wasiakowa. Zapamiętała dobrze to imię z żałobnej blachy na trumnie. Przygrzewało mocno. Baby rozeszły się do mieszkań. Nowa zadarła głowę i szeroko rozwartymi oczyma patrzyła w żółtą, oślepiającą kulę słońca. Skarbeńko uchylił drzwi pracowni i podparłszy brodę, zacmokał wymownie. Benek Kwiaciarz też wodził za nią zmęczonym, złym spojrzeniem. Wygolił się dziś starannie, na policzki i czoło nalepił różowe plastry. Przed wyjściem rozgarnął włosy, obejrzał w lusterku wierzch głowy, wreszcie odrzucił je w kąt. Rozleciało się z hałasem. Matka pozbierała ułamki szkła, próbowała złożyć i przylepić na deskę. Nie mogła. Nic nie powiedziała. Kwiaciarz zjadł obiad i wyszedł przed kamienicę.

– Nie ma... – posłyszał za plecami głos tej nowej. – Dostała zajoba – mruknął. Odwrócił się. Gładziła sztachety parkanu, oczy miała przymknięte. Maryśka z sutereny usiadła na schodkach, podwinęła szlafrok – odsłoniły się suche nogi z ciemnymi śladami po wrzodach. Nowa znów zaszeptała coś monotonnie. – Co? Co? – zapytała Maryśka. – Nic – rzekł Kwiaciarz, roześmiał się głośno, zadrgały mu nozdrza. – Tylko ten pan Wincenty – zaczął uroczyście – on musiał być w pręcie cięty... Ten pan Wincenty – powtórzył grubo. Podszedł do tej nowej z przeciwka. Baba Satynowskiego otarła umączone ręce w fartuch, usiadła na parapecie. – Poeta! – parsknęła półgębkiem. Maryśka przymilnie wyciągnęła trójkątną twarz do Kwiaciarza. Zmierzył ją niechętnym spojrzeniem. – Paskudne kurwiszcze. – Odwrócił się plecami. – W pręcie powiadasz? – zamruczał głupi Japa. Podrapał psa Dziadka po oklapłych uszach. – Cięty czy wcięty? – zastanawiał się szeptem. Ta nowa podeszła do nich, oczy miała przymglone. – O tak, tak – powiedziała smutno. Była porządnie głuchawa. Teraz śmieli się już wszyscy. Kobiety wyglądały z okien. – To był kochanek – uznała Maryśka. – Tylko kochanka się tak pamięta. – Dziwacznie skurczyła wargi. – Chiba – mruczał głupi Japa. – Chiba... musiał być bardzo jej podchadziaszczy... Chiba. * * * – Wstawaj! Późno! – Matka pociągnęła Kwiaciarza za ramię. – Poczęła szarpać za bezwładnie opadającą na podłogę rękę. Bełkotał gniewnie, nie otwierając oczu. Wreszcie zerwał się ogłupiony snem. – Łeb – zajęczał, dotykając czoła – łeb. – Przetarł oczy. Zanurzył twarz w kuble. Zimna woda trochę otrzeźwiła go. Obejrzał twarz w szkle świętego obrazka nad łóżkiem. Mętnie zapatrzył się w okno. Dzień wstawał czysty, z błękitnym niebem. – Ale masz gębę... jak zbój – matka podsunęła mu garnek ze zsiadłym mlekiem. – Niedługo się zagoi – odpowiedział. Pił łapczywie. Siedziała naprzeciw. – Pijanico – jej głos brzmiał surowo. Gdy wychodził, chrząknęła znacząco. – Dziś sobota. – Pogroziła pięścią. – Sobota! Pamiętaj! – Myślała o wypłacie.

Matka Kwiaciarza zasłała łóżko, wyklepała poduszkę. Nad kilimkiem wisiała oprawiona w złocone ramki fotografia ponurego mężczyzny z szeroko rozsiadłym nad wargą wąsem. Przechyliła się. Łokciem wytarła kurz ze złoconej, karbowanej ramki. Otworzyła okno. Benek dużymi krokami mijał kiosk z piwem. – Podobny – szepnęła. Jej stary tak samo chodził zawsze. I tak samo trudno go było zbudzić po wódce. – Pijusy – powiedziała miękko. Zdjęła ze stołu obrus. Wytrzepała nad zlewem i złożyła w równy prostokąt. * * * Duży czerwony szyld kwiaciarni bił w oczy zaraz za komisariatem. Z bliska odczytywało się przekrzywione nieco litery napisu: „Specjalność – wiązanki ślubne i wieńce”. Był to nieduży, wpadnięty w ziemię, murowany budyneczek. Za płotem rozpościerały się równe, jakby wyznaczone linią, kwiatowe zagony, dalej pobłyskiwały inspekty. Tutaj pracował Benek Kwiaciarz. Szef palcami muskał nastroszone róże, złożył spory pęk i postawił w wazonie na wystawie. – Te dziś po dziesięć. – Odsunął się nieco i przyjrzał baniastym naczyniom z towarem. Benek spryskał wodą przywiędłe peonie, dołożył kilka pąków i umieścił w tyle za różami. Szef rozkaszlał się astmatycznie, wybałuszył zaczerwienione oczy. – A w ten... – wykrztusił – ładuj białe. – Złożył ręce na kolanach i przymknął oczy, twarz miał zmęczoną, poszarzałą. „Też zaprawił” – uznał z zadowoleniem Benek. Przysiadł na skrzynce. Milcząco spoglądał na drzwi. Przez matową szybę niewyraźnym konturem występowały domy nad stawem, przechodnie przesuwali się dziwacznymi smugami. Szef splunął, przygarbił się i zdeptał papierosa. – Nie smakuje – mruknął. „Gryzie go – Kwiaciarz zerknął na starego z ukosa – gryzie...”. Fajowaty nos szefa obwisał śmiesznie, blizna na policzku rysowała się białą strzępiastą linią. Benek chytrze, prawie niedostrzegalnie, skrzywił twarz. – Nie warto – szepnął miękko. Szef poruszył się niespokojnie, zachybotała skrzynka. – Co? – warknął ze złością. – Pytam się... co nie warto? – Ona – Benek Kwiaciarz szybko umknął ze spojrzeniem. Dłonią dotknął chłodnej szyby. Spojrzał w wystawę – w połowie jej wysokości kończyło się matowe szkło, wyżej było zwykłe, popstrzone przez muchy. Widział za glinkami

gęste czuby parkowych drzew. Sznur towarowych wagonów mijał przejazd. Szef szarpnął kołnierzyk koszuli, wyglądał tak, jakby łapał powietrze, poszperał w kieszeniach. – Masz – wetknął Benkowi dwudziestozłotowy banknot – skocz. Przynieś... cwaniaczka. Umiesz postarać się o ćwiartkę. – Pogroził mu pięścią, ale bez złości. Monotonnie kołysał się na skrzynce. Wysunął nogi, zawiązał troki kalesonów. – Wywłoka – stęknął, wstając z siedzenia. Niecierpliwie wyczekiwał Benka. Wrócił z ćwiartką i kawałkiem kiszki na zagrychę. Pociągnęli po zdrowym łyku. Stary kwiaciarz odetchnął głęboko, oczy mu pojaśniały. – Dobre – powiedział – pomaga... Wypij od razu, no, trach – radził Benkowi. Łapczywie palił papierosa. – I dym już smakuje – ucieszył się. Przymknął oczy i znów, widać było wyraźnie, spochmurniał. „To ci cholerstwo – Benek wysączył resztkę wódki. – Gryzie go jeszcze... To ci... Przecież...”. – Przypomniał sobie twarz baby starego. Ani ładna. Chuda. I taka bladź! Zsunął dwie skrzynki i usiadł wygodnie. Zrobiło mu się ciepło w żołądku i głowa przestała boleć. Muchy szeleściły na szybach, z kranu kropelkami sączyła się woda. Ziewali raz po raz. Dopiero pierwszy klient, woźny z pobliskiej szkoły, wyrwał ich z odrętwienia. * * * Benek Kwiaciarz spotkał Todka na stacji. Wypili po piwie i oparli się o barierkę. Ludzie długim korowodem schodzili z peronu. Na przejeździe zastrachany węglarski koń wierzgnął nogami, zatrzeszczał dyszel, z wozu czarną strużką sypał się miał. Furman klął przenikliwie i okładał kijem ostry zad szkapiny. – Zaląkł się – mruknął Benek. Słyszeli chrapliwe poświstywanie konia. – Satynowskiego chabeta. Wsiowa. – Todek starannie przyczesał włosy, ułożył z nich na tyle głowy dwa śmieszne skrzydełka. Zwrócili spojrzenie na zielony kiosk. Zebrała się tam grupka mężczyzn. Zdmuchiwali z kufli pianę. Pijany węglarz potoczył się na ścianę, czapka zakryła mu oczy, niezdarnie wyciągnął ręce. – Dojrzewa – powiedział ponuro Todek. Spoglądał uważnie. – Tak jak ja wczoraj. W tym samym miejscu. Całą noc. Cholernie zimno. – Wzdrygnął się – też od piwa początek. Węglarz miękko podwinął nogi i opadł na ziemię. – Zasnął. – Todek pokiwał głową. – Jak ja wczoraj. – I ja też kiedyś tutaj – roześmiał się Kwiaciarz. – Niefartowne miejsce.

Ludzie pod kioskiem ciasną gromadką napierali do okienka, grzebali po kieszeniach i odginając najmniejszy palec, ujmowali w dłoń porterowe butelki. – Miałem ładne parę złotych. Ładne – mruknął Todek. – A rano!? – Złe bruzdy wyrosły mu koło ust. – Nic! Główną ulicą przejechały trzy błyszczące lakierem stary. Pędziły hałaśliwie. Odprowadzili je wzrokiem do zakrętu. – Nowe – rzekł Kwiaciarz. – Niedotarte. – Możliwe wozy – przytaknął Todek. Podniósł się na dłoniach i usiadł okrakiem na barierce. – A za te ładne parę złotych, co miałem – kołysał się niezgrabnie, opuścił głowę, aż krew spłynęła mu do twarzy – można by w porządnej knajpie z muzyką. Jakaś laleczka... Warto by mądrzej – westchnął. – Warto – przyznał Kwiaciarz – za te parę złotych. Ale jak? Przeszedł milicjant. Służbowo, z paskiem pod brodą. Przy kiosku zapanowało ożywienie. Mężczyźni ujęli pod pachy obwisającego węglarza, ułożyli go między beczkami. Władek milicjant szedł niedbale, drobnym, spacerowym kroczkiem. Na tych spod kiosku zerknął krótko, ale uważnie. – Ten Władek to wielki nygus, wielki. – Kwiaciarz splunął z pogardą. – Wszyscy są dobrzy – powiedział zagadkowo Todek. Zeskoczył na ziemię. – Zmęczyłem się, trzeba wypić. – Wyciągnął garść z banknotem. – Mam dziesięć. Ty dziesięć i flakon. Taki już jestem – wykrzywił twarz w bladym uśmiechu. – Jedna ćwierć, druga i abarotno. A inne chłopaki – wygładził papierek, złożył w kwadrat – są mądrzejsze. Taki Andrzej Magister. Te to umieją żyć. Laluńki se z miasta sprowadzają. Umieją. Benek Kwiaciarz palcem namacał w kieszeni najdrobniejsze papierki. „Na co ma widzieć więcej – pomyślał. – Jak zobaczy, to nic tylko zrób drugą ćwiartkę i zrób...”. – Chyba skoczym na stację – uznał Todek. – Bliżej. Więc poszli do monopolowego na stację. – A jak on, ten Andrzej? – zapytał Kwiaciarz. – On! – Todek aż przystanął. – Kozak. Umie żyć. Jakie dziwki. I forsy dużo nie wyda. Mądrala. Żadna go nie rozpruje. I wcale nie taki przystojniak. Tylko ma podejście. – Cmoknął zawistnie. – Ma fart – burknął Benek. – Fart. Bo jak się nie ma fartu, to nic nie wyjdzie. – Jeszcze jaki. – Todek wszedł na schodki sklepu, wyjął grzebień i przyczesał swe rzadkie, jakby mokre włosy. Uważnie sprawdził pieniądze. * * *

Z tymi dwiema bandoskami od Millera umówił się Olek Nawiślak. W sezonie do roboty w polu przyjechało tych dziewczyn chyba ze czterdzieści. Czasem w świąteczne dni wychodziły na miasto gromadkami, po cztery, pięć. „Zdrowe, sama rzepa”, jak mówił Todek. Chichotały, okrywając dłonią usta i bardzo spoglądały za chłopakami. Nawiślak o zmierzchu zaszedł pod okna Kwiaciarza i gwizdnął przenikliwie. Pociągnął Benka przed bramę. – Wybrałem dobry towarek – powiedział. – Tylko trzeba ostro. Koniecznie ostro. Takie wsiowe inaczej nie uważają. A dobre. Najlepsze. Kupili u Piegowatej Jadźki butelkę owocowego wina i paczkę herbatników. Poszli torem kolejki. Za ruinami piekarni zaczynały się pola. Za Gęsim Stawkiem wyraźnie widać było krzyż przy szczęśliwickiej drodze. – Tam mają czekać – objaśnił Nawiślak. Zmierzch zgęstniał niespodzianie, pola zszarzały, a miasteczko za ich plecami występowało teraz zamazaną plamą domostw i drzew. Już z daleka zobaczyli dziewczyny idące naprzeciwko. Zobaczywszy ich, zawróciły. Dogonili i zastąpili im drogę. Szepcząc, przysiadły w rowie. Były młode, może siedemnastoletnie, o jasnych połamanych karbówkami włosach. Usiedli po bokach. Olek Nawiślak rozpakował herbatniki, poczęstował, wybił o ziemię korek z butelki. Wzbraniały się od picia, wreszcie starsza pociągnęła niezły łyk. – Ładnie ciągniesz. – Nawiślak poklepał ją po udzie. Spojrzały po sobie i zaśmiały się krótko. Teraz już parami poszli w stronę fortu. Czarne oczy strzelnic zwiększały się z każdym krokiem. Od śmieci zalegających na zboczach szły w górę smużki dymu, zalatywało kwaśnym smrodem palonej starzyzny i rozmaitego paskudztwa. Przechodzili przez leszczynowe zarośla, gałęzie uderzały w twarz. Olek, który szedł pierwszy, uczynił za plecami krótki znaczący ruch ręką i pociągnął swoją do przykrytej krzewami kotlinki. – A my usiądziem tu – rzekł Benek Kwiaciarz. Przysiedli pod betonowym słupkiem. Od razu spróbował przycisnąć się do jej miękkiego, dużego ciała, ale szturchnęła go w bok i mruknęła coś niechętnie. „Zimna chamica” – pomyślał Kwiaciarz. W ciemności widział tylko niewyraźny zarys jej twarzy, siedziała przykulona, z rękoma założonymi na kolanach. Stamtąd, gdzie był Nawiślak z tą drugą, dochodziły zdławione szepty, trzask gałązki i znów leciutki, radosny chichot. Dziewczyna uniosła się trochę, patrzyła w krzaki. – Dobrali się – powiedziała śpiewnie. Coś jak zawiść zabrzmiało w tym głosie. Wtedy Kwiaciarz złapał ją wpół, łagodnie pogładził po szerokich plecach.

Przysunął twarz do policzka dziewczyny, włosy łaskotały go w nos. Naprężyła mięśnie i odsunęła w bok głowę. – Nie chcę – wykrztusiła – nie chcę. Benek Kwiaciarz przywarł silniej, spoconą dłonią walnął ją w plecy. – Nie skacz! Nie skacz! – przygiął do ziemi za kark. Sapała urywanie. – Ważniaczka – zabełkotał i pchnął łokciem... Nastała długa, z nieznośnym potrzaskiwaniem leszczynowych gałązek cisza. Wstała pierwsza, obciągnęła sukienkę i przygładziła włosy. – I, zachciało ci się! W blasku zapałki usta Kwiaciarza skurczył śmiech. Na ścieżce spotkali się z Nawiślakiem. Dziewczyny szły przodem. Przy obejściu Millera pożegnali je. – Wpadniem niedługo – obiecał Nawiślak. Dziewczyny ostrożnie odemknęły furtkę. Zazgrzytały zawiasy. Przed gankiem szczęknął łańcuch, zaskomlał pies. Postali chwilę na drodze. Domy miasteczka wystąpiły przed nimi niekształtną czarną masą na tle nieba. Widzieli tylko jedno światełko połyskujące nieruchliwie. – No i jak? – zapytał Benek. – Jak?! – roześmiał się Nawiślak. – Sposobem. Trzeba tylko coś obiecać. Takie chamki strasznie są na to łase... Powiedziałem, że będziem chodzić razem, to, śmo, owo... A potem już mogłem, co chciałem. – Moja była gorsza – głos Benka Kwiaciarza zabrzmiał głucho – zrobiłem ją siłowym numerem. Po krzyżu dołożyłem i pękła. – Siłowy. To nie ma przyjemności. Najlepiej sposobem – skrzywił się Nawiślak. W świetle latarni z budowy obejrzał dokładnie ubranie, wygładził koszulę i chusteczką przetarł buty. Rozstali się. – Moja może podskakiwać – wyjaśnił – rozumiesz, późno już. Benek spoglądał na czarną, szybko znikającą sylwetkę stryjecznego brata. Zamamrotał niezrozumiale. * * * Rankiem na podwórzu kamienicy rozległ się przenikliwy wrzask. – To Rudy ze swoją – mruknęła matka Kwiaciarza, spojrzawszy w okno. Benek zbiegł na dół. Pod śmietnikiem stały już kobiety z suteren. Wasiakowa odepchnęła je i jak przed słońcem osłoniła oczy. Rudy szarpał swoją, pochyliwszy nisko krwawo błyszczącą głowę. Z trzaskiem odlatywały guziki.

Bluzka zsunęła się z ramion, ukazując żółtawą z niebieskimi żyłkami pierś. Kobieta wczepiła palce w poprzeczkę trzepaka. Kopnął parę razy. – Ja ci! – mamrotał – ja ci!... – Zbytnik – westchnął furman Satynowski. – Załatwia ją po swojemu. Załatwia – ziewnął szeroko i usiadł na schodkach. – Łobuzisko! – gniewnie syknęła Maryśka. – Łobuz to nosi na wierzchu – powiedział furman. Znów wzbił się krzyk kobiety Rudego, jeszcze cieńszy, bardziej przenikliwy. – Ale ma głos, ho, ho... – uznał ktoś z podziwem. Z kolejkowego przystanku podchodzili ludzie. Wysoki z teczką sczerwieniał z oburzenia. Pod starannie wygoloną skórą zadrgały szczęki. – Bestialstwo! – Machnął teczką. – Bestialstwo, proszę... Kobieta Rudego wlepiła weń piękne, załzawione oczy. – Frajer! – wrzasnęła nienawistnie. – Frajer! Rudy przestał tłuc. Groźnie przybliżył się do tego z teczką. – Pilnuj swojej – na czoło opadły mu kosmyki włosów. – Pilnuj swojej kochanicy... – Żeby ją czasem słoń... – krzyknął ktoś z boku. Ten z teczką drobnym krokiem cofnął się za plecy ludzi. – On, panie dziejku, tak ją tego... wychowawczo – Skarbeńko chwycił go za guzik marynarki. – Żeby wiedziała. Furman Satynowski wybuchnął donośnym śmiechem. Rudy machnął kobietę dłonią na płask po szyi. – Rozpieprzę! – głos mu opadł, przeszedł w chrypliwy skowyt – rozpieprzę!... wszystko! – Rudziuniu – furman wstał ze schodków, poklepał go delikatnie po plecach – Rudziuniu... starczy – zaszeptał w ucho. Ci z bazaru, Czesiek Rekin i ten jego Brzydal, spoglądali na to wszystko z pobłażliwą wzgardą. Rekin językiem przesunął w kącik ust papierosa, siny wałeczek popiołu osypał mu klapę. Brzydal ziewał raz po raz. Wasiakowa spojrzała nań nieprzyjaźnie. – Świntuchy – warknęła. – Szanowna pani – Brzydal skłonił się niedbale – ile to już razy mówiłem, że wszystko rzecz gustu. Gustu! – podkreślił. – A w ogóle – dodał Rekin – tę babę to ja usadzę. – Postąpił krok. Wasiakowa schowała się do bramy. Benek Kwiaciarz parsknął stłumionym śmiechem. – Aleś babę wystraszył – powiedział. Rekin zmrużył przyjaźnie oczy.

– Zapalisz? – Wyciągnął amerykany. Rudy ze swoją kobitą wyszli na ulicę. Na przystanku z łoskotem przyhamowała niebiesko-żółta kolejka. * * * Był to późny wieczór. Ostatnich zalanych gości „Zdroju” kelner Racyjka ujął mocno za kołnierze i wywalił na schodki. Opadli w trawę, bełkocząc i przeklinając. Kwiaciarz i Todek postali chwilę na przejeździe, nie chciało im się wracać do domu. Przystanęli pod słupem. Spoglądali w opustoszałe ulice. Tylko w budce dróżnika słabo majaczyło światło, dochodziły stamtąd ochrypłe głosy. – Zaprawiają – westchnął Todek. Gdzieś w oddali między rzędami kasztanów zarysowało się kilka niewielkich jak kukiełki ludzkich postaci. Zniknęły w ciemności. Todek szczęknął zębami, podniósł kołnierz. Wraz z lekkim wiatrem ogarniał chłód. Ten mały człowieczek w naciągniętej na oczy cyklistówce podszedł do nich bezszelestnie, przytrzymując się parkanu. Dopiero gdy kichnął, szybko obrócili głowy. Stał przy nich z wyciągniętą ręką, coś w niej pobłyskiwało sinawo. – Spluwa! – Kwiaciarz szeroko otworzył oczy. – Spluwa? – wymamrotał. – Ręce do góry! – wrzasnął ten mały – do góry! – Zadygotał nerwowo i spryskał ich śliną. – Tylko bez plucia. Nieładnie – obojętnie powiedział Todek. Kwiaciarz podniósł w górę ramiona. A Todek skurczył się jakby i rzucił w bok krótkie, uważne spojrzenie. Było pusto i cicho. Wrzask w dróżniczej budce też wygasł nagle. – Szybko! – mały wysunął dłoń ze spluwą. Dostrzegli jego twarz pomarszczoną, starawą, z zadartym nosem. „Strzeli!” – przeleciało przez głowę Kwiaciarzowi. Spojrzał zdziwiony na Todka, który leniwie uniósł łokcie. – O, tak – ucieszył się mały – tak, tak. – Przestąpił z nogi na nogę, stal pistoletu błysnęła mocniej. Ręce Todka opadły na plecy małego, nastąpiło to w ułamku sekundy. Człowieczek zawirował w powietrzu, pistolet zatoczył łuk i stuknął głucho o kamienie. Tolek przytrzymał go za klapy i trzepnął po pomarszczonej twarzy. – Więc tak?... Łajno, łajno – zapiszczał mały. Dostał kopniaka, upadł na brzuch. Tolek podniósł pistolet, obejrzał – zgrzytnął zamek.

– Pusty... – mruknął. Odrzucił spluwę pod płot. Zdziwili się. Mały człowieczek poruszył stopami, twarz ukrył w łokciu. – Łajno – załkał. Coś jeszcze stęknął. Dołożyli parę obcasów. Przycichł. Szybko weszli w wąską uliczkę prowadzącą do kamienicy. Za chwilę posłyszeli wołanie i tupot kroków. Kroki narastały niepokojąco. – Goni? – zdziwił się Todek. Przystanęli za drzewem. Mały przeleciał obok nich z wysuniętą do przodu spluwą. Spoglądali za nim. Wreszcie rozpłynął się w końcu ulicy. – Wariat – z zastanowieniem mruknął Todek. – Wariat. – Wariat – powtórzył Kwiaciarz. – Na pewno wariat. „Ale skąd miał spluwę?” – zastanowił się. – Jakiś dziwny, bo i wódki nie było czuć – odezwał się Kwiaciarz. – Wszarz – Todek machnął ręką. Zadyszani przystanęli w ciasnej, pełnej stęchłego zaduchu sieni kamienicy. Przechodzili przez gęsty ogród Milewskich, nocna wilgoć osiadała na twarzy, gałęzie szeleściły tajemniczo. – A Magister znów jedną taką z miasta sprowadził – odezwał się nagle Todek. – Artycha! – Zaklął. * * * Kwiaciarz długo marudził przy goleniu. Przeglądał żyletki, ścinał włoski na przegubie dłoni. Dokładnie namydlał twarz. Odłożył pędzel i wyjrzał przez okno. Czapa mydlin ściekała soplami po szyi. Przysiadł na parapecie. Dzień był niedzielny. Ludzie grupkami podążali do kościoła. Przez lufcik dolatywały śmiechy, skrzyp butów. – Marudzisz – powiedziała matka. Spoglądała na niego z wyrzutem. Powrócił do golenia. Maszynka brała zarost miękko, bez zacinania. Wydął czyste policzki. Znów wychylił głowę z lufcika. Kilka dziewczyn szło spacerkiem od przystanku. Rozglądały się leniwie. Niska ze słonecznikiem w dłoni spojrzała w górę, wyglądało na to, że patrzy w jego okno. Odsunął krzesełko. Gdy po chwili wyjrzał, ulica była pusta, jakby wymieciona. Tylko pies, Dziadek, obwąchiwał płot; wywiesił jęzor i uwalił się pod akacją. – Mógłbyś wyjść – matka utkwiła w nim surowe spojrzenie – a nie tak sterczeć jak... – bezgłośnie poruszyła cienkimi wargami. Też była ubrana niedzielnie w ciemną trochę zapyloną sukienkę. – Do kościoła albo gdzie – mruknęła. – Dzień ładny. – Można – przytaknął Kwiaciarz.

Wyszedł, narzuciwszy na ramiona marynarkę. Na schodkach zapalił papierosa. Ta nowa z przeciwka pochylała się nad Dziadkiem. Gładziła go po skołtunionych, pełnych łopianowych rzepów kudłach. Dziadek zmrużył czerwone oczy i przesunął po ziemi grubym ogonem. Za śmietnikiem stłumiony pisk. Dzieci ostrożnie wysunęły głowy. – Pan Wincenty w pręcie cięty! – wrzasnęły zgodnie. – Pan Wincenty...– najgłośniej krzyczał chłopak furmanów, który wlazł na klapę śmietnika. „Spodobało im się... spodobało” – ucieszył się Kwiaciarz. Ta nowa schowała się w bramę. Kwiaciarz złożył na ramieniu marynarkę i usiadł na ławce. Monotonnie poruszał nogami. Ogarniało go gorące, duszne powietrze. Rozluźnił koszulę, gorąc piekł twarz, przez zmrużone oczy prześwitywała słoneczna czerwień. Z pierwszego piętra wyjrzała matka. Spoglądała w dół – na samodziałową kraciastą czapkę i jego długie, wolno stukające o bruk nogi. Zatrzasnęła lufcik. Wtedy Benek Kwiaciarz, osłaniając dłonią oczy, spojrzał w górę, ale nic nie zobaczył. * * * Zapukał leciutko. Cisza. Stuknął głośniej. – Włazić! Włazić! – usłyszał męski głos. W długim korytarzu panował półmrok, przez kuchenne drzwi płynęło trochę dziennego światła. Andrzej Magister był w piżamie, rozdeptane bambosze zsuwały mu się ze stóp. – A, a – mruknął uprzejmie – kwiatki dla mnie. – Zamówione – rzekł Benek. Tylko trzeba zaraz w wodę – dodał. – Wiem, wiem. – Magister zamyślił się, potarł nieogolone policzki. Wziął bukiet i szerzej otworzył drzwi kuchni. Smuga jasności oświetliła go dokładnie. Był niewysoki, z wypukłym brzuchem, nabrzmiałą twarzą. Z czoła opadał kosmyk posiwiałych, błyszczących włosów. „Taki wielki kozak – z niedowierzaniem pomyślał Kwiaciarz – taki... – Przyjrzał mu się uważnie, dłonie wsunął za pasek. – A kwiaty ładne... białe róże, goździki, trochę asparagusa – powiedział niewyraźnie. Magister zachichotał, klepnął Benka po ramieniu. – Kwiaty! Nic po nich – mówił. – Ale dobra, dobra. Najważniejsze, że przyszedłeś – skrzywił twarz w mnóstwo zmarszczek, w których pobłyskiwał zarost. – My przecież niejedną już wódkę razem. – Wyciągnął brzuch, zapiął piżamę. Wyglądał teraz inaczej niż na początku, jakby okazalej. Podniósł się na palcach i pogładził lakierowane drzwi pokoju. – Mam tu jedną taką – zaszeptał.

– Niezgorsza. Z miasta. I ty, Beniu, możesz z nią... Bardzo lubi to wszystko. Już po wódce. A nawet gdyby ci się stawiała, to możesz parę razy po schabach. Nikogo nie ma. A niezgorsza. – Z miasta? – zastanowił się Kwiaciarz. Andrzej Magister przyświadczył z dziwacznym uśmieszkiem i popchnął go do pokoju. Kwiaciarz pośliznął się na błyszczącej posadzce. Dziewczyna z miasta leżała na tapczanie. Zauważył jej palce, lekko uderzające w klawisze radia. Było mroczno, na ścianie błyszczało coś złotawo. – Kolega, specjalista od kwiatów – przedstawił Andrzej Magister. Benek skłonił się niezgrabnie. Dziewczyna poruszyła dłonią. Widział jej profil. Ładna. Wzrok przeniósł na ścianę. Teraz rozróżniał kontury obrazów. Ramy przebijały przez mrok wytartym, złotym blaskiem. Brzęknęło szkło. Magister napełnił kieliszki. Wypili – dopiero wtedy zwróciła twarz do Benka. „Jakby z filmu” – pomyślał Kwiaciarz. Podobną twarz widział już na okładce tygodnika. Dużo włosów na ramionach. Tam na okładce też. – „Artycha” – Nieznacznie wytarł dłonie o spodnie. – „Artycha”. Magister trącił go w łokieć i wyszedł z pokoju. Zapanowała cisza. Uporczywie wpatrywał się w butelkę, na dnie było trochę wódki, setka, nie więcej. – Wyszedł – powiedziała dziewczyna, głos miała cienki, wysoki. Podkurczyła nogi. – Tłusty. Obrzydliwy. Fałdy – szepnęła jakby do siebie. – Prawda? – zwróciła nań spojrzenie. – Kolega? – zapytała i nie czekając na odpowiedź, przekręciła gałkę radia. Chrypliwa muzyka napełniła pokój. Benek Kwiaciarz wychylił wódkę z butelki. Wierzchem dłoni otarł usta. – Wyszedł, wyszedł – śpiewnie powtarzała dziewczyna. Uniosła się na łokciach, szlafrok odkrył nogi. Lekko dotknęła opuszczonej głowy Benka. Ruszył się gwałtownie, potrącił stolik. – Kiepsko cię widać – powiedziała. – Tak tu ciemno. Muzyka zabrzmiała ostatnim, długim akordem. Teraz obcy, donośny głos. – Pokaż się – dziewczyna przechyliła się do niego. „Oni robią ze mnie barana. Na pewno. Ten nygus i ta jego...”. – Poczuł rosnącą złość. Wstał, przeszedł ostrożnie po śliskiej posadzce i nie patrząc na tapczan, otworzył drzwi. Jej głos zginął w chrypliwym radiowym hałasie. Przesunął dłonią po twarzy. Przeszukał kieszenie. Nie znalazł papierosa. Z kuchni doszedł kaszel, potem miękki szelest bamboszy. Andrzej Magister ubrany, wygolony, gładził krawat w szafirowe paski. – I co? – zapytał.

– Papierosa – bąknął Kwiaciarz. Magister poczęstował. – Załatwiłeś? – przysunął się doń blisko i zadarł głowę. – Bo mnie się nie chciało – rzekł. – Nie w moim typie. – Urwał, oczy zrobiły mu się okrągłe. – Nygusie! – wykrztusił Kwiaciarz, chwycił go za krawat, ściągnął mocno – nygusie!... – Potrząsnął jak kukłą. Magister prychnął śmiesznie, zamrugał powiekami. Kwiaciarz opuścił ręce. – Ciebie i tę twoją szmatę... – Splunął. Twarz miał szarą, zmęczoną. Magister cofał się tyłem, pogubił bambosze. W pokoju zadźwięczał śpiew, ale już nie radiowy. „Ona” – pomyślał Kwiaciarz. Ociężale wyszedł z mieszkania. Andrzej Magister poprawił krawat, gwizdnął leciutko i nałożył łańcuch na drzwi. Kwiaciarz przystanął pod płotem. „Ma fart – poruszył ciężko ręką – ma...”. Spojrzał w zasłonięte storą okna. Westchnął i odszedł szybko, po drodze przeliczył dwuzłotówki – starczy mu na setę. * * * Czarnowłosa dziewczyna od paru dni pracowała u rzeźnika. Benek Kwiaciarz zobaczył ją przechodzącą koło sklepu. Pokazała się w szybie. Niczegowata, tylko jakby dumna jakaś. Ominęła go obojętnym spojrzeniem. Podpatrywał ją nieznacznie. Porządnie niczegowata. Potarł szyję. Ktoś walnął go nagle w plecy. Odwrócił się sczerwieniały i zły. Rzeźnik Sieradzan, stary kumpel nieboszczyka ojca, krzywił twarz w chytrym uśmiechu. – Nowa – powiedział. – I niezła. – Możliwa – przytaknął Kwiaciarz. – Dobra, Zobacz, jaka fajna. – Sieradzan cmoknął i wskazał na sklep. Widać ją było dokładnie. Z haka ściągała długi wianek kiełbasy. – Ninka. I na robocie się zna – rzeźnik uważnie obserwował jej ruchy. – A wiesz ty, Beniu... powiada ona, ta Ninka, że nie ma co robić wieczorem. Nudno jej! Taka dziewucha! – klepnął się po udach i natrętnie przechylił do Kwiaciarza. – To już chyba z naszych chłopaków są trąby – ciągnął. – Bo mnie jeszcze, jak jestem przy niej... – Trąby nie trąby – odpowiedział Kwiaciarz – tylko nie ma podejścia. Sieradzan wytarł hałaśliwie nos. Otworzył drzwi sklepu i wrzasnął: – Ninka! Ninka! Kwiaciarz zaklął, przygładził włosy.

– Masz sposób – powiedział rzeźnik i przytrzymał go za ramię. Czarnowłosa Ninka wyszła przed sklep. – Chłopak stąd. – Sieradzan przymrużył oko. – Wysoki, kwiaciarz, umie zarobić, a i też... – Daj pan spokój – powiedział Benek. W dłoniach obracał samodziałową czapkę. Ninka rozjaśniła twarz w zalotnym uśmiechu. * * * Ta nowa z przeciwka siedziała na ławce. Maryśka spojrzała na nią przyjaźnie, pociągnęła nosem. – Ciężko żyć, ciężko – zagadała. – Taki był zdrów. – Nowa uniosła smutną twarz. – Taki... I nie ma go już. Maryśka podwinęła sukienkę i przysiadła obok. – Też znałam jednego takiego... – Zamyśliła się. – Mydlarz. Zdrowy był, wypić lubiał, pożartować, i zjeść mógł. I zrobiło mu się coś w środku. – Przymknęła oczy, cień jakiś wystąpił na jej brzydkiej twarzy. – Fajny był – szepnęła. – I jak się czuł! – On też – oczy tej nowej zabłysły ożywieniem. – Pewnie rak – powiedziała Maryśka. – Wszystko rak. Krawiec Skarbeńko stanął w drzwiach pracowni, ale zaraz szybko cofnął głowę. – Dziwna jakaś – mruknął do żony. – Wzdycha! Jakby coś tego – wskazującym palcem stuknął w czoło. – Był chłop. Nie ma chłopa. – Rozłożył ręce. – I powinna od początku się urządzić. A nie tak. Nie ostatnia przecież. Trochę głuchawa. To może i lepiej. Jego pomarszczona kobieta uniosła żelazko, poślinionym palcem dotknęła od spodu. Zaskwierczało. – Wystarczy – powiedziała. – Możesz prasować. – A Zygmunt, fryzjer – Skarbeńko ostrożnie zsunął okulary na koniec nosa. – Zgląda za nią ten Zygmunt. Ciągle. Głupia baba! – Na desce rozłożył granatowe z trójkątną łatą na tyle spodnie. Przesunął żelazkiem. Znieruchomiał. Ciekawe, co z tego wyjdzie – zaszeptał. – Zygmunt porządnie leci na nią. – Uważaj – mruknęła żona. – Spalisz. * * * W rzeźniczym sklepie przyjmowali towar. Dwaj w pasiastych fartuchach

wyciągali z samochodu skrzynki. Błyszczała w nich czerwona tłusta kiełbasa. Sieradzan rozparty na ladzie obliczał coś w ceratowym zeszycie, wpychał do ust ołówek, przymknął oczy. Czarna Ninka rozwieszała kiełbasy na białych, kafelkowych ścianach. Kwiaciarz odgarnął trzciny, rozłożył marynarkę. Z tego brzegu stawu sklep było widać wyraźnie. Za cyplem przykucnął nad wodą ospowaty Borek. Zanęcił ryby kartoflem i patrzył czujnie na spławiki. Kącikiem oka zobaczył Kwiaciarza, pozdrowił ręką i krzyknął: – Nowe wędki! Bambusowe! Zobacz! Tylko ryby kiepsko biorą! Jeszcze nic od południa! – Borek podciągnął na maszynce trochę żyłki, czerwony spławik podpłynął do brzegu. – Bo brudna woda – powiedział Kwiaciarz. – Ja już sprzedałem swoje kije. Borek uniósł wędkę. Szarpnął. – Brała. Ale uciekła cwaniara – rzekł ponuro. Zapadał zmierzch. Trzciny szemrały i sylwetki rybaków zacierały się w szarości. Kwiaciarz przed sobą miał drzwi rzeźniczego sklepu. Już zamykali. Sieradzan rozsunął kraty, w poprzek nałożył żelazną sztabę. Czarna Ninka szła powoli wzdłuż stawu. Kwiaciarz dołem, pochylony w trzcinach, nadążał za nią. Ospowaty Borek odprowadził go zdziwionym spojrzeniem. Benek pod barakiem straży pożarnej wspiął się wyżej. Zastąpił drogę dziewczynie. Przywitali się. – Dziś dłużej trochę. Przywieźli towar – powiedziała. – Ja też – wtrącił Kwiaciarz. – Parę wieńców było na jutro. Pilne zamówienie. – Taka robota to chyba niezła – zainteresowała się. – Lubię kwiaty. – Niezła – potwierdził. – I popłatna. Mało jest teraz od tego fachowców... A ja od dwunastu lat – dodał z dumą. – Długo. – Dziewczyna przeczesała włosy, palcem rozdzielała nad czołem rzadką, śmieszną grzywkę. – Ja tam nie lubię swojej przy mięsie – zwierzyła się. – W lato śmierdzi paskudnie. I palce się świecą. Szli spacerkiem. Od parku ogarniał przyjemny zapach wiosennego kwiecia. – Pachnie. Fajnie pachnie. – Czarna Ninka pociągnęła nosem. – Można przez park – rzekł Kwiaciarz. Znaleźli się w ciemnej alei z listowiem nisko ponad głowami. U góry krakały wrony, ich gniazda gęsto oblepiały czubki parkowych drzew. Przy płocie widać było drewnianą podłogę i podwyższenie dla orkiestry. – Dechy. – Czarna Ninka przystanęła. – Tańczą. – Ostatnio rzadko, bo rozrabiają – objaśnił Kwiaciarz. – Ładnie tutaj. Warto odpocząć – powiedziała dziewczyna. Siedli na ostatniej ławce.

„Sama chce” – uznał z radością Benek i zacisnął dłoń na oparciu. Rozejrzał się. Pusto. Tylko za pałacykiem ruchliwe ogniki papierosów. „Najlepiej od razu” – postanowił. Wysunął rękę, szukając jej twarzy. Nim jednak dotknął, odsunęła się na kraniec ławki. – Coś ty sobie myślał? – powiedziała spokojnie. Wyciągnął chusteczkę, długo wycierał nos. – Szybkiś! – trąciła go w plecy. Otworzył pudełko sportów, ale nie zapaliwszy, położył na ławce. Teraz ostrożnie ujął dziewczynę za rękę. Przechylił się, podkurczając nogi. Ławka zakołysała się trochę. – Tylko nie w usta – niewyraźnie posłyszał jej głos. – Już – odepchnęła go łokciem – już... Ale zarost to masz – powiedziała z podziwem. Pogładziła po brodzie. – Twardy. „Mądralka. Nie chce od razu” – Kwiaciarz namacał paczkę z papierosami, wyciągnął jednego. – Szybko rośnie – rzekł mrukliwie. – A nie zawsze jest czas ogolić się. – Pewnie – przytaknęła Ninka. * * * Stasiek Marynarz wysunął głowę i postąpił krok do białowłosego Zanorzyka. – Spodnie! – syknął. – Gdzie spodnie? Gdzie? – Marynarz zacisnął pięść, sczerwieniała skóra na kostce. Zanorzyk przywarł do muru, rzucił wzrokiem na boki. – Ty, ty – wolno powtarzał Marynarz. Nagle w ręku błysnęła mu brzytwa. Rzucił się do przodu. Zatoczył się na ścianę. Wtedy Zanorzyk uskoczył i długimi susami wybiegł na podwórze. Zaraz z bramy wyjrzała jakaś przysadzista baba i wrzasnęła cienko. Wasiakowa. Wysypali się mężczyźni. Furman Satynowski, Jelonkoszczaki, Benek Kwiaciarz. Chwycili z tyłu Marynarza. – Opanuj się! Opanuj... jak pragnę Boga! – prosił furman. Marynarz zwarł szczęki, kropelkami wystąpił na nich pot. – Zarżnę! – wykrztusił – zarżnę! Wykręcili mu ramiona, brzytwa wypadła. Satynowski podniósł ją, złożył i ostrożnie wsunął do kieszeni. Marynarz zwisł im bezwładnie na rękach, rozchylił usta. – Już mu przeszło – szepnął Benek Kwiaciarz. Puścili. Zamrugał powiekami. Zanorzyk przykucnął za śmietnikiem. Ostrożnie wysuwał głowę. Furman Satynowski machnął doń ręką.

– Tego skurwegosyna – powiedział zmęczonym głosem Marynarz – tego... Dopytywali ciekawie. Stanęli plecami do śmietnika. Zanorzyk przeczołgał się w koniec podwórza. Znikł za płotem. Była to paskudna, frajerska sprawa. Marynarz wyszedł przed paroma dniami z odsiadki. Z kopalni. Miał parę złotych. Chciał ubrać się trochę. Dał Zanorzykowi sześć stów na spodnie. Zanorzyk pojechał do miasta. Miał metę na piękne, modne spodnie. Nie było go kilka dni. Wrócił zaprawiony porządnie. Bez spodni. – I złapało mnie to, co zawsze. Byłbym zarżnął skurwegosyna – rzekł na ostatek Marynarz. Przytaknęli. Znali to dobrze. Robiło się wtedy Marynarzowi biało przed oczyma i na nic nie zważał. – Wyskoczyliśmy na czas – powiedział Kwiaciarz. – A on... – rozmyślał furman Satynowski – nic, tylko u kochanicy był. – Choćby i tak... wyrok z tego duży, a i żal psiego syna – wtrącił najmłodszy z Jelonkoszczaków. – Forsę odda. Musi oddać – rzekł Kwiaciarz. – Byłby wyrok – powtarzał półgłosem krawiec Skarbeńko – duży wyrok. – Westchnął śmiesznie i ze strachem spojrzał na Marynarza. Czesiek Rekin zapalił amerykana. Wonny dym przyjemnie ogarnął nozdrza, wzbijał się delikatną, niebieskawą chmurką. – Daj zajarzyć – mruknął Marynarz. Rekin podsunął mu uprzejmie papierosy. – Pal – częstował. – To pomaga. Benek Kwiaciarz poprawił czapkę. – Lecę – machnął ręką chłopakom. Najmłodszy z Jelonkoszczaków podbiegł do niego. – Beniu – tajemniczo zniżył głos, spojrzał za siebie – potrzebna mi wiązanka. Tylko żeby piękna była. Żenię się – oznajmił. Był mały i spoglądając na Benka, wysoko zadzierał głowę. – Koniecznie, za parę dni. Stawiam większą wódkę – rzekł radośnie. – Tylko żeby piękna była. Bo rozumiesz, niech wiedzą – przymrużył oko, zatarł dłonie. * * * – Z niej jest niekiepska sztuka – zaczął Nawiślak – widziałem, widziałem. – Spojrzał na chłopaków. Furman i Marynarz uśmiechali się nieznacznie. Tylko Todek pozostał obojętny, nachmurzony.

– Niekiepska. – Nawiślak zmarszczył czoło i przymknął oczy. – Tak, tak – powtarzał, jakby przypominając sobie. Benek Kwiaciarz chciał odejść, ale Nawiślak przytrzymał go za rękaw. – Mój gust, czarne piórka, dobra w zadku. – Możliwa – Kwiaciarz rozpogodził nieco twarz. – Gites, gites pakulszczanka – wtrącił Marynarz. – Widzieliśmy. – Ona nie jest stąd. – Kwiaciarz obracał w palcach swą samodziałową, kraciastą czapkę. – Dopiero parę dni tutaj. Chcę z nią kręcić. Pasuje mi – zwrócił się do Nawiślaka. – Pewnie, z taką można zakręcić. Tylko mądrze. – Nawiślak uważnie przesuwał dłonią po wygolonym policzku. – Ja bym wziął ją na gorzałkę, potem podlał winkiem i poszłoby już łatwo. – Można – burknął niechętnie Kwiaciarz. – Rozmaicie można – dodał. Wepchnął w czapkę wyłażące papiery, nacisnął ją na głowę. – Każdą trzeba szybko załatwić – powiedział stanowczo Nawiślak. – Ja też swoją od razu. Tak najlepiej. I jaka z niej teraz kobita. Nie skacze. Szanuje. – Tylko tak – przytaknął Satynowski. – Można – zgodził się Kwiaciarz. – Na razie – machnął na pożegnanie ręką i wyszedł z bramy. – Trzeba od razu – posłyszał za plecami głos stryjecznego brata – bo niby z tobą chodzi, a z innym... takie one są. Rozległ się chichoczący śmiech. Nawet Todek rozjaśnił twarz. * * * Kwiaciarz przystanął przed sklepem. Sieradzan otworzył drzwi. – Należy mi się ćwiartka – powiedział wesoło. – Zblatowałem was. – E tam – zmieszał się Benek – ćwiartkę można zawsze wypić... Czarna Ninka zdjęła fartuch i przywitała się z nim. – Nie przeszkadzam – rzeźnik wypchnął dziewczynę i zatrzasnął drzwi. Usiedli nad glinianką. Za groblą Borek nęcił ryby kartoflem. Ugniatał małe kulki i rzucał na wodę. – Ja bym tak nie mogła – powiedziała Ninka – siedzieć, siedzieć i ciągle patrzeć w wodę. – Ja też – przytaknął Kwiaciarz. Z przeciwległego brzegu ktoś skoczył w wodę. Pokazały się białe bryzgi. – Delfinem zasuwa – szepnął Kwiaciarz. Pływak zbliżył się do grobli. Borek wrzasnął nań ze złością. Pływak oddalił się, rozgarniając wodę ostrymi wyrzutami ramion.

– Płoszył mu ryby – objaśnił Kwiaciarz. Ninka od rzeźnika przypatrzyła mu się uważnie – ostry profil, szczęki zarastały gęstą, czarną szczeciną. Kwiaciarz owinął na dłoni suchą trzcinę. Szarpnął. Trzymała się mocno. Sczerwieniał i przechyliwszy się do tyłu, pociągnął. Ustąpiła; łamał na małe kawałki. – Jak chcesz... – rzucał w wodę te kawałki, pokazały się koła na spokojnej, gładkiej powierzchni. Przymknął oczy. – Jak chcesz – powtórzył niewyraźnie – to możem chodzić ze sobą. Ninka od rzeźnika znów przyjrzała mu się dokładnie. Obciągnęła na kolanach sukienkę. – Dlaczego nie – odpowiedziała. * * * Szef przypatrywał się wystawie. – Same pąki. – Był zadowolony. – Dobrze wygląda. Zza przepierzenia dochodziło pogwizdywanie. Benek Kwiaciarz szykował wiązankę dla najmłodszego z Jelonkoszczaków. Szef odchylił zasłonę. – Ładnie wychodzi – pochwalił. – Akurat dla kumpla. – Udało się – przyznał Benek. Poprawił zieleń w wiązance, mocniej podwiązał drutem. – Tobie też przydałaby się baba – rzekł szef. – Kobita!? – w oczach Kwiaciarza błysnęło niedowierzanie. – A sam pan wiesz najlepiej, ile mogą krwi napsuć. – Usiadł w kucki, zapalił papierosa. Ta pańska – ściszył głos – przecież łachudrowata porządnie była. – Łachudrowata, nie łachudrowata – szef przykucnął obok niego. – To nic. I tak... zresztą... – urwał i posmutniał. Benek ostrożnie powiesił na ścianie tę ślubną wiązankę dla najmłodszego z Jelonkoszczaków. – Zawsze to dla kumpla – rzekł. – Musi dobrze wyglądać. * * * Przez lufcik dolatywał głos matki: – Obrzydliwość! Kwiaciarz wysunął głowę. Zobaczył Wasiakową. Odstawiła kubełek z wodą, pociągnęła matkę za rękę. Skarbeńko kołysał się w drzwiach, coś pokrzykiwał do kobiet. Pies Dziadek

podniósł łeb i szczeknął krótko. W samym kącie podwórza żona Rudego trzepała kołdrę. Pochyliła się nisko. Wiatr podniósł sukienkę, odsłonił nogi. „Niezła” – przypatrzył się Kwiaciarz. Ukazał się Rudy. Odsunął swoją i sam zabrał się do trzepania. Machał wściekle. Wzbijał kurz. „Ten Rudy to nawet nieźle ze swoją”. – Benek gwizdnął po gołębiarsku na palcach. Rudy obejrzał się i pogroził mu z uśmiechem. Z pracowni Skarbeńka dochodziło monotonne terkotanie singera. Kwiaciarz zawiązał krawat, obejrzał się w lustrze, lekko przekrzywił czapkę. Ubrał się świątecznie w tenisowy garnitur i wiśniowe buty z potrójnym szyciem. – Tabaka – szepnął, zawiązując sznurowadła – tabaka. – Rozmyślał o Nawiślaku. „Wielki spec. A swoją kobitę ma brzydką... Przecież – uznał – lepiej nie brać się do baby nachalnie, tylko poczekać... A później – uśmiechnął się miękko – będzie tego jak miodu...”. Całkiem wyraźnie widział czarną Ninkę od rzeźnika. Przeszedł się kilka razy w poprzek pokoju. Buty były trochę przyciasne, uwierały w palcach. Na razie – postanowił – wcale nie będę na to leciał...”. Na schodach minął się z matką. – Do miasta skoczę! – krzyknął już z dołu – kupić jakiś ciuch. Bo stare już wszystko... Matka na progu pokiwała głową. * * * Przez chwilę nie wierzono. Ze wszystkich okien wychyliły się głowy. – On!? Kwiaciarz!? Benek!? – powtarzano w zadziwieniu. – Bujda! – rozległ się czyjś ochrypły głos. – Tak. Wpadł. Jak pragnę Boga – gorączkowo mówił najmłodszy z Jelonkoszczaków. – Trup na miejscu. Widziałem. Wyległa cała kamienica. I pies Dziadek poszczekując, pobiegł za nimi. Pędzili ścieżką wzdłuż toru, minęli obejście Millera. Mężczyźni pierwsi znaleźli się na miejscu. Nie skłamał najmłodszy z Jelonkoszczaków. Przy telegraficznym słupie zobaczyli ciało Kwiaciarza. Przykryty był papierowym workiem po cemencie. Szerokimi plamami zakrzepła krew. Dobrze widać było świąteczne, z potrójnym szyciem, buty. – Jego buty – mruknął ktoś. Satynowski ostrożnie uniósł rąbek papierowego worka.

– Paskudnie wygląda – westchnął. Nasunął papier na twarz Kwiaciarza. Z wagonów stojącej WKD-owskiej kolejki wysiadali ludzie. Mały w konduktorskim mundurze powiedział ostrym głosem: – Wracał z miasta zaprawiony porządnie. Zasnął na schodkach i wypadł. – W takim biegu – odezwał się Todek. – W takim biegu... – I paczkę jakąś miał – przypomniał sobie konduktor. Wrócił do wagonu, ukazał się po chwili z zawiniątkiem pod pachą. – Trza by ciotce. – Nawiślak wyciągnął rękę. – Oddam. – Jak przyjdzie, to się odda – konduktor poruszył przecząco głową. Wkrótce nadbiegły kobiety. Pierwsza Wasiakowa. Ostrożnie zerknęła na trupa, przymknęła oczy. Matka Kwiaciarza przecisnęła się między ludźmi. Konduktor wetknął jej w rękę zawiniątko po zmarłym. Stała z nisko opuszczoną głową. Milczała. Spoglądano na nią ciekawie. Ustały szepty. Zawarczał motocykl. Przyhamował ostro. Wzbił się tuman ceglastego kurzu. Przyjechali milicjanci. Ten w konduktorskim mundurze podbiegł do nich, gestykulował z ożywieniem. Matka Kwiaciarza dziwacznie wysunęła rękę, trzymała ją nieruchomo przed sobą. Kobiety westchnęły znacząco. – No, no, Nawiślakowa. – Wasiakowa trąciła ją lekko w plecy. – Starczy już. Trzeba przygotować wszystko – powiedziała grubym głosem – oporządzić go jakoś, Panie, świeć nad jego duszą... Matka Kwiaciarza uniosła głowę, twarz miała małą, pomarszczoną i bardzo cienkie usta. Wasiakowa ujęła ją mocno pod rękę, tak przeszły między ludźmi. Oglądano się za nimi. Zniknęły za zakrętem ceglastej drogi. Ta nowa z przeciwka zakryła oczy. – Młody – szepnęła – taki młody. – Za dużo zaprawiał – posłyszała miękki głos za plecami. Obejrzała się. Fryzjer Zygmunt wysunął przymilnie szczękę, obciągnął marynarkę. – Bardzo pani współczująca – powiedział. Przysunął się do niej. Uśmiechnęła się blado. – Za dużo, za dużo – przytaknął Skarbeńko i rzucił niespokojne spojrzenie na trupa. – Rozejść się! – zabrzmiał surowy głos Władka milicjanta. – Rozejść... Nie ma na co patrzeć. – Pójdziem – rzekł Nawiślak. Z zainteresowaniem spojrzał na tę nową z przeciwka. – Lubiłem go – Czesiek Rekin wyciągnął amerykany. Zapalili i poszli gromadką. Marynarz, Todek, Rekin, furman Satynowski i Nawiślak Olek. Jeszcze tylko Maryśka pochyliła się nad trupem.

– Przystojny był – chusteczką przetarła oczy. – Taki murzynowaty, żydowaty, trochę jakby Mulat... Władek milicjant pokiwał głową. Wiatr szeleścił papierowym workiem okrywającym ciało Benka Kwiaciarza, odsłonił kawałek ucha ze strużką czarnej, zakrzepłej krwi. * * * Po pogrzebie Nawiślak Olek zaprosił wszystkich do „Zdroju”. Zgodzili się chętnie. Dzień przecież był chłodny z dokuczliwym wiatrem. Zmroziło ich porządnie. Tylko czarna Ninka wzbraniała się trochę. – Nie mam czasu – szepnęła. – A i nie znam nikogo. Nawiślak ujął ją za łokieć i otworzył drzwi „Zdroju”. Rozsiedli się w pierwszej izbie. Było tu cicho i ciemno, trochę dziennego światła sączyło się przez zabite dyktą okno. Nie było nikogo, tylko Wujcio, skulony nad pustą ćwiartką, powtarzał coś bełkotliwie. Furman z Marynarzem wypchnęli go za drzwi. Opierał się trochę w progu, ale zaraz przysiadł na stopniach. Basia, kelnerka, parsknęła piskliwym śmiechem. – Fajnie – Nawiślak rozejrzał się wokoło – fajnie... Kulawy harmonista przerwał drzemkę, szybko uniósł harmonię i przesunął kciukami po klawiszach. Popłynął długi, żałosny ton. – Nie graj! – krzyknął Nawiślak. – Zaraz dostaniesz zaprawić, ale nie graj. Pochowaliśmy dziś Benka. – Czarna Ninka westchnęła ciężko. Kulawy harmonista przymrużył oczy. – Znałem, znałem – powiedział płaczliwie. Podsunął im swoją szklaneczkę i szepnął jakby do siebie:– Przychodził tutaj często. Basia, kelnerka, przyniosła wódkę, śledziowe sałatki i piwo. Z zaciekawieniem przyjrzała się czarnej Nince; zwróciła spojrzenie na Nawiślaka i lekko poruszyła głową. Nawiślak przysunął swoje krzesełko do czarnej Ninki. Od początku już spodobała mu się ta dziewczyna. „Niezgorsza” – zatarł dłonie. Pochwalił gust Benka Kwiaciarza. Pierwsze wódki wypili w milczeniu. Ninka wymawiała się od picia. – Trzeba do końca. Wódki nie można zostawiać – powtarzał Nawiślak. Chłopaki z kamienicy przytaknęli z powagą. Wiedzieli, o co mu chodzi. Todek poszperał w kieszeni, pod stołem przeliczył papierki. – Stawiam następnego – oznajmił burkliwie. Marynarz i furman Satynowski dołożyli się do tego następnego litra. – Dla pani kolorowa – zażądał Nawiślak.

Basia, kelnerka, przyniosła ratafię. Czarna Ninka z torebki wyjęła lusterko, z uwagą obejrzała policzki, przypudrowała nos. – Już czerwienieję – powiedziała. – Za dużo. Nie lubię tak ciągnąć, bo zaraz robię się czerwona. – Jednak wypiła. „Aby podlać trochę gorzały – uznał Nawiślak – a później...”. Oczy mu zabłysły cygańsko, delikatnie pogładził ją po dłoni. Cofnęła rękę. Todek zachichotał złośliwie. Nawiślak przysunął się jeszcze bliżej i szeptał z ożywieniem. Wpatrzył się w karczek dziewczyny, widoczny w wycięciu sukienki, i pasemko czarnych, falistych włosów. Przy stole rozprawiano głośno. Pochlali się już wszyscy porządnie. Nawiślak ocierał spoconą twarz, chciwie palił papierosy i mówił do Ninki nieustannie. Nagle zauważył, że dziewczyna nie słucha go wcale, zapatrzona przed siebie. Zmarszczył czoło, odsunął się z krzesełkiem. Naprzeciw dziewczyny siedział Todek i też patrzył na nią. Nawiślak zacisnął palce na krawędzi stołu. Ogarnęła go złość. Ninka nie spuszczała spojrzenia z Todka, a nawet uśmiechała się nieznacznie. Nawiślak pochylił głowę. Pod stołem dojrzał nogę Todka wysuniętą daleko. Przygniatał łydkę dziewczyny. Nie drgnęła nawet. Todkowi żyły grubo wylazły na czoło, uniósł kieliszek i coś powiedział do niej, przekrzykując wrzawę. Poprawiła włosy, palcem rozdzieliła na czole rzadką, śmieszną grzywkę i też podniosła swój kieliszek. Nawiślak zgrzytnął zębami, chciał kopnąć Todka w ten nowy, błyszczący but. Ale tylko skrzywił usta dziwacznie, jakby ze smutkiem. „Lepszy ode mnie, lepszy” – pomyślał. Zaraz też twarz mu się rozpogodziła. „Widać lubi ona bykowatych – uznał – przecież Benek też był taki”. Przechylił się po pijacku, obwisły mu usta, włosy kosmykami dotykały stołu. Z tej sennej drętwoty wyrwał go donośny głos Todka. W zdziwieniu zamrugał powiekami. – „Hankę”! – krzyczał Todek do harmonisty. – Wal „Hankę”! „Hankę”... Kulawy poderwał się, nałożył szybko pasy i przesunął dłonią po klawiszach. Popłynęły dźwięki tej smutnej pieśni o miłości. „...Hanko, twe ciało słodko pręży się, wygina... Hanko, niechaj przeminie ból i gniew...” – zanucił Todek, twarz miał głupawą i łapczywie patrzył na czarną Ninkę. – To moja piosenka – łokciem podparł brodę i uśmiechał się radośnie. – Moja. Piękna! – Ładna – przyświadczyła Ninka. – Bardzo ładna. Todek rozchylił usta. „Lepszy ode mnie” – jeszcze raz pomyślał Nawiślak i uniósł szklaneczkę. – Pijmy – powiedział.

Chłop, który zmarniał Mówiąc uczciwie, to już od dawna na niego czekano. Był przecież z Powiśla, a w dodatku chłop charakterny i duży fachowiec. Tak więc jego nieobecność odczuwali wszyscy tutaj. Lubiono go i szanowano. Nawet najstarsi stąd mówili, że tacy jak on zdarzają się tylko raz na jakiś czas. – Tak, tak... – pogadywali, ćmiąc papierosiska. Pamięcią sięgali aż przed pierwszą światową i tam dopiero znajdowali podobnych do niego. Ale i jemu powinęła się noga. Władował się paskudnie. Płynęły miesiące, zbijały się w lata, a on wciąż siedział. Na Powiślu powyrastało już niemało nowych złodziejaszków, starsi zaś po kilkakroć wpadali do „puszki” i wychodzili z niej, na ulicach pojawiły się nieznane kurewki. – Wiele więc się zmieniło. Wybuchały też nowe afery. Żadna jednak nie była na miarę jego wyczynów, po prostu do tego trzeba artysty. Jego dawni wspólnicy wzruszali ramionami, krzywili gęby i mruczeli: – Ładny skok, wiadomo, że ładny... ale... – Przerywali i cmokali znacząco. Rozumiano ich – nie takie roboty z nim bywały. Znowu gdy ktoś pękał w robocie lub ją paskudził, mówiono tylko: – Ho, ho, gdyby był on! Taki popapraniec czerwieniał wtedy i brał te kpinki porządnie do serca. Na małych uliczkach: Zagórnej, Szarej, Dobrej, jak dawniej, zbierali się przy bramach mężczyźni, popijali porter mieszany z wódką, gawędzili o udanych i nieudanych robotach, czasem wybuchała kłótnia: tłukli się łbami lub brali pod obcasy. Kobiety wyglądały z okien, wybiegały ze studziennych podwórek. Niejedna pomyślała sobie, że jednak jak był stary Wrotek, bo starym go nazywano, nie wiedzieć skąd, to nikt, tak jak on, nie potrafił rozdzielić bijących się albo pogodzić ich. Jedno słóweczko wystarczało. – Swojacy! – powiadał. Słowu temu różne odcienie nadawał – od syczącej pogardy do dumy wysokiej. Rozchodzili się przeciwnicy, mamląc w zębach przekleństwa. Co bystrzejszy zauważył też, że od czasu, gdy Wrotek wpadł, wiele się

zmieniło tutaj na gorsze. Wspólnicy sypali się, robili przewalanki – i tak też bywało, a kapusie chodzili bezpiecznie i nikt im nie dawał wycisku. Wszyscy starsi stąd, a więc Tadek Goryl, Wygibus Lolo, Belka, Karaluch i inni uważali, że coś się popsuło. Zastanawiali się, fałdując czoła. – No jasne – dochodzili do wniosku. – Po prostu brakowało starego Wrotka „Wampira”. A zawsze przecież musi być ktoś taki, w kogo wierzą wszyscy i naśladują. „Wampirem” go zwano, bo rudy był, wampirowaty z gęby... Zachodzili po takich smętnych rozważaniach do jego kochanicy, Mańki Zając. Dopytywali o niego. Patrzyli na tę babę z szacunkiem. Rosła, szeroka w biodrach, o śniadej cerze. Trzymała się ładnie i młodo. Głos miała niski, groźny i tłuc też potrafiła, po męsku. Jego kobita. Dbał niegdyś o nią. Chodziła ubrana jak dama, pachnąca najdroższymi perfumami. Niejedna z bab zazdrościła tej Mańce Zając. Przecież kiedyś też łaziła na róg jak inne, dopóki nie wpadła w oko Wrotkowi, znaczy się „Wampirowi”. Wziął ją na metę pewnego wiosennego wieczoru, takiego kiedy nawet najtwardszy chłop wzdycha za babskim ciałem. Popili porządnie, przespali się razem. Mogła to być zwykła noc, nieraz już brali ją swojacy do łóżka. Uważała więc, że rankiem będzie koniec z tym wszystkim. A prawdę mówiąc, spodobał się jej ten chłop czterdziestoletni, o rudych, twardych, mocno zbitych włosach. Jednak o świcie Wrotek ujął ją lekko pod brodę. Uśmiechnął się surowo i powiedział: – Jak chcesz, to zostań. Wytrzeszczyła ślepia w radości i zdziwieniu. Została. Dobrze żyli sobie, innych kobiet nie uważał i każdy męski głód gasił u niej. Niekiedy wytłukł ją porządnie, gały popodbijał, lecz żalu za to nie miała. Nawet lubiła spoglądać przez łzy na tego wielkiego chłopa, który klął wymyślnie i zgarniał ją za kłaki, włócząc po podłodze. Gdy wpadł, posmutniała, pisywała doń koślawym pismem listy, zaczynała od „Skarbeczku mój jedyny”. Wyczekiwała. – Wrotkowa baba – mówiono o niej w tamtych czasach. Opowiadała dokładnie kumplom o miejscach jego więziennego pobytu. Pierwsze były więc Strzelce Opolskie. – Izolatki – wyjaśniała pochmurnie. Kiwali współczująco głowami, „Izolatki”, znali to dobrze – asfaltowa podłoga, mroczna cisza i surowi, pedantyczni klawisze. – Ale co to dla niego – pocieszali – przeżyje, przeżyje! – Widzieli doskonale tego chłopa rosłego w ciemnej pojedynce. Lata rozbuchanym krokiem i dogryza

paznokcie. Jej oczy ożywiały się, jakiś ciepły, głęboki blask w nich drgał. Wpatrywała się w okno. – Co to dla niego... – powtarzała po chwili przeciągliwie. Potem Sztum, Rawicz... i od jesieni, tej deszczowej ubiegłego roku, przestali zachodzić do Mańki, a na jej widok spluwali z pogardą. Szła, kołysząc się wdzięcznie, duża w zadku, ciągle młoda, sucza jej mać. Starannie rozcierali butami ślinę. Zgrzytał piach. Puściła mu się, żeby jeszcze po cichu, zrozumieliby na pewno – wiadomo, że trudno wytrzymać babie w samotności. Niejeden z nich, jego kumplów, dogodziłby jej, trochę z namiętności do niej i z życzliwości dla niego, Wrotka „Wampira”. Ale ona, bladź postajemska, puściła się na całego. Zapomniała o wszystkim. Przypadł jej do gustu Szkatuła Kazek, czarnooki alfonsiak. Przyciskała się do niego, łasiła jak kocica. A on spoglądał wokół dumnie, z niedbale przylepionym do wargi papierosem. Syty, pewny siebie i baby swojej. Łazili zawsze razem, nawet gdy wychodziła na ulicę – on czekał w bramie. Cień długi, z pozoru bezkształtny, i jarzący się ognik papierosa. Obstawiał ją, żył z jej trafunków. – Frajerskim kitem karmiony! – ciskano weń jak kamieniem. Szczerzył w wrednym uśmiechu żółtawe, rzadkie zęby i nic się nie przejmował. Tadek Goryl, ten szpetny z wyglądu, co to na niejedną robotę z Wrotkiem chodził, próbował przemówić Kazkowi do rozsądku. – Wpadłeś na minę – tłumaczył – powiadam ci... na minę, przecież on flaki ci wypruje! – Dobra, dobra – rechotał Szkatuła Kazek. I obmacał ją, tę Mańkę, spragnionym, wilgotnym spojrzeniem. Goryl pomarszczył w zdziwieniu swą fałdowatą z krostami gębę. Wyglądał wtedy poczwarnie i głupawo, nos świecił mu się tłusto, obwisły i wygięty jak faja. Nagle westchnął i przymrużył oko. „Ostrzegałem – pomyślał. – Charakternie ostrzegałem. Zawsze to chłopak z Powiśla”. Odszedł zamyślony uroczyście. Ona zaś przywarła do Kazka szczelnie, jakby im nocy nie starczało. Całowali się długo. Podpatrzył ich Mietek z Zagórnej, przygryzł wargi i postanowił krótko: „Kiedyś taka łasa, to i ja se ulże!”. Odtąd zglądał za nią z ogniem w środku. Zaszedł wreszcie tę Mańkę po ciemaku w wiklinach nad Wisłą. Prała bieliznę. Spróbował przewrócić, przygotował się już zawczasu, lecz ta wywłoka dała mu w gębę na płask tak mocno, że zachwiał się, i zwiała.

Postał chwilę, gęba piekła, zapalił papierosa. – Ty szmato! – chrypnął na ostatek w zawiesistą czerń nocy. Tajemniczo szemrały trzciny, od wody szedł chłodny powiew. * * * Zrozumiano powszechnie, że nic tu nie pomoże tłumaczenie – będzie dintojra. Tak. Na pewno dintojra. Inaczej stać się nie może, gdyż Wrotek ma złodziejską, a nie zwykłą krew. Zapadnie noc, jak przed wojną, blada, z poszczerbionym księżycem, przepaścisty wąwóz ulicy, błysk kosy, potem krótki, rozpaczliwy krzyk i wyprute, spływające posoką flaki. Najstarszy z urków Czerniakowa, zramolały Kundziel, zwany Dziadkiem, zwijał w trąbkę ucho i łowił rozmowy przy odrapanym gołębniku. Odległa młodość wypełzała na pomarszczone oblicze tego starucha, ożywiała załzawione oczy. – Jak za cara! – mruczał. – Jak za cara! Wspominał karmańszczyków, złowrogie porachunki na Mostowej, przy zbiegu tej uliczki z Rybakami. Głos miał nikły, porwany, ale w takich chwilach dźwięczał on mocniej. – Czarna Mańka, zapomniane meliny, i krew, dużo złodziejskiej, zapalnej krwi... Ten Wrotek, tak jak tamci, dawno pogrzebani, towarzysze jego młodości. Dziadek dreptał na obiad pełen nadziei i wspomnień. Cała paka stąd wciąż jeszcze rozprawiała przy gołębniku. Zasychało w gardle, biegali do monopolowego. Oznaczali palcem na butelce swoje działki i wypijali zachłannie za pomyślność tych wielu spraw, które Wrotek będzie musiał rozstrzygnąć. Zmierzchało. Cień biegł od odrapanych kamienic. W bramach gęstniała smrodliwa czerń. Na balkonach kołysały się płachty suszonej bielizny. Tu i tam babskie głosy przenikały ciszę. Na rogach ulic sylwetki mężczyzn skrywał wieczór. Szepty stłumione leciały od tych gromadek. – Lewarek – brzmią pojedyncze, dziwaczne słowa. – Tylko lewarek! Bez zeksu... Na parasol. Znów rozprują gdzieś spółdzielnię, wykotłują mieszkanie obrosłego w dobytek faceta lub... Noc pełna niepokoju. Nie wszystkie matki i żony zasną twardo. Będą czekać na swoich. Twarze wlepione w szyby, oczy zapatrzone w migotliwe światełka miasta. Ranek przyjdzie szczęśliwy lub z płaczem. – Położył się mój – powie któraś z kobiet żałośliwie. – Klops – przytakną obojętnie mężczyźni. I złożą się na butelkę. * * *

Wieść o nim, która przyszła ostatnio, była pewna i radosna. Odsiadywał już ogon swego wyroku. W Siedlcach. Na dniach miał wyjść na wolność. Z nowiną przybył do nich złodziej niemłody i znany. – Razem pod jedną celą – powiedział. Ciekawi byli, jak tam mu się siedzi. – Ano, ano – mruknął, i nic nie dodał. Nie dopytywali, bo i po co! Gdy wróci, sam im powie. Ten chłop postał jeszcze chwilkę i wskoczył w tramwaj skręcający w Książęcą. Zgrabnie wsunął się na pomost, zniknął wśród ludzi. Doliniarz. Spozierali za odjeżdżającym tramwajem. „Jego fach – zapewne pomyśleli zgodnie – kieszeń, to śliski chleb”. Z mydlarni wyszedł Ojczenasz. Szedł chyłkiem pod murem. Za kapotą tulił denatur. – Najlepsze – powiadali zawsze. – I najtańsze na pragnienie. Uśmiechnęli się doń przyjaźnie. Lolo Wygibus potarł zarośnięte policzki. – Wyjdziem po niego – rzekł. – Pewnie – zgodził się cherlawy Karaluch. – Tylko trza z flaszką. – Zamyślił się. Szykowali się na jego przyjazd uroczyście, tak jak wypada przywitać starego, cenionego wspólnika. O zmierzchu wszyscy na Powiślu wiedzieli już o jego bliskim powrocie. Przy gołębniku długo o tym gadano. – W Odessie, a było to za Mikołaja... – zaczął Dziadek, ale postawili mu piwo i zaraz zapomniał... Winerki gruchały, namiętnie dopominając się o groch, ale Gaduła też się zasłuchał z rozdziawioną gębą. Ściemniło się już porządnie, a oni wciąż siedzieli na skrzynkach. Wilczo błyszczały oczy. – To ci heca! – zacierał ręce Synek. – To ci heca! Strofowali go wyrozumiale. Był z nich najmłodszy. Ale wszyscy ciekawi byli, co stanie się z Mańką i Szkatułą Kazkiem. Rzadko ich teraz widziano na tej ulicy. – A w ogóle... – Dziadek ocknął się niespodziewanie – czasy były kiedyś i lepsze, i gorsze. Na ten przykład, trypra nie tak łatwo leczono... Zaśmiali się, postawili mu jeszcze jedno jasne. – Heca – powtarzał Synek. – Żadna tam heca – rzekł wreszcie Karaluch. – Załatwi się z nimi jak trzeba. – Wykonał szeroki, kosiarski ruch ręką. Inni przytaknęli z powagą. * * *

Przed południem wybrali się całą paką na pociąg. Był Balon, ten ze szramą, młody, a już siwy, Zakapior, Goryl, Lolo i Karaluch. Sami starzy kumple. – Cztery lata – odezwał się Karaluch – cztery lata. – Głos jego brzmiał rozciągliwie, jakby obejmując miniony szmat czasu. Poruszył bezgłośnie wargami. Spoglądali nań z uznaniem, boć przecież najlepszym był Wrotka kumplem. Zatrzymali się przed wystawą. Kupili świeżutką, różową szynkę i ogórków do tego kilka. Kobiety wychylały się z okien. – Poszli po niego... – gadały. – Po niego! – W zastanowieniu wycierały w fartuchy dłonie. Przed dworcem przystanęli. Czekali, spacerując wzdłuż płotu. Chodzili milczący, poważni. Śledzili z powagą przyjeżdżające pociągi. Głos z megafonu oznajmił przybycie pociągu z Siedlec. Karaluch przysłonił dłonią oczy. Mały Lolo podniósł się na palcach. Wpierw pokazały się babiny z tobołkami, roześmiani wojskowi, bileter pokrzykiwał za kimś. Wreszcie... poznali go z daleka. To był Wrotek zwany Wampirem. Szeroko stawiał nogi. W pomiętym ubraniu, spodnie obszarpane. Nie dostrzegł ich, gdyż głowę trzymał nisko. Karaluch zaszedł z boku i walnął go z rozmachem w plecy. Drgnął, zgarbił się jeszcze bardziej i dopiero po chwili podniósł głowę. – Siemasz! – wykrzykiwali radośnie. – Siemasz! – Potrząsali mocno jego dłonią. Coś jak namysł pofałdowało twarz Wrotka. Pozostał z półotwartymi ustami. Patrzyli bacznie na gębę, była ta sama, tylko jakaś zatarta, mglista. Bruzdy ryły ją głęboko i przybyła też obwisłość przedtem obca tej surowej twarzy. Rude, krwawo dawniej błyszczące włosy zrzedły teraz i straciły na połysku. Przeczesywał je rozstawionymi szeroko palcami. – Gites, gites... – cmokali. – Czekaliśmy na ciebie – dorzucił Wygibus. Wrotek pokiwał tylko głową, mruknął coś, ale nie zrozumieli. Rozglądał się ukradkiem, mrużył oczy. „Pewnie zmęczony – zafrasował się Karaluch. – Droga przecież daleka i ciurma ciężka”. Idąc, dostrzegli trójkątny placyk, cichy, zawalony stosami desek i cegieł. Tam się rozsiedli. Odbili flaszkę. Pił pierwszy. Zakrztusił się i wytrzeszczył oczy. Pokiwali wyrozumiale głowami. Tyle czasu to i niezwyczajny. Szynkę jadł łapczywie, mlaskając. Podtykali, sami pili pod papierosa. Dawno nie jadł czegoś takiego. Znali tę chciwość. Sok z ogórka ściekał mu po brodzie. Ożywił się nieco, pochwalił zakąskę, jednak oczy ciągle były przygaszone, wodniste.

Zjadłszy, nisko pochylił głowę, ręce splótł na kolanach i milczał. Zmieszali się trochę. Zakapior pochrząkiwał zakłopotany. Karaluch gładził pustą już butelkę. – Wszystkie chłopaki... – Lolo Wygibus przerwał ciężkie milczenie. – Wszystkie chłopaki – powtórzył – czekają na ciebie... Bo z tobą... – Urwał i zapatrzył się w wysoki stos cegieł. Wrotek nawet nie uniósł głowy. Nagle, jakby budząc się, wymamrotał śpiesznie: – Tak, tak. – Wśród rudych kłaków gdzieniegdzie pokazywały się siwe, a na skroniach nawet znaczyły się całe pasemka. – Zmarniały trochę – uznał Karaluch. Podczas tej pierwszej rozmowy nic mu o Mańce Zając nie powiedzieli. Karaluch znacząco przytknął palec do ust i mrugnął do kumplów. Uśmiechnęli się ze zrozumieniem. Wymęczony, po co o tym gadać. Na „kimę” zaprosił go Karaluch. – Możesz parę tygodni – powiedział stanowczo. – Dam radę... Jego kobita skrzywiła się niechętnie, jednak zobaczywszy minę Karalucha, zasznurowała usta. – Kumpel... – warknął. – Nie ma gdzie... A u nas kąt się znajdzie. Zrobili mu posłanie. Karaluch wytaszczył pierzynę. – Żeby miękko – mruczał łagodnie. Usłał sam, przyklepując starannie. Wrotek tkwił przy oknie. „Przypomina – pomyślał Karaluch. – Znajome kąty przypomina...”. Wstrzymał oddech, spoglądając na swego kumpla. Potem trącił go z lekka. – Może wyjdziem trochę – odezwał się niepewnie. – Do znajomków. Czekają. Lecz stary Wrotek, zwany Wampirem, nie chciał. Adelka parsknęła złośliwie. Karaluch dopiero po kilku minutach posłyszał cichy, chropawy głos kumpla. – Można kiedy indziej... Pokiwał zgodnie głową. Jednak Wrotek i później też nie kwapił się do wyjścia. Wylegiwał się na wyrku długo w dzień, a wieczorem zwykle przylepiał twarz do szyby. Był niemowny, cichy i jakby zastrachany. Jadł natomiast za dwóch i przy żarciu wyraźnie widać było, że to cieszy go najwięcej. Oczy pobłyskiwały, mlaskał i broda ociekała mu tłuszczem. Karaluch, umykając przed spojrzeniem swej baby, podsuwał kumplowi kopiaste porcje. – Żarłoczny – dziwił się trochę. – A przecież nigdy nie był na to łasy... Baba sarkała, patrząc ukosem na zapchaną gębę Wrotka. – Wie, co dobre – syczała. – Najlepsze opycha... Szturchał ją w plecy Karaluch. – Nie podskakuj – mówił groźnie. – Podreperować się musi – dodawał. –

Wyskoczymy razem w miasto, a wtedy! – Uśmiechał się przymilnie. Jednak jej twarz pozostawała nieprzyjazna i zła. Po jedzeniu siadywał Wrotek przy oknie, podkulał nogi i tak zamierał na całe godziny, nieruchomy, wielki w mroku kształt. Ręce kładł pod brodę, czasem, ale rzadko, wzdychał dziwacznie. Karaluch zapalał papierosa. Zbierał myśli. Próbował zagadać, lecz jakoś mieszała go, widoczna teraz profilem, twarz wspólnika. „Dziwna – zastanawiał się. – Dziwna...”. Drażniły go wtedy hałaśliwe odgłosy dobiegające z kuchni. Klął Adelkę szeptem. Balon, Lolo Wygibus, Goryl, cała zgraja – czekali na jego o Wrotku zdanie. – Co z nim? – pytali raz po raz. – Nic – warczał krótko. Dziwili się, bo to nie leżało w Wampira zwyczajach. – Nic! – powtarzali głupawo – nic! – O nią nie nagabywał? – odezwał się Wygibus. – Ani słowa... siedzi, żre, przewraca się na posłaniu, a o swoją kochanicę nie zapyta nawet jednym słowem. – Gryzie go to na pewno – uznał Zakapior. Postanowili opowiedzieć mu o wszystkim. Kupili flaszkę, coś na ząb i zeszli się do Karalucha. Wrotek siedział akurat przy lusterku, obmacując gębę. Wypili kolejkę. Karaluch przełknął głośno ślinę i zaczął opowiadać. Spoglądali na Wrotka uważnie. Lusterko przykrył wierzchem dłoni. – I jego wina też niemała – dorzucił na ostatek Karaluch. – Bo przecież gdy chłop nie chce... Cisza... Tylko Balon sapał jak zwykle po wypiciu. – Jego! – powtórzył jak echo Wrotek – jego! Zdziwienie zabrzmiało w tym głosie. Wytrzeszczyli ślepia. – Jasne – powiedział Balon. – Jego, znaczy się, Szkatuły Kazka! Wrotek starannie obdzierał ze skóry kiełbasę. Popatrzył na nich niepewnie i bąknął: – Ano... tak, dobra była z niej kobita. Dobra. – Zabrał się do jedzenia. Zmierzchało już, z okna widać było tylko grube kontury gołębnika i wiechy parkowych drzew. Stary Wrotek kołysał się na krześle. Wyszli po cichutku, ostrożnie zamykając drzwi. W sieni ogarnął ich kwaśny zapach stęchlizny. – Cholera! – warknął któryś. – Cholera! – powtórzył. Skrzypiały schody.

* * * Dni nastały słoneczne, rozpalone. Z murów bił żar. Wychodził Wrotek przed dom. Rozglądał się ostrożnie, kierował się spacerkiem w stronę Wisły. Za ostatnim spaleniakiem siadywał na porośniętych trawą gruzach. Zdejmował buty, wyciągał się w cieniu. Nierzadko zbierali się przy nim młodzi. Spoglądali zachłannie – dużo o nim słyszeli. Zrazu nieśmiało, z odległości. A potem przysiadali już zupełnie blisko. Przynosili gorzałkę. Nie odmawiał. Dopytywali o co lepsze roboty, które miał za sobą. Kulił się i zbywał ich frajerskim słowem. Ośmielił ich do reszty swoim sflaczałym, wcale nie kozackim wyglądem. Rozzuchwalili się. – Wielkie mi ojlochy – zakpił kiedyś olbrzym Saszka. – Innym nie takie wychodziły! – powiedział wyzywająco. Mrugnął do kumploszczaków. – A mój klawisz to dorsz! – wykrzyknął chełpliwie. – Hm, hm – chrząkał zakłopotany Wrotek. Mrużył w słońcu oczy, przygarbił się. Rozśmieszył ich. Saszka rozkraczył nogi i rechotał długo. – Rozkleiłeś się, stary – powiedział tchórzliwy Synek. Wtedy ten stary złodziej uniósł głowę. Drgnienie przeleciało przez jego twarz. Synek odsunął się śpiesznie. A Wrotek tylko uśmiechnął się głupawo i poprosił o papierosa. Zatrzeszczały łamane gałęzie. Zza krzaków wynurzył się pijany Ojczenasz. Jak ślepiec dotarł do nich i zajęczał żałośliwie: – Nie pomogło, nie pomogło... – Grube łzy spływały po ubłoconej twarzy dziadygi. – Nie pomogło? – powtórzyli z udaną troskliwością. Szykowali zgryw. Ktoś strącił mu czapkę. Dławił się płaczem Ojczenasz brodaty i cuchnący. Zapomnieli o Wrotku, który odszedł chyłkiem. * * * Karaluch tarł kark. Był zły i bezradny. W mieszkaniu poruszał się niepewnie, widząc wrogość w ślepiach swej chytrej baby. Na ścianie znaczył się nieruchomo cień Wrotka. Znowu ślęczał przy oknie, sztywny, z wysuniętą głową. – Coś ty taki!? – szepnął chrapliwie Karaluch. – Patrzę – odparł niewyraźnie Wrotek. Nie odrywał twarzy od szyby.

„Co tam widzi? – głowił się Karaluch. – Co tam widzi? Przecież ciemno jak u Murzyna w dupie...”. – Szturchnął go w plecy. – Słuchaj! – zaczął gorączkowo. Gadał długo. Skończył błagalnie. – Na robotę zdałoby się jakąś... Grosiwa trochę... No, nie? Zerknął na Wrotka przebiegle, z uśmiechem, jak dawniej, gdy coś radzili. Wreszcie Wrotek przerwał ciszę pełną wzburzonego oddechu Karalucha: – A bo to dam radę? – wybąkał jakby strachliwie. Ręka Karalucha zacisnęła się na krawędzi stołu. Skrzypnęło coś piskliwie. Wazon zachybotał, chlupnęła w nim woda. * * * Śmiał się cały Czerniaków. – Był kozak – krążyły gadki – nie ma kozaka. A ładna Ulka powiedziała z naciskiem: – I urodę też stracił... Wymalowana, szykowała się do miasta. – Kiedyś... – pieściła słowa – był to mężczyzna. – Wywinęła wargi i spojrzała na szpetnego Tadzia Goryla, który cofnął się o krok. Sposępniał. Z uporem żłobił butem ziemię. – Tobie tylko o to chodzi – rzekł z goryczą. Wskazał na spodnie. – Pewnie – zgodziła się śpiewnie – bo taki chłop to szajs... – Spoglądała kpiąco na Goryla. – E, tam – wykrztusił – e, tam. „Co ty tam wiesz?” – pomyślał smętnie. Zacisnął zwilgotniałe palce. * * * Okrutny dla starych Wrotka kumplów stawał się ten narastający śmiech. Klęli, aż rozlegało się u końca uliczki. Karaluch upijał się w samotności i ciągle widział złe oczy Adelki. Pękata, o twarzy jak kawał mięsiwa. Wzdrygnął się. Bał się swojej i zawsze jej ustępował. – Jego dziadowska mać! – Tak mówiła na starego kompana, Wrotka. Zadzwonił zębami o szklankę. Przełknął łyk. Z rozmachem rozbił butelkę. – Zawsze to szkoda złotówki – posłyszał głos Ojczenasza, który wyszczerzył doń zębiska. – Łachudra! – mruknął Karaluch. Cisnęło mu się jeszcze wiele słów, ale zgryzł je w sobie. * * *

Przed budą Niemowy siedzieli gromadką. Leniwie wodzili wzrokiem za wirującymi ponad domem gołębiami. Niemowa pomachiwał szmatą przymocowaną do tyki i gwizdał niewnikliwie. Gołębie zbiły się w ciasne kolisko. Żółty pies zaszczekał cienko i też zadarł głowę. Przechodzący milicjant zmierzył ich surowym spojrzeniem. Ktoś pozdrowił go usłużnie. Niemowa zagadał piskliwym bełkotem i pochylił się, obejmując kij. Nagle skrzywił się złowrogo i zacisnął pięści. Poruszył nimi kilkakroć. Zrozumieli. – Pewnie – mruczeli. – Ma rację Gaduła. Albo tak, albo tak se ulży i odżyje... – Rozprawiali o tym z ożywieniem. Z tej gromadki wybijał się mocny z chrypką bas. – A zwleka, bo chce lepszej okazji – basowy głos zagłuszył pozostałe. Karaluch oparł się plecami o budę. Patrzył w okna kamienicy naprzeciw. Jego okna na piętrze. W środkowym, wytężył wzrok, dostrzegł mglisty cień w szybie. „Patrzy – pomyślał. – Patrzy taki syn...”. Cień rozpłynął się i nic już więcej Karaluch nie zobaczył. – Załatwi się z nimi, załatwi... – powiedział ktoś z przekonaniem. Karaluch zaklął głośno. Zwrócił ku nim swą nabrzmiałą z sinymi żyłkami na policzkach twarz. Umilkli. Spoglądali nań z uwagą. – Przestalibyście pieprzyć – warknął głucho – przestalibyście... Wytrzeszczyli głupawo ślepia. – Z tego gówno będzie! – wyrzucił szybko Karaluch. – Wielkie gówno! – Zadyszał się, potarł twarz. – On już... – urwał i machnął ręką, a potem drżącymi palcami osadził w lufce papierosa, zaciągnął się chciwie i znów zapatrzył się w swoje trzy okna na piętrze. Wygibus wyrwał tykę Niemowie, zgiął ją, zatrzeszczało drewno. Niemowa skrzywił żałośnie twarz. Wygibus sczerwieniał, chciał coś powiedzieć, ale Karaluch poruszył ciężko ręką. – Wyłącz się – mruknął. – Najgorsze – powiedział cicho – że moja nie chce go trzymać... – Zmieszał się, wyglądał bezradnie i głupio. Milczeli długą chwilę. – Ech, tam – warknął wreszcie Wygibus – najgorsze! Spać to może u mnie. Może – zakończył i splunął. Niespodzianie rozległ się furkoczący szelest, zadarli głowy. Gołębie zniżyły lot i ławą kołowały nad budą.

Złoto Piotr Złociarz mieszka za cegielnią kątem u bogatego badylarza. Właściwie nie wiadomo dokładnie, kiedy się w tym miasteczku pojawił. Po prostu pewnego dnia, ładny kawał czasu temu, ludzie zobaczyli go na wozie beczce, służącym do wywożenia miasteczkowych nieczystości. Skrzywili nosy, usunęli się z drogi i zapewne uznali, że śmierdzi to jak wielka cholera. Wszyscy przywykli do małej, bryłowatej postaci furmana, z którą niezmiennie łączył się pełen świństwa, chlupoczący wstrętnie wóz-beczka. Piotr to chłop milczący, poważny, ze zwieszoną krzywo głową. Lat trudno dopatrzyć się na jego gębie wyschniętej, brązowej i pomarszczonej; jest chyba jeszcze nie bardzo stary, ale też niemłody. Od ludzi z tego miasteczka trzyma się z daleka. Śmieją się z niego, bo „złoto” wozi, a gdy zobaczą go w pobliżu, powiadają, że coś w nosie kręci porządnie. Więc odchodzi Piotr Złociarz jak najdalej, poważny, spoglądający chętniej w ziemię niż przed siebie. Tylko gęba kurczy mu się lekko, plecy drżą trochę i gdzieś w zaciszu zakurzy papierosa. Pali chciwie, ogarek chowa w dłoni, spluwa i rozciera butem ślinę. Wczesnym rankiem, szarówką jeszcze, wjeżdża Złociarz w ciasne uliczki miasteczka. Czarny zwalisty koń o błyszczącym zadzie kroczy stępa. Piotr kołysze się na siedzeniu, przeciera kułakiem oczy i ziewa szeroko. Wóz znaczy drogę mokrym śladem. Piotr zamyśla się gapiowato, papieros mu gaśnie i lejce dyndają po ziemi. Mija kasztany przy ceglastej drodze – nad nimi sterczy okopcony u wylotu komin cegielni. Tutaj właśnie, pod kasztanami, zbierają się pętaki, wypatrują wozu i pokrzykują natrętnie. Dziś też zza rogu wzbił się niespodzianie ostry, dziecięcy krzyk: – Złociarz! Złociarz! Piotr skulił się nieco, napiął lejce; kary szyję ściągnął do tyłu. „Wcześnie wstają pętaki – myśli Piotr posępnie – wcześnie...”. Dziwi się trochę i przygryza wargi. Wóz podskakuje na wybojach, beka dudni głucho. – Złociarz!

Krzyk dobiega z tyłu, wdziera się do uszu natrętnie i denerwująco, potem w krzakach za płotem zdławione chichoty. Gromadka pętaków pomachuje rękoma z bezpiecznej odległości. Piotr nawet głowy nie odwraca, ociera w spodnie dłonie, mocniej ujmuje biczysko i zacina zad karego; występuje na nim niknąca powoli pręga, koń omiata się ogonem po bokach. Złociarzem przezywano Piotra z powodu świństwa, które wywoził wozem beczką. – Cholera – mruczy Piotr jakby do karego. – Cholera... A sami paskudzą. Śmierdziele – powtarza z naciskiem – śmierdziele. Skręca w piaszczystą, prawie wiejską uliczkę. Tu panuje cisza. Jeszcze śpią. Okna przysłonięte. Trawa błyszczy rosą. Wreszcie kończy Piotr ranne wywożenie świństwa z szamb podmiejskich domków. Spluwa w twarde, posiekane dłonie i ostrożnie rozgląda się wokoło. – Dobra jest – bąka sobie – dobra... Rozchmurza twarz. Najlepiej czuje się w tej swojej paskudnej robocie, gdy wszyscy śpią mocno. Z pobliskich glinianek dochodzi wygasające już kumkanie żab. Nad akacjami wiszą gęste, mleczne mgły. W bramie pekinu mignęła chłopięca postać z wędką. Piotr ocknął się z zadumy i strzelił z bicza. Strachliwe drgnienie przebiegło pod skórą karego. Chłopak znikł we wnętrzu podwórza. – Głupie to... – burknął Piotr – drobnica. Odwrócił głowę, wpatrując się w mleczne skołtunione mgły. Zamamrotał śmiesznie. Ściągnął wlokące się w rudym kurzu lejce i cmoknął. * * * Komórka była ciasna i ciemna. Ostro zalatywało stajnią. Na gwoździach wisiały lejce i chomąta. Niewyraźnie pobłyskiwały miedziane nabicia. Piotr siedział na wyrku, głowę podparł łokciami. Odpoczywał. Przez okienko przeciekało światło. Rzadką smugą rozjaśniało wnętrze. W tej smudze krążyły wielkie, bzykające nieznośnie, muchy. Za cienką ścianą zgrzytały łańcuchy, konie żuły obrok. Złociarz wsłuchał się w te leniwe, gospodarskie odgłosy. Potem zamrugał powiekami, jakby otrząsając się z zadumy, i przykucnął przy łóżku. Wysunął sosnową skrzyneczkę. Z szyi zdjął sznurek z kluczykiem, otworzył kłódkę. Rozgarnął czarne w prążki, świąteczne ubranie. Z samego dna wydobył zawiniątko w szmacie. Położył ostrożnie na dłoni. Jego twarz stała się teraz surowa i ostra. Rozchylił zatłuszczoną szmatę. Ukazały się czerwone, pomięte banknoty. Grubawa pliczka, składana od kilku już lat. Poślinił palce. Liczył dokładnie. Zmarszczył czoło i sprawdził jeszcze raz. Owinął pieniądze z powrotem w szmatę. Schował pod ubranie. Dłonią uderzył na płask w wieko

skrzyni. Sprawdził kłódkę. Grubymi palcami skręcił papierosa. Drzwi otworzyły się cicho i szybko. W progu zatrzymała się rumiana dziewucha. Piotr spojrzał na nią z ukosa i zaraz przeniósł wzrok w okienko. Wytarła bose stopy o podłogę. – Czas w pole – powiedziała śpiewnie. – W pole – powtórzyła. – Znawozić trzeba. Gospodarz czeka. – Przeciągnęła się, sukienka poszła w górę, odsłaniając kolana. – Gorąc – mruknęła dziewczyna. Ciężko oparła się o ścianę. W smudze światła twarz tej dziewczyny widać było wyraźnie. – Ale tu u was! – zaniosła się zduszonym chichotem. – Czego?! – Piotr ściągnął twarz, ręce założył do tyłu. – Śmiesznie – chichotała uparcie – bardzo śmiesznie. Rozejrzała się po czarnych ścianach, spojrzenie zatrzymała na skrzynce przy łóżku. Piotr Złociarz poruszył się. Wyrko zaskrzypiało cienko. Spojrzał w dół. – Buty podarte, wychodziły z nich brudne onuce. Wstydliwie podkurczył stopy. Dziewczyna pokręciła głową. Piersi poruszyły się miękko pod kraciastą bluzką. – Jak dzik – zniżyła głos – jak dzik żyjecie... Albo – zastanowiła się – albo jak pogan. Zatrzasnęła drzwi. Z podwórza dobiegło jej wesołe nucenie. Piotr podniósł się i przylepił twarz do szybki. Kołysała się wdzięcznie, wiatr obciskał na nogach sukienkę. Gospodarz zaszedł ją od tyłu i klepnął w tyłek. Uskoczyła zwinnie i poprawiła włosy. Piotr wypluł parzący niedopałek. – Smarkula – powiedział miękko i podciągnął welwetowe spodnie. Zabrzęczała mucha, musnęła go w policzek. Zagnał ją garścią w sam kąt szyby i rozgniótł palcami. Wychodząc, sprawdził kłódkę przy skrzynce. * * * Wieczór w tym miasteczku snuje się wolno. Ludzie zbierają się grupkami i poziewają. Czasem ceglastą drogą przejeżdża samochód, wzbijając kurz, zostawi trochę benzynowego smrodu. Z kościoła dzwonią na szóstą. Pod akacjami zalega przyjemny chłodek. Studniarz, bezręki malarz i inni opierają się wygodnie o płot. Na łączce dzieci kopią piłkę. Mały bramkarz szoruje brzuchem po ziemi. Piłka z szelestem przebija listowie akacji, spada pod nogi Studniarzowi, który przegina się nieco, bierze ją na but i ciężko wykopuje. Chwilę spoglądają na wzbijającą się piłkę. – Niezgorzej – uznaje któryś. – Grało się kiedyś – pogaduje Studniarz – grało... Narzekają na wilgotny tytoń w sportach. Uważnie miętoszą pozbijane papierosy. Patrzą przed siebie nieruchawo, przymglonym wzrokiem. Ktoś ziewa

szeroko. – Pójdziem – powiada malarz z kikutem. – Pójdziem – powtarza chytrze. Wskazuje szerokim ruchem za stację. Majster Studniarz ożywia się, obciąga koszulę i wzdycha. Inni też poruszają się. Łapka ma rację. Całą paką idą do gospody. Piotr Złociarz obejrzał się za nimi. Już zniknęli za przejazdem, a on wciąż wyciągał szyję. ...Wejdą do „Warszawianki”. Zasiądą pod oknem, rozepną koszule. Zawołają litra. Basia kelnerka spyta, co dać na ząb. Ktoś szczypnie ją niżej bioder. Basia walnie go w łapę. Gadka potoczy się żwawo, głośnikowa muzyka wypełni salę. Przechylają się nad stołem, łby blisko siebie i gorące przenikające się oddechy. Będą dolewać do pełna. Przysiądzie się do nich ogrodnik spod cegielni ze swoim kumplem piekarzem Maruszkiem. Też postawią wódkę. I tak dobiją do głębokiej nocy. Piotr Złociarz dłubał zapałką w zębach; wypluł ją, skrzywiwszy twarz. Mruknął coś niezrozumiale. Jest honorowy i, za Boga, nie pójdzie do chłopów z tego miasteczka. Ubrany świątecznie, w skrzypiących oficerkach, stoi sobie samotnie. Nie przyjaźni się z nikim. Zachodzi tylko do wariata od piekarzów, ale nieczęsto, bo trochę wstyd, a i piekarz patrzy nań krzywo. Więc przeważnie zagląda tam dobrą szarówką. Ludzie mijają go obojętnie, niektórzy pozdrowią: – Cześć! Cześć, Pioterek! – Cześć – odpowiada surowo Złociarz i nawet głowy nie unosi. Próbują zagadać, ale Piotr zbywa ich mrukliwymi półsłówkami. Raz tylko, dzień ten wspomina ze złością, chciał zblatować się z chłopami stąd. Ciężko mu było wtedy – przecież niełatwo żyć samemu – więc wybrał się do gospody. Siadł przy dużym stole. Żłopał wódkę i wszystkich zapraszał. „Niech wiedzą, że charakterny jestem – myślał. – Niech wiedzą!”. – Mało! – wołał do Basi kelnerki. – Jeszcze! Nachlali się wtedy gorzałki porządnie. Pił nawet Heniek Sztajfa, Antolakgołębiarz, skrzyknął Piotr węglarzy. Trzy litrówki puste. Naprzeciw widział Złociarz czerwoną gębę majstra Studniarza. Nachylił się, próbował objąć go po pijacku i zagadać. – Widzisz – plątała mu się mowa – widzisz, ja wcale!... Ale Studniarz odsunął się z krzesłem, gały zmrużył, niczym królik poruszył nosem i powiedział z powagą: – Tfu. Śmierdzi tutaj. Cała paka zarechotała. Śmiał się Antolak, węglarze. Wszyscy. – Tak jakby... – powiedział któryś – tak jakby... Piotr Złociarz dowlókł się do drzwi. Wyszedł przed knajpę. Przykucnął na

schodkach. Noc była czarna. Wdychał łapczywie powietrze. – Tyle gorzały – zabełkotał – tyle gorzały! – Obliczał. – Dużo poszło... Rzygnął boleśnie. Wolno, spacerkiem przechadzał się Piotr Kościelną ulicą. Wyglądał nawet niczego – bryłowaty, o chmurnej twarzy. Na placyku wrzeszczy muzyka. Przed karuzelą roześmiane dziewczęta. Wszystkie w zamszowych bucikach na korkach. Chłopaki celują z wiatrówki do blaszanych kogutów w strzelnicy. Stasiek Migda mruży zmęczone oczy. Chce trafić koniecznie. Palce ślizgają się na cynglu, śrut trzyma w ustach, ostrożnie wypluwa na dłoń i wsuwa do lufy. Nie wychodzi. Same pudła. Klnie głośno. Ociera w chusteczkę ręce. Piotr Złociarz przyjrzał się nieznacznie dziewczętom. Co lepsze z tego miasteczka. Wśród nich Władka od gospodarza, w przezroczystej bluzce. Piotr rozpiął marynarkę, palec wskazujący wetknął za pasek. Oparł się o blat. – Spróbuję – powiedział ochryple. – Pewnie... Zawsze można – przytaknął siwy z wytatuowaną na przedramieniu syreną. Piotr przysunął wiatrówki, pod światło przeglądał lufy. Wreszcie wziął na muszkę najtrudniejszy cel: ułana z długą kitą. Pociągnął za cyngiel. Kita opadła, ułan zakołysał blaszanymi nogami. – Nagroda! – ogłosił siwy. – Najlepsza nagroda! Komu, komu jeszcze?! – rozdarł gębę. Wręczył Piotrowi grubą manillę. – Nadziewana... Kobieta się ucieszy. – Mrugnął doń. – E, tam – wymamrotał Piotr. Niezgrabnie gładził wygraną tabliczkę. Migdziak poczerwieniał z zawiści, odłożył wiatrówkę. Przysunął się do Złociarza, twarz skurczył w parszywym półuśmiechu. – Wtrząchnij pan, panie Pietrze... – poradził. – To dobre. – Mlasnął i powiódł spojrzeniem po zaciekawionych dziewczętach. – Ale przedtem – uroczyście wzniósł głos – powąchaj pan... To pachnie lepiej niż „złoto”. Gwizdnął przeciągle i uskoczył na bok. Dziewczyny zaniosły się śmiechem. Piotr dojrzał szeroką z dołeczkami twarz dziewczyny gospodarza. Ścisnął w dłoniach tabliczkę, przełamała się sucho. Odszedł powolnie. Skrzypiały oficerki. Za plecami słyszał obrzydliwe, zdławione chichoty. Dopiero przy kościelnym płocie uniósł głowę. – Skurwyżesyny – zamamrotał – skurwyżesyny... I one też dobre – dodał. Skręcił w ślepy zaułek, w którym mocno pachniało chlebem. Szedł do wariata od piekarzów. – Bo i gdzie iść? – powtarzał po drodze. – Bo i gdzie?... Poruszył wargami, szeroko rozłożył ręce.

Ten wariat był bratem żony piekarza. Całymi dniami chodził on odmierzonym, równym krokiem wzdłuż płotu. Czasem piekarz Maruszek zapędzał go do rozczynania ciasta. Wariat nieruchomiał wtedy z rękoma utopionymi w klajstrowatej masie, mamrotał coś półgłosem. Pijany szwagier podkradał się doń cicho i szczypał go twardymi paluchami w szyję. – Uch! – piszczał wariat – uch! Uciekał szybko i chował się za wychodkiem wśród łopianów. Po długiej chwili ostrożnie wysuwał głowę, ale cofał ją zaraz i przymykał oczy. – Boże... – szeptał zdławionym głosem – Boże! Piekarz rechotał, poprawiał białą czapkę i znikał w piekarni. – Przestałbyś – odzywała się nieśmiało żona. – Zawsze to... – Wszyscyście dobrzy – mruczał piekarz Maruszek i stukał się w czoło. Wariat, przygarbiwszy się, wychodził z ukrycia i powracał do monotonnego spaceru wzdłuż płotu. Często zatrzymywał się i wykonywał w powietrzu trudne obliczenia, pomagał sobie przy tym patykiem. Staruszka z pierwszego piętra kiwała doń surowo, wskazywała na dół; wypadł jej kłębek różowej włóczki. – Przynieś – mówiła – no tutaj... Wariat potrząsał gniewnie kosmykiem tłustych, opadających na czoło włosów, gmatwało mu się liczenie, zaciskał pięści i szarpał kołnierzyk. Nagle nieruchomiał przy płocie z wzrokiem przymglonym, dalekim. Wielkie obwisłe chłopisko o smutnej twarzy. Zaraz jednak ożywiał się, wyciągał szyję. Już z daleka dostrzegał Piotra Złociarza. Czekał niecierpliwie, przebierał stopami. Wychylał zza sztachet głowę i ściskał dłoń Piotra. – Uszanowanie drogiemu panu, uszanowanie... – powiedział ten wariat statecznie. – Czekałem – dodał. Tarł obolałą szyję. Wziął Piotra pod ramię, przechadzali się wzdłuż płotu. – Już niedługo – oczy wariata zabłysły radością. – Już... A będzie to domek cacko – zaszeptał. – Nowoczesny. W kącie ogródka za słonecznikami miał ten wariat swój kawałek ziemi. Wymieciony do czysta, parumetrowy kawałek. Poskładał tam mnóstwo patyków, deseczek, cegieł; obok bańka z wapnem i kupą piachu. Dzieci przepędzał stąd czereśniową gałęzią, furkoczącą jak babska spódnica. – Na razie – przechylił się do Piotra Złociarza – postawię próbny, taki model. – Przykucnął i grzebał patykiem w ziemi. Śmiał się cicho, z uciechą. – Nowoczesny – powtórzył – dużo słońca, przestrzeni...To pokój sypialny – wyjaśnił – mój, obok kobiety... Jego gładka, bezwłosa twarz spąsowiała, a oczy

powlekła mgiełka. – Kobiety, rozumie pan? Piotr pokiwał śpiesznie głową. Wariat grubą krechą połączył dwa prostokąty, za nimi wyrysował mniejszy. – Łazienka – powiedział. Zerknął chytrze na Piotra. – Głowę to pan ma – rzekł Złociarz z szacunkiem. – Tęgą głowę. Niczegowaty rozkład. – Dopytywał się z zainteresowaniem o wszystko. – Usamodzielnię się. – Twarz wariata ściągnęła się. – Nareszcie się usamodzielnię... – Pewnie – przytaknął Piotr. Wariat ostrożnie zerknął w przesłonięte firanką okno. – Bo przecież – szepnął – z nim mieszkać nie sposób... Cham. – Odetchnął głęboko i wyzywająco zwrócił się ku domowi. – Wielki cham... – Pociągnął Piotra za rękaw. – I zwierzę... włochaty, szczeć ma w nosie. – Wzdrygnął się. Piotr Złociarz wyciągnął papierosy. Częstował wariata. – Najlepiej – poradził – zakurzyć. To pomaga. Wariat krztusił się dymem i oczy mu się łzawiły. – Właściwie – wyznał – ja palić nie umiem. – Nietrudno przyuczyć się – stwierdził Piotr. – Nietrudno. A pomaga. Skrzypnęły drzwi. Buchnęło ciepło chlebowym zapachem. Piekarz Maruszek zsunął z czoła czapkę i przyjrzał im się uważnie. Zmrużył czerwone złe oczy. „Już se pochlał” – pomyślał Piotr i wzrok utkwił w ziemi. Bał się piekarza. Chciwie dopalał papierosa, parzył go w palce. – Dobrali się – chrypnął piekarz – dobrali! Śmierdziel i zajob w parze! Oblizał spieczone usta i zszedł ze schodków. Piotr wstydliwie potrząsnął dłonią wariata. – Lecę – wymamrotał. – Do roboty. Wariat wtulił głowę w ramiona i pobiegł za wychodek. – Śmierdziel i zajob! – wykrzykiwał piekarz. Było jeszcze dwóch złociarzy tutaj. Patykowaty Bolo i drugi, stary, zwany Jajcem z powodu podługowatej głowy. Trzymali się ci złociarze razem, nic ich ludzkie gadki nie obchodziły, a na wrzeszczących pętaków mieli niezawodny sposób – otwierali klapę wozu beczki i zanurzali łapy w śmierdzącej mazi. – Chodź no! – szeroko rozcapierzali ociekające palce. – Chodź no, knypciu, a obsmaruję mordę! Dzieci uciekały z dławiącym serce strachem. Złociarze rechotali i wycierali w spodnie dłonie. Ich Piotr też unikał, pozdrawiał ich tylko czapką i mijał jakby czymś zaaferowany. Dziś jednak zastąpili mu drogę, gęby mieli czerwone, zalatywało wódką. – Ten Pioter – powiedział tyczkowaty Bolek – ważniak! Nie dochodź do

niego... Siłą prawie zaciągnęli go na kielicha. – Też przecie żeś nasz – rzekł Jajco. – Nasz! – powtórzył stanowczo. W pierwszej sali gospody popili porządnie. Piotr Złociarz skulił się trochę pod spojrzeniem miasteczkowych kpiarzy. Najbardziej obawiał się Dziobatego. Dziobaty mrużył kose oczy, uśmiechał się lekko i głosem cichutkim jak szmer potrafił powiedzieć coś takiego, że nawet Basia kelnerka krztusiła się od wesołości. Siedział teraz z węglarzami, gorzałkę zabarwiał oranżadą. – Kolorowe... szlachetniejsze – tłumaczył. – Lepiej łykać. – Przypatrzył się uważnie Piotrowi, kiwnął doń ręką, wydawać się mogło, że z lekkim drwiącym uśmieszkiem. Piotr Złociarz musnął palcami szkło butelki. Bez chęci uniósł szklaneczkę. – Dziwnyś – powiedział Jajco. – Dziwnyś. Taki jakiś. Bolek zapchał gębę schaboszczakiem. Zjadłszy, pochwalił: – Dobry, świeży... – Też spojrzał na Piotra. „Pewnie – pomyślał sobie Piotr – pewnie, że nie...”. Wychylił szklaneczkę. Z chciwością zakurzył papierosa. Zgubił gadkę kumplów. Przymknął powieki, tylko ukradkiem spoglądał na tych pod ścianą. Dziobaty gestykulował żywo, węglarze potakiwali ze śmiechem. Zadowoleni, rozparci nad stołem. „Gadajta – rozmyślał Piotr... – Gadajta, pewniaki. A ja swoje wiem...”. Uśmiechnął się krzywo. Może już niedługo odejdzie stąd. Ciekaw był bardzo, jak wypadnie z forsą pod koniec miesiąca. A na ostatek nawet szykował sobie mały z wszystkimi rozrachunek. Poweselał i pociągnął łyk wódki. ...Będzie wtedy w świątecznym ubraniu, wypije setę. Podejdzie pod akację, zatrzyma się przypadkiem. Ukłoni się tutejszym chłopom grzecznie i odezwie się niby to do siebie: – Wyjeżdżam. – Potem zmarszczy czoło, obmaca kieszenie i wyciągnie gruby, równiutko ułożony plik setek; poślini palec, przeliczy powoli. Wytrzeszczą ślepia. – Zaoszczędziłem – powie wtedy głośno. – Zaoszczędziłem na tym „złocie”. Dopalał papierosa. Twarz mu się rozpogodziła – pomarszczona i sucha, trochę śmieszna. – Coś ty taki? – Jajco szturchnął go w plecy. – Jedz, bo ostygnie – poradził. Wskazał na talerz. – Ech – mruknął Piotr. Poruszył dłonią. – Ważniak! – uznał Bolo i czknął. * * *

– Naprawdę jak dzik – powiedziała dziewucha gospodarza. Niby to od niechcenia zajrzała do komórki Piotra. Przypatrywała mu się ciekawie i jakby kpiąco. – Jak kto woli – warknął Piotr Złociarz i palce splótł na kolanach. – E, tam – dziewczyna podeszła bliżej – jak kto woli!... Wzięła się za biodra, uniosła brwi. Była ładna, okrągła – o białej cerze, z pieprzykiem na policzku. – I do tej skrzynki ciągle zaglądacie. – Zaśmiała się głośno. – Tam to musi być – przeciągnęła słowa. – Musi nie musi – zamruczał Piotr. Zaplótł mocniej dłonie. Sucho trzeszczały palce. – A bo jest co innego do roboty?! – uderzył dłonią w krawędź wyrka. – Jest – powiedziała stanowczo dziewczyna. – Pewnie, że jest. Twarda dłoń Piotra miarowo uderzała w krawędź wyrka. Odzywały się zeschnięte deski. – Takie życie... – szepnęła. Jej twarz znaczyła się niewyraźnie w ciemności, tylko oczy pobłyskiwały. Teraz odwróciła głowę i ostrożnie dotknęła łydki. – Ta noga – syknęła – francowata jakaś... Tyle czasu się goi i ciągle... – Paznokciem zeskrobała strupek. Pokazała się krew. Odrzuciła z czoła włosy. Piotr też przychylił się nisko i przyjrzał białej łydce. – Paskudzi się – wykrztusił. – Ale nic takiego – palcami leciutko dotknął jej łydki. – Do wesela przejdzie. Spróbował uśmiechnąć się, ale tylko skurczył sczerwieniałą twarz, żyły wystąpiły na czole. Czuł oddech dziewczyny na karku. Złapał ją wpół. Szeroko, rybio rozchylił usta. Sapnął. – Won, won! – krzyknęła cienko dziewczyna. Odepchnęła twarz Piotra. Walnęła go twardym kułakiem w czoło. Zastukały drewniaki. Potknęła się o próg. Zza drzwi rzuciła urywanie: – Pazerny jak pies! Piotr Złociarz ociężale dźwignął się z wyrka. Poprawił koc. – Smarkula – powiedział ochryple. * * * W obejściu zaczęła się już zwykła ranna krzątanina. Ogrodnik podtrzymując portki pokuśtykał do inspektów. Dziewczyna siekała zielsko dla świń. Pozdrowiła Piotra, zerknąwszy nań uważnie. Piotr ściągnął z haka uprząż. Ciągnął ją za sobą, przerażając kury, które odskakiwały z gdakaniem. Rzucił na ziemię chomąto. Wyprowadził karego, popychał tyłem do wozu. – Nastąp się – warczał – nastąp... Biczyskiem szturchnął go w brzuch. Koń stulił uszy. Ogrodnik obmył

w korycie nogi i zawinąwszy spodnie, podszedł do wozu. Wysoko unosił stopy, oblepiające się czarno kurzem. Obmacał gumowe koła. Przypatrywał się koniowi. Zaciągnął sprzączkę. – Słyszałem... – zaczął zagadkowo. Przyjrzał się dokładnie Piotrowi. – Słyszałem, żeś znalazł sobie kumpla – przeczekał chwilę, zwrócił się ku dziewczynie. Przestała siekać zielsko. – Kumpla – powtórzył – tego z zajobem, od Maruszków. Zmrużył oko, uczynił ruch dłonią. Piotr ściągnął kiełzno, zielona ślina pociekła z pyska karego. – Podniósł lejce i cmoknął. – Wiadomo... jak kto woli – posłyszał miękki głos gospodarza. Wóz potoczył się wyboistą drogą. W ten turkot wplótł się chichot dziewczyny. * * * W kącie ogrodu Milewskich, za śmietnikiem, trawa wybujała wysoko, soczysta i gęsta. Piotr Złociarz odwalił spękaną pokrywę szamba. – Pełno tego – mruknął. Dzieci zebrały się gromadką i patrzyły szeroko rozwartymi oczyma. Piotr kubełkiem, przymocowanym do tyki, wyciągał to ludzkie świństwo. Kary szczypał trawę. Dzieci postąpiły bliżej zapatrzone w bajoro. Zaczęły szeptać, przyciskając nosy. Wtedy Piotr obrócił się ku nim i machnął tyką – kubełek zakołysał się, chlupnęło w nim smrodem. – Uciekajta! – warknął. – Uciekajta, bo ochlapię! – Twarz miał złą, wykrzywioną. Dzieci rozbiegły się przerażone. Cichutko roześmiał się. Zanurzył kubełek w gęstej, obrzydliwej mazi. Rozgarnął dokładnie i ciężko. – Tfu – stary Milewski dźwignął się z ławki i splunął. Piotr Złociarz starannie wytarł w trawie kubełek, rzucił go na wóz. – Obrzydliwość – wymamrotał Milewski. – Żadna tam obrzydliwość – powiedział powolnie Złociarz – przecie to z człowieka... I dobre – roześmiał się półgębkiem – pod pomidory, kalafiory, kapustę najlepsze. Wyrasta to wielkie, spoiste. Nasunął pokrywę szamba. – Obrzydliwość – powtórzył Milewski. Szarpnął żółte na końcach kosmyki wąsów. – Ano, ano... – zamruczał zagadkowo Piotr Złociarz.

* * * Zażyłość Piotra z wariatem od piekarzów śmieszyła porządnie ludzi z tego miasteczka. Widząc Złociarza, uśmiechali się kpiąco i wytykali go paluchami. Piotr zaciskał usta i mijał ich szybko. Wariata odwiedzał tylko szarówką. Jeszcze w zaułku zerknął za siebie i ostrożnie otworzył furtkę. Przeraźliwie zaskrzypiały zawiasy. – Psiekrwie – szepnął Piotr – psie... – Uszanowanie! – wykrzykiwał wariat, podbiegając doń – uszanowanie! Piotr schował za plecy dłonie. – Brudne – bąknął. – Robota paskudna. Ten wariat od Maruszków nie zwrócił na to uwagi i mocno ścisnął jego dłoń. Podnieceniem błyszczały mu oczy. Pociągnął Piotra za rękę. – Domek niedługo gotów – mówił. – Model już kończę... Zaszli za słoneczniki na stare wariata miejsce. Przyjrzał się Piotr Złociarz cegłom ustawionym w prostokąt. – To fundamenty – wytłumaczył wariat. – Bo model będzie tak jak prawdziwy. Zbijam go z desek. – Niczego – przyznał Piotr – niczego. – A jak zrobię – rzekł wariat – to wtedy zabiorę się do prawdziwego. – A gdzie on, ten dom, stanie? – zainteresował się Piotr. Bo przecież na prawdziwy więcej miejsca trzeba... – Ech – skrzywił się pobłażliwie wariat. Tajemniczo wydął usta. – Należy mi się od siostry kawałek ziemi – szepnął – należy... Połowa...Wezmę. Nie ustąpię. Choćby i on! – wskazał w okno przysłonięte firanką. – I będę miał dom – zakończył tęsknie. – Ładny dom... – Badawczo spojrzał na Piotra. – Wiadomo – przyznał Złociarz. – Dom to nie byle co... Ho, ho! – Przymknął oczy, posmutniał trochę. – A obok – z uśmiechem uniósł głowę – można by stajnię postawić. A w niej szkapinka jakaś. Pasuje jak ulał. – Podrapał się po brodzie. – Pasuje... przy takim domku! Wariat znieruchomiał z patykiem w dłoni. – Stajnię!? – zmarszczył czoło. Długo milczał. – To widzę... – powiedział wreszcie – że pan chciałby się przy mnie urządzić. – Wysunął język, wciągnął pulchne policzki. Zmieszał się Piotr Złociarz, przygiął do ziemi biczysko. – Pan wybaczy – wariat żłobił ziemię czubkiem buta. – Pan wybaczy... nie mogę. Nie mam zaufania do ludzi. Przecież najbliżsi nawet – pięścią wskazał przed siebie. Zabrał się do gorączkowej pracy przy modelu i zapomniał o Piotrze, który oddalił się cicho.

– Dom! – powtórzył za wariatem w zamyśleniu. – Dom! – Przystanął i oparł się o płot. – Rację swoją to on ma – uznał. Gwizdnął przez zęby. Aż do zakrętu odprowadził go uważnym spojrzeniem piekarz Maruszek. – Kurza jego pała! – wycedził. – Kurza... * * * Zapadła parna noc. Wkrótce rozpadało się na dobre. Grube krople deszczu uderzały o dach. Kary ocierał się o ścianę i rżał z cicha cienkim, obcym głosem. Piotr wsłuchiwał się, wysunąwszy do przodu głowę. „Co mu tak? – dziwił się. – Co mu tak?”. Przez deszcz i niepokój karego przebijało się ochrypłe, imieninowe zawodzenie: – Sto lat! Sto lat! – Chyba od sąsiadów. Piotr wodził spojrzeniem po ścianach, wpatrzył się w czarne okienko; na szkle strużkami znaczyła się woda. Pochylił się i nogą wysunął spod łóżka drewnianą skrzyneczkę. Na kolanach rozłożył czarny w prążki, świąteczny garnitur. Przymrużył oczy. Wygładził klapę. Zauważył plamę obok guzika. Popluł i czyścił troskliwie. Wyciągnął szmaciane zawiniątko. Obmacał. Uskładane papierki szeleściły w dotyku. Pościeranym, twardym palcem delikatnie wyczuwał ten szelest. Zbadał grubość uskładanego grosiwa. „Śmierdząca robota – uśmiechnął się bezgłośnie – ale popłatna”. – Pokręcił głową. Jeszcze raz stwierdził, że za nic nie warto takiej roboty stracić. Sznurkiem owiązał zawiniątko i zasupłał. „Zebrało się trochę, ale przymało jeszcze” – poruszył dłonią, rozstawił palce, ścisnął je w kułak. Sprawdził kłódkę. Trzymała mocno. Zgasił naftówkę, położył się w gumiakach na wyrku, zakurzył papierosa. Uniósł się, wsparł łokciami i spojrzał w okienko. Tylko jedno światło w chałupie ogrodnika. Kuchenne okno. – Marudzi – bąknął. Położył się na brzuchu. „I kobite se znajde – chodziło mu po głowie. Znajde...”. Nawiedził go drażniący zwid białej dziewuchy gospodarza. Mocniej przywarł do wyrka. „Barachło” – stęknął bez przekonania... – Sto lat! Sto lat! – powtarzało się bezsensownie w tę parną, deszczową noc. Piotr Złociarz zastanowił się z półotwartymi ustami. – Stanisława – powiedział po chwili. – Stanisława – powtórzył. * * * Dziś Piotr zajechał wozem beczką na podwórze piekarza. – Cholernie pełno. – Piekarzowa, owinąwszy się szczelnie szlafrokiem,

pokazała szambo. Piotr pokiwał głową, odsunął pokrywę. – Uskładało się trocha – przytaknął. Popluł w dłonie. Gdy kobieta odeszła, zza wychodka wysunął się wariat i uczynił krótki tajemny ruch ręką. Piotr spojrzał w przesłonięte firanką okno, wzruszył ramionami i poszedł za nim. – Już – zaszeptał wariat. – Już... Rozsunął krzaki. Ten modelowy domek był gotów. Niewielki jak dziecinna zabawka, zbity starannie z deszczułek, stał na cegłach pobielonych wapnem. – Ładne – wybąkał Piotr. Zdziwił się i tylko obracał w dłoniach swą złociarską tykę z kubełkiem. Wariat przykucnął i lekkim, prawie miłosnym ruchem, pogładził spadzisty daszek swego modelowego domku. – Jaki taki – powiedział niespodzianie grubym, trochę drżącym głosem. – Udany – zgodził się Piotr – udany. Poruszył tyką. Przymrużył oczy i spoglądał na tę wariacką robotę. „To ci szpryc – pomyślał – taka zmyślna zabawka”. Zrobiło mu się dziwnie i klepnął się po udach. Wariat uniósł głowę. – A nad pańską prośbą – zaczął surowo – zastanawiałem się... I ostatecznie – zmierzył Piotra chłodno – może pan sobie postawić stajnię. Zgadzam się. – Znów pochylił się i wpatrzył w swój model, oświetlony teraz rannym słońcem. Piotr rozkaszlał się hałaśliwie, wyciągnął papierosy; częstował wariata. Nawet nie posłyszeli szelestu jaśminów. Cicho, niezgrabnie unosząc nogi, podchodził piekarz Maruszek. Dopiero gdy zaklął ciężko, zwrócili doń twarze. Piekarz przyjrzał się modelowi. Piotr widział jego spękane wargi ze śliną w kącikach. Maruszek otworzył je szeroko i nagle zacisnął w krzywą szpetną linię. Chrypnął, podniósł pięści i postąpił naprzód. Wariat osłonił twarz i pochylił się nad swym domkiem. – Dom! – zacharczał piekarz. – Ja ci dam dom... Kurza twoja pała! Darmozjadzie! – Zatoczył się, zaleciało wódką; chciał kopnąć tę ładną dziecinną zabawkę. Piotr Złociarz podniósł gwałtownie tykę. – Nie ruszaj – rzekł głucho. – Nie ruszaj... bo ochlapię! Skrzywił dziwacznie twarz i potrząsnął swym smrodliwym narzędziem przed gębą piekarza. Ten zaś odsunął się z obrzydzeniem, wsparł ręką o płot i cienko strzyknął przez zęby. – Ty, śmierdziel – powiedział zagadkowo – ty, śmierdziel... – Znów strzyknął śliną. W jego oczach pokazały się niedobre ogniki. – Ty, ty... – powtórzył równym szeptem, nie spuszczając kłującego wzroku z Piotra. Złociarz wpatrzył się w pocięte noski swych gumiaków.

„Co ja tam... – pomyślał. – Przecież nie moja to sprawa”. Tykę schował za siebie. Wzruszył ramionami, a plecy zadrżały mu trochę. „Nie moja – powtarzał – nie moja...”. Odszedł do wozu. Kącikiem oka dostrzegł jeszcze wariata, który przykulony zaciskał na twarzy dłonie. Piotr podniósł lejce, kary machnął ogonem. Wtedy właśnie dobiegł doń zwierzęcy, jakby psi szloch. „Rozwalił mu wszystko” – Piotr Złociarz do bólu zwarł palce na kiju. Wóz beczka zastukotał po kocich łbach podwórza.

Skarb w Srebrnym Jeziorze Przenikliwy głos babci niepokoił nas, ukrytych w krzakach jaśminu. – Arek, Arek! Za węgłem rozległo się człapanie. Wstrzymaliśmy oddech. Babunia kroczyła powoli, rozglądając się dokoła. Minęła śmietnik i zatrzymała się przed gąszczem rozłożystych łopianów. Ostrożnie rozgarniała szorstkie, omszałe liście. – Cwana – szepnął Arek – wie, gdzie szukać. Pełzając, skryliśmy się za porzeczkami. Człapanie oddaliło się. Babunia zniknęła za domem. Arek był bezpieczny. Właśnie odtwarzaliśmy przeczytaną ostatnio powieść „Skarb w Srebrnym Jeziorze”. – Taki skarb to musi być... – nie znalazł słów, tylko gestem podkreślił wielkie znaczenie tej sprawy. Wysunął do przodu twarz, którą naznaczył głęboki namysł. – A gdzie ukryjemy ten skarb? – Przecież skarb musi spoczywać w wodzie. Chrząknąłem zakłopotany. Zabawa utknęła w miejscu i nie sposób było znaleźć rozwiązania. Arek pogładził tomahawk, zatknął go za pas i poprawił trzy kurze pióra przymocowane do gumki na głowie. Nagle gwizdnął przeraźliwie. Wpadł na doskonały pomysł. Do konopnej linki przymocowaliśmy żelazną płytę. To skarb. Z wysiłkiem opuszczaliśmy ją do studni. Sznur urwał się. Płyta z pluskiem wpadła w czarną wodę. Uciekliśmy w najdalszy zakątek ogrodu. Z drugiego piętra wyjrzała smutna pani Julia. Jej krzyk wzbił się mocno, wkrótce przyłączyły się inne głosy. – Obrzydliwe babska – mruknął Arek – szczekają jak kujoty. Siedzieliśmy w szałasie, spokojni, o kamiennych twarzach, jak indiańscy wojownicy. Śliną strzykaliśmy przez zęby na znak pogardy. – Trzeba zniszczyć Komanczów – mówił chrapliwie Arek. – Spalić ich wioskę. Tam – wykonał szeroki gest – na preriach, gdzie mieszkają te psy, trawa jest soczysta, wysoka i bizonów setki. – Mówił jak prawdziwy wódz. Kontury ogrodowych mebli zatarły się. Cicho, szaro i spokojnie. Zdawało się, że

pokraczne grusze i jabłonie to namioty bratniego nam plemienia, zaś krzewy agrestu przypominały zaczajonych na ścieżce wojennej Komanczów. Z niechęcią dźwigaliśmy się z ziemi. Ponad kamienicą babuni tkwił nieruchomo księżyc. Późno. O tej porze ogarniały nas zwykłe, wstrętne sprawy. Kolacja i mycie. Narzekania rodziców. – Cześć – rzekł Arek – muszę jeszcze obgadać z babką... Niedługo wraca ojciec. Przeskakując przez krzaki, popędził do domu. Z niejaką obawą patrzyłem na kamienicę babuni. Pomyślałem o ojcu Arkadiusza. Był on tajemniczą i może największą osobą mojego światka domysłów. Ciemnym już wieczorem powracał ojciec Arkadiusza do domu. Idąc, kołysał się dziwacznie, to znowu szedł sztywnym, wyliczonym krokiem, przytrzymując się parkanu. Mówił coś do siebie, gestykulował. Kiedyś, ukryty za rogiem, dojrzałem w świetle latarni jego twarz jakby zastygłą, obwisłe wargi i nitkę śliny toczącą się po brodzie. Arek mówił, że ojciec pije wódkę. – Ciągle i dużo – powtarzał z przechwałką. – Z powodu matki – dodawał rzeczowo. – Rzuciła go. Arek często opowiadał o swoim ojcu. Jak to stołek przewrócił, jak upadł w miskę z wodą, jak rozmawiał z piecem albo jak pruł pierzynę. Spoglądał na mnie pogardliwie. – A twój co? „Nic – myślałem – nic”. Ale też widziałem, że babunia wieczorem często gładziła Arka po szorstkich, twardych włosach i mówiła: – Biedne dziecko, biedne. – Wznosiła rękę wysoko i wzdychała. I chyba dlatego pokrywała milczeniem sprawki Arkadiusza. Toteż nieliczne wiadomości o jego wyczynach docierały do ojca. Jedna z takich złych historii była naszą wspólną, indiańską sprawą. Chodziło o medalion z grubym, srebrnym łańcuchem. Arek nosił go na szyi, jako wódz. Bawiliśmy się w wysokiej, bujnej trawie za śmietnikiem. I w tej prerii medalion zginął. Na próżno szukaliśmy, klęcząc i rozgarniając zarośla. Pokrzywy parzyły ręce, syczeliśmy, oglądając białe bąble, modliliśmy się do wielkiego Manitou, na próżno – medalion nie odnalazł się. A stanowił podobno jakąś ważną pamiątkę. – Będzie źle – rzekł Arek. Oparł się o śmietnik, stracił wygląd wodza i długo tarł szyję. Późnym wieczorem przylepiłem twarz do szyby. Patrzyłem w okna kamienicy. Widać było tam szare, miękkie cienie poruszające się w żółtym świetle.

Z rozkoszą wyciągnęliśmy się pod kasztanami. Bujne listowie tworzyło u góry świetny dach. Był to nasz wigwam. Tu wypalaliśmy fajkę pokoju, to znaczy zdobycznego papierosa, tutaj odbywaliśmy poufne narady. Arek, zniżając głos, opowiedział mi wszystko. Babunia powiedziała ojcu o tym medalionie. Wyszła do kuchni, twarz miała surową. Ojciec chwycił go za rękę. Oddech jego był mocno przesycony alkoholem. Ze ściany zdjął plecioną dyscyplinę. Nim jednak zdążył ją wznieść, Arek użył ostatecznego sposobu. – A ty – powiedział, kuląc się – a ty... przecież też wziąłeś z kufra, widziałem. – Ojciec zamrugał oczyma. Odłożył dyscyplinę. – Sprytnyś – wycedził przez zęby i zapalił papierosa... – A potem – mówił Arek – i babkę ruszyło. Dała mi czekoladę. Medalion – zakończył Arek – wielkie mi coś. * * * Trawa jeszcze błyszczała rosą, słońce powoli wysuwało się zza szkoły, a my, ukryci za kasztanami i uzbrojeni w kije, rozmyślaliśmy o planie zabaw na cały dzień. Do zwykłych zajęć budziła się czerwona kamienica. Przy studni zbierały się kobiety na pogwarki. Z namaszczeniem czerpały wodę i długo odpoczywały, wpatrując się w czyste letnie niebo. Dochodził do nas budzący przerażenie głos małej i złej Pietruszkowej. Kobiety potakiwały jej słowom. Pietruszkowa zaciskała pięści, wichrzyła włosy. Od studni biegł też lament stróżki. Potrzebnej na wiecznie pijanego męża. – I znowu pobił – słyszeliśmy wyraźnie – znowu, ostatnią porcelanę ze ślubnego serwisu. Arek chichotał z zadowoleniem. Od studni też doszła nas dziwna, niepokojąca wieść o kobiecie, z którą jak mówiono, wiele łączyło ojca Arkadiusza. Akuszerka Kurtyłło, koścista, z wąsikiem powtarzała z patosem: – Wywłoka! Wielekroć wymawiała to słowo. – Staruszek – szeptał Arek – ho, ho, postarał się. Akuszerka była czterdziestoletnią panną i czułym okiem wodziła za jego ojcem. Słuchaliśmy uważnie, przylepieni do chłodnego od tej, północnej, strony muru. – Wyciąga od chłopa ostatni grosz! – nieznany nam głos wzbijał się wysoko.

Potem inne dołączały się złorzeczącym chórem. – Skaranie boskie, niech ją... Arkowi w nocy przyśniła się ta kobieta. Wielka i pokraczna. Goniła go, powtarzając coś głuchym szeptem. Jej jedyne oko, zielonkawe i fosforyzujące patrzyło nieruchomo. Drapieżna ręka już dosięgała go. Obudził się z jękiem. Twarz miał mokrą i gorącą. Smugi światła sączyły się przez okiennice i figlarnie oświetlały pokój. Zła, senna przygoda oddaliła się. Wybiegł przed dom. Na podwórzu zaczął się zwykły ruch. Stróżka zamiatała schodki. Przeskoczył przez jej miotłę. Mruknęła nieprzyjaźnie. Na trzepaku falowała pościel. Na balkonie drugiego piętra chorowity profesor mrużył oczy. Pod płotem siedziała babunia i cerowała jego pluszowe portki. Pomarszczone, jakby powleczone pergaminem palce, poruszały szybko igłą. – Skuś, omyl się – powtarzał. Pobiegł na ulicę i długo gwizdał na mnie. Tego dnia miało miejsce niezwykłe wydarzenie. Arek podpalił śmietnik. Jęzory ognia wyskakiwały wysoko, dym pokrył wszystko wełnistą czapą. * * * Z końcem lata przestałem bawić się z Arkiem. Sprawiono mi lakierowany tornister, paczkę zeszytów i kredki. Ze szczególną uwagą oglądałem te kredki – grube, różnokolorowe. Przydałyby się na naszych indiańskich ścieżkach. – Widziałem siebie i Arka pomalowanych tymi kredkami w kolory wojenne. Pełzniemy kartofliskiem... Topór wojenny wykopany. Ściągano mnie z łóżka co dzień o siódmej. Starsi chłopcy skryci gromadką w szkolnej piwnicy opowiadali z podziwem: – Z pekinu zaprosił Arek na owoce do ogrodu pakę Rudego. Przez trzy dni o zmroku oblegali jabłonie. Za tę dzierżawę płacili Arkadiuszowi papierosami i kliszami. Chłopcy z VI b zazdrościli mu tych klisz. – Piękne – szeptali – nowiutkie klisze. Połamane gałęzie drzew w ogrodzie babuni potwierdzały tę wieść. Myślałem o tych nowych, poważnych kłopotach Arkadiusza. Babunia nic groźnego, lecz ojciec chwiejący się wiecznie, z suchą, ściągniętą twarzą. Tymczasem złe baby postanowiły opowiedzieć o wszystkim ojcu Arkadiusza. Przewroty ten pomysł wyszedł od Pietruszkowej. Do studni przyszła babunia. Kobiety popatrzyły na nią ze zdziwieniem. Rozmowa rwała się. Babunia przecież nie brała dotąd udziału w przystudziennych pogwarkach. Dziś była ożywiona i przyjazna. Wspominała

swą zamierzchłą młodość w Płocku. Kobiety przy studni dowiedziały się, że brat babuni był również niesfornym chłopcem. Kiedyś nawet wyprowadził ze stajni i sprzedał cugowego bułanka, ulubieńca ojca. I wiele jeszcze innych kłopotów narobił. I on, ten jej brat, opowiada, wyrósł na porządnego człowieka i z ojcem w wielkiej zgodzie przykładnie gospodarzył. – A Aruś – zakończyła – może też jak mój brat nieboszczyk... Potem poszła sobie od studni. Baby milczały. Stróżka Potrzebna uznała, że wszystko jest możliwe. Kobiety dźwignęły kubełki z wodą i rozeszły się. Wieczorem w mieszkaniu babuni panowała cisza. „Więc ojciec Arkadiusza – myślałem – nie dowiedział się”. Arek stał się najbogatszym na naszej ulicy graczem w klipę. Miał kieszenie wypchane rolkami nie tylko czarnych, ale i kolorowych filmów. * * * Szedłem ze szkolnym kolegą, Jurkiem, nad gliniankę. Polowaliśmy tam na żaby. Spotkaliśmy Arka za pekinem. Był w tych samych co zawsze pluszowych spodenkach. – To mój przyjaciel – szepnąłem Jurkowi. – Chodźcie ze mną – powiedział Arek. – Tylko prędko. – Był ożywiony, niespokojny. Poszliśmy. Przed kamienicą babuni stał wielki furgon. Dwa konie żuły obrok, potrząsając torbami. Przy wozie gromadka ciekawych. W drzwiach kamienicy ukazali się mężczyźni w kombinezonach, nieśli na pasach mahoniowy kredens. Był to kredens babuni. Znałem go dobrze. Wielekroć ciekawiła nas jego zawartość. Arek twierdził, że znajdują się tam rzeczy dziwne i piękne. – Skarby babuni – powiadał szeptem. Lecz dostęp do nich był niezwykle utrudniony. Z kluczami od kredensu babunia nie rozstawała się nigdy. Ten wielki mebel przygniatał plecy mężczyzn w kombinezonach. Dyszeli spoceni. – Przycisnęło ich – zauważyła stróżka Potrzebna – wyprzedają się. – A ładna to rzecz – wtrąciła Pietruszkowa. Ojciec Arkadiusza pomógł załadować kredens na wóz. Potem zatarł ręce i rzucił krótkie spojrzenie na ludzi. Arek gładził lśniące zady koni. – Opchnęliśmy ten grat – zwrócił się do mnie. – I nic tam nie było. Papiery, fotografie jakieś. A babunia – zmrużył do mnie oko – siedzi i wzdycha, wzdycha – powtórzył ze zdziwieniem. Wóz odjechał, podskakując na wybojach.

* * * W wojnę hitlerowcy zabrali ojca Arkadiusza do obozu. Przyszli nocą. Wstrzymywaliśmy oddech, słysząc ich głosy chropawe i ostre, tupot podkutych butów. Z obozu już nie wrócił. Wystrzały niepokoiły wieczorami ludność miasteczka. Kobiety płakały często, modliły się w drewnianej kaplicy przy rynku. W tych złych czasach Arek, opalony i chudy, w krótkich spodenkach, odważnie wspinał się na wagony niemieckich frontowych transportów. W oknie kamienicy widać było długo w noc babunię. Wpatrywała się gdzieś w ciemność. Często wyruszała na poszukiwanie wnuka. Dreptała w stronę bocznicy kolejowej. Kumple Arka ukryci za wagonami ostrzegali go o zbliżaniu się babuni. Czasem Arek zaciągał mnie do ogrodu. Tam, za śmietnikiem, ukrywał zdobycz. Częstował marmoladkami, wyciągał papierosy. – Niekiepskie – powiadał. Wyrósł na rosłego trzynastolatka z wysuniętą, trójkątną twarzą; czesał się na jeża. Potem, gdy nad Warszawą roztaczała się krwawa łuna, Arek zasłynął z brawurowych wypraw po amunicję do niemieckich magazynów. – Największy jest od tego spec – powiadali wszyscy. – Nawet Rudy uśmiechał się doń przyjaźnie. Arek układał sine laseczki prochu, z nabojów wyciągał czubki, a najbardziej cenił rakietowe pociski. – Piękne – mówił – i jaki ogień. – Z prochu sporządzał tryskające wielokolorowym płomieniem fajerwerki. Mrużył oczy i patrzył zachwycony. Babunię przerażał ten mieniący się kolorami ogień. Zamykała szczelnie okno i powiadała: – Okropność. Arek wybuchał śmiechem. Babunia marszczyła twarz, a on pociągał ją za cieniutki, siwy warkocz. Obiecywał, że to ostatni raz. – Najwyższy czas – mówiła udobruchana babunia. – Najwyższy czas, Arkadiuszu. – Jej martwe, jakby szklane oczy ożywiały się, jakiś wilgotny blask pojawiał się w nich. Był styczniowy, zimny ranek. Niemcy opuścili miasteczko cichaczem. Tylko w domku przy szosie pozostała gruba folksdojczka Stalowa. Mężczyźni przed pekinem naradzali się z ożywieniem. Zacinał ostry wiatr. Kasztany za torem wyglądały smętnie – nagie i czarne. – Konfidentka! – posłyszeliśmy złe, okupacyjne słowo.

– Będzie heca, heca. – Arek zacierał ręce. Mężczyźni poruszyli się gwałtownie. Tramwajarz Adamiec wskazał na domek przy szosie. – Idziem! – krzyknął krawiec Skarbeńko. Ruszyli tam. – Chodź – rzekł Arek. Mój ojciec miał zaciśnięte usta i przytrzymał mnie za rękaw. Arek pobiegł za mężczyznami. Wróciliśmy do domu. Ojciec stanął przy szafie z książkami i dziwacznym, drżącym ruchem muskał grzbiety encyklopedii. Nasza uliczka opustoszała. Gdzieś szczeknął pies. „U sąsiadów” – pomyślałem. Szczekanie ucichło i z powrotem zaległa cisza styczniowego poranka. Wrony zastygły martwo na telefonicznym drucie. Niespodzianie uliczkę znowu napełniła wrzawa, krzyki. – Wrócili – powiedział ojciec i twarz mu się ściągnęła. Nakazał mi nie wychodzić nigdzie. Jednak kuchennymi drzwiami wymknąłem się niepostrzeżony. Pobiegłem pod pekin. Zobaczyłem zadyszanego Arka. – To on! – wskazał Felka Piaskarza, milczącego, o czarnym zaroście chłopa. – To on – zniżył głos – ją, tę Niemrę, załatwił. Felek Piaskarz ćmił papierosa, głowę opuścił ciężko. Krawiec Skarbeńko poklepał go po plecach. Felek Piaskarz burknął coś niezrozumiale i niżej pochylił głowę. – On – szeptał urywanie Arek – powiesił. Sam jeden. Krzyczała... Tamten – nieznacznie pokazał na krawca – zatkał jej usta. I powiesili – zakończył – na płocie. Twarz miał spoconą, oczy rozbiegane. Patrzył jeszcze na Felka Piaskarza, który zdmuchiwał teraz długi wałeczek popiołu z papierosa, i sam też zapalił brązowe ze złotym paseczkiem cygaro. Zakrztusił się, ale palił prawdziwie, zaciągając się mocno. – Od Niemry – wyjaśnił. – Rudy znalazł całą paczkę i dał mi jedno... Potem Rudy – opowiadał Arek – wymyślił taką zabawę. Tej Niemce powiesili kartkę na plecach. I wszyscy celowali z procy. Po kolei. Później Piaskarz przegonił nas, a Rudego nawet kopnął. Ta Niemra – Arek obejrzał się – jeszcze wisi... Straszna! – Wyprostował się i skrzywił twarz. – I ja – rzekł z mocą – też celowałem. Też – powtórzył. – I Rudy mówi, że najlepiej. – Zaszurał butami, przymknął powieki. Wzdrygnął się. – Straszna – wymamrotał. Też pociągnąłem spory haust cygarowego dymu. Mocny, odurzający. Zakręcił w głowie. Z daleka narastał głuchy, monotonny warkot. Ludzie zwrócili się

w stronę szosy. Rudy wspiął się na kasztan, a po chwili krzyknął przeciągle: – Czołgi! Ruskie czołgi! * * * Lato przyszło upalne, pełne kurzu. Wszyscy marzyliśmy o kąpieli i tłumnie zmierzaliśmy nad glinki. Tam spotkałem właśnie Arkadiusza. Prawie jednocześnie zanurzyliśmy się w chłodną toń. Płynęliśmy obok siebie z wysuniętymi ponad wodę zwiniętymi ubraniami. Przeciwległy cypel przybliżał się – widać już było stare, rozwalone domostwo – chatę Rybaka. Brzeg tutaj był płaski, porośnięty miękką trawą. Opalaliśmy się. Z dala przybiegały pluski, krzyki. Słońce zachodziło. Na ziemię kładł się szeroki cień chaty Rybaka. Arek usiadł po turecku i zapalił papierosa. Twarz miał trójkątną, jakby lisią, z wysuniętymi nad wargę zębami. Nazwał mnie wtedy swoim starym kumplem. – I dobrym – zauważył zagadkowo. Wyciągnął szyję i zapatrzył się ponad akacje. Za nimi sterczała wieża ewangelickiego kościółka. Dachówki czerwieniały w słońcu. Arkadiusz uśmiechnął się i położył na trawie. Począł mówić o ewangelickim kościółku. – Do tego kościoła dostęp nie jest łatwy. Od przybudówki na strych. – Wyrzucił niedopałek, który zatoczywszy łagodny łuk, wpadł z sykiem w wodę. Zapalił nowego papierosa. – ...Strych obszerny. Pełen różności. Kupa srebra, lichtarze, świeczniki, czary do mszalnego wina i jeszcze dywany perskie. Już na dobre zapadł zmierzch... – A ten, co mieszka przy kościele, jest stary i głuchy jak pień... Przymknęliśmy oczy, widzieliśmy ten ewangelicki kościół. Nieopodal rząd akacji i połyskliwa tafla glinianki. Trzaska sucho gałązka. Krzaki rozsuwają się i skulona postać przylepia się do ściany kościoła. Arek obliczał głośno. – Z taką forsą – rzekł – można zrobić wszystko. Samochód – jego głos zabrzmiał miękko. – Najlepsza limuzyna. Po babkę podjechać i wziąć ją na spacer. Cały czas setką. Babka jęczy i oczy przymyka. Rudy by zazdrościł. Tak, tak – zaszeptał ochryple. Trochę dygocząc, nałożyliśmy ubrania. – Jak „Skarb w Srebrnym Jeziorze” – powiedział przeciągle. Zaśmieliśmy się obaj. – Muszę – rzekł jeszcze Arek na pożegnanie. * * *

Szykowaliśmy się wszyscy do Warszawy. W południe miała się odbyć rozprawa. Zgraja Rudego wyczekiwała przy przystanku. Rudy gładził włosy i pogwizdywał niedbale. Kobiety z kamienicy też wyszły gromadką. Pietruszkowa wyrwała do przodu, jej szpetna twarz wyrażała niecierpliwe zadowolenie. – Załatwią Arka. – Rudy przeciągał znacząco słowa. – Załatwią go jak frajera. Jego kumple potakiwali skwapliwie. Nadjechała kolejka. Wśród ludzi przebiegł znaczący szmer. – To ona – Rudy wyciągnął rękę – to ona zakapowała. Młoda kobieta, od niedawna sublokatorka babuni, wsiadła do wagonu. * * * Salę sądową zalegał szary mrok. Czasem jedynie zabłąkany promyk słoneczny wpadał do wnętrza. Bardzo cicho. Młoda kobieta zeznawała równym, nieco piskliwym głosem. A więc Arkadiusz skradł jej bransoletkę, zegarek i dwa sweterki. Z pierwszej ławki wstała babunia. Arek poruszył się niespokojnie. Babunia podeszła do stołu. Sędzia szeleścił papierami. Zapytał o stosunek pokrewieństwa z oskarżonym. Nie dosłyszała. Powtórzył. – Wnuk – powiedziała głośno i spojrzała w bok, tam gdzie siedział on. Arek utkwił wzrok w podłodze. Znowu padło szorstkie pytanie sędziego. Babunia wskazała laską na młodą kobietę. – Gadzina! – powiedziała. – Gadzina. – Poruszyła głową. Jej kapelusz z woalką przypominał motyla ze szkolnych zbiorów. Padło wiele bezbarwnych pytań. Wreszcie ludzie powstali hałaśliwie. Słoneczna smuga rozjaśniła salę. Zawirowały niezliczone drobiny pyłu. Z monotonii słów sędziego wyłowiłem wyrok: „Zakład poprawczy do pełnoletności”. Arek skrzywił usta. – Nieźle – uznał Rudy – bo to właściwie będzie mógł szybko wyjść, aby tylko dobra opinia. Arek kiwnął Rudemu ręką. Babunia nadal wpatrywała się w surowego mężczyznę w czarnej todze. Może nie usłyszała. Stróżka Potrzebna ujęła ją pod ramię i powiedziała coś, nachylając się do jej ucha. Milicjanci wyprowadzali Arkadiusza. Szedł niedbale, kołysząc się zupełnie tak samo jak Rudy.

Zobaczył mnie. Oczy mu rozbłysły i szepnął: – A na tym strychu nic nie było. Same tylko rupiecie. – Zacisnął usta. * * * Arek wrócił po sześciu miesiącach. Opalony, długi, w przykusym ubraniu. Babcia upiekła na tę uroczystość piernik, ulubiony jego przysmak. Cieszyła się bardzo i powtarzała nieustannie: – Nareszcie, nareszcie. Arek uśmiechał się krzywo. – Jakie tam nareszcie! – huknął wreszcie jej w ucho. – Sześć miesiączków żaden wyrok, to przecież parę dni! Nie dosłyszała i pokiwała zgodnie głową. Wieczorem spotkałem się Arkiem pod kasztanami na starym naszym miejscu. – Poprawczak to żaden klops – powiedział – możliwe życie. – Palił chciwie papierosa, niedopałek parzył go już w palce. – Tam – wspominał – trudno było o fajki, paliliśmy jednego na czterech. Spod sodowiarni dobiegł pijacki wrzask, szczekanie psa. W świetle latarni pokazały się ruchliwe, pokurczone sylwetki. – Nic się nie zmieniło – uznał Arek. – W sodowiarni po staremu sprzedają gorzałę. – Warto by chlapnąć kielicha – dodał. – Mam smak. Zmienił się porządnie. Był jakiś obcy, głos schrypnięty nieco, niespokojnie przestępował z nogi na nogę. – Jak tam było – zagadywałem – w tym poprawczaku? Długo milczał. Przygarbił się. Sięgnął po następnego papierosa. Potem przysunął swą twarz do mojej i jakby obejrzał ją po raz pierwszy, długo, dokładnie... Źle tam było. Ponury dom z czerwonej cegły. Kraty. Dużo krat. W oknach. Wpierw właściwie mur z tłuczonym szkłem. Wepchnęli go do sypialni z małym okienkiem u góry. Od stołu podniosło się czterech chłopaków. Wszyscy ostrzyżeni na pałę. Jeden piegowaty z blizną na policzku. – Za co wpadłeś? – zapytał ten z blizną. Powiedział im o tym kościółku nad gliniankami. Jeszcze nie skończył, a ten z blizną zachichotał. Śmieli się wszyscy. – Taka sprawa. Frajerska sprawa. Ha, ha... – Kpili do samego wieczoru. Dzwonek – i trzeba ustawiać się w kolejkę po kawę. Ten z blizną podstawił mu nogę. Ktoś walnął w plecy. Mocno. Czymś bardzo twardym. Zakręciły mu się łzy, ale szybko ścisnął powieki. Nie wiedział, co

robić. Wyskoczył z kolejki... Nie jadł kolacji. Poszli do łaźni. Oni wszyscy wytatuowani. Piersi, plecy, nogi, wszystko. Przeróżne tatuaże. Mieli dymiące parostatki, gwiazdy, nagie baby, trupie główki. Nie mógł w ogóle usnąć. Jakoś źle. Drzwi zamknęli od korytarza na klucz. Zgasili światło. Przypomniał sobie miasteczko, ludzi, glinianki, obliczał gołębie piekarza, potem Antolaka... Obudził go duszący gorąc oblepiający twarz. Zaraz uderzenie w plecy. W usta wpychał się szorstki koc. Dławił się. Dali mu kocówę. Bardzo go zbili. A rano, jakby nigdy nic, pytali: – Jak ci się spało na nowym miejscu? Ten z blizną prześladował go długo. W ich sypialni były tylko cztery łóżka. Arek spał na betonie. „Na sianku” – tak się tam mówiło. Potem z nim na betonie spał taki ze wsi, głupkowaty Wojtek. Więc męczyli go ciągle. Najlepiej miał w warsztatach i na lekcjach. Trochę spokoju. Chociaż na lekcjach bili go z tyłu. Którejś nocy oblali go wodą. Chlusnęli chyba ze dwa wiadra. Huk, bo odrzucił wiadro. Wpadł wychowawca. – Co tu?! – pyta. Spojrzał na Arka i w śmiech. Arek mokry, włosy mu opadły na oczy. Wychowawca stłumił śmiech i mówi surowo: – Wy, nowy, pójdziecie do karca za bałaganiarstwo. Siedział w karcu. Ciemna, wilgotna celka na trzy kroki, dłużyły się godziny. Wspominał zabawy w ogrodzie babuni. Za każdym krzakiem agrestu poustawiał znajomych chłopców. To była zabawa w Komanczów i westmenów. Płakał. A do sypialni wrócił uśmiechnięty. Spojrzał na tego z blizną pogardliwie. Znów zaczęli z nim zabawę. Wszystkie roboty zwalili na niego, a sami grali w domino albo w dupnika. Wieczorem wszedł wychowawca. Już leżeli w łóżkach. Ściągnął z niego koc i szepcze: – Może niesprawiedliwie z tobą zrobiłem. Ale na początek trzeba, to taki egzamin hartujący. Wredną mordę miał ten wychowawca. Wezwał go do swego pokoju. Złapał za rękę, ścisnął mocno, pogładził, długo gładził, coraz szybciej, dłonie mu zwilgotniały, sczerwieniał... Arek zerwał się i wyskoczył na korytarz. Gdy już był przed swoją sypialnią, obejrzał się – zobaczył wychowawcę, groził mu pięścią. Wszedł do sypialni. Oni otoczyli go kołem.

– No i co? – pyta ten z blizną – załatwił cię? Chichoczą. – Pewnie porządnie cię załatwił – ciągnie ten z blizną – wyglądasz marnie, a i z pedzia kawał byka. Ryczą ze śmiechu. – Nie! – krzyczał Arek – Nie! – Na pewno. – Ten z blizną, zwany Szramką, wykrzywiał się radośnie. – On załatwia każdego frajera. A może nie jesteś frajerek? – zapytał wyzywająco. – Masz taką zasraną sprawę. „Oni mnie zbiją – myślał Arek. – Jest ich pięciu. Zresztą ten Szramka sam da mi radę. Silny. Ale muszę. Koniecznie muszę, bo inaczej...”. Zamknął oczy, pochylił głowę i bykiem runął na tego z blizną. Zaczęła się kotłowanina. Kopali go. Skowyczał. Darli za włosy. Wyrwał się. Ktoś rąbnął go niżej, w brzuch. Chwyciły nudności. Zaraz rzygnie. Tłukł na oślep. I nagle uprzytomnił sobie, że długą już chwilę wali w przestrzeń, nikogo nie sięga, po prostu macha rękoma. Otworzył oczy. Oni stali daleko od niego, pod ścianą. Ten z blizną dyszał ciężko i z nosa kapała mu krew. – Nie pękasz – odezwał się – i parę w łapie masz. Uśmiechali się. Nie wierzył im i zacisnął pięści. – Może i będą z ciebie ludzie. – Ten z blizną wyciągnął rękę. I odtąd żył z nim w blacie. Duży to był blat. Zaczęli pracować w ogrodzie. Było też dochodzenie i dyrektor zwolnił tego wychowawcę... W ogrodzie fajna praca. Słońce. Można wtrząchnąć marchewki, rzodkiewki... Trenowali skoki. On najlepiej skakał na odległość. Szramka wzwyż... – A ten Szramka Janek miał rację – rzekł cicho – ta moja sprawa to było frajerstwo, co to za sprawa – roześmiał się półgębkiem i wokół ust pojawiły się bruzdy. – Teraz z nim jestem w sztamie. On też wychodzi. Spotkamy się. – I wtedy bruzdy pogłębiły mu się porządnie. Wsłuchał się w pijackie wrzaski dochodzące z sodowiarni. * * * Zaczął chodzić do tej kobiety, zwanej na naszej ulicy Mańką Dzyndzel. Właściwie to ciągle siedział u niej. Ona piła porządnie wódę i lubiła młodych chłopców. Jej stały chłop, fryzjer Zygmunt, był już do niczego i jak tylko wypił dwie setki, od razu zasypiał. Mańka śmiała się złośliwie. – Taki chłop. Wysiada po dwóch setkach. – Spoglądała powłóczyście na Arka

i wydymała usta. Zaczerwienił się po same uszy, ale w tej ciemnej izbie nic nie było widać. – Tak – wybąkał – on mało co może. Polała do musztardówek. Arek wychylił szybkim haustem. – Dobrze ciągniesz – pochwaliła. Patrzył na nią z obawą. Miała taką ściągniętą twarz i rzadkie mysie włosy związane z tyłu w supeł. Paliła w szklanej lufce papierosa. Przysunęła się doń, wyciągnęła ręce, na dłoniach żyły zgrubiały, wystąpiło dużo tych żył. – No i co?... – zaczęła dziwnie jakoś. Chwyciła go za włosy. Wichrzyła pieszczotliwie, miękko. – Taka czarna szczotka – powtarzała – taka... – Naprężył się. Przywarła doń udami. – Co ty myślisz – wrzasnęła nagle – że kochać nie umiem!? – Szarpnęła bluzkę. Pokazały się piersi. – Patrz! – wykrzykiwała w jakimś gniewie ogarniającym ją mocno. Piersi poznaczone były krótkimi, białymi bliznami. Dużo blizn. Jak kreseczki. – To z miłości – zniżyła głos – z miłości do niego. – Wskazała na śpiącego frajera. – Porżnęła się żyletką. – Splunęła. – On już kochać nie umie. „Teraz powinienem – myślał gorączkowo Arek. – Teraz. Tylko jak?... Ale muszę. Bo to przecież najlepsza okazja!”. Już tydzień przychodził do tej Mańki i ona ma chęć na niego. On boi się trochę. Właściwie to cholernie się boi. – No – posłyszał niski, niespokojny głos tej pijanej kobiety. Zdecydował się. Gwałtownie objął ją. Syknęła z bólu. Mocno przycisnął jej głowę. Zwalił się na podłogę. Fryzjer jęknął przez sen. Wyskoczył oknem. Ona spała twardo, bulgocząc i pochrapując krótko. Przed budą przeciągnął się i przygładził włosy. „Po wszystkim” – pomyślał. Ona, ta Mańka, jest teraz jego kochanicą. Więc już tak jest, jak mówił Szramka. On mówił zawsze po apelu w sypialni: – Każdy z nas, chłopaków, co to żyją, jak chcą, i chodzą na numery, musi mieć kochanicę. Jak wrócisz z roboty, czeka taka na ciebie z gorzałką. Pieści cię, szanuje. Ty wracasz z roboty, forsy masz jak lodu, ubierasz ją w najlepsze ciuchy, odpoczywasz, ona skacze koło ciebie. – Więc ma już taką. Wrócił do okna i zajrzał do środka. Leżała z rozrzuconymi bezwładnie nogami. Chrapała. Fryzjer też chrapał. Kwaśno zalatywało wódką. Szybko cofnął głowę i odszedł wielkimi krokami, biegł prawie. W ogrodzie babuni usiadł pod wyschniętą wiśnią i oparł głowę o szorstki, złuszczony pień.

Babunia drzemała na stołeczku. Zegar na ścianie cykał miarowo, płynnie poruszały się wahadełka. Arek wszedł bezszelestnie, wysoko unosząc nogi. Już dochodził do łóżka, zawadził o stołek. Babunia uniosła głowę. Wstała. – Aruś – powiedziała niepewnie – tak późno. – Późno – wzruszył ramionami – gdzie tam późno. – Bardzo późno – babunia chwyciła go za rękę, wpatrzyła się weń, mrużąc wypełzłe, jakby martwe oczy. – Gówno – warknął. Ułożył się na łóżku pod ścianą. Z rozmachem zrzucił buty. Babunia podniosła buty, obejrzała dokładnie i ułożyła na kuchni. Wilgotne. Zerknęła na wnuka. Arek wcisnął twarz w poduszkę... ...Ta komórka Mańki niska i ciemna. Fryzjer śpi na krześle. Bezwładnie rozrzucone nogi Maryśki. „Kochać nie umiem!? Jeszcze jak umiem!”. – Wzdrygnął się. – Aruś. – Głos babki, szuranie. Przysunęła się bliżej, stoi przy samym łóżku. – Mówiłeś, że jak wrócisz, to weźmiesz się do nauki. Trzeba przecież... – Gówno! – huknął wściekle. Spłoszone spojrzenie babki. Z powrotem podreptała do okna. – Wiem, wiem. – Znów jej bezdźwięczny, drewniany głos. – Na razie musisz wypocząć, odżywić się, ale później... – Nie – szepnął. Przywarł brzuchem do łóżka... ...Ten kwaśny zapach w komórce. Zapach zestarzałej wódki. Mańka ma chude, szorstkie nogi. Dużo blizn na piersiach, białe kreseczki, porżnęła się z miłości. Teraz jego kochanica. Próbował przepędzić ten obraz komórki Mańki. Nie mógł. Bolała go głowa. Babunia zasnęła na stołeczku przy oknie. Napił się wody z wiadra. * * * Ten jego kumpel z poprawczaka, przezwany Szramką, pojawił się wczesnym rankiem. Stanął przed kamienicą i zagwizdał przeraźliwie. Arek wybiegł zaraz. Już od rogu zauważył Szramkę. Przywitali się krótko, po męsku: – Siemasz. – Pamiętałem – rzekł Szramka. – Fajnie – odparł Arek. – Wyskoczyłem niedawno – mówił Szramka. – Parę dni temu. Tam, w poprawczaku, mieliśmy dużą zgrywę, przyprowadzali takich tabaczków, co to w szkole gwizdnęli dwa kabekaesy. Dawaliśmy im łomot. Z rana i na wieczór.

Zaśmieli się równocześnie. „Już nie jestem gawniak” – cieszył się Arek. Teraz będą wspólniczkami. Szramka szanuje go. Pamiętał i przyszedł. Szramka wspominał jeszcze swoich kumplów, co mają dłuższe wyroki, w ciurmie. – Nie byle kto – podniósł dobitnie głos – stare złodziejachy, mają dobrze po trzydziestce, razem z nimi chodziłem na roboty. A teraz... – spojrzał przenikliwie na Arka – nie ma ich, jeszcze kiblują... Z okna pierwszego piętra wyjrzała babunia. Arek przywarł do płotu. – To moja babka – wyjaśnił niechętnie. Pociągnął Szramkę. – Chodź – rzekł, uśmiechnął się zagadkowo – do mojej... – dalej wymamrotał coś niezrozumiale. Przez dziurę w parkanie przeszli na podwórze Maruszków. Minęli gołębnik. Weszli do drewniaczka tej kobiety zwanej Mańką Dzyndzel. Leżała na łóżku rozczochrana, trzęsącą się ręką sięgnęła po papierosa. Arek przedstawił Szramkę, który skłonił się głęboko. – Pani niezaprawiona na pewno – zauważył Szramka. Wyciągnął zza bluzy półlitrową butelkę. – Przywiozłem na powitanie. – Odwróćcie się, chłopaczki – nakazała Maryśka. Narzuciła szlafrok. – Już można? – zapytał Szramka. Arek dostrzegł w rozchyleniu szlafroka nogę. Chwycił Mańkę za rękaw, przyciągnął i szczypnął w tę gołą nogę. Zaklęła z zadowoleniem. – Twoja baba? – zdziwił się Szramka. – Tak – odparł niedbale Arek. Ona przygotowała szklanki, postawiła talerz z kwaszonymi ogórkami. Wypili. – Tak więc – odezwał się Szramka – wyszedłem. – To mój wspólnik – wyjaśnił Arek. – Siedzieliśmy razem. Mańka przypatrzyła się Szramce. Przesłał jej zalotnego całusa dłonią. – Też niebrzydkiś – zaśmiała się Mańka – i oblatany. – Zna się trochę życie – przytaknął Szramka. Uśmiechnął się lekko, bo Mańka patrzyła nań uważnie, potem przeniosła spojrzenie na Arka, jakby porównując. – I teraz – mówił Szramka – trzeba pomyśleć o jakimś skoku. „Pójdziemy na robotę – pomyślał Arek. – A on zna wszystko, meliny paserów, starszych cwaniaków”. Ogarnęła go radość. – Pewnie – wybąkał. – Jutro – uznał Szramka – skoczymy w miasto. Obejdziem mety, obgada się wszystko. W mieście mam jednego dobrego kumpla – dodał. – Tadka Belkę, też z poprawczaka. Zrobimy forsę. Ze mną – zerknął na Mańkę – nikt nie narzekał,

że chodzi pusty. Mańka szturchnęła go łokciem w podbródek. Śmiała się długo. – Choptasie – powiedziała miękko. – Kochane chłoptasie, starajcie się jak możecie. Do mnie zawsze macie wstęp. „To będzie nasza meta” – zdecydował Arek. Opowiadał przecież Szramka, że koniecznie w takim życiu musi być meta, meta to tak jak baza, z mety rusza się na roboty. Ta Mańka fajna. Równa. Z taką warto. – Więc jutro do miasta – rzekł bardzo głośno. – Dobra. Trzeba zrobić skok. * * * Spotkaliśmy się na starym miejscu, pod kasztanami. – Co u ciebie – zaczął Arek zaczepnie. – Pewnie się uczysz: matematyka, łacina... – Chichotał szyderczo. Milczałem zakłopotany. – Bo ja – mruknął – jutro w miasto... Pociągnął mnie za rękę. Szarpnął mocno. ...Razem ze Szramką. To jego wspólnik. Wrócił z poprawczaka. Miasto jak dżungla. Mety. Paserzy. Wszyscy czekają na chłopców, co z kitu żyją. Skok. Gdzieś do sklepu. Nocą. Sklep ze złotem. Biżuteria, zegarki. Stróż śpi w bramie. A oni robią ten numer. Przez sufit. Lewarkiem. Gruz na parasol. Łoskot nocnego tramwaju. Minuty płyną jak godziny. Pakują to złoto w teczki. Kupa tego. Porządne parę złotych. Jeszcze kilka sekund. I wymykają się pojedynczo. Stróż śpi twardo. Krąg latarnianego światła. Daleko ludzka sylwetka. Przylepiają się do muru. Za rogiem czeka na nich samochód. Blatny szofer. Pojadą na metę. Wyrzucą to wszystko na stół. Pierścionki, zegarki. Rozleci się to po stole. Mańka oczy wytrzeszczy. Ona nigdy takiego czegoś nie widziała. On będzie spokojny, opanowany. Uśmiechnie się tylko. A za taki skok przecież czeka go niezły wyrok. Ale nie wpadną. Obaj byliśmy teraz podnieceni. Obaj widzieliśmy doskonale to miasto dżunglę – gruzy, gdzieniegdzie żółte światełka – to mety chłopaków, co z kitu żyją. Czasem słychać kroki. Przechadzają się miarowo uliczne dziewczyny. I każda taka pójdzie z chłopakiem. Będzie czuła, oddana. – To duża gra – mówił chrapliwie Arek. – A sądy złodziejskie, straszliwe, bezwzględne. ...Daleko na Annopolu w maleńkiej uliczce jęczy tchórzliwie kapuś, oni kołem otaczają go. Starzy złodzieje, którzy siedzieli po wiele lat w ciurmach rozmaitych i skoki robili potężne. Kapuś jęczy wstrętnie, wije się na ziemi, całuje ich po rękach. Walą go w pysk na płasko, potem majchrem i już po

wszystkim. – Miasto, to ci dopiero, ho, ho – gwizdnął leciutko Arek. Z Budek Szczęśliwickich przeraźliwy jęk syreny. Dziesiąta. Skrzypnął lufcik. Unieśliśmy głowy. W oknie pierwszego piętra babunia. Stoi nieruchomo z wysuniętą głową. Ukryliśmy się za drzewami. – I babkę urządzę – zakończył Arek. * * * Nad wejściem do baru dyndała świecąca żółto kula. – „Północ” – przeczytał Arek. – Chodź – Szramka pociągnął go za rękaw. – To jest nasz bar, zobaczysz. W dwóch oknach matowe szyby. Niewyraźnie przesunęły się cienie za szybami. „Więc to taki bar – myślał Arek – tych złodziejachów, kozaków z miasta. Tu obgadują wszystko!”. Dławiło go podniecenie. Szramka pchnął drzwi. Ten bar przepełniony. – Tam przy bufecie – pokazywał Szramka – same chłopaki z miasta. Widział Arek ich doskonale. Jeden ze złamanym nosem, drugi krępy, cyganowaty, w pomiętym kapeluszu. Inni. „Kozaki” – pomyślał. – Kieszonkowcy – tłumaczył Szramka. W kącie za bufetem zobaczył Arek chudego jak szczapa ze starannie przyciętymi wąsikami. Skulony, o rozbieganym spojrzeniu. Szramka skłonił mu się głęboko. – Postawiłbyś gorzałeczkę – rzekł tamten. – Później, za chwilę – odparł szybko Szramka. Tamten machnął ręką. – Kto to? – zaszeptał Arek. – To Bolek Lwowiak – powiedział Szramka – duży kozak. Przy bufecie kłócono się zażarcie. Z tyłu dobiegał czyjś długi rzężący kaszel, potem słowa: – I patrzę, frajer zupełnie kołowaty, oparł się o ścianę i kima. Więc ja do niego „przytulę się do twych ud” i macam go. W kieszeniach nic, sięgam jeszcze do tej od zegarka i myślę, pusty frajer, a tam trzy stówy. Donośny śmiech. – Znam tu wszystkich – mówił Szramka – i oni mnie znają. – Poczekaj – zostawił go na chwilę i zniknął w gromadzie przy bufecie.

Arek rozglądał się niepewnie. Jakiś typ mamrotał natarczywie, wyciągał brudną dłoń, próbował schwycić go za rękaw. Odsunął się spiesznie. Wrócił Szramka. – Gadałem z kumploszczakiem – oznajmił – taki jeden złodziejaszek, ten Tadzio Belka, co mówiłem. On coś wypatrzy, już się rozgląda za interesem. – Uniósł się na palcach i zaśmiał się urywanie. – Tam w kącie – powiedział – siedzi duży złodziejacha, Zakapior. Przecisnęli się w stronę ściany. Na beczce siedział wielki krostowaty chłop w żołnierskim szynelu. Leniwie sączył piwo. – Kozak – szeptał Szramka – Zakapior. Namyślał się chwilę, zmarszczył czoło i nagle, zdecydowany, trącił tego w szynelu. – Siemasz – powiedział cicho. Tamten uniósł głowę. Zmrużył oczy. – Jakie „siemasz”, gawniaku. – Uniósł dłoń, ścisnął w pięść. Szramka odskoczył szybko. Pociągnął Arka. – Zasraniec spoufalił się – posłyszał Arek głos tego wielkiego w szynelu. Dopiero przy barze wśród zbitego kłębowiska ludzi zatrzymali się. – Rozumiesz – gadał Szramka – nie chciałem awantury, mogą gliny wpaść i klapa. Co innego gdzieś w cichym miejscu – dodał – wtedy mógłbym wystąpić. Arek nie uwierzył mu. Szramka przecież przestraszył się bardzo. Uciekł. A teraz udaje bohatera. Szramka coś mu jeszcze tłumaczył, ale Arek nie słuchał. Kłąb ludzi w knajpie zacieśnił się i kotłował. Ktoś śpiewał monotonnie. Szatniarz w brunatnym fartuchu nikogo już nie wpuszczał do wnętrza. Przekręcił klucz w zamku. Z zewnątrz walono w drzwi. Trzeszczały zgrzytliwie. – Kozacki bar – niewyraźnie docierał do Arka głos Szramki – same chłopaki z miasta, frajerów tu nie zobaczysz... w ogóle... Arek popatrzył nań ze złością i Szramka urwał w połowie słowa, zmieszany i niepewny. Ponad głowami tych przy stołach dostrzegł Arek tego w żołnierskim szynelu, wstał z beczki i przepychał się do bufetu. Szramka też widać go zobaczył, bo powiedział niedbale: – No, starczy tego, wyjdziemy. Otworzył drzwi, zadygotał dzwonek. Czarno. Parę kroków przed nimi w kałuży błyszcząca, srebrna plama światła latarni. * * *

– Ten Tadzio Belka zawsze wypatrzy mądrą robotę – rzekł Szramka. Czekali przy płocie. Przed nimi gruzy porośnięte szarą trawą, wśród gruzów wąska ścieżynka. Tam za gruzami, w parterowej murowance, mieszka Tadzio Belka. – On pochodzi ze złodziejskiej rodziny – tłumaczył Szramka. – Ojciec, matka skaczą w miasto. Doliniarze. A on mój dobry kumpel. Arek ziewał raz po raz. Już kilka dni w mieście. Spali ze Szramką na dworcu. Potem szli do baru mlecznego. Po południu handlowali trochę biletami pod kinem. Ale nie udawało im się nigdy zarobić porządnie. Starsi chłopcy przepędzali, a raz nawet, przed tym kowbojskim filmem, zabrali im połowę forsy. W ogóle ten Szramka cholernie bał się starszych chłopaków. Uciekał, jak tylko zobaczył ich z daleka. Zostawił Arka. Potem mówił: – Nie chciałem robić awantury, bo wiesz, gliny zaraz przylecą. Arek wzruszył ramionami. „Nie chce robić awantury? Boi się, i to wszystko. – A z tym Zakapiorem w «Północy»? Wystąpiłby do walki? Uciekłby, i to wszystko”. Ale nic Szramce nie powiedział. Posłyszeli kroki. To Tadzio Belka. Mały, z krótkimi włosami, w obszernej, fałdzistej marynarce. Popatrzył niespokojnie na Arka. – To mój wspólniczek – wyjaśnił Szramka. – Jeszcze z poprawczaka. „Ale ma marynarkę – pomyślał Arek – prawie do kolan i cała w fałdach”. Szramka tez obejrzał tę gabardynową marynarkę i roześmiał się: – To ciuch z roboty – wyjaśnił dumnie Tadzio Belka. – Zrobiliśmy włamano do takiego pedeciaka, ale mało co znaleźliśmy, trochę tylko łachów... Ale teraz mam skok. – W uśmiechu pokazywały się mu dołeczki na policzkach. – Upatrzony sklepik. Już parę dni chodziłem koło niego. Niezłe utargi i kierowniczka wieczorem zdaje kasę sama albo z ekspedientką. Czasem biorą taksówkę, to i my weźmiem, i trach... baby z ryj i za teczkę – zacisnął pięści, westchnął głęboko. – Ładny kawał grosza w tej teczce... – Gdzie ten sklep? – zapytał Szramka. – Na Pradze. Robota pewna. Tadzio Belka bardzo palił się do tej roboty. Zawinął rękawy gabardynowej marynarki, rozstawiał palce. Przeliczał forsę z tej teczki. Szramka z powagą wyciągnął rękę. Na blat przybili z Belką dłonie. Arek też uścisnął dłoń Belki.

– To dobry skok – powiedział Szramka. – Jasne – przytaknął Tadzio. – I pewny na medal. Arek milczał. Właściwie nie tak to sobie wyobrażał. Ale przecież nie może nic mówić. Wyśmieją. Mogą też powiedzieć, że kapuś. Ale to przecież nie taki skok. „Babę za kudły, forsa w teczce”, chodziło mu uporczywie po głowie. Głośno przełknął ślinę. Szramka długo poszeptywał z Tadziem Belką. Umawiali się na ten skok. Przeciągły, babski głos: – Tadek, Tadek, cholero jedna, gdzie jesteś! – Na razie – Tadzio Belka z obawą spojrzał na zwalisko gruzów. – To moja stara. Zła dzisiaj, bo bez forsy. Pobiegł ścieżyną, zszarzałe łopiany szarpały go za spodnie. – Widzisz – Szramka przyjacielsko szturchnął Arka. – Widzisz, jak u nas szybko załatwia się forsę?... Jak zarobim – rozmyślał półgłosem – to pójdziemy do najlepszego lokalu, takiego kategorii „S”, najdroższe dania na stół, pieczary, kolorowa gołda i poderwiemy piękne dziweczki, takie, co to tylko z frajerami chodzą, przy nich kelnerowi stówę w łapę, muzyce też parę złotych, żeby „Poemat”... Arek odwrócił głowę. „Taki skok” – myślał pogardliwie. Jednak do miasteczka tak wrócić nie może. Z pustymi rękoma. Mańka wyśmieje, kumple też. Ryży będzie pokrzykiwał: – Niby kozak jesteś i co?! Szramka poruszał bezgłośnie ustami, widać dalej był w tym najdroższym lokalu i widział dziweczki. Potem wypalili na spółkę papierosa i poczuli ssący głód, od rana nic przecież nie jedli. Szramka przetrząsnął kieszenie. – Na bułki i mleko starczy. * * * Arek przyjechał do miasteczka po południu. W pomiętym ubraniu, brudny. Czekał pod żółtym domkiem chyba z godzinę. Zauważył go nasz gospodarz, popatrzył groźnie. – Nicpoń – zaburczał. Pamiętał Arka doskonale z tych czasów, kiedy chodził on z chłopakami po jego ogrodzie i bawił się w wojnę. Gdy wyszedłem, Arek podskoczył z tyłu i zakrył mi oczy dłonią. Od razu go poznałem. Poszliśmy na gliniankę. Usiedliśmy wśród traw. Zapaliliśmy. Nad

stawem cicho zaczynały kumkać żaby. Na grobli kilku rybaków. Za naszymi plecami wieża ewangelickiego kościoła. Popatrzyliśmy na tę białą z czerwonym daszkiem wieżę. – Gówniarski numer ten strych – przypomniał Arek. Ale teraz... – wstał, spacerował po grząskiej gliniastej ziemi, przyginał trzciny, szarpał, trzymały się mocno i nawet nie drgnęły. Syknął, skaleczył sobie palce. ...Frajerski numer wtedy. Ale on już wie, co robić. W mieście zupełnie inaczej. Poznał takich kozaczków. Sami starsi, fachowcy z dużą praktyką, wszystko dokładnie przygotowane. W tym tajemniczym mieście są takie meliny wśród gruzów, gdzie pije się wódkę i obgaduje roboty. Poznał całą ferajnę. Jakie tatuaże mają, niech się skryją ci wytatuowani z poprawczaka, starzy złodzieje całe ciało mają obrysowane, w różnych kolorach, po wiele lat siedzieli w więzieniach, tu i w innych krajach, i tatuowali sobie. A jak coś zrobią, to tylko grubsze roboty. Najmniej na kilkadziesiąt tysięcy. Czasem ze spluwą na bogatych profesorków, czasem do sklepu w dzień, wywieszają kartkę na drzwiach „Remanent” i od razu do kierownika „Łapy w górę!”. Kierownik trzęsie się, poci. Oni pakują towar w teczki. Robią to spokojnie, palą papierosy, dowcipkują. Wychodzą i w samochód. Wrzask, gwizdki milicyjne, zdarzają się też strzały. Już za późno... Więc on z takimi kombinuje. Szykują porządną robotę. Na dużą skalę. Ryzykowną. Ale musi się udać. Plan jest precyzyjny, dokładnie opracowany. On tam jest wśród nich najmłodszy, bo to starzy fachmani. – To będzie duży skok – powtarzał wzburzony. Nie patrzył na mnie. Na koniec walnął mnie z rozmachem w plecy i wyrzucił zdławionym głosem: – Do zobaczenia. Szedł między akacjami. Minął ewangelicki kościółek, znikł za pekinem. Pewnie zaszedł do tej kobiety zwanej Mańką Dzyndzel. * * * Wypili sporo wódki. Tę wódkę, trzy ćwiartki, przyniósł Tadzio Belka z domu. – Machnąłem starym – powiedział – bo u nas dziś grubsza popijawa. Arek nie miał ochoty do gorzałki, ale pić musiał. – Przed robotą trzeba – nakazał Szramka. – Koniecznie trzeba. Arek upił się porządnie. Oni też. – Robota – mamrotał Arek – zaraz robota.

– Tu poczekamy – szepnął Tadzio Belka. Stanęli w bramie. Było to dalekie przedmieście Pragi. Małe parterowe domki. Ten sklep znajdował się w największym chyba domu tutaj. Tadzio Belka wysunął głowę, spoglądał na ulicę. – Zaraz forsa! – Szramka roześmiał się bełkotliwie. – Kupa – Tadzio odwrócił głowę. – Ona z dziennego utargu najmniej ma dziesiątaka. – Ubierzemy się w garniturki z tenisu, skoki porządne – marzył Szramka. „Dziesiątak – myślał Arek – baby w ryj, za teczkę i dziesięć tysięcy”. Przypomniał sobie tę swoją gadkę nad stawem, mówił wtedy przyjacielowi o wielkim skoku, o starych, sławnych fachowcach. Wykrzywił usta. Chciał uciekać stąd. Chciał powiedzieć wspólnikom: – Gówno z takim skokiem. – Lecz nie można. – Kapuś! – zasyczałby zaraz Szramka. Plunęliby mu w twarz. „Kapuś, kapuś” – powtarzał bezradnie. W głowie mu wirowało. Zatoczył się i policzkiem potknął chropawej, wilgotnej ściany. Zimna i wstrętna. Do bólu przygryzł wargi. – No – powiedział głośno – kiedy to wszystko się zacznie? Tadzio Belka psyknął ostrzegawczo. Usłyszeli zgrzyt, głosy, kobiece głosy, chyba dwie baby. – Niech tylko wyjdą za róg – rzekł Szramka – tam nie ma latarni. – Już – wykrztusił Tadzio Belka. Ruszyli przy ścianie. Arek potknął się o schodki. Obtarł kostkę. I jakby wytrzeźwiał, chwyciło go coś mocno za gardło. „Żeby już”. – Pragnął, żeby już było po wszystkim. Dobiegli do rogu. Szramka kołysał się śmiesznie. Arek biegł za nim. Pierwszy wysunął się Tadzio Belka. Te kobiety szły powoli, rozmawiały. Usłyszały szybkie kroki za sobą. Ta z lewej strony obejrzała się. Zaraz przeraźliwy krzyk. Arek wtulił głowę w ramiona. Tadzio Belka doskoczył do kobiet. Krótki stukot. Z bramy wyskoczyli ludzie. Dużo ludzi. Ktoś upadł na bruk. Pisk. Wiele głosów. Arek przymknął oczy. Nie widział nikogo. – Co się stało? – szepnął. Stanął oszołomiony. Z boku urywany, ciężki oddech. – Pękaj, pękaj, bo... – To chyba Tadzio Belka. Cienki głos. Jego głos. Arek rzucił się w bok. Nie oglądał się. Ale chyba gonią, bo słychać tupot. Przed nim parkan. Niski. Przeskoczył bez trudu. Krzaki, gałęzie biły w twarz, jakaś szopa i znalazł się na wąskiej uliczce. Biegł długo, nikogo tu nie było widać, tylko małe światełka w domach. Już nie mógł biec. W skroniach łupiące młoteczki. Przyparł do muru. Dyszał ciężko. Za nim pusta, czarna uliczka. Nikogo.

– Nie udał się skok – powiedział głośno. Wzruszył ramionami. „Co z nimi? Czy ich złapali? Uciekli?”. – Trochę martwił się o Szramkę. Młoteczki w skroniach waliły nieustannie. Wytrzeźwiał zupełnie, uginały mu się nogi. * * * Zbudził się z bólem głowy. Przebrnął przez poplątane ciała śpiących. Przeciągnął się. Na dworcowym zegarze siódma. Zasychało mu w gardle. Przeszukał kieszenie. Znalazł tylko piątkę. Łapczywie spojrzał na butelki z piwem stojące na barze. Ale tę piątkę musiał koniecznie zostawić na kolejkę. Postanowił pojechać do miasteczka. Pójdzie do Mańki. Jeszcze raz przeszedł między ławkami. Może gdzieś śpi Szramka albo Tadzio Belka. Nadepnął na but jakiemuś w żołnierskim szynelu. Ten zaklął sennie. „W żołnierskim szynelu był Zakapior w «Północy»” – przypomniał sobie Arek. Ukradkiem pochylił się i zobaczył twarz śpiącego. To nie Zakapior. Skierował się do wyjścia. Ponury dzień. Siąpił drobny deszcz. Podniósł kołnierz marynarki. ...Skuleni pod murem. Tadzio Belka psyka ostrzegawczo. Szramka jest pewien. Zaraz będzie forsa... „Gówno z tym wszystkim”. – Ciężko poruszył ręką. Wilgotne powietrze orzeźwiło go. Wskoczył do kolejki. Przesunął dłonią po lepkiej, obrzmiałej twarzy. Bardzo był zmęczony. Niecierpliwie liczył przystanki. Jeszcze dwa. Za chwilę będzie u Maryśki. Napali w kuchni, nastawi wodę, umyje się i powie: – Nie wyszło. – Ona skrzywi do niego twarz, wyśle Zygmunta niby to na piwo i chwyci go za rękę: – Chodź, synek. – Wtedy, pierwszy raz, mówiła: – Myślisz, że kochać nie umiem? – A potem zawsze gadała: – No i co, źle ci? – Jej twarz czerwonawa, z porowatym nosem, brunatne worki pod oczyma. Wzdrygnął się. Więc odtrąci jej rękę i jeszcze raz powtórzy: – Nie wyszło. W ogóle – doda – to gówno, a nie skok. Wszystko gówno – zakończy. I posiedzi tam u Mańki małą chwileczkę, może nadejdzie Szramka. Jemu też powie, że na to miasto nie ma chęci. Pożegna się ze Szramką. I wyjedzie gdzieś. Daleko. Bardzo chciał pracować w lesie, być drwalem. To fajna praca. Wieczorem bardzo fajnie. A po roku może wróci do miasteczka. Silny, mięśnie jak kluchy, opalony. I parę złotych będzie miał. Babka się ucieszy. Szedł spiesznie. Minął piekarnię i już buda tej Mańki, co żyła z Zygmuntem. Chciał zajrzeć przez okno. Ale okno zasłonięte firanką. Maryśka nigdy nie zasłaniała. Zapukał w drzwi. Umówionym sposobem: cztery razy – dwa głośno,

dwa cicho. Drzwi otworzyły się natychmiast. Nieznajoma twarz. – Proszę. Krępy, ospowaty mężczyzna uśmiechał się zagadkowo. – Proszę – chwycił Arka za ramię i pociągnął. Arek obejrzał się. Zza kasztanów pokazał się facet z rękami w kieszeniach. Też uśmiechał się. Ospowaty zatrzasnął drzwi. Zaprowadził do kuchni. Na łóżku siedziała Mańka. Rozczochrana, drżącą ręką trzymała papierosa. W kącie stał Szramka, opierał się o stół. Jeszcze jeden obcy w zielonej, wojskowej koszuli. „Tajniacy – Arek był teraz pewien – wpadka”. Szramka zapiął marynarkę. Długo bardzo zapinał. Wreszcie uporał się z ostatnim guzikiem. Znów zaczął rozpinać. Nie patrzył na Arka. – Nowa rybka – powiedział ospowaty. – Dobra sieć – zachichotał. Mańka zaklęła półgłosem. Ten w zielonej koszuli przyjrzał się badawczo Arkowi. Podszedł doń szybko i pokazał fotografię. Tadzio Belka głupawo uśmiechnięty, uczesany z przedziałkiem. Fotografia pożółkła, stara. – Nie – powiedział stanowczo Arek – nie znam. – „Nie znam – powtarzał sobie. – Nie mogę znać. Kapusiem nie będę”. Szramka chrząknął nerwowo. – Nie upieraj się. Przecież to Tadzio Belka. Arek wzruszył ramionami. – Nie znam! – przedrzeźnił go ospowaty. – Małolatek, a jaki już zatwardziały. „Tam, w pokoju – myślał niespokojnie Arek – siedzi Tadzio Belka, skuty w kajdanki”. Tajniak w zielonej koszuli sprawnie obmacał kieszenie. – Szczeniaki – odezwała się Mańka – narobiły mi tyle nieprzyjemności. Patrzyła obco na Arka. Opuścił głowę. – Panie władzo – mówiła do tego w koszuli. – Zabierzcie już ich stąd i dajcie mi spokój. Taki wstyd. – Dobrze, dobrze – burknął ten w zielonej koszuli. Na podwórzu przenikliwy, gołębiarski gwizd. „Pewnie Felek Piaskarz gania swoje winerki” – pomyślał Arek. Ci dwaj tajniacy podskoczyli do okna. – Co z Tadkiem Belką? – Arek nachylił się do Mańki. – Nie znam, nie było tu takiego – odburknęła. – A ten – wskazała na Szramkę

– zakapował. – Cisza! – wrzasnął ospowaty. – Nie porozumiewać się – wtrącił surowo ten w zielonej koszuli. – Zakapowałeś – powiedział głośno Arek. Szramka przykulił się i dygotał. – Kapuś! – Jednocześnie ogarnęła Arka ulga, że to wszystko rozplątało się już właściwie. „Tylko – posmutniał znów – właściwie za frajer, za takie gówno”. A on opowiadał takie bajdy. I teraz wsadzą go do więzienia. Długie miesiące. Przypomniał sobie ewangelicki kościół, sublokatorkę babuni, tę jej bransoletę wcale nie złotą i ten dzień, kiedy przyszedł milicjant i wziął go ze sobą. Znów to samo. Zacisnął szczęki. Ten w wojskowej marynarce spojrzał na zegarek. Zaszeptał z ospowatym. Deszcz padał uporczywie. Na szybie długie strużki wody. Szramka stał pod ścianą. – Tak jest – powiedział służbiście ospowaty. – Skuć? – Można – odparł tamten. – Skujcie ich w parę. Ospowaty wyciągnął z kieszeni niklowane, błyszczące kajdanki. – Łapki przed siebie – nakazał. Arek i Szramka jednocześnie wyciągnęli dłonie. Skuł ich szybko. Zimny metal ściskał przegub. – Wychodzić! – nakazał ryżawy. W drzwiach Szramka zatrzymał się. – Ja nie tego, ani słowa – zaszeptał gorączkowo – oni już wiedzieli wszystko, ktoś zakapował. Arek szarpnął mocno. Szramka zaskowytał, bo kajdanki wpiły mu się boleśnie w przegub. Wiedzieliśmy już wszystko. U Mańki są tajniacy. Ludzie z pekinu zebrali się na podwórzu. Przyszła też stróżka Potrzebna i Pietruszkowa. – Ciekawe, co za chryja? – zastanawiał się krawiec Skarbeńko. Stałem z Rudym pod kasztanami. Na uboczu jakiś gruby z rękoma w kieszeniach. Rudy obejrzał go badawczo. – Tajniak – szepnął. – Widać – rozważał – jakaś afera u Mańki. Felek Piaskarz też przestał zajmować się gołębiami, zamknął siatkę i z tyką pod pachą podszedł do zebranych. Skrzypnęły drzwi. Podeszliśmy bliżej. Ukazał się Arek z jakimś drugim. Obaj skuci w kajdanki. Arek zaciskał usta. „Więc złapali ich” – pomyślałem.

– Rozejść się! – huknął ten gruby tajniak. Rozstąpiliśmy się niechętnie. – Daj fajki – szepnąłem do Rudego. Sam miałem tylko dziesięć. Dał swoje mocne. – Masz – wetknąłem Arkowi w kieszeń. Popatrzył na mnie. – Z tego wszystkiego – wykrztusił – gówno wyszło. W ogóle... – Spróbował uśmiechnąć się, ale broda zadrgała mu żałośnie, bezradnie jakoś, więc szybko opuścił głowę. Łysy tajniak popchnął ich. Dołączył się ten w zielonej koszuli i ten zza kasztanów. Poszli. – Nie ma chłopak fartu – westchnął Rudy. Zasmucił się. „W ogóle” – pomyślałem. – Mówiłam, że to się tak skończy – powiedziała ze złym uśmiechem Pietruszkowa. Stróżka Potrzebna westchnęła ciężko. Z budy wyjrzała Mańka. Popatrzyła na mnie i na Rudego. Uśmiechnęła się zalotnie. Pomarszczona brzydka kobieta. Rudy pokazał jej język. Urażona schowała się za firankę. Z okna pierwszego piętra kamienicy wyjrzała babunia. Jeszcze nic nie wiedziała. Spoglądała na ludzi. Zaczęli się rozchodzić w zakłopotaniu. Tylko Felek Piaskarz gapił się bezmyślnie w niebo. Ukryłem się za kasztanem i spoglądałem w okno pierwszego piętra. Widziałem białą głowę babuni. Od słońca osłoniła oczy.

Sielanka Wśród chłopaków z „Sielanki” najlepiej wyglądał Długi. Zwracał uwagę nie tylko wzrostem. Chodził niby to niedbale, jednak po cwaniacku jakoś, przekrzywiał głowę i uważnie spoglądał spod przymrużonych powiek. Gdy pierwszy raz po tej przerwie przyszedł tutaj, zatrzymał się w korytarzu i przyjrzał szatniarzom. „Sami nowi – pomyślał – kawał czasu nie byłem w mieście...”. Pomacał w palcach zieloną, miękką kotarę. – Fajna – mruknął, zwracając twarz w kierunku szatni. Najstarszy z szatniarzy szeroko rozłożył ręce. Długi westchnął i odgarnął zasłonę. Pierwsza sala „Sielanki” tonęła w nastrojowym półmroku. Tłoczno. Parkiet błyszczał ślisko. Długi ostrożnie stawiał stopy; skierował się na lewo i uśmiechnął z zadowoleniem. Bar na starym miejscu, tylko barmanka inna, ruda i przysadzista. – Trzy lata. Trzy – Długi rozstawił palce na szkle baru i przycisnął mocno. Zostały wilgotne, niknące powoli, odciski. Z ostatniego wyroku siedział pełną trójkę, dopiero przed tygodniem wrócił do miasta. Ubrany był byle jak, w podniszczony, brązowy garnitur, na kolanach występowały wypukłe, fałdziste wypchania. Zakołysał się lekko, po marynarsku rozstawił nogi i dokładnie obejrzał salę. Tam, przy parkiecie, siedziały dziewczyny, też patrzyły na niego. Te przy pierwszym stoliku, Hanka i Leniwa Iza, wyciągnęły szyje. Iza pogładziła majestatycznym ruchem jasne, puszyste włosy. – Przystojniak – mruknęła. – I taki jakby cwaniakowaty – dodała Hanka Artycha. Książę Nocy, Rysiek, co miał wariackie papiery, również przyjrzał się Długiemu natarczywie. Nagle Długi uniósł rękę i coś powiedział, przekrzykując wrzawę. Dostrzegł Hiszpana, starego swego kumpla. – Hiszpan! – powtarzał – Hiszpan! – Radością pojaśniała mu twarz. – Ładny teraz – uznała Iza. Hiszpan zerwał się z krzesła, ale Książę Nocy przytrzymał go za rękaw. – Co to za jeden? – zapytał. Zmarszczył czoło i śmiesznie poruszył grubo nawisłymi brwiami.

– Urke! – wrzasnął Hiszpan. – Stary urke, mój kumpel... – Podbiegł do Długiego, mocno ścisnęli sobie dłonie. Zaciągnął do stolika. Orkiestra zagrała akurat „Siwy włos”, ten, który walił w perkusję, twarz miał małpią, jakby znajomą. „Może któryś ze starych?” – Długi z zastanowieniem przygryzł wargę. Kiedy znalazł się bliżej, stwierdził, że to pomyłka. – Skąd wyskoczyłeś? – dopytywał się Hiszpan. – Z Siedlec – odparł Długi. – Ciężka ciurma, ciężka – zacmokał Hiszpan. Cieszył się bardzo, poklepywał Długiego i znajomym ruchem przygładzał równe prostokąciki baczków. Książę Nocy podstawił Długiemu krzesło. – On mówił, żeś swojak – wskazał na Hiszpana, który przymrużył oko i napełnił kieliszki. Wypili. Książę Nocy otarł bibułką usta. – Przecież frajer tak nie wygląda! – wesoło parsknął Hiszpan. – Nie może tak wyglądać. – Znał dobrze Długiego. Razem mieszkali na Solcu w sąsiednich podwórzach. Kiedy Hiszpan zaczął chodzić do miasta, z Długiego był jeszcze kajtek, ale już zaczynał robić się cwaniakowaty. Przyglądali się teraz sobie uważnie. – Nic się nie zmieniłeś – uznał Hiszpan – tylko jakby schudłeś, ale wiadomo... ciurma... A to nie przy mnie kłute – pochylił twarz nad przegubem dłoni Długiego. Oglądał kalendarzyk złodziejski z wschodzącym słońcem wolności u góry; w kalendarzyku wypisane były cyfry: raz, dwa, trzy. – Parę ładnych lat – pokiwał głową Hiszpan – trzy wyroki. – Trzy – powtórzył w zamyśleniu Książę Nocy. Potarł ucho, rozpogodził twarz. – U mnie już pięć. – Twoje wyroki! Po miesiącu. Takie wyroki... – zarechotał Hiszpan. Rysiek, zwany Księciem Nocy, zaklął i sięgnął po gorzałkę. Źle przełknął i ciężko zakaszlał w garść. Orkiestra ciągnęła smutny refren, Lodek Kerman, łysawy zapiewajło, nachylił się do mikrofonu i wyciągnął ochryple: – „Pomyśl, miła, ile to już lat...”. – Tak, tak... na pewno nie frajer – zamruczał Książę Nocy – wzorki ma ładne, dobrze kłute. – Począł mocować się z rękawem koszuli, obnażył chude ramię. Zobaczyli czarno tatuowany wizerunek kobiety. – A dalej... – Książę szarpał koszulę. Z trzaskiem odleciał guzik. Wtedy przestał, zacisnął usta i zrobił swoją starą – dla nieznajomych groźną – minę. Wysunął do przodu krogulcze nosisko, twarz miał małą, trójkątną, z głęboką blizną wzdłuż policzka. – Pamiętaj, nie jesteś frajer, to pamiętaj – głos zniżył do tajemniczego świstu, przytrzymał Długiego za dłoń. Długi odepchnął go silnie, oczy zmrużył w kłujące szparki. – Daj mu gadać – Hiszpan przedzielił ich ręką. – To farmazonista, ale równy

kumpel. Daj – prosił. Długi rozluźnił naprężone ciało. – Trzeba zawsze jak wąż – mamrotał przestraszony nieco Książę. – Jak wąż. Czasem inaczej, ale przeważnie od tyłu nygusa i kosą go w plechy! – Zacisnął palce na widelcu, przeszył nim powietrze. Wyglądał błędnie, czarniawy, z błyszczącymi oczyma. – Farmazonista. Duży farmazonista – przytaknął Długi. Razem z Hiszpanem wygodnie usadowili bełkoczącego Księcia na fotelu. Zaraz zachrapał, na brodę cienką nitką pociekła mu ślina. – Za dużo chla. I od razu dostaje zajoba. – Hiszpan przygładził zwichrzone, siwawe gdzieniegdzie włosy Księcia Nocy. Dziewczyny zebrały się teraz przy dwóch zsuniętych stolikach obok podwyższenia dla orkiestry. Iza Leniwa, najwyższa wśród nich, siedziała nieporuszona, piękna i ważna jak pani. Nieznacznie obróciła głowę i spojrzała na Długiego. Poprawiła włosy i jednocześnie z Hanką Artychą wypiły po kieliszku pod pomarańczowy sok. Znów zerknęła tam do tyłu, gdzie siedzieli oni. Wtedy po raz pierwszy ich spojrzenia spotkały się, Długi widział ją dokładnie. – Modelek – wycedził przez zaciśnięte zęby. Hiszpan przytaknął, parsknął gardłowym śmiechem i dodał: – Ale ważniaczka, za duża ważniaczka. Długi jeszcze raz nieznacznie zerknął na dziewczynę. Oczy miała wielkie, nachalne. Na ślepo szukała czegoś w torebce, przypudrowała nos. Inne dziewczyny przy tym stoliku rozprawiały wrzaskliwie, nisko pochylając głowy, lub też taksująco oglądały frajerów, których przybywało coraz więcej. A ona, ta Iza, siedziała obojętnie, wyniosła, i ciągle wytrzeszczała swoje wielkie, niebieskie gały na Długiego. Przygarbił się, dłonie ułożył równo na stoliku i oglądając paznokcie, burknął do Hiszpana: – Nigdy jej nie widziałem w mieście. A przecież wszystkie znałem – dodał po chwili. – Wszystkie. – Bo ona od niedawna. Miała chłopa. Jednego takiego prywaciarza, i pękła mu w miasto – wyjaśniał Hiszpan. – Teraz pracuje na własną rękę – pisnął cienkim, złośliwym śmiechem. – Dlaczego? – rozłożył ręce. – Nie wiadomo. – Popatrzył na Izę i głośno zamlaskał grubymi, czerwonymi wargami. – Zdrowa – wymamrotał Długi. – Co? – nie zrozumiał Hiszpan. – Ano, te niektóre nowe dziwki zdrowe są – wyjaśnił niechętnie Długi. – I charakterne – z ożywieniem przyświadczył Hiszpan. – Jak zarobią, to

i pochlać przy nich można, a czasem też... – Klepnął Długiego w kolano. – Nie zginiesz tutaj! Długi wdusił w popielniczkę papierosa i wyciągnął grzebień. Przyczesał krótkie jeszcze włosy. – Ładne masz piórka, gęste – Hiszpan obejrzał go z boku. Sam też przygładził swoje falujące, czarne jak sadza, włosy. „Nic się nie zmienił” – Długiemu śmiechem drgnęły wargi. – „Jak zawsze zachwala swoje kłaki”. – Okrył dłonią usta i powiedział z udanym podziwem: – Twoje, to dopiero porządne piórka. – Potem poszperał w kieszeniach, zaszeleścił czymś pod stołem. – Ile tu kosztuje ćwiartka? – zapytał z zafrasowaną miną. Prawie równocześnie zawołali kelnera, pokazali mu na szkło. Miało się już ku końcowi. Sala opustoszała. Muzykanci porozpinali białe koszule i sennie kołysali się na krzesłach, ich twarze w świetle przyćmionych lamp pobłyskiwały tłusto. Noc była właściwie kiepska. Tutejsi podrywacze nie mieli żadnego trafunku. – Ani jednego frajera z sikorem – rozprawiał przy barze młodziak Ząbek. Jeszcze raz omiótł salę uważnym spojrzeniem. Barmanka Marysia pokiwała współczująco głową. – Większa dla mnie! – szczeknął Ząbek. Wsparł brodę łokciem, przed sobą miał porysowane, mdłe lustro. W kącie, przy zielonych kotarach, krzątał się już zamiatacz, pobrzękiwał szuflą i śpiącym gościom nacierał z głupawym uśmiechem uszy. Dziewczyny też nie miały lepiej. Pojedynczo, po dwie opuszczały lokal. Bez frajerów. Tylko Iza Leniwa poderwała jednego o wyglądzie buchaltera. Uchwycił ją mocno pod rękę, potem dłonią prześlizgiwał po biodrach. Odtrąciła go ze złością. Mały z wysuniętą usłużnie szczęką szedł za nią, pokrzykiwał błagalnie. – Znalazła. Ona zawsze znajdzie – mruknął Hiszpan. Kierownik sali uśmiechnął się miękko. – Iza jak bank – powiedział. – Zarobić da i sama dobrze zarobi. Długi ręce splótł na kolanach, głęboko wsunął się w fotel. Zamiatacz podszedł do nich i oparł o stolik szuflę. – Zamykamy. Dziękujemy – oznajmił cienko. Potrząsnął Księciem Nocy, który wyciągnął dłoń z zakrzywionymi jak szpony palcami. – Ech – zamruczał zamiatacz, w uśmiechu na jego rumianych, chłopskich policzkach pojawiły się dołeczki. – Takiżeś zawsze uparty. – Z wolna nacierał odstające, z kępkami

kłaków, uszy Księcia Nocy. – Pójdziem – rzekł Hiszpan – złapiem taryfę i skoczymy na dworzec. Powlekli się z Długim do wyjścia. Szatniarze pozdrowili ich usłużnie. Hiszpan rozłożył ręce. – Nic nie płacimy – powiedział chmurnie. – Ani feniga. – Dotknął kieszeni. Noc była chłodna, z przyjemnością wdychali rześkie powietrze. Długi wyciągnął w górę ręce, przegiął się z rozkoszą. – Gites, gites – szepnął. – Gites? – zdziwił się Hiszpan. – To moja pierwsza wódka na wolności – uroczyście wyjaśnił Długi. Uliczne dziewczyny stały na tramwajowej wysepce rozkrzyczaną gromadką, jakiś pijany obchodził je poplątanym krokiem. Jedna z nich, w chustce, podstawiła mu zręcznie nogę – pijany upadł na jezdnię. Zabrzmiał donośny, chrypliwy śmiech dziewczyn. – Zadowolone – syknął Hiszpan. – Z czego się cieszą? – Wzruszył ramionami. Ten porządnie zaprawiony frajer wpadł im w ręce przy postoju taksówek. – Pewnie do dworca – zagadał przyjaźnie. – Ja też... to może razem? – W świetle latarni skóra jego wypchanej, brązowej teki błyszczała świeżo. Hiszpan szturchnął Długiego w bok. – Dlaczego nie – odpowiedział szybko. Zatrzymali małego opelka, szoferak chciał zagadać do nich, pokazał na dziwki, ale zauważywszy ściągniętą, chmurną twarz Hiszpana, urwał w połowie słowa. – Bo do domu wracać nie warto – głośno rozmyślał ten z teczką. – Nie warto... Zdałoby się jakąś doprawkę... – Wyciągnął dłoń, przedstawił się grzecznie. Nazwisko swoje wymienił wyraźnie, ale nawet nie zwrócili uwagi. Hiszpan znów szturchnął Długiego i zamrugał znacząco. Długi poczuł niepokój i wytarł dłonie w oparcie. Jechali, milcząc, frajer z teczką pogwizdywał jakąś znajomą melodię. – Tira, tirarą, tirarą – zanucił. – Ładne – pochwalił Hiszpan. – Właśnie – rzekł ten frajer. – Bardzo melodyjne. Już poczynało szarzeć. Wystąpiły ponure we mgle kontury domów. Za Żelazną tramwajarze pracowali na szynach, słychać było twardy zgrzyt żelaza i pobłyskiwały czerwone latarenki. Dziewczyny i tutaj stały gromadką, paliły w rękawach papierosy. Wysoki chłop w sztywnej, okrągłej czapce objął jedną od tyłu. Odskoczyła, dała mu po karku. Wysoki zatoczył się na czerwoną latarnię. Światełko zamigotało

w rzadkiej ciemności. – Twoja miara, też taki długi – parsknął Hiszpan. Ten z teczką chrząknął uprzejmie. – Dworzec! – Szoferak przyhamował z fantazją przed zieloną pobiedą. – Najlepsza meta. – „Meta”... też słowo. – Ten z teczką wyciągnął portfel. – Ale właściwie dobrze... „meta” – powtórzył. Pochyleni patrzyli uważnie, jak wyciągał pieniądze. Dostrzegli parę czerwonych papierków i jeszcze coś głębiej, jakby brunatne. „Burasek, burasek” – Hiszpan poruszył wargami. Niżej nasunął czapkę, ukrył pod daszkiem rozbiegane oczy. Długi uczuł napięcie podskakujące do gardła. „A co w teczce? – myślał – co w teczce?”. Była brązowa, nowiutka i wypchana. Zacisnął pięści. Znaleźli się w wielkiej, mdło oświetlonej i pełnej dymu hali dworca. Ogarnęło ich duszne ciepło, słychać było monotonne poświstywanie wielu śpiących. Drzemali pokotem przy ścianach, wtuleni między toboły, kołysząc raz po raz opadającymi głowami. Przy kiosku ktoś komuś oblał piwem płaszcz; błysnęły złowrogo okulary na ostrym nosie. Wrzask dziecka, nagły i przenikliwy, przebił ten równy mrukliwy gwar. W korytarzu podmiejskiej poczekalni było mroczno i bardziej duszno. Lampy przebijały słabym światłem przez dym i kurz. Szli powolutku, Hiszpan przyjaźnie ujął tego z teczką pod ramię. Rudawy włóczęga odprowadził ich zdziwionym spojrzeniem. Przetarł kułakiem oczy i mruknął coś do siwej, obrzękłej starowiny, przykulonej na okiennym parapecie. – Ano, ano – zagderała, wyżej naciągnęła kołnierz. – Pst – zaszeptał Rudy. – Pst. Długi posłyszał ich szepty, pogroził za plecami pięścią. Ten z teczką rozprawiał z ożywieniem, Hiszpan potakiwał nieustannie. Długi zgubił ich gadaninę, wirowało mu trochę przed oczyma i z trudem rozpoznawał w tych czerwonych, tańczących plamach ludzkie twarze. „Jestem zaprawiony” – pomyślał z niepokojem. Obciągnął marynarkę i wyprostował plecy, jakby otrząsając zdradziecki ciężar gołdy. Grzecznie puścił przodem tego frajera z teczką. W skrzypienie drzwi wplótł się urywany szept Hiszpana: – Trza podlać go trochę porterem i jakimś wińskiem. Długi zacisnął szczęki, znów zamigotała mu przed oczyma nowiutka, wypchana teczka. Oparli się o lepki blat bufetu. – Porterki, tylko porterki. – Hiszpan pogładził bufetową po białej, piegowatej dłoni.

– Znaczy... portrety. – Ten z teczką zgodnie pokiwał głową. Czarniawy doliniarz Plebaniaczek dostrzegł ich z daleka, poprawił czapkę i przeskoczył przez dwie śpiące dziewuchy. Hiszpan odstawił porterową butelkę i uczynił krótki, tajemny ruch ręką. Plebaniaczek zrozumiał, nie podszedł do nich. Usiadł na beczce po piwie, skrzyżował nogi i zapadł w nagłą drzemkę. Uważał jednak na nich. Niekiedy jego wzrok przenikliwy i jakby zawistny zatrzymywał się na nowiutkiej teczce tego ich frajera. Pili dużymi haustami, pogadywali od niechcenia. Hiszpan zamówił wino. Ten z teczką ziewnął szeroko, ujął w dłonie głowę i czknął w pusty kufel. „Dojrzewa” – ucieszył się Długi. Tamten zaś przymknął oczy i jeszcze raz czknął potężnie. „Już, już”. – Napięcie ścisnęło gardło Długiego. Chciwie wysączył resztkę porteru, opuścił ciężko powieki, spojrzenie miał kłujące, bardzo uporczywe. Powoli, nieznacznie ujął tę brązową teczkę za pasek, chwycił mocno, zacisnął palce. Brązowa, nowiutka skóra zamigotała przed oczyma. Odsunął się ostrożnie i przygarbił nieco. Począł odchodzić ciężkim, niedbałym krokiem. Wsunął teczkę pod pachę. Wtedy uderzył go nagle w plecy czyjś piskliwy głos. Zadygotał. „Dyla do korytarza, tylko do korytarza, a wtedy pęknę”. Znowu posłyszał ów piskliwy głos. Przy drzwiach dognał go Hiszpan. Dyszał ciężko, złapał za klapy. Ten frajer też podbiegł i głupawo rozchylił usta. – Dawaj, ty, ty! – Hiszpan wyszarpnął mu teczkę, śpiesznie wręczył tamtemu. – Spił się... spił – powtarzał. – A on, jak zaprawi, to zgrywus z niego i wariat wielki. Zupełny wariat – spróbował zażartować. Twardą jak drewno dłonią poklepał Długiego po karku. – Ty zgrywusie, ty – wycedził przez zęby. Znaleźli się w mrocznym od dymu korytarzu podmiejskiej poczekalni. Przy bagażowni, wśród gromady podróżnych, zgubili tego frajera z teczką. Wbiegli do klozetu. Przystanęli przed śmierdzącym ściekiem. – Trąbo, trąbo! – Hiszpan sczerwieniał, szarpnął rozporek. – Za szybkiś – dorzucił łagodniej, zobaczywszy smutną, bezradną twarz Długiego. – Byłaby wpadka, a i straciliśmy dobry zarobek – narzekał. – Cała noc bez fartu. – Nie mogłem wytrzymać – wymamrotał Długi. Zadarł głowę, spoglądał w sufit. – Nie mogłem i wziąłem tę kurewską teczkę. – Widział na suficie faliste linie spękanego tynku i ciemne zacieki. – Ty zawsze nie masz fartu. – Hiszpan wzruszył ramionami. – Przedtem też nie. Zawsze za szybko. – Prztyknął dziwacznie palcami i podszedł do klozetowego dziadka. Uścisnęli sobie dłonie. Dziadek poczęstował go papierosem. – Zarobić można tylko sposobem – rzekł Hiszpan. – Sposobem.

A nie tak na chama. – Pewnie – przytaknął dziadek. * * * Długi wyszedł przed bramę. Rozglądał się, poziewując. Było chłodno, od Wisły szedł przenikliwy powiew. Dziś po raz pierwszy od trzech dni wyszedł na ulicę. Właściwie też nie z własnej chęci, ale Łysa Ciota, u której mieszkał, spoglądała już na niego nieprzyjaźnie, zaczęła narzekać na brak forsy. Zdjął czapkę z gwoździa i powiedział mrukliwie: – Pójdę, przelecę się... – No chiba – rozpogodziła twarz Łysa Ciota – dzień ładny, a też... – wlepiła weń chytre, wredne oczy. Trzasnął drzwiami. Jeszcze na schodach, odwróciwszy głowę, zobaczył jej ruchliwy cień w uchylonych drzwiach. Przeskakiwał po trzy schodki. Dopiero w bramie zatrzymał się. Był zły. Myślał ze wstydem o swoim farcie. „Tak jak wtedy. Tak jak wtedy” – przypominał posępnie. Bo właśnie wtedy, przed trzema laty, też fartu nie miał. Wpadł głupio, z własnej winy – pośpieszył się w robocie i miał klops. – Fart – szepnął. Zmarszczył czoło, jakby jeszcze coś sobie przypomniał. Na ulicy chłodny wiatr bił w twarz. Postawił kołnierz i wtulił głowę w ramiona. Zza rogu Książęcej posłyszał tupot kroków. Ktoś biegł. Zobaczył Hiszpana. Chciał cofnąć się do bramy, ale tamten zamachał doń ręką. – Siemasz – powiedział przyjaźnie. Długi odburknął i poczuł gorąco oblewające uszy. Czujnie spojrzał w twarz Hiszpana, lecz prócz radosnego uśmiechu nic w niej nie zobaczył. – Wieje – mruknął i okręcił się drelichowym płaszczem. – Co z tobą? – dopytywał Hiszpan. – Nie widać cię w mieście. Chyba ze trzy dni... Długi zacisnął usta. – Rozumiem, rozumiem. – Hiszpan wyciągnął papierosy. – Po odsiadce chce się zawsze trochę odpocząć, wykimać porządnie. Ja sam też. Musowo. – Siedziałem w chacie – przytaknął Długi. Nie przyjął papierosa i postanowił odejść. – A w mieście ostatnio nieźle, nawet zupełnie nieźle – Hiszpan obmacał kieszeń, z ukosa zerknął na Długiego. – Trafiłem parę złotych. Długi odwrócił się i zapatrzył w wylot ulicy. Widać tam było parkowe drzewa o smutnych pożółkłych koronach. – Nie przejmuj się – Hiszpan pociągnął go za rękaw. – Rozmaicie bywa. Co

będziem tak stać – mruknął. – Pójdziemy. Poszli na metę do Lewandowskich. W czerwonej z utrąconym balkonem ruderze znajdowała się najlepsza tutaj na Dole meta. – Najlepsza – zachwalał Hiszpan – zresztą sam wiesz... Tak jak dawniej. Chcesz gorzałki, dostaniesz, pograsz w sztory i dziewczynę zawsze możesz sprowadzić, przekimasz się z nią jak u siebie. Gut meta – gadał wesoło jak nakręcony. W ciasnym korytarzu zalatywało stęchlizną. Zapukali. Lewandowska otworzyła drzwi. – Sąsiedzi. – Ostrożnie, prawie niesłyszalnie przekręciła klucz w zamku. Z kuchni dochodził gwar rozmów, ktoś klął wymyślnie. – Kapują – szepnęła Lewandowska. – Najwięcej Paciorkowa – dodała. – Stara szmata. Przez złość. – Twarz miała dość młodą, ale na policzkach obciągniętą żółtą jak pergamin skórą, z licznymi zmarszczkami układającymi się w symetryczne wzory. Obejrzała ich uważnie. Hiszpana szczypnęła pod brodę. – Trafionyś. A dużo? – odkryła od razu. I nie czekając na odpowiedź, przyjrzała się Długiemu. – Ciebie to skądsiś znam. „Poznała” – ucieszył się Długi i pocałował babę w rękę. – Idźcie do kuchni – popchnęła ich. – Dziś w kuchni jest gra. – Poklepała się po wypukłym brzuchu. Szerokobiodra, o mądrej twarzy baba. – Pani to jeszcze tego – zażartował Hiszpan. – Nie z tobą – burknęła. Przy kuchennym, przykrytym ceratą, stole siedzieli: Lolo, Wygibus i Karaluch, stare złodziejachy z Dołu. – Mój bank – warknął poczerwieniały, zły Karaluch. Pociągnął jeszcze jedną kartę. Przeliczał, poślinił palec i ułożył karty w półkolisty wachlarz. – Oko? – zaciekawił się Hiszpan. Karaluch opuścił dłoń, karty sypnęły się po ceracie. – Fura! – powiedział radośnie Lolo. Szerokim ruchem zgarnął pieniądze; zebrał już przed sobą sporą kupę pomiętych papierków. Były tam piątaki, dwudziestki i parę czerwonych. – Poznałem, poznałem. – Wygibus mruknął do Długiego. – Aleś chłop, wtedy chyba byłeś mniejszy – zadarł głowę. Rzeczywiście. Długi w tej ciasnej kuchence wyglądał niczym olbrzym. Lolo, który był wygrany, zapukał w ścianę. Za chwilę przyszła Lewandowska. Prosił o wódkę. – Ja stawiam – oznajmił dumnie. I jeszcze postawię. – Tylko pod serek. Dziś nie ma innej zakąski. – Kobieta dokładnie przeliczyła pieniądze.

Wygibus przetasował karty, wygładził zagięte, tłuste rogi. – Ale sztory. Dużo gotówki już przeszło przez te sztory. – Zastanowił się. – Szybciej – mruknął Karaluch i wystawił rozdygotaną dłoń. – Pociągniem i my – rzekł Hiszpan. Długi przysunął taboret, usiadł przy kuchni. – Jestem pusty – odezwał się niechętnie. – Jak chcesz, to mogę ci parę złotych... – Hiszpan sięgnął do kieszeni. Długi nie chciał. Przymknął oczy. Ktoś trącił go w ramię. Na kuchennym blacie postawili mu szklankę gorzałki. Niewyraźnie słyszał głosy grających. „To Lolo” – odróżnił szczekliwy bas Lolka z Dobrej. „A to Hiszpan...”. Potem nieznany mu głos, cienki i starczy. „Wygibus”. Pociągnął trochę wódki, zagryzł cuchnącym, żółtym serem. Spojrzał na tych przy stole. Gra szła ze zmiennym szczęściem. Najbardziej jednak trafiał Lolo. – Oko! – pokrzykiwał. – Oko! – Pokaż – Karaluch uważnie sprawdzał jego karty, odkładał w milczeniu i twarz mu posępniała. Hiszpan grą się nie przejmował, niedbale w dwóch palcach trzymał karty, pogwizdywał „Cichą wodę”. „Panisko, panisko” – pomyślał Długi. Widział go z profilu: kędzierzawy prostokątny baczek, wywalone wargi i czarna szczeć na brodzie. Wargi drżały, Hiszpan obliczał karty. Znużyło Długiego to patrzenie. Podszedł do okna i zabębnił w szybę. Na zewnątrz zalegała już granatowa ciemność. Trochę czarniejsze od wszystkiego kontury parkowych drzew falowały na wietrze. Długi bębnił w szybę uporczywie, denerwująco; zagłuszył rozmowę grających. Gwałtownie podszedł do stołu. – Chodź – szturchnął Hiszpana w ramię. Lolo zgarnął pieniądze. – Jestem trafiony – gwizdnął leciutko. Przeliczał, wygładzał i schował za pazuchę. – Żeby tu z nami grał taki Waldek, to wszystkich by opitolił – rozległ się cichy głos Karalucha. – On jest najlepszy na Dole we wszystko. W numerki, sztosa, baka, co chcesz. Wszystkich – zacisnął pięść. – A tak to wziąłem ja – cieszył się Lolo. – Właśnie... aby nie ty – Karaluch utkwił w nim zimne jak sztyleciki oczy. – Aby nie ty. – Pochylił się nad stołem, grzebał w kieszeniach. – I jeszcze możem zagrać. – Rzucił na ceratę niklowy płaski zegarek. – Ładny fant – ocenił Wygibus. Przetarł szkiełko i przyłożył do ucha. – Dobrze chodzi.

Hiszpan z Długim zaraz wyszli z tej mety. – Oni coś mają do siebie – zastanowił się Hiszpan. – Ale co? Z tego może być młócka – mruczał. – Tyle że Lolo chyba nie da się Karaluchowi. Młodszy. – Nie wiadomo, Karaluch ma swoje sposoby – rzekł Długi. Przypomniał sobie, jak kiedyś stary Karaluch kocał się z Saszką z Żelaznej. Złapał go za nos. I ciągnął, ciągnął. Nie puszczał. Saszka wrzeszczał wtedy płaczliwym głosem: – Rany boskie! Oberwie! Chłopaki, oberwie! – Działo się to przy Głównym. Rozdzielili ich. Saszka zwiał od razu, trzymając się za nos. – Będzie heca. Musi być heca – skrzywił się Długi. Uliczka była pusta, w parku migotały światła latarń. Hiszpan zadarł głowę, patrzył w okna na pierwszym piętrze. Dwa jasne prostokąty. – Mają zdrowie do tych kart – westchnął – mają... Na rogu Książęcej i Ludnej przystanęli. Hiszpan okręcił szalikiem szyję i przygładził baczki. Twarz miał teraz w smudze jasności złą, jakby smutną. – Chyba skoczę do kobity – rozmyślał szeptem. – Mam chęć. Skoczę. Długi już miał odchodzić, gdy tamten przytrzymał go. – Spieszysz się w kimę!? – powiedział ze złością. Oparł się o słup, butem żłobił błotnistą ziemię. – Jak chcesz – rzekł surowo – to możem razem chodzić do miasta. Na spółkę. – Na spółkę – powtórzył Długi. Szeroko rozstawił nogi, jego cień wystąpił na chodniku, też długi, przy końcu roztopiony w ciemności. – Pewnie. Znamy się tyle lat, od szczawika jeszcze. A że ci wtedy nie wyszło – Hiszpan machnął ręką. – Zdarza się. Zawsze. Ja sam też kiedyś... Odszedł bez pożegnania. Zaraz też zniknął w parkowej alejce. Wiatr zamiótł tumanem liści, szeleściły sucho jak grochowina. Długi wyciągnął zapałki, ruchliwy ognik ukrył w dłoniach i przypalił papierosa. * * * Orkiestra, pobrzękując instrumentami, zasiadła na podwyższeniu. Czerwone ślepia lampek rzucały światło na parkiet. – Zaczyna się wygib – zatarł ręce Hiszpan. Zawinął na palcach kędzierzawe baczki, pociągnął. Rozmyślał z ukrytą w dłoniach twarzą. Czekali wszyscy. Dziewczyny odwracały się nieznacznie i spoglądały na przybywających. Eugeniusz, Zbyszek Cham i Ząbek, najcwańsi lokalowi podrywacze siedzieli na wysokich stołkach i postukiwali w szkło baru. Kierownik sali tanecznie spacerował między stolikami. Też wyczekiwał cwany tłuścioch. Tylko Książę Nocy, Rysiek, co miał wariackie papiery, już chyba pół godziny nachylał nad stolikiem dziewczyn spoconą twarz.

– Izuńka – mówił błagalnie. – Izuńka... – Wpatrzył się w karafkę, przeniósł wzrok na Izę Leniwą. Była nieporuszona, wyniosła. Począł wzdychać śmiesznie. Hanka Artycha wyjęła zza biustonosza pomięty, czerwony papierek. Wygładziła na dłoni. – Masz, zapraw się – wsunęła Księciu Nocy do kieszeni. Skłonił się nisko i pobiegł do baru. – Ten Rysiek, to on żyje z dziwek. – Hiszpan wzruszył ramionami. – Udaje wielkie szuru buru, a właściwie tylko z dziwek żyje. I dają mu – zdziwił się. – Ani już taki przystojniak, wyniszczony i wariat. Największy ma fart u Hanki Artychy – podniósł głos, przekrzykiwał rżnącą do słuchu orkiestrę. Długi gapił się na Izę, nie słuchał. Uśmiechnęła się miękko. Spochmurniał, wygładził obrus i począł uważnie przysłuchiwać się rozmowie. Kulawy Fredek, paser z bazaru, napełnił kieliszki. – Ładne one i ważne – wyszczerzył srebrne zęby – ale aby mieć tylko parę złotych... to każdą... każdą – powtórzył z naciskiem. – Nie ma takiej, co by nie chciała. Iza Leniwa przysunęła się do Hanki, poszeptały ze śmiechem. „Zatańczyć – pomyślał Długi – zatańczyć. Chyba nie odmówi”. – Wsłuchał się w muzykę, lecz był to jeszcze ten kawałek nie do tańca. – Cholernie ciągną – powiedział ze złością. Od szatni szło przez salę rozbawione towarzystwo. Trzech starszych facetów i bardzo czarna, farbowana kobieta. Szukali miejsca. Jurek kelner podbiegł do nich i skłonił się grzecznie. – Kupa frajerstwa, duża kupa. Może coś z tego... – Hiszpan klepnął Długiego po kolanie. Ten minę miał głupawą, zamrugał powiekami. – Coś ty taki? – zdziwił się Hiszpan. Długi napełnił kieliszki. Orkiestra zagrała kawałek do tańca. Kilka par wybiegło równocześnie na parkiet. Ale Długi nie ruszył się z krzesła, tylko kącikiem oka spoglądał na Leniwą Izę. – Jeden już odpadł – szepnął. Ten w szarym garniturze o wyglądzie handlika z bazaru prosił jeszcze, gestykulował wymownie. Plecy Izy Leniwej pozostały nieruchome, krótkim ruchem odgarnęła włosy. Widział Długi doskonale. – Mądralka – cmoknął Hiszpan. – Szuka lepszego. Potem odmówiła drugiemu. Młody chłopak, na pewno cwaniaczek. – Ten znów pusty! Bez grosza! A podskakuje – uznał Hiszpan. – Z nikim nie zatańczyła – ucieszył się Długi. – Z nikim. Pod światło obejrzał karafkę, mrugnął do Hiszpana.

– Zrobiłbyś jeszcze jakąś ćwierć albo pół... – Zaprawimy później – rzekł Hiszpan. – Teraz podskoczymy do baru. Każdy na swoją grabę. I trzeba kogoś doklepać. Tylko pamiętaj – mocno ścisnął łokieć Długiego – nie szybko. Powolutku. Jak już dobrze zaprawiony, to ściągnij mu skórę albo spinaj zegarek. Tylko powolutku, nie nerwowo. Było już tłoczno, wszystkie stoliki zajęte, a patrząc po gębach wokoło, można było mieć pewność, że dużo jest tutaj nadzianych nie byle jaką forsą nygusów. Jurek kelner uśmiechnął się porozumiewawczo. Długi przeszedł obok stolika dziewczyn. Zacisnął szczęki i minę zrobił obojętną, chmurną. Iza spoglądała za nim. Znalazł wolne miejsce na skraju baru. – „Złociste włoski” – zanucił fałszywie. W lustrze naprzeciw odbijała się jego twarz, zniekształcona przez zmienne błyski świateł. W samym krańcu lustra widział rozpartego Hiszpana, a dalej czyjeś siwe włosy i czerwoną szyję. Hiszpan wznosił wysoko rękę, pomachiwał nad siwą głową. „Pracuje na numer” – skrzywił się Długi. Też spojrzał po bokach. Pijany, w wytartej skórze, rozchybotaną dłonią rozlewał piwo. Próbował unieść kufel. – Postaw. Poczekaj. Odpoczniesz, wypijesz – warczała barmanka. – Nie mogę, muszę – wytarta skóra zakołysała się na stołku. Próbował oprzeć nogi na poręczy, ale opadały ciężko. Barmanka usunęła mu spod łokcia kufel i zachichotała ostrym, nieprzyjemnym głosem. „Wstrętna ździra”. – Długi po pańsku strzelił z palców. – Mała dla mnie! – zawołał. Nim wypił, ktoś trącił go lekko w plecy. Obrócił się gwałtownie. To była Leniwa Iza. – Posuń się – odepchnęła go trochę i usiadła na brzegu wysokiego stołka. – Już trochę cię znam – powiedziała szeptem. – Chodzisz z chłopakami w pace. Pokiwał głową, naprężony, z zaciśniętymi palcami. – Skąd jesteś? – Z Dołu – wymamrotał. – Wszyscy są z Dołu – Leniwa Iza natrętnie zajrzała mu w twarz. – Hiszpan, Lolo, Wygibus, cała nabojka – skrzywiła dziwacznie twarz. „Zgrywa się” – pomyślał. Ten w wytartej skórze znieruchomiał, wytrzeszczył oczy. – Jaka piękna – załkał nagle. Długi pchnął go kułakiem w pierś. Nie bronił się, zabełkotał i zwisł nad barem. Długi patrzył na niego, twarz miał złą, wreszcie wzruszył ramionami. – Miałabyś frajera – spróbował zażartować. – W skórze. Jakby z forsą... – Ogarnęło go zmieszanie, przymknął oczy.

– A z kim chodzisz w parze? – posłyszał jej głos. – Z Hiszpanem – burknął. – Znam, znam – odwróciła popielniczkę do góry dnem. – Gdy znów spojrzał na nią, przyczesywała starannie włosy w lustrze. – W tym lustrze każda maska jest straszna – powiedział z niejakim zadowoleniem. Też się przejrzał i przygładził włosy. Z tyłu dobiegały dźwięki muzyki, gwar pijanych głosów. – Sam tak zaprawiasz? – Iza ostrożnie poruszyła pustym kieliszkiem. – Sam? – Możemy razem. – Skinął na barmankę. Wypiła chętnie. – Mam smak dzisiaj, ale doprawić możemy przy moim stoliku. Nie chciał, ale gdy wzięła go za rękę, poszedł posłusznie za nią. Siedziała tam Hanka Artycha. – To ten przystojniak – powiedziała śpiewnie. – Pamiętam. Długi po męsku ścisnął jej dłoń. – Boli – pisnęła z przymilnym uśmiechem. – Będziesz z nim kręcić? – dopytywała Izy. – Przystojniak to może on nie jest – wolno mówiła Iza – ale taki jakiś. Hanka osłoniła oczy przed jaskrawym światłem lamp i spojrzała na Długiego z rozwagą. – Niekiepski. – Wyszczerzyła zęby. „Robią barana – pomyślał Długi. – Albo...” – Gwałtownie odsunął od siebie napełniony już kieliszek. – To wszystko jest głupia mowa – jego głos brzmiał głucho – frajerska mowa... Jakiś facet poprosił Hankę Artychę do tańca. Iza obejrzała się za nimi. – Chcę jechać z tobą na metę. – Długi widział jej gęste, faliste na ramionach włosy. – To jest dobra meta – dodał posępnie. Wyczekiwał na odpowiedź, śmiech, drwinę. Iza Leniwa starannie szminkowała usta, przejechała językiem po jaskrawej czerwoności. Długi zacisnął szczęki. – Misiuńki moje – powiedziała wtedy dziewczyna miękkim głosem. – Misiuńki, wielkie, blondasowate. Czekałam na takiego. – Spróbowała pogładzić go po policzku, lecz siedział odchylony do tyłu i nie dostała dłonią. „Zaprawiona” – pomyślał przez chwilę. Ale jej oczy były trzeźwe – wielkie i niebieskie. Teraz wiedział, że pójdzie. – Chodź – wykrztusił. Wstali, podał jej torebkę. Przy parkiecie zatrzymała się jeszcze. – Patrz – pociągnęła go za rękaw. – Ale ona, ta Hanka, tańczy. Tym kuprem

zawija. – Uważnie obejrzała tańczące pary. – Wszyscy kiepsko – wydęła usta. – Chodź – powtórzył. Do szatni odprowadziła ich jazgotliwa, pełna brzęku grzechotek muzyka. Kilku mężczyzn spod bazy obejrzało się równocześnie. Ktoś westchnął. Hiszpan zmarszczył czoło, nagle wrzasnął złym głosem: – Szefowo, jedna większa! Barmanka Marysia nalała mu po znajomości pełną lufę. * * * Wiatr hałasował w koronach drzew, opadały liście. Zebrali się przy pierwszej ławce od Książęcej. – Koniecznie trzeba parę złotych, koniecznie. – Karaluch zaszurał stopami. Liście pożółkłe, spęczniałe wilgocią, szeleściły miękko. – Jesień – powiedział Długi. – Jesienią najlepszy w knajpach fart. – Hiszpan wzruszył ramionami. „Dwunasty dzień” – myślał Długi. Rozstawiał palce jednej dłoni, drugiej. Przypatrzył się uważnie. – „Dwunasty dzień na wolności”. – Uśmiechnął się radośnie. – Co? – spytał Hiszpana. Lecz ten milczał wrogo i uważnie przypalał papierosa. – Ja tam zawsze swoją dniówkę uskubię – roześmiał się Plebaniaczek, doliniarz. – Ech, twoja dniówka, wielki kusz – pogardliwie rzekł Wygibus. – Zawsze na gorzałkę i szkapę wystarczy. I dziś też mam na flaszkę. – Chuderlawy Plebaniaczek pogrzebał w kieszeniach. A jak dołożycie, to można zrobić więcej. – Wygładził zielony banknot, złożył w kwadracik. Milczeli. Nikt ubiegłej nocy nie trafił ani grosza. Karaluch z uporem żłobił butem ziemię, ubłocone liście oklejały obcas. – Daj – mruknął Wygibus. Wziął równy, zielony kwadracik. Poszedł do monopolowego. Gdzieś bardzo daleko rozległ się ostry głos i znów cisza. Tylko wiatr hałasował w koronach drzew. Wiatr był lodowaty, przenikliwy. – Na Wiśle teraz ziąb. – Długi zadrżał, podniósł kołnierz płaszcza, a jego twarz rozjaśnił uśmiech. – Po litrze byłoby ciepło. Tylko skąd litr? – powiedział Plebaniaczek, doliniarz. Hiszpan głębiej nacisnął samodziałową, sztywną czapkę. – Z tobą to tak zawsze. Nigdy nie wiadomo. I jeszcze się cieszysz. – Złe, przekrwione oczy utkwił w Długim. – A było wczoraj frajerstwa. Tylko sam nie

mogłem. Długi nie odpowiedział. – Ale przynajmniej poszedł z najlepszą sztuką – wtrącił Plebaniaczek. – Z Izunią. Widziałem... – Poklepał się małą, suchą rączką po kolanie. – Ja w ogóle bym z Długim nie poszedł na żaden zarobek. On nie ma fartu i nie umie – warknął Karaluch. Długi opuścił powieki, ogarnęła go złość. – Nie kłóćta się. – Hiszpan przedzielił ich ręką. Ten stary, siwy, z bulwiastym nosem Karaluch burknął coś niezrozumiale i odsunął się za ławkę. Zobaczyli Wygibusa, jak podrygującym, niezgrabnym krokiem zmierzał ku nim pośpiesznie. – Zaraz zaprawimy – rzekł pojednawczo Karaluch. – Ja tam nie zaprawiam. – Długi odsunął Plebaniaczka i starannie zapiął płaszcz. Zwrócił twarz do Hiszpana. – Do niej lecę – wycedził. – Do niej. – Zobaczył ich gęby, zdziwione, głupawe. Przeskoczył kałużę. „Niech wiedzą” – pomyślał. * * * „Klimek” był przepełniony. Wszyscy walczyli o miejsca przy stołach, wysoko unosząc szklaneczki z wódką. Temu w tramwajarskiej czapce wytrącono spodeczek z sałatką. Ponad gwar wzbił się jego wściekły wrzask. Wraz z parą uchodzącą z kuchni ogarniał zapach flakowych przypraw. – Ostatnie z pulpetami! – krzyknęła szefowa, pokazując w okienku zmęczoną, błyszczącą twarz. Za jej plecami widać było okopcone kafelki ściany. Gromada przy bufecie zafalowała i zbiła się w ciasny kłąb. – W kolejności! W kolejności! – powtarzano gniewnie. – Nie podawać z boku! Bolek z Sosnowca, przykulony w toalecie, prześliznął się spojrzeniem po półkach pod stołami. Coś zobaczył i długo przewiązywał sznurowadło. – Pracujesz? – zachichotał Wygibus. – Nic nie ma. Same czapki – westchnął Bolek z Sosnowca. Obejrzał rząd butelek nad wystawą, twarz mu pojaśniała. – I czapki też powinieneś. Jedna, dwie, trzy i już parę złotych – radził Wygibus. – E tam. Czapki mała rzecz, a można porządnie wpaść – zaprzeczył Bolek. Za bufetem z brzękiem poleciało szkło. – Gołda. – Wygibus pociągnął nosem.

– Gołda, gołda. Wpierw trzeba zarobić – obruszył się Bolek. Gwałtownie wlazł między kilku zagadanych w kombinezonach. – Przepraszam, ja tylko piwo, przepraszam – wilczo błysnęły mu zęby. Obmacał kieszenie dwóch w kombinezonach, ale nic tam nie znalazł. Goryl, siła od wypraszania, powiódł za Bolkiem złym spojrzeniem. – Za nachalny, trza go będzie za oszwy i won – wykonał szeroki ruch w stronę drzwi. Ci spod kina uśmiechnęli się przymilnie. – Ma rację. Ani to złodziej, ani farmazon. Popapraniec – rzekł Sztajer. – No, jasne, złodzieja zawsze uszanuję – ucieszył się Goryl. Wyciągnął papierosy. – Palta – częstował – amerykany. Doszedł go ostry głos bufetowej Anielci, więc stanął na palcach i spoglądał w pijany, falujący kłąb przy ladzie. Hiszpan z Długim zatrzymali się w drzwiach i grzecznie przepuścili młodego o wyłysiałym czole faceta. Za nimi, w czarnym prostokącie ulicy, drobno ciekły strużki deszczu. – Właściwie to nie lubię wódki, wolę wino – uśmiechnął się dziecinnie ów facet. – Można i winem – przyświadczył Hiszpan – ale po gorzałce lepiej wychodzi z dziewczynami. – Dorwali frajera – szepnął Goryl i zatrzasnął drzwi. – Z dziewczynami lepiej się nie cackać. Twardo. I dlatego po gorzałce lepiej wychodzi – basowo tłumaczył Hiszpan. – Właściwie... – Ten wyłysiały sczerwieniał śmiesznymi plamami przy nosie, wytarł się chusteczką. Hiszpan klepnął go po plecach i ruszył do bufetu. Był zadowolony, muskał kędzierzawe baczki, nisko skłonił się pani Anielci. Tego nieśmiałego faceta spotkali z Długim na ulicy. Rozglądał się za dziwkami, ale robił to tak wstydliwie, że żadna nawet nie domyśliła się, o co mu chodzi. Stał za budką, wyciągał szyję... Podeszli do niego. – Takie uliczne najgorsze. Mogą zarazić – zagadał wtedy Hiszpan. Ów facet podniósł kołnierz – był niestary, o naiwnej, płochliwej twarzy – chciał odejść, lecz Hiszpan chwycił go pod ramię. Nachalnie począł opowiadać o swoich różnych z babami sprawach. Wreszcie zaprosił na inne dziewczynki. – Znam czyściutkie, ładne znam – przymrużył oko. – A pan, panie kolego, taki jakiś równy. Lubię równych kumplów – rzekł z naciskiem. – Parę wódek na ryzyko i pojedziemy do nich, na Mokotów. Przy Belgijskiej mieszkają. Same. –

Trącił Długiego i przydeptał mu but. Ale Długi i tak już wiedział, o co mu chodzi. Szło się zawsze Belgijską schodkami, w działkowe ogródki. Drożyna między płotkami prowadziła do spalonego domku. Tam frajera łbem i pod obcasy. Na dodatek przed „Klimkiem”, w świetle lampy znad drzwi, zobaczył Hiszpan u tego łysawego zegarek na ręku. Ładny. Żółty. „Zegarek, parę złotych” – ucieszył się. – Trzy duże – poprosił panią Anielcię. Gwar w knajpie wzmagał się. Ci przy stołkach kołysali się bezwładnie. Najbardziej zmęczeni opadali w talerze z resztkami gorących dań. Na pierwszym stole przewróciła się butelka z piwem, żółty płyn moczył opadłe włosy śpiących. Goryl już nikogo nie wpuszczał do wnętrza. Uchylał tylko drzwi i powtarzał donośnie: – Komplet! Komplet! – Czasem, gdy zauważył swojacką twarz, szerzej otwierał drzwi, wciągał znajomka i mruczał: – Właź, szybko. Znaleźli miejsce w kącie przy kuchennym okienku. Wilgotna para ogarniała ich od tyłu. Wypili wódkę, zakąsili śledziem. Długi dopiero teraz dokładnie obejrzał tego frajera. Oczy lekko wyłupiaste, pić nie umiał, z szacunkiem potakiwał Hiszpanowi. „W moim wieku” – pomyślał Długi. Zdziwiło go trochę, że już tak porządnie podłysiały. – Pan to chyba pierwszy raz na kobity – zachichotał Hiszpan. Tamten nie odpowiedział, niezgrabnie oddzielał ości od śledzia. – Może jeszcze po większej? – szepnął. Prychnął śmiesznie. „Naprawdę prawiczek – Długi skrzywił twarz – zupełny prawiczek”. – A te kobietki są niezłe – rozprawiał Hiszpan. – Mieszkanko. Gaz. Ciepła woda. I czyste. Wcale nie szmaty. Dopiero od niedawna. Ten łysawy słuchał uważnie, postukiwał w szklankę. „Tabaka, na taki numer się bierze”. – Długi jeszcze raz obejrzał go spod oka. – Pojedziemy tam? – zapytał ten frajer. – Możemy. Tylko parę złotych. My dziś... – Hiszpan rozłożył ręce i zmarszczył we frasunku twarz. – Mam, mam. – Tamten śpiesznie sięgnął do kieszeni. – Nie trzeba. To na miejscu im się da... – Hiszpan przytrzymał go za dłoń. Frajer zamyślił się. – Właściwie – wyznał – na takie wyprawy to ja nieczęsto. Wódka brała go szybko, zmętniały mu wyłupiaste oczy, naiwne, jakby płochliwe. – Niesłychanie rzadko – podkreślił. – Dużo czasu praca pochłania. Ciągle w terenie. Jestem geodetą – dodał nie bez dumy. – Geodeta, geodeta – głośno zastanawiał się Długi – wiem.

Hiszpan zakrył usta i wybałuszył oczy. Twarz kurczył w uśmiechu. – Najlepiej jakąś stałą dziewczynę mieć. Ja też rozglądam się – wybełkotał. Ten geodeta wyraźnie posmutniał – począł poprawiać pomięty, w wielką bułę zawiązany krawat. – To może już? – zapytał po chwili. Skierowali się do wyjścia. – Dobranoc państwu! – Goryl z rozmachem otworzył drzwi. Mrugnął szelmowsko do Długiego. – Portfel ma w prawym karmanie, w prawym! – ogarnął Długiego gorący szept Hiszpana. – I sikor – kułakiem pchnął go do przodu – żółty sikor! Na jezdni błyszczały kałuże. Deszcz przestał padać. Ulica wyglądała jak przepaścisty wąwóz wśród kamienic. Ten ostatni spaleniak przybrał w ciemności kształt dziwaczny i groźny. – A teraz jakiś wózek i na Belgijską – powiedział Hiszpan. Zatrzymali taksówkę. – Więc powiadacie, panowie, że niezłe są – geodeta niezgrabnie szarpał drzwiczki samochodu. – Nie tak – warknął Długi. Odsunął go i sam otworzył. – Niezłe, niezłe – przytaknął Hiszpan. Twarz miał skrzywioną, napiętą. Długi przymknął oczy, chciwie palił papierosa. Niespodzianie ogarnęła go pewność, że ten młody frajer patrzy nań uporczywie. Uniósł powieki. Ale geodeta głowę miał wysuniętą do przodu. Hiszpan gadał z kierowcą. – Fletmasterek – słyszał Długi – piękny wóz. A mercedes model 57 to dorsz. Biuk też, sto jak po maśle i jeszcze więcej. – A w tym gracie to nawet popielniczki nie ma – powiedział ze złością Długi. Otworzył szybkę, ogarnął go mokry pęd powietrza, wyrzucił niedopałek. Przystanęli przy cichej uliczce, biegnącej w dół od Puławskiej. Geodeta chciał płacić, ale on wyciągnął szybko pieniądze i wręczył kierowcy. Było tu niewiele latarń, widzieli się niewyraźnie. Ich kroki niepokoiły ciszę. W rozległej kałuży za zakrętem błyszczała okrągła, srebrna plama latarni. Długi słyszał za sobą nierówny, śpieszny oddech geodety. Hiszpan szedł na końcu. – Trochę głupio tak do nieznajomych. – Geodeta wypłynął z ciemności, jego twarz znalazła się na wysokości ramienia Długiego. – Wcale nie głupio. – Hiszpan rozchlapał kałużę z utopionym światłem latarni. Zaklął. – Jeszcze parę kroków – dodał. Dalej szło się schodkami. Przed nimi gęstą, skołtunioną ciemnością zalegały działkowe ogródki, ciężka, jak bryła węgla, ciemność na lewo to ruiny białego w dzień domku. Hiszpan spojrzał za siebie. Długi zwolnił trochę kroku. Już kończyły się schodki. Ostatnie stopnie. Hiszpan dogonił geodetę.

– Która to godzinka? – głos Hiszpana zabrzmiał gardłowo. Geodeta wyciągnął rękę z zegarkiem. Hiszpan ujął go lekko za przegub. Żółty zegarek lśnił delikatnie, odbijając dalekie światła wąskiej, schowanej w drzewach uliczki. „Raz, dwa...” – liczył Długi. I wtedy Hiszpan przykulił się i walnął na odlew. Przez sekundę Długi zobaczył oczy tamtego pełne przerażenia, jakieś płaczliwe. Cios był za słaby. Geodeta nie upadł. Długi zwiesił ręce i odsunął się nieco. – Wal! – wykrztusił Hiszpan. – Wal! Łbem i pod obcasy! Długi stał nieruchomo. Geodeta pisnął śmiesznie i osłaniając dłońmi twarz, wyrwał się Hiszpanowi. Zastukotały kroki na ostatnich schodkach. Zaraz też zginął w skołtunionej ciemności działkowych ogródków. – Zwiał – ucieszył się Długi. Hiszpan oddychał ciężko, ogłupiały, bezradny. – Żółty sikor. Parę złotych – zaszeptał. – Żółty sikor – powtórzył. Wykrzywił twarz, postąpił do Długiego. – Łachudro! – syknął. Ale Długi nie drgnął nawet. – Takie oczy. – Spojrzał w bok w gęstą ciemność z węglową bryłą ruin. – Takie oczy. – Nagle ruszył w górę, przeskakując po trzy stopnie. Hiszpan spoglądał za nim, dopóki nie zniknął. Przestraszył się. Mogli przecież gliniarze usłyszeć. – Trzeba pękać – szepnął. * * * Iza czekała niecierpliwie. Owinęła się kołdrą i usiadła w kącie łóżka. Nasłuchiwała. Schody skrzypiały nieustannie, wokoło otwierano drzwi, ludzie wracali z pracy. W mieszkaniu poszarzało, okna naprzeciw jaśniały już światłem. Długi wszedł bardzo cicho, niezgrabnie mocował się z zasuwą. – Nie zamykaj – roześmiała się – nie trzeba. Tu nikt nie wejdzie. – Patrzyła na niego z zadowoleniem. Wysoki, zgrabny, o chmurnej twarzy. „Fajny – ale nie bardzo łasy” – pomyślała z niejakim rozżaleniem, gdy usiadł z daleka od niej na okiennym parapecie. Butami postukiwał w ścianę. – Klops – powiedział znużonym głosem – pokłóciłem się z Hiszpanem. – Zdusił o szybę papierosa. Na wilgotnym szkle została czarna plamka popiołu. Palcem roztarł tę plamkę. – Ten Hiszzpan w ogóle mi się nie podoba. – Leniwa Iza pogardliwie wydęła usta. – Baczki. Taki jakiś... taki jakiś – powtórzyła – wsiowy przystojniak. I bardzo nachalny. Jakby...

– Baczki nie baczki – przerwał Długi. – Nie o to chodzi. Spieprzyłem mu robotę. Zupełnie. – Głośno uderzał butami w ścianę. – Nie wal tak. Poobijasz – warknęła. Zeskoczył z parapetu, przeszedł w poprzek pokoju. Stanął przy łóżku i rozejrzał się. – Dobrze mieszkasz, ładna meta. – I niedroga. Tej starej płacę tylko siedem stów – miękko powiedziała Iza. – Czysto tu... i cicho. Długi szeroko rozstawił nogi, dłoń wsadził za pasek. – Ładne mieszkanko – przyznał – czysto, cicho. Pewnie też ciepła woda i gaz. – Roześmiał się gardłowo jakoś. Przypomniała sobie, że jak zobaczyła go pierwszy raz w „Sielance”, też tak stał przy barze, pochylony do przodu na szeroko rozstawionych nogach. – Długi – szepnęła. – Ciepła woda, gaz – powtarzał śpiewnie, jakby nie słysząc jej głosu. – Bez gazu. Tu w ogóle nigdzie nie ma gazu. – Iza wysoko uniosła brwi. Ale on ciągle kurczył usta. Zaczął teraz spacerować, niezgrabnie obrócił się przy szafce, brzęknął potrącony kubełek. Zajrzał do wnętrza. – Kubeł – zastanowił się. – Masz rację, bez gazu. A jak kubeł, to i bez kanalizacji. W kubeł trzeba lać. – Też – obruszyła się. Znów przysiadł na parapecie. – Hiszpan zły. Na zycher zły – westchnął. Zsunęła kołdrę. Było jej gorąco i niewygodnie. Położyła dłonie pod głowę, zaskrzypiały sprężyny. – Hiszpan, Hiszpan – syknęła. – Wielka figura. Żadna z nim nie chce kręcić. Nawet Jaśka Kulawka. On też przywalał się do mnie – spoglądała z natężeniem na jego ciemną, nieruchomo przylepioną do okna, postać. – Jeszcze jak dowalał się. – Bardzo chciała, żeby podszedł do niej, usiadł na łóżku. On dokładnym ruchem przygładził włosy. – Długi, Długi, nie przejmuj się – powiedziała przeciągle. Na korytarzu zaszurały kroki, zgrzyt klucza w zamku. Gdzieś bardzo blisko. Długi poderwał się gwałtownie. – Nic – uspokoiła – nic, to stara wraca. Kroki wolno minęły pokój, szelest, potem plusk wody i metaliczne krótkie uderzenie. – To stara. Ona mieszka w kuchni. Ja wynajmuję pokój, cały pokój. Nie włazi tu nigdy. A jak coś chce, to puka – wyjaśniła Iza. – Dobra stara. Nic ją nie obchodzi – zachwalała z ożywieniem. – Moja gorsza – odezwał się Długi. – Mieszkamy we trójkę na kupie. Ale

właściwie też nieźle. Sami swojacy. Iza narzuciła szlafrok, otworzyła szafę. Szukała czegoś. Niecierpliwie przewracała bety. Długi ciągle tkwił przy oknie, zapatrzony, obojętny. Iza przymierzała do ramion połyskliwą, czarną suknię. – W tej dziś pójdę. – Zmrużyła oczy, spoglądała w lustro, ale nic w nim nie widziała, gdyż ściemniało już porządnie. – Niezła. – Nagle odrzuciła sukienkę na łóżko. – Cicho, na palcach podeszła do okna. Poczuł jej oddech na szyi. – Długi. Nie przejmuj się. Nie zarobiłeś. Trudno. Zresztą takie zarobki, frajerskie zarobki – mówiła gorączkowo. Przylgnął policzkiem do chłodnej szyby. – Ja mogę zarobić na siebie i na ciebie – przeciągała słowa. – Mogę. Bez bólu. Naprawdę. Dopiero teraz popatrzył na nią. Na czole pokazały mu się dwie głębokie bruzdy i zmrużone szparki oczu błyszczały silnie. Wydał jej się jeszcze ładniejszy niż zwykle. Fajny. Objęła go za szyję. – Przecież nie masz fartu – szepnęła. – Wszyscy wiedzą. A szkoda jakbyś wpadł. – Długi, Długi – przywarła do niego. Poruszył się niecierpliwie. – Nie! Nie chcę – wykrztusił. – Wstydzisz się? – W jej głosie drgała złość. – Wstydzisz...? Frajerze, wszyscy na to lecą. Taki Hiszpan, Ząbek! Każdy by chciał ze mną kręcić, mieć na gorzałę, żyro, bety. Każdy! A ty!? Wyprostował się, wydał jej się inny, jakby zmęczony. Skrzywił usta, odszedł w kąt pokoju. – Zarobię. Sam zarobię – powiedział cicho. Jej śmiech rozległ się głośno, ostry, wzgardliwy. Siadła na łóżku, narzuciła na plecy kołdrę, brodę oparła na kolanach. – Przecież nie umiesz, w ogóle nie umiesz – szydziła. – Wyłącz się – mruknął bez złości. Ze stołu wziął czapkę, ujął za klamkę. Szybko sięgnęła po lakierowaną torebkę, pogrzebała w niej gorączkowo. – To chociaż weź na fart parę złotych, bo przecież tak na golasa zaczynać robotę. – Zaniosła się złym, sztucznym śmiechem. Popatrzył na nią spokojnie, nacisnął czapkę. Odsunął skobel, wyszedł na korytarz. – Długi! – krzyknęła Iza Leniwa. Skrzypiały schody. Machinalnie pogładziła lakierowaną, czarną torebkę.

* * * W pierwszej sali „Sielanki” zaczął się już zwykły, lokalowy ruch. Coraz to nowi goście wchodzili do wnętrza. Przy stolikach narastał gwar, słychać było brzęk szkła. Kelnerzy biegali szybko, znacząc półmrok białymi plamami swych ubrań. Tylko bar był pusty. Zamglone, pochyłe lustro odbijało jedynie twarz szczupłego mężczyzny w górniczym mundurze. Patrzył z natężeniem w małe z leciutkim szmerem idące do góry bąbelki gazu w butelce. Barmanka Marysia krzyknęła przeciągle w kuchenne drzwi: – Maszynka kawy, raz! Dochodził stamtąd zapach odgrzewanych kartofli i maślanego tłuszczu. Orkiestra zajęła miejsca na podwyższeniu. Lodek Kerman przetarł rękawem mikrofon, poprawił krawat i ukłonił się w stronę sali. Zagrali. Znów „Siwy włos” – zarechotał Książę Nocy, Rysiek, co miał wariackie papiery. – Rąbią to i rąbią. – Tak samo jak kiedyś „Wio, koniku” – rzekł Zbyszek Cham. Coś sobie przypomniał, posmutniała mu twarz. – Tak, tak – szepnał. Książę Nocy uważnie rozejrzał się po sali. Wyglądał w mroku dziwacznie, diablo jakoś, ostre nosisko zwisało na brodę. Zatrzymał spojrzenie na stoliku przy orkiestrze. Siedziały tam Hanka Artycha i Leniwa Iza. Nad parkietem zabłysły czerwone lampki. Posadzka lśniła czysto, oczy dziewczyn wielkie, zachwycające. „...Pomyśl, miła, ile to już lat...” – zapiał Lodek Kerman ochrypłym, trochę drżącym barytonem. – Też se wczoraj pochlał – zauważył Zbyszek Cham. – Porządnie pochlał. Spadł z krzesła, kimnął pod stolikiem. – Jakby tu dziś – zamruczał Książę Nocy. – Jakby tu... – Zrobił do Chama tę swoją groźną, nocną jak mówił zawsze, twarz i podszedł do dziewczyn. Cham strzyknął przez zęby. Książę Nocy przysiadł na brzegu krzesełka, ucałował wyciągniętą dłoń Hanki Artychy. Westchnął. – Pusta jestem – burknęła Hanka. Przeniósł nieśmiałe spojrzenie na Leniwą Izę, ale ta uporczywie patrzyła w zieloną kotarę, zasłaniającą szatnię. „Z tą gorzej” – zaniepokoił się Książę Nocy. Kotara zafalowała, wystąpiły na niej kształty ludzi szukających drogi do wnętrza. Weszły dwie dziewczyny w jaskrawych sweterkach i niski, krzywonogi człowieczek w butach z cholewami. Kotara wygładziła się i znieruchomiała. Hanka Artycha obejrzała dziewczyny w jaskrawych sweterkach.

– Uliczne. Ciekawe, że wpuścili – mruknęła do Izy. Orkiestra ciągnęła rzewny refren „Siwego włosa”. Twarz Lodka Kermana, widoczna stąd wyraźnie, nabrzmiała i pokryła się kropelkami potu. Rzadkie, wylizane brylantyną włosy przecinał równy przedziałek. Lodek przetarł mikrofon, kaszlnął – kaszel poszedł głucho po sali – zaraz też wyciągnął smętnie „...ujrzałem dzisiaj pierwszy siwy włos, co zalśnił na twej skroni...”. Nagle Iza poderwała się z krzesełka. – Hiszpan! Hiszpan! – krzyknęła cienko. Też ją zobaczył, pochylił ciało w głębokim ukłonie. – Siadaj – wskazała mu miejsce obok siebie. Obejrzał siedzących wokoło, przygładził kędzierzawe baczki. – Pełno dzisiaj – uznał. – Pełno – powtórzył z zadowoleniem. – Co z nim? – zapytała. – Z nim!? – Delikatnie zawinął na palcach prostokąciki baczków. – Aa, z Długim. Ano, jak to Długi – mruknął po namyśle. – Wariat i tabaka. Spaskudził mi robotę. – Zadrgały mu szczęki. – Teraz sam chce zarobić. Sam. Na swoją grabę. Dobrał sobie jednego takiego popaprańca, Bolka z Sosnowca. Książę Nocy poruszył brwiami. – Znam, znam – wtrącił. – I z nim, z tym Bolkiem, szykują się w daleką drogę. W daleką drogę! Na pociągach chcą zarobić. A może już nawet pojechali. – Zmienił się trochę na twarzy, skubnął bibułkową serwetkę. – W daleką drogę! Oni w daleką drogę. Wpadną, a nie zarobią. Tam trzeba fachmanów – głos zniżył do szmeru. Iza oparła o popielniczkę lusterko, przypudrowała policzki. Od sąsiedniego stolika pijany frajer spoglądał na nią zachłannie. Podciągnęła spódniczkę, pokazało się kolano. Frajer podparł brodę i nie spuszczał z tego kolana zachłannych ślepi. Lodek Kerman ocierał twarz, u nasady czoła lśniło mu wiele drobniutkich kropelek potu. Ci z orkiestry porozpinali koszule. Robiło się gorąco, kłęby papierosowego dymu sino wisiały nad stolikami. – A przecież nikt by nie miał lepiej z tobą... jak on, ten Długi – wycedził ostrożnie Hiszpan. Nie odpowiedziała. „Daleka droga – myślała z rosnącą złością. – Baran, baran”. – Wpadnie. Musi wpaść – rzekł stanowczo Hiszpan. Splunął w garść i odstukał w spód stolika. – Nie życzę mu tego – szepnął. – Ale... – Taki ładny chłopak. I taki głupi – westchnęła Hanka Artycha. – Pamiętam. Ten wysoki – ocknął się Książę Nocy. – To był dobry urke.

– Gdzie tam. On nie umiał zarobić – warknął Hiszpan. – Nie umiał – powtórzył obojętnie Książę Nocy. – Niedobrze. Zabrzmiały dźwięki muzyki. Na parkiet wbiegły pary. Krzywonogi w oficerkach otarł się o ich stolik. Nieustannie szeptał do ucha swojej dziewczyny w jaskrawym sweterku. Odsunęła głowę, obłapił ją mocno i przycisnął. Książę Nocy trącił Hiszpana w łokieć. – Wszyscy zaprawiają – powiedział żałośnie. – Wszyscy. Tylko my... – uśmiechnął się do Izy. – Pękaj stąd! Pękaj, ale zaraz. – Głos Leniwej Izy był ostry, rozkazujący. Książę Nocy, Rysiek, co miał wariackie papiery, przez chwilę wytrzeszczał oczy, wstał gwałtownie, kopnął krzesełko i odszedł. Torował sobie drogę przez roztańczony tłumek na parkiecie, odepchnął tego w oficerkach. Hiszpan zachichotał leciutko. – To baran – powiedziała w zamyśleniu Iza. Dłonią przesunęła po gorącym policzku, obejrzała się. – Kelner! – skinęła ręką. Jurek kelner podbiegł do niej usłużnie, ścierką strzepnął popiół ze stolika. – Ćwiartkę – zażądała Iza. – Tylko z lodu.

Wyjazd Zenek dzień miał wolny, nie wiedział, co robić, zaszedł pod kasy PKS-ów. Zwabił go tam gęsty falujący tłum i krzyki. Przystanął zaciekawiony. Ogonek ciągnął się do drugiej przecznicy. Babiny omotane w chustki, chłopki w butach z cholewami i dzieciaki. Na te pekaesowe trasy szykowała się kupa narodu. Akurat nadchodziły wielkanocne święta, więc dlatego taki tłum. „Wybierają się na wiochy. Gdzieś pod Białą Podlaską, Janów, Siennicę, Kałuszyn” – przypomniał sobie Zenek nazwy tych zapadłych dziur. Do Janowa pojechał kiedy z matką, zaraz po okupacji, wtedy trudno było o mięso w Warszawie. Jechali wojskowym gazikiem, potem drabiniastym wozem, i w domu później wyżerka, schaboszczaki chyba, stary przyniósł litra, on też popił porządnie. Ogonek kłębił się, rozciągał, wybuchały kłótnie. Podszedł bliżej. Ludziska zmęczone, niektórzy przysiadali w kucki. Jakiś stary o brązowej, pociętej zmarszczkami szyi zawodził: – Olaboga, tyle narodu, olaboga... Job jego mać – dorzucił na ostatek. Zenek roześmiał się gardłowo. Lubił patrzeć na tych wsiowych. Śmieszni tacy, chytrusowaci i w ogóle. Kiedyś uśmiał się jak nigdy, jechała taka kobita wiejska tramwajem, kosz miała ze sobą, wypchany, coś falowało w tym koszu i bulgotało, pewnie indyki albo coś takiego. Nagle ta kobita w krzyk, płacz. – Co się stało? – pytają wszyscy. Ukradli jej pieniądze, pięć stów miała w chusteczce pod fartuchem. – Jak to – powiadają ludzie – przecież tłoku wcale nie ma, parę osób tylko w wagonie i jak tu ukraść forsę. – A ona nic, tylko jęczy, zawodzi. – Moja krwawica – zdaje się, mówiła. Tak. „Moja krwawica”. Nagle rozpina kaftan, palce jej dygoczą. – Mom! – krzyczy – mom, Bogu dzięki! – Okazało się, że baba tę forsę miała nie w chusteczce pod fartuchem, ale w takim skórzanym woreczku na szyi. Pomyliła się. Potem całą drogę dogadywali jej ludzie, żeby raczej na piechotę zasuwała, to bezpieczniej niż w tramwaju. „Teraz też – pomyślał Zenek – w tym ogonku na pewno forsę co chwila macają, międlą w paluchach, liczą. Ten wiejski naród bardzo jest ostrożny i na grosz zawzięty!”. Przeciągnął się, spojrzał na tego, co stękał. – Na przykład, taki dziad w tramwaju, coś by mu się zwidziało, że nie ma forsy, i już by wrzeszczał:

– Złodziej, olaboga! – a potem: – Pseprasam, mom, chwała Bogu. – Olaboga – przedrzeźnił głośno z krzywym uśmieszkiem. Ten o brązowej, zmarszczkami pociętej szyi odwrócił się i głupawo rozchylił usta. Zenek poszedł do przodu. „Co robić – powtarzał. – Co?”. Było chyba niewiele po jedenastej, szykowała się ładna, wiosenna pogoda. Zapalił, ale po wczorajszym dym nie smakował, więc zdusił papierosa. Oparł się o płot i przez długi czas pluł w tablicę zakazującą postoju samochodom. Tablica oddalona o jakieś trzy metry, za cel obrał sobie czerwoną strzałkę i trafił w nią parę razy. Dobrze pluł. – Jak to pan pluje, ho, ho – posłyszał głos za sobą. – A bo co? – warknął. Młody, w wojskowej kurtce, z wyglądu wieśniak, uśmiechał się przyjaźnie. – Jak z lewolweru – powiedział. – A bo co? – powtórzył Zenek. – Właśnie – westchnął tamten. – Człek stoi tyle godzin, to i nie wiadomo, co robić. – Pan od której? – zainteresował się Zenek. – Od wieczora – odparł ten w kurtce. – A są tacy, co jeszcze dłużej. Zenek skrzywił twarz w udanym współczuciu. – Ja tylko od rana – powiedział – ale też już czuję w kościach. „Mógłbym – zastanowił się – skoczyć do tej z dworca pod pracę”. Ona pracowała w telefonach na poczcie. Możliwa. Miał chęć chodzić z nią trochę. Wyczuł, że ona ma mieszkanie. Już od dawna chciał z taką, co ma mieszkanie. To fajnie zostać na noc, ona do pracy, śniadanie szykuje, jak nabierze zaufania, to klucze zostawi i można kimać dalej. – Wszyscy wybierają się na święta, to i dlatego taka kolejka – mówił ten w wojskowej kurtce. Przysunął się do Zenka. – Co robić – rzekł Zenek. – Trzeba do rodziny jechać, święta spędzić, jak należy, jajkiem podzielić się. – Wyjął sporty, poczęstował. Ten w zielonej kurtce przełamał papierosa na pół, osadził w drewnianej lufce, połówkę schował do kieszonki. Palił powoli, skrzętnie. „Po wsiowemu – uznał Zenek. – Oni tak zawsze: na pół i ani trochę nie zostawią”. Ten w kurtce narzekał na tłok. Zawsze co jakieś święta, to taki tłok. A przed Bożym Narodzeniem było jeszcze gorzej. Mieszkał pod Białą Podlaską we wsi o śmiesznej nazwie Rogówka. – Rogówka – zachichotał Zenek – to po dawnemu kurewka. Miał od autobusu jeszcze ze trzy kilometry na piechotę. Ale dobra droga,

mówił, przez młody las, sośnina, to i przyjemnie. Mówił, że przez taki las sosnowy można kupę kilometrów przejść, bo zapach taki, że... Jeszcze jak się tyle czasu siedziało w mieście, to tylko oddychać i oddychać pełną parą. – Pewnie z tego zapachu tak dobrze pan wyglądasz – odezwał się Zenek. – Ano, ano – uśmiechnął się tamten wstydliwie. Był to rosły chłopak o ogorzałej wielkiej gębie. „Takie rosłe chłopisko z łapami jak łopaty, a uśmiecha się po babsku, jak dziewczyna z warkoczykiem... Silny – Zenek zmierzył go uważnie. – Ale takiego ze wsi zawsze można wykołować sposobem. Łbem raz i drugi, za kłaki i pod fleki”. I zęby miał zdrowe, białe. Nie lubił Zenek takich zdrowych zębów. Sam miał na przodzie trzy wybite i w ogóle. „A co do tego lasu – uznał – to ma rację. Las to fajna rzecz. Zielono, przyjemnie, tylko duży las, nie taki jak w Młocinach, parę drzew i kurz”. Ten w kurtce mówił coś o dalekiej, ciężkiej drodze. – Dzieciaki, najgorzej z dzieciakami. – A ile pan masz? – zaciekawił się Zenek. – Czwórkę. Zenek gwizdnął leciutko. – Ciężko tyle sztuk wyżywić – cmoknął, przybrawszy współczującą minę. – No – przytaknął tamten. – Bo ja tylko dwójkę – zwierzył się Zenek. „Tego by jeszcze brakowało – myślał. – Jakbym miał dzieci, to już tylko do Wisły”. Ten w kurtce wyciągnął metalowe pudełko z niebieską nalepką. Na pudełku napis: „Senior Service”. To takie amerykańskie fajki. „Jak ma takie pudełko – rozważał Zenek – to może paki dostaje z Ameryki, wuj albo inny cham siedzi tam i wysyła mu”. – Te amerykańskie fajki – Zenek stuknął paznokciem w pudełko – one za dobre nie są. Dym mają taki jakiś. – Hm – chrząknął ten w kurtce – ja to po prawdzie nie paliłem. – Szwagier kiedyś kupił i dał mi to pudełko. Przed wejściem do budynku rozległ się wrzask, tłum zafalował i kilku ludzi wyskoczyło z kolejki jak z procy. Podeszli tam. Pod barierką zapłakana staruszka. Chlipiąc, podciągała spódnicę, odsłoniła wyschniętą, sczerniałą nogę. Zenek splunął z obrzydzeniem. „Kobita, kobita, podskakujesz do niej, palisz się jak nie wiem co, a potem robi się takie paskudztwo”. – Te ludzie – ktoś narzekał w gromadzie – i to chłopy, stratowałyby starowinę. Ten w kurtce westchnął. – Trza do kolejki – mruknął – bo ludzie jeszcze powiedzą, że nie stałem

wcale... Nieprzyjazny naród – dodał. Zenek też westchnął. Nie mógł nic wykombinować. Na ten film kowbojski przecież już nie. Trzy razy był. A wrócić do domu nie można. Stara zaczęłaby swoją śpiewkę: – Nic, tylko łazisz, do roboty idź... – Cholerny świat – zaklął. – Pan daleko jedzie? – zapytał ten w kurtce. – Na Ostrołękę – powiedział Zenek bez namysłu. – O, tam – wskazał gdzieś za siebie – stoi moja żona. Za późno przyszliśmy i prawie na końcu. „Po co tu sterczę jak palant – zdziwił się nagle – wstawiam głupi bajer o żonie, dzieciakach. Mam przecież dychę, można spotkać jakiegoś znajomego i zrobić po wódce”. Ale nie chciało mu się nigdzie iść. To wiosenne słońce rozleniwiało porządnie. – Co będziemy tak na pan – rzekł po chwili – Ty Wojtuś – zakpił – ja Alfred i w porządku. Ten w kurtce wyciągnął rękę. – Nie Wojtek – oświadczył – tylko Marian. – Wojtek, Marian – powtórzył Zenek – wszystko jedno. „Po co ja tu...” – ale też wyciągnął rękę. Właściwie nie miał gdzie iść. To łażenie po Dworcu Głównym już mu się znudziło. Tam właśnie poznał tę swoją ostatnią dziewczynę. Robiła na drutach czarny sweterek. Dobre miała nogi. Do Polonii też nie, bo Dolarkowi jest winien dwie stówy. I tak w kółko. – A może tak... – chciał powiedzieć „Wojtuś”. To imię pasowało bardzo do tego w kurtce – może tak jakieś winko? Tamten westchnął cienko jakoś. „Pewnie chytry i żal mu grosza”. – Zenek wyjął z kieszeni dziesięciozłotowy papierek. – Brakuje tylko piątaka – rzekł. Ten Maniuś pogrzebał w kieszeniach, odliczył dokładnie pięć złotówek z kupy drobniaków. Naprzeciw wypatrzył Zenek sklep spożywczy. Tam kupił wino. Czerwone, półsłodkie. Usiadł na schodkach i zastanowił się, czy warto wracać. Ale sam pić nie lubił. Ze schodków ta kolejka do pekaesowych kas śmiesznie wyglądała. Długa i pogięta jak wąż strażacki. Baby porozsiadały się w kucki, dzieci grzebały w błocie, przy wejściu do budynku tłok, wrzask. „Mogą wybić szybę” – zachichotał Zenek. Potem jeszcze raz obejrzał ekspedientkę ze sklepu. Włosy miała ufarbowane na siwo, i w ogóle przystojniaczka. Zerknęła na Zenka i niedbałym ruchem dłoni spiętrzyła włosy. Ale na taką dziewczynę trzeba mieć parę złotych, na kawę, likierki, kino albo co. Nawet uśmiechnęła się, wyraźnie

uśmiechnęła się do niego. Ubrany był niezgorzej – popelinowy, kusy, jak trzeba, płaszcz, buty niezłe, wygrane w bilard, mówili, że włoskie. Machnął ręką i zszedł ze schodków. Ten w kurtce przedstawił mu starego chłopka. – Znajomek. Też z mojej wioski. – Z Rogówki – przypomniał Zenek. Wybił korek, uderzając z rozmachem, kilka razy, butelką o kolano, korek wyskoczył. – Ale sposób – zdziwili się ci dwaj. Pił pierwszy. Pociągnął porządny łyk. Chciał zaprawić się trochę. – A żona nic ci?... – zaniepokoił się ten w kurtce. – Moja już przyzwyczajona – roześmiał się Zenek. – Moja nie bardzo – powiedział ten w kurtce – bo też – dodał – jej brat, znaczy się szwagier, to dopiero popija. Ci wsiowi sączyli wino drobnymi łykami, pomlaskując. Bardzo zachwalali. „Takim nic lepszego nie trzeba, starczy sikacz za piętnaście. Jakieś francuskie, to byłoby wino” – marzył Zenek. Francuskie wino ma smak i jest mocne, pił kiedyś z takimi, co kombinują na transportach. – Ty – ten w kurtce pociągnął go za rękaw – jak chcesz, to możesz stanąć ze mną, po co tam w tyle. Zenek zgodził się, jednocześnie pomyślał: „Nie mam gdzie iść, sterczę jak na paradzie z tymi rolnikami”. – Ogarnął go wstyd, bo właśnie przechodzili dwaj w samodziałowych czapkach, od razu widać, że cwaniaczki, jeden przystanął i rzekł bardzo głośno: – Ale tego, chyba z tysiąc, he, he. – Same burki – dodał drugi. Zawstydził się Zenek. Jest z nimi, gada, popija, to i każdy ma go też za burasa. – Tak to jest – odezwał się dotąd milczący stary – święta, święta i wnet po świętach. – Po świętach – wtrącił ten w kurtce – chciałbym troszku urlopu. Mam parę morgów, ojcowizna, obrobić trzeba. Gadali teraz o ziemi, nawozach, oziminach. Bardzo ożywieni. Stary rozstawił szeroko paluchy, wyliczał coś. Zenek nie słuchał, po tym winie ciężko i sennie kołowało mu w głowie. Przy drzwiach zrobił się jakiś większy bałagan. Kilku facetów chciało wepchnąć się z boku. Zenek podbiegł tam zaciekawiony. Ci z boku napierali ostro. Zenek zatarł dłonie: rozruszał się od razu. Lubił takie afery. – Panowie! – wrzasnął – trzeba zrobić porządek! Zezłościł się nawet, mówił, że ludzie sterczą tu po wiele godzin, a kilku mądralów chce z boku. Ci z kolejki

przytaknęli skwapliwie. – No, to do roboty! – zapalił się Zenek. Zebrał paru chętnych z kolejki, wzięli się pod ręce, ustawili przy drzwiach i poczęli odpychać tych nieprawidłowych. – O, raz! – pokrzykiwał Zenek. Jeden taki krostowaty, z tych z boku, nie chciał cofnąć się i napierał, ile sił. Łokciem wparł się w Zenka, zgrzytał zębami i jeszcze miny do niego robił złe, groźne. „Frajerzyna” – zdenerwował się Zenek. Przykulił się i kopnął go z rozmachem. Zacisnął pięści do bicia. Ale ten krostowaty odskoczył i zwiał. „Ładna zabawa!” – cieszył się Zenek. Walił w kostki, kogo popadło. Tajniaki, słyszał gdzieś, zawsze kopią w kochę. To taki ich sposób. Więc uwijał się jak prawdziwy tajniak. I wszyscy z kolejki słuchali go. Wkrótce było po bałaganie. – Ale – rzekł donośnie Zenek – żeby spokój był, dalej trzeba uważać! Ludzie z kolejki kiwali głowami. Ten Zenek był teraz takim jakby porządkowym, komandirem od wszystkiego. – Panowie będą łaskawi – mówił do tych wsiowych – stać równo, nie tłoczyć się, tak tak. Wpadł na niezły pomysł i sporządził listę wszystkich stojących w prawidłowej kolejności, sam zapisał się dla zgrywy jako dwudziesty drugi. Wyczytał z listy nazwiska, ci z kolejki odpowiadali: – Jest... – albo: – Obecny. – Zenek minę miał poważną, szeleścił papierem i spoglądał surowo na ludzi. „Jak komendant” – pomyślał. Ten Maniuś, z którym pił wino, znalazł się na liście o jakieś trzydzieści miejsc za nim. „Widzisz, baranku – pomyślał Zenek – trzeba wszystko sposobem... I chyba jak otworzą następnym razem drzwi, to według kolejności wejdzie Zenek do środka”. Ten Maniuś w kurtce patrzył nań z podziwem. – Zaraz wejdziesz – zaszeptał mu do ucha – jakbyś mógł, to kup i dla mnie bileta – spoglądał niepewnie. – Dobra – zgodził się Zenek. Ogarnęła go wesołość, bo dużą był figurą dla tych chamków. Ten w kurtce wetknął mu zwitek papierków. – Na Białą Podlaską sześć biletów. Drzwi otworzyły się zaraz, Zenek podał listę do tyłu i wszedł do środka. Kas było cztery. Na wielkim zegarze ponad nimi godzina piętnasta. „Cztery godziny zleciały” – ucieszył się Zenek. Najwolniej wlecze się zawsze czas do południa, później już szybko. W dłoni trzymał pieniądze tego Maniusia w wojskowej

kurtce. Wygładził i przeliczył. Trzy i pół stówki. – Sześć sztuk – obliczał półgłosem – po niecałe sześć dych wypada na sztukę. – „Autobusem i potem piechotą do Rogówki” – przypomniał. Kasa na Białą Podlaską ostatnia po lewej stronie. Obejrzał się. Przez oszklone drzwi widział tego w kurtce, rozmawiał z tym drugim, też z Rogówki. „Przecież – klepnął się w czoło – można teraz bocznym wyjściem. Tylko spokojniutko”. A w razie czego, jakby Maniuś przyuważył, to powie, że zapomniał, dokąd te bilety ma kupić. Tak, właśnie zapomniał. – Nie pojedziesz do Rogówki – roześmiał się Zenek. Wysunął się sprzed samego okienka kasy i wolnym krokiem skierował do wyjścia. Pieniądze złożył starannie i wetknął do bocznej kieszeni marynarki. Zerknął na te główne drzwi. Ten w kurtce nadal rozprawiał ze starym. – Nie pojedziesz – powtórzył Zenek. Drzwi skrzypnęły cienko, zamknął je delikatnie za sobą. „Spokojnie – mówił sobie – bez nerwów, teraz rozejrzyj się i nie denerwuj wcale”. – Rozejrzał się. Przed nim zwaliska gruzów, a dalej rząd szarych, muranowskich bloków. Wszedł w gruzy. Minął rozwaloną bramę. Zapalił papierosa. Zalatywało smrodem. W takich bramach zawsze paskudzą. „Trzy i pół stówki to jednak coś. Zawsze to parę złotych”. Wyszedł na placyk ze stosami równo ułożonych cegieł. Przygrzewało słońce. Teraz ten chamek może szukać, jęczeć, krzyczeć. – Olaboga, moje pieniądze! – za późno. A taki chamek na pewno będzie do wieczora czekał albo jego żony szukał. – Żony! – roześmiał się. Nawet wyobraził sobie minę tego Wojtusia-Maniusia w zielonej kurtce. Zastanowił się, co robić dalej. Do tej z dworca już nie miał chęci jechać. Zresztą, ona ma to swoje mieszkanie chyba gdzieś w Otwocku czy Radości. Jest grosz, więc można jakąś modną lalkę. W „Stylowej” albo... – Po pierwsze – mruknął – trzeba złapać taksówkę.

Józwa Chłop był to wsiowy, od niedawna w mieście. Tam, na wsi, zwali go Józwa, po prostu Józwa, od imienia Józef. Tu też tak na niego wołali. Zamieszkał w niedużej murowance na Powiślu. Pracował przy melioracyjnych wykopach i właściwie od początku pobytu tytaj rozmyślał nad tą swoją najważniejszą sprawą. Wieczorami siadywał przy oknie, gapił się na gołębnik i obgryzał paznokcie. Tego dnia po robocie obszedł podwórze. Obejrzał komórki. Rząd tych komórek, sześć ich było – przylegały do płotu. Przy każdej podnosił się na palcach, dotykał dachu, mierzył szerokość. Dokładnie, co do centymetra, zaznaczał na rozkładanej miarze. – Ta kiepska – mruczał. – Ta też marniasta. Wreszcie dotarł do upatrzonej od dawna szopki przy wychodku. – Niczego. I może się pomieścić. Tu żłób, akurat, i żadna robota, zbić z desek, i po wszystkim. Zapukał do gospodarza. Zaczął niby od niechcenia, bo gospodarz chytrus i jak wyczuje, że mu zależy, to słono policzy za wynajęcie. A tak od niechcenia załatwił za możliwą opłatą. Gospodarz dopytywał, na co ta szopka. – Ano, przyda się na to i owo – odpowiedział wykrętnie Józwa. * * * To bydlęce targowisko znajdowało się na Zaciszu. Kawał drogi, ale wreszcie zabrał się do przepełnionej ciuchci. Mokro, raz po raz zacinał wiatr z deszczem. Ziemia rozmiękła i na tym placu porobiły się kałuże i bajora, że przejść nie sposób. „To i lepiej – uznał Józwa – taniej policzą”. Handlarze po wiele godzin sterczeli na tym deszczu, mokrzy, zziębnięci – chcieli jak najprędzej sprzedać i mieć spokój. Klęli, poszturchiwali baciskami zwierzęta i dreptali w miejscu dla rozgrzewki. Nabywców dziś było niewielu, handlarze wyciągali z kapot gorzałę, pokrzepiali się obficie. Cieszył się Józwa. Kiepsko targują. Krów dziś dużo i rozmaite. Od starych,

zarośniętych gnojem do malutkich cielaków. Cielaki pojękiwały smętnie. Obszukał Józwa kieszenie, wyciągnął dwie pajdki chleba, grubo posmarowane solą, i po kawałeczku rozdawał tym cielakom. Przeciągały mu po dłoni szorstkimi jęzorami. Uśmiechał się. Coś sobie przypomniał, resztę chleba owinął w papier i schował. Zaglądał tu i tam, niepozorny, ubrany niby miastowo, a przecież kto bystrzejszy, od razu rozpozna w nim wsiowego. Zerkał uważnie. „Ta wysuszona, niemleczna pewnikiem. Ta znów” – tylko machnął ręką. O, na krowach znał się doskonale. Tylko raz spojrzał i już wiedział, co trzeba. Przy bocznym wyjściu zauważył dwa bydlątka. Brunatna krowina i druga, taka zgrabna, młoda. Obejrzał ją dokoła, dla zmylenia całą uwagę skupił na tej brunatnej. Zerknął na handlarza. W baranim kożuszku, pomarszczone cholewy – ćmił papierosa i nie zachwalał. Oparł się o wóz drabiniasty, siedzenie przykryte kilimkiem w sine pasy. A koń z wygiętą w łuk drewnianą duchą. Na pewno żaden wydrwigrosz, jak wszyscy ci tutaj w skórach i samodziałowych czapkach. Ta młoda krówka, przywiązana do wozu, czysta i taka jak ulał. Józwa zacisnął palce na szeleszczących papierkach w kieszeni. Zapytał o tę brunatną. Drżał z podniecenia. Bardzo piękna ta młoda, już nie jałówka, ale przecież niezupełnie jeszcze krowa. Zapalił papierosa, zaciągnął się chciwie i zapytał: – A toto? Ten w kożuszku ożywił się. – Toto! Przecież to krowa, jakich mało! Mówił śpiewnie, z takim zaciągliwym akcentem. U Józwy w rodzinnych stronach, pod Krynkami, też tak gadają. Wychwalał tę młodą. Pokazywał pęciny, ugniatał cycki. Józwa odczekał i wyśmiał to zachwalanie. Nie patrzył już na krowę, bo zmieniał się na twarzy i obawiał, iż tamten dostrzeże. Targowali się zażarcie. Ciekawi otoczyli ich kołem. Już zaczęli obmacywać krowę. Józwa szybko wyciągnął dłoń na zgodę. Poślinił wskazujący palec i przeliczył papierki. Ten w kożuchu też przeliczył. „Tak jakby z moich stron. – Józwa jeszcze raz uścisnął dłoń tamtego. – U nas też duchy koniom zakładają, i takie same kilimki”. Ten w kożuchu chciał wypić z nim wódkę, ale Józwa, nie oglądając się, pociągnął krowę za sobą. Przy budce kowala uwiązał ją i usiadł na cegłach. Zaczeka do wieczora, bo jakby teraz zaprowadził, to śmieliby się wszyscy, a najbardziej chyba gospodarz. Deszcz zacinał. Zaczął przechadzać się wzdłuż parkanu. Ta graniasta, młoda krowa też zmokła porządnie. Więc zdjął kapotę i okrył ją starannie. Przypomniał sobie o chlebie. Podetknął jej pod pysk. – Udana – szepnął.

* * * Chodził Józwa z tą krową na stary fort. Pasał ją na zboczach fortu. Ale trawy tu niewiele i marna, zszarzała od kurzu. Z trawą kłopot. Martwił się. Żona też. Spoglądali na Łaciatą z troską. Jak tak dalej pójdzie, to boki wpadną jej zupełnie. Na podwórzu podkpiwano. No bo jak to, w Warszawie krowa? – Jaka tam krowa – mówił Józwa – toć jałówka prawie. – Panie – śmiał się gospodarz – jałówka to przed bykiem, a po byku krowa i kropka. „I tak – myślał Józwa – i nie”. Więc z trawą duży kłopot. Krańce miasta, a trawy jak na lekarstwo, same łopiany, mlecz i inne paskudztwa. Szukał wszędzie. Nigdzie nie mógł nic godziwego wynaleźć. Uliczka opadała w dół, tam dalej wierzchołki parkowych drzew. Szedł powoli, ssał zagasłego papierosa. Park obszerny, ale ogrodzony. Na parkowych alejkach bawiły się dzieci. Dużo trawników. Machnął ręką, nisko strzyżone. Za drzewami znów trawniki. Popatrzył z natężeniem. Soczysta, wysoka trawa. Zawrócił szybko. I przyszedł tu zaraz ze swoją Łaciatą. Pasł ją na tych parkowych trawnikach. Wybierał takie zasłonięte lepiej i oddalone. Dzieci z alejek poznawały go już doskonale. Jak tylko się pokazał, wykrzykiwały: – O, krowa! – Gładziły Łaciatą po gładkich, białych bokach. „Też się podoba pędrakom” – cieszył się Józwa. – Uważajta – ostrzegał głośno – bo bodzie. Łaciatej trawa smakowała bardzo. Oderwać jej nie było można. – Nienażarte to – mruczał. Porządnym zmrokiem prowadził krowę do komórki. Zgrzebłem czyścił ją co wieczór. – Dobrze wygląda – przypatrywał się z boku. – Możliwie – uznawał. Potem, już w łóżku, odzywał się leniwie do żony: – Matka. – A co? – Udana gadzina. W robocie, przy tych melioracjach, co to robili na Jasielskiej ulicy, spiknął się z jednym takim też wsiowym. Opowiedział o Łaciatej. Ten znajomek nic się nie odezwał, tylko poczęstował go papierosem. Wyraźnie zazdrościł. – Jak będziesz miał troszku czasu – zakończył Józwa – to wpadnij do mnie, zobaczysz... „Trzeba – myślał sennie – wyszorować Łaciatą, podrzucić świeżej

słomy i kupić jakąś ćwiartkę”. * * * Cieć tutejszy, Walendziak z Nowosieleckiej, wcześniej niż zwykle zaczął obchód parku. Szuflą zagarniał śmiecie, wrzucał do kosza. Co śmieć, to mruczał ze złością: – Skurwydeusz. Skurwydeusz. – To było takie jego przekleństwo. Zły Walendziak był jak licho. Przystanął przy kępie głogowych krzaków. Już koniec parku, jeszcze tylko trawnik z zagranicznym drzewem pośrodku. To drzewo, jego nazwy Walendziak nie pamiętał, ważne jakieś i niespotykane, nawet przyjeżdżali inspektorzy i ogrodzić kazali kolczastym drutem. Rozchylił gałęzie, popatrzył na drzewo. Zakołysał się i jak przed słońcem osłonił oczy. Zwierzę jakieś? Tak. Stąpało przy tym drzewie powolutku i szczypało trawę. Przysunął się bliżej – to krowa. Za nią ktoś z rózgą przysiadł na trawie, czapkę nasunął na czoło. Na trawniku pasł krowę! Walendziak zacisnął dłoń na miotle. Ale wykrzywił tylko usta i chyłkiem, boczną alejką, zawrócił. Miotłę i szuflę rzucił po drodze. Pobiegł na komisariat. „Krowa w parku” – powtarzał sobie. Wpadł z rozmachem do dyżurki. Zderzył się z plutonowym, co to park i cały ten rewir miał pod sobą. – Krowa – wyrzucił Walendziak. – Co? – Krowa w parku... – dyszał Walendziak – na trawniku... i jeszcze przy tym zagranicznym drzewie. „Pijany albo co?” – zdziwił się milicjant. Walendziak pociągnął go za rękaw. Dotarli do głogowych zarośli. Ten dzielnicowy wychylił głowę. Rzeczywiście, tam na trawniku, i właśnie pod tym zagranicznym drzewem, krowa, łaciata krowa, a dalej facet rozciągnięty wygodnie na trawie. – Skurwydeusz! – wykrztusił Walendziak. „Potem przyjdą inspektorzy – myślał – i raport, że trawnik zniszczony, wytratowany”. – To ci impreza – gwizdnął plutonowy. – Jeszcze nie było takiego przypadku. – I pod tym drzewem zagranicznym – mówił Walendziak. – To jakieś cholernie drogie drzewo. Dzielnicowy rozsunął gałęzie. Syknął z bólu. Wyciągnął kolec z palca i zaraz wypadł zza krzaków. – Co wy tu!? – powiedział ze złością. Józwa, wystraszony porządnie, poderwał się i ściągnął czapkę.

– Ech – wyjąkał – krowina trochi szczypie sobie. Walendziak w kucki obszedł trawnik. – Powyjadane – orzekł – potratowane. – Trawa za wysoka, to i krowina przystrzygła – bronił się Józwa. – Za wysoka – obruszył się cieć. – Jeszcze przytyk robi. Dzielnicowy tarł szyję. – Pójdziecie na komisariat – zdecydował. Skierował się do głównej alejki. Za nim szedł Józwa z Łaciatą, a na końcu Walendziak z Nowosieleckiej. – Za co? – mamrotał Józwa. – Trawka wysoka, to wystrzygła, a tratować nie tratowała, bo uważałem. Ale oni nie słuchali. Wyszli na ulicę. Ludzie oglądali się za nimi zaciekawieni. Śmiechy, krzyki. Krowa zalękniona. Ludzi coraz więcej. Zezłościł się plutonowy. – Nie ma co iść – warknął. – Spiszemy tutaj wszystko i zapłacicie mandat. – Oparł notes o mur. Zapisywał dokładnie: „...w parku obwiniony wypasał krowę. Przez dłuższy okres czasu. W parku są zagraniczne drzewa...”. Musiał Józwa zapłacić. Puścili go. Pociągnął Łaciatą. To była trawa, bo tam na forcie wątlutka, albo przy torach, jeszcze gorsza. Szedł ze zwieszoną głową. Wprowadził Łaciatą na podwórze, otworzył szopkę. Za plecami jakieś chichoty. Chichoty przerosły w śmiech. Odwrócił się gwałtownie. We wszystkich oknach murowanki ludzie, gospodarz pokrzykiwał coś. Uwiązał Łaciatą do żłobu. Liznęła go szorstkim językiem po dłoni, szturchnął ją mściwie w brzuch. – Taka trawa – powtarzał. Wyglądał żałośnie. Nagle wyprostował się: „A bo to mało parków. Niemało. Przecież i tu na Powiślu, tylko bliżej mostu, też park wielki z dobrą trawą”. Klepnął się w czoło. Poweselał.

Busio Busio był już na dobre spalony. We wszystkich celach mówiono o nim z największą pogardą. Jego najstarsi wspólnicy też nie mieli do niego najmniejszego sentymentu. – Kapusta – mówiło się o Busiu – z językiem gania do naczalstwa. Więc na całym złodziejskim oddziale był już na dobre spalony. Stary Maksio, który siedział pod sto drugą, wyciągnął ze swego drewnianego kulosa wyostrzoną jak brzytew kosę i warknął: – To na kapusia. Niech tylko wpadnie w moje graby. Dwaj doliniarze, małolatki, wpatrzyli się weń z podziwem. Duży jest kozak ze starego Maksia. Dobrze broni honoru złodziejskiej branży. A że nie rzuca słów na wiatr, to każdy wiedział. Jakby to wczoraj, siedziała w pamięci dintojra z Dorszem, kiedy to Maksio wziął go na spacerniaku pod obcasy i tak go wygniótł swym drewnianym kulosem, że Dorsz przez dwa miechy leżał na szpitalce z odbitymi nerami. Nikt dla Busia nie miał ani trochę serca. Nie liczyło się już nic – i to, że kiedyś był niezłym złodziejaszkiem i charakternym wspólniczkiem, i to, że tak pięknie rysował i kłuł dla chłopaków wzorki. Zresztą, przyznawano mu to wszystko sprawiedliwie. Ci z karnej celi, Korkociąg i Rozumiak, podciągali nogawki, zadzierali koszule – pokazywali wykłute przez Busia dymiące parostatki, gwiazdy Syberii i jelenie wspaniałym skokiem przesadzające potoki. – Możliwie kłuł – mruczeli – ale wielka z niego kurwa, wielka. – Zaciskali szczęki. Wiadomo było, że jak Busio wpadnie pod złodziejską celę, to tango „złamane życie” mu zrobią. Najlepiej o tym wiedział sam Busio, nie żaden małolatek, tylko doświadczony złodziejacha. Toteż jak tylko mieli przenosić go z karnego oddziału, zatrzymał inspekcyjnego i zaszeptał mu coś zdławionym głosem. Poszedł Busio z raportem do naczelnika. Padł Busio przed naczelnikiem Marchewką na kolana. Naczelnik też wiedział, o co chodzi, i tylko uśmiechał się nieznacznie. – Ojczulku kochany – mamrotał Busio – nie dawaj mnie do złodziei. Zatłuką! Jak pragnę Boga, zatłuką.

Alfons, klawisz ze złodziejskiego oddziału, co był z Busiem u naczelnika, opowiadał później recydywom, że Marchewka poklepał go po karku i powiedział: – Dobra jest. Głowa do góry. Tylko piszcie. Piszcie. Bo to coś znaczy. – Bede pisał – odpowiedział Busio. – Jak pragne wolności, bede pisał. Przeniesiono Busia na frajerski oddział. Został tam kalifaktorem i ja byłem jego pomocnikiem. Kroiliśmy przed apelem pajdki, szorowaliśmy korytarz, wynosiliśmy do sracza kible – właściwie całkiem przyjemnie płynęło nam życie. Busio nauczył mnie zbierać tłuszcz z zupy, stawiać w kubeczku na oknie – rano robił się z tego smakowity smalec. Pokazał mi też, jak można z koca zrobić trepki, wygodne i miękkie. – Jak w domciu – mawiał – tylko jeszcze gazetka i jakaś lepsza wódka... Śmiał się radośnie, gdy podziwiałem, jak z naszego więziennego razowca lepił zgrabne figurki do szachów. Było nam całkiem przyjemnie. Czasem tylko, kiedy szliśmy z Busiem przez złodziejski spacerniak do kuchni, w oknach pierwszego piętra ukazywały się twarze, wiele twarzy i ciskano w Busia tym najcięższym chyba dla niego przekleństwem. Spacerniak nie był długi, ale nim przeszliśmy, zawsze ci z pierwszego piętra krzyczeli ze trzy razy: – Kurwa! Busio kurwa! Busio wtulał głowę w ramiona i przyspieszał kroku. – Prędzej – syczał do mnie – prędzej, frajerze. – Przed kuchnią ocierał pot z czoła i mówił, dysząc: – Bluzgają, rozumiesz, bluzgają na mnie. – Oczy mu latały i długo tarł chusteczką twarz. – Bluzgają, barany – mamrotał bardzo cicho, jakby tylko do siebie. – A ja chcę ten świat utrwalić, pokazać wszystkim nasze życie. Charakterne, urkowskie życie. I wtedy nabierał pewności, oczy przestawały mu latać strachliwie i twarz rozjaśniała mu się w uśmiechu. – Utrwale, rozumisz, utrwale! Ładowaliśmy chleb w worek i wracaliśmy na swój frajerski oddział. Polubił mnie trochę ten Busio, ja go też polubiłem i po wieczornym apelu gadaliśmy często do późna w nocy. Właściwie to on gadał; a ja słuchałem z zapartym tchem jego opowieści. Siedział już kilka razy, specjalność miał trudną. – Włamywacz – tłumaczył – to nie byle co. Trza mieć podejście do interesu, znać narzędzia i umieć se wszystko przygotować. Lewarek, łom, dłuto. Kupa tych narzędzi. Pamiętam... – unosił się na łokciach, skrzypiało wyrko i ognik papierosa ukazywał jego zapadłą twarz. Przymykałem oczy. Opowieści Busia były pełne napięcia – jeden niepewny ruch i już wpadka. A wpadka to najmniej trzy lata. W bramie drzemie stróż. Busio ze wspólnikiem biorą ten sklep na lewarek. Chroboczą żaluzje. Żeby

papuga nie usłyszał. – I wykotłowaliśmy interes na blat – kończył Busio. Potem długo nic nie mówił. Nagle znowu zaskrzypiało wyrko, twarz Busia ukazywała się wyraźniej, bo ze zwyżki wpadało do celi światło reflektora. – A teraz to wszystko opiszę, utrwalę... – Urywał, kaszlał męcząco, pluł i znów pokasływał. – Te moje miechy – stękał – cholerne miechy! Miał gruźlicę. Ale teraz czuł się lepiej. Na szpitalce w Mokotowie podleczyli go nieźle. Nie pluł na czerwono, właściwie trochę, ale bardzo rzadko. Tak przechodziły dni. Ja liczyłem te dni z napięciem, czekałem na sprawę, spodziewałem się, że wyjdę. Busio też czekał na coś. Ale nie wiedziałem, na co. Może czekał na transport, może prosił o przerwę w karze. Może... Pewnego dnia przed wieczornym apelem wpadł do naszej celi spec. Staliśmy wyprężeni na baczność przed tym małym ospowatym specem. On uśmiechnął się do Busia. – No i co? – zapytał – nic nie piszecie? Może papier wam przysłać? – Melduję, obywatelu kierowniku – Busio wyprężył się jeszcze bardziej – że na razie nie. Zerknął niepewnie na mnie i dokończył szybko: – Poczekam, jak tamto ocenią, a na razie łapię nowy temat. Spec pokiwał głową, spytał jeszcze, czy jakichś prób nie mamy, i wyszedł. Busio rozdygotanymi palcami wyciągnął papierosa, osadził w drewnianej lufce i zapalił. – Powinna już przyjść odpowiedź – rozmyślał głośno. Coś obliczał na palcach. – Na pewno – jego szarą, pomarszczoną twarz wygładził zwycięski uśmiech. W ogóle to był dobry dla niego dzień. Chodził po małej na cztery kroki celi. Przystanął pod oknem i zaśpiewał: – „...poznał ją w tramwaju, zaraz bratnią duszę wyczuł w niej. Była doliniarką...”. – Zostawił mi peta, a później zaproponował: – W ogóle to jesteś równy frajer, możesz palić moje fajurki. Poczułem doń wdzięczność. Nie miałem nic do palenia. Żona nie przysyłała mi pieniędzy na wypiskę. Paliłem z rozkoszą. Niedopałek parzył palce. Dym mocny, odurzający. – Już niedługo – odezwał się Busio. Sterczał ciągle pod oknem, zadzierał głowę, wpatrzony w pocięty kratami kawałek brudnego jesiennego nieba. Nagle odwrócił się, spojrzał na mnie uporczywie, kłująco. – Kapowałem trochi – zaszeptał urywanie. – Wiesz chyba. Tak, kapowałem. Ale nic wielkiego. Nikomu nie dałem chleba na wyrok. Tylko trochi... – Ale musiałem. Rozumiesz, żeby przenieśli na lepszy oddział, dali papier, ołówek. W ogóle. – Zacisnął drobną pięść. – Co ty rozumisz, frajerze – westchnął. Po apelu nie odezwał się już do mnie, tylko palił papierosa za papierosem.

Dym wciągał z poświstem, łapczywie. Migotał czerwony ogień. Przymknąłem oczy. Chudy, pomarszczony Busio. W szarym więziennym ubraniu wyglądał jak w worku. Na piersi miał wytatuowaną wielką gwiazdę wolności. – Stary wzorek – mówił mi zawsze. – Jeszcze ruskie urki, te z Odessy, miały takie gwiazdy. * * * Po spacerze wlazł do naszej celi inspekcyjny, tyczkowaty Litwin, i od razu wykrzywił złośliwie gębę. – No i co? – Brzęknął kluczami. – No?... Busio wyprężył się po wojskowemu i patrzył ze zdziwieniem. – Taki szum robiliście koło swojej osoby – ciągnął powoli Litwin. – „Ja, ględziliście, ten złodziejski świat opiszę, utrwalę, niech wszyscy wiedzą, jak piękny ten świat”. A tu gówno! Grafomanem jesteście i tyle. Przysłali to wasze i ocenili jak należy. – Wziął się ten wysoki jak tyka Litwin pod boki i zarechotał. Busio zwisł jakoś i zaszurał leciutko drewniakami. Odwróciłem głowę. Ten wredny Litwin trzasnął drzwiami. Jego kroki głucho stukotały na korytarzu. Ostrożnie usiadłem na brzeżku łóżka. To przeklęte wyrko pisnąło wstrętnie. Nie spoglądałem na Busia. Cisza. Z daleka brzęk kotłów. To na czwartym oddziale. Głosy fajfusów. Otwierają kratę. Przed samym obiadem wezwano Busia do naczelnika. Wrócił po godzinie. Trząsł się cały, zgarbiony i poszarzały. Oparł się o drzwi. Dostrzegł swoją zupę na stole. Wylał ją do kibla. Nie mógł nałożyć pokrywy. Usiadł na odkrytym kiblu. Zmartwiały, z przymkniętymi oczyma. Ja też siedziałem bardzo cicho, bo czułem się głupio i strasznie jakoś. Przez judasz zajrzał dyżurny klawisz. Stary klawisz Pijaczek. Popatrzył zdziwiony. Busio nie drgnął nawet. Pijaczek mrugnął do mnie i wskazał palcem na Busia. Uchylił drzwi. – Korytarz trza wyszorować – polecił. Tylko git, żeby jak lustro... – Wyszedł, stąpając na palcach. Wylałem dwa kible wody i szorowałem zaciekle szczotą. Zbierałem wodę starym kocem. Do glancu przeciągałem szmatami. Naharowałem się porządnie. Chyba ze dwie godziny szorowałem ten korytarz. Koszula przylepiła mi się do pleców. Pijaczek pochwalił robotę. Dał papierosa. Próbował zagadać o Busia. Znów zmrużył znacząco oko. Wzruszyłem ramionami. Pod drzwiami naszej celi postałem chwilę. Wszedłem na palcach. Pijaczek podśpiewywał na korytarzu. Stanąłem jak wryty. W górze przy kracie sterczał wyciągnięty Busio. W takiej prostej dziwacznej pozycji. Przesłaniał całe okienko. „Czyżby patrzył?”. – Postąpiłem bliżej. I wtedy dostrzegłem biały sznur

opasujący jego szyję; zawiązany był w gruby węzeł na kracie. Jeszcze krok. – Ten sznur zrobiony z prześcieradła. Na moim łóżku rozrzucona pościel. „Moje prześcieradło” – pomyślałem i już widziałem twarz Busia. – Zmartwiałą, straszliwą. Odwróciłem się gwałtownie i zacząłem walić stołkiem w drzwi. Blacha odbijała uderzenie donośnie. Starłem sobie do bólu palce. Przyleciał Pijaczek. Zaraz ciszę tego frajerskiego oddziału rozdarł dzwonek alarmowy... Tak skończył Busio, który był kapusiem pod złodziejskimi celami. Kiedyś niezły złodziejacha, włamywacz. Twardy miał fach. Potem próbował pisać. Bardzo chciał pisać. Jeszcze przed ostatnim wyrokiem, na wolności, zaniósł to swoje pisanie do oceny. Ale to byli popaprańcy. „Autentyk, ale do niczego” – uznali. Wyśmieli. W tym ostatnim swoim wyroku wysłał znów. Ale tym razem największym od tego specjalistom. – Takie kozaczki od pisania – zwierzył mi się nocą. – To duże figury. No i... Litwin i Pijaczek owinęli go w koc. – Żeby na mojej służbie takie coś – jęczał Pijaczek. – Żeby na mojej służbie... Jeszcze tego wieczora wieść o jego śmierci dotarła stukaną pocztą na złodziejski oddział. – Gryzło go sumienie – powiedzieli wszyscy stamtąd – i załatwił sprawę sam, kapusiowata jego mać. – Jakby nie – pokrzykiwał Maksio w okno – to ja bym go sam tymi grabami! – Wyciągnął przez kraty ręce i rozcapierzył palce.

Maniuś Kropa Ci trzej już kilka miesięcy mieszkali u Krwawej Adeli. Ich wyrka stały rzędem pod ścianą. Wyrka były krótkie i najdłuższemu z nich, Syksonowi, wystawały kościste i szerokie stopy. Pierwszy zbudził się Maniuś Kropa. Palcami przeczesał włosy i podniósł miskę. Hałaśliwie potrącił kulawy stołek. Woda chlupnęła na boki. Esy i Tadeusz Sykson prawie równocześnie przetarli zapuchnięte oczy. Sennie, po omacku jeszcze, sięgnęli po papierosy. Maniuś Kropa zerknął ostrożnie na posłanie przy skrzyni z węglem. Spał tam ojciec Adeli. Wyglądał dziwacznie, bo oczy miał zawsze uchylone. To przejmowało niepokojem Maniusia Kropę i teraz też prędko przeniósł wzrok gdzie indziej. Jednak po chwili zerknął znów ostrożnie. Ten starzec był żółty i suchy. Siwizna pokrywała jego wpadnięte jakby trupie policzki. Oddychał nierówno. Zza przepierzenia dochodziły chichoty dziewcząt. Wśród nich wzbijał się jeden: chrypliwy, niski. Esy zasłuchał się, roztarł o krawędź łóżka niedopałek i zaklął. Stamtąd przybiegł zaraz szelest i znów chichot. Esy podciągnął kalesony i przylepił twarz do dykty. Przez szparę zajrzał do dziewczyn. – Ubiera się – westchnął i przywarł do przepierzenia. Cmoknął. – Ale giry to ma zdrowe – powiedział. Tkwił nieruchomo, wpatrzony chciwie. Wyciągnął papierosy. Tadeusz Sykson szczerzył do lusterka sczerniałe zęby. Stary stęknął przez sen. Esy zwrócił ku niemu swą chudą z drapieżnym nosem twarz. – Ten stary grat – powiedział z zazdrością – ma dobry sen. Kima i kima... Tadeusz Sykson przytaknął i dalej oglądał swe rzadkie, i zepsute zęby. Maniuś czyścił rękawem buty. Kiedyś były wiśniowe, teraz z trudem nabierały połysku. – Jak na randkę – zakpił Esy i zmierzył go przenikliwym spojrzeniem. Ubierali się powoli, wyczekując na Adelę. Z Odzieżówki zawyła syrena. Jej głos wygasł żałośnie. Wtedy przyszła Adela. Rozczochrana, niedbale owinięta szlafrokiem. Tłusta baba z wielką świecącą gębą. Włączyła maszynkę. Postawiła mleko. Esy szczypnął ją w tyłek. – Odczep się – warknęła, nie odwracając głowy.

– I mieć tu babę – Esy niepewnie próbował żartować – na nic nie pozwala. – Wlepił oczy w wypukły kark Krwawej Adeli. – Wielki mi chłop – rzekła ostro – może jak królik... – Odstawiła mleko i obrzuciła ich uważnym spojrzeniem. Zatrzymała wzrok na najmłodszym z nich, Maniusiu Kropie. Uśmiechnęła się miękko. – Wielki mi chłop – powtórzyła. Maniuś poczerwieniał i zapatrzył się w ścianę z kolorowym, ślubnym portretem nad kilimem. Mężczyzna na portrecie miał długie baczki i kwadratową twarz, a młoda to chyba Krwawa Adela, tylko sprzed wielu lat. Dziwki za przepierzeniem przycichły. Stary spał z nieruchomo wytrzeszczonymi gałami. Esy spojrzał na niego ze złością. Splunął. – Zbudź tego gruchota – warknął. Podszedł do okna i zabębnił w szybę. – Ojciec!... – powiedziała wrzaskliwie Adela. – Ojciec, śniadanie! – Potrząsnęła jego bezwładnie zwisającą ręką. Stary wstał cichutko. Mył twarz w cynowej miednicy. – Mydłem – przykazała Krwawa Adela – mydłem też... Stary sięgnął posłusznie po mydło. – Brudas – mruknął Esy. – A rozporka, jak zwykle, nie zapiął – zachichotał Tadeusz Sykson. Stary spłoszył się i zamrugał załzawionymi oczyma. Siadł przy stole, ukrywszy twarz w sękatych, twardych paluchach. Maniuś Kropa widział wypukłe jak muszle i czarne paznokcie tego starego. Zabrali się do jedzenia, Adela podzieliła kiełbasę. Esy mlaskał głośno. Tadeusz Sykson popijał mleko zachłannymi łykami. Stary jadł najwięcej, połykał niczym gęś i sięgał po coraz to nowe kawałki chleba. Nagle dostrzegł uporczywe spojrzenie Esego i nisko pochylił nad talerzem głowę. – Żre za wszystkich – powiedział w zastanowieniu Esy. – Obeżre nas... – Popatrzył w trójkątny dekolt szlafroka Krwawej Adeli. – Między workowatymi białymi piersiami znaczył się głęboki rowek. Adela podsuwała kopiaste porcje Maniusiowi Kropie. – Jedz – mruczała – jedz... młody jesteś... Esy odstawił niedopite mleko. Wstał. Kołysał się śmiesznie, wysunąwszy wargę. „Źle mu się spało” – pomyślał Maniuś Kropa i ucieszył się. Esy krótkim krokiem począł przemierzać izbę. Zawadził o siennik starego, kopnął raz, drugi. Adela zmrużyła oko. Pudrowała się uważnie. Zęby miała równe ze szparą na przedzie. Takie szpary – słyszał gdzieś Maniuś Kropa – to namiętność porządna. Zamknęła usta. Stary ścielił posłanie. Wygładził koc. Przyklepywał starannie.

Trzęsły mu się ręce. Usiadł na skrzyni, podkuliwszy nogi. Po jego policzku pewnie i ociężale sunęła mucha. On jednak nawet nie zmarszczył nosa. Zdziwił się Maniuś Kropa. Esy oparł się o szafę. Z marynarki strzepnął jakiś niewidoczny pyłek, wygładził klapę. – Ja uważam – przerwał ciszę. Spojrzał z ukosa na Adelę, przeniósł wzrok na Maniusia. – Uważam – powtórzył – że twój stary mógłby wziąć się za coś... Stary wyciągnął szyję i zamamlał ustami. Nie dosłyszał. Maniuś obserwował muchę, która opuściła twarz starego i miarowo wirowała pod sufitem. – Do tego ma dobry wygląd – ciągnął zagadkowo Esy – dobry... Zarobi w mieście... – Pochylił się i podciągnął skarpetkę. – Jak? – zaciekawiła się Adela. Stary dźwignął się ze skrzyni. Esy przymknął oczy, przeciągnął się. – A po prośbie – powiedział niewyraźnie. Otworzył skrzypiące drzwi politurowanej szafy. – Taki stary, jak twój, da sobie radę – dodał. Zajrzał z zainteresowaniem do szafy i zaraz zamknął ją z rozmachem. – Gdzieś na rogu – mruknął – w dobrym miejscu... Rozumiesz? – zwrócił się do starego. Stary pokiwał głową i schował za plecy dłonie. Tadeusz Sykson nie odwracał głowy od okna. Zmarszczył czoło, jakby coś zobaczył; a przecież nic tam nie było. Tylko szary kawał przeciwległej ściany i gacie suszące się na piętrze. Maniuś Kropa zerknął na Adelę. Ruszała stopą w futrzanym kapciu. Szlafrok rozsunął się szeroko na udach. Maniuś poruszył się niespokojnie i leciutko pogładził blat stołu. Z kąta, gdzie stał Esy, rozległ się głuchy stukot. Stary drgnął. Esy kciukami uderzał w szafę. – Ojciec – powiedziała Adela. Stary obrócił się do niej. Tadeusz Sykson rozpłaszczył twarz na szybie. – Jesień – mruknął przeciągle. – Miałbyś zajęcie – powiedziała ta tłusta baba. – I ładne parę groszy – wtrącił Esy. – Ładne... Adela poprawiła szlafrok. Stary chrząknął i przyłożył do ucha dłoń. Esy spojrzał na niego surowo i pochylił się nad swoją walizką. Wyciągnął płócienną, przybrudzoną szmatkę. Wygładził. Był to niewielki woreczek. – Na forsę – zaśmiał się. – Fartowny woreczek – dodał. – Albo – poradził – zbieraj w czapkę, to lepiej wygląda. Stary obejrzał uważnie tę szmacianą sakiewkę, przebierał koślawymi paluchami po płótnie, schował za pazuchę. Tadeusz Sykson otworzył okno. Przechylił się na parapecie. Chłodny wiatr wpadł do mieszkania. – Zimno dziś – posłyszeli głos starego – nie akuratnie... Można by od jutra. – Chwilę wpatrywał się w Esego, który klęcząc, przekładał coś w walizce. – Lepiej od razu – rzekł Esy, zwracając ku niemu sczerwieniałą od wysiłku

twarz. Adela przytaknęła w milczeniu. Ten stary okręcił szyję frędzlastym szalikiem, a potem, gdy Esy odwrócił się, ściągnął ze stołu bułkę. Nie widzieli. Tylko Maniuś Kropa zobaczył rękę starego wpychającą ją śpiesznie za pazuchę. – Jak ci będzie zimno – powiedziała Adela – to wracaj. – E tam, zimno – wzruszył ramionami Esy. – I rozporek zapnij – Tadeusz Sykson huknął staruchowi prosto w ucho – bo wystraszysz... Adela skrzywiła się półgębkiem. Z podwórza doszło człapanie i stukot laski, którą stary się podpierał. Zaraz za nim wyszedł Esy. Pogwizdywał. Z komórki wyciągnął wózek z owocami... Jabłka przecierał rękawem. Oliwił koła. Fotograf Sykson dziś nie wychodził. W bezsłoneczne dni jego interes nie udawał się prawie wcale. Za przepierzeniem chrapanie. Dziewczęta spały po nocy. Maniuś szykował się na bazar. Krwawa Adela pogładziła go po włosach. Delikatnie... choć miała dużą i szorstką łapę. – Ho, ho – mruknął Tadeusz Sykson, patrząc na nich. Zaraz jednak powrócił do jałowej medytacji przy oknie. Maniuś nastroszył się i trzasnął drzwiami. * * * Jak co dnia, na melinę powracali wieczorem. Esy pachniał wódką i oczy miał szkliste. Dziewczęta szykowały się na miasto. Któraś zastukała w przepierzenie. – Dobrej nocy – powiedziała dźwięcznie. Teraz śpiew. Chrapliwy i mocny: „Przytulę się do ciebie i noc będzie pełna żaru”. Poznali głos Władzi. Twarz Esego rozpogodziła się, rozchylił usta. – Ona ci i tak nie da – powiedziała Adela. – Szuka lepszego pana. – Spojrzała na Maniusia Kropę, który zaszurał butami. Stary przyszedł najpóźniej. Dyszał. Adela i Esy przysunęli się do niego. – No? – warknął Esy. Stary wyciągnął z woreczka garść drobnych. Z brzękiem rozsypały się po stole. Adela zgarnęła monety; układała z nich błyszczące w mroku słupki. – Nieźle – roześmiał się Esy, podszedł do przepierzenia. – Wyszły – bąknął jakby do siebie. – Ja sam – powiedział – prawie nic nie utargowałem. Poszło tylko trochę gruszek. – Chmurno – odezwał się Tadeusz Sykson – będzie deszcz... – Patrzył w okno. Było już ciemno, pobłyskiwały światełka miasta. – A jaką masz gadkę? – zainteresował się Esy. – Jak prosisz o grosiwo?...

Spojrzeli na starego. Ten wzruszył ramionami i pozostał nieruchomy z twarzą zastygłą i jakby nie stąd. Adela ustawiła z drobniaków osiem słupków. – Nie chce – uznał Esy. – Trzyma swoją mowę dla siebie... Mądrala... – Klepnął starego po kolanach. Krwawa Adela uniosła głowę. – Piętnaście złotych – powiedziała. – Dniówka jest – wtrącił Tadeusz Sykson. – Byle jaka, ale jest. – I źle radziłem? – ożywił się Esy. – Zarobi sobie, wychla też i zajęcie ma. – Spoglądał na Adelę. Izbę wypełniała gęsta szarówka i tylko ich sylwetki pokazywały się czarnymi bryłami. – Ciekawe – mruknęła Adela – czy dziewczęta zarobią? Nie wiadomo – zatroskała się. Stary zabrał się do kolacji. Sam Esy podsunął mu zupę. Maniuś Kropa siadł obok starego. Widział jego ucho z kępką białych włosów. „Kiepsko mu chyba” – pomyślał. Fotograf Sykson gadał coś o dniówce starego, rechotał. Mówił, że proszone dniówki to najlepsze dniówki. – W tym fachu – cedził. – Wyłącz się. – Maniuś Kropa wyprostował się. – Mogę – zgodził się obojętnie fotograf. Maniuś zacisnął pięści. Nie zauważył nawet, że Krwawa Adela przechyla się i szuka pod stołem jego kolana. Stary czyścił chlebem talerz. – Zapracował sobie – powiedział przyjaźnie Esy. Stary wytarł w rękaw usta i wstał od stołu. Cicho wyszedł z mieszkania. Po chwili wysunął się za nim Maniuś Kropa. – Do wychodka – odpowiedział na pytające spojrzenie Krwawej Adeli. Starego zobaczył na schodkach. Zadzierał głowę i siąpał głośno nosem. Było czarno. Jedynie parę marnych gwiazd majaczyło wysoko. Ogarniał przenikliwy i wilgotny chłód. – Zapalim – wybąkał Maniuś Kropa. Poczęstował starego. Ten przełamał papierosa i zapalił połówkę, osłaniając dłońmi ogień. Dym wciągnął głęboko i znów z uwagą rozejrzał się dokoła. – Zimno – powiedział ochryple Maniuś Kropa. Ukradkiem wpatrzył się w twarz ojca Adeli, oświetloną migotliwą smugą latarni znad bramy. – Chyba kiepsko ci chodzić... po tej prośbie.

Stary odrzucił niedopałek. Czerwony ognik zatoczył długi łuk i opadł gdzieś w pobliżu komórek. – Ech – westchnął stary – co ja będę gadał. – Coś zamruczał jeszcze. Maniuś Kropa zobaczył teraz dokładnie jego twarz, jakby pokratkowaną przez wiele zmarszczek. – Przecie... – rzekł stary i uśmiechnął się całkiem po cwaniacku. Wyprostował się, spojrzał płochliwie na drzwi. – A parę złotych – dodał szeptem – zaoszczędziłem... Tak, tak, bo to wiadomo, co może być... – Pewnie – przytaknął Maniuś Kropa. – Tylko... – Stary znacząco przytknął palec do ust. W kamienicy poczęły wygasać światła. – Późno. – Stary ziewnął szeroko. Maniuś Kropa też poczuł senność. Wrócili do izby. Adela śliniła kopiowy ołówek. – Kosztujeta mnie – sarkała – więcej, niż płacicie... A dziwki? – Zaniosła się chciwą złością. – Te dopiero jedzą. Najwięcej Władka. Zapisywała, ile jajek idzie na niedzielny obiad, mięsa; wódkę, którą im kiedyś postawiła, też wliczyła w ten rachunek. Esy zachmurzył się. W ponurości twarz miał poczwarną i złą. – Nie podoba ci się? – warknęła Adela. – Znajdź sobie lepszą metę – powiedziała przeciągle. – Znajdź, mądralo. Maniuś Kropa zachichotał urywanie. Adela przestała liczyć i obracając w ustach ołówek, zastanowiła się nad czymś. Stary ścielił sobie posłanie, pięścią ugniatał poduszkę. Tadeusz Sykson przecierał szmatką aparat fotograficzny, Krwawa Adela okręciła się ciasno szlafrokiem. Zadek odznaczał się wyraźnie pod tym kretonowym materiałem. – Mogłabym zmienić chłopa – oznajmiła z uśmiechem ta wielka baba. Popatrzyła uważnie na Maniusia. Esy wytrzeszczył gały. Potem poruszył się gwałtownie. – Piętnastolatka? – zdziwił się ponuro. – A co – powiedziała kobieta – kiepski? Maniuś poczuł gorąco oblewające twarz, był też pewien, że sczerwieniał mocno. Lecz nikt tego nie zobaczył, siedział poza kręgiem światła. Adela zdjęła szlafrok. Została w krótkiej koszuli. Maniuś Kropa spoglądał ukradkiem. Esy przetrząsał podszewkę kieszeni. Wreszcie wyciągnął długą lufkę, osadził w niej papierosa. Jego palce drżały. Zaciągnął się w milczeniu. Nagle zdusił papierosa o blachę kuchni. – Właściwie – powiedział dziwnie zmienionym głosem – mogę ci dawać więcej forsy. – Zapatrzył się w leniwie dogasające węgle. – Mam lepsze trafunki

– bąknął. Adela znieruchomiała z wyciągniętą sztywno nogą. Maniuś dojrzał miejsce, gdzie czarną obwódką kończyły się pończochy. Adela zmarszczyła czoło. – Ile? – podniosła nabrzmiałą twarz. Esy splunął na blat kuchni. Rozległo się skwierczenie. – Półtoraka – wycedził. Tadeusz Sykson gwizdnął przeciągle. Adela grzebała za koszulą. Sapiąc, ściągała biustonosz. Wielka, brzuchata baba. Podniosła ręce, przeciągnęła się. Maniuś Kropa mocno zwarł kolana, posłyszał za plecami urywany oddech. Nawet nie zauważył, że Esy podszedł doń cicho na palcach. – Gawniaku – syknął Esy – gawniaku, co tak ślepia wytrzeszczasz. – Szturchnął go w bok. – Niezdrowo przed kimą – dodał szyderczo. Podszedł do stołu i przykręcił knot lampki. Potem schylonym w pałąk cieniem majaczył przy łóżku Adeli. – Posuń się – posłyszał Maniuś jego głos. Łóżko zatrzeszczało sucho.

Chamuś Na tę kopalnię przyjechaliśmy zgraną kupą. Prawie sami warszawiacy. Poznaliśmy robotę na dole jeszcze podczas wyroków, w wojsku, byli też tacy, którym po prostu spodobał się Śląsk. Jeszcze u lekarza w Katowicach spiknęliśmy się w ferajnę. Poznaliśmy się o razu po swojackiej mowie i tatuażach, które prawie każdy z nas miał. Patrzyłeś – a tu gwiazda wolności, stary złodziejski wzorek, tam znów kobita cała naga, jeden miał taką kobitę wytatuowaną w dwóch kolorach – niebieskim i czerwonym tuszem. Więc od razu zebraliśmy się na boku i pojechaliśmy do tej kopalni „Marcel”. Za nami pętało się dwóch, na pewno nie swojaków. Jeden z wyglądu frajerek i drugi wsiowy. Wpierw myśleliśmy, że to jakiś od dawna tutejszy, bo dwie malutkie dziewczynki z nim jechały. Zastraszony jakoś był, ale rosły, o rumianej, chłopskiej twarzy. W ciężarówce posadził sobie na kolanach te malutkie, zapłakane dziewczynki i gapił się na węglowe hałdy, kominy, szyby, sterczące po dwóch stronach szosy. Gały wytrzeszczał i czasem zadzierał głowę, spoglądając na dym, wąską, czarną strugą płynący z kominów. „Chyba nowy” – uznałem i śmiać mi się zachciało z jego przerażonej, głupkowatej miny. Genek Bednarski szturchnął mnie w bok i powiedział śpiewnie, niby to po wsiowemu: – Łolaboga, jaki ten dym carny! Ale ten z dziewczynkami nawet nie poruszył się. Nasza ferajna zarechotała zgodnie. Ten Genek przecież zgrywus był wielki, głos wsiowy pięknie podrabiał, a minę miał takiego z Wólki roztropka. W ogóle Genek przyczepił się do tego rumianego z dziewczynkami. Już na miejscu, kiedy czekaliśmy na przydział do sztajgera, podszedł do niego, podrapał się za uchem i zagadnął: – Ale cudacznie tutaj, dym i tylko dym. A co dopiero tam pod ziemią. Rumiany poruszył się niespokojnie. – Pod ziemią na kilometr albo dwa nas schowają – ciągnął Genek. – Ja pierwszy raz – odezwał się ten rumiany. – Nigdy jeszcze przy węglu... – I wypadki częste – mruknął Genek. – W ogóle... – machnął ręką.

Ten rumiany przytrzymał go za rękaw. – Ale pan trochu zna się na tym, podobnież zarobki tu tęgie. Opowiedział nam Genek wszystko. – I tak zaciąga, pewnie chamuś znad Bugu – zakończył. Odtąd został Chamusiem. Wszyscy wołali tak na niego. Nawet Ślązacy używali tego przezwiska. Zresztą, Fredek, co to rok siedział pod celą ze świadkami Jehowy, wyjaśnił mu: – „Chamuś” żadna obelga, to ważne biblijne imię, rozumiesz, ancychryście? A temu rumianemu wyraźnie było wszystko jedno. Nie złościł się, spokojny był, nieruchliwy. – Tylko niech pan nie mówi „ancychryście” – poprosił nieśmiało. – To bezbożność. Następnego dnia dali nam hełmy, buty i górnicze lampki. Te lampki diabelnie były ciężkie. Fredek ważył lampkę chwilę w dłoni i westchnął: – Ten „Marcel” kiepska kopalnia, gazowa. Fajek nie będzie można palić. Pracowaliśmy trochę przy drzewie, trochę na przodku ze strzałowym. Rzeczywiście, kopalnia była paskudna, niskie chodniki, i fajek nie można było palić, bo gazowa. Nasz Chamuś zgłosił się do sztajgera już pierwszego dnia, porządnie przejęty tym wszystkim, co zobaczył. Pierwszy raz przecież zjechał windą w czarną, ociekającą wodą otchłań. Słyszałem wyraźnie, jak szczękał zębami. – Diabelska otchłań! – huknąłem mu wtedy w ucho. Przygarbił się i przywarł do siatki. Na dole również czuł się źle. Błędnie migotały lampki, gdzieś stukały wagoniki; Chamuś przeżegnał się nieznacznie i jakby po tym przeżegnaniu nabrał siły – od razu podszedł do sztajgera, zaczął prosić o robotę. Słuchaliśmy z uwagą. – Jakąś ciężką – mówił – aby tylko dobrze płatną. Sztajger, stary wyjadacz, zachichotał i odrzekł: – O, pierona, twardy agrobant. Agrobantami w tych stronach nazywano wszystkich przyjezdnych. Sztajger podkpiwał jeszcze, że tacy twardzi przeważnie po tygodniu wysiadają. Fredek potakiwał ze złośliwym zadowoleniem. – Zawsze mówiłem, że cham to na forsę pazerna sztuka – zaśmiał się Genek. Sztajger przydzielił Chamusia rzeczywiście do najcięższej roboty. Od razu na akord. Do umocnienia przodka kamieniami. Trzeba tłuc, pasować i dźwigać kupę kamieni, a potem układać przy stemplach. – Cholernie ciężka tryka – pokiwał głową Fredek. Zaczęła się robota na dole. Ale u nas wszystko szło mądrze, bez przemęczenia. Ukrywaliśmy się przed sztajgerem i wcale na forsie nam nie

zależało. Na dole zbieraliśmy się często dla odpoczynku w ślepym, opuszczonym chodniku, półkolem ustawialiśmy lampki i gadaliśmy. I wtedy wyszło na jaw, że każdy miał swój powód przyjazdu. Fredek uciekł od swojej baby, która mu już zbrzydła zupełnie. Genek i Mundzio Witas mieli kłopoty z milicją; takie i inne hece każdy z nas miał na karku. W tym ślepym chodniku było całkiem nieźle, zacisznie, odgłosy roboty nie docierały tutaj. Spoglądaliśmy na tańczące w oddali ogniki i wspominaliśmy nasze miasto. Fredek najchętniej opowiadał o praskich knajpach; najbardziej chwalił bar „Pod Żółwiem”. Genek znowu z uporem twierdził, że nie ma to jak u dawnego „Klimka” przy Wielkiej. Nawet kłócili się trochę. Mundzio Witas zaczynał o swoim Targówku. Genek czasem przymykał oczy, milkł na chwilę. – Ciekawe, jak tam moja dzieciarnia – mówił jakby do siebie. Posępniał. Wiadomo było, że myśli wtedy o tych dzieciakach i swojej kobiecie. – Ech – machał wreszcie ręką i znów kłócił się z Fredkiem, która knajpa lepsza. Tak mijał czas. – No, chłopaczki – Genek przeciągał się leniwie – trza trochę do roboty, bo sztajger... Podnosiliśmy się, poziewując. W ogóle na dole chwytała natarczywa senność. Na przodku wrzała robota. Odstrzeliwali ścianę. Huk. Tumany pyłu. Nasz Chamuś też harował uparcie. W kucki. Bo niski ten chodnik. Zapamiętale tłukł kamienie. Robota szła ostro, gdyż przodek posuwał się szybko w głąb. Chamuś, gdy zobaczył sztajgera, podnosił głowę. – Dużo już, panie sztajger, ja zarobił? – zapytywał niepewnie. – Ja, ja, rychtyg – odpowiadał sztajger. Podśmiewał się ten sztajger Chroboczek z Chamusia, ale powoli zaczynał nabierać uznania dla jego robotności. Ci Ślązacy przecież to charty na robotę i wszystkich takich twardych... szanują. A Chamuś twardy był. Pracowałem wtedy przy stemplowaniu chodnika, czołgałem się, trzymając oburącz kapy i fele, a z przodu przynaglał mnie głos Hanysa, cieśli. – Prędzej, pieronie, prędzej! Zaciskałem szczęki, w zębach zgrzytał węgiel; unosząc nieco głowę, widziałem, jak ten rumiany ze wsi miarowym uderzeniem młotka kruszy kamienie, układa przy stemplach – zgarbiony, z błyszczącą twarzą, zajęty tą robotą jak cholera. – Te chamy – tłumaczył nam Genek – wszystkie takie łase na forsę. Kopyta wyciągną, żeby zarobić więcej. – A wszystko na morgi – wtrącił Fredek – składają na morgi. Chamuś po szychcie mył się w łaźni z pośpiechem. Nakładał ubranie i pierwszy wybiegał z kopalnianego podwórza.

– Machnął dwójkę bachorów – kpił Genek – i pewnie jeszcze chciałby ze dwójkę dorobić. A te dziewczynki – mówił jeszcze Genek – ma całkiem niczego... całkiem. Ten Genek Bednarski bardzo lubił dzieci. My natomiast zastanawialiśmy się, jak ta żona Chamusia wygląda. Chyba wsiowa. Gruba albo chuda, o nijakiej twarzy i też, tak jak on, śpiewnie gada. Ale okazało się inaczej. Tego dnia ranek miałem wolny, szykowałem się dopiero na południową zmianę. Usiadłem na ławce przed barakiem i spoglądałem za kobietami. Ale baby tutaj były niespecjalne i chodziły tylko z prawdziwymi górnikami. Wolno, spacerkiem powlokłem się główną ulicą mieściny. Przy czerwonych domkach gołębniki, gołębie szybowały nad dachami, pełno też królików. „U nas w Warszawie też gołębie, dużo gołębników, ale wszystko jakieś przyjemniejsze” – rozmyślałem. Byłem zły, bolały mnie kości od tej paskudnej, górniczej roboty. W dodatku w zębach drobiny węgla, a na pewno uszy też czarne od pyłu. Po drugiej stronie ulicy zobaczyłem Chamusia. Też widocznie miał zjechać na południową zmianę. Uśmiechał się do mnie przyjaźnie. „Chamisko”. – Odpowiedziałem krzywym uśmiechem. – No, jak tam robota? – Pomalu się wprawiam – odparł. – Tylko nie wiadomo, wiela grosza za to wpadnie. „Wiela” i „pomalu” – zapamiętałem te wiejskie, śmieszne słowa. – A jak dzieci? – spytałem na koniec. Jemu twarz się ściągnęła – ponura, czarna. – Drobnica – mówił – dużo kłopotu, trza do przedszkola odprowadzić i w ogóle. – A żona? – powtórzyłem. Gniótł czapkę. – Wywłoka – wyrzucił chrapliwie. – Poszła ode mnie, jeszcze w moich stronach, znaczy się w Orczysku. – To ci wiocha – zachichotałem. Rozgadał się na dobre. Dowiedziałem się, że żona poszła z innym, w ogóle lubiła chłopów i jak był w wojsku, też mu się puszczała. A jak uciekła, to wziął dzieci i pojechał na Śląsk. U siebie nie miał co siedzieć. Mało ziemi. Na gospodarce brat. Wyznał też wstydliwie, że te dwie dziewczynki to nie według jego chęci, chciał mieć chłopaka. Bo z chłopakiem zawsze akuratniej. I znów o żonie. „Heca”. Pożegnałem się z Chamusiem. Śmiałem się bardzo z tego, co mi powiedział o babach.

– Wszystkie one teraz łachudrowate, to ja nowej nie będę szukał. – Ogarnął mnie lepszy humor i nawet zacząłem pogwizdywać. Wkrótce zresztą o tym zapomniałem. Wyszykowały nam się przyjemne dni. W drewniaku przy hałdach mieszkały trzy dziewczyny. Ślązaczki, ale chętne. Metę u dziewczyn wynalazł Fredek i zaszliśmy tam. Postawiliśmy litra, one miały adapter. Zrobiło się całkiem swojsko. – Jak w Warszawie – powtarzał zaprawiony porządnie Genek Bednarski. Następnego dnia na szychcie czuliśmy się starsznie kiepsko. Bolały łby. Genek marzył o zaprawce i spać się chciało porządnie. Próbowaliśmy zadekować się w ślepym chodniku, ale sztajger poganiał bez wytchnienia. Z nienawiścią spoglądaliśmy na Chamusia, który spocony, z pochyloną głową uwijał się za dwóch w tym wysokim ledwie na półtora metra przodku. – A to ci dopiero pracuje na morgi! – głos Fredka przebił na chwilę zgrzyt świdrów. Genek marzył o papierosach. Chociaż połówkę. Po szychcie pognałem do wyjścia i pierwszą windą wjechałem w górę. Chciałem połazić w samotności, złapać świeżego powietrza i jakoś dojść do siebie po tym pijaństwie w domku pod hałdami. Znów zobaczyłem Chamusia. Wyprowadzał z górniczego przedszkola dwie dziewczynki z mysimi warkoczami. Nawet porządnie umyć się nie zdążył, na twarzy zostały mu smugi węglowego pyłu, prowadził te dziewczynki i coś im tłumaczył z radosną twarzą. Splunąłem i poczekałem, aż zniknął za bramą. Dzień był chłodny z przyjemnym wiaterkiem i wkrótce głowa przestała mnie boleć. Pierwsza wypłata przyszła niespodzianie, nie czekaliśmy przecież na nią z utęsknieniem. Forsy nie dostaliśmy za dużo, bo nie byliśmy na akordzie, ale zawsze parę złotych było. Poszliśmy do domku pod hałdami. Zabawa zaczęła się na całego i bawiliśmy się tam przez dwa dni. Dwa bardzo fajne dni. Gorzałka, adapter i te całkiem możliwe dziewczyny. To były prawdziwe wczasy, żaden z nas nie pomyślał ani razu o szychcie, zresztą, dwie nieobecności załatwi się jakoś ze sztajgerem. Ale i tak przyszedł ten wredny ranek, kiedy kieszenie stały się już zupełnie puste i ledwie zebraliśmy na paczkę sportów. Genek dusił się kaszlem, ja zwilżyłem czoło mokrym ręcznikiem. Dziewczyny spały twardo, pochrapując z lekka. – No i co!? – warknął Genek. Fredek w zamyśleniu marszczył czoło. Panowało złe milczenie. Przecież nie ma już żadnego sposobu. Niespodzianie Fredek walnął mnie w plecy. Pogrzebał w kieszeniach, wyciągnął kilka wytrychów na mosiężnym kółku. – To jeszcze z dawnego fachu – zachichotał – i to jeszcze się przyda. –

Podszedł do drzwi. – Tylko nie właduj się w jakieś klopsisko – przestrzegał Genek Bednarski. Uśmiechnął się nieznacznie, wierzył w Fredka, który był kiedyś niezłym złodziejaszkiem. Czekaliśmy niecierpliwie. Ta moja Cyganeczka w kusej koszulince zaczęła rozpalać w kuchni. Zerkała na mnie wstydliwie, ale wcale na nią nie patrzyłem. Z rana wyglądała wstrętnie – zapuchnięta, z rozczochranymi włosami. Fredek nie zawiódł. Wrócił szybko. Skrzyły mu się bure oczy. Dyszał trochę. – Ma się te rączki! – krzyknął. Wyciągnął zwitek czerwonych papierków, rzucił na stół. Genek przeliczył. Dziewięć setek. – Najważniejsze – powiedział – że dalej będzie zabawa. * * * Zjeżdżaliśmy na dół porządnie zmęczeni. Nawet ten Hanys, który też pracował przy drzewie, zaczął podśmiewać się z nas. Że niby warszawiak tylko do wódki, a potem gówno z roboty. Ale wyłączył się szybko, bo Genek przyparł go mocno brzuchem i tak mu zajrzał w ślepia, że tan Hanys zamurował usta od razu. Winda zgrzytnęła i znieruchomiała. Już był nasz poziom – osiemset metrów. Powlekliśmy się na przodek. Latarki ciążyły w dłoniach. Fredek na pochylni wysunął głowę i walnął czołem w występujące u góry kamienie. Klął wściekle. Ktoś z tyłu zachichotał. – Pieprzone Hanysy! – pieklił się Fredek. „Była zabawa – rozmyślałem smętnie – nie ma zabawy”. Rzeczywiście, po każdym wyskoku czyhała na człeka pieruńska szychta, guzy na łbie, wstrętny węglowy pył, i tak aż do fajrantu. Nareszcie przodek. Tutaj było widniej. Sztajger patrzył na nas złowrogo, ale nic nie powiedział. Podeszliśmy bliżej. Patrzymy, a nasz Chamuś wali łbem o stempel, kołysze się na boki i coś zawodzi przejmująco. Kołem otaczali go górnicy. Fredek wyszczerzył zęby w uśmiechu i trącił mnie w plecy. – Co się stało? – pyta Genek. Chamuś nawet nie spojrzał na nas, tylko jęczy wstrętnie jakoś, cienko. – Okradli go – powiedział ktoś. – Całą dwutygodniówkę mu chapnęli. Patrzę na Fredka. Ten leciutko otwiera usta i kiwa głową. Zaczyna wzdychać i mruga do mnie. Ja kapuję. Odchodzę do taśmy, stawiam latarkę, podchodzą Genek z Fredkiem. – To ja go załatwiłem – szepcze radośnie Fredek – wytryszkiem, pięknie, do mieszkania. Forsiątka miał, jak każdy cham, w poduszce... Zawodzenie Chamusia dochodziło tutaj wyraźnie, widziałem jego postać

pochyloną przy ścianie. – Te dzieciaki – mruknąłem mimo woli – a baba mu się puściła i sam je wychowuje. To bidny cham – dodałem – bez morgów. Wstrętnie on jęczał. Takie wielkie chłopisko i taki głos. Fredek zaniósł się ostrym śmiechem, chciał coś powiedzieć, ale Genek Bednarski chwycił go za klapy. – Wyłącz się! – zasyczał. „No tak – pomyślałem – dzieciaki, dwójka, teraz bez forsy to i kiepsko”. – No, pierony – rozległ się głos sztajera Chroboczka – zaczynamy szychtę. Górnicy poruszyli się. Już zawarczał pierwszy świder. To fajer Adolf szykował odstrzał. – Sam te dzieciaki, powiadasz? – Genek przygryzł wargę. – Sam?... Fredek wzruszył ramionami, chciał odejść. Genek przytrzymał go za rękę. Poprowadził do tego ślepego chodnika. Sztajger krzyczał za nami. – Ja was... – niewyraźnie dochodził jego głos. Tam, w ślepym chodniku, usiedliśmy w kucki. – To sam te dzieciaki chowa, powiadasz? – zapytał znów Genek. Przytaknąłem. Genek przykrył dłonią lampkę. Przez palce przeciekało trochę światła. – Dzieciaki teraz cholernie drogo kosztują... – doszedł mnie głos Genka – cholernie. Fredek bardzo głupio wyglądał, otworzył usta, nic nie rozumiał. – Drogo – powtórzył. – A coś myślał? – warknął Genek Bednarski. – Pękniemy z tej kopalni – dodał po chwili. – Musowo, bo nie będę mógł na tego Chamusia patrzeć. – Zaklął.

Interes Miejsce pod kasztanami jest osłonięte płotem od ulicy, ustronne, z miękką, wysoką trawą. Nawet światła latarń nie docierają tutaj zbyt jaskrawo. Teraz też sączyły się tylko nikłe smugi jasności, pokazując niewyraźnie ich twarze. Siedzieli tu już z godzinę. Irek splótł palce, zatrzeszczało sucho w stawach. – Ty zawsze się boisz – warknął. – Niby chłopak z ferajny, a nigdy dupy nie umoczysz. Jureczek spoglądał uporczywie w czarne zarysy kościelnej budowli, drgnęły mu tylko ramiona, gdy posłyszał głos Irka. Szewcu ziewał raz po raz i wydawać się mogło, że ta rozmowa wcale go nie obchodzi. – Nigdy – powtórzył ze złością Irek. „A teraz – pomyślał – męczy go to, że nie poszedł na randkę do tej swojej dziwki. Godzina po czasie – obliczył. – I gdyby Jureczek teraz poszedł na spotkanie, to tej Janki nie spotka”. Szewcu zobaczył drgające szczęki Irka i wygładził przymilnie twarz. – Tak, tak. Jureczek zawsze tchórzy, nawet przed takim interesem. – Otarł zimne, wiecznie wilgotne dłonie o trawę. – Dobra – Jureczek z trudem oderwał wzrok od kościelnej budowli. – Zrobimy ten interes. – Trzeba było tak od razu – powiedział Szewcu. Irek odetchnął. – Przecież – mówił miękko – nic nie ryzykujesz. Wejdziesz do magazynu. Flaszki już przygotowane. Przepustkę masz, a jak w portierni coś tego, to powiesz, że źle ustawiony towar, może się potłuc i chcesz poprawić. Szewcu otworzył w podziwie gębę. Słowa Irka bardzo były mądre, przemyślne. Jureczek oparł się o kasztan, jego twarz zginęła poza kręgiem skąpego światła. – A my poczekamy pod płotem – ciągnął Irek – są tam obruszone sztachety, podasz nam butelki i po wszystkim. „Pięknie wykombinował – uznał Szewcu – to ci dopiero interes. Paręnaście litrów tego spirytusu”. Opędzlują za połowę ceny. Bić się będą ludzie o taki

spiryt. – Zarobimy porządnie – wyrwało mu się półgłosem – ładne parę marek. „Ze swego odłożę na motor” – postanowił. Od dwóch lat składał Szewcu na motor, na małą, zgrabną WFM-kę. Brakowało mu ze trzy tysiaki jeszcze. – O zarobku później – przeciął te marzenia Irek. – Wpierw trzeba zrobić skok. Też ogarnęło go zadowolenie. Bo przecież on wymyślił ten interes. Wynieść trochę spirytusu, ludziom opchnąć, każdy kupi, bo tanio będą sprzedawać. Spojrzał na żółte okna pekinu. Trzecie na pierwszym piętrze to Gałusa okno, niżej krawiec Skarbeńko, od podwórza znów rudy Maniek mieszka. Każdy kupi najmniej z litr. – Ale – odezwał się niepewnie Jureczek – może to jakaś trucizna, kierownik mówił, że trucizna. – Trąbo! – wybuchnął śmiechem Irek. – Wierzysz w ten bajer z trupimi główkami! A na denaturze to co jest, jak nie trupie łebki. I piją, i ja piłem. I co z tego wyszło? Czuję się jak lordzisko. – Wypiął pierś, walnął pięścią. – I może po tym masz taką kondycję – zachichotał Szewcu. Bo z tymi trupimi główkami to stary kit. Odstraszają ludzi cwaniaczki. Jureczek zapalił papierosa. Od włochowskiej szosy wzbił się gwizd syreny. Zasłuchał się. – Gwizd zgasł nagle. Jureczek wstał gwałtownie, obciągał koszulę. – Idziemy, już wyszła druga zmiana – powiedział. – Teraz można tam wejść. Poszli wzdłuż pola badylarza Kupy. – Parę minut strachu – zamruczał Irek – i już jest czysty zysk. – Rozpierała go radość. Był w ich paczce najmłodszy, miał siedemnaście lat, a przecież Jureczek, Szewcu i inne chłopaki zawsze zgadzali się na jego pomysły, szanowali go bardzo i nikt z nich nie żył tak dobrze z węglarzami na stacji jak on. Nieznacznie obmacał mięśnie na ręku, naprężył – spęczniały, twarde, kluskowate. I nigdy też Irek nie pękał. Na zabawach siadywał ze starszymi chłopakami, nieraz już tłukł obcych frajerów. Składy, gdzie pracował Jureczek, jako pomocnik magazyniera, znajdowały się przy włochowskiej szosie. W portierni paliło się światło. Zatrzymali się przy rowie. Jureczek kucnął pod drogowskazem. – No, idź – pchnął go Szewcu – na co czekasz. Jureczek wyprostował się. Zza zakrętu pokazało się mocne, oślepiające światło, szybko narósł szum motoru. Z łoskotem, podskakując na wybojach, minął ich pekaes. – A najgorsze – rzekł Irek z wymuszonym uśmiechem – że Jureczkowi przepadła dziś randka. – Idę – bąknął Jureczek. – Czekajcie przy płocie, będę podawał. Spoglądali za nim. Widzieli go wyraźnie przed bramą, jak przeczesywał

włosy. Pociągnął za dzwonek. Z dyżurki wyszedł stróż. Rozmawiali. Jureczek minął dyżurkę. – Puścił go – szepnął Szewcu. Teraz rowem, skuleni, przebiegli na tyły warsztatowych zabudowań. W rogu ogrodzenia dwie ruchome deski. Tu poczekają. Irek poruszył sztachety. Rozsunęły się bez oporu. Przez taką dziurę bardzo łatwo podać całą kupę butelek z tym spirytusem. „Jeszcze można ze dwa razy podskoczyć tutaj” – zdecydował Irek. Na placyku przed barakiem ludzka sylwetka. Chyba Jureczek. Rozgląda się. Dobiera klucz. Podniósł sztaby. Wyraźnie usłyszeli zgrzyt. Otwiera wielkie jak wrota drzwi. Wsunął się do wnętrza. Czekali. Wydawało się, że długo nie wychodzi. Irek wypalił dwa papierosy, zaczynał trzeciego. Jureczek wielkimi susami podbiegł do parkanu. – Bierzcie. – Podawał butelki. Obrócił cztery razy. – Starczy – szepnął. Szewcu rozwinął worek. Wpakował butelki. Odeszli od ogrodzenia. Pod drogowskazem poczekali na Jureczka. Znów przejechał pekaes. Wracali najkrótszą drogą koło glinianki zwanej „oceanem”. Za chałupą rybaka Irek przystanął z wysuniętą głową. Nasłuchiwali. Stłumiony chichot, szelest gałęzi. – Ech, para jakaś – wyszeptał. – Nic poważnego. Poszli. Butelki pobrzękiwały w worku. – Uważaj, potłuczesz – ostrzegł Irek. Szewcu poprawił worek na plecach. „Ładnie – powtarzał sobie – bardzo ładnie. Czternaście litrów”. Wychodziło tak: po trzy stówki zarobią na łepek. Po tym jeszcze taki sam skok, przypomniał sobie pomysł Irka. I jeszcze jeden. Ze cztery siupy. Już miał prawie półtora. Cieszył się Szewcu porządnie. – Po takiej imprezie trzeba zaprawić – odezwał się Irek. – No – przytaknął Szewcu. Jureczek milczał. – Zły. Nie spotkał się z laleczką – zakpił Szewcu. – Gdzie tam – Jureczek przystanął i kopnął go w kostkę. – Spotkam się jutro. Nie bój się, ona się z nikim nie puści. Irek znał tę dziewczynę Jureczka doskonale. Zła pewnie teraz. Siedzi w domu. Albo poszła do kina z koleżanką. I odcina się chłopakom, i żaden nie może umówić się z nią.

– Zaprawimy się u mnie. – Przyśpieszył kroku. – Moja staruszka pracuje na noc. – Klawo – rzekł Szewcu. * * * Szewcu położył worek na łóżku. Irek wyciągnął jedną butelkę. Odbił korek, pociągnął nosem. – Klawo, że pijemy ten spirytus – Szewcu zatarł wilgotne dłonie. – Interes trzeba oblać – powiedział Irek. Z kredensu wystawił szklaneczki. Napełnił do połowy spirytusem, rozrobił wodą. Zaburzyło się w szklaneczkach. Znów powąchał i nieznacznie zerknął na Jureczka. On zawsze bał się takiego ostrego picia, w ogóle on nigdy porządnie pić nie umiał. Jureczek uchylił lufcik, wyglądał na ulicę. „Zdzira mu we łbie. – Irek był pewien. – Chyba ożeni się z nią. Chodzą ze sobą dwa lata. Jureczek na inne nawet nie spojrzy”. Podniósł swoją szklaneczkę, wypił wprawnym haustem. Oni też wypili. Jureczek zakrztusił się i zaczerwienił. Szybko podszedł do okna. – Dobre – mlasnął Szewcu. – Fajny – rzekł Irek – i żadnego porównania z denaturem. Szewcu wyciągnął z worka wszystkie butelki, ustawił równym szeregiem na podłodze. Dwanaście i jedna bez pary. – Ta nie do pary to komandir – zażartował Szewcu. Irek nalał znowu do szklanek. Chciał, żeby Jureczek spił się. Niech wróci do domu pijany. Niech go matka opieprzy. A rano dziewczyna też mu da za swoje. – Ty pijusie – powie z pogardą. Jureczek będzie mamrotał nieśmiałe przyrzeczenia. Poszperał w kredensie, zrobił kanapki z kiełbasą, znalazł pomidory. Chyba było po północy, kiedy Szewcu z Jureczkiem zaczęli zbierać się do wyjścia. Jureczkowi plątały się nogi, zawadził o krzesło. Szewcu złapał go za kołnierz, bełkotał przy tym. – Dobry interes, dobry... Irek otworzył drzwi i wypchnął ich na schodki. Wyszli, obejmując się po pijacku. Irek zapalił papierosa. Właściwie był trzeźwy. Nie chciało mu się za bardzo ciągnąć, opuszczał kolejki. Cieszył się tylko, że Jureczek popił porządnie. Spojrzał na butelki ustawione równym dwuszeregiem na podłodze. – Ta trzynasta to komandir! – rzekł ze śmiechem. Włożył butelki do worka, schował w sieni za beczką z kwaszonymi ogórkami. „Ogórki – pomyślał – dobra zakąska. Zapomniałem”.

Wypłukał szklanki, butelkę z resztą spirytusu postawił pod kredensem. Tam matka nie zajrzy. A jutro warto będzie wypić ze starszymi chłopakami. Ucieszą się, będą mu wdzięczni. Wyobraził sobie, jak najsilniejszy ze stacji, Japa Gołębiarz, szturcha go w ramię i powiada: – Szczeniak jesteś, ale charakterniak. – Pociągnie z butelki (bo Japa tylko pije z butelki) i zaraz doda: – Duży charakterniak. * * * Zbudziło go walenie w szybę. Poderwał głowę. Ktoś walił mocno. Szyba dygotała. Otworzył okno. – Irek!! – krzyczał Franek od sąsiadów – Irek, chodź na stację. Wielka draka! Chłopaki sztywne! – I już pobiegł. Tylko kroki słychać jeszcze. Irek nie zdążył o nic zapytać. „Sztywne – zastanawiał się Irek niemrawo – sztywne. Ech, ten Franek zawsze taki rozrabiacz”. – Zanurzył głowę w kubełku z wodą, zrobiło mu się lepiej. Wyszedł na ulicę. „Co to może być? – Nie śpieszył się, ziewał raz po raz. – A może Franek zrobił zgrywę?”. – Za taką zgrywę nalałby porządnie tego Franka. Przed stacyjnym budynkiem gromadka ludzi. Pochyleni nisko. Irek podszedł bliżej. Na ławce dwa bezwładne ciała. Twarzy nie mógł zobaczyć. Jednemu zwisały nogi. Kolejarze kucnęli przy ławce, próbowali unieść głowy tym dwóm. – Normalnie – powiedział któryś – zaprawiły się chłopaki i dlatego. – Ale jakoś tak, jakby bez przytomności – rzekł wysoki kolejarz. Ktoś przeciskał się między ludźmi. Podkute buty. Irek obejrzał się. To Władek, milicjant. – Rozejść się – powiedział milicjant – bez zbiegowiska. – Wyciągnął pałkę i zaczął pomachiwać leniwie. – Co? – zapytał Irek. Dróżnik z przejazdu wystukał o but fajeczkę. – Nasze chłopaki – objaśnił – coś ich złapało, pokładli się na przejeździe. – Skąd chłopaki? – Z pekinu – odparł dróżnik – na jednego Szewcu wołają. Irek popatrzył na ławkę. Ci dwaj leżeli nieruchomo. – Jureczek i Szewcu – wyszeptał. – Chłopaki pewnie zatrute – doszedł go głos dróżnika – ale wyrzygają się i przejdzie. – Głos oddalił się. Dróżnik rozprawiał teraz z milicjantem. – Patrzę... leżą... podchodzę... ruszam... Nic. Irek zadygotał. „Jureczek i Szewcu”. Nie mógł tego dygotu powstrzymać.

Odsunął się za kasztan. Stąd nie widział już ławki. Wkrótce przyjechało pogotowie. Tych dwóch ułożono na noszach. Zawieziono ich do powiatowego szpitala. Ludzie pobiegli tam. Szpital był tuż za stacją. Irek też z powlókł się za wszystkimi. Potykał się o bruk. Za sobą posłyszał śmiech. Przyspieszył kroku. Przed szpitalem nielicha kupa ludzi. Z fabryki świec zawyła syrena na ranną zmianę. Kilka kobiet odłączyło się od gromady, śpiesząc do roboty. Irek zobaczył Jankę, dziewczynę Jureczka. Była z matką. Trzymały się pod ręce. Skrył się za plecy ludzi. Nie dostrzegły go, odetchnął z ulgą. Skrzypnęły drzwi, na schodach posługacz Antosiak. W tłumie cisza. Antosiak w białym fartuchu, ręce wyciągnął z kieszeni, przyłożył do ud. Wielkie czerwone dłonie. Irek uniósł się na palcach. – Jeden już kipnął – Antosiak poruszył ciężko dłonią. – Ten czarny. „Więc Szewcu”. Palce posługacza zwarły się ciasno na udzie. – Przewinął się chłopczyna – westchnął Japa Gołębiarz. – Zamknij dziób – warknął Irek. – Zatrute metylem – mówił posługacz – tym spirytusem trującym. I ten drugi też na dogorywku. Irek spojrzał wokoło. Tam na lewo dziewczyna Jureczka. Na głowie miała chusteczkę, spod której wymykały się cienkie kosmyki włosów z papilotami. Japa westchnął głęboko. – Pozałatwiały się chłopaczki – zaszeptał chrapliwie do Irka – ale powiem ci, małolatek... Irek pchnął silnie Japę i wyskoczył z tłumu. – Zaczął biec. Minął stację. Wpadł między parkowe drzewa. Pośliznął się na gliniastym zboczu. „Jureczek i Szewcu. Jureczek i Szewcu” – powtarzał bezmyślnie.

Opracowanie graficzne: Andrzej Barecki

Korekta: Bogusława Jędrasik

Zdjęcie na okładce: Andrzej Barecki



Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2012

Copyright © by Marek Nowakowski



ISBN 978-832-440-277-9



Wydawnictwo Iskry

ul. Smolna 11,

00-375 Warszawa

tel./faks (22) 827 94 15

e-mail: [email protected]

www.iskry.com.pl



Plik cyfrowy został przygotowany na platformie wydawniczej Inpingo.

Warszawa 2013
Ten stary złodziej. Benek Kwiaciarz - Marek Nowakowski

Related documents

263 Pages • 82,595 Words • PDF • 1.3 MB

2 Pages • PDF • 2.6 MB

206 Pages • 62,722 Words • PDF • 794 KB

128 Pages • 81,207 Words • PDF • 1.3 MB

52 Pages • 6,847 Words • PDF • 6.6 MB

214 Pages • 54,138 Words • PDF • 4.3 MB

7 Pages • 1,684 Words • PDF • 485.9 KB

210 Pages • 76,358 Words • PDF • 1.6 MB

6 Pages • 881 Words • PDF • 811.3 KB

313 Pages • 122,767 Words • PDF • 1.5 MB

8 Pages • 4,422 Words • PDF • 88.9 KB

379 Pages • 91,363 Words • PDF • 21.6 MB